Lilypie Kids Birthday tickers
Lilypie Kids Birthday tickers

piątek, 6 października 2023

Hello October

I mamy pazdziernik. Jak zwykle, kiedy tylko zaczela sie szkola, czas jeszcze bardziej przyspieszyl. Zanim sie obejrzymy, bedzie grudzien i oczekiwanie na Boze Narodzenie. Przyznaje, ze (choc nadal jest troche czasu, wiec nie mysle o tym zbyt czesto) zastanawiam sie jak to bedzie z choinka i wszystkimi dekoracjami przy Oreo. ;)

Poniewaz jesien uplywa pod znakiem deszczu, wiec sobota 30 wrzesnia, zaczela sie od szeregu wiadomosci z zespolow pilkarskich. Mecz dziewczyn, majacy sie odbyc tego dnia, przesunieto na niedziele (to rozgrywka pucharowa, wiec musial byc rozegrany w tamten weekend), za to niedzielny przesunieto na... czas nieokreslony. ;) To juz drugi mecz (nie liczac towarzyskiego, ktory pewnie po prostu przepadnie), na ktorego nowa date czekamy. U Kokusia nieco mniej zawirowan, bo mial miec tylko jedna rozgrywke, ale poniewaz przeciwna druzyna rowniez musiala przeniesc pucharowy mecz, wiec nasz przeniesli z ranka, na 13 po poludniu. Pechowo, rowniez na niedziele, a Nik byl na 15 zaproszony na urodziny kolegi z klasy, zas malzonek jechal rano do pracy. Przez chwile wygladalo, ze musialabym pojechac na 10 rano z Bi, wrocic do domu na doslownie 10 minut, pojechac z Kokusiem, wrocic znow na kilka minut i jechac z nim na urodziny. Przyznaje, ze nie usmiechalo mi sie to kompletnie. Malzonek najpierw stwierdzil, ze moze z synem pojechac, ale kiedy dowiedzial sie, ze mecz jest w miejscowosci oddalonej od nas o ponad pol godziny jazdy, oswiadczyl, ze nie bedzie taki kawal jechal zeby Nik pogral 5-10 minut. Poniewaz Mlodszy byl chetny, wiec poczatkowo uznalam, ze zagryze zeby i spedze dzien jezdzac w te i nazad. Potem jednak puknelam sie w czolo. Czasem jednak ten moj malzonek ma odrobine racji. ;) Jezdzic jak glupia w kolko, tylko po to, zeby Nik i tak spedzil wiekszosc meczu na lawce rezerwowych? Lepiej juz wrocic z Bi po jej meczu (oddalonego o 45 minut :O) i miec pare godzin na odsapniecie, zanim zabiore Kokusia na urodziny. Wykorzystalam pretekst zmiany godziny i na app'ce zespolu zmienilam status Mlodszego na "nieobecny", a wiadomosci napisalam (zreszta z grubsza zgodnie z prawda), ze nowa pora koliduje nam z innymi planami. W ten sposob poluzowalam sobie dzien. ;) A wszystkie te zmiany spowodowal piatkowy deszcz. Zreszta jeszcze w nocy oraz w sobote rano padalo. Nasza rzeka mocno wezbrala, a droga prowadzaca na boiska zostala zalana i zamknieta. Ale tym razem nie tylko u nas dzialy sie takie "cuda". Wszystkie miejscowosci w Stanie zmagaly sie z zalaniami i poddtopieniami. Moze widzieliscie w wiadomosciach jak strasznie zalalo miasto Nowy Jork? My jestesmy od niego jakies 3 godziny jazdy, wiec pogode mamy zwykle dosc podobna. Zazwyczaj tez, fronty ida z zachodu na wschod, wiec wszystko co przechodzi przez Nowy Jork, dochodzi szybko do nas. Nie wiem jak w innej czesci Stanu, ale w moich okolicach nie wygladalo to jak w duzym miescie, bo woda ma po prostu miejsce zeby splywac, ale po ostatnich ciaglych deszczach, grunt jest juz tak nasycony, ze praktycznie nie wsiaka. Dlatego, po calych trzech dniach deszczu  w zeszly weekend, kolejne trzy suche zbytnio nie pomogly i calodzienna ulewa w piatek zrobila swoje. :/ W kazdym razie, sobota byla spokojna i dosc leniwa. Potworki i ja dlugo pospalismy, a potem spora czesc ranka przesnulismy sie z kata w kat. Nooo, dzieciaki, bo ja to wiadomo: matka - ogarniaczka. ;) Nik "wystraszyl" mnie tez, bo zajrzalam rano do jego pokoju zeby powiedziec mu czesc i spytac co chce na sniadanie, a on... w placz! Ze sie zarazil od Bi, ze ma zapchany nos, zle sie czuje i nie ma apetytu. No suuuper... Przyznaje, ze kompletnie sie nie zdziwilam, bo caly czas oczekiwalam, ze Bi zacznie domino i po kolei wszyscy zlapiemy od niej chorobsko. Nika w koncu sciagnelam na sniadanie o... 11, kiedy powiedzialam mu, ze musi cos wcisnac, chocby na sile. Mlodszy zjadl o dziwo, pokrecil sie troche, az w ktoryms momencie patrze, a dziecko gania za kotem i zasmiewa sie do rozpuku. Pytam jak sie czuje, a on zdziwiony, ze "O, chyba jednak dobrze!". :O Udusic dziada po prostu, bo ja juz zastanawialam sie, na zapas, czy bede musiala w poniedzialek pracowac z domu i ile dni Nik opusci w szkole... A tu dziecko mi "magicznie" ozdrowialo. ;) W miedzyczasie wstawialam zmywarke, pranie, odkurzalam, mylam podlogi i takie tam. Malzonek niespodziewanie musial zostac dluzej w pracy, potem zajechal jeszcze do Polakowa i do domu zjechal dopiero tuz przed 15. Posiedzial wiec troche ponad godzinke i musielismy jechac do kosciola, bo kolejnego dnia znow pracowal, zas Bi miala rano mecz. A po powrocie juz tylko dokonczyc to i owo i mozna sie bylo chwile zrelaksowac. Starsza (mimo dalszego pokaslywania) caly dzien wykazywala niespozyta energie, ale na wieczor zaczela sie dopytywac... czy ona powinna jechac na mecz z tym kaszlem. No tak, bo kaszelek faktycznie jest przeciwskazaniem... ;)

Niedziela przywitala nas pieknym sloncem i dawno nie widzianymi temperaturami - po poludniu termometry pokazaly 24 stopnie. Na kilka dni wrocilo lato. ;) Niestety, mi oraz Bi nie dane bylo pospac, bo juz o 9:20 miala miec rozgrzewke w miejscowosci oddalonej o ponad 40 minut. :O Zerwalysmy sie wiec wczesnie, zrobilam nam sniadanie, dalam pannie stroj pilkarski, przygotowalam sniadanie Kokusiowi, ktory na szczescie obudzil sie zanim wyszlysmy... Zdazylam nawet wsadzic brudne naczynia do zmywarki, zeby nie zostawiac syfu. Bi caly czas mnie poganiala z racji, ze to jej pierwszy mecz w nowym zespole. Jakby mogla, wyjechalaby godzine wczesniej. ;) Ja za to uznalam, ze jak sie pare minut spoznimy, to nawet lepiej, bo 40 minut rozgrzewki to gruba przesada. Czy oni chca zrobic z niej dodatkowy trening? :/ W kazdym razie, cale szczescie, ze szykowalam sie w swoim tempie. Wsiadlysmy bowiem do auta, otwieram app'ke zespolu zeby wbic adres w nawigacje, a tam... 16 wiadomosci! Okazalo sie, ze pol godziny wczesniej managerka wyslala wiadomosc, ze musza mecz przelozyc na pozniejsza godzine, bo tam gdzie jechalismy boiska nie nadaja sie do grania. Suuuper... Nie mogli sie porozumiec dzien wczesniej, skoro widzieli w jakim sa stanie?! Jak jednak zwykle przewracam oczami na to odwolywanie meczow z powodu "deszczyku", tak tym razem musze przyznac, ze mieli racje. Pare osob rzucilo bowiem propozycje okolicznych boisk, gdzie moglibysmy zagrac. Ktos inny wrzucil fote jednego takiego miejsca, ktore mijal w sobote.

Tam za drzewem, powinny byc boiska, widac nawet zarysy bramek :D
 

U nas na niektorych boiskach stala woda, ale glownym problemem bylo to, ze do kompleksu sportowego mozna sie dostac tylko od jednej strony, a droga dojazdowa do niego nadal byla zamknieta. Szkopul w tym, ze byla to rozgrywka o puchar, a przez scisly regulamin calego turnieju, mecz musial sie odbyc w miniony weekend. Poniewaz w sobote go odwolali, wiec musieli go teraz wcisnac na niedziele; kancelacja nie wchodzila w gre... W koncu dostalismy wiadomosc, ze licza na to, ze przy sloncu i wysokich temperaturach, woda bedzie szybko opadac i otworza droge przy naszych boiskach. A ze one tez czesciowo byly pozalewane, wiec mecz mial sie odbyc o 14:30 na boisku ze sztuczna nawierzchnia. Jednoczescie dostalam sms'a od mamy kolegi Kokusia, czy moglabym jej syna tez zawiezc na urodziny, a ona potem chlopakow odbierze. Ogolnie owo przyjecie bylo mi teraz bardzo nie na reke, bo nie chcialam ominac pierwszego meczu dziewczyn, ale coz, zgodzilam sie. Mozecie mnie nazywac "mama-taxi". :D Poniewaz nagle zyskalam spokojny ranek, napisalam do taty czy nie ma ochoty wpasc na kawe. Dzien wczesniej bowiem gadalismy, ze dzien bede miala porozrywany na jezdzenie z jednym czy drugim dzieckiem, wiec kawka z rodzicielem musi poczekac na lepszy czas. ;) Teraz jednak poskladalam pranie, wstawilam kolejne, wyczyscilam gruntownie kocia kuwete (ohyyyda), a potem przyjechal tata i posiedzielismy sobie pare godzinek przy kawce. Pojechal kiedy musialysmy sie z Bi zbierac na rogrzewke. Jedziemy na boisko, mamy skrecic w ulice prowadzaca do kompleksu sportowego, a tam... barierka policyjna. I co teraz? ;) Meczu nikt nie odwolal, a droga zamknieta... Patrze jednak, ze auta przejezdzaja, a barierka na szczescie stala na srodku i po bokach zostawiala sporo miejsca. Przejechalam wiec naokolo, czujac sie niczym kryminalista. :D Zaraz za lukiem pokazala sie przyczyna zamkniecia: galezie naniesione przez wylana wode, a kawalek dalej pieniek. Na szczescie byly na tyle daleko od siebie, ze malym slalomikiem dalo sie wokol przejechac. A dalej dwa "stawy" na drodze. Nie byly moze bardzo glebokie, bo wyraznie widac bylo przez nie pasy na drodze, ale z ich brzegu trudno bylo to ocenic i nizsze auta osobowe zawracaly.

Jade czy plyne? :D
 

Kawalek przede mna pick-up spokojnie przejechal, wiec uznalam, ze moj, wcale nie taki maly, SUV tez da rade. ;) Potem juz droga byla sucha, za to okoliczne laki zamienily sie w jeziora. ;)

To nie nowy staw - to laka, na ktorej zwykle puszczaja zdalnie sterowane modele samolotow
 

Dojechalam do wjazdu na kompleks sportowy (przed ktorym tez stala barierka oglaszajaca ze droga jest zamknieta), odstawilam Bi na rozgrzewke, popatrzylam kilka minut, po czym musialam wracac do domu. Dojechalam, po chwili dotarl kolega Kokusia i zaraz musialam zgarnac chlopakow i ruszylam z nimi na przyjecie urodzinowe.

Poprosilam o usmiech, a dostalam... to
 

Bylo ono na kreglach, wiec jak najszybciej pomoglam sie kawalerom usytuowac z butami (Nik, moje "ogarniete" dziecko, nie pamietal jaki ma rozmiar, a tydzien temu bylismy w obuwniczym), po czym przypomnialam Kokusiowi, ze odbierze go mama kolegi i popedzilam spowrotem na boiska. Na szczescie te mialam i tak po drodze, ledwie 9 minut od kregielni. Znow auta przede mna rezygnowaly z wjazdu w droge widzac barierke, a ja zuchwale przejechalam naokolo i ruszylam w strone zalanej czesci. O dziwo, woda w ciagu tej godziny wyraznie lekko opadla, choc nadal jechalo sie kawalek przez "potok". Nie bylam pewna, o ktorej mecz sie dokladnie zaczal, bo podobno przeciwna druzyna, nie znajac okolicy, bala sie przejezdzac wokol barierek wiec troche im sie opoznilo, ale okazalo sie, ze dojechalam akurat na przerwe i udalo mi sie obejrzec cala druga polowe. Bi grala sporo (choc powiedziala, ze w pierwszej polowie wiecej), udzielala sie i byla aktywna, choc oczywiscie pare razy pilka jej umknela, lub poleciala nie w ta strone co trzeba.

Bi w wyscigu do pilki
 

Wiadomo, ze nie dorownuje dziewczynom, ktore graja w tym zespole juz kilka lat, a niektore (jak paru chlopcow z druzyny Kokusia) nawet w dwoch. Najwazniejsze jednak, ze sie stara, bo Nik mam wrazenie, ze zupelnie sie juz poddal... No i niespodzianka, bo dziewczyny... wygraly. Z kilku zrodel wiem, ze w zeszlym roku szlo im fatalnie i wiekszosc meczow przegraly, kilka zremisowaly, ale nie wygraly ani jednego. Tutaj mialy nie tylko wygrana, ale wrecz porazajaca: 6:0. Oczywiscie najpierw ucieszylam sie z tej wygranej, a potem sobie uswiadomilam, ze to byl mecz pucharowy. Skoro wygraly, to przeszly do nastepnego etapu. To oznacza, ze beda musieli gdzies upchnac kolejna rozgrywke o puchar, a wiec czeka nas jeszcze wiecej zawirowan z grafikiem. Przypomne, ze juz czekamy na date dwoch meczow, ktore musialy zostac przelozone ze wzgledu na pogode, ech... W kazdym razie, trener zrobil jeszcze dziewczynom mini przemowienie z gratulacjami, a potem moglismy ruszyc w droge powrotna. A tam... zonk. Pojechalam w lewo, planujac znow przejazd przez wode i slalomik miedzy smieciami naniesionymi przez rzeke. Okazalo sie tymczasem, ze zdazyli juz tam przyjechac pracownicy z miasta, ale zamiast cokolwiek uprzatnac... ustawili pacholki w poprzek drogi, blokujac ja kompletnie! W wielkim pick-up'ie narzedzia i dwoch chlopa - i co, nie daliby rady przepchnac paru galezi i jednego pniaka, ktory lezal na boku, wiec mozna go bylo przeturlac?! A najlepsze, ze dwaj gamonie, zamiast zawrocic, zaczeli cofac! I to srodkiem drogi i noga za noga, bo dlaczego by nie?! Wszyscy zaczeli zawracac, bo widzieli ze nie ma przejazdu. Niektorzy, jak ja, byli juz za daleko, wiec zawrocili kiedy oni nas mineli, ale niektorzy byli dalej, wiec zawrocili wczesniej, zeby zdazyc przed nimi. Jedno auto zawracalo w ostatniej chwili, a ci dwaj idioci cofaja w najlepsze. W starym, roboczym truck'u nie ma oczywiscie kamer, a w lusterka chyba nie patrzyli, bo az przymknelam oczy, spodziewajac sie, ze uderza w tamto auto. Udalo mu sie obrocic i odjechac doslownie w ostatniej sekundzie! :O Kiedy w koncu robotnicy przesuneli sie nieco na jedna strone drogi (caly czas jadac na wstecznym; slowo honoru - debile), jakis gosciu jadacy przede mna, najwyrazniej mocno wkurzony, przejechal obok nich pelnym pedem po zalanej drodze, dokumentnie ich zachlapujac! Jesli mieli uchylone okna (a zrobilo sie bardzo cieplo, wiec mogli miec), musialo im pieknie nalac do srodka! Coz, nalezalo im sie... :D Po nim minelam ich ja, ale pojechalam wolno, zeby zbytnio nie chlapac, bo az tak wredna nie jestem. A do domu musialysmy z Bi niestety pojechac nieco okrezna droga. A kiedy ja jezdzilam po zalanych drogach i okolicach, co w tym czasie robil moj maz, zapytacie? Rano byl w robocie, oczywiscie. Potem jednak myl swoje auto (jakzeby inaczej ;p) i rozpoczal maraton gotowania. Musze przyznac, ze pod tym wzgledem mam z nim cudownie. I choc moglam poprosic zeby pojechal z jednym czy drugim Potworkiem, to w sumie udalo mi sie samej ogarnac te "kuwete", a nie mialam serca go ganiac, skoro pracowal juz trzeci tydzien bez ani jednego dnia wolnego... Przynajmniej nie musialam jechac po chlopakow. Jakas godzine po moim i Bi powrocie, mama kolegi Kokusia odstawila go do domu. Reszta wieczora to juz intensywne przygotowania na kolejny tydzien kieratu.

Poniedzialek zaczal sie wczesnie, ale na szczescie bezproblemowo. Autobusy przyjechaly jak trzeba, choc ten Bi pare minut sie spoznil i juz zaczynalam sie robic nerwowa... ;) Po odjezdzie dzieciakow jak zwykle cos tam ogarnac, poskladac jakies ostatnie weekendowe pranie, nakarmic Oreo i do roboty. Po pracy musialam podjechac jeszcze do "gimbazy", bo Starsza zostala na... fitnessie. :D Maja w szkole mala silownie (z ktorej cyklicznie korzystaja tez na w-f'ie) i w poniedzialki moga zostawac na niej po lekcjach. Panna wyszla zachwycona, wiec mam nadzieje, ze kiedy skonczy sie pilka nozna, utrzyma przynajmniej taka forme aktywnosci fizycznej... Po powrocie do chalupy, zabralismy sie w koncu z M. za pozbycie sie resztki wody z basenu. Najpierw malzonek wybral ile sie dalo wiaderkiem, a potem niestety czekalo nas nasaczanie reszty w reczniki, po czym ich wykrecanie. Dobrze, ze znow mielismy w dzien 24 stopnie i choc pod wieczor zaczelo sie juz robic chlodniej, a woda nadal byla zimna, dalo sie wytrzymac. Robota mozolna, a do tego w cieniu za domem komary ciely jak szalone, wiec odetchnelismy z ulga, kiedy wszystko wybralismy. Miejmy nadzieje, ze przy kolejnych goracych dniach, basen doschnie i mozna go bedzie schowac... Czy wyciagniemy go za rok, pozostaje pod znakiem zapytania, bo wlasnie w poniedzialek dostalam list z tego prywatnego klubu w naszej miejscowosci, ze w koncu mam szanse na czlonkostwo. I na dzien dobry posprzeczalam sie z malzonkiem, bo niewiadomo po co otworzyl list i zaczal ostro protestowac przed wykupieniem. No fakt, ze ceny maja takie, ze prosze siadac, niestety. Za cala rodzine prawie $800, za pojedyncza osobe prawie $400. No ale, kurcze, czekalam 4 lata, zeby teraz zrezygnowac?! Mowy nie ma! :D Zastanawiam sie tylko, co sie bardziej oplaca. Jesli wezme czlonkostwo tylko dla siebie, za kazdym razem kiedy bede wjezdzac z dziecmi, bede musiala placic za nie jako za "gosci". Niby nie duzo, bo $5 za dziecko, ale jednak. Zakladajac, ze pojade z nimi przynajmniej kilka razy latem, a dodatkowo zima robia tam na stawie lodowisko, jest tez gorka do zjezdzania na sankach oraz sciezki do narciarstwa biegowego oraz (chyba) mozliwosc wypozyczenia rakiet snieznych na spacer, mysle ze jest szansa, ze zjawimy sie tam przynajmniej kilkanascie razy... Malzonka nawet nie biore pod uwage, bo jak znam zycie, nie bedzie jezdzil wcale albo moze zjawi sie raz na ruski rok... Pytalam sie dwoch znajomych i jedna woli wykupic czlonkstwo dla rodziny zeby nie bawic sie w placenie za kazdym razem za dzieci. Druga za to woli zaoszczedzic i wykupic tylko dla siebie i placi za corki dodatkowo, bo nie jezdzi tam zbyt czesto. I badz tu czlowieku madry... :D W kazdym razie, w poniedzialek jeszcze chwile pogralam z Kokusiem w kosza, po czym ucieklismy przed komarzyskami do chalupy. :) Potworki odrobily prace domowa, a potem zagonilam ich zeby pocwiczyli gre na instrumentach. I tak jakos tak sie sklada, ze cwicza tylko raz w tygodniu... :/

Trabimy w pozycji flaminga :D

 

Sadzac po minie, ktos tu ma problem z odczytaniem nut ;)

We wtorek, niespodziewanie autobus Bi przyjechal o 7:09. Dobrze, ze panna stala juz na przystanku. Kokusiowy za to sie nieco spoznil, ale na szczescie zmiescil sie w "normie". ;) Pozniej jak zwykle posprzatac troche, wpuscic i wypuscic pare razy kota i trzeba bylo jechac do pracy. Po poludniu stuknelo nam 26 stopni, a przy dosc wysokiej wilgotnosci, odczuwalna temperatura wyniosla 28. :O Po pracy trzeba bylo pedzic do domu, bo Potworki mialy treningi. Kolezanka Bi nie byla w szkole ani w poniedzialek, ani we wtorek, ale na trening ja wyslali. :D Kiedy dzieciaki biegaly po boisku, my z M. ruszylismy na nasz zwyczajowy spacer. Wszedzie naokolo nadal stala woda, wiec poszlismy wzdluz drogi, ale potem odbilismy w bok, zeby wrocic sciezka wzdluz rzeki, po drugiej stronie pol. Stwierdzilismy, ze mamy na tyle czasu, ze gdyby nie dalo sie przejsc, to zawrocimy. Na szczescie, poza kilkoma blotnistymi miejscami oraz gigantycznymi kaluzami, ktore trzeba bylo ominac, bylo znosnie. W kilku przeswitach moglismy zas podejrzec rzeke, ktora nadal byla solidnie wezbrana, z bardzo wartkim pradem. Czlowiek w takiej wodzie nie mialby szans. :O Pechowo, przez ostatnia mokra pogode, mimo, ze szlismy w sloncu, komarow bylo zatrzesienie. W ktoryms momencie omijalismy kaluze, znalazlam sie za M. i sie przerazilam. Doslownie piec siedzialo mu juz na czapce, kolejne caly czas usilowaly przysiasc na koszulce, a wokol latala kolejna chmara! Puscilismy sie truchtem, zeby jak naszybciej dotrzec na parkingi, gdzie bylo troche lepiej. Niestety, slonce wlasnie zaszlo, wiec z kazda minuta robilo sie gorzej. Malzonek w koncu zaparkowal auto wzdluz ulicy, naprzeciwko boiska Kokusia i juz z niego nie wychodzil.

Nik przymierza sie do kopniecia pilki
 

Ja poszlam po dziewczyny, ktore byly pod samym lasem, ale ich trenerzy przedluzyli trening o 15 minut, nie zwazajac na kwiopijcow. Panny potem powiedzialy, ze jedna z kolezanek miala spray na komary i wszystkie sie psikaly, ale Bi i tak miala juz cale nogi pogryzione i nawet babel na policzku. :O

A tu Bi gdzies pedzi
 

Jak w kazdy dzien z treningiem, mowilam dzieciakom zeby chociaz zaczeli odrabiac lekcje przed nim, ale gdzie tam. Jednemu sie nie chcialo, drugie wolalo wyglupiac sie przy obiedzie i zabraklo mu czasu. I oboje stwierdzili, ze maja proste zadania. Okey... Po powrocie wiec nie mieli wyjscia, tylko wyciagnac prace domowa. O ile Bi faktycznie skonczyla dosc szybko i samodzielnie, o tyle Nik niestety zaczal mnie wolac do pomocy. :/ Wyszlo oczywiscie jego roztrzepanie... Wypisuje cyfry przez ktore dziela sie wieksze, ale np. piszac, ze 60 mozna podzielic przez 3, wpisuje trojke, ale juz 20 nie. I potem ma znalezc wspolne podzielniki (czy jak to sie zwie) dwoch cyfr i mowi, ze nie ma... Zalamka... Jak Bi nie mogla logicznie pojac zadan z trescia, tak Nik rozumie ich sens doskonale, ale potem robi takie wlasnie, glupie bledy... :O Jakos sie jednak w koncu ze wszystkim uporalismy, choc ja mialam juz podniesione cisnienie, bo jednoczesnie probowalam pakowac sniadaniowki, szykowac ubrania na kolejny dzien, zaladowac zmywarke, itd. Dowiedzialam sie tez, ze przyjecie urodzinowe kolezanki Bi, ktore mialo sie odbyc w miniona sobote, przelozono na nadchodzaca, na ktora jednak zapowiadaja jeszcze wiekszy deszcz... :D

W srode autobus Bi dojechal dla odmiany o 7:18 i juz zaczynalam nerwowo zerkac na zegarek. ;) Potem pedem do chalupy, bo planowo budze Kokusia o 7:20, bylam wiec na "styk". Poniewaz jak juz cos dziwnego dzieje sie z autobusami, to z obydwoma, wiec (pomimo ze wyszlismy z domu o czasie) autobus Mlodszego dojechal kiedy jeszcze szlismy chodnikiem i kawaler musial wlaczyc sprint. ;) Wole jednak tak, niz stac tam 20 minut, zastanawiajac sie: przyjedzie/nie przyjedzie? Kiedy jeszcze stalam czekajac na wehikul Starszej, nasz osobisty, domowy kot, zostal "pogoniony" przez kocura sasiadow. Nie wiem co mu sie stalo, bo kilka razy widzielismy Bandyta i Oreo siedzacych niedaleko siebie na trawniku lub schodkach i choc nie wygladali zbyt przyjacielsko, to jednak zbytniej agresji tez nie wykazywali... Teraz nasz kiciul podszedl na sam front (zawsze mowie, ze ten kot lubi byc przy "swoich" ludziach, choc z lekkim dystansem) i przysiadl na kamieniu. A tamten siedzial u siebie na podjezdzie i nagle jak sie nie zerwie, nie przeleci przez ulice i nie rzuci nastroszony i z sykiem do Oreo! :O Nasza oczywiscie tez nastroszyla sie i zasyczala, ale miala na tyle rozsadku, zeby odbiec kawalek, bo ten kocur jest naprawde spory, a nasz jednak nadal mniejszy od doroslego kota... Nie wiem jak by sie to skonczylo, ale na szczescie tu do akcji wkroczyla Maya, co prawda bardziej z ciekawosci, ale podbiegla do kocura zeby go obwachac, a on wolal jednak uciec. Moze pamieta jak raz go pogonila. :D W kazdym razie, na szczescie nic sie nikomu nie stalo, ale potwierdzaja sie moje obawy, ze Oreo bedzie musiala walczyc o swoj teren na naszym ogrodzie i moze dostac manto od doroslych kotow, ktore tu regularnie poluja... :/

To akurat fota z innego dnia. Te wielkie glazy z przodu, przez tyle lat byly ulubionym "placem zabaw" dzieciakow, a teraz zamienily sie w punkt obserwacyjny kota ;)
 

Narazie nie wydawala sie jakos bardzo wystraszona. Wrocila za mna do domu, ale chwile pozniej juz darla sie pod drzwiami. Na szczescie, po odjezdzie Kokusia, udalo mi sie ja dowolac na sniadanie, wyszla ponownie, ale sama wrocila przed 9 rano. Zeby kilka minut pozniej znow sie wydzierac, ale tym razem ja zignorowalam, choc donosny i nieustepliwy miauk jest mocno irytujacy. ;) Po pracy podjechalam do biblioteki, bo Bi praktycznie przeczytala ksiazke wypozyczona w poniedzialek (a to taka "cegla"!) i prosila o kolejne czesci. Wrocilam do chalupy spodziewajac sie, ze bede musiala malzonkowi pomoc w ogarnieciu basenu. Tymczasem okazalo sie, ze M. wyszedl z pracy dwie godziny wczesniej i nie tylko wyciagnal juz stelaz z basenu, ale zdazyl go tez rozwiesic na krzeslach, zeby obeschl od spodu. Kiedy przyjechalam, zajmowal sie juz przygotowywaniem przyczepy na zime. Niestety, okazalo sie, ze jednak mamy jakis przeciek. Ostatnio duzo padalo i to prawdziwe, kilkudniowe ulewy i niestety, cale lozka dzieciakow byly zalane. Powyciagal materace i posciel do wysuszenia, ale wiadomo - na dluzsza mete nie moze tak zostac. Poki co, na zime przyczepa bedzie zakryta, wiec nie powinna sie do niej dostawac woda, ale na wiosne czeka nas remont dachu, bo to najprawdopodobniej jakas uszczelka popekala ze starosci... :/ Poniewaz jak cos sie dzieje, to hurtem, wiec przy chowaniu wszystkich basenowych akcesoriow, a wiec m.in. podwieszaniu pod sufitem w szopce siatki do wylawiania smieci, odkrylismy... przegnite miejsce! Najwyrazniej w dachu musiala sie zrobic dziura i woda dostawala sie do srodka. Ech... Fajnie jest miec dom, ale co chwila cos sie w nim dzieje, cos trzeba naprawiac, remontowac, konserwowac... Kiedy my z M. patrzylismy co tu jeszcze jest do zrobienia, Nik krazyl wokol dopytujac czy ktos pogra z nim w kosza. Ojciec byl juz zmeczony po kilkugodzinnej robocie przy domu, ale ja obiecalam mu ze jak skoncze, to pogram. Na szczescie zostalo mi tylko spuszczenie powietrza z basenowych zabawek i oplukanie ich, bo lezaly prawie miesiac nieuzywane i napadal na nie syf z drzew. Potem zagralam z synem w obiecanego kosza, to znaczy w sumie to on gral, a ja dosc niemrawo probowalam zabrac mu pilke. Niestety, nie dorownuje mu szybkoscia i zrecznoscia, wiec nawet sie bardzo nie staram. ;) W koncu jednak komary zaczely nas tak atakowac, ze zarzadzilam powrot do domu. Zreszta, mlodziez i tak miala lekcje do odrobienia. Kiedy Nik skonczyl, zagonilam go jeszcze do przecwiczenia gry na skrzypcach, bo w czwartki ma proby orkiestry.

Na podlodze i bez nut, czemu nie? Zartuje, tutaj Mlodszy tylko sprawdzal czy wszystkie struny sa dobrze nastrojone ;)

Kolejny dzien, czyli czwartek, niczym dzien swistaka. Jedyna roznica bylo, ze na dworze mielismy gesta niczym mleko, mgle. Kiedy czekalam az Bi odjedzie, ledwie widzialam stojaca na przystanku grupke. Nik obudzil sie sam, co zawsze jest mile, bo dobudzony ma od razu lepszy humor z rana. :D Po odjezdzie dzieciakow wstawilam zmywarke i wypisalam formularz do zarejestrowania sie do tego klubu w naszej miejscowosci. Stwierdzilam, ze wezme narazie czlonkostwo tylko na siebie. Rodzinne kosztuje $400 wiecej, a wiem, ze M. raczej nie bedzie sie tam z nami regularnie pojawial. Placac tylko za dzieciaki jako gosci, musielibysmy sie tam pojawic 40 razy zeby sie to zwrocilo, co niby oznacza tylko okolo 3 razy w miesiacu. Podejrzewam jednak, ze beda miesiace, jak mokry listopad i marzec, albo grudzien, ktory uplywa pod znakiem przygotowania do Gwiazdki, kiedy nie pojedziemy tam ani razu. Nie wiem czy z czasem nie zapomne, ale planuje zapisywac skrupulatnie ile razy tam bedziemy, zeby za rok zobaczyc czy bardziej oplaca sie jednak wykupic rodzinne. :) Tego dnia musialam nieco wczesniej wyjsc z pracy, zeby odebrac Bi ze szkoly. Panna zostala po lekcjach na dodatkowej matematyce, kiedy ich nauczycielka tlumaczy wszelkie niejasnosci. Bylam pewna, ze Starsza czegos nie rozumie, ale okazalo sie, ze musiala napisac zalegly sprawdzian, bo w zeszly piatek byla nieobecna. :O Odebralam panne narzekajaca na bol glowy, szyi i w ogole "wszystkiego". Lekko sie zaniepokoilam, bo wokol krazy grypa, covid, a ostatnio slyszalam jeszcze o... anginie. Potem Bi jednak zaczela jeczec, ze nie chce jechac na trening. Aha! Tutaj pies pogrzebany. Po wtorkowym treningu, Bi byla wyraznie bez humoru, mowila ze nic jej nie wychodzilo i boczyla sie na kolezanke. W srode oraz czwartek rano ze soba nie rozmawialy. Tata kolezanki szepnal mi jednak cichcem, ze jego corka powiedziala, ze Starsza nie sluchala trenera, az ten na nia lekko krzyknal. Nie widzialam tego, bo wiekszosc treningu chodzilam z M., a Bi oczywiscie nie chciala powiedziec o co jej dokladnie chodzi, tylko wymyslala, ze trening i tak jej sie na nic nie przyda, ze ona tych treningow nie znosi, itd. Chyba jej kariera w "lidze" moze sie skonczyc szybciej niz Kokusia... :D Wracajac, zajechalysmy jeszcze na chwile do biblioteki, zeby oddac ksiazke przeczytana przez Bi, a wypozyczyc kolejna czesc dla Kokusia. Biblioteka bedzie bowiem zamknieta zarowno w niedziele, jak i w poniedzialek (Columbus Day), a Mlodszy pomalu konczy swoja ksiazke. Potem zajechalam jeszcze do tego klubu, bo dowiedzialam sie, ze formularz i czek mozna dostarczyc osobiscie. Stwierdzilam, ze po co mam go wysylac, skoro praktycznie codziennie tamtedy przejezdzam. Na szczescie w biurze nie bylo innych petentow, wiec wlasciwie tylko weszlam i wyszlam. Wrocilysmy z Bi w koncu do domu, gdzie spodziewalam sie tylko szybko zjesc i pedzic na trening. Niespodziewanie jednak, poza marudzeniem corki, Nik zaczal pytac co z jego kolanem. Od okolo dwoch tygodni od czasu do czasu cos go boli w prawym kolanie. Panicz jednak porusza sie normalnie, kuleje tylko w momencie kiedy akurat zaboli, ale poza tym biega za kotem, skacze zeby dosiegnac gornej framugi od drzwi, dzien wczesniej gral ze mna godzine w kosza i nic mu nie bylo... To nie tak wiec, ze ma jakas powazna kontuzje; podejrzewam, ze cos tam sobie naciagnal lub nadwyrezyl. Po wtorkowym treningu jednak wyraznie wiecej na to kolano narzekal, wiec stwierdzilismy, ze moze faktycznie trzeba dac nodze odpoczac. Poniewaz Bi narzekala na bol glowy (w koncu dalam jej tabletke), wiec skorzystalismy z okazji i zostalismy wszyscy w domu. Napisalam tylko do sasiadki, ze tego dnia musi znalezc corce innego szofera. ;) Zyskalismy wiec calkiem fajne, spokojne popoludnie. Wstawilam pranie z kamperowa posciela, wylozylam jeszcze raz poduszki oraz koldry dla przewietrzenia, posprzatalam kuchnie, itd. Mlodziez musiala odrobic lekcje, ale Nik poradzil sobie sam i to bez najmniejszej pomocy z mojej strony. Koniecznie chcial grac znow w kosza, ale poniewaz mial dac odpoczac kolanu, wiec powiedzialam, ze mozemy najwyzej pocelowac, ale bez biegania. Oczywiscie nie mogl wytrzymac, wiec troche sobie podbiegal kiedy pilka mu sie za daleko odbila, ale jakos kolano dawalo rade. :D No i komary zjadaly nas zywcem. Niestety, po ostatnich deszczach jest ich po prostu zatrzesienie... Nie mniej, dobrze sie bawilismy, bo mielismy piekna pogode (w dzien znow stuknelo 25 stopni, jak juz mgla sie rozwiala), a od nastepnego dnia mial przyjsc zimny front, wiec grzechem bylo z tego nie skorzystac...

To byla bardzo niedynamiczna rozgrywka ;)
 

Tego dnia przyszly tez w koncu tabletki psiura. Sa na recepte, ale ostatnio weterynarz upowaznil sklep do wyslania ich w ciagu dwoch dni. Teraz zajelo im to az piec i juz obawialam sie, ze cos jest nie tak i bede musiala wydzwaniac. Tym razem poprosilam zeby przepisac tabletki o powolnym uwalnianiu. Pewnie nie pamietacie, ale ostatnio w koncu kupilam zwykle, ale dawka pozostala jak przy tych o  powolnym uwalnianiu. I Maya, dostajac tabletke wieczorem, kolejnego dnia po poludniu znow miala "wycieki". ;) Dopiero po czasie sama doczytalam, ze te "zwykle" podaje sie co 12 godzin, a wiec dwa razy dziennie. :/ Pani w administracji probowala mi wmowic, ze wlasnie taka dawke przepisala i szkoda, ze wyrzucilam juz buteleczke z wypisana dawka... W kazdym razie, teraz Maya ma juz prawidlowe tabletki, o prawidlowej dawce, choc bez malutkiego bledu sie nie dalo, rzecz jasna. Na buteleczce napisane jest, zeby po miesiacu dac znac wetowi jak pies reaguje na tabletki, tymczasem arministratorka powiedziala mi wyraznie, zeby zadzwonic za 2-3 tygodnie, zeby zamowic kolejne dawki (jesli wszystko bedzie ok) lub cos innego (jesli te nie beda dzialac lub Maya bedzie miala rozstroj zoladka)... A najlepsze, ze owe zalecenia wpisuje ta sama kobieta przy zatwierdzaniu zamowienia! I ona mi wmawia, ze na poprzednich tabletkach mialam wpisana poprawna dawke! :D

W piatek piekna pogodowa passa sie skonczyla. Ranek byl pochmurny i z przelotna mzawka. Jeszcze kiedy jechala Bi, bylo sucho. Wychodzac z Kokusiem jednak, wzielismy parasole. Temperaturowo na szczescie nie bylo tragicznie, bo po poludniu miala dojsc do 21 stopni, co jak na poczatek pazdziernika jest calkiem niezlym wynikiem. Po drodze do pracy mzylo, ale z parkingu udalo mi sie przejsc na sucho. O dziwo, deszcz wstrzymal sie tez na tyle dlugo, ze poszlam na moj zwyczajowy spacer w srodku dnia. Niestety, juz w drodze na zakupy po pracy, ponownie mzylo. Na tyle lekko, ze pomyslalam, ze sie przemkne do sklepu bez parasola. W koncu jednak wzielam go na wszelki wypadek i cale szczescie! Kiedy odeszlam od kas, przez okno zobaczylam najprawdziwsza ulewe, oberwanie chmury doslownie! Pakowanie zakupow do bagaznika to byla niezla akrobatyka, bo jedna reka trzymalam parasol, a druga bralam kazda torbe po kolei i probowalam wcisnac ja w elastycznia siatke, zeby nie przewalaly sie po calej przestrzeni. Dojechalam do domu, rozpakowalam zakupy i zostalo mi 45 minut na odsapniecie. Tego dnia Bi miala zajecia z siatkowki i oczywiscie, jak na zawolanie, zaczela jeczec, ze nie chce jej sie jechac. Coz... mnie tez sie nie chcialo, bo w koncu dopiero co dotarlam do domu, byl piatek, ponura pogoda, a ze jestem meteopata, wiec bylam totalnie zamulona. Poniewaz jednak pierwsze zajecia byly tydzien temu kiedy panna byla chora, wiec na nie nie pojechala, wszystko trwa tylko 6 tygodni, a ja juz zaplacilam, wiec nie zwrocilam nawet uwagi na marudzenie. Dobrze, ze M. tez go jakos nie zarejstrowal... ;) Pojechalysmy i osobiscie niezle sie bawilam, wpadlam bowiem na znajoma, wiec wiekszosc zajec przegadalam. Bi ucieszyla sie widzac kolezanke, ale ze nie jest to jakas bliska przyjaciolka, reszty dziewczynek nie znala (choc pewnie kojarzy je z widzenia ze szkoly), a zajecia chyba srednio jej sie podobaly (nie wiem czego mozna oczekiwac po siatkowce oprocz... grania w siatkowke?), wiec wyszla srednio zadowolona... Spodziewam sie jekow w kazdy piatek. ;)

Bi podaje
 

Wrocilysmy do domu i niedlugo potem dostalam sms'a, ze przyjecie urodzinowe, na ktore panna zostala zaproszona, ma sie odbyc kolejnego dnia, bez wzgledu na pogode. Suuuper, bo zapowiadaja ulewny deszcz, a przyjecie jest w sadzie i ma polegac przede wszystkim na... samodzielnym zbieraniu jablek. Po prostu skacze z radosci na mysl o lazeniu miedzy drzewami w deszczu, ech... :/

A tak w ogole, to dopiero po poscie Igomamy, przypomnialam sobie, ze na poczatku wrzesnia stuknelo mi 20 lat w Hameryce! :O To niemal polowa mojego zycia!!! Jakos, po takim czasie, przestalam zupelnie liczyc. Podobnie jak lat od zalozenia bloga (w czerwcu minelo... jedenascie!).

8 komentarzy:

  1. Nieźle zalało te boiska. Jak pokazałam Krzyśkowi, to się śmiał, że karpie mogą grać w piłkę nożną :D
    Przez całe lato zazdroszczę Wam basenu, ale nie zazdroszczę tego chowania. Z tym członkostwem to faktycznie spora kwota. Pewnie byś musiała policzyć ile mniej więcej razy byłabyś z dzieciakami i to przemnożyć przez opłatę. A deklarujesz się raz? Czy możesz np. sprawdzić przez pierwszy rok jak wygląda dodatkowa dopłata za dzieci i gdy wyjdzie drożej, to w kolejnym roku opłacić za całą rodzinę? - Jak widzę w dalszej części, tak właśnie zrobiłaś. My to jednak powinnyśmy mieszkać bliżej siebie, na pewno byśmy się dogadały :D
    Ja uwielbiałam grać w siatkówkę. Ale fakt, po dość intensywnej piłce nożnej, siatkówka może się wydawać Bi dość nudna :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hehe, gdyby to byla Floryda, to moze aligatory by zagraly! :D
      Tak, wzielam czlonkostwo tylko na siebie. Tym bardziej, ze ten klub ma obrzeze terenu tak blisko naszego osiedla, ze mozemy pojechac na rowerach i nie bede musiala za nich placic w ogole. Wczesniej nie chcialam wchodzic tak od tylu, bo czulam sie niekomfortowo, wiedzac ze nie mam tak naprawde czlonkostwa, choc raczej nikt by mnie tam nie przylapal. Ale teraz, kiedy moge tam przebywac "legalnie", to czemu nie? :D
      Ja zawsze wolalam koszykowke, chociaz siatkowka tez byla ok. Najbardziej to lubilam palanta i unihokeja, ale zadne z moich dzieci nie wykazuje zainteresowania w tych kierunkach. ;)

      Usuń
  2. Nie widzialam az takich powodziowych efektow u nas w NC, jak u was. A w NC tez sporo lalo, czasem byla wrecz sciana deszczu! Jednak u nas wciaz jest cieplej, ok 25-28'C kazdego dnia.
    Dzieci grajace na instrumentach zawsze mnie zachwycaja. Dobre jest takie wyksztalcenie, szczegolnie, gdy zapewnione przez szkole publiczna, czyli niejako "za darmo".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, mysle, ze u Was wszystko szybciej wysycha i odparowuje. U nas koncowka wrzesnia i poczatek pazdziernika byly niestety nie tylko deszczowe, ale i chlodne.
      Za "darmo", poza placeniem ponad $600 rocznie za wypozyczenie instrumentow. Ale fakt, ze ciesze sie, ze przynajmniej za lekcje placic nie musze. Chociaz wtedy pewnie gry nie uczyliby sie w ogole. ;)

      Usuń
  3. Dawno mnie tu nie było, a u Was jak zawsze coś się dzieje! 20 lat to poważna liczba, pewnie minęło szybciej niż się spodziewałaś ;) Nam na przełomie roku stuknie 7 lat w Belgii... Wow.
    Jeśli chodzi o dom i prace z nim związane, to święta prawda, wciąż jest coś do zrobienia... Ale i tak nie zamieniłabym tego na mieszkanie, choć w blokach się wychowałam.
    Trzymajcie się. Pozdrawiam i staram się wrócić, ale z moją trójeczką to już nie taka prosta sprawa ;)
    Malwina

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja tak samo, wole juz ogarniac chalupe. Chociaz moj maz twierdzi, ze woli kiedys kupic domek szeregowy, bo tutaj w nich nie ma ogrodkow, tylko trawniki i chodniki ogarnia spoldzielnia.
      Wracaj, wracaj, daj znac, co u Was! :)

      Usuń
  4. 20 lat to kawał czasu (hehe, kilka miesięcy mi zostało do 40, więc to całe moje dorosłe życie). Ostatnio zaczęłam czytać Twój blog od momentu założenia go i stwierdziłam, że niezłą drogę przeszliście razem w Ameryce.
    Dzisiaj obudziłam się z migreną, a o 15 mam ginekologa, więc humoru u mnie brak - dlatego dłużej nie marudzę...
    i idę chyba wypić wiadro herbaty.
    Trzymajcie się ciepło i zdrowo. Uściski

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, to wspolczuje, bo poczatki mojego bloga, to bylo samo narzekanie. :D
      Mam nadzieje, ze dobry humor juz wrocil! ;)

      Usuń