Sobota, 25 lipca zaczela sie pozniej, choc w sumie poprzedni tydzien byl bez inspekcji, wiec w miare spokojny i nie mialam nawet po czym zbytnio odsypiac. ;) No, ale ze z natury jestem spiochem, to spalam do 9. Chociaz wczesniej przebudzilam sie, bo Oreo lazila po sypialniach drac pyszczek, a pozniej sasiad z naprzeciwka postanowil kosic trawe o 8 rano. Moze nie jest to "blady swit", ale kurcze, w weekend wiekszosc narodu lubi pospac nieco dluzej, a tego naszlo na koszenie... :/
W koncu wstalam i z miejsca "zaatakowal" mnie Nik, ze chce jechac na ryby. Musial jednak poczekac az zjem sniadanie i doprowadze sie do stanu uzywalnosci, bo nie bede pedzic z nim nad jezioro nieumyta i w pizamie. Oczywiscie, jak to z Kokusiem, tak to mnie pogania, jak w koncu zeszlam na dol i spytalam czy jest gotowy, natychmiast odpowiedzial ze "absoFRUTly" (taki angielski zarcik - gra slow :D), a po sekundzie przypomnial sobie, ze zapomnial... wedki! To tak jakby najwazniejszy sprzet na ryby? :D Chwile pozniej jedziemy, a syn wykrzykuje, ze zapomnial... telefonu! Glowy kiedys zapomni... Musialam zawrocic, bo bez telefonu nie byloby z nim kontaktu i nie mialabym pojecia, o ktorej po niego pojechac... Tak czy siak, w koncu odstawilam go nad jezioro, wrocilam i zajelam sie sprzataniem, zmywarka, praniem i innymi porywajacymi, domowymi zajeciami. Wrocil z roboty M. i przywiozl odebranego po drodze chinczyka, wiec przynajmniej mielismy obiad. W koncu mlodsze dziecko napisalo zeby po niego pojechac, po czym okazalo sie, ze zlapal 5 ryb. Mielismy 28 stopni, choc bez wilgotnosci, wiec nie wydawalo sie strasznie goraco, ale myslalam ze ryby w taka pogode srednio biora, a tu prosze. Nik twierdzil, ze to zasluga nowej przynety, ktora kupil sobie poprzedniego dnia. Zjedlismy obiad, byl czas na moment relaksu, po czym pojechalismy na msze. Po drodze Nik dostal wiadomosc od kolegi, ze znow zapraszaja go na noc do ich domku nad jeziorem i ze moga go wieczorem zabrac, po sa na meczu jego brata w naszej miejscowosci. Nie bardzo mi sie to podobalo tak drugi weekend z rzedu, ale Mlodszy oczywiscie az przebieral nozkami. Poza tym wiemy, ze za tydzien rodzina kolegi wylatuje na 2 tygodnie do Japonii (szczesciarze), wiec pozniej chlopaki nie beda sie widzieli prawie do konca wakacji. Zgodzilismy sie wiec, bo nie bardzo mielismy argumentu zeby go zatrzymac w domu, poza tym, ze bedzie nam bez niego smutno. ;) Po powrocie, Nik zaczal sie wiec goraczkowo pakowac i tuz przed 18 podjechal po niego tata kolegi. Tego wieczora mialysmy z Bi niezla "przygode". M. poszedl juz spac, a my siedzialysmy sobie w salonie. Oreo spala zwinieta na fotelu. A tu nagle, do salonu wchodzi... kot sasiadow! :D I rozglada sie zaciekawiony. Zostawilam uchylone drzwi tarasowe z "klapka" dla naszego kota, no i mam. :D Nasz kiciul oczywiscie nie zdzierzyl i rzucil sie na intruza z parskaniem i syczeniem. On na to tez sie caly zjezyl. Staly tak naprzeciwko siebie, wsciekle wyjac, a my nad nimi, nie wiedzac co robic. Kazdy dotkniety, syczal wsciekle rowniez na nas. ;) W koncu uznalysmy, ze jednak kotu sasiadow ufamy nieco mniej, wiec Bi chwycila wijaca sie Oreo, ja popedzilam otworzyc drzwi do piwnicy, zamknelysmy kiciula i trzeba bylo jakos wykurzyc z chalupy Bandyte. Tyle, ze ten... zniknal! Przeszukalysmy wszystkie zakamarki, takze na gorze, ale jak kamien w wode. W koncu stwierdzilysmy, ze w zamieszaniu, musial ponownie wyjsc na zewnatrz, tylko nie wiem jak tego nie zauwazylysmy. A najlepsze, ze w obie strony kot musial sie przemknac zaraz obok psiura spiacego na swoim poslaniu, a Maya co? No nic. Takiego mamy czujnego psa obronnego! :D
W niedziele zanow pospalam dluzej. Juz o 7 rano dostalam od Kokusia zdjecie, bo zlapal sobie... szczupaczka. :) Nie dziwie sie, ze on wraca z tych nocowanek taki wyrabany, skoro buszuja pewnie do pozna w nocy, a potem wstaja o takiej porze... W kazdym razie, kawaler napisal, ze tata kolegi odwiezie go po poludniu do domu, bo ich mlodszy syn znow ma mecz. Nie powiem zebym sie specjalnie zmartwila. ;) Jak zawsze, kiedy juz zjadlam sniadanie i sie ogarnelam, napisalam do taty, ze kawa czeka. Dziadek przyjechal, posiedzial i tak minelo wczesne popoludnie. Po odjezdzie seniora, trzeba bylo zabrac sie za cos pozytecznego. Wstawilam zmywarke, a pozniej poskladalam pranie. Bi upiekla jakies ciasto, ciezko to do czegos przyrownac, ale uzyla do niego szklanke syropu klonowego, wiec mialo taki charakterystyczny smak, ktory potegowala jeszcze polewa, bo do niej tez dodawalo sie syropu. Wyszlo ciezkie i wilgotne, ale mnie bardzo smakowalo. W koncu po 17 wrocil do domu nasz rybak. :) Tym razem byl zwawszy i dolaczyl nawet na rowerze do mojego i M. spaceru. Malzonek potrzebowal jeszcze jednego dnia wolnego w tym miesiacu i stwierdzil, ze wezmie poniedzialek, wiec w niedziele mogl posiedziec dluzej. Udalo nam sie wiec choc raz obejrzec Rod Smoka kiedy puszczali nowy odcinek, a nie powtorki. :) Pozniej M. poszedl spac z bloga nieswiadomoscia, ze moze sie wyspac, a ja niestety musialam szykowac sie na dzien w robocie. I to niestety na inspekcji.
Poniedzialek zaczal sie niestety dosc wczesnie, bo nie dosc, ze jechalam na inspekcje, nie dosc, ze sama jazda to okolo 50 minut, to jeszcze najpierw musialam odebrac auto sluzbowe. Chetniej wzielabym wlasne, ale ze ceny benzyny sa takie, a nie inne, to stwierdzilam, ze nie ma co grymasic. Lekkim nagieciem zasad i ladnym argumentem, udalo mi sie zalatwic zeby auto przez tydzien stalo pod moim domem, wiec coz. ;) Na inspekcje jechalam do jednego z najwiekszych uniwersytetow naszego Stanu, ktory ma tez szkole medyczna oraz wlasny szpital i pierdylion klinik roznych specjalizacji. Na pierwszym spotkaniu mialam 7 osob, ktore pewnie byly bardzo rozczarowane, bowiem przywitalam wszystkich, wreczylam doktorkowi oficjalny formularz otwierajacy inspekcje, po czym rzucilam moze ze 3 ogolnikowe zdania i powiedzialam, ze poki co to wszystko. Nic nie zaczelam jeszcze sprawdzac, wiec nie mialam co im opowiadac. :) Okazalo sie, ze zostala ze mna jedna managerka i siedziala w sali przez calutki czas. Nawet kiedy wyszla na lunch, przyszla inna za nia. Nie wiem czego oni sie boja? Ze zaczne myszkowac po budynku, czy ze wyniose cichcem jakies dokumenty? Nie mialam ochoty ani na jedno, ani na drugie. ;) Dzien minal mi na sprawdzaniu kartoteki pierwszego pacjenta. Jak to bywa w nowym miejscu, caly dzien praktycznie zajelo mi zeby obeznac sie ogolnie ze stylem dokumentacji. Dopiero pod koniec troche przyspieszylam, ale ze kazdy pacjent ma 3-4 grubasne segregatory, to niestety, nie skonczylam nawet tego pierwszego. I tak chcialam zakonczyc we w miare logicznym miejscu, zeby kolejnego dnia nie szukac, wiec kiedy wyszlam, zaplacilam za parking i dotarlam do auta, zrobila sie 16:18. Nawigacja pokazala ze droga zajmie mi godzine i mniej wiecej tyle jechalam. Przyjechalam do chalupy, gdzie urzedowali M. oraz Bi, bo syna ojciec zawiozl wczesniej na ryby. Auto sluzbowe postawilam nieco z boku, na trawie i doslownie w ciagu 15 minut, na dachu siedzial nasz kiciul. ;) Szkoda, ze foty nie pstryknelam. Ledwie zdazylam zjesc obiad, a Nik napisal ze mozemy go odebrac, to pojechalam po synusia. Ktory wlasciwie tez wszedl i wyszedl, bo pol godziny pozniej mial trening. Juz tradycyjnie, zawiozl go M., a ja potem po niego pojechalam. Kiedy wrocilam, okazalo sie, ze Oreo postanowila posiedziec na innym dachu. :D
I tak zlecial pierwszy dzien inspekcji, po ktorym bylam wyrabana, jakbym przebiegla maraton...
