Zaczal sie sierpien, ktory dla mnie od zawsze byl swoistym "poczatkiem konca". Cos jest takiego w wakacjach, ze lipiec ciagnie sie guma w gaciach i czlowiekowi wydaje sie, ze ma tyyyle czasu na wszystkie atrakcje i ekscytacje, a potem nadchodzi sierpien i wlasciwie tylko sie mrugnie i juz czas witac szkole. :/
Sobota, 1 sierpnia to odsypianie tygodnia inspekcji, choc takie srednie, bo juz drugi tydzien pod rzad ktorys z sasiadow uznal, ze 8 rano to idealna pora na koszenie kosiarka zylkowa. Normalna kosiarka to taki jednostajny warkot, ze przy zamknietych oknach robi sie z tego bialy szum, ale zylkowa to zupelnie inna historia, bo to takie przerywane bzyczenie, strasznie irytujace. W koncu nie moglam juz tego zniesc i podnioslam sie na lozku zeby sie dobudzic. W tym samym czasie obudzil sie Nik, ktory przylazl do mojego lozka, polozyl sie na miejscu M. i lezal tak opowiadajac glupoty. ;) W koncu wstalam, ogarnelam sie conieco i trzeba bylo zabrac sie za cos pozytecznego. Kiedy dzien wczesnie sprawdzalam prognozy, wydawalo mi sie, ze w koncu spadnie wilgotnosc powietrza i da sie otworzyc okna i przewietrzyc. Niestety, nie wiem na co ja patrzylam, ale nadal mielismy 60% wilgoci, wiec powietrze bylo ciezkie i duszne i zostawilam klimatyzacje, bo bez niej siedzielibysmy ciagle zlani potem. Poskladalam jedno pranie, wstawilam kolejne, wysprzatalam kuchnie, a w miedzyczasie udalo sie tez troche posiedziec na ganku oraz tarasie. Malzonek sie ze mnie smieje, bo w domu klima, a ja siedze na zewnatrz. Nic jednak nie poradze, bo choc wiem, ze ta klimatyzacja to wybawienie przy naszym klimacie, to jednak mi sie momentami robi zwyczajnie zimno, mimo ze temperature mamy nastawiona na 23 stopnie. Wychodze wiec na zewnatrz zeby sie zagrzac. :D Wscieklam sie tez, bo mimo lata, kiciul nadal zostawia "prezenty" w kuwecie i trzeba ja czyscic. To jednak ok; wiadomo, jest kot, jest i kuweta. Tyle ze otwieram kosz (mamy do kuwety taki specjalny z zapadka, zeby blokowal nieprzyjemne zapachy), a tam worek sciagniety do polowy i kocie kupy obok worka, na dnie pojemnika! No zesz kurna!!! Skonczyl sie worek i wyszedl z ramy z jednej strony. I, do cholery, nikt inny tego albo nie zauwazyl, albo mial w doopie! Mysle, ze to drugie, bo jak mozna nie zauwazyc, ze odchody leca obok worka, a nie do niego?! Ja zauwazylam sciagniety worek natychmiast po otworzeniu kosza! Oszaleje czasem z ta moja rodzina. :/ Rzecz jasna to mnie przypadlo w udziale otworzenie calego kosza, wyjecie worka i przesypanie do niego tego, co bylo obok, "delektujac" sie wszystkimi zapaszkami. No i zalozenie nowego wkladu z workiem. :/ Pojechalismy do kosciola, a pozniej Nik umowil sie z kolega na ryby w naszym klubie. Zawiozlam go, a o 20 odwiozl go tata kolegi.
W niedziele znow moglam pospac i znow nie bylo mi dane, tym razem przez kota, ktory chodzil i darl pyszczek. Juz ktorys raz mam wrazenie, ze ten siersciuch zwyczajnie probuje nas obudzic, bo jak tylko podnioslam sie na lozku, to przylazla, pokrecila sie na moim brzuchu, pochlastala mnie ogonem po twarzy, po czym ulozyla sie w nogach lozka i poszla spac. Co za cholerna zolza! ;) Tradycji stalo sie zadosc, czyli wstalam, ogarnelam sie, zjadlam sniadanie, po czym wstawilam chlebek bananowy i napisalam do taty zeby wpadal na kawe. Dziadek przyjechal, posiedzial do 15 i pojechal. Chwile pozniej Nik oznajmil ze chcialby... jechac na ryby. Jaka niespodzianka! :D Zawiozlam kawalera, po czym spedzilam popoludnie skladajac pranie, zmieniajac dzieciakom posciel, sprzatajac nasza lazienke, itd. Malzonek kladl sie spac o 19:30 i zaczal panikowac, ze synka nadal nie ma i ze "mam natychmiast po niego jechac". Smialam sie, ze tak, zadzieram kiece i lece. Nasluchalam sie oczywiscie marudzenia, ze w klubie na pewno jest pusto bo pogoda kiepska i on tam biedny sam. Taaa... Po pierwsze, po poludniu sie faktycznie troche zachmurzylo, ale nie zmienia to faktu, ze mielismy 29 stopni i 60% wilgotnosci. Panowala sauna i kiedy syna odwozilam, na plazy oraz jeziorze siedzialy istne tlumy. Plaze zamykaja teraz o 19:15, ale wiem ze nawet kiedy nie mozna juz plywac, ludzie nadal siedza, kreca sie, dzieciaki pedza na plac zabaw, starsi graja w siatkowke czy kosza... Nie ma, ze w ciagu 10 minut wszystko pustoszeje. Zachod slonca jest o 20:08 i choc kolo domu juz ciemnawo, to w klubie calkiem jasno. Pojechalam po syna tuz przed 20 i choc przy stawie byl sam, to przy jeziorze i na parkingach nadal krecilo sie mnostwo ludzi.
