sobota, 30 stycznia 2021

Ostatnie dni stycznia

Za nami mrozny weekend (poprzedni, nie obecny). Temperaturowo moze i w dzien oba dni utrzymywaly sie okolo zera, ale arktyczny wiatr sprawial, ze odczuwalna byla grubo na minusie. Poza wyjsciem do kosciola (tym razem w sobotnie popoludnie, bo w niedziele M. szedl rano do pracy), nie ruszalismy sie z domu. Znaczy sie ja oraz Potworki, bo malzonek pracowal w oba weekendowe dni. W sobote rano oczywiscie Potworki mialy zdalna Polska Szkole, a poza tym to juz relaks pelna geba. W niedzielne popoludnie dostalam wiadomosc, ze moja siostra niespodziewanie urodzila swoje trzecie dziecko, a zarazem pierwszego chlopczyka. :) To znaczy, wlasciwie to byla po terminie, wiec byl juz odpowiedni czas na malenstwo, ale kiedy ostatni raz z nia gadalam, mowila, ze nic sie nie dzieje i we wtorek idzie na wywolanie. A tu taka niespodzianka! W kazdym razie, wszystko poszlo szybko i bezproblemowo, a po narodzinach malego Julka, Nik przestal byc "rodzynkiem" w mojej czesci rodziny. ;)

A! Jeszcze w sobote, wracajac z pracy, M. zajechal do sklepu meblowego, w ktorym zamowilismy szafke pod telewizor. W dzisiejszych czasach z kupnem mebli jest kicha, wiec mielismy czekac na nia 4-5 tygodni. Minelo tymczasem ponad 6, proby dodzwonienia sie do sklepu konczyly sie fiaskiem i w koncu M. stwierdzil, ze pojedzie tam osobiscie. Ponuro przewidywalam, ze przez koronaswirusa zamowienie utknelo niewiadomo gdzie i bedziemy na szafke czekac do ruskiego lata... Tymczasem w sklepie powiedzieli M., ze akurat dzien wczesniej szafka przyszla, ale nie dzwonili, bo bylo juz pozno, a w soboty nie dzwonia (ciekawe dlaczego, skoro sklep otwarty jest do wieczora), mieli dzwonic w poniedzialek, ale skoro juz przyjeeechal, to moze szafke odebrac. Tia... Jakos dziwnie mam podejrzenie, ze mebel stal sobie jakis czas zapomniany, w magazynie... ;) W kazdym razie w koncu jest i salon niniejszym uwazam za umeblowany! W koncu! :D Poniewaz jednak zawsze musi byc jakies "niestety", takie szafki prezentuja sie najlepiej, kiedy sa dluzsze niz telewizor. Nasza jednak byla dostepna tylko w jednym rozmiarze, a ze tv mamy ogromne, wiec niestety jest krotsza.

Tak to wyglada...
 

Wybralismy ja jednak, bo tworzy komplet ze stolikiem oraz mniejsza szafka w kacie pokoju. Mielismy do wyboru albo wziac te szafke, albo probowac dobrac cos do pozostalych mebli tyle o ile, albo sprzedac stolik oraz mala szafke i kupic caly inny zestaw. A ze te mamy niecale 3 lata, bo kupilismy je po przeprowadzce do nowego domu, to troche nam bylo szkoda. Padlo wiec na pierwsza opcje. Nie jest idealnie, ale walnelam przy niej kwiatka zeby optycznie poszerzyc ten kat (nie mowiac juz o lekkim zamaskowaniu kabli oraz kontaktu) i chyba nie jest tragicznie. ;)

W poniedzialek Potworki mialy religie. Okazalo sie, ze pani zrobila im test z tego, czego mieli dotychczas sie nauczyc. Sama jestem ciekawa jak im poszlo. Oni twierdza, ze byl latwy, ale ja wiem jak potrafia z rozpedu walnac sie na najmniejszej glupocie, wiec zobaczymy. :D Mamy tez wreszcie date Komunii - 29 maja. Najpierw sie ucieszylam, bo dzieci moich kolezanek maja ja tego samego dnia, a po chwili sie podlamalam, kiedy uswiadomilam sobie, ze to jest dlugi weekend majowy!!! Nie mieli na kiedy wyznaczac terminu, no! Przeciez my planowalismy na ten weekend kemping! Zawsze dlugim weekendem majowym otwieramy sezon kempingowy! :/ Dzieci sa podzielone na dwie grupy i teoretycznie moglabym poprosic o przeniesienie ich do drugiej, ale Potworki juz ciesza sie, ze beda w grupie z kolegami, ktorych znaja i nie mam serca ich tego pozbawiac... Zla jestem jednak, bo kto, do cholery, ustala Komunie na dlugi weekend, kiedy tradycyjnie ludzie planuja wyjazdy... :/ Chyba, ze uznali, ze z powodu korony nikt nie bedzie wyjezdzal... Juz i tak zastrzegaja, ze wszystkie proby oraz ceremonie dzieci beda mialy w maseczkach, a w kosciele z dzieckiem moga byc tylko rodzice i rodzenstwo... Nam wszystko jedno, bo i tak nasza dalsza "rodzina" ogranicza sie do dwoch osob, ale podejrzewam, ze ci, ktorzy maja tu cala familie, woleliby pewnie zeby juz ta Komunia odbyla sie jak w minionym roku - osobno dla kazdej rodziny, bo co za sens urzadzac wielkie przyjecie, jak nikt oprocz rodzicow nie bedzie swiadkiem najwazniejszego - samej ceremonii?! Decyzje jednak podjeto taka a nie inna, a do konca maja moze i tak sie okazac, ze trzeba bedzie cos pozmieniac. Nie ma wiec co zanadto roztrzasac...

We wtorek w koncu doczekalismy sie i my wiekszego opadu sniegu. Glowna czesc sztormu przeszla na poludnie od nas, wiec ilosc moze doopy nie urywala, ale dla Potworkow i tak radosc byla ogromna. Dla mnie mniej. Zapowiadali sniezyce na wtorkowe popoludnie juz od kilku dni, ale przyjelam to na zasadzie "uwierze jak zobacze". Rano prognozy nadal pokazywaly, ze ma zaczac padac okolo 14 po poludniu i wzruszylam ramionami, ze pewnie zacznie gdzies o 17. ;) Zawiozlam Potworki do szkoly, a potem pojechalam do pracy, gdzie zabawilam dluzej niz planowalam. Wychodzac, natknelam sie bowiem na jegomoscia, ktory dostarcza do laboratoriow gaz. Okazalo sie, ze jest tam pierwszy raz, rozlozyl bezradnie rece, ze nie wie gdzie isc, nikt nie odbiera jego rozpaczliwych telefonow, a on chce wrocic do bazy zanim zacznie sniezyc... Coz bylo robic... Pobawilam sie w dobrego Samarytanina i obeszlam z facetem budynek, pokazujac mu dokad sie udac. Moze dobry uczynek nie pojdzie w zapomnienie. ;) W kazdym razie, dotarlam do domu i dopiero tam zerknelam na telefon, ktory w pracy zawsze wyciszam i ktorego zawsze zapominam potem wlaczyc. A tam... maile, nieodebrane polaczenia i wiadomosci glosowe... wszystkie na ten sam temat. W ciagu trzech godzin prognozy tak sie pozmienialy, ze nasza miejscowosc zdecydowala sie skrocic lekcje o godzine! :O Najpierw sie wkurzylam. Wrocilam z pracy, chcialam wypic spokojnie kawke i popracowac jeszcze na kompie z domu. Tymczasem musialam na gwaltu rety szykowac obiad, zeby miec czym nakarmic wyglodniale potomstwo... W dodatku oczywiscie, poki co z nieba nie spadal ani plateczek sniegu... Przeklinalam w myslach te skrocone lekcje, ale nagle... zaczelo sypac. Jakas godzine przed koncem zajec i w jednej chwili zrobilo sie bialo, a z kazda minuta robilo sie gorzej. Kiedy przyszla pora, jechalam z dusza na ramieniu rozwijajac iscie slimacze predkosci. Drogowcy jeszcze nawet nie wyjechali na drogi, wszystko zasypane, widocznosc znikoma... Dobrze, ze Potworki w miare szybko wylazly ze szkoly i pomalutku, bezpiecznie dojechalismy z powrotem. Pozalowalam tym razem jednak szczerze, ze dzieciaki nie jezdza autobusem. ;) W kazdym razie, po powrocie, obiedzie, itd. zabralam Potworki na snieg.

Od strony garazu czujnik zapalal lampy

Po drugiej stronie domu egipskie ciemnosci. A snieg, jak widac, nadal padal :)

W zasadzie to srednio mi sie chcialo, ale tak szaleli, ze uznalam, ze bedzie to jedyny sposob zeby sie troche wybiegali. Szkoda, ze wtedy zrobila sie juz 17, wiec po chwili bylo prawie zupelnie ciemno i trzeba bylo wracac. Radosci bylo jednak co niemiara. :)

W srode rano nadal proszylo, ale ze na popoludnie zapowiadali plusowe temperatury, wiekszosc okolicznych miasteczek opoznila lekcje zamiast zamknac szkoly kompletnie. Zamiast na 9, Potworki jechaly wiec na 11, a ranek wykorzystaly na byczenie sie, snucie w pizamach i jedzenie platkow bite 40 minut. :D A po szkole, ponownie na snieg. Trzeba sie bylo nacieszyc, zanim przyjda mrozy tak siarczyste, ze nosa z domu nie chce sie wysciubiac. ;)

Tu, zjezdzajaca siostra malo nie podciela Kokusiowi nog. Odskoczyl w ostatniej chwili :D

Jak widac, ilosc tego sniegu jest dosc licha, ale dzieki mrozom, utrzymala sie do dzis

W koncu wiec dzieciaki doczekaly sie troche puchu, tylko co z tego, jak juz w czwartek zrobila sie Syberia. Jest potwornie zimno, a lodowaty wicher jeszcze poglebia to wrazenie. Kiedy temperatura w dzien nie podnosi sie powyzej -6, a do tego wieje z polnocy, to nie jest to pogoda na ganianie po podworku. No dobra, wiem, ze Potworki  oswiadczylyby, ze im przeciez cieplo, ale ja nie mam ochoty w takiej temperaturze tkwic na zewnatrz zeby miec ich na oku. Wystarczy mi te kilkanascie minut przed szkola, kiedy stoje i trzese sie jak osika. Ciesze sie, ze Polska Szkola jest nadal na Zoom'ie i chociaz tam nie musze Potworkow w sobote wiezc. Troche jestem tez zla i rozczarowana, bo myslalam zeby wyciagnac rodzine na narty (albo pojechac samej z Kokusiem i juz), ale w sobote maja nadal byc arktyczne temperatury i porywisty wiatr, a w niedziele, kiedy zapowiadaja lekkie ocieplenie (przy -3 juz mozna poszusowac ;P) Potworki maja pierwszy trening tenisa... Poki co, tyle wiec z nart... :/

W piatek Bi stracila kolejnego mleczaka, tym razem, prawego dolnego kla. Radosc oczywiscie wielka i podekscytowanie na mysl o Wrozce Zebuszce. Ciekawe kiedy ta moja prawie 10-latka domysli sie, ze to rodzice podkladaja kase? ;) Oby nie za szybko, ta wiara w magie jest piekna, a dziecinstwo taaakie krotkie. Zreszta, u nas to mysle, ze Nik pierwszy definitywnie przestanie wierzyc w Mikolaja, Zebowe Wrozki, itd. Bi, choc starsza, po prostu chce wierzyc i podejrzewam, ze dopiero kiedy ktos powie jej stanowczo, ze tego nie ma, porzuci te wiare. Ja w kazdym razie nie zamierzam byc tym kims. ;)

 Troche strachu napedzila nam w tym tygodniu moja tesciowa. Poniewaz jestesmy daleko, jak zwykle dowiadujemy sie o wszystkim na koncu. Okazuje sie, ze od ponad tygodnia ma jakies krwawienia z miejsc, hmmm, kobiecych. Poniewaz konczy ona juz 70 lat, a wiec od menopauzy minelo sporo czasu, po przeczekaniu czy "samo przejdzie", tesciowa udala sie do lekarza, a ten czym predzej skierowal ja na zabieg do szpitala. Pandemia wszystko utrudnia, ale na szczescie przyjeli tesciowa w ciagu kilku dni i przeprowadzili histeroskopie, usuwajac przyczyne. Niestety, tesciowa nie wie dokladnie co jej usuneli, czy guzek, czy miesniaki, w kazdym razie cokolwiek to bylo, wyslane zostalo na badanie. Tesciowa twierdzi, ze lekarz byl zadowolony z przebiegu, a ja sie martwie. Wydaje mi sie, ze lekarz potrafi rozpoznac miesniaki macicy, a jesli to one, to po co wysylac na badanie? Z drugiej strony, jesli podejrzewaliby raka, to raczej usuneliby chyba wszystko od razu, skoro tesciowa jest juz dawno poza wiekiem rozrodczym? Tak w kazdym razie zrobili mojej cioci... Pozostaje czekac te 3 tygodnie na wyniki i trzymac kciuki...

