Czy Wy tez nie mozecie uwierzyc, ze juz za dwa miesiace bedzie koniec roku?! Przeciez dopiero co byl styczen!!! :O
Sobota, 31 pazdziernika, zaczela sie odsypianiem tygodnia. Ze mnie wreszcie zszedl stres inspekcji i spalam jak zabita. Obudzilo mnie slonce, o 8:30 rano swiecace mi prosto w twarz. Troche sie jeszcze powylegiwalam, a kiedy wstalam, okazalo sie ze M. oraz Bi juz urzeduja na dole, za to Nik nadal chrapie. ;) Kiedy zjadlam sniadanie, ogarnelam sie i wypilam poranna kawe, niestety musialam jechac na tygodniowe zakupy. Lubie robic to w tygodniu, po pracy, zeby w weekend juz o tym nie myslec, ale caly tydzien wracalam tak pozno, ze nie mialam ochoty jezdzic jeszcze wieczorami do spozywczaka... Mlodziez pojechala ze mna, w sumie nie wiem po co, ale przynajmniej entuzjastycznie zaladowali zakupy do auta, a po powrocie do domu przytaszczyli torby na gore. ;) Zaplacilam im kupujac bubble tea. :D Pozniej mlodziez sie relaksowala, a ja wstawialam pranie i obchodzilam z M. ogrod, planujac co gdzie przesadzic. Tlumacze mu, ze pozna jesien to nie jest dobra pora na przesadzanki, ale on wie lepiej, wiec niech robi co chce. Pojechalismy jak zwykle do kosciola, a Potwory szykowaly sie na wyjscie po cukierki, bo bylo oczywiscie Halloween. Co ciekawe, zupelnym przypadkiem umowili sie z kolezankami/kolega mieszkajacymi na tym samym osiedlu i oboje otrzymali zaproszenie, zeby zostac na noc. Z jednej strony mi to pasowalo, bo nie musialam jezdzic po nich wieczorem, ale z drugiej jakos tak dziwnie bylo w chalupie bez zadnego dziecka. ;) Mielismy tez Kokusiowa obraze, bowiem jak wspomnialam, jechali na to samo osiedle, oddalone od nas o okolo 15 minut jazdy, ale Bi umowila sie na 18:30, zas Nik chcial jechac jak najszybciej po kosciele. Zanim jednak dojechalismy i sprawdzil czy wszystko ma, przyszykowal plecak oraz wedke, "na wszelki wypadek", byla 17:20. Stwierdzilam wiec ze bez sensu zeby jechac z nim tylko po to, zeby wrocic do domu i praktycznie od razu jechac z Bi. Powiedzialam mu, ze pojade (ostatecznie pojechal M.) chwile po 18, odstawie najpierw jego, a pozniej zjade na druga czesc osiedla zeby odstawic Starsza. O matko, jaki byl foch!!! :D W kazdym razie, malzonek pojechal odwiezc potomstwo, a ja zostalam pilnowac cukierkow. Wykapalam sie i mialam mokre wlosy, wiec nie chcialam zeby mnie zawialo, totez postawilam miske z cukierkami na stoliku przed frontowymi drzwiami.
Zerkalam jednak co jakis czas przez okno, zeby widziec co sie dzieje. Po osiedlu lazily doslownie hordy dzieciakow, ale to akurat normalka co roku. Nasz dom, jak zwykle, w wiekszosci zostal pominiety, ale jedna wielka grupa mnie "napadla". Doslownie. :D Jakas ciekawska dziewczynka przeszla naokolo, zaby zobaczyc frontowe drzwi, wrzasnela, ze sa cukierki i po chwili przyleciala na oko 20stka dzieciakow. Niektore lecialy pedem przez te krzaki z przodu! :O Wpadli jak burza na ganek, ale niestety zachowali sie jak dzikusy, rozwalili cukierki naokolo, wiekszosc jeden chyba wrzucil do swojej torby, dziwne ze miski nie poniesli. ;) Przyszly za nimi jakies maluchy, 6-7-letnie i tylko westchnely ze nie ma juz cukierkow, ale akurat w tym momencie udalo mi sie zbiec na dol (zamieszanie widzialam z okna pokoju Kokusia) i zawolalam ze zaraz im przyniose. Ta grupka byla juz grzeczna. Wzieli cukierki, podziekowali, opowiadali mi nawet ze to tamci nabalaganili, a jeden rok temu zabral nawet ktoremus cale wiaderko slodyczy. Fajni byli i zatesknilam za takimi maluchami w domu. ;) Po nich nie przyszedl juz nikt, wiec spedzilismy wieczor na kanapie, wzdychajac ze dom pusty i smutny bez dzieci... Dostalam jeszcze fote od mamy kolezanki Bi z dziewczynami szykujacymi sie na wyjscie po cukierki.
Swoja droga, jak dla mnie to przesada zeby taka 15-16-letnia mlodziez lazila po domach, ale ich nie przekonam... Za to Nik i jego kolega nawet nie pomysleli zeby sobie zrobic wspolne zdjecie, a rodzice tamtego, z mlodszym rodzenstwem, wybyli na jakas impreze, wiec ciesze sie ze zrobilam Kokusiowi zdjecie w domu, gdzie wsciekal sie i przewracal oczami, ale ostatecznie zapozowal. ;)
Malzonek pojechal w niedziele nad ranem do roboty, wiec dziwnie bylo obudzic sie w pustym domu. Dobrze, ze kot przyszedl pomruczec i sie pomiziac, to chociaz czlowiek poczul, ze ktos lub cos go wita o poranku. Tej nocy zmienilismy czas, wiec wstalam w miare "wczesnie", bo obudzilam sie na starym. ;) Dzien wczesniej powiedzialam Potworom, ze maja dac mi znac o ktorej mam ich odebrac i poinformowalam, ze moge przyjechac najpozniej o 11:30, a potem beda musieli czekac az ojciec wroci z pracy, bo przyjedzie dziadek i utkne w domu. Oczywiscie zadne nie pofatygowalo sie zeby napisac. Bi wyslala tylko wiadomosc poprzedniego wieczora, ze swietnie sie bawi. To dobrze, bo dla niej bylo to pierwsze nocowanko i nie bylam pewna czy nie bedzie miala kryzysu. Pewnie nie pamietacie, ale kilka lat temu dostala zaproszenie od swojej owczesnej najlepszej kolezanki, mieszkajacej doslownie kilka domow od nas i w ostatniej chwili stchorzyla, poplakala sie i nie poszla. Obawialam sie wiec, ze moge o 22 wieczorem dostac telefon, ze panna chce do domu, ale na szczescie nic takiego sie nie stalo. Rano napisalam wiec do obu mam, pytajac do ktorej Potwory odebrac, ale i jedna i druga odpisala ze moga zostac do ktorej chca... Mama kolezanki Bi wyslala nawet zdjecie, ze dziewczyny siedza w jacuzzi.
Bez pospiechu wiec ogarnelam sie, zjadlam, poskladalam pranie i w koncu zaczelam piec babke na oleju zeby miec jakis deser dla dziadka. I wtedy nagle "obudzila" sie corka i wyslala wiadomosc zeby odebrac ja o 11:30. Byla 11, ciasto akurat sie miksowalo, ale trzeba jeszcze bylo przelac je do foremek, wymieszac czesc z kakao, a potem musialo sie jeszcze 45 minut piec. Napisalam wiec do M., o ktorej wychodzi, bo moze by pojechal po panne. Odpisal, ze ok, wyslalam wiec smsa do corki ze przyjedzie ojciec. Dobra, zalatwione. Taaa... Wracam do ciasta, a tu kolejny sms od M. Ze on chyba pojedzie tez po Kokusia, skoro sa na tym samym osiedlu, bo po co jezdzic dwa razy. Nie wiem po jakiego wafla mnie o tym informuje, ale jak juz pisalysmy do siebie z Martusia, nasze chlopy nie podejma sami zadnej decyzji; musimy kazda "przyklepac". Odpisalam ze ok, zeby do syna zadzwonil i mu powiedzial, ze zaraz wyjezdza. Myslalam, ze to koniec "problemikow", wiec wracam do ciasta. Po chwili, kolejne wiadomosci. Ze "Nik nie odbiera i nie odpowiada na sms'y i ze trzeba mu dac kare bo gowniarz ma telefon po to, zeby miec z nim kontakt". No to mu pisze, ze moze za chwile sie odezwie, a jak nie, to niech M. podejdzie do drzwi i zapuka. Korona mu z glowy nie spadnie. Za moment kolejna wiadomosc, zebym napisala do mamy kolegi, ze on bedzie po Nika okolo 12. Zgrzytam zebami, ale pisze. Mama odpisuje, ze ok, wiec zawiadamiam meza. Za chwile oburzony sms od syna, ze dlaczego on musi byc tak wczescie odebrany, ze on i Bi nie musza zawsze robic tego samego, ze on chce zostac dluzej, itd. Tu sie juz naprawde wkurzylam i odpisalam synowi, zeby zadzwonil do swojego ojca i z nim sie wyklocal, zamiast jeczec do mnie, bo ja mam wazniejsze rzeczy do roboty. Przypominam, ze pomiedzy tymi wszystkimi wiadomosciami, nadal konczylam ciasto. W koncu, z pulsujaca zylka, wsadzalam je do piekarnika, kiedy olsnilo mnie, ze... nie dodalam proszku do pieczenia!!! Tak mnie rozproszyly te ciagle cholerne smsy, ze na smierc zapomnialam. I co teraz?! Szybko wyjelam blaszki z piekarnika (na szczescie nawet go jeszcze nie zamknelam), posypalam ciasto proszkiem i wymieszalam wykalaczka, modlac sie zeby nie wyszedl zakalec. Ale taka bylam wsciekla, ze reszta rodziny miala szczescie iz dziadek przyjechal pierwszy, wiec zdazylam z nim pogadac i ochlonac, bo inaczej chyba bym ich na powitanie czyms zdzielila! :/ Tata posiedzial i pojechal, a my mielismy jechac na cmentarz zapalic swieczki, ale M. stwierdzil, ze jak klapnal na tylek, to juz mu sie nie chce. Posprzatalam wiec kuchnie, zmienilam posciel mlodziezy, poskladalam jedno pranie, wstawilam kolejne... i fajnie byloby tez usiasc i podelektowac sie niedziela, ale na 18 Bi miala, ostatnie juz w tym sezonie, druzynowe pasta party. Ogolnie, to wrocila z tego nocowanka zmordowana, bo polozyly sie o 1 nad ranem, a chociaz zmienilismy czas, to wstaly o osmej nowego. Niby pospaly 8 godzin, ale mowila ze spala z kolezanka na dmuchanym materacu i nie bylo jej zbyt wygodnie, a jeszcze tamta sie strasznie wiercila. Miala wyraznie przekrwione oczy i widac bylo po jej buzi, ze jest zmeczona. Namawialam ja wiec zeby sobie odpuscila, tym bardziej, ze jej najlepsza kolezanka z plywania, tego dnia nie mogla tam byc, ale panna uparla sie, ze chce jechac. No to ja zawiozlam, tyle ze impreza miala byc do 19:30, a ona juz o 19 napisala zeby ja odebrac. Nie znosze takiego jezdzenia w te i we wte. :/ Na szczescie pozniej w koncu moglam przygotowac sie na kolejny dzien i usiasc spokojnie na kanapie...
Poniedzialek rozpoczelismy wczesnie, ale co tam! Wstawanie, kiedy slonce juz wzeszlo, to zupelnie inna jakosc zycia! :D Wyszykowalam sie, Potwory tez sie ogarnely i... Nik stwierdzil ze pojedzie na rowerze, bo choc rano byly ledwie 4 stopnie, po poludniu mialo byc 20. Bi tego dnia zwolnilam z treningu, bowiem nadal czasem pobolewa ja ta pieta (choc mam wrazenie, ze bardziej panna szuka wymowki, bo w sobote lazila po cukierki i jakos nie bolala ;P), wiec mogla tez pojechac na rowerze. Len w doopce jednak zwyciezyl i stwierdzila, ze pojedzie samochodem, a wroci piechota. Odstawilam wiec corke pod szkole, a sama pojechalam do roboty. W pracy cisza, poza mna jeszcze tylko jedna osoba od zywnosci i jakas babka, ktora nie wysciubiala nosa z biura. Mialam rozmowe z szefem, w koncu o zeszlotygodniowej inspekcji. Ogolnie powiedzial ze odhaczylam wszystko co trzeba i jedyne zastrzezenie mial do tego, ze kiedy zadaje pytanie, a ludzie odpowiadaja, za szybko zaczynam im przytakiwac, gdzie w rezultacie przestaja mowic, bo mysla ze jestem usatysfakcjonowana. No, za sympatyczna jestem. :D Powinnam byc cicho az sami przestana mowic. To taka strategia, troche cwana, bo wiekszosc ludzi czuje sie niekomfortowo kiedy zapada cisza i potrafia gadac rozne "ciekawostki" zeby tylko cos mowic. Juz kilka razy tlukli nam o tym na szkoleniach, ale odruch zwycieza i zawsze o tym zapominam. ;) Oprocz tego, troche mnie podlamal, bo kilku rzeczy na tej inspekcji nie mialam jak przecwiczyc, a teraz zaczal cos przebakiwac, ze na audycie ktos moze wymagac zebym to zrobila. No to "swietnie". :/ Mialam sie sama zreszta o to pytac, ale potem wyskoczyl tamten czwartek, kiedy musialam zaczac sprawdzac dane niemal od poczatku i zwyczajnie nie zdazylam juz skupic sie na niczym innym... Mialam tego dnia zaczac pisac raport, ale okazalo sie, ze tyle mi sie nazbieralo spraw administracyjnych, ze spedzilam nad nimi caly dzien. Miedzy innymi musialam zarezerwowac lot oraz hotel na kolejny wyjazd i niestety wszystko mi opadlo, bo okazuje sie, ze nie ma lotow bezposrednich, a polaczenia sa fatalne. Albo trzeba siedziec na lotnisku niewiadomo ile, albo ma sie na przesiadke godzine i jak pierwszy lot sie opozni, to doopa. To w tamta strone. Za to powrotny, to inna porazka, bo najwczesniejszy lot jaki mi pokazalo byl o 12:30. Tyle, ze lecial on na zachod, czyli w przeciwnym kierunku. Potem, z tego zachodu (a konkretnie z Texasu) musialabym doleciec do domu, wiec ladowalabym dopiero tuz przed polnoca. Pozniejsze loty zaczynaly sie po 15, ale polaczenia byly tez tragiczne. Ostatecznie mam niby wylatywac po 16, po drodze sie przesiadac i ladowac o 22:50. Tez beznadziejnie, ale nie widze innego wyjscia. Na koniec, okazalo sie, ze zarezerwowalm nie taki pokoj w hotelu, a babka ktora ma byc moim audytorem pomogla mi go poprawic, ale robilam to przed samym koncem dnia, wiec do domu przyjechalam z lekkim opoznieniem i praktycznie o zmroku. Szybko zebralismy sie i pojechalismy na najblizszy cmentarz, zeby sybmbolicznie zapalic swieczki. W koncu byl Dzien Zaduszny. Potwory cos tam stekaly, ale pojechali i zajelo nam to raptem pol godziny. Pozniej, dla Kokusia nadeszla pora powrotu na treningi do dawnej druzyny plywackiej. Biegi przelajowe sie skonczyly, a Mlodszy chce pocwiczyc plywanie nim zacznie sie to szkolne. Niestety, tutaj treningi sa dopiero o 18:45, wiec wzdychal ciezko i byl bez humoru, ale uparl sie, ze jedzie. Myslelismy z M., ze w koncu zrezygnuje, ale nie. Pojechal. Malzonek go zawiozl, a ja w tym czasie zmienilam nam posciel. Pozniej M. poszedl spac (jak zawsze z kurami), a ja pojechala po syna i dopiero moglam odetchnac wieczorem.
We wtorek moglam pospac do zawrotnej 7:10. Pracowalam z domu, wiec nie musialam pedzic do biura, a w dodatku Potworki mialy wolne. Tego dnia odbywaly sie wybory, a te sa u nas zawsze w pierwszy wtorek listopada. Lokale wyborcze sa w middle school oraz high school, wiec te sa zamkniete. Zeby bylo sprawiedliwie, zamykaja tez podstawowki, wiec dzieciaki w calej miejscowosci (i chyba wiekszosci Hameryki) maja tego dnia labe. ;) Wstalam wiec, wyszykowalam sie i zasiadlam do roboty. Mialam nadzieje wreszcie zaczac raport, ale zamiast tego zmagalam sie nadal z zadaniami czysto administracyjnymi... A kiedy zaczelam w koncu pisac, okazalo sie, ze musialam ustawic cale formatowanie w dokumencie... Poniewaz jestem noga w takich sprawach, wiec przy pomocy Google zajelo mi to wieki. W miedzyczasie powstawaly Potwory i Nik zaczal stekac zeby zabrac go do fryzjera. Poniewaz w salonie gdzie zwykle jezdzimy, mozna sie wpisac przez internet i powiadomia cie kiedy czas wyruszac, wiec wpisalam go i pol godziny pozniej przyszedl sms zeby jechac. Popedzilismy wiec, ale niestety, tym razem Nik mial pecha. Trafil na jakas fryzjerke, ktora chyba nie bardzo wiedziala jakie fryzury lubia obecnie mlodzi chlopcy. Mlodszy podobno pokazal jej ile sciac i mowil ze tylko delikatnie, ale ona i tak zrobila to po swojemu i obciela go naprawde krotko. Zeby nie bylo, kiedys jak sama zaczelam tlumaczyc jednej fryzjerce jak obciac syna, ten sie oburzyl ze sam potrafi mowic, wiec teraz sie nie odzywam. Juz po minie Kokusia przy placeniu widzialam ze nie jest dobrze, ale nie spodziewalam sie, ze az tak to przezyje. Cala droge do domu szlochal mi doslownie w glos, ze jak on sie pokaze w szkole, ze wyglada jak debil, ze nigdy jeszcze nie byl az tak zle obciety, itd. Wypisz - wymaluj kiedys moja mamuska, ktora zawsze ryczala po przyjsciu od fryzjera. :D Zupelnie nie wiedzialam jak go pocieszyc, bo kiedy mowilam, ze moze to nie jego styl, ale wyglada w porzadku, a krotkie wlosy rosna tak szybko, ze dwa tygodnie bedzie juz wygladal tak, jak chcial, ryczal jeszcze glosniej. :D Na pocieszenie zajechalam do Dunkin', ale Mlodszy nie wysiadl nawet z auta. Sama musialam pomaszerowac po napoje. Wrocilismy do domu i Nik w rozpaczy zamknal sie w pokoju. Przeszlo mu dopiero kilka godzin pozniej. Kolejnym przerywnikiem w robocie, bylo zawiezienie Bi na autobus. Mimo dnia wolnego, ktos mundry wyznaczyl na ten dzien miszczostfa w plywaniu. Trenerzy wymagali zeby dziewczyny pojechaly wszystkie razem, na 1:45 musialam wiec zawiezc corke pod szkole. Pozniej moglam wrocic do raportu. Malzonek stwierdzil, ze skoro wszyscy jestesmy w domu, to on tez wyjdzie wczesniej i bedzie kontynuowal prace kolodomowe. Ostatnio zaczal malowac ta betonowa czesc widoczna ponizej siding'u, bo podobnie jak przy frontowym wejsciu, zeszla z niej stara farba i zaczela wygladac na brudna i paskudna. Niby nie ma tego duzo, bo na wiekszosci scian to moze pol metra od ziemi, tylko w kilku miejscach troche wyzej. Ale jednak malowanie w przykucku, lub mocno pochylonym, meczy i robil to na dwa razy. A wlasciwie na trzy, bo sciany z tylu, przy tarasie, ostatecznie nie skonczyl. Kiedy uporalam sie z dniowka, pojechalam oczywiscie spojrzec jak sobie radzi Bi. Na szczescie to niedaleko, w sasiedniej miejscowosci, moze 15 minut jazdy i to bocznymi uliczkami, nie autostrada. Niestety, nie wzielam pod uwage, ze to nie byly zwykle zawody, tylko mistrzostwa miedzy dziesiecioma okolicznymi druzynami, wiec parking byl pelniusienki, tak samo wszystkie miejsca wzdluz drogi dojazdowej. Krazylam tam z 10 minut, zastanawiajac sie czy nie wjechac bokiem auta na ktorys trawnik, ale wszedzie byly strasznie wysokie krawezniki. W koncu trafila mi sie odrobina szczescia i ktos wyjechal, wiec szybko wskoczylam na jego miejsce. Niestety, na basen weszlam akurat jak Bi wyszla z wody po jednym ze swoich wyscigow. :/
Pozniej dluuugo siedzialam, kibicujac innym dziewczynom z naszej druzyny, az przyszla pora jej kolejnego indywidualnego wyscigu - grzbietowym na 100m. Przyplynela przedostatnia ze swojej grupy, ale na sam koniec przyspieszyla, miala wiec jakies rezerwy i moglaby poplynac nieco szybciej. Wiem, ze to strategia aby plynac spokojnym tempem, zeby wytrzymac do konca, ale mam wrazenie, ze Bi sobie to tempo narzuca troche za slabe. Choc potem powiedziala mi, ze pobila swoj rekord o 5 milisekund, wiec moze i dobrze to wymierzyla. :D Pozniej plynela juz "tylko" dwie sztafety i miszczostfa sie skonczyly. Pamietam z zeszlego roku, ze zaraz po zakonczeniu oglosili wyniki, ale tym razem nie, trzeba wiec czekac az trenerzy je dostana. Rok temu druzyna Bi zajela II miejsce, ale mieli duzo seniorek, ktore niesamowicie dobrze plywaly, a ktore teraz juz odeszly na studia. Ciekawa wiec jestem, ktore miejsce udalo im sie zajac z nieco slabszym zespolem. Wrocilysmy do domu o 18:30 i mozna sie bylo wykapac i cieszyc wieczorem.
W ten sposob zakonczylismy sezon plywacki dziewczyn. Jeszcze tylko pozegnalny bankiet pod koniec miesiaca i tyle. Bedziemy miec teraz miesieczna przerwe od treningow (szkolnych), zawodow, odwozenia, przywozenia, itd. az do sezonu chlopcow, ktory zacznie sie poczatkiem grudnia. Az dziwny taki nagly spokoj... :D
W srode juz mlodziez normalnie szla do szkoly, a ja jechalam do pracy. Rano mielismy 10 stopni, a po poludniu mialo byc 23 (!), wiec Nik pojechal na rowerze. Bi stwierdzila ze woli rano pojechac ze mna, a potem wrocic piechota, choc pozniej wzdychala, ze mogla jednak wziac rower, bo po poludniu byloby szybciej. ;) W pracy nadal walczylam z raportem oczywiscie. W koncu zaczelam konkretnie pisac, ale jak zawsze, szlo mi niczym po grudzie... Zaskoczona bylam jednak, bo szef sam przypomnial mi zebym wypisala formularz o podroz w weekend na nastepna inspekcje, zeby naliczyli mi te godziny do urlopu. Normalnie wzrusz! :D Po pracy popedzilam do domu i mialam wlasciwie tylko na tyle czasu, zeby sie przebrac i na 18 jechalam z Kokusiem na bankiet pozegnalny z biegow przelajowych. Tam, podobnie jak przy innych tego typu wydarzeniach, byly nagrody trenerow, kapitanow, itd. Glownie skoncentrowane na seniorach, choc mlodszym tez cos skaplo. Nik jest najszybszym z nowych zawodnikow i spodziewalam sie jakiejs nagrody z tego tytulu i... nic. Dostal tylko dyplom za udzial oraz naszywki z rokiem kiedy ma skonczyc high school. Wszyscy dostaja takie na koniec pierwszego sportu, ktory uprawiaja w nowej szkole.
Troche to rozczarowujace, bo widac, ze duzy nacisk kladziony jest na prace nad kondycja oraz poprawa wynikow, ale jak jestes naturalnie dobry w czyms, to juz cie nie pochwala zeby innym nie bylo przykro. Ogolnie bankiet jak bankiet, zeszloroczny z plywania mial taki sam schemat. Ten byl jednak w innym miejscu i mam wrazenie, ze tam jednak bylo lepsze jedzenie. Tutaj byla salatka, ktora mogl sobie czlowiek sam skomponowac, zielona fasolka, makaron z czerwonym sosem, piers kurczaka w jakiejs dziwnej panierce oraz rwana wieprzowina. Do tego pieczone ziemniaki albo bulka. Brzmi ok, ale wszystko bylo zupelnie bez smaku. Rozumiem, ze w restauracjach ograniczaja sol czy pieprz, bo kazdy lubi inaczej doprawione. Ale tutaj nie bylo nic, zero czegokolwiek, chocby jakichs ziol lub czosnku. No, dawno juz nie jadlam tak bezjajowego zarelka. :D W pracy jednak zwykle jem tylko niewielkie przekaski, a po powrocie do domu nie jadlam obiadu, wiec zjadlam co dali, bo bylam glodna. Nik jednak potem strasznie narzekal, ze jedzenie bylo okropne i ze jedyne, co mu smakowalo, to bulka. :D Powiedzialam, zeby sie przyzwyczajal, bo tak zwykle wyglada zarcie na hamerykanckich przyjeciach. Tyle, ze zazwyczaj jest choc odrobine doprawione. ;) Syn jednak w ogole uznal, ze bylo beznadziejnie, nudno i ze za rok nie idzie.
Kolejna roznica miedzy Potworkami. Bi rok temu byla zachwycona, ze moze sie wystroic i spedzic czas z kolezankami z zespolu, mimo ze przez wiekszosc czasu jednak czlowiek siedzial przy stole i sluchal jednej przemowy po drugiej. A Kokusiowi nie pomoglo nawet to, ze siedzial z najlepszym kolega i widzialam jak co chwila cos tam do siebie mamrocza i sie smieja. W srodku imprezy, trenerzy wyswietlili filmik ze zdjeciami oraz urywkami pstryknietymi w ciagu ostatnich dwoch miesiecy. Wszyscy sie smieli z niektorych ujec, bo wiadomo jak wyglada sie w biegu, spoconym, z rozwianym wlosem i rozdziawionymi ustami. ;) Stoly byly fajnie, choc skromnie ozdobione. Na srodku byly balony, zaczepione o symbol, ktory Nik mial na breloczku - but ze skrzydlami. A naokolo trzymadla z XC (czyli cross country) a w nich zdjecia dzieciakow z calego sezonu. Na koniec, grupa rodzicow, ktora to zorganizowala, powiedziala zeby kazdy odszukal i wzial sobie zdjecia swojego dziecka, lacznie z trzymadlami i jesli ktos chce, to moze wziac tez balony wraz z "butem". Ja wzielam zdjecia, Nik chetnie chwycil balony. ;) Aha, dzieciaki potem zgromadzily sie w grupie i wypisywaly sobie smieszne "nagrody" na papierowych talerzykach. Kokusiowi trafilo sie za "najbardziej blond wlosy". :D Tak ogolnie to wydaje mi sie, ze to jest calkiem fajna grupa dzieciakow, a raczej mlodziezy, bo wszyscy to juz nastolatki, niektorzy dorosli. Dziewczyn jest tylko 11, wiec sa naprawde zzyte i trzymaja sie razem. Chlopcow jest ponad 40stka, wiec tu juz trudniej i porobily sie oczywiscie grupki. Z tego co jednak wiem, wspieraja sie, pomagaja i nikt nikomu nie dokucza. Trenerzy dbaja zeby starsi brali mlodszych pod skrzydla i przekazywali im gdzie i jak moga cos poprawic zeby polepszyc czas. Podoba mi sie to w sportach w high school (choc nie wiem czy w kazdym zespole tak jest) bo nadal pamietam ten horror z ligowej pilki noznej, gdzie dzieciaki obwinialy sie nawzajem o stracona pilke czy przegrany mecz, a trener u Kokusia potrafil doprowadzic chlopcow do placzu. Gdzie tu jakas druzyna, zgrana grupa? Tak czy siak, bankiet szybko przelecial i tuz po 20 bylismy w domu, bo mielismy jakies 5 minut jazdy. Cieszylam sie, ze zostalo mi jeszcze sporo wieczoru. Oczywiscie M. juz spal, Bi byla na gorze, a zwierzaki chodzily i patrzyly wyczekujaco, bo pod moja nieobecnosc, nikt ich nie nakarmil. :/ Szybko wiec nasypalam chrupek i otworzylam puszki, przygotowalam co trzeba na kolejny dzien i moglam klapnac na kanapie.
Czwartek ponownie zaczelam wczesnie, choc tym razem mialam duzo mniej biegu, bo obydwa Potwory stwierdzily, ze pojada do szkoly na rowerach.
Mielismy anomalii pogodowych ciag dalszy i o 7 rano bylo juz 16 stopni, a po poludniu mialo byc 21. Co prawda zapowiadali mozliwy deszcz, ale prognozy raz go pokazywaly, raz znikal. Mlodziez uznala wiec ze zaryzykuja.
Nie muszac ich odwozic, zyskalam kilka dodatkowych minut, dzieki czemu udalo mi sie nawet wrzucic brudne naczynia do zmywarki, zeby nie straszyly w zlewie. Pozniej pojechalam do roboty, gdzie nadal uzeralam sie z raportem, choc tego dnia postanowilam poskanowac zebrane na inspekcji dokumenty. W piatek chcialam pracowac z domu, a nie mialam ochoty targac ze soba cholernej drukarki, wiec postanowilam zeskanowac wszystko, co potrzebne mi bylo do raportu. Jak wyglada moje skanowanie w tempie dwoch stron na minute, juz opisywalam, wiec mozecie sobie wyobrazic to zgrzytanie zebami... No, ale skonczylam i nawet udalo mi sie chwile popisac, choc skonczenie raportu w piatek, marnie widze. Czesc pisana moze skoncze, ale przeciez czeka mnie jeszcze opisywanie i oznaczanie zalacznikow, podlaczanie ich w system, a na koniec jeszcze cale podsumowanie i podliczanie godzin w systemie. No coz, najwyzej bede konczyc w poniedzialek. Zla tylko jestem, bo w tym tygodniu pierwsze dwa dni musialam praktycznie cale poswiecic na takie administracyjne pierdoly, gdzie bez nich bez problemu bym skonczyla... Wrocilam do domu, gdzie wreszcie mielismy spokojny wieczor, bez zadnych imprez i wydarzen. Co prawda Nik zdecydowal sie jechac na trening, ale M. go zawiozl, a ja potem odebralam, wiec nie bylo to nic czasochlonnego.
W piatek pospalam troche dluzej, bo pracowalam z domu i wstalam tylko zeby zawiezc Potwory do szkoly. Nadal bylo bardzo cieplo jak na listopad, ale wreszcie przyszedl deszcz, bylo ciemno i niskie cisnienie, wiec spalo mi sie wysmienicie. Zwykle przebudzam sie kiedy mlodziez idzie do lazienki i schodzi na dol, a dzis tylko gdzies w oddali doszly mnie odglosy smieciarki jezdzacej po osiedlu, tyle ze bylo to jeszcze przed 6 rano. Kiedy zadzwonil budzik, kompletnie nie wiedzialam co sie dzieje. Okazalo sie ze, pomimu zapowiadanego deszczu, Nik stwierdzil ze pojedzie do szkoly na rowerze, bo woli dojechac wczesniej i troche odetchnac zanim zacznal sie lekcje. Pewnie dobrze sie stalo, bo Bi (ktora wolala byc zawieziona) tak dlugo sie szykowala, ze faktycznie dojechalysmy dosc pozno, choc i tak przed dzwonkiem. Rano bylo ponuro, ale glownie mgliscie i nie padalo, wiec wydawalo sie, ze Nik podjal dobra decyzje. Kiedy jednak pozniej wrocilam do domu, w ktoryms momencie zrobilo sie ciemno niczym poznym wieczorem, rozpadalo sie na dobre i do kompletu zaczelo grzmiec. :O Zastanawialam sie w jakim stanie Mlodszy wroci do domu, jesli sie nie przejasni... Ostatecznie nadal padalo, ale troche lzej, wiec go zmoczylo, ale nie dokumentnie. ;) Mnie sie zas udalo, bo M. wyszedl z pracy troche wczesniej i po drodze odebral Bi, wiec nie musialam sie odrywac od raportu. Ktory i tak szedl mi tragicznie. Do konca pracy nadal sporo zostalo mi do napisania, ale motywacja byla juz na dnie i pod metrem mulu. ;) Pojechalam na tygodniowe zakupy, z nieodlacznymi Potworami oczywiscie. Po powrocie rozpakowac wszystkie torby, posiedziec z malzonkiem, nakarmic zwierzaki, itd. Caly czas jednak chodzil mi po glowie ten cholerny raport, bo wiedzialam ze w przyszlym tygodniu szef ma od srody wolne, a ja w dodatku musze sie przygotowywac na kolejna inspekcje, czasu mam wiec niewiele. Wiedzialam, ze za cholere nie dam rady skonczyc wszystkiego, ale o 20:30 stwierdzilam, ze dobra, poswiece sie i dokoncze chociaz czesc pisana. Sleczalam nad tym do 22, ale napisalam. Teraz jeszcze w poniedzialek oznaczyc, podpiac i ponumerowac zalaczniki (niestety w dwoch systemach, wiec podwojna robota), podliczyc godziny i mozna wysylac. Zla jestem, bo gdybym nie spedzila polowy poniedzialku meczac sie z rezerwacja biletu, skonczylabym raport w piatek bez problemu... Ech, no coz... Nie ida mi te raporty kompletnie...
Do poczytania!









Brak komentarzy:
Prześlij komentarz