środa, 10 października 2018

Wielowatkowy post o nudnej (? :D) codziennosci

Za mna naprawde nudny weekend... Miala byc wycieczka na jesienny festyn, miala byc przejazdzka rowerowa... A nie bylo nic bowiem w domu uziemnil mnie... okres. ;) Niegdys bylo norma, ze pierwsze trzy dni zdychalam i funkcjonowalam (i to ledwie-ledwie) tylko na konskiej dawce prochow przeciwbolowych. Po narodzinach dzieci cos sie jednak zmienilo. Nie pamietam juz kiedy ostatnio bralam tabletke przeciwbolowa na comiesieczne sprawy. W piatek oraz w sobote jednak po prostu mnie... zalalo. :O Uznalam wiec, ze lepiej trzymac sie blizej domu i lazienki. :)

Tym razem w sobotniej polskiej szkole kolezanke zobaczylam tylko z daleka, kiedy biegalam miedzy pietrami i klasami, odprowadzajac Potworki do docelowych sal. I w sumie dobrze sie stalo, bo z hmm... sytuacja w majtkach raczej nie ryzykowalabym wizyty. :D Pojechalam tylko na szybkie zakupy do Polakowa, a potem pedem do domu. Ale za to w chalupie, zanim musialam pedzic znow po dzieci, udalo mi sie rozpakowac siatki, wstawic pranie, przelozyc wyprane do suszarki, odkurzyc oraz umyc podlogi na gorze, poscielic lozka... Bylam z siebie niesamowicie dumna. ;)

Jesli juz jestem przy polskiej szkole, to weszlam na ich strone, zeby sprawdzic prace domowa na kolejna sobote i sie zalamalam. Te stronki to taka troche forma komunikacji z rodzicami. Nie ma tam stricte pracy domowej, ale panie zamieszczaja rowniez rozne informacje o tym co sie dzieje w klasie. Tym razem wychowawczyni przypominala o odpowiednim galowym stroju i padlam kiedy przeczytalam, ze dziewczynki maja sie ubrac w ciemne "spUdniczki"... Mam nadzieje, ze to tylko literowka, bo w koncu owa pani ma uczyc moje dziecko jezyka polskiego, a jesli sama jest na bakier w ortografia, to kiepsko to widze. ;)

W niedziele wrocilo do nas hamerykanckie lato - slupek rteci dobil do 27 stopni, a wilgotnosc skoczyla do 75%. Slowem, bylo dosc paskudnie. ;) Poobcinalam las uschnietych rudbekii, po czym zgrabilam te kupe badyli, zanioslam na ognisko i bylam zlana potem, bynajmniej nie ze zmeczenia.

Bylo tak goraco, ze pozwolilam Potworkom pryskac sie pistoletami na wode. Kilka domow dalej widzialam zas, ze ludzie wystawili dla dzieci maly, dmuchany basenik ;)

Az zal bylo, ze nie skorzystalismy nieco lepiej z tej letniej pogody. Ale coz, ja niedysponowana, a M. nadal dlubie w lazience. Jego entuzjazm maleje z kazdym minionym dniem, ale pomalu prze do przodu. ;) W zeszla srode, w lazience stanely w koncu wszystkie sciany wokol prysznica:

Zielono mi... ;)

W weekend zas przyszla kolej na pokrycie ich wodoodpornym glutem. ;) Pisze "glutem", bo taka ma to cos konsystencje. ;) Przypomina kisiel, ale kiedy zasycha tworzy warstwe przypominajaca plastik. Poczatkowo wydawalo sie, ze pojdzie szybko, bo pierwsza warstwa wyschla ekspresowo. Teraz wydaje nam sie, ze ona nie wyschla, tylko wsiakla w sciane, bo w ciagu doslownie kilku minut sciany byly suchutkie. Kazda kolejna warstwa schnie dluzej, a trzeba polozyc ich przynajmniej 3. M. polozyl 4 i ostatnie dwie schly juz kilka godzin. Mimo ze na puszce tego specyfiku napisane jest "low-odor", ohydztwo cuchnie paskudnie, nawet suche. Lazienka jest przy naszej sypialni i mam wrazenie, ze nawet posciel jest juz przesiaknieta tym chemicznym zapachem. Mam nadzieje, ze sie nie podtrujemy. :/

Szkoda, ze nie zrobilam zdjecia mokrych scian, bo mokry "glut" ma oczojebny odcien rozu. Tutaj widac juz suche 4 warstwy. ;)

W niedziele pod wieczor nawiedzila nas dawno niewidziana kolezanka Bi z siostra. Mimo, ze mieszkamy po sasiedzku, jakos od poczatku roku nie mozemy sie zgadac. Jak my jestesmy w domu, to nie ma ich i odwrotnie. W koncu jednak wpadly na godzinke. Patrzac na Bi i jej psiapsiolke nie dziwie sie, ze sie kumpluja. Obydwie sa niesamowicie zywiolowe i glosne. We dwie narobily tyle pisku, ze glupio mi bylo przed sasiadami z boku, ktorzy siedzieli na tarasie, ale chwile pozniej ewakuowali sie do domu. Pewnie mieli dosc. Wiem, ze ja mialam, a nie moglam uciec, bo musialam pilnowac czeredy. Dodatkowo, do harmideru dolaczyla siostra kolezanki, a potrafi wydac z siebie sporo decybeli oraz Nik, ktory chyba zeby nie odstawac od dziewczyn, wydawal z siebie dzwieki o zupelnie niechlopiecej wysokosci. ;)

W poniedzialek zas lato sobie poszlo. Mialo byc 18-19 stopni, wiec mimo porannego chlodu, pojechalam do pracy w jednej bluzeczce. O ja naiwna! Wracajac po poludniu szczekalam zebami, bo nie dosc, ze temperatura stanela na 15 stopniach to jeszcze zaczelo mzyc. ;)

Poniedzialek i wtorek dzieciaki mialy wolne od szkoly. Pierwszego dnia obchodzony byl Columbus Day (kolejne z irytujacych swiat, kiedy tylko szkoly, banki oraz urzedy stanowe sa zamkniete, a ty martw sie rodzicu :/), drugiego zas nauczyciele mieli szkolenia. Pisalam juz chyba, ze tutejszym nauczycielom w doopach sie przewraca? ;) Zartuje oczywiscie, wiem ze to nielatwy kawalek chleba, ale zamiast urzadzac im szkolenia wieczorami lub w weekendy, maja je w srodku tygodnia w dzien, co znow powoduje bol glowy pracujacych rodzicow, ktorzy nie maja co zrobic z dziecmi. ;) Tym razem, polaczenie szkolenia ze swietem Kolumba dawalo 4-dniowy weekend, co fajne moze bylo dla dzieciarni, ale dla mnie to przegiecie. W poniedzialek zostal z Potworkami M. i liczylam, ze moze podgoni nieco remont lazienki, ale niestety, wybral doprowadzenie do jako takiego porzadku ogrodu. Rzeczywiscie trawa blagala juz wrecz o skoszenie, ale kurcze, ja chce juz miec swoja lazienke! :D Mam dosc korzystania z tej potworkowej oraz syfu (ktory niesie sie na sypialnie) i smrodu wlasnej! W koncu jednak, w poniedzialek M. polozyl jeszcze ostatnia warstwe wodoodpornego gluta i korzystajac, ze kolejnego dnia dzieci nie szly do szkoly, a wiec nie musielismy sie martwic o polozenie ich do lozek o rozsadnej porze, pojechalismy do sklepu wybrac drzwi do prysznica. Dzien nie byl wiec do konca lazienkowo stracony. ;)

We wtorek przyszla kolej na mnie, zeby zostac z Potworkami w domu i mialam farta jak cholera, bo lato postanowilo wrocic. Znow bylo 25 stopni, z nieodlaczna wilgotnoscia, ale w miare znosna. Jak mialam juz pomalu chowac krotkie spodenki oraz spodniczki, tak ciesze sie, ze tego nie zrobilam, bo jednak jeszcze sie przydaja, choc to juz ich ostatnie podrygi. Ciesze sie tymi goracymi dniami, bo od piatku mamy miec gwaltowne nadejscie jesieni. Temperatura ma spasc do 12-14 stopni i zadnego ocieplenia na horyzoncie, brrr... Nie powinnam jednak chyba zbytnio narzekac, w koncu to juz prawie polowa pazdziernika...

Wielkich planow na wtorek nie robilam. Chcialam spedzic dzien spokojnie, zabrac Potworki na plac zabaw, upiec ciasto (chodzila za mna szarlotka)... Musialam tylko podjechac do biblioteki oddac ksiazki i wypozyczyc kilka nowych dla dzieci. Myslalam, ze zamkne sie w pol godziny, ale jak zwykle, plany planami, a zycie sobie. ;) Musze Wam troche nakreslic sytuacje. Otoz, biblioteka znajduje sie przy jednej z glownych ulic, a prowadzi do niej boczna uliczka, ktora mozna rowniez wjechac na szczyt wzgorza, gdzie miesci sie tutejsze High School. Po przeciwnej stronie tej uliczki, znajduje sie urzad miasta. Razem tworza taki jakby trojkat. Jadac do biblioteki zupelnie nie pomyslalam, ze szkolenie dla nauczycieli odbywa sie wlasnie w high school i tego konsekwencjach. Najwyrazniej zabraklo przy nim miejsc parkingowych, bowiem widzialam na szczycie wzgorza pelniusienki parking, a i przy bibliotece oraz urzedzie miasta wszystkie miejsca byly zajete. Jak na zlosc, poniewaz w naszym miasteczku byl to dzien wolny od szkoly, wiec czesc bibliotecznego parkingu zajeta byla rowniez przez wozy strazackie, ktore przyjechaly zapewnic atrakcje dla dzieci odwiedzajacych ten przybytek. Ten "trojkat" zlozony ze szkoly, biblioteki oraz urzedu otoczony jest przez las, nie ma wiec mozliwosci zaparkowac gdzies dalej i sie przejsc. Tak, mieszkam na lekkim zadupiu. ;) Krazylam miedzy biblioteka a urzedem miasta przez dobrych kilka minut, szukajac wolnego miejsca. Juz mialam sie poddac, ale po pierwsze - tego dnia mijal termin oddania ksiazek, a nie chcialo mi sie jezdzic w te i we w te, a po drugie - Potworki dojrzaly juz wozy strazackie i az piszczaly, zeby sie do nich wdrapac. :D Krazylam wiec cierpliwie dalej i w koncu zaparkowalam na jednym z ostatnich pustych miejsc, az ZA budynkiem urzedu miasta. Rozgladalam sie troche nerwowo, bo ta czesc parkingu graniczy z lasem, a sasiadom kilka dni temu znow niedzwiedz dobral sie do smieci... ;)

Potem Potworki radosnie oddaly sie kontemplacji czerwonych wozow strazackich, od ktorych w koncu z trudem ich odciagnelam.

Taka gratka na wolny dzien! ;)

Mielismy (czy raczej Potworki mialy) szczescie, bo kiedy pozniej wyszlismy z biblioteki, wozow juz nie bylo

W bibliotece kolejny zonk - dorwala mnie kobita, ktora znam tylko z widzenia z kosciola. Paplala przez kilkanascie minut, podniecona, ze mieszkamy w tym samym miescie, a ona myslala, ze w innych, a ja probowalam grzecznie sluchac i potakiwac, starajac sie jednoczesnie nie stracic z oczu Potworkow, ktore rozbiegly sie po sali (strazacy przyciagneli mase ludu i czesc dziecieca biblioteki roila sie od berbeci z rodzicami). Wnuczek owej kobiety stal grzecznie przy niej. Nie wiem jak ona go zaczarowala... ;)
Kiedy w koncu Potworki wybraly sobie ksiazki, podjechalam jeszcze po kawe i po powrocie do domu okazalo sie, ze minely prawie 2 godziny! To tyle z szybkiego podjechania do biblioteki... ;)

Reszta dnia minela ekspresowo. To zadziwiajace jak szybko czas pedzi kiedy czlowiek ma wolne... ;) Pogadalam na skypie z siorka, wcisnelam w Potworki obiad (wyobrazcie sobie, ze mozna jest miske zupy 1.5 godziny i to byla zupka, ktora LUBIA!), po czym zabralam ich na obiecany plac zabaw.


Poszaleli, pobiegali, pomarudzili, kiedy matka wymiekla na goracym sloncu i odmowila niekonczacego sie bujania i czas byl wracac.


Reszte wieczora spedzilismy i tak w ogrodzie, korzystajac z ostatkow lata.
Upieklam tez w koncu te szarlotke, choc do pogody bardziej pasowalby sernik na zimno. :D

Z pomniejszych, choc dla matki - wariatki rownie waznych wydarzen, Bi wypadla pierwsza gorna dwojka. Znienacka, kiedy dziecko lezalo juz w lozku, oczytane i utulone. ;) Nagle przypedzilo na dol podniecone, ze wypadl! Kolejny zabek! Byl to tez pierwszy zab, ktorego Bi nie wsadzila natychmiast pod poduszke dla Wrozki Zebuszki. Oswiadczyla, ze chce sie nim jeszcze nacieszyc i podlozyla go dopiero kolejnej nocy. ;)
Poniewaz jedna z gornych jedynek dopiero sie niesmialo wyrzyna, kolejna szczerba po drugiej stronie oznacza, ze Bi ma w buzi dwie luki, a miedzy nimi ogromny, staly zab.


Wyglada to przekomicznie i pokladam sie ze smiechu za kazdym razem kiedy sie usmiecha. Co oczywiscie wywoluje obraze majestatu, ale to zupelnie inna historia... ;)

Potworki nadal chodza na basen, ale zostaly juz tylko 2 zajecia w tej sesji. Niesamowite jak szybko ucieklo 6 tygodni... Moge za to z duma napisac, ze Nik "awansowal" na poziom 3. Nadal jest tez chetny, zeby na te zajecia uczeszczac, co oczywiscie bardzo mnie cieszy.

Tu Nik wysforowal sie naprzod :)

Za to Bi... Ona konczy wlasnie poziom 5/6, ktory jest tutaj ostatnim. Zastanawialam sie co z nia dalej robic, ale z pomoca, choc nie pytany, przyszedl jej instruktor. Sam mnie zaczepil, zeby podpowiedziec, ze Starsza jest gotowa zeby dolaczyc do najnizszego poziomu druzyny plywackiej. Chyba nie musze mowic jaka jestem dumna? ;) Poki co Bi jest chetna, rodzice sa chetni, wiec zapisujemy. Zobaczymy co bedzie po pierwszych zawodach, jak Starsza przegra (albo i nie) z kretesem. :D

A tu Bi ze swoim instruktorem

Druzyna plywacka to juz jednak nie przelewki. Treningi sa 3 razy w tygodniu, chociaz Bi moze chodzic tylko na 2, bowiem sobotni odpada ze wzgledu na polska szkole... Nawet jednak dwa, to juz dwa wieczory w tygodniu spedzone w biegu. Treningi sa od 17:45 do 18:30, czyli kiedy wpadniemy do domu bedzie juz pora kolacji i szykowania sie do snu. Lekcje bedzie Bi musiala odrobic przed treningami, bo "po" nie bedzie zwyczajnie czasu. Do tego dochodzi jeszcze Kokus. Chcialam zapisac go na zajecia wlasnie o 17:45, zeby czasowo polaczyc je z treningiem Bi, ale niestety, "zwykle" lekcje sa wczesniej. Wyglada wiec, ze raz w tygodniu bede musiala spedzic poltorej godziny na basenie, najpierw z jednym, potem z drugim Potworkiem. Nie sadze bowiem, zeby tatus pisal sie na odwozenie, zreszta dzieciaki nauczone, ze na dodatkowe zajecia jezdza z mama, zazwyczaj jecza, ze "z tatusiem nie, z mamusia...". ;)

A tak poza tym to nie dzieje sie NIC! :D

17 komentarzy:

  1. Zaczynam się przyzwyczajać, że gdy piszesz, że u Was nie dzieje się nic, to znaczy, że dzieje się mnóstwo :D Ja bardzo lubię takie zabiegane dni, nawet tygodnie, największą katorgą było dla mnie zawsze, gdy naprawdę nie działo się niiic. Choć święty spokój też czasem lubię.

    Podrzuć trochę tej szarlotki ;)

    Gratulacje dla Bi! - może jeszcze przed nią kariera pływacka? My rozpoczynamy basen od lutego, czekam na to ni to ze strachem, ni z ekscytacją.

    U nas dziś było w dzień 17 stopni, wieczorem 13 stopni, i serio, wydawało mi się, że to bardzo ciepło jak na połowę października, skoro możemy spacerować do zmroku w dresach i bez czapek. Po Twoim wpisie stwierdziłam, że jednak mogło być jeszcze lepiej - ale u nas upałów się nie spodziewam :D

    Uściski!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Matko Kaszubko zanim się zorientowałam zamknęłaś bloga, a ja nie mam kluczyków. Czy mogę je otrzymać? Sylwia M.

      Usuń
    2. Oczywiście :) Proszę podać tylko jakiś adres mailowy, na który mogłabym wysłać zaproszenie :)

      Usuń
    3. Dziękuję z góry: f.mituraf@wp.pl
      Sylwia

      Usuń
  2. U nas też lato od wczoraj, przed spacerem z Lusia musiałam się przeprosić z krotkimi spodenkami, bo na długie było zdecydowanie za gorąco. Za to po południu szybko robi się chlodno.
    Nasz Junior też polknal bakcyla pływania, ale chce żeby uczył go tata. Więc chodzą na basen razem. Przed chwilą wyjelam biszkopt z piekarnika do juniorowego tortu, a szarlotke runie na sobotnia imprezę. Będzie na gorąco z lodami ��

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mialo byc robie, a nie runie ����

      Usuń
  3. Hahaha, znowu nic sie nie dzialo. Czyli cala godzina opowiesci. Brawo!
    Z poczatkow mojej imigracji, pamietam takie (szerzej dosc popularne) powiedzonko uzywane przez bardzo juz starszego Amerykanina, gdy zapytywano go "Co slychac, co nowego?" Zawsze wtedy odpowiadal: "Nic sie nie dzieje, jak za administracji Cartera!" Wg ludzi z jego pokolenia, za czasow prezydentury Cartera (1977-1981) w USA panowal marazm gospodarczy i polityczny, kryzys paliwowy itd. Dopiero za adminstracji Reagana cos sie ruszylo. Zas ok. 10 lat temu spotkalam na przyjeciu innego staruszka, ktory opowiadal o swym zyciu, ze za Cartera jego kariera kwitla, bo byl demokrata, a wlasnie za Reagana nastapil kompletny marazm dla jego srodowiska, bo wladze obciely wszelkie "demokratyczne programy", on zostal zwolniony z pracy i dlugo klepal biede. Wniosek? - Punkt widzenia zalezy od punktu siedzenia. Zawsze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aha, i znowu sie wtrace z gramatyka: "...dziewczynki maja ubrac ciemne "spUdniczki"... Matko Boska! W tej poskiej szkole nie dosc, ze ortografia makabryczna - to i gramatyka tam szwankuje! Uwazajcie, zeby Wam dzieci tam nie nauczyli po polskiemu, zamiast po polsku. Ubrac SIE W spodniczke!

      Usuń
  4. U nas cudowne babie lato! U mnie po ciąży też nieco się zmieniło i nie muszę brać leków :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Taaa, nic się nie dzieje ;)
    Pozdrawiam serdecznie w swoim zabieganiu.
    Ale jesień piękna...

    OdpowiedzUsuń
  6. Brawo dla Bi. Może pływanie w drużynie okaże się strzałem w dziesiątkę:)
    A spUdniczka rozwaliła system;)))

    OdpowiedzUsuń
  7. Jak ja uwielbiam tą Waszą nudną rzeczywistość :) U nas też cały czas lato (co jakiś czas przeplatane jednym jesiennym dniem). Temp. w dzień dość wysokie (rano chłodno), ale ludzie i tak juz pochowali krótkie gatki- nie ważne, że prawie 30 stopni bo przecież to pażdziernik ;) I tak gdy dwa dni temu spacerowaliśmy z wózkiem, ja krótki rękaw i ściągałam synowi sweterek by on również muskał skórę słońcem, przemknęła nam obok Pani w kurteczce termicznej, zapięta pod samą szyję :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Noooo normalnie nudy na pudy 😁 u nas babie lato ma jeszcze nas rozpieszczac przez prawie dwa tygodnie - oby prognozy sie sprawdzily.
    Basenu Potworkom 'zazdroszcze' - sama b poplywala ;-)

    OdpowiedzUsuń
  9. U nas ten tydzień też upłynął pod kątem zęba i Milenka nie bardzo chciała się z nim rozstawać. Bałam się, że włoży go z powrotem do pyszczka i przez przypadek połknie, więc jakimś cudem zarekwirowałam :D

    OdpowiedzUsuń
  10. Gratulacje dla Bi! I powodzenia z łazienką, mam nadzieję, że już niedługo będziemy podziwiać zdjęcia końcowe :D
    Do nas też lato wróciło i człowiek nie wie, jak się ubrać. A co gorsza nie wiem jak ubrać małą, bo boję się ją tak rozbierać, a z drugiej strony nie chcę jej przegrzewać :/
    Czekamy na nowy post, może coś się wreszcie u Was zacznie dziać! Bo teraz to faktycznie nuda ;)

    OdpowiedzUsuń
  11. Bi! Ale masz fajne zębole :D
    Igoreckiemu wypadły dwa przednie właśnie, też wygląda super :D


    PS i też się obraża, bo rżę gdy widzę te szparki dwie, ale ciiii :D

    OdpowiedzUsuń
  12. Hej a u nas złota polska jesień z latem 😆😆😆
    Uwielbiam taki czas
    Komunikują że się kończy
    Uśmiech młodej bezcenny

    OdpowiedzUsuń