piątek, 16 października 2020

Dlugi weekend, przynajmniej dla dzieci ;) + reszta tygodnia

Piatek (9 pazdziernika) nie wyroznial sie niczym szczegolnym, poza faktem, ze moj malzonek znowu wyszedl z pracy wczesniej... Oczywiscie kompletnie rozwalil mi plan dnia, ale coz... Przynajmniej pojechal do polskiego sklepu, a potem konczyl skrobac taras, tyle pozytku. ;)

Po poludniu Nik mial trening pilki. Tu wszystko po staremu, czyli wyglupy z kolegami i sluchanie trenera tylko jednym uchem. Stwierdzam, ze gosc jest po prostu za sympatyczny, bo powinien juz dawno podzielic chlopakow tak, zeby Nik stal jak najdalej od kumpli. ;) Podczas przerwy na picie zawolalam Mlodszego i przypomnialam mu o poprawie zachowania, ale efekt byl minimalny...

Probny mecz. Ten czarny kruk, to Nik :)

Sprawiedliwie musze jednak dodac, ze ta banda, choc na treningach rozrabia niczym pijane zajace, jakims cudem mecze traktuje powaznie i okazuje sie, ze potrafia wytrzymac godzine bez wydurniania sie. :)

A w sobote rano... tak, kolejny mecz. Chlopaki z druzyny Nika dostali lekka nauczke. Mam wrazenie, ze po ostatnich, latwych wygranych, troche obrosli w piorka, a tym razem trafila kosa na kamien i przegrali! Przeciwna druzyna byla naprawde mocna i zdyscyplinowana. Troche bylo mi tamtych chlopaczkow zal, bo ich trener byl... okropny. Matko, jak on sie na nich wydzieral! Ciagle opiernczal, wrzeszczal, ze ten czy tamten ma zmienic pozycje, pobiec w te czy tamte strone... Ale jak widac, taka "tresura" przynosi efekty. ;) U Nika tez jest dwoch bardzo dobrych napastnikow, ale mimo, ze jeden mial kilka super okazji na gola, wygraly chyba nerwy (bo przeciwnicy ostro siedzieli mu na "ogonie") i trzy razy pilka poszla gdzies w bok. ;) Koniec koncow "nasi" przegrali 3:1, wiec przynajmniej z honorem. :D

Jakis samotny napastnik pedzi z pilka, a Nik - obronca zapierdziela, zeby ja odkopnac do "swoich" ;)

Po meczu, jak zwykle pedem do domu i zaraz do Polskiej Szkoly. Znow w plenerze. Bylo przepieknie, ponad 20 stopni, wiec pogoda na to idealna. O dziwo Bi pojechala bez marudzenia, za to Nik sie az poplakal, ze nie chce. ;) No trudno, na kolejna sobote zapowiadaja deszcz, wiec mysle, ze to byl ostatni raz. Potem zostana juz tylko zajecia przez Zoom... :/ I tym razem jakos tak przejechalam, ze praktycznie nie musialam nikogo wymijac na drozce, wiec (chyba) nie przerysowalam auta. ;) Lekcje w Polskiej Szkole zostaly przedluzone do dwoch godzin, wiec z radoscia skorzystalam z zaproszenia na kawe do kolezanki. R. nie miala tym razem opieki do jej swiezo upieczonej 2-latki, a mala nie usiedzialaby spokojnie tyle czasu w kawiarni, pozostalo wiec spotkanie u niej w domu. I super. :)

Niestety, cos jest w tych sobotnich porankach w biegu, ze za kazdym razem po poludniu dostaje takiego bolu glowy, ze juz tylko snuje sie po domu bez celu. Zmuszam sie doslownie do wstawienia prania i zmywarki, zeby nie zmarnowac dnia kompletnie. Tym razem mielismy (jak pisalam wyzej) przepiekna pogode i wybralismy sie rodzinnie na dlugi spacer. Mialam nadzieje, ze troche swiezego powietrza mi dobrze zrobi, ale niestety... W dodatku strasznie wialo, na taras lecialy tony igiel oraz lisci i choc M. mial go malowac, zrezygnowal. Poza spacerem, wiekszosc dnia przedrzemal na kanapie (klania sie codzienne wstawanie o 3:30 rano) i taki byl ten dzien... byle jaki.

W niedziele jeszcze troche wialo, ale nie tak strasznie jak poprzedniego dnia, wiec malzonek szybko pomalowal glowna powierzchnie. Zostaly schody oraz porecze. Juz jednak przemalowanie mialo niesamowity efekt. Taras wyglada jak nowy! :O

Majusia i jej ukochana pileczka :)
 

Wczesniej, po powrocie z kosciola rano, wpadlam jak burza do kuchni, zeby upiec szarlotke. Mialam to zrobic dzien wczesniej, ale oczywiscie zapomnialam wyjac z lodowki margaryne. Zanim potem zmiekla, zrobil sie wieczor i juz mi sie nie chcialo. ;) W niedziele, wiedzac, ze jest to dzien, kiedy zazwyczaj wpada moj tata, mialam dodatkowa motywacje. Malzonek rzucil cos, ze jedzie na silownie, ale widzac i slyszac, co wyprawiaja Potworki i wiedzac, ze mam przed soba jakas godzinke roboty w kuchni, burknelam, ze moze by lepiej wzial dzieci na spacer. Chyba troche za ostro, bo M. mruknal cos, ze nie jestem zbyt mila (i dobrze!), ale dzieci poslusznie zabral z domu. Pojechali na rowery i przepadli na prawie 2 godziny! :O Zrobilam szarlotke, zdazyla sie upiec i jeszcze ich nie bylo, az martwic sie zaczelam. Za to, kiedy w koncu wrocili, Potworki pierwsze co zaczely weszyc, ze "aaaale tu pieknie paaachnie!". :) Potem wpadl na tradycyjna herbatke oraz ciacho moj tata. Co prawda tym razem na wyjatkowo krotko, bo spieszyl sie na mecz reprezentacji, ale dzieciaki zawsze sa szczesliwe z odwiedzin dziadka. On chyba tez, choc momentami oblaza go jak male, upierdliwe pchly. ;)

Poniedzialek Potworki mialy wolny od szkoly (Columbus Day), choc za bardzo z tego nie skorzystaly, bo pogoda byla taka sobie. Od rana siapil deszcz, a nawet kiedy po poludniu przestal, temperatury doszly ledwie do 13 stopni. Bedac na zakupach w minionym tygodniu, kupilam zestawy plastyczne do dekorowania dyni, ktore okazaly sie na ten dzien jak znalazl. Potwory zajely sie czyms innym niz filmami na tabletach, a ja moglam w spokoju popracowac. :) 


Mielismy tak piekne lato i poczatek jesieni, ze przy kazdej okazji wolalam wyrzucac Potworki na dwor. Dlugo nie mieli wiec okazji na zajecia plastyczne... nic dziwnego, ze sie stesknili :)
 

Po poludniu na szczescie wypogodzilo sie na tyle, ze wyszli na moment na swieze powietrze, ale tylko na jakies 45 minut, po czym czas bylo sie zbierac na trening plywania. Bi oczywiscie urzadzila jek, ze moze by tak akurat tego dnia opuscic, ale przypomnialam, ze opusci, owszem, kolejny poniedzialek, bo beda mieli religie. ;) W koncu pojechali, poszaleli w wodzie i przed i po treningu i chyba niezle sie bawili, choc Bi ostentacyjnie plywala sobie spokojnym tempem, bez pospiechu... No ale plywala, wiec ugryzlam sie w jezyk, choc korcilo mnie, zeby rzucic jakims rodzicielskim wykladem... ;)


Wiem, zdjecie kompletnie z d*py. Nie dosc, ze na basenie jest ciemnawo, to jeszcze dzieciaki albo sa w ruchu, albo stoja tylem... Tutaj ich kolezanka lapie oddech, Bi wlasnie doplywa stylem na plecach, a Nik odbil sie od scianki i pechowo akurat zanurzyl :/

Wtorek mial byc tym ladniejszym dniem z dodatkowych wolnych (tym razem na szkolenia dla nauczycieli), ale oczwiscie prognozy sie w ostatniej chwili zmienily, a jak sie juz pozmienialy, to wiadomo przeciez, ze na gorsze. ;) Mialo padac rano, a po poludniu juz tylko przelotnie od czasu do czasu. Tymczasem rano kropilo z przerwami, a okolo poludnia lunelo na calego. Trening pilki Bi zostal odwolany, choc troche na wyrost, bo prawie 5 godzin przed. Rozumiem, ze trenerki nie chcialy odwolywac na ostatnia chwile, ale akurat o 17, kiedy trening mial sie odbyc, zapowiadany byl koniec deszczu... I faktycznie, okolo 16, jak przestalo stopniowo padac, tak juz wiecej sie nie rozpadalo. Trening mogl sie spokojnie odbyc, choc z drugiej strony, pewnie dziewczyny taplalyby sie w blocku. ;) Bi byla niepocieszona, bo przeciez przepadl jej tez sobotni mecz, ale ja w sumie sie ucieszylam, ze zyskalam wolne popoludnie i nie musialam nigdzie leciec. Potworki oczywiscie nudzily sie niczym mopsy, ale tu z pomoca przyszly mi markery do ubran, ktore chomikowalam jeszcze od poczatku pandemii. ;)


Zaczeli we wtrorek, dzis jest piatek, a oni nadal smaruja po tych koszulkach. O ile Bi ma konkretny zamysl na dekoracje, o tyle Nik najwyrazniej ambitnie chce zamalowac kazdy skrawek koszulki :D

Pozniej zas M. wrocil i zaczal prace podworkowe, wiec dzieciaki tez wyszly sie wybiegac i polapac salamandry, ktorych przy takiej pogodzie jest zatrzesienie. Ja nie wysciubilam nosa z cieplego, suchego domu. ;)

Tego dnia, w firmie M. zaczely sie masowe zwolnienia. :( Narazie tylko wsrod pracownikow na stanowiskach kierowniczych oraz biurowych. Malzonek dzwonil do mnie w solidnym szoku, bo polecialo wiele glow z wysokich stanowisk. Niektorzy pracowali tam juz sporo czasu, firma placila im za studia (w tym bardzo drogie - prawnicze) i mieli potem podpisywac kontrakty na kilka lat, a tu... doopa, do widzenia... M. stwierdzil, ze to juz nie bedzie to samo miejsce co bylo, bo nie dosc, ze tyle znajomych twarzy zniknie, to rzecz jasna zwolnieni zostali ci, ktorzy dobrze zyli z pracownikami pod zwiazkami pracy, a zostaly gbury oraz zwykli sku*wysyni. Pracownicy zrzeszeni w zwiazkach zawodowych (w tym M.) narazie zostaja, przynajmniej do konca roku. Z jednej strony odetchnelam glebiej, z drugiej... kolacze mi sie po glowie, ze "wyrok" zostal odsuniety w czasie, ale nie anulowany. A do konca roku zostalo w koncu zaledwie 2.5 miesiaca...

