Sobota, 24 stycznia, to upragniony weekend i dluzsze spanie. Mimo ze poprzedni tydzien byl krotszy bo mielismy wolny poniedzialek i ogolnie spokojny, to jakos mi sie dluzyl i zmeczyl... Moglismy spac do woli, bo mimo ze Nik mial mecz, to dopiero na 11:30 i co prawda w sasiedniej miejscowosci, ale w szkole, ktora jest od nas blizej niz jego wlasna. Wstalismy wiec pozno i po leniwym sniadaniu zebralismy sie pojechalismy. Niestety, nasze chlopaki trafili na bardzo mocna druzyne, a dodatkowo sami mieli miesiac przerwy w meczach. Najpierw byla przerwa swiateczna, a pozniej jakos dziwnie ustawiony grafik i dopiero tego dnia doczekali sie pierwszego meczu od polowy grudnia.
Jak grali, mozna sie domyslic. Przegrali sromotnie, bo 21:36. :D Nik wyjatkowo nie wyszedl zly, tylko smial sie, bo faulowali tak, ze jeden z chlopcow zostal zdjety z boiska (za kare) na reszte meczu. Tlumaczylam Kokusiowi, ze nie ma sie z czego cieszyc, bo to bardzo niesportowe, ale jakos sie nie przejal. Z typowa logika 13-latka, stwierdzil, ze dla swoich kolegow trzeba byc milym, ale obcym mozna dowalac ile wlezie. Suuuper... Wrocilismu do chalupy gdzie zdazyl wrocic M. i utknal w kuchni. Jak to malzonek; mial zrobic jedna rzecz (schabowe), ale powyciagal z lodowki wszelkie resztki i polprodukty i przerabial co sie dalo. W sumie zazdroszcze mu takiej weny, bo sama gotowac nie znosze i jak cos robie, to scisle to, co zaplanowalam. ;) Obejrzalam sobie skoki narciarkie (nasi jak zwykle beznadzieja) i za chwile czas byl jechac do kosciola. Tak jak sie spodziewalam, na mszy byly tlumy jak na Boze Narodzenie czy Wielkanoc. Poniewaz na kolejny dzien zapowiadali rekordowe opady sniegu, wiec wszyscy stwierdzili ze trzeba zaliczyc kosciol w sobote. Po mszy weszlam tylko na moment do domu, Nik chwycil plecak i znow wyruszylismy. A gdzie, zapytacie? Ano, moj syn jechal na pierwsze w zyciu... nocowanko. :O W zyciu bym nie przypuszczala, ze to Mlodszy pierwszy bedzie nocowal poza domem, bez rodzicow. Pewnie nie pamietacie, ale kilka lat temu Bi dostala zaproszenie na nocowanko u swojej najlepszej przyjaciolki - sasiadki. I w ostatniej chwili (kiedy juz miala wychodzic) spanikowala, poplakala sie i stwierdzila ze nie idzie. Poniewaz jednak ma w miare stale grono bliskich kolezanek, spodziewalam sie, ze predzej czy pozniej ktoras urzadzi sleepover. U nas oczywiscie odpada, bo M. kategorycznie sie nie zgadza. Dziewczyny jakos jednak sie nie zebraly, za to chlopaki - prosze. Zadzialalo to, ze najlepszy kumpel Kokusia, z ktorym znaja sie od przedszkola, pod koniec lutego przeprowadza sie do innego stanu. Samej mi smutno, bo znam rodzicow tego chlopca, to wyksztalceni, przyzwoici i tacy "normalni" ludzie. Przez tyle lat, kiedy Nik szedl do H., to wiedzialam ze tam bedzie dopilnowany i zadne dziecko nie wpadnie na jakis glupi pomysl. Teraz, kiedy wyjada, kto wie z kim Mlodszy sie najbardziej zaprzyjazni... :O W kazdym razie, ktorys z chlopcow wpadl na pomysl, ze zanim H. wyjedzie, trzeba urzadzic pozegnalne nocowanie! Myslalam, ze to takie tam gadanie smarkaczy i pomysl umrze smiercia naturalna, tymczasem juz 3 tygodnie pozniej sie skrzykneli. Co prawda spodziewalam sie, ze Nik, podobnie jak Bi, w ostatniej chwili stchorzy, tym bardziej ze wydaje sie bardzo z nami zwiazany, ale do konca twardo twierdzil ze jedzie. No to go zawiozlam. Pozostala trojka chlopcow juz tam byla i wybiegli mu na spotkanie, probujac skakac na barana, bo obecnie Nik jest z nich najwyzszy. ;) Wczesniej powiedzialam synowi, ze jesli bedzie chcial wrocic do domu, to niech pisze, nawet w srodku nocy. Spytalam mamy, ktora zorganizowala spotkanie o ktorej Kokusia odebrac nastepnego dnia i pojechalam. Nik napisal jeszcze tylko pozniej, ze z kolegami wlezli do... jacuzzi. :O
Bosz... Caly dzien mielismy -10 stopni, na wieczor temperatura jeszcze zaczela spadac, a oni lataja w strojach kapielowych... Nik dopiero co wyzdrowial. Koszmar, ale coz, byl poza nasza kontrola. ;) O maly zawal przyprawil mnie kiedy zadzwonil prawie o 22. Myslalam, ze jednak chce do mamusi, ale okazalo sie, ze chcial tylko powiedziec ze swietnie sie bawi. :D
Mama kolegi Kokusia powiedziala zeby odebrac go okolo 10, bo snieg mial zaczac padac okolo 11. W niedziele mialam wiec budzik nastawiony na 8, zeby sie spokojnie dobudzic i ogarnac. Spokojnie jednak nie bylo, bo kiedy w koncu sie podnioslam na lozku i zalozylam okulary, okazalo sie, ze juz sypie! :O Szykowalam sie w lekkiej panice, jednoczesnie piszac do syna ze bede wczesniej. Dlugo nie odpisywal i obawialam sie, ze spi jak zabity i nie slyszy telefonu. Na szczescie wreszcie sie odezwal, wiec krotko po 9 pojechalam. Drogi byly... straszne. Wszedzie lezalo juz kilkanascie cm sniegu i bylo baaardzo slisko. Wiem, bo pare razy testowalam hamulce, a i auto mi czasem zarzucilo. Paradoksalnie, tam gdzie chwile wczesniej przejechaly plugi, bylo najgorzej, bo zostawialy taka ugnieciona, sliska warstwe na lodowatym asfalcie. Juz lepiej jechalo sie po sniegu. A dom kolegi stoi na szczycie dlugasnego wzgorza. W sumie, pod gore jakos sie jechalo, tylko potem trzeba zjechac, a ulica nie dosc, ze opada w dol, to jeszcze skreca raz w jedna, raz w druga strone. No ale dojechalismy do domu szczesliwie i tylko Nik byl niezadowolony, bo dzien wczesniej ostatni przyjechal, a tego ranka pierwszy pojechal do domu. Nie moglam tez z niego wydobyc co z kolegami porabial, oprocz tego, ze poszedl spac prawie o 4 nad ranem. :O Dzien spedzilismy oczywiscie leniwie, bo co innego robic w taka zawieruche? Tylko Nik po poludniu poszedl potarzac sie w sniegu. I lekko mnie zirytowal, bo postanowil urzadzic "lawine", spychajac snieg z tarasu po schodach. A ja chcialam po tarasie poznac ile nam go napadalo, bo tam zawsze najlatwiej to sprawdzic. :D Nawet jednak bez tej pierwszej warstwy, widac bylo ze spadlo nam duuuzo. O 16 uznalam ze pora zaliczyc odsniezanko nr. 1. Kiedy wyszlam, okazalo sie ze sniegu mialam po kolana i wpadal do butow. Musialam wrocic i zalozyc spodnie narciarskie. Odsniezanie okazalo sie troche syzyfowa praca, bo zanim z Bi skonczylysmy kostke, od drugiej strony juz byla zasypana kilkucentymetrowa warstwa. A snieg sypal i sypal... Juz nie pamietam kiedy spadlo nam az tyle sniegu na raz. Chyba w 2012 roku, kiedy po jednej sniezycy, zeby odsniezyc, M. musial wychodzic okienkiem w lazience, bo drzwi nie dalo sie otworzyc, a kupa sniegu byla wyzsza od rocznej Bi. Dobrze ze chociaz byla niedziela, wiec ogolnie mniejszy ruch na drogach. A zamkniecie szkol na kolejny dzien ogloszono juz o 11 rano, jak nigdy. ;) Z pracy przyszedl mail (teraz moge je sprawdzac w telefonie, ha!) ze federalne biura w stolicy maja byc zamkniete w poniedzialek, a pracownicy przejsc w tryb zdalny. Z mojego regionu takiego zawiadomienia nie bylo, ale i tak z gory wiedzialam ze bede pracowac z domu. Malzonek nie poszedl z nami odsniezac, bo stwierdzil ze przejedzie maszyna pod wieczor, zeby odsniezyc jak najwiecej przed noca. Potem troche zalowal, bo zrobilo sie ciemno, snieg nadal zawiewal, a on musial isc. Nie dosc, ze pogoda nie wspolpracowala (tyle ze temperatura podniosla sie z -10 na "az" -6 :D), to jeszcze wszystko szlo mu na opak. Najpierw nie mogl znalezc kluczyka do odsniezarki. Zawsze lezal w szufladzie gdzie mamy wszystkie zapasowe klucze do aut, przyczepy, itd., a teraz go wcielo. Po dlugich poszukiwaniach znalazl go w kieszeni spodni, gdzie zostawil po sprawdzeniu odsniezarki kilka dni temu. Poszedl wiec do skladziku, po czym po chwili przyszedl klnac niczym szewc, bowiem... urwal linke! Odsniezarka ma bowiem kluczyk do wlaczenia, ale odpala sie ja za pomoca pociagniecia za sznurek, jak kosiarke czy pile lancuchowa. Nasza ma juz wiele lat, wiec linka musiala po prostu przetrzec sie z wiekiem. No cudnie po prostu. Odsniezyc musielismy, bo nawet przy napedzie na 4 kola, przez taka ilosc sniegu nasze auta mialyby problem sie przebic. Szczesliwa nie bylam bo juz sie tego dnia namachalam szufla, ale stwierdzilam, ze meza tak samego nie zostawie i zaczelam szykowac sie zeby pojsc mu pomoc. Uratowalo mnie na szczescie to, ze M. przypomnial sobie ze odsniezarke moze tez odpalic od kontaktu. Przeciagnal kabel z gniazdka na tarasie i po chwili rzezenia, ufff... odpalila! Za pomoca maszyny wszystko poszlo juz jak po masle, wiec raz-dwa i caly podjazd byl odsniezony. Szkoda, ze na poniedzialek szykowala sie powtorka, bo sniezyca nie odpuszczala...
Poniedzialkowy ranek byl leniwy dla Potworkow, dla mnie juz nie, bo pracowalam. Z domu, ale zawsze to praca. Juz o 8:30 mialam wirtualne spotkanie z szefem, wiec musialam zerwac sie odpowiednio wczesnie zeby sie dobudzic i doprowadzic do porzadku. Mimo ze mlodziez mogla pospac, to juz o 8 oboje byli na nogach. Kokusiowi sie nie dziwie, bo po nocowaniu u kolegi i nocnych szalenstwach, w niedziele padl juz o 21. Bi jednak siedziala do polnocy, no ale z niej zawsze byl ranny ptaszek. Ostatecznie spadlo nam pol metra sniegu, z czego Nik radosnie skorzystal, zaraz po sniadaniu ruszajac na male tarzanko. :D
Ja mialam wyjsc i odsniezyc jeszcze raz kostke, ale od rana nadal padal snieg, raz mocniej, raz slabiej, wiec czekalam i czekalam... W koncu stwierdzilam, ze trudno, ide. I w tym momencie syn oznajmil, ze umowil sie z kolegami (tymi samymi co na nocowanku) na sanki przy szkole Bi. No to bedac kochajaca matka, stwierdzilam, ze go podwioze, bo zimno, lezy snieg, itd. Tak po prawdzie to mielismy "najcieplejszy" dzien w tym tygodniu, bo termometr pokazal "az" -3 stopnie. ;) Pojechalam i pozalowalam tego juz przy wyjezdzie z wlasnego podworka. Po tym co M. odsniezyl, dowalilo nam kolejne kilkanascie cm sniegu. Ulica byla biala i plugow tego dnia nawet nie widzialam, ale skubance musialy jednak przejezdzac, bo wjazd mialam caly zawalony. Niestety, kupa sniegu tak sie jakos wtopila w reszte lezaca na podjezdzie, ze dopiero kiedy auto mi ugrzezlo i wszystkie kola zaboksowaly, dotarlo do mnie, jak tam bylo gleboko. Cale szczescie, ze mam naped na 4 kola, wiec silnik glosniej zawyl i wyjechalam z potrzasku. Gdybym go nie miala, utknelabym tam na dobre. Dalej wcale nie bylo lepiej. Drogi na naszym osiedlu byly biale. Droga prowadzaca do glownej - biala. Glowna w miare odsniezona, ale pokryta snieznym, sliskim blotem. Praktycznie na kazdym zakrecie auto mi zarzucalo, ale to z wlasnej winy, bo nie mam cierpliwosci do slimaczej jazdy. ;) Tak czy siak, dowiozlam syna na miejsce, ale powiedzialam mu ze kolejny raz nie wyjezdzam i ze musi wrocic pieszo. W drodze powrotniej oczywiscie znow utknelam na sekunde wjezdzajac na wlasny podjazd, ale teraz juz sie tego spodziewalam. Pozniej przystapilam do odsniezania kostki. Okazalo sie, ze odsniezone pieknie przez Bi schodki, zostaly zupelnie zasypane przez zawiewajacy snieg. Nik rano je odsniezyl, ale tylko taka waska sciezke. A teraz i tam i przed frontowym wejsciem, lezala znow warstwa swiezego sniegu. Odsniezylam, oczyscilam przed wejsciem do skladziku, bo tam chowamy szufle i M. odsniezarke, a potem pomyslalam, ze moze odkopie troche przy wjezdzie. Taaaa... Snieg nawalony przez plugi byl ubity i ciezki, wiec szybko sie poddalam. Okazalo sie, ze syn na gorce spedzil niecala godzine, po czym napisal, ze juz wraca. Patrzylam potem na jego lokalizacje i zastanawialam sie czemu idzie jakas dziwna trasa. Domyslilam sie, ze wdrapal sie na wzgorze, zeby potem zjechac z niego prosto na nasza ulice. Przynajmniej mial tyle rozsadku zeby zjezdzac chodnikiem. ;)
Bi wzielo tego dnia na gotowanie. Wymyslila domowe tacos i wyszly jej bardzo smaczne, choc wlasciwie przygotowala empanadas, bo zamknela tortille niczym pierogi. :D Brat nie pozostal dluzny i stwierdzil ze upiecze swoja ukochana babke na oleju. Tym razem bardziej pilnowal ilosci skladnikow, ale ze zawsze musi cos schrzanic, to nie obylo sie bez przygod. Tym razem nastawil zegar na kuchence na 35 minut, a kiedy powiedzialam ze musi poprawic na 45, zamiast wylaczyc zegar, nacisnal guzik wylaczenia... piekarnika. Niestety, nikt tego nie zauwazyl i kiedy czas minal i poszlam wyjac ciasto, znalazlam je nadal surowe. :D Szybko wlaczylam piekarnik i zostawilam babke do upieczenia choc M. ponuro przewidywal ze wyjdzie zakalec. Stwierdzilam, ze zakalec tez da sie zjesc. ;) Okazalo sie jednak, ze babka wyszla normalna i jedyne co, to prawie nie urosla. Ale zakalca nie bylo. Mowie Wam, ze to jest ciasto nie do zepsucia. :D A jeszcze po poludniu Potworki dostaly podwojne dobre wiadomosci. Po pierwsze, odwolano trening na basenie, bo przed budynkiem nadal oczyszczano parking. A po drugie, szkoly we wtorek mialy lekcje opoznione o 2 godziny. Zyc nie umierac. ;)
We wtorek Potworki mogly wiec zaczac dzien pozniej. Teoretycznie mialam tego dnia rozpoczac szkolenie "w terenie", czyli pojechac na pierwsza inspekcje z innym inspektorem. Tyle, ze on mial jechac od strony Bostonu, a ja od przeciwnej i gdzie ja mialam okolo godziny jazdy, on mial ponad dwie i planowal zostac na te pare dni w hotelu. Poczatkowo zamierzal zanocowac tam juz w poniedzialek i zaczac inspekcje we wtorek o 9:30 rano, ale kiedy stalo sie pewne, ze idzie porzadna sniezyca i w poniedzialek drogi moga byc niepewne, przelozyl podroz na wtorek rano i poczatek inspekcji na 12-13. Dzieki temu ja rowniez nie musialam sie zrywac bladym switem. Stwierdzilam, ze po 9 odstawie Potworki do szkol (bo znow mielismy rano -10 stopni) i na 10 pojade do biura, a z tamtad na inspekcje. Krotko po 7 jednak dostalam wiadomosc, ze szkoly jednak sa... zamkniete! :O No to polozylam sie jeszcze na godzinke, bo uznalam ze pojade po prostu bezposrednio do kliniki, nie zahaczajac o biuro. Kiedy jednak wstalam, w sluzbowych mailach znalazlam wiadomosc, ze wszystkie regionalne biura sa nieczynne! Napisane bylo ze pracownicy ktorzy pracuja zdalnie, maja normalnie pracowac, ale wszyscy stacjonarni maja dostac dzien wolny z powodu pogody. Przyznaje, ze po tym mailu zglupialam. Teoretycznie jestem pracownikiem stacjonarnym, ale wolno nam pracowac czasem z domu. Tego dnia jednak mialam i tak jechac w teren. Niby logiczne, ze skoro drogi sa na tyle niebezpieczne zeby zamknac biura, to tym bardziej warunki nie pozwalaja jechac gdzies na inspekcje. Tak? Nie wiedzialam jednak jakie panuja zasady, wiec wyslalam wiadomosc koledze. Potem nastepna. Bez odzewu. Nastepnie wyslalam maila szefowi. Rowniez nic. W koncu uznalam, ze kolega sie nie odzywa bowiem jest w drodze, wiec zaczelam sama szykowac sie do wyjscia. Akurat kiedy mialam sie malowac, oddzwonil. Mialam racje - juz jechal. Tyle, ze wlasnie zajechal do swojego regionalnego biura zeby wziac sluzbowe auto, to zas okazalo sie... puste (biuro, nie auto :D). Dopiero wtedy sprawdzil maile i znalazl wiadomosc o zamknieciu. Mial zadzwonic do naszego szefa i dac mi znac. Po polgodzinie zadzwonil ze szef nie odpowiada, ale ze warunki u niego sa nieciekawe, a przed nim kolejne 1.5 godziny drogi, wiec podjal decyzje, ze przelozymy rozpoczecie inspekcji na srode. W ten sposob zyskalam kolejny dzien w domu, choc w sumie to sama nie wiedzialam co z nim zrobic, bo nie bylam pewna czy powinnam zrobic sobie wolne, czy pracowac zdalnie. W koncu wybralam druga opcje, ale na luzie, tak zeby po prostu bylo widac, ze cos dzialalam. ;) Po poludniu poszlam przyniesc troche drewna do kominka i okazalo sie, ze sciezka na cholernych schodkach znow jest zasypana! Nie wiem czy to wiatr tak zdmuchiwal snieg, czy zasypal ja Nik, ktory lazi i tarza sie po sniegu, nie patrzac czy nie nanosi go na odsniezone przez nas powierzchnie... W kazdym razie, chwycilam za szufle i odsniezylam je juz kolejny raz... Wieczorem Potworki mialy trening i pojechaly, choc oboje z fochem. Nie wiem co to za moda, ze jak maja wolne od szkoly, automatycznie uznaja ze powinni miec wolne od wszystkiego... Malzonek ich zawiozl i poszedl spac, a ja pozniej odebralam, choc przyjechalam w momencie jak wlasnie wychodzili z wody, wiec za duzo nie zobaczylam.
Sroda to juz byla normalna pobudka i dla dzieciakow i dla mnie. Poniewaz na termometrze bylo -14 stopni, wiec stwierdzilam, ze zawioze Kokusia do szkoly. A jak jego, to i Bi (no i sasiadke), wiadomo. Tego dnia mialam jechac na pierwsza w zyciu inspekcje, czyli szkolenie w terenie (nawet sie rymuje ;P)! Na miejsce mialam jakas godzine jazdy, a dojechac planowalam o 9:30-10, wiec stwierdzilam ze wyjade okolo 8:20, zeby miec lekki zapas czasu. Taaa... :D Kiedy odwiozlam dzieciaki, byla 7:40, wiec wrocilam jeszcze do domu zeby umalowac oko bo nie zdazylam i zapakowac do auta wszelkie pierdoly na inspekcje. Okazalo sie to bledem, bo kiedy wlaczylam nawigacje, ta pokazala ze bede jechac godzine i 20 minut! :O Najpierw wzruszylam ramionami, bo zwykle spokojnie nadrabiam w drodze i zajezdzam szybciej. Choc te prawie pol godziny roznicy powinno mnie zastanowic. No niestety. Najpierw byl wypadek w moim wlasnym miasteczku, wiec zamiast jechac przez nie 10 minut, jechalam dwa razy tyle. Potem byl korek na autostradzie do samej naszej stolicy. Kiedy tam przejezdzalam, bylo juz po 9, a w dodatku (z tego co dojrzalam) ulice byly kiepsko odsniezone, wiec nawet nie zjezdzalam do biura zeby zmienic samochod, tylko pojechalam dalej swoim. Droga z biura do sprawdzanej firmy, wg. Google powinna mi zajac 37 minut. Niestety, pod sama miejscowoscia docelowa byl kolejny wypadek i korek jak ta lala. W ten sposob dojechalam prawie o 10. :/ Bylo mi wstyd i wiedzialam juz ze zdecydowanie musze wyjezdzac z wiekszym zapasem czasu, ech... O inspekcji nie mam wlasciwie co pisac, bo to po prostu mnostwo nowych wiadomosci. Samo sprawdzanie nie bylo w zasadzie tak doglebne, bo tego pierwszego dnia bardziej sie zapoznawalismy z firma, ludzmi, ich procedurami, itd. Za to mam do zapamietania pierdylion formularzy, kwestionariuszy, dokumentow i stron. Nie wiem ile inspekcji zalicze zanim to wszystko zapamietam... Czasowo niestety jestem zalezna od glownego inspektora, wiec skonczylismy dopiero po 17. Nawigacja pokazala, ze do domu bede jechala godzine i 12 minut, wiec juz nastawiona bylam na dluga jazde. Tymczasem, nie wiem co tam sie porobilo, moze kiedys byly remonty drog i nawigacja ma stare informacje. Wyjezdzam bowiem na autostrade, a ta kaze mi brac pierwszy zjazd! Jak na zlosc, na autostradzie tez nie bylo jakiegos znaku, ze jestem na poprawnej. Najpierw zignorowalam polecenie i jechalam dalej, ale ze nawigacja dalej "krzyczy" zeby zjechac, to zjechalam, bo jest ciemno, jestem w obcym miejscu i na dobra sprawe nie wiem czy na pewno dobrze jade. Zjechalam, po czym glupia nawigacja przeprowadzila mnie doslownie przez pol miasta zanim znow doprowadzila do autostrady. Wjezdzam i... nie uwierzycie! To go*no znow kaze zjechac! Jak ostatnia idiotka zjechalam, po czym kolejny raz skazana bylam na krazenie po miescie. Za trzecim razem, wjechalam na autostrade, ale kiedy nawigacja znow polecila zjechac, zignorowalam ja. Przejechalam kilka km zanim na autostradzie pojawil sie znak, ze jade dobra droga, a w miedzyczasie dostalam polecenie wziecia przynajmniej dwoch zjazdow. :O Nie mam pojecia co sie dzialo z tym pudlem, czy mroz oszronil jakies kabelki, czy co... W kazdym razie, dojechalam dopiero o 18:40, a moj maz ma jakies pretensje, ze nie biore sluzbowego auta! Kurna, mam marnowac kolejne 15 minut na zajezdzanie do pracy i wymiane aut?! W kazdym razie, dojechalam wykonczona i na szczescie tego dnia Potworki nigdzie nie jechaly. Co prawda w poniedzialek nie mieli treningu, wiec mogli w sumie pojechac tego dnia, ale ze w srody zawsze robia sobie przerwy, wiec gdzie... ;)
W czwartek nastapila powtorka z rozrywki. Trzeba sie bylo zerwac rano, wyszykowac i pedzic na inspekcje, po drodze zawozac Potworki do szkol. Ponownie mielismy -15 stopni, ale nawet gdyby bylo cieplej, Bi miala klub narciarski, wiec i tak musialam ja zawiezc, razem ze sprzetem. Tym razem nie wracalam do domu, tylko po odstawieniu Kokusia pojechalam prosto na inspekcje. Po drodze mialam troche zatorow, ale dojechalam o 8:45. Myslalam, ze bede tam czekac niewiadomo ile, ale moj instruktor dojechal juz o 9. Zaczelismy wiec troche wczesniej, ale niestety siedzielismy prawie do 17. Niestety, choc mielismy nadzieje na bezproblemowa inspekcje, znajdowalismy co i rusz jakies problemy. Raz cos blahego (ale jednak blednego), innym razem cos powazniejszego, co kolega zapisywal sobie zeby to przemyslec i skonsultowac z naszym szefem. Tym razem zrobilismy sobie kilka krotkich przerw, wiec nie bylo az tak meczaco jak w pierwszy dzien. Wyjechalam minimalnie wczesniej, ale to wystarczylo zebym miala troche wiecej dziennego swiatla. Dzieki temu, widzialam dokladnie gdzie jade i nie dalam sie nawigacji sprowadzic na manowce. Ta zas, w polowie drogi, tuz przed stolica naszego Stanu, kazala mi zjechac z autostrady! Zaraz potem wpakowalam sie w potezny korek, ide jednak o zaklad, ze i tak tamtedy przejechalam szybciej (choc w slimaczym tempie) niz gdybym tlukla sie przez srodek miasta... Do domu doturlalam sie o 18:20, a na 19 Nik mial trening kosza. Na szczescie M. go zawiozl, bo ostatnie na co mialam ochote to wsiadac ponownie w samochod. Niestety, nie mialam wyjscia, bo o 20, kiedy Mlodszy konczyl, z nart wracala tez Bi. Malzonek wiec po nia pojechal, a ja jednak musialam znow siadac za kolko i pedzic po syna.
No i piatek, ktory zaczal sie jak dzien wczesniej, z ta roznica, ze tym razem to Nik mial klub narciarski, wiec jego sprzet wiozlam do szkoly. Ponownie pojechalam prosto na inspekcje. Oczywiscie tym razem ruch na drodze byl calkowicie luzny, wiec dojechalam juz o 8:34. :O Na szczescie kolega przyjechal kwadrans po mnie, wiec zaczelismy jak najszybciej. Stwierdzil tez, ze chce skonczyc juz o 14, zeby spokojnie zajechac do swojego biura i oddac auto, bo wiadomo ze bedzie sie przebijal przez bostonskie, piatkowe korki. Hmmm... gdybym wiedziala, sama wzielabym rano sluzbowe auto, zeby chociaz raz sprobowac jak to wyglada. Niestety, przez to ze skonczylismy wczesniej, nie bylo nawet szans zeby zakonczyc inspekcje tego dnia, wiec czeka nas powrot w przyszlym tygodniu. W dodatku, patrzac na to jak to idzie, nie wiem czy zamkniemy sie w jednym dniu. Ech... Spytalam kolegi ile ma inspekcji, gdzie wszystko idzie gladko i nie znajduje nic powaznego. Powiedzial, ze prawie kazda. Czyli mam pecha (albo szczescie, bo moge zobaczyc procedury przy bledach) i trafilam oczywiscie na problemy... Przynajmniej do domu dotarlam o przyzwoitej porze, bo tak wczesnie prawie nie bylo korkow (choc juz zaczynaly sie te popoludniowe) i dojechalam o 15:30. Akurat dojechal tez M., ktory odebral po drodze Bi. Przeszlo mi przez mysl zeby dolaczyc do Kokusia na nartach. Mielismy jednak -9 stopni z odczuwalna -12. A zblizal sie wieczor, kiedy wiadomo, temperatura zaczynala spadac. Na sama mysl az przechodzily mnie ciarki. Poza tym pomyslalam ze lepiej zrobic tygodniowe zakupy, to bede miala spokojniejszy weekend. Gdybym ich bowiem nie zrobila w piatek, musialabym jechac w sobote. A ze dzien wczesniej napisalam juz do nauczycielki nadzorujacej klub, ze nie dam rady przyjechac (bo spodziewalam sie znowu powrotu po 18), wiec stwierdzilam ze wole jechac do sklepu. Pojechalam wiec z niezawodnie towarzyszaca mi Bi, a po powrocie moglam sie troche zrelaksowac po trzech intensywnych dniach. A jeszcze, kiedy bylam w sklepie, zadzwonil M. bo Nik napisal do niego, ze zapomnial... biletu na wyciag! Dzieciaki z klubu maja bowiem karnety na wszystkie piec wyjazdow. Wiekszosc przyczepia je do kurtek, a moj syn... trzyma w kieszeni spodni. Pomijajac fakt, ze latwo moze go zgubic, to tym razem wzial cieplejsze spodnie, ale o tym, ze w lzejszych ma karnet, juz zapomnia. Malo tego. Rano, juz w czasie jazdy do szkoly, przypomnialo mi sie ze nie dalam mu kasy na jedzenie na stoku, na co syn klepnal sie w czolo, ze on tez zapomnial wziac swoich! Na szczescie mialam troche gotowki w portfelu. Ech... Najpierw Bi, teraz on... Tacy niby juz duzi, a caly czas trzeba za nimi dreptac i przypominac... Tymczasem Mlodszy zadzwonil do ojca, ktory oczywiscie nie ma pojecia gdzie leza spodnie narciarskie syna, ani w ogole jak wygladaja, wiec zadzwonil do mnie. Na szczescie matka wiedziala, bo jak nie ja, to kto. :D Okazalo sie ze wystarczylo ze M. wyslal mu zdjecie karnetu i na stoku pracownicy mogli z tego zdjecia skanowac kod. Nie mialam pojecia, ze tak sie da, a co ciekawe pracownicy tez nie. Nik opowiadal, ze musieli sobie przekazywac owe wiesci, bo ktorys go skanowal i skomentowal "o, to ty jestes ten dzieciak ze zdjeciem?". :D Malzonek poszedl spac juz o 19, wiec na 20 jechalam po syna pod szkole. I malo zawalu nie dostalam, bo wysiadl z autobusu w samej bluzie, a mielismy juz -15, przy odczuwalnej -18. Stwierdzil ze jest mu cieplo, a na nartach jezdzil w samej kurtce, tylko z koszulka pod spodem. :O Po powrocie do domu, moglam sie juz spokojnie powygrzewac przed kominkiem i wreszcie cieszyc, ze doczolgalam sie do weekendu. :D
Z malych ciekawostek, w tym semestrze Bi ma w koncu wybrana przez siebie zoologie. Program brzmi powaznie, bowiem poza wkuwaniem naukowych pojec i spora dawka laciny, beda przeprowadzac sekcje. Zaczna od najprostszego organizmu - robaka i przejda przez rybe, zabe, jakiegos ptaka, az po TO:
"To" to (jak mysle widac) jest swinski plod. Podobno nie zostal ukatrupiony do celow naukowych, tylko zmarl smiercia naturalna, ale i tak wydaje mi sie to dosc... makabryczne. Szkoda mi prosiaczka. :(








Brak komentarzy:
Prześlij komentarz