piątek, 3 października 2014

W tym domu sie gada! III

Bi czesto opowiada, ze bedzie kiedys taka duza jak mama i tata. Oczywiscie zawsze jej potakuje, chociaz nawet nie chce o tym narazie myslec i w ogole sobie tego nie wyobrazam... W kazdym razie, ostatnio zaczelam sama do siebie (chociaz na glos) wzdychac z nostalgia, ze wtedy moja Bi pewnie zamieszka sama albo z jakims facetem... Na to moje dziecko spojrzalo na mnie z mieszanka zaskoczenia i autentycznego przerazenia i wykrzknelo:

"Nie! Ja nie sama! Ja wolalam: gdzie mama, gdzie tata???" Oczywiscie Bi chodzi o czas przyszly, ze BEDZIE szukac mamy i taty. ;)

A poza tym to tiaaa... Pogadamy za jakies 14 lat. :)

***

Fascynacja bajkami przyjmuje czasem dosc nieoczekiwany obrot...

Bi: "Ja jestem Princess Sofia! Mama, ja chce castle!!!"

Za... zamek? Czas zaczac grac w totolotka...

***

Ja (do Bi): "Kocham cie najbardziej na swiecie!"
Bi: "I na slonecku?"

Jasne coreczko, na calym Wszechswiecie. :)

***

Moje starsze dziecko mowi coraz lepiej i coraz wyrazniej, zachowalo jednak pare jezykowych "dinozaurow". Musze je systematycznie zapisywac zanim mi umkna. Narazie pamietam, ze wg. Bi ksiazeczka to "hosienka". :)

***

Kiedy zajeta zabawa z Nikiem, nie zwrocilam uwagi, ze pies zerwal sie z poslania i popedzil do drzwi, M skrytykowal mnie: "Nie jestes zbyt czujna..."
Ja (zartobliwie do Kokusia): "Nooo, widzisz synku, twoja mama nie jest czujna!"
Na to z oburzeniem wtraca sie Bi: "Nie, tylko Agatka!"

***

Bi prosi tate, zeby zadzwonil do drzwi: "Zadzwonkuj!"

***

Bi mowi po angielsku juz tyle, ze nie wiem co zapisywac, bo niemal codziennie jest tego wiecej. Przy tym z fascynacja obserwuje jak takie male dziecko uzywa sobie dwoch jezykow naprzemiennie, rozumiejac oba, ale tworzac wlasne kombinacje. Np. ostatnio zaczela sobie spiewac popularna dziecieca piosenke o pajaczku, ale wyszlo jej cos takiego:

"Itsy bitsy spider, zlobil pajecine!"

****

Oczywiscie Bi nie jest jedyna gadula. A wlasciwie to Niko jest chyba wieksza, bo buzia mu sie nie zamyka i komentuje wszystko co widzi i co robi. Tyle, ze nadal ogranicza sie do pojedynczych slowek.  Czasem jednak mozna sobie pogadac. :)

Ja: "Kokus, a ile ty masz latek?"
Niko: "Dua, ci!"

Dla mojego syna nie istnieje cyfra jeden, natomiast dwa wystepuje razem z trzy. Zawsze. ;)

***

Bawiac sie w "a kuku!", jeszcze niedawno Niko wolal wlasnie a kuku. Jednak i jego mowa poszerza sie o angielskie zwroty i ostatnio wyskakuje zza mebli lub spod stolu, wolajac: "Si ju!", czyli: peek-a boo, I see you!

***

Podczas liczenia z dziecmi po angielsku do dziesieciu, kiedy dochodze do six, Niko sam drze sie: "seben!", za to potem przeskakuje od razu do "ten!". :)

środa, 1 października 2014

Witaj pazdzierniku!

Niech Was tytul nie zwiedzie. Absolutnie nie ciesze sie z poczatku nowego miesiaca! Wrecz przeciwnie! O ile we wrzesniu mozna jeszcze sobie wmowic, ze lato nadal trwa, o tyle poczatek pazdziernika jest dla mnie jak noz w kochajace cieplo serce... Koniec sloneczka, ciepelka, lunch'u na patio, wieczorow spedzanych w ogrodzie do poznych godzin... Nadchodza ciemne, ponure, deszczowe dni... Dni chandry... Nie lubie pazdziernika, nienawidze listopada... Jesien najchetniej bym przespala. :(

Skad taki ponury nastroj? Nie wiem, chyba glownie przez pogode. Mimo, ze w kalendarzu 1 pazdziernika, za oknem mamy mokry i ciemny listopad. Pada, pada, pada... Caly dzien...
A jeszcze w weekend mielismy takie cudne lato... Slonce i 29 stopni, ale bez wilgoci, cudo! Poza tym w pracy wszyscy nagle sie pobudzili, ze hej, za 3 miesiace koniec roku! Nagle trzeba sprawdzac zalegle raporty, wszystko oczywiscie na "wczoraj". Dane do niektorych byly zebrane juz w kwietniu. Kwietniu! A oni pisza raporty w pazdzierniku?! No ludzie! A biezacej roboty oczywiscie tez nie ubylo... Musze kiedys zrobic zdjecie jak wyglada moje biurko, bo organizuje sobie papiery w "kupki". Obecnie kupki eksplodowaly z biurka, gdzie przestaly sie miescic i malowniczo zalegaja na podlodze... :/ A, no i mam PMS, to tez dodaje co nieco do mojego wk**wa...

Ale jak juz o jesiennym klimacie pisze, to pokaze Wam fotke. Pisalam ostatnio, ze jesienia i zima parkuje w innym miejscu niz latem, z powodu masowo zrzucanych przez dab zoledzi? Moja letnia miejscowka, wyglada teraz tak:


Jesli uprzednio ktos pomyslal, ze przesadzam, to mysle ze teraz rozwialam watpliwosci... Gdybym nadal tam parkowala, tak wygladalaby maska i dach mojego autka. :)

Patrzac na to co sie dzis dzieje za oknami, nie moge uwierzyc, ze jeszcze w sobote bylo tak:



Przed wyjsciem na dwor kazalam dzieciom zalozyc bluzy, ktore czym predzej im sciagnelam. ;) A to zdjecie to proba uwiecznienia na jednej fotce calej trojki moich "dzieciakow", bez glupich min i zamazania. Jak widac srednio udana, bo tylko psiak patrzy w obiektyw. I nie, z Mai nie wyroslo az tak wielkie bydle, to jakies dziwne zludzenie optyczne bo znalazla sie na pierwszym planie. ;)

Kalendarzowa pora roku zobowiazuje, wiec pomimo ze pogoda byla lipcowa, zachecilam Bi do wykonania jesiennego "projektu". Niestety, w tym kraju kasztany rosna wylacznie jadalne, a nasze europejskie kasztanowce mozna znalezc wylacznie w ogrodach ludzi, ktorzy je sobie specjalnie posadzili. Czyli niemal nigdzie... Kasztanowych ludzikow wiec u nas nie bedzie. :( Mamy za to cale mnostwo lisci, z roznorakich drzew, a wiec pierwszy jesienny projekt wygladal tak:
Pomalowac:



Docisnac do kartki:



Tadaaam!



A w bonusie, moje Potworki wyzywajace sie muzycznie, glownie na uszach rodzicieli. Wlos rozwiany (rozczochrany), glosy donosne, pianinko falszujace (baterie na wyczerpaniu), ale zabawa przednia. ;)



poniedziałek, 29 września 2014

"Nowinki" bobaskowe w blogosferze :)

Chyba nie bede dzis miala czasu na dluzszego posta. Nie wiem nawet czy uda mi sie pokomentowac... Chcialam jednak zlozyc gratulacje dwojce dziewczyn, ktorym w ostatnich kilku dniach urodzily sie dzieciaczki.


Stokrotko, Wielkie Gratulacje z okazji Narodzin coreczki Marysi!

Martusiu, Gratuluje Synka Jasia!!! (Blog Marty jest tylko dla zaproszonych, wiec nie moge podlinkowac...).


Niech maluszki chowaja sie zdrowo, daja mamusiom (oraz tatusiom) sie wyspac i szybko dorastaja do zabaw ze starszymi siostrzyczkami! :)

piątek, 26 września 2014

Tartak

Jakos tak pozna wiosna, zauwazylismy przyczepiona do jednego z drzew z przodu domu, kartke. Po sprawdzeniu okazalo sie, ze to drzewo zostalo przez zarzad miasteczka przeznaczone do wyciecia, poniewaz przekroczylo okreslony wiek, a znajduje sie zbyt blisko drogi. Zdziwilismy sie mocno, bo drzewo bylo stare, mialo z 40-50 m wysokosci, ale wygladalo na zupelnie zdrowe, poza tym roslo dobre 3 m od ulicy. Nigdy nie spadaly z niego suche konary, czy nawet mniejsze galezie. Ponadto, "okreslony" wiek to drzewo przkroczylo pewnie z 10-15 lat temu, tylko wczesniej nikt sie tym nie zainteresowal. Dopiero po burzy snieznej trzy lata temu, po ktorej 90% ludzi w naszym Stanie stracilo prad na okolo tydzien (pisalam juz o tym tutaj), miasto zabralo sie za masowa wycinke drzew i galezi zagrazajacych liniom wysokiego napiecia. W zasadzie z poczatku wzruszylismy ramionami i stwierdzilismy, ze niech sobie robia co chca, skoro pokrywaja koszty. Ten gatunek drzewa - Hickory, a po polsku orzesznik lub hikora, jest strasznie "niechlujny". Na wiosne zrzuca mase kwiatow typu "kotki", ktore nie tylko pokrywaly caly przod domu szaro-zoltym "kozuchem", ale jeszcze farbowaly! Frontowe schodki i chodnik zawsze jeszcze z 2-3 tygodnie nosily brazowe odciski kwiatow. Na jesien zas, hikora zrzuca orzechy (stad polska nazwa), a drzewo wielkosci naszego, zrzuca ich cala mase. Orzechy niestety niejadalne, za to zabic sie na nich mozna bylo, kiedy noga znienacka ci "pojechala", a bylo ich tyle, ze ominac trudno. Ponadto nasza poprzednia suczka namietnie je zjadala (moze wiec jednak byly jadalne, tylko nie dla czlowieka), a potem dostawala sraczki... W listopadzie oczywiscie spadaly z niego liscie w takiej ilosci, ze M. nie nadazal ze zdmuchiwaniem ich z trawnika. Ogolnie przez 5 lat, to na to drzewsko napsioczylismy sie najwiecej, nie dziwota wiec, ze decyzja miasta nawet nas ucieszyla.

Pare tygodni pozniej, zapukal do nas pan z elektrowni i poprosil o podpisanie swistka, ze zgadzamy sie na wyciecie galezi z drzew rosnacych bezposrednio przy liniach wysokiego napiecia. Takie drobne "podciecia" robia niemal co roku, wiec podpisalam nie zastanawiajac sie zbytnio. Jednak kilka dni pozniej, przejezdzajac z M. wzdluz naszej posesji zlapalismy sie za glowe! Panowie zaznaczyli rozowymi wstazeczkami drzewa i krzaki, ktore mieli wyciac i kiedy to sobie wyobrazilismy, szczeki nam opadly! Pisalam wielokrotnie, ze mieszkamy przy ruchliwej ulicy, ale fakt ten osladzalo nam nieco to, ze przy drodze roslo tyle drzew i krzakow, ze tworzyly zielona kurtyne i nasz dom z drogi byl niemal niewidoczny. Tak bylo, ale sie skonczylo... Wiekszosc z naszej naturalnej oslony zostala wycieta w pien (doslownie, w koncu mowimy o drzewach). Rozwazalismy nawet pojechanie do urzedu miasta i zrobienie awantury, ale poniewaz mielismy juz kilkakrotnie przeprawy z tamtejszymi urzednikami, stwierdzilismy, ze stracimy tylko nerwy, a oni i tak nie cofna decyzji. Postanowilismy wiec zobaczyc co los przyniesie i pogratulowalismy sobie, ze w zeszlym roku zdecydowalismy sie postawic plot...

Jak "upiekszyli" nam posesje, najlepiej oddadza foty. Tak wygladal widok na przod ogrodu w czerwcu, podczas przyjecia urodzinowego Bi:



A tak wyglada to teraz:



Nawet na zdjeciu zrobionym z niedokladnie tej samej perspektywy, widac przeswity... Tutaj jednak widok przeslaniaja troche klony i dab, wiec roznica nie wydaje sie az tak szokujaca.

Popatrzcie jednak na to zdjecie. Tak wygladal widok na droge z w lipcu:



A tak wyglada teraz, z ta roznica, ze pien drzewa po prawej rowniez "zniknal" (to jest wlasnie ten orzesznik:



Tragedia! Zrobili nam takie przeswity! Dzieki Boziu, ze rok temu natchnelo nas na ten plot!




Koledzy M., ktorzy przejezdzaja obok w drodze do/z pracy, pochwalili mu sie, ze wreszcie widza nasz dom, co dalo malzonkowi kopa do zabrania sie za malowanie plotka. Chociaz jeden pozytyw. :)


 
 
Najgorsze jednak przyszlo kiedy "drwale" dotarli do naszego orzesznika, ktory dotychczas gorowal pieknie nad chalupka:
 

 
Teraz z boku wyglada to tak:
 

 
Puuustkaaa... Wczesniej widok na dom od tylu, wygladal tak:
 

 
Teraz wyglada tak:
 

 
Patrzac na powyzsze porownujace zdjecia mozecie zauwazyc wazna rzecz, a mianowicie roznice w ilosci swiatla! I tu jest pies pogrzebany. Drzewo scieli pod koniec sierpnia i jego brak odczulismy natychmiast jako roznice w temperaturze domu. Nasza chalupka frontem wychodzi niemal dokladnie na poludnie, wiec slonce calutki dzien prazy w okna. Drzewa z przodu, a w szczegolnosci ow orzesznik, dawaly bardzo duzo cienia. Teraz jest juz jesien, wiec tego az tak nie zauwazymy, ale w nastepne lato podejrzewam, ze bedziemy sie strasznie meczyc... Nie bedzie nieskonczonego zamiatania kwiatkow na wiosne, ani slalomu miedzy orzeszkami, ani dmuchania lisci codziennie przez 2 tygodnie. Za to bedzie 30 stopni w domu cale lato. Juz sama nie wiem co gorsze... Coz, bedziemy sobie radzic. Juz wzielam od kolegi liste szybko - rosnacych gatunkow drzew... :)
 
Przez jakis czas, front domu wygladal jak tytulowy tartak. Szkoda, ze zdjecie nie oddaje wielkosci, ale najwiekszy pien byl tak gruby, ze lezac tak na mniejszych konarach, siegal mi niemal do piersi, a nie jestem niska osoba...
 

 
Nie widac tego dobrze na zdjeciu, ale caly trawnik jest pokryty gruba warstwa wiorkow. Zeby bylo smieszniej, miasto finansuje (na wlasne zyczenie) wycinke drzew, ale caly burdel zostawia wlascicielowi posesji do posprzatania! Gdybysmy mieli kominek, pewnie nawet bysmy sie cieszyli. Ale nie mamy. Drzewo zostalo na szczescie zabrane przez sasiada, ktory kominek posiada. Ale wiory nadal musimy zgrabic. Napewno znajdziemy dla nich jakies zastosowanie. :)
 

 
Na coz to Potworki patrza z taka fascynacja? A na to:
 

 
Malzon moj postanowil wziac dwa mniejsze konary i przerobic je na laweczki wokol ogniska. Poniewaz byly tak wielkie, ze rekami ledwie dalo sie je ruszyc (znaczy sie maz dal, ja nie mialam szans), z pomoca przyszlo nam autko. Zdjecie wyglada na nieruchome, ale tak naprawde M. jechal, ale bardzo powoli. A i tak dwie linki mu pekly zanim zdolal dowiezc konary za dom. Teraz leza i czekaja az M. bedzie mial czas przy nich pomajstrowac. Mowie Wam, zdolny ten moj chlop: elektryk, hydraulik, a teraz jeszcze ciesla. :))
 
I to by byl koniec historii pewnego schowanego-za-drzewami domostwa. Milego weekendu! :)


środa, 24 września 2014

"Nudny" lancuszek od Klarki ;)

Jak sama Klarka napisala, lancuszek jest "nudny i glupi" oraz ciekawsze bylyby upodobania erotyczne blogerki. Co do ostatnich to moze ktoras z Was sie podejmie? ;) Ja, mimo iz za szczegolnie pruderyjna sie nie uwazam, zostane jednak przy tym "tradycyjnym" lancuszku... :)

1. Dwa obowiazki domowe, ktorych nie lubie wykonywac.
Tylko dwa? ;p Najbardziej to chyba nienawidze myc lodowki i sprzatac w kuchennych szafkach oraz zmywac naczyn. W lodowce zawsze znajde jakies obrzydliwe, przyschniete plamy niewiadomego pochodzenia, a w szafkach wiecznie porozsypywane sa przyprawy, maka, cukier i kasze. Problem zmywania na szczescie zalatwia zmywarka. :)

2. Czy lubie gotowac? Jesli tak to jaka jest moja ulubiona potrawa.
Nie lubie! ;) Wyjatkiem sa Swieta, wtedy chetnie zaszywam sie w kuchni nawet na pare dni, przygotowujac odswietne przysmaki. Moja ukochana potrawa byly babcine kuleczki z makiem, ale przepis niestety zabrala ze soba do grobu... :(

3. Moje dwa triki a'la Perfekcyjna Pani Domu.
Trikow jako takich chyba nie mam, ale wrazenie "ogarniecia" domu zawsze daje mi poranne poscielenie lozek i przelozenie brudnych naczyn ze zlewu do zmywarki.

4. Dwoch ulubiencow domu.
Kocham kazdy sprzet ulatwiajacy zycie, ale ukochanymi sa chyba zmywarka i automatyczna suszarka (dzieki niej praktycznie nie musze prasowac).

5. Mieszkanie czy dom?
W tej chwili dom, ale przez wiele lat pomieszkiwalam w mieszkaniach i tez zle nie bylo. Gdybym musiala, pewnie bym sie na powrot przyzwyczaila.

6. Kto prowadzi domowy budzet?
Rachunki zazwyczaj wypisuje maz. Ja za to jestem takim rodzinnym sumieniem, ciagle przypominajacym, ze ten czy tamten wydatek jest/byl zupelnie niepotrzebny i ze powinnismy zacisnac nieco pasa. :)

7. Pedantka czy balaganiara?
Juz chyba kiedys przy jakiejs okazji pisalam, ze jestem pedantka/balaganiara scisle wybiorcza. W szafach lubie miec ubrania poukladane niemal "od linijki". Za to nasz jadalny stol, sluzacy za domowe centrum dowodzenia, jest wiecznie zawalony rachunkami do zaplacenia, ladowarkami do telefonow, samymi telefonami, kredkami oraz flamastrami Bi i wieloma innymi duperelkami. Jak na nim posprzatam, to wystarczy tydzien, zeby doprowadzic go ponownie do stanu wyjsciowego. :)

8. Jak wygladalby moj wymarzony dom?
Tak samo jak obecny, bylby tylko tak z dwa razy wiekszy. I polozony na cichej, zamknietej uliczce.

9. Tradycja wyniesiona z domu, ktora praktykuje do dzis.
Takich codziennych tradycji to chyba nie mam. Ale jesli chodzi o Swieta, to na Wielkanoc, dla Zajaczka, u mnie w rodzinie wszystkie dzieci zostawialy nie buty, tylko "gniazdka" zrobione z szalikow lub apaszek. A na Boze Narodzenie kontynuuje (chociaz wcale nie chce) obowiazkowa klotnie malzenska podczas przygotowan. :)

Podaj dalej! Kto sie podejmie? ;)

poniedziałek, 22 września 2014

Jak dobrze byc z powrotem w pracy...

I kawe wypic goraca!

I siedziec na tylku przy biurku!

I rozmawiac o czyms innym niz pieluchy, posilki, priorytety, rachunki, stan konta...

Jak zwykle w sobote i niedziele, zostalam wylaczona z blogowego swiatka, tzn. czytac - czytalam, ale juz skomentowac nie dalam rady. A tu jak na zlosc, blogi tetnily zyciem, pojawila sie kupa nowych wpisow, mam mnostwo zaleglosci... Ale najpierw doniose Wam co u nas. Nie zeby dzialo sie strasznie duzo, ale i tak Wam ponudze. A potem lece komentowac. ;)

Jesli przeczytalyscie pierwsze 3 zdania, to juz wiecie, ze weekend dal mi po d*pie. Stracilam rachube ile razy wydarlam sie na dzieci. Oraz ile fochow zaserwowalam M. Zreszta, nalezalo mu sie, bowiem od niego wszystko sie zaczelo...

Jak chyba wiekszosc facetow, moj malzonek to typowy gadzeciarz. Kocha nowinki techniczne (bardziej niz zdrowie psychiczne zony), szczegolnie jesli chodzi o telefony. A moze wiecie, ze ostatnio wyszedl iPhone 6? Ja bym nie miala pojecia, gdybym nie zostala oswiecona przez wlasnie mojego chlopa. Zeby nie przedluzac, M. postanowil wymienic swoja stara, wysluzona "czworeczke" na "szostke". Tak, nic sie nie zmienilo, klopoty finansowe nie odejda zbyt szybko, lata zajmie nam zeby sie odbic, a moj maz sprawia sobie nowy telefon... Przyznaje, ze przy umowie z siecia nie byl to jakis ogromny wydatek. Ale tez i nie zupelnie malutki... O to jednak awanture odbylismy juz jakis tydzien temu, zanim cholerstwo przyszlo, emocje juz opadly...

Tylko po to zeby natychmiast sie podniesc, poniewaz M. wrocil w piatek do domu jak na skrzydlach, porwal telefonik i popedzil do sklepu sieci, zeby go aktywowac. Na moje zaskoczone "przeciez mielismy jechac na zakupy!", spuscil nos na kwinte "ale wtedy nie bede mogl dzisiaj uzywac nowego telefonu...". Machnelam reka, bo to jak zabronic dziecku bawic sie prezentem, ktory wlasnie otrzymalo od Mikolaja... Ale juz mi gula skoczyla. Widzicie, mieszkanie na obczyznie rzadzi sie swoimi prawami i co tydzien robimy zakupy w zwyklym, "tubylczym" spozywczaku, oraz w tzw. "polakowie". ;) Do kazdego ze sklepow trzeba dojechac, zrobic zakupy, odstac swoje w kolejce do wedlin (to w polskim, nienawidze amerykanskich szynek...) oraz kasy, po czym wrocic jeszcze do domu. Zeby wiec nie spedzac polowy weekendu na zakupach, odkad M. pracuje na dzien, do jednego ze sklepow jedziemy w piatkowe popoludnie. Zawsze! M., jadac do sieci telefonicznej, rozpi*przyl wiec caly plan soboty i niedzieli, bo musielismy oba sklepy obskoczyc w weekend, a oprocz zakupow jest przeciez jeszcze million pierdolek do zrobienia. Szczegolnie, ze w sieci, wraz z dostawa nowych telefonow dzialo sie istne pandemonium i M. spedzil tam niemal caly wieczor, wrocil dopiero jak juz dawalam dzieciom kolacje. Jak ja nienawidze takich zmian ustalonego porzadku! Szczegolnie bez ostrzezenia! :/

Nie musze chyba tez dodawac, ze przez caly piatkowy wieczor oraz kolejne dwa dni, M. nie robil niemal nic, tylko gapil sie w to ustrojstwo? W piatek polozyl Bi do spania niemal o 21:30, a ja co 5 minut przypominalam, ze dziecko przysypia ze zmeczenia na kanapie! Sama bym ja polozyla, gdyby nie to, ze Starsza, jak by nie byla senna, uparcia powtarzala, ze chce isc spac z tatusiem... Poza tym M. ciagle chcial ustawiac cos w moim telefonie, zeby jego mogl sie z nim komunikowac, co ulatwiloby nam przesylanie sobie zdjec, itd. Nadmienie tylko, ze przez te kilka lat odkad jestesmy razem, zdarzylo sie raptem dwa razy, ze chcielismy cos tam sobie nawzajem przeslac... W kazdym razie siedze na kanapie karmiac dzieci jogurtem, a M. nawija mi nad glowa o loginach i haslach. W tym czasie Bi zdazyla wyciagnac dla siebie lyzeczke, druga podac bratu, po czym wykorzystujac moje roztargnienie (tlumacze malzonkowi, zeby trzymal lapki od mojego telefonu z daleka) wsadzaja je oboje jednoczesnie do pojemniczka I zaczynaja mieszac jogurt, ktory oczywiscie rozchlapuje sie na wszystkie strony: podloge, ich rece moje nogi... Oczywiscie zrywam sie jak oparzona, opierdzielajac po drodze Potwory oraz meza, ze zawraca mi d*pe...

W sobote przymusilam malzonka, zeby pomalowal chociaz kawalek plotu. Strona postawiona w zeszlym roku, musi byc pomalowan przed zima, bo juz poszarzala i obawiam sie, ze po kolejnej zimie po prostu sprochnieje i sie rozpadnie... W koncu M. pomalowal 1 (slownie: jedno) przeslo, bo zabieral sie do tego tak dlugo, ze zrobil sie wieczor, a u nas w tej chwili zaraz po 19 robi sie ciemno.

Taras rowniez blaga o pomste do nieba... W zeszlym roku M. pomalowal go o wiele za pozno, bo jakos w listopadzie. Farba juz dobrze nie przyschla, zaraz zaczely sie sloty, potem snieg oraz mroz i teraz ciezko jest zauwazyc, ze taras w ogole byl rok temu malowany... :( To juz ostatni dzwonek, bo lada dzien liscie zaczna spadac z drzew, a wtedy malowanie nie bedzie mialo sensu az do (znowu!) listopada... W sobote dusilam wiec M. o pomalowanie nieszczesnego tarasu. Bardziej w sumie zalezalo mi na nim niz na plocie. M. jednak uczepil sie jak rzep jednej z prognoz pogody, zapowiadajacej na niedziele deszcz. I stwierdzil, ze nie bedzie na darmo machal pedzlem... Nawet moj foch tu nie pomogl, ale okazalo sie, ze mial racje (tym razem!) i rzeczywiscie padalo. ;)

Juz nawet zaproponowalam M., ze wezme ktorys dzien wolny z pracy i sama pomaluje ten taras. Absolutnie nie zlosliwie, wiem w koncu, jak wygladaja nasze weekendy. Zawsze jest million rzeczy do zrobienia i niewiele czasu na ich wykonanie... Ale tu moj malzonek wsciekl sie, ze przeciez on ten plot w koncu pomaluje oraz dlaczego wywieram na niego presje?! No to sie juz na ten temat nie odzywam, ale jak znowu przyjdzie listopad a taras nie bedzie pomalowany, wtedy M. dopiero zobaczy co to znaczy foch malzonki. :/

Z przyjemniejszych rzeczy, w sobote zabralam Bi na ciuchowe zakupy. Mialam nadzieje, ze kiedy Niko bedzie spal, a Starsza zniknie z horyzontu, M. uda sie zrobic cos kolo domu. Taaa, wrocilam 3 godziny pozniej, zeby sie przekonac, ze Kokus pospal tylko godzinke w lozeczku, za to potem kolejna godzine na tacie, wiec ten ostatni nie zrobil absolutnie nic.
Ale zakupy byly calkiem przyjemne i udane. Wybralysmy sie bowiem na zakupy dzieciowo - ciuchowe. Odkad przyszly chlodniejsze dni, zaobserwowalam z przerazeniem, ze wszystkie nogawki w spodniach Potworow sa przykrotkie, podobnie jak rekawki bluzeczek. Chcac czy nie, trzeba bylo zaopatrzyc maluchy w nowa garderobe. Portfel zawyl z rozpaczy, ale Bi i Niko powinni miec zapas ciuchow do wiosny, chyba, ze ktores nagle wystrzeli w gore, co wcale nie jest takie niemozliwe... Jeszcze tylko zimowe kozaki i porzadne rekawice na snieg i dzieciaki mam "z glowy". A, no i Bi nie ma botkow na jesien, tylko adidasy...

A w niedziele, moi panstwo, w ostatni (wg tutejszego kalendarza) dzien przed jesienia, lato postanowilo nam pokazac, ze tak latwo nie odpusci. Co prawda bylo pochmurno i co chwila mzylo, ale temperatura skoczyla do dawno niewidzianych 27 stopni. Wieczorem, stojac w ogrodzie w krotkich spodenkach i koszulce, marzylam, ze to jeszcze jednak lipiec, a nie wrzesien... A potem w domu zalowalam, ze M. tydzien temu wyciagnal klime z okna, tak bylo duszno. No coz, dzis mamy powrot do rzeczywistosci, bo temperatura ma nie przekroczyc 20 stopni...

Wczoraj Bi, ku swojej niezmiernej radosci zdazyla zaliczyc sesje malowania farbkami. Zdazyla, bo odkad przekonalam sie, ze "zmywalne" w przypadku tych farb oznacza zmywalne z ciala, ale niekoniecznie z ubran czy innych powierzchni, malowanie nimi jest ograniczone tylko i wylacznie do ogrodu. A ze pogoda robi sie kaprysna, nie wiadomo ile jeszcze razy trafi sie okazja, zeby je wyciagnac. Ale poki co, dziecko szczesliwe.



Mimo, ze temperatury mielismy wczoraj letnie, jednak jesien daje o sobie znac. Noce i ranki sa lodowate, a jeden z naszych klonow, oslabiony przez oplatajace go pnacza, wyglada juz tak:



Innym znakiem, ze lato sie skonczylo, jest parkowanie przeze mnie pod praca na innym miejscu. Cale lato auto moje stalo pod rozlozystym debem, dzieki czemu wsiadajac do niego po poludniu nie czulam sie jakby ktos odcial mi doplyw swiezego powietrza. ;) Dab ten jednak zaczal zrzucac zoledzie i to doslownie garsciami, wiec z obawy o karoserie mojego pojazdu, przeparkowalam na zimowa miejscowke. Oprocz braku destrukcyjnego drzewska, miejsce ma jeszcze jedna zalete: bliskosc wejscia. Dla takiego zmarzlucha jak ja to bardzo wazne, bowiem pozna jesienia i zima i tak te kilkanascie metrow pokonuje biegiem, uciekajac przed wiatrem oraz lodowatym deszczem/sniegiem. ;)

No i jeszcze jeden nieuchronny efekt uboczny nadchodzacej jesieni. Niko smarcze juz od zeszlego tygodnia, Bi lzej, ale za to kaszle, M. w sobote dostal takiego kataru, ze "umieral" (jak to przeziebiony chlop), a mnie wczoraj zaczelo bolec gardlo. Dzis podczas przerwy na lunch zaliczylam wiec rundke do najblizszej apteki, zeby uzupelnic zapasy medykamentow... Ktos by pomyslal, ze taka z nas zgodna rodzinka. Dzielimy sie wszystkim, nawet wirusami... :/

PS. Po drodze z apteki wstapilam po kawe. Natchnelo mnie na sezonowy smak dyniowy i pozalowalam tego juz po pierwszym lyku. Smak Pumpkin Spice jest obrzydliwy!!!

piątek, 19 września 2014

W tym domu sie gada! Czesc II

Rozgaduja mi sie dzieciaki. Tzn. glownie Niko, bo Bi nawija juz od wielu miesiecy. Na poczatek nowe zdobycze jezykowe Kokusia. Jest ich wiecej, ale nie nadazam z zapamietywaniem i zapisywaniem. A nie wszystkie da sie tez fonetycznie zapisac, szczegolnie bez polskich liter.

dzi - drzwi
napi - napij
toja - stoja
zej - zejsc (domaga sie pomocy przy zejsciu z krzesla)
to to? - co to?
mamalo - zlamalo, popsulo, porwalo

I jeszcze angielskie:
babelsi (z krotkim, polskim "si") - bubbles
taje (tired) - tak nazywa ksiazeczke, zaczynajaca sie od slow "feeling tired, that's ok...".


Oczywiscie niezaprzeczalna krolowa domowych dialogow jest jednak Bi. Jak niedawno wyrazila zyczenie posiadania piersi, tak ostatnio siedzac na golasa na kibelku, zaczela sie szczypac po swoich "atrybutach kobiecosci" i wypalila:

-"Ziobac, mam cycki, jus mi ulosly!"

****

Jez. polski jest rzecz jasna nadal zbyt skomplikowany i obserwujac dzieci na placu zabaw, stwierdzila:

-"Oni tes skakaja!"

****

Ktoregos ranka wsiadam do auta, a z tylu  Bi sie wydziera:

-"Are you ready?!"
sadowie sie w fotelu...
-"Mama, are you ready???"
wkladam kluczyki do stacyjki...
-"Are you ready?!"
odpalam auto i wycofuje na podjezdzie...
-"Mama!!! ARE YOU READY???!!!"

W koncu, na wpol poirytowana, na wpol rozbawiona, odpowiadam: "Yes, I'm ready!"

Na to Bi: "All right! Ready, set, GOOOOO!!!"

****

Bi oglada ksiazeczke, gdzie na obrazku ma wyszukac wszystkie wymienione obiekty, w tym wypadku spiace krowy. Patrzy przez chwilke, zastanawia sie, po czym oznajmia zrezygnowana:

-"Ja nie wiem, mozie sistkie jus staly?" [moze wszystkie juz wstaly?]

I wez wytlumacz trzylatkowi, ze to nie Harry Potter i obrazki sie nie ruszaja! ;)

****

Zabawa w chowanego:

-"Tata, siukaj mnie, ja chowalam!"
-"Taaak, a gdzie jestes?" - tacie nie chce sie szukac, chociaz moglby isc po glosie
-"W Kokusi pokoju, zia drziami!"

To i tak postep. Jeszcze rok temu sama wyskakiwala z ukrycia, zeby pokazac gdzie jest. ;)

****

Odkad najmlodsza latorosl zaczela mowic "ludzkim" glosem, pojawia sie tez coraz wiecej dialogow okolodzieciecych.

Bi opisuje narysowany przez siebie obrazek:

-"Tu klowa: muuu, a tu kulka: ko-ko-ko..."
brat uznal za stosowne sie wtracic:
-"Pupa! Sisia!"
nie pytajcie mnie skad mu sie to skojarzylo...
W kazdym razie Bi prostuje:
-"Ja mam sisie i mama ma sisie, Kokus nie ma sisia!"

I tak od zwierzat gospodarskich, przeszlismy gladko do edukacji seksualnej... ;)

**

Bi zainspirowana przez swinke Peppe, przychodzi i oznajmia ze smutkiem:

-"Mama, ja nie umiem whistle..." [gwizdac, jakby ktos nie wiedzial ;p]

Tlumacze, ze to nie takie proste, ze ja tez nie za bardzo potrafie.

Bi nie odpuszcza i pyta brata:
-"Kokus, ty umies whistle?"

-"Tak!"

 Niko nie ma oczywiscie zielonego pojecia o co jej chodzi, ale Bi prosi z zywym zainteresowaniem:
-"Kokus, zlob whistle!"

-"See-saw..."

Dla niezorientowanych, "see-saw" to rodzaj hustawki - rownowazni, a Niko zwyczajnie zle zrozumial o jakie slowo prosi go siostra i powtorzyl takim, ktore mu sie skojarzylo... W koncu whistle [ui-syl] oraz see-saw [si-so] brzmia podobnie, prawda? ;)