Lilypie Kids Birthday tickers
Lilypie Kids Birthday tickers

piątek, 18 listopada 2022

Chyba powracaja posty o nudnej codziennosci

Ale jaka piekna ta "nudna" codziennosc! Zwykle sprawy, zabieganie, ziewanie przy biurku i chodzenie do lazienki na drugim koncu budynku, zeby rozprostowac nogi i obudzic mozg. Tymczasem, nie wiem czy wlasnie opadajacy ze mnie stres ostatnich dwoch miesiecy, czy zwykle, jesienne przesilenie (nie jest tajemnica ze nienawidze listopada; to najgorszy miesiac w roku), ale ostatnio chodze jak snieta ryba. Glowa caly czas jakby za mgla, a juz o godzinie 20 ziewam raz za razem i marze o lozku. Do ktorego jednak docieram dopiero okolo 23:30, po czym spie jak zabita, a i tak, kiedy o 6:50 rozlega sie budzik, nie wiem co sie dzieje i jakim prawem jest juz kolejny dzien. Nie do wiary, ze byl okres, nawet nie tak dawno, bo rok czy dwa lata temu, ze kladlam sie przed 1 nad ranem i nastepnego dnia bylam w stanie funkcjonowac...

Ale o tym co dzialo sie w ciagu ostatnich ~2 tygodni...

We wtorek 8 listopada (dzien biopsji), po powrocie do domu, schodzil ze mnie stres, ktorego wczesniej nawet bardzo nie odczuwalam. Najbardziej oczywiscie stresowaly mnie wyniki, ale jednak to byla pierwsza biopsja w moim zyciu, nie wiedzialam czego oczekiwac, wiec najwyrazniej, nawet nie zdajac sobie sprawy, denerwowalam sie sama procedura. Efektem bylo to, ze kiedy dotarlam do chalupy, poczulam sie potwornie zmeczona. Caly dzien przesnulam sie ziewajac. Pewnie polozylabym sie na drzemke, ale niestety, tego dnia Potworki nie mialy szkoly, a one wiadomo, co chwila zawracaja gitare. Gdy w poprzednia srode przelozyli mi biopsje, od razu wiedzialam, ze przesuneli ja na najgorszy mozliwy dzien. Kiedy jednak powiedzialam babce, ze we wtorek nie moge, bo siedze w domu z dziecmi, odpowiedziala, ze w takim razie musi popatrzec na terminy i do mnie oddzwoni. Szybciutko powiedzialam, zeby jednak wpisala mnie na wtorek, a ja cos wymysle, bo przerazilam sie, ze znajda termin jeszcze tydzien czy dwa pozniej. Poczatkowo M. stwierdzil, ze urwie sie z pracy i przyjedzie zeby z Potworkami posiedziec, ale w poniedzialek wieczor zdecydowalismy, ze sa na tyle duzi, ze nawet bez telefonu i mozliwosci kontaktu z nami, przez te dwie godziny nic im nie bedzie. A koniec koncow wszystko odbylo sie tak szybko, ze jak wyjechalam z domu o 7:55, tak o 9:35 juz bylam z powrotem. Reszta dnia minela jak napisalam wyzej. Dostalam nakaz zeby nic nie dzwigac, nie podnosic rak ponad glowe, nie brac prysznica i przez ten jeden dzien ogolnie sie oszczedzac. Nie dalo mi to zbytnich mozliwosci na dzialanie, do tego ogolne zmeczenie i chodzilam z kanapy na kanape. Tylko na chwile musialam przerwac to "oszczedzanie sie", bowiem niedzwiedz wywalil nam znow smietnik. Nie wiem czy w nocy, czy rano, bo kiedy wyjezdzalam bylam zbyt przejeta zeby cos zauwazyc i przewrocony kubel dojrzalam dopiero po powrocie ze szpitala.

Normalny smietnik schowany w garazu, wiec chociaz ten musial sobie przewrocic. Nie ma w nim nic jadalnego, wiec wywalil i poszedl dalej, no ale musial...
 

Na szczescie to kubel od recyklingu, wiec same lekkie, tekturowe badz plastikowe opakowania. Nie musialam sie zbytnio wysilac. A w tym leniuchowaniu nie bylam sama, bo Nik rowniez korzystal z dnia wolnego na maksa i po zejsciu na dol na sniadanie, wrocil z powrotem do lozka (nie spal, ale siedzial na tablecie), gdzie pozostal do godziny... 13. :O Dopiero potem wstal na dobre i przebral sie z pizamy. Tego dnia po poludniu, jego druzyna miala pozegnalny "mecz" miedzy chlopakami a rodzicami/ rodzenstwem, ale ani ja, ani Mlodszy nie mielismy zbytniej ochoty zeby jechac. Szczegolnie, ze po kilku dniach z ponad 20-stopniowymi temperaturami, we wtorek zrobilo sie ich raptem 12, do tego porywisty wiatr i nie chcialo sie wysciubiac nosa z domu. Bi za to tryskala energia i wyrazala ubolewanie, ze nie zaplanowalismy zadnych atrakcji, ale nawet ona nie mekolila i nie burzyla sie jak czasami potrafi, wnioskuje wiec, ze rowniez potrzebowala takiego spokojniejszego dnia. A wolne Potworki mialy z powodu dnia wyborczego. Tak naprawde to glosowac ludzie przychodzili tylko do naszego gimnazjum (middle school) i liceum (high school), wiec wedlug mnie dzieciaki z postawowek powinny isc normalnie do szkoly, ale zawsze tego dnia przy okazji urzadzaja szkolenia dla nauczycieli i zamykaja wszystkie szkoly.

Taki przypadkowy dzien wolny owocuje tym, ze potem dzieciaki urzadzaja jeki, ze nie chca isc do szkoly kolejnego dnia. Szczegolnie Bi niemal ryczala w srode rano i patrzylam na nia jak na wariatke, pomyslalabym bowiem, ze jest juz na tyle duza zeby rozumiec, ze lubi czy nie, do szkoly musi chodzic... Dzieciarnia pojechala, ja wrocilam na chwile do domu, porzucalam pileczke psu, wsadzilam naczynia do zmywarki, przewietrzylam sypialnie i pora byla jechac do pracy. Tam wyjatkowy zapierdziel, bo z racji, ze we wtorek pracowalam z domu, nie mialam nic uprzatniete ani posegregowane po poniedzialku. Na dodatek w piatek moja firma miala wolne (Veteran's Day), a w kolejny poniedzialek czekal nas zbior komorek dla kolejnego pacjenta. Mialam wiec zawrotne dwa dni, zeby ogarnac sie z papierami po jednym pacjencie i przygotowac na kolejnego... Po pracy chwila w chalupie, po czym zabieralam Bi na zajecia z robienia na drutach w bibliotece.

Podziwiam te dzieciaki, ze chca nauczyc sie czegos takiego. Mnie samej nigdy to nie ciagnelo; wolalam zwykle szycie...
 

Myslalam, ze to juz ostatnie, tymczasem babka chciala sie z dzieciakami spotkac jeszcze w kolejnym tygodniu i urzadzic male przyjecie pozegnalne. Oczywiscie ona miala przyniesc picie, ale dzieciaki (czytaj: rodzice) jakies ciastka czy babeczki w ramach poczestunku. Jak dla mnie to zupelnie niepotrzebne, ale Bi cieszyla sie jakby malo miala na codzien atrakcji.

W czwartek jak zwykle wiozlam Potworki do szkoly. Tego dnia Bi miala wycieczke szkolna do Capitolu oraz innych budynkow rzadowych naszego Stanu. Az troche jej zazdroscilam, bo sama ogladam je tylko z daleka, najczesciej z autostrady. Oczywiscie akurat wychodzilismy z domu, kiedy zadzwonil moj telefon. Zobaczylam numer szpitala i az mi sie zrobilo slabo. Kazalam dzieciakom schodzic do garazu (i tak zostali nasluchujac, male, wscibskie stworzenia), a sama odebralam. Kiedy uslyszalam, ze zmiana jest niegrozna, po prostu sie poplakalam. I jednoczesnie mialam ochote pojechac tam i udusic ich wszystkich po kolei! Przeciez oni mnie tak nastraszyli przy tej mammografi, tak gadali, ze ja przez ten ponad tydzien, po prostu bylam przekonana, ze czekam tylko na formalne potwierdzenie nowotworu!!! No kuzwa! Tak sie nie robi! W kazdym razie, odwiozlam dzieciarnie do szkoly, a potem jechalam do pracy, co chwila chlipiac z ulgi. Jak dojechalam, zadzwonilam do M. i znow sie poryczalam. Po prostu poczulam sie, jakbym dostala drugie zycie! W koncu moge sie skupic na nadchodzacym swiecie Dziekczynienia, a potem urodzinach Kokusia oraz Bozym Narodzeniu. A takze na planowanej na grudzien prezentacji w pracy, o ktorej wczesniej nawet nie myslalam, bo mialam powazniejsze powody do stresu, a ktora teraz zawisla nade mna niczym ciemna chmura.

Tego dnia musialam sie urwac wczesniej z roboty, zeby odebrac Potworki ze szkoly i zabrac je na zajecia z pilki noznej na hali. Ten, kto wyznaczyl godzine tych zajec na 16, powinien dostac niezle baty. Nie tylko ja narzekalam, ze musze specjalnie wczesniej urywac sie z roboty, bo inni rodzice tez zgodnie wyrazali swoje ubolewanie... Dzieciaki oczywiscie cale szczesliwe, ze nie musza sie tluc autobusem i wsio im ryba jakim cudem rodzic dojechal na czas. Potem przebranie sie w aucie, zjedzenie po kanapce i pobiegli kopac pilke.

Zdjecia przy sztucznym swietle, z daleka i w ruchu, wiec wszystkie zamazane...
 

Jesli o powrot do domu chodzi, to musze znalezc jakas inna trase. Kolejny tydzien utknelam w takich zatorach, ze jechalismy prawie pol godziny, zamiast 15 minut. A po powrocie to juz tylko prysznic i przygotowanie na kolejny dzien. Mielismy z M. wieczorem oblewac moja "diagnoze", ale zadne z nas nie mialo sily. Moze w weekend nadrobimy.

W piatek w Polsce rozpoczynaliscie dlugi weekend, a u nas... roznie to bywalo. Tutaj jest tego dnia Veterans Day. Pozamykane banki, urzedy stanowe oraz federalne, ale ze szkolami juz nie osiagneli konsensusu. Dwa sasiednie miasta mialy wolne, a my oraz inne okoliczne miasteczka, normalnie mielismy lekcje. U M. w pracy mozna bylo wziac dzien wolny bez zuzywania urlopu, ale bylo ono bezplatne, wiec malzonek pojechal do roboty. Za to w mojej pracy niespodziewanie mielismy wolny dzien. Przynajmniej w teorii, bo laboranci musieli przyjechac przeprowadzic testy wypadajace akurat tego dnia. Ja byc w robocie nie musialam, wiec wiadomo, ze wolalam posiedziec w chalupie. Zawiozlam Potworki do szkoly, pojechalam na tygodniowe zakupy, potem rozpakowywanie, zmywarka, wstawienie prania, odkurzanie i mycie podlog na gorze, ugotowac obiad. Wszystko jednak spokojnie i na luzie, wiec niewiadomo kiedy zrobila sie 16. Niesamowite jak ten czas leci, kiedy ma sie wolne. Dojechal M., dotarly dzieciaki i... na dzien dobry wkurzyly nas tak, ze dostali kary na elektronike. Podjechal bowiem autobus, patrze przez okno, wysiada sasiadka z naprzeciwka, a Potworkow nie ma! Rozgladam sie czy nie znikneli akurat za krzakami, ale teraz nic juz nie ma lisci, wiec chodnik widac jak na dloni, a ten jest pusty. Przelatuje mi setka mysli na minute. Moze M. ich odebral? Ale przeciez by mi powiedzial, a zreszta u nas trzeba wczesniej zawiadamiac, pisac maile, itd. a malzonek nie wie nawet do kogo je wyslac. Moze wiec musieli zostac w szkole za kare? Ale oboje? Zreszta, podejrzewam, ze w takim wypadku rodzic jest zawiadamiany. Lece wiec do drzwi, zeby zlapac sasiadke zanim przejdzie przez ulice i spytac o Potworki. Patrze, a tu Nik podlatuje pod dom! Jak, skad?! Otwieram i z miejsca pytam skad sie tu wzial, a on tlumaczy, ze myslal, ze pozwolilam Bi wysiasc na sasiednim osiedlu, wiec on tez wysiadl! Za kilka sekund Starsza przebiega przez trawnik, w deszczu, bez bluzy, o kurtce w ogole nawet nie wspominajac! No krew mnie zalala! Dostala ostra zjebke, ze wysiada sobie bez pozwolenia na innym przystanku, a ja tu zawalu dostaje. Okazalo sie, ze jej przyjaciolka tam wysiadala, wiec ona tez. Nie mam pojecia dlaczego A. wysiadla akurat tam skoro autobus wyrzuca ja zwykle zaraz przy jej podjezdzie, ale miedzy naszym osiedlem a tamtym jest male przejscie dla pieszych, a ona mieszka zaraz obok niego. Natomiast Bi i Nik musieli przejsc pol osiedla zeby dotrzec do domu. Nik mial chociaz na tyle oleju w glowie, zeby zalozyc kurtke i kaptur na glowe, panna zas szla w ulewe w krotkim rekawku... Po chwili, dzieciaki zdazyly wlasciwie wejsc i odebrac ochrzan za wysiadanie gdzie im sie zywnie podoba, a tu slyszymy trabienie! To autobus, ktory dotarl na nasza ulice i najwyrazniej ktos rozpoznal skrzypce Kokusia, ktore ten zostawil w pojezdzie! No przeciez ten chlopak kiedys gdzies glowe zostawi! Oczywiscie panicz juz chwycil za tablet, bo to najwazniejsze! I on oberwal wiec kare, tym bardziej, ze ostatnio zostawil skrzypce w szkole, gdzie spedzily calutki tydzien bo ciagle nie pamietal zeby ich zabrac, a w rezultacie kompletnie nie cwiczyl gry. Ludzie, oszalec mozna czasem z tymi dzieciakami! Nie mniej wiekszosc dnia mialam spokojny i relaksujacy, czego po ostatnich stresach baaardzo potrzebowalam.

W sobote byl dla Potworkow najgorszy dzien w zyciu, przynajmniej wedlug Bi. Po raz pierwszy od poczatku roku szkolnego, pomaszerowali bowiem do Polskiej Szkoly. Bylo duzo jekow, wsciekania sie, buntu i pyskowania (tylko ze strony Starszej), ale pojechali. Po odwiezieniu, wrocilam do chalupy, gdzie wyjatkowo czekal M., ktory mial do wyboru prace w sobote lub niedziele, wiec wybral ta druga, bo wiecej placa na godzine. Znow przez kilka dni mielismy temperatury ponad 20-stopniowe, ale sobota miala byc ostatnim takim dniem, wiec postanowilam ogarnac choc troche ogrod. Przez pare tygodni nie mialam glowy do takich spraw, wiec na rabatach wszystko pomalu padlo, ale suche, zolte badyle pozostaly. Niektore wiem ze przez zime by zgnily i znikly, ale inne trzymaja sie podejrzanie dobrze. Na szczescie M., widzac jak wolno idzie mi to z nozycami, wzial kosiarke zylkowa i w doslownie kilka minut skosil to, co scinalabym pewnie ze dwie godziny. Potem pozostalo tylko zgrabic wszystko oraz wywiezc na taczce do lasu i ogrod przygotowany zostal na sen zimowy.