A podobno kolo stawu wczesniej tez byla rodzina, ktora poszla doslownie kilka minut zanim przyjechalam. Syn zlapal dwie ryby, wiec byl calkiem zadowolony i od razu zaczal planowac kolejny wypad nastepnego dnia bo mialam pracowac z domu.
Poniedzialek musialam juz zaczac wczesniej, choc po wylaczeniu budzika mi sie przysnelo i obudzilam sie 15 minut pozniej. Takie cos praktycznie mi sie nie zdarza, ale jednak. Dobrze, ze zasnelam na kwadrans, a nie godzine. :D
Tego dnia pogoda byla paskudna i gratulowalam sobie tego, ze pracuje z domu. Bylo cieplo, 26 stopni, ale za to przez wieksza czesc dnia padalo i to czasem tak, ze swiata nie bylo widac. Powietrze bylo ciezkie jak zupa, a okna zaparowaly. W ktoryms momencie usiadlam w bujanym fotelu na ganku zeby popatrzec na deszcz spod zadaszenia i po chwili mialam mokre plecy i tylek, bo fotel byl nasycony wilgocia. Oczywiscie kiedy pozniej weszlam do klimatyzowanego domu, dostalam gesiej skorki i zalozylam sweter. ;) Co do pracy, to przede wszystkim musialam sie zajac raportem, ale najpierw przejrzalam tez maile, bo bedac na inspekcji oznaczalam tylko te, ktore byly wazne, ale nie mialam nawet czasu ich dobrze przeczytac. Teraz okazalo sie, ze jednym z nich byla informacja na temat szkolenia, na ktore mam wyjechac we wrzesniu, gdzie bylo napisane, zeby rezerwacje zrobic "jak najszybciej". Zrobilam ja, wyslalam tez szefowi autoryzacje do podpisania. Wiecie, niewazne ze wysylaja cie gdzies "odgornie"; i tak musisz miec oficjalne "pozwolenie" od szefa. Ciekawe co by bylo gdyby napisal, ze nie daje zgody? :D W kazdym razie, pozniej musialam juz zajac sie raportem. To juz, albo dopiero, drugi samodzielny i szlo mi niestety jak po grudzie. Praktycznie caly dzien meczylam sie, a napisalam... 3 strony. ;) Najgorzej, ze nawet kiedy skoncze czesc pisana, bede miala nadal pierdylion papierow do zeskanowania. :/ Wrocil z roboty M., a chwile pozniej po Kokusia przyjechala mama kolegi. Tym razem chlopaki wybraly sie do kina na nowego Spiderman'a. Zaproponowalam, ze moge ich potem odebrac i odwiezc kolege do domu, z czego jego mama sie oczywiscie bardzo ucieszyla. A ja sie wrobilam. :D Wybrali kino oddalone o jakies 10 minut od naszego domu, wiec super, tyle ze kolega mieszka prawie na drugim koncu naszej miejscowosci. Juz to oznaczalo wiec prawie polgodzinna jazde. A pozniej okazalo sie, ze odbieralam ich tuz przed 19, za to o tej porze zamkneli glowna droge przez centrum naszego miasteczka. Wprowadzili ruch wahadlowy i wracajac po odwiezieniu kolegi, utknelismy przed glownym skrzyzowaniem na 20 minut! :/ Wieczorem zas, mielismy kolejna "kocia" przygode. Siedzialam sobie spokojnie na kanapie, az uslyszalam wsciekly miauk napierdzielajacych sie kotow. Wygladam na taras, a tam na balustradzie stoi sobie Oreo, zas spod stolu zerka na mnie... drugie Oreo! :D Nasz kiciul ma sobowtora, ktorego czasem widywalam na kamerach. W ciemnosci mi sie myli, bo tamten tez ma biala mordke i biale skarpetki. Jedyna roznica, to nie ma bialej koncowki ogona. Kot jest jednak bardzo plochliwy. Zwykle widzialam go tylko przemykajacego sie chylkiem kolo domu. W zyciu nie przypuszczalabym, ze przylezie za Oreo na taras, jak Bandyta, ktory jest bardzo przyjacielski i lubi ludzi. Otworzylam drzwi i zawolalam kiciula, ale ten zbyt zajety byl syczeniem na intruza. ;) Tamten zbiegl na schody, ale wcale specjalnie nie uciekal. Dopiero kiedy wyszlam na taras, zwial na sam dol, ale musialam klasnac w rece zeby spierdzielil za garaz. Oreo nadal jednak wyla, syczala i nie chciala wejsc do chalupy. Po chwili wyszlam, patrze, a tamten kot znow jest przy schodach na taras. Uciekl troche nizej, tam gdzie jest miejsce na ognisko, ale znow musialam kilka razy klasnac zeby odbiegl w mrok. Nie wiem jednak czy nadal gdzies sie tam nie czail, bo Oreo nie odpuszczala i caly czas posykiwala. Tyle, ze w koncu Nik wzial ja i sile wniosl do domu i nadal syczala, wiec moze po prostu ma problem z kontrola wlasnych emocji. :D
We wtorek trzeba bylo wstac jeszcze wczesniej, ale tym razem udalo mi sie nie zasnac po wylaczeniu budzika. ;) Za to nasz kiciul wskoczyl mi na brzuch, dal sie podrapac za uchem i pochlastal po twarzy ogonem, nadstawiajac dupke do drapania. :D Wyszykowalm sie do roboty, zostawilam Potworkom wiadro z czysta woda i poleceniem odkurzenia i umycia podlog na gorze, po czym popedzilam do roboty. W biurze doslownie tlumy, bo poza mna dwoch kolegow i dwie kolezanki. Wiekszosc dnia mordowalam sie oczywiscie z raportem, choc szef zdolal mnie tez wkurzyc. Napisala do mnie babka z centrum, pytajac kiedy wysle podsumowanie inspekcji. Spytalam wiec szefa co to za podsumowanie? Okazalo sie, ze jest to lista pytan ze zlecenia. Widzialam ja wczesniej, ale zapomnialam. Szef dodal jednak, ze to powinno byc wyslane w dzien zakonczenia inspekcji. No swietnie, tylko skad ja mam o tym wiedziec?! Z poprzedniej inspekcji nic takiego nie bylo potrzebne, a w zleceniu bylo napisane zeby wyslac podsumowanie, ale nie bylo kiedy. Gdy wczesniej to czytalam, pomyslalam ze jak juz napisze raport. W kazdym razie, stwierdzilam, ze szybko odpowiem na pytania, po czym to "szybko" okazalo sie ponad polgodzinnym szukaniem informacji w notatkach oraz zebranych papierach. No ale odeslalam... Z raportem tez mialam wrazenie, ze idzie mi wolniej niz powinno, no ale pomalu brnelam do przodu. Oczywiscie najgorzej ze nie wiem do czego szef sie przypierdzieli. :/ Po powrocie do chalupy, szybko zgarnelam Potworki i pojechalismy na zakupy. Robilam je dopiero co w piatek, ale teraz chcialam dokupic to, co potrzebne bylo nam na kemping. Pozniej zajechalismy jeszcze do Dunkin' po kawe i napoje i do domu. Poniewaz mielismy wyjechac na kilka dni, poszlam do warzywnika zeby zobaczyc co trzeba zebrac. Malzonek przyniosl wczesniej jednego ogorka, ale jakims cudem zignorowal dwa pomidory oraz cukinie. Ta ostatnia niestety ponownie padla ofiara tych owadow, ktorych larwy draza w ich lodygach. Jedna uschla kompletnie, dwie pozostale ledwie ciagna. Za to odkrylam, ze groch, ktory cos nadgryzlo, dzielnie wypuszcza listki na dole smetnych lodyzek, wiec go podpielam do tyczek. Moze cos jeszcze z niego bedzie. Poki co tylko pogryzly mnie komary. ;) Wieczorem musialam zabrac sie za malosolne.
To kolejna ogrodowa porazka. Malzonek kupowal w tym roku sadzonki i chociaz mowilam mu ktory gatunek ogorkow jest do kiszenia, kupil zwykle ogorasy salatkowe. Pozniej tesciowa mu nagadala, ze w Polsce nikt nie patrzy na gatunek, tylko kisi sie po prostu z malych ogorkow. Najwieksza bzdura jaka slyszalam, ale oczywiscie nie moglam przekonac malzonka, ze jego mamusia nie ma racji. :/ Teraz wyszlo jednak na moje, bo ogorki rosna dlugie i cieniutkie jak palec. Do czasu, kiedy zrobia sie nieco grubsze, maja juz z 15 cm dlugosci lub wiecej. Ledwie zmiescily sie na wysokosc do sloika. A malzonek wscieka sie i miota jakby to nie on sam kupil nie taki gatunek jak trzeba. :/
W srode pracowalam z domu, ale bralam tez pol dnia wolnego, wyjezdzalismy bowiem na kemping i chcielismy wyruszyc jak najszybciej. Przez to mialam wiec taki bez sensu dzien, bo staralam sie i pisac dalej raport i konczyc pakowac. W rezultacie ciezko bylo mi sie skupic na jednym i na drugim. Malo co dopisalam do raportu i zapomnialam spakowac sciereczek do mycia okularow. Na szczescie znalazlam jakies zachomikowane kiedys w przyczepie, modlilam sie tylko zeby nie byly wyschniete. Aha! Jeszcze rano schodze na dol, nadal rozespana i polprzytomna, a tam za oknem przy frontowych drzwiach taki widok:
Bardzo szybko sie obudzilam. :D No i dobrze, ze nie wypuscilam akurat psa czy kota... Polowa dnia zleciala migiem, w miedzyczasie dojechal z pracy M. i pomogl troche w pakowaniu i tuz po 13 wyruszylismy. Mimo srodka tygodnia i w miare wczesnej godziny, korki juz sie niestety pojawily, wiec dojechalismy pozniej niz bysmy chcieli. Pojechalismy w jedno z naszych ulubionych miejsc, nad sam ocean. Droga to jednak 2.5 godziny bez korkow. Tym razem jechalismy grubo ponad 3. Na miejscu rozpakowac wszystko, rozlozyc sie na naszej miejscowce, Nik poszedl na ryby (nic nie zlapal) i dzien zlecial.
Tym razem mielismy podlaczenie do pradu i cale szczescie, bo kolejny raz wyjezdzalismy w rekordowe upaly. Nie ma co narzekac oczywiscie. Lepiej tak, niz deszcz. ;) No i tam akurat, nad samym oceanem, bylo o kilka stopni chlodniej. Niestety, byla tez wysoka wilgotnosc, wiec cale szczescie ze moglismy wlaczyc klimatyzacje. Choc najpierw trzeba bylo ja rozgryzc i tak naprawde dopiero ostatniego dnia mielismy chlod w przyczepie. Wczesniej bylo po prostu chlodniej niz na zewnatrz. :D W rezultacie, w czwartek wszyscy poza Kokusiem wstalismy dosc wczesnie, bo jak tylko wzeszlo slonce, zrobilo sie za goraco.
Mnie jeszcze wkurzyl M., bo okno od mojej strony bylo akurat od wschodu, a ten z samego rana odslonil zaluzje. Slonce tak grzalo mi po nogach, ze nie dalo sie wytrzymac. I tak co rano. Ja wieczorem zaslanialam zaluzje wlasnie zeby slonce nie nagrzewalo sypialni, a malzonek niczym maniak je odslanial. Zreszta w domu mamy wiecznie ta sama walke. Okna w naszej sypialni oraz jadalni wychodza centralnie na poludnie i caly dzien swieci przez nie slonce. Tlumacze jak krowie na rowie, ze materialy plowieja, a drewno ciemnieje, nie mowiac juz ze nasza sypialnia nagrzewa sie niczym piec. Ja zamykam zaluzje w sloneczne dni, a M. zrzedzi ze ciemno jak w piwnicy (choc nawet tam nie siedzi!) i je otwiera... :/ Tak czy srak, w czwartek zaczelismy dzien wczesnie, ogarnal sie czlowiek i zaczal odpoczywanie. :) Czyli obszedl caly kemping naokolo, pojezdzil na rowerze, pozarl loda i wypil kawe, po czym nadszedl maksymalny odplyw. Na tym kempingu oznacza to jedno - kraby! :D
Poszlismy na plaze przy rzece, gdzie Bi poszla sie wykapac, a ja z Kokusiem oddalismy sie lowom. Niestety, Nik zapomnial przywiezc swojej siatki, co zdecydowanie utrudnilo wygrzebywanie krabiszonow spod wodorostow, ale pare zlapalismy. Co ciekawe, ja wiecej, bo jakos mam po prostu lepsze "oko". A moze zwyczajnie wiecej cierpliwosci, bo chodze przez wode pomalu i ostroznie, patrzac uwaznie i przewracajac kamienie. Nik biega przez wode niczym wydra i skacze przez skalki, ploszac wszystko naokolo. ;) Kiedy wrocilismy na kemping, malzonek zabral sie za hamburgery, narzekajac ze przy grillu jest strasznie goraco. Ameryke odkryl. ;)
No coz, goraco czy nie, jesc trzeba. Przez wiekszosc czasu i tak zywilismy sie glownie lodami i pilismy niemozliwe ilosci wody, ale raz dziennie fajnie bylo zjesc normalny posilek. Po poludniu stwierdzilam, ze malo mi ruchu i postanowilam przejsc sie wzdluz glownej plazy. Towarzyszyly mi oczywiscie Potworki.
Po powrocie Nik chcial isc na ryby, ale do maksymalnego przyplywu troche brakowalo, wiec woda nie docierala do scianki idacej wzdluz kempingu, a z ktorej lowi sie najlepiej. Pojechalismy wiec w poszukiwaniu lepszego miejsca, ale skonczylo sie tak, ze przeciagalismy nasze rowery przez piach na plazy. ;) Kola Kokusiowego roweru sa dosc grube i on przez wiekszosc czasu mogl jechac. Moje sa duzo ciensze i niestety - co kilka krokow sie zakopywalam... :/
Wieczorem siedzielismy przy ognisku, choc moze bardziej akuratne byloby stwierdzenie "z dala od ogniska". ;) Rozpalilismy je dla towarzystwa, ale nawet o 22 wieczorem nadal bylo 25 stopni, wiec siedzial czlowiek 3-4 metry od ognia.
W piatek pobudka ponownie byla dosc wczesna, bo slonce podgrzewalo przyczepe niczym piekarnik. Dopiero po poludniu tego dnia udalo sie M. podkrecic cos w klimatyzacji i wreszcie porzadnie obnizyc temperature. Tego dnia Potworki chcialy isc nad ocean w czasie odplywu, liczac na porzadne fale do plywania na deskach. Niestety, jak zwykle na tej plazy fale nie zawodza, tym razem ocean byl niemal niczym tafla jeziora. Tylko od czasu do czasu nadplynelo kilka fal pod rzad, ale bardzo delikatnych. Troche udalo im sie po "surfowac", ale mieli zdecydowany niedosyt.
Spedzilismy tam duzo wiecej czasu niz planowalismy, bo mimo wszystko bawili sie calkiem niezle, wiec kiedy dotarlismy spowrotem na kemping, nie bylo juz po co isc "na kraby", bo przyplyw trwal w najlepsze i skalki w wiekszosci byly juz pod woda. Za to wieczorem poszlismy nad rzeke, troche na spacer, a troche dla Kokusia, ktory chcial sprobowac znow poslizgac sie na swojej skimboard (nie wiem jak taka deska zwie sie po polsku).
