Lilypie Kids Birthday tickers
Lilypie Kids Birthday tickers

sobota, 6 sierpnia 2022

Za wielu postow to w sierpniu nie bedzie ;)

Sobota, 30 lipca uplynela bardzo fajnie. Moj malzonek mial dzien wolny, pierwszy od 4 (!) tygodni! Na wieczor bylismy zaproszeni do znajomych, co samo w sobie bylo sensacja, bo zwykle to ja jezdze do kolezanek, ale tylko z dzieciakami, bez meza. Poza tym planowalam podjechac do muzeum w naszym miasteczku, gdzie maja nowa wystawe o pojazdach i przy okazji, tego dnia, jakies tematyczne zabawy dla dzieci, ale jak to z planami bywa, poszly sie bujac. ;) Najpierw, mialam budzik nastawiony na 8:30, ale kiedy go wylaczylam, pomyslalam z blogoscia, ze choc raz M. jest w domu, wiec jak cos, zrobi dzieciom sniadanie, a ja moge sobie polezec. Po czym... zasnelam jak kamien! Zbudzilam sie godzine pozniej, ale zanim wygramolilam sie z wyrka, byla prawie 10. :O Przy okazji okazalo sie, ze malzonek wstal sobie po 7 i poszedl na razny marsz wokol osiedla, ale ani nie zabral ze soba psa, ani nie pomyslal zeby przed czy po zrobic dzieciakom jesc. I to jest czlowiek ktory, kiedy mam wolne, badz pracuje z domu i siedze z dzieciakami, zamecza mnie pytaniami co Potworki jadly i co jeszcze planuje im dac. Tymczasem sniadanie to najprostszy posilek, bo dzieciaki zwykle jedza na nie chrupki z mlekiem lub tosty. Nie ma tu zadnej filozofii ani stania przy garach, ale ojcu bylo ciezko... :/ W kazdym razie, zanim wstalam, zapodalam i sama zjadlam sniadanie, byl juz naprawde pozny ranek. Na wieczorne spotkanie u znajomych planowalam zrobic sernik na zimno. Juz poprzedniego dnia ugotowalam budyn zeby sobie spokojnie ostygl i w sobote rano chcialam szybko skonczyc ciasto. Taaa... Dopiero po sniadaniu przypomnialam sobie, ze nie wyjelam z lodowki masla, ktore potrzebowalam miekkie. Kolejny poslizg.

W miedzyczasie Potworniccy oczywiscie musieli wskoczyc do basenu 

 

Bylo tak goraco, ze nawet M. wlazl i mimo ze dzieciaki juz wyszly z wody, Bi popedzila z powrotem, zeby dolaczyc do ojca ;)

Czekajac na zmiekczenie masla, wstawialam pranie, zmywarke, ogarnialam siebie, itd. Potem mialam dylemacik jak zsynchronizowac mieszanie kremu i wykanczanie ciasta z czekaniem na stezenie galaretki. Bylo to o tyle problematyczne, ze ciasto musialo sie porzadnie schlodzic i stezec do czasu wyjazdu do znajomych. Tymczasem zrobilo sie juz wczesne popoludnie. W koncu zaczelam od galaretki, zakladajac, ze podczas upalow zejdzie jej duzo dluzej zeby sie sciac. Schlodzilam garnek w wodzie z lodem a potem pyknelam do lodowki. Okazalo sie potem, ze ledwo zdazylam, bo mimo 28 stopni w domu i co chwila po cos otwieranego sprzetu, galaretka sciela sie tak szybko, ze na ciasto wylewalam juz sztywny kisiel. Po czym, pewnie dlatego, ze ciasto bylo swiezo zrobione i cieplawe (to znaczy w temperaturze pokojowej, ale temperatura "pokojowa" byla tropikalna :D), na ciescie galaretka przestala tezec i w ktoryms momencie zaczelam sie martwic, ze juz zostanie taka wodnista. Zalamac sie mozna. ;) Po poludniu, juz niemal tradycyjnie popedzilismy do kosciola, bo M. mial sobote wolna, ale w niedziele znow pracowal. Po kosciele wpadlam tylko do domu, wzielam ciasto (na szczescie galaretka w koncu porzadnie zesztywniala) i pojechalismy do znajomych.

