Skonczylam ostatnio na tym, ze w piatek, 9 pazdziernika, Bi po poludniu miala zawody. Mimo marudzenia M. zebym sobie odpuscila, pojechalam. Tym razem niestety byly wyjazdowe i to dosc daleko, bo pol godziny drogi i to autostrada. Na szczescie w takim fajnym kierunku, gdzie malo kiedy sa korki. Dojechalam bez problemu i troche zglupialam. Szkola ogromna, glowne wejscie, parkingi po bokach, ale niewiadomo gdzie tu wchodzic. Sporo aut jechalo na lewo, tam tez widzialam ludzi zmierzajacych w jednym kierunku, wiec pojechalam. Niestety, okazalo sie, ze wszyscy zdaja sie zmierzac na boiska. Sprawdzilam kilka bocznych wejsc, ale wszystkie byly zamkniete. Wrocilam wiec do auta, przejechalam na drugi parking i pomaszerowalam do glownego wejscia. Akurat jakis pan wychodzil, ale powiedzial mi ze basen jest po przeciwnej stronie budynku. W dodatku, byl tylko jakims zastepca, wiec jak juz wyszedl, to nie mial ponownie wstepu, a w biurze nikogo nie bylo. No to coz... Znow wrocilam do auta i podjechalam do dalszego parkingu, gdzie jak byk minelam tabliczke ze strzalka wskazujaca wejscie na basen i sale gimnastyczna. Wczesniej po prostu nie pojechalam wystarczajaco daleko. :D Zaparkowalam i poczlapalam w poszukiwaniu tego wejscia, ktore okazalo sie faktycznie po przeciwnej stronie glownego i jeszcze schowane za jakimis szopami i szklarniami. Palnelam sie mentalnie w lepetyne, bo gdybym poszla dalej z tego pierwszego parkingu, tez doszlabym do tego wejscia, ale za szybko sie cofnelam, myslac ze tam przejscie bylo tylko do boisk. Najwazniejsze jednak, ze w koncu znalazlam basen, ktory okazal sie niewielki, ze stasznie ciemnymi trybunami. Momentalnie zachcialo mi sie spac. Na szczescie pozniej siadla kolo mnie mama innej dziewczynki i od czasu do czasu wymienialysmy pare zdan. Tym razem nasze dziewczyny doslownie zmiotly przeciwna druzyne, bo wygraly 96:83. Tyle, ze tamte panny mialy mniej zawodniczek i w niemal kazdym wyscigu plynely 2-3 nasze i jedna tamtych. Troche to niesprawiedliwe i myslalam, ze punkty sa jakos wyrownywane w stosunku do liczby uczestnikow, ale chyba nie. Trzeba jednak tez przyznac, ze w prawie wszystkich wyscigach, nasze dziewczyny zdecydowanie prowadzily. Bi rowniez poszlo bardzo dobrze. Plynela na 50m kraulem, 50m grzbietowym oraz 2M, czyli dwie dlugosci basenu kazdym stylem (razem 8) i w kazdym zajela drugie miejsce.
Trener znow dal ja do tego najdluzszego wyscigu - 500m kraulem i tu juz doplynela przedostatnia (na 4 zawodniczki, wiec trzecia ;P), ale pozniej powiedzialam, ze nastepnym razem ja nagram, bo plynela w tak slimaczym tempie, ze glowa mala. Gdyby troche tylko przyspieszyla, mialaby szanse zajac duzo lepsze miejsce. Po zawodach panna z radoscia pomachala dziewczynom, ktore wracaly autobusem i poszla za mna do samochodu. Zajechalysmy po drodze do Dunkin' bo Bi nie mogla przepuscic takiej okazji i potem juz ruszylysmy w kierunku domu. Obie zadowolone, bo zaczynal sie dlugi weekend. :)
W sobote niestety nie moglam pospac ile bym chciala, choc i tak dalam sobie czas do 8:30. Musialam sie zerwac bo Nik mial zawody i choc jechal autobusem to trzeba go bylo odstawic na ten autobus do szkoly. Plan byl zeby pojechal ze wszystkimi, bo trenerzy nie dali znac o ktorej jest rozgrzewka, inaczej bym go na nia po prostu zawiozla. Bieg byl o 11, wiec stwierdzilam, ze dojade juz na same zawody, pokibicowac synowi. Niestety, tego dnia M. wzial wolne i oczywiscie musial wtracic swoje 4 grosze i kompletnie namieszac. Dzien wczesniej powiedzialam mu, zeby zawiozl Mlodszego na ten autobus (to jest 5 minut w jedna strone), bo i tak wstaje o 6. Na to puscil mi swoje zwyczajowe marudzenie, ze po co Nik w ogole tam jedzie. Tlumacze jak krowie na rowie, ze te sobotnie zawody sa dla najlepszych zawodnikow. Dziewczyny biegna wszystkie, bo jest ich tylko 11, ale ze chlopcow jest ponad 40, to dostanie sie do tej najlepszej 20stki, to naprawde wyroznienie. Otrzymalam tylko przewrot oczami. Czesto sprzeczamy sie o te zawody dzieciakow, bo jesli pamietacie, odkad byli mali, zapisywalam ich na wszystko czego tylko chcieli sprobowac, liczac na to, ze cos ich wciagnie. I malzonek wiecznie zrzedzil, ze ich zmuszam, ze to bez sensu bo i tak nic w tym nie osiagna, itd. Tym bardziej, ze jak to dzieciakom, czesto zdarzalo im sie marudzic ze nie chca jechac na trening czy mecz/zawody. Troche mu sie oczy otworzyly kiedy pojechal pare razy na pilke nozna i zobaczyl, ze na boiskach jest doslownie polowa dzieciarni z naszej miejscowosci. Ale i tak wiecznie mnie oskarzal, ze ich przymuszam, gadal ze jak nie chca to mam ich wypisac, itd. Pozniej oni sami zaczeli mowic, ze chca chodzic (co nie przeszkadzalo w jeczeniu przed treningami :D), a malzonek juz otwarcie oznajmial ze go to nie interesuje i nie bedzie sobie marnowal weekendow na jezdzenie na zawody potomstwa. Kiedy probowalam tlumaczyc ze to wazne zeby dzieci wspierac w ich pasjach i kibicowac, wzruszal ramionami ze jak dostana sie do szczebla narodowego albo olimpiade, to pojedzie. Wszystko mi opada, bo wiadomo ze to malutki odsetek, a nasi zadnych az takich talentow nie wykazuja. Nie mniej, Nik niespodziewanie odnosi sukcesy w biegach. Olimpiady z tego nie bedzie, ale jakby rozwinal tempo i utrzymal sie w grupie najlepszych do konca szkoly, kto wie, moze byc z tego stypendium na studia. Kiedy jednak mowie to M., otrzymuje kolejny przewrot oczami. Jemu zupelnie brakuje wiary we wlasne dzieci... W sobote wkurzyl mnie tak, ze mialam ochote wyjsc, trzasnac drzwiami i wrocic wieczorem. Kiedy wstalam, o dziwo oba chlopaki szykowaly sie do wyjscia, ale ojciec chodzil i smecil synowi, ze gdzie on tam bedzie jechal, ze szkoda soboty, ze czy mu sie chce, ze lepiej by sobie na ryby (!) pojechal. Doszedl w koncu do tego, ze powiedzial Kokusiowi, ze jak odpusci sobie te zawody, to on go osobiscie na te ryby zawiezie!!! :O Po prostu nie moglam uwierzyc wlasnym uszom! Nik, jak to on, zupelnie niezdecydowany, zaczal pytac mnie, co ma robic. Poniewaz mam dosc bycia wiecznie tym zlym policjantem, oznajmilam zeby mnie w to nie mieszal. Ja uwazam ze skoro powiedzial trenerom, ze bedzie, to powinien jechac i ze to wstyd tak odmawiac w ostatniej chwili, ale to jego decyzja. Malzonek zripostowal, ze przeciez moglo cos nagle wyskoczyc, Nik mogl wstac chory, itd. Jasne, ale nic nie wyskoczylo! To M. cos kompletnie odbilo i zrzedzil jakby musial syna na te zawody wiezc, zostac tam i kibicowac, a potem przywiezc go do domu! Tymczasem mial go tylko podrzucic pod szkole, a na zawody mialam dojechac ja! Ostatecznie, jak mozna bylo przewidziec, Mlodszy przyznal ze tak naprawde to mu sie nie chce jechac i woli na ryby. Powiedzialam mu, ze to jego decyzja, to on bedzie musial sie wytlumaczyc trenerom, ale z takim podejsciem to marnie widze jakiekolwiek sukcesy. Czy mi sie chcialo jechac? Pewnie, ze nie! Ale jak juz sie powiedzialo "hop", to trzeba skoczyc. Poza tym, Potwory zawsze mialy taka tendencje, ze