piątek, 22 maja 2020

Areszt domowy tydzien #10

Dobrnelismy do dziesiatego tygodnia...

W srode nasz Stan zaczal sie pomalu otwierac. Restauracje podjely prace, choc przy stolikach mozna usiasc wylacznie na zewnatrz i obowiazuje dystans miedzy klientami. Fryzjerzy (na ktorych tak czekalam!) jednak nie dostali pozwolenia na otwarcie, albo az tylu z nich sie wystraszylo i wystosowalo petycje. Maja ruszyc gdzies w czerwcu. :/ Teoretycznie na otwarcie dostaly tez pozwolenie biura. W praktyce bywa jednak jak w budynku, w ktorym miejsci sie moja praca. W zeszlym tygodniu, podczas telekonferencji rozmowa byla, ze w srode pierwsze osoby pojawia sie w laboratorium. W praktyce, we wtorek (dzien przed otwarciem!) zarzad budynku oglosil, ze kazda firma, ktora planuje powrot do pracy, musi przedstawic plan zabezpieczen i sterylizacji swoich pomieszczen. Nikomu nie wolno podjac pracy nim ten plan nie zostanie zatwierdzony przez owy zarzad, a ten dal sobie... dwa tygodnie na rozwazenie kazdego wniosku. No utrudniaja na kazdym kroku, chyba specjalnie zeby bron Boze za szybko nic nie otworzyc... :/
Wkurza mnie w ogole to, jak Stan na sile chce utrzymac wysokie liczby jesli chodzi o epidemie. Kiedy w marcu gubernator zdecydowal sie zamknac wszystko na glucho, faktycznie liczby rosly jak szalone. Nasz malutki obszar migiem przegonil liczba chorych i zmarlych, cala Polske. A testow wowczas przeprowadzano dziennie okolo tysiaca i w ktoryms momencie zarezerwowane byly niemal wylacznie dla pracownikow sluzby zdrowia. Od okolo dwoch tygodni jednak, ilosc osob hospitalizowanych stale spada i liczba nowych zachorowan przestala az tak gwaltownie rosnac. I co wtedy oglasza nasz "wspanialy" rzad Stanu?! Ze podwyzszaja ilosc dziennych testow! Z niedawwnych 2 tysiecy dziennie, zrobilo sie nagle siedem! :O Komus tu wyraznie zalezy na tym, zeby utrzymac zamkniecia i panike jak najdluzej... :////

A tak poza tym, to czas plynie jak zwykle. W koncu zrobilo sie cieplo, a ze Panie z Polskiej Szkoly wreszcie przestaly przysylac zadania, wiec spedzamy cale popoludnia (po zrobieniu lekcji do szkoly dziennej) na dworze. Nowa rutyna stalo sie, ze Potworki bawia sie w co im tam przychodzi do glowy, az doczekamy sie powrotu z pracy M. Wtedy robimy koleczko pieszo po osiedlu z psem (a co, Mai tez sie cos od zycia nalezy! ;P), po czym bierzemy rowery i jedziemy na przejazdzke. Zaluje, ze nie mieszkamy na jakichs wiejskich terenach, zeby mozna bylo pojezdzic przez pola i lasy... My jestesmy niestety ograniczeni do jazdy po osiedlach. Cale szczescie, ze nasze jest polaczone malymi przejsciami z sasiednimi, mozna wiec krazyc po okolicy roznymi uliczkami, za kazdym razem wybierajac inna trase. A wszystkie sa spokojne, bez wiekszego ruchu samochodowego, wiec nie ma strachu, ze ktos nas potraci. :) Jedyna bolaczka jest dla mnie to, ze tutejsze tereny to niestety same gory i doliny, wiec jesli fajnie sie zjezdza w dol, wiadomo, ze potem trzeba bedzie sapac pod gore. ;) Moje nogi tak sie rozleniwily przez dwa miesiace siedzenia w domu, ze nawet przerzutki nie pomagaja... ledwie zipie... Teraz jednak, kiedy w koncu zrobilo sie cieplo, sama wyciagam rodzine na obowiazkowe przejazdzki i mam nadzieje, ze za jakis czas poprawie kondycje. ;)
Aha, no i czekam juz na koniec roku szkolnego jak na zbawienie. Mimo, ze z niepokojem wybiegam myslami do kolejnego. Strasza tu okropnie, ze dzieci beda chodzic do szkoly tylko w niektore dni i to na zmiany... Poniewaz mam dwoje dzieci w podobnym wieku, istnieje realne ryzyko, ze Potworki beda w szkole w rozne dni i wowczas moze sie okazac, ze w pracy bede mogla sie stawic... raz w tygodniu. :( I co wtedy?! Kiedy wyrazilam te obawy, M. machnal reka, ze "no cos ty, nie moga tego zrobic, przeciez jak ludzie maja wtedy wrocic do pracy?!". Tiaaa... Zeby jeszcze ktos sie tym przejal... W marcu szkoly nagle zamkneli i czy ktos sie przejal tym, ze rodzice mieli trzy dni zeby zorganizowac opieke?!
Ogolnie jednak jestem juz baaardzo zmeczona tym calym nauczaniem zdalnym. Nik troche lepiej sam sie ogarnia, ale i tak przerywa mi pierdylion razy, bo "cos tam". A ja przestalam az tak rzetelnie sprawdzac, czy oba Potworki na pewno wszystko zrobily, bo mi sie zwyczajnie przejadlo. Zreszta, mam wrazenie, ze tak naprawde nie ucza sie niczego nowego. Wszystko to utrwalanie. No i wielu rzeczy nie da sie nauczyc przez komputer. Na przyklad skrzypiec. Panie nie prowadza lekcji w ogole! Wlasciwie to im sie nie do konca dziwie, bo sa dwie na cala szkole, wiec jak tu przeprowadzic lekcje dla kazdego delikwenta? Co tydzien dzieci maja zagrac game i wybrany utwor, a pani potem zostawia komentarz. Od czasu do czasu w komentarzu wspomna, zeby uczyc sie kolejnej melodii... I tu jest pies pogrzebany... Uczyc sie... jak?! Ja na skrzypcach nie gram i w dodatku slon mi na ucho nadepnal! Nawet z nutami, Bi po zagraniu jednej melodii dostala np. komentarz, zeby znalazla melodie na YouTube, bo chociaz nuty grala poprawnie, to rytm melodii miala zupelnie niewlasciwy. A u Nika pani juz trzeci raz zostawila komentarz, ze gra czesc melodii na zlej strunie. Nik upiera sie, ze gra na dobrej, ja nie moge zlapac o ktory moment piosenki chodzi i tak wyglada ta "nauka". Z hiszpanskim jest zreszta podobnie. Dzieci ucza sie jezyka przez ogladanie filmikow i sluchanie piosenek. Czasem musza cos nagrac dla pan. Na szczescie tutaj obie panie w komentarzach tylko chwala dzieciaki za wysilek. Nie patrza na to, jak im to wyszlo. ;)

Humor mam ogolnie taki sobie, mimo ze tym razem pensja wplynela o czasie (dwie nadal sa zalegle...). Na szczescie temperatury w koncu racza w dzien utrzymywac sie ponad 20 kreskami, wiec na powaznie zaczelam prace w ogrodzie. To mnie zawsze relaksuje. W koncu, od wielu, wielu lat, mam czas na porzadne pielenie. Nie znosze tego, ale czasem trzeba. ;) W poprzednich latach, kiedy biegalam pomiedzy praca, domem, lekcjami oraz zajeciami pozalekcyjnymi dzieci, moglam wzruszyc ramionami, ze po prostu nie mam czasu i zajac sie wylacznie najpilniejszymi sprawami. W tym roku nie mam takiej wymowki, cholercia... ;)
Ktoregos dnia, podczas takich ogrodowych porzadkow, mielismy niesamowite szczescie napotkac szereg zyjatek. Po pierwsze, podnoszac przewrocona doniczke, niechcacy znalazlam skrytke salamander. ;)

Taki malutki gatunek, choc mamy tez wieksze... duzo wieksze ;)

Nic dziwnego, donica przygniotla liscie kwiatow, tworzac wilgotne i pelne zakamarkow miejsce, idealne dla plazow.

Dobrze, ze okazow byla para, wiec przynajmniej kazdy mial swoj i obylo sie bez klotni

Tego samego popoludnia, przycinajac rozrosniete serduszka, znalazlam dwie ropuchy. Jedna malutka, druga calkiem dorodna, choc to i tak nie najwiekszy okaz jakiego widzialam. ;)

Ropuchy niestety byly pojedyncze i ten egzemplarz w koncu musialam zabrac i wypuscic na wolnosc, zanim zostal zgnieciony podczas klotni o to, kto ma go teraz trzymac ;)

Bi stwierdzila, ze jeszcze pare dzdzownic i bedzie calkiem usatysfakcjonowana. :D

Poniewaz wydaje sie, ze ocieplenie w koncu zamierza z nami zostac na dobre, w poprzedni weekend ruszylam z warzywnikiem. W sobote po pracy M. podjechal do miejsca w miasteczku gdzie jest skup lisci, ktore przerabiane sa potem na kompost. Kazdy mieszkaniec moze sobie podjechac i zaladowac ile mu potrzeba. No to M. przywiozl mi cala przyczepe swojego pick-up'a. ;)
Po poludniu ruszylam po sadzonki oraz nasiona, a tu zonk! Objechalam dwa ogrodnicze, a tam ani ogorkow do kiszenia, ani baklazanow, ani nasion kopru czy pietruchy! :O W dodatku, mimo ze sadzonki mieli na zewnatrz, po nasiona musialam wejsc do srodka. A ze teraz mamy takie glupie zabezpieczenia, wejscie oraz wyjscie zostalo rozdzielone i zeby mnie wpuszczono do srodka musialam przejsc hen, hen za budynek! Juz to mnie poirytowalo, a jak sie jeszcze potem okazalo, ze nasion niet, to w ogole wyszlam wkurzona... W koncu kupilam jakas mieszanke roznych ziol, z ktorej polowy kompletnie nie uzywam, trudno. To bylo w pierwszym sklepie. W drugim nawet nie fatygowalam sie zeby wejsc do srodka. Obejrzalam asortyment, wzielam jedyna (jakas dziwna) odmiane baklazanow, jaka mieli i czym predzej zmylam sie do domu.
Tak w ogole to bylo moje pierwsze wyjscie do sklepu od ponad dwoch miesiecy! Co za tym idzie, pierwszy raz mialam (nie)przyjemnosc wyruszyc z domu w maseczce! A dajcie spokoj! Mam nadzieje, ze popracuje z domu jeszcze dlugo, dluuugo, bo te maseczki to porazka! Mialam taka z pracy, cieniutka, bo ma ona byc bardziej dodatkiem a nie wlasciwym zabezpieczeniem, a geba spocila mi sie, ze hej! W dodatku nosze okulary, wiec co jakis czas zachodzily mi one mgla...
Byl to tez pierwszy raz od 10 tygodni, kiedy siadlam za kolkiem i bylo mi... dziwnie. ;) Nie powiem, troche mi serce mocniej zabilo kiedy wycofywalam z garazu, a M. pogrozil mi paluchem, zebym uwazala, bo jestem teraz mocno "sztywna". ;) Na szczescie nie minelo kilka minut a znow poczulam sie za kierownica wlasnego auta niczym ryba w wodzie.
Skoro w sobote spotkala mnie czesciowa porazka zakupowa, a nie zaliczylam wiecej sklepow bo chcialo mi sie siku (klania sie zlopanie kawy bez opamietania :D), w niedziele kontynuuowalam poszukiwania ogorkow gruntowych. Tym razem dopisalo mi szczescie, bo "mieli" je zaraz w pierwszym ogrodniczym. A nie moglam od razu tam podjechac dzien wczesniej?! Ech... Pisze, ze "mieli" w cudzyslowiu, bowiem jakis malo ogarniety pan podal mi poczatkowo sadzonki ogorkow salatkowych! :O Dobrze, ze spojrzalam na etykietki. Niestety, tutaj jako odpowiedz na pandemie, klienci w ogole nie moga wchodzic do srodka. Wszystko podaja ekspedienci. I chociaz kwiaty maja na stoiskach na zewnatrz, to sadzonki warzyw sa schowane. :/ Kiedy wiec powiedzialam panu, ze ja chce ogorki gruntowe, widzialam jak miota sie miedzy polkami sprawdzajac etykiety. W koncu dal mi zas sadzonki zupelnie bez etykiet. Mam wiec nadzieje, ze to faktycznie ogorki do kiszenia, a nie salatkowe, albo co gorsza cukinia, bo na tym etapie sa praktycznie nie odroznienia! :D

W niedzielne popoludnie zabralam sie wiec ostro za sadzenie. Oczywiscie przeszkadzaly pomagaly mi Potworki. No nie moze byc, zeby taka "akcja" odbyla sie bez ich asysty. ;)

"Zasiali gorale..."

Troche zgrzytalam zebami bo przez poranne zakupy mialam lekki poslizg a koniecznie chcialam skonczyc tamtego dnia, ale co bylo robic. Pozwolilam im posadzic kilka sadzonek i pare rzadkow nasion, a potem w asyscie marudzenia, pogonilam z warzywnika zeby jak najszybciej sie z tym uporac.

W tle "miszczyni" drugiego planu :D

A najlepsze, ze Potworki z takim namaszczeniem sialy uwielbiany groszek, a teraz co chwila rzucaja Mai pileczke tak, ze wpada ona (albo pileczka, albo Maya) z impetem w warzywnik! Boje sie myslec co w ogole wykielkuje. Wiekszosc nasion jest za mala zeby cos zauwazyc, ale polowe nasion grochu znalazlam wykopana na wierzch... :/

Co jeszcze sie ciekawego dzialo...

Bi zamarzyly sie loki, ale nie chciala zwyklych fal po warkoczykach. Papilotow nie posiadam, wiec wymyslilam, ze zakrece jej wlosy w swiderki.

Tak kiedys zakrecala wlosy moja babcia, tyle, ze miala je krociusienkie... i moze to byl problem...

Niestety, po godzinie musialam je poluzowac, bo Bi bolala glowa, a rezultat byl... sredni. Mi to bardziej przypominalo dredy, a nie loki. :D

Podciete i zdrowe koncowki tez pewnie by pomogly, ale Bi na szczescie byla zachwycona ;)

Wystawilismy tez poidelko dla kolibrow. Sporo wczesniej niz zazwyczaj, choc kiedy wygooglowalam sobie terminarz wywieszania karmnikow, okazalo sie, ze w naszych okolicach to przelom kwietnia i maja! :O Przyznaje, ze kolibry kojarza mi sie uparcie z cieplem i latem i w kwietniu nawet nie przeszloby mi to przez mysl. ;)
A tymczasem juz od pierwszego wieczora mamy przy poidelku regularnych gosci. Ilu tak naprawde nie wiem, ale na pewno jedna samiczke i jednego samczyka, ktorego mozna poznac po pieknym, czerwonym podgardle. :)

Od jutra mamy tutaj dlugi weekend, 3-dniowy. To taka tutejsza majowka... Jak juz pisalam, mielismy zarezerwowany kemping, ale nam go skasowano. :/ Zaczelam szukac czegos na czerwiec, ale wyglada na to, ze wszystkie okoliczne (w naszym Stanie oraz sasiednich) stanowe kempingi sa zamkniete do polowy czerwca, a nawet po tym terminie nie przyjmuja rezerwacji bojac sie, ze data otwarcia zostanie przesunieta po raz kolejny. Co ciekawe, prywatne kempingi pomalu sie otwieraja, wiec moze uda sie cos jeszcze chwycic na poczatek czerwca. Szkoda tylko, ze na tych kempingach zarowno place zabaw jak i baseny sa zamkniete. :/

Z zaskoczeniem odkrylam za to, ze jedne z polkolonii w naszym miasteczku przyjmuje rezerwacje na wakacje. I tu bije sie z myslami, bo wiadomo, wolalabym jak najdluzej pracowac z domu i opiekowac sie Potworkami. Jesli moglabym oszczedzic im polkolonii, zrobilabym to bez wahania. Z drugiej strony, Stan pomalu otwiera kolejne sektory. Nie wiadomo gdzie bedzie za miesiac. Moze sie okazac, ze nagle dostane nakaz powrotu do biura, a na polkoloniach nie bedzie miejsc... I co wtedy?!

 Dzis (w piatek) dzieciaki mialy w szkole "koncert" skrzypcowy. Kolejny znak obecnych, pochrzanionych czasow. Normalnie wielki koncert odbylby sie w szkole, byloby pieknie i uroczyscie...
A w tym roku? Dzieci mialy jak zwykle nagrac wybrany przez siebie utwor. Jedyna roznica to taka, ze zazwyczaj te nagrania "widza" tylko nauczycielki, a tym razem wrzucaly je one na glowna strone. Panie zachecaly dzieci, zeby, podobnie jak zrobilyby to na "prawdziwy" koncert, ubraly sie uroczyscie, ale sporo malolatow kompletnie to olalo...

Screen z "koncertu" - "Janko Muzykant" :D

Potworki jednak chcialy sie ladniej odstroic, Bi w ogole miala sukienke wybrana juz od tygodnia. ;)

Starsza niesamowicie sie ucieszyla z okazji, zeby ubrac te zolta sukienke. I dobrze, bo wyglada, ze w tym roku moze nie miec wiecej okazji ja zalozyc... :/

Nagralam ich rzepolenie i chyba tylko mi jest przykro, bo z zeszlego roku wiem, jak pieknie to wygladalo (i brzmialo) w szkole... Ta wirtualna namiastka, nie jest nawet ta mizerna namiastka... :(

Tak wlasnie minal 10-ty tydzien w domu. Troche smuteczkow, ze przepadl kemping (ale moze za to M. wezmie sie w koncu za szafki w kuchni, hu hu hu! :D), sporo niedowierzania jak bardzo swiat sie zmienil w ciagu zaledwie dwoch miesiecy, troszke dylematow, ale za to na pocieszenie wreszcie ladna, praktycznie letnia pogoda! :)

6 komentarzy:

  1. Dzien dobry Agato. Dziy jako pierwszy blog jest twoj na tapecie, zawsze czytam jednka nie zawsze komentuje- bo czasu brak a tasiemce maja tyleeeee tematow, ze w polowie zapominam- musialabym robic sobie na margiesie notatki ;)
    Po pierwsze u nas maseczki juz troche sa i czlowiek mimo trudu sie przyzwyczaja, dycha, jeczy i sie poci, potem swedzi...tak mialam wczoraj po 8h na twarzy
    Okularnkiom wspolczuje....
    Fajnie, ze Bi sie tak ladnie ubrala- cos co nam sie moze wydawac smieszne bylo dla niej zapewne bardzo wazne.
    Robactwa sie brzydze....o plazow rowniez.... beee
    Co do urlopu, dokladnie czuje twoj bol. nam przeszedl juz drugi kolo nosa....a tak pieknie byo wszystko poplanowane..
    Wracajac do ostatniego postu- schody po remoncie rewelka, pieknie wygladaja, wszystko trwa jak widze, ale efekty sa, takze badz cierpliwa szafki w kuchni tez beda......kiedys ;) gotowe i ladne :)))
    MIlego weekendu!!

    OdpowiedzUsuń
  2. U nas też remont się trochę przeciąga,bo stolarz nie skończył jeszcze jednej szafki i coś tam musi dorobić.. I okap nowy zdecydowaliśmy się kupić.. I tak co chwilę coś wyskakuje..Ale już jest pięknie :)

    U Was pogoda się poprawiła, a u nas odwrotnie po ciepłym i suchym kwietniu, maj jest chłodny i deszczowy..Dzis jest 15st i pada cały dzień :(

    Maseczki też mnie wkurzają, mam dość!

    Jeśli chodzi o kolonie i wyjazdy wakacyjne jeszcze 2 tygodnie temu minister zdrowia twierdził, że nie ma mowy i nie będzie to możliwe.. A teraz już twierdzą coś innego, otwierają wszystko i wszystko wolno.. Czyli już jest bezpiecznie i wirusa nie ma?? ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. U nas fryzjerzy otwarci od minionego poniedziałku i podobno kolejki takie, że u nas w miejscowości, gdzie jest 5 lub 6 fryzjerów, terminy już są na połowę czerwca.

    Z wakacjami Cię rozumiem. To wszystko się tak zmienia, że naprawdę nie wiadomo co robić. My nadal wahamy się nad swoim wyjazdem, ale chyba coraz bardziej skłaniamy się ku temu, żeby nie jechać. Góry to jednak szlaki, na których zawsze jest sporo ludzi, tam się nie da zejść w bok, gdy nagle okaże się, że ludzi jest dużo i nie ma jak zachować dystansu. Zwłaszcza w tych Stołowych, gdzie przejścia wąskie. A Jasiek już tyle razy nam się dusił z powodu alergii, że aż się boję, co by się stało, gdyby się tym zaraził... Chyba jednak odpuścimy, pojeździmy po okolicznych jeziorach mniej znanych i odwiedzanych, i myślę, że będzie też ok.

    Wspaniałych miałaś pomocników przy warzywniaku i jakich towarzyszy można u Was znaleźć.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ciekawy sposób na kręcenie włosów! Ja to robiłam na warkoczyki :)
    My jeszcze u dziadków, pogoda fatalna :(
    Pozdrawiamy!

    OdpowiedzUsuń
  5. CoVid dostal ksywe (nick-name) freedom stripping virus. Tyle w temacie. Sciema na calym swiecie!
    W kwestii masek: NIH, FDA & CDC przyznaly w roznych oswiadczeniach, odezwach i artykulach, ze to bardziej talizman, niz ochrona. Ale oczywiscie, wszystko zalezy od governorow stanowych. Jak nakazuja - trzeba nosic. Bo kretyni sa u wladzy. Proba swiatowego przewrotu ekonomicznego - wlasciwie sie politykom udala.

    OdpowiedzUsuń
  6. Muszę wypróbować tak zakręcić włosy, że też sama na to nigdy nie wpadłam :) Ja dzisiaj byłam pierwszy dzień w "nowej szkolnej rzeczywistości" i niestety wszystko jest inne, wirus zmienił naszą codzienność do tego stopnia, że dzieci nie potrafią tego zrozumieć. Dlatego nie dziwię się, że Wasz koncert nie dorównuje temu co znacie z poprzednich lat ( chociaż i tak założę się, że super wyszło) !!

    OdpowiedzUsuń