A sroda... Sroda byla dniem kiedy momentami zapominalam jak sie nazywam. :D Rano odwiezc Potworki do szkoly (uff..., jak dobrze, ze nadal funkcjonuje!), potem biegiem zamienic sie w gospodynie domowa. Dzieki niebiosom za robota odkurzajacego! Puscilam machine na dom, a sama zawiazalam fartuszek (tak, uzywam, odkad kiedys tluszcz prysnal mi na ulubiona bluzke! :D) i dawaj, smazyc schabowe. Nie jest to moje ulubione danie, ale ze mam meza - miesozerce i tak tez nauczyl Potworki, wiec schabowe goszcza na naszym stole dosc czesto... Skonczylam i akurat mialam kwadrans zeby spojrzec na liste podpunktow, ktore mielismy omowic na wirtualnym meetingu z pracy. Potem sam meeting, przejrzec maile, odpowiedziec na te pilne i musialam pedzic na zakupy, bo w lodowce na powaznie zaczynalo juz bylo widac tylko swiatlo...Wrocilam, rozpakowalam zapasy, odpowiedzialam na kolejne maile i juz lecialam po Potworki.

 Uprosili pare minut na placu zabaw, a ze pogoda byla boska, nie mialam serca im odmowic

Potem do domu, nakarmic male brzuszki, odrobic czesc pracy domowej do Polskiej Szkoly i dzieciaki musialy sie przebierac na trening plywacki.

A nie pisalam wczesniej? Nik odwrocony tylem (ostatni od prawej), a Bi nawet stoi przodem do mnie, ale akurat... przeciera gogle :D

Po treningu mieli jeszcze sile wdrapywac sie na rosnace przy klubie drzewo...

Wyglada to niczym swiatlo sloneczne, a to mocne latarnie na parkingu :D
 

A po powrocie zrobila sie 18:30, wiec wiadomo, pora kolacji, pakowania sniadaniowek, przygotowywania ubran, prysznic, czytanie, itd. Sam relaks. ;) Mam wrazenie, ze w tym jednym dniu zmiescilam conajmniej trzy... :D A! Tego dnia niedzwiedz wywalil nam znow kosz na smieci i skubany zrobil to nie tylko w bialy dzien, ale jeszcze w ciagu pol godziny, miedzy moim wyjsciem po Potworki, a powrotem M. z pracy! To mial wyczucie czasu! :O

Przewrocil kubel, wyciagnal worek, grzecznie zaciagnal go pod lasek i dopiero tam rozerwal... taki ulozony! ;)

Czwartek byl juz troszke spokojniejszy. Rano zawiozlam Potworki do szkoly, po czym pojechalam do biura na 1.5 godzinki. Szef mial byc zeby podpisac papiery, ale sie nie zjawil. Mam nadzeje, ze nie myslal, ze bede tam czekac na niego caly dzien... Wsunelam mu papierzyska w szpare pod drzwiami jego biura, wyslalam maila, zeby go o tym uprzedzic (zeby przypadkiem z rozpedu nie nadepnal :D i pojechalam. Po drodze jeszcze zajechac do UPS oddac omylnie zamowione ksiazki (zamowilam Kokusiowi nie te czesc, co trzeba, ech...) i do domku. To byl dzien, kiedy jesien ustapila jeszcze na chwilke latu. Temperatura dobila do 22 stopni, swiecilo piekne slonce i tylko wialo jak cholera, ale nawet wiatr byl cieply. Takie wichury zwiastuja zazwyczaj zmiany i na kolejny dzien zapowiadano deszcz i ledwie 15 stopni, dlatego nie czekajac, wzielam Maye na spacer, czy raczej marsz, dla sportu. ;) Przy takich temperaturach, wrocilam oczywiscie mokra jak prosie, mimo ze ubralam krotki rekawek (trzeba bylo jeszcze szorty zamiast spodni), a pies jezor mial doslownie do samej ziemi. ;) Potem niestety musialam klapnac na powrot przed kompem, ale coz, taka praca. Ciesze sie, ze chociaz sie poruszalam, no i ze nie musialam tak siedziec w biurze calutki dzien. ;) Musialam jeszcze zmajstrowac dzieciom obiad, choc tym razem postawilam na prostote - leniwe pierogi i zaraz po nie jechalam. Kiedy Bi wyszla ze szkoly, pierwsze co rzucila pretensja, ze zapomnialam dac jej skrzypce. Ups... No tak, poniewaz dwa pierwsze dni tygodnia Potworki mialy wolne, mentalnie byl dla mnie wtorek nie czwartek i na smierc zapomnialam. ;) Tak szczerze, to Bi moglaby zaczac sama troche pilnowac swojego grafiku, ale chyba za duzo wymagam... Pozniej jeszcze dokonczyc prace domowa do Polskiej Szkoly (na piatek zostawilismy sobie czytanie) i polecialam z Bi na trening plywacki, tym razem z grupa srednio-zaawansowana. Starsza poplywala, na koniec pobawila sie z dwiema dziewczynkami (jest ich tylko 3 w calej grupie) i chyba calkiem niezle sie bawila, ale nie ludze sie, w przyszlym tygodniu na bank znow bedzie jek. ;)

W koncu porzadniejsze zdjecie! Chlopcy musieli wykonac jakies karne cwiczenie za niesluchanie polecen, wiec dziewczyny na chwile siadly na brzegu :)

Swoja droga to mogliby przeniesc ten czwartkowy trening na wczesniejsza godzine. W poniedzialek oraz srode grupa srednio-zaawansowana przychodzi na 18, bo nie ma wyjscia. Wczesniej jest trening grupy poczatkujacej. W czwartek jednak nie ma zadnego treningu przed nimi, a kiedy przychodzimy basen jest praktycznie pusty, wiec naprawde, chociaz pol godziny wczesniej byloby bardzo mile widziane. ;) Zanim trening sie skonczyl, dziewczyny sie pobawily, Bi sie przebrala i dojechalysmy do domu, zrobila sie 19:35. Potem oczywiscie juz szykowanie sniadaniowek, ubran na dzien kolejny, kolacja i szykowanie do spania, wszystko odbywa sie w biegu...

W piatek Bi miala w szkole "pajama day". Znowu zaczynaja. Mialam nadzieje, ze w IV klasie, gdzie sa 9-cio oraz 10-latki, dadza sobie juz spokoj. Dla mnie pizama jest praktycznie jak bielizna i czulabym sie strasznie skrepowana, gdybym miala pokazac sie w niej publicznie. Dzieci nie maja jednak takich dylematow i Bi byla przeszczesliwa (glownie chodzi chyba o to, ze dzieje sie cos innego niz zwykle lekcje), a Nik strzelil focha, ze jego klasa w pizamach nie przychodzila. ;) Na ten dzien zapowiadali ulewy, ale rano, mimo ze podjazd byl mokry, nie padalo. Poprzedniego wieczora pomyslalam sobie blogo, ze jak bedzie lalo, to odpuszczam jazde do pracy, a tu taka przykra niespodzianka. :D Chcac nie chcac pojechalam grzecznie do biura, w dodatku wpadla kolezanka z milionem pytan i zamiast planowanej godzinki (i ani minuty dluzej! ;P) spedzilam tam prawie poltorej! :O :D Jak tylko moglam, czym predzej ucieklam. Po drodze lekko kropilo, wiec debatowalam sama ze soba czy wziac Maye na spacer, ale zanim dojechalam, rozpadalo sie na dobre. Wypuscilam wiec psiura na przydomowe siusiu, a ona za doslownie kilka minut stala pod drzwiami zagladajac w okienko i blagajac wzrokiem o wpuszczenie. Pewnie, kto by tam sie wypuszczal daleko przy takiej pogodzie... ;) Kiedy kilka godzin pozniej szlam do skrzynki i zachecalam, zeby poszla choc na kolejne siusiu na trawe, stala pod drzwiami z podkulonym ogonem. Troche ja rozumiem, bo mielismy bardzo suche lato i calkiem sloneczna, ciepla jesien (jak narazie), wiec nie miala zbyt wielu okazji, zeby deszcz zmoczyl jej futro. Nie mniej przelecialo mi przez mysl, ze nie tylko dzieci, ale i psa mamy rozpieszczonego! ;) Przeciez gdybysmy mieszkali w bloku, musialaby wychodzic przy kazdej pogodzie i nie byloby podkulonego ogona i pretensji we wzroku, ze "Ty czlowiek kazesz mi wyjsc na TAKA pogode?!". :D

Taka jesienna aura... Jak widac balustrady nadal obdrapane, ale za to w doniczkach nadal kwitna w najlepsze pelargonie :)

Trening Nika zostal odwolany, co tym razem przyjelam z wielka ulga. Cos pecha mialy Potworki z pilka w tym tygodniu. Wtorek deszczowy (i trening Bi odwolany), piatek deszczowy (i trening Kokusia odwolany), a miedzy nimi dwa dni pieknej, niemal letniej pogody... Jutro Nik nie mial jechac na mecz, ale i tak go odwolali, z powodu stanu boiska. Miala grac Bi, ale czy zagra? Jest 23 wieczorem, a od godziny za oknem prawdziwa ulewa. Boisko bedzie przypominac mokradlo...

W piatek (czyli dzisiaj) dostalam tez maila, ze w szkole Potworkow maja przypadek korony. Nie w klasie zadnego z Potworkow na szczescie, ale kolejnym razem mozemy miec mniej szczescia i wyladowac na 2-tygodniowej kwarantannie, ech... Jedyne, co mozna robic w obecnej sytuacji, to znalezc odrobinke humoru. "Internety" wybornie sie do tego nadaja:

 



piątek, 9 października 2020

Weszlismy w pazdziernik

Jak widac, brak "aresztu domowego" w tytule. :) Mimo, ze tylko na godzine, ale jednak jezdze co rano do biura. Potworki (poki co) chodza do szkoly, wiec tymczasowo areszt sie skonczyl. Ile to potrwa, niewiadomo, bo tak jak wszedzie, tak i w naszej miejscowosci pojawiaja sie nowe zakazenia. Ja glownie orientuje sie w tym wzgledzie w sytuacjach szkolnych. I tak, dzieci z podstawowek wrocily do szkoly na pelen etat, poza tymi, ktorych rodzice zdecydowali o nauce calkowicie zdalnej. W naszym miasteczku "podstawowki" to klasy 0-IV oraz tzw. "wyzsza podstawowka" (upper elementary school) dla klas V-VI. Middle school (jakby gimbaza ;P), czyli klasy VII-VIII ma polaczyc obie "zmiany" uczniow w przyszlym tygodniu. Tydzien po nich, polaczyc uczniow mialo rowniez High school, ale niestety, co tydzien pojawia sie tam garstka nowych zakazen i polczenie odsunieto na czas nieokreslony. Sytuacja nie jest wiec najgorsza, ale mogloby oczywiscie byc lepiej. ;)

OK, no to co sie dzialo w minionym tygodniu? :)

W piatek, calkiem niespodziewanie, dostalismy w poludnie wiadomosc, ze moje auto gotowe jest do odebrania. Po dwoch dniach, zamiast zapowiadanych 4-5 (nie, zebym narzekala... :D)! Osly zadzwonily na telefon M. (mimo, ze w papierach wyraznie bylo wpisane moje imie, nazwisko i nr. telefonu) i dobrze, ze zostawily wiadomosc, inaczej moglibysmy nawet nie wiedziec. Pojechalismy po powrocie M. z pracy i ciesze sie, ze bylismy razem, bo ja pewnie spojrzalabym na drzwi, ze zrobione elegancko, sprawdzilabym, ze sie zamykaja, podpisalabym papiery i pojechala w sina dal. Malzonek jest znacznie bardziej uwazny i przy tym zna sie na takich rzeczach, wiec szybko zauwazyl, ze cos jest nie do konca tak, jak powinno. Po pierwsze, listwy idace wzdluz okien byly nierowne (jedna byla troszke wyzej), a po drugie, uszczelka pomiedzy drzwiami przednimi, a tylnymi byla scisnieta mocniej niz po przeciwnej stronie auta. Rzecz jasna M. zaraz zawolal faceta tam pracujacego, ze tak nie powinno to wygladac. Facet popatrzyl, podrapal sie po glowie, po czym zauwazyl, ze szpara miedzy drzwiami, a tylem auta jest wyraznie za duza. Musieli moja wozidupke wziac z powrotem na warsztat i nieco cofnac drzwi na zawiasach. Na szczescie zajelo im to raptem 10 minut. Pechowo, zanim z tamtad wyjechalismy, zaczal sie juz trening pilki noznej Kokusia. Dojechalam z Mlodszym pol godziny spozniona. No coz... sila wyzsza. ;) A, jeszcze wracajac do odebrania auta, nie wiem czy w Polsce tez tak jest, ale tutaj, przy takich sprawach, nie mam pojecia czy wszedzie jest taki balagan, czy celowo chca czlowieka zamotac. Kiedy dzwonilam pierwszy raz do ubezpieczenia, babka powiedziala mi, ze oni juz reszte beda zalatwiac miedzy warsztatem a soba. Warsztat wysle im wycene, a oni im bezposrednio przesla pieniadze. Pamietam dokladnie, bo z M. przemknelo nam przez glowe, ze mozna wziac kase od ubezpieczyciela, znalezc jakis tani warsztat i zatrzymac roznice pieniedzy. ;) Smielismy sie, ze niezle sie wycwanili, ze placa bezposrednio warsztatowi. Jakie wiec bylo nasze zdziwienie, kiedy czeki z ubezpieczalni przyszly do... nas, na nasze imiona. :O No ale przyszly to przyszly, uznalismy, ze wplacimy je do banku, a warsztatowi zaplacimy sami. Przy odbiorze auta zas, uprzejmy pan prosi o te czeki, bo potrzebuje zebysmy je przepisali na nich! Mowie mu, ze jak to?! Czeki imienne na nas, ubezpieczenie mialo im zaplacic bezposrednio, nikt nie mowil nic o przywozeniu czekow! Do banku jeszcze ich nie wplacilismy, ale przy sobie oczywiscie nie mielismy... Za 10 minut zamykaja i co? Mam wrocic po auto kolejnego dnia?! Malzonek powiedzial, ze mieszkamy 15 minut od nich i czy moga poczekac pol godziny, to pojedzie po te czeki. Facet sie zgodzil, M. popedzil do samochodu, a pan mi w tym momencie, mimochodem rzuca "no chyba, ze chcecie zaplacic karta, to potem sobie te czeki wplacicie na konto...". No kuzwa, to nie mogl tak od razu?! Przeciez wlasnie to chcielismy od poczatku zrobic! Wylecialam z tego warsztatu i na szczescie udalo mi sie zatrzymac M., ktory wlasnie wykrecal z parkingu! :D

Potem juz popedzilam z Kokusiem na trening, a prosto z niego do domu taty, gdzie M. podjechal z Bi odstawic tesciowi samochod. W podziece zatankowal je do pelna, mimo, ze ja przez te dwa dni nie zuzylam nawet 1/4 baku. No, ale podziekowac trzeba bylo, tym bardziej, ze jak widac, taki ze mnie kierowca, ze tata ryzykowal, ze i jego bryka gdzies przywale, a jednak pozyczyl bez oporow. ;) 

A na treningu, podczas probnego meczu, Nik dostal pozycje obroncy. Najpierw slyszalam jak marudzil na glos, ze nie chce byc obronca, a potem niespodziewanie tak dobrze mu szlo, ze w aucie, cala droge powtarzal mi, ze to jego ulubiona pozycja i ma nadzieje, ze na prawdziwym meczu kolejnego dnia, tez go w niej trener obsadzi. :D

Leci Nik z pilka, leci, ale juz kolega (jeden z najlepszych zawodnikow) pedzi, zeby mu ja odebrac ;)

Tak jak napisalam wyzej, kolejnego ranka, w sobote, Nik mial mecz. To znaczy Bi tez miala, ale znow mielismy konflikt czasowy, gdzie oboje mieli mecze o tej samej porze, ale w roznych miastach. W zeszlym tygodniu grala Bi, wiec w tym pojechalismy do Kokusia. O dziwo, Bi nawet nie protestowala. Mecz byl juz na 9 rano, a termometr pokazywal ledwie 8 stopni. Pamietajac jak wymarzlysmy z Bi na poprzednim meczu Mlodszego, tym razem wzielysmy kurtki, a Nikowi dalam pod koszulke bluzke z dlugim rekawem i jeszcze bluze na wierzch. A potem okazalo sie, ze na poczatku pazdziernika slonce jest jeszcze bardzo mocne, w dzien mialo byc 19 stopni, a na dodatek bylo zero wiatru, powietrze doslownie stalo. W rezultacie, po 15 minutach zaczelysmy sie z Bi rozbierac. :D

Nika druzyna jest naprawde mocna, maja dwoch bardzo dobrych napastnikow, a i reszta chlopcow jest calkiem niezla i ambitnie (i skutecznie) przejmuja pilke. Druzyna przeciwnikow tylko kilkukrotnie przebila sie przez linie obrony, ale nie dala rady strzelic gola. Raz byli baaardzo blisko, ale trafili... slupek od bramki. :D Naszym udalo sie strzelic 7 (siedem!) goli, wiec wygrana byla bardziej niz zdecydowana. :) Ponizej, na zdjeciach widac idealny przyklad powiedzenia "gdzie dwoch sie bije, tam trzeci korzysta":

Biegnie dwoch chlopaczkow, juz prawie dobiegaja do pilki, a miedzy nimi Nik, troszke dalej...

Nagle... nie wiadomo jak, ale obaj leza, a Nik przejal pilke :D

Poniewaz tego dnia mecz byl o ponad godzine wczesniej, pozwolilam Potworkom pobawic sie chwile na placu zabaw mieszczacym sie obok boisk. Dlugo zostac nie moglismy, bo po pierwsze, strasznie chcialo mi sie siku (efekt kawy w termosie), a po drugie, Nik musial dokonczyc lekcje do Polskiej Szkoly. No niestety, kiedy w czwartek konczyli je odrabiac, bardziej zajety byl wyglupami. Na szczescie na sobote zostalo mu niewiele i nawet bez marudzenia siadl do roboty. Po krotkim oddechu, musialam zapakowac Potworki ponownie do auta i na 12 jechalismy do plenerowej Polskiej Szkoly. To znaczy, dzieciaki do szkoly, matka na kawe z kolezankami. ;) Musze przyznac, ze bedzie mi brakowac tych kawek kiedy Polska Szkola przejdzie na Zoom. ;)

W niedziele pogoda znow byla niczym jesienne marzenie. Rano oczywiscie kosciol, potem moj tata wpadl na kawe i ciacho, a pozniej pojechalam z Potworkami na coroczna "impreze" organizowana przez klub z naszej miejscowosci. Pewnie nie pamietacie, ale klub ten, posiadajacy ogromny teren z jeziorem, stawami, placami zabaw, rozlicznymi pawilonami, a takze lasem ze szlakami spacerowymi (zima do nart biegowych), co roku otwiera podwoje dla nie-czlonkow, ktorzy moga, poza skorzystaniem z rozleglej przestrzeni, przejsc sie wydzielona sciezka, przy ktorej porobione sa domki dla wrozek i krasnoludkow. 

Tak sie nazywa ta wystawa, czy jak ja zwal: "Nature's open house"
 

Myslalam, ze w tym roku bedzie z tym kicha, bowiem wiele z tych domkow jest konstruowanych przez grupy dzieci z bibliotek lub odpowiednikow naszych Zuchow. W tym roku, z oczywistych powodow, nie ma takich zajec grupowych, ale jednak znalezli sie ludzie, ktorzy domki pobudowali. 

 

Niektorzy naprawde maja talent. Tu lodz rodem z Chin, a Bi udaje szok ;)

Przy niektorych domkach byly prawdziwe cacuszka. Tutaj malusienkie "wrozki" z glowkami z zoledzi, cialkami z patyczkow obleczonych wloczka i skrzydelkami z klonowych "noskow" :)

Dla Potworkow, obejrzenie domeczkow to byl tak naprawde dobry pretekst zeby pojechac do tego klubu. Znaja go z rozlicznych zajec edukacyjnych organizowanych dla szkol, a takze wycieczek klasowych. Bi przeszla sciezka nawet z entuzjazmem, podziwiajac kunszt i detale domkow, ale Nik juz w polowie zaczal marudzic, ze to "dziewczynskie" i nudne i kiedy w koncu pojdziemy na plac zabaw... ;)

Wioska elfow w klimacie Halloween :)

Chwile pozniej, juz na placu zabaw, zbiesila sie Starsza, jeczac, ze chce sie pobawic z najlepsza przyjaciolka. Nieopatrznie powiedzialam jej bowiem, ze moze sie spotkaja, bo jej mama napisala mi, ze tez tam beda. A ze dla Bi (jak chyba dla wiekszosci dzieci) "moze" oznacza "tak", to byla niepocieszona, ze nigdzie kolezanki nie ma. Potem okazalo sie, ze oni sie mocno spoznili, bo dojechali na miejsce, kiedy my juz konczylismy spacer sciezka.

Ten klub to nie tylko las, ale ogromny teren z jeziorem oraz stawami. To jeden z nich
 

W koncu jednak udalo nam sie z sasiadka zgadac gdzie jestesmy i podobno przyjaciolka Bi, na wiesc, ze ta czeka na nia na placu zabaw, rzucila wszystko i zaczela ciagnac swoja siostre za fraki, ze "co roku to samo, juz to widzielismy, idziemy stad!". :D Takie to z nich przyjaciolki, ze normalnie "posikane" sa za soba. ;) Potem oczywiscie problem byl, zeby dziewczyny rozdzielic, a jeszcze kiedy szlismy przez parking, dojechala dziewczynka, ktora Bi zna z pilki noznej i byl jek, zeby zostac troche dluzej. Bylam jednak nieugieta, bo juz i tak spedzilam tam 2.5 godziny, zamiast przewidzianego 1.5. A kiedy juz wyjezdzalismy, dzieciaki zauwazyly plac zabaw nad samym jeziorem, ktorego wczesniej nie zauwazyly i mialam w aucie ryk i foch, ze nie chce sie tam zatrzymac. ;)

Na zdjeciu tego dobrze nie widac, ale Nik turla sie z gorki ;)

Ogolnie byl to bardzo fajny wypad i tylko szkoda, ze nie rodzinny, bo M. z nami nie pojechal. A nie wybral sie, bowiem... zlapala go wscieklizna, kiedy zobaczyl, ze zarysowalam swiezo polakierowane drzwi w aucie... To znaczy powinnam napisac "zarysowalam". Maz moj bowiem normalnie prawie apopleksji dostal, nagadal sie jak stary, zrzedliwy pryk, a tak naprawde to tego ciezko rysa nazwac. A wszystko przez cholerna Polska Szkole. ;) Pisalam juz, ze organizuja ja w plenerze, w ni to parku, ni to klubie. Fajnie, ze lekcje sa osobiscie poki pogoda sie utrzymuje, ale ogromna wada tego miejsca jest to, ze jest schowane i ma baaardzo dlugi podjazd od glownej drogi. Ten podjazd jest za waski zeby dwa auta mogly sie swobodnie wyminac, a po bokach rosna geste krzaki. Mozecie sie pewnie domyslac skad te rysy? Po prostu, kiedy zawoze Potworki na lekcje, na tym podjezdzie co i rusz kogos sie mija i wtedy nie ma wyjscia, oba auta musza wjechac w krzaczory. I podejrzewam, ze ta rysa na karoserii zrobiona zostala przez jakas galazke... Na poczatku poczulam sie winna, choc nie powinnam. Auto nowe, fakt, ale przeciez to "tylko" auto. Jest od jezdzenia, a nie zeby stac w garazu i blyszczec... A edukacja dzieci jest w koncu wazniejsza niz lakier. Tak samo, M. robil mi ostatnio wymowki, ze zawozac dzieci na plywanie, parkuje blisko drzwi, miedzy autami, zamiast gdzies na koncu parkingu. A przeciez Potworki wychodza z mokrymi wlosami, nakladajac najwyzej na glowe kaptury od bluz (u nas nadal jest za cieplo na kurtki)! Spytalam malzonka, co jest wedlug niego wazniejsze: dzieci czy auto i juz tylko burczal cos do siebie pod nosem... pewnie malo pochlebnego na moj temat. :D W kazdym razie probujac sprawdzic skad ta niedzielna rysa (bo nie pamietalam zeby mi jakas galaz ze zgrzytem po aucie przejechala), wzielam mokra szmatke i przelecialam nia karoserie. I co?! I rysa znikla!!! No, moze nie calkiem, bo cos tam widac, ale pod paznokciem w ogole nie czuc, ze cos tam jest, a wyglada niczym cien. Podejrzewam, ze gdybym umyla cale auto z plynem, slad zupelnie by sie zmyl. A moj malzonek, ktory na punkcie aut i ich czystosci ma bzika, pierdzieli mi przez godzine o nieodpowiedzialnosci i ze szkoda dla mnie nowiutkiego samochodu. I tak, jak z poczatku rzeczywiscie mialam wyrzuty sumienia, tak potem, kiedy okazalo sie, ze "ryse" mozna po prostu zetrzec, obrazilam sie. Tyle zlosliwego gadania o nic! :/

Poniedzialek przywital nas szkola! Drugi tydzien pod rzad lekcje w szkole! Luksus normalnie!!! ;) Matka pojechala zas do biura na godzinke. Nie chcialo mi sie jak jasna cholera, ale zmusilam sie, bo przeciez za jakis czas (mam nadzieje, ze w koncu nadejdzie ta "normalnosc") bede musiala wrocic do pracy w siedzibie firmy i lepiej zebym sie od tego zupelnie nie odzwyczaila... Teraz i tak mi fajnie, bo skoro nikt nie wymaga ode mnie obecnosci tam, to moge sobie odpuscic kiedy pada, wichura glowe urywa, czy mam po prostu gorszy dzien. :)

W poniedzialkowe popoludnie nastapil kolejny wazny dzien dla Potworkow, mianowicie pojechaly na pierwsza lekcje religii! ;) Zaciagnelam ze soba M. na wypadek gdyby ktos przyczepil sie do braku jakiegos swistka, bo uznalam, ze co dwie glowy to nie jedna i razem latwiej bedzie sie jak cos wyklocic. Okazalo sie jednak, ze nie bylo to potrzebne. Nauczycielki ustawily sie z dziecmi na parkingu pod budynkiem dawnej katolickiej szkoly (nie funkcjonujacej od kilku lat) i z tamtad zabraly je do srodka. Kobiete, ktora zarzadza calym programem religii widzialam tylko z daleka. Z tego co jednak wiem, to ona przygotowuje dzieci juz do calej ceremonii pierwszej spowiedzi oraz Komunii, wiec mam nadzieje, ze nie przyczepi sie nagle w marcu - kwietniu, ze gdzie sa zaswiadczenia... :/ Poki co, pierwsze koty za ploty, choc Nik, juz w samochodzie, oznajmil, ze nie lubi religii i zeby go wypisac. I bardzo byl niezadowolony, kiedy M. oswiadczyl, ze akurat tu nie ma wyboru. ;) Bi z kolei cieszy sie i juz marzy o przyjmowaniu oplatka co niedziele. To pokazuje wyraznie roznice w dojrzalosci maloletnich. Dziewieciolatek jest juz gotow na Sakrament. Niespelna osmiolatek... nie bardzo. Miejmy nadzieje, ze do wiosny Mlodszy sie troche ogarnie. ;) Zreszta, przy obecnej sytuacji, niewiadomo czy Komunie odbeda sie na wiosne, czy jak w tym roku, dopiero gdzies jesienia...

A! Tak w ogole z ta religia tutaj tez jest balagan! Kiedy zapisywalam Potworki, babka wspomniala cos, ze bedzie wysylac rodzicom informacje. Na szczescie wspomniala tez, ze lekcje ruszaja 5 pazdziernika i ja to zapamietalam. W niedziele po poludniu bowiem dotarlo do mnie, ze nie otrzymalam zadnego zawiadomienia, ani mailem, ani telefonicznie. Przekopalam spam (bez rezultatu) i napisalam do kolezanki, czy ona cos dostala, myslac ze moze przez brak "swistka", Potworki nie sa nadal oficjalnie przyjete czy "cus"... ;) Religia ma sie zaczac nastepnego dnia, a tu do rodzicow nic nie wyslali... Kolezanka zdziwiona odpisala, ze ona tez nic nie dostala i ta religia pewnie zacznie sie dopiero pod koniec miesiaca. W koncu weszlam na strone kosciola, a tam jak byk, ze zajecia zaczynaja sie 5 pazdziernika, tak jak zapamietalam. I dobrze, ze bylam dociekliwa, bo moje dwie kumpele nawet by dzieciakow nie przywiozly. Zreszta, Bi mowiala, ze podczas sprawdzania obecnosci, kilkorga dzieci nie bylo i ich rodzice pewnie tez czekaja nadal na zawiadomienie. ;) 

Na dzien dzisiejszy najwieksza bolaczka przygotowania do Komunii jest to, ze dzieciaki wchodza do szkoly, ale rodzicom pozostaje czekanie na parkingu, chyba, ze ktos mieszka bardzo blisko i oplaca mu sie pojechac do domu. Ja mam 15 minut, wiec przy jezdzie w te i z powrotem to juz pol godziny. Nijak nie oplaca mi sie jechac do chalupy na kolejne pol. Teraz jest jeszcze jasno i w miare cieplo. Mozna pokrazyc po parkingu, pogadac ze znajomymi. Za miesiac jednak bedzie ciemno i zimno. Co robic przez te godzine? Paradoksalnie, pandemia troche ulatwia sytuacje, bo religia bedzie sie odbywala co drugi tydzien. Poza tym mam nadzieje wymieniac sie z M. odwozeniem Potworkow (a co, niech i on ponudzi sie na parkingu!), wiec takie bezsensowne czekanie bede musiala przetrwac raz na miesiac. Chyba przezyje. ;) No i juz mamy (to znaczy dzieci maja, ale wiadomo, ze rodzice tego pilnuja) za zadanie domowe nauczyc sie "Ojcze Nasz" i "Zdrowas Mario". Po angielsku. Wydrukowalam tekst i przy wieczornym paciorku Potworki tluka, ale ze jest w tym troche archaicznych wyrazow, to jakaja sie i przekrecaja rowno. :D

A najlepsze, ze kolezanka powiedziala mi, ze wlasnie sie dowiedziala, ze nasza oficjalna parafia jednak zaczyna religie i dla dzieci komunijnych jednak sa to zajecia osobiscie! Nie mogli obudzic sie jakies dwa tygodnie temu?! Teraz tu Potworki juz zapisalam, zaplacilam, chyba nie bede juz przepisywac. Nie ukrywam tez, ze tutaj mam zwyczajnie blizej... ;)

We wtorek dzien uplynal prawie normalnie. Jedyna zmiana bylo to, ze malzonek wyszedl sobie z pracy wczesniej. W jego korpo dostali bowiem dodatkowe dni wolne ze wzgledu na korone, ktore musza wykorzystac do konca roku. Poczatkowo M. "chomikowal" je na wyjazd do Polski, ale ze sytuacja jest taka a nie inna, wiec bilety znow chcemy przelozyc (zreszta, jakie mamy inne wyjscie?), a te dni moj malzonek bedzie sobie wykorzystywal to tu, to tam... Kiedy napisal mi, ze wychodzi wczesniej, poczatkowo sie zirytowalam, bo obecnosc M. zawsze rozwala mi schemat dnia. Tym razem jednak zabral sie za grzebanie przy jakichs czesciach samochodowych, wiec nie przeszkadzal. ;) Razem tez pojechalismy po Potworki, co bylo mila odmiana.

Po poludniu Bi miala trening pilki noznej.

