*
Tak szybko jak Potworki zapisalam na pilke nozna, musialam ich z niej wypisac...
Pierwsze zajecia ominely ich ze wzgledu na chorobe Nika. Potem byli na jednych, po ktorych Nik uznal, ze jest tam za duzo biegania (:D), natomiast Bi sie podobalo. Na kolejne niestety wypadlo Kokusiowi zaostrzenie zapalenia ucha, wiec zamiast zostawic go na pilce, M. musial odebrac go ze szkoly i zabrac do lekarza. Kiedy zjawil sie na swietlicy, okazalo sie, ze Nik urzadza akurat taka histerie, ze stolowka (aka swietlica) az sie trzesie i cala kadra stoi nad zaplakanym Kokusiem, wrzeszczacym, ze on na zadna pilke nie chce chodzic. Ups... :D
Niestety, widzac, ze tata zabiera Nika, Bi rowniez odmowila zostania na zajeciach. :/ I tak, oboje stwierdzili, ze nie chca juz na nie chodzic... Dyskutowalam, negocjowalam, nawet przekupstwa sprobowalam. Nie i koniec.
Bi nadal utrzymuje, ze chce sprobowac baletu. Co do Kokusia, musze chyba odpuscic i zaakceptowac porazke. Kokus to mysliciel. Nie zrobie z niego na sile sportowca, chyba ze kiedys sam zechce. ;)
*
W Polsce nastal zdaje sie okres studniowek. Czas eleganckich kiecek, poloneza i czerwonych majteczek. ;)
Moje Potworki sa jeszcze mocno maloletnie, ale okazuje sie, ze w Hameryce swietuja swoje wlasne "studniowki", a mianowicie setny dzien szkoly. Ktory to wypadl akurat w ten wtorek - 6 lutego! :)
W klasie Nika, wszelkie przygotowania do studniowkowych obchodow zorganizowaly panie.
"Studniowkowa" korona oraz kartka od wychowawczyni
Oprocz wymaganej kolekcji, dzieci mogly przebrac sie za 100-letnich staruszkow i to zadanie bylo juz tylko dla chetnych. Bi oczywiscie chetna BYLA, a jak! ;)
Babcia Bi :)
Nasza wersja 100-letniej staruszki, to koczek na glowie, duze korale, chusta na ramionach i wielka torebka. Wiecej nie udalo mi sie zorganizowac bez dodatkowej wyprawy do sklepu, a na nia nie mialam ochoty.
Dodatkowo, szkola zbierala artkuly do "food pantry" w naszym miasteczku. O tym, co to sa food pantry, pisalam tu. Klasy zerowkowe mialy za zadanie zebrac 100 tubek pasty do zebow, a pierwsze klasy, 100 butelek szamponu. Musialam wiec podzielic sie wlasnymi zapasami. ;)
*
Dowiedzialam sie, ze tydzien temu firma, z ktorej odeszlam w maju, zostala w koncu sprzedana mojemu dawnemu szefowi. Troche im sie przeciagnelo, zwazywszy, ze planowo transakcja miala zostac dokonana latem...
Wreszcie, po niemal 10 miesiacach dopinania sprawy na ostatni guzik, firma, w ktorej spedzilam 11 lat swojego zywota, przestala istniec. Przynajmniej w takiej formie, jaka pamietam. Nie ma mojego bezposredniego przelozonego. Kolega, z ktorym dzielilam biuro, pracuje na 1/2 etatu. Nasza asystentka zostala przeniesiona do pracy w laboratorium. Niezmnienne sa tylko 4 inne dziewczyny pracujace w laboratorium (z dwiema z nich pracowalam praktycznie od poczatku) oraz maz jednej z nich, zajmujacy sie komputerami oraz serwerem.
Bardzo jestem ciekawa jak rozwinie sie ta grupka "niedobitkow". ;)
Za to w obecnej pracy mamy luz, blues i w ogole, bowiem szefa wywialo do Chin... na miesiac. Ma facet wielkie szczescie, ze nasza grupka jest rozsadna, obowiazkowa i spokojna, inaczej po powrocie zastalby firme w rozsypce. :D
*
Zima o nas zapomniala, choc mam nadzieje, ze tylko chwilowo. Co prawda w tym tygodniu mamy lekkie przymrozki, we wtorek proszyl sniezek, a dzis (w srode) spadlo go nawet troche wiecej, ale od soboty temperatury znow maja byc plusowe i taki stan rzeczy ma sie utrzymac przynajmniej nastepny tydzien. I to ma byc LUTY?!
Pozostaje miec nadzieje, ze zima nie powiedziala jeszcze ostatniego slowa. Mam w koncu w pamieci koncowke zeszlorocznego lutego - kiedy Potworki w krotkich rekawkach i kaloszach grzebaly w ostatniej kupce sniegu.
O, prosze, wyszperalam nawet zdjecie - tak, to byl LUTY! :D
W marcu jednak przyszly siarczyste mrozy i nawet jeszcze na nartach pojezdzilismy. Oby w tym roku bylo to samo! :)
Tak, wiem, ze wiele z Was marzy juz o wiosnie, ja jednak uwazam, ze zima (pod warunkiem, ze przypomina te zime choc troche!) tez ma swoje uroki i chcialabym sie nia nacieszyc. :)
*
Skoro mowa o "cieszeniu sie" zima, Nik konczy jeszcze antybiotyk, a ja zmagam sie z resztka czegos na ksztalt zapalenia zatok. Mimo wiec tego, ze dupka mnie swierzbi zeby skoczyc chociaz na nasz lokalny stok narciarski, rozsadek bierze gore. Szczegolnie na wzglad na Kokusia, bo sama kiedys jezdzilam ze stanem podgoraczkowym, bawilam sie przednio i mialam w nosie, ze wlasnie cos mnie rozklada... Az do nastepnego dnia oczywiscie, kiedy juz nie wstalam z lozka... przez kolejne 3 dni. Ale i tak bylo warto! :D
No coz... To bylo dawno, ja mloda (i glupia), ale ze wyprawa na narty to przynajmniej 3-4 godziny ruchu, stwierdzilam, ze nie ma co Nika ciagnac... Zupelnie jednak nie moglam sobie odpuscic sportow zimowych i w niedziele wyciagnelam rodzine na... lodowisko! :D M. zrzedzil najpierw, ze on nigdzie nie jedzie. Potem, ze pojedzie, ale jezdzic nie ma zamiaru, tylko popatrzy. Ostatecznie rowniez wypozyczyl lyzwy, jezdzil i bawil sie przednio. ;)
To byl pierwszy raz Nika na lyzwach i tak jak sie spodziewalam, jezdzil tylko i wylacznie z podporka.
Strachajdupka ;)
Kiedy raz udalo mi sie go przekonac zeby sprobowal jechac trzymajac sie scianki, natychmiast sie wywalil oraz uderzyl w ryk, ze ma dosc i chce do domu. Moj "sportowiec"! :D Na szczescie przekonalam go, ze z podporka bedzie bezpieczny i obiecalam, ze nie bede go juz przekonywac do samodzielnosci. Podzialalo i godzine pozniej, kiedy zarzadzono przerwe dla wyrownania lodowiska, a my uznalismy, ze (na pierwszy raz wystarczy) czas sie zbierac, Nik podniosl krzyk na rowni z Bi, ze chce jeszcze.
Co do Bi, to ona, w przeciwienstwie do Nika, podeszla do lyzew zadaniowo i postanowila nauczyc sie jezdzic sama. Poniewaz jest z natury ostrozna, jezdzila wiec samodzielnie, ale przytrzymujac sie asekuracyjnie scianki.
Lyzwiarka :)
Szlo jej coraz lepiej i pod koniec mialam problem zeby ja dogonic. Marny ze mnie lyzwiarz i tchorz na dodatek (teraz wiemy, po kim ma to Nik :D), a ze ja sie sciany nie trzymalam, to balam sie rozwijac jakies zawrotne predkosci. W przeciwienstwie do moich dzieci, bo nawet Nik pedzil z podporka jak szalony, nogi mu sie plataly i co chwila padal na kolana, ale szybko podnosil sie i zasuwal dalej. :)
Mam nadzieje, ze uda sie zabrac Potworki jeszcze przynajmniej ze dwa razy tez zimy. Mysle, ze Bi wtedy nauczy sie jezdzic juz bez podpierania sie o sciane. Na Nika nie ma raczej co liczyc. ;)
Mam tez nadzieje, ze Potworki sie po tych lyzwach nie rozloza. Ubralam ich w ocieplane spodnie, bo wiedzialam ze beda upadac, a takze dalam cieple czapy, bo od lodu ciagnie. Przynajmniej pamietalam, ze na lodowisku zawsze strasznie marzlam. Tymczasem to, na ktore pojechalismy, co prawda ma dach, ale jest naokolo otwarte, a ze temperatury byly plusowe, bylo zaskakujaco cieplo. I po powrocie do szatni, kiedy zdjelam im czapy, okazalo sie, ze Bi sie spocila, a Nik wygladal jakby wyszedl wlasnie spod prysznica! Niedobrze, bardzo niedobrze... :/
Mamy jednak srode i poki co nic sie nie dzieje, ale ciiii... :D
*
Tak jak wspomnialam wczesniej, dzis (w srode) spadla nam ociupinka sniegu. Taka naprawde tycia ociupinka. :) Prognozy we wtorek zapowiadaly 5-12 cm, nad ranem w srode (nie moglam spac i o 4 rano sprawdzalam pogode) juz tylko 2-7 cm, a ostatecznie, rano zapowiedzieli ponizej 3 cm. I tyle wlasnie spadlo, doslownie warsteweczka spod ktorej wystawaly zdzbla trawy.
Co nie przeszkodzilo oczywiscie w zamknieciu szkol w calym Stanie. :/ Moze jednak dobrze sie stalo, bo wczesnym popoludniem nadszedl cieplejszy front i snieg zmienil sie w marznacy deszcz, zas wszystkie powierzchnie w lodowisko! :O
W kazdym razie spedzilam spokojny dzien w domu z Potworkami, odwiedzil nas moj tata, a w poludnie wypuscilam Potworki na podworko, zeby potarzali sie w sniegu zanim przejdzie on w deszcz.
Dzieciaki nawet przy takiej mizernej ilosci maja radoche. ;) Poniewaz ani rusz nie dalo sie usypac nawet malenkiej goreczki, wykorzystali delikatny spad z boku naszego ogrodu i przymierzali sie do snowboard'u. ;)
Bi ma wlosy oraz czape na jednym oku, a Nik sekunde pozniej klapnal na pupsko. :)
Nie wiem co moje dzieci maja z czapkami, bo Nikowa tez jest na bakier. :D
*
I to wlasciwie by bylo na tyle... Po dzisiejszym marznacym deszczu, na drogach jest istna szklanka. Ciekawe, czy opoznia jutro rozpoczecie lekcji? :D
Dopisek czwartkowy:
Opoznili! O godzine... Rownie dobrze mogli w ogole nie otwierac dzis szkol, bo dzieciaki koncza wczesniej i pojechaly do placowek na zawrotne 3.5 godziny! :D




