Az ciezko uwierzyc, ze ta polksiezycowata rabata jest latem calkowicie zarosnieta
 

Pozniej pojechalam po Potworki, ktore przezyly jakos szkole i nawet zbytnio nie narzekaly. Po poludniu pojechalismy jeszcze do spowiedzi oraz od razu na msze, z racji, ze M. pracowal kolejnego dnia i sobota zleciala. Wieczorem zas urzadzilismy sobie seans filmowy. Poniewaz ostatnimi czasy naprawde nie mielismy glowy do rozrywek, ominal nas niemal caly sezon "Rodu Smoka". Zalapalismy gdzies po polowie, ale nie moglismy doszukac sie powtorek pierwszych odcinkow, wiec czekalismy az sie skonczy i polowalismy na HBO. W koncu przypomnialam sobie, ze przeciez obecnie niemal wszystko mozna znalezc na internecie, wygooglalam program telewizyjny i voila! Nadrabiamy zaleglosci.

W niedziele malzonek pojechal rano do pracy. Poczatkowo Potworki (a zwlaszcza Nik) szykowaly sie zeby pojechac na biegi organizowane przy szkole. Dla ich grupy wiekowej byly dwa dystanse: 1.6 km i 5 km. Nik sklanial sie raczej ku temu krotszemu, Bi w ogole zastanawiala sie czy wziac udzial. Troche korcilo ja, bo kazdy uczestnik dostawal pamiatkowa torbe oraz medal. Osobiscie przyznaje, ze srednio mi sie chcialo. Po przezyciach ostatniego tygodnia i meczacej sobocie, marzylam zeby w niedziele sie porzadnie wyspac, szczegolnie ze nie musielismy sie zrywac do kosciola. Kiedy wiec prognozy w sobotni wieczor pokazaly nie tylko spadek temperatury z 22 stopni na 10, a dodatkowo deszcz, zas Potworki nadal nie byly przekonane czy na pewno chca, zarzadzilam, ze nigdzie nie jedziemy. I w sumie dobrze sie stalo. Cala nasza trojka odespala, rano leniwie sie pokrecilismy, zjedlismy pozne sniadanie, upieklam szybko chlebek bananowy bo wybieral sie do nas moj tata, pozniej przyjechal dziadek, posiedzielismy i pol dnia minelo niewiadomo kiedy. Pozniej juz pranie jedno i drugie, zmywarka, prysznice, szykowanie sie na nastepny dzien i po kolejnym weekendzie.

W poniedzialek "zbieralismy" komorki dla kolejnego pacjenta, szykowal mi sie wiec szalony dzien. Nie tylko wiadomo bylo, ze utkne w robocie do pozna, dodatkowo jednak, Potworki mialy tego dnia skrocone lekcje, a ja po poludniu wywiadowki z ich nauczycielami. Plan byl wiec zeby pojechac do pracy pozniej, ale nie tak pozno jak zwykle w te dluzsze dni. Chcialam ogarnac papiery zgromadzone przez weekend, po czym wrocic do chalupy na powrot ze szkoly dzieciakow. Dac im obiad, ogarnac to i owo i na 15:45 pojechac na wywiadowki. Te mialam na szczescie jedna po drugiej, wiec zaraz po, chcialam wrocic do roboty i juz tym razem zostac do konca. Plan w zasadzie zrealizowalam i jedynym zgrzytem bylo to, ze jeden z laborantow solidnie sie spoznil, a wiec dzien juz od poczatku zapowiadal sie nawet dluzszy niz powinien. Na wywiadowkach w zasadzie nie dowiedzialam sie niczego nowego, szczegolnie z racji, ze raporty semestralne maja przyslac dopiero na poczatku grudnia, wiec nie mialam nawet przygotowanych pytan. Wychowawczynie Bi spytalam czy uwaza ze panna powinna zostac na zaawansowanej matematyce, czy przejsc na zwykla. Starsza bowiem uzala sie ciagle, ze nie lubi matematyki i ze jej ciezko. Niestety, jej wychowawczyni uczy "nauk scislych" (science - choc jak dla mnie to cos jak nasza Przyroda), wiec nie potrafila odpowiedziec nic konkretnego. Oczywiscie, jak na zlosc, matematyczka akurat odeszla i choc zostawila notatki, to nie ma jej jak podpytac o zdanie, a nowa dopiero poznaje dzieciaki. W kazdym razie, dawna nauczycielka zapisala, ze Starsza ma solidne podstawy matematyki z VI klasy, ale faktycznie czesto ma problem z rozwiazaniem tych "rozszerzonych" zadan. A u niej, na wyzszym poziomie, sa one niestety wymagane. No nic; wychowawczyni zapisala sobie zeby pogadac z nowa matematyczka i ma mi dac znac, choc stwierdzila, ze jesli Bi radzi sobie ogolnie z matematyka na poziomie VI klasy, to ta "zwykla" matma moze byc dla niej z kolei za latwa i przez to nudna. Ogolnie jednak, o obojgu Potworkow dowiedzialam sie, ze to grzeczne (tak, nawet Bi wie jak sobie w szkole wypracowac dobra opinie :D) i inteligentne dzieciaki, ktore nie maja wiekszych problemow z nauka. Miod na moje matczyne uszy.

W czasie gdy ja akurat dojezdzalam z powrotem do pracy, M. mial zabrac Bi na akrobatyke. Jak to typowy chlop, powtarza mu sie trzy razy, ze zajecia zaczynaja sie o 17:05, a on juz o 16:43 byl na parkingu. Troche sobie tam wiec posiedzieli... Potem pojechali po pizze oraz napoje i przywiezli mi pod prace swieza kawe. Jak milo... Niestety, w robocie, nie dosc ze mieli od poczatku opoznienie, to ten sam spoznialski gosc, spiep**yl test. Przy tym, zrobil taki glupi blad, ze wyniki wygladaly jakby probka byla czyms zanieczyszczona i choc inne testy nie wykazaly bakterii, to testu nie mozna bylo zaakceptowac, bo na pierwszy rzut oka widac bylo, ze cos jest tam nie teges. Chlopak powtorzyl test... z tym samym rezultatem! W tym momencie trzeba bylo sie radzic szefa, bo pozostalo albo oglosic probke skazona i odwolac pacjenta, albo znalec jakies inne wyjscie. Na szczescie byla nadal w pracy bezposrednia przelozona tamtego chlopaka, wiec zaoferowala, ze przeprowadzi test jeszcze raz krok po kroku z nim. I, co za niespodzianka, przeszedl! Okazalo sie, ze chlopaczek, mimo ze przeprowadzal ten test juz kilkadziesiat razy, zle wyplukal probke po barwieniu, lub w ogole pominal ktorys z krokow plukania i takie efekty... Potem on, zadowolony, spisal raport i pojechal, jego przelozona dokonczyla raport ze swoich testow, wypisala certyfikat naszej probki i rowniez pojechala. Mnie pozostalo sprawdzenie certyfikatu, wyslanie do szefa po podpis, a pozniej do kliniki. I tu, jak to czesto bywa, mialam pod gorke. Szef pojechal do domu o normalnej porze, bo certyfikat moze zatwierdzic elektronicznie. No i ok. Bylismy z nim w ciaglym kontakcie w zwiazku z problemem z tamtym testem, spodziewalam sie wiec, ze bedzie juz pod "telefonem" i sprawnie wszystko podpisze. Taaaa... Wyslalam mu certyfikat i czekam. Mija 5, 10 minut i nic. Wysylam wiec SMS'a, ze powinien go dostac. Po kilku minutach przychodzi odpowiedz, ze dostal. Ucieszona mysle, ze za chwile dostane podpisany dokument. Ta, jasne. Czekam kolejne 5, 10, 15 minut. Zaczynam byc juz wkurzona, bo jest wieczor, budynek swieci pustkami i mam lekkiego pietra, nie wspominajac juz ze ogolnie dzien mialam meczacy i chce juz wrocic do domu... Facet wie przeciez, ze czekam bo musze skonczyc i na bank zdaje sobie sprawe, ze marze o wyjsciu wreszcie z roboty; jest juz pozny wieczor, a on ma to gdzies... Najchetniej napisalabym mu wiadomosc "pospiesz sie dziadu!", ale wiadomo - szef, wiec nie moge. Pisze wiec dyplomatycznie, czy ma problem z aplikacja do podpisow, czy moze cos sie dzieje i nie dostalam kopii, bo nadal nie przyszedl podpisany dokument. Tym razem w ciagu kilku minut dostalam podpis, wiec ufff... Potem jednak trzeba bylo wysmarowac maila do kliniki, podczepic certyfikat, wyslac, zebrac sie i... do domu dojechalam o 21:19. A o tej porze nie ma ruchu i przejechalam doslownie w 10 minut... Potworki czekaly na mnie w lozkach, malzonek zreszta tez, tyle ze juz chrapiacy w najlepsze...

We wtorek Potworki ponownie mialy skrocone lekcje, a skoro i tak musialam wyjsc wczesniej, z racji ze poprzedni dzien mialam i zalatany i dlugi, stwierdzilam, ze popracuje z domu. Z tej "okazji" zawiozlam dzieciaki do szkoly (ku ich ogromnej radosci oczywiscie), podjechalam do UPS'u oddac pare rzeczy, zaszlam do supermarketu bo przy nowym ekspresie idzie nam niesamowita ilosc mleka, po czym wrocilam zadowolona do chalupy. Wstawilam pieczen, pomylam zlewy we wszystkich trzech lazienkach, starlam kurze i jakims cudem, zaraz byla juz pora przyjazdu dzieciarni. Mialam dla nich na ten dzien mala niespodzianke obiadowa, a mianowicie strwierdzilam, ze ten raz niech sobie zrobia wlasne mini pizze.

Bi nie bardzo byla w nastroju do pozowania
 

Potworki lubia takie "projekty", wiec cali zadowoleni zabrali sie do roboty, a domowa swiezutka pizza zniknela w mig, lacznie z brzegami ciasta, ktore normalnie bardzo czesto laduja w psiej misce. Pozniejsza czesc popoludnia juz byla dla nich mniej przyjemna, bowiem korzystajac z dnia bez zajec dodatkowych, zagonilam ich do odrabiania pracy domowej z Polskiej Szkoly. Bi zrobila wszystko i pozostalo jej tylko przecwiczyc czytanie. Nik, poza czytaniem, musi niestety jeszcze pocwiczyc wyrazy na dyktando. Dobija mnie ta nauczycielka. Mimo, ze Potworki dotychczas nie uczeszczaly do szkoly, dostawalam cotygodniowe maile z praca domowa i owa pani urzadza dyktanda doslownie co druga lekcje! Zastanawia mnie, przy normalnej szkole oraz lekcjach, plus zajeciach dodatkowych, kto ma czas ciagle sie na nie przygotowywac?! Juz zwykle odrobienie lekcji zajmuje multum czasu, bo niestety, w Polskiej Szkole, wedlug chyba polskiego wzorca, zadaja duuuzo... Pozniej wzielam jeszcze dzieciaki do przecwiczenia gry na instrumentach.

Gra na prawdziwej trabce to nie takie znowu hop-siup i tu Nik najbardziej sie wscieka, ze mu nie wychodzi
 

Niestety, oboje nie chca sami cwiczyc i dopominaja sie widowni w postaci matki. Ogolnie mi to nie przeszkadza; problem tylko w tym, ze jesli mam bardziej zabiegany dzien, dzieciaki nie cwicza.

Coraz bardziej skomplikowane sa te ich utwory na skrzypce, ale w koncu graja juz na nich odpowiednio czwarty i piaty rok
 

I tym tez bardzo bym sie nie przejmowala; w koncu to tylko gra na instrumencie, a nie spodziewam sie, zeby w przyszlosci wybrali sie na studia muzyczne. Tyle ze potem panicz Nik mowi niemal z placzem, ze reszta grupy gra duzo lepiej od niego, bo oni cwicza. Ale czyja to wina? Rece opadaja...

W "tajemnicy" napisze, ze ich nauczyciel skrzypiec, dla ulatwienia nad kazda nuta olowkiem zapisuje cyfre oznaczajaca ile palcow ma byc na strunie, dzieciaki musza wiec rozpoznac tylko odpowiednia strune

Wieczorem zas przyszla niespodzianka w postaci pierwszego w tym roku opadu... sniegu! Nie spadlo go duzo, lekko przykrylo powierzchnie, a potem przeszedl w deszcz, wiec zaczelo go zmywac, ale Potworki az skakaly ze szczescia. Mnie za to przeszly ciarki, bo pomyslalam, ze moga opoznic lekcje kolejnego dnia. Na szczescie w nocy temperatura sie lekko podniosla i nikomu nie wpadly do glowy zadne glupie pomysly.

Narnia powrocila... na kilka godzin
 

W srode, przy nadal padajacej, lodowatej mzawce, Potworki pomaszerowaly juz na autobus. Po ich odjezdzie poskladalam wysuszone pranie, wypilam szybka kawe i popedzilam do roboty. Tego dnia po poludniu Bi miala miec pozegnalna imprezke w jej bibliotecznym klubie robienia na drutach, Nik zas mial jechac po raz pierwszy od lipca na trening druzyny plywackiej. Oczywiscie jak to Nik, nie moze sie zdecydowac czy chce znow plywac, czy nie. Wlasnie skonczylo sie 12 tygodni zawieszenia oplat (swoja droga strasznie szybko to zlecialo) i dalismy mu z M. opcje, ze jesli chce, moze zrezygnowac. Mlodziez jednak i chce i nie chce, wiec uznalam, ze musi isc na przynajmniej kilka treningow zeby zobaczyc czy nadal podoba mu sie plywanie, czy ma dosc. Nie bede go cisnac, bo kto jak kto, ale on akurat ma bardzo napiety grafik, bo i zajecia z pilki i za dwa tygodnie ma sie zaczac koszykowka. Swoja droga to dalam ciala z ta koszykowka, bo jakos nie pomyslalam, ze Mlodszy nagle bedzie mial 4 dni sportu w tygodniu, a jeszcze dodatkowo sobotnie mecze, ktore znow na bank beda kolidowac z Polska Szkola. Tymczasem okazalo sie, ze szkola Potworkow tez ma koszykowke zima i Nik moglby po prostu zostawac po lekcjach. No ale, madry Polak po szkodzie... W kazdym razie, po poludniu podzielilismy sie na dwie pary i pojechalismy w dwa rozne miejsca - ja z Bi do biblioteki, a M. z Kokusiem na basen (malzonek na silownie). Zwykle po odstawieniu Starszej, chwile spacerowalam, a potem jechalam do domu, z racji, ze to tylko kilka minut drogi. Tym razem jednak stwierdzilam, ze podjade na basen, ktory i tak musialabym minac w drodze do chalupy, zeby podejrzec jak Mlodszy sobie radzi. Obawialam sie, ze przez dluga przerwe mogl wypasc z formy i zostawac w tyle. Ha! Bylo zupelnie odwrotnie, bo Nik byl najszybszy w swojej grupie!