Gdzies w tej grupce, Bi (najjasniejsza glowa) "walczy" o pilke :)
 

Trening jak trening, nic nowego, ale dowiedzielismy sie, ze sobotni mecz zostal odwolany. Nadchodzacy weekend jest tutaj dlugi ze wzgledu na poniedzialkowe swieto i ponoc przeciwna druzyna nie bedzie miala wystarczajacego skladu na mecz. Troche to dziwne, bo pazdziernik z reguly nie jest juz wyjazdowym czasem, a poza szkolami oraz federalnymi urzedami, w poniedzialek wszyscy normalnie pracuja... Podejrzewam, ze ktos chcial sobie zrobic dlugi weekend bez zadnych zobowiazan. No, ale mecz odwolany, to odwolany, plakac nie bede, choc szkoda troche, bo akurat w ten weekend Bi miala grac... Ciekawe tylko na jaki dzien go przeniosa (bo niby maja przeniesc)...

W ten sposob dobrnelismy do srody. Ta minela zwyczajnie i spokojnie, tylko Bi zaczela jeki, ktore zdarzaja jej sie co jakis czas, mianowicie, zeby ja wypisac z druzyny plywackiej. Przyznaje, ze troche to plywanie "cisne", bo oba Potworki sa w tym dobre (no, Nik jest szybki, bo technika jeszcze czasem lezy ;P) i szkoda, zeby to zaprzepascic, a jeszcze plywanie to ogolnie taki sport dobry dla calego ciala i przy tym malo kontuzyjny. Moje dzieciaki kochaja wode, ale Bi, jak to sama przyznala, lubi plywac, ale nie lubi jak ktos jej mowi jak ma plynac. No coz, taka niestety jest rola trenerow. ;) Starsza juz rok temu powinna byla przejsc do grupy srednio-zaawansowanej, tymczasem trzyma sie kurczowo tej poczatkujacej i od czasu do czasu wlacza jej sie tryb "nie chce juz chodzic na plywanie". I sama nie wiem, co z tym fantem zrobic... Z jednej strony nie chce jej zmuszac, ale z drugiej zrezygnowac zupelnie tez mi szkoda. Bi chetnie pochodzilaby tak sobie pochlapac sie w wodzie, problem tylko z tym, ze tutaj nie ma krytych basenow publicznych, a prywatne sa czesciami silowni. Placic jej za czlonkostwo tylko po to, zeby raz na jakis czas przyszla sobie poszalec w wodzie, mija sie z celem... Jesli ja wypisze i pozwole zrobic sobie przerwe, wiem, ze potem bedzie jej jeszcze ciezej wrocic bo straci forme. Wtedy czeka mnie jeszcze wieksze marudzenie i placz, ze nie chce juz plywac, bo jest najwolniejsza z grupy. Bi to ambitna jednostka, choc teraz, na przekor, burzy sie, ze wcale nie chce byc najszybsza, plywa jakby chciala a nie mogla i przepuszcza inne dzieci. W rezultacie, kiedy zazwyczaj ja trener wybieral do demonstracji techniki, w srode wybral... Kokusia! Alez Mlodszy byl dumny! A siostra naburmuszyla sie i oznajmila, ze ona wcale nie lubi demonstrowac innym jak plywac. Tiaaa... ;)

Tu jeszcze zabawa przed treningiem. To blond to oczywiscie Nik, a w czarnym czepku Bi, udajaca najwyrazniej aligatora ;)

Sytuacja nieco patowa... Pilka nozna to tylko dwa razy w tygodniu i za miesiac sie konczy. Jesli wypisze Bi z druzyny plywackiej, za 4 tygodnie nie bedzie uprawiac zadnego sportu i nawet w-f'u w szkole nie bedzie miec! W tym roku bowiem, wymyslili jakies chore zasady i lekcje dodatkowe (sztuka, muzyka, w-f i biblioteka) odbywaja sie dla kazdej klasy codziennie przez miesiac, ale... rotacyjnie, miesiac sztuka, miesiac muzyka, itd.! Czyli w-f, Potworki beda mialy kazdego dnia, ale co cztery miesiace! Czy tylko ja uwazam, ze to "troche" idiotyczne?! Kiedy pilka sie skonczy, bez plywania nagle okaze sie, ze Bi bedzie spedzac popoludnia na kanapie, bo za chwile po szkole zaraz zrobi sie ciemno i nawet po podworku nie pobiega! Poki co, wyciagnelam wiec ciezka artylerie i oznajmilam pannicy, ze jesli wypisze ja z druzyny, to bedziemy musieli drastycznie ograniczyc spozywana przez nia ilosc slodyczy. Slodkosci to bowiem wielka slabosc Bi, po tatusiu zreszta. Serio, ona zjada wiecej slodyczy ode mnie, tyle, ze ja jestem dwa razy ciezsza (choc ja jem ich raczej malo, wiec moze tu tkwi problem ;P). Poki praktycznie codziennie ma jakis sport, to (poza niepokojem o zeby) az tak mnie to nie martwi, ale jesli mialaby nagle zostac bez ruchu... Nie powiedzialam jej tego, ale w rodzinie M. jakos kuzynki Potworkow strasznie tyja. Obawiam sie, ze to moze byc rodzinne. Bi jest ogolnie "nabita", ma zupelnie inna budowe niz ja jako dziecko, bo ja bylam chuda jak tyczka, a Starsza ma wyraznie troche "cialka". Jedna z jej kuzynek ma niespelna 14 lat i jest po prostu gruba. Wiem, to tylko dzieciak, moze nie powinnam tak pisac, no ale nie ma co owijac w bawelne. Ma panna nadwage i to znaczna. A ostatnio na filmiku widoczna byla inna kuzynka Potworkow, 12-latka i w szoku bylam, ze nawet ona miala brzuszysko opinajace koszulke. Te dziewczynki nie sa siostrami, tylko kuzynkami i obawiam sie, ze to taka tendencja do tycia moze byc w zenskiej czesci rodziny M. dziedziczna... A ze ogolnie mamy epidemie otylosci u dzieci, zrobie co w mojej mocy zeby Potworki uzywaly jak najwiecej ruchu... Poki co, mam nadzieje, ze grozba odebrania wiekszosci slodkosci, skutecznie da Bi do myslenia i zostanie jednak przy plywaniu. ;)

W czwartek Bi miala trening plywacki z grupa srednio - zaawansowana. Oczywiscie juz rano marudzenie, ze ona nie chce plywac, po szkole jeki, ze nie lubi trenerow (jestem tam caly czas, wiec wiem, ze zaden nic przykrego jej nie powiedzial), zeby ja wypisac i koniec. Pogadalam ja, pogadal troche M. i w koncu pannica stwierdzila, ze ok, jeszcze troche pochodzi i zobaczy... Ciekawe jak dlugo, zanim znow zacznie mekolenie... ;)

Trener cos tlumaczy. Wszystkie dzieciaki maja albo ciemne wlosy, albo czarne czepki i nawet juz nie pamietam, ktora to Bi :)

Czwartek byl tez dniem, kiedy nasz Stan rozpoczal kolejna faze "otwierania" gospodarki. Czesciowo mnie to cieszy (bo oznacza dalszy powrot normalnosci), choc tak naprawde zmiany sa niewielkie, a czesciowo zastanawiam sie, jaki ma to sens akurat teraz, kiedy i u nas zachorowania zaczely isc w gore. Nie wiem czy nasz gubernator nie otwiera Stanu dalej, zeby za kilka tygodni miec co zamykac. :/ Przez cale lato, z robionych testow, pozytywnych bylo ponizej 1%, a hospitalizacje w ktoryms momencie spadly do czterdziestu kilku osob. Od konca sierpnia jednak wszystko idzie pomalu, ale w gore. W tej chwili w szpitalach, na covid-19 jest leczonych 128 osob, a testow pozytywnych wraca 1.4%, czyli okolo 300 osob. Cyferki nieduze, ale pamietajmy, ze nasz Stan jest malutki, a wraz z sezonem chorobowym, bedzie coraz gorzej, bo podejrzewam, ze wiele przypadkow grypy, czy nawet zwyklych przeziebien, beda "podpinac" pod koronawirusa, a co... :/

Poki co jednak, dobrnelismy do weekendu. Ten dla Potworkow bedzie dlugi, bowiem w poniedzialek mamy Columbus Day, wiec szkoly sa zamkniete, a we wtorek w naszym miescie odbywac sie bedzie szkolenie dla nauczycieli. Nawet M. stwierdzil, ze w oba dodatkowe wolne dni bedzie bral po pol dnia wolnego. I tylko ja mam kupe roboty, z ktora musze sie uwinac do srody, wiec nie wiem ile uda mi sie zrelaksowac. Coz, niech chociaz dzieciaki odpoczna. Po kilku miesiacach malo wymagajacych lekcji zdalnych, potem wakacji, a nastepnie chodzenia do szkoly "na zmiany", teraz, po zaledwie dwoch tygodniach pod rzad w placowce, widac, ze sa zmeczeni. Nika musialam dwa razy budzic o 8 (do szkoly musimy dojechac przed 9, wiec to naprawde ostatni gwizdek), a dzis nawet Bi spala o 7:40, kiedy zazwyczaj o tej porze jest juz dawno na dole. Dobrze wiec, ze beda mieli 4 dni na spanie do oporu. No, w sumie 3, bo w sobote o 8:30 Nik zaczyna rozgrzewke przed meczem. Na to jednak wstaje z entuzjazmem i leci jak na skrzydlach. ;)

Do przeczytania!

Przycinajac zwiedle badyle w ogrodzie, ciachnelam niechcacy kilka astrow, docielam wiec wiecej do wazonu. Sliczne sa. :)
 

piątek, 2 października 2020

Tydzien #29 i "permanentny" koniec aresztu domowego?

Nie wiem co bedzie za tydzien, dwa, kilka. Poki co, Potworki wrocily do szkoly na pelen etat. Z tego co narazie jednak sie orientuje, budynek, w ktorym miesci sie moja praca nadal nie operuje w pelnym zakresie. Planuje wiec jezdzic do pracy na godzinke dziennie, a reszte obowiazkow wykonywac z domu. Nie zebym sobie jakos specjalnie z tego powodu krzywdowala. ;)

Ostatni post zakonczylam poczatkiem dlugiego weekendu. Dlugiego dla Potworkow i czesciowo dla mnie, bo oczywiscie M. pracowal normalnie w piatek, poniedzialek oraz pol soboty. Pisalam tez, ze piateczek byl szalony. No bo byl. ;)

Rano czekala mnie jazda do kosciola w innym miasteczku, w sprawie zapisu Potworkow na religie. Powiem Wam, ze jestem juz mocno zniechecona. No zeby tyle problemow bylo z zapisem na religie?! Tym bardziej, ze w Stanach kosciol katolicki naprawde cienko przedzie, ubywa im wiernych, nie maja ksiezy, zamykaja swiatynie... Pomyslalby ktos, ze beda wychodzic ludziom naprzeciw, a tymczasem robia wszystko zeby "odstraszyc"! A zaczelo sie od tego, ze trafilismy do, okazuje sie, kiepskiej parafii, ktora w dodatku w tej chwili jest w trakcie likwidacji i laczenia z inna. :O Lekcje religii sa w Stanach oferowane od zerowki, ale dziecko trzeba samemu zapisac i wozic (i placic za te "przyjemnosc"). Dwa lata temu dzwonilam do biura "naszej" parafii z pytaniem od kiedy dzieci musza chodzic, zeby podejsc do Komunii. Powiedziano mi, ze od III klasy. No to ok, stwierdzilismy ze nie ma co placic i wozic dzieciakow wczesniej, tym bardziej, ze mieszkamy od parafii prawie pol godziny drogi i to autostrada. Czekalismy na ten rok (zeby poslac Potworki razem), ktory nie dosc, ze jest pokomplikowany przez covid'a, to jeszcze, jak pisalam, nasza parafia jest w kompletnej rozsypce i dezorganizacji. Przez chwile byla nadzieja, ze cos tam zorganizuja, ale w tej chwili wyglada na to, ze religii nie bedzie w ogole, nawet wirtualnej. Wszyscy rodzice z tamtad, ktorych znam, zapisuja dzieciaki na lekcje w innych parafiach... Pisalam juz chyba o klapie w kosciele w naszym miasteczku, gdzie wymagaja dwa lata przygotowania do Komunii, a w dodatku dzieci ida w II klasie, wiec jak uslyszeli, ze Bi zaczyna klase IV, a nie chodzila wczesniej na religie, oswiadczyli, ze jest "za stara" i musialaby miec indywidualny tok przygotowan. No porazka na calej linii... Tymczasem moja kolezanka wyczaila parafie w innym miasteczku, ktora jako chyba jedyna w okolicy podjela sie lekcji osobiscie, a nie wirtualnie. Zadzwonilam, spytalam czy sa jeszcze miejsca, a ze byly, to umowilam sie, ze przyjade i zapisze. I wszystko niby super, pojechalam, wypisalam formularze, zaplacilam (grube - po $145 na lepka!) pieniadze, a pani, miedzy braniem kasy, a gadka szmatka, napomknela zeby doniesc jej kiedys przy okazji zaswiadczenia z naszej parafii, ze dzieciaki ukonczyly I i II klase religii! A ja tak wypisujac formularze, przytakujac paplaninie kobiety, przytakiwalam i kiwalam glowa i kiedy to uslyszalam tez odruchowo przytaknelam i dopiero po chwili dotarlo do mnie co powiedziala i malo sie nie zakrztusilam. Wtedy jednak pani juz sie ze mna wlasciwie zegnala, a ja pamietajac "porazke" z innego kosciola, stchorzylam i nic nie powiedzialam. No i teraz mam dylemat. Nic nie mowic i liczyc, ze babka zapomni, a jak gdzies w polowie roku temat wyjdzie, to juz Potworkow nie wywali? Czy sie przyznac uczciwie i ryzykowac, ze w ogole ich nie przyjmie, kaze cofnac do II klasy, albo tak jak w tym innym miejscu, oswiadczy, ze Bi za duza jest juz zeby zaczynac lekcje religii? Za pierwsza opcja przemawia fakt, ze na te lekcje zapisala syna kolezanka z "naszego" kosciola, a na pytanie o te zaswiadczenie powiedziala, ze parafia jest w trakcie likwidacji, biuro nie dziala, kobieta odpowiedzialna za religie nie odpisuje na wiadomosci, itd. Babka w sekretariacie na to machnela reka, ze ok. Kolezanka jednak syna miala faktycznie na religie zapisanego, a w dodatku tej religii uczyla, wiec jakby co, jest kryta. A ja musialabym sklamac mowiac, ze nie dam rady doniesc zaswiadczenia, ktorego wiem, ze nikt mi nie wypisze... Jestem tez wsciekla, bo chodzi o glupi swistek, a tymczasem, wiem z pierwszej reki, ze dzieci na tej religii spiewaja piosenki, koloruja obrazki, a guzik sie ucza. Ta wyzej wspomniana kolezanka bowiem mowila mi, co z dziecmi robia. W zeszlym roku, zdolali nauczyc ich "Ojcze nasz" i mieli jeszcze nauczyc "Zdrowas Mario", ale nie zdazyli, bo wybuchla pandemia! I to ma byc ta niezwykle "wazna" edukacja religijna?! Potworki sa co niedziele w kosciele, co wieczor zmawiaja pacierz, czytaja koscielne gazetki dla dzieci, tlumaczace po "dzieciecemu" niedzielne kazania... Malzonek moj opowiada im czasem o Jezusie i zbawieniu (a jak...). Ide o zaklad, ze sa bardziej obyci z wiara niz wiele z tych dzieciakow, ktore na religie chodza od zerowki. Ale liczy sie przeciez tylko glupi swistek... :/ Po dyskusji z moim malzonkiem, doszlismy do wniosku, ze zgodnie z powiedzeniem "uczciwy dwa razy traci", nie ma co sie narazie wychylac. Nie bede klamac, ale dopoki babka sie nie upomni o ten swistek, sama nie bede zagajac rozmowy. W ostatecznosci, jesli temat wyplynie i beda problemy, Potworki nie podejda w tym roku do Komunii. Trudno, Bi przyjmie ja jako 11-latka. Powiedzialam tez M., ze to on jest u nas "kosciolkowy" i moglby choc raz cos zalatwic. Bo oczywiscie pretensje ma do mnie, ze dlaczego dzieci nie chodzily wczesniej na religie?! K*rwa! Dobrze wiedzial i zgodzil sie, zeby w naszej parafii zapisac ich od III klasy, a teraz nagle wlaczylo mu sie zacmienie! Poza tym ja latam za szkola dzienna, szkola polska, wszelkimi zajeciami, sportami, itd. No by chociaz raz zainteresowal sie czyms zwiazanym z dziecmi! Wszystko na mojej glowie, teraz w dodatku poplatane przez "korone" i jeszcze slysze pretensje, ze no jak to, ze inne dzieci chodzily na religie, a nasze nie? A dlaczeeego?! Po trzech latach sie, ku*wa, obudzil! Po prostu, pisze Wam i to samo powiedzialam M., ze jesli tutaj nie wyjdzie, jesli z jakiegos powodu Potworki do tej Komunii nie przystapia, ja umywam rece. Mam dosc dzwonienia, zalatwiania, proszenia, jezdzenia... To M. najbardziej zalezy na kosciele, sakramentach, itd., wiec dlaczego to ja mam jeszcze za tym latac?! Koniec, pierdziele to!

Uch... Wygadalam sie... Mowie Wam, nie spodziewalam sie, ze tyle problemow bedzie z religia oraz Komunia. To po prostu jakas parodia...


Wracajac do przyjemniejszego tematu oraz reszty piatku. Po zaliczeniu biura w kosciele, musialam pilnie wyslac dokument z moimi komentarzami (nad ktorym pracowalam dwa poprzednie dni) do obu szefow, a w miedzyczasie zadzwonila jeszcze babka z banku, ze ma dla mnie dokument do podpisania. Na szczescie wyslala go mailem zamiast ciagac mnie do banku, inaczej moje plany moglyby miec spora obsuwe...

W czasie, kiedy walczylam z dokumentacja sluzbowa oraz prywatna, polecilam Potworkom zeby zjedli drugie sniadanie, bo chwile potem wyjezdzalismy z domu. Postanowilam zabrac dzieciaki na cos w rodzaju jesiennego festynu (choc bardziej przypomina to plac zabaw, tyle, ze odplatny), na ktorym bylismy rok temu i strasznie im sie podobalo. W tym roku, z powodu "korony", trzeba bylo bilety kupic z wyprzedzeniem i na okreslony przedzial czasu, na miejscu wszedzie staly dozowniki z plynem odkazajacym, ale reszta z grubsza odbyla sie tak jak wtedy. Nawet plac zabaw z kukurydza zamiast piachu byl normalnie, choc zanim tam przyjechalam, szlam o zaklad, ze akurat tej atrakcji to nie bedzie. I akurat o te kukurydze najbardziej sie wzdrygalam, bo dzieciaki tarzaja sie w niej od stop do glow, a jest to cos, czego wysterylizowac sie nie da i nie sadze, zeby ja po kazdej grupie wymieniali. Potworki jednak z calego festynu kochaja kukurydziany plac zabaw najmocniej i nie mialam serca im zabronic...

Bardzo "higieniczna" aktywnosc, ale maski musza byc... :/
 

Drugim ulubiencem byly go-cart'y na pedaly, ktorymi Nik moglby jezdzic calutki dzien, ale niestety byla jeszcze Bi, ktora zrobila koleczko i miala dosc, a ja nie moglam sie rozdwoic. ;)

Kobiety na traktory :D

Poza kukurydza oraz go-cart'ami, Nik czekal najbardziej na wspinaczke po gigantycznych oponach. Zaskoczona bylam, ze akurat na to, ale oznajmil, ze chce poudawac kozice. :D

Dwie "kozice" :D

Dodatkowo, poskakali na dmuchancu.

Nik, zamiast skakac, najczesciej biegal po tym dmuchancu w te i nazad :)

Pozjezdzali ze zjezdzalni rur, przejechali sie mini pociagiem z wagonikami z metalowych beczek.

Potworki caly "pociag" mialy dla siebie i kazde usiadlo w wagoniku o ulubionym kolorze ;)

Usilowali glaskac zwierzatka (w koncu dal im sie tylko osiolek).

Nawet nie wiem jak udalo im sie zwabic zwierza do ogrodzenia ;)

Dorwali mini go-cart'ciki.

To wyraznie pojazdy dla maluszkow, ale ze zadnych mlodszych dzieci na horyzoncie nie bylo widac, to... ;)

Przejscie labiryncikiem z beli siana dla maluszkow, skonczylo sie zabawa w berka po jego sciankach. ;)

Tu wyglada to niczym wyscig ;)

Przejechalismy sie wozem z sianem, zajrzelismy za pierwszy zakret labiryntu w kukurydzianym polu, zjedlismy po lodzie i... mimo, ze czas mielismy wykupiony na 2 godziny i 45 minut, zostalo go tylko na tyle, zeby wybrac po dyni i ruszyc do domu.