Tu juz gotowy i na szczescie udany, deser
 

Tam juz imprezka trwala w najlepsze, choc na szczescie nie bylo tlumu ludzi. Byly w sumie 3 pary i jeden samotny facet, no i szescioro malolatow. Dzieciaki na szczescie mialy do dyspozycji i przydomowy plac zabaw i trampoline i choc jeden z mlodszych chlopcow co chwila przybiegal do mamy i wolal samotnie bawic sie figurkami, reszta wlasciwie "zniknela".

Smarkateria w swoim zywiole
 

Osobiscie nie widzialam Potworkow az zaczelo sie sciemniac. ;) Poniewaz udalo mi sie wyciagnac z domu M. (z wielkimi oporami), a ten wlasciwie nie tyka alkoholu, zapowiedzialam, ze pije ja. :D Poniewaz odkad zaszlam w pierwsza ciaze tez ograniczam sie do okazjonalnej lampki wina, wiec kiedy na dzien dobry wypilysmy z kolezanka i jej sasiadka po kieliszku, momentalnie zakrecilo mi sie w glowie. ;) Potem wolalam sie ograniczyc do tych malych slodkich Smirnof'ow, te jednak mialy ledwie 4% alkoholu i wlasciwie to czulam sie jakbym pila oranzade. Tak zle i tak niedobrze. :)

Mamuski imprezuja ;)
 

Jedzenia bylo mnostwo, bo znajomi rozpalili ognisko i po polsku kazdy mogl sobie upiec kielbache, do tego zamowili kilka rodzajow pizzy, kolezanka zrobila salatke, upiekla drozdzowki, a jeszcze i ja i jej sasiadka przynioslysmy po ciescie. Pan DJ puszczal muzyke, ale dopiero kiedy sie sciemnilo, impreza przeniosla sie na patio i zaczely tance. Tu jednak prym wiodly dzieciaki, ktorym szczegolnie przypadla do gustu maszynka robiaca mgielke.

Dla dzieciakow, ten "dymek", to byl HIT!
 

DJ mowil, ze myslal o przyniesieniu swiatelek, ale nie byl pewien jak to urzadzic na zewnatrz, wiec odpuscil. Ze wzgledu na M., ktory kolejnego dnia musial wstac o 3:30 do pracy, my zmylismy sie juz o 21:30 (ku niezadowoleniu Potworkow; a planowalam wyjsc juz o 20, tylko wyciagnac ich nie moglam), sasiedzi znajomych ponoc zostali do 23:30, a oni z DJ'em siedzieli prawie do 2 nad ranem. Maja zdrowie. ;) Po przyjezdzie do domu, czekal nas jeszcze jeden obowiazek. Jak ostatnio pisalam, akurat na ten weekend dwie sasiedzkie rodziny poprosily o dokarmianie ich zwierzynca. Do jednych Bi poszla juz przed 16, zanim pojechalismy do kosciola, bo wlasciciele powiedzieli jej, ze karmia kota dosc wczesniej. Zostali drudzy sasiedzi. Bylo zuplenie ciemno i dzieciaki baly sie isc same, wiec poszedl z nimi M., a ja popedzilam wypuscic naszego wlasnego siersciucha, ktory biedny siedzial na tarasie od godziny 16. ;) Potem juz szybkie wyprawienie dzieciarni do lozek, a oni jeszcze mieli pretensje, ze "Dlaczego dzis nie czytamy?!" :D

Niedziela uplynela spokojnie. Malzonek pojechal rano do pracy, za to do mnie i dzieciakow przyjechal dziadek. Posiedzielismy przy kawie i ciescie (i lodach i soku pomaranczowym, bo gorac dawal sie we znaki), a dzieciaki oczywiscie zaczely jeczec, ze chca do basenu. No to w koncu przenieslismy sie do stolika, Potwory wskoczyly do wody, a ja i tata schowalismy sie pod parasol. Dziadek sam wygladal jakby mial ochote sie zamoczyc, ale odmowil pozyczenia kapielowek M. Co chwila skradal sie i ochlapywal Kokusia, prowokujac go do rewanzu. ;)

Sam zaczynal, a potem spierdzielal ;)
 

Do domu wracal w lekko wilgotnych ciuchach, ale sam byl sobie winny. Reszta dnia to juz szybki rodzinny spacer, kapiele i szykowanie sie na kolejny tydzien.

I lipiec dobiegl konca i zaczal sie sierpien. Coz, nie przepadam za tym miesiacem. Niby lepszy niz taki, powiedzmy, listopad, czy inny mokry i szary marzec, ale dla mnie oznacza on poczatek konca lata. ;) Niby jeszcze cieplo, niby aktywnosci letnie trwaja w najlepsze, ale noce podszyte sa juz chlodem, a za rogiem czai sie (o zgrozo!) rok szkolny. Stwierdzam, ze jako matka szkolniakow, nie lubie poczatku szkoly chyba bardziej niz kiedys jako uczennica. :D

W poniedzialek Potworki wyruszyly na ostatni tydzien polkoloni. Zamiast sie cieszyc, ze juz koniec, Bi marudzila, ze sie denerwuje czy bedzie miala kolezanke, a Nik rano urzadzil awanture, ze nienawidzi tych polkoloni, ze robia ciagle to samo i on sie nudzi i dlaczego musi jechac akurat tam. Bylo to dosc zaskakujace, bo wstal rano jak gdyby nigdy nic, zjadl sniadanie, poscielil lozko i umyl zeby, a kiedy rzucilam haslo do "wymarszu", znienacka zaczal sie rzucac i tupac nogami. :O Nie mowiac juz o tym, ze choc osobiscie na polkolonie nie chodzilam, to akurat tymi "miastowymi" bylam zachwycona, bo prawie codziennie mieli jakies atrakcje. W minionym tygodniu w poniedzialek mieli pokaz zywych ptakow drapieznych (sowy, jastrzebie, sokoly), we wtorek jechali na basen, w srode na mini golfa, a w czwartek do salonu gier. Tylko piatek byl dniem spedzonym po prostu na grach i zabawach. A Nik jeczy, ze sie nudzi, hmmm... Na szczescie dosc szybko humor mu wrocil i juz na odchodnym pozegnal sie buziakami i usciskami. Bi zas dojrzala z daleka jakas kolezanke i poleciala zachwycona z piskiem radosci. ;) Po poludniu Nik mial trening druzyny plywackiej i oczywiscie musial sobie pozrzedzic, ze nie chce i dlaczego nie moze opuscic tego treningu. Znow musialam przypomniec, ze to jego ostatni tydzien w druzynie, bo potem wypisze go az do listopada, kiedy skonczy sie pilka. Jak to u Kokusia, foszek szybko przeszedl i pozniej pojechal juz wrecz poganiajac ojca, ktory jechal z nim zeby pocwiczyc na silowni. Kiedy chlopaki pojechali, wyczyscilam nasz basen i Bi oczywiscie do niego wskoczyla. Musialam tez przeciagnac weza i dolac wody, bo jej poziom znow spadl prawie ponizej pompy, a kolejne dni zapowiadali upalne. Nik wrocil z treningu i o dziwo nie wskoczyl znow do wody, za to wreczyl mi garsc wstazek otrzymanych za zawody. (Nie)stety wstazki byly ze przedostatnie zawody, gdzie Nik zajal wiekszosc II miejsc.

Po tamtych zawodach mialam podejrzenie, ze takie beda wyniki :D
 

Smialam sie, ze musi zdobyc kilka III miejsc, bo ma pelno niebieskich wstazek za miejsca I (z zimowych zawodow), mnostwo czerwonych za miejsca II, jedna zolta za IV, ale nie ma zupelnie zielonych, ktore daja za III miejsce. :D Wieczorem mialam sie zabrac za przerobke kilku kg ogorkow, ktore znow mialam uzbieranych w lodowce, ale tak mi sie nie chcialo, ze w koncu upieklam tylko te pare baklazanow, ktore zebralam z ogrodu dzien wczesniej. Uwielbiam je wlasnie pieczone i nie moge przebolec, ze to kolejne danie/warzywo, ktore w rodzinie jem tylko ja. :/

Jeszcze surowe, tuz przed wsadzeniem do piekarnika
 

Wtorek zaczal sie irytacja spowodowana przez moja mamuske. Bosz... czlowiek ma wystarczajaco stresow przy tak dalekim wyjezdzie, to ta kobieta musi jeszcze dokladac swoje... Od razu przypomina mi sie koszmar z poprzedniego przylotu, kiedy wymyslala, ze nie przyleci na nasz slub, potem wymuszala zeby ktos odwiozl ja na lotnisko nastepnego dnia z samego ranka, upierala sie ze mam na slub zaprosic jej kolezanke, albo chociaz zebym spotkala sie z owa kolezanka w Zakopanem. Po prostu wymyslala i probowala sie przypodobac wszystkim obcym osobom naokolo, nie baczac zupelnie na moje zdanie i na to czy nie bedzie sprawiac klopotow rodzinie M. :/ Co wymyslila tym razem? Ano, juz jakis czas temu wpadla na pomysl, ze jak my pojedziemy z Trojmiasta do Zakopanego, to ona tez tam pojedzie z moja najstarsza siostrzenica i zatrzymaja sie w hotelu. Pomysl w ogolnym zarysie nie taki zly, choc zmrozilo mnie na mysl o dostosowaniu planow do mojej matki. To jest osoba, ktora o wszystkim chce decydowac, nie przyjmie (spokojnie) do wiadomosci, ze ty masz inne plany, inne zainteresowania, ze mozesz nie miec na cos czasu lub ochoty, lub przeciwnie chcesz zrobic cos, co jej sie wydaje bez sensu, wiec bedzie do upadlego zrzedzic, ze jestes idiota, poniewaz ona uwaza, ze jakas aktywnosc jest nudna/ droga/ glupia, itd. W dodatku, gdziekolwiek sie z ta kobita pojedzie, zawsze jest marudzenie, ze jej duszno, slabo, ze zmeczona, ze glodna, ze dlugo, ze dlaczego nie gdzie indziej... No kolejne dziecko po prostu. :/ Podsumowujac, ma byc pod jej dyktando, inaczej jest murowane, ze popsuje humor wszystkim naokolo. No ale stwierdzialm, ze dobra, niech pojedzie do tego Zakopanego, w koncu milo, ze chce spedzic z nami jeszcze troche czasu, a Potworki moze beda sie cieszyc z obecnosci kuzynki. Potem o tym jej pomysle w sumie zapomnialam, az do wtorku, kiedy to mamuska napisala ze ona jednak do Zakopanego nie pojedzie, ale moze my bysmy wzieli moja siostrzenice ze soba, bo N. bardzo by chciala. :O Odpisalam spokojnie, ze po pierwsze to ja mlodej dobrze nie znam (ostatnio kiedy bylam w Polsce miala 3 latka, teraz ma prawie 13), Potworki tez jej nie znaja i kto wie czy sie polubia, po drugie ja jade do tesciow, u ktorych nie wiem jak bedzie ze spaniem (juz nasza czworke musza gdzies upchnac), a poza tym no jak moge obcym w sumie ludziom zwalac na glowe obce dziecko, ktore trzeba i polozyc i nakarmic (i to nie na 1-2 dni, tylko na tydzien!), a po trzecie, M. nadal upiera sie, ze moze nie bedziemy wracac do Gdanska, tylko z Zakopanego pojedziemy prosto na samolot w Warszawie. Kto wtedy odwiezie N. do domu?! Gdybysmy mieli spac w hotelu, to pomyslalabym o tym. Ale ja mam sie zatrzymac u rodzicow M.! Oczywiscie moja matka nie przyjmuje "nie" do wiadomosci. Zarzucila mnie obrazonymi wiadomosciami, ze ona uwielbia brac inne dzieciaki (taaa..., na chwilke, ewentualnie nad morze, ale nigdy na noc), ze moi teciowie to dziwacy, ze ona nie rozumie co to za problem, bo N. jest bardzo grzeczna i wszyscy ja lubia, ze na pewno bedziemy krocej w Trojmiescie, wiec ona chciala zeby moja siostrzenica spedzila wiecej czasu z kuzynostwem. Jak wiec widzicie, nie ma ze pytanie i prosta odmowa, nie. Bedzie kilkanascie sms'ow jaka to ja jestem wredna ciotka bo nie chce wziac N. do moich tesciow na tydzien, bo to przeciez zaaaden problem. I juz pomijajac te tyrade, znowu pomyslalam, ze jade (m.in.) do matki, chcialabym zeby zobaczyla ponownie Bi (ktorej nie widziala 10 lat!) oraz Nika (ktorego "na zywo" nie widziala w ogole!), a ona zamiast planowac jak moze spedzic z nimi czas zeby ich lepiej poznac i nawiazac jakas wiez, to najbardziej przejmuje sie tym, ze N. chcialaby pojechac do Zakopanego! Bo to jest przeciez najwazniejsze! Nie wspomne nawet, ze istnieje spora mozliwosc, ze mojej siostrzenicy wcale az tak nie zalezy (w koncu mialaby jechac do obcych ludzi, z praktycznie obca ciotka i kuzynami, ktorych tez wlasciwie nie zna), ale to moja matka ubzdurala sobie, ze to swietny pomysl i naciska wszelkimi sposobami, a kiedy odmawiam, jest obraza majestatu. Uch... :(

Poza obrazonymi sms'ami od matki, dzien minal spokojnie. W koncu przymusilam sie, zeby spojrzec na polaczenia PKP miedzy Gdanskiem a Zakopanem i sie zalamalam! Ktos (juz nie pamietam kto) wmowil nam, ze pendolino jezdzi bezposrednio z Trojmiasta do Zakopanego. A figa! Tylko do Krakowa! To zostawia nas z przesiadka w Grodzie Kraka i potem tluczenie sie kolejnym pociagiem badz PKS'em do Zakopca. Kolejne 3-4 godziny! :O Czyli i tak czeka nas minimum 10-godzinna podroz. Zalamka...  Od razu uprzedze, ze przelot samolotem odrzucilismy. Po pierwsze, nie chcemy ciagnac tescia do Krakowa bez potrzeby zeby nas odbieral, a nie mamy tez ochoty przejezdzac z lotniska na dworzec ze wszystkimi tobolami. Po drugie, na loty krajowe sa zupelnie inne limity bagazowe niz na miedzynarodowe. Tu juz mielismy nauczke ostatnio, gdzie musielismy czesc rzeczy zostawic tesciom i jeszcze zaplacic kare za nadbagaz. A to bylo 10 lat temu, kiedy te zasady byly duzo luzniejsze niz teraz! Ech, no zawsze jakies irytacje... Urwalam sie troche wczesniej z pracy, bo uswiadomilam sobie, ze moje sportowe sandaly, choc nadal trzymaja sie zaskakujaco dobrze, maja juz wiele lat (kurcze, chyba z 8-9!) i widac gdzieniegdzie spekania i odbarwienia. Na codzien sa jak znalazl, ale na wyjazd to glupio je pokazywac wiekszemu "towarzystwu". ;) Dodatkowo, adidasy kupilam sobie na jesien, wiec sa praktycznie nowe bo nosze je praktycznie tylko w weekendy i to nie zawsze, ale przez zakladanie ich na mecze Potworkow, odbarwily sie na zielono od mokrej trawy i wygladaja tragicznie. Stwierdzilam ze zostawie je sobie wlasnie na mecze, a kupie jakies ladniejsze na inne wyjscia. Pojechalam, spedzilam 1.5 godziny w obuwniczym i w ktoryms momencie bylam bliska zalamania nerwowego. Mam tragiczne stopy - dlugie, ale waskie i plaskie. Znalezienie butow, ktore beda sie na nich trzymaly, to wyzwanie. Nie dla mnie zadne balerinki, bo wszystkie zwyczajnie zsuwaja mi sie z piet. No, ale tym razem szukalam czego innego. O ile sandaly znalazlam niemal od razu (cud!), o tyle adidasow przymierzylam chyba ze dwadziescia kilka par. Pomijam juz numeracje, gdzie np. wszystkie Reebok'i musialam brac o rozmiar wieksze, to tu cos uwiera, tu czuc jakis szew, tam jakies dziwne wybrzuszenie przy jezyku... A to przeciez adidasy; najwygodniejsze obuwie swiata! :D Niewazne jednak, w koncu wybralam jedna pare. Co prawda kolor malo praktyczny, bo pastelowo rozowy, ale mam nadzieje, ze ich kompletnie nie zmasakruje. ;) Po powrocie do domu jak zwykle obiad, lekkie ogarniecie, Potworki wskoczyly do basenu i... zadzwonila do mnie kolezanka, wiec mialam godzine z glowy. :D

Jesli dosc macie juz tych "basenowych" ujec to pocieszam, ze sezon na chlapanie w wodzie pomalu dobiega konca. Znow wrocimy do pilki noznej i fotek na murawie :D
 

A taaakie mialam plany! W koncu wieczorem tylko wyjelam i oczyscilam ogorki na malosolne. W sama pore, okazuje sie, bo czesc lezala w lodowce juz jakis czas i zaczela sie robic sliska. Jeszcze kilka dni i by albo zgnily, albo splesnialy. :O

Jesli wydaje Wam sie, ze to nie tak duzo, to moge tylko napisac, ze zlew mam dosc duzy, a sporo tych ogorasow byla juz na pograniczu rozmiaru tych salatkowych

W srode nadeszla kolejna kilkudniowa fala upalow (czyli ponad 32 stopnie, bo rozumiecie, przy 31 jest jeszcze przyjemnie :D - to oczywiscie sarkazm) i telefon oraz internet odpowiednio rozgrzal sie do czerwonosci od ostrzezen. ;) Coz, ja spedzilam wiekszosc dnia w pracy, gdzie przy hulajacej klimie, bylo mi raczej zimno. ;) Po powrocie do domu, pierwsze co, to pytalam jak zwykle Potworkow czy fajnie bylo na mini golfie, bo tego dnia mieli wycieczke. Jak to u moich dzieci, ktore nigdy nie odbieraja nic tak samo, Bi oznajmila, ze bylo swietnie, a Mlodszy (bez entuzjazmu w glosie), ze ok. Dobre w sumie i to. ;) Po poludniu Nik mial trening druzyny plywackiej, ostatni az do listopada, kiedy skonczy sie pilka nozna. Szkoda troche, ze nie zdazyl odebrac wstazek za ostatnie zawody, ale mam nadzieje, ze kiedy trener w koncu je przygotuje, przechowa je dla Mlodszego. Poki co, nie otrzymalismy nawet oficjalnych wynikow... W czasie kiedy brat plywal, Bi wskoczyla do naszego basenu.

Balet w wodzie
 

Najpierw musialam go oczywiscie wyczyscic i niepokojace jest, ze niemal przestaly sie w nim topic zuki, ale za to znajduje w wodzie osy i trzmiele. :O Tych troche strach ratowac gola reka, wiec litosciwie podtykamy delikwentkom patyki, ktore potem zanosimy w najodleglejszy kat ogrodu. :D Wieczorem zas, zabralam sie za skonczenie malosolnych. Wyszlo 6 sloikow; chyba moj dotychczasowy rekord!

Kazdy sloik z innej parafii :D
 

Rzecz jasna nie mamy szans zjesc ich do wylotu, wiec czesc podaruje tacie, a czesc (kiedy sie zakisza) schowam do lodowki i miejmy nadzieje, ze wytrzymaja do naszego powrotu.

Czwartek byl najgoretszym dniem w tym tygodniu. O 9 rano bylo juz 28 stopni i 63% wilgotnosci. Az ciezko bylo oddychac i w prognozach alarmowali zeby wrazliwe osoby zostaly w klimatyzowanych pomieszczeniach i ograniczaly wyjscia na zewnatrz. Ja do wrazliwych osob nie naleze, ale zal bylo mi Potworkow, ktore na polkoloniach spedzaja czas glownie na powietrzu, lub w budynku szkoly, ktora nie posiada klimatyzacji. Co prawda przy otwartych drzwiach porozstawiali ogromne wiatraki zeby zrobic przewiew, ale to nie to samo. Na szczescie tego dnia jechali na wycieczke do sali z grami, kreglami oraz bitwa na lasery, wiec cale popoludnie mieli spedzic w klimatyzowanym budynku. Wczesnym popoludniem, temperatura podniosla sie do 34 stopni i choc wilgotnosc spadla do 44%, to odczuwalna podskoczyla do 37 kresek. Ufff... Po powrocie do domu, rzucilam wiec haslo - basen. Nie nasz przydomowy, tylko "prawdziwy", kilka minut od nas, choc juz w sasiedniej miejscowosci. ;) Dzieciaki na to oczywiscie jak na lato, a i ja marzylam zeby sie zanurzyc w wodzie. Hmmm... Zanurzyc sie zanurzylam, choc wcale tak latwo nie bylo. :D Zaskoczona bylam, ze mimo kilkudniowych upalych i bardzo ciepych nocy, woda nie byla niewiadomo jak ciepla. Przeplynelam sie kilka razy mimo czepiajacych sie mnie jak malpki Potworkow, wyszlam raz bo w koncu zaczelo mi sie robic chlodno (ale jaka to ulga w taki upal!), wrocilam, po jakims czasie wyszlam ponownie i juz z powrotem nie weszlam, bo zrobil sie wieczor, slonce zaszlo za drzewa i przy mokrym stroju, bylo mi... zimno! Zauwazcie, ze pisze "zimno", podczas gdy temperatura nada byla w okolicach 30 stopni. :D Taka dola zmarzlucha... Dzieciaki oczywiscie takich problemow nie mialy. Na basenie spedzilismy prawie 2.5 godziny i w tym czasie tylko Bi wyszla raz z wody zeby pojsc do toalety.

Potworki sa najszczesliwsze wlasnie w wodzie
 

Oboje byli w swoim zywiole i jak zwykle przyszlo mi na mysl, ze dziwne, ze nie urodzili sie z blonami miedzy palcami rak i nog. Oni naprawde czuja sie w wodzie niczym ryby. :D Plywali, nurkowali, cieszac sie z glebszej wody. Dodatkowo, basen ma deski do skakania na (bardzo) gleboka wode i przynajmniej polowe czasu spedzili skaczac z coraz to dziwaczniejszymi akrobacjami. ;)

Prym wiodl Nik i choc raz skoczyl tak niefortunnie, ze zaliczyl "plaskacza" twarza w wode, zupelnie go to nie zrazilo ;)

Nie, Bi nie stoi po kostki w wodzie, tylko wlasnie do niej wpada ;)

Piatek byl ponownie goracy, choc przy mniejszej ilosci slonca temperatura doszla "tylko" do 32 stopni. Przy dusznym, wilgotnym powietrzu, odczuwalna temperatura wyniosla 35. W pracy wyscig z czasem zeby podomykac wszystko przed urlopem, bo w nastepnym tygodniu Potworki nie maja juz polkoloni i przed wylotem bede pracowac z domu. Dziwnie bylo wychodzac uswiadomic sobie, ze zobacze to miejsce dopiero za 3 tygodnie, bo po powrocie tez bede pracowac z domu do poczatku roku szkolnego. :) Po pracy, jak to w piatek, pojechalam na zakupy spozywcze, choc tym razem dosc niewielkie, bo probujemy raczej dojesc wiekszosc tego, co mamy w lodowce przed wyjazdem. Czego nie wcisniemy, oddam tacie. Troche szkoda mi tego, co jeszcze moze urosnac w warzywniku, ale tu mam nadzieje, ze tata bedzie czasem zagladal czy wszystko w chalupie ok i przy okazji zerwie co tam akurat bedzie dojrzale. Podobnie, planuje przekazac sasiadom, ze jesli maja ochote, moga podejsc i zerwac sobie jakies warzywka. :) Po powrocie zostalam oczywiscie zaatakowana przez dzieciaki pytaniem czy moga do basenu. A pewnie, ze moga. Niech korzystaja, szczegolnie w ten upal. W koncu, nie wiadomo w jakim stanie bedzie woda po naszym powrocie. Mozliwe, ze bedzie sie nadawac tylko do spuszczenia. ;)

A! Jeszcze podziele sie z Wami pytaniem, ktore zadala mi rano Bi. Jak to z moimi dziecmi bywa, wypalila je, kiedy?! Jak prowadze auto, skupiona, ale i wku*wiona, bo jak zwykle wyjechalismy pozniej niz powinnismy, a Potwory przed samym wyjsciem stwierdzily, ze sie przebiora w stroje, bo mieli miec tego dnia zabawe w zraszaczach. Jakby nie mogli ich spakowac... W kazdym razie jade, myslac sobie jaka jestem zla i co bym smarkaczom zrobila gdybym nie siedziala za kolkiem, a Starsza pyta: "Mama, a co to znaczy dziewica?". Normalnie spadlabym z krzesla gdybym nie siedziala w aucie! :D

I tu, moi Drodzy, musze Was pozegnac na jakis czas. W przyszlym tygodniu wylatujemy i raczej do tego czasu juz sie nie odezwe. Zamelduje sie po powrocie. Trzymajcie kciuki zeby samoloty nie pospadaly, bo mam pietra. ;)

6 komentarzy:

  1. Droga Agato, udanego wypoczynku i dobrej podróży. Już cieszę się na twoją relacje po powrocie. Uściski! Lux

    OdpowiedzUsuń
  2. Udanego wypoczynku 🙂
    I mam tak samo z samolotami.....
    Pozdrawiam Aneta 🙂

    OdpowiedzUsuń
  3. Łał, impreza widzę taka konkretna skoro był Dj i inne atrakcje. Ale człowiek od czasu do czasu potrzebuje takiego resetu i fajnie, że wyszliście całą rodzinką.

    Z tym końcem wakacji i roku szkolnego przyznaję Ci rację. Jako dzieciak nie lubiłam powrotu do szkoły, ale jakoś to szło. Teraz tych powrotów wręcz nienawidzę i znoszę je gorzej niż gdy byłam dzieckiem :D

    Przytulam i to bardzo mocno. Może wyślemy nasze mamy do jakiegoś ośrodka wypoczynkowego? Jestem pewna, że się świetnie dogadają. Jak czytałam o pomyśle Twojej mamy, to jakbym widziała żywcem wyciągniętą moją mamę :D

    Powiedzieć, że Potworki kochają wodę, to jak nic nie powiedzieć. Aż sobie pomyślałam, jakby cierpiały, gdyby mieszkały w bloku, a jedyną możliwością byłby basen publiczny lub jezioro. Uschły by :)

    OdpowiedzUsuń
  4. A miałam jeszcze napisać, że życzę spokojnej i udanej podróży :) Mam nadzieję, że mimo iż na razie nie czujesz na nią ochoty, to jednak będziesz ją miło wspominała. Macie w planach też jakieś zwiedzanie (o to czy wykąpią się w morzu nawet nie pytam :D ), czy nastawiacie się tylko na spędzanie czasu z rodziną?

    OdpowiedzUsuń
  5. Haha, na koniec postu Bi dorzucila fest do pieca. Lubie takie zaskakujace pytania, w najbardziej nieodpowiednim momencie. Cudowne!
    Jak czytam o Twojej matce robiacej idiotyczny szum wokol siebie i dla siebie - moglabym przytoczyc 10 gorszych sytuacji stworzonych przez moja tesciowa i przez mojego bardzo bliskiego wujka, ktorzy oboje, w roznych porach, odwiedzajac nas w USA - uwazali, ze ONI SA najwazniejsi na calym swiecie i ze ONI MAJA PRAWO dyktowac nam jak zyc, co robic, zeby to wlasnie im w zyciu bylo wygodnie, dobrze i jedynie slusznie. Oczywiscie, ja nie pozwolilam sobie na takie ich egocentryczne zachowanie i nie obylo sie bez awantur, ale byla to jedyna mozliwosc uswiadomic wariatom, ze ja (i moj maz) dawno nie jestesmy juz dziecmi i nie bedziemy sluchac ich jak dzieci. Milo im nie bylo, ale coz...

    OdpowiedzUsuń
  6. O tak, nie ma to jak "ciekawe" pytanie dziecka gdy z jednej strony prowadzisz samochód spóźniona i próbujesz się skupić, z drugiej masz ochotę udusić przychówek, bo przez nich jesteście spóźnieni. A tu taki zonk!!!
    Udanego wyjazdu do kraju

    OdpowiedzUsuń