We wtorek moglam pospac pol godziny dluzej bowiem rano odpadlo mi zasuwanie po sluzbowe auto. Dojechalam do miejsca inspekcji, gdzie czekala na mnie moja "strazniczka" i wsiaklam ponownie w papiery. Mialam spotkanie z koordynatorka badan klinicznych, ktora musiala pokazac mi pare rzeczy. Okazuje sie, ze maja papierowe formularze oraz elektroniczny system od sponsora badan, do ktorego musza wklepywac wszystkie dane. Tyle ze niestety, to wklepywanie roznie im szlo. ;) Dodatkowo musialam sprawdzac czy testowane leki byly odpowiednio przechowywane, tyle ze to wielka instytucja i leki sa trzymane w wielkiej "aptece", przeznaczonej dla badan naukowych ale tez szpitala. Ta zas znajdowala sie w kompletnie innym budynku, wiec czekal nas spacerek przez miasto. Nie narzekalam zreszta specjalnie; fajnie bylo sie wyrwac z sali konferencyjnej, ktora miescila sie w piwnicy budynku i byla zimna i wilgotna. Na dworze byl upal oraz wysoka wilgotnosc, wiec zaraz byl czlowiek mokry, ale przynajmnie nie padalo, a przez reszte tygodnia pogoda miala nas juz nie rozpieszczac. Troche bez sensu byla ta wyprawa, bo szlysmy jakies 10 minut, zeby w aptece spedzic kilka minut, po czym wracalysmy. Po poludniu zirytowal mnie szef, bo uparl sie na meeting w tym tygodniu. W zeszlym niby mial wolne, ale polowe go spedzil sprawdzajac moj raport, to co, nie mogl sie polaczyc na kilkanascie minut? No ale lepiej przeszkadzac mi w inspekcji... :/ W koncu umowilam sie z nim na 9 rano kolejnego dnia, wiec wiedzialam ze bede musiala wyjechac wczesniej zeby miec pewnosc ze bede tam na czas. Tego dnia udalo mi sie wyjechac do domu juz o 16, wiec godzine pozniej zawitalam na lono rodziny. Nik mial jechac na trening, ale narzekal, ze bola go miesnie nog, co bylo dziwne, bo nic specjalnego nie robil. Zaniepokoilam sie lekko, ze moze go tak lamie na grype czy cos, wiec zostal w domu. Wczesniej u nas lekko padalo, a w nocy miala przyjac ulewa, wiec odpuscilam podlewanie. Dzieki temu wieczor byl bardzo leniwy. Posiedzialam na ganku z przodu, choc panowala duchota i lataly komary, wiec troche sredni byl to relaks. :D
Srode musialam zaczac troche wczesniej, zeby na miejsce dojechac na 9. Zgodnie z zapowiedziami, lalo jak z cebra, widocznosc byla tragiczna, auta sie snuly i droga zajela dluzej niz powinna. Dodatkowo okazalo sie, ze sluzbowy samochod ma tragiczne wycieraczki, ktore bardziej rozmazywaly wode niz ja zgarnialy. Zanim dotarlam, zanim zjechalysmy z moja "strazniczka" na dol, zanim wlaczylam kompa, itd., to oczywiscie zrobilo sie juz po 9, ale na szczescie szef jeszcze czekal. To bylo spotkanie podsumowujace kolejny kwartal mojej pracy. Bez sensu; nie wiem czego oni oczekuja co 3 miesiace. W kazdym razie, szef powiedzial ze jest bardzo zadowolony z moich postepow i tego jak sobie gospodaruje czas. Hmm... czyzby przestal mnie podejrzewac o siedzenie i pierdzenie w stolek? ;) Oczywiscie milo bylo posluchac pochwal, choc nadal bylam troche zla, ze marnuje czas, ktory powinnam przeznaczyc na inspekcje. Reszta dnia to dalsze sprawdzanie papierow oraz krotka wizyta w gabinetach kliniki, pokojach zabiegowych oraz laboratorium. O 16 wyruszylam do domu i choc na horyzoncie czaily sie ciemne chmury, to nade mna swiecilo slonce. Ten ulewny deszcz z wczesniej mial przynajmniej ta zalete, ze wyczyscil przednia szybe. Kiedy bowiem wzielam auto w poniedzialek, okazalo sie, ze ktos inny