Lilypie Kids Birthday tickers
Lilypie Kids Birthday tickers

piątek, 16 września 2022

Polskie opowiesci - gory, widze gory!

Ufff... wszystkie zdjecia wklejone. :)

Tak jak zaplanowalismy, we wtorek 16 sierpnia, juz o 7 rano mielismy pociag na poludnie Polski. Liczylismy na szybki "przelot" pendolino z Trojmiasta do Zakopanego, ale okazalo sie, ze takie polaczenie nadal nie istnieje. ;) Wykupilismy wiec bilety tylko do Krakowa, zeby przy okazji pokazac Potworkom troche i tego miasta, a potem zlapac autobus do Zakopca.

Wjezdza na stacje lokomotywa
 

W sumie na dobre wyszlo, bo inaczej musielibysmy specjalnie przyjezdzac do Kraka, a tak, to zaliczylismy go jednym rzutem. :D Przy okazji zaszalelismy, bo pojechalismy nie dosc, ze pendolino, to jeszcze pierwsza klasa! ;) Musze przyznac, ze jadac, w ogole nie czuje sie tej predkosci, tylko lekki szok, ze juz po 3 godzinach bylismy w Warszawie! Pociag jedzie bowiem dosc dziwnie: zamiast pedzic prosto do Krakowa, robi jakby dwa boki trojkata - Trojmiasto - Warszawa i Warszawa - Krakow. A i tak na miejsce zajezdza sie w rekordowe 5 godzin z hakiem.

Po przeciwnej stronie przejscia, znajdowaly sie pojedyncze fotele
 

W pierwszej klasie dostaje sie (wliczone w cene biletu) dwa napoje oraz jedzenie. My, z racji, ze przejazdy z Trojmiasta oraz potem z Warszawy sa traktowane osobno, zostalismy nakarmieni i napojeni dwa razy. Szkoda, ze menu bylo takie samo i mimo wyjazdu z samego ranka zabraklo typowo sniadaniowych opcji. ;)

Buleczki nie byly moze ogromne, ale za to bylo ich dwie. Ten kawal ciasta za to bylo naprawde ciezko wcisnac za jednym zamachem
 

Za to przyznaje, ze bylo pysznie! Spodziewalam sie jedzenia podobnego do porazki samolotowej, a spotkala mnie naprawde mila niespodzianka. Nawet Potworki zjadly ze smakiem.

Ta salatka zas to bylo mistrzostwo swiata! Nie pamietam niestety jak sie nazywala, ale takich pysznosci dawno nie jadlam!
 

Nie wiem czy wi-fi jest w calym pociagu czy tylko w I klasie, w kazdym razie, choc internet moze nie hulal, ale dalo sie cos tam przejrzec i obylo sie bez jekow dzieciakow, ze znudzilo im sie juz Nintendo. ;) Czy moge sie do czegos przyczepic? A owszem. W polowie podrozy zglosilam dziewczynie obslugujacej nasz wagon, ze w toalecie skonczyl sie papier toaletowy. Tuz przed stacja koncowa, zabralam Potworki na jeszcze ostatnie siusiu i okazalo sie, ze papieru nadal brak. Coz, nie mozna miec wszystkiego. ;)

Wysiedlismy w Krakowie zaraz po 12 i... pierwsze co, to musielismy odczekac swoje w dlugaaasnej kolejce do przechowalni bagazu. Nie mielismy bowiem ochoty ciagnac przez miasto dwoch wielkich waliz, jednej mniejszej oraz dwoch plecakow. :D Zabralismy tylko plecak M., do ktorego wrzucilismy jakies przekaski oraz wode. Bylo goraco i duszno, a po jakiejs godzinie na horyzoncie zamajaczyly ciemne chmury i rozlegly sie grzmoty. Chwile nawet pokropilo, ale na szczescie na tyle lekko, ze deszcz tylko zaniepokoil, ale tak naprawde nawet nie zmoczyl. :) Pomaszerowalismy dziarsko w strone Starowki, zahaczajac tez w ktoryms momencie o Planty.

Bi z kumplami ;)
 

Doszlismy na rynek, gdzie najwieksza atrakcja okazaly sie... golebie. Jakos nie jestem zbyt zaskoczona... ;)

Pare "srajtuchow", a ile szczescia

Pokazalismy Potworkom Sukiennice, choc to akurat byl blad, bo dzieciaki natychmiast zaczely jeki zeby im cos kupic.

Poprosilismy kogos o rodzinne zdjecie z calym ryneczkiem w tle
 

Nie czekajac, pociagnelismy ich dalej - na Wawel. Zamek na szczescie wywolal juz zachwyt, szczegolnie kiedy wspomnialam, ze kiedys tam naprawde mieszkal krol z krolowa i malymi krolewiatkami. :)

Wchodzimy
 

Najwieksze ochy i achy zebral moj ulubiony dziedziniec. Trzeba przyznac, ze ile razy by sie go nie widzialo, robi wrazenie. :)

Moje najulubiensze miejsce na Wawelu
 

Tu wlasnie zaczelo kropic i zaczelismy sie wahac, czy przeczekac w zamku, czy ruszyc na poszukiwanie smoka. Nie mozna bylo przeciez ominac najwiekszej dzieciecej atrakcji. ;) Mimo lekkiego deszczyku bylo nadal bardzo cieplo, wiec uznalismy, ze z cukru nie jestesmy i sie nie roztopimy. Poszlismy dalej i dobrze, bo po chwili deszcz przeszedl, mimo ze ciemne chmury wisialy nad Krakowem juz do konca. Smok na Potworkach zrobil duzo wieksze wrazenie niz na mnie kiedy zobaczylam go po raz pierwszy. Pewnie dlatego, ze bylam juz dorosla. ;) Dzieciaki patrzyly z szeroko otwartymi oczami, szczegolnie, ze gadzina akurat raczyla zionac ogniem. :D

Fajnie, ze Potworkom udalo sie zobaczyc ziejacego smoka, bo nie wiem czy mialabym cierpliwosc zeby stac tam i czekac az laskawie zrobi to ponownie ;)
 

Po "odhaczeniu" smoka, ruszylismy pomalu w droge powrotna na dworzec, zaliczajac po drodze jeszcze kawe i obwarzanki ktorymi Potworki podzielily sie hojnie z... wiadomo, golebiami. Oraz lody, kupione w niepozornym, nieoznakowanym okienku. Dopiero kiedy odeszlismy kawalek i posmakowalismy wzajemnie wybranych galek, okazalo sie, ze byly one najlepsze z calego wyjazdu! Mam nadzieje, ze kiedys wroce do Krakowa i odszukam te lodziarnie, bo jak nie lubie lodow czekoladowych, tak tutaj byly nieziemskie! Smakowaly doslownie jak belgijskie czekoladki!

Konsumujemy najlepsze lody w Krakowie, siedzac przy uliczce, ktora co chwila przejezdzaly bryczki, choc zdjecie oczywiscie pstryknelam kiedy zadna nie jechala :D
 

W kazdym razie, w koncu dotarlismy na dworzec, gdzie okazalo sie, ze chodzimy w kolko bo nie mozemy znalezc przechowalni bagazu, a znakow od tej strony brakowalo. ;) Na szczescie po krotkim bladzeniu odnalezlismy droge i pozniej juz bez przeszkod odszukalismy autobus do Zakopanego i ruszylismy w gory. Nik przespal calutka droge, zas ja bylam bardzo rozczarowana, bo gorskie szczyty tonely w chmurach i zabraklo zapierajacych dech w piersiach widokow na powitanie. ;)

Sporo bylo pustych miejsc, wiec Mlodszy mogl sie polozyc na podwojnym siedzeniu
 

Dojechalismy w koncu i wpadlismy prosto w ramiona stesknionych dziadkow, ktorzy przebierali pewnie nozkami te 5 dni, wiedzac, ze jestesmy juz w Polsce, a jednak nadal tak daleko. :D Po dusznym Krakowie, Zakopane przywitalo nas rzeskim, zeby nie powiedziec zimnym wieczorem. Ulga okazala sie tymczasowa, bowiem kolejne dni pokazaly, ze upal byl tam rownie intensywny. ;) Poki co jednak, dojechalismy do mieszkania tesciow i po kolacji wlasciwie padlismy wykonczeni. Tesciowie dogodzili Nikowi i spalismy na dwoch wersalkach - ja z Bi, M. z Kokusiem. ;) Jak sie domyslacie, musielismy niezle sie nagimnastykowac zeby zaliczyc jakiekolwiek malzenskie "przytulanki". :D

Kolejnego dnia, po sniadaniu i ogarnieciu sie, ruszylismy na szybki spacer. Tesciowie mieszkaja w bardzo atrakcyjnej turystycznie okolicy, wiec doslownie kilka minut marszu dzielilo nas od ryneczku pod Gubalowka. Potworki malo oczoplasu nie dostaly na widok tych wszystkich straganow, a dziadek, ktory wybral sie z nami, po chwili kupil wnukowi kapelusik goralski oraz ciupaske. ;)

Mlody goralek z rodzina ;)
 

Chyba czas zapoznac Mlodszego z legenda o Janosiku. ;) Z balkonu tesciow widac zreszta jak na dloni Giewont, a wiec sylwetke spiacego zbojnika... Wczesnym popoludniem pojechalismy tez spotkac sie i zawiezc prezenty kuzynostwu od strony taty. Ta wizyta to byl troche niewypal, bo szwagier jest w Anglii, a szwagierka akurat byla w trakcie wysylania wszystkiego i sprzedawania, bowiem niedlugo miala do niego dolaczyc z dzieciakami. Nie zaprosila nas nawet do srodka, tlumaczac ze nie ma ani kuchni ani polowy mebli, siedzielismy wiec w ogrodku. Dzieciakom to nie przeszkadzalo oczywiscie. Ganiali jak szalency, albo skakali na trampolinie, nawet Bi, ktora szybciej dogadala sie z kuzynem w wieku Nika oraz 5-letnia malolata, niz ze starszymi, nastoletnimi kuzynkami.

Z dwojgiem z pieciorga kuzynow
 

Bardzo pomoglo tez, ze ta gromada juz wczesniej mieszkala kilka lat w Anglii i mimo, ze w Polsce spedzili 3 lata, udalo im sie utrzymac znajomosc angielskiego. Potworki zachwycone byly, ze nie musza produkowac sie po polsku. ;) Wyjechalismy z tamtad obiecujac kolejne spotkanie za kilka dni. Wieczorem zas poszlismy z tesciami na spacer na Lipki, doslownie obok ktorych mieszkaja.

W tle widok na Giewont
 

Przy okazji pokazalismy Potworkom domek, w ktorym wychowal sie ich tata. Niestety, z roznych powodow tesciowie owy dom sprzedali, teraz moglismy wiec spojrzec na niego tylko zza plota...

W tym domku dorastal M.
 

Dni w Zakopanem uplynely nam pod znakiem lazenia, niestety bynajmniej nie po gorskich szlakach. Jak napisalam wyzej, tesciowie mieszkaja zaraz obok glownej turystycznej arterii, wiec codziennie przynajmniej raz zaliczalismy kawalek Krupowek (i lody "W Podworku" oraz gofry) oraz stragany pod Gubalowka, bowiem Potworkom wymienilismy czesc dolarow na zlotowki, a dodatkowo dostali kase od mojej mamy oraz teraz dziadkow, wiec uparli sie, ze chca sobie kupic jakies pamiatki. Nie mogli sie jednak zdecydowac, wiec lazilismy tak miedzy straganami kazdego dnia. ;) Przy okazji zaliczalismy kolejne lody oraz gofry, a ze tesciowa gotowala jak dla pulku i uparcie wciskala nam gigantyczne porcje, wiec wrocilismy do domu o pare kg ciezsi... Potworki dorobily tez sobie po kolejnym warkoczyku, bo kuzynki z Trojmiasta mialy po dwa, wiec oni oczywiscie tez musieli. :D Oprocz szwendania sie w kolko po Krupowkach, chcielismy oczywiscie cos niecos dzieciakom pokazac, wiec zaraz kolejnego po przyjezdzie dnia, ruszylismy pod skocznie. Jak wielokrotnie pisalam, jestem wielka fanka skokow narciarskich i zarazilam swoim entuzjazmem Nika. Bi zreszta tez nieraz spojrzy z zainteresowaniem, a M. jako dziecko skoki autentycznie trenowal i choc ojciec wypisal go (z powodow wyssanych z palca, jak to u mojego tescia, ktory charakterem przypomina moja matke) zanim zdazyl cokolwiek osiagnac, do dzis twierdzi, ze bylby drugim Malyszem. :D W kazdym razie nie moglismy przepuscic okazji pokazania Potworkom nie dosc, ze prawdziwej skoczni, ale jeszcze takiej, na ktorej faktycznie odbywaja sie zawody!

Pod Wielka Krokwia
 

Dziadek nas podwiozl na miejsce, gdzie przy typowym moim pechu okazalo sie, ze kolejka na gore jest nieczynna! :( Za oplata mozna sie bylo wdrapac na piechote i choc jak dla mnie to taka tortura powinna byc darmowa, to zaplacilismy i ruszylismy pod gorke. Ma-sa-kra! W naszej rodzinie, oprocz mnie, wszyscy maja calkiem niezla kondycje. Malzonek wdrapal sie bez wiekszego problemu, choc przyznal, ze "czuje" nogi. Bi pod koniec tez juz troche zwolnila. Nik... ten nie dosc ze pedzil na zlamanie karku i kilka razy "pojechal" na luznym zwirku, to jeszcze wspinal sie "skrotami". Tak naprawde to nie byly zadne celowe skroty; po prostu sciezka szla zygzakiem, dzieki czemu nie byla az tak stroma. Nik zamiast isc po sciezce, wolal wspinac sie po zboczu miedzy jej poziomami, ktore to zbocze pielo sie niemal pionowo w gore. Dotarl na szczyt pierwszy i nawet sie nie zdyszal! :O No ale z naszej czworki to wlasnie Mlodszy najintensywniej uprawia sporty i jest najaktywniejszy, wiec nie ma chyba co sie dziwic... Ja za to co chwila musialam przystawac dla zlapania oddechu. Nie pomagalo tez to, ze mialam zalozone sandaly. Co prawda sportowe i wygodne, ale jednak sandaly. No ale, spodziewalam sie wjechac na gore kolejka, a nie wdrapywac po sciezce pokrytej zwirkiem i luznymi kamykami! Pare razy mialam wieksze kryzysy, gdzie myslalam, zeby usiasc i poczekac az reszta dojdzie na gore i wroci. Za kazdym razem jednak, po kilkudziesieciu sekundach, kiedy udawalo mi sie zlapac glebszy oddech, lazlam dalej. ;) I doszlam, choc lekko nie bylo. Widok z samego szczytu nieco zrekompensowal mi trud. ;)