pytalam czy jada na zawody (np. plywackie). Tak, jada. Pytam tydzien przed, potem 3 dni przed, dzien przed - czy na pewna chca, bo jak cos to moge napisac do trenera, ze ich nie bedzie. Nie, chca. OK. Przychodzi sobotni ranek i nagle: "nie chce mi sie, nie chce jechac, moge jednak zostac?", itd. Szlag moze trafic czlowieka na miejscu! W kazdym razie, ostatecznie, pod goraca namowa trzepnietego ojca, Nik zostal w domu. Czy sie ucieszylam, ze nie musze popylac 40 minut na miejsce zawodow? Czesciowo tak. Bardziej jednak mam poczucie, ze Nik uczy sie, ze moze sobie odpuscic jak mu troche zabraknie checi. No i to mialy byc ostatnie zawody, ktorym moglam kibicowac. Nastepne to mistrzostwa, ale nie sa dla calej druzyny, tylko naprawde najlepszych z najlepszych. Nik sie na nie nie lapie. Pozniej beda mistrzostwa dla najmlodszego rocznika, gdzie bedzie biegl, ale ja w ten tydzien bede miala inspekcje z wlasnym szefem, wiec mowy nie ma zebym mogla sie urwac wczesniej. No trudno. :( Skoro juz zostalismy, M. faktycznie zawiozl syna do klubu, choc ciezko wzdychajac, bo zaczal przykrywac na zime przyczepe i nie chcialo mu sie od tego odrywac. Mialam ochote powiedziec ze gdyby nie on, to Nik i ja bylibysmy wlasnie na zawodach i nikt by mu nie przeszkadzal, ale ugryzlam sie w jezyk. Moglam oczywiscie zaproponowac, ze sama go zawioze, ale nadal bylam zla, wiec nic nie powiedzialam. Wyciagnelam odkurzacz oraz mopa i doprowadzilam podlogi na gorze do jako takiego porzadku. Mlodziez ogarnela wlasne pokoje. Poza tym jakies pranko, zmywarka i zrobila sie 15. Pojechalam po syna nad jezioro i po powrocie trzeba sie bylo szykowac do kosciola. Kiedy wrocilismy, ogarnelam dolna lazienke i zabralam sie za chlebek bananowy. Tym razem postanowilam wykorzystac make kokosowa, ktora ostatnio zakupil malzonek. Naczytal sie, ze jest duzo zdrowsza niz zwykla maka ze strasznym glutenem i postanowil przestawic sie na ta. Tyle, ze nic mu z nia nie wychodzilo. Nalesniki sie rozpadaly, placki kruszyly, po prostu nic nie trzymalo kupy, nawet kiedy sie poddal i dodal zwyklej maki. ;) Mam wiec spory worek tej cholernej kokosowej i szukam gdzie by ja tu wykorzystac. W koncu stwierdzilam, ze moze nada sie do pieczenia. Znalazlam przepis i trzymajac sie go scisle, ciasto faktycznie wyszlo. A przynajmniej sie nie rozpadlo, choc prawie nie uroslo. ;) Niestety, nie pomyslalam, ze dodaje sie do niego tylko 2 lyzki miodu i zero cukru. Wyszlo wiec praktycznie nieslodkie. Zjadliwe, ale takie malo smaczne. ;)
Niedziela to juz spanie do oporu, tym bardziej, ze ciasto mialam, wiec nie musialam sie zrywac zeby cos upiec przed przyjazdem dziadka. Na spokojnie wstalam, zjadlam sniadanie i ogarnelam sie. Zanim zdazylam napisac do taty ze moze wpadac, wrocil z pracy M. I przywiozl nowiny i to takie, ze szczeka mi opadla. Okazalo sie, ze zadzwonil do niego nasz przyjaciel, chrzestny dzieciakow, zeby zawiadomic, ze za tydzien bierze slub. Za TYDZIEN!!! Wiedzielismy, ze sa zareczeni, ale jak pytalismy to mowili ze nie wiedza kiedy, ze to narazie tak dla samych siebie, itd. A tu nagle slub! Zadzwonilam potem do pani narzeczonej i tlumaczyla mi, ze gadala sobie ze znajomym ksiedzem i wspomniala o slubie, a on na to ze ma miejsce za tydzien lub dwa. No to mu powiedziala, ze za tydzien bedzie ok!!! :D Jestesmy zaproszeni cala czworka i ona oczywiscie mowi zeby sie nie stroic, bo poza nami beda jeszcze dwie znajome pary i to wszystko, wiec zadna wielka impreza. Podobno A. (chrzestny) nawet nie chce do zadnej restauracji pozniej isc, ale mowila, ze go "urobi". No to mamy slub do zaliczenia i prowadzimy z M. dyskusje ile im dac kasy. ;) To byla pierwsza wiadomosc od nich. Druga to taka, ze przygarneli wyrzucona przez kogos kotke, a ta im sie... okocila! Maja 5 maluchow. Jednego zostawiaja sobie, a pozostale sa do oddania. Oczywiscie i ja i Bi probujemy namowic M. zeby wziac od nich kociaka, ale ten narazie wscieka sie, ze nie ma mowy. Powiedzial mi wprost "po moim trupie". Odpowiedzialam zartem, ze to sie da zalatwic. :D W kazdym razie, przyjechal moj tata, posiedzial jak zwykle do 15 i pojechal. Popoludnie spedzilismy na spokojnie. Zbieralo sie na deszcz, wiec nie poszlismy nawet na spacer, bo nie chcialam ryzykowac bycia zlapana przez ulewe. Wieczorem malzonek szykowal sie do pracy, z zadroscia patrzac na mnie i Potworki, ktorzy radosnie oczekiwalismy kolejnego dnia wolnego. :)
W poniedzialek byl Columbus Day, wiec szkoly, poczty, banki oraz urzedy stanowe i federalne, mialy wolne. Ponownie moglam pospac sobie ile chcialam, ale nastawilam budzik na 9, bo inaczej pewnie przespalabym caly dzien. Jak zaczelo padac poprzedniego wieczora, tak padalo jeszcze troche rano, ale potem przestalo i nawet momentami wychodzilo slonce. Bi tego dnia umowila sie do galerii handlowej z dwiema kolezankami. Wszystkie trzy mialy po poludniu treningi, wiec chcialy jechac juz od rana. Umowilam sie z mama jednej, ze ona je zawiezie na 11, a ja o 14 odbiore. Po odjezdzie panny, zebralismy sie z Kokusiem i pojechalismy po rybki na przynete. Mlodszy umowil sie bowiem z kolega na ryby. Niestety, nawet nie przyszlo nam do glowy zeby sprawdzic (a zadne tego wczesniej nie zarejestrowalo) i kiedy podjechalismy do sklepu, okazalo sie, ze w poniedzialki maja zamkniete. :/ Nie tylko wiec Nik nie dostal rybek, ale tez zmarnowalismy czas, bo to 20 minut jazdy w jedna strone... Pozniej syn sie wkurzyl, bo napisal do kolegi, a ten stwierdzil, ze bez narybku nie jedzie na ryby. Mlodszy stwierdzil, ze czuje sie wykorzystywany. :D Wrocilismy wiec do domu i zyskalam odrobine spokoju, choc nie duzo, bo juz o 13:30 musialam wyruszac po corke. Powiedzialam jej, ze punkt 14 ma byc przy wyjsciu, bo na 15 ma trening, a jeszcze musimy odwiezc jej kolezanki. Na szczescie dziewczyny karnie staly juz przy drzwiach. Niestety, obie mieszkaja po przeciwnej stronie miasteczka od nas, wiec zanim odwiozlam jedna, potem druga i dojechalam do nas, byla juz 14:35. Bi poszla sie przebierac i pakowac rzeczy, ale z gory bylo wiadomo, ze sie spozni. Tym bardziej, ze obiecalam Kokusiowi, ze po drodze wyrzuce go nad jeziorem, bo stwierdzil, ze chce polowic nawet bez kolegi, na wabiki. A ze on tego dnia treningu nie mial, wiec czemu nie. Zanim dotarlysmy na basen, byla 15:10, wiec stwierdzam, ze i tak niezle. ;) Po powrocie mialam czas chwile posiedziec z malzonkiem, po czym, o 16:30, trzeba bylo wyruszyc po corke. Wrocilysmy, zaparzylam kawy i usiadlam i w tym momencie... zadzwonil syn! :D Pojechalam wiec po drugie dziecko. Oczywiscie zanim wrocilismy, byla prawie 17:30. I tak mi minal dodatkowy dzien wolny - na jezdzie w te i nazad. ;)
Wtorek byl dla Potworkow kolejnym dniem wolnym. Tradycyjnie, po dniu Kolumba, nauczyciele mieli dzien szkolen, a dzieciarnia cieszyla sie czwartym dniem weekendu. Ja juz tak dobrze nie mialam, ale ze pracowalam z domu, to tez nie bylo zle. Kiedy sie obudzilam, przyszedl do mnie, na poranne mizianie, kiciul.
Wstalam po 7, zeby zjesc i ogarnac sie zanim bede musiala zasiasc do laptoka. Kiedy wreszcie usiadlam do pracy, spotkala mnie niemila niespodzianka. Cos im sie porobilo po dlugim weekendzie i praktycznie zadne systemy nie dzialaly. :D Jednoczesnie napisala do mnie kolezanka z biura, ze tam nie dzialal nawet internet. No to bez wyrzutow sumienia porzucilam robote i zajelam sie domem. Wstawilam zmywarke, ogarnelam kuchnie, itd. W miedzyczasie powstawaly Potwory i Nik chcial zrobic kolejne podejscie do kupna zywej przynety i wypadu na ryby z kolega, ktoremu juz wybaczyl, ze tamten go wystawil do wiatru dzien wczesniej. ;) Poniewaz laptok nadal pokazywal awarie, stwierdzilam, ze mozemy pojechac. Zabrala sie z nami Bi, ktora chciala sie wyrwac z domu i zobaczyc sklep z przynetami. Co w tym takiego interesujacego? Nie mam pojecia. ;) W kazdym razie, podjechalismy pod sklep (tym razem byl otwarty), mlodziez poszla po rybki i za pare minut przyszli z wiaderkiem wypelnionym "ofiarami". Zawiozlam Mlodszego nad staw w klubie, gdzie siostra zapragnela zobaczyc jak zarzuca wedke. Brat zapewnial ze na zywa przynete lapie sie jedna rybka za druga, wiec poszlismy. Faktycznie, w ciagu moze 5 minut, ktore tam spedzilysmy, zdazyl zlapac dwie.
Siostra koniecznie chciala tez zdjecie z rybskiem, ale tak sie do tego zabierala, ze ryba dwa razy jej spadla i "skakala" po pomoscie. :D Juz myslalam, ze wskoczy spowrotem do wody, ale w koncu pannie udalo sie porzadnie chwycic.
Ona byla chetna zeby tam siedziec i siedziec, ale powiedzialam, ze moge ja zostawic, sama jednak musze wracac, bo systemy w robocie kiedys wreszcie naprawia. I faktycznie, jak chwile pozniej dojechalysmy i sprawdzilam laptopa, wszystko juz smigalo. Zasiadlam wiec do pracy, choc skupic sie bylo ciezko. W dodatku, umowilam sie z Kokusiem, ze odbiore go okolo 14, bo tego dnia on tez mial juz trening. Tymczasem wybila godzina druga, a tu zero wiadomosci. Napisalam sms'a, czy jest gotowy do powrotu. Nic. Po 10 minutach dzwonie. Znow nic. Zaczyna mnie juz cos trafiac, bo tyle razy powtarzam, ze ma miec wlaczony dzwiek w telefonie, a tu oczywiscie nie dosc, ze tylko wibracje, to telefon gdzies w czelusciach plecaka i zero lacznosci z dzieciakiem! Zadzwonilam pozniej kolejne dwa razy, wyslalam chyba z piec sms'ow i bez rezultatu. W koncu stwierdzilam, ze jak nie odezwie sie do 14:30, to pojade, odszukam go w tym klubie i nogi z doopy powyrywam! Mial szczescie, bo zadzwonil o 14:26, ale i tak dostal zdrowy opiernicz! Oczywiscie ja mu mowie, ze dzwonie i wysylam wiadomosci, a on na to ze niiic nieeee wiiiidziaaal... :/ Przywiozlam go do domu, ale zrobila sie juz oczywiscie prawie 15. Myslalam, ze Mlodszy wroci na tyle wczesniej zeby cos przekasic przed bieganiem, a tak to nie bylo szans. Tyle ze Bi przebrala sie w stroj i spakowala recznik i pojechalismy. Ostawilam syna pod szkole, a potem zawiozlam corke na basen. Wrocilam do chalupy i zasiadlam ponownie do pracy. Wrocil malzonek, wiec moglismy chwile posiedziec w samotnosci, zanim sie rozdzielilismy - on pojechal po syna, ja po corke. Ta znow miala pasta party, wiec od razu z basenu podwiozlam ja do kolezanki. Wrocilam do domu, ale spedzilam w nim 20 minut i musialam jechac po panne. Moglaby zostac dluzej, ale na 18 umowilam sie na paznokcie, a ona chciala jechac ze mna, nawet kosztem skrocenia imprezy.
Poniewaz nadal mialam na paznokciach stary lakier, musieli mi go najpierw odmoczyc, a potem zdrapywac, wiec troche to potrwalo. Do domu wrocilysmy o 19 i okazalo sie, ze malzonek juz zdazyl pojsc spac. Czyli nie spedzilam zadnego konstruktywnego czasu z M. (poza ta godzinka przed treningami mlodziezy) i kolejny dzien spedzilam w rozjazdach...
W srode czekala mnie juz duzo wczesniejsza pobudka. Potwory szly do szkoly, a ja jechalam do biura.
Tam tylko ja i jeden kolega, wiec cisza i spokoj. Spedzilam dzien troche sie obijajac, a troche zaliczajac szkolenia. Jedno obowiazkowe - coroczne, drugie dla chetnych, ale warto bylo posluchac. Z pracy urwalam sie tyci wczesniej, bo Bi miala zawody. Na szczescie akurat w to miejsce bylo blizej z mojej pracy, niz z domu. A i tak troche sie spoznilam, a ze panna plynela w pierwszym wyscigu, to mnie on ominal. Szczescie, ze byla to sztafeta, to az tak bardzo mi na tym nie zalezalo. Akurat jak dojechalam, zaczely sie skoki, wiec stwierdzilam, ze moglam z pracy wyjsc normalnie i akurat dojechalabym po nich. Nie umniejszajac nic skaczacym dziewczynom, one sa gietkie niczym gimnastyczki, ale strasznie mnie to nuuudzi... Najpierw dziewczyny maja rozgrzewke, wiec po kilka razy skacza sobie z trampoliny, pozniej zaczyna sie wlasciwy konkurs. Siedem (czasem wiecej, czasem mniej, zalezy ile kazda druzyna ma skoczkow) panien skacze po kolei, a kazda ma 6 skokow. Oczywiscie przed kazdym przymierzaja sie, ustawiaja, potem sedziowie musza kazdy pokazac karteczke z punktami i wszystko trwa i trwa... Bardzo czesto skoki sa przerwane, bo sedziowie sie naradzaja czy nie bylo dyskwalifikacji, co jeszcze wszystko przedluza...
W dodatku, po skonczonych skokach, znow robia krotka rozgrzewke dla plywaczek, zanim podejma dalsza czesc zawodow. Tym razem trener zupelnie zmienil pannie wyscigi i plynela dwie sztafety i tylko jeden wyscig indywidualny - 50m stylem grzbietowym. Przyplynela czwarta na 6 dziewczyn, wiec niezle, choc bez fajerwerkow. Po zawodach podjechalysmy do Dunkin' i w koncu do domu. Mimo ze byly blisko, to jakos dlugo trwaly i bylysmy dopiero prawie o 18. Wieczor zlecial wiec ekspresowo i stwierdzam, ze czesc mnie czeka juz az jesienne sporty sie skoncza, bo zaczynam byc zmeczona. Bi nie planuje nic uprawiac zima, zas Nik chce plywac, ale miedzy biegami przelajowymi a plywaniem bedzie okolo miesiaca przerwy. Z blogoscia mysle o leniwych popoludniach i wieczorach. :)
Czwartek zaczal sie troche nerwowo, bo dzien wczesniej na mediach spolecznosciowych pojawily sie jakies plotki o ataku planowanym na szkole dzieciakow na ten dzien. Rodzice dostali maila od administracji, ze po sprawdzeniu wszelkich poszlak, nie widza dowodow na jakikolwiek planowany atak, ale w szkole bedzie tego dnia policja. Jednoczesnie, niektorzy ludzie komentowali, ze slyszeli juz o tym kilka dni wczesniej, inni (jak ja) dopytywali co to w ogole byly za plotki. Potworki o niczym nie slyszaly, dopiero kiedy rodzice zaczeli dopytywac, koledzy wysylali im wiadomosci. Nadal nikt jednak nie wiedzial o co chodzi - bomba, nozownicy, strzelanina? W koncu ktos na Fejsie zamiescil zdjecia wiadomosci, ze gdzies ktos cos slyszal, ze moze byc strzelanina. Kilkoro rodzicow napisalo, ze na wszelki wypadek zatrzymuja dzieci w domu. Tez przeszlo mi to przez mysl, zadzwonilam do M. zeby sie poradzic, ostatecznie jednak stwierdzilam, ze na chlopski rozum, skoro w szkole maja byc partole policyjne, to raczej ryzyko, ze cos sie wydarzy jest mniejsze niz zwykle. Kiedy dojechalam pod szkole, faktycznie staly pod nia 4 radiowozy, a przed wejsciem kilku policjantow.
Kolejka aut odstawiajacych dzieciarnie nie wydawala sie krotsza, wiec wiekszosc rodzicow raczej wyciagnela te same wnioski, co ja. ;) Potwory poszly, a ja pojechalam do roboty. Plan na ten dzien mialam zupelnie inny, ale jak tylko otworzylam maile, wyskoczyla mi wiadomosc, przypominajaca ze do kolejnego dnia trzeba napisac i wyslac roczna samoocene. :O Wiadomosci o tym przyszly na poczatku... sierpnia, wiec machnelam reka ze mam czas, a ze wtedy mialam tez straszny zapiernicz, to natychmiast wylecialo mi to z glowy. W zeszlym tygodniu szefowa mojego szefa wyslala maila przypominajacego i dodala instrukcje. Tu juz nie mam usprawiedliwienia; po prostu przeczytalam i natychmiast zapomnialam. Kiedy wiec w czwartek nagle przyszla wiadomosc, ze ma to byc zrobione do nastepnego dnia, wpadlam w lekka panike. Na szczescie moja kolezanka z kwietniowego wyjazdu jest niesamowicie ogarnieta w takich administracyjnych sprawach, wiec pomogla mi wydobyc z czelusci programow komputerowych, potrzebne informacje. To byl niestety jednak tylko poczatek. Instrukcje wyraznie mowily, zeby mozna napisac samemu, ale ze oni sugeruja uzycie naszego wewnetrznego chatGPT. :D Wydawalo sie proste: wrzuce potrzebne informacje, a system "wypluje" mi gotowy tekst. Taaa... Najpierw dostalam szereg powiadomien, ze chat potrzebuje jeszcze tego i tego i tamtego. Przeszukiwalam wiec czeluscie swoich dokumentow, pisalam do kolegow gdzie odkopali to czy tamto, a potem okazalo sie, ze w systemie cos pozmieniali i trzeba bylo w chat'cie kliknac inaczej. O luuuudzie! Zla bylam tez przy okazji, bo moj szef oczywiscie byl na wakacjach! Ten chlop zawsze wyjezdza kiedy potrzebowalabym jego pomocy! :/ Po pracy zajechalam do naszego klubu, bo biegi przelajowe mialy tego dnia senior night, czyli celebracje najstarszego rocznika, ktory wiosna odchodzi. Z tego co wiem, wszystkie zespoly maja taka "nocke seniorow", tyle ze gdzie na plywaniu faktycznie impreza jest wieczorem, tak tutaj urzadzono ja o 3 po poludniu, zamiast treningu, wiec co to za "night"? ;) W kazdym razie, z tej okazji kazdy rocznik mial sie ubrac w okreslony sposob - sophomores (X klasa) miala koszulki w stylu tie-dye, juniors kolorowe czapeczki z wiatraczkami, a seniors swoje koszulki szkolne dla najstarszych. Grupa Kokusia, czyli freshmen, miala zalozyc koszulki w zarowiastych kolorach. Okazalo sie jednak ze posluchala tego tylko jedna dziewczynka oraz kolega Kokusia, ktory przywiozl koszulke rowniez dla niego.
Ja nie wiedzialam nawet ze maja sie specjalnie ubrac, inaczej pozyczylabym mu cos swojego lub Bi, ale nic wczesniej nie powiedzial, to trudno. Poza tym, trzech chlopcow mialo koszulki w kolorze zoltym, a reszta normalne. Mimo ze wieczorek mial byc glownie dla najstarszych, trenerzy zorganizowali jeszcze calej druzynie wyscig, tylko z "haczykiem". :D Poniewaz scigali sie miedzy soba, trenerzy puszczali ich grupkami na podstawie czasow - od najwolniejszych, do najszybszych. Tak to rozlozyli, ze miedzy pierwsza a ostatnia grupa bylo 9 minut! :O Nik Nie wiem jak oni to podzielili, bo w niektorych grupkach byly 3 osoby, w innych 5, niektore dzieciaki biegly same... Mlodszy pobiedl w grupce czterech osob, trzeciej od konca. Zrobili koleczko przez las, przebiegajac obok klaszczacej grupki rodzicow ktora przyjechala (i to wiekszosc wcale nie byla rodzicami najstarszych), a pozniej mieli kolejne kolko, ktore w polowie skrecalo do lini mety, tak zeby razem wyszlo 3.2 km.
Zwykle w zawodach biegna duzo dalej, no ale to miala byc zabawa. :) O dziwo, Nik, ktory pobiegl jako jeden z ostatnich, przybiegl z numerem 4. Szkoda, ze ten wynik do niczego sie nie zalicza. ;) Po wyscigu mieli pizze oraz ciasto (ale tylko dla mlodziezy), a pozniej mialy byc juz oficjalne przemowienia na czesc seniorow oraz rozdawanie nagrod. Stwierdzilam wiec ze pojade do domu, bo po pierwsze, nie bardzo chcialo mi sie tam sterczec, a po drugie M. mial dentyste i nie bylam pewna czy zdazy odebrac Bi z treningu. O to ostatnie martwilam sie zupelnie niepotrzebnie, bo kiedy dojechalam do domu, napisal ze czeka juz pod basenem. Niedlugo wiec ze Starsza dojechali, a pozniej pozostalo czekac az Mlodszy napisze ze jest gotow na powrot do domu. Wiedzac, ze jest w naszym klubie, w pelni spodziewalam sie, ze napisze zeby mu dowiezc wedke i ze chce zostac na rybach. Niespodziewanie jednak, chcial wracac, ale za to jeczal o Dunkin'. Tlumaczylam, ze to nie byly "prawdziwe" zawody, wiec mu sie nie nalezy, ale zrobil mine kota ze Shreka, wiec wiadomo - uleglam. Nie mam kregoslupa... :D Okazalo sie, ze trenerzy oceniali czasy freshmen przeciwko sophomores i juniors przeciw seniors. Najmlodszy rocznik, czyli Kokusia, wygral ze starszym o rok i w nagrode dostali breloczki. Zanim wrocilismy byla juz znowu prawie 18 i kolejny dzien przemknal...
Piatek zaczelam troche pozniej, bo pracowalam z domu i tylko podwozilam Potwory do szkoly. Dzien byl jednak ponury i deszczowy, wiec kiedy zadzwonil budzik, wydawalo mi sie, ze nastawilam go na zla godzine, tak bylo ciemno. Pod szkola znow staly dwa radiowozy. Ciekawe ile jeszcze czasu policja bedzie patrolowac nasza placowke... Wrocilam do chalupy i zabralam sie za robote. Mialam troche administracyjnych pierdolek przed kolejnymi inspekcjami, bylo tez wirtualne spotkanie z jakims "wazniakiem", ktorego sobie posluchalam, a pozniej zaczelam patrzec na liste rzeczy ktore powinnam wiedziec przed moja obserwacja na ocene. Przeczytalam i... cycki opadaja. Niektore rzeczy faktycznie przydatne i musze zrobic sobie liste zeby o czyms nie zapomniec. Ale niektore... Zeby ubrac sie profesjonalnie, a nie w dres. Zeby nie spedzac polowy dnia na telefonie, piszac sms'y i odbierajac prywatne telefony. I pare jeszcze podobnych "kwiatkow". Serio?! Kto robi takie rzeczy?! W miedzyczasie odebralam ze szkoly Bi, bo tego dnia nie miala treningu, konczyla wiec juz o 14:23. Zamiast tego, zaprosila kolezanke, bo trening tamtej tez zostal odwolany. Podwiozlam panny pod dom, po czym pojechalam jak najszybciej do okulisty, bo dostalam wczesniej wiadomosc, ze maja moje nowe okulary. Odebralam patrzalki i o raju! Faktycznie widze duuuzo lepiej, choc czesciowo pewnie jest to spowodowane tym, co juz ostatnio pisalam, ze poprzednim razem okulistka jakos dziwnie dobrala mi szkla i jednym okiem widzialam duzo gorzej. Tym razem przez obydwa widze podobnie, wiec nie ma takiego irytujacego wrazenia, choc za to dziwnie chodze, bo patrzac w dol, mam wrazenie jakbym patrzyla przez akwarium. ;) No nic, za pare dni przywykne. Przyjechalam do domu, gdzie Bi, z typowa dla siebie szczeroscia, stwierdzila, ze nie podobaja jej sie moje nowe okulary i wolala mnie w starych. :D Kiedy ironicznie "podziekowalam", zaczela sie bronic, ze musi sie przyzwyczaic. Okeeeey... Po powrocie zabralam sie ponownie za robote, co chwila uciszajac Bi, bo ja siedzialam w salonie, a panny urzedowaly w kuchni, piekac cynamonowe kuleczki. Wrocil z pracy M., pojechal po syna, a zanim wrocil, po kolezanke zdazyl przyjechac tata. Najlepiej, ze malzonek siedzial w domu prawie godzine, zasiadl przy mnie na kanapie i cos tam co chwila gadal i nie zauwazyl nawet, ze mam na nosie nowe okulary! :D Dopiero jak przywiozl Kokusia, to ten od razu sie zorientowal i pokazal ojcu. Nik zasiadl do obiadu, ja dokonczylam prace, a potem pojechalismy na tygodniowe zakupy spozywcze. Po nich dzieciaki chcialy jechac na bubble tea, ale kiedy chcialam zlozyc zamowienie, pan poinformowal, ze nie maja... tapioki. To tak jakby podstawa tego napoju? :D Pojechalismy wiec jak niepyszni do domu, choc moze to i dobrze, bo ostatnio tyle kupujemy Dunkin'a, ze zaczynaja mi sie te wszystkie napoje przejadac. ;)
Do poczytania!











Brak komentarzy:
Prześlij komentarz