Sobota, 17 pazdziernika to oczywiscie odsypianie tygodnia. Poniewaz w tym miesiacu zabraklo jakiegokolwiek swieta (dla wszystkich, bo Potwory i ja mielismy poprzedni weekend przedluzony), wiec nawet M. zmuszony jest brac soboty wolne. Normalnie zaczelabym dzien od sprzatania, tym razem jednak wlazlam pod prysznic, bo szykowalismy sie na slub. Moje wlosy maja naturalnie (bardzo) delikatny skret i jak uzyje pianki czy zelu i je "pougniatam", robia sie na nich ladne fale. Ktore niestety trzymaja sie tylko pare godzin, bo wlosy mam dodatkowo strasznie geste i ciezkie. Dodatkowo, kiedy sa skrecone, duzo dluzej schna. Jak sie wiec z samego rana wykapalam zeby dac kudlom czas na wyschniecie, to pozniej juz tylko lezalam i pachnialam. :D Slub mial sie zaczac o 13, wiec chcialam wyjechac pol godziny wczesniej. Oczywiscie poganialam wszystkich, a i tak wyjechalismy 5 minut pozniej. Myslalam, ze dojedziemy z zapasem czasu, a tu wpadlismy jak juz mloda para i swiadkowie ustawiali sie na koncu lawek, zeby podejsc do oltarza. Ogolnie, bylo bardzo prosto i skromnie, bo panstwo mlodzi to juz ludzie po 50tce, wiec nie zalezalo im na otoczce, tylko na samym sakramencie. Nie bylo organisty ani spiewania, wiec msza byla ekspresowa i wraz z zaslubinami, wszystko zamknelo sie w 35 minut.
Pozniej oczywiscie trzeba bylo porobic szereg pamiatkowych zdjec, gdzie nowozency chcieli z ksiedzem, a on zdazyl sie juz przebrac i potem szybko spowrotem wrzucal na siebie komze. :D Nastepnie podjechalismy do restauracji, ktora na szczescie byla tylko okolo 10 minut od kosciola. Czesc gosci, ktorzy byli na slubie, mialo juz plany (wiadomo, skoro zaproszenie wyszlo tydzien wczesniej) i nie zostawali na obiedzie, wiec byla nas tylko grupka 14 osob.
Zjedlismy, posiedzielismy, byly rozmowy i zarty i zaraz po 16 wszyscy zebralismy sie do wyjscia. Mielismy wiec jeszcze calkiem sporo spokojnego wieczoru, ale przyznaje ze jakas taka wypompowana bylam po tym calym slubie oraz restauracji i przesiedzialam go na kanapie. I zla jestem tylko na sama siebie, bo martwie sie, ze popelnilam kardynalny blad. Otoz, kiedy wszyscy skladali zyczenia nowozencom juz po ceremonii, my oczywiscie tez podeszlismy i zauwazylam, ze jedna z kobitek chciala wreczyc pani mlodej kwiaty, a ta przekazala je swiadkowej. Pamietajac, ze w Polsce na slubach (co prawda duuuzo wiekszych) tez dawalo sie kwiaty i prezenty swiadkom, zeby panstwo mlodzi mieli wolne rece, wiec ja tez koperte podalam swiadkowej zeby przekazala potem nowozencom. Byla nas niewielka grupka, wiec zerkalam od czasu do czasu, ale nie widzialam zeby to zrobila, choc oczywiscie moge sie mylic. Przekazalam pozniej i panu i pani mlodej, ze koperte dalam swiadkowej i pytalam czy im ja oddala, ale zadne nie pamietalo. Super. Nie sadze zeby ja sobie "przygarnela", bo byla nas tylko grupka bliskich znajomych, ale akurat ta cholerna swiadkowa musiala wyjsc z obiadu wczesniej i mam nadzieje, ze nie pojechala z koperta i gdzies jej nie posiala, bo wsadzilismy do niej naprawde sporo kasy... :/
W niedziele moglam sie wyspac i rozpoczac dzien spokojnie i leniwie. A i tak czulam sie jakas zmeczona i bez humoru, co jest dziwne, bo ani nie bylo w prognozach deszczu, ani nie zblizal mi sie jeszcze okres... Kiedy wstalam i sie ogarnelam, wzielam sie za chlebek bananowy, bo znow mialam 3 brazowe banany. Tym razem dalam sobie spokoj z maka kokosowa. Ten ostatni wyszedl tak ohydny, ze polowe w srodku tygodnia wyrzucilam, bo nikt go nie jadl i w koncu pojawila sie na nim plesn. Tym razem wiec zrobilam (prawie) normalny, bo dodalam do niego masla orzechowego. Jak kiedys tak zrobilam, to malzonek mruczal mi cos, ze dziwnie smakowal, wiec tym razem wrzucilam tez rodzynek. ;) I to bylo bardzo dobre polaczenie, bo z pomoca mojego taty, cale ciasto poszlo w jeden dzien. Niestety, piekarnik znow postanowil sie zbuntowac. Poczatkowo zaczal grzac, ale doszedl do 112 stopni i... stanal. :/ Czekalam 10 minut czy moze ruszy dalej, ale nie. Wylaczylam go i wlaczylam ponownie i o cudzie, zagrzal sie do konca. Niestety, po poludniu Bi postanowila upiec ciasteczka i tym razem nie chcial nawet zaczac grzac. Trzy razy go wylaczalysmy i wlaczalysmy ponownie, no i nic. Juz mowilam pannie, ze bedzie musiala upiec ciastka w airfryerze (oburzyla sie, ze w zyciu! :D), ale uparcie jeszcze raz wylaczylam i wlaczylam i... ruszyl! No ale teraz to juz wyraznie kwestia czasu az padnie kompletnie, wiec jednak trzeba bedzie zainwestowac w nowy, tylko jeszcze nie wiem kiedy sie zmobilizujemy... Dziadek posiedzial jak zwykle prawie do 15, a po jego odjezdzie Nik zaczal marudzic zeby go zawiezc na ryby. Bylo chlodno, okolo 10 stopni, wiec tym razem nawet ja stwierdzilam, ze pewnie nie bedzie praktycznie ludzi i nie ma mowy zeby tam sam stal. Chlopak sie obrazil, ale trudno. Niestety, po godzinie przyszedl zadowolony, ze jego kolega tez chce jechac na ryby! Tu juz nie mialam za bardzo argumentu, ale szczesliwa nie bylam. Zawiozlam go, gdzie bardzo sie zdziwilam, bo nie tylko w budce byl straznik, ale na terenie krecilo sie tez sporo samochodow, choc poza meczem pilki noznej dzieciakow, nie widzialam zadnego wiekszego wydarzenia. Po powrocie oczywiscie jakies pranko, skladanko i ani sie obejrzalam, syn zadzwonil zeby po niego przyjechac, bo dni sa juz coraz krotsze. Reszta wieczora uplynela na kanapie z malzonkiem, gdzie razem wzdychalismy, ze rozpoczyna sie kolejny pracujacy dzien. ;)
Poniedzialkowy ranek zaczelam tyci pozniej, bo pracowalam z domu. Ranek byl bardzo zimny i choc termometr pokazal 2 stopnie, to w nocy musialo byc chlodniej, bo przejezdzalam przez osiedle domkow szeregowych, gdzie widzialam jak ktos skrobie szyby. :O Odwiozlam Potworki do placowki, po czym zjadlam sniadanie, umylam sie i zasiadlam do cotygodniowej rozmowy z szefem. Ten okazal sie w srednim humorze, bo bolaly go plecy. Typowa przypadlosc panow w srednim wieku. :D Malzonek tez od kilku dni prostuje sie powoli niczym 90-letni staruszek, bo byl w sobote rano na silowni i cos sobie naciagnal. ;) Po rozmowie musialam chwile odeagowac stres, wiec rozladowalam zmywarke i zaladowalam tym, co bylo w zlewie. Pozniej siadlam ponownie do kompa i probowalam sie skupic, kiedy kot zaczal... rzygac. Super. Poszlam sprawdzic gdzie czeka mnie sprzatanie, ale kot niestety lazil w kolo i co chwila probowal zwracac. W ktoryms momencie zauwazylam, ze zwisa jej z pyszczka cos czerwonego i malo nie zemdlalam, bo myslalam, ze wymiotuje krwia. :O Tyle, ze patrze, a ona polyka to z powrotem!!! Tu juz sie domyslilam, ze zjadla wloczke, ktora Potwory ciagnely po domu, a ona gonila! To takie szorstkie, wlochate i czerwone cos. A tyle mowilam smarkaczom, ze po zabawie maja ta wloczke zwijac i chowac! Dobrze ze kota nadal zbieralo na wymioty, wiec udalo mi sie ja chwycic, zlapac koniec wloczki zanim polknela go spowrotem i zaczelam ciagnac! Niestety, urwala sie! Juz mialam wizje jazdy do weterynarza, bo nie wiedzialam ile ona tej wloczki zezarla! Na szczescie Oreo nadal bralo na pawia, wiec udalo mi sie ja zlapac ponownie, chwycic koniec wloczki i ciaaaagnac... Tym razem wyszla (chyba) w calosci. Durnowate stworzenie zjadlo z 1.5m! :O
Kiciul oczywiscie na mnie pozniej warczal kiedy podchodzilam, ale nie wie, ze moglam wlasnie uratowac jej zycie. A nam solidny rachunek u weterynarza, bo nie wiem czy tak dluga wloczka by jej nie zatkala gdzies jelit. No i mam nadzieje, ze faktycznie nic jej tam nie zostalo. Chyba nie, bo po mojej "akcji" przestala wymiotowac. No, ale ja dziekuje ze takie zabawy z samego rana... :/ Reszta dnia na szczescie minela juz duzo spokojniej, jesli nie liczyc nerwowego przygladania sie kotu. Martwilam sie, ze nie wiem gdzie ta wloczka dokladnie byla i czy jej czegos nie uszkodzilam wyciagajac ja. Kot troche jadl, bardzo duzo pil, ale poza tym wydawal sie calkiem "normalny". Poza faktem, ze caly dzien warczala i syczala na mnie kiedy podchodzilam, ale tu sie jej akurat bardzo nie dziwie. :D Poniewaz w weekend odpuscilam sobie sprzatanie, postanowilam niecnie zmarnowac troche czasu "pracowniczego" i odkurzylam i umylam podloge. I tak po kocich "akcjach" przydalo sie ja porzadnie wyszorowac, a ze nikogo nie bylo, to przynajmniej nikt mi sie nie platal pod nogami. ;) Zrobilam tez spaghetti na obiad, ktore na szczescie robi sie ekspresowo. Wrocil do domu malzonek i siedzielismy razem na kanapie - ja konczac prace, on ogladajac jakies duronoty na telefonie. ;) W ktoryms momencie slysze jakby znajome glosy, a tu Nik wpada z kolega! Okazalo sie, ze na treningu przebiegali kolo naszej ulicy, wiec postanowili zboczyc z trasy i wpasc sie napic. :D
Pozniej Mlodszy zadzwonil, ze wroci po treningu piechota, wiec odpadla nam jazda po niego. Malzonek pojechal wiec tylko po Bi, a ja zamknelam co robilam w robocie. Wieczor minal juz typowo - posprzatac kuchnie, przygotowac ciuchy i przekaski na kolejny dzien, poskladac jedno pranie, wstawic kolejne... Niestety, ranki sa chlodne, wiec Potwory zakladaja dlugie spodnie oraz bluzy, a ze rozmiary nosza juz wlasciwie dorosle, to brudowniki zapelniaja sie w zastraszajacym tempie...
We wtorek pobudka byla juz brutalnie wczesna. Nie znosze tej pory roku, kiedy wstajesz po ciemku i nie mozesz sie dobudzic... Wyszykowalam sie, zapielam psiurowi (ktorego wczesniej wypuscilam) na tylku pieluche, zgarnelam Potwory i pojechalismy. Kot nie wykazywal checi na wyjscie, wiec kiblowal w domu. Mialam nadzieje, ze bez zadnych "akcji". W biurze poza mna tylko jeden facet, wiec cisza i... frustracja. Przyszla pora zeby uprzedzic o kolejnej inspekcji i za cholere nie moge dorwac doktorka. Dorwac jak dorwac, ale zeby chociaz dostac wlasciwy telefon! Zwykle w zleceniu jest jakis numer; tym razem nic. No, ale od czego jest wujek Google? Znalazlam dwa potencjalne numery, a w miedzyczasie napisalam do ludzi z mojej grupy czy ktos ma jakas osobe do kontaktu z tym szpitalem. W wielu bowiem jest jakis departament, do ktorego sie dzwoni i oni zalatwiaja wszystko z lekarzami. Tym razem nikt nic nie wiedzial, wiec zadzwonilam pod znalezione telefony. W obydwu automatyczna wiadomosc od sieci komorkowej, ze abonament "tymczasowo niedostepny". Znalazlam inny numer, gdzie pani poinformowala, ze ten lekarz jest z innego departamentu, ale znalazla jakis inny numer. Pod tym niestety wlaczyla sie sekretarka jakiejs kobiety. Dzwonie wiec na jeszcze inny numer. Ponownie pudlo, ale pani powiedziala ze znalazla jakis numer tego lekarza i moze mnie przelaczyc. Przelaczyla i... kolejna poczta glosowa zupelnie innej osoby. Zadzwonilam jeszcze raz pod poprzedni numer, ale odebrala jakas inna babka, znacznie mniej pomocna i poradzila zebym zadzwonila na numer administracyjny szpitala. Marnie to widzialam, ale zadzwonilam. Tam odebral jakis pan i podal mi kolejny (!) numer. Pod tym dzwonek dzwonil i dzwonil w nieskonczonosc, ale ani nikt nie odbieral, ani nie wlaczala sie poczta glosowa. W tym momencie sie poddalam, bo pod niektore z numerow dzwonilam po kilka razy i bylam po prostu wku*wiona. Powinnam byla czytac protokow i przygotowywac sie do odbycia inspekcji, a tymczasem spedzilam doslownie pol dnia na telefonie... :/ W koncu, cala szczesliwa, wypryslam z biura, ale podazyc musialam w kierunku przeciwnym do domu, bowiem Nik mial zawody. Bylam pewna, ze na te sie juz nie zalapie, bowiem to miszczostfa, a tu niespodzianka! No to wiadomo, ze pojechalam kibicowac. Na szczescie park, w ktorym sie odbywaly byl 12 minut od mojej pracy, bo z chalupy musialabym jechac 40 minut. Dojechalam i na dzien dobry lekka zalamka, bo kasuja za wstep. Na szczescie tylko $7, ale to publiczny park, wiec troche tak niesmacznie. Miasto na litere M postanowilo zarobic sobie na zawodach. Slyszalam pozniej jak ktos zalil sie, ze nie mial przy sobie gotowki i go nie wpuscili! Musial zaparkowac gdzies w bocznej uliczce. Ja mialam kase, wiec wjechalam, a tam pelna mobilizacja! Nie ma, ze zaparkujesz gdzie chcesz, tylko alejki poblokowane, ludzie z choragiewkami kieruja ruchem i pokazuja gdzie mozesz zostawic auto. Zaparkowalam i troche zglupialam. Tak jak napisalam, to zwykly, publiczny park w miescie, tyle ze ogromny. Przypominal bardziej las. Wysiadlam, naokolo cisza i cwierkanie ptakow i gdzie mam isc?Niektorzy ludzie wygladali na spacerowiczow, inni uprawiali jogging, wiec poszlam za jakims panem w garniturowych spodniach i pod krawatem, zakladajac, ze tez przyjechal po pracy na zawody dziecka. ;) Idac tak, co chwila odwracalam sie zeby zapamietac droge, balam sie bowiem, ze nie znajde pozniej swojego auta! W koncu sciezka doszla do konca lini drzew i otworzyla sie na ogromna lake, na ktorej, ku mojej uldze, rozsiane byly namioty wszystkich druzyn. Trzeba bylo tylko znalezc Kokusiowa. Odszukalam nasza baze, ale syna juz tam nie bylo, bo druzyny "juniorow" (junior varsity, czyli tych najlepszych z mlodszych rocznikow) ustawione byly na starcie, hen, hen na dole. Dawno nie widzialam taaakiej grupy...
Na szczescie poczatek wyscigu, ktory byl zarazem jego koncem, byl wyraznie oddzielony siatka, wiec stanelam przy niej i czekalam. Niestety, w tym tlumie nie udalo mi sie znalezc Kokusia. Trasa jednak pozniej tak biegla, ze robila petle i po kilku minutach chlopcy zaczeli wracac ta sama droga, tylko biegnac w dol.
Tutaj juz szybsi wysforowali sie naprzod, wolniejsi zostali w tyle i latwiej bylo znalezc swojego zawodnika. Pozniej chlopaki znow gdzies zawracali i do mety biegli w tym samym miejscu, ale pod gorke.
Nik mowil potem, ze to byla najtrudniejsza trasa jaka zaliczyl, bo mieli kilka naprawde wysokich pagorkow. W kazdym razie, widzialam jak dobiega na mete, ale nie malam pojecia ktore zajal miejsce. Udalo mi sie dorwac go po biegu i powiedziec mu ze jestem i zeby dal mi znac kiedy chce jechac do domu. Zaraz po jego biegu zaczynaly wyscig dziewczyny, a po nich mialo byc rozdanie medali i pucharow.
Myslalam, ze bedzie chcial zostac na rozdaniu nagrod i w pelni przygotowalam sie na siedzenie tam kolejnej godziny jak nie dluzej. Mieli wozy z zarciem i napojami, wiec pomyslalam, ze kupie sobie kawe i cos do jedzenia i bedzie git. Tymczasem Nik po chwili przyszedl, ze chce jechac. Nie spodziewal sie zadnej nagrody, wiec wolal wracac. Tyle, ze dopiero po chwili powiedzial ze nie wiedzial gdzie sa jego trenerzy, wiec nie dal im znac, ze jedzie. Domyslam sie, ze trenerzy byli z dziewczynami, bo te za moment mialy zaczac swoj bieg. Spytalam czy powiedzial chociaz komus z druzyny, ale nie, bo po co... Kiedy gotowa bylam wracac zeby zawiadomic kogokolwiek, stwierdzil, ze moze wyslac wiadomosc na group chat. OK. Tyle ze do wieczora nikt nie odpowiedzial, wiec nie wiem czy ktos przekazal trenerom i go potem nie szukali... Trudno, jego wina. Jak dostanie kiedys opiernicz, to sie nauczy. Droge do domu mielismy niestety w koszmarnych korkach, bo musielismy sie przebic przez stolyce. Jechalismy 48 minut, bleee... Po drodze oczywiscie trzeba bylo zajechac po Dunkin', choc na szczescie ta rozpusta pomalu dobiega konca. :) Biedny Nik, byl wymordowany i pogryziony przez komary. Ze szkoly wyjechali juz o 12:35, wiec spedzil cale popoludnie na tej lace, rozgrzewajac sie, przechodzac trase zeby ja zapamietac, itd. Po drodze do domu zwyczajnie mi zasnal. :D Do chalupy dojechalismy tuz przed 18, wiec tylko oboje wskoczylismy szybko pod prysznice i dzien przelecial.
Sroda to taka sama pobudka, odstawic dzieciaki i jazda do roboty. Tam ponownie walka zeby dorwac doktorka. Zostawilam trzy wiadomosci trzem roznym osobom i wyslalam doktorkowi maila zeby zadzwonil. Okazalo sie jednak, ze najlepsze informacje ma departament ochrony pacjenta. Tam w koncu dali mi bezposredni numer jego komorki. :) Zadzwonilam, ale byl akurat zajety i powiedzial ze oddzwoni za okolo 45 minut. Super, tyle ze oddzwonil prawie 1.5 godziny pozniej, kiedy szykowalam sie juz do wyjscia. Okazal sie tez niezla gadula, wiec kiedy skonczylam rozmowe bylo juz sporo po moim normalnym czasie konca pracy. A jeszcze szybko napisalam maila do szefa, bo jak zawsze, mam pecha i doktorka nie ma ani w poniedzialek, ani w czwartek i piatek. Nie bylam pewna czy mozemy zaczac inspekcje bez niego, czy powinnam raczej przelozyc poczatek na wtorek. To by sie jednak laczylo z prawdopodobnym powrotem tam w kolejny poniedzialek. Dla mnie nie ma problemu, no ale tym razem ma byc ze mna szef i wiem ze chce obejrzec inspekcje od A do Z. Wyszlam wiec z pracy prawie pol godziny pozniej niz normalnie, a to oznaczalo tez wieksze korki. Dojechalam tuz przed 18, wiec z wieczora malo co zostalo. Na szczescie M. wczesniej urzadzil grillowanie, wiec byl juz obiad i nie musialam sie chociaz o to martwic. Za to zabralam sie za skladanie i wstawianie kolejnego prania, bo wiadomo ze to zawsze jest do zrobienia... Aha! Udalo mi sie odkopac wyniki biegu Kokusia z poprzedniego dnia. Szkoda ze trenerzy nie potrafia wyslac maila z informacjami, tylko czlowiek sam musi grzebac. Na szczescie takie miszczostfa to juz nie lada wydarzenie, a czasy mierzyli elektronicznie, wiec link byl pieknie wrzucony na stronce parku, w ktorym sie odbywaly. W gromadzie Nika, czyli Junior Varsity (JV), bieglo 336 chlopcow. Z tego, 14 nie ukonczylo biegu, w tym jeden z druzyny Mlodszego. Syn mowil, ze chlopak po prostu w ktoryms momencie usiadl i stwierdzil, ze dalej nie da rady. ;) Z pozostalych, Nik dobiegl z numerem 135.
Wydaje sie daleko, ale tak naprawde to calkiem przyzwoity wynik, mieszczacy sie w pierwszych 40%. Jak na poczatkujacego biegacza, to wrecz bardzo dobrze. W biegach przelajowych bowiem, w JV biegna tez starsi chlopcy. Wiekszosc sportow ogranicza najstarszy rocznik do Varsity. Jesli nie dostana sie do tej grupy najlepszych, to sorki. W biegach przelajowych jednak, jesli seniorzy nie znajda sie w grupie Varsity, moga biec w JV. Nik scigal sie wiec z chlopakami o rok, dwa, a nawet trzy lata starszymi. I jak jeszcze tydzien wczesniej twierdzil ze raczej na pewno trenerzy go do tego biegu nie wybiora, tak prosze, znalazl sie w grupie wybrancow i jeszcze zajal niezle miejsce. :) Jako druzyna, chlopaki byli 8 na 21, wiec rowniez bardzo ladnie.
W czwartek moglam pospac pol godziny dluzej, bo pracowalam z domu, wiec tylko zawozilam Potworki.
Dzien spedzilam oczywiscie na szykowaniu sie do inspekcji, z mala przerwa na odebranie ze szkoly Bi. Panna dzien wczesniej tak nieszczesliwie wskoczyla (na nogi) do basenu, ze uderzyla w dno pieta i choc potem w wodzie malo co czula, to kiedy wyszla okazalo sie, ze boli ja kostka i kuleje. Rano bylo troche lepiej, ale nadal lekko kustykala, wiec napisalam do trenera, ze nie bedzie jej na treningu, zeby dala nodze odpoczac, bo kolejnego dnia dziewczyny mialy miec zawody. Odstalam wiec swoje w sznureczku aut, a jeszcze sie wkurzylam, bo panna wie, ze pracuje, a ze szkoly wyszla... ostatnia! Bo szukala kolezanki, ktora miala dac jej zakupione przez siebie rzeczy. Zbliza sie koniec sezonu plywackiego, wiec dziewczyny ponownie robia kosze z prezentami dla seniorek. Tym razem panna z grupy Bi, ktora caly sezon migala sie od wymianki slodyczowo - napojowej, jednak sie wlaczyla, ale zgodzila sie kupic... slodycze. Troche ochrzanilam Starsza, ze tak sie dala wrobic, bo tamta kupila jakis napoj, czekolade, batoniki, itd. Slowem cos, co kosztowalo ja moze $15 max. Dla nas zas zostal kocyk, kosmetyki, nie mowiac juz o samym koszu. Czyli wydamy pewnie okolo $100. I nie chodzi o to czy mnie stac, tylko uwazam, ze to powinno byc jakos sprawiedliwie rozlozone. Najlepsza opcja byloby gdyby pojechaly na zakupy razem i kazda zaplacila po polowie. Tu jednak Bi pierwsza zakrzyknela, ze one sie wlasciwie nie znaja i ona nie chce sie z tamta umawiac. Czyli co? Trenerzy wymyslaja jakies grupki sister-friends zeby niby sie dziewczyny zintegrowaly, a w praktyce i tak wszystkie trzymaja sie w swoich grupkach... :/ Nie mowiac juz o tym, ze nie kazda druzyna sportowa wymysla jakies kosze, kwiaty, prezenty, itd. W biegach przelajowych seniorzy dostali koszulki i oklaski od trenerow. Tutaj daja kosze upominkow, nie mowiac juz o tym, ze cale to wreczenie odbywa sie w obecnosci rodzicow, kazdy ma zdjecia z rodzina, itd., a wszystko zaczyna sie o 21 wieczorem w zwykly dzien tygodnia. Porazka... :/ Az sie boje co kombinuja w druzynie chlopcow, bo w tym roku Nik tez planuje plywac... Odplynelam od brzegu. ;) W kazdym razie, Bi oraz ta druga dziewczyna, maja razem jakas lekcje, ale tamta gdzies zniknela, nie odpowiadala na sms'y i tak sie szukaly po calej szkole... A ja siedzialam w aucie i wszyscy po kolei mnie wymijali i sobie jechali. Mialam ochote napisac pannie ze jade do domu i moze wrocic pieszo, ale pamietalam ze boli ja kostka... W koncu wyszla, przeprosila i moglam wrocic do domu i roboty... Akurat konczylam prace, kiedy trzeba bylo jechac po syna. Malzonek zaczal smazyc racuchy, wiec pojechalam ja.
Wrocilam z Mlodszym, chwycilismy po racuchu i trzeba bylo pojechac na zakupy spozywcze. Zabrala sie z nami oczywiscie Bi, ktora nie przepusci nawet spozywczakowi. ;) Mlodziez chciala pozniej jechac na bubble tea, ale juz kolejny raz nie mieli tapioki, wiec skonczylismy znow w Dunkin', ktorego mamy idealnie po drodze. Kiedy wracalismy, bylo po 18 i praktycznie ciemno, tylko niebo jeszcze troche jasniejsze. Z westchnieniem uswiadomilam sobie, ze za tydzien zmienimy czas i o tej porze bedzie dopiero 17, a juz zmierzch... W Polsce zmieniacie juz w ten weekend. Czesc mnie zazdrosci, bo to jednak godzina wiecej snu, ale ta ciemnica wieczorem to natychmiastowa chandra. ;)
Piatek to ponownie wczesniejsza pobudka, wyszykowac sie i do roboty. Tam niespodziewanie bylo kilka osob, a myslalam ze tuz przed weekendem bedzie pustka. Byla tez moja wyjazdowa kolezanka, choc niestety chora i ciagle kaszlala, rozsiewajac zaraze. :/ Czas uplynal mi oczywiscie na szykowaniu sie na inspekcje, choc po drodze musialam tez popatrzec na loty oraz hotele. Nastepna mam niestety wyjazdowa i to daleko, wiec trzeba juz konkretnie zaczac myslec o rezerwacjach. :/
A po pracy jechalam na kolejne zawody, ale to juz nastepnym razem. ;)











Brak komentarzy:
Prześlij komentarz