"Uchatka" znow w swoim zywiole
 

Przypomnialo mi sie, ze jakos przed zawieszeniem jego zajec, trener rekomendowal przeniesienie Mlodszego do grupy zaawansowanej. Wtedy jednak Nik sie stremowal, bo on nie wie czy chce, nie wie czy sa tam jacys jego koledzy, nie wie czy da rade, itd. Typowa reakcja mojego syna. Teraz, po przerwie, wyslalam go nadal na trening grupy srednio-zaawansowanej, bo nie bylam pewna jak sobie poradzi. Po tym co jednak zaobserwowalam, stwierdzilam, ze przeciez on sie w tej grupie zanudzi, skoro po przeplynieciu kazdego dystansu musi czekac na reszte. Chwile wiec popatrzylam na Kokusia, potem zas pojechalam po Bi. Niestety, nie udalo mi sie podejrzec jej "imprezki", bo skonczyli wczesniej. W kazdym razie dostala certyfikat oraz okazalo sie, ze losowali nagrody, wiec zgarnela dodatkowo pare motkow wloczki, druty i takie silikonowe blokady na ich konce, zeby wloczke sie nie zsuwala. No i garsc cukierkow, jakby dopiero co nie bylo Halloween...

Dyplomik
 

Wrocilysmy do domu i zaraz po nas dojechaly chlopaki. O dziwo, Nikowi sie na plywaniu podobalo, choc tez z zaskoczeniem stwierdzil, ze byl najszybszy. Podejrzal tez, ze kilku jego kolegow w miedzyczasie przeskoczylo do grupy zaawansowanej, wiec sam mnie dusi zebym spytala trenera czy i on moze przejsc. Moze w poniedzialek podjade. Mysle, ze Mlodszemu dobrze to zrobi i jedyne co mnie odstrasza to to, ze tamta grupa ma trening dopiero o 18:30. O takiej porze nie bardzo chce mi sie juz ruszac z chalupy i z gory wiem, ze Nik tez bedzie jeczal.

W czwartek, jak to od dwoch tygodni, zawiozlam rano Potworki do szkoly. Oni zadowoleni, a ja potem utknelam w takich korkach, ze zaczelam sama siebie pytac po co mi to bylo. Roboty drogowe trwaja w tamtym miejscu juz kilka miesiecy i konca nie widac. Musze pamietac zeby jezdzic inna trasa... Odwiozlam wiec dzieciaki do szkoly, po czym pojechalam do pracy, skad musialam znow wyjsc wczesniej zeby odebrac ich ze szkoly. Inaczej nie zdazyliby na zajecia z pilki noznej. Zgarnelam mlodziez, podjechalismy te kilka minut pod hale sportowa, po czym jak zwykle czekalo nas pol godziny siedzenia w aucie. Przynajmniej na spokojnie zjedli po przywiezionej przeze mnie kanapce, przebrali sie w spodenki, buty pilkarskie i ochraniacze, po czym poszlismy do srodka. To byly ich trzecie te zajecia i za kazdym razem mieli innego trenera. Niestety, sporo zalezy od podejscia i umiejetnosci zachecenia dzieciakow do cwiczen i wspolpracy. Tego dnia nie podobalo mi sie, ze dzieciaki kompletnie nie robily cwiczen technicznych na kontrole nad pilka. Caly trening kopali do siebie w parach, a potem urzadzili mini mecz. No nie na tym mi zalezalo...

Bi przymierza sie do kopniecia
 

No i trenerka (tym razem byla to kobieta) nie miala w sobie jakiegos takiego entuzjazmu i widzialam, ze to jeden dzieciak, to drugi, nudzil sie lekko, rozgladal zamyslony po suficie, ogladal swoje buty, itd. Tym bardziej, ze z kazdymi zajeciami przybywa mlodziezy. Na pierwszych zajeciach bylo chyba 7, a teraz juz 12, czyli prawie dwa razy wiecej, wiec trenerzy tez nie sa w stanie zwracac na kazdego uwagi.

Nik jak zwykle zapiernicza az zdjecie zamazane
 

 Wrocilismy do domu okolo 17:30 i choc nie byla to jakas strasznie pozna pora, ale trzeba bylo zjesc pozny obiad, oba Potworki mialy niespodziewanie zadane lekcje (ostatnio jakos luzno bylo pod tym wzgledem), musialam przyszykowac wszystko na kolejny dzien i wieczor zlecial niewiadomo kiedy.

Wreszcie nadszedl wyczekany piatek. Rano dzieciaki na autobus, a ja jeszcze chwile ogarnialam, wietrzylam sypialnie, porzucalam psu pileczke zeby sobie tez poszalal, po czym musialam ruszac do pracy. Po pracy jak zawsze na tygodniowe zakupy. W sklepie tyyyle ludzi, ze kiedy zobaczylam pelniusienki parking, mialam ochote z tamtad uciekac. Najwyrazniej wszyscy juz przygotowuja sie do Thanksgiving... Po powrocie do chalupy i rozpakowaniu zakupow, trzeba bylo przygotowac sie na Polska Szkole kolejnego dnia. Bi miala pocwiczyc czytanie "Roty" i o dziwo calkiem niezle jej poszlo, mimo ze piesn pelna jest staroswieckich wyrazow. Nik mial czytanke, ale on ma wrodzony talent do czytania, wiec to poszlo mu gladko i niestety musial przygotowac sie na dyktando. Tutaj byla... masakra. Przecwiczyl wyrazy sam, potem dwa razy ze mna i w sumie to im wiecej razy je pisal, tym wiecej bledow robil. W dodatku M., ktory, gdyby 40 lat temu diagnozowano takie sprawy, jak nic mialby dysortografie, rozsmieszal syna tekstami "Nie martw sie, tata tez nie wie jak to napisac!", a ten zaczynal rechotac i juz kompletnie nie mogl sie skupic... No trudno, jak Mlodszy napisze, tak napisze...

I tak minely sobie prawie dwa tygodnie. Za tydzien Indyk, za 3 tygodnie urodziny Kokusia, za miesiac z hakiem Boze Narodzenie. Jak fajnie jest odliczac do przyjemnych wydarzen!

7 komentarzy:

  1. Nonono, wrocilas do starych tematow codziennosci, ale wcale nie nudy. Brawo za wciaz nadzwyczajne domowe zorganizowanie i wyrabianie na zakretach. No i skladam gratulacje sniegowe! U nas w NC wprawdzie jeszcze sniegu nie ma, ale kuzyni z PL pisza mi, ze w Warszawie dzis w nocy zaczelo klasc bialym puchem. Czyli zima sie zaczyna panoszyc wszedzie. I gdzie to globalne ocipienie? - No moze to i dobrze, ze go nie ma, bo na codzien w kazdej dziedzinie zycia dosc zwyklego ocipienia mamy. Lepiej, zeby nie bylo go za duzo.

    OdpowiedzUsuń
  2. Zwyczajne życie, ale czy nudne - nie powiedziałabym :) Niesamowicie się misiek uparł na te Wasze kubły, no masakra.
    Ja Bi bardzo dobrze rozumiem, bo sama nie znoszę jak wolne przypada w środku tygodnia. Człowiek wybity z rytmu i nagle znowu musi w niego wejść. Sama czasami mam ochotę tupać nogami
    Jeszcze raz to napiszę, cieszę się z Twojej diagnozy. I masz rację, za takie gadanie wszyscy tam powinni od razu wylecieć.
    Zaskoczyłaś mnie tymi dystansami na biegi dzieciaków. U nas Jasiu w zależności od biegu biegnie na 400 lub 600 metrów, Oliwka na 600 lub 800 metrów. Na 1,5 km biegną zazwyczaj od 12 - 13 lat. A tu widzę, że takie długie te dystanse, już faktycznie dla dzieciaków regularnie biegających.
    Z jednej strony nie mogę się napatrzeć na te zdjęcia dzieciaków z instrumentami. Z drugiej myślę sobie, że jakby moi mieli tak grać, to bym chyba szału dostała, bo wkurza mnie nawet jak brzdękają na tych zabawkowych instrumentach :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Na czytanie Twoich postów zawsze muszę zarezerwować sobie więcej czasu :D
    Ja chyba przez rok nie piszę tyle, ile Ty jednorazowo ;D
    Jakie fajne takie życie prawda? Bez tego ścisku w sercu, strachu , co dalej. Teraz tylko pilnuj badań kontrolnych .

    OdpowiedzUsuń
  4. Zwykła codzienność daje poczucie bezpieczeństwa po tym, co przeszłaś. Oby nigdy więcej takich nerwów.

    OdpowiedzUsuń
  5. Matko, dawno mnie tu nie było, a tu takie wydarzenia. Często o Tobie myślałam, ale jakoś wciąż coś, nawet u siebie już dawno nie pisałam. Będę zaglądać już regularnie, trzymaj się! Malwina

    OdpowiedzUsuń
  6. Czlowiek zaczyna doceniac swoje "nudne" zycie kiedy dostaje druga szanse!
    A u nas w UK zaczynamy wciagac sie w wir przedswiatecznych przygotowan,piosenki swiateczne w radiu juz od srody mamy.Sylwia

    OdpowiedzUsuń
  7. Codzienność jest wspaniała, gdy w zdrowiu przebiega. Oby zawsze zmartwieniem było tylko to, że misiek przewrócił kubeł na śmieci, czy, że dzieciaki marudzą, że muszą iść do szkoły. Ściskam mocno

    OdpowiedzUsuń