Wejscie do labiryntu... gdzie? Chyba niewidzialne, przez lawke, jak w Harry Potter'rze. :D Tak naprawde bylo z boku ;)

Na szczescie w tym momencie Potworki byly juz porzadnie wymordowane i zgrzane (bylo potwornie goraco!), wiec nawet bardzo nie protestowaly. :)

Pole dyniowe bylo "oszukane", bo dynki wcale tam nie rosna, tylko zostaly rozrzucone na potrzeby dzieciakow ;)

Po powrocie do domu, zostala godzina na oddech, po czym czas byl jechac na trening pilki noznej z Nikiem. Obawialam sie, ze Mlodszy moze protestowac i nawet bylam sklonna mu odpuscic wiedzac, ze musi byc zmeczony, ale polecial w podskokach i mial sile biegac. Chcialabym miec dzieciece tempo regeneracji. ;) Na treningu typowe wyglupy z kolegami, przepychanie, wykopywanie sobie nawzajem pilki na drugi koniec boiska, itd. Trenowali strzelanie goli i w ktoryms momencie Nik zostal nawet bramkarzem. Coz... Mam nadzieje, ze nigdy nie zostanie postawiony na tej pozycji, bo za duzo gada rozglada sie i wpuszcza jednego gola za drugim. ;)

Nik - bramkarz. Tu chociaz musnal pilke rekami, ale i tak mu sie wymsknela i wpadla w bramke ;)

A w sobote rano Bi miala w koncu swoj pierwszy mecz! Tak bardzo na niego czekala, tak sie denerwowala, a okazalo sie, ze nawet dobrze nie pograla. Trenerki Starszej sa mlodziutkie i niezbyt doswiadczone, a w dodatku druzyna ma duzo wiecej dzieci niz u Nika, nie wiem dlaczego. Trener Mlodszego srednio co 15 minut wymienial 2-3 chlopcow, tak, ze kazdy gral wiekszosc meczu. Na mecz Bi przyjechala tylko jedna z trenerek i niestety zmienila graczy tylko dwa razy, ale za to wymienila dziewczynki kompletnie. Kiedy wymienila je pierwszy raz Bi byla napastnikiem i tu pograla kilkanascie minut. Po kolejnej zmianie, Starsza trafila na pozycje obroncy, ale po kilku minutach trenerka ja zdjela niewiadomo czemu i wiecej na boisko juz nie wyszla, czym byla wyraznie rozczarowana.

Bi odwaznie wykopuje pilke tuz przed nosem przeciwniczki. :) Widzicie te malutka niunie po lewej? Ona ma 8 lat!

Widac tez, ze trenerka nie zna chyba mocnych stron graczy, bo grupka, w ktorej znalazla sie Bi, byla zdecydowanie slabsza. W jednej grupie wiekszosc dziewczynek byla wysoka, szybka i odwazna i zdolaly strzelic dwa gole, a w drugiej, poza Bi, jeszcze tylko jedna skutecznie biegala za pilka, a reszta to byly takie drobniutkie "mimozy". I nie, nie mowie, ze niski wzrost jest czyms zlym. Te dziewuszki jednak (dwie siostry byly z Nikiem na karate, wiec juz wielokrotnie je obserwowalam) nie dosc, ze sa niziutkie (o glowe nizsze od Nika, mimo, ze jedna jest o kilka miesiecy starsza!), to takie bardzo subtelne, delikatne stworzonka. Gdzie tam one dadza rade dobiec i kopnac pilke, a juz o odebraniu jej przeciwnikom nie ma mowy... ;) I jak dla mnie trenerka powinna pomieszac te zwinniejsze i szybsze panny z tymi slabszymi zawodniczkami. Dodatkowo, trzy razy druzyna Bi strzelala do bramki, ktora byla calkowicie odkryta i... nie trafily, pilka przeleciala gdzies obok! :D Razem z Nikiem po prostu padlismy ze smiechu, choc szkoda, ze to akurat "nasza" druzyna taka ciapowata. ;) W koncu druzyna Bi przegrala 2:4, czym Starsza byla oczywiscie strasznie rozczarowana, tym bardziej, ze Nikowa tydzien temu wygrala. ;)

Pechowo, na parkingu przy kompleksie sportowym, ulokowal sie van z lodami i Potworki byly baaardzo niepocieszone, kiedy oznajmilam, ze nie mamy czasu. Jeszcze wieksza awantura odbyla sie zas, kiedy przypomnialam, ze spieszymy sie bo jedziemy do Polskiej Szkoly, ktora znow urzadzila lekcje w plenerze. ;) Nik uderzyl w placz, ale na szczescie szybko mu przeszlo. A, po odstawieniu dzieciakow pod skrzydla nauczycielek, matka poleciala, tak jak tydzien temu, na kawe z kolezanka. ;) Ciekawe ile Polska Szkola pociagnie jeszcze z tymi plenerowymi zajeciami, ale nie mialabym pretensji, jesli jeszcze chwile. ;) Po pierwsze, dzieki temu Potworki w ogole sa na lekcjach. Normalnie panie laczylyby sie bowiem z dziecmi wirtualnie z rana, a do listopada, w kazda sobote rano, dzieciaki maja mecze pilki noznej. Dla mnie wiec czas rozpoczecia w poludnie swietnie pasuje. A po drugie, ta kawa z kolezankami jest nie do przepuszczenia. :D

Reszta soboty to juz dwa prania, lekkie ogarnianie chalupy, itd. Rano dostalam okres i w dodatku rozbolala mnie glowa, wiec wlasciwie reszta dnia zostala spisana na straty.

Niedziela przyszla duszna, ciepla i wilgotna, taka nieprzyjemna, lepka wilgocia. Troche mzylo, choc deszcz zapowiadali na noc. Przyjechal na kawe moj tata, wstawilam, wysuszylam i poskladalam ostatnie pranie, wlaczylam zmywarke i pol dnia zeszlo. Po poludniu, poganiana troche zapowiadanymi na kolejne cztery dni deszczami, rzucilam sie na ogrod. Wiekszosc letnich kwiatow przestala juz kwitnac i strasza na rabatkach niczym przywiedle, usychajace badyle. Czas bylo cos z nimi zrobic. Jak zwykle wydawalo sie, ze to tylko troche, raz dwa i beda sciete, a zeszly mi dwie godziny i scielam moze polowe... W pelnym rozkwicie sa teraz astry, dokarmiajace ostatnie pszczoly oraz trzmiele i jedna z posadzonych przeze mnie rok temu chryzantem ma rozwijajace sie paczki. Poza tym, wszystkie byliny juz przekwitly. Jeszcze pojedyncze kosmosy maja kwiatki, malwy (a nie mowilam, ze to najmocniejsze kwiaty swiata?! :D) oraz pelargonie w doniczkach.

 Ten jest wyzszy ode mnie o glowe :O

Reszta ogrodu udaje sie na jesienny spoczynek. Za to drzewa w ciagu kilku dni doslownie wybuchly kolorem. Klon z tylu domu zaplonal zlotem i wydaje sie jakby to slonce za oknem swiecilo. :) Nie lubie jesieni, nawet bardzo, ale przyznaje, ze ta wczesna cieszy oczy kolorami...

"Lampa" za oknem, a to brazowe na dole, to niestety nasza trawa, spalona susza oraz upalami...

Poniedzialek, jak napisalam wczesniej, byl jeszcze jednym dniem wolnym dla Potworkow, z "okazji" Yom Kippur, zydowskiego swieta. Dzien zostal jednak spisany na straty, bowiem o 14 mialam telekonferencje z praca. Beznadziejna godzina, ni w gruche, ni w pietruche, sam srodek dnia. Ani co zaplanowac, ani gdzies pojechac. Snulam sie z Potworkami miedzy domem a ogrodem, stresujac sie i nie bardzo mogac skupic na czymkolwiek. Przed polaczeniem pogonilam dzieciaki do swoich pokoi i przykazalam ogladac tablety, a kiedy im sie znudzi, siedziec cicho i nie schodzic na dol. Wlasciwie to nie liczylam na cud, ale o dziwo wytrzymali i kazde grzecznie i cichutko siedzialo u siebie dopoki ich nie zawolalam. A telekonferencja sie przedluzyla o 15 minut ponad planowana godzine! Niesamowite, ze moje dzieci tyle wytrzymaly w ciszy! :O Rozmowa poszla calkiem niezle, jak tylko jednemu z moich szefow udalo sie przejac kontrole i przekazac mi paleczke. Rozmawialismy z firma konsultancka, ktorej czlonkowie maja taki dziwny sposob bycia, ze czasem nie wiadomo kto tu jest "kierownikiem", a kto oplacana pomoca. Do tego stopnia, ze potrafia podniesc na moich szefow glos, a takie telefoniczne, czy tak jak teraz - internetowe konferencje przejmuja calkowicie i wlasciwie to mowia nam, co mamy robic. Taka dziwna troche wspolpraca. ;) W poniedzialek jednak Richard'owi udalo sie chwycic "ster", po czym przekazal go mi i jakos poszlo. Widzialam po minie jednego z konsultantow, ze zdziwiony byl i chyba niezbyt zadowolony, ale pal go szesc. To my placimy im, a nie odwrotnie. ;) Niestety, tak jak sie obawialam, meeting zaowocowal kupa roboty dla mnie. Spodziewalam sie tego i choc sprobuje gdzie moge oddelegowac zadania dla innych, niestety ich lwia czesc spadnie na moje barki. W najlepszym wypadku wiekszosc bede musiala, jesli nie sama wykonac, to przynajmniej skoordynowac i sprawdzic. :/ Motywacji nie mam zas kompletnie, bo choc druga wrzesniowa wyplata, opozniona o tydzien, w koncu jednak wplynela, to obydwie zalegle sierpniowe nadal nie zostaly wyplacone. I jak ja mam w tej sytuacji znalezc w sobie entuzjazm do sleczenia godzinami przed kompem? :/

W poniedzialkowe popoludnie Potworki jak zwykle mialy trening druzyny plywackiej. Tym razem nowa, mloda trenerka zostala sama na placu boju, ale o dziwo zdolala opanowac niesforna gromadke i nawet cierpliwie odpowiadala na tysiac pytan od Nika. ;)

Nik odbija sie od scianki

A po powrocie do domu juz szybko kolacja oraz szykowanie sie do snu, bo kolejnego dnia, w koncu dzieciaki wracaly do szkoly w szkole. :D

Wtorek byl dniem w biegu i z wywieszonym jezykiem. Rano odwiezc Potworki do szkoly. Potem na moment do domu, nalozyc na siebie cos porzadniejszego, umalowac oko, bo wczesniej oczywiscie czasu nie styklo i do fryzjera, w koncu zrobic porzadek z sianem na glowie. ;) I to byl jedyny relaksujacy czas tego dnia. Moja fryzjerka bowiem pracuje spokojnie i bez pospiechu, wiec zalatwienie odrostow oraz strasznych koncowek, to bite trzy godzinki.

Jajo mozna zniesc :D

Szkoda, ze w dobie korony nie mogla zrobic mi, jak zwykle, kawy i ze musialysmy siedziec grzecznie w maseczkach, mimo, ze przez wiekszosc tego czasu bylysmy tylko we dwie. Coz, zasady to zasady, nie bede znajomej wplatywac w tarapaty jakby co. Za to pogadalam sobie za wszystkie czasy. :)

Przed

Po. Roznica nie powala, ale moja fryzjerka strasznie przezywala, ze szkoda obcinac takich "pieknych" wlosow i ciachnela naprawde tylko koncowki...