mial je na bardzo daleka podroz i cala szyba upstrzona byla odpryskami po zamordowanych owadach. Nawet plyn ze spryskiwacza nie dal rady. Dopiero jazda w ulewe to doczyscila. ;) Wrocilam do chalupy, zdazylam zjesc obiad i Nik oznajmil, ze chcialby na ryby. Spytalam dlaczego (do cholery) nie spytal ojca, ktory byl w domu od 1.5 godziny?! Bo kawaler nie chcial jechac w slonce i upal, wolal na wieczor. Rewelacja... Zawiozlam chlopaka, po czym wrocilam, wzielam prysznic i na chwile przysiadlam na ganku. O 20 wyruszylam po niego, bo klub otwarty "do zmierzchu", tylko wez przewidz, o ktorej ten zmierzch. Zachod slonca u nas jest obecnie o 20:12, wiec uznalam ze powinno byc ok. Wkolo naszego domu, gdzie jest duzo drzew naokolo, bylo juz naprawde szaro, ale w klubie, nad jeziorem i otwartej przestrzeni, nadal sporo bylo dziennego swiatla. Kokusiowi udalo sie zlapac rybe akurat jak podjechalam.
Zlapal dwie tylko tego jednego wieczora, wiec byl calkiem zadowolony. W domu to juz szykowanie sie na kolejny dzien inspekcji. Byla szansa ze skoncze w czwartek, ale wolalam nie robic tego na wariata i wrocic jednak w piatek, choc na krotka chwile.
Moj szef poczatkowo wyznaczyl meeting dla calej naszej grupy na czwartek, ale na szczescie pozniej stwierdzil, ze nie ma zadnych waznych wiadomosci i go odwolal. Dzieki temu moglam jechac na spokojnie, co sie przydalo, bo po pierwsze, znow padalo, a po drugie, na trasie byl wypadek i nawigacja poprowadzila mnie okrezna droga. Inspekcja uplywala sobie spokojnie, tyle ze rano wyskoczyla mi wiadomosc, ze za 4 godziny moj komputer musi zrobic sobie restart i odswiezyc jakies aplikacje. Kazdy komp tak ma, tyle ze w dawnych robotach oraz na prywatnych laptopach, moglam przesunac to na bardziej pasujacy termin. Tutaj sie nie da. Komp sie zrestartuje i bedzie sobie zaladowywal co musi i nie ma znaczenia, ze czlowiek jest w pracy. Czasem zajmuje to 15 minut, a czasem... godzine. Tym razem czas wypadl tuz przed 15, wiec od razu uprzedzilam panie siedzace ze mna, ze kiedy sie zacznie, skoncze na ten dzien, bo bez sensu zebym siedziala i czekala. W dodatku (tego juz im nie powiedzialam) szykowalam sie na zamkniecie inspekcji, ale planowalam dac im oficjalna uwage. Poniewaz jednak mialam to zrobic samodzielnie pierwszy raz (jesli pamietacie, na poprzedniej samotnej inspekcji mialam tylko punkty "dyskusyjne"), musialam troche sie pobawic aplikacja, bo nie bylam pewna czy pamietam jak. Nie mowiac tez, ze moja przenosna drukarka jest raczej kaprysna i chcialam tez sprawdzic czy drukuje. Wolalam wiec meczyc sie w domu, zamiast u nich, gdzie odrobine prywatnosci mialam wylacznie w toalecie. I dobrze, ze pojechalam, bo i tak do chalupy dojechalam po 16, a pozniej samo znalezienie odpowiedniego kruczka w przepisach zajelo mi pol godziny. Aplikacja jest bowiem beznadziejna, bo mamy liste odchylen od przepisow i musimy wybrac jedno z nich. Czasem trafi sie cos, gdzie faktycznie sie zgadza, ale najczesciej trzeba po prostu wybrac najbardziej pasujacy tekst, bo nie mozemy go zmienic. A pozniej i tak musimy dopisac o co naprawde chodzi. No, durnego robota... :/ Poza tym, na szczescie drukarka bez problemu wydrukowala probny dokument. Wyslalam szkic mojej uwagi szefowi zeby go sprawdzil z samego rana i moglam zakonczyc prace na ten dzien. Nik z M. pojechali na basen/silownie, wiec mialysmy z Bi chalupe dla siebie i dzien zlecial.
W piatek wreszcie wyszlo slonce. Przy okazji byla wysoka wilgotnosc, wiec powietrze ciezkie jak przed burza, ale przynajmniej w koncu nie lalo. Okazalo sie tez przy okazji, ze piatek to najlepszy dzien na jazde w okolice mojej inspekcji, bo po drodze nie bylo zadnych zatorow i dojechalam w 45 minut, ha! Przyjechalam o 9 i wyznaczylam konczaca inspekcje na 10:30, modlac sie zeby wyrobic sie ze wszystkim. Szef wyslal mi poprawki (oczywiscie :/), choc juz kolejny raz mialam wrazenie ze wpisal je dla samego czepialstwa. Musialam wiec moja uwage poprawic, a do tego, kiedy sprawdzilam czy wszystko mam, okazalo sie, ze brakuje mi dwoch papierkow. Mialam tez troche do podrukowania, bo i uwage i tabele do listy obecnosci i jeszcze formularz instruujacy gdzie mozna oficjalnie odpisac. Modlilam sie zeby drukarka sie nagle nie zbiesila, ale na szczescie mnie nie zawiodla. Udalo sie wiec rozpoczac meeting o czasie. Wyluszczylam wiec wszystkie znaleziska, podziekowalam za mila atmosfere oraz czas, doktorek podziekowal mi za cenne uwagi (podejrzewam, ze nie do konca szczerze :D) i moglismy sie rozejsc. Mam nadzieje, ze zostawilam po sobie pozytywne wrazenie, a nie ze jak ktos z federalnej agencji to bedzie gburem co szuka dziury w calym. ;) Pojechalam do biura, po drodze tankujac i odstawilam sluzbowe auto. Bylo praktycznie poludnie, ale M. urwal sie z pracy wczesniej, zeby mnie odebrac i pojechalismy do domu. Teoretycznie nadal trwal moj dzien pracy, wiec zanim bede musiala sie wziac za raport, chcialam odhaczyc choc troche glupot administracyjnych. Musialam wbic godziny pracy, ale tez przejechany dzienny milaz na sluzbowym aucie. Do tego przygotowac i wyslac kosztorys, zeby oddali mi kase za dzienny parking pod budynkiem inspekcji. Musialam poskanowac wszystkie rachunki, tyle ze, jak to ja, za poniedzialek zapomnialam go wziac. Trudno, najwyzej wybule te $22 z wlasnej kieszeni. To nadal nie koniec. Musialam tez wypisac oficjalny formularz z danymi firmy, mamy bowiem sprawdzac czy wszystko sie zgadza. Tutaj akurat mialam poprawki, ale musimy go wypisywac nawet kiedy dane sa poprawne. :/ Pozniej przypomnialo mi sie jeszcze, ze poniewaz wystawilam oficjalna uwage, musialam zawiadomic odpowiednia osobe z centrum i wyslac im kopie. Mowie Wam, papierologia mnie wykancza... W kazdym razie, okolo 15:30 stwierdzilam ze wystarczy tego dobrego. I tak dzien wczesniej posiedzialam sporo po godzinach, wiec teraz rzucilam wszystko i pojechalam na zakupy, w towarzystwie nieodlacznych Potworkow oczywiscie. Pozniej pojechalismy jeszcze po bubble tea i wrocilismy do domu. Poniewaz mielismy 3 dni ulewnego deszczu, gleba jest mocno nasaczona, wiec odpuscilam podlewanie. I tak w tym roku plony szykuja sie byle jakie, wiec jakos stracilam serce do warzywnika...
I to na tyle. Na szczescie teraz mam 2 tygodnie bez inspekcji, wiec pociesze sie troche chalupa i cichym, nudnym biurem. ;)
No i nie moge uwierzyc, ze za nami juz wiecej niz polowa wakacji. :O Jak to ostatnio M. stwierdzil, zaraz bedzie Indyk. :D



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz