środa, 25 października 2017

Z serii: w tym domu sie gada + nie mam o czym pisac, ale i tak napisze! ;)

Na poczatek: gaduly!

Na spotkaniu w sprawie programu nauczania, wychowawczyni Nika (zgodnie z moimi przewidywaniami) rozlozyla karteczki z lista drobiazgow, ktore rodzice moga dokupic do wyposazenia klasy. Z tego stosiku, wybralam puzzle. Zakupiony zestaw, Nik (po awanturze, bo chcial je zatrzymac dla siebie) poniosl do szkoly. Kilka dni pozniej, Pani podziekowala mailem, dodajac zdjecie Kokusia z kolegami, ukladajacych je.



Po powrocie do domu, pytam syna, jak mu sie podobaly wybrane przeze mnie puzzle?
Nik: "Oh, they were MARVELOUS!!!"

Ekhem... Ten tego... Za 2-3 lata jego angielskie slownictwo bedzie znacznie bogatsze od mojego... ;)


***

Nik (o linijce, ktora zostawil w aucie): "I forgot moja mierzarke!"


***

Dzieciaki sa (niestety) brutalnie szczere.
Na placu zabaw podchodzi do mnie i Nika maly chlopczyk z tata. Taki ladny mulatek ze sniada buzia i loczkami. Syn pokazuje go palcem:
"He's in my class."

Nik zawsze narzeka, ze zaden z jego kolegow nie idzie sie bawic po szkole (wiekszosc wraca autobusem albo idzie na swietlice), wiec ucieszona szczebiocze slodko, niefortunnie po angielsku, zeby chlopiec i jego tata zrozumieli:
"Oh, is he your friend?"

A Nik marszczy brwi i wypala: "No. I don't play with him!".
Po czym odwraca sie na piecie i odbiega w strone Bi! A mnie, coz... pozostalo zapasc sie pod zimie, albo chociaz usiechnac przepraszajaco do chlopca oraz jego taty...


***

Dwujezycznosc, taaa...

Nik: "I don't want to mordowac sie with that!"


***

Nik: "Mozesz dac mi wiecej keczupiku?"

Ketchup jest w naszym domu niezwykle cennym surowcem. Potworki maczaja w nim wszystko oprocz tostow z miodem, a kiedy go zabraknie, na starych pada blady strach, bowiem teraz dzieci nie zjedza juz niiiic... ;)


***

Sceny z szukania psa:
Bi: "A jak Majusia sie nie znajdzie, to bedziemy miec jakies inne zwierzatko? Bo ja to bym chciala konika..."

A ja sie balam, ze bedzie plakac... :/


***

Nik (o cukierkach): "Mam dwa blue!"
Matka: "A blue to jak jest po polsku?"
Nik patrzy...
Matka: "No jak? Nieeee... Nieeebieeee..."
Syn: "Azul!"

Super. Ja prosze o polski, on mi rzuca hiszpanskim... Coz... przynajmniej widze, ze te 20 minut dziennie hiszpanskiego, procentuje. ;)


***

Matka (zartobliwie): "Nie gadaj tyle, bo cie zjedza motyle!"
Bi: "A jak motyle moga zjesc a person?"

No wlasnie. Jak? :)


***

Zupelnie nagle, Potworek Mlodszy, zaczal mowic niemal wylacznie po angielsku. Jak Bi porozumiewa sie z nami (w sensie mna, M. oraz dziadkiem) w okolo 80% w jezyku polskim, tak Nik kilka tygodni temu przestawil sie w 95% na angielski. Przyznaje, ze poniewaz go rozumiem, na poczatku nawet nie zwrocilam na to uwagi. Dopiero po jakims czasie zapalila mi sie czerwona zaroweczka. Poniewaz sama wiem, ze latwiej jest jezyk obcy (a takim dla Nika staje sie polski) rozumiec, a trudniej sie nim poslugiwac, zaczelam ostro interweniowac. Prosze, zeby powtorzyl zdanie po polsku, tlumacze, ze w domu nie mowimy po angielsku, nawet zmyslam, ze go nie rozumiem. Nik oczywiscie, protestuje, wykreca i zlosci sie niemozliwie. Zaparlam sie jednak i zrobie wszystko, zeby wygrac te wojne i zeby moj syn poslugiwal sie jezykiem polskim.

Ciekawa sprawa, moje wysilki zostaly podjete rowniez przez Bi. Po ktorejs dlugiej, zazartej dyskusji, kiedy Nik nie wywalczyl czegos ode mnie mowiac po angielsku, zwrocil sie do siostry. W angielskim oczywiscie. A na to Bi, chichoczac zlosliwie:
"Nie rozumiem co mowisz! Ja jestem Polaczka!"

A czasami, kiedy sie spiesze i nie mam czasu (albo sily) walczyc o kazde zdanie i ignoruje to, w ktorym jezyku odzywa sie do mnie syn, Bi informuje mnie uprzejmie (chociaz Nik zwraca sie do MNIE): "Mamo, on mowi do ciebie po angielsku!". Zaiste, nie zauwazylam! :D


*

Poza tym cos tam sie dzieje, ale nic o czym mozna by sie specjalnie rozpisywac. Chociaz nie bede sie zarzekac, bo jak zaczne klepac, to pewnie znow wyjdzie mi tasiemiec! ;)

Kokusio zostal ostrzyzony i poraz pierwszy po postrzyzynach nie chcialo mi sie plakac. Chyba zaczynam sie przyzwyczajac do tego, ze mali chlopcy jednak wymagaja regularnego podcinania... Troche w tym tez zaslugi M., ktory tym razem spisal sie na medal. Zamiast jak zwykle jechac maszynka rowno i ciac na "pale", grzecznie zostawil gore sporo dluzsza. I w takiej fryzurce Nik niesamowicie mi sie podoba! :)
Zdjecia niestety brak. Poprawie sie nastepnym razem. ;)

*

Kilka dni temu, Potworki urzadzily sobie w ogrodzie tor przeszkod. Ustawily siatki z odlamkami drewna pozostalymi po budowie tarasu (juz prawie koniec!), wiaderka, miski, co tam znalazly.

I biegaly w kolo ogrodu, niezmordowanie przez pol godziny. Najwyrazniej dluga przerwa spedzona na przyszkolnym placu zabaw, a nastepnie zabawa na tymze placyku po szkole, sa mocno niewystarczajace. Po powrocie do domu i pokrzepieniu obiadem, mozna szalec dalej.


Ja padlabym juz dawno niczym kon po westernie, a oni moga tak biegac i biegac... ;)

*
Nasz dziadek (moj tata) skonczyl w poniedzialek 60 lat! Nie moge w to uwierzyc! Moi rodzice zatrzymali sie dla mnie gdzies na 45 wiosnach i nie przyjmuje do wiadomosci, ze "4" z przodu wkrotce bedziemy nosic ja oraz M. ;)
Mieszkamy niestety daleko od reszty rodziny, a przy tym zupelnie nie znam grona znajomych mojego taty. Nie bylo wiec jak wyprawic mu przyjecia - niespodzianki, a "zwyczajnego" przyjecia nie chcial. Coz wiec pozostalo? Zabralismy go chociaz na obiad do restauracji. ;) Objedlismy sie, milo spedzilismy czas, Potworki zadbaly o odrobine irytacji, choc i tak stwierdzam, ze "dorosli" w koncu do jadania poza domem. ;) Ogolnie bylo fajnie, przynajmniej dla mnie. Mam nadzieje, ze dla taty tez. ;)

*

Dostalismy zaproszenie na slub mojej dawnej podopiecznej. :) Nie do wiary, ze ta mala, jasnowlosa, usmiechnieta dziewczynka, konczy niedlugo 27 lat i wychodzi za maz. Z nia i jej narzeczonym jest ciekawa sprawa, bo K. jest oczywiscie Polka, przyszly Pan Mlody - Francuzem (francuskim, a nie kanadyjskim), a mieszkaja w... Montreal'u! ;)
Slub jest jednak w Polsce i niestety w pazdzierniku, a to srodek roku szkolnego. Chcielibysmy na nim byc, ale Potworki stracilyby 2-3 tygodnie szkoly. To najmlodsze klasy, ale jednak nie wiem... Tubylcy bardzo powaznie podchodza do frekwencji, nie ma tu takiej swobody jak w Polsce, gdzie rodzic zabiera dziecko ze szkoly kiedy i na ile mu sie podoba. Coz, musimy sie zastanowic...

*

Jestesmy gotowi na nadchodzacy sezon narciarski! ;)

(Karty czlonkowskie sa imienne i kazdy z nas, lacznie z Potworkami, ma wlasna)

Panie i Panowie, oficjalnie nalezymy do klubu narciarskiego. ;)

Taki klub to calkiem niezly pomysl. Czlonkowstwo dla rodziny to 45 dolarow, czyli nieduzo, a niesamowicie sie oplaca. Dostaje sie rozpiske dni, w ktorych na okolicznych stokach sa akceptowane znizki i za okazaniem karty czlonkowskiej, mozna nabyc dzienny karnet nawet za polowe ceny! A najwazniejsze, ze te "okoliczne stoki" sa w Stanach Vermont oraz New Hampshire. Co prawda dla nas to przynajmniej 2 godziny jazdy, ale za to sa to juz prawdziwe gory. No dooobra, Colorado czy Montana to nie jest, ale stoki sa znacznie wyzsze i rozleglejsze niz nasze najblizsze "pagorki". ;)

Chcialabym jeszcze kupic sobie nowe buty narciarskie, bo stare sa zle wyprofilowane i potwornie bola mnie w nich golenie. Poki jezdzilam 2-3 razy w roku (a przez kilka lat wcale), nie mialo to takiego znaczenia. W tym roku jednak, plan jest zeby jezdzic co 2-3 tygodnie, a tego moje golenie moga juz nie wytrzymac. ;) Takie zakupy nie moga jednak byc zalatwione moim ulubionym sposobem - internetem. Musze pojezdzic po sportowych sklepach, poprzymierzac, popasowac i wtedy cos wybrac. I zapewne przelknac bol portfela. ;) Jak narazie, brakuje mi na to czasu. Pewnie obudze sie tydzien przed planowanym szusowaniem. ;)

*

Musze tez koniecznie napisac, ze jestem niesamowicie dumna z Bi! Panie i Panowie, moje dziecko plywa samodzielnie, bez zadnych "rekawkow", gabek czy innych utrzymujacych na powierzchni wynalazkow! :) Wlasciwie to juz po wakacjach wiedzialam, ze Bi potrafi utrzymac sie na powierzchni, tylko ze nasz basenik jest niewielki, a w jeziorach Starsza plywala zawsze blisko brzegu. Nie bylam pewna jak poradzi sobie w basenie, w ktorym w zadnym miejscu nie dotyka dna. Zasygnalizowalam jednak instruktorce plywania, ze Bi potrafi utrzymac sie na powierzchni i stwierdzilam, ze niech sama zdecyduje czy Starsza jest gotowa na samodzielne plywanie.

Niestety, mijaly tygodnie, a Bi nadal plywala z "gabkami" na plecach. Przyznaje, ze jako matce, te gabki dawaly nieco komfortu psychicznego rowniez mi. Wiedzialam, ze gdyby Bi nagle stracila sily w polowie basenu, nie poszlaby na dno.
W koncu jednak sie lekko zirytowalam. Zapisalam przeciez dziecko na basen, zeby nauczylo sie plywac, a nie chlapalo dla zabawy! Pierwsze dwa poziomy to rzeczywiscie bylo oswajanie z woda, nauka koordynacji pracy rak i nog, itd. Na trzecim poziomie jednak, oczekiwalam faktycznego plywania. Wiem oczywiscie, ze to nie do konca tak, ze niczego sie nie ucza, bo na treningach cwicza prawidlowe style plywackie, na brzuchu oraz plecach, itd. Wydaje mi sie jednak, ze te gabki unoszace dziecko, wszystko psuja, bo mlody plywak przyzwyczaja sie, ze nawet jesli zatrzyma sie na srodku basenu, bedzie sie unosil na wodzie niczym korek. Krotko mowiac, nie musi sie bardzo wysilac.

W koncu stwierdzilam, ze musze cos z tym zrobic. Niestety, instruktorka Bi przechodzila z jednej  grupy do drugiej, nie wychodzac praktycznie z wody. Nie chcialam zas wywolywac jej z basenu kiedy miala pod opieka dzieci. W koncu jednak udalo mi sie ja dorwac i spytalam co mysli o tym, zeby Bi sprobowala plywac bez wspomagania. Dziewczyna oznajmila, ze no jasne, ze Starsza jest na to gotowa (a ja zazgrzytalam zebami, bo nie mogla sama wyjsc z inicjatywa?), szkoda tylko ze nasza rozmowa odbyla sie przed ostatnimi zajeciami w tej sesji... :/

(Wiem, zdjecie jest beznadziejne, ciemne i z daleka. Nie moglam podejsc blizej, bo pilnowalam Nika, ktory choc plywac nie chcial, co chwila zblizal sie niebezpiecznie do basenu... Musicie mi uwierzyc na slowo, ze to co tam sie z wody wychyla, to Bi i ze plynie samodzielnie :D)

Moze lepiej pozno niz wcale, ale troche zla jestem. Bi zmarnowala 5 tygodni, bo mogla niemal od poczatku plywac bez pomocy... Chetnie zapisalabym ja na kolejna sesje, zeby kuc zelazo poki gorace, ale sie waham. Kolejne tygodnie zahacza o okres bozonarodzeniowy i nie wiem czy w ogolnym zabieganiu potrzebny mi dodatkowy bol glowy. To po pierwsze. A po drugie, poniewaz juz ponad miesiac ja oraz dzieciaki nie mozemy sie doleczyc z uporczywego kaszlu (jakim cudem M. jest nadal zdrowy nie mam pojecia...) oraz kataru (to Nik), nie wiem czy basen pozna jesienia jest nam az tak wskazany... I chociaz ogolnie jestem za hartowaniem, to teraz sama juz nie wiem... Moze postawie na jakis inny sport, przynajmniej do nadejscia zimy, bo przeciez narty zblizaja sie wielkimi krokami i trzeba wykorzystac dobrze to czlonkowstwo w klubie. ;)

A przy okazji, napisze Wam tez dlaczego fajnie jest powierzyc trenowanie dzieci profesjonalistom. Bo wiecie, M. ostatnio zrzedzil, ze po co zapisywac Potworki na lekcje plywania, skoro sama moge ich pouczyc. W koncu plywac umiem. No umiem, chociaz wybitnego plywaka nigdy ze mnie nie bylo i nie bedzie. ;) Nie dam rady nauczyc dzieci porzadnych stylow plywackich, bo sama ich dobrze nie znam. Poza tym, trenerzy maja swoje sztuczki, ktorymi zachecaja dzieciaki do odpowiedniego ukladania ciala, na ktore ja nawet bym nie wpadla. Np. dla mlodszych dzieci sporym problemem jest koniecznosc zanurzania glowy pod wode. Jeszcze na poczatku ostatniego cyklu zajec, Bi rozpaczliwie wychylala glowe tak wysoko jak sie da. W przeciagu jednak 6 tygodni sesji, zaczela ja bez problemu zanurzac. A ostatnio pokazywala mi (na sucho) jak sie plywa kraulem i przechylajac glowe na bok, mruczala sama do siebie "...i sluchamy co mowia rybki w wodzie...".
To teraz juz wiem jak instruktorka przekonala ja do zanurzania uszu. :D

(A po treningu - wygrzewanie w jacuzzi)

*

Tak jak pisalam w ktoryms z ostatnich postow, w zeszlym tygodniu Potworki zaczely przynosic prace domowa. O ile Nik dostaje w poniedzialek pakiet do wypelnienia i oddania w piatek, o tyle Bi niestety dostaje prace domowa codziennie. Na szczescie poki co, oboje do lekcji siadaja chetnie i bez przymuszania. Dodatkowo niestety, Nik musi cwiczyc "snap words", czyli wyrazy ktore ma czytac odruchowo i bez literowania. Szybko sie przekonalam, ze z nikowa pamiecia ich rozpoznawania nie musimy cwiczyc w ogole. Wszystkie pamieta z cwiczen w szkole. Gorzej z cwiczeniem ich pisania. Nie to, ze nie umie, bo wychodzi mu calkiem ladnie, ale nie lubi pisac ten moj chlopczyk, oj nie lubi... ;)
Nik to jednak pikus przy tym co wyprawia Bi podczas cwiczenia czytania! Normalnie, za kazdym razem kiedy mam ja wolac do ksiazki, przygotowuje sie mentalnie na bitwe. Powinnam sobie wczesniej walnac "kielona" melisy w koncentracie, bo to, co moje dziecko wyprawia kiedy ma przegloskowac wyraz, to ludzkie pojecie przechodzi. Przeczytanie 3-4 zdan to mordega gorsza niz przy wykopkach! Takich intelektualnych... Chociaz musze przyznac, ze wychodzi jej to duuuzo lepiej niz kilka miesiecy temu, a przez wakacje cwiczylysmy bardzo niewiele...

Do tego dochodzi granie w matematyczna gre przysylana na kilka dni do domu i z 15-minutowej (jak twierdzi nauczycielka) pracy domowej, robi sie godzina. Ech... :/

*

W zeszla srode, w szkole Potworkow odbyl sie apel, na ktory zaproszeni zostali rowniez rodzice pierwszych klas, jako ze te klasy mialy przygotowany specjalny wystep.
Wychowawczyni Nika (a zeszloroczna Bi), nadal regularnie wysyla zdjecia i pisze co dzieciaki porabiaja. W przyszlym tygodniu rodzice sa zaproszeni do klas zerowkowych zeby razem z dziecmi poczytac oraz wykonac prace plastyczna, a pozniej zostac na Halloween'owej paradzie. Natomiast co sie dzieje u Bi, wiem tylko ze strzepkow informacji otrzymanych od corki. Czyli wlasciwie nie wiem nic. :)
Skorzystalam wiec chetnie z zaproszenia na apel, bo rodzice wpuszczani sa do szkoly tylko przy jakiejs okazji i... troche sie rozczarowalam. Okazalo sie bowiem, ze wystep (a wlasciwie piosenke) przygotowala jedna z I Klas. Reszta pierwszoklasistow, choc siedziala na podwyzszeniu, spiewala tylko refren. Nie mniej jednak, Bi byla zachwycona moja obecnoscia, zawziecie machala mi i przesylala buziaki i chociazby ze wzgledu na to, warto bylo przyjechac. A ze pracuje teraz 5 minut od szkoly, to wymknelam sie na pol godzinki i juz. ;)


Reszta dzieci siedziala po turecku na podlodze, w dodatku tylem do zebranych pod sciana rodzicow. Nik znalazl sie niestety po drugiej stronie sali, wiec widzialam tylko czubek jego blond glowy. ;)

Przy okazji powspominalam dawne apele z wlasnej szkoly podstawowej. Te hamerykanckie wypadaja jednak znacznie ciekawiej. ;) Nie wiem czy tak jest nadal w Polsce, ale wszystkie apele, na ktorych mialam srednia przyjemnosc bywac, odbywaly sie z okazji jakiegos patriotycznego swieta, byly wiec sztywne i co tu duzo ukrywac, nudne jak flaki z olejem. Pamietam, ze niesamowicie sie na nich nudzilam i cieszyl jedynie fakt, ze umykala choc czesc lekcji. ;) Apele w liceum byly jeszcze gorsze, bo urzadzane tylko wtedy, kiedy ktoras z klas cos przeskrobala. Dyrektor zwolywal wiec wszystkich na sale gimnastyczna po to, zeby na nas nawrzeszczec. I znowu, czlowiek cieszyl sie tylko, ze przynajmniej nie musi siedziec na matmie czy innej fizyce. ;)

Tutaj dzieci (oraz rodzice) musialy odklepac "Pledge of Allegiance", a pozniej zaspiewac stara, piekna patriotyczna piesn "My Country, 'Tis of Thee". Piesn ta zostala napisana w 1831 roku i jako ciekawostke dodam, ze jej melodia jest identyczna jak brytyjski hymn narodowy.
Po tym wstepie nastapila juz jednak glowna czesc. Szkola Potworkow co roku wybiera sobie jakis temat przewodni. Juz widze jak w Polsce bylby to rok Adama Mickiewicza czy jakiegos lokalnego biskupa. ;) Tutaj? Temat bardziej odpowiedni dla maluchow (przypominam, ze szkola miesci klasy od 0 do IV), mianowicie ze popelnianie bledow jest zupelnie normalne, a nawet potrzebne, bo tylko w ten sposob sie uczymy. Bi od poczatku roku powtarza mi srednio raz dziennie, ze "Mamo, it's ok to make mistakes, because that's how your brain grows". :D
Bardzo podoba mi sie takie podejscie. Cala piosenka pierwszoklasistow traktowala wlasnie o tym, ze mozna popelniac bledy, najwazniejsze jest, zeby sie starac, a wtedy wszystkiego pomalu sie nauczymy. Napisana zostala pod nute starego przeboju "Hit me with your best shot". Calej przerobki nie pamietam, ale poczatek brzmial: "Let's show all of our best work", a koncowka: "And grow our braaaains!". :D

Co jeszcze mi sie podoba w szkole Potwornickich, to nacisk na pozytywna samoocene, szacunek dla innych, ale tez bycie soba. Na poczatku apelu (a takze na poczatek kazdego dnia), po patriotycznych przysiegach, dzieci recytowaly cos na ksztalt kodeksu ucznia:

"I am a smart, special, valuable person,
I respect myself and I respect others
My words and actions are kind and honest
I accept only my best in all I do,
I am proud to be ME!"

[Jestem madra, wyjatkowa, wartosciowa osoba,
Szanuje siebie oraz innych,
Moje slowa oraz czyny sa dobre oraz szczere,
Wszystko co robie, wykonuje najlepiej jak potrafie
Jestem dumny/a z bycia MNA]

Czy nie swietne??? Ja, ktorej nauczycielka (stara wiedzma) w pierwszej klasie, zaraz na pierwszej lekcji, postawila 4 na szynach za krzywo napisana literke (i po tylu latach nadal pamietam te traume!), jestem zachwycona! ;)

Ha! A nie mowilam, ze wyjdzie tasiemiec??? :D

wtorek, 17 października 2017

Masz zwierzaka? Na pewno sie nie nudzisz!

Maya sie doigrala.

Bylo to nieuniknione. Wiedzielismy, ze kiedys tak sie musi stac, nie wiedzielismy tylko kiedy. Zgodnie z "nie znacie dnia ani godziny", stalo sie to niespodziewanie w zeszly czwartek. Zupelnie zwykly, przecietny dzien. Piekny i sloneczny w dodatku.

Maya zwiala. I to zwiala tak fest, nie ze jak zwykle do sasiadow czy lasku za domem... O 11:30 dostalam sms'a od meza, ze psa nie ma juz ze dwie godziny. Moj madry - inaczej malzonek, zalozyl psu obroze, ale "niewidzialnego pastucha", czy jak to sie zwie, juz wlaczyc zapomnial. :/ Poniewaz jednak nasz pies od malego mial nature powsinogi, na poczatku zadne z nas sie nie przejelo. Wroci. Zawsze przeciez wracala.

Nie wrocila. Caly dzien, co jakis czas wysylalam M. sms'y, pytajac czy pies sie pojawil, czy sprawdzil jeszcze raz u sasiada, przejechal sie gwizdzac po okolicy? Nic. Nie ma i juz. Moj niefrasobliwy malzonek caly czas jednak niewzruszenie stwierdzal, ze do nocy wroci.
Kto by sie w koncu przejmowal, ze rodzinny pies zniknal??? Nie M.! On ma przeciez wazniejsza robote (w domysle: taras)!!!

Po pracy wzielam sprawy w swoje rece. Odebralam Potworki ze szkoly, przywiozlam do domu na piciu i siusiu, po czym zapakowalam ponownie do auta i objechalam nasza okolice, stajac co jakis czas, wychodzac z auta i nawolujac. Bez rezultatu.
Nie wiedzialam jeszcze wowczas, ze moje wysilki byly zupelnie bez sensu, bo Maya juz od kilku godzin byla duzo, duzo dalej...

Zrezygnowana wrocilam do domu i postanowilam zadzwonic do "animal control" (nie wiem jak to sie zwie po polsku) w naszym miescie. Taaa... Tam pracuja tylko do 15, wiec nikt nie odebral.
Szukajac jednak w internecie numerow telefonu do schronisk w naszym oraz okolicznych miastach, natknelam sie na stronke gdzie mozna wypelnic raport o zagubionym zwierzaku. Wypelnilam, myslac, ze moze ktos odczyta nastepnego dnia...

Tymczasem... niespodzianka! Okolo godziny pozniej otrzymalam telefon od... oficera naszej miasteczkowej policji z pytaniem, czy zglaszalam zaginiecie psa! Na moje potwierdzenie uslyszalam, ze "mamy ja"! :)

Nie macie pojecia jak sie ucieszylam! Prawie sie w sluchawke poplakalam z ulgi!

Sprowadzenie wlochatej uciekinierki do domu, okazalo sie jednak wcale nie takie proste. Okazuje sie, ze nasze miasteczko nie ma wlasnego schroniska. Maya znajdowala sie wiec w przytulku dwa miasteczka i jakies pol godziny jazdy dalej. Pracownica tamtego schroniska, powiadomiona przez policje, miala do mnie zadzwonic w ciagu 10 minut. Czekalam i czekalam... i czekalam. Minela ponad godzina i nic. W koncu zrezygnowana zaczelam przygotowywac Potworki do spania, wczesniej wysylajac sms'a do M., ze trudno, bedzie musial po psa jechac rano.

I wtedy w koncu zadzwonila tamta babka! Musze przyznac, ze w pierwszym odruchu odpowiedzialam cos w desen, ze "Pani, ja mam male dzieci, ktore wlasnie klade spac, a na telefon od pani to czekalam godzine temu! Teraz juz nigdzie nie jade!". Kobita na to, ze za zostawienie psa na noc skasuja mnie 50 dyszek. Juz prawie palnelam, ze pierdziele te 50 dolcow, ale ona nadal naciskala, zeby odebrac Maye tego samego wieczora (naprawde nie wiem dlaczego, bo sama tez musiala specjalnie tam jechac, zeby "wydac" mi siersciucha), wiec stwierdzilam, ze dobra, przyjade...

W ten sposob, zamiast jak Pan Bog przykazal klasc potomstwo do lozek, musialam zapakowac ich do auta i ruszyc w droge... Boszzzzz... Jak ja nienawidze jazdy po ciemku! Stwierdzam, ze w ciemnosci (nawet rozswietlonej lampami ulicznymi) jestem slepa jak kret i kompletnie gubie orientacje! Tym razem nie wiedzialam gdzie jade, wiec wbilam adres w nawigacje i jechalam w ciemno.
W ktoryms momencie Bi oznajmia "O! To droga do dentysty!". Rozgladam sie dookola i nie poznaje nic. Wlasnie odpowiadam corce, ze "Eeee, chyba nie...", kiedy dojezdzamy do takiego charakterystycznego mostu. "O, no rzeczywiscie jestesmy niedaleko dentysty" - rzeke znow corce - "Ale jedziemy w przeciwnym kierunku". W tym momencie dojezdzamy do skrzyzowania. I co?! I to droga do dentysty, jak w morde strzelil, a my jestesmy w samym centrum naszego miasteczka, ktorego to centrum, kompletnie nie rozpoznalam! :D
Wniosek? W podroze po ciemku, musze brac ze soba Bi. Sama pogubie sie dokumentnie. ;)

W kazdym razie w koncu dotarlismy na miejsce. Schronisko okazalo sie byc na uboczu, w uliczce bez nawet jednej lampy ulicznej. Po jednej stronie sciana jakiegos budynku, po drugiej las. Ciemno bylo i straszno i az zablokowalam drzwi w aucie z obawy, ze ktos nas tam napadnie... ;) Jak na zlosc babka sie jeszcze spoznila i 20 minut musialam na nia czekac, a Potworki niemal kota z nudow dostawaly! :/

Kobita jednak dojechala i psa nam wydala. Okazalo sie, ze durny siersciuch zlapany zostal juz o 10 rano, czyli moze godzine po ucieczce. A znalezli ja na skrzyzowaniu naszej ulicy z glowna droga, jakies pol km od domu. Nie mam pojecia dokad ten pies chcial dojsc! Albo stracil orientacje, albo planowal odwiedzic Potworki w szkole, tyle ze to jeszcze ze 2 km dalej. ;) W kazdym razie to cud, ze nic jej nie potracilo, bo to baaardzo ruchliwa krzyzowka, a Maya nie boi sie aut i smialo lata przy kolach.

Pies byl tak skolowany, ze przywieziony do domu, nie chcial wyskoczyc z bagaznika. Kiedy w koncu, po zachecie wyskoczyl, siegnelam do raczki, zeby go zamknac, siersciuch wskoczyl z powrotem! Ciekawe czy czyms ja tam nafaszerowali? ;)

A zarowno policjant przez telefon, jak i pani ze schroniska, podsumowali, ze "She's such a sweet girl!".
Pffff...
Polozy uszka po sobie, spojrzy tymi wielkimi brazowymi slepiami, pomacha ogonkiem i niewtajemniczony czlek roztapia sie w zachwycie...


("sweet" girl)

Ale to jest cholera, mowie Wam. Nieusluchana powsinoga, zadna wolnosci. M. mowil, ze nastepnego dnia po "uratowaniu", przez pare godzin siedziala (juz z wlaczona obroza na szyi, wiec nie mogla wyruszyc po przygode) i patrzyla tesknie w las. :D

Podejrzewam wiec, ze to pierwszy, ale nie ostatni raz. I oby kolejny nie skonczyl sie tragiczniej... :/

P.S. A w skrzynce znalazlam mandacik, opiewajacy na 60 zielonych, za niezarejstrowanie psa w miescie oraz puszczenie go wolno! :( Nosz kurna! Zarejstrowac, no rzeczywiscie nie zarejstrowalam. Ale wolno, to ona sie sama puscila, o! :/

środa, 11 października 2017

"Co slychac Panie Tygrysie? A nic, nudzi mi sie..."

Jak w tytule. Niby cos sie tam dzieje, ale to "dzieje" to takie malo ciekawe jest. ;)

Trwa lato. Zeszly tydzien byl tak goracy i wilgotny, ze w niektore dni przeklinalam M. i jego narwanie, ktore w ferworze po-letniego porzadkowania, kazalo mu wyjac z okna klimatyzacje. Od okolo 3 tygodni (z malymi 2-3-dniowymi przerwami), bylaby jak znalazl, a tak to musimy sie kisic. Gwoli scislosci, to M. pytal i sama wydalam pozwolenie na wymontowanie tego arcywaznego sprzetu, ale nie przyjmuje tego do wiadomosci. To jego wina i juz. ;)

Potworki mialy dlugi weekend. W poniedzialek byl Columbus Day, a we wtorek nauczyciele w naszym miasteczku mieli szkolenia.
Szkoda, ze ten Dzien Kolumba to takie swieto - nieswieto. Wolne maja szkoly, poczta, banki oraz urzedy stanowe i federalne. Pozostali, zwykli smiertelnicy zasuwaja normalnie do pracy. A we wtorek to wiadomo, ze pracowali wszyscy, oprocz nauczycieli... ;)

Te nauczycielskie szkolenia to jakis porypany wymysl. My mielismy je we wtorek, a np. sasiednie miasteczko, w miniony piatek. Tak czy owak, dzieciaki mialy 4 dni wolnego. W miescie kolezanki z pracy maja jeszcze inny system. Przez caly rok szkolny, z wyjatkiem dwoch miesiecy, w srody dzieci maja zajecia tylko pol dnia, a przez reszte godzin, nauczyciele sie "szkola".
I ja sie pytam, moi panstwo, czy nie daloby sie zrobic tych szkolen w weekend, zamiast dezorganizowac zycie wszystkim rodzinom w miescie???  Przynajmniej dla nauczycieli podstawowek, bo starsze dzieciaki zostana juz same w domu i po klopocie. A dla maluchow trzeba szukac opieki... 
Oczywiscie dyzurujaca swietlica dziala, ale nie dosc, ze nie w naszej szkole, to jeszcze odplatnie... :/ Co wiec zostaje? Wziecie wolnego z pracy. :/

W ciagu poprzednich dwoch lat, strasznie sie napsioczylam na ciagle branie wolnego "z okazji" zamknietej szkoly. W tym roku mam luzy, bo M. pracuje na druga zmiane, mi pozostaje wiec tylko wyjscie o godzinke szybciej, zeby zdazyl na czas. Myslicie, ze jestem zadowolona? A gdzie tam! To znaczy w teorii tak, bo wiem ze to duzo prostsze niz ciagle branie wolnego. Szczegolnie kiedy jest sie w nowej pracy zaledwie 4 miesiace. W praktyce jednak, posiedzialabym sobie w domu...
Jak zwykle wiec - nie dogodzisz. ;)

*

W sobote, po basenie Bi oraz cotygodniowym odgruzowaniu chalupy, stwierdzilam, ze patrzec juz nie moge na stan okien w domu. Nie mylam ich ze dwa lata, wiec mozecie sobie wyobrazic jak wygladaly. ;) Zanim ktos zakrzyknie ze zgroza, nadmienie tylko, ze Amerykanie myja okna niezmiernie rzadko, wiec wroslam juz po prostu w tutejsze (flejtuchowate :D) srodowisko. Nigdy nie widzialam, zeby moi sasiedzi z naprzeciwka (Polacy zreszta) czyscili okna. Ani zadni inni. :) Zreszta, musze przyznac, ze nie wiem jakiego szkla uzywa sie do tych amerykanskich okien, ale one, po 2 latach nieczyszczenia, wcale nie sa az tak brudne! :O To znaczy czesc dolna, zaslonieta siatka, rzeczywiscie byla upackana, bo nie dosc, ze pryska na nia kurz i brud z siatek, to te ostatnie utrudniaja splukiwanie syfu. Gorna czesc jednak, po ktorej swobodnie splywa deszcz, wydaje sie calkiem przyzwoita, najwyzej lekko przykurzona.

Spedzilam wiec cale popoludnie szorujac okna. W zasadzie to nawet nie skonczylam bo zrobilo sie ciemno. Mimo wszystko jednak bardzo bylam z siebie zadowolona. Dopoki nastepnego dnia nie spadl deszcz, a dwa dni pozniej lalo calutki Bozy dzien!
Normalka, ze nie padalo trzy tygodnie, a jak umylam okna, to nadszedl front z ulewami. Typowe! :/

*

W niedziele zas, kopnal mnie "zaszczyt". Zostalam mianowicie zaproszona na grilla do szefa. Jak i pozostali pracownicy, nie ze tylko ja. :) Tak tak! Ci dretwi Chinczycy jednak sie socjalizuja! ;) Juz myslalam, ze nie zostane zaproszona, bo tydzien wczesniej X. (imie mojego szefa zaczyna sie wlasnie na X ;P) pytal wszystkich po kolei czy ta niedziela im pasuje. Mnie nie zapytal, wiec uznalam, ze jako najnowszy "nabytek" firmy moge zostac pominieta. Jednak zaproszenie otrzymalam i pojechalam uznajac, ze w tak malej firmie, kiedy szef zaprasza, wypada sie chociaz pokazac. ;)
Zapytacie jak bylo?
Meh... ;) To nie imprezy z dawnej firmy, gdzie wino lalo sie strumieniami, a szef wlaczal muzyke i zapraszal kazda dziewczyne po kolei do tanca. Tutaj do picia bylo tylko piwo (a fuj!) i pomimo ze zaproszenie bylo na "grilla", zostalismy posadzeni przy stole w jadalni i tam spedzilismy caly wieczor. A ja spodziewalam sie zabawy na swiezym powietrzu! Nawet kalosze Potworkom spakowalam (bo zaproszenie bylo dla calych rodzin, a rano padalo) a tu impreza rodem z Bozego Narodzenia, gdzie czlowiek tylko je, pije i popuszcza pasa. ;) Musze jednak przyznac, ze zarcie bylo pyszne i atmosfere psul tylko jeden z Azjatow - Koreanczyk sie okazuje, opowiadajacy jakies koszmarne anegdotki o genetycznych eksperymentach, ktore mial kiedys okazje przeprowadzac w swojej ojczyznie. Na szczescie na zwierzetach, a nie ludziach, ale mimo wszystko... :/

*

Poniedzialek po pracy spedzilam w znacznie lepszym towarzystwie. Wpadla do mnie kolezanka ze swoimi blizniakami. Nie tylko, ze ja mialam kumpelke do poplotkowania, ale tez Potworki pieknie sie z kolegami bawily. :) Bylam nawet w lekkim szoku, bo chlopaki niedawno skonczyli 7 lat, wiec wiekowo sa blizej Bi. Cala trojka wlaczyla jednak do zabawy Kokusia i mieli frajde na calego. Pod koniec wizyty Bi zaczela narzekac na bol brzucha, wycofala sie nieco i Nik wrecz przejal dowodzenie, przynoszac swoje wszystkie planszowki i tlumaczac zasady gry. Co prawda Starsza wolala oburzona, ze "They are all cheating!" [= oni wszyscy oszukuja!], ale co tam. Najwazniejsze, ze nikt nie mial pretensji, a za to wszyscy po kolei zanosili sie smiechem. ;)

*

Bol brzucha, wlasnie... :/ Wyglada na to, ze oprocz przeziebienia, ktore nadal ciagnie sie niczym guma z gaci u mnie oraz Nika, wpadla nam z wizyta jakas jelitowka... W piatek rano M. przyslal mi smsa, ze Kokusia boli brzuszek az placze. Po chwili jednak przeszlo, wiec M. jednak odwiozl go do szkoly. Nie na dlugo. Juz o 11:30 dostalam telefon od szkolnej pielegniarki, ze Nik placze, ze boli go brzuch i nie tyka jedzenia... M. nie odbieral telefonu, wiec po syna zmuszona bylam jechac ja. I co zastalam w pielegniarskim gabinecie??? Usmiechniete dziecko, wesolo brykajace miedzy lezanka a biurkiem. ;) Cos jednak bylo na rzeczy, bo do konca dnia Nik nie tknal jedzenia. Nawet do picia musialam go wrecz zmuszac. Poza tym zasnal M. w dzien, czego nie robi juz od dawna i to na podlodze, wsrod puzzli.

(To se miejsce wybral... A zaraz obok ma kanape...)

Pozniej, kiedy odebralismy Bi, po 5 minutach na placu zabaw oznajmil ze jest zmeczony i chce jechac do domu. Poza tym jednak nie mial goraczki, humor w miare dopisywal, a jeden luzny, ekhem... stolec, pojawil sie dopiero w poniedzialek. W sobote apetyt mial jeszcze slaby, ale juz cos tam jadl, a w niedziele wydawal sie zdrow jak ryba.

Wobec braku porzadnych objawow, uznalam, ze moze cos mu zaszkodzilo, mimo, ze jedlismy w sumie to samo. Niestety, jak juz wspomnialam, w poniedzialek po poludniu Bi zaczela narzekac na bol brzucha, po czym ona rowniez urzadzila sobie glodowke. Pierwszego dnia nie zjadla nawet wieczornych owocow, ktore zwykle uwielbia. A wiec jednak jelitowka... :( Na szczescie bardzo lagodna, ale i tak czuje sie winna, ze w niedziele na "firmowej" imprezie Potworki mialy kontakt z szesciorgiem dzieci, a nastepnie w poniedzialek jeszcze ze znajomymi blizniakami...

*

Remont tarasu pomalu posuwa sie do przodu. Idzie to w slimaczym tempie, ale co zrobic, skoro M. uparl sie, ze da rade sam.

(Na poczatku zeszlego tygodnia straszyly nadal stare schody)

Oplacona ekipa uporala by sie z tym w kilka dni, a maz dlubie po trochu w wolnych chwilach. W tym tygodniu mial w ogole poslizg, bo poniedzialek i wtorek spedzil w domu z Potworkami, a przy nich wiadomo, ze nie da sie spedzic calego dnia przy robocie.

Nie powiem, ciesze sie, ze M. chce robic cos przy domu i dumna jestem, ze potrafi i nie zraza sie tym, ze czasem musi cos oderwac i zaczac od nowa. ;) Nie mowiac juz o uldze w portfelu, bo ekipie jednak najwiecej placi sie za robocizne. Czasem jednak chcialoby sie miec skonczone i ladne juz, teraz, natychmiast... No, ale pomalu widac swiatelko w tunelu.

(Stan z poniedzialku obecnego tygodnia. W sobote, podczas gdy ja walczylam z oknami, taras dorobil sie nowych schodow)

*

Przyszly stroje dla dzieci na Halloween'owa parade w szkole. W tym roku stwierdzilam, ze moze niech sami wybiora sobie kostiumy. Nie, nie dalam im calego katalogu do przejrzenia, bo to niechybnie skonczyloby sie oczoplasem i w koncu placzem. Dzieciaki sa bezradne w obliczu zbyt wielkiego wyboru. Ja zreszta tez. ;) Wydaje mi sie, ze sa jednak juz na tyle duzi, zeby z kilku opcji wybrac cos, co najbradziej im sie podoba. Poza tym obawialam sie, ze ja cos zamowie, a potem bedzie placz, ze im sie nie podoba. W koncu oboje, a Bi szczegolnie, maja juz swoje gusta oraz zdanie. :)
Co sie przy okazji okazalo? Moje dzieci nie maja zbyt wygorowanych wymagan. Zamiast bardziej skomplikowanych przebran ksiezniczki, pirata lub innego spidermana, wybrali... Nik prosta peleryne udajaca nietoperza, a Bi... w sumie sama nie wiem co to jest, ale dla mnie tez z grubsza przypomina przebranie nietoperka. Albo raczej nietoperki. ;)

(Dwa Gacki :D)

Oboje strojami zachwyceni, a to najwazniejsze. ;)

*

We wtorkowe popoludnie, Potworki wykazywaly daleko posuniete oznaki znudzenia. W skrocie, biegali jak szaleni, przepychali sie, klocili, naprzemian wyrzucali z pokojow, wrzeszczeli, tarmosili psa, jeczeli o slodycze i sama juz nie wiem co. ;) Najpierw wyrzucilam towarzystwo do ogrodu. Bylo 25 stopni, niech sie wyzyja! Bardzo wczesnie jednak zapada teraz zmierzch, a wraz z nim spadaja temperatury. Trzeba bylo w koncu zamknac dzieciarnie w domu. Obawiajac sie powtorki z wczesniejszych (watpliwych) rozrywek, urzadzilam im najprostsza chyba, jesienna zabawe, mianowicie robienie pieczatek z lisci napredce zebranych w ogrodzie.


Zabawa ta szybko przeszla w robienie pieczatek dloni, a nastepnie w malowanie paluchami. ;)


Patrzylam z lekka zgroza na poczynania zwlaszcza Nika. Koniec koncow, dywan udalo mi sie uratowac, podloge na szczescie szybko sie wyciera, a Potworki cale usmarowane kolorowymi maziajami, byly przeszczesliwe. ;)

*

Od dzis Potworki wrocily do szkoly. Na 3 dni, haha! W tym tygodniu jeszcze wiele sie nie zmieni, ale od poniedzialku zaczyna sie praca domowa! :O Przynajmniej dla Nika, bo jego pani przyslala oficjalne zawiadomienie. O Bi nic konkretnego jeszcze nie wiem, ale na poczatku roku byla mowa, ze praca domowa zacznie sie w pazdzierniku. Poniewaz nastepny tydzien to juz trzeci tego miesiaca (a dopiero co byl 1 pazdziernik!!!), wiec wnioskuje, ze i Bi zacznie przynosic lekcje do domu. Az sie boje. :D U Nika przynajmniej wiem z grubsza czego sie spodziewac, bo po zeszlym roku znam system jego Pani. Ale wychowawczyni Bi to wielka niewiadoma. Nie wiem ile bedzie zadawac, ani w jakiej formie. Wiem tylko, ze praca domowa bedzie od poniedzialku do czwartku. Weekend jest dla tutejszych nauczycieli czasem odpoczynku. :)

*

Od poniedzialku czeka Potworki rowniez delikatna zmiana grafiku. Przynajmniej tymczasowa. Zapisalam ich mianowicie na zajecia plastyczne, odbywajace sie po poludniu w szkole przez 8 poniedzialkow pod rzad. Oczywiscie Bi byla cala chetna, ale Nik mial swoje watpliwosci. Przekupilam go w koncu godzinnym pobytem na swietlicy w oczekiwaniu na owe zajecia. :D Potworki morduja mnie juz jakis czas o chodzenie na swietlice, to beda mieli okazje. Widzicie, swietlica jest tu odplatna, dlatego nie zapisywalismy na nia dzieci, skoro mozemy ich odwiezc i odebrac. Natomiast, jesli Potworki zapisane sa na dodatkowe zajecia (rowniez odplatne oczywiscie ;P), moga zostac po lekcjach w swietlicy za darmo. Ja natomiast chetnie skorzystam z dwoch godzin "wolnosci", bo na codzien jestem albo w pracy, albo z Potworkami. Nie mam czasu na samotny wypad na zakupy, czy zeby cos zalatwic. Teraz bede miala okazje, a Potworki beda mialy swoja wymarzona swietlice. Wilk syty i owca cala. ;)

A dlaczego Potworki tak ciagnie na ta nieszczesna swietlice? Nie uwierzycie, ale (oprocz towarzystwa kolegow), chodzi im glownie o slodycze. Szkola Potworkow ma wymagania, ze do picia dzieci moga dostawac tylko wode, a przekaski musza byc zdrowe, bez cukru. Swietlica jednak jakos pod te wymagania nie podchodzi, bo zaraz po ulokowaniu w niej dzieci, dostaja one soczek oraz albo batonik (niby granola, ale sklad powala) albo zelki (niby "fruit snacks", ale to normalne zelki!). :O Akurat slodyczy (w ramach rozsadku) Potworkom nie bronie (choc ograniczam :D), ale sokow nie dostaja so picia niemal w ogole. Zakladam wiec, ze to zaciete dopominanie sie swietlicy, to taki niemy krzyk o ten nieszczesny soczek. :D

*

I na tym skoncze, bo te "nudy" nagle przerodzily sie w kolejnego tasiemca. ;) Pozdrawiam jesiennie!

(Nie lubie jesieni, ale kolory naszego ogrodu o tej porze roku, niezmiennie wprawiaja mnie w zachwyt)

wtorek, 3 października 2017

O calkiem fajnym weekendzie

Nie bylo kempingu, nie bylo zadnej dalszej wycieczki, nie bylo nawet przejazdzki rowerowej! Mimo wszystko jednak, weekend oceniam na plus!

No dobra, kazdy weekend jest lepszy niz tygodniowy kierat! Musze o tym pamietac kiedy nadejdzie prawdziwa, szara jesien, ociekajaca deszczem i poza szybka spozywka, nie bede przez dwa dni wychodzic z domu. :D

Sobota byla troche zwariowana, bo rano Bi miala basen, a po powrocie do domu mielismy tylko godzinke, zeby sie ogarnac, przebrac, cos przekasic i czas byl jechac na przyjecie urodzinowe kolezanki Bi.

Kokusia, po pierwszej, fatalnej lekcji plywania i kompletnej panice przed kolejna, wypisalam z zajec. Poniewaz jednak M. ostatnio pracuje w niemal kazda sobote, zmuszona bylam zabrac mlodszego na basen ze soba. Mam zreszta cichutka nadzieje, ze Mlodszy popatrzy na inne dzieci, w tym siostre, pluskajace sie wesolo i w koncu jakos sie przelamie. Poki co jednak, troche bawi sie autkami na lezakach, a troche nudzi jak mops i jeczy dlaczego lekcja Bi tak dlugo trwa. Coz, cierp cialo, jak zes chcialo... :D

Od rana powtarzalam Potworkom (a w szczegolnosci Bi, bo to o jej kolezanke chodzilo), ze po basenie musimy sie spieszyc, ze nie ma czasu na glupoty i krecenie sie w kolko bez celu.
Rezultat?
Najpierw Starsza niemal ze lzami w oczach blagala zebym pozwolila jej wrocic do wody na jeszcze chwilke chlapania. Nastepnie chciala sobie chociaz posiedziec na krzeselku. W przebieralni, oboje z Nikiem musieli koniecznie sie zwazyc (stoi tam waga lekarska). Pozniej, zamiast sie przebierac, Bi siedziala patrzac zamyslona na szafki, dlubiac w nosie i musialam co 3 sekundy wzywac ja z powrotem na ziemie. A na koniec, tak strasznie, straaasznie chcialo jej sie siusiu (a zalatwila sie przed wyjsciem z domu i jeszcze raz przed plywaniem)...

To tyle bylo z tego sprawnego ogarniania sie. ;) Na szczescie po powrocie do domu poszlo juz troche szybciej i ani sie obejrzelismy, a dotarlismy na przyjecie.

Rodzice solenizantki lubia chyba imprezy w plenerze. Ja w sumie rowniez, tylko tym razem pogoda raczej srednio dopisala... Rok temu, mala Lexi miala urodziny na farmie. W tym roku... poniekad tez, chociaz to do konca nie byla farma, a park prowadzacy zajecia edukacyjne dla biednych (nie mam tu na mysli finansow, bo miesci sie w jednym z najbogatszych miast naszego Stanu :D), miastowych dzieci, ktore kozy czy kury na oczy nie widzialy. ;) Troche zwierzatek gospodarczych sie tam wiec znalazlo. Niestety, przyjecie trafilo na najgorsza pogode od kilku tygodni. Pochmurno, wialo, a temperatura nie podniosla sie powyzej 15 stopni. Dobrze, ze chociaz nie padalo, bo do samej soboty, prognozy roznie to przepowiadaly.
I pomyslec, ze tydzien wczesniej roztapialismy sie z goraca na kempingu! ;)

Mimo srednio sprzyjajacej aury, pierwsza czescia przyjecia bylo oprowadzenie malych gosci przez teren parku, skladajacy sie na staw, kilka szlakow biegnacych przez lasek, a na koncu budynki zamieszkiwane przez zwierzaki gospodarskie.

(To nie zawzieta mina i grozenie matce kijem. Nik mruzyl oczy od wiatru ;P)

Dzieciaki mogly poglaskac lame, koze (tylko te dwa egzemplarze laskawie podeszly do plota) i kroliczka oraz poczesac osiolka.

(Na zdjeciu - lama. Wszystkie zwierzaki dzieci olaly, oprocz niej. Na widok bandy urwisow stanela jak wryta, co widac na zdjeciu. I stala tak dluzsza chwile zastanawiajac sie najwyrazniej czy podejsc czy lepiej zwiac :P)

Musze przyznac, ze prowadzacy, mimo ze nie mogl miec wiecej niz 21-22 lata, mial niesamowite podejscie do dzieci i opowiadal ciekawostki z takim talentem, ze sama sluchalam z przyjemnoscia.

Na impreze rowniez zmuszona bylam zabrac Nika i tu niestety niezle dal mi sie we znaki. Problemem bylo to, ze Bi poleciala za kolezankami, a brata miala w nosie.


Mlodszy szedl ze mna w tyle za dzieciakami i narzekal glosno na swoj ciezki los. A ze mu sie chodzic nie chce! A ze on nic nie znajduje (dzieci szukaly sladow zwierzatek)! A ze on nic nie widzi! A ze on nic nie moze poglaskac! Szedl i marudzil, caly czas naburmuszony i bliski lez. Jednoczesnie jednak, przymierzal sie do kazdej atrakcji jak do jeza. Jeczal, ze nie poglaskal kozy, ale do plota, mimo mojej zachety, zblizyl sie dopiero, kiedy zwierze przeszlo juz dalej. Na widok krolika, zanim jeszcze prowadzacy podszedl z nim do reszty dzieci, Nik juz uderzyl w krzyk, ze on nie bedzie mogl go poglaskac (zeby jednak dal rade, wepchnelam go doslownie w srodek dzieciarni :D). Do czesania osiolka mogly podejsc tylko dwie osoby naraz, dzieci wymienialy sie wiec szczotkami. Kilkoro doslownie wciskalo szczotke w reke Nika, a on chowal sie za moje ramie i twierdzil ze nie chce. Zeby natychmiast podnosic lament, kiedy szczotka trafiala w inne rece. Dopiero na sam koniec, kiedy oznajmilam mu, ze to jego ostatnia szansa, bo osiol wraca na pastwisko, w koncu przelamal sie i podszedl. ;)

(Male uparte oslisko, czesze wiekszego osla :D)

Humor poprawil mu sie dopiero, kiedy wrocilismy do pawilonu na pizze oraz tort. Budynek bowiem pelen byl bardziej egzotycznej zwierzyny - klatek z papuzkami falistymi, wiekszymi papugami, wezami, jaszczurkami oraz zolwiami. W zasadzie, Mlodszy mogl spokojnie pominac jedzenie, bo interesowaly go tylko klatki oraz terraria. ;)

Podsumowujac, przyjecie sie udalo. Bi bawila sie swietnie, Nik, w drugiej polowie imprezy - rowniez. Pogoda co prawda byla jaka byla, ale nie padalo, a to najwazniejsze.

(O, jakie mi sie ladne, jesienne zdjecie udalo strzelic. Szkoda, ze ten glupi znak akurat tam musial stac... :/)

A po powrocie do domu, wypilam rozgrzewajaca kawe i... zabralam sie za odgruzowywanie chalupy. Przez reszte popoludnia nawet nosa nie wysciubilam na zewnatrz. :)
Szkoda, ze moja "ciezka" praca jest praktycznie niewidoczna... Jak przystalo na jesien, Maya gubi dwa razy tyle klakow co zwykle, wiec po jednym dniu dywany sa juz nimi rowniutko pokryte. A dzieci uznaly za stosowne, zeby umyc pedzle wymaziane czerwona farba, w swiezo wyszorowanym zlewie. W rezultacie, wygladal jakby ktos tamowal nad nim krwotok...
Niekonczacy sie cykl sprzatania, trwa nadal... ;)

Ale za to niedziela, ale za to niedziela... Chcialoby sie zaspiewac. :)

Niedziela byla cudnie sloneczna i po brutalnie zimnym poranku (5 stopni!), cieplutka - 20 kresek, a w sloncu nawet wiecej. Nie byly to juz, co prawda, upaly z poprzedniego weekendu, ale hej! Dwadziescia stopni pierwszego pazdziernika??? Lubie to! :D

Rano trzeba bylo odbebnic troche obowiazkow - msza, potem zakupy spozywcze. Nastepnie, malzonek moj wzial sie ostro za gotowanie, zeby przygotowac "baze" do obiadow na caly tydzien. M. wiekszosc swojego czasu przed praca spedza teraz bowiem naprawiajac taras i nie chce marnowac czasu na pichcenie.

(Nasz taras wyglada teraz mniej wiecej tak...)

(A patio, na ktorym jeszcze niedawno Potworki pluskaly sie w basenie - tak)


Co prawda wspanialomyslnie (choc niechetnie) zaproponowalam, ze przejme ten okrutny obowiazek, ale malz mi najwyrazniej nie ufa. Pewnie boi sie, ze przez caly tydzien bedziemy sie zywic parowkami, kupnymi pierogami i tajemniczymi "tworami" wygrzebanymi z dna zamrazarki. :D
Musze tu wspomniec, ze M. naprawde lubi gotowac. Ja nie znosze, dlatego kiedy maz staje przy garach, jako cierpliwa zona grzecznie ignoruje totalna rozpierduche w kuchni i wycofuje sie z pomieszczenia. Tym bardziej, ze M., pomimo sympatii do tego zajecia, miota sie jak w ukropie i jest choleeernie nerwowy. Wypisz wymaluj ja, ale ja nie lubie gotowac, wiec mam prawo. ;) Przy okazji okazalo sie, ze wszystkie przyprawy albo sa na wyczerpaniu, albo nie ma ich w ogole. Pretensje oczywiscie do kogo? Do mnie! A ja gotuje w tym domu, czy jak??? Skoro to nie ja zuzywam przyprawy, to skad mam wiedziec, ze ich brakuje?! :D

W kuchni poirytowany maz ("Tylko sol i pieprz sa w tym domu, co ja moge z tym zrobic?!"), a Potworki znudzone, zaczynaja skoki po kanapie i gonitwy po domu... Oj, nie za dobra kombinacja. :) Dlugo sie nie namyslajac, zgarnelam potomstwo i wyruszylam na jesienny festiwal.

Musicie wiedziec, ze jesien to ulubiona pora roku Hamerykanow, przynajmniej w tej czesci kraju. Za zasluge tego stanu rzeczy mozna uznac piekne kolory, ale ja ide o zaklad, ze tu chodzi raczej o temperatury. Pisalam juz wiele razy, ze tubylcy sa zimnolubni. Jak napoje, to tylko z lodem, jak dom, to tylko z klimatyzacja. Jak tylko temperatura na zewnatrz podnosi sie powyzej 18 stopni, klima idzie pelna para. Trzeba przyznac, ze lato jest tutaj srednio przyjemne (chociaz ja tam nie narzekam ;P), z temperaturami niemal stale oscylujacymi wokol 30 stopni i wysoka wilgotnoscia powietrza. Nic dziwnego, ze nie znoszacy goraca Hamerykanie czekaja jak na zbawienie na rzeskie, suche powietrze oraz temperatury ponizej 15 stopni. :) I nie ma sie co dziwic, ze nasz Stan (oraz wszystkie okoliczne zapewne), w polowie wrzesnia zamienia sie w jeden, wielki jesienny festiwal! :) Kazde miasto i miasteczko musi miec swoj wlasny, czasem weekendowy, a czasem trwajacy kilka tygodni (!). Dodatkowo, wiele prywatnych miejsc organizuje je na mniejsza skale.

Zabralam Potworki wlasnie na taki malutki jesienny festiwal pod wdzieczna nazwa "Hay Day", czyli "dzien siana". :D Nie czuje sie na silach zabrac dzieci samotnie na jedna z wielkich imprez, bowiem boje sie, ze ich zwyczajnie zgubie w nawiedzajacych je tlumach. Ten, na ktory trafilam, byl jednak idealny. Bylo sporo ludzi, ale ani nie trzeba sie bylo przepychac lokciami, ani nie bylo kolejek do zadnej z atrakcji. ;) Festyn zorganizowany zostal w muzeum w naszym miasteczku, w dodatku zaledwie jakies 5 minut drogi od domu. Kolejnym bonusem bylo to, ze dzieci z naszego miasteczka mialy darmowy wstep. Planowalam sie tam wybrac juz w zeszlym roku, ale w ostatniej chwili schrzanila sie pogoda. W niedziele ta ostatnia zdecydowanie dopisala, wiec nie bylo wymowek. ;)

Samo muzeum ma ciekawa historie. Przerobione zostalo z posiadlosci z poczatkow XX wieku, ktora zostala wybudowana na polecenie pewnej damy z nowojorskich wyzszych sfer. Damie owej zamarzylo sie zycie na prowincji, a ze uczeszczala w tych okolicach do starej, prywatnej szkoly dla dziewczat (ktora zreszta nadal funkcjonuje), to tutaj postanowila zapuscic korzenie. ;) Przez lata, wspaniale urzadzona wiejska posiadlosc, odwiedzana byla przez smietanke towarzyska, miedzy innymi zone prezydenta Roosevelt'a oraz Jackie Kennedy (ktora rowniez uczeszczala to w/w szkoly).

(Gdybym miala zamieszkac w takiej chalupie, pewnie tez marzylabym o "prowincji" :D To jest tylko jedna strona domu, ktory jest po prostu ogromny!)

Wlascicielka, umierajac przekazala dom oraz ziemie w testamencie Stanowi. Warunkiem bylo, zeby umeblowanie domu pozostalo w stanie nienaruszonym. I tak sie stalo. Dom zamieniono w muzeum, natomiast budynki gospodarcze oraz stajnie, zostaly przerobione na kafejke oraz pomieszczenia, gdzie odbywaja sie roznorakie spotkania oraz zajecia artystyczne dla dzieci. Jest tam rowniez (a jakze!) sklepik z pamiatkami. Na szczescie zamiast zwyklego, hamerykanckiego (czyt. chinskiego), plastikowego kiczu, sprzedawane sa w nim wyroby lokalnych rzemieslnikow (recznie robione mydelka, porcelana) oraz artystow, nie jest wiec zle. ;)

Z racji, ze Potworki sa za male aby docenic przepych starej posiadlosci, do srodka nie wchodzilam (planuje kiedys wrocic - uwielbiam muzea!).

(Ale pohustac sie w bujanych fotelach na werandzie domu, to juz chetnie)

Za to obejrzalam sobie piekny, stary faeton oraz karoce. Bi bardzo sie ona spodobala, jako ze czyms takim podrozuja prawdziwe ksiezniczki. ;)

Oprocz tego, poniewaz "Hay Day" to impreza typowo rodzinna, po calej posiadlosci porozrzucane byly atrakcje dla dzieci, m.in. malowanie buzi:


Skakanie po kupie siana:

(W koncu nazwa "hay day" zobowiazuje! :D)

Przejazdzka wozem z siankiem i to ciagnietym przez konie, a nie, jak to zwykle widywalam, traktor:


(Nie macie pojecia jak to siano pieknie, aromatycznie pachnialo!)

Oraz malowanie dyni:

(Nik wybral dynsko, ktore ledwie byl w stanie uniesc!)

Mozna tez bylo wsiasc do wozu strazackiego oraz posiedziec na traktorze.

(Calkiem niechcacy, ubralam Nika idealnie pod kolor :D)

Znalazl sie rowniez taki piekny, zabytkowy woz strazacki, z 1937 roku:

(Czy nie wspanialy???)

Co prawda Bi wyklocila sie ze mna, ze ten woz wcale nie jest stary, bo jest czysty i bez rdzy! Same widzicie, co ja tam wiem. ;) Na koniec, wykorzystalam rozlegle tereny przylegajace do posiadlosci, na miejsce wyzycia sie dla Potworkow. Mamy calkiem spory ogrod, ale takiej laki ze schodkami z ktorych mozna skakac nie posiadamy, dzieciarnia byla wiec w siodmym niebie.


Jedyne z czego nie skorzystalismy, z powodu ciagnacego sie niczym gluty z nosa (jakie trafne porownanie!) przeziebienia Potworkow, to lody sprzedawane z budki. Niestety, cholerny wirus co popusci, to wraca, wiec lodom powiedzialam stanowcze nie. I to byl koniec zabawy, bo po mojej odmowie dla Bi wszystko bylo juz glupie i brzydkie, wiec zgrzytajac zebami zabralam dzieciarnie do domu, zanim Starsza doszczetnie popsula mi humor. ;)

*

W calej tej slonecznej radosci i zabawach, wisi nad nami jedna, ciemna chmura. A raczej wielkie, czarne chmurzysko. Chodzi o moja tesciowa. I nie, nie bedzie tu zlosliwych dowcipow.

Tesciowa moja, trzy tygodnie temu trafila do szpitala z ostrym zapaleniem woreczka zolciowego. Niestety, infekcja byla na tyle zaawansowana, ze najpierw spedzila prawie tydzien pod kroplowkami z antybiotykiem, zeby ja zwalczyc. W koncu zabieg sie odbyl (podobno udany) i dwa dni pozniej tesciowa wypisali do domu. Co z tego, kiedy jak tylko przestaly dzialac lekarstwa podane w szpitalu, tesciowa dostala goraczki. Poniewaz ta nie spadala, trzy dni pozniej tesc zawiozl ja z powrotem do szpitala. Wykryto zapalenie oraz odme pluc (najwyrazniej podlapane w szpitalu), a przy okazji wyszlo na jaw, ze kamien (potezny, 2-centymetrowy) z usunietego woreczka, przyrosniety byl do watroby. Ta "mogla" zostac zadrapana podczas zabiegu, a w rezultacie zrobil sie tam krwiak.

I tak juz biedna kobieta, poraz drugi siedzi ponad tydzien w szpitalu. Caly czas ma stan podgoraczkowy, a lekarze nie maja pojecia dokladnie ani od czego, ani jak ja wyleczyc. :/

Do tego dochodzi kwestia tescia, ktory jest z tych, co nawet herbaty sami sobie nie zrobia, a co dopiero ugotuja obiad. Na dokladke chlop jest potwornie skapy, wiec nie ma mowy, zeby kupil sobie cos gotowego. Zywi sie wiec w kolko chlebem z szynka i podejrzewam, ze mizernieje w oczach...

A my martwimy sie i o jedno i o drugie, a jestesmy tak daleko, ze nie mamy nawet jak pomoc... :(

środa, 27 września 2017

Juppi, udalo sie!

Pojechac na jeszcze jeden kemping! :D

Tym razem to juz chyba, raczej, na pewno, nieodwolanie ostatni... ;) Chcialoby sie jeszcze i jeszcze, ale nie da sie ukryc, ze leci nam ostatni tydzien wrzesnia i chociaz pogoda nadal skutecznie udaje lato, to od piatku ma sie gwaltownie ochlodzic i w pazdziernik mamy wkroczyc juz bardziej jesiennie. Poza tym kolo domu jest huk roboty, ktorej M. latem, przy ciaglych wyjazdach i opiece nad Potworkami, nawet nie ruszyl. A ktora to robote przydaloby sie choc o krok (kroczek? Kroczuniek?) posunac do przodu.
Nawet sama przyczepke na zime trzeba odpowiednio przygotowac. Dobrze ustawic, bo kolami nie moze stac na golej ziemi, przeplukac wszystkie zbiorniki oraz rurki, wpompowac srodek przeciwko zamarzaniu, itd. Oprocz tego, porzadnie doczyscic (to juz zadanie dla mnie), na co w sezonie wiecznie brakowalo czasu. A na koniec przykryc plachta, a ta dobrze zamocowac, aby nie zwialy jej zimowe wichury.
Kolejny kemping musi wiec pozostac w sferze marzen (tych na lato, buuu...). Na pocieszenie zostaja rowery oraz majaczacy gdzies na dalekim (bardzo) horyzoncie, sezon narciarski.

A tymczasem Matce Naturze cos sie pomylilo i zamienila koniec sierpnia oraz koniec wrzesnia temperaturami! Juz od ponad tygodnia jest wyraznie cieplej, ale od soboty mamy upaly i to takie konkretne. Takich temperatur wraz z wilgotnoscia nie mielismy latem! A poczatek wrzesnia byl tak zimny, ze M. wyjal klime z okna. Teraz wiec zdychamy... :/ Jutro temparature przewiduja nieco nizsza, a od piatku zapowiada sie brutalne nadejscie jesieni, spoznionej o tydzien. Ma byc "zaledwie" 19 stopni. Tak, nie bijcie, wiem, ze 19 stopni to nie tak zle, ale dla mnie to bedzie szok termiczny! ;) Najgorsze sa jednak temperatury nocne, ktore znow zaczna spadac ponizej 10 kresek. A tak fajnie jest wychodzic rano do pracy w jednej, lekkiej bluzeczce... I niewazne, ze zaraz po przyjsciu do biura szybko musze zakladac bluze, bo klima wieje niemilosiernie. ;)

W kazdym razie, miniony weekend zaczelam od pakowania przyczepy.
A, przepraszam! Zaczelam od pikniku w szkole Potworkow. Tradycyjnie, szkola urzadzila "back to school picnic", ktorego glownym zadaniem jest zebranie funduszy na dzialalnosc kolka rodzicielskiego szkoly. Zabawa dla uczniow oraz ich rodzin to tylko ladna przykrywka. ;) W zeszlym roku podeszlam do niego bardziej entuzjastycznie. W tym, wybralam sie tylko dlatego, ze wczesniej zamowilam chryzanteme na frontowe schodki oraz miod z lokalnej pasieki, a te byly do odebrania wlasnie na pikniku. Pojechalam wiec tylko na chwilke, zeby odebrac zamowienie, ale wiadomo, ze Potworki nie odpuscily i chcialy sie pobawic z napotkanymi kolegami. W koncu zostalam tam okolo poltorej godziny, a wiekszosc z tego czasu spedzilam w kolejce do klauna robiacego rozne roznosci z balonow.

(W kolejce do klauna - jakies dzikie mieli miny :D)

Po odstaniu w kolejce 20 minut bowiem, Nik przebil swoj balonowy miecz w ciagu moze 10 min! :/ Oczywiscie nastapila czarna rozpacz, placz i zal. Co bylo robic, po raz kolejny stanelismy w kolejce, ktora w miedzy czasie zrobila sie dwa razy dluzsza. :/
Tym razem, kiedy Nik otrzymal kolejny miecz, czym predzej zabralam swojego kwiatka, sloiczki miodu oraz progeniture i ucieklam do domu, zanim ktores znow przebilo balonik i musialabym stanac w kolejce po nastepny. ;)

I wtedy wlasnie zaczelam pakowac przyczepke. :D
Tym razem na szczescie mialam tego pakowania niewiele. Jechalismy tylko na jedna noc i w koncu (oprocz czerwcowego wyjazdu) trafil nam sie kemping, gdzie nie straszyl zaden deszcz! Nie musialam pakowac zadnych kaloszy ani plaszczy przeciwdeszczowych. Z mysla o wieczorze, zapakowalam adidasy, bluzy i dlugie spodnie, ale okazalo sie, ze tylko Bi zalozyla legginsy. Noc byla duszna i ciepla i nikt inny nie mial ochoty ani na zakryte spodnie, ani buty. W rezultacie wrocilismy tak pogryzieni przez komary, ze w poniedzialek Bi wyladowala u pielegniarki szkolnej po masc, bo jej wychowawczyni nie mogla juz patrzec jak sie drapie. ;)

Sobota byla na wariackich papierach, bo musialam skonczyc pakowac przyczepke (jedzenia nie pakuje dzien wczesniej, bo boje sie, ze myszy sie do niego dobiora, a poza tym lodowka nie byla podlaczona), a oprocz tego Bi miala rano basen. Probowalam przekonac Nika, zeby pojechal z nami i sprobowal plywania jeszcze raz, ale urzadzil taki ryl, ze machnelam reka. Trudno, musze go wypisac i tyle. Pojechalam z sama Bi. Wrocilysmy... i juz byla pora, o ktorej planowalismy wyjechac, a jeszcze nie wszystko bylo gotowe. W koncu jak zwykle wyjezdzalismy spod domu o godzinie, o ktorej mielismy nadzieje byc juz na miejscu. ;)

Tak czy owak jednak, kemping uwazam za baaardzo udany (tylko za krotki, chlip)! :) Bylo goraco oraz slonecznie i takiej pogody nie powstydzilby sie przecietny lipiec, a mamy przeciez koniec wrzesnia! Jak tydzien wczesniej wsciekla bylam, ze M. nie chcialo sie jechac, tak teraz musze przyznac, ze wtedy bylo co prawda rownie cieplo, ale po poludniu. Do godziny 13 unosily sie zimne mgly i bylo dosc nieprzyjemnie. Normalnie San Francisco. ;) Tym razem juz od rana prazylo mocne slonce i mozna bylo zapomniec, ze wakacje juz dawno sie skonczyly. Przypominaly o tym tylko pustki na polu kempingowym.

Dziwie sie, ze przy tak pieknej pogodzie wiecej osob nie skorzystalo z ostatkow sezonu. Wiekszosc pol kempingowych w naszych okolicach, zamyka podwoje w polowie pazdziernika. W naszym Stanie, z powodu ciec budzetowych, zamkneli je juz po dlugim weekendzie na poczatku wrzesnia. :( Spodziewalam sie, ze wiecej osob zechce wykorzystac goracy poczatek jesieni, ale nie. Mielismy niemal caly "las" dla siebie, co z jednej strony bylo wspaniale (taka ciiiiszaaaa...), a z drugiej troche straszne, kiedy po jednej stronie w oddali majaczyl jakis namiot, a z drugiej zza krzakow ledwie widac bylo kawalek innej przyczepki. Poza tym ani zywego ducha. :)

(Zazwyczaj miedzy drzewami widac wszedzie zarysy przyczep, aut, namiotow...)

(A teraz niiic... Pusto...)


Normalnie ma sie naokolo pelno ludu, a tym razem towarzyszyly nam tylko wiewiorki i jakis uparty dzieciol, ktory walil w drzewa az w uszach dzwonilo. ;) Oraz osy, ktore wsciekly sie po prostu na tym polu kempingowym... Znowu czlowiek musial uwazac otwierajac drzwi przyczepy, zeby jakiejs nie wpuscic, a o zjedzeniu czegokolwiek na zewnatrz nie bylo mowy. :/

Oczywiscie, pomimo pustek na polu kempingowym, z najfajniejszych miejsc, ktore zaznaczylismy sobie na mapie podczas poprzednich wizyt, wszystkie oprocz dwoch byly zajete. ;) Na szczescie jedno udalo nam sie "chwycic". ;)

(Tu tez powinnismy widziec innych biwakowiczow gdzies za drzewami...)

Fajne, wchodzace gleboko w las od drogi dojazdowej.

 (Kokus stoi przy samym wjezdzie na nasze miejsce)

A nawet droga jest w malo uczeszczanym miejscu. Poprzednie dwa razy na tym kempingu, trafilismy w ta sama okolice, przylegajaca bezposrednio do plazy nad jeziorkiem. Z powodu bliskosci jeziora to najpopularniejsza czesc pola kempingowego. Miejscowki sa malutkie, przyczepki oraz namioty upchane sa jedne przy drugich i bez przerwy przejezdzaja samochody. Z plazy korzystaja bowiem ludzie, ktorzy przyjezdzaja z zewnatrz zeby spedzic dzien nad woda, a i biwakowicze z dalszych zakamarkow pola kempingowego przyjezdzaja na plaze autami.
Chociaz, tym razem nawet ta czesc kempingu swiecila pustkami. :)

Nasza ostatnia miejscowka bylaby jednak spokojna nawet w szczycie sezonu. Jedyna jej wada bylo polozenie ponizej drogi i wyrazne zlebienia w gruncie, swiadczace o tym, ze podczas deszczu plynie tamtedy wartki potok. Zanotowalam sobie na przyslosc, ze miejsce # 146, to wylacznie przy ladnej pogodzie. :) Tym razem nie mialo to jednak zadnego znaczenia, bo nie spadla ani kropelka deszczu. Ba! Nawet sie nie zachmurzylo. :)

Spedzilismy popoludnie jezdzac na rowerach na plac zabaw oraz urzadzajac rundki po kempingu. Bi rozgryzala tajniki gry w badmintona:


Nik wolal jezdzic rowerem po wszystkich okolicznych wertepach:

(Otaczajace nas, puste miejsca dawaly mu mnostwo pola do popisu)

Oboje za to z pasja wdrapywali sie na okoliczne glazy, im wyzsze tym lepiej.

(To na miejscowce naprzeciwko, ktora usiana byla takimi sporymi glazami narzutowymi (?). Potworki dopytywaly, czy nastepnym razem mozemy zatrzymac sie wlasnie tam :D)

Wieczorem urzadzilismy obowiazkowe ognicho. Nie ma, ze goraco. ;)


W niedziele zjechalismy nawet nad jeziorko, ale ze woda byla juz wyraznie chlodna, a Potworki podziebione, wiec, pomimo upalu, nawet nog nie zamoczylismy (mozecie sobie wyobrazic te jeki i oburzenie). ;)

(Udajcie, ze nie widzicie tych strasznych faldek :D)

Oprocz tego udalo mi sie wypic spokojnie kilka kaw na swiezym powietrzu (w przeciwienstwie do wszelkiej masci zarcia, osy kawy najwyrazniej nie lubia, bo nie byly namolne :D). Zawsze powtarzam M., ze kawa nigdzie nie smakuje tak dobrze, jak na krzeselku turystycznym w srodku lasu! I to rozpuszczalna, ktorej normalnie nie lubie! :)

(Udalo mi sie strzelic calkiem niezla fote naszemu siersciuchowi. To nie lada wyczyn, bo Maya jest zazwyczaj w ruchu i nie znosi pozowac ;P)


I w zasadzie to caly kemping. W niedziele udalo nam sie dojechac do domu nawet na tyle wczesnie, ze zdazylismy sie na spokojnie rozpakowac, wstawic pranie i pojechac po pizze, bo z braku weekendowych zakupow lodowka swiecila pustkami. ;)
A ja juz tesknie za kolejnym wypadem. A jeszcze tyle miesiecy trzeba czekac! :(

Na koniec przedstawie Wam odrobinke hamerykanckiej fauny. Oto co zablakalo sie na podworko sasiada:

(To sa indory, jakby zle bylo widac :D)

Szkoda, ze to nie Thanksgiving, bylyby jak znalazl. ;)

(Katydid)


Trudno okreslic rozmiary na zdjeciach, ale to "bydle" mialo jakies 10 cm dlugosci! Tutaj zwie sie to-to Katydid. Probowalam znalezc polski odpowiednik, ale uparcie wyskakiwalo mi "duzy konik polny" albo "amerykanski konik polny". Nadal nie wiem wiec jak to nazwac po polsku, bowiem konik polny to nie jest. Jest z nim spokrewniony, owszem, ale blizej mu do swierszczy, ze wzgledu na sposob w jaki wydaja dzwieki. A glosy wydawane przez katydid sa bardzo charakterystyczne (i glosne!). Przez kilka lat, nie wiedzac co nam tak halasuje na ogrodzie, myslelismy z M., ze to jakies dziwne zaby! :D

Oprocz tego, kilka dni temu, lazil nam po tarasie sporych rozmiarow patyczak. Zdjecia nie mam bowiem Potworki urzadzily wojne o to, kto stworzenie potrzyma. Balam sie, ze rozerwa biedaka, zajelam sie wiec ratowaniem zamiast pstykaniem fotek. ;) 

Poza tym, malzonek moj dotrzymuje slowa i wzial sie za robote kolo domu. Na pierwszy rzut poszedl taras. Wymontowal tylne schodki, oderwal porecz i co? I tragedia! Wszystko sprochniale na wior, glowna deska "nosna" zbutwiala tak, ze wyrastaja z niej grzyby (autentyczne grzyby, nie jakas tam plesn, szkoda, ze zdjecia nie mam!), a niektore gwozdzie tak zardzewialy, ze zniknely, zostaly tylko glowki. ;) M. kreci glowa i klnie na potege, ale jakos mi go nie zal, bo o tym tarasie gadam mu juz dobre dwa lata. W tym roku juz naprawde uwazalam, zeby nie stawac z samego brzegu schodow, bo balam sie, ze deska pod spodem nie wytrzyma mojego ciezaru. Obawialam sie tez, ze zima drewno potrzaska tak, ze zalamie sie nawet pod Potworkami. :/
Dobrze wiec, ze moje zrzedzenie (i wlasne postrzeganie - w koncu trudno nie zauwazyc, ze taras sie sypie) w koncu przynioslo efekty. Na poczatek wystarczy wymienic belki po dwoch stronach i taras spokonie posluzy w starej formie przez kilka lat. A potem... potem bedziemy sie znow martwic... ;) M. przebakuje cos o przebudowaniu calego tarasu, ale tu zostawiam mu juz wolna reke. W koncu to on utknie przy robocie na miesiac albo i wiecej. ;)

Na tym koncze i pozdrawiam chorobowo! :/ Syn moj podzielil sie ze mna wirusem (jaki kochany!) i mimo nadal wspanialej pogody smarcze, chrzakam, lzawia mi oczy oraz zupelnie stracilam wech i smak. Coz, facetem nie jestem, nie umre, a w kazdym razie nie na katar. ;)

środa, 20 września 2017

Tasiemcowato o zebie, rowerach, basenie, sasiadach, spotkaniach w szkole oraz zachowaniach milszych i... mniej milych :)

Tytul tasiemcowaty, bo i post dlugasny bedzie. ;) Minely niemal dwa tygodnie od ostatniego "zwyklego" posta o Potworkowej codziennosci i czas nadrobic, bo troszke sie dzialo. :)
Zastanawialam sie nawet w polowie pisania, czy nie podzielic go na pol, ale... jak pisze to pisze... ;)

*

Z wazniejszych wydarzen, 8 wrzesnia wypadl Bi drugi zab. Tym razem bylo dosc nerwowo i placzliwie, bo Starsza sama zeba "rozkiwala" i wyrwala go niemal na sile. Niestety, zrobila to na podworku i zab niechcacy wypadl jej z buzi prosto na trawe. Coz... nawet szukanie na kolanach nic nie dalo, tym bardziej, ze Starsza nie pamietala nawet dokladnie gdzie stala. Cenna zdobycz przepadla... ;)

Najwiekszym problemem byla oczywiscie Zebowa Wrozka. Nie ma zeba, nie ma kasy... ;)
Coz... pewnie niezbyt dobrze to rozegralam, ale po calym wieczorze ryku o cholerna wrozke, w koncu poradzilam dziecku, zeby zwinela malusi papierek i wsadzila pod poduszke zamiast zeba. ;) Bi, choc z watpliwosciami, ale zrobila jak poradzilam. Nie do konca jednak czula sie z tym w porzadku, bo podczas wieczornego paciorka, dodala od siebie "I przepraszam aniolku, ze zgubilam moj zabek i daje pod poduszke papierek!". Jakos jej sie wrozki z aniolkami pomylily. W sumie i jedno i drugie skrzydlate. :D

Kolejnego ranka jednak, wszelkie wyrzuty sumienia przepadly, bo wrozka jednak kaske pod poduszke wsadzila. ;)

*

Sezon kempingowy zakonczony, choc poki co tylko umownie (bo przyczepka nadal nie zabezpieczona na zime i w kazdej chwili moze wyruszyc w podroz), ale nas dupki swiezbia, wiec trzeba bylo temu jakos zaradzic.

[Nawiasem mowiac, wrocilo do nas lato. Jest pieknie, cieplo, goraco wrecz. Tak bylo i w miniony weekend. Sledzilismy z napieciem prognozy, ktore jeszcze kilka dni wczesniej zapowiadaly jakies przelotne opady na sobote. W czwartek w koncu wszystkie kanaly, strony internetowe i apki w telefonach, jednomyslnie pokazaly, ze jednak caly weekend ma byc piekny, sloneczny i goracy. Napisalam do meza, ze rezerwuje kemping (umawialismy sie, ze jak bedzie ladnie to jedziemy), a on na to, ze... jest zmeczony, nie ma humoru i zwyczajnie mu sie nie chce. :(
Coz... Takie jego prawo. Z niemalym trudem, ale przelknelam to. ;) W koncu dosc czesto, kiedy malzonek ciagnie mnie do lozkowych igraszek, mi tez zwyczajnie sie nie chce. I on akceptuje to (zazwyczaj) ze zrozumieniem. Ugryzlam sie wiec w jezyk i nie powiedzialam na glos, ze jest swinia. ;)
Tego samego wieczora, szef spytal M. czy nie przyszedlby do pracy w sobote, na co... moj maz przystal z checia! Ba! Z entuzjazmem wrecz! I jakos o zmeczeniu zapomnial!
Jestem zla. Bardzo zla! :/]

W kazdym razie, w poprzedni weekend, kiedy o kolejnym, potencjalnym kempingu jeszcze nie myslelismy, mielismy do spozytkowania niedzielne popoludnie, sloneczne i dosc cieple. Idealne na rowerowa przejazdzke. Po godzinie mocowania z hakiem i rzesiscie miotanych przeklenstw, M. zrezygnowany wrzucil rowery na pake auta i ruszylismy do pobliskiego parku. Ktory tak naprawde parkiem nie jest, a lasem otaczajacym zbiorniki wodne stanowiace rezewuar wody pitnej dla pobliskiego miasta.

(Calkiem malowniczy ten rezerwuar)

Czesc tego lasu jest publicznie dostepna od switu do zmierzchu, a dodatkowo zaopatrzona w parking oraz wyasfaltowane sciezki rowerowe. Przejechalismy jedna z tras, ktora idzie koleczkiem przez czesc rezerwuaru.


Nie jest to dluga trasa - okolo 5 i pol kilometra i zajela nam okolo 1/2 godzinki. Okazala sie byc jednak dosc wymagajaca. Przyzwyczajeni do kempingowych, niemal plaskich tras, tu trafily nam sie gorki i doliny. :) Ja i M. moglismy jeszcze poregulowac sobie przerzutki, ale Potworki nie mialy wyjscia i pod kilka bardziej stromych gorek, musialy rowery prowadzic. Wtedy i ja solidarnie zsiadalam z wlasnej "rakiety". Kiedy dotarlismy do konca, Nik marudzil, ze mu goraco, Bi jeczala ze jest zmeczona i nawet ja bolesnie odczuwalam miesnie ud oraz posladkow. Co akurat mi powinno wyjsc na dobre... Tylko M. wyrazil rozczarowanie, bo myslal, ze zrobimy przynajmniej dwa koleczka! ;)

W miniony weekend powtorzylismy przejazdzke. Tym razem mialam na nia sredna ochote, bo bylo goraco i duszno, a w dodatku dzien wczesniej dostalam okres. Pomyslalam jednak, ze potem znow czeka mnie 5 dni siedzenia na dupsku przed kompem... A ze w sobote jedynymi cwiczeniami jakie wykonalam byla jazda z odkurzaczem i mopem oraz trzy rundy do piwnicy i z powrotem z praniem, to stwierdzilam, ze troche ruchu nie zaszkodzi.

(Entuzjazm do jazdy na rowerze nie mija)

Wbrew moim obawom, nie bylo zle, mimo ze po powrocie do domu marzylam tylko o prysznicu. Tym razem jedynie Bi oprotestowala propozycje kolejnego "koleczka". Po powrocie okazalo sie jednak, ze wychodzac, M. zostawil na kuchence pyrkajaca zupe! Cale szczescie, ze jednak poprzestalismy na jednym okrazeniu i nie bylo nas tylko okolo godzinki, bo sfajczylibysmy chalupe jak nic. ;)

*

Jak juz nieraz wspominalam, mieszkamy przy bardzo ruchliwej ulicy. W dodatku, z trzech pozostalych stron, po dwoch mamy drzewa i krzaki, a tylko po jednej sasiadow. Zaleta tego miejsca jest zdecydowanie prywatnosc. Wychodze na taras i tylko z jednej strony znajdzie sie obserwujaca para oczu. Porownuje to z widokiem na wielu osiedlach, gdzie z trzech stron otoczony jest czlowiek tarasami sasiadow, nieraz bez jednego drzewka, czy chocby plotka. Ciesze sie, ze tak nie mieszkam, ale polozenie naszego domu tez ma jedna, wazna wade. Nie ma tu dzieci, z ktorymi Potworki moglyby sie bawic. Nasi jedyni, bezposredni sasiedzi to para staruszkow. Maja wnuki, ktore jednak przyjezdzaja tylko raz na jakis czas i sa sporo starsze od Bi oraz Nika. Najblizsze dziecko mieszka dwa domy dalej, ale to chlopiec na oko 10-11 letni. Dom dalej mieszka nastolatek. I to wszystkie dzieciaki po naszej stronie ulicy. Od lat ubolewalismy z M., ze mieszkamy w takim "bezdzietnym" miejscu.
Po przeciwnej stronie tez tylko kilkoro nastolatkow, z jednym, malym wyjatkiem. Mieszkamy tu juz 8 lat, wiec nie uszlo naszej uwadze, ze po drugiej stronie ulicy, dwa domy dalej, jest dwoje dzieci, mniej wiecej w wieku naszych. Oddziela nas jednak szeroka, ruchliwa ulica oraz odleglosc dwoch domow wraz z otaczajacymi je ogrodami, nasza ulica nie jest centrum wspolpracy sasiedzkiej i nie bylo jakos okazji sie poznac.
Wiosna, kiedy M., wraz z naszym bezposrednim sasiadem scinali drzewa stanowiace granice naszych posesji, tamten sasiad dolaczyl, proponujac niektore z jego pil oraz innych narzedzi. Nie wiem czy ta znajomosc trwala juz wczesniej czy rozkwitla dopiero tej wiosny, ale nagle, tamten "dalszy" sasiad, zaczal sie czesto pojawiac na podworku "naszego" sasiada. Pewnego dnia pojawil sie tam ze swoimi dziecmi, ktore dosc szybko "zablakaly" sie pod nasza brame. Okazalo sie, ze synek jest niecaly rok mlodszy od Kokusia, a coreczka zna sie z Bi ze szkoly, bo rok temu chodzily razem na swietlice. :)

Tak zaczela sie dziecieca, sasiedzka przyjazn. Rodzice nowych przyjaciol Potworkow tez wydaja sie zadowoleni, bo, podobnie jak my, zalowali ze ich dzieci nie maja towarzyszy zabaw. Przez tyle lat, przez krzaki, brame oraz plot zaslaniajace nasz ogrod, nie mieli pojecia, ze w naszym domu mieszkaja dzieci w wieku ich! :) Oni co prawda sasiaduja z dziewczynka, ktora czasem przychodzi sie pobawic, ale ta panna ma juz 13 lat i zazwyczaj wlasne sprawy.

I wszystko byloby super, gdyby nie to, ze zona tamtego sasiada czesto pracuje do pozna, a on zwyczajnie wykorzystuje sytuacje zeby podrzucic mi dzieci i wrocic sobie do dlubania kolo domu (jego chalupa oraz ogrod wygladaja niczym niekonczacy sie plac budowy). Nie przeszkadzaloby mi to, gdyby zdarzalo sie to 2-3 razy w tygodniu, lub nawet codziennie, ale na chwile. Tymczasem on przyprowadza dzieci niemal codziennie i zostawia na ponad dwie godziny! Te dwie godzinki to moze sie wydaje nieduzo w skali calego dnia, ale musze dopisac, ze mowimy tu o godzinach podwieczornych, po szkole i obecnosc tych dzieciakow zwyczajnie rozpiep*za mi popoludnie z Potworkami. Tym bardziej, ze cala czworka, jest jeszcze dosc mala. Chlopczyk nie ma jeszcze czterech lat. Nie bawi sie aktywnie z Nikiem, wiec niemal rok starszy Kokus, sila rzeczy probuje dolaczyc do zabaw dziewczynek. Znacie to powiedzenie, ze "dwoje to para, a troje to juz tlum"? To wlasnie dzieje sie u mnie w domu. Dzieciaki bawia sie ladnie okolo godziny, a potem zawsze ktores sie pokloca, obraza, zabieraja sobie zabawki, itd. Poza tym tamte maluchy sa glodne. Teraz juz sie troche osmielily i prosza o cos do jedzenia, tyle, ze ja nigdy nie mam w domu nic "amerykanskiego" do zarcia. Pierogow nie rusza, a ile moge ich karmic ciastkami. ;) No, ale co to za rodzic, zeby podrzucac komus glodne, zapewne zmeczone po calym dniu dzieciaki???

I mam dylemat, bo nie wiem w jaki sposob postawic granice, zeby nikogo nie urazic. Ciesze sie, bardzo sie ciesze, ze Potworki maja do zabawy dzieciaki w sasiedztwie (nawet jesli jakis dorosly zawsze musi jedne albo drugie przeprowadzic przez ulice), ale dla mnie to za czesto i za dlugo. Te dwa razy kiedy przyprowadzilam Potworki do nich, poszlam ich odebrac po godzinie. Jakos ich tata nie pojal aluzji. Bo musze przyznac, ze jesli mama zajedzie wczesniej do domu, zaraz po dzieci przychodzi. Tata chyba najchetniej zostawilby ich u nas na noc. ;)
Nie chce ich obrazic, bo wtedy Potworki stracilyby jedynych kolegow "z podworka". Z drugiej jednak strony, za chwile zaczna sie prace domowe, wiecej zadan do przecwiczenia ze szkoly i obce dzieciaki przesiadujace u nas godzinami sa mi nie na reke. Bede musiala ograniczyc godziny odwiedzin i oby udalo mi sie to zrobic na tyle dyplomatycznie, zeby nikogo nie urazic. ;)

*

W zeszly czwartek zaliczylam "curriculum meeting" w szkole dzieci, czyli spotkanie w sprawie programu szkolnego. Tutaj tez nie obylo sie bez irytacji. Na tym spotkaniu bylam rok temu, wiedzialam wiec czego sie spodziewac i mialam sobie odpuscic te "przyjemnosc", ale obie nauczycielki: Nika oraz Bi zaznaczyly, ze w klasach beda zapisy na listopadowe wywiadowki. To byl jedyny powod dla ktorego, rada nierada, postanowilam pojechac. Zapakowalam Potworki (moze powinnam byla odstawic ich do sasiadow :D) i popedzilam do szkoly. Pierwsze wkurzenie nastapilo juz przy zapisywaniu sie na wywiadowki. Oczywiscie godziny dostepne sa takie, ze pracujacy rodzic musi urwac sie z roboty i to solidnie. Chcialam zapisac Potworki na ten sam dzien, zeby przynajmniej wyjsc wczesniej tylko jednego dnia. W kalendarzu szkolnym zaznaczone bylo, ze wywiadowki odbeda sie we wtorek i srode. U Nika zapisalam sie wiec na srode. A w klasie Bi - zonk! Wywiadowki w jej klasie beda w poniedzialek i wtorek! Z jakiegos (zapewne osobistego) powodu, na srode pani nie przyjmowala zapisow! I ja rozumiem, naprawde, ze rozne sa sytuacje, ale do cholery czy nie mozna bylo uprzedzic, ze bedzie przyjmowac rodzicow w inne dni niz te wyznaczone przez wydzial edukacji???
No nie mozna bylo... W ten sposob bede musiala sie urwac z pracy dwa dni pod rzad. Miodzio! :/

Kolejna irytacja nastapila juz podczas ogolnoszkolnej prezentacji na sali gimnastycznej. Najpierw przemawiala dyrektorka, potem specjalistka od matematyki, pozniej jeszcze pani od mediow. I to ta ostatnia podniosla mi cisnienie. W sali panowala potworna duchota, a pora byla dosc pozna (wszystko zaczelo sie o 18). Z jednej strony mialam Bi narzekajaca, ze jest zmeczona, a z drugiej Nika, jeczacego ze mu goraco (czemu sie zupelnie nie dziwie). A pani zaczela radosnie oglaszac jak to szkola ma konto na Fejsie i wlasnie tego dnia zalozyla je rowniez na Twitterze i jaka to fajna aplikacja i ona zacheca rodzicow zeby rowniez zalozyli konto i dodali szkole do "obserwowanych". Po czym... zaczela krok po kroku pokazywac jak wykupic i uruchomic apke, jak zalozyc konto, jak w koncu znalezc szkole, itd. Internet na terenie szkoly jest baaardzo wolny, wiec to wszystko trwalo dobre 10 minut! Pomijam fakt, ze mamy XXI wiek, wiekszosc rodzicow jest gdzies w moim wieku, na pewno o Twitterze slyszeli i jesli chca miec konto to sami je zaloza! Ja nie zalozylam i nie zamierzam. Kiedy wiec ogloszono kolejna osobe z przemowieniem, zebralam marudzace Potworki i po prostu sie z tamtad zabralam. ;) A instrukcja jak dodac szkole do "przyjaciol" na Twitterze, dzien pozniej pojawila sie na stronie internetowej owej szkoly! To nie mozna tak bylo od razu?!

*

Od soboty Potworki wrocily na basen. Niestety, pierwsze zajecia okazaly sie czesciowa klapa i nie wiem czy oboje wroca na nastepne. :/

O Bi jestem spokojna. Ona naprawde lubi plywac, lubi zajecia i bawila sie swietnie.

(Ta blond glowa w rozowych goglach, mniej wiecej na srodku zdjecia, to Bi :D)

Natomiast Nik... po 10 minutach zajec, instruktorka zawolala mnie, bo Mlodszy wpadl w niekontrolowana histerie. On chce juz wyjsc z wody, nie chce juz plywac, nie bedzie juz chodzil na plywanie (a ja wlasnie zaplacilam za cala sesje! :/)! Najgorzej, ze nie wiem co mu sie nagle stalo. Oficjalna wersja jest, ze tesknil za mama, co wydaje mi sie tylko wymowka, bo siedzialam zaraz po drugiej stronie basenu. Nik chodzil juz na basen wiosna i uwielbial to! Na sobotnie zajecia biegl w podskokach! Rozmawialam z instruktorka, ale i ona nie potrafila powiedziec, co moglo sie stac. A w grupie Kokusia byl tylko on, wiec skupiona byla wylacznie na nim (to tez moze byc problem, Nik lubi towarzystwo). Wydaje mi sie, ze Mlodszy musial czegos sie wystraszyc, moze buzia mu wpadla pod wode, czy cos takiego, ale nie widzialam tego, wiec tylko zgaduje.
Najgorzej, ze Mlodszy caly czas konsekwentnie powtarza, ze nie chce juz chodzic na basen. I gdyby sie skubaniec uparl, ze nie chce plywac przed sobota, nie zapisywalabym go wcale. Tymczasem zapisalam, zaplacilam, a on po 10 minutach pierwszych zajec stwierdza, ze jednak nie chce??? No ludzie! Chce go jakos przekonac, zeby chociaz sprobowal jeszcze raz (jak drugie zajecia skoncza sie jak pierwsze, to odpuszcze, bo to ma byc frajda a nie trauma), ale nie wiem jakich argumentow czy tez przekupstwa uzyc... :/

Co do Bi, to zaczynam watpic, ze bedzie chciala kontynuowac plywanie. Nie to, ze nie lubi, bo lubi i to bardzo. Moje starsze dziecko zaczyna jednak miec wlasne pomysly na zycie, a w kazdym razie, poki co, na zajecia dodatkowe. ;) Wytlumaczylam juz jej, ze moze uczeszczac tylko na jedne naraz (no sorki, nie mam ochoty spedzac popoludni wozac dzieciaki z jednych zajec na drugie...), wiec Bi ma juz plan, ze narazie chce chodzic na plywanie, potem chce sprobowac gimnastyki artystycznej, a nastepnie pilki noznej. I jak tu ja przekonac, zeby najpierw zaliczyla wszystkie poziomy zajec na basenie i nauczyla sie porzadnie plywac??? ;)

*

Jak juz narzekam na Kokusia, to ponarzekam dalej! Wiecie juz (bo wciaz o tym pisze), ze Mlodszy to maruda. Od niedawna widze jednak, ze Nikowi wyrabia sie charakterek i to z tych paskudniejszych. Jak kiedys twierdzilam, ze to dziecko nie ma w sobie ani grama agresji, tak ostatnio zaczal mnie w zlosci bic i kopac. I to nawet wtedy, kiedy nie jestem sprawca jego frustracji. Na przyklad, nie ma jego ulubionych ciasteczek, wiec na deser musi sobie wybrac co innego. Informuje go, ze niestety zjadl ostatnie ciastko dnia poprzedniego, wiec wiecej nie ma, a on podchodzi i z zawzieta mina kopie mnie w lydke! Szczerze, to mam ochote mu wtedy oddac, ale zdaje sobie sprawe, ze nie tedy droga... Jesli nie mnie, to walnie czym popadnie, lub kopnie Maye. To takie typowe "wyzycie sie". Tyle, ze mija juz kilka miesiecy odkad walczymy z tym zachowaniem, ale nie widac, zeby cokolwiek docieralo do malego nerwusa...
Oprocz tego, stal sie krnabrny i pyskaty. Ulubiona odpowiedz, kiedy mowie, ze powinien cos zrobic? "Nie muszem jak nie chcem!". A jesli tlumacze, ze jakies zachowanie jest niedopuszczalne? "Mogem, jak chcem!". :/ To oczywiscie podsluchal od Bi, tyle ze stosuje znacznie czesciej niz siostra...

Poki Nik podobne zachowania objawial wylacznie w domu, jakos czlowiek wzruszal ramionami, ze "kiedys wyrosnie" (miejmy nadzieje). W piatek dostalam jednak niezbyt przyjemny raport od jego nauczycielki, a to juz zmienia postac rzeczy.
Wiecie, jakos nie przyszlo mi do glowy, ze Nik moze sie zle zachowywac w szkole. W przedszkolu Pani zawsze go chwalila, ze jest grzeczny, uczynny i poslusznie wykonuje nawet te zadania, ktorych niezbyt lubi. Cos sie najwyrazniej zmienilo podczas wakacji, bo pierwszy raport z zachowania oraz postepow w zerowce jest znacznie mniej pochwalny.

Po pierwsze, Kokus gada. Tutaj akurat az parsknelam pod nosem, bo troche obawialam sie gadulstwa Mlodszego, choc myslalam, ze objawi sie ono nieco pozniej w roku szkolnym. Wlasciwie, wyobrazalam sobie, ze na poczatku zerowki Nik bedzie troche niesmialy i zagubiony. A tu taka niespodzianka... ;) W kazdym razie, podobno juz kilka razy musial zostac przesadzony, bo nadmiernym gadulstwem rozpraszal inne dzieci. Super... ;)

Po drugie, nie slucha polecen za pierwszym razem. Tutaj musze jeszcze z Pania wyjasnic, co miala dokladnie na mysli. W domu bowiem, Nikowi zdarza sie zlosliwie udawac, ze nie slyszy, kiedy go o cos prosze, choc czesciej otwarcie tupie noga, ze czegos nie zrobi. ;) Poza tym dosc czesto po prostu sie rozprasza i chociaz udaje sie w kierunku przeze mnie wskazanym, to jednak w polowie drogi cos uslyszy lub zauwazy i lapie sie za zupelnie inna czynnosc. :) Musze dowiedziec sie czegos wiecej o sytuacjach, w ktorych Nik nie sluchal polecen Pani. Czy ja otwarcie ignorowal? Czy jej nie zrozumial (co w halasie, ktory napewno panuje w klasie, wcale nie byloby dziwne)? Czy byl tak zajety czyms fascynujacym, ze zupelnie nie zwrocil uwagi, ze ktos cos do niego mowi? To tez zdarza sie czesto w domu.

Po trzecie, bardzo powoli wykonuje samodzielne prace i wolno pisze swoje imie. Tu zupelnie nie wiem co jest grane, bo Nik swoje imie potrafi pisac juz od niemal roku. Sprawdzilam w domu i idzie mu to bardzo sprawnie i to nie jego wina, ze jest ono takie dlugie. Gdybysmy dali mu na imie "Tom", zapewne pisalby je o wiele szybciej... ;) . Pewnie, ze Nik nie ma takiego zaciecia do pisania jak Bi, ale jak musi, to pisze. Wnioskuje z tego, ze w szkole Nikowi sie po prostu nie chce. Ech... :/

*

Ponarzekalam na moja progeniture (albo jej polowe), ponarzekalam, to teraz bede chwalic. :)

Moi drodzy, w moim domu dzieje sie MAGIA! :)

Wielokrotnie pisalam, ze Potworki, mimo zblizonego wieku, dogaduja sie srednio. Niestety, mamy ten problemik (jak to lubi okreslac Kokus), ze Mlodszy chce zeby traktowano go na rowni z Bi, natomiast ona z calych sil walczy o wyimaginowane przywileje przyslugujacym starszym i madrzejszym. ;) W rezultacie toczy sie u nas ciagla rywalizacja. O uwage rodzicow, o to kto pierwszy zje, umyje zeby, nalozy pizame, dobiegnie do pokoju, zamknie Maye, wypusci Maye, wysiadzie z samochodu... No, macie mniej wiecej obraz...
W dzien nadal jest to samo. Bi traktuje Nika jak zlo konieczne. Poki Mlodszy bawi sie wedlug jej widzimisie, jest spokoj. Kiedy jednak Kokus zaczyna miec wlasne pomysly, rozpoczyna sie walka. Ech...

Za to wieczorem... Wieczorem cos sie zmienilo. Do niedawna, po polozeniu Potworkow spac, w pokoju panowala cisza. No chyba, ze ktores postanowilo poswiecic latarka, drugie rozdarlo sie, ze pierwsze swieci mu po oczach, drugie wrzasnelo rownie glosno, ze wcale nie i kolejna wojenka gotowa... ;)
Od jakiegos czasu jednak, kiedy gasnie swiatlo w ich pokoju, slychac glosy. Szepty, chichoty, spiewanie. A ja usmiecham sie do siebie.
Widze dwie dziewczynki, jedna sporo starsza. Mialy one szczescie, ze ich mama wczesnie chodzila spac i w dodatku sypiala z zatyczkami w uszach. Kiedy tylko gaslo swiatlo, albo jedna, albo druga dziewczynka przemykala do lozka siostry. Tam, przytulone, gadaly, opowiadaly sobie o swoim dniu, troskach, zabawnych sytuacjach, wymyslaly gry w zgadywanie piosenek po wystukanym rytmie i rozne inne pierdolki. :)

Nie wtracam sie w wieczorne sprawy Potworkow, chyba ze w pokoju robi sie za glosno lub godzina za pozna. Niech gadaja, niech zartuja, niech sie smieja.
Tak rodzi sie magia. Magia budowania wiezi. :)

*

Prezentuje Wam kolejny dowod, ze probujac sprawic dzieciom frajde, rujnuje sie domostwo. ;)

Poczatek wrzesnia byl tak zimny, ze woda w naszym basenie spadla do poziomu, ktory nawet Potworki odstreczal od kapieli. Pozniej upaly wrocily, ale ze slonce jest teraz duzo nizej i basen byl praktycznie caly czas w cieniu, wiec sila rzeczy woda juz sie nie nagrzewala. Stwierdzilismy wiec, ze nie ma co go trzymac skoro i tak nikt nie korzysta i ktoregos dnia M. oproznil go i zabral do wyschniecia.
Niestety, jak mozecie sie przekonac nizej, mimo, ze cale patio przykryte bylo folia, basen zostawil na nim wyrazny slad. Ta czesc, ktora przykryta byla plachta, porosla jakimis cholernymi glonami. Ciekawe, czy kiedy to wyschnie, samo zejdzie, czy trzeba bedzie uzyc srodkow chemicznych, hmm...

(Paskudztwo :/)

*

A na koniec sytuacja z dzisiejszego poranka. Moj syn moze jest nieposluszna gadula, ale nadal rozsmiesza mnie do lez. :)
Nie wiem jak jest o tej porze roku w Polsce, ale u nas, przed 7 rano i w pochmurny dzien, na dworze jest nadal szaro, a w domu sila rzeczy, niemal zupelnie ciemno. Co nie przeszkadza Potworkowi Mlodszemu budzic sie o nieludzkiej porze (czyli okolo 6:30 rano). Wparowuje wiec taki maly stwor do rzesiscie oswietlonej lazienki, w ktorej szykuje sie do pracy, po czym, szybciutko sie wycofuje kompletnie oslepiony, marszczac sie i zaslaniajac oczy. ;)
Myslalam, ze poszedl ogladac bajki, albo z powrotem do lozka (gdybym mogla, zdecydowanie wybralabym druga opcje!), tymczasem po minucie wrocil... tym razem w okularach przeciwslonecznych na oczach! :D

*

Dobra, koncze. Nie wiem kto to przeczyta w calosci... ;)