środa, 7 lutego 2018

Lutowa codziennosc

Byly dwa posty ze styczniowa codziennoscia, pora na codziennosc lutowa. :)

*

Tak szybko jak Potworki zapisalam na pilke nozna, musialam ich z niej wypisac...

Pierwsze zajecia ominely ich ze wzgledu na chorobe Nika. Potem byli na jednych, po ktorych Nik uznal, ze jest tam za duzo biegania (:D), natomiast Bi sie podobalo. Na kolejne niestety wypadlo Kokusiowi zaostrzenie zapalenia ucha, wiec zamiast zostawic go na pilce, M. musial odebrac go ze szkoly i zabrac do lekarza. Kiedy zjawil sie na swietlicy, okazalo sie, ze Nik urzadza akurat taka histerie, ze stolowka (aka swietlica) az sie trzesie i cala kadra stoi nad zaplakanym Kokusiem, wrzeszczacym, ze on na zadna pilke nie chce chodzic. Ups... :D
Niestety, widzac, ze tata zabiera Nika, Bi rowniez odmowila zostania na zajeciach. :/ I tak, oboje stwierdzili, ze nie chca juz na nie chodzic... Dyskutowalam, negocjowalam, nawet przekupstwa sprobowalam. Nie i koniec.

Bi nadal utrzymuje, ze chce sprobowac baletu. Co do Kokusia, musze chyba odpuscic i zaakceptowac porazke. Kokus to mysliciel. Nie zrobie z niego na sile sportowca, chyba ze kiedys sam zechce. ;)

*

W Polsce nastal zdaje sie okres studniowek. Czas eleganckich kiecek, poloneza i czerwonych majteczek. ;)
Moje Potworki sa jeszcze mocno maloletnie, ale okazuje sie, ze w Hameryce swietuja swoje wlasne "studniowki", a mianowicie setny dzien szkoly. Ktory to wypadl akurat w ten wtorek - 6 lutego! :)
W klasie Nika, wszelkie przygotowania do studniowkowych obchodow zorganizowaly panie.

"Studniowkowa" korona oraz kartka od wychowawczyni

Bi natomiast musiala przyniesc do szkoly kolekcje stu rzeczy. Moglo to byc cokolwiek (guziki, naklejki, itp.) byle zmiescilo sie w sporym ziploc'u. Niestety, mialysmy z Bi nie lada problem, zeby znalezc w domu setke rzeczy tego samego rodzaju... No sorki, nie wiem co nauczyciele sobie wyobrazaja, ale nie trzymam stu guzikow, agrafek, ani tym bardziej pileczek kauczukowych. Nawet naklejek (ktorych zawsze uwazalam, ze Potworki maja za duzo) nie maliczylysmy 100. Juz myslalam, ze bede musiala kupic cos specjalnie na te okazje, ale na szczescie przypomnialam sobie, ze Bi posiada kilka zestawow puzzli ze 100 elementami. Idealnie! :)

Oprocz wymaganej kolekcji, dzieci mogly przebrac sie za 100-letnich staruszkow i to zadanie bylo juz tylko dla chetnych. Bi oczywiscie chetna BYLA, a jak! ;)

Babcia Bi :)

Nasza wersja 100-letniej staruszki, to koczek na glowie, duze korale, chusta na ramionach i wielka torebka. Wiecej nie udalo mi sie zorganizowac bez dodatkowej wyprawy do sklepu, a na nia nie mialam ochoty.

Dodatkowo, szkola zbierala artkuly do "food pantry" w naszym miasteczku. O tym, co to sa food pantry, pisalam tu. Klasy zerowkowe mialy za zadanie zebrac 100 tubek pasty do zebow, a pierwsze klasy, 100 butelek szamponu. Musialam wiec podzielic sie wlasnymi zapasami. ;)

*

Dowiedzialam sie, ze tydzien temu firma, z ktorej odeszlam w maju, zostala w koncu sprzedana mojemu dawnemu szefowi. Troche im sie przeciagnelo, zwazywszy, ze planowo transakcja miala zostac dokonana latem...
Wreszcie, po niemal 10 miesiacach dopinania sprawy na ostatni guzik, firma, w ktorej spedzilam 11 lat swojego zywota, przestala istniec. Przynajmniej w takiej formie, jaka pamietam. Nie ma mojego bezposredniego przelozonego. Kolega, z ktorym dzielilam biuro, pracuje na 1/2 etatu. Nasza asystentka zostala przeniesiona do pracy w laboratorium. Niezmnienne sa tylko 4 inne dziewczyny pracujace w laboratorium (z dwiema z nich pracowalam praktycznie od poczatku) oraz maz jednej z nich, zajmujacy sie komputerami oraz serwerem.
Bardzo jestem ciekawa jak rozwinie sie ta grupka "niedobitkow". ;)

Za to w obecnej pracy mamy luz, blues i w ogole, bowiem szefa wywialo do Chin... na miesiac. Ma facet wielkie szczescie, ze nasza grupka jest rozsadna, obowiazkowa i spokojna, inaczej po powrocie zastalby firme w rozsypce. :D

*

Zima o nas zapomniala, choc mam nadzieje, ze tylko chwilowo. Co prawda w tym tygodniu mamy lekkie przymrozki, we wtorek proszyl sniezek, a dzis (w srode) spadlo go nawet troche wiecej, ale od soboty temperatury znow maja byc plusowe i taki stan rzeczy ma sie utrzymac przynajmniej nastepny tydzien. I to ma byc LUTY?!
Pozostaje miec nadzieje, ze zima nie powiedziala jeszcze ostatniego slowa. Mam w koncu w pamieci koncowke zeszlorocznego lutego - kiedy Potworki w krotkich rekawkach i kaloszach grzebaly w ostatniej kupce sniegu.

O, prosze, wyszperalam nawet zdjecie - tak, to byl LUTY! :D

W marcu jednak przyszly siarczyste mrozy i nawet jeszcze na nartach pojezdzilismy. Oby w tym roku bylo to samo! :)

Tak, wiem, ze wiele z Was marzy juz o wiosnie, ja jednak uwazam, ze zima (pod warunkiem, ze przypomina te zime choc troche!) tez ma swoje uroki i chcialabym sie nia nacieszyc. :)

*

Skoro mowa o "cieszeniu sie" zima, Nik konczy jeszcze antybiotyk, a ja zmagam sie z resztka czegos na ksztalt zapalenia zatok. Mimo wiec tego, ze dupka mnie swierzbi zeby skoczyc chociaz na nasz lokalny stok narciarski, rozsadek bierze gore. Szczegolnie na wzglad na Kokusia, bo sama kiedys jezdzilam ze stanem podgoraczkowym, bawilam sie przednio i mialam w nosie, ze wlasnie cos mnie rozklada... Az do nastepnego dnia oczywiscie, kiedy juz nie wstalam z lozka... przez kolejne 3 dni. Ale i tak bylo warto! :D
No coz... To bylo dawno, ja mloda (i glupia), ale ze wyprawa na narty to przynajmniej 3-4 godziny ruchu, stwierdzilam, ze nie ma co Nika ciagnac... Zupelnie jednak nie moglam sobie odpuscic sportow zimowych i w niedziele wyciagnelam rodzine na... lodowisko! :D M. zrzedzil najpierw, ze on nigdzie nie jedzie. Potem, ze pojedzie, ale jezdzic nie ma zamiaru, tylko popatrzy. Ostatecznie rowniez wypozyczyl lyzwy, jezdzil i bawil sie przednio. ;)

To byl pierwszy raz Nika na lyzwach i tak jak sie spodziewalam, jezdzil tylko i wylacznie z podporka.

Strachajdupka ;)

Kiedy raz udalo mi sie go przekonac zeby sprobowal jechac trzymajac sie scianki, natychmiast sie wywalil oraz uderzyl w ryk, ze ma dosc i chce do domu. Moj "sportowiec"! :D Na szczescie przekonalam go, ze z podporka bedzie bezpieczny i obiecalam, ze nie bede go juz przekonywac do samodzielnosci. Podzialalo i godzine pozniej, kiedy zarzadzono przerwe dla wyrownania lodowiska, a my uznalismy, ze (na pierwszy raz wystarczy) czas sie zbierac, Nik podniosl krzyk na rowni z Bi, ze chce jeszcze.

Co do Bi, to ona, w przeciwienstwie do Nika, podeszla do lyzew zadaniowo i postanowila nauczyc sie jezdzic sama. Poniewaz jest z natury ostrozna, jezdzila wiec samodzielnie, ale przytrzymujac sie asekuracyjnie scianki.

 Lyzwiarka :)

Szlo jej coraz lepiej i pod koniec mialam problem zeby ja dogonic. Marny ze mnie lyzwiarz i tchorz na dodatek (teraz wiemy, po kim ma to Nik :D), a ze ja sie sciany nie trzymalam, to balam sie rozwijac jakies zawrotne predkosci. W przeciwienstwie do moich dzieci, bo nawet Nik pedzil z podporka jak szalony, nogi mu sie plataly i co chwila padal na kolana, ale szybko podnosil sie i zasuwal dalej. :)

Mam nadzieje, ze uda sie zabrac Potworki jeszcze przynajmniej ze dwa razy tez zimy. Mysle, ze Bi wtedy nauczy sie jezdzic juz bez podpierania sie o sciane. Na Nika nie ma raczej co liczyc. ;)

Mam tez nadzieje, ze Potworki sie po tych lyzwach nie rozloza. Ubralam ich w ocieplane spodnie, bo wiedzialam ze beda upadac, a takze dalam cieple czapy, bo od lodu ciagnie. Przynajmniej pamietalam, ze na lodowisku zawsze strasznie marzlam. Tymczasem to, na ktore pojechalismy, co prawda ma dach, ale jest naokolo otwarte, a ze temperatury byly plusowe, bylo zaskakujaco cieplo. I po powrocie do szatni, kiedy zdjelam im czapy, okazalo sie, ze Bi sie spocila, a Nik wygladal jakby wyszedl wlasnie spod prysznica! Niedobrze, bardzo niedobrze... :/

Mamy jednak srode i poki co nic sie nie dzieje, ale ciiii... :D

*

Tak jak wspomnialam wczesniej, dzis (w srode) spadla nam ociupinka sniegu. Taka naprawde tycia ociupinka. :) Prognozy we wtorek zapowiadaly 5-12 cm, nad ranem w srode (nie moglam spac i o 4 rano sprawdzalam pogode) juz tylko 2-7 cm, a ostatecznie, rano zapowiedzieli ponizej 3 cm. I tyle wlasnie spadlo, doslownie warsteweczka spod ktorej wystawaly zdzbla trawy.

Co nie przeszkodzilo oczywiscie w zamknieciu szkol w calym Stanie. :/ Moze jednak dobrze sie stalo, bo wczesnym popoludniem nadszedl cieplejszy front i snieg zmienil sie w marznacy deszcz, zas wszystkie powierzchnie w lodowisko! :O

W kazdym razie spedzilam spokojny dzien w domu z Potworkami, odwiedzil nas moj tata, a w poludnie wypuscilam Potworki na podworko, zeby potarzali sie w sniegu zanim przejdzie on w deszcz.
Dzieciaki nawet przy takiej mizernej ilosci maja radoche. ;) Poniewaz ani rusz nie dalo sie usypac nawet malenkiej goreczki, wykorzystali delikatny spad z boku naszego ogrodu i przymierzali sie do snowboard'u. ;)

Bi ma wlosy oraz czape na jednym oku, a Nik sekunde pozniej klapnal na pupsko. :)

Nie wiem co moje dzieci maja z czapkami, bo Nikowa tez jest na bakier. :D

*

I to wlasciwie by bylo na tyle... Po dzisiejszym marznacym deszczu, na drogach jest istna szklanka. Ciekawe, czy opoznia jutro rozpoczecie lekcji? :D

Dopisek czwartkowy:

Opoznili! O godzine... Rownie dobrze mogli w ogole nie otwierac dzis szkol, bo dzieciaki koncza wczesniej i pojechaly do placowek na zawrotne 3.5 godziny! :D

czwartek, 1 lutego 2018

Kokusiowo - chorobowo, oraz dlaczego owine dziecko w folie babelkowa ;)

Na poczatek jednak, srodowy gag poranny.

Juz ponad tydzien temu wyslalam do sekretariatu formularz, zmieniajac sposob przybycia do szkoly potworkow, na autobus (tutaj kazdy musi zaznaczyc, jak dziecko bedzie do szkoly docierac i z niej wracac).
W srode rano, wstalam wiec wczesniej, bowiem autobus przyjezdza jakies 20 minut przed naszym normalnym wyjsciem z domu, potem wysluchalam ryku Kokusia, ktoremu nagle wlaczylo sie "Ale ja sie boje jechac autobusem!" (a dzien wczesniej sie cieszyl...), nastepnie zas stanelam z Potworkami przed domem w 8-stopniowym mrozie, czekajac na wehikul.

Tymczasem autobus minal nasz dom nawet nie zwalniajac i pomknal w strone szkoly! A my stalismy dalej z otwartymi buziami i szokiem w oczach! :D

*

Teraz juz o tej folii.

Poinformowalam ostatnio malzonka, ze powinnismy asekuracyjnie trzymac sie jakies 2-3 kroki od naszego syna, tudziez owinac go folia babelkowa. Szczelnie, wlaczajac w to glowe. Tlen i pokarmy mozna podawac rurka. ;)

Dlaczego?

Zaczelo sie od zakupow. Mlodszy oczywiscie uparl sie prowadzic wozek, czyli zapie*rzal nim alejkami, urzadzajac slalom miedzy ludzmi. Upominanie i grozby odebrania "zabawki" nie przynosily efektu. W koncu M. wpadl na idiotyczny pomysl. Znienacka przesunal sie, blokujac rozpedzonemu Kokusiowi przejazd.
Efekt byl piorunujacy! Wozek wpadl na plecy M., a w raczke wozka z impetem przylozyl Nik. Niestety mial ja idealnie na wysokosci ust... Mlodszy wrzasnal jakby go rozdzierali, a z buzi zaczela leciec krew. M. malo nie dostal zawalu, a ja, z potem cieknacym mi po skroni, usilowalam zajrzec do malej buzki, modlac sie, zeby wszystkie zeby mial jeszcze na miejscu... Najpierw myslalam, ze tylko rozcial warge, ale niestety. Krew wyraznie saczyla sie wokoj gornych jedynek. Na szczescie ich nie wybil. Przez caly wieczor jednak, co chwila poplakiwal, ze bola go zabki, a kolejne dwa dni skarzyl sie na nie za kazdym razem, kiedy probowal cos ugryzc. :/ Na szczescie w koncu przeszlo i skonczylo sie na strachu.

Jakis tydzien pozniej.

Mlody bawi sie balonem. Odbija go dla hecy ode mnie, wiec przylaczam sie do gonitwy za napompowanym zoltym kawalkiem gumy. W koncu Nikowi balon opada niziutko, niemal do ziemi. Tym razem na kretynski (odruchowy) pomysl wpadam JA, mianowicie probuje kopnac balona noga. Pechowo, w tym samym czasie Nik zamachuje sie na niego reka. Moja gira zderza sie z malutkimi paluszkami i efekt jest oczywiscie oplakany. A raczej "owyty", bo Nik drze sie jak opetany. Glupia matka (wyrzucajac sobie w mysli od idiotek), oglada palec, czy nie puchnie, czy Nik moze go zgiac, itd. Na szczescie paluszek okazuje sie tylko stluczony, ale znow, przez kolejne dwa dni, Nik co jakis czas placze, kiedy niechcacy go o cos uderzyl...

Ojciec dziecku niemal wybija zeby, matka lamie palce... Normalnie patologia... :/

Kilka dni pozniej. Znowu JA. :/ W tle leci jakas muzyka, Nik podbiega, bierze mnie za rece i ciagnie do tanca. Wyczyniamy jakies wygibasy, az obkrecam syna w piruecie.
Zapamietajcie, ze piruety to nigdy nie jest dobry pomysl, chyba ze jestescie na lodowisku i dodatkowo jezdzicie profesjonalnie na lyzwach. Piruety robione dziecku? Wielkie nu-nu!!!
Obkrecilam Nika. Podloga sliska, skarpetki bez abs'u. Mlodszy stracil rownowage, puscil moja reke, wywalil sie i walnal lepetyna o lodowke. Leciutko i tym razem obylo sie nawet bez placzu, ale po tym wlasnie stwierdzilam, ze to dziecko to jakies pechowe jest i najlepiej go nie dotykac. :D

*

Teraz juz koniec zartow, bo sie autentycznie o Kokusia martwie.

Nie wiem czy pamietacie, ale dwa tygodnie temu Nik skonczyl 10-dniowa kuracje antybiotykowa na zapalenie ucha. Wszystko wydawalo sie ok, dopoki 4 dni pozniej Mlodszy znow nie zaczal smarkac. Niestety, katar u Kokusia, w 80% konczy sie albo zejsciem nizej i 2-miesiecznym kaszlem, albo zapaleniem ucha. Tym razem, po tygodniu lekkiego kataru, w niedziele w nocy obudzil sie placzac, ze... ucho go boli!

Nosz k**wa!!!

Udalo mi sie wcisnac go na popoludnie do lekarza, gdzie okazalo sie, ze w jednym uchu zapalenie dalej w najlepsze jest, a drugie tez nie wyglada za ciekawie. Czyli poprzedni antybiotyk nie zadzialal, bo nie sadze, zeby w ciagu 1.5 tygodnia Nik dorobil sie swiezego zapalenia...

No i martwie sie, bo na dobra sprawe Nik "buja" sie z tym zapaleniem juz od grudnia. Na bilansie 5-latka bowiem, juz pediatra "cos" w jednym uchu zauwazyla...

Nie dosc, ze antybiotyki to paskudztwo (a tym razem dostal mocniejszy), nie dosc, ze boje sie, ze od tych czestych zapalen uszu w koncu mi dziecko przygluchnie, to jeszcze niezawodny dr. google postraszyl, ze takie nawracajace pomimo antybiotykow infekcje, moga byc objawem bialaczki i teraz juz w ogole nie moge w nocy spac... :(

I po co ja czytam te cholerne internety? :(

Ukochane male pysio <3

czwartek, 25 stycznia 2018

Styczniowej codziennosci ciag dalszy

Cos mi wyglada na to, ze styczniowa wiosna uciekla z Polski i przybyla do nas. ;) Od prawie tygodnia mamy wlasnie "wiosenke" - brzydka, chlodna i raczej deszczowa. Ale mrozy zniknely, a wraz z nimi snieg, zas temperatura nawet w nocy czesto pozostaje na plusie.
Co tu duzo ukrywac, nie podoba mi sie to! Jak jest zima, to ma byc zima, ze wszystkimi dobrodziejstwami! :/

Ciagle czekam na weekend nadajacy sie, zeby skoczyc na narty. Najpierw byly niemozliwe mrozy, a przy -10 stopniach, a odczuwalnych pewnie -20, jakos tak nie za bardzo mialam ochote szusowac po stoku... ;) Teraz dla odmiany, jest tak cieplo, ze warunki na pobliskich gorkach (z tego co slyszalam) sa tragiczne. A do wyruszenia z Potworkami te 2 godziny na polnoc, w kraine zimy, jakos nie mozemy dojrzec. ;)

Nie mowiac juz o tym, ze Nik skonczyl w zeszla srode antybiotyk, a juz w ten poniedzialek obudzil sie z katarem. To sie zdrowiem nacieszyl, nie ma co... :( A jeszcze w dodatku, mamy w tym tygodniu pogode w kratke. Dwa dni po +10 stopni, nastepnie trzy okolo 0, pozniej znow dwa okolo 8, po czym znowu spada do -2, itd. Ciagle zmiany i skoki, nie wiadomo jak sie ubrac, a cialo nie moze sie przystosowac. Idealnie, zeby sie doprawic... :/

Zamowilam w koncu kempingi! Narazie tylko dwa... ;) Pierwszy, na dlugi majowy weekend, w znajome miejsce, do ktorego pojechalismy w zeszlym sezonie chyba ze 4 razy. :)
Drugi, na polowe czerwca, do miejsca, na ktore "polowalam" caly zeszly sezon. Kemping ten polozony jest nad samiutkim oceanem, ma swietne opinie i miejscowki na nim schodza niczym swieze buleczki. Chcialam zamowic wypad tam na Dzien Niepodleglosci, wziac kilka dodatkowych dni i urzadzic dluzszy wypad. Zapomnij! Od polowy czerwca nie ma tam miejsc! Zlapalam ostatnie wolne, potem wszystko porezerwowane jest az po wrzesien! :O Mam nadzieje, ze pole kempingowe okaze sie tego warte. :)
Poza tym chce jeszcze znalezc miejsca wlasnie na wspomniany wyzej Independence Day oraz dlugi, wrzesniowy weekend. Oprocz tego, chyba sie wstrzymam, bo nadal nie wiem co bedzie z moimi tesciami. Wize dostali, ale na bilety chyba nawet narazie nie patrza. Kto wie, kiedy (i czy w ogole) przyleca...
Najwyzej bedziemy lapac jakies okazje w ostatniej chwili, trudno. ;)

W sobote zawoze Bi na ostatnie zajecia z gimnastyki w tej sesji.

W poprzednia sobote cwiczyli glownie na rownowazniach - wysokich z instruktorka...


 I niskich samodzielnie

Moje niezmordowane dziecko prosi teraz o... balet! BALET! Nie wiem skad jej sie to wzielo... Jakies tance - wygibance, to jeszcze zrozumiem, ale balet? ;) W kazdym razie, poki co oznajmilam, ze nie bedzie zadnych sobotnich zajec, bo wypatruje odpowiedniego dnia na narty i nie chce byc ograniczana innymi zobowiazaniami. Na szczescie Bi ma dusze sportowca i chetnie przyklasnela wypadowi na stok. Oby pogoda wreszcie przypomniala sobie, ze mamy zime. Byle nie ZA zimna. Tak -1, -2 stopnie, bedzie idealnie. Wiem, mam wymagania nawet w stosunku do Matki Natury... ;)

Zajec sobotnich narazie wiec Potworkom nie funduje, za to (nie wiem, pisalam?) zapisalam ich na pilke nozna, w poniedzialki, w ich wlasnej szkole. Pierwsze zajecia, dwa tygodnie temu, przepadly im z powodu choroby Nika. Z zapaleniem ucha i goraczka przespal cale popoludnie i nie mialam go nawet z kim zostawic zeby chociaz Bi zawiezc... W poniedzialek byl wiec ich pierwszy raz. Kiedy w niedzielny wieczor oglosilam, ze kolejnego dnia zostaja w szkole dluzej bo maja pilke nozna, Nik wydawal sie ostroznie podekscytowany, natomiast Bi naburmuszyla sie, ze pilka jest dla chlopakow (a wczesniej sama mowila, ze chce sprobowac!). Tymczasem w poniedzialek odebralam ich po zajeciach i co? Bi zachwycona, a Nik ze lzami w oczach oznajmia, ze on nie chce chodzic na pilke i zeby go wypisac! No ludzie! Ja oszaleje z tym dzieckiem! Powod? "Bylo za duzo biegania!". Nie musze chyba dodawac, ze 10 minut pozniej, Nik zrobil z piec koleczek po podjezdzie, ganiajac za psem, a reszte wieczora skakal po kanapie i scigal sie z Bi po domu. Ale na pilce bylo za duzo biegania, taaak... :/
No coz... To byl akurat dzien, kiedy Nik obudzil sie z katarem, byl lekko przytkany i taki ogolnie "niewyrazny". Mam nadzieje, ze to, choc czesciowo, byla przyczyna jego niezadowolenia. Zreszta, za zajecia juz zaplacilam, zostaly tylko 3 spotkania (niestety, to sesja 5-tygodniowa, beznadziejnie krotka), wiec nie mam zamiaru go wypisywac, czy mu sie podoba czy nie. ;)

Jak juz narzekam na Mlodszego to dodam, ze myslalam iz w koncu odtrabie sukces i oglosze, ze przestal sikac w nocy. Niestety, tylko MYSLALAM, bowiem, dwie ostatnie noce cos sie chlopak popsul. We wtorek posikal sie konkretnie, ale chyba tuz przed przebudzeniem, bo kaluza byla obrzydliwie cieplutka. ;) Natomiast w srode rano wstal z pizamka podejrzanie wilgotna w kroku. Poniewaz jednak przescieradlo bylo suche, to albo tylko lekko popuscil, albo sie spocil, chociaz co do tego drugiego jakos watpie. ;)
W kazdym razie, Nik ma 5 lat i 1.5 miesiaca i nadal zmagamy sie z nocnym posikiwaniem... :/

Poniewaz w przyrodzie musi byc rownowaga, to teraz bede chwalic. Tym razem Starsza. Jak wspomnialam w poprzednim (?) poscie, M. od tego tygodnia wrocil na pierwsza zmiane. A Bi w poniedzialek rano miala wizyte u dentysty. Chcac nie chcac, pojechalam z nia ja. A ze bylo to leczenie, a nie zwykla kontrola, jechalam szykujac sie w myslach na batalie, przekupstwa oraz grozby. Poprzednie leczenia ubytkow opisywalam juz kiedys, przypomne wiec tylko, ze przy pierwszym zadzialal element zaskoczenia i Bi dala sobie zreperowac zeba choc przy akompaniamencie ogluszajacego wrzasku. Drugie podejscie skonczylo sie totalna histeria, wierzganiem i targaniem glowa, az w koncu dentystka stwierdzila, ze nie podejmie sie leczenia, bo boi sie, ze zrobi jej krzywde. Kolejny raz przyjechalismy z M. i pod okiem taty, Bi dala sobie zeba zaleczyc, choc slychac ja bylo az na koncu poczekalni, a moze i na zewnatrz, mimo, ze gabinet znajduje sie na 1 pietrze...

Jadac wiec w znajome miejsce "tortur" w poniedzialek, przygotowywalam sie mentalnie na kolejne wrzaski i wierzganie. Tymczasem Bi grzecznie polozyla sie na fotelu, grzecznie pozwolila zapodac sobie znieczulenie (krzywiac sie tylko kiedy policzek jej zdretwial) i grzecznie przelezala cale plombowanie. A ja siedzialam i czekalam przytrzymujac opadajaca szczeke. ;)

Kto by pomyslal, ze szczerbol czeka z takim usmiechem na... borowanie! ;)

Jedynymi lzami tego ranka byly te w oczach Nika kiedy wysiadal z auta, bowiem ubzdural sobie, ze Bi nie pojdzie tego dnia do szkoly, a pozniej w oczetach Starszej kiedy jednak do tej szkoly ja odstawilam... :D

A jesli juz pisze o odwozeniu dzieci rano do placowki, to to nie jest na moje nerwy! Brytusia ma racje, kazdego ranka mam ochote oglosic dzien sliskiego kocyka!
Po pierwsze, kiedy jezdzilam do pracy na 7 i chcialam sie rano w spokoju i szybko wyszykowac, te male szkodniki wstawaly zaraz po 6, plataly mi sie pod nogami i jeczaly o kakalko! Teraz wstaje grubo po 7 i co? Musze ich budzic! Wstaja zaspani, a niektorzy jeszcze zasikani! I tez jecza o kakalko! ;) Potem zaczyna sie kilkukrotne powtarzanie wszystkiego, az w koncu zaczynam wrzeszczec. Dre sie wiec, zeby siedli do stolu. Zeby jedli sniadanie. Zeby dojasnejpierdzielonejcholery przestali sie szturchac i kopac tylko zjedli! Zeby sie ubrali. Ze ile razy mam powtarzac o ubieraniu, a oni dalej siedza goli z jedna tylko skarpetka na stopie! Zeby przestali sie szarpac o pierwszenstwo do kibla. Zeby zostawili w spokoju psa i poszli zakladac buty, kurtki i plecaki. Zeby szli do auta, zamiast rozbiegac sie po ogrodzie albo wlec noga za noga. No po prostu cala godzine i dziesiec minut poranka spedzam drac morde, az boli mnie wyschniete gardlo. Powiedzcie mi, czy to tylko moje, czy zadne dzieci nie sluchaja jak sie na nie nie wrzasnie? Bo jak to tylko moje, to gdzies popelnilam blad i to powazny... :/

W kazdym razie, w koncu docieramy pod szkole, oczywiscie duzo pozniej niz przewidzialam. Myslalam, ze bede juz o tej godzinie w pracy, a tymczasem stoje w ogonku aut, ciagnacym sie, hen! poza parking, wzdluz ulicy, przy ktorej znajduje sie szkola. Posuwam sie niczym slimak do przodu, cenne minuty uciekaja i co widza moje juz-zmeczone oczy? Jakies auto zatrzymuje sie przed glownym wejsciem gdzie kazdy po kolei wysadza dzieci. Wysiada z niego baba i pomalu, nie spieszac sie, otwiera bagaznik, wyjmuje z niego plecak dziecka (po co go tam w ogole chowala, skoro wiedziala, ze smarkacz za chwile bedzie go potrzebowal?!), bierze synalka za raczke i prowadzi do szkoly! A cala kolejka aut czeka az maz tej pieprzonej swietej krowy odjedzie i zrobi miejsce innym!!! ://///
A w regulaminie szkoly jest napisane grubymi literami, ze aby uniknac zatorow podczas porannego odstawiania dzieci, przed glownym wejsciem mozna zatrzymywac sie tylko w celu wysadzenia potomka. Jesli chce sie zaprowadzic dziecko do szkoly osobiscie, trzeba zostawic auto na parkingu i wtedy isc z dzieckiem. Ale kto by to czytal, a tym bardziej przestrzegal. :/

A teraz najlepsze.
Sklelam glupiego babsztyla w myslach i na glos (trudno, niech Potwory sluchaja...). W koncu i ja podjezdzam pod wejscie, a tu zonk. Nie ma pana, ktory zawsze otwiera dzieciom drzwi, zeby przyspieszyc proces wysadzania uczniow. A drzwi w moim durnym aucie sa jakos tak zrobione, ze dzieciaki nie moga za cholere otworzyc ich od srodka! Podjezdzam wiec pod wejscie do szkoly, z drzwiami szamocze sie Nik, a potem Bi, bez rezultatu. W koncu musialam wysiasc sama i pod obstrzalem wzroku rodzicow stojacych w ogonku, obejsc auto naokolo i samodzielnie wypuscic Potwory! I pewnie tez zostalam rowno obdarzona epitetami!

Kurtyna. :D

A na koniec, cos dla milosnikow Stephena Kinga. Jesli zastanawialiscie sie, co robi slynny pisarz, kiedy nie pisze kolejnego horroru, to mam odpowiedz. Pilnuje serwerow w budynku mojej pracy, o!


Hehehe... To zarcik oczywiscie, ale i tak parsknelam smiechem na widok tej plakietki. Swoja droga, rodzice tego goscia od bazy danych musza miec niezle poczucie humoru... :D

czwartek, 18 stycznia 2018

Z serii: w tym domu sie gada (wydanie przed- i okolo-swiateczne :D) + styczniowa codziennosc

Dzisiaj mam dla Was zbior Potworkowych powiedzonek jeszcze z grudnia. Koncowka roku byla tak bogata w posty, ze nie bylo ich gdzie wczesniej wcisnac. ;)

*

Kreatywne obelgi:

Nik (poirytowany na siostre): "Bi, ty rozpedzony koniu!"

Nie musze chyba dodawac, ze nawet taki "epitet" wzbudzil w Starszej czarna rozpacz, ze oto jej mlodszy brat, osmielil sie ja przezywac! :D


***

Stoimy w dluuugiej kolejce do przedswiatecznej spowiedzi, a znudzone Potworki rozgladaja sie dookola: W koncu Nik wskazuje konfesjonal:

"A do czego sa te szafeczki?"


***

Dzieciaki mialy kalenarze adwentowe. Nik niechcacy otworzyl 16 oraz 19 tego samego dnia, bo popatrzyl do gory nogami, a nikt nie przyuwazyl, ze Mlody zjada druga czekoladke tego samego dzionka. ;) Kiedy wiec przyszedl faktyczny 19-nasty, okazalo sie ze okienko ma puste. Nik upiera sie wiec, zeby otworzyc 20-stke. Tlumacze (bez wiekszej nadziei, ze zrozumie), ze oczywiscie moze otworzyc, ale jesli bedzie codziennie otwieral okienko naprzod, kiedy przyjdzie 24 grudzien, Bi otworzy ostatnie, a on juz zadnego nie bedzie mial i bedzie mu smutno.
Nik slucha, slucha, ale najwyrazniej nie podoba mu sie ta logika, bo wykrzykuje:

"Przestan juz! Sprawiasz mi przykrosc!"

Nie to bylo moim celem, ale coz. :D 
Musze jednak przyznac, ze najwyrazniej moja tyrada trafila tam, gdzie powinna, bowiem nastepnego dnia, naburmuszony, ale dumny Nik oznajmil, ze nie otworzyl okienka, tylko czeka na kolejny dzien. ;)


***

Syn zarzuca mi raczki na szyje i sklada soczystego buziaka na moim policzku. Po czym smieje sie:

"I just married you! Because if you kiss someone, you get married!"


***

Przynosze do domu poczte. Bi patrzy rozczarowana:

"Nie ma zadnej paczki?"
"Nie." - odpowiadam
"To zamow cos wreszcie!"

Juz od konca listopada i poprzez grudzien, a wiec przez okolo miesiac, nie otwieralam przy Potworkach zadnego pudla, z wiadomych powodow. Jak jednak widac, sam fakt wniesienia do domu wielkiej paczki juz jest podniecajacy, niewazne czy zawiera cokolwiek wartego uwagi! ;)


***

Zaintonowalam dzieciom "Przybiezeli do Betlejem".
Bi sie krzywi (przy moim spiewie wcale jej sie nie dziwie), ale Kokusiowi podpasowalo:

"Ja lubie te komende!"


***

Potworki sie poklocily o to, czy maly Jezusek to chlopiec czy dziewczynka. W koncu przybiegli do mnie, abym rozstrzygnela spor. Oswiadczam, zgodnie z prawda, ze Dzieciatko to chlopiec, ale Bi, ktorej racja zawsze musi byc najmojsza, krzyczy wsciekla (tupiac noga dla lepszego efektu):

"It's a girl! A giiirl! A GIRL!!!!"


***

O tym, jak zrobic obciach rodzicom. ;)

Jestesmy na zakupach. Nasza kasjerka to typowa baba - chlop, z wlosami scietymi na jezyka, bez makijazu i z bezksztaltna sylwetka. Dla mnie oraz M., jest to jednak wyraznie kobieta (no dobra, na pierwszy rzut oka tez przemknely mi przez glowe watpliwosci). Tymczasem Nik wypala do babki bez skrepowania:

"Are you a boy?"

I chociaz zupelnie sie biednemu dziecku nie dziwie, to i tak spalilam tam niezlego buraka :D


***

Bi pyta co by sie stalo, gdyby nie jadla przez 100 dni. Kiedy odpowiadam bezlitosnie, ze umarlaby z glodu, zaczyna sie dopytywanie: "I co bys zrobila? Byloby ci smutno? Plakalabys?"

W niezdrowa ciekawosc siostry, wtraca sie Nik:
"I bym wszystko mogl robic na twoim tablecie!"

To sie nazywa braterska milosc... :D


*

To juz wszystkie grudniowe teksty. Skromnie, zwazywszy na to, ze Potworkom buzie sie nie zamykaja, a caly swiateczny tydzien siedzielismy razem w domu, ale jakos wiecej nie spisalam. Prawdopodobnie, przy takim natezeniu dzieciecych dialogow, mozgownica zaczyna je po prostu "wypierac" i nie rejestruje. :D

*

Pomalu probujemy lapac rytm po poswiatecznym rozluznieniu (Bosz..., brzmi jak rozwolnienie :D). Latwo nie jest. Jesli pamietacie, dwa dni po Nowym Roku nawiedzila nas sniezyca, ktora uziemnila mnie z Potworkami w domu na dwa dni. W kolejnym tygodniu Nik spedzil dwa dni w domu, co wymoglo na M. wziecie pol dnia wolnego w kazdy z tych dni, a na mnie wczesniejsze wyjscie z pracy, zeby moj malzonek mogl chociaz te rzeczone pol dnia zaliczyc. ;) W tym zas tygodniu, szkoly byly zamkniete w poniedzialek z okazji Dnia Martina Luthera Kinga, zas w srode, nad nasz Stan nadplynela kolejna sniezyca! Mizerna i bez szalu, ot 5 cm sniegu przy +2 stopniach. Ale i tak wystarczyla, zeby zamknac szkoly! :/

*

W szkole Potworkow odbyl sie apel, na ktorym wystepowaly klasy zerowkowe. Wymknelam sie wiec z pracy na pol godziny zeby popatrzec jak sie prezentuje moj syn.
No coz... Bi zawsze wkladala w spiew i choreografie (ktora zazwyczaj ogranicza sie do prostych gestow) cale serce oraz energie. Nik? Nie wiem, czy wine ponosi tu plec, czy tez mlody wiek, ale fakt, ze Kokus stal wyraznie znudzony, rozgladal sie po sali rozkojarzonym wzrokiem i (o zgrozo!) dlubal w nosie... ;)

Apel odbyl sie w ostatni dzien szkoly przed dniem Martina Luthera Kinga, wiec pani dyrektor wspomniala kim byl i o co walczyl

Juz wiekszy entuzjazm okazywala Bi, ktora co prawda siedziala na widowni, ale zdolala wypatrzyc mnie w grupce rodzicow i co chwila odwracala sie, zeby mi pomachac i przeslac buziaki. :)

*

Potworki z mniejsza lub wieksza checia odrabiaja lekcje.

Skupienie - rzadki widok :D

Po przerwie swiatecznej oczywiscie checi bliskie sa zeru i okupione kilkunastominutowym jeczeniem. Naprawde, w czasie, ktory spedzaja na marudzeniu jak bardzo nie chce im sie odrabiac pracy domowej, trzy razy mieliby ja zrobiona. :/

Nik nadal, w ramach lekcji, ma cwiczyc rozpoznawanie oraz pisanie "snap words". Kilka dni temu, zeby nieco urozmaicic mu te zmudne cwiczenia, wycisnelam na tacke troche pianki do golenia. Kiedy Nik skonczyl cwiczyc swoje wyrazy, do zabawy przystapila Bi. :)

Zabawa sensoryczna dla maluszkow, ale nawet 6.5-latki maja ubaw ;)

*

W ostatnia sobote, na obiadokolacje zamowilismy sushi.


Wbrew temu, co pokazuje zdjecie, z Potworkow to Bi jest wiekszym sushi-zerca. :D

*

Po domu grasowali mi Pidzamersi. Kotboj troche stremowany byl sesja zdjeciowa. ;)


*

Tak jak napisalam wyzej, w srode zostalam uziemniona w domu. Musze przyznac, ze tym razem wkurzona bylam na maksa i gdybym dorwala w swoje raczki osobe odpowiedzialna za decyzje o zamknieciu szkol, udusilabym! :/ Temperatury na plusie, nasza ulica czarna, sniegu na oko kilka cm, a oni szkoly zamkneli! Jeszcze zeby opoznili godzine rozpoczecia lekcji, zrozumialabym. W koncu trzeba te wszystkie school busy odsniezyc, a i boczne drogi zapewne nie byly dokladnie oczyszczone. Ale zamknac kompletnie??? To juz gruba przesada!

Na dodatek Potworki, zamiast cieszyc sie z wolnego dnia, byly wyjatkowo znudzone i marudne. Po tym jak kazalam odlozyc tablety (w ktore gapili sie polowe ranka, zanim wstalam), zaczeli maraton jeczenia, sprzeczek i fochow. Zapowiadal sie dluuugi dzien, a ja w dodatku wzielam papiery zeby popracowac z domu. A tu atmosfera gesta jak smietana, co chwila wybuchaja klotnie, wez czlowieku pracuj! :/

Na szczescie ma sie czasem odrobine farta. :)
Kiedy myslalam juz nad wywiezieniem Potworow na stok narciarski i zapisaniem na prywatne lekcje na CALY dzien (i choc zaplacilabym fortune, to spokoj, ktory bym zyskala, wydawal sie zupelnie tego warty :D), ujrzalam wjezdzajacego na nasz podjazd listonosza. Juz sam fakt, ze wjechal, zamiast normalnie wrzucic poczte do skrzynki znajdujacej sie przy samej drodze, byl zaskoczeniem. Poza tym pora - byla zaledwie 10 rano, a zwykle dojezdza do nas grubo po 17. W kazdym razie, zaskoczona pobieglam do drzwi, a tam: paczka od cioci z Polski!!! :) No nie mogla sie moja siorka lepiej wstrzelic! Nie dosc, ze dzien wolny, nie dosc, ze Potwory umieraja z nudow, to jeszcze w weekend zapomnialam kupic srajtasmy, a ona wypchala wolne przestrzenie w kartonie rolkami papieru toaletowego! Ma dziewczyna ten szosty zmysl! :D

W pakunku, oprocz papieru do du... pupy, same skarby: po zestawie Lego dla kazdego Potwora, a poza tym Barbie dla Bi i pojazd Hulk'a dla Nika.

To zielone to wlasnie pojazd Hulk'a (szkoda, ze Nik jeszcze nie wszedl w faze superbohaterow), a wyscigowa z zestawu lego

Ze juz o gigantycznych jajkach z niespodzianka nie wspomne! Szczegolnie Lego bylo moim wybawieniem. Bi pomogla Nikowi ulozyc jego zestaw, a kiedy sie nim bawil, ulozyla swoj.

 Zameczek do kolekcji. Byla Elsa, teraz mamy Piekna i Bestie :)

W ten sposob, poza przywolaniem na posilki i wyjsciem na dwor, mialam ich z glowy. Moglam w spokoju popracowac, oproznic i zaladowac zmywarke, wstawic pranie, poskladac je i pochowac... I ogarnac tuzin innych, drobniejszych rzeczy. A dzieciaki ani razu nie zamarudzily, ze glodne, ze siusiu, kupa, nudno i tak w ogole to chca ogladac bajki na tabletach! No miodzio! ;)

Na dwor wyszlismy dopiero poznym popoludniem, bo w miedzyczasie przyjechal w odwiedziny dziadek. Snieg tym razem, przy plusowych temperaturach, spadl mokry i klejacy. Ciezko bylo odsniezac, ale na szczescie spadlo go malo. Za to idealnie nadawal sie do lepienia balwana. Nik propozycje takiego uzytkowania sniegu olal, ale Bi ochoczo zabrala sie za robote. I ulepila go (po poczatkowej histerii kiedy Maya rozwalila jej pierwsza kule i przeniesieniu sie w sam rog ogrodu, gdzie "niewidzialny pastuch" nie pozwala psu dojsc) zupelnie sama!

Przypomina tworczynie w tym rozowym wiadrze ;)

Ja jedynie pomoglam w docisnieciu wiaderka na glowie balwana, bo uparcie spadalo. :)

*

Tak wlasnie mija styczen. Mimo rozleniwienia oraz ciaglych dni wolnych (a moze dzieki nim), ekspresowo. :) W miedzy czasie Nik mial przeglad uzebienia i wszystkie mleczaki ma zdrowe. Podobno dolne jedynki zaczynaja mu sie tez lekko ruszac. Z doswiadczenia jednak wiem, ze moze minac jeszcze pol roku albo i wiecej, zanim wypadna. :) Bi niestety nie ma tyle szczescia i w kolejnych dwoch tygodniach czeka ja leczenie ubytkow... :/ M. od poniedzialku przechodzi juz na "prawdziwa" pierwsza zmiane, tzn. bedzie w pracy od 6:30 do 15, a wiec wszystkie kontrole i wizyty lekarskie znow spadna na mnie. :/ Poza tym sobotnia gimnastyka Bi, poniedzialkowa pilka nozna Potworkow i reszta miesiaca smignie zapewne ani sie obejrze...

A! W weekend rozebralismy (i sfajczylismy) choinke. I smutno, ciemno i pusto zrobilo sie w pokoju. :(

Do poczytania!

sobota, 13 stycznia 2018

To jak to bylo z ta lazienka?

Wlasnie sobie uswiadomilam, ze przez okres przedswiateczny, potem poswiateczny, a pozniej wracanie do brutalnej rzeczywistosci, nie pokazalam Wam efektu po remoncie lazienki. A tymczasem cieszymy sie nowym wystrojem juz ponad miesiac...

W zasadzie ten "remont" to poprawki glownie kosmetyczne i az nie do wiary, ze tyle z tym bylo ambarasu. ;)
A ja caly czas nie moge przebolec tej zostawionej, bialej podlogi. A jeszcze bardziej braku wymiany wanny i polozenia nad nia kafelkow. No ale coz, moze za jakis czas...
A moze i nie. ;)

W kazdym razie, zeby nie przedluzac.

Udalo mi sie odszukac stare zdjecie z 2009 roku. Tak wygladala lazienka kiedy wprowadzilismy sie do naszego domu:

 Stary balagan na blacie. Jak ja sie ciesze, ze juz go nie widze! :)

I, wstyd sie przyznac, tak ja zostawilismy. Przez ponad 8 lat! :O Jedyne co zrobilismy, to w 2011, po narodzinach Bi, wymontowalismy drzwi znad wanny (ktorych nie widac), bo przeszkadzaly w wygodnym kapaniu Starszej w wanience. Poza tym, nic innego nie tknelismy.

Tak naprawde to o remoncie lazienki rozmawialismy juz od kilku lat, ale ciagle cos stalo na przeszkodzie. A to male dzieci, przy ktorych trudno cos zrobic, a to kasy brak... Rok temu bylismy juz w sumie zdecydowani... ale jakos tak odkladalismy i odkladalismy, ze ani sie obejrzelismy, przyszlo lato, kempingi, wyjazdy... Potem M. wzial sie za taras, ktory naprawde byl w oplakanym stanie. I chyba ten remont tarasu, cos w nim "odblokowal", wiec malzonek moj niemal z marszu zabral sie za lazienke. I juz poszlo! :)

Po pierwsze, trzeba bylo wywalic stara szafke, zlew oraz szafeczke nad kibelkiem:

 Pa pa, starocie! :D

 Zostaly sterczace ze sciany rury:

Lazienka laciata :)

Potem M. wygladzal nierownosci i latal lekkie pekniecia w scianach, stad te wszystkie biale plamy. Najwieksza dziura zostala po oderwaniu od sciany szafy:

Z boku widac kawalek mazniety "na probe" nowym kolorkiem

W koncu dostawiona zostala nowa szafa, tu jeszcze bez szuflad:

Podwojny zlew to byl strzal w 10!

Ile mysmy sie tej cholernej szafy nie podopasowywali! To chyba byla najupierdliwsza czesc calego projektu! Szafa jest podwieszana na scianie, a z przodu ma nozki. Wysokosc nozek mozna regulowac, co tez czynilismy, zeby jakos dopasowac szafe do wystajacych rur. Chodzilo o to, zeby zlewy byly na w miare wygodnej wysokosci, rurki miescily sie w szafce, a szuflady domykaly. Niestety, zeby przedluzyc lub obnizyc nozki, trzeba bylo szafe odsunac i przekrecic na bok. Szafa podwojna, ciezka i oczywiscie ja - slabizna, zahaczylam rogiem i zadrapalam swiezo pomalowany przez M. kawalek sciany. Nie byl zbyt szczesliwy... :D

Niestety, nijak nie dalo sie pomiescic wszystkich rur. Nie wiem czy pamietacie, ale miedziane rurki dostarczajace ciepla i zimna wode trzeba bylo przyciac, zawory od nowa dopasowac, a w jednej z szuflad wyciac strategiczna dziure:

Na szczescie nie za duza

Ale w ten sposob wszystko sie ladnie domyka:

Gotowa szafka

Co jeszcze fajniejsze, szuflady dzialaja na "cichy domyk", ktory jest super. Koniec z ciaglym trzaskaniem!
Nastepnie zniknela dziura w scianie:

Jeeej!

Zniknela rowniez paskudna lampa, rodem z lat 70-tych lub 80-tych:

Zawsze ktoras zarowka nie swiecila, co jedna wymienilismy, przeswietlala sie kolejna :/

Zamiast niej, przez kilka dni mielismy pusta sciane:

Na szczescie przy pochlaniaczu jest rowniez swiatelko, inaczej czekaloby nas mycie sie po ciemku przez kilka dni ;)

Niestety (a moze i na szczescie), zdjecia nie oddaja syfu, ktory nieodlacznie towarzyszy wszelkim remontom - pylu ze szlifowanych scian, naciapanej farby, pedzli, walkow, tasm ochronnych i gazet walajacych sie po calej lazience i tajemniczo migrujacych na caly dom. Szczegolnie pyl roznoszony byl doslownie wszedzie... A to byl tylko minimalny remoncik. Az strach sie bac, co sie dzieje kiedy ludzie robia renowacje calej chalupy! :O

W koncu pozostalo juz "tylko"pomalowac sciany, oprawic lustro w ramy, zawiesic obrazek w miejsce szafki nad kibelkiem oraz podlaczyc nowe swiatlo:

Lampa wita w XXI wieku :)

Podsumowujac, przed:

Ble... ;)

Po:

Jej! (Najbardziej to: "jeeej, wreszcie koniec!) :D

Kolor sama wybralam, a potem rowniez sama musialam sie do niego przyzwyczaic. W zalozeniu mial byc jasny szary i jest, tylko... Mial byc bez zadnych odcieni czy podcieni. SZARY i juz. Tymczasem moj tata pierwszy raz wszedl do nowej lazienki i stwierdzil: "O, ale te sciany to fioletowe?". :/ Tydzien pozniej przyjechala ciotka M., wlazla do lazienki i oznajmia: "O, ladny ten niebieski na scianach!" FIOLETOWY i NIEBIESKI, rozumiecie?! Juz nie wiem, czy to ja jestem daltonistka, czy oni, bo dla mnie to jest szary... :/

W kazdym razie dwa zlewy to super wygoda, chociaz Potworki kloca sie o to, ktory zlew jest "czyj". ;) No i na wierzchu stoja tylko szczoteczki oraz pasty, reszta balaganu pochowana jest w szufladach, co bardzo mnie cieszy. I chociaz stara podloga i wanna troche mnie mecza, to jednak uwazam, ze zmiana jest na plus. :)

I na jakis czas mam dosc malowania i remontow... :D

wtorek, 9 stycznia 2018

Poczatek roku

Rok 2018 rozpoczal sie z przytupem. :)

Po swiatecznym leniuchowaniu, dlugim spaniu i wygrzewaniu sie w cieplutkim domku, baaardzo niechetnie wrocilismy do pracy i szkoly...

Nasze zrzedzenie zostalo najwyrazniej wysluchane, bo juz po dwoch dniach nad wschodnie wybrzeze Stanow nadplynela sniezyca - gigant. Zrzucilo jakies 30 cm sniegu (u nas), szkoly zamkneli na dwa dni, a ja zmuszona bylam pracowac z domu. Przynajmniej czesciowo, bo wiadomo jak "pracuje" sie przy dwojce energicznych dzieci. :)

Po otwarciu drzwi zastalam taki widok (Maya zdazyla juz przebiec przez snieg). A prog mamy dosyc wysoki...

Z tym sztormem i tak nam sie upieklo. Jestesmy odsunieci na zachod od wybrzeza na tyle, ze ominelo nas epicentrum. Nadmorskie miejscowosci na wschodzie mialy sie znacznie gorzej...W naszych okolicach, wiecej szkod wywolaly, trwajace nieprzerwanie przez 2 tygodnie, mrozy. I to takie fest. Do poniedzialku, w dzien mielismy po -10 stopni, a w nocy temperatura spadala czesto ponizej -20. W wielu okolicznych miasteczkach popekaly rury, a w urzedach i szkolach popsuly sie instalacje grzewcze, zapewne przestarzale i nieprzystosowane do tak dlugich mrozow. W koncu to nie Alaska. ;)

Zabawa podczas burzy snieznej. Wyszlismy pozno, po 16, dlatego swiatlo takie kijowe...

O ile w czwartek fajnie bylo posiedziec w cieplym domu i popatrzec na sniezyce przez okno, o tyle, kiedy po poludniu zaczely nadchodzic wiadomosci, ze okoliczne szkoly, jedna po drugiej zamykane sa rowniez na piatek, moje mysli ulozyly sie bardziej w cos na ksztalt "oh, f*ck". :D W koncu chcialabym gdzies w tym roku pojechac na urlop, a nie zuzyc wszystkie dni wolne na cholerne snow days w szkole! Dzieki temu, ze M. pracuje teraz w takich "dzikich" godzinach, udalo mi sie skoczyc do pracy rano na dwie godziny, a troche papierow znow wzielam do domu, zeby uzbierac razem chociaz te pol dnia roboty.

Piatkowy poranek pod praca

 I druga strona zimowej krainy, eee... parkingu :)

Jednak nocna zmiana malzonka mego miala te nieoceniona zalete (ale o tym juz chyba pisalam), ze nie musialam sie martwic o zadne dni wolne ze szkoly, bo Potworki zostawaly po prostu z nim. Teraz musimy kombinowac... :/
A pozamykanie szkol w piatek okazalo sie mocna przesada, bo drogowcy naprawde odwalili kawal dobrej roboty i drogi byly zupelnie przejezdne. Przynajmniej te czesciej uzytkowane. :)

Niestety, poczatek roku okazal sie rowniez chorobowy. Zaczelo sie ode mnie. Juz w Sylwestra czulam, ze cos mnie "bierze". W Nowy Rok juz zdecydowanie rozlozylo mnie przeziebienie. Dwa dni pozniej zaczal smarkac M.
My jednak wyszlismy z walki z wirusem obronna reka. Polegl za to Nik.
Pomimo siarczystych mrozow, korzystajac z wolnego od szkoly, jeszcze w czwartek i piatek wyszlam z Potworkami choc na moment na snieg.

 -10 na termometrze, ale zabawa przednia :)

 Tylko pies zmarzniety, wzrokiem blaga o wpuszczenie do domu ;)

A w piatkowy wieczor, Kokus zaczal sie pokladac. Najpierw nie zwrocilam na to uwagi, bo dzien wczesniej, po polozeniu "spac", buszowali z Bi w swoim pokoju prawie do 22 (wiedzialam, ze maja wolne, wiec nie gonilam ich do snu), a rano wstal juz o 6:30. Myslalam wiec, ze jest zwyczajnie niewyspany. Kiedy jednak wydal mi sie podejrzanie cieply, siegnelam po termometr, a tam... 38.2. :/ Super! Piatek wieczor, klinika zamknieta, poza tym nasza lekarka na emeryturze, wiec chwilowo jestesmy bez stalego pediatry... :( Idealny czas na chorobe!
Niestety, goraczka utrzymala sie w sobote oraz w niedziele. Noce mielismy przerywane, bo dziecko, rozpalone jak piec, budzilo sie z placzem. Poza tym jednak nic specjalnego mu sie bylo. Lekko przytkany noc, odkaszlnal sobie 3-4 razy dziennie. I tyle... Tylko ta goraczka. Ominelo go wyjscie na gimnastyke z Bi (z jakiegos powodu Nik traktuje godzine w poczekalni jako atrakcje :D)...

 To w niebieskim stroju z przodu, to Bi. Mostek wychodzi juz jej calkiem niezle ;)

...ominelo wyjscie na przyjecie urodzinowe w niedziele...

W niedzielny wieczor goraczka spadla w koncu do normalnej temperatury i wydawalo sie, ze wychodzimy na prosta... Niestety, tej samej nocy Nik znow obudzil sie o 1:30 caly rozpalony! :/ W poniedzialek zostal wiec w domu z M., a ja rozpoczelam misje: umowic sie do lekarza. Co okazalo sie naprawde "misja", bowiem wszyscy w klinice krecili nosem, ze nie wybralam jeszcze nowego pediatry. Coz... Nasza pani doktor odeszla na emeryture cale 8 dni wczesniej i spodziewalam sie, ze mam jeszcze chwile... W kazdym razie najpierw pani administratorka marudzila, na moja prosbe, zeby umowic syna do kogokolwiek (w klinice jest 5-ciu pediatrow), ze ona musi miec wpisanego "oficjalnego" lekarza dzieci, po czym... oswiadczyla, ze zadzwoni do mnie pielegniarka... :/
Pielegniarka oddzwonila godzine pozniej, kiedy siedzialam akurat na meetingu (ech...) i po wysluchaniu, ze dziecko goraczkuje od piatku i poza lekkim "przytkaniem" zdaje sie nie miec innych objawow, stwierdzila (przypominam, ze "diagnoza" telefoniczna!) infekcje wirusowa gornych drog oddechowych i polecila, zeby zbijac goraczke, nawilzac powietrze, a na kaszel (ktorego Nik praktycznie nie ma) podac lyzeczke miodu. Na moje pytanie, ile dni ma mi dziecko goraczkowac, zeby obejrzal je lekarz, odpowiedziala zdziwiona pytaniem "to pani chciala dzis sie zobaczyc z lekarzem?".
No kuzwa, nie, tak sobie z nudow wisze w pracy drugi raz na telefonie! :/

W kazdym razie w koncu udalo mi sie umowic, M. pojechal z Kokusiem, a tam, niespodzianka: obustronne zapalenie ucha!!! :/ Najdziwniejsze jednak, ze Nik wcale na uszy nie narzekal!
Nie pamietam czy pisalam, ze na bilansie 5-latka, nasza owczesna jeszcze pediatra stwierdzila, ze w uchu "cos sie dzieje" (i wtedy, kilka dni wczesniej Nik skarzyl sie, ze ucho go boli), ale uznala, ze juz samo przechodzi. Najwyrazniej nie przechodzilo, tylko sie wlasnie rozwijalo i teraz, niemal rowniutkie 3 tygodnie pozniej, mamy juz "wspaniale", rozwiniete zapalenie. :/

Swoja droga, co to dziecko ma z uszami! Jak tylko zlapie leciutki katar, zaraz schodzi mu na uszy! :( Lekarz tlumaczyl, ze musi miec kanaliki laczace uszy z zatokami przynosowymi idace pod bardzo lagodnym katem, dlatego wydzielina z nosa wiecznie dostaje sie do uszu wywolujac zapalenia (czy jakos tak). Pocieszajace, ze jak ze wszystkiego i z tego powinien wyrosnac. ;)
Wyladowal oczywiscie na antybiotyku i co moze byc szokiem dla polskich czytelniczek, lekarz powiedzial, ze nastepnego ranka dostanie trzecia dawke i moze spokojnie isc do szkoly! ;) W Hameryce nie ma zwyczaju trzymania dzieci w domu az skoncza antybiotyk i potem kolejny tydzien, zeby nabraly odpornosci. :D

Mimo ze nie zamierzalam, na polska modle, trzymac Kokusia 2 tygodnie w domu, w poniedzialek po poludniu nadal goraczkowal i nawet pomimo tego, ze na wieczor temperatura w koncu mu spadla, nie puscilam go we wtorek do szkoly. Powagarowal sobie w domu z tatusiem i mam nadzieje ze pozwolilo mu to w pelni odzyskac sily.
A kiedy po poludniu wrocilam z pracy, zastalam dziecko pedzace po domu niczym antylopa, skaczace jak kangurek i ryczace jak lew. Czyli w zasadzie zdrowe. I z wielka radoscia i ulga odstawie je jutro z powrotem do placowki edukacyjnej. ;)

A poza tym, kustykam sobie, bowiem moje stluczone upadkiem kolano "poprawilam" uginaniem odsniezajac w czwaratek taras i zbuntowalo sie zupelnie, postanowilo sztywniec oraz bolec... Dzis juz chodzilam prawie normalnie, ale proby podbiegniecia do zamykajacych sie drzwi czy zejscia po schodach, skonczyly sie malo przyjemnie. :/ Liczylam na male szusowanko w nadchodzacy weekend, ale widze, ze marne szanse... Nawet jak odzyskam pelna sprawnosc, to raczej bede chciala dac kolanu odpoczac. :( Pozostaje miec nadzieje, ze wypad na narty uda sie w innym terminie. I jeszcze tej zimy. ;)


Jak tylko nadeszla odwilz, szklany dach nad jednym z korytarzy w pracy zaczal masowo przeciekac. Idac do lazienki, trzeba urzadzac slalomik miedzy wiaderkami :D

Oprocz tego jednak, nic sie nie dzieje. ;D

wtorek, 2 stycznia 2018

Podsumowanie roku 2017, ferie swiateczne oraz postanowienia na 2018

Jak tam? Kac po Sylwestrze doleczony? ;)

Ze mnie taka "pijaczka", ze wypilam wieczorem pol lampki wina (fakt, ze bardzo slodkiego, az zbyt slodkiego), zmulilo mnie, zemdlilo, dostalam zgagi, a nastepnego ranka obudzilam sie z bolem oraz lekkimi zawrotami glowy. Taki to byl moj Sylwester. ;)

Ale wysiedzielismy z M. do polnocy razem na kanapie (ja w szlafroku i bez makijazu :D). To juz sukces, bo w zeszlym roku sama przerzucalam kanaly w tv, a on malowal zderzaki od auta czy cus. ;) Tym razem przynajmniej posiedzielismy wspolnie, wspolnie pogapilismy sie w tv, dalismy sobie buziaka o polnocy, po czym o 00:24 poszlismy razem lulu.

Takze tego... Mam nadzieje, ze choc czesc z Was miala nieco bardziej imprezowego Sylwka! :D

*

Podsumowanie, hmmm...

Rok 2017 byl rokiem nowosci. Najwieksza byla oczywiscie zmiana przeze mnie pracy. Po 11 latach to nie lada wyczyn! ;) Ze zmiany tej nie jestem do konca zadowolona, ale przynajmniej dobrze placa i tego bede sie trzymac. ;)

Kolejna nowoscia bylo zapoczatkowanie nowej tradycji wakacyjnej - kempingow! To zdecydowanie zmiana na plus. Bardzo nam sie taka forma wypoczynku podoba. Juz czekamy na kolejne lato, zeby pojezdzic, a ja przegladam strone do rezerwacji, probujac wybrac jakies nowe, ciekawe kierunki wyjazdow. :)

W 2017 niesmialo zaczelam zapisywac Potworki na zajecia dodatkowe. Najpierw plywanie tylko dla Bi, potem dla obojga, pozniej znow tylko dla Starszej, bo Nik sie zbuntowal. ;) Nastepnie Bibi wyprosila gimnastyke artystyczna, a sama zapisalam oba Potworki na zajecia plastyczne. Za tydzien zas, w szkole dzieciakow zaczyna sie 5-tygodniowa sesja pilki noznej, na ktora rowniez ich zapisalam. Mam nadzieje, ze im sie spodoba. ;)

Jeszcze jedna nowoscia, tym razem z samego poczatku roku, byl powrot po wielu latach i malej probie dwa lata wczesniej, na stoki narciarskie. Tym razem w towarzystwie dwoch malych narciarzy. Osobiscie nie moge sie juz doczekac tegorocznego sezonu! ;) Ktory juz sie zreszta zaczal i mialam nadzieje na male szusowanko w czasie przerwy swiatecznej, ale przy naszych arktycznych temperaturach sobie odpuscilam.

Poza tym, od wrzesnia mamy w domu dwoje szkolniakow. Nik pozegnal w czerwcu przedszkole i dolaczyl do siostry w gronie uczniow podstawowki. Potworki zaczely tez wracac do domu zoltym szkolnym autobusem, co bylo przezyciem zarowno dla nich, jak i dla nas. :)

*

Tydzien swiateczny opisalam Wam z grubsza w poprzednim poscie. Zimowe temperatury niemal calkowicie zatrzymaly nas w domu. Mimo ze, jak wspomnialam wyzej, wstepnie planowalam wypad na narty, temperatury -10 stopni skutecznie mnie do tego zniechcecily. ;) Poza moim wypadem do kolezanki w czwartek, pojechalismy tez do "Polakowa" na zakupy oraz wyslac paczki w sobote oraz odwiedzilismy znajomych w niedziele (szkoda, ze nie na imprezke sylwestrowa :(). Poza tym nie ruszalismy sie z domu.

A, przepraszam! W sobote od rana proszyl drobniutki sniezek i choc nie spadlo go duzo, to te kilka cm naroslo na starej warstwie, ktora przy obecnych temperaturach nie ma szans stopniec. Wraz ze sniegiem, temperatura podniosla sie na moment do zawrotnych -6 stopni, a ze prawie caly tydzien Potworki kisily sie w domu, zas kolejnego dnia znow mialo byc -13, stwierdzilam, ze teraz albo nigdy! I zabralam dzieci na gorke za szkola, zeby sobie pozjezdzali na "dupkach". ;)

"I believe I can fly!" :D

Im ziab byl zupelnie niestraszny, a ja dreptalam w kolko zeby sie rozgrzac, co dawalo tyle co nic. Strasznie zmarzlam i chyba to jest powodem mojego przeziebienia, ktore postanowilo uaktywnic sie w samego Sylwestra. :( W dodatku, poslizgnelam sie na lodzie przykrytym cieniutka warstewka sniegu i wylozylam jak dluga! Dobrze, ze swiatkow mojej kompromitacji nie bylo! :D Za to zbilam sobie lokiec oraz kolano i kustykam niczym stara babcia... A kiedy po pol godzinie, zmeczona zimnem oraz rwaniem w lokciu i kolanie, oznajmilam Potworkom, ze wracamy, oni zaczeli blagac o pozwolenie kontynuacji zabawy na sniegu pod domem! :O

Z kolejnych "wazkich" wydarzen, Bi wypadla w koncu gorna prawa jedynka, ktora od miesiaca wisiala doslownie w poprzek, ale uparcie sie trzymala. Wyleciala w nocy z piatku na sobote i dziecko uznalo za stosowne obudzic nas o nieboskiej godzinie, wchodzac do naszej sypialni i oznajmiajac, ze "Zab mi wypadl!". :D
Znow musialam podjac role Wrozki Zebuszki i wstyd sie przyznac, ale o maly wlos bym zapomniala! To by mialo dziecko przykra niespodzianke rano! ;) I tak bylo rozczarowane, ze wrozka zostawila tylko $1. ;) M. wytlumaczyl Bi, ze aktualna "cena" to dolar za zeba, a ja ze w zebie byla dziura, wiec to towar wybrakowany. :D

 "Dziewczyna bez zeba na przedzie" :D

W kazdym razie, moja cora bez przedniego zabka wyglada conajmniej komicznie! Ze slicznej dziewczynki o subtelnej urodzie, zrobila sie taka bezzebna Baba Jaga... Na szczescie zab odrosnie. ;) A poki co, uparcie przywoluje mi na mysl piosenke Kultu: "Dziewczyna bez zeba na przedzie". :D

*

Noworoczne postanowienia...

Phi... Dziewczyny, czy ja kiedys robilam noworoczne postanowienia?! No wlasnie, to byl tylko zarcik... :D

Postanowien niet, ale kilka planow sie znajdzie, nawet niekoniecznie naszych, ale majacych wplyw na na nasza codziennosc... ;)

Trzeba poplanowac kempingi na kolejny sezon, to po pierwsze. W tym roku chcemy jechac rzadziej, tak 3-4 razy, ale za to przynajmniej na 4-5 dni.Tradycyjnie juz jednak, dopoki nie zarezerwuje miejsc, nic konkretnego nie planuje. ;)

Drugi plan to projekt, o ktorym wspomnialam w poprzednim poscie, a o ktorym na razie cicho sza. ;) Jesli sie uda, bedzie to oznaczalo ogromna zmiane dla calej naszej rodzinki, ale przede wszystkim dla Potworkow. Coz, zobaczymy...

Trzecim planem sa oczywiscie narty!!! :D Niestety, nie wiem czy w styczniu uda nam sie skoczyc, bo do skoordynowania jest zarowno pogoda, jak i zdrowie calej naszej czworki. Szczegolnie z tym ostatnim, wiadomo jak bywa o tej porze roku... :)
Luty oraz marzec zas stoja pod znakiem zapytania, bo jesli udadza nam sie plany z poprzedniego akapitu, raczej bedziemy miec na glowie inne sprawy niz szusowanie.
Jak ze wszystkim wiec - pozyjemy, zobaczymy. ;)

*

Rok 2018 zaczyna sie tez zmianami. Od Nowego Roku M. przeszedl na dziwaczna zmiane w pracy - ni to pierwsza, ni to druga. Pracuje od 10:30 do 19 (a dzis zostal do 22 :/). Najglupsze godziny jakie mozna wymyslic! Teraz to juz naprawde wszystko jest na mojej glowie, bo M. nie ma czasu zeby cokolwiek zrobic ani rano, ani wieczorem! :/
Takie dziwaczne godziny wynikaja z tego, ze malzonek moj przechodzi na I zmiane do innego wydzialu, gdzie juz zaczna go szkolic, ale on sam musi jeszcze dokonczyc trening kogos na swoje miejsce na starym wydziale na II zmianie. :/ Beznadziejny uklad, ale trzeba zacisnac zeby i wytrzymac, bo ta sytuacja ma trwac do okolo polowy lutego. Potem M. ma przejsc po prostu na pierwsza zmiane i pracowac od 6:30 rano do 15. Jakos wiec obecne godziny przezyjemy i trzymamy kciuki, zeby sie nie przedluzylo. ;)

Poza tym, tesciowie cos przebakuja o przylocie do nas latem. :O Z jednej strony na sama mysl ogarnia mnie panika. Z drugiej jednak, juz trzy razy zwalili sie nam na 3 miesiace i jakos przezylam. Przezyje i czwarty raz. Moze. ;) Z trzeciej zas strony, przejscie M. na I zmiane oznacza, ze latem nie bedziemy miec co zrobic z Potworkami. Trzeba by szukac polkolonii, obozow, usmiechnac sie do Pani Marysi - dawnej opiekunki, itd. Nie dosc, ze kazda opcja droga, to jeszcze szkoda mi Potworkow, ze w wakacje nie mogliby zwyczajnie wypoczac, spac do oporu, ogladac bajki, biegac po podworku, bawic sie kiedy chca, odpoczywac kiedy sa zmeczone... Przyjazd dziadkow bylby i dla nich i dla nas wybawieniem. Nie mowiac juz o tym, ze chcialabym zeby Potworki mialy jak najwiecej kontaktu z rodzina z Polski, a Skype to nie to samo...
Na nic sie jednak poki co nie nastawiam, bo tesciowie dopiero musza zlozyc podanie o wizy. Powinni je dostac bez problemu, ale roznie to bywa. No i oboje sa juz w podeszlym wieku, szczegolnie tesc, wiec nie wiadomo czy jakies problemy zdrowotne (tfu, tfu!) nie pokrzyzuja tych planow...

I tak wyglada poczatek kolejnego roku. Z siarczystym mrozem, potencjalnym sztormem sniegowym w czwartek (i "snow day" w szkolach...) oraz po-feriowym nicmisieniechceniem... :D