Niedziela, 18 stycznia to dluzsze spanie. Bardzo dlugie. Dzien wczesniej zasiedzialam sie i bylo grubo po polnocy gdy kladlam sie spac. Wobec tego, kiedy budzik zadzwonil o 8:30 rano, zamknelam oczy jeszcze "na chwile". Kiedy je otworzylam, byla 10:10, wiec to byla dosc dluga chwila. :D W sobote spadlo nam troche sniegu, ktory rano nadal proszyl, wiec napisalam do taty z pytaniem czy wpada na zwyczajowa kawe, czy boi sie zimy.
Odpisal, ze zima mu nie straszna i przyjedzie. ;) Posiedzielismy wiec jak zwykle z dziadkiem, a po jego odjezdzie zmusilam sie zeby jechac na zakupy. Strasznie mi sie nie chcialo, ale kotu skonczylo sie mokre zarcie, wiec nie bylo wyjscia. W ciagu dnia snieg przestal padac, a solidnie sypane sola drogi wydawaly sie calkiem niezle, wiec wymowki brak. ;) Zabraly sie ze mna Potworki, a po wyjsciu z puszkami, stwierdzilam ze podjedziemy jeszcze do spozywczego, bo jak zwykle mielismy kryzys z jajami, choc w czwartek kupilam 2 tuziny. :O Jak na zlosc, snieg, ktory mial zaczac ponownie padac o 18, zaczal juz teraz, a byla 16. I to padal na tyle mocno, ze osiadal na posniegowym blocie, ktorego resztki lezaly na jezdni. Warunki robily sie wiec gorsze doslownie w oczach. Wpadlismy do sklepu, chwycilismy jaja, Bi zgarnela jeszcze po drodze sushi i popedzilam (ale wolno i ostroznie) do domu.
Tam napalone juz bylo w kominku, wiec mozna sie bylo zagrzac i zrelaksowac, patrzac na sypiacy snieg za oknem. No i z mila swiadomoscia, ze mielismy kolejnego dnia wolne; znaczy sie ja i Potworki. ;)
W poniedzialek moglismy wiec znow pospac dluzej. Byl dzien Martina Luthera Kinga Jr., wiec szkoly oraz urzedy federalne byly zamkniete. U M. niby pracowali, ale kazdy mogl wziac dzien wolny, bezplatny, za to bez zuzywania wakacji. Poniewaz pojawilo sie u niego zawrotne 6 osob, wiec wyszedl w poludnie. ;) Gdzies w nocy snieg przestal padac, wiec rano przywitala nas iscie bajkowa sceneria.
Po powolnym ogranieciu sie, chwycilam za odkurzacz oraz mopa, tym razem chcac zrobic porzadek z podlogami na gorze. Nik z entuzjazmem zabral sie za swoj pokoj, a Bi z duzo mniejszym, ale ogarnela u siebie. Panna byla na popoludnie umowiona z kolezankami do galerii, gdzie mialam zawiezc ja oraz sasiadke, a sasiad mial potem dziewczyny odebrac. Ja nie moglam (i nie chcialam) bo M. bral moje auto na zmiane oleju i nie wiedzialam ile mu to zajmie. Na 13:30 odstawilam wiec pannice pod galeria, a potem wrocilam do chalupy. Poskladalam pranie, wstawilam kolejne oraz zmywarke, troche posiedzialam na spokojnie z kawa, po czym stwierdzilam, ze czas brac sie za lasagne. Tyle, ze olsnilo mnie iz... nie wyciagnelam miesa z zamrazarki! :O Poniewaz nie bylo szans zeby rozmrozilo sie szybciej niz za kilka godzin, wiec z westchnieniem przelozylam to danie na inny dzien. Za to, skoro zyskalam czas, szybko upieklam mini serniczki. Wyobrazcie sobie, ze zostala mi masa sernikowa z urodzin Kokusia. To juz ponad miesiac i mialam ja wyrzucic, ale zajrzalam w wiaderko i ani nie porosla plesnia, ani nie pachniala jakos podejrzanie. Stwierdzilam wiec, ze grzechem byloby jej nie wykorzystac, a ze wszyscy poza Nikiem lubia te cytrynowe serniczki, wiec raz dwa je machnelam. Poza tym, Potworkom (a w szczegolnosci Bi, bo wiadomo ze po lazeniu po galerii byla zmeczona) sie poszczescilo, bo na basenie wysiadlo ogrzewanie wody, wiec odwolano trening. Pozniej niestety nadszedl koniec laby i trzeba bylo wyciagnac sniadaniowki i szykowac sie na powrot do kieratu.
Wtorek przywital nas -7 stopniami na termometrze. Nik dopiero co wydobrzal, wiec stwierdzilam ze lepiej zeby nie sterczal na takim mrozie i stwierdzilam ze go zawioze. Spytalam Bi czy woli jechac ze mna czy z sasiadka (bo oni teraz codziennie woza corke, wiec zabieraja i ja), ale odparla ze woli ze mna, bo jej kolezanka ma problemy z wyrobieniem sie i wiecznie dojezdzaja na ostatnia chwile, lub wrecz spoznieni. Co prawda sasiadce tez musialam zaproponowac podwozke bo ciagle zabieraja Starsza, ale kiedy jedzie z nami, jakos presja dziala i sie nie spoznia. ;) Tym razem okazalo sie, ze wszyscy jakos tak sie slimaczylismy, ze sasiadka zdazyla juz corke podwiezc pod nasz dom. Odstawilam dziewczyny, odstawilam syna, po czym "popedzilam" do pracy. W cudzyslowiu, bo na autostradzie byl wypadek, zablokowali dwa z trzech pasow i korek zrobil sie, ze ho-ho. Trzy km pokonalam w... 40 minut! :O A pozostale 6 w 10... Dobrze, ze moje cotygodniowe wirtualne spotkanie szef przelozyl na 10, bo w zyciu bym nie zdazyla... W biurze byly nas az... dwie osoby. :D Dzien sie troche dluzyl, ale nadal mam szkolenia, a do tego upomniec sie o uwage ludziskow z IT, aktywowac korpo karte kredytowa i wklepac ja w profil do rezerwacji podrozy. A, bo zapomnialam napisac, ze moja karta przyszla poprzedniego dnia. Prosilam o przyspieszone rozpatrzenie i sprawili sie na medal. Zamiast wyslac poczta (ktora w poniedzialek miala wolne), wyslali FedEx'em, wiec niezle sie zdziwilam kiedy znalazlam koperte pod drzwiami. Teraz z M. zartujemy, ze jedziemy na zakupy, wydawac pieniadze podatnikow. :D Zarty zartami, ale przy kazdej prezentacji czy szkoleniu w pracy, podkreslane jest na kazdym kroku, ze wszystko mamy oplacane z publicznej kasy. Smieje sie, ze powinnam przestac placic podatki, bo to tak jakbym sama sobie placila pensje. :D W kazdym razie, dzien jakos zlecial, przebilam sie przez popoludniowe korki i doturlalam do domu. Caly dzien trzymal solidny mroz, a na wieczor temperatura zaczela jeszcze spadac, wiec bardzo ucieszyl nas mail, ze naprawa grzalki na basenie nadal trwa i trening ponownie zostal odwolany. Napalilismy w kominku i spedzilismy wieczor na leniuchowaniu, poza codziennym ogarnianiem. Spojrzalam tez z Kokusiem na wybor przedmiotow na kolejny rok. Podobnie jak Bi, on rowniez musi wybrac przedmioty do 9 klasy, czyli pierwszej szkoly sredniej. W przeciwienstwie do siostry jednak, Nik nie ma pojecia co kiedys chcialby robic, ani co go interesuje. Niektore przedmioty, jak angielski, matematyka, historia oraz fizyka, ma obowiazkowe, ale reszte musi wybrac. Zreszta, nawet te obowiazkowe, ma wpisane jako rozszerzone, ale jesli nie czuje sie na silach, moze wziac je na zwyklym poziomie. Zamiast hiszpanskiego zas (a pani wpisala mu rozszerzony na poziomie III) moze wziac poziom II, lub zaczac od poczatku i wziac francuski I. ;) Po wpisaniu obowiazkowych przedmiotow oraz jezyka, Nik ma 5.5 kredytu, a musi miec pomiedzy 6.5 a 7.5. Mlodszy, podobnie jak rok temu siostra, celuje w 7, zeby miec tez w grafiku przerwy, tzw. study halls. W czasie tych przerw, uczniowie moga odrabiac lekcje, pojsc do biblioteki, konczyc jakies projekty, czy tez po prostu poczytac ksiazki lub odpoczac. Dla Kokusia oznacza to jednak wybor kolejnych dwoch przedmiotow, jednego z 1, drugiego z 0.5 kredu, lub trzech po 0.5. Te kredyty (credits) jeszcze dodatkowo komplikuja sprawe. ;) W dodatku, zeby w przyszlosci ukonczyc szkole, uczniowie musza miec jeden kredyt "artystyczny" i wiekszosc bierze wlasnie cos ze sztuka lub muzyka w I klasie, zeby juz miec z glowy. Mlodszy caly czas twierdzil ze wezmie znow zespol i jeszcze rok pogra na trabce (to daloby mu caly kredyt), teraz jednak nie jest pewnien i zastanawia sie nad jakas grafika komputerowa itd. Problem w tym, ze jest cholernie niezdecydowany, wiec siedzielismy nad tym prawie godzine i ostatecznie nie dokonal zadnego wyboru. Coz, ma jeszcze dwa tygodnie...
W srode pracowalam z domu, a poniewaz termometry rano pokazaly -15, wiec wiadomo ze zawiozlam mlodziez do szkoly. Objechalam polowe miejscowosci, po czym wrocilam do cieplutkiej chalupy. Fajnie nie byloby wysciubiac z niej nosa, ale zawzielam sie zeby w koncu "zlapac" probke siuskow psiura i zawiezc do weta. Lazilam z psem na smyczy po ogrodzie 15 minut, ale misja zakonczyla sie sukcesem! Teraz trzeba bylo niestety cenny sloiczek przetransportowac do kliniki. Poki co, trafil do lodowki. :D Tego dnia Bi miala kolejny dzien polrocznych zaliczen i ponownie konczyla o 12:08. Na szczescie bylam w domu, wiec powiedzialam zeby dala mi znac kiedy po nia podjechac, pod warunkiem ze bedzie to przez 13, lub po 14, mialam bowiem meeting w srodku dnia. Stwierdzila, ze najlepiej bedzie o 12:40. :D Mialam wiec jeden meeting, potem chwila "normalnej" pracy, jazda po corke i za chwile kolejny meeting, ktory z planowanej godziny przeciagnal sie do 1.5... Akurat skonczylam i przyjechal ze szkoly Nik. Zrobilam sobie chwile przerwy zeby odparowac mozgownice i wstawic lasagne, po czym do domu dotarl M. Pechowo, kiedy bylam z psiurem u weta w grudniu, pani przestrzegla mnie ze mocz musi do nich trafic tego samego dnia, kiedy "zlapie" probke. Klinika czynna do 17, wiec co bylo robic; zostawilam laptoka, modlac sie zeby nikt mnie nie szukal i o 16 pojechalam. Co prawda mogl pojechac M., ale ze dopiero co wrocil, to nie mialam sumienia gonic go dalej, a sam nie proponowal, bo gdzie... Wiedzialam, ze korki beda niemilosierne i sie nie pomylilam, ale dojechalam nawet kilkanascie minut przed zamknieciem. Niestety, pani sprawdzila kartoteke i doszukala sie, ze badanie zlecili ponad 30 dni temu. Wobec tego nie mogli tego podpiac pod caly panel badan i musieli wyslac osobno, a to oznaczalo zaplacenie za badanie pelnej ceny. Cholera. No i o $80 lzejszy portfel. :/ Coz, sama jestem sobie winna, bo moglam zebrac sie wczesniej, ale przed wylotem do Polski nie zdazylam, a po powrocie nie mialam do tego glowy. Wrocilam do domu, gdzie pierwsze co, to sprawdzilam maile z pracy i na szczescie nikt mnie nie szukal. :) Kilka godzin wczesniej dostalam maila (prywatnego), ze na basenie musza wymienic jakas glowna czesc, wiec treningi odwolane sa na reszte tygodnia. Mielismy wiec kolejny leniwy wieczor. Mial proszyc lekko snieg, ale wlasciwie nie osiadac, tymczasem znow spadlo kilka cm i na drogi ruszyly odsniezarki. Mialam tylko nadzieje, ze uprzatna co trzeba przez noc, bo kolejnego dnia musialam byc w biurze.
Rano w czwartek okazalo sie, ze moje nadzieje byly plonne, bo drogi odgarniete byly "na odwal - odpie*rz". Za to chodniki w ogole, bo wiadomo ze te kazdy musi odgarnac sam, a wiekszosc ludzi albo jedzie do pracy, albo nawet nie mysli zeby o 6 rano odsniezac. Mroz troche odpuscil, wiec mialam Kokusia wyslac w koncu normalnie na autobus, ale ze na chodnikach sniegu bylo po kostki, to zlitowalam sie i stwierdzilam ze go zawioze. Panna Bi za to miala dluzsze spanie i pol dnia laby, bo... nie szla do szkoly. Okazuje sie, ze w czwartek byly egzaminy dla tych, ktorzy z jakiegos powodu opuscili ktorys egzamin w jeden z poprzednich dni. Uczniowie, ktorzy odhaczyli wszystkie zaliczenia, mieli... dzien wolny. :O No nie ma po prostu jak chodzic do high school. ;) Dla mnie lepiej by bylo gdyby szla do szkoly, ale o tym za moment. Ona wiec sobie odsypiala, zas Nik i ja zapakowalismy sie do auta i pojechalismy. Normalnie, widzac nieciekawe warunki, zostalabym moze w domu, ale akurat tego dnia miala do biura przyjsc paczka, ktorej odbior mialam pokwitowac podpisem. Co bylo wiec robic... Na szczescie, poza niektorymi nieciekawymi, zle odsniezonymi miejscami, warunki byly znosne. Odstawilam do szkoly syna i dojechalam do roboty. Byla tam "az" jedna kolezanka, ktora zreszta zostala tylko do 10. :D Kiedy ona pojechala, siedzialam jak na szpilkach i nasluchiwalam, bowiem pan z UPS'u czesto puka do tylnych drzwi i ledwie to slychac. Na szczescie uslyszalam i odebralam paczuszke, w ktorej byl... sluzbowy telefon! W ten sposob dorobilam sie kolejnego srajfona. ;) Tak naprawde to nie jest mi on do niczego potrzebny. Wszyscy zreszta mowia, ze te sluzbowe maja wrzucone gdzies do plecaka i wiecznie rozladowane. :D Z entuzjazmem zabralam sie za aktywowanie ustrojstwa i... poleglam. Prosi o zalogowanie sie, wbijam maila z pracy, prosi o haslo i... doopa, bo tego nie mam. Wbilam wszelkie mozliwe haselka i numerki i nic. W biurze oczywiscie takie "tlumy" ze nie ma nawet kogo poprosic o pomoc... :/ Okazalo sie jednak, ze niepotrzebnie sie meczylam, bo pan z IT sam do mnie zadzwonil. Kazdy bowiem, kto dostaje te telefony, ma automatycznie przydzielona osobe do pomocy w aktywacji. Szkoda tylko ze o tym nie wiedzialam... :/ Tak czy siak, ustrojstwo ma tyle zabezpieczen, ze sama w zyciu nie doszlabym jak to wszystko poustawiac. Spedzilam z panem na linii ponad pol godziny, ale w koncu telefon mialam dzialajacy. Tyle, ze do kazdej aplikacji kazal mi wlaczyc powiadomienia, wiec teraz mi dziadostwo co chwila irytujaco plumka. Wracajac do dnia wolnego Bi, panna szkoly nie miala, ale klub narciarski niestety tak. Wszyscy nauczyciele normalnie byli w szkole, wiec nikomu nie przyszlo do glowy zeby go odwolac. To oznaczalo ze trzeba bylo normalnie odstawic sprzet, a mlodziez miala sie o 14:10 stawic na autobus. O ile sprzet mozna bylo podrzucic jak zwykle rano, o tyle Bi musiala sie jakos po poludniu stawic w szkole. Oczywiscie panna strzelila focha, ze na piechote nie pojdzie (bo sie zmeczy...), a M. z kolei burknal ze on sie nie bedzie z pracy zwalnial zeby ja odwozic. Super. Czyli komu przyszlo ratowac sytuacje? Mi oczywiscie! Wyszlam z biura o 13 i pojechalam do domu, modlac sie zeby nikt mnie pilnie nie szukal w czasie, kiedy bede jechac. W sumie moglam pannie powiedziec stanowczo, ze korona jej z glowy nie spadnie jak sie przejdzie, no ale. Mietka jestem. :D W chalupie czym predzej sie zalogowalam i ufff... na szczescie nikt nie pisal. Zawiozlam Bi na autobus, choc tu akurat obrocenie w ta i z powrotem zajmuje ledwie 10 minut.
Chwile posiedzialam nad aplikacjami, ale potem postanowilam skorzystac z tego, ze mamy +3 stopnie i slonce i oczyscic podjazc ze sniegu, ktory spadl poprzedniego wieczora. Widzialam, ze u sasiadow, ktorzy musieli odsniezyc rano, podjazdy sa suche, wiec mialam nadzieje ze i u nas obeschnie. To byla taka glupiego robota, bo co chwila przerywalam zeby pojsc do domu i sprawdzic kompa. Za to snieg i lod na podjezdzie byly miejscami tak ugniecione przez auta, ze nie dalo sie tego ruszyc. Odszuflowalam ile dalam rade, a reszte mam nadzieje roztopi slonce, bo tam zawsze przygrzewa, nawet jesli temperatury sa teoretycznie ujemne. Wrocily chlopaki, przy czym M. wszedl na raptem 15 minut, bo na 16 Nik mial polroczna kontrole u dentysty. Tym razem powiedzialam ze nie bede ryzykowac i odchodzic od kompa o prawie godzine wczesniej. Malzonek pojechal wiec z synem i potem nawet bylo mi go troche zal, bo wizyta powinna im zajac nie wiecej niz pol godziny, tymczasem w przychodni mieli jakies opoznienie i razem z dojazdem nie bylo ich prawie dwie. :O To niestety nie byl koniec wariactw na ten dzien, bowiem Nik mial trening koszykowki na 19. To nie problem; zawiozlam go i wrocilam do domu. Tyle ze konczyl o 20, a rowniez mniej wiecej o tej porze Bi wraca z nart. Oczywiscie na przeciwleglych koncach naszej miejscowosci, bo jakby inaczej... Coz, sa takie wlasnie sytuacje, gdzie sie nie rozdwoje. M. ostatnio kladzie sie przed 19, ale tym razem musial wytrzymac do 20, odebrac Bi i dopiero mogl isc spac.
Piatek oznaczal pelny dzien szkoly wreszcie dla obojga dzieci. Bi oczywiscie ciezko wzdychala, ale ja sie cieszylam, ze wracamy do normalnego grafiku. I tak na niedziele zapowiadaja jakas straszna sniezyce, wiec wyglada ze w poniedzialek moze nie byc szkoly. Nie wiem jak ta mlodziez w high school moze sie wdrozyc w systematyczna nauke kiedy caly czas maja jakies skrocone lekcje i wolne dni... Postanowilam pracowac z domu, a ze rano termometr pokazal -6, to stwierdzilam ze zawioze Potworki do szkoly. Tego dnia klub narciarski Kokusia odwolano z powodu szkolnego balu, z racji, ze w poprzednich latach polowa dzieciakow z klubu i tak wybierala tance. Co ciekawe, Mlodszy, ktory rok temu oznajmil, ze mowy nie ma zeby sie dal namowic na jakis tam bal, w tym roku idzie. :D Umowil sie z kolegami i bedzie to dla nich po prostu okazja do spotkania towarzystkiego. Problem w tym, ze on rosnie teraz w takim tempie, ze wszystko nagle robi sie za krotkie. Powiedzialam mu ponad tydzien temu zeby przymierzyl ciuchy, w ktorych chce isc, bo w razie czego bedzie czas jechac na zakupy czy cos zamowic. Myslicie ze przymierzyl? Taaa... Dzien mijal mi szybko, na probie zaliczenia kolejnego szkolenia. Wkurzylam sie, bo przerobilam jeden z rozdzialow, przeszlam test, a pozniej musialam oddac kontrole nad kompem pani z IT zeby naprawila mi jedna z aplikacji. Kiedy ponownie otworzylam szkolenie (ktore powinno automatycznie zapisywac gdzie skonczylam) okazalo sie, ze zawieszalo sie i nie chcialo otworzyc tam gdzie bylam. Musialam zaczac od nowa, lacznie z testem. :/ Na szczescie zaliczylam, ale i tak mialam ochote pie*rznac tym szkoleniem i wylaczyc kompa. Spodziewalam sie, ze Bi znow zostanie w szkole gdzies do 16, ale o dziwo napisala zebym przyjechala po nia o 14:50. Wszystkie kolezanki mialy jakies zajecia, to nie bylo po co siedziec samej. ;) W czasie kiedy ja szybko podjechalam po corke, ze szkoly wrocil Nik. Szybko jeszcze przynioslam troche drewna na wieczorne palenie w kominku, po czym zasiadlam dalej przed szkoleniami. Rowniutko o 16:30 zamknelam laptoka, ladowarke wrzucilam do plecaka, po czym popedzilam na zakupy. Zabrala sie ze mna Bi i kiedy dojechalysmy do supermarketu, obie przezylysmy w szok! Wiadomo, ze w telewizji oraz necie trabia o strasznej, rekordowej sniezycy, ktora ma nas nawiedzic w niedziele, ale ja oraz M. podchodzimy do takich rewelacji raczej ze wzruszeniem ramion. Jakies zapasy mamy, bo nigdy nie kupujemy jedzenia na styk, wiec jechalam na takie zwykle, tygodniowe zakupy. Tymczasem pod sklepem pelny parking! Ludzie kraza zeby znalezc miejsce! W sklepie polki opustoszale: nie ma chleba, nie ma miesa, nie ma sera, nie ma jajek z wolnego wybiegu, nawet mojego mleka migdalowego bez dodatku cukru nie ma! Przebrane jablka, a nawet ziemniaki. :O Ludzie szykuja sie jakby mieli utknac w chalupie na miesiac, a nie na 1-2 dni... W kazdym razie, kupilysmy co sie dalo, po czym w korkach wrocilysmy do domu. Ledwie zdazylam rozpakowac torby, a dla Kokusia przyszedl czas jazdy na "bal". Na szczescie jego oraz jeszcze innego chlopca, zabrala mama jednego z kolegow.
Ja zaoferowalam, ze chlopakow odbiore. Mialam wiec taki troche wieczor do pupy, bo na 20:45 musialam zasuwac do szkoly. Tam rece mi opadly, bo kolejka do odebrania dzieciarni, stala zygzakiem przez caly parking az na ulice. Dwa razy dzwonil do mnie syn gdzie jestem, bo czekali na zewnatrz i bylo mu zimno. Coz, przed wyjsciem mowilam zeby wzial cieplejsza kurtke, ale nie. Zalozyl taka zupelnie nieocieplana. W ogole, gdyby nie ochrzan, poszedlby przy -5 stopniach w krotkim rekawku. :O A teraz mu ziiiimno... Zrobilam koleczko po miasteczku bo jeden z chlopcow mieszka w zupelnie innej czesci niz my, po czym w koncu moglam wrocic na dobre do domu i zasiasc przy ogniu. Na szczescie, przed wyjsciem wrzucilam do kominka wieksza klode, wiec kiedy dojechalam jeszcze sie lekko palila.
Trzymajcie kciuki zeby nas kompletnie nie zasypalo! ;)






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz