czwartek, 28 sierpnia 2025

Witaj szkolo!

No i nadszedl poczatek konca wakacji. ;) Sobota, 23 sierpnia to dluzsze spanie dla mnie oraz Potwornickich. Malzonek oczywiscie pracowal. Po calym tygodniu brutalnych pobudek, spalam do 8:40, ale po przebudzeniu jeszcze lezalam, az... zasnelam ponownie! Obudzilam sie o 10:25. :O Teraz to juz wyskoczylam z lozka jak oparzona, bo szkoda mi bylo wolnego dnia. Zjadlam sniadanie, a pozniej instruktowalam Kokusia jak zrobic jajecznice, ale z boczkiem. ;) Niby nic skomplikowanego, ale syn tak sobie "radzil" z nozem przy krojeniu owego boczku, ze naprawde obawialam sie o jego paluchy. :D

Szczerze to zaczynam miec dosc szorowania patelni, bo ile mozna?

Jakos jednak obylo sie bez ciecia i plastrow, a Mlodszy az mlaskal ze smakiem jedzac. Dzien lecial w sumie spokojnie. Wrocil z pracy M., ale zaraz polozyl sie na drzemke, a ja w tym czasie usiadlam pod parasolem na tarasie. Znow wrocily upaly, choc juz nie tak uciazliwe jak jeszcze tydzien temu, wiec w cieniu bylo bardzo przyjemnie. Wstawilam zmywarke, a potem naszlo mnie zeby upiec ciasto, o ktorym wspomnialam raz M. i zareagowal, ze "O fuj, kto to bedzie jadl!". No ale teraz spal, wiec nie mogl mnie odwiesc od tego pomyslu. :D Bi oczywiscie chetnie dolaczyla i szybko utarlysmy chlebek... cukiniowy! Pechowo, czas pieczenia konczyl sie akurat jak powinnismy wychodzic do kosciola, wiec modlilam sie zeby nie trzeba go bylo dopiekac. Na szczescie test "suchego patyczka" wyszedl pomyslnie. Choc potem w czasie mszy caly czas zastanawialam sie czy wylaczylam piekarnik przed wyjsciem. :D A co do ciasta, to wyszlo przepyszne!

Te zielone drobinki, to skorka cukinii

W smaku przypomina ciasto marchewkowe, zapewne przez dodatek cynamonu. Nawet M. wyrazil aprobate, mimo wczesniejszego krzywienia sie. Po mszy malzonek poszedl skosic trawe, a ja w tym czasie pobieglam wziac prysznic, bo wiedzialam ze potem on bedzie chcial pod niego wskoczyc. Pod wieczor znienacka wpadla sasiadka, ktorej krolikami zajmowala sie Bi, zeby podrzucic jej upominek przywieziony z dalekich Indii. Panna dostala piekna, tradycyjna sukienke z leginsami, a do tego... $300. :O

Bedzie miala co zalozyc na Diwali :)

Koperte otworzyla dopiero po ich wyjsciu i az mi bylo glupio. Gdyby to bylo w trakcie ich wizyty, mocno bym zaprotestowala. Sasiadka chwile posiedziala i poopowiadala o ich podrozach, a ze przyszla z corka, to obie z Bi podniecone planowaly juz wspolne pojscie do szkoly w poniedzialek. Najlepsze, ze w czasie ich wizyty, przyszla sasiadka z naprzeciwka i podrzucila nam na ganek z przodu upominek dla Starszej za opieke nad ich kotem przez ostatni tydzien. Panna dostala breloczek oraz $60. Smialam sie, ze powinna otworzyc biznes. :D

W niedziele M. ponownie pracowal, a ze w kosciele bylismy dzien wczesniej, to Potworki oraz ja moglismy spac do wypeku. Na wszelki wypadek nastawilam budzik na 8:30, choc jeszcze przed czasem obudzila mnie Oreo oraz nasz (koci) sasiad Bandyta, drace koty. Doslownie. :D Zawolalam przez okno, to nasza przybiegla na taras, ale kocur za nia. Wyszlam, poglaskalam dziada bo to takie przymilne stworzenie i pobiegl w swoja strone. Jeszcze sie ogarnialismy i jedlismy sniadanie, kiedy do domu zawital malzonek, ktory w koncu przywiozl brakujace deski oraz listwy zeby zaczac dzialac konkretniej z tym schowkiem pod tarasem. Przyjechal tez moj tata, bo jakby inaczej. Poczestowalam go reszta gulaszu oraz moim ciastem cukiniowym. Spytalam potem czy wie co je i okazalo sie, ze myslal ze to chlebek bananowy. :D To tylko dowod na to, ze z czegokolwiek by sie pieklo, jesli doda sie wystarczajaco cukru, maki oraz tluszczu, to i tak wyjdzie ciasto. ;) Tata jak zwykle posiedzial pare godzin, a potem zostalo juz ogarnac troche chalupe przed kolejnym pracujacym tygodniem, wstawic dwa prania, wysuszyc je i poskladac i szykowac sie do kieratu. Po dlugasnej labie, tego dnia szykowaly sie rowniez Potworki. :D Upchneli do plecakow cala wyprawke, a Bi dodatkowo zapakowala plecak na basen. Oboje oczywiscie ciezko przezywali ze skonczyl sie czas swobody, a Starsza miala dodatkowy stres, bo szla do zupelnie nowej szkoly. Stresowal sie tez ojciec, choc z zupelnie innych powodow. Otoz, ubzdural sobie, ze Potworki wypadly z "rytmu", a w dodatku wygladalo, ze Bi miala pierwsza wyjsc z domu, wiec przezywal niczym mrowka okres, ze Nik jest mlodszy i roztrzepany i na pewno zostawi cos wlaczone lub otwarte drzwi. :O Postukalam sie w czolo, bo Nik nie jest przeciez duzo mlodszy niz siostra i ostatnio robi sie jakby bardziej ogarniety i odpowiedzialny. Poradzi sobie. ;)

Poniedzialek zaczelam moja zwyczajna ostatnio pora, czyli o 2:30. Stwierdzilam, ze nie chce mi sie wypuszczac dwoch partii dziennie. Wystarczy jedna zeby pocwiczyc ogarnianie papierow, bo do programow i tak nadal nie mialam dostepu. Dlatego tez moglam spokojnie pojechac na 4. Co ciekawe, o 4:30 mielismy meeting. Ponoc cotygodniowy, choc dotychczas nikt mnie o nim nie informowal ani nan nie zapraszal. ;) O 5:30 wypuscilam partie, a pozniej zajelam sie dokumentacja i kolejnymi zadaniami ze szkolenia. Papierologia juz prawie-prawie zakonczona, ale nadal nie calkiem, bo zastepcy, poza szkoleniem mnie i nowej kolezanki, maja oczywiscie wlasne obowiazki. Tego dnia byl oczywiscie pierwszy dzien kolejnego roku szkolnego.

Zdjecie "oszukane" bo zrobione poprzedniego dnia. :D Nie patrzcie na schody, ktore domagaja sie odmalowania. Naprawde na zywo nie wygladaja na az tak brudne; tutaj padalo jakies dziwne swiatlo...

Nasza mala tradycja odkad zaczeli edukacje, bylo ze pierwszego dnia ich zawozilam, ale niestety, po raz pierwszy nie dalam rady. Glupio brac wolne z takiego powodu, to po pierwsze. A po drugie, musialabym wybrac ktore dziecko zabrac, bo zaczynali lekcje w odstepie 8 minut, na dwoch koncach naszej miejscowosci. Przy porannym ruchu oraz sznurku aut pod szkolami, w zyciu nie udaloby mi sie odstawic (na czas) obojga. Bi miala jezdzic z kolezanka rowerem, ale jej mama tego dnia je zawiozla, wiec sie jej udalo. Nik pojechal autobusem, ale nie narzekal. Najwiekszy "problem" mial ze na przystanku stal z ich grupka tata jednego z chlopcow. Coz, poza mna jest sporo innych, przewrazliwionych rodzicow, przezywajacych ze ich dziecko idzie do middle school i musi sie stawic na przystanku na drugim koncu osiedla. ;) Po pracy przyjechalam do domu i jakos tak dziwnie bylo kiedy przywital mnie tylko pies z kotem... Okazalo sie tez, ze wbrew obawom M., Nik swietnie sobie poradzil, postawil bramki dla Mai i zatrzasnal za soba drzwi. Chwile odpoczelam, ale dosc szybko znow wyruszalam, bo obiecalam Kokusiowi, ze choc nie moglam go rano zawiezc, to chociaz odbiore. Bi oczywiscie jechala prosto po lekcjach na basen. Pod szkola syna jak zwykle utknelam w sznureczku aut, ale wreszcie sie stamtad wydostalismy, zajechalismy po napoj do Dunkin (tez dla uczczenia poczatku roku ;P) i dojechalismy do chalupy. Mlodszy narazie calkiem zadowolony z nauczycieli, a w klasach trafilo mu sie sporo kolegow, wiec nie narzeka. Pierwszy dzien to wiadomo, same sprawy organizacyjne. Ani sie obejrzalam, a musialam jechac po Bi, tym bardziej ze chcialam skorzystac z ladnej pogody i pospacerowac. Panna tez ogolnie zadowolona i stwierdzila ze szkola srednia nie rozni sie w sumie duzo od gimbazy. ;) Tyle ze wrocila wykonczona, bo jednak 1.5 godziny treningu zaraz po szkole pochlania mnostwo energii. Mam nadzieje, ze predko podciagnie forme. Popoludnie zlecialo szybko i musielismy zabrac Kokusia na trening. Jak zwykle M. go zawiozl, ja odebralam. 

Zlapany na skoku

Trener coraz bardziej skraca treningi, bo przyszlo ochlodzenie, a na dodatek szybko zapada zmierzch, a konca remontu basenu w srodku nie widac. Podloga rozbabrana naokolo, bo najwyrazniej naprawiaja cos z hydraulika. :O W poniedzialek niestety dzieciaki wyszly z wody szczekajac zebami. Oby to nie skonczylo sie masowymi chorobami... :/

We wtorek zwyczajowa pobudka i do roboty. Tym razem w laboratorium atmosfera byla napieta, bo w jednej z poprzednich partii nie udalo sie wyprodukowac tyle produktu ile zamowila apteka (tutaj duzo zalezy od maszyny wytwarzajacej radioaktywnosc, a ta niestety jest kaprysna). To oznaczalo, ze prawdopodobnie musieli puscic kolejna partie na koniec dnia. Nikt nie lubi zostawac po godzinach (nawet z odpowiednia placa), wiec humory byly slabe. Pozniej zas wyszedl jakis konflikt (ktory okazal sie zwyklym problemem komunikacyjnym) i w ktoryms momencie dziewczyna wypadla z sali produkcyjnej i laboratorium przeklinajac w glos, a po chwili facet, ktory byl tam z nia, w przebieralni rzucal o sciany pojemnikami ze sterylna odzieza. Jaja jak berety! :D A wszystko przez nieporozumienie, ktore ostatecznie udalo sie zazegnac bez wiekszych problemow, fiolke wypuscilismy i wszyscy odetchneli. Tym bardziej, ze w kolejnej partii nadrobili brak materialu i obylo sie bez dodatkowej produkcji. Reszta dnia minela na walce z dokumentacja, ktorej ponownie mialam caly stos do zaksiegowania. Oraz na konczeniu szkolen. Jeden z zastepcow (a raczej "zastepczyni") siadla i przerobila ze mna reszte przepisow. W ten sposob skonczylam wszystko z listy, dodalam niezbedne zalaczniki i wyslalam caly pakiet do szefa. Pozostalo tylko czekac na egzamin. :O Kiedy wrocilam do domu, okazalo sie, ze Nik zostawil w kuchni zapalone swiatlo i zamkniete tarasowe drzwi. Powital mnie kiciul, dracy sie wnieboglosy pod garazem, bo najwyrazniej chcial koniecznie wejsc do domu. Coz, dobrze ze syn chociaz drzwi za soba zatrzasnal. ;) W chalupie trzeba sie bylo zabrac za obiad, bo niestety ostatnio wracam pierwsza, wiec to mnie przypada to zaszczytne zadanie. Do domu wrocil Mlodszy, niestety glodny, a skoro glodny to i zly. ;) Na szczescie talerz ze strawa szybko poprawil mu homor. Wkrotce pozniej przyszla pora jazdy po Bi. Ponownie skorzystalam z okazji zeby troche pochodzic po okolicy, a pozniej wrocilam z corka do domu.

Takie tam sa ladne tereny naokolo
 

Fajnie byloby sie juz nigdzie nie ruszac, ale niestety wieczorem trening mial Nik, ktory postanowil chodzic we wtorki, a przerwe robic w srody. Malzonek syna zawiozl, a ja odebralam, choc popatrzec zdazylam ponownie tylko na ostatnie skoki.

W srode ponownie wczesna pobudka i do roboty. Produkcja opoznila nam sie przez cos i ostatecznie testy i dokumentacje zaczelismy przerabiac dopiero o 6:20. To oznaczalo ze wczesniej sie snulam, a potem nie wyszlam z laboratorium niemal do 8. :/

Nie ma mnie w domu, ale kamery rejestruja dzielnych szkolniakow. Nie wiem jak Bi udaje sie jechac z dwoma plecakami (jednym szkolnym, drugim na plywanie)... :O
 

Reszta dnia minela juz szybciej, glownie na ksiegowaniu dokumentow i tym podobnych. Egzaminu nie dostalam i wcale z tego powodu nie plakalam. :D W domu na dzien dobry trzeba bylo chwycic za odkurzacz i mopa. Skonczyl sie czas swobody, kiedy Potwory mialy wakacje i ogarnialy co nieco w chalupie. Zreszta, jak sama zaczelam sprzatac i dokladniej przyjrzalam sie ich dzialaniom, stwierdzam, ze jednak robili to strasznie po lepkach i wlasciwie musialam wszystko po swojemu doczyszczac. :/ Pozniej trzeba bylo postac przy garach, czego nie znosze bardziej niz sprzatania. ;) Pranie jedno, pranie drugie, a w miedzyczasie ze szkoly wrocil Nik. Pozniej dojechal M., a kiedy przyszla pora jazdy po Bi, pojechalismy razem zeby zobaczyl gdzie znajduje sie basen. Moze przeciez sie zdarzyc, ze z jakiegos powodu nie dam rady jechac po corke, a wtedy lepiej zeby ojciec wiedzial skad ja odebrac. A jak juz bylismy pickupem malzonka, to podjechalismy od razu pod szkole po rower Starszej. Tego dnia Nik nie jechal na trening, wiec wreszcie moglam odpoczac od jezdzenia w te i we wte.

Czwartek jak dzien swistaka. Zbyt wczesna pobudka i do pracy. 

Nik wywoluje usmiech codziennie machajac do kamery :)

Wypuscilam jedna partie, choc nadal zajmuje mi to grubo ponad godzine. Problem w tym, ze mamy niedoswiadczonych laborantow, wiec sporo czasu czekam az ogarna swoje testy, a do tego robia bledy, poprawa ktorych tez troche zajmuje. Dlatego moje wypuszczanie fiolki to nadal prawie 1.5 godziny, co nie jest zbyt dobrym wynikiem, bo oznacza ze wypuszczajac jedna po drugiej, nie mialabym praktycznie czasu na odsapniecie pomiedzy. :/ Dostalam w koncu egzamin od szefa i straaasznie nie mam ochoty na niego patrzec. Czesciowo tez dlatego, ze wiem iz kiedy go zdam, skoncza sie jakiekolwiek pozory luzu. Bede spedzac w laboratorium wiekszosc zmiany. Nie mowiac juz o tym, ze bede musiala zaczac przychodzic na nocki, przynajmniej dopoki nie wyszkola mojej kolezanki. :/ Poniewaz chcialam zaczac pakowac przyczepe na wyjazd z okazji dlugiego weekendu, planowalam wymknac sie cichcem pol godziny wczesniej. Pechowo, akurat mialam wylaczyc kompa, kiedy zadzwonil szef zebym mu cos wydrukowala i zeskanowala. Suuuper... :/ Pomyslalam jednak, ze ile moze to zajac? Kilka minut? Taaa... Samo zadanie faktycznie nie zajelo dlugo, tyle ze szef potrzebowal prawie 20 minut zeby mi to przeslac! Ze zlosci normalnie zgrzytalam zebami... Przyjechalam do domu, gdzie powinna juz byc Bi, ale z kolezankami postanowily sie przejsc do jednej z sieci knajpek sprzedajacych kanapki. Potworki mialy tego dnia skrocone lekcje i wychodzily ze szkoly zaraz po 12. Dziewczyny mialy isc prosto ze szkoly, co zajeloby im kilka minut, ale najpierw przyszly do nas zeby mogla rzucic plecak, potem poszly do sasiadki zeby i ona mogla zostawic swoj i dopiero potem pomaszerowaly spowrotem pod szkole, minely ja i powedrowaly dalej. Bez sensu. ;) W domu ogarnelam troche kuchnie czekajac na Kokusia, po czym zapakowalismy sie do auta i pojechalismy na zakupy. Wrocilismy, rozpakowalam torby, wrocila Bi i za kilka minut miala trening. Zawiozl ja M., ale ja musialam podjechac na basen pol godziny przed koncem, bo mieli spotkanie dla rodzicow. W miedzyczasie Nik wyszedl pojezdzic na rowerach z kolega, a ostatecznie zostali u niego w domu, poplywac w basenie. Spotkanie dla rodzicow bylo raczej nudnawe. Dowiedzialam sie, ze treningi oraz zawody sa obowiazkow, wiec cale szczescie ze dziewczyny jezdza zaraz po lekcjach autobusem, bo juz widze to mekolenie corki. :D Zgarnelam Bi, wrocilysmy do domu i w koncu mialam wiecej czasu na pobieganie do przyczepy. Pozniej niestety trening mial Mlodszy. Jechal chetnie, ale z basenu (nadal trenuja na zewnatrz) wyszedl szczekajac zebami. W przyszlym tygodniu maja w koncu napelnic basen w srodku. Oby! Mamy teraz taka glupia pogode, ze w dzien jest grubo ponad 20 stopni, ale w nocy temperatura spada do 11-12. :O Woda w basenie zupelnie sie wychlodzila, choc tego dnia bylo tam sporo prywatnych osob, ktore przyszly sobie poplywac.

I to by bylo na tyle jesli chodzi o miniony tydzien. Wyjatkowo koncze w czwartek, bo jutro po poludniu mamy nadzieje sprawnie dokonczyc sie pakowac i wyruszamy. :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz