piątek, 30 października 2026

Nie potrzebuje takiego stresu

Chcialabym pozyc sobie dlugo i w zdrowiu, tymczasem obecna praca serwuje mi ciagly stres i zaloze sie, ze miesiecy i lat zycia pomalutku ale systematycznie ubywa z mojej "puli". :/

Post chwilowo bez zdjec bo w tygodniu nie mialam praktycznie czasu pisac, wiec wiekszosc wklepalam w piatek, ale zrobila sie prawie polnoc i nie mam juz sily wrzucac fotek. ;)

Jesli jednak o rodzinna rzeczywistosc chodzi, pisalam ostatnio, ze w piatek, 23 pazdziernika, Bi miala wyscigi plywackie. Sezon dziewczyn pomalu dobiega konca, ale nadal czekaja je jedne zawody oraz mistrzostwa. Pozniej zostaja juz tylko dziewczyny, ktore zakwalifikowaly sie do szczebla stanowego. Starsza do tej grupy nie nalezy i choc to oczywiscie nieco rozczarowuje, to jak juz pisalam, zmeczyly mnie te podwojne sporty tej jesieni i w sumie to ciesze sie, ze przez zime bedziemy mieli tylko plywanie Kokusia. No chyba ze panna wymysli sobie cos innego, bo poza sportami, w szkole maja pierdylion klubow, wiec kto to wie... ;) Tak czy srak, po pracy popedzilam do auta i pojechalam do pobliskiego miasteczka. Ponownie z pracy mialam duuuzo blizej niz mialabym z domu i w 13 minut bylam na miejscu. Po ostatnich poszukiwaniach wokol obcej szkoly, tym razem weszlam wczesniej na Google i obejrzalam naokolo jak to wyglada. Wiedzialam wiec, ze sa tam tabliczki jasno pokazujace dojazd na odpowiednia czesc parkingu. Dotarlam wiec bez problemu, choc okazalo sie, ze szkola wewnatrz to tez niezly labirynt i dobrze i w niej byly strzalki, bo inaczej w zyciu nie znalazlabym basenu. ;) Wpadlam akurat w momencie kiedy wszyscy wstali zeby zaspiewac hymn narodowy. Ciekawe, ze czasem go puszczaja, a czasem nie. Tutaj akurat zaspiewaly trzy dziewczyny z przeciwnej druzyny i wyszlo im to naprawde pieknie, a melodia do latwych nie nalezy. Dla Bi byly to raczej luzne zawody, bo miala wszystkie wyscigi rozlozone z przerwami na odpoczynek. Plynela sztafete w pierwszym wyscigu, pozniej miala zas trzy indywidualne. Plynela 2M czyli po dwie dlugosci kazdym stylem, gdzie niestety przyplynela ostatnia. Poza tym miala wyscig grzbietowym na 100m oraz ta plywacka "mordownie", czyli kraulem na 500m. W obu doplynela przedostatnia, wiec chociaz tyle, choc przy tym drugim byla zla sama na siebie, bo podobno doplynela o 10s pozniej niz jej wlasny rekord, a liczyla ze go pobije. No coz. ;) Po zawodach oczywiscie byl jek o Dunkin, gdzie wyjechalysmy grubo po 18, a u nas jest on otwarty tylko do 19. Wiedzialam wiec ze mozemy nie zdazyc, wiec przejechalam przez pol obcego miasteczka zeby spelnic zyczenie pannicy. ;) Dojechalysmy do domu i w koncu spokojnie zaczelam weekend. I tylko panna nagle wieczorem przyszla z pytaniem czy moze pozyczyc ode mnie buty. Kolejnego wieczora miala byc potancowka w szkole i Bi stwierdzila ze w jej wlasnych szpilkach nie da rady dlugo tanczyc i chce zobaczyc czy ktores z moich beda wygodniejsze. Powiedzialam ze niech sobie bierze, ktore chce, choc mialam powazne watpliwosci, bo ja mam rozmiar stopy 37.5-8 (rozmiar hamerykancki), a ona 5.5-6. ;) Tak jak podejrzewalam, wszystkie moje buty byly na nia bardzo wyraznie za duze. Zaczela oczywiscie jeczec czy mozemy pojechac na zakupy kolejnego dnia, ale stwierdzilam, ze nie bede specjalnie kupowac jej butow, skoro ma te szpileczki, zalozone raptem 2-3 razy. Sama je sobie wybrala i to nie moj problem, ze teraz nagle stwierdzila ze nie da rady w nich tanczyc. :/

Sobota to dluzsze spanie dla calej naszej czworki, choc M. i tak wstal zaraz po 6. Malzonek w koncu zmobilizowal sie, zeby naprawic hydraulike i zalatac dziure w suficie w kuchni! Jak to z nim bywa, nie dosc, ze czekal pol roku az dziura nabierze mocy urzedowej, to jeszcze teraz chodzil niczym gradowa chmura, bo on musi ja reperowac! Cos tam porobil w piatek wieczorem i kontynuowal w sobote rano, ale nie szlo mu tak, jakby chcial. Kiedy wstalam i spytalam jak idzie, wyskoczyl do mnie z ryjem, ze dalej sie leje i ze bedzie musial rozwalac pol sufitu w kuchni zeby to przerobic. Dopiero po chwili mruknal cos, ze musi jechac do sklepu po jakies elementy, bo poki co probowal zrobic z tym, co mial w domu. Najlepsze, ze wczesniej ciagle mowil, ze pojedzie do sklepu, kupi co potrzebuje i zacznie to robic, zalozylam wiec ze juz wszystko ma. A tu sie okazuje, ze hrabia uznal ze mu sie nie chce jechac do przemyslowego, sprobuje z tym, co juz posiada, ale pretensje do calej rodziny, ze z rurek nadal kapie! :O Moj maz ma taka przyware, ze jak juz zacznie cos robic i nieuchronnie straci humor, to (jakby specjalnie) zabiera sie za kolejne, wczesniej odkladane w nieskonczonosc, roboty, jakby chcial miec pretekst zeby dalej pielegnowac wku*wa. Tym razem ruszyl wiec na ogrod, po drodze wyskakujac z pretensja, ze przestalam pielic w warzywniku i on w przyszlym roku nic nie sadzi, bo ja wiecznie chce sadzic warzywa, a potem o to nie dbam! No az sie zatrzeslam ze zlosci, bo po pierwsze, poki tam jeszcze cos roslo, od czasu do czasu pielilam. Moze nie tak czesto jak by sie przydalo, bo lato mialam bardzo stresujace, ale pielilam. A w dodatku, kiedy wiosna bylam na wyjezdzie, to ja mowilam zeby sobie odpuscic w tym roku warzywnik i to M. naciskal, ze fajnie miec chociaz swoje pomidory i ogorki! Przypomnialam teraz oczywiscie malzonkowi, ze to on uparl sie na warzywnik w tym roku (nie mowiac juz, ze kupil zle sadzonki ogorkow), na co chlop oswiadczyl, ze w zyciu nic takiego nic takiego nie mialo miejsca i sie... obrazil! :O W kazdym razie, kolega Kokusia zalatwil zywa przynete, wiec poznym rankiem wyruszyli na ryby. Wczesniej zdazylam go przydusic zeby odkurzyl i umyl podloge w swoim pokoju, a kiedy wrocilam po odwiezieniu kawalera, zrobilam swoja czesc. Oczywiscie, przed wyjsciem powiedzialam Bi zeby umyla u siebie, bo potem jak ja umyje korytarz i schody, bedzie musiala czekac az wyschna. Wracam - nie umyte, a panna patrzy nieprzytomnym wzrokiem znad ksiazki, ze zapomniala! :O Pojechalam po syna i jego kolege, bo z jakiegos powodu mial problem z transportem, wiec zgodzilam sie odwiezc go do domu. Szkoda, ze mieszka po przeciwnej strony naszego miasteczka, wiec musialam nadkladac dwa razy tyle drogi... Po powrocie wlasciwie czas byl sie szykowac do kosciola. Pozniej tez nie dane mi bylo klapnac i o niczym nie myslec, bo w szkole dzieciakow odbywala sie impreza - homecoming dance. Nik nie mial zamiaru jechac, ale Bi oczywiscie az piszczala. O 17:45 mialy do niej przyjechac kolezanki zeby razem sie umalowac i pozniej zawiozlam je do szkoly. Cala impreza miala byc od 18:30 do 21:30, ale dziewczyny od razu oznajmily, ze raczej beda chcialy wrocic wczesniej. Ostatecznie Bi zadzwonila prawie o 21, a kiedy podjechalam, przyznaly ze na sali juz prawie nikogo nie bylo. Dla mnie ciekawostka jest to, ze na tutejsze szkolne imprezy trzeba sie tak stroic. Pamietam, ze na szkolne dyskoteki czlowiek zakladal ciuchy a'la do dyskoteki, a tutaj sukienki koktajlowe. W glowach sie przewraca... ;) Druga ciekawostka, a wlasciwie szokiem bylo to, ze przed wejsciem na sale i pozniej przy wyjsciu, mlodziez musiala dmuchnac w alkomat. :O Najlepsze, ze w Hameryce legalnie mozna pic dopiero od 21 lat, zas dzieciaki ida do szkoly (zazwyczaj) o rok wczesniej niz w Polsce. Najstarsi uczniowie moga miec wiec 18 lub 19 (jesli rodzice ich przetrzymali w przedszkolu) lat. A tu alkomat. :O W kazdym razie, odebralam panny i przywiozlam do nas, skad po chwili kolezanki odebrali rodzice, a ja wreszcie moglam spokojnie usiasc i odetchnac.

W niedziele jak zwykle moglam troche odespac, a kiedy zwloklam sie z wyrka, upieklam ciasto z jablkami bo kilka "skapcialo", a jak zwykle wpadal dziadek. Tata przyjechal i poprosil zebym mu ustawila bezrobocie bo w tym roku bardzo wczesnie zakonczyli sezon. Posiedzial do 15, ale kiedy pojechal, zamiast ogarnac troche w chalupie, czy wstawic kolejne z niekonczacych sie pran, musialam jechac na zakupy. Bi miala miec w poniedzialek to cholerne senior night, a nic nie mialysmy jeszcze kupione. Przy okazji dzieciaki chcialy popatrzec za jakimis ciuchami, wiec pojechali oboje. Okazalo sie, ze koszyk, jakies kosmetyki itd. dla kolezanki, Starsza znalazla bez problemu, ale najwiekszy problem miala z... kocykiem. Kolezanka podala jakie lubi kolory, ale musialysmy tez patrzec czy koc da sie tak zwinac zeby sie zmiescil w koszyku. Ile Bi sie naogladala i nakrecila nosem, to glowa mala! Nie pomagalo, ze w sklepie polowa asortymentu byla juz w temacie bozonarodzeniowym, a to po pierwsze nie takie kolory, a w dodatku tamta dziewczyna jest hinduska, wiec raczej tego swieta nie obchodzi. Pokazalam jej rozowy kocyk, to klocila sie ze mna, ze jest fioletowy. :D W koncu wygrzebala bialy i puchaty, ufff... Dla siebie oczywiscie tez sie naprzebierala wieszakow i nabrala bluzeczek, az musialam ja stopowac. Troche po fakcie, ale znalazla tez buciki na szerszym obcasie. Okazalo sie bowiem, ze wlasnych szpilek na bal i tak nie moglaby zalozyc, bo szpilki byly zabronione. Szkola jest nowiutka i bardzo dbaja o parkiet na sali gimnastycznej. Teraz zupelnym przypadkiem znalazla takie, ktore sa zgodne ze szkolnym regulaminem, wiec bedzie miala na nastepna impreze. ;) Nik - odwrotnie, chodzil i marudzil ze nic dla niego nie ma. Tyle, ze kiedy poszlam popatrzec po meskim dziale, w kilka minut znalazlam mu dwie bluzy. Szukalam tez marynarki bo bedzie mial impreze z okazji zakonczenia biegow przelajowych, ale zadnej nie znalazlam. W kazdym razie, mlodziez cos tam sobie wybrala, ja dla siebie tez i lzejsza o ponad $300 (:O) wrocilam do domu.

W poniedzialek niestety zaczelam jeden z najbardziej stresujacych tygodni w pracy. Nie dosc, ze jechalam na inspekcje, to jeszcze caly czas mial mi towarzyszyc szef. :O Pierwszy dzien, jak to pierwszy dzien, czlowiek z lekka nie ogarnia. ;) Mialam chwile przerwy od takich jazd, a tu znow musialam rano sie ogarnac, upewnic ze mam wszystko co niezbedne, po czym pojechac do biura (odwozac po drodze Potwory do szkoly), wymienic auta i pedzic na miejsce. Dojechalam z lekkim zapasem czasu i na szczescie parking mieli tam przestronny i to darmowy, ha! W szpitalach to rzadkosc. Inspekcja, coz, jakos szla. Pierwszy dzien to zapoznawanie sie z ludzmi, dokumentacja, itd. No i z moim szefem, bo nie widzialam go dobrych kilka miesiecy. Ten niestety ma dosc oschla osobowosc, a w dodatku boryka sie z problemami zdrowotnymi, wiec ogolnie mialam wrazenie, ze jest bez humoru. Przezylam dzien i w korkach wrocilam do biura, wymienilam auta, po czym powloklam sie do domu. Niestety, tego dnia nie dane bylo mi porzadnie wypoczac. Na 18:30 Bi musiala byc na basenie, bo miala zawody, a pozniej te nieszczesne swietowanie seniorek. Zawiozlam ja, ale nie zostawalam, bo i tak rozgrzewka zaczynala sie okolo 19, a same zawody dopiero po niej. Trener napisal wczesniej, ze swietowanie powinno zaczac sie o 21, wiec dojechalam kwadrans przed. I co? I wyscigi trwaly pol godziny dluzej niz bylo zapowiedziane! Siedzialam tam lekko wkurzona, ale przynajmniej zobaczylam jeszcze reszte zawodow. Przy okazji zalapalam sie na jeden z indywidualnych Bi, gdzie przyplynela trzecia, ale wyswietlacz na chwile sie zacial i omylkowo pokazal ja jako 2. ;) Po zakonczeniu, panny jeszcze musialy zrobic pamiatkowe zdjecie, co bylo zupelnie bez sensu, bo tylko marnowaly czas. Pozniej wszystkie grupki sister - friends podchodzily z seniorka oraz jej rodzinami, wreczaly kosze oraz kwiaty i plecaki (to prezent od trenerow), robily pamiatkowe zdjecie, itd. W tle trener opowiadal jakies ciekawostki oraz smieszne historyjki z czasu kazdej dziewczyny w druzynie. Niestety, pozniej kazda grupka ustawiala sie w na brzegu basenu i stala tam az wszystkie seniorki odbiora swoje upominki. Seniorek niby jest w tym roku tylko 8, ale i tak chwile to trwalo. Pozniej zas zaczely sie gratulacje oraz zdjecia w roznych konfiguracjach i minelo z 10 minut zanim Bi wreszcie uznala, ze wystarczy zabawy i mozemy jechac. Do domu wrocilysmy po 22 i wlasciwie pozostalo tylko polozyc sie spac.

Bylam wymordowana, wiec spodziewalam sie, ze w nocy bede spala jak zabita, tymczasem, chyba przez stres, wybudzalam sie co chwila i we wtorek rano bylam niczym snieta ryba. Tym razem ruch na drodze wspolpracowal i na miejsce inspekcji dojechalam z 10-minutowym zapasem. Dzien zlecial na sprawdzaniu wszystkich pierdol i stresie, ze szef siedzi zaraz obok i patrzy na rece. Najbardziej bylam rozczarowana, bo tego dnia Nik mial mistrzostwa freshmen'ow czyli najmlodszego rocznika szkoly sredniej. Gdybym byla sama, wyjechalabym wczesniej zeby sie na nie zalapac, a tak to musialam kwitnac na inspekcji... Tego dnia zreszta syna praktycznie nie widzialam, bo po zawodach wpadl tylko do domu, wykapal sie i rodzice kolegi zabierali go z cala ich rodzina na mecz koszykowki. :O Kiedy ja wreszcie doturlalam sie do domu, dawno go nie bylo. Wrocil tuz przed 22 i z jakimis pretensjami, ze my z M. nie zabieramy go na mecze, a bylo tak fajnie. No sorki, ale z nas zadni kibice, a malzonka ogolnie ciezko jest wyciagnac z domu, wiec zapomnij. ;) Pytalam oczywiscie syna jak poszly mu zawody, ale nie mial pojecia. Na szczescie, jak juz ostatnio pisalam, miszczostfa to juz wydarzenie godne uwagi i wyniki mozna odszukac w necie. W ten sposob dowiedzialam sie, ze przybiegl z numerem 32 na 125 zawodnikow i byl pierwszy ze swojej druzyny. Poszlo mu wiec swietnie i oczywiscie pekam z dumy. ;)

Sroda zaczela sie tak samo, czyli ogarnac sie, odwiezc dzieciaki do szkoly i na inspekcje. Nik zakonczyl mistrzostwami sezon biegow przelajowych, wiec nie mial po szkole treningu i pytalam czy nie chce pojechac na rowerze zeby moc na nim potem przyjechac, ale stwierdzil ze wroci piechota. Ok. Ja tym razem dojechalam na inspekcje pol godziny przed czasem i dla zabicia czasu poszlam do kafejki kupic kawe. To taka niby szpitalna kawiarnia, ale serwowali kawe Starbucks, wiec przynajmniej wiedziala ze powinna byc w miare smaczna. Dzien zlecial szybko, pozniej znow wymienic auta i do domu. Tym razem wszyscy byli juz w nim zgodnie z planem i tylko Nik mnie zirytowal, bo zaczal mi wiercic dziure w brzuchu zeby zamowic mu stroj na Halloween! Ktore to mialo byc 3 dni pozniej! I zeby jeszcze mial kilka opcji. Ale nie! Kolega wymyslil zeby przebrali sie za Mario i Luigi, sam mial juz zamowiony kostium, a Nik przytupywal nerwowo zeby i jemu zamowic. Oczywiscie wszystkie kostiumy Luigi dawno byly wyprzedane. Sprawdzilam Amazon oraz wszelkie inne sklepy. W jednym nawet zlozylam zamowienie, ale po kilku godzinach dostalam maila, ze stroju jednak nie ma na magazynie. :/ W koncu Mlodszy sie poddal i stwierdzil ze przebierze sie za smoko - zolwia z owej gry, o imieniu Bowser. Ten kostium byl jeszcze do dostania. Poza tym, syn opowiadal mi ze zostal wezwany do sekretariatu, a kiedy zaalarmowana zaczelam pytac co nabroil, okazalo sie, ze trener druzyn plywackich chcial go... poznac. :O Nie mam pojecia o co chlopu chodzilo. Podobno powiedzial tylko ze chcial go poznac, zapytal o najlepsze czasy, ulubione style, itd. Nie wiem czy dowiedzial sie skads ze Nik jest bratem Bi, czy trenerzy biegow przelajowych wspomnieli cos ze jest najszybszym z nowych i chcial sprawdzic jak zapowiada sie jesli chodzi o plywanie?

W czwartek stracilam chyba kolejne 10 lat zycia, choc na poczatku dzien zapowiadal sie zwyczajnie. Ponownie dojechalam prawie pol godziny wczesniej i poszlam po kawe, po czym siorbalam i czekalam na szefa. Niestety, kiedy tylko odpalilam kompa, okazalo sie, ze cos sie przez noc stalo z moim laptokiem i wylaczylo mi jedna z aplikacji. Niestety, w tej akurat robilam notatki z inspekcji. Wygldalo na to, ze dzien wczesniej zostawilam je otwarte, wiec teraz nie tylko sie zamknely, ale okazalo sie, ze zniknelo wszystko, co napisalam w srode! Zadzwonilam do kolegi, ktoremu podobno tez zdarzaly sie takie cuda, ale okazalo sie, ze on notatek nie pisze bezposrednio w aplikacji, tylko potem je do niej kopiuje. Zadzwonilam wiec do pomocy technicznej, ale tu tez, pan pogrzebal, popatrzyl, po czym oznajmil, ze musialam nie zachowac tych notatek poprzedniego dnia, bo nie ma ich na serwerze. No swietnie po prostu! Nie tylko stracilam to, co zapisalam, ale jeszcze patrzyl na to szef! :O Plakac mi sie chcialo, ale to byla juz zapowiedz tego dnia. Po poludniu szefunio stwierdzil ze chce popatrzec jak sprawdzam dane, po czym oswiecil mnie, ze porownuje to, co dostalam od centrali, z zupelnie nie tym programem! Zmarnowalam dwa dni, a patrzylam w kompletnie zlym miejscu! Poczulam sie jak idiotka. :( Co bylo robic, zaczelam sprawdzac tam gdzie trzeba, choc niestety oznaczalo to, ze musialam siedziec z babka z tamtej firmy, bo dane byly w medycznych kartotekach, do ktorych nie mialam dostepu. Sprawdzenie danych jednego pacjenta zajelo nam... godzine, bo niestety to oddzial intensywnej terapii, wiec byl pod scisla kontrola, a dozowanie kroplowki mial nieraz zmieniane co kilkanascie minut. Zalamalam sie, bo pacjentow mieli 18. Skoro jeden zajal tyle czasu, to wiedzialam ze nie ma co marzyc zeby zakonczyc w piatek. Szef poradzil zebym napisala do babki z centrali zeby dowiedziec sie co dokladnie chce zeby w tych danych sprawdzic, wiec machnelam maila, tlumaczac ze to jest niemozliwa do przerobienia ilosc danych. I co? I jajco, bo nie odpisala ani w czwartek, ani w piatek. Przyjechalam do domu wykonczona i zalamana i ze stresu nawet jesc mi sie nie chcialo... :(

Piatek zaczelam tak samo, tyle ze jechalam na inspekcje kompletnie zrezygnowana i przygotowana na to, ze bede musiala tam wrocic w poniedzialek. Tu jednak zaskoczyl mnie szef, bo stwierdzil ze przy takiej ilosci moge sprawdzac tylko co ktorys numerek, bo szkoda czasu na przerobienie kilkuset wynikow. Praktycznie od rana siedzialam wiec w biurze tamtej kobitki i klikalysmy linike po linijce, notke po notce... Do lunchu obie bylysmy wykonczone. Niestety, to nie byl koniec. Ogolnie, wszystkich pacjentow "przerobilysmy" do 14:30. Pozniej musialam jeszcze podsumowac wszystkie notki, wlaczajac w to te srodowe. Zupelnie nie dalam rady ich odtworzyc, ale kilka rzeczy pamietalam, wiec zapisalam sobie zanim mi uleca. O 16 odbylam rozmowe zamykajaca inspekcje i moglam wyruszyc spowrotem. Po drodze mialam straszne korki, a musialam jeszcze zatankowac sluzbowe auto, wiec do chalupy dotarlam dopiero po 18. Ale i tak spiewac mi sie chcialo z radosci, ze nie musze tam wracac w poniedzialek. ;)

Milego weekendosa!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz