Lilypie Kids Birthday tickers
Lilypie Kids Birthday tickers

piątek, 3 marca 2023

Zimowo na koniec zimy

Sobota, 25 lutego, zaczela sie tak, jak powinna (a malo kiedy jest ;P), czyli od Polskiej Szkoly. Potwory pojechaly oczywiscie naburmuszone, ale zrezygnowane. Odstawilam ich, po czym wrocilam do domu zajac sie zwierzyncem. W zasadzie to i jedno i drugie bylo nakarmione, wiec pozostalo mi wypuscic psa, a kotu zapodac odpowiednia ilosc glaskow oraz czasu na spokojna drzemke, odpowiednio do potrzeb. ;) Mielismy tego dnia solidny mroz, bo temperatura podniosla sie ledwie do -5 stopni, wiec przynioslam pod drzwi zapas drewna na wieczor. Malzonek (ktory pracowal) napisal, ze zajedzie do Polskiego Sklepu, wiec wyslalam go przy okazji po dzieciaki. W koncu od polskich sklepow to tylko kilka minut jazdy, a ja musialabym dralowac ponad 20. I cale szczescie, ze tak sie stalo, bo ni z tad, ni z owad, zaczal sypac snieg! W prognozach wspominali tylko, ze mozliwe, ze przelotnie poproszy. Taaa, poproszy. Taaa, przelotnie. Sypalo az milo i to dobrych kilka godzin. Tylko dzieki temu, ze przy takich temperaturach snieg byl drobniutki, nie nasypalo niewiadomo ile. Ale kilka cm spadlo, choc nie zakrylo nawet dobrze trawy. Po raz pierwszy w tym roku mielismy prawdziwy snieg, a nie taka mokra, zmieszana z deszczem breje! :D

Stan o 12:40
 

W kazdym razie, noszac drewno, zauwazylam, ze przysypany warstewka sniegu podjazd zrobil sie dosc sliski. Cieszylam sie, ze nie musze w takich warunkach wyjezdzac autem. Wykorzystalam za to dodatkowy czas i zaczelam robic czystki w zabawkach i innych duperelach w pokoju Kokusia. Moj syn to "zbieracz". Wszystko mu sie przyda, nawet znalezione na ziemi, polamane czesci "czegos". Przy tym, bardzo ciezko mu sie z czymkolwiek rozstac, chocby byla to jakas mala glupota jak zabaweczka z jajka niespodzianki. Ma w pokoju 4 szuflady i wszystkie pekaja w szwach. Zabralam wiec worek na smieci i ruszylam "do boju". Czego ja tam nie znalazlam! Pojemniczki z zaschnietymi glutkami, kupa wlasnie zabawek z jajek z niespodzianka; wiekszosc w czesciach, wiec nawet ciezko domyslic sie, co to bylo. Jakies plastikowe zabaweczki niewiadomo skad i do czego. Dodatkowo, jak wspomnialam, Nik zbiera wszystko co mu wpadnie w rece. Od czasu do czasu, czystki w swoim pokoju przeprowadza Bi. Zamiast jednak wyrzucac niepotrzebne rzeczy do kosza, pyta brata, czy je chce. A on oczywiscie zawsze chetnie przyjmuje. Znalazlam wiec tez takie cuda jak szczotke do czesania wlosow dla Barbie, dwa plastikowe pierscionki oraz spinke do wlosow z kwiatkiem. ;) Musialam zrobic ostra selekcje, ostroznie jednak probujac przewidziec czy Nik moze zauwazyc znikniecie kazdej konkretnej rzeczy, czy nie. ;) Uporalam sie z jedna szuflada, ale zostaly 3 kolejne, nie mowiac juz o polkach, ktore mialy byc dla niego miejscem na "wystawe" Lego, a jest jednym wielkim burdelem z zestawow kompletnych oraz czesciowo rozwalonych... Po przyjezdzie M. oraz dzieciakow spedzilismy popoludnie leniuchujac. Tylko Kokusia cos naszlo i najpierw poszedl puscic drona w sniegu, a kiedy temu (pewnie z powodu mrozu) momentalnie padla bateria, stwierdzil ze... poodsnieza.

Maya oczywiscie wiernie towarzyszyla, probujac wymusic rzut pileczka
 

Myslalam, ze znudzi mu sie po paru minutach, ale zawzial sie i szuflowal dobre pol godziny. Uporal sie z chodnikiem przed frontowymi drzwiami oraz czescia podjazdu. No zlote dziecko! Oby mu tak zostalo. ;)

Taka warstewke suchego sniegu fajnie sie po prostu przesuwa lopata
 

Reszta z nas wolala wygrzewac dupki przy kominku. ;) Ktory zafascynowal kota. Mlodziak podchodzil, prychal, uciekal, ale za chwile znow przylazil i wyciagal szyje. A ja stalam obok w najwyzszym pogotowiu, na wypadek gdyby przyszlo mu do glowy podejsc za blisko.

Maly kiciul i wielki ogien :)
 

Ogarnialam tez oczywiscie prania, bo bez tego nie ma weekendu, upieklam kolejna wersje chlebka bananowego (tym razem z orzechami wloskimi i suszonymi jagodami) i dzien zlecial.

Poniewaz nawet w sobote musielismy sie wczesnie zrywac, wiec w niedziele postanowilam z Potworkami spac do oporu. Malzonek pojechal do roboty, ale my wstalismy dopiero okolo 9 rano. Do kosciola pojechalismy na 11, co z jednej strony bylo fajne, bo ranek mielismy spokojny i powolny, a z drugiej, zanim wrocilismy do domu, bylo po poludniu, wiec dzien zlecial niewiadomo kiedy. Przyjechal dziadek, ktorego zaslodzilismy maksymalnie, bo do kawy dostal i moj chlebek bananowy i paczka z polskiego sklepu i andruta, bo M. cos naszlo na przekladane wafle. ;) Po odjezdzie dziadka konczylam zwyczajowe weekendowe pranie, jakis obiad, jakas kapiel, chwila przed tv i zrobil sie wieczor. Trzeba bylo przygotowac wszystko na kolejny dzien, plecaki, sniadaniowki, ubrania, naladowac Chromebooki dzieciakow, sprawdzic menu w szkole na kolejny dzien... Szkoda, ze Bi prawie nigdy nic nie "podchodzi", bo weszla jakas ustawa w naszym Stanie i od srody wracaja (nie pamietam na jak dlugo) darmowe obiady. Zaczely sie one w czasie pandemii, potem byly kilka razy przedluzane, ale w koncu wygasly przed Bozym Narodzeniem. Minely dwa miesiace i wprowadzaja je z powrotem. ;) No i super, tyle, ze Bi i tak je szkolny obiad maksymalnie dwa razy w tygodniu... A jesli o jedzeniu mowa, to wprowadzilam kolejny etap w zywieniu naszego kiciula. Zamowilam mu suche granulki dla kociat, a ze akurat przyszly, wiec poszlam za ciosem i dosypalam ich troche do popoludniowego mleka. Zostawilam na kilka minut zeby troche rozmiekly, po czym zapodalam Oreo podwieczorek. ;) Najpierw wachala podejrzliwie, potem zlizywala tylko mleko, spychajac chrupki na bok. W koncu jedna sprobowala i po-szlo. Wyjadla prawie wszystkie. Czyli kolejny krok do przodu. Od dzis, czyste mleko bedzie dostawac tylko raz dziennie, a mysle, ze od nastepnego tygodnia bedzie mozna zrezygnowac z niego zupelnie. I tak poki co dodaje troche mleka i do mokrej karmy i narazie rozmiekczam nim chrupki. A jeszcze troszke i mlodziak bedzie jadl jak "normalny" kot. :D Zas wieczorem, przy kominku, dla odmiany uwalil sie pies. ;)

Nasz zwierzyniec zajmuje najlepsze miejscowki ;)

W poniedzialek pobudka byla brutalna, jak to po weekendzie. Za to mialam niespodzianke kiedy wstalam, bo gdy wyszlam z lazienki, wlasnie znad ostatniego stopnia schodow wylanial sie maly czarny lebek. :D Wyglada, ze Oreo moze byc u gory stalym gosciem... Zeszlam na dol i zaczelam przygotowywac sniadanie, po czym zawolalam Potworki, ze pora wstawac. Dzien zaczal sie milo, ale panna Bi jak zawsze musi mnie wkurzyc zanim wyjdzie do szkoly. Myje sie u gory i caly czas dochodza mnie odglosy zabawy z kotem. W miedzyczasie slyszalam tez, ze ktores mylo zeby, ale domyslam sie, ze to Nik. Patrze, zrobila sie pora nakladania kurtek, butow i "wymarszu". Tymczasem wolam do dzieciakow, ze wychodzimy, a Bi odkrzykuje, ze... musi zalozyc spodnie i umyc zeby! Mowie zeby darowala juz sobie zebiszcza, bo nie ma czasu, ale nie, ona choc troche je przeleci szczoteczka. Okey... Tyle, ze przyszla na gore, polozyla pizame na lozku, po czym zamiast biec do lazienki, ona uklada ozdobne poduszki na lozku! Teraz juz wrzeszcze na calego, czy ona jest glucha czy nienormalna, ze ja ja poganiam, a ona sobie jaja robi?! Tak naprawde, to wiem dobrze, ze pannica robi na przekor. Im bardziej ja kaze sie pospieszyc, tym wolniej ona sie porusza i musi zrobic tuzin rzeczy po drodze... :/ Teraz tez odparowala oburzona, ze ona tylko chciala poduszki polozyc. No tak, bo poduchy najwazniejsze, niewazne, ze autobus jej ucieknie... Kiedys udusze, serio. W kazdym razie, jakims cudem na autobus zdazylismy, Potwory odjechaly, porzucalam psu pilke, nakarmilam kota, przewietrzylam sypialnie, wypilam szybka kawe i pojechalam do pracy. Poczatkowo nie mialam tego w planach, bo skoro nie musze tam byc, to chcialam potraktowac poniedzialek jako dzien "na rozruch", a pojechac we wtorek. Wszyscy jednak wiedza jak to bywa z planami i na poniedzialek w nocy oraz wtorek zapowiadali front ze sniezycami. Istnialo realne ryzyko, ze zamkna szkoly, wiec stwierdzilam, ze pojade jednak w poniedzialek... Posiedzialam w robocie pare godzinek i wrocilam akurat na pore karmienia kotka - niecnotka. ;)

Kociak nie pogardzi poslaniem psa na drzemke; w koncu kazde miejsce w tym domu, jest "jej" ;)
 

Wstawilam zmywarke, ogarnelam nieco kuchnie, zrobilam czystki w kolejnej szufladzie u Kokusia i pomalu zaczela wracac do domu reszta rodziny, najpierw M., potem Potworki. Tego dnia Bi miala akrobatyke, wiec w sumie zjadla tylko miske zupy, przebrala sie, uczesalam jej koka, dalam jeszcze jesc kotu i pojechalysmy.

"Szczala" pokazuje Bi ;)
 

Odstawilam panne, a sama pomaszerowalam do UPS, zeby w koncu wyslac do konsulatu moj nieszczesny paszport. Pamietacie, pisalam, ze "zapomnieli" go aktywowac i mialam go odeslac. Zbieralam sie miesiac. ;) Oczywiscie mialam pecha, bo zwykle jak zachodze do UPS, sa tam moze ze dwie osoby, a teraz byl ogonek niemal pod drzwi. :/ Ale przynajmniej czas mi dosc szybko zlecial. Tego dnia Nik mial miec trening plywacki, ale akurat kiedy czekalam na Bi, dostalam maila od trenera, ze ktos "zanieczyscil" basen i musza odwolac. To juz drugi raz pod rzad! Zapomnialam napisac w poprzednim poscie, ze w zeszly czwartek M. z Kokusiem pojechali i za kilkanascie minut wrocili, bowiem ktos do basenu... zwymiotowal! Fuj! Ciekawe jakie "zanieczyszczenie" przydarzylo sie tym razem. ;) A wieczorem niespodziewanie przyszla wiadomosc ze szkoly, ze kolejnego dnia, z powodu sniezycy, nie bedzie lekcji. To znaczy, akurat zamkniecie szkol nie bylo wielka niespodzianka, bo prognozy wskazywaly na taka mozliwosc od niedzieli, zaskoczeniem bylo za to, ze oglosili je juz wieczorem. Zwykle czlowiek kladzie sie spac bez konkretnej wiadomosci i budzi sie nerwowo kilka razy zeby sprawdzic: zamkneli szkoly? Nie zamkneli? Opoznili? Tyyyle mozliwosci... ;) A tak w ogole taka mamy w tym roku zime, ze szkoly zamkneli idealnie na ostatni dzien lutego. W tym roku szkolnym mielismy tylko jeszcze jedno zamkniecie z powodu pogody i byl to huraganowy wiatr, a nie snieg. Zwykle do marca spokojnie mamy na koncie juz jakies 3 zamkniecia i kilka opoznien lub skroconych lekcji. ;) Od 1 marca zaczyna sie astronomiczna wiosna, a tu prosze; zima postanowila pokazac, ze nie powiedziala jeszcze ostatniego slowa. :D

Wtorek zaczelismy wiec pozniej i spokojniej. Zapodalam sniadanie w kolejce waznosci, czyli najpierw kociak, potem dzieciaki, a na koncu ja. :D Ostatecznie spadlo nam okolo 15 cm sniegu. Tylka nie urywa, ale to i tak najwieksza ilosc jaka mieslismy na raz tej zimy.

Mam wrazenie, ze prawie zawsze wrzucam zdjecie zasniezonego frontowego wejscia, wiec teraz, dla odmiany, prosze - taras ;)
 

Nik oczywiscie juz od rana pytal kiedy bedzie mogl wyjsc na dwor. ;) Troche ogarnelam kuchnie oraz sypialnie, po czym musialam sie polaczyc na meeting. W pracy praktycznie nic sie nie dzieje, kazdy przychodzi do biura tylko jesli musi, ale szef zarzadzil spotkanie, choc oczywiscie wszyscy laczyli sie wirtualnie z powodu pogody. Dobra nowina bylo, ze tego dnia wplynela jedna z zaleglych pensji. Kolejna ma ponoc wplynac w nastepnym tygodniu, a do polowy marca mamy byc juz na biezaco. Coz, tu to juz uwierze jak zobacze... Po meetingu w koncu moglismy wyjsc na dwor.

Bi i jej ostatnie miny :D
 

Niestety, Nik najwyrazniej spoczal na laurach, bo szalal z siostra, a ja zostalam sama z odsniezaniem. ;) Odgarnelam kostke przed frontowym wejsciem oraz schodki do podjazdu, kawalek przed garazem i zaczelam juz solidnie czuc plecy i prawe ramie (a naprawde pewnie je poczuje dopiero kolejnego dnia...), wiec dalam sobie spokoj z reszta. Niech sie M. wykaze. :D

W tle szalejace Potwory, a na stoliku balwanek ulepiony przez Bi. Zapomnialam mu zrobic zdjecia z bliska i z przodu
 

Na szczescie dzieci mam juz na tyle duze, ze moge je zostawic na dworze same, zerkajac tylko od czasu do czasu zeby sprawdzic co robia. Oni zas choc raz zgodnie sie bawili. Zasypywali sie sniegiem, urzadzali zjezdzalnie w najdziwniejszych zakamarkach ogrodu i draznili psiura, rzucajac pileczke do siebie. W rezultacie wrocili do domu kompletnie przemoczeni, zas Maya padla jak kon po westernie. ;)

Z gorki na pazurki!
 

Byli tez oczywiscie glodni jak wilki, ale zamiast wybrac zupe, ktora mialam gotowa, uparli sie zeby zrobic domowe pizze (ciasto juz mielismy). To oczywiscie zajelo troche wiecej czasu, bo i uformowac pizze i posypac czym sie chce i jeszcze upiec, a nie wiedzac ze beda je robic, nie nagrzalam piekarnika) i Nik jeczal, ze glooodny jest, zupelnie bez logiki. ;)

Chyba nie doceniam mocy slonca o tej porze roku, bo nie spodziewalam sie, ze Nik moze miec az tak przysypany piegami nos na poczatku marca!
 

Snieg proszyl przez wiekszosc popoludnia i az korcilo zeby napalic w kominku i wygrzewac dupke. Niestety, na wieczor bylismy umowieni z ksiegowym w sprawie rozliczenia podatkowego. Co prawda namawialam M. zeby przelozyc pod pretekstem sliskich drog, ale uparl sie, ze chce miec to juz z glowy. W zasadzie to trudno odmowic mu racji. ;) Na 18 jechalismy wiec do sasiedniego miasta, a potem tylko szybko po kawe i do domu. Po powrocie niestety byl juz wieczor i pora kolacji oraz kladzenia spac, bowiem nastepnego dnia wzywala szkola. ;)

W srode rano trzeba wiec bylo wstac o normalnej, wczesnej porze. Nasz kiciul nabral zwyczaju przychodzenia na gore z samego ranka, przy czym, z jakiegos powodu, za cel wybral sobie pokoj Bi. Chyba dlatego, ze wejscie do niego znajduje sie zaraz obok schodow. Kiedy bowiem raz wieczorem i Starsza i M. mieli zamkniete drzwi do sypialni (a ja bylam w lazience i myslala chyba ze tez jestem na gorze), poszla tam, gdzie byl dostep, czyli do Kokusia. Typowy kot, do ciaglych glaskow i przytulania chetna nie jest, ale lubi miec kogos w zasiegu wzroku. Tego wlasnie dnia, tylko nieco pozniej, kiedy siedzialam na kompie przy jadalnym stole, uciela sobie drzemke na plecaku Bi przygotowanym na popoludnie. Potem, kiedy przekladalam pranie z pralki do suszarki, wdrapala sie na brudownik i obserwujac mnie, znow zaczela przysypiac. ;) Zeby nie bylo tak slodko, uzarla Maye w noge tak mocno, ze pies az zaskowyczal! :O Dobrze ze nasz psiur to takie nieagresywne stworzenie, bo tylko kwiknela, po czym zerwala sie ze (swojego wlasnego) poslania. ;) Wracajac do srody w kazdym razie, odstawilam Potworki na autobus, po czym porzucalam siersciuchowi pileczke, a potem posiedzialam sprawdzajac sluzbowe maile, wstawilam pranie, rozladowalam zmywarke i zabralam sie za odkurzanie i mycie podlog na gorze.

Na schodach Maya, choc slabo ja widac; nie moge sie oprzec zdjeciom tej zimowej scenerii, bo pierwszy (i mozliwe, ze ostatni) raz w tym roku, utrzymala sie dluzej niz kilka godzin
 

Tego dnia musialam odebrac Potworki ze szkoly bowiem mieli pilke. W tej sesji oboje. Oczywiscie, jak to z Kokusiam, przypominalam mu rano, ze bede go odbierac, tymczasem przed szkola czekam i czekam, Bi juz dawno wyszla, a Nika nie ma... W koncu placyk opustoszal i spytalam nauczycielke pilnujaca porzadku przy odbiorze czy moglaby sprawdzic gdzie jest Mlodszy. Wywolala go przez krotkofalowke, czekamy dalej i... nic. Nauczycielka wraca, zeby jeszcze raz podac jej imie i nazwisko i wywoluje Kokusia jeszcze raz. W tym momencie Mlodszy pojawia sie na koncu korytarza. Okazalo sie, ze zdazyl juz wsiasc do autobusu! Zalamka z tym chlopakiem. On oczywiscie zaplakany, bo wie ze nawalil, ale szybko go uspokoilam, ze kompletnie sie nie gniewam. Po pierwsze, nie odjechal. Po drugie, mielismy czas. A po trzecie, jedyne co by sie stalo, to ominela by go pilka. Pojechalismy pod hale sportowa i dzieki Nikowej sklerozie, nie mielismy az tak dlugiego czekania jak zwykle. ;) I tylko niemozliwie przemarzlam, bo strasznie wialo i bylo pochmurno.

Bi przy pilce, choc zaslonieta bramka; lepszego zdjecia niestety nie pstryknelam
 

Dzieciaki godzine pobiegaly, ja zrobilam kilka koleczek wokol boisk. Potem podrzucilam Bi i jej kolezanke do biblioteki na lekcje robienia na drutach, a my z Nikem wrocilismy do domu.

Tym razem do pilki sciga sie Mlodszy
 

W drzwiach wyminelismy sie z Malzonkiem, ktory wyjezdzal do polskiego kosciola na Gorzkie Zale, zapodalam obiad synowi oraz kotu (nieco spozniony) i wlasciwie musialam jechac z powrotem po corke. Zostawilam Kokusia ze zwierzyncem, odebralam Starsza, wrocilysmy do domu, podalam jej obiado-kolacje i w koncu wrocil M. Przygotowac sniadaniowki oraz ubrania na czwartek i juz; dzien zlecial.

Czwartek przywital nas deszczem i ponura aura. Za to temperatury piely sie w gore, wiec snieg znikal w oczach. Jak zwykle zawiozlam Potworki do szkoly, po czym wrocilam do zwierzynca. Pomylam zlewy we wszystkich lazienkach oraz kuchni, poskladalam wysuszone pranie, wstawilam zmywarke i trzeba bylo pomyslec o obiedzie. Dzieciaki mialy tego dnia lekcje skrocone z powodu szkolen nauczycieli, wiec konczyly juz o 13:15. Przyjechali, zjedli, a zaraz potem dojechal M. Dostalam tego dnia maila, ze w pracy rozwiazali problemy finansowe (ciekawe na jak dlugo?) i od poniedzialku mamy sie stawic normalnie w robocie. Ale ani slowa o pozostalej zaleglej wyplacie, ani tej, ktora planowo powinna wplynac w poniedzialek, hmmm... Tak czy owak, z jednej strony ulga, a z drugiej westchniecie, ze tak fajnie mi sie w domu siedzialo ze zwierzakami... :D Nie wiem tez co z kociakiem, bo Oreo nadal jada 4 razy dziennie i za maly jest troche zeby zostawic go samego na 6 godzin. Zupelnie zdziczeje... Pracuje blisko, wiec mysle ze poki co, bede przyjezdzala w poludnie zeby ja raz nakarmic i spedzic z nia chwilke. W kazdym razie, u mnie ulga, ale rownowaga w przyrodzie musi byc, wiec u M. oglosili, ze maja zastoj do okolo maja i od nastepnego tygodnia ucinaja nadgodziny w tygodniu oraz zamykaja cala fabryke na weekendy. Poniewaz Potworki skonczyly lekcje wczesniej, to oczywiscie ublagaly pozwolenie na tablety. Musialam jednak przerwac im blogie ogladanie, bo trzeba bylo odrobic lekcje do Polskiej Szkoly. Zwykle robimy to we wtorki, ale tym razem rozproszyl mnie snieg, a wieczorem jazda do ksiegowego i zapomnialam. Dzieciarnia oczywiscie protestowala, ale nie ma zmiluj. ;) Oprocz zadan pisemnych, Mlodszy mial kolejne slowka na dyktando (ta nauczycielka nie ma litosci), a do tego, "przypomnialo" mu sie, ze Pani powiedziala, ze musi tez zaliczyc miesiace, dni tygodnia oraz pojecie hemisfery. I ze ma go odpytac w te sobote! Tu juz sie wkurzylam i na nauczycielke (bo nie mogla wyslac mi maila?!) i na Kokusia. No serio, mowi mi w czwartek, ze w sobote ma takie zaliczenia?! Pal licho hemisfere; Mlodszy zna to z hamerykanckiej szkoly, wiec wystarczy zapamietam jak to mniej wiecej powiedziec po polsku. Ale dni tygodnia? A juz zwlaszcza miesiace?! Ciezko to wykuc w dwa dni w obcym dla siebie jezyku. Oczywiscie uczyl sie ich w poprzednich latach, ale dawno ulecialo... Co bylo jednak robic. Przekazalam mu jak powinien wytlumaczyc po polsku hemisfere, a potem przystapilismy do nauki dni tygodni, bo krotsze. Miesiace moze wykujemy na kolejny raz. Nik powtarzal jednoczesnie ryczac (nie wiem czy dlatego, ze trudne, czy dlatego, ze mu sie nie chcialo... :D) i niestety za kazdym cholernym razem zamiast "czwartek", mowil "czerwiec". Ide o zaklad, ze jak przyjdzie pora miesiecy, to z czerwca zrobi czwartek... :D

Zdjecie nie na temat, ale za to z kiciulem penetrujacym zmywarke ;)
 

Tego popoludnia M. zabral Nika na trening na basenie i... nie uwierzycie! Znowu ktos do niego zwymiotowal! To juz przestaje byc smieszne! Jestem pewna, ze to ten sam dzieciak, ktory albo robi to z nerwow, albo moze rodzice wciskaja w niego obiad przed wyjsciem, a potem zoladek nie wytrzymuje... Nie wiem, ale chyba sobie wysmaruje maila do zarzadu silowni, zeby ktos pogadal z rodzicami dzieciaka (trenerzy dobrze wiedza, ktory to gagatek), bo reszta rodzicow z druzyny jednak za nia placi, a w ciagu tygodnia na 5 treningow odbyly sie... dwa, bo w pozostale basen zostal zanieczyszczony...

Piatek zaczelam od prawie nadepniecia na kota, ktory ulozyl sie przy moich kapciach, ktore czekaly na mnie obok lozka. ;) Odstawilam Potworki na autobus, wrocilam i zapodalam kiciulowi sniadanie, po czym poszlam na gore poscielic lozko i pootwierac okna w sypialniach. Kiedy zeszlam na dol, przylapalam psiura jak wylizywal kocia miseczke do czysta! Na szczescie kot chyba sie juz najadl, ale jak pisalam wczesniej, Maya ma slaby zoladek. Mam nadzieje, ze takie resztki jej nie zaszkodza. Zwariowac mozna z tym zwierzyncem... :D

Jak w tej starej piosence (chyba) Michaela Jacksona: "I've got a feeling, somebody's watching me..." :D
 

Dzis Potworki znow konczyly lekcje wczesniej, wiec planowalam tylko pojechac na tygodniowe zakupy, a potem juz na spokojnie ogarniac chalupe i kontynuowac czystki w szufladach Kokusia. Niestety, dostalam maila z pracy, ze jeden z laborantow pisze raport i potrzebuje pilnie moj podpis na zalaczniku. Ech... Musialam wiec zmienic plany i podjechac do roboty. Typowe... ;) Potworki dojechaly o 14, bardzo zadowolone. Tylko hrabia Nik strzelil focha, bo przymusilam go do dalszych cwiczen dni tygodnia. Niestety, przestal zamieniac czwartek na czerwiec, ale za to zamiast wtorku, wskakuje mu... lipiec! Ale miesiecy tez nie zna, takze ten... ;)

Do nastepnego!

11 komentarzy:

  1. Ja uczylam corke z pierwszej klasy, co dzis za dzien sie pytam a ona ze luty. Akurat mamy marzec. W pensylwani mamy epidemie notowirusa, wszyscy wymiotuja i biegunke 😖Pozdrawiamy z PA

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nas tez slychac o jakichs jelitowkach... :/ Oby nie, bo przeciez za tydzien Swieta...

      Usuń
  2. U Was jak zawsze na sportowo i jak zawsze zimą - bielutko! Tak powinno być :) Kociak słodziak. Podczytywałam poprzednie posty, ale jakoś ciężko mi się zawsze zabrać na komentarz, coś wypadłam z blogowego obiegu... ;) Pozdrawiam z Belgii, Malwina

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wlasnie nie zawsze, bo tegoroczna zima byla baaardzo slaba. Wlasciwie mielismy caly czas wiosne albo jesien, zalezy jak na to spojrzec. To byl pierwszy raz kiedy spadl normalny, suchy snieg, a nie pomieszana z deszczem breja.
      Zauwazylam wlasnie, ze cos Cie tu brak. Mam nadzieje, ze jednak zmobilizujesz sie i wrocisz. :)

      Usuń
  3. Kociak wymiata! Zajmowanie wielkiego poslania psa kladac sie na samym srodeczku - klasyka. Maya mila i grzeczna, ze nie wyrzuca Oreo ze swojego lozka.
    Mam nadzieje, ze w pracy ze staloscia wyplaty juz sie uspokoilo/unormowalo. Bo nerwy o pieniadze na zycie to potworny stressor.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chwilowo tak, unormowalo sie. Pytanie na jak dlugo, ech... :/
      Z psem jestesmy w szoku, ze tak latwo zaakceptowala kota w domu. Maya jest jednak niesamowita. Kocha ludzi, toleruje bez problemu inne psy i okazuje sie, ze nawet koty akceptuje.

      Usuń
  4. Skąd ja to znam, wszystko się przyda - nawet kamień czy kijek... Co prawda jak coś jest zepsute i mówimy, że nie da się tego naprawić, to Jasiu wyrzuca bez problemów, ale jak nie jest zepsute, to nie ma siły - to się mu przecież przyda...
    U nas tak robi Jasiu. Jak ma coś zrobić, to robi trylion rzeczy dookoła, tylko nie to o co go poprosiłam. On zawsze ma czas i nie musi się spieszyć.
    Mam nadzieję, że faktycznie nadrobią Wam te wypłaty i już będzie spokojnie. Chociaż właśnie czytam o problemach u M., więc i tak spokojnie nie będzie, bo jednak nadal będzie mniej pieniędzy...
    Jak fajnie popatrzeć na ten Wasz śnieg. U nas nawet jak pada rano, to po 2 - 3 godzinach już śladu po nim nie ma.
    Świetne są te zdjęcia ze zwierzyńcem :D Kot wygląda słodko, ale u Was na zdjęciach. Jednak jak tak na nie patrzę, to myślę sobie, że nasz psiur pewnie też by się ucieszył z towarzystwa innego niż ludzkie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiem Ci, ze kot im starszy, tym bardziej broi. Rzuca sie na kostki i rece i gryzie/drapie do krwi. Wskakuje na szafki (narazie te nizsze) i obgryza mi kwiatki. A potem zwinie sie obok ciebie w klebek i mruczy i nie da rady sie gniewac. :D
      To byl pierwszy i ostatni snieg, ktory byl faktycznym sniegiem i utrzymal sie dluzej niz pare godzin. ;)
      Te dzieciaki... Nik niestety, nawet jak cos jest zepsute lub polamane, i tak upiera sie zatrzymac. Musze regularnie przegladac jego rzeczy i wyrzucac takie bzdury, ale wkurza mnie, ze taki duzy chlop, a dalej musi podniesc z ziemi kazda duperele.

      Usuń
  5. Wincyj zwierzyńca prosze! :D u nas zbieractwo jest ogromne :P kamienie, badyle, szyszki, liście.. eh. Do nas też zima wróciła. Ale my uziemione, więc w sumie niech tam nawet jest minus pincet. Grunt żeby na święta nie było mrozu. Buziaki z chrobowej krainy!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nas zima poszla juz precz i nie zapowiada sie, zeby wrocila. ;) I dobrze, bo w kwietniu to juz jednak czlowiek o wiosnie mysli. ;)
      Kamyki, galazki czy szyszki to jeszcze rozumiem. Ale polamane i nie piszace dlugopisy? Nie pojmuje mojego syna... :/

      Usuń
  6. Piękne zimowe zdjęcia, ale dobrze że zima poszła sobie już sioooo. W końcu mamy wiosnę. Kociak superowy. My mamy dwa łobuzy dachowcowe 😀😀😀 Można je zobaczyć na blogu Kasinyświat i Kasine bziki.

    Kasia Dudziak

    OdpowiedzUsuń