Zeby nie konczyc zmartwieniami, pokaze Wam nowy sposob Potworkow na zrobienie kakao. Dzieciaki zobaczyly gdzies filmik z balwankami roztapiajacymi sie w cieplym mleku, a mi udalo sie dorwac je na niezawodnym Amazonie. Musze przyznac, ze efekt jest spektakularny, bo balwan najpierw chwile unosi sie na powierzchni, a potem nagle zapada sie po szyje w mleku.

"Stopnialy" balwanek ;)
 

Wyglada faktycznie jakby sie roztapial. ;) Tak naprawde to z tylu czekolada jest nadpilowana i roztapia sie otwierajac wnetrze, zktorego wyplywaja na powierzchnie pianki. Ostatecznie, takie kakao to wiecej zabawy niz pozytku, bowiem balwanek jest czekoladowy, a wiec kakao jest rowniez bardzo "czekoladowe", ma troche dziwna konsystencje i Potworkom nie smakuje. :D

sobota, 23 stycznia 2021

Alez zlecial ten (ponad) tydzien!

A najlepsze, ze w wiekszosc dni nie robilismy nic specjalnego. A jednak czas gna jak szalony...

Popsul mi sie blogger. Niby jestem zalogowana, niby moge publikowac posty, ale jako administrator powinnam byc tez w stanie usunac niechciane komentarze. Tymczasem ta opcja mi zniknela. Pod ostatnim postem znalazl sie spam, chcialam go usunac i zonk. Ktos moze tak mial i wie jak to naprawic?

W zeszlym tygodniu, mimo ze po moim ataku nerki nadal nie do konca odzyskalam sil, zmuszona bylam pojechac do biura i w czwartek i w piatek... Zla bylam, bo planowalam siedziec w domu, wcinac antybiotyk i wygrzewac nereczke, ale coz. Jak mus to mus. Swoja droga, co to za dziadostwo ta kolka nerkowa! Po pierwszej dawce antybiotyku ustaly najgorsze dolegliwosci, ale przez prawie caly tydzien, co jakis czas czulam uklucie bolu. Czasem przy przygieciu nogi, a czasem zupelnie bez powodu... Tak naprawde dopiero w niedziele poczulam, ze bol znikl calkowicie, a ostatnia dawke antybiotyku wzielam w poniedzialek rano. Z tego powodu czuje sie teraz jak na bombie. Mam wizje, ze infekcje tylko "zaleczylam", a nie wy-leczylam, ze objawy sa maskowane przez antybiotyk, ktory nadal wyplukuje sie z organizmu i za dzien - dwa bol wroci. Na szczescie, jakby cos, mam moje tableteczki z opiatami, wiec powinnam jakos sie dokulac do lekarza. ;)

Wracajac do minionego tygodnia. W piatek, kiedy podjechalam pod szkole zeby odebrac dzieci, mialam szczescie podejrzec jak bawi sie na boisku klasa Bi. To rzadki fuks, bowiem wszystkie klasy maja rotacje grafikow oraz przestrzeni: sa albo na boisku, albo placu zabaw, albo wyasfaltowanej przestrzeni pod samym budynkiem. Bi juz drugi raz widzialam na boisku, natomiast Nika tylko raz kiedys podgladalam daleeeko, az na placu zabaw. Poza tym, zazwyczaj widze inne klasy i roczniki.

Zabawa w limbo. Akurat Bi przechodzi pod skakanka
 

Tym razem Bi byla tuz przed moim nosem, w ktoryms momencie moglabym nawet przysiac, ze patrzyla prosto na mnie (bylam w aucie), machalam jej, ale potem powiedziala, ze mnie nie widziala...

 W sobote rano odbyla sie wirtualna Polska Szkola, a potem pojechalam do kolezanki na urodziny jej syna. Mlody jest z rocznika Kokusia, ale ze urodzil sie w styczniu, konczyl juz 9 lat, a Nik dopiero co skonczyl 8. Smiesznie troche, szczegolnie, ze moj mlodszy, ale wyzszy. :D

Fota strzelona podczas spiewania "Happy Birthday", ale na zdjeciu nie wyglada zeby ktorekolwiek z dzieci spiewalo :D
 

W kazdym razie byly nas cztery dziewczyny oraz osmioro dzieci, mlodziez wiec wyszalala sie za wszystkie czasy, a matki nagadaly. Zdecydowanie mila odskocznia w dzisiejszych czasach. :)

W niedziele nie pamietam co robilismy, poza tym, ze przyjechal na kawe moj tata. :)

Poniedzialek Potworki mialy wolne, z okazji dnia Martina Luthera Kinga. Ja co prawda pracowalam z domu, ale przez to, ze nie musialam jezdzic w te i nazad do szkoly, czulam sie jakbym tez wziela urlop. Na dodatek M. wzial pol dnia wolnego, bo w ten dzien u nich w pracy moga nie przychodzic bez brania urlopu bez zadnych konsekwencji, choc bezplatnie. Ponoc polowe budynku "wymiotlo". Malzonek zostal pare godzin, ale potem stwierdzil, ze skoro dzieci sa w domu to moze przyjedzie spedzic z nami troche czasu. Zabral Kokusia na dluga przejazdzke rowerowa, zeby mogl w koncu porzadnie wyprobowac nowa "fure". ;)

Gdzies nad rzeka...
 

Bi na rower nie byla chetna, ja zreszta tez nie (pierdziele przy 6 stopniach), wiec za to wzielysmy Maye na smycz i ruszylysmy na spacer.

Nasz pies nie ma za grosz gracji. Jak siada, to jak ostatnia pokraka ;)
 

Na popoludnie umowilam sie zas na kawke z kolezanka, ktora co prawda widzialam w sobote, ale co rozmowa w 4 oczy, to rozmowa w 4 oczy, prawda? ;) Dzieciaki poganialy z jej starsza corka, mlodsza pokrecila sie nam pod nogami i jak zwykle nie moglysmy sie nagadac. :)

W piatek dostalam zawiadomienie, ze Departament Rolnictwa sponsoruje z okazji korony darmowe posilki dla uczniow w szkolach. Wszystkim dzieciom przychodzacym do szkoly przysluguje darmowy lunch, a dla tych ze swietlicy rowniez sniadanie. Dzieci uczace sie wirtualnie rowniez nie sa pokrzywdzone, bowiem prowiant dla nich rodzice moga odebrac w okreslonych godzinach. Nie tylko posilki sponsorowane, ale wiadomosc wrecz zachecala i przekonywala, ze to naprawde dla wszystkich, ze nie odbiera sie tym posilku dzieciom z ubozszych rodzin, itd. Skad taka zacheta? Im wiecej dzieci bedzie korzystac ze szkolnego jedzenia, tym wieksze szkola dostanie na to dotacje, jasne. ;) Poniewaz juz od jakiegos czasu Potworki dopytywaly czy moga sobie kupic lunch w szkole, a ja nie moge rozszyfrowac tajnikow wplacania im kasy na szkolne konta, skorzystalam z okazji. Oczywiscie podchwycili pomysl z entuzjazmem i od wtroku stoluja sie w szkole. To znaczy, nie do konca. Potworki sa bowiem niemozliwie wybredne i we wtorek Bi wolala jednak przyniesc lunch z domu. ;) Nadal musze wiec przygotowywac sniadaniowki, choc teraz wrzucam do nich tylko szybkie przekaski. Z powodu korony dzieci nie moga bowiem po prostu podejsc i pokazac co chca. Musza rano zaznaczyc w systemie swoj wybor i choc lunch zaznaczaja bez problemu, to zadne nie wie jak poprosic o przekaski. Poki co, nie uciekne wiec calkowicie przed sniadaniowkami, ale nie narzekam, bo juz brak lunchu to duze ulatwienie. Niestety, w przyszlym tygodniu menu ulozone jest dosc niefortunnie i wyglada na to, ze Bi szkolny lunch gotowa jest zjesc tylko w dwa dni. Nik jest na szczescie bardziej chetny na sprobowanie szkolnej oferty. ;)

W srode rano popadal lekko snieg. Potworki byly przeszczesliwe, ale niestety, ta warsteweczka, ktora zdazyla osiasc na trawie oraz chodnikach, do poludnia kompletnie stopniala...

A tak pieknie bylo jeszcze przy porannym sloncu...


 

Moze i ilosc mizerniutka, ale mogloby zostac CHOCIAZ tak...

Bardzo suchy ten styczen. Snieg nie pada, deszcz nie pada (to akurat mnie cieszy), bylo tez caly czas stosunkowo cieplo (5-6 na plusie), ale od soboty ma sie gwaltownie ochlodzic i caly kolejny tydzien zapowiadaja zimny. Zimny, hmmmm... Styczniowy i tyle! ;) W koncu to normalne kiedy w styczniu jest -1 - -3 na termometrze. Czlowiek jednak tak sie przyzwyczail do ciepelka, ze az ciarki go przechodza na sama mysl. ;)

Sroda to tez inauguracja naszego nowego prezydenta... To jest blog apolityczny, bo i ja jestem wlasciwie apolityczna. Przez ponad 40 lat zycia polityka nie interesowalam sie prawie wcale i dobrze mi z tym bylo. Sytuacja jednak zmusza wszystkich do przyjrzenia sie glebiej temu, co dzieje sie na swiecie oraz w kraju zamieszkania... Moje wnioski po przejeciu wladzy przez "dziadka"? Boje sie... Naprawde, szczerze sie obawiam co ten stary piernik nawyprawia przez kolejne 4 lata. Szczegolnie zas boje sie, jakie decyzje podejmie w zwiazku z nadal trwajaca pandemia... Coz... staram sie za duzo o tym nie myslec, bo nieuchronnie konczy sie to atakiem paniki. :/

We wtorek uplynal termin, do ktorego zawieszone mialy byc sporty mlodziezowe. Kurcze, kiedy je zawieszali, wszystko naglosnione zostalo maksymalnie, a wiadomosci trabily na ten temat przez kilka dni... Kiedy nadszedl termin "odwieszenia", pojawil sie jakis malutki artykulik (ktorego po paru dniach i tak nie moglam znalezc), a poza tym... cisza. Wyglada jednak na to, ze organizacje oraz kluby sportowe nie czekaja na oficjalne przyzwolenie, tylko zaczynaja zapisy. Liczylam na powrot druzyny plywackiej, ale od nich poki co nic nie otrzymalam. Poniewaz jednak Potworki dostaja juz po prostu kota siedzac ciagle w domu, odczekalam kilka dni i czym predzej ich pozapisywalam na kolejne zajecia, zanim znikna wolne miejsca. Wszedzie bowiem maja oczywiscie ograniczona liczbe wakatow. Za dwa tygodnie Potworki zaczynaja kilka tygodni tenisa (szkoda, ze tylko raz w tygodniu), od marca poleci sesja karate, a od konca kwietnia powraca pilka nozna. Tym razem Potworki wiekowo lapia sie do tych samych grup, co bardzo ulatwi odwozenie i przywozenie, tylko na pilce noznej beda rozdzieleni na dziewczynki oraz chlopcow.

Poza tym, intensywnie uczymy sie religii. Nauczycielka Potworkow zwariowala i tym razem nie tylko zadala przerobienie dwoch rozdzialow w ksiazce, wraz z dlugimi i skomplikowanymi testami na zrozumienie tresci, ale jeszcze zapamietanie ostatnich czterech przykazan (dotychczas zadawala do nauczenia po dwa) i... tekstu spowiedzi. A ten, w jezyku angielskim okazal sie dlugi i skomplikowany, no chyba, ze to tylko na piersza spowiedz robia takie ceregiele. W kazdym razie zastanawiam sie, po jaka cholere maja teraz zapamietywac tekst spowiedzi, skoro ta odbedzie sie gdzies w maju?! Przykazania, ok. Ojcze Nasz, Zdrowas Mario, Wyznanie wiary, ok. Ale spowiedz?! No, ale co robic, tluke z nimi to wszystko i o ile Bi (ambitna bestia) sama wziela kartke i tak dlugo czytala i powtarzala sama do siebie, az zapamietala, o tyle Nik chwilami przekracza wszelkie granice. Tarza sie po kanapie, jojczy, ze nie chce, ze nie umie, ze nie bedzie, a po chwili panikuje, ze zostalo mu juz tylko kilka dni. Oskarzycielsko celuje we mnie paluchem, krzyczac, ze musimy sie tego nauczyc! Na co odpowiadam mu, ze JA nic nie musze, ja juz sie kiedys musialam tego wykuc, to ON musi sie uczyc, niech wiec wezmie kartke i sie uczy. :D Nie ma jednak tak dobrze. Nik robi wszystko, zeby uprzykrzyc zycie reszcie rodziny. Wszyscy musza slyszec jaki to on jest nieszczesliwy i jak ciezko przychodzi mu zapamietanie dwoch stron tekstu. Co nie jest prawda, bo Nik ma fenomenalna pamiec i jak sie skupi, okazuje sie, ze wyrecytuje wszystko bez problemu. Tylko z tym skupieniem jest kiszka. ;)

Jak to zwykle bywa, kiedy juz pozapisywalam Potworki na wszelkie mozliwe sporty, odezwala sie druzyna plywacka! :D Od lutego wznawiaja treningi, tyle, ze maja ograniczona ilosc miejsc, wiec zamiast po prostu wyslac godziny treningow, kaza od nowa zapisywac dzieciaki. :O Na szczescie mozna to zrobic mailowo. Nie wiem zreszta czy to az tak konieczne, bo po zamknieciu wiosna, kiedy latem wrocily treningi, dzieci i tak byla tylko garsteczka... Nik cieszy sie jak szalony, ale Bi kategorycznie odmowila chodzenia. Strasznie mi szkoda tego jej plywania, bo ma dziewczyna talent i upiera sie, zeby go zmarnowac, co jednak robic... Stwierdzilam, ze nie ma co zmuszac. Moze jak zrobi sobie przerwe, to zateskni. Z drugiej strony miala teraz kilka tygodni przerwy i jakos nie zatesknila. Hmmm... Poki co, M. probuje jeszcze jakos wplynac na corke, moze ja przekona. Jak nie, trudno, trzeba to jakos przelknac. W koncu to ona musialaby trenowac, wiec to ona musi to lubic, nie my - rodzice. Skoro juz plywac wyczynowo nie lubi, to nie ma sensu jej przyciskac...

Zdjecie z czapy, wiem, ale to juz chyba ostatnie w tym sezonie z udekorowanym kominkiem. Nie chce sie jak cholera, ale nadeszla pora pochowania dekoracji...
 

I tak mijaja kolejne dni. Jak widac po dlugosci posta oraz znikomej ilosci zdjec, dzieje sie niewiele. Praca, kursy do szkoly i z powrotem, wieczorem odrabianie lekcji do Polskiej Szkoly oraz na religie, nauka kolejnych modlitw i tak dni mijaja. Od nastepnego tygodnia moze zaczna sie jakies treningi, wtedy czas przyspieszy jeszcze bardziej...

środa, 13 stycznia 2021

Styczniowa nuda, plus seria "W tym domu sie gada" powraca. Na chwile :)

Przyszedl nieuchronnie tydzien, kiedy naprawde nic sie nie dzialo. To znaczy, nic fajnego. Swieta odeszly w niepamiec, sniegu brak, Potworki chodza (na szczescie!) do szkoly, sporty nadal w zawieszeniu... Ot, stara bida. Od ostatniego zdjecia Kokusia z nowym rowerem, nie pstryknelam ani jednej foty, uwierzycie?! W zeszly czwartek Bi miala dentyste, ale wyslalam ja z M., bo ma dobry wplyw na te nasza osobista histeryczke. ;) Podobno byla dzielna i pisnela tylko przy podawaniu znieczulenia. W sobote, po przerwie ruszyla znow (zdalnie) Polska Szkola. Bez wiekszego entuzjazmu, ale tez bez protestow, dzieciaki dzielnie polaczyly sie z nauczycielkami, zeby lyknac troche jezyka "ojcow". ;) Kibicujemy tez skoczkom narciarskim. W koncu mamy polska TV, a wiec mozliwosc ogladania. Wciagnal sie nawet Nik, ktory kocha narty, wiec wiadomka. ;) Krzyczy "lec Kamil/ Dawid" i twierdzi, ze on tez umialby tak skoczyc. ;) Niestety, w niedziele nasi sie nie popisali, ale i tak z przyjemnoscia obejrzelismy zawody. Wieczorem Nik przyprawil mnie niemal o zawal, bo przy wieczornym czytaniu zaczal... kaszlec. Kaszlal i kaszlal i nie przestawal. Juz mialam wizje korony, a jak nie korony, to i tak testu na korone zanim ktos Mlodszego w ogole przebada, bo wiadomo... korona, a on przeciez kaszle. Na szczescie po zasnieciu kaszel znikl i wiecej sie nie pojawil...

Jedynym "sensacyjnym" wydarzeniem minionego tygodnia bylo to, ze dopadla mnie... kolka nerkowa. Kuzwa, nie zycze tego najgorszemu wrogowi! To znaczy, jestem na tyle wredna, ze najgorszemu wrogowi moze i bym takiego bolu zyczyla, ale (poki co) az tak nikogo nie nienawidze. :D W kazdym razie zaczelo sie dosc delikatnie, pobolewaniem w sobote. Wzielam Furaginum, ktore tutaj mozna dostac bez recepty w polskich sklepach (;P), tabletke przeciwbolowa i stwierdzilam, ze zobacze co sie rozwinie. W niedziele bylo lepiej, czulam tylko jakby ucisk, uznalam wiec, ze prawdopodobnie byl to "kamyk", ale juz przelecial. Tak naprawde to nigdy nie zostalam oficjalnie zdiagnozowana co do kamieni nerkowych, ale juz pare razy mialam takie ataki ze chodzilam po scianach z bolu. Zawsze mijaly samoistnie po paru godzinach i lekarze na podstawie objawow uznawali, ze to kamienie. Raz, w ciazy z Nikiem, nawet trafilam na usg, tyle, ze dostalam sie na nie dopiero 3 dni pozniej (wczesniej "nie mieli miejsc") i nic nie pokazalo. Tym razem jednak mialam mniej szczescia. W poniedzialek rano czulam sie jeszcze normalnie, zawiozlam Potworki do szkoly i juz w aucie poczulam pierwsze uklucia bolu. O-ho. To "oho" to byl niestety dopiero poczatek. Nie minelo pol godziny, a chwycil mnie taki bol, ze myslalam, ze nie tylko po scianach bede chodzic, ale jeszcze zgryze z nich tynk! Pierwszy raz w zyciu z bolu plakalam i jeczalam w glos. Jak to jednak ja, na pytanie M. (ktory zadzwonil) czy ma przyjechac z pracy, odpowiedzialam, ze to na pewno tylko kamien i musi przeleciec i tyle. Wytrzymam... Tia... Ani sie polozyc, ani usiasc (z jakiegos powodu siedzenie bylo najgorsze), moglam tylko chodzic, tyle, ze doszlo jeszcze oslabienie, dreszcze, a na dokladke biegunka oraz zryw na wymioty. Pelen pakiecik. :/ Dla rownowagi, przestalam praktycznie siusiac. Niby mi sie chcialo, ale lecialo po pare kropelek. :/ W koncu napisalam M. zeby wyszedl troche wczesniej i odebral Potworki, bo ja nie jestem w stanie. Resztka sil wyslalam maila do szkolnej sekretarki, zeby zawiadomic, ze kto inny odbierze dzieci (taka tutejsza procedura). Po poludniu bol minimalnie zelzal, ale nie moglam zniesc juz ciaglych dreszczy i polozylam sie do lozka. Lezac idealnie na wznak, albo stojac, czulam sie najlepiej, choc to slowo to mocno na wyrost. Udalo mi sie jednak w koncu przysnac, a kiedy wstalam, okazalo sie, ze bol niemal znikl. W miedzy czasie M. wrocil z Potworkami do domu i powstal dylemat, co robic. Czesc mnie, nielubiaca lekarzy, krzyczala, zeby przeczekac, ale druga czesc, pamietajaca bol sprzed raptem dwoch godzin, uznala, ze przy kolejnym ataku wezme i strzele sobie w leb. Pojechalismy wiec do dyzurnej przychodni (tutaj: walk-in clinic), spodziewalam sie bowiem, ze w takim miejscu przyjma mnie szybciej niz na pogotowiu, slynacym (tak, w Stanach tez) z kilkugodzinnego czekania. Tym razem jednak mielismy pecha, bo tuz przed nami trafila tam rodzinka, robiaca sobie testy na (surprise!) koronaswirusa! :/ Niestety, nie wiedzialam ze papierologia do tego testu tyle trwa, wiec podalam dyzurnemu lekarzowi swoj dowod tozsamosci, karte ubezpieczenia oraz kredytowa. Inaczej dawno bym z tamtad spiep**yla. Jak pisalam wyzej, z jakiegos powodu, pozycja siedzaca byla najgorsza, wiec po kilkunastominutowej jezdzie, znow zaczelam skrecac sie z bolu. A czekalismy w samochodzie pod gabinetem... 40 (czterdziesci!) minut, az lekarz w koncu wyszedl, po czym zaczal podawac kazdej osobie z sasiedniego auta fiolke z patyczkiem, osoba smyrala sobie w nosie oraz gardle, oddawala mu fiolke, on odchodzil i wrzucal ja do specjalnego pudla, po czym podawal kolejna, nastepnej osobie. Chwile to trwalo, a ja juz niemal mdlalam z bolu. Wystraszylam sie tez, ze zanim mnie w koncu przyjmnie, kaze i mi zrobic test! W koncu jednak zawolal, choc polecil zostawic w aucie torebke i plaszcz. Bo wiecie, jeszcze mu z tej torebki koronaswirusy wyskocza! :/ Na dzien dobry polecil nasiusiac do kubeczka, choc powiedzialam, ze nie wiem co z tego wyjdzie. Na test jednak wystarczylo. Kolejnych nie robil, bo: niespodzianka! Nie znalazl krwi w moczu, wiec uznal, ze to nie kamienie, tylko zapalenie nerki. No, to cos nowego... Dostalam recepte na antybiotyk, tabletki przeciwbolowe z kodeina (nacpam sie, a co! ;P) i polecenie odpoczynku. Jakby bol nie minal, mialam wrocic (po prostu "uwielbiam" zalecenia zeby wrocic jakby objawy nie minely, albo sie pogorszyly!), bo moooze to jednak kamienie (a mogl, osiol, od razu zrobic przeswietlenie, to by wiedzial!). Zajechalismy do apteki, gdzie wyslalam M. do srodka, a ja musialam wysiasc z auta zeby przejsc sie wokol dla ulgi, choc jednoczesnie cala sie telepalam. W drodze do domu dwa razy dostalam takich boli, ze mialam ochote walic glowa w szybe, a M. pytal czy sie zatrzymac, zebym mogla sie rozprostowac. Chcialam jednak jak najszybciej dotrzec do domu zeby wziac leki, wiec ograniczylam sie do stlumionych krzykow, czym przerazilam lekko Potworki. Nik spytal, czy od tego sie umiera. :D Bo tak, Potworki musielismy wziac ze soba, a one dzielnie wytrzymaly cale czekanie pod gabinetem lekarza, a potem apteka. Wzieli ksiazki, gierki i nawet byli w miare grzeczni, choc nawijali non stop. ;)

Czy to faktycznie zapalenie, a nie kamyk? Musze oddac lekarzowi, ze chyba tak, bo zaraz po pierwszej dawce antybiotyku bol znacznie zelzal i w dodatku w koncu zaczelam sikac! Boszzzz... Nie macie pojecia jakie to piekne moc zrobic po ludzku siusiu! :D Zreszta, po calutkim dniu bez jedyneczki, jak zaczelam sikac, chodzilam do lazienki doslownie co chwila, a w nocy 4 razy wstawalam. Spalam zreszta koszmarnie, bo nie dosc, ze nadal odczuwalam lekki bol (pomimo opiatow), to bylo mi goraco, kiedy wstawalam do kibelka z kolei zaczynalo mnie znow telepac, przebudzalam sie co chwila bez konkretnego powodu i rano czulam sie niczym detka. Odwiozlam Potworki do szkoly, wyslalam maila do pracy, ze tego dnia nie pracuje i polozylam sie spac. W sumie to spanie tez bylo kiepskie, bo kompletnie nie nauczona jestem snu w dzien, wiec przysypialam, wybudzalam sie, krecilam, itd. Ale przynajmniej wypoczelam i wygrzalam sie w lozku. Szkoda, ze potem musialam jechac po Potworki i wymarznac na wietrze przy ledwie 3 stopniach. ;) Dzis rano za to (mimo, ze znow slabo spalam) dostalam zastrzyk energii. Poniewaz w poniedzialek oraz wtorek w domu nie zrobilam prawie nic, zabralam sie za sprzatanie. Umylam kuchenke, zlew, blaty, wstawilam, przelozylam do suszarki i poskladalam pranie, umylam zlewy i lustra we wszystkich trzech lazienkach... i niestety chyba troche sie przeforsowalam, bo od strony tej feralnej nerki zaczelo mnie uciskac i ciagnac na calym boku oraz plecach. Zreszta, nawet rano nadal cos czulam jak podnioslam noge czy machnelam ramieniem z tamtej strony. Doczytalam pozniej, ze taki bol przy zapaleniu nerki moze zanikac stopniowo nawet tydzien. Wpierdzielam wiec grzecznie antybiotyk i czekam. I musze przystopowac ze zbedna aktywnoscia. Mam nadzieje, ze przejdzie w koncu zupelnie i juz nie wroci, bo po poniedzialku, szczerze to nie wiem czy nie wolalabym juz sie zmierzyc z koronaswirusem. ;)

 

Jak widzicie, "malo" co sie akurat dzieje (ale jak juz sie dzieje, to intensywnie, choc ja akurat "taka" intensywnosc wolalabym sobie darowac), wiec wrzucam teksty Potworkow zachomikowane z zeszlego roku. Jeden jeszcze sprzed wiosnennego lockdown'u! :O I od niego wlasnie zaczne:


Nasz gubernator oglosil w marcu zamkniecie szkol w czwartek, a mialy byc zamkniete od poniedzialku przez dwa tygodnie (taaa... wiemy jak sie to skonczylo...). Mowie wiec do Potworkow w piatek:

"To dzis ostatni dzien do szkoly, a potem dwa tygodnie wolnego. Nie za dobrze Wam?"

Nik (smetnie): "But it's gonna pass so quickly..." [ale to minie tak szybko...]

Szklanka do polowy pelna, zaiste. Po mamusi. :D

*

Potworki bawia sie w policjantow i zlodziei (a raczej w "bad and good guys").

Bi: "Open up! FBI!"

Po czym zamysla sie i mruczy sama do siebie: "What is FBI? Friends, Boyfriends, then what?"

Padlam! :D

*

Nik klepie sie po brzuchu, wykrzykujac (podsluchane zapewne w jakims filmie): "You wanna piece of this bad boy?!"

Robi to jednak za mocno i zaczyna narzekac, ze go boli "tu, gdzie jedzenie idzie z buzi do brzucha, tu cos mi peklo...". Bi z powaga:

"He's got arthritis." [on ma artretyzm]

*

Bi przyglada sie z namyslem linijce.

"Hmmm... Why is this thing called a "ruler"? It doesn't rule a city or anything..." [skojarzone z "rule", czyli "rzadzic"]

*

M. (robi sobie jaja): "Patrzcie, snieg proszy!"

Bi (oburzona): "Wcale nie kruszy!".

*

Kilka krotkich powiedzonek Kokusia:

"Ja mam autowe gry!" (czyli wyscigi samochodowe ;p)

Uderzyl sie w dyndusia: "I hit my nuts!"

Po ochrzanie o nie zaniesieniu pizamy do pokoju: "I always, sometimes, usually do it!" [Zawsze, czasem, zwykle to robie!]

Grozi: "Watch out! I learned skunk-fu!" [skunk = skunks]

To prawda, ze dosc czesto uzywa broni, ze tak powiem, gazowo - biologicznej. :D

*

Bi: "Tata, stop gadac farmazony!"

*

Nik szuka mnie po calym domu. W koncu znajduje.

Nik: "Tu mama! Beautiful lady!"

Oj, bedzie on czarowal laski... :D

*

Jestesmy na basenie. Komentuje cos na temat niskiej temperatury wody.

Bi: "No, this water is SO NOT cold, it's actually warm."

No logiczne przeciez. ;)

*

Sprawdzam cos na telefonie, ale najwyrazniej za dlugo, bo syn przychodzi i wciska mi sie na kolana.

Nik: "Get off your phone and love me!" [zostaw telefon i mnie pokochaj]

*

Schodze na dol i wolam: "Bi, ubrana, uczesana?"

Bi: "Ja czesam sie!"

*

Nik podnosi moj stanik, ale wypada mu on z rak.

Nik: "Mom, your breasts fell" [mama, spadly ci piersi]

Coz, czesto opadaja mi i to nie tylko cycki :D

*

Trener mowi, ze jak dzieci ladnie poplyna kraulem, w nagrode beda mogly na koniec poplynac dowolnym stylem.

Nik: "Can we do a doggie paddle?" [a mozemy pieskiem?]

Z tego co wiem to styl "na pieska" nie zalicza sie do oficjanych stylow plywackich ;)

*

Wracam od fryzjera, do ktorego pojechalam po raz pierwszy od poczatku pandemii i m.in. zafarbowalam w koncu masywne odrosty.

"O! Blonduś!" Wita mnie syn. :D (Az musialam sciagnac polska literke, zeby oddac jego tekst)

*

M. wraca do domu z pizza. Pytam gdzie ja kupil.

M.: "W Sergio's Pizza".

Nik (kompletnie skonfundowany): "What?! They're going to do a surgery on the pizza there?!" (Sergio [Serdżio], surgery [serdżery], co za roznica :D)

*

To chyba juz wrzucalam, ale na wszelki wypadek dodam tutaj jeszcze raz.

Maya kladzie leb na kolanach Kokusia i tak sobie siedza w harmonii.

Nik (zachwycony): "She's like a guardian of love." [ona jest jak straznik milosci]

*

Nik (obrazony, po bezskutecznej namowie M. do wspolnych szalenstw): "Tata nie bawi sie z mnie!"

Ach ta "polska jezyk"! :D

*


A jak juz mowa o zartach, to napisze Wam co nawywijal moj tesc. Ktory nota bene niecale 3 tygodnie temu skonczyl 80 lat. Otoz... Poszedl na narty! Nie byloby w tym zreszta nic az tak dziwnego, widze nieraz takich dziarskich panow na stokach... Tylko, ze ojciec M. nart nie mial na nogach 50 lat!!! Na dodatek, choc maly stok tesciowie maja zaraz za blokiem, to nie dziala orczyk (wiadomo, zakaz), wiec dodatkowo, tesc musial sie wdrapywac na gore na nogach! Co go napadlo? Nikt nie wie, nawet tesciowa. Mial w piwnicy stare narty oraz buty i przy okazji zawsze opowiadal jaki to wspanialy sprzet. Nie wiem czy tesciowa nie chciala tego wywalic, a on postanowil jej udowodnic, ze jeszcze sie przyda! Jedno jest pewne, wrocil do domu mokry i zmarzniety, bo nie dosc, ze upocil sie wdrapujac na gore stoku, to jeszcze pare razy musialo go przekoziolkowac! A w tym wieku, to wiadomo, kazda kontuzja leczy sie dlugo i ciezko. Mial szczescie, ze nic nie zlamal i miejmy nadzieje, ze sie po tym "wyczynie" nie pochoruje! Nie powiem jaki mi sie epitet cisnie na usta z tej okazji. ;)

Trzymajcie sie cieplutko i podeslijcie troche sniegu!

środa, 6 stycznia 2021

Skok w Nowy Rok

I rozpoczal sie kolejny rok... Przysmaki swiateczne juz albo zjedzone, albo wyrzucone, skoro nikt juz nie mial na nie ochoty (lacznie ze mna). Dziwne, ze cos w ogole zostalo, bo to taki okres, kiedy caly czas cos sie przezuwa. ;) Zmywarka wyrabia ponad norme. Zwykle wlaczam ja srednio co drugi dzien, a w okresie swiatecznym, kiedy tu talerzyk, tam miseczka, przydaloby sie i dwa razy dziennie. ;)

Pierwsze dni poswiatecznego tygodnia, spedzilismy bardzo spokojnie. Potworki przechodzily w pizamach niemal cale dnie. Ubierali sie dopiero, kiedy po poludniu zarzadzalam wyjscie na spacer, zeby sie troche przewietrzyc. ;) W poniedzialek i wtorek M. szedl do pracy, ale wychodzil juz o 8:30 rano, wykorzystujac reszte urlopu. Po pracy jechal a to na zakupy, a to cos zalatwic, dzieki czemu ja mialam spokoj i nie musialam krazyc. Mile to, choc niekonieczne, bo wiedzac, ze w pracy wiekszosc planowala wziac wolne, otwieralam tylko komputer, zeby sprawdzic, czy ktos czegos ode mnie nie potrzebuje i to by bylo na tyle. Spokojnie moglam sie wyrwac z domu po jakies "sprawunki". Czasu mialam wiec mnostwo, co spozytkowalam na gruntowniejsze porzadki "przedswiateczne" zrobione po Swietach (;P), zmiane poscieli, itd.

Od srody M. mial juz wolne i postanowilam to wykorzystac, wyciagajac malzonka oraz corke na... narty. Syna wyciagac nie musialam, bo sam az sie palil. :D Ogolnie to po prostu zapytalam czy M. oraz Bi maja ochote, bo jak nie, to zabiore sie sama z Kokusiem. Ku mojemu zaskoczeniu, malzonek sie zgodzil, a Starsza wrecz podskoczyla z entuzjazmem slyszac, ze chce wybrac sie tam, gdzie jezdzila z klubem narciarskim ze szkoly. Entuzjazm dlugo sie nie utrzymal i dwa dni przed planowanym wypadem, urzadzila histerie, ze ona jednak jechac nie chce, ze zostaje w domu, nie lubi nart i koniec. Wk*rw niebezpiecznie mi uderzyl, bo przeciez panne zapytalam wczesniej... Teraz mialam juz bilety, a w tym roku trzeba je zamawiac z wyprzedzeniem i niewykorzystane przepadaja! :/ Na szczescie, tym razem chyba Bi byla zwyczajnie przemeczona, bo akcje urzadzila wieczorem, ale poplakala sobie, potupala nogami, powyla do psa, po czym jej przeszlo i wiecej o tym nie wspomniala. :O Tak szczerze, to juz w dzien wypadu mi tez sie srednio chcialo, po pierwsze jednak, mialam juz karnety, a po drugie, patrzac na przyklad Polski, stwierdzilam, ze trzeba korzystac poki jeszcze stoki mamy otwarte. ;) I tak w tym roku jestesmy ograniczeni do wlasnego Stanu, bo we wszystkich innych wymagaja kwarantanne, odpada wiec jazda na wieksze, fajniejsze stoki na polnocy. :/ Chociaz ciekawa jestem jak zamierzaja to sprawdzac i egzekwowac...

W kazdym razie, w srode wstalismy dosc wczesnie, bowiem M. byl umowiony i musial byc na 14:30 w domu. Oczywiscie mial pretensje, ze kupilam bilety na ten akurat dzien, wygodnie "zapominajac", ze pytalam go i sie zgodzil. A poza tym, zawsze mu przypominam zeby, do cholery, wpisywal wszystko w kalendarz. Po to przeciez wisi na scianie. Ja mam do ogarniecia wszystkie wizyty swoje i dzieci. Nie moge pamietac jeszcze o jego. Jak nie zapisze, to niech sie potem nie dziwi, ze zapomnialam. Sam zreszta tez zapomnial. ;) Tak czy srak, dojechalismy na stok i przezylismy szok.

Bi stwierdzila, ze okropnie mi w dwoch warkoczykach. Taka z niej "komplemenciara" :D

 Na stronie internetowej napisane bylo o koronowym regulaminie, o ograniczonej ilosci osob na stoku i w schronisku, itd. Tymczasem, mamy dzien powszedni (choc fakt, ze przerwa swiateczna), jest 9:30 rano, a parking prawie pelny! :O Przy stolikach tlumy, choc kazdy w maseczkach... Niestety, kilka tras zamknietych, w tym wiekszosc tych najtrudniejszych. M. z miejsca zaczal stekac, ze bez sensu bylo przyjezdzac. Tak miedzy Bogiem a prawda, ja sama tez tak wczesnie w sezonie moze bym nie jechala, ale jak napisalam wyzej, zastanawiam sie ile stoki pozostana otwarte...

Z Kokusia jest naprawde swietny narciarz i nie wiem dlaczego na zdjeciach zawsze wychodzi tak pokracznie jakby mial sie zaraz wywalic :D
 

Na szczescie potem juz wszyscy sie niezle bawili. Nik byl oczywiscie zachwycony, ale i Bi wydawala sie zadowolona i kiedy ja w koncu wymieklam, jezdzila w chlopakami na czarnym (najtrudniejszym) szlaku i wolala o wiecej.

Ciekawe, ze przy tych tlumach na stoku, udalo mi sie strzelic zdjecie, na ktorym wydaje sie jakbysmy mieli trase tylko dla siebie ;)
 

A ja... coz. Jestem kompletnie bez kondycji i bez miesni okazuje sie. ;) Po kilku zjazdach tak zaczely mnie napierdzielac uda, ze kazdy manewr to byla tortura. Co odpoczelam chwile na wyciagu, to w polowie drogi w dol marzylam juz zeby usiasc. Pojechalismy na 4 godziny, ale po trzech odeslalam Potworki z tata, a ja odpoczywalam na dole. Dopiero przy ich ostatnim zjezdzie dolaczylam na pozegnanie stoku.

Zadowolony maly narciarzyk :)
 

Przed kolejnym wypadem musze sie ostro wziac za miesnie ud. :D

Sylwestra spedzilismy na kanapie, przed telewizorem. Dzien przed przyszedl nam w koncu fire stick z telewizja polska oraz hamerykanska, wiec zafascynowani (tak to jest, jak sie od kilku lat nie mialo tv) siedzimy przed grajacym pudlem dluzej, niz powinnismy. ;) Jeszcze w dzien Potworki zbudowaly domki z piernika, do ktorych zestaw kupilam im przed Swietami, ale wczesniej jakos nie bylo na nie czasu ani checi.

Czesci domku trzeba polaczyc za pomoca lukru, a potem udekorowac. Na szczescie nie trzeba samemu go piec, choc pewnie wiele ambitnych jednostek tak robi
 

To takie tradycyjne zajecie amerykanskich dzieci w okresie okolo bozonarodzeniowym. Calkiem fajnie to Potworkom wyszlo. :)

Potworki zgodnie orzekly, ze nasze domowe pierniczki smakuja duzo lepiej (bo teraz domki juz zostaly lekko nadgryzione :D)
 

W kazdym razie, wieczor Sylwestrowy byl juz telewizyjno kanapowy. Pierwszy raz Potworki uparly sie towarzyszyc nam do polnocy. To znaczy uparla sie Bi. Nik pewnie nie protestowalby przed pojsciem spac o normalnej porze, ale ze siostra chciala siedziec, to przeciez nie mogl byc gorszy. ;) O 23 wzielam Potworki na dwor zapalic zimne ognie, przewidujac, ze Nik jednak do Nowego Roku nie wytrzyma... Dzieciaki byly zachwycone, wrzeszczeli (nieco przedwczesnie) "Happy New Year" na cala okolice i mam nadzieje, ze najblizsi sasiedzi jeszcze nie spali. :D


 

Mielismy tez jeden, zachomikowany skads fajerwerek, ale najpierw okazalo sie, ze zabraklo mi benzyny w zapalniczce, a jak w koncu znalazlam druga, po zapaleniu fajerwerek blysnal trzy razy wiekszymi iskrami, po czym... zgasl. To by bylo na tyle z pokazu sztucznych ogni. ;) Potworki faktycznie wytrzymaly do polnocy, choc ostatnie 15 minut Nik pokladal sie juz na kanapie. Na moja zachete zeby szedl spac, odpowiadal jednak, ze nie jest zmeczony. :D Niespodzianka bylo zas to, ze o 23:25 wymiekl M. i choc od Nowego Roku dzielilo go raptem pol godziny, oswiadczyl, ze pierdzieli i idzie spac. "Party pooper". :D

Nowy Rok oraz weekend po nim, to juz byl relaks przez duze "R". Kompletnie nic nie robilismy, poza codziennymi spacerami, zeby rozruszac kosci i lyknac tlenu. Nooo, ja musialam ogarnac takie typowe domowe rzeczy jak pranie i zmywarke, niestety. ;) W niedziele mama ulubionego kolegi Nika zorganizowala wirtualne spotkanie dla kilku kumpli na szkolnych kompach. Jest nauczycielka w jednej z szkol w naszej miejscowosci, wiec wiedziala jak to ogarnac. :) Chlopaki byli przeszczesliwi mogac zobaczyc sie chociaz przez ekran.

Fota cichcem strzelona :D
 

Pomysl szybko podchwycila Bi. Okazuje sie, ze ich nauczycielka zalozyla dla nich wirtualne "pokoje konferencyjne" do pracy w grupach i Starsza umowila sie na jednym ze swoja kolezanka. Szkoda tylko, ze na te wszystkie spotkania wpadli dopiero w niedziele, bo od poniedzialku dzieciaki i tak wracaly do szkoly. :) Dobra, u Bi mialo to troche sensu, bo jej kolezanka oraz jej mama sa chore, maja objawy grypopodobne, a wiec siedza na kwarantannie az do wynikow testu na korone... A ja ciesze sie, ze dzieciaki nie widzialy sie jednak w czasie przerwy swiatecznej. Planowalysmy zorganizowac im spotkanie u nas lub u nich i akurat w zaplanowany dzien, sasiadka napisala, ze jedna z jej corek ma goraczke, wiec musza odwolac... Cale szczescie, inaczej mozliwe, ze i my wlasnie siedzielibysmy na kwarantannie! :O

W niedziele w nocy niespodziewanie sypnelo lekko sniegiem. Prognozy wahaly sie raz w jedna, raz w druga strone, od deszczu, przez deszcz ze sniegiem, az po sam snieg. Ostatecznie spadl snieg, choc niewiele, raptem kilka cm.

Pozno-poranny spacer. "Tyyyle" sniegu ;)
 

Coz, trzeba sie cieszyc z choc tego, bo na reszte tygodnia w prognozach cisza i temperatury w dzien nadal kilka stopni na plusie. Taka to zima...

W poniedzialek dzieciaki wrocily do szkoly i choc spodziewalam sie marudzenia i rozleniwienia, to pojechali bez stekania, a Bi wrecz z entuzjazmem. Jedyne co, to przyzwyczaili sie do pozniejszego wstawania i teraz ciezko im sie przestawic. Przed przerwa, Bi buszowala nieraz juz od 6:30 rano, a Nik wstawal zaraz po 7. Teraz Bi wstaje okolo 7:45, a Kokusia musze nieraz wolac z dolu o 8, zdzierajac sobie gardlo. ;) Na szczescie nadal nie jezdza autobusem, ktory odbieralby ich juz o 8:10. Do szkoly musze ich dowiezc miedzy 8:45 a 9, wiec wyrabiamy sie bez problemu.

Jak widac, po poludniu (zdjecie zrobione przed szkola, po odebraniu Potworkow) ze sniegu zostala praktycznie tylko kupa powstala przy odsniezaniu boiska...
 

We wtorek M. zgadal sie z kolega z pracy, ze ten ma do odsprzedania rower po swoim synu. Malzonek w koncu ulegl i zgodzil sie kupic Kokusiowi drugi rower. Wczesniej upieral sie, ze najpierw sprzeda stary i dopiero kupi nowy. A Mlodszy w placz, bo choc propozycja roweru z przerzutkami byla baaardzo necaca, to swojego BMX'a kocha miloscia ogromna. M. twierdzi, ze rower jest na Kokusia za maly, co jest bzdura. Jako "normalny" rower, tak, rama jest juz troche nieproporcjonalnie mala do wzrostu Mlodszego. Ale kazdy kto widzial mlodziez wyczyniajaca sztuczki na takich rowerach wie, ze one zazwyczaj wydaja sie smiesznie male w stosunku do wlascicieli. Nik ukochal ten rower wlasnie do jazdy po schodach, kamieniach i innych przydomowych wertepach i na to jest on wrecz nadal za duzy. ;) Na rodzinne przejazdzki, Nik jednak chcial rower z przerzutkami, bo nasza okolica to gory i doliny, wiec zawsze wymiekal i jojczal. W koncu surowy ojciec sie ugial, bo widzac jak Mlodszy kocha jazde na rowerze, wie, ze oba beda w uzytku. Jedyne co, zastanawiam sie, jak Nik bedzie decydowal, ktory rower zabrac na kemping. Tu bowiem ciezko bedzie targac oba i wiem, ze M. w zyciu sie nie zgodzi. Jak znam "zdecydowanie" Kokusia, skonczy sie placzem. :D

Fura, skora i komora :D
 

No i po 9 miesiacach z pandemia, korona uderzyla bliziutko nas. Nasi sasiedzi - Hindusi, rodzina ukochanej przyjaciolki Bi, we wtorek dostala pozytywne wyniki testu. A konkretnie to mama i starsza corka, nie jestem pewna czy tata i mlodsza tez byli testowani. Troche mam cykora, bo pisalam juz chyba, ze Potworki spedzily u nich godzine dzien przed Swietami. Nie mam pojecia czy juz byli zainfekowani, czy juz zarazali, pocieszam sie tylko, ze minely 2 tygodnie i nic nie "wylazlo", wiec mam nadzieje, ze tym razem sie wywinelismy. I dziekuje opatrznosci, ze w dzien kiedy sasiadka ponownie zapraszala dzieciaki, akurat bylismy na nartach, przelozylysmy na nastepny dzien i wtedy juz musiala odwolac, bo corka dostala goraczki. Jak pisalam wyzej, inaczej i my wlasnie bylibysmy na kwarantannie... Najdziwniejsze jest to, ze oni wydawali sie byc tak ostrozni! Pisalam juz kiedys, ze nawet kiedy zaprosili dzieci na urodziny corek, wszyscy musieli byc w maseczkach. Sasiadka pisala, ze nie ma pojecia gdzie mogla sie zarazic... Mam nadzieje, ze to nie Potworki, kiedy u nich byly, przypadkiem przyniosly im wirusa. To jednak by oznaczalo, ze nasza cala czworka przeszla korone asymptomatycznie. Czy to mozliwe, ze mielibysmy az takiego fuksa? Watpie... W kazdym razie, na razie sasiedzi przechodza korone lagodnie, objawy to lekka goraczka i przytkany nos. Oby tak juz zostalo...

W pracy, ledwie wkroczylismy w Nowy Rok, ponownie zaczal sie kociol. Nie wiadomo w co wlozyc rece i nie dosc, ze aktualne sprawy maja opoznienia i nie mozna ich zamknac, to jeszcze ciagle dochodza nowe... Tymczasem, ze spraw domowych, Bi ma jutro wizyte u dentysty i niecnie planuje wyslac ja z tatusiem. On ma na nia bardziej uspokajajacy wplyw, moze uda mu sie powstrzymac histerie. ;) 

Tak w ogole, przytocze Wam, jak czesto wygladaja moje interakcje z nadal mala, ale wyraznie dojrzewajaca, hormonalna corka, ktora na dodatek ma "charakterek". Scenki z poranka.

Tradycyjnie rano pospiech i lekka bieganina, ale Bi oczywiscie ma czaaas. Zostawiam Potworki jedzace sniadanie, polecajac zeby konczyli szybko jesc, ubrali sie i szli myc zeby i uczesac wlosy. Po okolo 20 minutach schodze z gory juz uszykowana i natykam sie na corke, ktora snuje sie korytarzem, ze sluchawkami w uszach. Co prawda ubrana, ale rozczochrana niczym wiedzma. Mowie "Bi, idz sie uczesac". Na to moje dziecko z warknieciem: "And what do you think I'm doing?!" [A myslisz, ze co robie?!]. No coz, szla w przeciwnym kierunku niz lazienka, wiec mysle, ze moje przypomnienie bylo jak najbardziej na miejscu. ;) Chwile pozniej patrze na bluzke, ktora "odziedziczyla" po sasiadce i ktora tak jej sie podobala kiedy wyciagnelysmy ja z worka i okazalo sie, ze w koncu pasuje. Napomykam, ze "O, masz ubrana te fajna bluzke!". Co na to Starsza? "It's PINK, I hate it!" [Jest rozowa, nienawidze jej!]. Tak po prawdzie, to bluzka ma kolor lososiowy, ale najwyrazniej odcien jest wystarczajaco rozowawy, zeby trafic na czarna liste Bi. Nie mniej, jesli chodzi o gusty ubraniowe, to jest z niej prawdziwa choragiewka, slowo daje. ;) Jeszcze moment pozniej, przypominam corce, ze musi umyc zeby. "Nie!". Tutaj juz nie zdzierzylam i powtorzylam polecenie ostrzejszym tonem. "NIE!!!". Dopiero kiedy poradzilam, zeby pomyslala nad zachowaniem albo moze zapomniec i wieczornym czasie na tablecie, poszla. Tupiac nogami na schodach. Z calej sily.

Taaa... Bi to zdecydowanie promyk cieplego, wiosennego slonca. A bedzie tylko gorzej... :D

środa, 30 grudnia 2020

Przed Swietami i poswiatecznie

Ostatni weekend przed Swietami uplynal spokojnie i z grubsza relaksujaco, choc bylam tuz przed okresem, wiec caly czas mialam wrazenie, ze za chwile wybuchne. ;) W piatek Potworki mialy lekcje skrocone o dwie godziny, wiec korzystajac zw swobodniejszego popoludnia, popedzily na snieg, mimo, ze mroz byl wrecz trzaskajacy. ;)

Potwory urzadzily sobie tor do zjezdzania, kompletny ze "skoczniami" ;)
 

Wyszlam z nimi, zeby choc troche sie przewietrzyc, ale dlugo nie wytrzymalam. Pozbieralam kilka "min", ktore juz zdazyly upstrzyc nieskazitelna biel sniegu oraz przysypalam zolte plamy (:D) i ucieklam do domu.

Patrze na te zdjecia i nie moge uwierzyc, ze zrobilam je zaledwie 1.5 tygodnia temu! Teraz po sniegu zostalo tylko kilka malych, brudnych kupek, w miejscach, gdzie usypano go wiecej przy odsniezaniu...
 

M. zabral sie za dokladniejsze odsniezenie podjazdu, bo skoro mroz nie puszczal, to nawet slonce nie topilo warstewki powstalej po przejechaniu odsniezarka. W koncu jednak i on wrocil do domu, zabierajac ze soba ostro protestujace, choc biale niczym balwany Potworki. ;)

Sobota zaczela sie od sprzatania i to grupowego. No prawie, bo M. sie nie przylaczyl. ;) A zaczelo sie od tego, ze sie wkurzylam. Zaczelam sprzatac gore domu, ale na dole puscilam samojezdzacy odkurzacz, bo tam planowalam solidne odgruzowanie troche blizej Swiat. Tymczasem ledwie odkurzacz skonczyl swoja runde, Bi zlapala za ciasteczka i przygryzala je beztrosko chodzac po calym domu i sypiac okruchami na wszystkie strony. Przyznaje, ze krew mnie zalala i Potwory zebraly porzadna z*ebke za caloksztalt swojego balaganu i syfu, ktory wokol siebie roztaczaja. Przy okazji zapalila mi sie tez lampeczka, ze to idealna chwila na przymuszenie ich do przejecia choc czesci obowiazkow. Juz od dluzszego czasu kolacze mi sie po glowie, ze dzieciaki powinny brac udzial w ogarnianiu chalupy, ale caly czas odsuwalam to na bok. Przyznaje bowiem, ze wygodniej i szybciej jest mi po prostu posprzatac samej podczas ich nieobecnosci. Niestety, zdaje sobie sprawe, ze to utwierdzanie Potworkow w tym, ze podloga myje sie sama, kurz na meblach magicznie nie osiada, a zlewy oplute pasta po postu samoistnie sie czyszcza. ;) Tego dnia nie wytrzymalam wiec i wreczylam Potworkom odkurzacz a pozniej mopa, oznajmiajac, ze od tego momentu, swoje pokoje sprzataja sami. Ku mojemu zaskoczeniu, Bi podskoczyla z radosci i ochoczo zabrala sie ze porzadki. Nik urzadzil awanture lacznie z tupaniem nogami niczym krnabrny 3-latek, ale grozba odebrania przywileju konsolowo - tabletowego, szybko postawila go do pionu. Bez wiekszego entuzjazmu, ale odkurzyl i pomyl podloge w pokoju, a na drzwiach komicznie wywiesil karteczke "work in progress. Danger". :D Te niebezpieczenstwo to glownie chyba humorki Kokusia, bo kiedy Bi probowala zajrzec jak sobie radzil, malo nie oberwala w nos zatrzaskiwanymi drzwiami. :D

Niedziela nie odznaczyla sie niczym szczegolnym, poza tym, ze w koncu upieklismy pierniki.

Nie ma u nas niestety opcji rozwalkowania wielkiej, wspolnej partii ciasta. Potwory by sie chyba pogryzly o to, kto wytnie wiecej ciasteczek :D
 

Dzieciaki czekaja na to caly rok, choc w tym jakos kompletnie mi sie nie chcialo... Nie moge tez sobie za cholere przypomniec, co porabialismy w sobotnie popoludnie oraz caly dzien w niedziele, pamietam tylko, ze za pieniczki wzielismy sie juz wieczorem, kiedy Potworki byly juz wykapane i w pizamach. I oczywiscie utytlali czysciutkie, swiezo zalozone pizamki w mace. Mozecie tu wstawic facepalm, ktory mialam wielka chec sobie wymierzyc. ;) Wiem tylko, ze pod wieczor wybralismy sie na sniezny spacer. Fajnie bylo sie tak przejsc, poki jeszcze ten snieg lezal, bo wiadomo bylo, ze dlugo sie nie utrzyma.

A tak bylo pieknie... Ciekawe czy snieg tej zimy jeszcze zaszczyci nas swoja obecnoscia...
 

Pies dzielnie przebiegal po osniezonych trawnikach, a Nik zaliczyl kazda zaspe i do domu wrocil oczywiscie z mokrymi nogawkami oraz sniegiem w butach. Zrzedliwy M. przewidywal ponuro, ze Mlody na pewno sie pochoruje, ale na szczescie obylo sie bez takich "sensacji". :)

Od poniedzialku Potworki mialy nauczanie zdalne, a ja czulam sie, jakby zaczeli juz przerwe swiateczna. Mimo, ze nauczyciele prowadza teraz zajecia z grubsza wedlug szkolnego grafiku, czyli malolaty musza sie laczyc na zywo, to jednak pobyt w domu rzadzi sie swoimi prawami. Potworki co chwila schodzily na dol, bo jesc, bo pic, bo przekaska, bo siusiu (a na gorze maja dwie lazienki do dyspozycji!), bo mamy wczesniej przerwe, itd. Serio, nie wiem jak rodzice w Polsce ogarniaja to od prawie dwoch miesiecy. Osobiscie modle sie, zeby szkola w naszej miejscowosci pozostala otwarta jak najdluzej, najlepiej do czerwca. ;) Dodatkowo, M. wykorzystuje reszte urlopu, a tego mial w tym roku wyjatkowo duzo, bo dostali dodatkowe 2 tygodnie ze wzgledu na korone. W rezultacie, wychodzil z pracy juz o 8:30 rano. :O Dawalam mu do zalatwienia roznorakie sprawy, jak pojechanie do Polakowa na swiateczne zakupy czy wyslanie paczki do Polski, ale niestety zazwyczaj najpozniej o 10 byl w domu. ;) Potwory oraz malzonek, placzacy sie po chalupie = Agata, ktora kompletnie nie moze skupic sie na robocie. Staralam sie zrobic choc troche, odpowiedziec na kilka maili, zeby pokazac, ze "cos" robilam, ale przyznaje, ze rezultaty byly oplakane...

Przy moim "siedzeniu" w domu i braku rozerwania i jazdy w te i nazad: do szkoly, do pracy, z pracy, po Potworki, to byly chyba najluzniejsze przygotowania do Swiat w mojej doroslej karierze. W poniedzialek jeszcze sobie odpuscilam, zamarynowalam tylko mieso na pieczen oraz pojechalam do spowiedzi, ktora badz co badz stanowi przygotowanie, c'nie? ;) Za to M. zabral dzieciaki na religie, ha! A ja zyskalam godzine w domu tylko z psiurem. Dzieciaki zas wrocily zachwycone, bo z okazji Swiat, pani nic im nie zadala. Chociaz... musze jeszcze sprawdzic ich foldery, bo moze sie okazac, ze cos pomylili, lub wygodnie "zapomnieli". :D

We wtorek odkurzylam dol i pomylam podlogi. a pozniej przygotowalam pieczen na "po Wigilii", zrobilam kapuste z grzybami oraz upieklam sernik. Potworki w koncu udekorowaly pierniki, choc kilka ich tajemniczo "zniknelo" w malych paszczach. ;)

Tradycji musialo stac sie zadosc ;)
 

Tego dnia dopadly mnie tez "te" dni i balam sie, ze pokrzyzuja mi przygotowania, ale na szczescie obeszly sie ze mna w miare lagodnie. W srode przyszla kolej na kutie oraz salatke sledziowa. M. ugotowal barszcz i wyszedl mu idealny, bez nerwow i miotania sie po kuchni, cedzac przeklenstwa. Zazwyczaj gotowal go na ostatnia chwile w Wigilie i jak na zlosc, pod presja czasowa, nigdy nie mogl go dobrze doprawic. ;) Tym razem zupa wyszla swietna bez zbednego stresu. Wieczorem upieklam makowca (nie wiem dlaczego, ale zawsze natchnienie do pieczenia dopada mnie wieczorami ;P), ktory okazal sie "magiczny". W przeciwienstwie do sernikow, na ktore mam stale i wyprobowane przepisy, nie moge jakos trafic na makowca, ktory by mi podszedl. Co roku wyprobowuje wiec nowy przepis. Tegorocznego tez juz raczej nie powtorze, bo wyszedl jakis suchy, choc moze po prostu za dlugo go pieklam. Ostatnio sporo ciast nie chcialo mi sie bowiem upiec, musialam dopiekac je ponad wyznaczony czas, tym razem wiec bez wahania nastawilam czasomierz na dluzej. Okazuje sie jednak, ze to ciasto zyskaloby raczej na krotszym pieczeniu. Chyba. Mozliwe bowiem, ze wtedy wyszedlby zakalec. ;) W kazdym razie, dlaczego ciasto okreslilam jako "magiczne"? Otoz, skladalo sie z trzech warstw: zoltej, makowej oraz bialej i w takiej wlasnie kolejnosci wylewalo sie je na blaszke. Tymczasem po upieczeniu, okazalo sie, ze warstwa makowa znalazla sie na dnie, na niej zolta i w koncu biala! No cuda! Tak czy owak, raczej juz nie bede probowac czy kolejnym razem wyjdzie tak samo. ;) Na srode zostala mi salatka warstwowa, danie "kutiopodobne", czyli makielki albo makowki oraz ogarniecie kurzy oraz lazienki na dole, zeby nie wstydzic sie przed goscmi. Makielki robilam pierwszy raz w zyciu, choc byl to moj ulubiony przysmak w dziecinstwie. Moja swietej pamieci babcia, robila go jednak nie z makaronem ani nie z bulka, ale sama wypiekala do niego male kuleczki. Niestety, nie miala corki, a moja matka srednio tesciowa lubila i nigdy o nie nie zapytala, wiec tajemnice "kulek" babcia zabrala ze soba do grobu. Po jej smierci na naszym stole na stale wyladowala juz tylko kutia. A ja przez ponad 20 lat wspominalam ten przysmak z dziecinstwa. :) I w koncu, w tym roku, zdecydowalam sie go odtworzyc. Niestety, przepisu na babcine kuleczki nie mialam skad wziac (za rok moze sprobuje upiec mini buleczki, choc to nie do konca "to"), ale zdecydowalam sie zrobic makielki z namoczona bulka. I wyszedl HIT (to znaczy dla mnie, bo Potworki nawet nie chcialy go sprobowac). Smak dziecinstwa i wspomnienie ukochanej babci. Prawie sie poplakalam kiedy go po raz pierwszy sprobowalam... :) W srode tez mialam telekonferencje z praca, ktora ciagnela sie niczym gluty z nosa przez prawie 1.5 godziny, gdzie mnie az swierzbilo, zeby dalej cos robic, a nie tkwic przy ekranie. Mala sensacja jest to, ze nowy pracownik, ktory dolaczyl do naszej "druzyny", odszedl po dwoch tygodniach... Coz... "Moje" Chinczyki nie potrafia wzbudzic checi do pracy z samej sympatii, a na dodatek chlopak zostal przyjety w tym dziwnym czasie, kiedy nikogo nie ma w biurze ani laboratorium na pelen etat, kiedy zas jest robota w laboratorium, idzie ona na "pelna pare". Nowy pracownik zostal wiec troche zepchniety na drugi plan, a troche rzucony na gleboka wode. Osobiscie nie mialam z nim wiekszego kontaktu, ale inni opowiadali, ze mimo deklarowanego doswiadczenia, bardzo wolno ogarnial o co chodzi i nie byli z niego zbyt zadowoleni. Coz, on najwyrazniej z nich tez nie byl, skoro tak szybko zlozyl rezygnacje. ;)

Hmm... Jak narazie rozpisalam sie glownie o gotowaniu. Robi sie ze mnie wlasna tesciowa, ktora zyje po to, zeby wszystkich karmic. ;) W kazdym razie, dorobilam jeszcze sledzia w polewie musztardowej (pupy nie urwalo; wiecej go nie zrobie :D), zeby go juz zuzyc, a poza moimi tworami, M. usmazyl jeszcze rybke w panierce (glownie ze wzgledu na Potworki) oraz zrobil inna, w sosie smietanowo - cytrynowym. Mialam w planach jeszcze jedna salatke, ale uznalam, ze spasuje. Wraz z pierogami (kupnymi niestety) i tak wyszlo nam 10 dan. Jesli dolicze oba ciasta, mielismy calutkie 12. :D Dzieki spokojnemu gotowaniu po trochu przez prawie trzy dni, wyrobilam sie ze wszystkim do wczesnego popoludnia w Wigilie. Moglam sie na spokojnie wykapac, nakryc do stolu (w czym z zapalem pomagala Bi) oraz przygotowac stroje dla siebie oraz Potworkow. Przy okazji musialam wyklocic sie z corka, ktora niestety ma juz swoje zdanie na temat ubioru i tak sie sklada, ze nienawidzi koloru czerwonego. Szkoda, bo przy jasnej karnacji i niemal bialych wlosach, to kolor niezwykle dla niej twarzowy. Tak sie tez pechowo zlozylo, ze "odziedziczyla" po znajomej dwie sliczne sukienki, takie typowo na Boze Narodzenie. Zgadnijcie, w jakim sa kolorze? ;) No wlasnie. Czerwonym. Mnie szkoda jest odlozyc ich na kupke "do oddania" jesli Bi ich nawet nie zalozyla, ona zas walczyla ze wszystkich sil zeby nie nalozyc zadnej z nich. W koncu zawarlysmy kompromis, ze Bi sama wybierze, ktora z sukienek zalozy, pod warunkiem, ze bedzie to jedna z tych dwoch. Oczywiscie instynktownie wybrala te, ktora mniej mi sie podoba, a w dodatku druga jest mniejsza i w tym roku byl ostatni dzwonek, zeby sie w nia ubrac. To dziecko ma jakis instynkt idealnie podpowiadajacy jak mi dopiec. :D Przed swietowaniem musialam jeszcze tylko ogarnac pobojowisko w kuchni, pozostawione przez M. po robieniu ryb. Mial je smazyc dzien wczesniej, ale mu sie odwidzialo, bo stwierdzil, ze lepiej zeby byly swieze. No pewnie, nie bede z tym polemizowac, ale przez to nie tylko musialam na ostatnia chwile szorowac kuchenke oraz blaty w kuchni, to jeszcze cala chalupa smierdziala ryba, czego nienawidze...

Tym razem "Mikolaj" zostawil prezenty juz w nocy przed Wigilia, ale doczepil do nich kartke zabraniajaca otwierania. ;)

List od Mikolaja ;)
 

Coraz ciezej jest kombinowac z podrzucaniem prezentow po wieczerzy. Wypatrywanie Mikolaja na dworze lub przez okno nie zdawalo egzaminu juz dwa lata temu. O ile Bi trzyma sie kurczowo wiary w goscia w czerwonym kubraku, o tyle Nik jest bardzo podejrzliwy i usilnie probuje wydobyc z nas przyznanie, ze to tylko sciema. ;) Rok temu udalo mi sie wymknac przez garaz, okrazyc dom i podrzucic pakunki pod drzwi. W tym roku jednak zapowiadano ulewny deszcz, wiec odpadalo. W koncu stwierdzilam, ze podloze paczki pod drzewko i pozostanie miec nadzieje, ze Potwory ich nie otworza. O dziwo grzecznie wytrzymali, choc caly dzien zameczali pytaniami, czy moga otworzyc chociaz po jednej, jedynej, malenkiej paczuszce. Ja i M. pozostalismy nieugieci. :D Nik obrazony, przesunal chociaz swoje paczki na sam przod, zeby dorwac je w pierwszej kolejnosci. ;) Musze przyznac, ze i tak calkiem cierpliwie czekali do wieczerzy. Spodziewalam sie duzo wiecej marudzenia i placzu. Widocznie perspektywa rychlego "konca" dodawala im sily woli. :D Nie wiem jednak, czy za rok nie powiem im po prostu prawdy i juz, choc oznaczac to bedzie koniec etapu dzieciecej ufnosci i wiary w magie oraz cuda...

Wigilijne pieknosci <3
 

W koncu dziadek oraz wujek dojechali. Szczegolnie wujek byl sensacja, bowiem z powodu pandemii nie widzielismy go caly rok. Ciezko jest nam sie z nim zgadac, mimo ze przy kazdej okazji powtarzamy, ze jest dla nas jak rodzina i ma sie nie krepowac i wpadac nawet niezapowiedziany. Wujek jest niestety przy okazji koronowym "panikarzem". Na wiosne zachorowal. Sam sobie zdiagnozowal zapalenie pluc, chociaz wierzy, ze mial koronaswirusa. Do lekarza ani na test jednak nie poszedl i samodzielnie leczyl sie antybiotykiem, ktory ktos (pewnie ciotka M., z ktora nadal utrzymuje kontakt) przyslal mu z Polski. Od tamtego czasu ma nawroty kaszlu i oslabienia. W czasie Wielkanocy caly Stan byl zamkniety i wszyscy sie izolowali. A. nie przyjechal jednak ani na urodziny Bi, ani kiedy zapraszalismy na ognisko latem (na swiezym powietrzu!), ani w koncu na Indyka. Na urodziny Nika juz go nawet nie zapraszalam. Zaprosilismy go na Wigilie, choc na 90% bylam pewna, ze znow wymowi sie, ze "nie chce nas czyms zarazic". Zawsze tak powtarza, choc jestem pewna, ze to on nie chce sie niczym zarazic od nas... ;) Przyjazd jego byl wiec wielka niespodzianka, ale i ogromna radoscia. Szczegolnie dla dzieciakow, ktore wujka uwielbiaja. Podzielilismy sie oplatkiem i rozpoczelismy wieczerze. Potworki jak zwykle poprzestaly na barszczu z uszkami oraz kawalku smazonej rybki. ;) Rzeczony barszcz Nik konsumowal bite pol godziny (:O) i nawet perspektywa czekajacych prezentow nie pomagala... Po wieczerzy Potworki urzadzily dla nas koncert skrzypcowy.

Muzykanci
 

Rozpierala mnie duma, chociaz wiecie, jako matce lzy stanely mi w oczach, ale wierzcie mi, nie chcialybyscie tego sluchac. :D Sama wyszukalam Potworkom jak najprosciej rozpisane nuty na "Cicha noc", ale potem nie pozwolili mi byc przy cwiczeniach. Nik dopiero w sama Wigilie skapitulowal, bo instrument mu sie rozstroil i potrzebowal pomocy. Bi do samego konca zamykala sie w pokoju. Rezultat byl niemal oplakany, bo wiadomo, melodia to jedno, ale jest jeszcze cos takiego jak intonacja i rytm, a tego zabraklo. Starsza zagrala cala melodie jednym rytmem, a Nik nie posmarowal dobrze smyczka i momentami slizgal mu sie po nutach. Kolede mozna wiec bylo rozpoznac tylko w niektorych momentach. :D Ale! I tak jestem dumna, ze w ogole chcieli, ze poswiecili czas na cwiczenia i ze odwazyli sie wystapic, szczegolnie Nik, ktory do Bi dolaczyl dopiero dzien przed Wigilia, a wczesniej upieral sie, ze sie wstydzi i nie chce. ;)

Po koncercie nastapil gwozdz programu, czyli otwieranie prezentow! Jak zwykle istny szal. Nik (ktory wczesniej przysunal swoje prezenty na front) zaczal juz otwierac swoje paczki, dopoki nie przystopowalam go, ze najpierw trzeba wszystkim rozdac pakunki. Z lekkim foszkiem, ale biegiem rozdal wszystkim upominki, po czym zaczelo sie wielkie rwanie papieru. ;)

Nik wrecza prezent wujkowi
 

W zasadzie chyba wszystko okazalo sie trafione, bo i wiekszosc byla z listu do Mikolaja. ;) Bi dostala walkie - talkies, niespodzianke Itty Bitty Pretties (cos jak laleczki LOL, tylko ze w gigantycznej filizance), zestaw Bakugan'ow (nie wiem po co jej one, ale ze brat kolecjonuje, to i jej sie zachcialo), a oprocz tego gre w statki, maskotke oraz puzzle na 1000 czesci, ktorych jeszcze nie zaczela ukladac, bo nie wiem gdzie sie z nimi rozlozyc. Ukladanie na pewno zajmie jej (i zapewne mi) kilka dni...

Nowa "odslona" laleczek LOL ;)
 

Nik Otrzymal gre Minecraft na Playstation, niespodzianke Zuru Smashers, upatrzonego Bakugan'a do kolekcji, niespodziewanie rowniez walkie - talkies, nowe auto i model silnika do skladania. Oboje dostali tez kupe slodyczy i jakies mniejsze duperelki. ;)

No i teraz "kopie" zawziecie... :D
 

Po rozdaniu prezentow, dzieciaki zajely sie rozparcelowywaniem niespodzianek, a ja podalam gosciom ciasta. Wujek dosc szybko uciekl (pamietam jeszcze z czasow kiedy przyjezdzal z ciotka M., ze zawsze ja wyciagal na sile; facet chyba nie toleruje takiego siedzenia przy stole), ale moj tata posiedzial az przyszedl czas zeby sie zbierac na Pasterke. Szczerze, to mialam nadzieje, ze zamkna koscioly na Boze Narodzenie, jak to zrobili na Wielkanoc, no ale nie. ;) Tyle, ze kazda parafia kombinowala jak sie dalo. Kosciol w naszym miasteczku, do ktorego ostatnio jezdzimy najczesciej, nie zrobil mszy na Boze Narodzenie w ogole, zeby nie musiec odsylac ludzi z kwitkiem. Wiekszosc kosciolow wybrala opcje z zapisami, zarowno na Pasterke, jak i na Swieto. Dwa polskie koscioly w pobliskim miescie zas, zwiekszyly ilosc mszy (w tym urzadzily trzy Pasterki) i liczyly, ze ludzie jakos sie "rozprosza", choc zaznaczyly, ze w razie tlumow, beda ludzi wypraszac. Wybralismy jeden z tych kosciolow, pojechalismy na 21 i wyruszylismy ze sporym wyprzedzeniem, bo balismy sie, ze sie nie zalapiemy. Niepotrzebnie. Ludzi bylo sporo, ale w zadnym wypadku nie byly to tlumy. Najwyrazniej strategia zadzialala... ;) Potworki na mszy przysypialy oczywiscie, ale po powrocie do domu wstapila w nich nowa energia i buszowali z nowymi zabawkami az do 23:30. :O



 

W nocy, juz tradycyjnie, wsadzilam kilka drobiazgow do skarpet wiszacych nad kominkiem. Pluje sobie w brode, ze w ogole zaczelam te tradycje, ale coz, teraz musze ja kultywowac. ;) Potworki dostaly po puchatych, swiatecznych skarpetach, Bi bezprzewodowe sluchawki, a Nik "pierdzacy" dlugopis (hit malego chlopca, mowie Wam! :D).

Pierwszy i jedyny dzien Swiat spedzilismy juz spokojnie, grajac z Bi w statki, gadajac z dziadkiem, ktory znow wpadl z wizyta, a M. spedzil bite trzy godziny z Kokusiem, probujac zlozyc model silnika.

Rundka statkow z dziadkiem
 

Juz prawie koniec i trzeba bylo zaczynac od nowa...
 

Zabawka niby dla dzieci 8+ wiec Nik sie lapal, ale sam w zyciu by nie podolal. Tyle im zas zajelo, bo Mlodszy na poczatku skladal go sam, cos gdzies polaczyl odwrotnie i kiedy juz prawie caly silnik byl zlozony, okazalo sie, ze cos tam nie pasuje! ;) Musieli go rozlozyc na czesci z powrotem i po znalezieniu bledu, poskladac od nowa. :O Warto jednak bylo. Silnik jest na baterie i po podlaczeniu, swieca sie swiatelka, tloki pompuja i poruszaja sie inne czesci. Fajna sprawa. :)

Gotowy silnik. Druga po poludniu, a Nik nadal w pizamie. Bi przechodzila w niej caly dzien ;)
 

I tak minely Swieta. Poswiateczny weekend zas spedzilismy... zmieniajac wystroj salonu. Nie moze byc przeciez spokojnie i nudno... Pamietacie, pisalam, ze mamy teraz telewizor. Pod telewizor zamowilismy szafke, ktora potrzebna jest zeby te sciane troche "dopelnic" i przy okazji zaslonic wszystkie kable. Szafka ma przyjsc za 2-3 tygodnie. Problem jednak z tym, ze kiedy przyjdzie, nie moglibysmy nijak upchnac w salonie wszystkich czesci kanapy, a w piwnicy tez nie ma za bardzo miejsca, zeby je upchnac... Uzgodnilismy, ze pojezdzimy i popatrzymy za nowymi kanapami. Dla mnie w domysle, ze gdzies po Swietach, dla M... No wlasnie. Moj maz jest w goracej wodzie kapany i jak ma cos robic, to juz teraz, zaraz, natychmiast. Wiedzac, ze szafka pod tv jest zamowiona, nie mogl po prostu poczekac, tylko... wystawil nasze kanapy na sprzedaz. Na moje obiekcje, machnal reka beztrosko, ze "czy ja mysle, ze tak latwo sprzedac uzywane kanapy?". Nooo... Nie wiem, co mysle, ale zainteresowanie przeszlo jego najsmielsze oczekiwania, telefon mu sie doslownie sie urywal i zaczal oczywiscie naciskac, zeby korzystac z okazji... Przed samiutkimi Swietami! To, ze nie bylam zbyt zadowolona, to malo powiedziane. Nie chcialam wciskac tego w czesc posta o Swietach, ale tydzien swiateczny spedzilismy jeszcze na szukaniu kanapy! Nie bylo mowy zebym pozwolila M. sprzedac starych akurat na Swieta, kiedy mielismy goscic A. i mojego tate, ale zawarlismy kompromis i zgodzilam sie w poniedzialek, po religii Potworkow pojechac jeszcze szybko do meblowego, zobaczyc co w ogole maja. Tam - kompletna porazka. Jechalam z mysla, ze chce kanape materialowa (absolutnie nie skorzana) i w miare nowoczesna, a tymczasem wszystkie obite materialem byly albo "babciowe", albo typowo amerykanskie, z gigantycznymi poduchami, w ktorych czlowiek sie doslownie zapadal. Jedyna kanapa, ktora podpasowala nam w miare stylem, byla... skorzana. :D Stwierdzilismy, ze trzeba szukac dalej. We wtorek M. namawial, zeby pojechac do jeszcze innego sklepu, a ja zaczynalam juz przygotowania do Swiat, dostalam okres i wsciekla bylam jak osa. Sklep jednak byl bliziutko, wiec kiedy Potworki skonczyly zdalne lekcje, zgodzilam sie na szybko podjechac. I tam znalezlismy wymarzone kanapy, ale z cena taka, ze o jessssuuu... Prawie $6000 za kanape i dwa fotele?! Rozboj w bialy dzien!!! Pozostalo nam wybrac albo materialowe kanapy za mala fortune, albo skorzane, ktorych nie chcielismy, ale za nieco przystepniejsza cene... Tymczasem jednak absolutnie nie zgodzilam sie, zeby sprzedawac stare kanapy na dzien przed Wigilia (a byl chetny kupiec). No kurna! Zeby nie mozna bylo spokojnie usiasc po wieczerzy?! Zadna z potencjalnych nowych nie byla do odebrania w ten sam dzien. Minely Swieta i w sobote od rana telefon M. ciagle pikal z pytaniami o kanape. W koncu przyjechalo malzenstwo z nastoletnim synem i zabrali ja. Jak zawsze przywiazuje sie do starych rzeczy, tak tym razem kompletnie mnie nie ruszylo. Te kanapy przez prawie 5 lat non stop mnie wkurzaly, rozjezdzaly sie, z poduch lecialo pierze i z ulga sie ich pozbylam. Tego samego popoludnia pojechalismy po nowe i salon prezentuje sie teraz o wiele lepiej.

"Nowy" salon
 

Jakies poduchy dla kontrastu i gotowe
 

Niech jeszcze dojdzie stolik pod telewizor i tak moze juz na jakis czas zostac. Tyle, ze jest ciagla walka o to, kto siedzi w fotelach. :D

 

Mysle, ze na tym zakoncze. Pora na zyczenia noworoczne, tylko... jakie? Przelatujac wspomnieniami miniony rok, ze zdziwieniem stwierdzam, ze... nie byl taki zly. Oczywiscie to moja subiektywna opinia, bo na pewno dla wielu byl kiepski lub wrecz tragiczny. Ja naleze do szczesliwcow... Owszem, duzo bylo niepewnosci, ale poki co, wszystko jakos sie rozwiazalo. Owszem, drzewo zwalilo nam sie na przyczepe, a ja zdolalam rozwalic nowiutkie auto, ale to drugie dalo sie naprawic, a przyczepke mamy nowa, fajniejsza... Tak, zdalne nauczanie polaczone z praca bylo niesamowicie wkurzajacym doswiadczeniem, ale przetrzymalismy, cala jesien Potworki chodzily normalnie do szkoly, a ja jeszcze nigdy nie spedzilam takiej ilosci czasu cieszac sie domkiem i majac moje Potworki przy sobie. To chyba najwazniejsze, co dal mi ten rok. Jedyne, co mi naprawde zabral, to wylot do Polski oraz ogolnie plany wyjazdowe. To przyznaje, uwieralo i dokuczalo, tym bardziej, ze zwykle wyjezdzamy dosc czesto. Wazne jednak, ze choc utknelismy z grubsza w domu, to w zdrowiu i razem.

W Nowym Roku, zycze Wam wiec Kochane: ZDROWIA, a takze aby swiat wracal do normalnosci, zebysmy odzyskali wolnosc i mozliwosc decydowania o tym, jak chcemy zyc, gdzie jechac i z kim i kiedy sie spotykac!

Do przeczytania w 2021!