Po powrocie do domu pochlonelam plaster pizzy, ktory zalegal w lodowce od dluzszego czasu i dziwne, ze jeszcze nie porosl niczym zielonym. ;) Potem biegiem wstawilam zmywarke, zmienilam posciel u Potworkow i musialam jechac po nich do szkoly. A pozniej to juz byla jazda bez trzymanki. Szybko dac dzieciakom cos na przekaszenie i jechalismy odstawic w koncu moje biedne autko do mechanika. I oby naprawa faktycznie zajela im te obiecane 4-5 dni. :/ Po odstawieniu samochodu, wpadlismy do domu, Bi szybko wciagnela na nogi ochraniacze, kolanowki oraz korki i popedzilismy na trening pilki noznej. Pogoda sie schrzanila i co chwila mzylo. Na szczescie bylo cieplo, nawet bardzo jak na te pore roku. To byla kolejna chwilenka oddechu, po czym trzeba bylo pojechac do mojego taty, zeby pozyczyc dla mnie wozidupke, bo przeciez jakos musze odstawiac Potworki do szkoly i na zajecia dodatkowe. ;) Narazie jazda obcym autem niemozliwie mnie stresuje i dobrze, ze mam swiezo zafarbowane kudly, bo przybedzie mi na bank siwizny. ;) Kiedy w koncu zajechalismy na dobre do chalupy, dochodzila 19... I dzien se przelecial. :)

Sroda w koncu byla "normalna", jesli nie liczyc telekonferencji z praca. Znowu! Nie wiem jak daje rade moja sasiadka, ktora cale dnie spedza ze sluchawkami na uszach, albo na wirtualnych meetingach, albo prezentacjach. Ona jednak jest managerem, wiec poniekad musi nadzorowac swoja grupe, a ja? Zwykly szaraczek, a musze sie produkowac. ;) Tym razem mialam juz solidnie dosc, poniewaz trzeci raz walkowalismy te samiutkie tematy. Najpierw w poprzednim tygodniu, miedzy mna a szefami. Potem w poniedzialek z konsultantami. I teraz znow w srode z reszta grupy. I za dwa tygodnie znowu bedziemy przerabiac te sama tabelke, zeby sprawdzic czy wszystkie zmiany zostaly naniesione w dokumenty. :/ Na szczescie udalo mi sie czesc zadan przerzucic na barki kolegow. Zeby im czasem nudno nie bylo. ;) Oprocz cholernej tabelki z lista zadan do wykonania, poruszylismy kilka innych "palacych" dla firmy tematow, m.in. wyplaty. Chyba nikogo nie zdziwie, kiedy napisze, ze tu znow jest duzo obietnic, a co z nich wyjdzie... zobaczymy. Podobno jakis wiekszy sponsor jest juz o krok od podpisania kontraktu, ale... uwaga, uwaga, teraz w Chinach bedzie swieto, trwajace bagatela, tydzien! Tydzien, czaicie to?! Jak tak slucham moich kolegow oraz szefa, to mam wrazenie, ze w tych Chinach nic, tylko swietuja, a jak juz sie rozkreca, to wszelkie obchody trwaja po tydzien! :O Oczywiscie banki nie pracuja, ludzie maja wszystko gdzies, a my nadal czekamy na zalegle pieniadze. Szef obiecuje, ze potem bedzie wyplacal kase co tydzien (zamiast jak zwykle, co dwa) zeby nadrobic, ale wiadomo. Uwierze jak zobacze... :/

Po tej telekonferencji mialam wrazenie, ze mozgownica mi paruje i dalam sobie spokoj z praca na ten dzien. Zamiast tego odkurzylam dol i pomylam podlogi, wstawilam pranie, zmienilam posciel w naszej malzenskiej sypialni... Takie tam. :) Potem po Potworki, a po nakarmieniu glodomorow i chwili oddechu dla nich, zaczelismy odrabiac zadania do Polskiej Szkoly. Tym razem bowiem obudzila sie ona troche wczesniej i dostalam zawiadomienie, ze poniewaz pogoda ma nadal wspolpracowac, jeszcze raz zrobia poltoragodzinne lekcje w plenerze. Drugi raz tak bez odrobionych zadan troche glupio, wiec dzieciaki, po zaliczeniu obowiazkowych jekow, ze oni tak strasznie nie chca chodzic to tej Polskiej Szkoly (a matka udawala glucha), z fochem, ale zabrali sie do roboty. Jak kazdego dnia zrobi sie 1-2 strony, to akurat do soboty damy rade sie wyrobic. :) A po zrobieniu lekcji pognalismy na trening plywania. Tym razem Potworki skorzystaly, bo udalo im sie poszalec i przed i po treningu. W srode sa trenerzy, ktorym nie przeszkadza jak dzieciaki 10 minut poszaleja w pustej czesci basenu. :)

Szalenstwa potreningowe :)

Czwartek okazal sie dniem "bezpracowym". Po zawiezieniu dzieci do szkoly, otworzylam kompa, zalogowalam sie do skrzynki, ale potem juz przerzucalam bezmyslnie pliki. Jakos kompletnie nie moglam sie skoncentrowac i zlapac weny... Za to zabralam sie za odkurzanie i mycie podlogi u gory. Tu tez weny nie mialam, ale wchodzac po schodach, zaraz naprzeciwko mam wejscie do naszej sypialni i strasznie bylo widac kurz na podlodze. Ze juz o pajeczynach w kacie przy komodzie nie wspomne. Niestety, nadeszla pora roku kiedy pajaki wlaza do domu i w kazdym kaciku tkaja pajeczyny. Okropnosc. Wyglada jakby sie kompletnie nie sprzatalo. :D A co odkurze, to kolejnego dnia pajeczyna pojawia sie od nowa, w tym samym miejscu! :O Przy okazji musialam posprzatac burdel na podlogach u Potworkow. Co za moda, zeby wszystko ustawiac na podlodze jakby polek nie mieli! A praca niestety sama sie nie zrobi. To co w czwartek poleniuchowalam, bede musiala nadrobic innego dnia. Ech...  Po odebraniu Potworkow i zjedzeniu obiadu, mielismy troche wiecej czasu niz zwykle, bo w czwartki tylko Bi jezdzi na basen, na grupe srednio-zaawansowana, o 18. Zeby czasu nie marnowac, zagonilam dzieciaki znow do odrabiania lekcji do Polskiej Szkoly. Bi, mimo ze miala wiecej, ambitnie dokonczyla zadania i nawet przecwiczyla czytanke (musialam ja nagrac i wyslac Pani). A Nik... oczywiscie wiercil sie, wyglupial i gadal, gadal, gadal... a zadan nie skonczyl. Musial dokonczyc w piatek i byl foch i marudzenie, ale sam jest sobie winny, wiec kompletnie mi go nie zal. ;)

W czwartek dostalam tez maila, ze w naszej miejscowosci maja kolejny przypadek "korony" w miejscowym High School. A juz byly dwa tygodnie bez ani jednego... Na szczescie to nie podstawowka, ale podejrzewam, ze to kwestia czasu. Pewnie powinnam korzystac z tego, ze w szkole Potworkow narazie nie mieli ani jednego przypadku i popracowac w biurze, ale ze wzgledu na to, ze jezdze autem taty, odpuscilam sobie jazde do pracy. Po kolizji z drzwiami garazowymi jestem strasznie zestresowana i trzese sie nad tym samochodem niemozliwie. Wiadomo, wlasne gdzies obetre czy stukne, to najwyzej maz mi pozrzedzi i jak cos, sama bede placic za naprawe. Ale przy aucie taty dochodzi jeszcze odpowiedzialnosc za cudza rzecz. Jakby tak cos sie temu pojazdowi stalo, chyba ze wstydu bym sie spalila... ;) Wole wiec ograniczyc jazde do minimum i w praktyce zawoze i odbieram dzieci ze szkoly oraz zabieram ich na zajecia dodatkowe i nigdzie wiecej nie jezdze. Juz boje sie co bedzie w sobote, bo rano Nik ma mecz, a przy boisku jest kicha z miejscami parkowymi. Moim stawalam na poboczu drogi, ale autem taty chyba sie nie odwaze. Coz... Najwyzej czeka nas dlugi spacer z parkingu... Potem zas wjazd do parku (czy jak to mozna nazwac) gdzie Polska Szkola organizuje lekcje, prowadzi taka waska drozka, ze dwa auta z trudem sie wymijaja i oba musza bokiem wjechac w krzaki. Co prawda karoseria samochodu taty i tak jest w oplakanym stanie, ale za to, jak go znam, pamieta kazda ryske i zadrapanie i nie omieszka obejrzec wozidupke ze wszystkich stron i wygarnac mi jesli bedzie dodatkowo przerysowana. ;) W wiadomosci, ktore Polska Szkola co tydzien wysyla wynika, ze bedzie to juz ostatnia lekcja w plenerze. Z jednej strony ulga, bo nie trzeba sie bedzie przeciskac ze strachem o auto, no i odpadnie bieg przez oplotki z meczu na lekcje, ale z drugiej strony, poki trwa sezon pilki noznej, zajecia w poludnie bardzo mi pasuja. Akurat zdazamy. Lekcje wirtualne maja byc od 9 rano do 11, a Potworki zazwyczaj maja sie stawic na rozgrzewke o 9:45, a wiec... kicha. Nie bede przeciez ich laczyc na pol godziny...

Autem taty jezdzilo mi sie calkiem niezle, choc po tyyylu latach jezdzenia SUV'ami, w malej Camry mam wrazenie, ze szoruje tylkiem po ziemi. Za to Bi sie cieszy, bo w tym samochodzie dosiega nogami do podlogi i pas ladnie uklada jej sie na ramieniu, nie musi wiec miec poddupnika. ;) Autko ma niestety juz 21 lat (!) i to widac. Tata ma drugie, nowsze i mniej "zmeczone zyciem", ale niestety ma ono manualna skrzynie biegow, a ja ostatnio sie taka poslugiwalam przed wyjazdem do Stanow 17 lat temu. Nie podjelam wyzwania. ;) Dostalam wiec staruszka - automata, z farba oblazaca tu i owdzie, klapa od silnika w nieco innym kolorze i drzwiami skrzypiacymi przy otwieraniu. :) Nik stwierdzil (choc ze smiechem), ze wstyd podjechac tym autem pod szkole "bo wszyscy pomysla, ze jestesmy biedni". To zadziwiajace skad dzieciom biora sie takie spostrzezenia. Nigdy nie rozmawiamy o tym, ze to wstyd byc biednym i ze stare, obite auto jest symbolem ubostwa. Trzeba bylo mlodziez nieco inaczej pokierowac i wyjasnic, ze musimy sie cieszyc, ze w ogole mamy auto, niewazne jakie, wazne ze jezdzace, bo inaczej musieliby jezdzic do szkoly school bus'em, a na treningi mogliby nie zdazyc w ogole jesli tata przyjechalby pozniej z pracy. Chyba cos dotarlo. :)

I tu pora skonczyc. Przed nami zwykly, dwudniowy weekend (w koncu!) z meczem Kokusia oraz Polska Szkola. Nudna rutyna. ;)