Selfiak na dowod, ze naprawde weszlam! :D
 

Kiedy zeszlismy ze skoczni, okazalo sie, ze dziadek nam gdzies przepadl. Mial zaparkowac i przyjsc pod skocznie, ale wybral sie na spacer. My rowniez ruszylismy wiec pokazac dzieciakom (tym razem z daleka) mniejsze skocznie, przeznaczone do treningow i zawodow juniorow. Po drodze zauwazyli scianke wspinaczkowa i choc dotychczas wcale ich cos takiego nie ciagnelo, teraz stwierdzili, ze chca sprobowac. No to zaplacilismy i spedzili kolejne 20 minut probujac kazdej scianki. Przyznaje, ze bardzo fajnie to bylo skonstruowane, bo wieza miala kilka scian o roznej tematyce, roznych zaczepach i poziomach trudnosci.

Bi po lewej, Nik po prawej
 

Kiedy juz zalapali jak sie po tym poruszac, w koncu oboje weszli na sama gore na praktycznie kazdej. Nikowi na ostatniej zabraklo juz czasu. A pod wieczor znow ruszylismy z dziadkami na Lipki. Tym razem, z mijanego pastwiska podszedl do nas kucyk i nawet dal sie poglaskac.

Kuc mial cale pastwisko, ale trawa podawana z reki nie pogardzil
 

Ja zas popstrykalam troche panoramicznych zdjec, bo widoki z kazdej strony sa tam piekne.

To widok niemal naokolo. Troche na lewo Giewont, a po prawej Gubalowka. Normanie leza naprzeciwko siebie, a miedzy nimi jest dolina, z ktorej robilam zdjecie

Kolejny dzien mial byc ostatnim w pelni pogodnym, wiec wycisnelismy go na maksa. Juz na 9 rano wykupilismy bilety na kolejke na Kasprowy Wierch. Na szczescie teraz mozna to zrobic przez internet, szybko i wygodnie, zamiast stac w niebotycznych "ogonkach". Pol godziny przed odjazdem, zjawilismy sie wiec pod stacja i wykorzystalismy ten czas na rozejrzenie sie naokolo. Przy okazji dzieciaki mialy pierwszy rzut oka na kolejke zjezdzajaca do stacji.

Tam za chwile wsiadziemy :)
 

Kiedy przyszla nasza kolej, bylam mocno spieta, bowiem mam lek wysokosci i poprzednim razem mialam niezlego pietra. Teraz na szczescie lub nieszczescie, jechalo z nami tyyyle osob, ze na jednym z odcinkow (jedzie sie z przesiadka) stalam kawalek od okna, wiec mialam ograniczony widok. ;)

Widok z kolejki; az zasycha w ustach :D
 

Dojechalismy na szczyt, gdzie okazalo sie, ze mozna bylo wziac udzial w akcji edukacyjnej. Trzeba bylo w trzech miejscach wysluchac przewodnika (doslownie kilka minut) i zebrac pieczatki, zeby dostac upominek, ktorym okazala sie przypinka. Nik byl chetny, ja tez stwierdzilam, ze fajnie bedzie dowiedziec sie czegos nowego, za to Bi urzadzila awanture, ze ona nie chce, nie bedzie stac i sluchac, ze po co to i dlaczego, itd. Poniewaz jednak na Kasprowym mielismy okolo dwoch godzin do odjazdu powrotnej kolejki, stwierdzilismy, ze starczy nam na to spokojnie czasu, zostalismy wiec, a panna, przy kazdym wykladzie, stala ostentacyjnie z boku, przy pierwszym w dodatku caly czas beczac.

Nie wiem czy bedzie widac mine Bi i zaplakana buzke...
 

Nie wiem co w nia wstapilo... :O Opowiesci przewodnikow okazaly sie zas bardzo ciekawe. Jeden opowiadal o otaczajacych nas szczytach i historii Kasprowego Wierchu. Drugi(a) o faunie, czyli o swistakach, kozicach i niedzwiedziach. Trzeci pan okazal sie meteorologiem ze stacji i opowiadal o ciekawych zjawiskach pogodowych w Tatrach i na samym Kasprowym. Cala trojka opowiadala bardzo zywo i  interesujaco, wiec jesli bedziecie tam kiedys i sie zalapiecie, to polecam!

Dawno nie napstrykalismy tylu selfiakow ;)
 

Miedzy zaliczaniem kolejnych wykladow (ktore odbywaly sie co 15 minut), chodzilismy po Kasprowym, stopujac Kokusia, ktory co chwila wyrywal sie biegiem i balismy sie, ze potknie sie, wyleci ze szlaku i sturla na dno stoku. Bi na szczescie spacerowala spokojnie.

Po lewej stacja kolejki, po prawej wyciag krzeselkowy na (chyba) Hale Gasiennicowa; szczerze, to jezdze na nartach, ale po tych zboczach to nie wiem czy bym sie odwazyla...
 

Przy okazji opowiem Wam o gupocie niektorych ludzi, ktora tlumaczy ilosc wypadkow w gorach. Fakt, ze i ja i dzieciaki mielismy na nogach adidasy, a nie prawdziwe buty na gorskie szlaki, ale coz, nie bede na jeden wypad kupowac profesjonalnego obuwia. Kto byl na Kasprowym, ten wie, kto nie byl, musi mi uwierzyc na slowo, ze glazy tworzace sciezke sa bardzo nierowne, pelne pekniec i zalaman i nawet w adidasach, chodzenie po nich miejscami wcale nie bylo takie latwe. Mielismy jednak okazje podejrzec pania, ktora nie miala moze na nogach szpilek (jak w slynnych "gorskich" anegdotkach), tylko sandalki na niezbyt duzym obcasiku. Az jej cichcem fotke pstryknelam, choc akurat na zdjeciu nie wyglada to tak zle.

Na fotce nie widac w jaki "sposob" owa pani sie poruszala
 

Na zywo jednak, stopy wykrzywialy jej sie na wszystkie strony i tylko czekalam az zwichnie kostke. W koncu maz musial ja wziac pod reke, bo nie dawala rady. Widzielismy tez mamusie, ktora pozwolila chlopczykowi, na oko 5-letniemu, skakac po kupie glazow usypanych na samej krawedzi zbocza. No jakby sie smarkacz potknal, to zbieralaby go po kawalku gdzies z dna wawozu na Slowacji! :O Pozniej zas, pan meteorolog opowiadal o tym jak nagle i niebezpieczne sa w gorach burze i ze w razie niepewnej pogody, lepiej zrezygnowac z wycieczki lub zawrocic. Na to odzywa sie jakas pani (o zgrozo matka dwojki dzieci): "A jesli szlak jest jednokierunkowy?". Przyznaje ze otwarcie parsknelam, a pan spojrzal na nia przeciagle, odchrzaknal i odpowiedzial, ze "Czasem lepiej jest sie cofnac, zeby moc pozniej jeszcze raz w te gory wyruszyc". ;) Takie to kwiatki chodza po tym swiecie i choc sama mam momenty "blondynki", to jakos tak potega przyrody zawsze wzbudzala moj respekt...

Nik ze swoja odznaka "Stacja Edukacja"
 

Zjechalismy w koncu na dol i ze zdumieniem dojrzelismy caly dlugi ogonek ludzi czekajacych w kolejce do kasy. Najwyrazniej wiesci o sprzedazy internetowej jeszcze sie nie rozeszly. Dziwne, bo starsi ludzie moze i nie wiedza jak to ogarnac (moi tesciowie, choc lokalni, nie mieli pojecia, ze taka opcja istnieje), ale w kolejce sporo bylo ludzi mlodych, rodzicow z dziecmi oraz par. My przeciez tez nie wiedzielismy o takiej mozliwosci, ale wklepalismy pytanie w Google i voila. Chyba, ze nas po prostu rozpiescilo mieszkanie w Hameryce, gdzie niemal wszystko mozna kupic i zalatwic internetowo, wiec pierwsze co, to uderzamy wlasnie tam. ;) W drodze do auta, Potworki dojrzaly rozlewisko utworzone przez gorski strumien. Oczekiwalismy, ze na Kasprowym Wierchu bedzie chlodniej niz na dole, tymczasem bylo niemozliwie goraco (a my bluzy wzielismy na wszelki wypadek! :D), wiec bylismy spoceni i zgrzani. Dzieciaki zobaczyly ludzi moczacych stopy i tez zapragnely, zreszta sama mialam ochote, dopoki nie sprawdzilam temperatury wody, gdzie w sekunde zdretwialy mi palce. :D

Kurde, lodowata byla, no! ;)
 

Potem zas czekal nas dluuugi marsz, bowiem teraz nie wolno pod kolejke dojezdzac autem. Rano wynajelismy wiec taksowke, ktora wyrzucila nas w najblizszym mozliwym miejscu (a i tak zostalo z 10 minut marszu), teraz zas zadzwonilismy do tescia, ze wracamy i umowilismy sie z nim na najblizszej stacji benzynowej, z racji, ze wczesniej nie ma nigdzie bezplatnego parkingu. Szlismy ponad pol godziny i sama zaczelam czuc juz nogi (nadwyrezone wejsciem na skocznie dnia poprzedniego), a Potworki marudzily na potege. Oni zmeczeni nie byli, ale za to znudzeni i chcialo im sie lodow, choc jedne po drodze kupilismy. Wczesniej myslalam o zabraniu ich na prawdziwy gorski szlak i zauwazylam dwa krociutkie, idace od Kuznic (skad rusza kolejka na Kasprowy Wierch), ale po tym marszu sobie odpuscilam. Najwyrazniej nie nadaja sie na piechurow, a ja nie mialam ochoty wysluchiwac kilkugodzinnych jekow... Kiedy w koncu wrocilismy do tesciow, padlam i stwierdzilam, ze nigdzie sie juz nie ruszam. A jednak... Nie wytrzymalismy i po pierwsze, znow poszlismy na lody, zas poznym popoludniem postanowilismy zaliczyc z dzieciakami tez Gubalowke.

Gdybysmy przypadkiem zapomnieli gdzie jestesmy...
 

Niestety, trzeba bylo to zrobic przed Kasprowym, bo tym razem kolejka nie zrobila na Potworkach zadnego wrazenia. :D Sama Gubalowka nas... przygnebila. Jeszcze 10 lat temu, sporo bylo tam straganow, ale poza tym jednak bylo i kilka pieknych goralskich drewnianych domkow i pastwisk z owieczkami.

Jeden z niewielu ocalalych widokow
 

Teraz niemal wszystko zostalo zawalone straganami i budami i idzie czlowiek ogluszony muzyka, odurzony zapachami wszelakiego zarcia i ciagniety przez dzieciaki na wszystkie strony, bo a to trampoliny, a to wypozyczane auta, a to chinskie plastikowe zabaweczki... Dodatkowo, wiekszosc z oferowanych uslug oraz przedmiotow nie ma nic wspolnego ani z Zakopanem, ani z gorami. Tak jak w przypadku Stilo, o ktorym pisalam w poprzednim poscie, tak Gubalowka stala sie symbolem turystycznego kiczu i strasznie szkoda, bo miejsce, ze swoimi widokami, ma niesamowity potencjal... No coz, przeszlismy sie, dzieciaki malo nie dostajac oczoplasu, my z M. zas probujac dojrzec jak najwiecej gor nad straganami...

Znalezlismy uowiecki, hej! :D
 

Potworkom w koncu pozwolilismy zjechac na zjezdzalni grawitacyjnej, ktora wydala nam sie jedyna naprawde ciekawa i malo spotykana atrakcja.

Bi i jej popisowa poza
 

Obydwoje mieli taka frajde, ze nie zwazajac na coraz dluzsza kolejke, zjechali chyba 4 razy. :) 

Nie widac, ale za tym pomostem zjezdzalnia zakrecala, a potem zjezdzala slalomem po zboczu calkiem daleko i cale szczescie, ze wozeczki (wraz z pasazerami) wciagal potem do gory orczyk
 

To byl naprawde intensywny dzien i nie zdziwilam sie, ze telefon pokazal iz tego dnia zrobilam ponad 18,000 krokow. Moje "dobre" dni to zwykle okolo 8,000, wiec dziesiec tysiakow wiecej robilo wrazenie. ;)

I na tym skonczylo sie nasze "pogodowe" szczescie. Kolejnego dnia, a byla to sobota, 20 sierpnia, rano jeszcze wychodzilo od czasu do czasu slonce, wiec stwierdzilismy, ze fajnie byloby jeszcze raz podjechac do kuzynostwa. Niestety, okazalo sie, ze przyjechala do nich rodzina od strony szwagierki i gdzies razem pojechali. Ponoc jedyny kuzyn Potworkow (bo reszta to dziewuchy ;P) czekal na Nika dzien wczesniej. Szwagierka podobno dzwonila, ale moj tesc nie odebral i nawet nam o tym nie powiedzial... Ja namawialam M. na termy wiedzac, ze Potworki mialyby ucieche, ale malzonek stwierdzil, ze nie ma ochoty moczyc sie w wodzie. :/ Skoro to nie wypalilo, a nad gorami zbieralo sie coraz wiecej chmur, wybralismy sie tylko na zwyczajowy juz teraz spacer przez Krupowki, na lody, a potem na stragany pod Gubalowka.

Widzicie te tlumy?! :O
 

Potworki bowiem nadal nie mogly sie zdecydowac, co chca sobie kupic na pamiatke. Po poludniu zaczelo juz mocno padac, wiec utknelismy w chalupie...

Widok z okna tesciow; normalnie mozna podziwiac Giewont w calej jego krasie...
 

Co i rusz robilo sie wrecz tak... Widac lipki i kawalek stokow zwanych zdaje sie Reglami
 

Bi zawziecie dziergala szalik, ktory obiecala babci. Przez pierwsze dni, tworzyla go glownie wieczorami, ale kiedy pogoda sie popsula i bylismy wiecej w domu, wymachiwala drutami kiedy tylko mogla. I skonczyla! Przedostatniego dnia szaliczek byl gotowy. :)

Nie jest szczegolnie rowny ani idealnie wykonany, ale za to caly wlasnorecznie wydziergany przez wnuczke
 

W niedziele juz niestety ciagle przelotnie padalo, a temperatura rano wyniosla ledwie 15 stopni. Dobrze, ze w dzien laskawie podniosla sie do osiemnastu. W koncu przydaly sie dlugie spodnie, bluzy oraz kurtki przeciwdeszczowe, ktore przez niemal 2 tygodnie walaly sie na dnie walizek. ;) Choc Potworki uparcie zakladaly szorty, a zamiast kurtek wystarczaly im bluzy. I tylko w sumie raz zlapala nas taka ulewa, ze wrocilismy doszczetnie przemoczeni.

Teraz zniknal nie tylko Giewont, ale i nizsze zbocza...
 

Wiedzac, ze zostaly nam juz tylko dwa dni w Zakopanem, podjelam probe namowienia M., zeby zabrac gdzies kuzyna dzieciakow. Starsze dziewczyny to juz nastolatki i nie wiem co by je zainteresowalo, mlodsze to z kolei maluchy i nie podejme sie opieki nad nimi przez pare godzin, ale J. jest dokladnie w wieku Kokusia (pol roku starszy) i chlopaki na pewno swietnie by sie razem bawili. Niestety, tu nawet tescie krecili nosem, ze "pogoda brzydka, a w domu to tak nie bardzo"... Ewidentnie nie chcieli zabrac mlodego do siebie, a jednoczesnie upierali sie, ze u szwagierki nie ma warunkow na wizyte. Podejrzewam, ze zwyczajnie nie chcialo im sie jechac gdziekolwiek w deszcz. Probowalam przekonac M., ze w Zakopanem jest przeciez sporo miejsc w srodku, sale zbaw, muzea, nawet aquapark... Niestety, stwierdzil, ze jak mam ochote, to moge sobie gdzies z dzieciakami jechac, on nie chce. Opadly mi rece. Nie dosc, ze nie znam dobrze miasta, to musialabym prosic tescia zeby najpierw pojechal po J., a potem zawiozl mnie gdzies z mlodzieza! Najpierw sie wkurzylam, potem jednak wzielam glebszy oddech i stwierdzilam, ze nic na sile; to jest jego rodzina i jego sprawa. Jesli jemu nie zalezy zeby Potworki lepiej poznaly dzieciaki jego brata, to nie moj problem. Moja siostra i ja robilysmy wszystko zeby kuzynostwo spedzilo razem jak najwiecej czasu. Jesli M. nie chce zrobic tego samego od swojej strony, w dodatku tesciowie najwyrazniej tez nie widza potrzeby, to ja biore krok w tyl i nie ingeruje. Pozostaly nam wiec znow spacery od Krupowek po Gubalowke, przerywane deszczem.

W przeciwienstwie do wszystkich potokow wokol Zakopanego, w fontannie za Potworkami, woda byla cieplutka, niemal goraca! :O
 

Przy okazji, o najwiekszych fascynacjach Potworkow w Polsce. Juz pisalam, ze w Krakowie byly to golebie. W Zakopanem zas zapalali miloscia do bezdomnego kota, ktory lazil po podworku u tesciow, laszac sie do wszystkich dzieci. Doroslych sie bal, ale do dzieciakow podchodzil chetnie, mruczac wnieboglosy.

Piekny, rudy kocur
 

Poza tym "przedstawilam" Potworkom... slimaki. :D U nas mamy glownie pomrowy i to maksymalnie kilkucentymetrowe. Normalne slimaki sa maciupenkie, z muszla o srednicy kilku mm. Kiedy wiec pokazalam im polskie solidne wstezyki, z miejsca sie zachwycili i odtad spacery to bylo zagladanie pod kazdy lisc i w kazda kepe trawy. Ostatnie zas 3 dni w Zakopanem, kiedy sporo padalo, slimakow wypelzalo tyle, ze kazdy spacer konczyli przynajmniej z 3-4 "przyjaciolmi". :D

Piegi na nosku, wlosy pofalowane od wilgoci i slimak w reku - caly Kokus! <3
 

Na widok polskich gigantycznych pomrowow malo im oczy z orbit nie wyskoczyly, ale tych na szczescie do rak brac nie chcieli. ;) A na koniec pokazalam im owoce krzaka snieguliczki i ze smiesznie "strzelaja" rozgniecione butem. Nasze codzienne trasy prowadzily obok sporych zywoplotow z tego wlasnie krzewu, a te akurat zaczynaly owocowac, wiec nie obeszlo sie bez zbierania garsci bialych kuleczek. :)

Tydzien przelecial niewiadomo kiedy i w poniedzialek 22 sierpnia nadszedl nasz ostatni dzien w Zakopanem. Z jednej strony M. chcial spedzic jak najwiecej czasu z rodzicami, a z drugiej jeszcze wycisnac choc troche lazenia po Zakopanem, mimo, ze pogoda byla naprawde w kratke: co chwila przechodzily deszcze, zeby za moment slonce przebijalo sie przez chmury. I tak na zmiane caly dzien. Rano tesciowie "obudzili" sie, ze moze rzeczywiscie pojechalibysmy pozegnac sie z kuzynami dzieciakow. Rychlo w czas. Okazalo sie jednak, ze szwagierka pojechala do dentysty do Nowego Targu, a ze jest bez auta (ma swiezo zdane prawko, ale boi sie jezdzic), wiec z jej malutkiej wioski musiala dojechac busem, to zas cala wyprawa. Stwierdzilismy ze moze po poludniu, jak wroci. W miedzyczasie znow probowalismy lapac okienka pogodowe i ruszylismy przez Krupowki na ostatnie lody oraz gofry. W Zakopanem akurat odbywal sie Miedzynarodowy Festiwal Ziem Gorskich, wiec lampy na ulicy byly ladnie przystrojone i odbywaly sie na niej pokazy i parady.

Ozdoby na latarniach
 

Nie mielismy rozpiski co i kiedy, ale na jedna prawie sie zalapalismy, tyle ze akurat lunal deszcz, wiec biegiem wracalismy do domu. :D

Zapowiedz parady; kilka minut pozniej juz pedzilismy z powrotem do tesciow :D
 

Kiedy ulewa zdecydowala sie odpuscic, poszlismy pod Gubalowke, zeby kupic oscypki (ktore obiecalismy i mojej siostrze i kilku osobom z Hameryki), jakies upominki dla kuzynek z Trojmiasta, a Potworki w koncu musialy kupic cos dla siebie, bo byl to ostatni dzwonek. Tyle razy przeszlismy te stragany wzdluz i wszerz, a dzieciaki nadal myslaly. W koncu kazde kupilo sobie po parze goralskich kapci, a dodatkowo po takim kolnierzu na szyje do spania w podrozy; Nik z napisem "Zakopane", Bi z owczej welny. Pomysl byl Starszej, ale przyklasnelismy i namowilismy tez Nika, z racji, ze mielismy jechac jeszcze autobusem, leciec samolotem, a do tego w drodze na kempingi on zawsze spi w aucie. Dzieciaki uparly sie jednak, ze chca kupic sobie tez cos "fajnego", nie praktycznego, ale tu juz wydziwiali i przebierali tak, ze myslalam iz w koncu nic jednak nie kupia. Wreszcie Nik wybral sobie dlugopis w ksztalcie ciupagi, jakby jedna wieksza mu nie wystarczyla. ;) To jednak przynajmniej mialo sens jako pamiatka z Zakopanego. Bi wybrala sobie... kostke rubika. Mamy w domu juz jedna i nikt nie mial takiego zaciecia i cierpliwosci zeby ja ulozyc. Moja starsza siostrzenica obiecala jej jednak, ze ja nauczy bo ma na to sposob, a Bi uparla sie, ze chce nauczyc sie ukladac na wlasnej kostce. Poniewaz kupowala ja ze swoich pieniedzy, machnelismy reka. Pojechalismy tez do Sanktuarium Matki Boskiej Fatimskiej, w ktorym 10 lat temu bralismy slub koscielny. Glownie byly to odwiedziny sentymentalne dla nas, ale chcielismy pokazac go tez Potworkom. Dzieciakom kosciol sie spodobal oczywiscie, bo jest piekny, choc Bi bardziej przejela sie tym, zeby Boze bron nie zostac na mszy. :D

To tu 10 lat temu bralismy slub; od rocznicy dzielily nas tylko 3 dni...
 

Po poludniu okazalo sie, ze szwagierka zrobila jeszcze zakupy i do domu dotarla dopiero o 15. Zadzwonila do nas na Skypa i widac bylo ze nie ma ochoty na zadne wizyty, nawet zeby tylko sie pozegnac. Trudno. Szkoda mi bylo Kokusia, bo dopytywal kiedy znow zobaczy kuzyna, ale co ja moge? Ja akurat (jak i szwagierka zreszta) jestem dla tych ludzi i dzieci tak naprawde obca osoba... Poznym popoludniem pogoda jakby sie lekko wyklarowala, wiec ruszylismy na troche dluzszy spacer, do miejsca gdzie odbywal sie ten wspomniany przeze mnie wczesniej festiwal. Jak to my, mielismy pecha, bo okazalo sie, ze wystepy mialy sie zaczac dopiero za ponad pol godziny.

Scena, owszem, jest, ale pusta...
 

Malzonek stwierdzil, ze woli wrocic w miare wczesnie i spedzic jeszcze troche czasu z rodzicami, wiec nie czekalismy, tylko zaczelismy isc pomalu z powrotem. Trafilismy na namiot, w ktorym byla cala kolekcja bebnow i co lepsze, dzieciaki mogly w nie dowolnie walic. W srodku byly tlumy, ale jeden, najwiekszy, stal na zewnatrz i Potworki chetnie sie na mim wyzyly. ;)

Bi delikatnie, znajdujac rytm, Nik byle mocniej ;)
 

A idac kawalek dalej, trafilismy na swietny plac zabaw w goralskim stylu. Dzieciaki ruszyly do zabawy.

Placyk "goralska wioska"
 

Nawet Bi, ktora zwykle uwaza sie za taka "dorosla" i powazna. :D

To na tyle tej doroslosci ;)
 

W drodze powrotnej zatrzymalismy sie na gofry i w tym momencie... zaczelo padac! Ruszylismy pedem, ale lalo coraz mocniej, nie bylo sie gdzie schowac i do domu tesciow dotarlismy z rozmieklymi goframi i splywajaca bita smietana. :D Potem siedzielismy juz jak na szpilkach, bowiem o 22:45 mielismy autobus do Gdanska. Po tym jak okazalo sie, ze nie ma miejsca w kuszetkach w pociagu nocnym, po dlugiej debacie co robic i jak i kiedy przejechac z powrotem do Trojmiasta (nie wiem czy pamietacie, ze LOT zrobil nas w bambuko i musielismy wyleciec z Gdanska, zamiast Krakowa), zdecydowalismy sie, ze nocny autobus bedzie najlepszy. Najpierw chcielismy wypozyczyc auto i przejechac, ale tu tesciowie suszyli M. glowe, ze taka daleka droga, taka meczaca, niebezpiecznie, bo czlowiek zmeczony popelnia bledy, itd. az w koncu ulegl ich marudzeniu. Nie wtracalam sie, bo to w koncu on by prowadzil, ale w duchu bylam wsciekla. No i tak padlo na autobus. :/ Bezpieczniej niz nocnym pociagiem w zwyklym przedziale, a jednoczesnie stwierdzilismy, ze przemeczymy sie w nocy, ale potem bedziemy mieli caly dzien zeby odetchnac i przygotowac sie na podroz do Stanow. Poza tym przetrwalismy jakos nocny lot, przezyjemy tez nocny autobus, tak? Tesciowie podwiezli nas wiec na przystanek, wszyscy zgodnie poplakalismy sie przy pozegnaniu i ruszylismy ponownie na drugi koniec Polski. 

O matko! Powiem Wam, ze ta podroz byla straaaaszna! ;) Jesli w samolocie ciezko bylo spac, to w autobusie nie dalo sie wcale! Nawet podczas jazdy, swiatla w srodku byly tylko delikatnie przyciemnione, autobus podskakiwal i bujal sie na kazdym zakrecie, fotele niewygodne... Potworkom to oczywiscie za bardzo nie przeszkadzalo, szczegolnie Kokusiowi, ktory przespal jak kamien praktycznie cala noc.

Nie wiem po co M. go tak opatulil, bo w autobusie klima nawalala i bylo az "za" cieplo
 

Bi budzila sie na kazdym przystanku, a tych nie brakowalo. W ogole, najbardziej zirytowala mnie chyba ich ilosc i dlugosc. Przy kazdym kierowca przez glosnik oglaszal gdzie jestesmy i o ktorej dalej ruszymy oraz wlaczal najmocniejsze swiatla. Wiadomo tez, ze zwykle wjezdzalismy na jakis dworzec, wiec mocne lampy swiecily rowniez przez okna, a autobus szarpal na wszystkie strony bo trzeba bylo zaparkowac w odpowiednim miejscu. Najgorsze bylo jednak to, ze trzy razy w ciagu nocy i raz juz rano, zatrzymalismy sie na pol godziny! Serio?! Gdyby nie to, bylibysmy na miejscu dwie godziny wczesniej! W dodatku bylo to zupelnie niepotrzebne, szczegolnie w nocy, gdzie wysiadaly pojedyncze osoby, a wsiadajcy juz czekali na dworcu. Nikt nie dosiadl sie na ostatnia chwile. Kierowcow bylo zas dwoch i wymieniali sie na poszczegolnych odcinkach, wiec to nie tak, ze trzeba sie bylo zatrzymac, zeby kierowca mogl odpoczac... :/

W kazdym razie, o 10 rano dojechalismy do Gdanska, gdzie czekal juz moj biedny szwagier, ktory robil nam wiecznie za szofera. ;) Zawiozl nas do siebie, po czym musial skoczyc jeszcze szybko do biura. Kiedy dojechalismy, malutki siostrzeniec akurat poszedl na drzemke, a dziewczyn nie bylo, bowiem okazalo sie, ze ten tydzien kiedy my bylismy w Zakopanem, one spedzily u swoich dziadkow od strony taty. To by wyjasnialo zly humor mojej mamuski, ale o mamusi bedzie za moment. ;) Poki co, dojechalismy i mielismy chwilke zeby sie odswiezyc po calonocnej podrozy, wypic kawe, zjesc cos, itd. Chwile pozniej wpadly jak burza moje siostrzenice i cala czworka mlodziezy ruszyla do zabawy, a jeszcze troche pozniej dojechala moja matka.

Przynajmniej te dwie, widac bylo, ze ciesza sie na swoj widok
 

Dobra, teraz bedzie o mamusi. :D W calym poscie nic o niej nie bylo, bowiem bylam na drugim koncu Polski. Pisalam do niej i wysylalam  zdjecia z gor, ale nie doczekalam sie odpowiedzi. Wspominala cos jednak wczesniej, ze bedzie na dzialce, a tam ma praktycznie zero zasiegu, wiec nie zwrocilam na to uwagi. Az, przed powrotem do Trojmiasta, spytalam (retorycznie, a przynajmniej tak myslalam) czy widzimy sie we wtorek u N., a ona odpowiedziala, ze "chyba nie". Zdziwiona napisalam, ze dlaczego, ze przeciez to nasz ostatni dzien w Polsce i chcielismy sie pozegnac. To pytanie to byl blad, bo sie zaczelo! "Przeciez ty i N. mnie nienawidzicie. A wnuki maja swoje sprawy. To po co mam przyjezdzac." Potem: "Jestem strasznie rozczarowana waszym przyjazdem. Nie zalezalo ci zeby dzieci poznaly babcie. Nie pozwolilas im pobyc ze mna ani chwili. Latalas jak kot z pecherzem po miastach, a to dzieci wcale nie interesowalo. No i smutno mi bylo, ze wolalas siedziec u Nowakowskich, niz posiedziec i pogadac z matka". Normalnie wszystko mi opadlo, bo przeciez, po tej obrazie o Gdansk, potem przyjechala, spedzila z nami dzien i rozstalysmy sie w zgodzie. A tu nagle jakies pretensje! Schizorfrenia, czy co? Poza tym, w ciagu tych kilku dni razem, moja matka bardziej przejmowala sie fochami mojej mlodszej siostrzenicy niz poznaniem blizej Potworkow, czego nie omieszkalam jej napisac. Odpowiedz: "W zyciu nie slyszalam wiekszej bzdury. Ja je mam na codzien (w domysle, corki mojej siorki). Twoje dzieci mnie interesowaly." Czyli jak zawsze odwracanie kota ogonem... Tu jeszcze wzielam glebszy oddech i odpowiedzialam, ze mimo wszystko milo byloby sie z nia pozegnac, bo niewiadomo kiedy znow przylecimy. Co dostalam w odpowiedzi? "Od zawsze mnie nienawidzilas. Teraz wiem juz na pewno. Pozegnac. To prawda. Ja juz ciebie nie zobacze. Dzieci moze kiedys przyjada, a moze nie." Odpisalam, ze jesli nie chce sie ze mna pozegnac, to moze chociaz z wnukami? "Juz mi nie zalezy. Widze, ze maja taki sam stosunek do babci, jak ty do matki". No ku*wa mac! Dzieciaki zakrecone, w obcym kraju, poznaja wujostwo, kuzynostwo i wiadomo, ze bardziej ciagnie je do dzieci niz do babci, ktora wiecej gadala do mlodszej kuzynki niz do nich, a ta zazdrosna, czy jak? Zapytalam wiec, co zrobila zeby ich blizej poznac? "Nie pozwolilas im zostac nawet na chwile ze mna. A byla okazja. Gdy polezliscie do Nowakowskich. Mowilam zostaw mi dzieci. Cos z nimi porobie. Moze na basen pojde. Ale ty twardo nie.". Bosz... To prawda, mamuska zaproponowala zeby dzieciaki zostaly wtedy u niej, ale oni, speszeni nowym miejscem, chcieli jechac z nami. Naprawde to takie dziwne, ze woleli sie trzymac rodzicow, z ktorymi czuli sie bezpiecznie? I dziwi to emerytowana nauczycielke, ktora (pomyslalby ktos) zna sie na emocjach dzieci??? Odpisalam tylko krotko, ze to Potworki wolaly jechac z nami i co? "Sama widzisz. Niedaleko jablko spadlo od jabloni". Po tym przestalam juz cokolwiek do niej pisac, bo same widzicie jaki tego jest efekt. Udawanie greka, odwracanie kota ogolem, uzalanie sie nad soba i ogolnie afera, ze nie jest w centrum uwagi i wszyscy ja nienawidza... Typowy syndrom dziecka sredniego (ktorym jest, choc myslalam, ze z tego sie wyrasta). Zastanawialo mnie tylko skad taki nagly spadek nastoju, choc moze to byc zwykla, wspomniaja wyzej, schizofrenia. Az sie dowiedzialam, ze spedzila tydzien bez moich siostrzenic. Pisalam poprzednio, ze ona ma na ich punkcie obsesje i jak nie sa u niej kazdego dnia wolnego od szkoly, to jest cala nieszczesliwa. A jak siostra osmieli sie wyslac je do drugich dziadkow, to ojesssu, ona juz sensu zycia nie widzi i spedza czas uzalajac sie nad soba i w dodatku sama sie nakrecajac. A potem wlasnie kazda proba komunikacji konczy sie pretensjami jak to jej wlasne corki nienawidza, ze ona to zapamieta i ze nasze dzieci tez beda nas tak nienawidzic, bo karma wraca i same zobaczymy. To juz musi byc choroba, bo jaki normalny czlowiek zachowuje sie w ten sposob?!

Po tej wymiance sms'ow, oczekiwalam ze trudno, nie pozegnam sie z matka przed wylotem. Okazalo sie pozniej, ze podobna wymiane mamuska odbyla z moja siostra, ktora uznala, ze jej w sumie towarzystwa matki jej nie brakuje. ;) Az tu, niespodziewanie, kobieta zjawia sie jak gdyby nigdy nic. Co ciekawe, do mnie odnosila sie zupelnie normalnie, a na siostre byla obrazona... :D Po nocnej jezdzie autobusem bylismy oczywiscie srednio funkcjonujacy, ale mimo wszystko fajnie bylo jeszcze posiedziec z siorka i jej rodzinka. Szwagier przywiozl zarelko, a potem wszyscy ruszylismy na lody, zahaczajac po drodze o karmienie kurek w jakims gospodarstwie. Wszystkie dzieciaki, gdzie by nie byly wychowane i ile by nie mialy lat, kochaja karmic zwierzaki. :D

"Ko ko ko..."
 

Moja matka tyle sie upisala jak to ona chciala poznac Potworki, a wiekszosc popoludnia, zamiast sie z nimi integrowac, zameczala siostre zeby pozwolila jej mlodszej corce jechac do niej na pare dni, potem zeby mala sie przed wyjsciem wykapala, spakowala co trzeba, itd. Zrobilismy pamiatkowe foty, po czym zabrala mloda i pojechaly.

Ostatnie wspolne zdjecie kuzynostwa
 

Wkrotce i my musielismy dopiac i zwazyc walizy, przy czym tym razem musialam troche poprzekladac, bo jedna okazala sie za ciezka (te oscypki! :D). Pogonilismy mlodociane towarzystwo do spania, gdzie Nik caly zadowolony spal sam w pokoju mlodszej kuzynki, troche jeszcze posiedzilismy przy drinkach, po czym trzeba bylo sie klasc, bo juz o 7 musielismy byc na lotnisku. Lot z Gdanska minal spokojnie, pozniej znow troche czekania w Warszawie (choc krocej niz w tamta strone), gdzie tym razem nawet Bi szalala na placyku zabaw. Niezle im to wyszlo, bo znalazlo sie tam dwoje innych anglojezycznych chlopcow i we czworo zainicjowali gre w cos na ksztalt podchodow, w ktora wciagneli wszystkie znajdujace sie tam dzieciaki. ;)

To byl chyba najfajniejszy placyk zabaw na lotnisku :)
 

Lot do Nowego Jorku byl tym razem w dzien, wiec nikt nawet nie myslal o spaniu. Caly spedzilismy na grach i ogladaniu filmow. Jedzenie niestety bylo rownie paskudne co ostatnio i Nik wysiadl z samolotu wlasciwie glodny. Coz... ;)

I tak zakonczylismy nasza podroz do Kraju. Po poludniu 24 sierpnia wrocilismy na hamerykancka ziemie. Potworki najwyrazniej mialy wakacje zycia, bo juz dopytuja czy polecimy w przyszlym roku, ale w to akurat watpie. ;)

Teraz bede musiala nadrobic to, co sie dzialo przez te ponad 3 tygodnie od powrotu, a dzialo sie duzo...

4 komentarze:

  1. O ranyy! ależ się działo! a czy w okolicy Gubałówki stali też z żywymi pieskami na sprzedaż? parę lat temu, jak byłam, to oczywiście umarłam z zachwytu nad niejednym piesełem..ale wiadomo że to nie wiadomego pochodzenia psiaki... Uroczy domek, w którym mieszkał Twój mąż! W ogole super, że dzieciom się podobało.

    OdpowiedzUsuń
  2. Agata - calkiem zdrowo wymiatasz! Az sie boje nastepnego postu, skoro przez 3 tyg. od powrotu z PL "dzialo sie duzo". Mamma mia! Chyba bede musiala urlop z pracy wziac, zeby na biezaco tu zdolac blog czytac i wszystko przetrawic ;-))))
    No ale do konkretow: bardzo czekalam na relacje z Zakopanego i Tatr, bo to moje ukochane miejsca w PL, chociaz sama pochodze z Warszawy. No i nie zawiodlam sie, bo pieknie tam spedziliscie czas, chociaz nie wszystko, lacznie z pogoda, wypalilo. Dziekuje szczegolnie za zdjecia z Lipek! Dobrze znam te okolice, bo dom mojej rodziny w Zakopanem, w ktorym spedzilam niemal polowe zycia jest na Strazyskiej, powyzej drogi na Male Zywczanskie. Cudownie tam jest, pieknie, jak zawsze - wzruszylam sie, naprawde. Ale dlaczego nazywasz Giewont - "sylwetka spiacego zbojnika"? - Zawsze mi sie wydawalo, ze Giewont byl raczej spiacym rycerzem. Chyba, ze w obecnych trudnych czasach jest to rycerz kryzysowy, czyli rabujacy - nawet podczas snu! Ach, co to sie porobilo! Ostatnio bylam na Kasprowym przez 2 tyg. w 2005/2006, gdzie na nartach smigalam w Gasienicowej i Goryczkowej, az kolano zwichnelam i wracalam do USA o kuli, ktora na kazdym lotnisku przeswietlali po 3 razy (wtedy ciagle bylo zagrozenie terrorystyczne).
    Trojmiasto mnie cieszylo, bo tez je dobrze znam, gdyz wiele rodzinnych wakacji spedzalam w Sopocie, no ale ta relacja z Krakowa w bonusie z Wawelem - miodzio! Szkoda tylko, ze to wszystko serwujesz bez gofrow z cukrem pudrem.
    Matka... coz... Jest chora, niestety. Moze to schizofrenia, a moze tylko ciezkie zaburzenie osobowosci, choroba afektywna dwubiegunowa, czepianie sie o uwage i budowanie zarzutow obojetnosci, niecheci. Nic dziwnego, ze tata zyje od dawna w USA. Bo od zlego sie ucieka - trudno, zeby nie... Najbardziej niepokoi to jej czeste wprowadzanie otoczenia w poczucie winy, wmawianie, ze jej sie od zawsze nienawidzi. Wszystko tylko po to, zeby od razu rzucac sie do niej z przeprosinami, z zapewniami o goracej milosci. A w efekcie jest wywolywanie kolejnych wydumanych, niesprowokowanych niczym konfliktow, zeby wzbudzac kolejne poczucie winy, budowac dramat, pietrzyc tragedie.
    Niedawno, po ponad 30 latach przerwy, moj maz cudem nawiazal kontakt ze swoja ulubiona polska ciocia, od ktorej skutecznie izolowala go moja tesciowa. Gdy sobie wyjasniali, dlaczego tak dlugo o sobie nie slyszeli/nie wiedzieli - ciocia wyznala: Zawsze kiedykolwiek pytalam sie o was - mama opowiadala 3 razy wiecej o swoim kocie, niz o tobie i twojej zonie. A potem mi zarzucala, ze sie wami nie interesuje. No ale w koncu moj maz z ciocia sie dogadal i ciagle teraz plotkuja, jak starzy przyjaciele.

    OdpowiedzUsuń
  3. Działo się u Was :) Szkoda, że pogoda trochę popsuła Wam plany, ale myślę, że wyjazd do kraju ogólnie się udał. Uwielbiam Kraków, jak dla mnie ma on niesamowity klimat.
    Tatry mnie ciągną, ale jak sobie pomyślę, że miałabym stać w tych wszystkich kolejkach, to chyba poczekam aż dzieci skończą szkoły i będziemy mogli jechać poza sezonem. Wasze dzieciaki miałyby super, gdyby udało im się utrzymać kontakty z kuzynostwem, mogliby wówczas korzystać z morza i gór. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znowu mnie wpisało jako anonima - muszę tego pilnować, bo ostatnio coś mnie stąd wyrzuca

      Usuń