Uwierzycie, ze za 2 tygodnie mamy Thanksgiving, zwane uroczo "Indykiem"??? Zas za niecale siedem tygodni, Boze Narodzenie! Czas naprawde powaznie brac sie za liste prezentow, szczegolnie, ze tradycyjnie chce wyslac paczke moim siostrzenicom (i ich rodzicom oraz mojej mamusce, chociaz nie zasluzyla :D), a takze trzeba sie zastanowic nad upominkami dla tej okrojonej rodzinki "stad" oraz jak co roku, dla nauczycieli. :/ Na szczescie panie od hiszpanskiego, muzyki oraz plastyki Potworki maja te same, wiec upominek moze byc wspolny, ale juz wychowawczynie sa rozne, do tego asystentki (w klasie Kokusia sa dwie (!), u Bi nawet nie wiem...), panie od w-f'u (wlasciwie to Bi ma pana) i nie wiem juz kto jeszcze, ale to juz jest 9-10 osob! :O
Oprocz tego, dotarlo do mnie, ze powinnam brac sie pomalu za swiateczne porzadki. Tak, wiem, to jeszcze kilka tygodni, ale przy pracy na pelen etat, a po pracy bedac samej z Potworkami, mam bardzo malo czasu na takie gruntowne sprzatanie. Dzieciaki niby sa juz wieksze, ale same sobie nie ugotuja, w lekcjach trzeba im pomoc (a sporo zadan jest w zasadzie wspolna dla rodzica oraz dziecka :/), a na dodatek pozostawione same sobie maja tak destrukcyjne (auto-destrukcyjne tez...) i zwyczajnie glupie pomysly, ze glowa mala... Pozostaje wiec weekendowe, stopniowe doczyszczanie. A sie nie chceeee... ;)
Co wiec podzialo sie ostatnio? Postaram sie nie rozpisywac, ale znacie mnie, jak juz zaczne klepac, roznie to moze sie skonczyc, tym bardziej, ze mam do nadrobienia dwa tygodnie...
Wydarzenia w dowolnej kolejnosci i waznosci, bo nie chce mi sie porzadkowac i priorytetyzowac. ;)
Po pierwsze, wspomnialam juz kilka razy, ze Potworki uczeszczaja na zajecia plastyczne, ktore uwielbiaja. Zapisalam na nie Bi, bo lubi "sztuke", a Nika bo dobrze mu zrobia takie manualne zadania. ;) Balam sie, ze Mlodszy moze protestowac, ale poki co jest rownie zachwycony co siostra i z duma prezentuje mi swoje dziela. Te zas utrzymane sa w tematyce zwierzecej i tak, Potworki dekorowaly juz pieski - maskotki, malowaly swinki - skarbonki, lepily lwy z czegos przypominajacego plasteline ale bardziej gabczastego (lwy mialy grzywy z wlochatej wloczki ;p) oraz kolorowaly wybrane figurki swiecacymi w ciemnosci farbami. Zaluje, ze zajecia sa tylko do 4 grudnia, ale z drugiej strony, teraz, kiedy przestawilismy zegarki, o 5:30 kiedy sie koncza, jest juz zupelnie ciemno i nie chce mi sie po nich jezdzic... ;)
*
M. skonczyl wreszcie taras.
(Widok od tylu)
Narazie pomalowac moglismy tylko czesc po ktorej sie chodzi, bo reszta slupkow, szczebelkow oraz desek jest impregnowana i musi wysychac przez przynajmniej 60 dni. Coz... za 60 dni to bedziemy miec srodek zimy, wiec malowanie czeka nas na wiosne. Docelowy kolor widac na juz pomalowanej czesci.
(Od boku. Wala sie jeszcze troche balaganu. :p)
Ogolnie uwazam, ze taras wyszedl M. swietnie! Budowal go wedlug nowych kodow, wiec balustrady sa nizsze, a to, polaczone z jasnym kolorem desek, daje wrazenie przestrzeni. Juz dwie osoby pytaly, czy powiekszylismy taras! :D Glowne schody sa szersze, a do tego jest o jeden stopien wiecej, wiec w ogole nie czuc, ze wdrapuje sie czlowiek do gory.
(Kokus bardzo chcial mi pozowac :p)
Troche martwi mnie za to brak balustrady. Kiedy zima lod pokryje stopnie, nie bedzie sie czego zlapac... :/ Niby sa tak skonstruowane, ze mozna sie przytrzymac glownej barierki, ale nie wiem, nie wiem... Jak zwykle wyjdzie w praniu. ;)
*
W miniony poniedzialek, mimo, ze nadal byl to oficjalnie pazdziernik, mielismy pierwsze w tym roku szkolnym opoznienie z powodu... pogody. I nie, nie spadl nam snieg.
Mozecie sie smiac na wzmianke o sniegu w pazdzierniku, ale 6 lat temu, kiedy Bi byla zaledwie malym, pelzajacym bobasem, w samiutkie Halloween nawiedzila nas taka sniezyca, ze w noc spadlo 30 cm mokrego sniegu (pisalam juz kiedys o tym)! Co gorsza, ten ciezki, mokry snieg spadl na drzewa nadal pokryte z grubsza liscmi i spowodowal pozwalane galezie, konary oraz pozrywane linie wysokiego napiecia w niemal calym Stanie. Chyba 90% mieszkancow zostalo be pradu. Moja firma byla zamknieta prawie tydzien, a w naszym domu przywrocono prad dopiero 10 (!) dni pozniej. Koszmar!
W kazdym razie, w miniony poniedzialek, powodem opoznienia byly dla odmiany... powodzie. ;) Czesc naszego miasteczka lezy w dolinie, przez ktora przeplywa spora rzeka. Rzeka jak to rzeka, kiedy pada, to wylewa. A ze padalo u nas wtedy przez kilka dni, a ostatniej nocy przyszly prawdziwe ulewy, to wylala. Pozalewala drogi, dodatkowo wialo, wiec zerwalo sporo lini wysokiego napiecia, school bus'y nie mialy jak przejechac i w rezultacie rozpoczecie lekcji opozniono o 1.5 godziny. To u nas, bo bardziej na poludnie Stanu, gdzie szkody byly wieksze, w niektorych miasteczkach zupelnie je zamknieto. A do poczatku zimy zostalo jeszcze sporo czasu! :O
*
Pisalam przy okazji posta o Bi, ze Starsza byla na urodzinach u kolezanki. Urodziny urzadzone w stylu "spa" i dziewczynki nie tylko mialy pozaplatane i popsikane brokatowym spray'em wlosy, ale jeszcze prawdziwe manicure z moczeniem, pilowaniem i malowaniem paznokci.
Przyjecie zupelnie nie w moim stylu, bo ja pazury maluje tylko od wielkiego dzwonu, ale Bi, moja mala kobietka, byla oczywiscie zachwycona. ;)
Ale pod koniec przyjecia, odbyla sie zupelnie niedziewczeca zabawa, czyli rozbijanie piñaty. Gra ta nie jest chyba popularna w Polsce, ale mysle ze wiekszosc z Was o niej slyszala. Jesli nie, to napisze tylko krotko, ze piñata to twor, pusty w srodku, zrobiony z papieru i przyozdobiony bibula. Srodek wypelnia sie slodyczami. "Kukle" podwiesza sie na sznurku i dzieciaki maja za zadanie rozwalenie jej (zazwyczaj za pomoca kija baseballowego), zeby dostac sie do slodkosci.
(Tu kijem wymachuje Bi, niestety miala zasloniete nie tylko oczy, ale i cala buzie :p)
Czasem na filmach widac spektakularny "deszcz" slodyczy wysypujacy sie z piñaty. Na przyjeciu kolezanki Bi, okazala sie ona jednak tak wytrzymala, ze pomimo ciosow od kilkunastu malych rozbojniczek, mocno sie trzymala. Mama solenizantki musiala ja w koncu rozerwac. ;) Dzieciakom bylo oczywiscie wszystko jedno. Najwazniejsze, ze w koncu posypaly sie slodycze. :)
*
W Halloween, w szkole Kokusia odbyla sie parada przebierancow. Myslalam, ze bedzie ona ogolnoszkolna, ale okazalo sie, ze przebieraja sie tylko zerowkowicze. Bi byla bardzo rozczarowana... ;) Pozwolilam jej jednak ubrac swoje przebranie do szkoly, z czego ochoczo skorzystala. Zreszta, podczas odbierania jej ze szkoly, przekonalam sie, ze nie ona jedna. ;)
Zerowkowicze przemaszerowali przez szkole, a zaaferowani rodzice za nimi!
(Klasa Kokusia "paraduje" glownym korytarzem. Moj nietoperek jest prawie na koncu. ;) Przy okazji, to jest ten korytarz zaraz za glownym wejsciem, o ktorym Wam pisama, na ktorego koncu rodzice moga stac i machac dziecku idacemu do klas. Macie okazje przekonac sie, ze wcale nie przesadzilam z jego dlugoscia. Zdjecie zrobione gdzies w jego polowie. :D)
Przy okazji przekonalam sie, ze ta szkola (z ktorej dotychczas zwiedzilam tylko glowny korytarz oraz klasy Potworkow) to istny labirynt! Mnostwo bocznych korytarzykow prowadzacych do klas, schodow do gory i na dol, klasy maja wejscia od strony korytarzy, ale od tylu sa ze soba polaczone, itd. W ktoryms momencie kompletnie stracilam orientacje i gdybym nie podazala za sznureczkiem dzieci oraz rodzicow, zgubilabym sie tam jak nic! :D
Po paradzie, dzieci wrocily do klasy, gdzie wraz z rodzicami mogly zrobic halloweenowe maski lub kukielki i pokolorowac obrazki. Nik wybral kukielke, po czym strasznie sie obrazil, ze nie moze zrobic tez maski. ;)
*
Halloween uplynelo wiec Potworkom dosc "rozrywkowo", natomiast 1 listopada to tutaj dzien jak codzien. My w pracy, dzieci w szkole. Kosciol oglaszal oczywiscie, ze to swieto obowiazkowe, ale jednoczesnie urzadzil msze o takich porach, ze nijak nie dalo sie w nich uczestniczyc.
Poniewaz M. pracuje na druga zmiane, nie moglismy wieczorem wybrac sie na cmentarz (sama z dziecmi nie pojde za zadne skarby! :D). Planowalismy wybrac sie w weekend i... jakos zapomnielismy. Dobrze, ze wychodzac w sobotnie popoludnie od fryzjera, ktory miesci sie na pieterku polskiego sklepu, moj wzrok padl na stojace nadal na polkach znicze. Kupilam kilka, po czym wpadlam do domu, zgarnelam towarzystwo i pojechalismy. Kilka dni po Swiecie Zmarlych cmentarz byl nadal ladnie oswietlony, ale pusty. Przy wejsciu tablica, ze brama zamykana jest o zmierzchu (bylo juz dawno "po"), wiec szybko zapalilismy znicze, Potworki wybraly groby na ktorych chcialy je postawic (nie mamy tutaj zmarlych, wiec znicze zapalamy symbolicznie i zeby przekazac te tradycje dzieciom), szybka modlitwa przy kazdym i do domu, zanim nas ktos tam zamknie! :D
*
W polowie zeszlego tygodnia, dostalam smsa od meza, ze na naszym koncie pojawily sie jakies podejrzane transakcje. Mianowicie dwie pod rzad zrobione w poniedzialek, opiewajace na identyczna sume. Zadne z nas nie robilo tego dnia zakupow, wiec tym bardziej bylam mocno zaniepokojona.
Kiedys zdarzylo sie, ze dystrybutor benzyny dwa razy nie przyjal M. karty, dopiero za trzecim razem "przeszla", a potem na wyciagu bankowym pokazaly sie dwie kwoty po $100 (!) z owej stacji benzynowej! :O Skonczylo sie blokada i anulowaniem kwot.
Tym razem kwoty nie byly az tak astronomiczne, ale to i tak bylo to mocno podejrzane. Co gorsza, wydawaly mi sie one... znajome! ;) Przez jakies dwie godziny w pracy bylam bezuzyteczna, bo caly czas chodzilo mi po glowie, ze cos mi sie kojarzy, ze dwie pod rzad, to tak, jakbym placila za cos w szkole za oboje Potworkow... Przewalilam pol skrzynki mailowej sprawdzajac potwierdzenia wszystkich transakcji... i nic! Gotowa bylam sie poddac, ale ciagle nie dawalo mi to spokoju...
Az nagle, przypomnialo mi sie!!! To byly oplaty za zdjecia szkolne! :D Placilam czekami i musialam wypisac dwa osobne, bo Potworki chodza do roznych klas, ale kwoty byly identyczne! Bylo to we wrzesniu, wiec nic dziwnego, ze zapomnialam, skoro skasowali je dopierow przedostatni dzien pazdziernika! :/
W kazdym razie tajemnica rozwiazana! A zdjecia dostalam w poniedzialek i wyszly pieknie! :)
(Tyle, ze ktos mogl poprawic Bi opaske... Coz, nie narzekam, bo i tak wyszla slicznie :D)
*
W zeszly piatek mielismy tez male urozmaicenie podczas odbierania dzieci ze szkoly. Najpierw, jakies 45 minut przed koncem zajec, dostalam telefon ze szkoly. Oczywiscie serce mi najpierw stanelo, potem zaczelo trzepotac, zrobilo mi sie zimno i goraco i ogolnie, w ciagu tych kilku sekund zanim odebralam, przelecialo mi przez glowe przynajmniej 10 scenariuszy i przeszlam 3 stany przedzawalowe! Taki telefon ze szkoly w srodku dnia oznacza bowiem, ze w najlepszym wypadku twoje dziecko jest chore, a w najgorszym, ze uleglo jakiemus wypadkowi. ;)
To znaczy zazwyczaj, tym razem chodzilo bowiem o cos zupelnie innego. :D
Otoz, na drzewie, na terenie przylegajacym do szkoly, ulokowal sie niedzwiedz. ;) Tu musze przyznac, ze wsrod tych dziesieciu scenariuszy, ktore podpowiedziala mi wyobraznia, takiej opcji nie bylo! ;)
Wiadomosc (automatyczna) mowila krotko, ze jest niedzwiedz, ze "animal control" juz zostala zawiadomiona i zeby po odebraniu dzieci nie zostawac na placu zabaw, tylko udac sie prosto do auta.
Po przyjezdzie do szkoly okazalo sie, ze cala akcja byla mocno na wyrost, bo niedzwiadek ulokowal sie na drzewie tak daleko, ze byl ledwie widoczny. Ide tez o zaklad, ze byl bardziej wystraszony niz dzieciaki oraz ich rodzice, ktorzy zreszta nie wykazywali zadnych oznak niepokoju. Ot, niedzwiedz krazy pod szkola, normalka. ;) No, ale poniewaz teren szkoly nie jest ogrodzony, to pewnie dobrze, ze wola zachowac ostroznosc.
W sumie, po niedzwiadku krazacym pod moja praca i filmiku nagranym przez sasiada z naprzeciwka, gdzie niedzwiedz maszeruje dziarsko przez jego ogrod, nie powinnam byc szczegolnie zaskoczona. ;)
*
We wtorek, Bi miala swoje kolejne postrzyzyny. Szczesciara (w porownaniu z bratem), z racji tego, ze jest dziewczyna, miala je chyba dopiero 3 lub 4 raz w zyciu. Wlosy ma zdrowe i geste, ale robily sie juz nieco za dlugie. Siegaly pasa, a w dodatku Bi nie pozwala M. dobrze ich rano rozczesac, tylko robi to sama. W rezultacie, kiedy w weekend sama biore sie za czesanie corki (co ciekawe, mi chetnie oddaje szczotke) prawie plakac mi sie chce rozczesujac koltun za koltunem...
Nie chcialam skrocic wlosow Bi jakos dramatycznie z racji, ze gdzies za 2 lata czeka ja Komunia, ale chociaz troche podciac. Poprzednie razy bral sie za to M., ale Bi reagowala nerwowo, caly czas probowala odwracac glowe, w rezultacie M. wychodzily "schody", musial wyrownywac, dziecko sie niecierpliwilo i nerwowo zerkalo czy tata nie skraca wlosow za mocno, zerkajac przekrecalo glowe, M., cial krzywo i tak spirala sie nakrecala. ;) M. stwierdzil ostatnio, ze nigdy wiecej sam jej wlosow obcinac nie bedzie, ja tez sie za to nie biore, trzeba wiec bylo oddac dziecko w rece profesjonalistki, czyli mojej kochanej fryzjerki Wioletki. :) Musze przyznac, ze Wiola stanela na wysokosci zadania i nie tylko skrocila Bi wlosy, ale jeszcze zaplotla je w elegancki warkocz, jakiego sama bym w zyciu nie skonstruowala. ;)
(Efekt WOW)
*
Rowniez we wtorek, Potworkowej matce stuknely kolejne urodziny. :)
W sumie nie ma sie czym entuzjazmowac, "kodu" narazie nie zmieniam, wiec urodziny zwyczajne, nieprzelomowe. Ot, kolejny rok zycia zaliczony. :)
Dostalam od meza doniczke z jakims "chwastem" oraz myszke do "laptoka" (sama prosilam o ten wybitnie praktyczny prezent) i tylko Kokus byl obrazony, ze oto JA osmielam sie miec urodziny, kiedy to urodziny przysluguja wylacznie dzieciom! :D
*
Dzis zas, Potworki zaliczyly kolejny pierwszy raz. Mianowicie, od dzisiaj beda wracac do domu slynnym, hamerykanckim, zoltym school bus'em. :)
(Wybiega pierwsze...)
(Wybiega i drugie :D)
*
W poniedzialek i wtorek czekaja mnie wywiadowki. Pod koniec tygodnia mam dostac (elektronicznie) raporty Potworkow. Jestem bardzo ciekawa, ale i troche sie boje co one pokaza... ;)
No a w sobote Bi ma pierwsze zajecia z gimnastyki artystycznej. Stroj wyprany czeka, a Starsza odlicza dni w kalendarzu. Ciekawe czy ja bede przyjemnie zaskoczona, czy dziecko rozczarowane... Oby to pierwsze. ;)
A poki co, czas konczyc! Pozdrowka! :)


























