Czesc pierwsza, bo podejrzewam, ze bedzie tego wiecej, jak to juz bywa z moja mama. :)
Otrzymalam mianowicie telefon od tesciow (!), tzn. M. z nimi rozmawial na skype i poprosili mnie do kompa. Zazwyczaj tylko machne im reka przed ekranem i powiem "dzien dobry" i starcza. Rozmawiam z nimi dluzej tylko jak trzeba zlozyc zyczenia swiateczne, imieninowe, czy jakiekolwiek inne. Wiec naturalnie poczulam lekka panike. No i slusznie...
Okazalo sie, ze moja droga mamusia zadzwonila do tesciow. Nie do mnie, nie do taty, tylko do moich tesciow, ktorych jeszcze na oczy nie widziala! Ma ona mianowicie problem z dostaniem sie do Krakowa i z powrotem. Zarezerwowala sobie bilet w tych samych liniach co my (OLT Express) i teraz zostala bez lotu. Szuka nowego polaczenia ale jak to z moja mama bywa, sa problemy natury logistycznej. Albowiem, mamusia wymyslila sobie, zeby wracac do Gdanska juz nastepnego dnia po slubie! A lot ma o 8 rano w niedziele! I chce zeby ktos ja odwiozl na lotnisko. Kazdego innego dnia nie byloby sprawy, tata lub brat M., czy nawet sam M. zawiezliby ja bez problemu, ale akurat nie w ta konkretna niedziele! Nie bedziemy miec wesela z prawdziwego zdarzenia, tylko uroczysty obiad, ale to bedzie naprawde obiad z pompa i ma sie skonczyc okolo 12-1 w nocy z soboty na niedziele. Jak znam zycie alkohol bedzie sie lal strumieniami, a zeby dojechac z Zakopanego na lotnisko w Krakowie i zlapac lot o 8 rano trzeba by wstac o 4. No i jak ona to sobie wyobraza?! Ze ktos specjalnie dla niej zerwie sie na kacu (albo i nadal "na promilu") po 4 godzinach snu, zeby ja wiezc na lotnisko? Mowy nie ma! Jedynym niepijacym kierowca bede chyba ja, ale po 4 godzinach snu nie pisze sie na jazde autem, zreszta nie znam trasy i nie pamietam jak sie jezdzi autem na biegi. A nawet gdyby mama miala lot po poludniu, to tego dnia sa chrzciny synka brata M., wiec cala rodzina meza bedzie na kolejnej uroczystosci. Czyli znow brak kierowcy, chyba ze ktos z mojej strony, ale chyba wszyscy beda bez samochodow. M. bedzie chrzestnym, wiec tez odpada, poza tym ma tak rzadko okazje, zeby byc na imprezach rodzinnych, ze grzechem byloby go nawet prosic, zeby z tego zrezygnowal.
Gdyby mama chciala wziac taksowke, to musialaby wybulic dobre kilkaset zlotych, polaczen pociagiem lub autobusem z Zakopanego na lotnisko chyba nie ma, zreszta jak znam Jasnie Wielmozna Hrabine to sie nie zhanbi...
Kochana mamusia powiedziala tesciom, ze jesli nie bedzie mial jej kto odwiezc na lotnisko, to ona na slub nie przyjedzie...
A ja bardzo chcialabym spytac mamy skad jej w ogole strzelilo do glowy, zeby wracac juz nastepnego ranka? Jedyne logiczne dla mnie usprawiedliwienie byloby gdyby w poniedzialek miala rade pedagogiczna. Ale nawet tu, znam moja mame i wiem, ze jak jej zalezy na zwolnieniu czy zamianie, to potrafi robic do dyrektorki i kolezanek takie oczka kota ze "Shrek'a", tak prosic i jeczec, ze zalatwia sobie wszystko bez problemu. Wiec nawet gdyby powiedziala mi, ze MUSI byc na radzie, nie uwierzylabym. Zreszta w zadne wytlumaczenie nie uwierze, bo to jest nalogowa klamczucha (tak tak, nawet w stosunku do corek i meza, zreszta szczegolnie meza i starszej corki, czyli mnie). Poza tym jak znam zycie to jest jej zwykle widzimisie, jakich ma w zyciu wiele. Chcialabym z nia porozmawiac, ale jest nieuchwytna (podejrzewam, ze tesciowie delikatnie acz stanowczo wytlumaczyli jej, ze tego dnia nie bedzie jej mial kto odwiezc i jest wsciekla) i stwierdzam, ze mam to w nosie, nie chce, to niech nie przyjezdza.
Znow naszla mnie refleksja, ze dlaczego z nikim nigdy nie ma problemow, tylko zawsze z moja mama? Z tym slubem to juz kolejny raz jak kombinuje. Najpierw planowalismy slub na miejscu, to oswiadczyla, ze nie przyleci bo za daleko, bo za drogo, bo boi sie urzedu imigracyjnego (ma wize, wiec nie ma problemu, kolejny pretekst), bo byla juz na cywilnym, itd. Potem zaczelismy planowac jednak slub w Polsce i kiedy szykowalam liste gosci, oswiadczyla, ze jak zaprosze ciocie A. (kuzynke taty), to ona nie przyjedzie, bo ciocia to dziwaczka, nie odpowiada na jej telefony i ona nie chce sie z nia widziec. Tymczasem ja mam z ciocia ciagly kontakt mailowy i nawet nie wypadaloby mi jej nie zaprosic, zreszta bardzo ja lubie. Za to uparla sie, ze MUSZE zaprosic jedna z jej kolezanek z mezem... Teraz znow wymyslila sobie najbardziej niedogodne polaczenie z mozliwych. I jeszcze szantazuje, ze nie przyjedzie...Ona po prostu musi robic wszystko tak, zeby innym maksymalnie uprzykrzyc zycie...
Coz, czas chyba wzruszyc ramionami i zyc dalej...
wtorek, 31 lipca 2012
poniedziałek, 30 lipca 2012
Poweekendowe podsumowania
Juz za 3 tygodnie wyjazd! Jezusicku, a tu jeszcze tyle rzeczy do zrobienia i zalatwienia!!! Najbardziej przeraza mnie mysl, ze wroce w polowie wrzesnia a wtedy zostana mi jakies dwa miesiace do porodu! Ja chyba zwariuje! Najgorzej, ze sil i energii brak! Wczoraj spedzilam 2 godziny pielac w ogrodku, dostalam zadyszki, zakwasow, a efekty mizerne! Ale tak to bywa jak sie nie pieli z miesiac... :) A w ogole jestem od soboty bez cieplej wody. Mechanik wreszcie konczy podlaczac nowy piec, ale dopoki gazownia nie pusci gazu (prawdopodobnie jutro), nie ma go nawet jak wlaczyc... Wiec wode zagrzewam w garnku i myjemy sie w misce, zmywam naczynia w misce, a na prysznic jezdzimy do mojego taty. Po prostu powrot do podstaw. Nie wiem jak kiedys ludzie tak zyli. I jeszcze nosili wode ze studni! A zalatwiac potrzeby szli do wychodka! Straszne! Nie umialabym chyba juz zyc bez zdobyczy cywilizacji...
Wszyscy troje jestesmy zasmarkani. W sobote obudzilam sie z takim bolem gardla, ze nie moglam przelykac, ale na szczescie poplukalam sola, possalam tabletke i przeszlo. Katar zostal... Staram sie leczyc Bi i siebie domowymi sposobami, dla Bi jest syropek z cebulki, dla mnie kanapki z czosnkiem, ble! Maz skapitulowal i bierze tabletki, cienias! ;) Ale ciesze sie, ze powinnismy wszyscy spokojnie wyzdrowiec do wyjazdu.
Bi weszla chyba w jakis okres intensywnego wzrostu, bo najchetniej non stop by jadla. Oczywiscie tylko to co lubi, zeby nie bylo za dobrze. Spedzilam pol weekendu w kuchni, ciagle jej cos szykujac, a tu kanapeczke (szkoda, ze toleruje je jedynie z dzemem), a tu jajeczko, zupke, owocki, kaszke, no ciagle cos! Oczywiscie jak zglodnieje, to ciagnie natychmiast do szafki z ciasteczkami, do ktorych M. ma niestety straszna slabosc wiec zawsze w domu sa. A dla mnie to sygnal, ze dziecko glodne i szybko trzeba nakarmic zanim zapcha sie slodyczami. Na szczescie Bi uwielbia owoce wiec zawsze mozna dac jej jabluszko lub nektarynke i w tym czasie przyszykowac cos "konkretniejszego". Wczoraj po poludniu za jednym posiedzeniem zmiotla kanapeczke, calego banana, a na koniec popchnela jeszcze popcornem, ktory zrobilam dla siebie i dziadka. A godzine pozniej wciela cala miske kaszki! Ja nie wiem gdzie ona to miesci!
A w ogole to dostala w zeszlym tygodniu jakiejs wysypki na pupie. Podejrzewam, ze jest na cos uczulona (chyba na melona, bo dostala go pierwszy raz), a w zlobku nie dbaja az tak o higiene miejsc intymnych. W ogole wkurzylam sie, bo 2 razy M. odebral Bi ze zlobka z kupa w pieluszce. Podejrzewam, ze pani wiedzac, ze zaraz ktos po dziecko przyjedzie, olala to sobie. I mysle, ze te kupy dodatkowo podraznily juz uczulone miejsce, bo w piatek wysypka az zlewala sie w jedna, czerwona plame. Na szczescie nie wydaje sie ona swedziec ani bolec. Przez weekend odpowiednio zadbalismy o "pieluszkowe" okolice (melona wyeliminowalam juz w czwartek) i juz znika. Tylko zobaczymy jak bedzie wygladac po kolejnych 5 dniach w zlobku... Mialam ochote zrobic awanture, ale stwierdzilam, ze to i tak ostatnie dni Bi w zlobku, wiec oszczedze sobie nieprzyjemnej rozmowy. A dzis rano Bi poraz pierwszy w ogole nie plakala przy rozstaniu! Dalam jej caluska, pomachalam i wyszlam. Za drzwiami chwilke nasluchiwalam czy nie placze, ale cisza! :) Az troche zal mi sie zrobilo, ze wlasnie dziecko sie przyzwyczailo, a tu trzeba je zabrac. No nic, po urlopie bedzie chodzic do opiekunki, a w Polsce, przy 3 kuzynkach, kontaktu z dziecmi jej nie zabraknie. :)
Poza tym nawet moj maz, dla ktorego coreczka jest po prostu kolejnym cudem swiata, stwierdzil, ze czas wprowadzic troche dyscypliny, w sensie byc bardziej stanowczym w stosunku do Bi i nie ulegac latwo byle kaprysom. Nasze malenstwo rosnie i robi sie coraz cwansze. I niestety pokazuje rozki. Pomijam histerie kiedy czegos chce i tego nie dostaje. Pomijam zachodzenie ci drogi i dopominanie sie o noszenie. Z nimi walczymy juz od jakiegos czasu. Natomiast wczoraj bylismy w sklepie i corenka niestety ucieka nam miedzy alejkami, sciaga wszystko z polek, a takze cianie nas za palce, zeby pokazac cos co mamy jej natychmiast wreczyc. Wczoraj byly to kolorowe pilki i cukierki. Oczywiscie wszczela dzika awanture, kiedy wzielam ja na rece i usilowalam odniesc w miejsce dalekie od "pokus". Poza tym nie slucha. Stoi na koncu alejki, usmiecha sie lobuzersko i ani mysli zareagowac na wolanie. A kiedy rusze w jej strone, zwiewa! Albo siada na ziemi i odmawia dalszej wspolpracy. A ma niecale 15 miesiecy! Narazie latwo jest ja dogonic, zlapac, wziac na rece. Ale co bedzie za np. rok? Dwulatki sa juz szybkie i sprytne, a ja na dodatek bede miala jeszcze kilkumiesieczne niemowle. Dobrze, ze wiekszosc sprawunkow robimy razem z M., ale i tak czlowiek naugania sie za tym naszym "czortem". Trzeba po prostu sie za nia wziac, zeby szybko nauczyla sie, ze pewne zachowania nie beda tolerowane.
Taa... Tyle, ze rodzice to jedno, a dziadek drugie... :) A Bi nie jest w ciemie bita i wymusza na dziadku rzeczy o ktore nas nawet nie prosi. Przy dziadku mozna lazic po blatach w kuchni i otwierac gorne szafki! Mozna tez wlezc do kuchennego zlewu i dzwonic sztuccami w szklanki i miseczki! Albo taplac sie w kaluzach! O to ostatnie jestem naprawde wsciekla na mojego tate bo pozwolil jej wczoraj chlapac sie w tej kaluzy w sandalkach to po pierwsze, a po drugie przyprowadzil ja do domu (wierzgajaca i ryczaca, ze zabawa sie skonczyla) dopiero jak w tej kaluzy usiadla! Bo dziecko tak odkrywa swiat! Cholera! Akurat TO dziecko jest przeziebione i taplanie w wodzie na zewnatrz jest dla niej malo wskazane. Poza tym skarpetki chyba pojda do wyrzucenia, a Bi musiala dzis isc do zlobka w starych, przymalych sandalkach, bo nowe nie wyschly przez noc...
No i prosze, planowalam krotki poscik, a wyszla powiesc. :)
Wszyscy troje jestesmy zasmarkani. W sobote obudzilam sie z takim bolem gardla, ze nie moglam przelykac, ale na szczescie poplukalam sola, possalam tabletke i przeszlo. Katar zostal... Staram sie leczyc Bi i siebie domowymi sposobami, dla Bi jest syropek z cebulki, dla mnie kanapki z czosnkiem, ble! Maz skapitulowal i bierze tabletki, cienias! ;) Ale ciesze sie, ze powinnismy wszyscy spokojnie wyzdrowiec do wyjazdu.
Bi weszla chyba w jakis okres intensywnego wzrostu, bo najchetniej non stop by jadla. Oczywiscie tylko to co lubi, zeby nie bylo za dobrze. Spedzilam pol weekendu w kuchni, ciagle jej cos szykujac, a tu kanapeczke (szkoda, ze toleruje je jedynie z dzemem), a tu jajeczko, zupke, owocki, kaszke, no ciagle cos! Oczywiscie jak zglodnieje, to ciagnie natychmiast do szafki z ciasteczkami, do ktorych M. ma niestety straszna slabosc wiec zawsze w domu sa. A dla mnie to sygnal, ze dziecko glodne i szybko trzeba nakarmic zanim zapcha sie slodyczami. Na szczescie Bi uwielbia owoce wiec zawsze mozna dac jej jabluszko lub nektarynke i w tym czasie przyszykowac cos "konkretniejszego". Wczoraj po poludniu za jednym posiedzeniem zmiotla kanapeczke, calego banana, a na koniec popchnela jeszcze popcornem, ktory zrobilam dla siebie i dziadka. A godzine pozniej wciela cala miske kaszki! Ja nie wiem gdzie ona to miesci!
A w ogole to dostala w zeszlym tygodniu jakiejs wysypki na pupie. Podejrzewam, ze jest na cos uczulona (chyba na melona, bo dostala go pierwszy raz), a w zlobku nie dbaja az tak o higiene miejsc intymnych. W ogole wkurzylam sie, bo 2 razy M. odebral Bi ze zlobka z kupa w pieluszce. Podejrzewam, ze pani wiedzac, ze zaraz ktos po dziecko przyjedzie, olala to sobie. I mysle, ze te kupy dodatkowo podraznily juz uczulone miejsce, bo w piatek wysypka az zlewala sie w jedna, czerwona plame. Na szczescie nie wydaje sie ona swedziec ani bolec. Przez weekend odpowiednio zadbalismy o "pieluszkowe" okolice (melona wyeliminowalam juz w czwartek) i juz znika. Tylko zobaczymy jak bedzie wygladac po kolejnych 5 dniach w zlobku... Mialam ochote zrobic awanture, ale stwierdzilam, ze to i tak ostatnie dni Bi w zlobku, wiec oszczedze sobie nieprzyjemnej rozmowy. A dzis rano Bi poraz pierwszy w ogole nie plakala przy rozstaniu! Dalam jej caluska, pomachalam i wyszlam. Za drzwiami chwilke nasluchiwalam czy nie placze, ale cisza! :) Az troche zal mi sie zrobilo, ze wlasnie dziecko sie przyzwyczailo, a tu trzeba je zabrac. No nic, po urlopie bedzie chodzic do opiekunki, a w Polsce, przy 3 kuzynkach, kontaktu z dziecmi jej nie zabraknie. :)
Poza tym nawet moj maz, dla ktorego coreczka jest po prostu kolejnym cudem swiata, stwierdzil, ze czas wprowadzic troche dyscypliny, w sensie byc bardziej stanowczym w stosunku do Bi i nie ulegac latwo byle kaprysom. Nasze malenstwo rosnie i robi sie coraz cwansze. I niestety pokazuje rozki. Pomijam histerie kiedy czegos chce i tego nie dostaje. Pomijam zachodzenie ci drogi i dopominanie sie o noszenie. Z nimi walczymy juz od jakiegos czasu. Natomiast wczoraj bylismy w sklepie i corenka niestety ucieka nam miedzy alejkami, sciaga wszystko z polek, a takze cianie nas za palce, zeby pokazac cos co mamy jej natychmiast wreczyc. Wczoraj byly to kolorowe pilki i cukierki. Oczywiscie wszczela dzika awanture, kiedy wzielam ja na rece i usilowalam odniesc w miejsce dalekie od "pokus". Poza tym nie slucha. Stoi na koncu alejki, usmiecha sie lobuzersko i ani mysli zareagowac na wolanie. A kiedy rusze w jej strone, zwiewa! Albo siada na ziemi i odmawia dalszej wspolpracy. A ma niecale 15 miesiecy! Narazie latwo jest ja dogonic, zlapac, wziac na rece. Ale co bedzie za np. rok? Dwulatki sa juz szybkie i sprytne, a ja na dodatek bede miala jeszcze kilkumiesieczne niemowle. Dobrze, ze wiekszosc sprawunkow robimy razem z M., ale i tak czlowiek naugania sie za tym naszym "czortem". Trzeba po prostu sie za nia wziac, zeby szybko nauczyla sie, ze pewne zachowania nie beda tolerowane.
Taa... Tyle, ze rodzice to jedno, a dziadek drugie... :) A Bi nie jest w ciemie bita i wymusza na dziadku rzeczy o ktore nas nawet nie prosi. Przy dziadku mozna lazic po blatach w kuchni i otwierac gorne szafki! Mozna tez wlezc do kuchennego zlewu i dzwonic sztuccami w szklanki i miseczki! Albo taplac sie w kaluzach! O to ostatnie jestem naprawde wsciekla na mojego tate bo pozwolil jej wczoraj chlapac sie w tej kaluzy w sandalkach to po pierwsze, a po drugie przyprowadzil ja do domu (wierzgajaca i ryczaca, ze zabawa sie skonczyla) dopiero jak w tej kaluzy usiadla! Bo dziecko tak odkrywa swiat! Cholera! Akurat TO dziecko jest przeziebione i taplanie w wodzie na zewnatrz jest dla niej malo wskazane. Poza tym skarpetki chyba pojda do wyrzucenia, a Bi musiala dzis isc do zlobka w starych, przymalych sandalkach, bo nowe nie wyschly przez noc...
No i prosze, planowalam krotki poscik, a wyszla powiesc. :)
piątek, 27 lipca 2012
Szlag!
Dlaczego ostatnio caly swiat uparl sie, zeby mnie wkurzac? No dlaczego???
Wlasnie sie dowiedzialam, ze linia lotnicza, w ktorej mielismy zakupiony bilet z Krakowa do Gdanska splajtowala! No cholera by to wziela!!! Nie mogli poczekac z tym jakies poltora miesiaca??? ;) Musimy teraz szukac nowego polaczenia i to szybko, bo wszyscy pasazerowie z OLT rzuca sie pewnie na LOT... Wstepnie sprawdzilam i EuroLOT ma do dupy godziny odlotow, za to LOT wszystkie przeloty ma z przesiadka w Warszawie! No przeciez to skandal, zeby nie mozna bylo poleciec bezposrednio! Mam wystarczajaca ilosc startow i ladowan jak na jedne wakacje, nie chce sobie jeszcze dokladac! A pociagiem czy autobusem tez nie mam ochoty sie tluc z malym dzieckiem i wszystkimi bagazami! Chyba, ze wynajmiemy auto, ale to tez mordega jechac tak przez calutka Polske. Musielibysmy chyba zatrzymac sie gdzies na noc, bo Bi raczej nie wytrzyma tyle w foteliku... Czeka nas z M. jutro rano narada rodzinna...
No i kolejna zagroska doszla, jakbym ich malo miala...
Wlasnie sie dowiedzialam, ze linia lotnicza, w ktorej mielismy zakupiony bilet z Krakowa do Gdanska splajtowala! No cholera by to wziela!!! Nie mogli poczekac z tym jakies poltora miesiaca??? ;) Musimy teraz szukac nowego polaczenia i to szybko, bo wszyscy pasazerowie z OLT rzuca sie pewnie na LOT... Wstepnie sprawdzilam i EuroLOT ma do dupy godziny odlotow, za to LOT wszystkie przeloty ma z przesiadka w Warszawie! No przeciez to skandal, zeby nie mozna bylo poleciec bezposrednio! Mam wystarczajaca ilosc startow i ladowan jak na jedne wakacje, nie chce sobie jeszcze dokladac! A pociagiem czy autobusem tez nie mam ochoty sie tluc z malym dzieckiem i wszystkimi bagazami! Chyba, ze wynajmiemy auto, ale to tez mordega jechac tak przez calutka Polske. Musielibysmy chyba zatrzymac sie gdzies na noc, bo Bi raczej nie wytrzyma tyle w foteliku... Czeka nas z M. jutro rano narada rodzinna...
No i kolejna zagroska doszla, jakbym ich malo miala...
Porodowka czesc I
Czas na moje
wpominki z porodowki. :) Uwaga, post jest pamiatka dla mnie, jest calkowicie
otwarty, zawiera nazwy z kobiecej anatomii, niektore opisy moga byc razace, co bardziej
pruderyjni niech nie czytaja. Wiekszosc odwiedzajacych mnie osob to jednak chyba
kobiety i matki, wszystkie wiedza jak sie rodzi dzieci, wiec nikt pawia na
klawiature moze nie pusci. :)))
Poniewaz moje dziecko bylo uparte juz w zyciu plodowym, jak mozna sie bylo spodziewac, zaparlo sie i nie chcialo samo wyjsc. Na ostatniej wizycie lekarskiej, ktora odbyla sie jakis dzien lub dwa przed moim terminem, ustalilismy z doktorkiem date wywolania “na wszelki wypadek”, na tydzien po terminie. Wtedy odetchnelam z ulga bo tak naprawde to od ponad 4 tygodni marzylam, zeby wreszcie urodzic. Wiec pocieszalam sie, ze w najgorszym wypadku jeszcze tydzien, ale tak naprawde bylam przekonana, ze urodze wczesniej. Mielismy z M. ustalone, co po kolei robimy gdybym zaczela rodzic w pracy, M. wiedzial, ze pod zadnym pozorem nie wolno mu sie bylo rozstawac z komorka ani jej sciszac. Jak to zwykle w zyciu bywa, wszystkie przygotowania daly w leb, bo Bi ani myslala wychodzic na swiat.
W szpitalu musialam stawic sie dzien wczesniej bo mialam zero rozwarcia wiec musieli cos z tym zrobic. I to chyba bylo najgorsze. Zaprowadzili nas na porodowke, do naszego pokoju. Zalozyli mi lekarstwo majace zmiekczyc i rozszerzyc szyjke macicy i na to bylam przygotowana. Natomiast nie bylam przygotowana na to, ze zaloza mi od razu wenflon (zeby juz byl) i podlacza do aparatury mierzacej skurcze i tetno dziecka, a takze automatycznego miernika cisnienia. W koncu, do cholery, do “prawdziwego” wywolania mialam jeszcze 13 godzin! Oczywiscie zostalam poinformowana, ze podlaczona do calej maszynerii jestem udupiona na lozku, nie wolno mi nawet polazic po korytarzu i jezeli chce pojsc do toalety, musze zadryndac po pielegniarke, zeby mnie odczepila i odomotala. Byla sobie wtedy godzina 17. Zaczelo sie dluuugie oczekiwanie. Dostalam obiad, ktory na szczescie kazda rodzaca moze sobie zamowic z menu. Malym zgrzytem bylo to, ze chociaz kobieta przez caly pobyt w szpitalu zamawia sobie posilki ze szpitalnej stolowki i zostaja one wliczone w ogolny rachunek za porod, to jej maz, ktory zazwyczaj przebywa wiekszosc czasu z nia, nie ma takiego prawa. Musi zejsc do kawiarenki i sam sobie cos kupic. Zostalam tez poinformowana, ze to bedzie moj ostatni posilek az do urodzenia corki. Troche mnie to podlamalo, ale nie chcialam martwic sie na zapas, w koncu nie wiedzialam jak dlugo moze to potrwac, wiadomo, sa porody dlugie, ale sa i krociutkie.
Tak wiec siedzielismy z M. w tej salce, troche pogadalismy, troche poogladalismy telewizje. Okolo 21 pielegniarki zaczely namawiac mnie do spania, “bo jutro czeka mnie ciezki dzien”. M. poscielil sobie dostawione lozko polowe i postanowilismy sprobowac zasnac. Latwo powiedziec. Glupi cisnieniomierz co pol godziny automatycznie zaciskal sie na moim ramieniu (bynajmniej nie delikatnie!). Maszyny mierzace skurcze i tetno Bi pipczaly i swiecily, a mazak zgrzytal po papierze zapisujac pomiar. Pokoj mial ksztalt litery “L” i choc pielegniarki zgasily swiatlo w “naszej”czesci, to w krotkim przedpokoju zostawily sobie lampe. I wchodzily srednio co godzine, zeby zebrac wykresy i oczywiscie wlaczaly dodatkowe swiatlo. Dodatkowo, czujniki tetna Bi i skurczy po kilku godzinach zaczely bolesnie wrzynac mi sie w brzuch, a za kazdym razem kiedy je troche przesunelam pojawialy sie pielegniarki bo pomiar “uciekal” i przestawialy je na poprzednie miejsce. I wez tu spij w takich warunkach! Poza tym doszly jeszcze nerwy przed nastepnym dniem, wiec w rezultacie ani ja ani M. nie zmruzylismy oka.
Chyba na dzis wystarczy. Widze, ze wspominki bede musiala podzielic na 2 lub i 3 posty, bo bedzie dluuugo... :)
Poniewaz moje dziecko bylo uparte juz w zyciu plodowym, jak mozna sie bylo spodziewac, zaparlo sie i nie chcialo samo wyjsc. Na ostatniej wizycie lekarskiej, ktora odbyla sie jakis dzien lub dwa przed moim terminem, ustalilismy z doktorkiem date wywolania “na wszelki wypadek”, na tydzien po terminie. Wtedy odetchnelam z ulga bo tak naprawde to od ponad 4 tygodni marzylam, zeby wreszcie urodzic. Wiec pocieszalam sie, ze w najgorszym wypadku jeszcze tydzien, ale tak naprawde bylam przekonana, ze urodze wczesniej. Mielismy z M. ustalone, co po kolei robimy gdybym zaczela rodzic w pracy, M. wiedzial, ze pod zadnym pozorem nie wolno mu sie bylo rozstawac z komorka ani jej sciszac. Jak to zwykle w zyciu bywa, wszystkie przygotowania daly w leb, bo Bi ani myslala wychodzic na swiat.
W szpitalu musialam stawic sie dzien wczesniej bo mialam zero rozwarcia wiec musieli cos z tym zrobic. I to chyba bylo najgorsze. Zaprowadzili nas na porodowke, do naszego pokoju. Zalozyli mi lekarstwo majace zmiekczyc i rozszerzyc szyjke macicy i na to bylam przygotowana. Natomiast nie bylam przygotowana na to, ze zaloza mi od razu wenflon (zeby juz byl) i podlacza do aparatury mierzacej skurcze i tetno dziecka, a takze automatycznego miernika cisnienia. W koncu, do cholery, do “prawdziwego” wywolania mialam jeszcze 13 godzin! Oczywiscie zostalam poinformowana, ze podlaczona do calej maszynerii jestem udupiona na lozku, nie wolno mi nawet polazic po korytarzu i jezeli chce pojsc do toalety, musze zadryndac po pielegniarke, zeby mnie odczepila i odomotala. Byla sobie wtedy godzina 17. Zaczelo sie dluuugie oczekiwanie. Dostalam obiad, ktory na szczescie kazda rodzaca moze sobie zamowic z menu. Malym zgrzytem bylo to, ze chociaz kobieta przez caly pobyt w szpitalu zamawia sobie posilki ze szpitalnej stolowki i zostaja one wliczone w ogolny rachunek za porod, to jej maz, ktory zazwyczaj przebywa wiekszosc czasu z nia, nie ma takiego prawa. Musi zejsc do kawiarenki i sam sobie cos kupic. Zostalam tez poinformowana, ze to bedzie moj ostatni posilek az do urodzenia corki. Troche mnie to podlamalo, ale nie chcialam martwic sie na zapas, w koncu nie wiedzialam jak dlugo moze to potrwac, wiadomo, sa porody dlugie, ale sa i krociutkie.
Tak wiec siedzielismy z M. w tej salce, troche pogadalismy, troche poogladalismy telewizje. Okolo 21 pielegniarki zaczely namawiac mnie do spania, “bo jutro czeka mnie ciezki dzien”. M. poscielil sobie dostawione lozko polowe i postanowilismy sprobowac zasnac. Latwo powiedziec. Glupi cisnieniomierz co pol godziny automatycznie zaciskal sie na moim ramieniu (bynajmniej nie delikatnie!). Maszyny mierzace skurcze i tetno Bi pipczaly i swiecily, a mazak zgrzytal po papierze zapisujac pomiar. Pokoj mial ksztalt litery “L” i choc pielegniarki zgasily swiatlo w “naszej”czesci, to w krotkim przedpokoju zostawily sobie lampe. I wchodzily srednio co godzine, zeby zebrac wykresy i oczywiscie wlaczaly dodatkowe swiatlo. Dodatkowo, czujniki tetna Bi i skurczy po kilku godzinach zaczely bolesnie wrzynac mi sie w brzuch, a za kazdym razem kiedy je troche przesunelam pojawialy sie pielegniarki bo pomiar “uciekal” i przestawialy je na poprzednie miejsce. I wez tu spij w takich warunkach! Poza tym doszly jeszcze nerwy przed nastepnym dniem, wiec w rezultacie ani ja ani M. nie zmruzylismy oka.
Chyba na dzis wystarczy. Widze, ze wspominki bede musiala podzielic na 2 lub i 3 posty, bo bedzie dluuugo... :)
czwartek, 26 lipca 2012
Nie bawie sie tak...
Koniec lipca, srodek lata, upaly nas nie opuszczaja praktycznie od maja, a mojemu dziecku glut zwisa z nosa i co chwila kicha, a wtedy smark w ogole siega brody...
Gdzie ona to zlapala? Zazwyczaj zaraza sie od mamy lub taty, ale tym razem my jestesmy zdrowi... Pewnie to wina klimatyzacji i roznicy temperatur miedzy podworkiem a wnetrzem budynkow. Ja sama w pracy ubieram sweter bo mi zimno, a kto mi tam w zlobku dziecko dopilnuje? Szczegolnie, ze tubylcom wiecznie za goraco, pija non stop napoje z lodem i najlepiej by bylo, zeby i w srodku i na zewnatrz bylo ciagle 16 stopni... Nie moglam patrzec jak moj kolega na przyjeciu w sobote dawal swojemu rocznemu synkowi wode z lodem! Nic dziwnego, ze jak od dzieci sa tak przyzwyczajani, to potem dusza sie z goraca przy 20 stopniach! :)
Wyglada wiec, ze znow w weekend nici z plazy, bo boje sie, ze jak Bi zacznie wlazic do zimnej wody to doprawi sie na amen. A panicznie sie boje, ze pochoruje sie akurat na wyjazd, wole na nia chuchac i dmuchac przez nastepne 4 tygodnie. Ech... jak tak dalej pojdzie, to lato sie skonczy i Bi nie pozna smaku plazy i oceanu... Nie mowiac juz o tym, ze matka teskni za slonym, wilgotnym wiatrem i zapachem jodu... I cieplym piaskiem... I szumem fal... :(
Gdzie ona to zlapala? Zazwyczaj zaraza sie od mamy lub taty, ale tym razem my jestesmy zdrowi... Pewnie to wina klimatyzacji i roznicy temperatur miedzy podworkiem a wnetrzem budynkow. Ja sama w pracy ubieram sweter bo mi zimno, a kto mi tam w zlobku dziecko dopilnuje? Szczegolnie, ze tubylcom wiecznie za goraco, pija non stop napoje z lodem i najlepiej by bylo, zeby i w srodku i na zewnatrz bylo ciagle 16 stopni... Nie moglam patrzec jak moj kolega na przyjeciu w sobote dawal swojemu rocznemu synkowi wode z lodem! Nic dziwnego, ze jak od dzieci sa tak przyzwyczajani, to potem dusza sie z goraca przy 20 stopniach! :)
Wyglada wiec, ze znow w weekend nici z plazy, bo boje sie, ze jak Bi zacznie wlazic do zimnej wody to doprawi sie na amen. A panicznie sie boje, ze pochoruje sie akurat na wyjazd, wole na nia chuchac i dmuchac przez nastepne 4 tygodnie. Ech... jak tak dalej pojdzie, to lato sie skonczy i Bi nie pozna smaku plazy i oceanu... Nie mowiac juz o tym, ze matka teskni za slonym, wilgotnym wiatrem i zapachem jodu... I cieplym piaskiem... I szumem fal... :(
środa, 25 lipca 2012
A niech to dunder swisnie! :)
A dzis dla
odmiany zlapalam wnerwa! :) Z kilku
powodow.
Po pierwsze przyszly moje obie slubne sukienki i sukienusia Bi. Najpierw kiecka mojej coreczki. Szczerze mowiac spodziewalam sie, ze za taka cene bedzie ona troche lepszej jakosci. Tzn. sukienusia sama w sobie jest sliczniutka, ale myslalam, ze material bedzie “solidniejszy”. A to taka luzna szmatka… No ale, jak to mowia, ujdzie w tloku, innej zamawiac nie bede…
Za to moje sukienki… Matko i corko! Jedna za duza, druga za mala! No i klops, musze OBIE zwrocic i zamowic od nowa. W dodatku z fasonu bardziej podoba mi sie ta krotka, ale, mimo, ze w pasie jest za ciasna, to w biuscie mam luzy. Cholera, moglam brac slub jako matka-mleczarnia, karmiaca 7 razy dziennie, wtedy mialam przynajmniej co wlozyc do stanikow… :) No i teraz bije sie z myslami, bo jak zamowie numer wieksza, to nadal nie mam gwarancji, ze sie dopne w pasie, a w biuscie bedzie wiatr hulal jeszcze bardziej. No wiec sklaniam sie co do wziecia tej drugiej, dlugiej. Ta z kolei jest lekko luznawa, ale numer mniejsza powinna byc wsam raz. No i teraz mam juz troche brzuszka, wiec przynajmniej nie wisi na mnie jak na kolku, tak jak ta, ktora kiedys zamowilam. Ale i tak musze wymienic, bo jednak jest przyduzawa. Juz mi nawet przyszlo do glowy, zeby po prostu pojechac do salonu i tam przymierzac, ale oni nie przyjmuja od reki, trzeba sie umawiac, a czas leci. Wiec wole chyba czekac i wkurzac sie w domowych pieleszach. :)
Tak to jest jak sie robi cos na ostatnia chwile, a u mnie to niestety regula…
A poza tym to remonty domowe vel przerobka ogrzewania ida pomalu do przodu! Rury z gazem podciagniete do domu (przy okazji trawnik z frontu kompletnie rozkopany i kilka kwiatkow zmiazdzonych i polamanych, dobrze, ze sa wieloroczne, wiec na wiosne odrosna) i instalacja w domu tez juz prawie gotowa. Zostalo tylko podlaczyc rury do pieca i podciagnac rurki do kaloryferow. Nasz fachowiec jeszcze tego nie zrobil, bo musialby zakrecic nam wode na jakis czas. Bo wszystko musi byc sprawdzone, zatwierdzone i liczniki podlaczone, zanim mozna bedzie puscic wode przez caly system. A ja nie mam ochoty radzic sobie dwa tygodnie bez wody. Dzisiaj mielismy inspekcje z miasta i na szczescie wszystko przeszlo, hej! Po wielu horrorach jakich sie nasluchalam na temat wymagan i problemow jakie potrafia robic, jestem w lekkim szoku, ze poszlo nam tak latwo! Za to teraz Pan Zlota Raczka musi przyjechac, podlaczyc wreszcie linie z domu do glownej lini gazu i dopiero wtedy bede mogla zadzwonic do gazowni, zeby umowic sie na zakladanie licznikow. I wszystko idzie w miare sprawnie (odpukac), tylko mnie nurtuje pewna mysl. I dla miasta i dla gazowni nie jestesmy napewno pierwszymi klientami. Ludzie przerabiaja domy, buduja rowniez nowe chalupki. Wiec mogliby dac ci czlowieku taki instruktaz, liste, co po kolei robic. Bo narazie wyglada to tak: dzwonie do gazowni, ze instalacja w domu zalozona i ze moga zalozyc liczniki. A oni na to pytaja czy miasto juz bylo sprawdzic cisnienie w rurach. Ano nie byli. – A, to najpierw miasto musi. OK, telefon do miasta kiedy moga przyjechac. Na szczescie moga juz za 3 dni. Inspektor z miasta przyjazdza, wszystko zatwierdza. Dzwonie uradowana do gazowni, ze juz moga przyjazdzac. A tu zonk! Bo po pierwsze musze dzwonic do innej osoby, a po drugie ta druga osoba pyta mnie czy linia z domu jest podlaczona do lini z ulicy. Eee, no nie, bo zeby miasto moglo sprawdzic cisnienie w rurach, linia z domu musiala byc podlaczona do cisniomierza. - A, to najpierw wasz fachowiec musi przyjechac i polaczyc obie linie. Wtedy prosze dzwonic ponownie. No i super, ale czemu ja musze sie nadzwonic i nawisiec na drutach telefonicznych, zeby mi powiedzieli, ze najpierw trzeba zrobic to czy tamto? Skad ja mam to niby wiedziec? Daliby instrukcje co, po kolei i do kogo, to szla bym wedlug listy i zaoszczedzila sobie sporo cennego czasu…
Po pierwsze przyszly moje obie slubne sukienki i sukienusia Bi. Najpierw kiecka mojej coreczki. Szczerze mowiac spodziewalam sie, ze za taka cene bedzie ona troche lepszej jakosci. Tzn. sukienusia sama w sobie jest sliczniutka, ale myslalam, ze material bedzie “solidniejszy”. A to taka luzna szmatka… No ale, jak to mowia, ujdzie w tloku, innej zamawiac nie bede…
Za to moje sukienki… Matko i corko! Jedna za duza, druga za mala! No i klops, musze OBIE zwrocic i zamowic od nowa. W dodatku z fasonu bardziej podoba mi sie ta krotka, ale, mimo, ze w pasie jest za ciasna, to w biuscie mam luzy. Cholera, moglam brac slub jako matka-mleczarnia, karmiaca 7 razy dziennie, wtedy mialam przynajmniej co wlozyc do stanikow… :) No i teraz bije sie z myslami, bo jak zamowie numer wieksza, to nadal nie mam gwarancji, ze sie dopne w pasie, a w biuscie bedzie wiatr hulal jeszcze bardziej. No wiec sklaniam sie co do wziecia tej drugiej, dlugiej. Ta z kolei jest lekko luznawa, ale numer mniejsza powinna byc wsam raz. No i teraz mam juz troche brzuszka, wiec przynajmniej nie wisi na mnie jak na kolku, tak jak ta, ktora kiedys zamowilam. Ale i tak musze wymienic, bo jednak jest przyduzawa. Juz mi nawet przyszlo do glowy, zeby po prostu pojechac do salonu i tam przymierzac, ale oni nie przyjmuja od reki, trzeba sie umawiac, a czas leci. Wiec wole chyba czekac i wkurzac sie w domowych pieleszach. :)
Tak to jest jak sie robi cos na ostatnia chwile, a u mnie to niestety regula…
A poza tym to remonty domowe vel przerobka ogrzewania ida pomalu do przodu! Rury z gazem podciagniete do domu (przy okazji trawnik z frontu kompletnie rozkopany i kilka kwiatkow zmiazdzonych i polamanych, dobrze, ze sa wieloroczne, wiec na wiosne odrosna) i instalacja w domu tez juz prawie gotowa. Zostalo tylko podlaczyc rury do pieca i podciagnac rurki do kaloryferow. Nasz fachowiec jeszcze tego nie zrobil, bo musialby zakrecic nam wode na jakis czas. Bo wszystko musi byc sprawdzone, zatwierdzone i liczniki podlaczone, zanim mozna bedzie puscic wode przez caly system. A ja nie mam ochoty radzic sobie dwa tygodnie bez wody. Dzisiaj mielismy inspekcje z miasta i na szczescie wszystko przeszlo, hej! Po wielu horrorach jakich sie nasluchalam na temat wymagan i problemow jakie potrafia robic, jestem w lekkim szoku, ze poszlo nam tak latwo! Za to teraz Pan Zlota Raczka musi przyjechac, podlaczyc wreszcie linie z domu do glownej lini gazu i dopiero wtedy bede mogla zadzwonic do gazowni, zeby umowic sie na zakladanie licznikow. I wszystko idzie w miare sprawnie (odpukac), tylko mnie nurtuje pewna mysl. I dla miasta i dla gazowni nie jestesmy napewno pierwszymi klientami. Ludzie przerabiaja domy, buduja rowniez nowe chalupki. Wiec mogliby dac ci czlowieku taki instruktaz, liste, co po kolei robic. Bo narazie wyglada to tak: dzwonie do gazowni, ze instalacja w domu zalozona i ze moga zalozyc liczniki. A oni na to pytaja czy miasto juz bylo sprawdzic cisnienie w rurach. Ano nie byli. – A, to najpierw miasto musi. OK, telefon do miasta kiedy moga przyjechac. Na szczescie moga juz za 3 dni. Inspektor z miasta przyjazdza, wszystko zatwierdza. Dzwonie uradowana do gazowni, ze juz moga przyjazdzac. A tu zonk! Bo po pierwsze musze dzwonic do innej osoby, a po drugie ta druga osoba pyta mnie czy linia z domu jest podlaczona do lini z ulicy. Eee, no nie, bo zeby miasto moglo sprawdzic cisnienie w rurach, linia z domu musiala byc podlaczona do cisniomierza. - A, to najpierw wasz fachowiec musi przyjechac i polaczyc obie linie. Wtedy prosze dzwonic ponownie. No i super, ale czemu ja musze sie nadzwonic i nawisiec na drutach telefonicznych, zeby mi powiedzieli, ze najpierw trzeba zrobic to czy tamto? Skad ja mam to niby wiedziec? Daliby instrukcje co, po kolei i do kogo, to szla bym wedlug listy i zaoszczedzila sobie sporo cennego czasu…
wtorek, 24 lipca 2012
Dokad zmierza ten swiat?
UWAGA: post zawiera opis drastycznych scen, nie dla wrazliwych!
Jakos mi dzis lzawo i melancholijnie...
W ogole to nie powinnam byla wlaczac telewizora. Cos mnie wczoraj podkusilo, zeby obejrzec wiadomosci i teraz zaluje. Za kazdym razem podaja jakies tragedie, katastrofy, morderstwa, no po prostu deprecha na zawolanie. Zawsze potem mam refleksje na jaki popaprany swiat przynosze te moje dzieci?
Wczoraj minela 5 rocznica smierci rodziny Petit. Ta tragedia dotknela mnie dosc mocno bo zdarzyla sie w moim wlasnym Stanie. Nie moge uwierzyc, ze to juz piec lat. Dla mnie sprawa nadal jest bardzo, ZA bardzo aktualna. Moze to dlatego, ze sprawcy zostali skazani dopiero niedawno? Jakos nie moge zapomniec i zobojetniec. Nie wiem czy tragedia ta odbila sie echem w Polsce tak jak tutaj, prawdopodobnie nie, wiec przyblize ja pokrotce.
Zdarzylo sie to w malenkim miasteczku, w cichej dzielnicy, gdzie domy sa duze, otoczone rozleglymi ogrodami. Zielono, cicho, po prostu idylla... Wczesnym rankiem dwoch bandytow, wtargnelo do domu panstwa Petit (dzien wczesniej jeden ze sprawcow, pedofil, sledzil matke wracajaca z corka ze sklepu, zeby zobaczyc gdzie mieszkaja). Najpierw udalo im sie obezwladnic ojca, ktory spal na werandzie. Ciezko pobitego wrzucili do piwnicy. Pozniej "zajeli" sie matka i dwiema corkami w wieku 17 i 11 lat. Jeden z nich mial oko na dziewczynki, podczas gdy drugi zabral matke do banku gdzie polecil jej wybrac z konta kilkanascie tysiecy dolarow. On sam czekal na zewnatrz. Oczywiscie zagrozil, ze jesli wezwie policje to zabija jej corki, kobieta jednak byla na tyle odwazna, ze wyjasnila urzedniczce jaka jest sytuacja i poprosila zeby bank wezwal policje po jej wyjsciu. Mniej wiecej w tym czasie ojciec odzyskal przytomnosc i udalo mu sie wymknac przez okienko w piwnicy do sasiadow, skad rowniez zadzwonil po policje. Tylko on przezyl. Od tego momentu nie jest jasne czy sprawcy domyslili sie, ze policja juz okraza okolice, czy stalo sie cos innego (najwyrazniej poklocili sie o to co zrobic dalej z "zakladnikami"), ale jeden z nich zgwalcil i udusil matke, a drugi zgwalcil mlodsza z siostr, po czym obie dziewczynki zostaly przywiazane do lozek, a pokoj podpalony. Obie udusily sie dymem. Cale zdarzenie, od momentu wtargniecia mordercow do domu, do ich przechwycenia przez policje, zajelo okolo 7 godzin. Policja krazyla po okolicy pare godzin czekajac na dogodny moment zeby odbic "zakladnikow"! Dla mnie to niepojete. Te bandziory nie zlozyly zadnej prosby o okup, wrecz przeciwnie, dostali juz swoje pieniadze, wiec wiadomo, ze teraz nadszedl czas na pozbycie sie niewygodnych swiadkow. A policja zatrzymala ich dopiero kiedy wyszli z domu Petit'ow, kiedy dla matki i corek bylo juz dawno za pozno!
Obaj mordercy zostali skazani na kare smierci.
I wlasnie po wiadomosci, ze wczoraj byla 5 rocznica smierci matki i corek dopadla mnie chandra. Patrzylam na Bi latajaca po kuchni na wyscigi z psem, na jej rozesmiana buzke i zaczelam myslec jaki ja los czeka. Bo czlowiek troszczy sie o dzieci, caluje kazdego guza i kazde zadrapanie. Ale tam, poza bezpiecznymi ramionami rodzicow, czeka swiat. I to wcale nie cieply i przyjazny. Wrecz przeciwnie, roi sie w nim od mordercow, psychopatow i zwyczajnych swirow... I jak tu ochronic przed tym dziecko, no jak?
I jeszcze przyszlo mi do glowy, ze jestem zdecydowanie za kara smierci, a egzekucje powinny byc przeprowadzane bez zwloki. I mam gdzies jak nieetyczne to jest. Dlaczego kiedy dowody sa przytlaczajace, sprawcy rozpoznani i przyznajacy sie do winy, na egzekucje trzeba czekac lata, albo i dekady? Kazdy czlowiek, ktory stracil kogos z najblizszej rodziny z rak mordercy, zasluguje, zeby spojrzec mu w oczy tuz przed egzekucja. Ja bym tam z pewnoscia byla. I napisze wiecej. Uwazam, ze kazdy morderca powinien byc zabity w taki sam sposob w jaki sam zamordowal swoje ofiary, albo przynajmniej zblizony. Nie dla takich kanalii "humanitarne" egzekucje. Moze ktos wierzacy poczuje sie oburzony, powie, ze ludzie nie powinni bawic sie w Boga. Ja jednak nie nazywam tego "zabawa" w Boga, ja nazywam to sprawiedliwoscia.
Przepraszam za ten ponury post, ale jakos na wspomnienie tragedii z Cheshire dopadl mnie taki grobowy nastroj i musialam to z siebie wyrzucic.
Jakos mi dzis lzawo i melancholijnie...
W ogole to nie powinnam byla wlaczac telewizora. Cos mnie wczoraj podkusilo, zeby obejrzec wiadomosci i teraz zaluje. Za kazdym razem podaja jakies tragedie, katastrofy, morderstwa, no po prostu deprecha na zawolanie. Zawsze potem mam refleksje na jaki popaprany swiat przynosze te moje dzieci?
Wczoraj minela 5 rocznica smierci rodziny Petit. Ta tragedia dotknela mnie dosc mocno bo zdarzyla sie w moim wlasnym Stanie. Nie moge uwierzyc, ze to juz piec lat. Dla mnie sprawa nadal jest bardzo, ZA bardzo aktualna. Moze to dlatego, ze sprawcy zostali skazani dopiero niedawno? Jakos nie moge zapomniec i zobojetniec. Nie wiem czy tragedia ta odbila sie echem w Polsce tak jak tutaj, prawdopodobnie nie, wiec przyblize ja pokrotce.
Zdarzylo sie to w malenkim miasteczku, w cichej dzielnicy, gdzie domy sa duze, otoczone rozleglymi ogrodami. Zielono, cicho, po prostu idylla... Wczesnym rankiem dwoch bandytow, wtargnelo do domu panstwa Petit (dzien wczesniej jeden ze sprawcow, pedofil, sledzil matke wracajaca z corka ze sklepu, zeby zobaczyc gdzie mieszkaja). Najpierw udalo im sie obezwladnic ojca, ktory spal na werandzie. Ciezko pobitego wrzucili do piwnicy. Pozniej "zajeli" sie matka i dwiema corkami w wieku 17 i 11 lat. Jeden z nich mial oko na dziewczynki, podczas gdy drugi zabral matke do banku gdzie polecil jej wybrac z konta kilkanascie tysiecy dolarow. On sam czekal na zewnatrz. Oczywiscie zagrozil, ze jesli wezwie policje to zabija jej corki, kobieta jednak byla na tyle odwazna, ze wyjasnila urzedniczce jaka jest sytuacja i poprosila zeby bank wezwal policje po jej wyjsciu. Mniej wiecej w tym czasie ojciec odzyskal przytomnosc i udalo mu sie wymknac przez okienko w piwnicy do sasiadow, skad rowniez zadzwonil po policje. Tylko on przezyl. Od tego momentu nie jest jasne czy sprawcy domyslili sie, ze policja juz okraza okolice, czy stalo sie cos innego (najwyrazniej poklocili sie o to co zrobic dalej z "zakladnikami"), ale jeden z nich zgwalcil i udusil matke, a drugi zgwalcil mlodsza z siostr, po czym obie dziewczynki zostaly przywiazane do lozek, a pokoj podpalony. Obie udusily sie dymem. Cale zdarzenie, od momentu wtargniecia mordercow do domu, do ich przechwycenia przez policje, zajelo okolo 7 godzin. Policja krazyla po okolicy pare godzin czekajac na dogodny moment zeby odbic "zakladnikow"! Dla mnie to niepojete. Te bandziory nie zlozyly zadnej prosby o okup, wrecz przeciwnie, dostali juz swoje pieniadze, wiec wiadomo, ze teraz nadszedl czas na pozbycie sie niewygodnych swiadkow. A policja zatrzymala ich dopiero kiedy wyszli z domu Petit'ow, kiedy dla matki i corek bylo juz dawno za pozno!
Obaj mordercy zostali skazani na kare smierci.
I wlasnie po wiadomosci, ze wczoraj byla 5 rocznica smierci matki i corek dopadla mnie chandra. Patrzylam na Bi latajaca po kuchni na wyscigi z psem, na jej rozesmiana buzke i zaczelam myslec jaki ja los czeka. Bo czlowiek troszczy sie o dzieci, caluje kazdego guza i kazde zadrapanie. Ale tam, poza bezpiecznymi ramionami rodzicow, czeka swiat. I to wcale nie cieply i przyjazny. Wrecz przeciwnie, roi sie w nim od mordercow, psychopatow i zwyczajnych swirow... I jak tu ochronic przed tym dziecko, no jak?
I jeszcze przyszlo mi do glowy, ze jestem zdecydowanie za kara smierci, a egzekucje powinny byc przeprowadzane bez zwloki. I mam gdzies jak nieetyczne to jest. Dlaczego kiedy dowody sa przytlaczajace, sprawcy rozpoznani i przyznajacy sie do winy, na egzekucje trzeba czekac lata, albo i dekady? Kazdy czlowiek, ktory stracil kogos z najblizszej rodziny z rak mordercy, zasluguje, zeby spojrzec mu w oczy tuz przed egzekucja. Ja bym tam z pewnoscia byla. I napisze wiecej. Uwazam, ze kazdy morderca powinien byc zabity w taki sam sposob w jaki sam zamordowal swoje ofiary, albo przynajmniej zblizony. Nie dla takich kanalii "humanitarne" egzekucje. Moze ktos wierzacy poczuje sie oburzony, powie, ze ludzie nie powinni bawic sie w Boga. Ja jednak nie nazywam tego "zabawa" w Boga, ja nazywam to sprawiedliwoscia.
Przepraszam za ten ponury post, ale jakos na wspomnienie tragedii z Cheshire dopadl mnie taki grobowy nastroj i musialam to z siebie wyrzucic.
Subskrybuj:
Posty (Atom)