Mowilam mu wczesniej, ze duze polacie plytkiej wody w czasie odplywu, to miejsce idealne, ale krepowal sie tlumu ludzi. Podczas przyplywu to juz nie to samo, ale troche sie poslizgal. Pozniej znalazl wielka klode z gwozdziami. Nie mam pojecia od czego sie oderwala, ale Potworki zasmiewaly sie, ze to czesc z Czarnej Perly. :D
W sobote bylo odrobine wiecej chmur, a wiec nieco nizsza temperatura. Tak okolo 27 stopni. Mroz po prostu. ;) Co mialo znaczenie kiedy poszlam z Potworkami wykapac sie w oceanie. Przy sloncu co chwila znikajacym za chmurami, duzo trudniej bylo sie zamoczyc w lodowatej wodzie. Zapomnialam bowiem wspomniec, ze miala ona 18-19 stopni i choc stop nie przeszywal bol zaraz po wejsciu, jak to mialo miejsce jeszcze w czerwcu, to jednak nawet zimnolubny Nik stwierdzil, ze teskni za oceanem na Florydzie. :D A jeszcze co chwila czuc bylo przeplywajace chlodniejsze prady... Nie zdawalam sobie sprawy z tego jak zimna byla ta woda, dopoki nie zaczelam z niej wychodzic i na plyciznie zorientowalam sie, ze ledwie ide bo stopy oraz lydki mialam kompletnie zdretwiale! :D No ale pochlapalismy sie i wrocilismy do M., ktory oczywiscie na wspomnienie o plazy spasowal. Tym razem plywalismy przed kompletnym odplywem, wiec kiedy ten nadszedl, poszlam z Kokusiem na skalki. Tym razem trafilo nam sie kilka wiekszych krabow, tylko ciezko je zlapac bez siatki.
Sa zaskakujaco szybkie i w dodatku zawziecie sie bronia. Cwaniaki, nawet trzymane od tylu, potrafia siegac szczypcami pod spod i dziabnac cie w palca. ;) Kilka jednak udalo sie Nikowi schwytac.
Byla sobota, wiec tradycyjnie po poludniu pojechalismy do kosciola. Kiedy z niego wyszlismy, okazalo sie, ze nadeszly ciemne chmury i prognozy zapowiadaly przelotne burze. Ostatecznie jednak tylko lekko pokropilo kiedy siedzielismy przy ognisku i to tak delikatnie, ze czlowiek nawet nie pomyslal zeby sie schowac. Za to juz po zmroku, nad kempingiem rozblysly fajerwerki. To jest wlasnie fajne w tej miejscowosci, ze nawet kiedy dawno po 4 lipca, tutaj co weekend jest pokaz sztucznych ogni. I puszczaja je tak blisko, ze mozna je podziwiac nie ruszajac sie ze swojej miejscowki.
Niedziela oznaczala niestety powrot do domu, na ktory nikt z nas nie mial ochoty. Najpierw jednak posiedzielismy z kawa przy przyczepce, delektujac sie pieknym porankiem. W nocy przeszedl jednak deszcz, ale juz od rana przypiekalo slonce, wiec zostawione nieopatrznie reczniki oraz stroje, schly w blyskawicznym tempie. Malzonek zaczal pakowac to i owo, a ja migiem pochowalam wszystko z wnetrza przyczepy i przetarlam powierzchnie, po czym stwierdzilam, ze musze "pozegnac" ocean.
W tym roku juz na pewno na ten kemping nie wrocimy, a ze z domu na plaze (oceaniczna) mamy okolo 1.5 godziny jazdy, to raczej nie planuje takiego wypadu. Poszlam wiec na krotki spacer wzdluz wody. Mialam zalozyc stroj, ale ze byl mokry, wiec stwierdzilam, ze pojde w normalnych ciuchach. Blad! Byl przyplyw, woda bila wysoko o brzeg i zaraz pierwsza fala chlapnela mi po tylku. ;) I zeby to jedna...Wracalam w lekko wilgotnych portkach, ale warto bylo. :D Dopakowalismy wszystko co konieczne, zahaczylismy o zrzut sciekow i ruszylismy do domu. Po drodze bylo troche zatorow, ale przejechalismy dosc sprawnie i o 15 dotarlismy na miejsce.
Reszta to oczywiscie rozpakowywanie, kazdy kolejno pod prysznic, no i dla rodzicow szykowac sie na dzien w robocie. Poczatkowo myslalam, zeby w poniedzialek pracowac z domu, ale chcialam koniecznie dokonczyc czesc pisana raportu, a w biurze jednak duzo latwiej sie skupic, szczegolnie teraz, kiedy Potworki nadal maja wakacje.
W poniedzialek musialam sie wiec zwlec dosc wczesnie i ruszyc do biura. Ktos tam musial byc tuz przede mna, bo bylo zapalone swiatlo przy wejsciu i wlaczony ekspres do kawy, a ten sam sie wylacza po jakims czasie. Przez caly dzien jednak nikogo nie widzialam, wiec musial wpasc, wypic szybka kawe i ruszyc na inspekcje. Sleczalam oczywiscie nad raportem, za to w lazience mialam niespodzianke - okres! Ostatnio przyszedl dwa tygodnie pozniej, tym razem o tydzien wczesniej. Oszalec mozna... :/ Przetrwalam jakos dzien i wyszlam o kwadrans wczesniej. Na 18 jechalam z Potworkami do kina, wiec nie chcialam tylko wpasc z wywieszonym jezorem, w biegu cos przekasic i pedzic dalej... Przyjechalam, przebralam sie, na spokojnie zjadlam i pojechalismy. Bi chciala wziac kolezanke, ale na szczescie do kina podwiozl ja rodzic. Pojechalismy na Odyseje i poczatkowo Starsza miala z kolezanka jechac sama, a ja z Kokusiem w jakims innym terminie (bo pannie marzyl sie samotny wypad). Potem jednak doczytalam, ze na film wpuszczaja mlodziez tylko pod opieka doroslego, wiec pojechalismy razem na wszelki wypadek. Okazalo sie jednak, ze nikt chyba na to nie patrzyl i Bi mogla spokojnie pojechac z kolezanka sama...
Co do filmu, to stwierdzam, ze sie starzeje i coraz mniej produkcji mnie satysfakcjonuje. Tutaj podobno film zdobyl uznanie krytykow i zarobil miliony, tymczasem dla mnie fabula momentami nie trzymala sie kupy, niewiadomo bylo kto z kim i dlaczego, mimo ze znam mitologie i pamietam historie Odyseusza. W dodatku filmisko ciagnelo sie niemal 3 godziny, ale pierwsza to byly jakies pomniejsze retrospekcje, bohaterowie snuli sie, gadali i wlasciwie to nic sie nie dzialo. Spokojnie mogli to przyspieszyc i skrocic produkcje o godzine. Poza tymi niedociagnieciami oczywiscie film byl calkiem fajny, chociaz w srodku poszlam do lazienki i zupelnie nie bylo mi zal tych kilku minut. Raczej dlugo nie bede miala ochoty obejrzec go ponownie. ;) Z kina wyszlismy o 21:20, a jeszcze musialam zjechac z trasy zeby odwiezc kolezanke Bi, wiec do domu dojechalismy tuz przed 22. Cieszylam sie, ze kolejnego dnia pracowalam z domu.
Wtorek to pobudka nieco pozniejsza, z racji ze nie musialam jechac do biura. Mimo wszystko, trzeba bylo wstac tak, zeby zjesc sniadanie i ogarnac sie do 8, po czym siasc do pracy. Przyznaje ze bywaja dni kiedy zaczynam prace w pizamie i potem biegne na chwile na gore zeby sie umyc i ubrac, ale ostatnio malzonek "zastrzelil" mnie tekstem, ze on tam wie jak sie pracuje z domu. I ze jest pewien, ze ja tylko wstaje za piec osma, wlaczam kompa i ide ponownie spac! :O I nie moglam go przekonac, ze to bzdura! Super... Tak wlasnie wiekszosci narodu kojarzy sie praca zdalna i nic dziwnego ze pracodawcy bronia sie przed nia jak moga. Osobiscie przyznaje, ze w domu jestem mniej produktywna niz w biurze, bo mam za duzo rozpraszaczy, ale absolutnie nie wlaczam lapka o 8 zeby pojsc spac do 10! I na pewno zdarzaja sie jednostki, ktore tak wlasnie "pracuja", ale nie ma co wrzucac wszystkich do jednego worka... :/ W kazdym razie, od rana mordowalam sie z raportem, a wlasciwie ze skanowaniem wszystkich dokumentow, bo dzien wczesniej skonczylam wreszcie czesc pisana. Niestety, na malym, przenosnym skanerze szlo to jak po grudzie. Nik chcial oczywiscie skorzystac z mojej obecnosci i pojechac na ryby i chetnie go zawiozlam, bo mialam ochote cos roztrzaskac. Pojechal w sumie tylko na 1.5 godziny, ale wrocil zachwycony, bo zlapal 3 male rybki, ale tez jednego giganta. Ponoc to byla najwieksza ryba jaka dotychczas zlowil. Dla proporcji zrobil fote obok swojego crocs'a. :D
Kiedy po niego przyjechalam, zaszlam tez do budki z zarciem i zamowilam nam jedzenie na lunch, nie chcialo mi sie bowiem nic gotowac. Wolalam skupic sie na skanowaniu. Po poludniu niestety nagle cos sie porobilo z Outlook'iem oraz Teams'em. Caly czas wyskakiwala mi wiadomosc zeby sie jeszcze raz zalogowac, ale kiedy klikalam zeby to zrobic, pojawialo sie okienko, ze logowanie sie powiodlo, ale system nie pozwala otworzyc aplikacji. Tak nie to wkurzalo, ze wreszcie zadzwonilam na numer pomocy technicznej. Tam od razu wlaczyla sie automatyczna wiadomosc, ze wiedza o problemach z Microsoft'em i zeby sprobowac wylaczyc taki program do automatycznego logowania i zrestartowac kompa. Troche sie przerazilam kiedy uslyszalam, ze problem ma Microsoft, bo moj raport pisalam w Wordzie. Co prawda moglam nadal skanowac, ale kazdy zalacznik musialam wpisac w tabele oraz wklepac odnosnik w tekscie. Balam sie, ze szlag mi trafi cala robote, wiec zrestartowalam laptoka i... nic. Bez zmiany. :/ Stwierdzilam, ze ok, przynajmniej poskanuje ile sie da. Na sam koniec dnia spotkala mnie zalamka, bowiem o 16:15 zaczelam skanowac jeden z dluzszych dokumentow. Nie wyrobilam sie do konca dniowki, ale nie chcialam przerywac w polowie, wiec skanowalam dalej. Skonczylam o 16:50 i... program sie zawiesil! :O Nie mglam ani zachowac zeskanowanego dokumentu, ani cofnac i sprobowac jeszcze raz! W koncu musialam wylaczyc go na sile i oczywiscie stracilam ponad pol godziny skanowania. :( Tego wieczora Nik mial basen, wiec tradycyjnie M. go zawiozl, a ja pozniej odebralam. Podlalam warzywnik bo nadal mamy upaly, posiedzialam na ganku zajadajac lody (ach te kalorie :D) i dzionek zlecial.
W srode ponownie musialam zerwac sie wczesniej, bo jechalam do biura. W ktorym panowaly kompletne pustki. Dopiero pod koniec dnia pojawila sie moja polska kolezanka, ale nadal sleczalam nad raportem, a ona wrocila z inspekcji i tez cos pilnie wpisywala, wiec mialysmy tylko pare minut na pogadanie. Zostalam 10 minut dluzej, ale wreszcie skonczylam skanowac, podpielam wszystkie 30 (!) zalacznikow, wklepalam regulke do systemu i wyslalam oficjalnie raport jako skonczony. Co jest glupie, bo wiedzialam, ze bede miala poprawki, ale szef chce zeby system mial date zakonczenia pisania raportu po inspekcji, bo podobno gdzies odgornie sprawdzaja ile zajmuje nam pisanie w stosunku do czasu spedzonego w firmie. Po pracy pojechalam do domu i z miejsca dopadl mnie Nik, bo z racji, ze w srody nie jezdzi na treningi, chcial wybrac sie na ryby. Nie bardzo mi sie chcialo go wiezc, ale ze syn robil oczy kota ze Shreka, no to uleglam. I okazalo sie to bledem, bo w klubie odbywala sie jakas wielka impreza czy koncert, czy ch*j wie co. Odwiozlam Mlodszego bez problemow, bo i tak nie wysiadalam. Kiedy jednak pozniej po niego przyjechalam, okazalo sie, ze impreza wlasnie sie skonczyla i korek do wyjazdu byl od glownej ulicy az gleboko wglab klubu. Kilkanascie minut stalam w sznureczku... Syn jednak zlapal 3 rybki, wiec wracal calkiem usatysfakcjonowany. ;)
Czwartek to ponownie praca z domu, huhuhu! :D Mialam nadzieje spedzic dzien glownie na przygotowaniu do kolejnej inspekcji, ale wiadomo, ze szef odeslal raport z poprawkami. Parsknelam gorzkim smiechem, bo w mailu napisal, ze "dobrze napisany raport", wiec pomyslalam ze moze beda tylko jakies pojedyncze poprawki. Tiaaa... Ponownie, po 2-3 komentarze na kazdej stronie! Dobrze, ze przy tym rodzaju inspekcji raport ma "tylko" 13 stron. W miedzyczasie powstawala mlodziez i nie zgadniecie! Mlodszy znow chcial na ryby! :D Zazgrzytalam zebami, ale wiedzialam, ze po poludniu bedzie mial trening, w piatek nie bedzie czasu, zas w sobote w klubie jest pozegnalna impreza tylko dla czlonkow i nie wolno przywozic gosci, wiec nie bedzie mogl tam pojechac. A ze to raptem 5 minut, to porzucilam na chwile poprawianie raportu (bez zalu) i zawiozlam chlopaka. Wrocilam i zakopalam sie w cholernych poprawkach. Niestety, w jednym z komentarzy, szef napisal ze musze poprawic oznaczenia zalacznikow. Wszystkich! Chodzilo o glupie dwie literki, a musialam otwierac wszystkie trzydziesci dokumentow i edytowac. Trzy z nich musialam zreszta od nowa zeskanowac bo zawieraly faktyczne imiona pacjentow. Wczesniej je zamazalam, bo bylam pewna, ze nie powinnismy zostawiac czyichs danych, tymczasem szef napisal, ze nie, zostawiamy dokumenty tak, jak je dostalismy. :/ Skonczylam dopiero tuz przed 16, wiec zostalo mi zawrotne pol godziny zeby zaczal patrzec na materialy do kolejnej inspekcji. Jeeej... :/ W miedzyczasie podjechalam tez po Kokusia, ktoremu starczylo lowienia (cos tam zlapal, ale nie pamietam ile), a potem dalam Potworkom ciasto na domowa pizze zeby sobie zrobili male pizzerinki. Juz dawno ich nie robili, wiec oboje sie ucieszyli. Po pracy szybko zgarnelam Potwory i ruszylismy na zakupy. Po nich pedem do domu, bo Nik mial trening. Pojechal z nim M., zeby pocwiczyc na silowni. Mialam podlac warzywnik, ale niespodziewanie... zaczal padac deszcz. Ktorego w ogole nie bylo w prognozach! Przynajmniej odpadlo mi podlewanie, bo padalo dosc krotko, ale intensywnie. Tego dnia zaczelam tez eksperyment. Nasza Maya zaczela nosic... pieluchy. :D
Poki co tylko wtedy, kiedy wiem ze bedzie w domu dluzszy czas. Niestety, woda po prostu przez nia przelatuje. Moja praca jest obecnie bardzo absorbujaca i nie mam czasu latac z nia ciagle do weta, ktory kombinuje: a moze to zbadac, a moze tamto. Malzonek niestety potrafi byc kompletnym gburem i oznajmil kiedys, ze on nie bedzie jezdzil z siersciuchem po lekarzach. Sprobowalismy dwoch rodzajow lekarstw i nawet przy najwyzszej dawce, nie dzialaly na 100%. Tymczasem poslanie oraz sam pies byly cale zalane i smierdzialy sikami. Gdzie sie psiur nie polozyl, zostawial wieksza lub mniejsza kaluze, a ile mozna go ciagle kapac?! Cala kuchnia (gdzie Maya spi) smierdziala szczynami. Stwierdzilam wiec, ze poki co sprobuje z pieluchami. O malo sie o nie zreszta nie poklocilam z malzonkiem, bo ten zaczal sie rzucac, ze "no tak, bedziemy wydawac fortune na pieluchy dla psa. To juz lepiej zeby w domu smierdzialo szczochami!". Kiedys zdziele tego faceta patelnia, serio! Bo do weta nie bedzie sie urywal z pracy, na tabletki tez wiecznie zrzedzil, ze nie pomagaja i weterynarze tylko kase trzepia a nie potrafia pomoc, tyle ze (jak napisalam wyzej) kiedy wetka kombinowala, to byly pretensje, ze ciagle trzeba jezdzic na wizyty, teraz pieluchy tez nie, wiec czego on do k*rwy nedzy chce?! Rzecz jasna, kiedy wszedzie zasikane, to pierwszy sie rzucal ze ma dosc "tego psa" i ciagle wywala Maye na dwor. Sam nie probuje znalezc rozwiazania i wykazuje zero zaangazowania, ale do krytyki jest pierwszy... :/ W kazdym razie, zobaczymy jak z tymi pieluchami bedzie. Niestety, bede musiala kombinowac z roznymi markami, bo obecne zsuwaja sie psu z tylka i dziura na ogon przesuwa sie za nisko, przez co tamtedy przecieka. :(
W piatek ponownie trzeba bylo wstac wczesniej i jechac do biura. W piatki fajnie byloby zostac w domu, ale chcialam upewnic sie ze mam wszystko na inspekcje, no i wziac kluczyki do auta sluzbowego zeby nie biegac w poniedzialek trzech kondygnacji na gore. ;) Na dzien dobry szef oczywiscie wyslal kolejne poprawki. Musialam tez zeskanowac jeszcze raz jeden z zalacznikow, to nagle zauwazyl, ze druk jakis jasny i miejscami ciezko go przeczytac. No nie mogl tego zauwazyc dzien wczesniej, kiedy skanowalam inne trzy? W biurze skaner nie laczy sie z naszymi laptopami (pomoc techniczna "naprawia" to od miesiaca), wiec kazde skanowanie oznacza dla mnie wyciaganie mojej przenosnej drukareczki, kabli, podlaczanie wszystkiego, itd. Wolalabym wiec skanowac wszystko za jednym zamachem... Musialam podpiac tez w systemie zalaczniki, ktore poprawilam dzien wczesniej, po czym odeslalam poprawki i zabralam sie w koncu za przegladanie materialow na kolejna inspekcje. Tyle, ze niedlugo potem dostalam maila, ze szef odsyla raport, bo mialam zle oznaczenia w systemie! Tyle, ze nie zmienilam ich od czwartku, wiec za pierwszym razem szefunio nawet ich nie sprawdzil! A ja niestety, jeszcze pewnie kilka razy sie pomyle zanim wszystko zapamietam. Poprawilam, odeslalam, po czym znow siadlam do materialow na kolejny tydzien. Po chwili kolejna wiadomosc z systemu, ze szef... znow odsyla raport! Tym razem mialam zlego maila do oddzialu centrali, bo taki szkic dala mi wczesniej kolezanka i nie wiedzialam ze musze go zmienic! No ale kolejny raz, wklepalam to dzien wczesniej, a jeszcze lepiej, ten sam mialam w raporcie z poprzedniej inspekcji i tez byl zly, a szef tego nie zauwazyl! :D Poprawilam, odeslalam i w koncu dostalam automatycznego maila z systemu, ze moj raport zostal zatwierdzony przez szefa... W tym momencie bylam juz tak wsciekla, ze nawet sie specjalnie nie ucieszylam. No co za marnotrawstwo czasu, bo naprawde, wiekszosc tych poprawek to takie czepialstwo. Szkic bowiem wzielam z raportow dwoch bardziej doswiadczonych ludzi z mojej grupy, a potem szef pisze, ze to powinno byc w innej sekcji, tu musisz dodac to, tam wykasowac tamto... Ale jak inni napisali w taki sposob, to bylo dobrze?! :/ Ostatecznie raport skonczylam okolo 14 i dopiero wtedy moglam spokojnie sie skupic na kolejnej inspekcji. Duzo juz nie udalo mi sie posprawdzac, wiec bede musiala mocno improwizowac...
O reszcie piatku napisze w przyszlym tygodniu. Poki co, milego weekendu!






















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz