niedziela, 2 grudnia 2018

Krotki urlop w raju

Dziewczyny, przepraszam za opoznienie! Nie moglam sie ogarnac po tym naszym wyjezdzie, a poza tym sporo bylo do spisania. :)
Urlop byl krociutki, ale post bedzie rekordowy. I tylu zdjec juz dawno (albo i nigdy) nie bylo! :D

Ciekawe jestescie dokad nas wywialo? ;)

Otoz, dosc mielismy zimna oraz dlugich, ciemnych wieczorow i postanowilismy choc na kilka dni uciec gdzies, gdzie - jak widzialyscie na fotce - nie brakuje slonca i ciepelka. :D Dlugi weekend z okazji Thanksgiving nadal sie idealnie, bowiem zwolnilismy dzieci ze szkoly juz w srode i jeszcze w poniedzialek po weekendzie, dajac sobie pelne 4 dni (oraz dwie polowki, haha) na... Karaibach. A konkretnie w Republice Dominikanskiej! :)

Przyznaje, ze mialam wiele obaw, poczynajac od lotu (nie lecialam samolotem od ponad 6 lat!), a konczac na wyprawie z nadal malymi dziecmi do, jakby nie bylo, kraju rozwijajacego sie, o obcym, goracym klimacie. Ale pragnienie ciepla i odskoczni od biegu ostatnich tygodni, przewazylo.
Ze wzgledu na mlody wiek Potworkow, wybralismy wygodna opcje "all inclusive". Niegdys, w czasach "przed dziecmi", gardzilismy taka forma wypoczynku i traktowalismy ja jako obciach. Kojarzyla nam sie z kolega M., ktory co roku jezdzi z cala, duza rodzina (zona, dzieci, dwoch szwagrow z rodzinami) na taka forme wypoczynku i przyznaje, ze przez tydzien lezy na lezakach przy basenie lub morzu i... nie trzezwieje. Dla niego (zreszta, poza ta "drobna" przywara, bardzo fajnego faceta) urlop = chlanie do oporu. ;)
My natomiast praktycznie nie tykamy alkoholu, a za to lubilismy miec pelna swobode transportu i zwiedzania. Wolelismy wiec zarezerwowac sobie jakas tania baze noclegowa, a potem ruszac w teren na wlasna reke. Teraz jednak, z dziecmi, cenie sobie przede wszystkim bezpieczenstwo oraz wygode, a caly kompleks wypoczynkowy nadal sie do tego idealnie. Chyba dlugo nie wybiore innej formy zagranicznych wakacji. Bo u siebie, to wiadomo - wolimy naszego kampera. ;)

Nie wiem wlasciwie od czego zaczac moja opowiesc... Na poczatku byl(a) chaos  podroz, wiec moze od podrozy... ;)
Poczatkowo chcielismy leciec z naszego lokalnego lotniska, jakies pol godziny drogi od domu. Niestety, to okres swiateczny, wiec ceny nie dosc, ze jak z kosmosu, to jeszcze uparcie wskazywaly przesiadke i 7 (!!!) godzin czekania w... Panamie! Ktora zreszta wcale nie jest blisko Dominikany! Polaczenia mieli koszmarne i okazywalo sie, ze spedzilibysmy caly dzien w podrozy. Szybko zmienilismy wiec port lotniczy na Nowy Jork. Stad mielismy bezposredni, niespelna 4-godzinny lot. Niestety, NY jest prawie 3 godziny od nas. Nie chcielismy ciagnac mojego taty, zeby odwozil a potem przywozil nas taki kawal, wiec postanowilismy zostawic auto na parkingu dlugoterminowym. Wszystko super, tylko chcac jak najwczesniej byc na miejscu, zarezerwowalismy lot na 8:40. Oznaczalo to pobudke o 3 nad ranem, zeby sie zebrac i dojechac na czas. Ale czego nie robi sie dla fajnych wakacji, nie? ;)
To byla pierwsza swiadoma podroz samolotem dla obu Potworkow. Ostatnio bowiem Nik plywal sobie w moim brzuchu, a Bi miala 15 miesiecy, wiec oczywiscie nic nie pamieta. Chcialam wiec uwiecznic jak najwiecej z ich reakcji. Jak to bywa, matczyne checi nie zawsze wspolgraja z humorami dzieci. Zaczelo sie juz na lotnisku, kiedy umyslilam sobie fote z samolotami w tle. Tiaaa... Na pierwszym zdjeciu usmiechnieta Bi i nadasany Nik.

Starsza rozczochrana po pobudce w srodku nocy oraz dosypianiu w aucie ;)

Na drugim - usmiechajacy sie Nik, wsciekla Bi.

Tak Bi wyglada zazwyczaj przy odrabianiu lekcji z polskiej szkoly :D

Poddalam sie...
W samym samolocie nie lepiej. Nik siedzial przy oknie i co chwila irytowal mnie podnoszac zaslonke i po sekundzie ja zamykajac. Trzask - trzask. Za kilka minut powtorka. Trzask - trzask, trzask - trzask. Mialam ochote jego trzasnac. ;)

W miedzyczasie udalo mi sie okielznac fryzure corki ;)

Do tego ciagla pacyfikacja Bi, ktora chciala popatrzec przez okno, a brat uparcie je zaslanial. Co ciekawe, Starsza tak sie awanturowala, ze Nik nie daje jej patrzec przez okno, a w drodze powrotnej, kiedy to ona zajela owo zaszczytne miejsce, podniosla zaslonke raptem kilka razy na maksymalnie minute! :/

Jesli ktos tutaj planuje lot liniami Delta, to napisze, ze mam mieszane uczucia. Samolot w obie strony mielismy piekny, nowiutki, w kazdym fotelu ekranik, no full wypas. Musze im przyznac, ze znacznie ulatwilo to podroz z dziecmi, bowiem caly lot klikali tylko przeskakujac z bajek na gry. Mieli wiec zajecie i zbytnio nie marudzili.
Minusem i to dla mnie ogromnym, bylo za to jedzenie. Nasz lot mysle, ze byl sredniej dlugosci. Nie bylo to 7-8 godzin jak do Europy, ale nie bylo to tez 1.5 godziny, kiedy ledwie czlowiek wystartuje, a samolot juz obniza sie do ladowania. Spodziewalam sie, ze dostaniemy cos do picia i moze jakas kanapke. Niestety, przeliczylam sie. Picie owszem bylo, ale do jedzenia w jedna strone dostalismy tylko po paczuszce, w ktorej znajdowaly sie DWA herbatniki! :O A i tak zaliczylismy sie do szczesciarzy, bowiem kiedy rozdawano przekaski, zaczely sie turbulencje. Mielismy niesamowitego farta, bo nasz rzad byl ostatnim obsluzonym. Po nas rozdawanie picia i jedzenia zawieszono i nie wznowiono juz do konca lotu. Pozostale rzedy lecialy o, potocznie mowiac, suchym pysku. :O Mozna bylo oczywiscie kupic jakies konkretniejsze jedzenie, ale ceny byly takie, ze prosze siadac. Mozna tez bylo miec wlasne przekaski, ale po pierwsze szkoda na nie miejsca w bagazu, a po drugie to byl do cholery dosc dlugi lot i wedlug mnie chociaz kanapeczka nalezala sie wszystkim jak psu buda! Obsluga w ogole dala ciala, bo najpierw przeszla cala kabine rozdajac jedzenie "kupne", a dopiero potem rozpoczela rozdzielanie darmowych przekasek. W rezultacie, jak pisalam wyzej, czesc pasazerow nie dostala nawet tego, bo turbulencje przeszkodzily w rozdawaniu. W drodze powrotnej rozegrali to nieco lepiej i sprzedawali zarelko w czasie rozprowadzania darmowego, a dodatkowo, poza herbatnikami, dostalismy mini-paczuszke krakersow. Za to trzeba bylo sie upomniec o sluchawki do telewizorka, bo jakos im sie zapomnialo. ;)

Dosyc jednak o locie. Chyba wszystkie linie lotnicze maja ogolnie beznadziejne jedzenie, wiec nie ma co rozpamietywac. ;)
Pora na wlasciwe wakacje.

To nasza pierwsza (miejmy nadzieje, ze nie ostatnia! :D) podroz do Dominikany, czy na Karaiby ogolnie, wiec nie mam porownania z innymi osrodkami. Trafila nam sie naprawde korzystna oferta i choc opinie nasz hotel mial rozne, to nam sie podobalo. Owszem, lazienka w pokoju pokazywala slady intensywnego uzytkowania, ale bylo czysciutko, co dla mnie ma najwieksze znaczenie. A ze wanna byla lekko obita? W hotelowych wannach i tak biore prysznic w klapkach, a kapieli nie biore w ogole, wiec bylo mi wsio ryba. Pokoj byl naprawde duzy. Zdjec niestety nie mam, bo nie udalo mi sie uchwycic go bez naszego burdelu. ;) Mielismy dwa podwojne lozka (queen size), kanape oraz stolik z trzema fotelami. Byloby w nim bardzo przestronnie, gdyby ktos nie byl nadgorliwy i widzac w rezerwacji dwoje dzieci, nie dodal do pokoju jednoosobowej dostawki na kolkach oraz... lozeczka dzieciecego! :D Z poczatku mialam zadzwonic do recepcji i poprosic o zabranie chociaz tego lozeczka, ale w koncu posluzylo nam jako skladowisko ozdobnych poduszek z lozek. O dostawke byla za to wielka awantura, bowiem i jeden i drugi Potworek usilowal ja sobie zawlaszczyc do snu. Kategorycznie odmowili tez spania razem na podwojnym lozku, kiedy oznajmilam, ze ja i M., jako najwieksi, powinnismy spac sami, wiec dostawka nalezy sie jednemu z nas. Koniec koncow ja spalam z Bi, a M. z Nikiem, a dostawka sluzyla dzieciakom do zabawy, na ktora zreszta praktycznie nie mieli czasu. ;)
Czytajac opinie o hotelu, zalamal mnie tez ktos narzekajacy, ze straszliwie pogryzly go komary lub inne latajace bestie. Przezornie spakowalam psikadlo na owady, ale zwatpilam, kiedy zauwazylam, ze kiedy zamkniemy drzwi od pokoju (a wchodzilo sie do niego od zewnatrz), w kilku miejscach zostaja wyrazne, spore szpary. Krwiopijcy z Dominikany okazali sie jednak bardzo dyskretni. ;) Mimo, ze jednego czy dwoch ubilam w pokoju, to nigdy nie zdarzylo nam sie polowac na jakiegos, bzyczacego w ciemnosci upierdliwie prosto w ucho. A do domu wrocilismy kazdy z raptem paroma ugryzieniami. Wiecej lapalam chodzac latem o zmierzchu pod wlasnym domem, phi! ;)

Nasz osrodek od strony wejscia wygladal dosc niepozornie. ;)

Widzicie to cudowne, bezchmurne niebo??? Ech...

W nocy, podswietlona fontanna, nadawala frontowi nieco uroku:


Zaraz po wejsciu jednak, wrazenie robilo ogromne pomieszczenie naprzeciwko recepcji.


Ladne, z mnostwem foteli oraz wygodnych kanap i stolikow. Szybko okazalo sie, ze byly one bardzo potrzebne, bowiem miejsce bylo popularne. Nie tylko goscie czekali tam na transport na wycieczki badz lotnisko, ale bylo to tez jedyne miejsce gdzie zawsze byl zasieg internetowy. ;)
Ja melduje tacie, ze bezpiecznie dotarlismy na miejsce, a znudzona Bi siedzi z mina jak gradowa chmura. ;)

Mialo ono tylko jedna wade. Calosc byla otwarta z dwoch stron na zewnatrz, nie bylo tam klimatyzacji tylko wiatraki i w srodku dnia robilo sie nieznosnie goraco. Klimatyzacja na Dominikanie bardzo mi zreszta pasowala. Nie pizdzila jak w Hameryce, gdzie zawsze dostawaje sie gesiej skorki, tylko delikatnie chlodzila. Podejrzewam, ze Amerykanie topili sie we wlasnym pocie. :D

Probowalam tu ujac troche roslinnosci . Niedaleko wyjscia bylo bowiem cos na ksztalt kruzgankow otaczajacych dziedziniec porosniety ozdobnymi krzewami oraz kwiatami. Fota niestety nie oddaje jego uroku. :) Za to widac takie jakby "wiaderka" zwisajace ze stropu. To byly moi Drodzy... rynny! :)

Naprzeciw osrodka znajdowalo sie cos, zwane "village", czyli wioska. Nazwa mocno na wyrost, bowiem na "wioske" skladaly sie dwa sklepiki z pamiatkami, kapliczka, centrum medyczne, placyk z altanka oraz... dyskoteka. ;) W dzien malo kto sie tam zapedzal, bo slonce prazylo niemilosiernie.

Wioska Smurf'ow. :D Ten budynek po prawej to byla wlasnie dyskoteka. Zupelnie nie wygladala ;)

Pokoje usytuowane byly w jednopietrowych budynkach - "villach", a caly teren wokol nich, basenu i przy plazy byl przepieknie utrzymany.

I wszedzie te palmy: mniejsze, wieksze, srednie... ;)

Calymi dniami mozna bylo obserwowac armie ogrodnikow, ktorzy przycinali, sadzili i ogolnie dbali o tropikalna roslinnosc. Wszedzie bylo czysciutko. Chodniki zmywane woda z weza i czyszczone jesli trzeba. Ekipa sprzatajaca dyskretnie, ale caly czas krazyla zbierajac smieci, pozostawione kubki po napojach, papierki, itp. Swoja droga, ludzie to prosiaki. To, ze ktos to podniesie i wyrzuci, upowaznia cie do rzucania smieci byle gdzie? Nie rozumiem takiego zachowania i ostro ganie za nie takze Potworki.
Co wieczor lezaki i stoliki wokol basenu oraz plazy byly ustawiane na miejsca (a byly ich setki!). Basen co rano dokladnie czyszczony. Ba! Kazdego ranka ekipa grabila wodorosty, ktore morze wyrzucalo przez noc na brzeg! Ku rozpaczy dzieci, grabili przy okazji muszelki, ale w ciagu dnia fale wyrzucaly ich wystarczajaco. Poza tym znalezlismy miejsce, gdzie bylo ich duzo wiecej, ale o tym pozniej.
Wszystko to sprawialo, ze gdziekolwiek sie szlo na terenie osrodka, ten po prostu cieszyl oko. A ja co dwa kroki pstrykalam zdjecia. ;) No ale wezcie nie pstryknijcie, jak macie takie widoki:

Ten krzaczor po prawej wzbudzal zachwyt calej naszej czworki. Okazuje sie jednak, ze aby utrzymal taki niesamowity ksztalt, wymaga zpecjalnego podcinania ;)






Palmy nad brzegiem morza w swietle poranka. Zdjecie chyba najlepiej oddajace klimat naszych wakacji :)


Dla mnie oraz M., najlepsza czescia (poza wygrzaniem starych kosci i cieszeniu sie estetyka otoczenia), byl oczywiscie fakt, ze nic nie musielismy. Lazilismy wiekszosc dnia w strojach kapielowych, ktos sprzatal nam codziennie pokoj, ktos za nas gotowal. Gotowal przy okazji baaardzo obficie. Hotel mial wielki bufet serwujacy sniadania, lunch oraz kolacje oraz dwie restauracje, gdzie jednak obowiazywal stroj wieczorowy i takie "prostaczki" jak my sie zwyczajnie nie zalapaly. ;) W zupelnosci wystarczal nam jednak bufet.

Przy sniadaniu, z bufetem w tle ;)

Tylu egzotycznych ryb, ktorych nie je sie na naszej polnocy oraz innych owocow morza, dawno nie pozarlam! Zreszta, serwowane bylo jedzenie z roznych "kuchni". Sporo lokalnych przysmakow, ale tez chinszczyzne, typowe meksykanskie tacos oraz cos dla upartych dzieciakow, czyli amerykaskie klasyki - hot-dogi, burgery, spaghetti oraz frytki. I tu okazalo sie, ze moje dzieci to zatwardziale niejadki. Podczas kiedy "starzy" opychali sie i popuszczali pasa, Potworki obchodzily caly bufet krecac nosami. Z Bi nie bylo jeszcze tak zle. Na sniadanie zawsze zlapala jakies jajo, a poza tym opychala sie owocami, ktorych rowniez serwowano bardzo duzo. Poza tym jednak na jej talerzu krolowaly... frytki z ketchupem. Z Nikiem bylo jednak znacznie gorzej, bo poza zwyczajowym tostem z miodem na sniadanie, przez 5 dni na lunch oraz kolacje, jadl rzeczone frytki maczane w ketchupie. Jednego, jedynego wieczora, na zupe (ktorych zawsze byly dwie do wyboru) zaserwowano cos a'la rosol, ktory Mlodszy rowniez zjadl ze smakiem. Poza tym tylko frytki, ketchup oraz sok pomaranczowy. Coz, przynajmniej przyjal spora dawke witaminy C. :D Nie bylo tam jablek, ktore normalnie lubi, a banany (lokane, nie zadne eksportowane!) wedlug niego smakowaly... dziwnie. :/ Nie smakowalo mu nawet tamtejsze kakao, ktore przyznaje, ze zalatywalo z lekka cynamonem. Proba rozcienczenia go mlekiem rowniez nie przyniosla rezultatow.
M. strasznie wsciekal sie i co jakis czas ponawial probe "wcisniecia" w syna tego czy owego. Proby zawsze konczyly sie histeria potomka i apopleksja ojca, wiec w koncu przekonalam go, ze przez kilka dni na frytkach nie umrze, a urlop jest po to, zeby sie zrelaksowac, a nie wku*wiac przy kazdym posilku. ;) Poskutkowalo.

Bufet, szukajac moze urozmaicenia, chetnie podchwytywal swiateczne dni z krajow odwiedzajacych hotel gosci. I tak, w dzien Thanksgiving (oprocz widocznej na plazy tablicy), w jadalni wisialy amerykanskie flagi, a na kolacje serwowano pieczonego indyka. Ucieszylo to Bi, ktora wyjezdzajac dopytywala czy mozemy swietowac na wakacjach, a potem i tak tego indyka nie posmakowala. :) Byl tez tort udekorowany we flage amerykanska. Niestety, zdjecie pstryknelam, kiedy nieco juz z niego "uszczknieto". :D


Innego dnia byly jakies meksykanskie obchody, flagi zmieniono na Meksyk i serwowano takiez dania. Jeszcze kolejnego dnia podchwycono jakies dominikanskie swieto. Bufet udekorowany byl w kolory flagi Republiki Dominikanskiej.

Ja - ignorantka, pomyslalam najpierw, ze to znow jakies hamerykanckie obchody, bo kolory zgadzaly sie idealnie! :D

Tego wieczora mialam okazje sprobowac krokietow z... manioka oraz jakies korzenie zapiekane w lisciach. Szczerze... nie polecam. Maniok okazal sie bezjajowy, a ten korzen (zebym to ja wiedziala, CO to konkretnie bylo) po prostu ohydny. ;)
A! Za drobny napiwek mozna bylo poprosic o muzyke na zywo. Tych dwoch gosci naprawde dobrze gralo! Niestety, wielu gosci prosilo o znienawidzone przeze mnie "Despacito", ale jakos wytrzymalam i nie zaczelam rzucac w nich widelcami. ;)


Jedynym negatywnym szokiem byl dla nas - kawoszy rozmiar kubkow na kawe. ;) Wiecie, jak w Hameryce serwuja ci kawe, to w KUBKACH. A tam - filizanusie niewiele wieksze od tych do expresso! :D Na szczescie na bufecie mozna bylo sobie tej kawy dolewac do oporu, w pokojach tez ekspres byl (choc ilosc parzona byla na raptem 3 filizanki, ech), a dodatkowo wyczailismy kolo recepcji maszyne serwujaca cappuccino, latte i roznorakie wersje obu z dodatkami. Szybko rutyna stala sie kawka z maszyny po kazdym posilku. Nawet nie chce wiedziec ile w tym bylo cukru. ;) Jesli kogos chwycil nagly glod, przy recepcji caly czas byly tez dostepne ciasteczka, cos a'la miniaturowe drozdzowki, sok pomaranczowy, iced tea oraz... koktail dnia. Ten dostepny byl rowniez na bufecie i to juz od sniadania. Do kolacji serwowano takze dwa kolejne. Dodatkowo, od poznych godzin porannych, czynny byl bar. Nic dziwnego, ze niektorzy tam nie trzezwieli. ;)
My ograniczylismy sie do wina do kolacji, ale to mieli akurat niesmaczne. :/ Za to opychalismy sie niczym swinki. Ciesze sie, ze nie mam wagi w domu, bo nie wiem ile przytylam po tym tygodniu i nie chce wiedziec. Czlowiek chodzil bowiem na ten cholerny bufet nawet nie bedac glodnym! Codziennie, 3x dziennie odbywalismy nastepujaca rozmowe:
"To co, idziemy na sniadanie/ obiad/ kolacje?"
"A jestes glodny(a)?"
"No nie, ale potem nic nie bedzie az do nastepnego posilku..."
"A, no tak. No to idziemy."

I tak kazdego dnia! Chyba nie mamy instynktu samozachowawczego, bo jeszcze nie strawilismy poprzedniego posilku a znow szlismy opchac sie "pod korek"! :D
Jakby tego bylo malo, przy basenie dostepne byly zimne napoje (bezalkoholowe) oraz lody do oporu. Potworki krecily nosem na bufetowe zarcie, ale dawno juz tylu lodow nie pozarly. ;)

Dni uplynely nam wlasniwie wokol jednego schematu: pobudka - sniadanie - plaza - lunch - plaza/ basen - kolacja - sen. Do pokoju wpadalismy tylko zeby przebrac sie w suchy kostium, tudziez zeby ubrac jakas bluzke/ spodenki na bufet. Nam to w zupelnosci wystarczalo, ale jesli ktos pragnal urozmaicenia i zajec, tych bylo pod dostatkiem. Na terenie osrodka bylo spa oraz silownia. Poza tym, tam caly czas cos sie dzialo! Wczesnym rankiem - joga na plazy. Poznym rankiem - wodny aerobik w basenie.

Ten gosciu na brzegu prowadzil oba zajecia i byl po prostu wulkanem energii! ;)

Po poludniu - aerobik na brzegu basenu.Jednego dnia wystawiono dla dzieci wielka, dmuchana zjezdzalnie, z ktorej mogly zjezdzac do basenu.

Nik jedzieee! :D

Dodatkowo wieczorem odbywaly sie widowiska dla gosci. Raz bylo to karaoke w hotelowej "wiosce", pod dyskoteka. Innego dnia odbyl sie koncert Micheal'a Jackson'a! I kurcze, przysiegam, z daleka ten gosc naprawde przypominal Krola Popu! Nie mowiac juz, ze poruszal sie i glos mial zupelnie jak on! ;)

Wiem, slabo widac niestety...

Innego wieczora odbyl sie pokaz cyrkowy. Byli "klauni", ale dosc nietypowi, bo wyglupiajacy sie na szczudlach, byly akrobacje na wstazkach i linach.


Potworkom udalo sie strzelic fote z gwiazdami przed pokazem. :)


W ogole dzieciaki mialy ucieche nawet z pokazu Jackson'a, choc przeciez nie wiedza kto to taki. :D

Skoro juz o dzieciach mowa, to osrodek mial tez klubik, gdzie mozna bylo odstawic potomstwo na kilka godzin dziennie. Przyznaje, ze mialam taki niecny plan przynajmniej na jeden dzien, ale Potwory ostro zaprotestowaly i dalam sobie spokoj. ;)

Jesli jednak ktos mial ochote wypoczywac bardziej aktywnie, osrodek oferowal tez (za dodatkowa oplata) wycieczki. My nie skorzystalismy (o tym pozniej) i strasznie zaluje, ale bylo ich tyle, ze mozna by spedzic tydzien do hotelu przyjezdzajac tylko na nocleg.

Basen osrodek mial cudowny! Przede wszystkim byl ogromny, dzieki czemu, mimo ze mnostwo ludzi z niego korzystalo, nie bylo scisku. Jedna czesc wydzielona byla jako "barowa", przy innej codziennie odbywal sie aerobik i mecze wodnej siatkowki, ale reszta byla wolna.

Koleczka kupione specjalnie na wakacje. Dalo je sie zlozyc w naprawde male paczuszki, idealnie do samolotu :)

Minusem byla glebokosc - 1.30m, czyli Bi ledwie dosiegala do dna, a Nik w ogole. Kolejny raz lekcje plywania okazaly sie jak znalazl. Bi plywa juz tak, ze choc nadal ja obserwuje bo licho nie spi, to w sumie jestem spokojna. Nawet jednak Nik sobie radzil. I dla obojga to basen byl najlepsza czescia wakacji. Co oni tam wyprawiali! Skakali z piruetami i przewrotkami, wskakiwali do wody przez swoje kolka, nurkowali i Bog wie co jeszcze.

"I believe I can fly..." :D

Hotel mial oczywiscie rowniez plytszy basen dla dzieci, ale z niego Potworki zupelnie wyrosly. Bylo tez natomiast jacuzzi, tylko dosc nietypowe, bowiem woda w nim byla... letnia. ;) Nie zupelnie zimna (choc w pozostalych basenach rowniez trudno bylo jej temperature nazwac "zimna"), ale tez nie goraca. A nam marzylo sie wieczorem posiedziec i wygrzac dupki, choc nie wiem w sumie po co, skoro nawet w nocy temperatura powietrza nie spadala ponizej 20 stopni! :D

"Hot" tub ;)

Hotelowe wyposazenie i mnogosc atrakcji to jednak jedno, ale miejsce tworza w duzej mierze ludzie. A obsluga hotelowa okazala sie fantastyczna! Wszyscy byli przyjazni i otwarci, zawsze starali sie pomoc i doradzic, choc czasem bariera jezykowa dawala sie we znaki (na Dominikanie mowi sie po hiszpansku). I wiem, ze oczywiscie od ludzi tych wymaga sie, zeby byli uprzejmi dla gosci, ale juz tego zeby zagadywali nasze dzieciaki i przybijali z nimi piatki, nikt nie przeciez nie oczekiwal. A jednak to robili. Potworki ucza sie w szkole hiszpanskiego i szybko podchwycily, zeby na powitanie wolac "Hola!". Szybko zaczely tez dodawac "Como estas?" [Jak sie masz?], co owocowalo smiesznymi sytuacjami, niektorzy slyszac to mysleli ze moje dzieciaki sa hiszpansko - jezyczne, zaczynali do nich swiergotac w swoim narzeczu, Potworki staly z otwartymi buziami, a ja i M. zrywalismy boki ze smiechu! :) Nie przeszkadzalo im to jednak przy pozegnaniu wolac wesolo "Gracias, adios!".

No dobrze. Zachwalam i opisuje same superlatywy, ale nie wszystko na naszym urlopie bylo az tak idealne. ;)

Po pierwsze - plaza. Byla czysciutka, to prawda, ale nam marzyl sie karaibski, slynny turkus i przejrzysta woda, a tu byla... metna. :(

To ma byc ten tropikalny blekit??? (tu kolor pogarsza tez pozna pora i nisko padajace slonce)

Niestety, doczytalam o tym dopiero dwa dni przed wylotem, kiedy za pozno bylo juz na zmiany. Optymistycznie stwierdzilismy, ze moze nie bedzie tak zle, ale niestety... bylo. Powodowala to rzeka, ktora ma ujscie w poblizu i zamula cala zatoczke.

 Zejscie na plaze bylo calkiem malownicze

Zachody slonca tez nie rozczarowywaly ;)

Na szczescie, juz drugiego dnia wakacji, napotkane polskie malzenstwo z Nowego Jorku zdradzilo, ze na samiutkim koncu plazy mozna znalezc znacznie przejrzystsza wode. Caly osrodek bowiem, to byl ogromny teren, w sklad ktorego wchodzil hotel, beach club dla "lokalesow" oraz prywatne mieszkania nad samym oceanem. Kazdy z tych obiektow mial teoretycznie wlasna czesc plazy, ale w praktyce hotelowi koscie rozlazili sie po calej jej dlugosci. Szczegolnie, ze po takim bufetowym karmieniu, dobrze jest spalic nieco kalorii. ;)
Pomaszerowalismy wiec az na sam koniec (dalej roslinnosc schodzi az na same przybrzezne skalki, a morze jest znacznie bardziej wzburzone i niebezpieczne), gdzie okazalo sie, ze ktos pomyslal i zbudowal bariere, tworzac sztuczna jakby lagune. Bariera ta pieknie chronila zatoczke od mulu z rzeki. Woda byla tu krystalicznie czysta i miala wlasnie ten zielonkawo - niebieski odcien, choc uparcie nie chcial dac sie ujac na zdjeciach. ;)

Nawet rodzinne selfie sobie pstryknelismy, ha!

Nie mowiac juz o tym, ze byla ciepla jak zupa. Dodatkowym bonusem okazalo sie, ze sluzby sprzatajace nie byly tu az tak gorliwe, wiec na brzegu Potworki znajdywaly cale kilogramy muszelek. :)

Tak przejrzysta wode widzialam ostatnio w gorskich potokach

Najlepsza jednak czescia tej sztucznej laguny bylo to, ze rybki traktowaly ja chyba jako namiastke rafy koralowej. Bylo ich tam pelno, takich srebrzystych z czarno - zoltymi ogonkami. I podplywaly do czlowieka skubiac po nogach! :) Naszym codziennym rytualem bylo zabieranie ze sniadania kilku kawalkow tosta i przychodzenie z rana, zeby nakarmic rybki.

Bi karmila je niemal z reki!

Wcale sie nie baly! Nik probowal je lapac, a one tylko zwinnie umykaly przed jego raczkami i wracaly zeby skubnac chlebka. Widzialam pary ludzi, gdzie jedno rzucalo do wody chleb, a drugie obok nurkowalo w masce i patrzylo. Bi zreszta tez nurkowala, ale ze miala tylko gogle, co chwila musiala sie wynurzac. Jesli znow przylecimy na wakacje w tropikach, koniecznie musze sie zaopatrzyc w maske do snorkeling'u! :)
Kolejna zaleta tego miejsca byla odleglosc, ktora sprawiala, ze panowal tam rozkoszny spokoj. Pomimo, ze bylo to jakies 10 minut spacerkiem, niemal nie bylo tam ludzi. Leniwi goscie woleli pozostac przy hotelowej plazy, gdzie kelnerzy donosili drinki. ;)
A idac, trzeba bylo przejsc wzdluz murku, majacego na celu chyba ochrone plazy przed zbyt szybka erozja, ktory rowniez sluzyl malym, pasiastym rybkom jako namiastka rafy. :)

To zamazane na srodku, to kotlujace sie przy chlebku rybki :)

Zreszta, prawdziwa rafa koralowa musiala gdzies w poblizu byc, bowiem oprocz muszli, morze wyrzucalo na brzeg mnostwo ukruszonego koralu.







Problem mulistej plazy udalo nam sie wiec obejsc. :) Co jeszcze bylo nie tak? Tym razem "problemem" okazal sie czlonek naszej malej grupki, a konkretnie... Kokus. Ktory to, juz drugiego dnia urlopu dostal uczulenia. Caly pobyt probowalismy dojsc co go uczula, ale nie znalezlismy winowajcy. Poczatkowo M. oskarzyl mnie (bezczelny! :D) ze zapomnialam posmarowac Kokusiowi buzie kremem z filtrem, bowiem dostal na buzi czerwonych plam. Wygladalo to rzeczywiscie jak poparzenie sloneczne, tylko ze plamy... zaczely sie przesuwac. Czasem znikaly, a pojawialy sie w innym miejscu, czasem pojawily sie na szyi, po czym z niej zeszly. Czasem wygladaly jak wysypka i wykwitaly sie na plecach lub ramionach... Lekko swedzialy, ale nie strasznie, bo Nik nie drapal sie jakos tragicznie. Ogolnie na ciele wysypki praktycznie nie mial, ale jego buzia wygladala strasznie. Czerwone plamy, wysypka, skora szorstka jak papier scierny. Hotel mial centrum medyczne (w ktorym wizyta jest jednak odplatna poza "all inclusive"), ale poniewaz Mlodszy nie mial ani goraczki ani szczegolnie nie narzekal, uznalismy, ze to musi byc uczulenie. Tylko na co? Na kremy z filtrem, ktorych zreszta stosowalismy dwa rozne? Na cos w jedzeniu? Na sok pomaranczowy, ktorego Nik nigdy nie lubil a tam nagle wypijal dwie spore szklanki przy kazdym posilku? Na wode w morzu, basenie, wreszcie - na slonce, ktore jest tam duzo mocniejsze niz u nas? Cokolwiek to bylo, po powrocie do domu, skora Kokusia natychmiast zaczela wracac do normy, choc szorstka i przesuszona buzie mial jeszcze przez pare dni...
Ja zas odebralam kolejna lekcje. Lecac do egzotycznego kraju, przygotowana bylam bowiem teoretycznie na wszystko. Mialam leki na biegunke i wymioty, elektrolity w razie odwodnienia. Mialam lekarstwa przeciwgoraczkowe i przeciwbolowe. Wzielam nawet zwykle lekarstwa na przeziebienie (w samolocie mozna cokolwiek podlapac). Nie pomyslalam jednak o niczym na alergie, bowiem normalnie nikogo z nas nic nie uczula! :D
W kazdym razie, stan skory Kokusia i niewiedza, co ja powoduje sprawil, ze odpuscilismy sobie wycieczki. :( Tak naprawde, z malymi dziecmi polecano nam tylko jedna, zeby popatrzec na rafy koralowe i spedzic dzien na malej wysepce. Szkopul jednak w tym, ze wycieczka byla praktycznie calodniowa, od 9 rano do okolo 16 po poludniu. Calutki dzien na lodzi, w morzu, na plazy. A nie wiedzac co Mlodego tak strasznie uczula i czy to przypadkiem nie jest jednak jakas choroba, odpuscilismy.
Ja i M. do dzis nie mozemy odzalowac. Potworkom wystarczyl do szczescia basen. :D

W ostatni dzien, Bi postanowila pozwolic zaplesc sobie warkoczyki. Kobiety plotly je w poblizu osrodka i polowa mlodych turystek je z duma obnosila. ;)

Zaplecenie takiej kunsztownej fryzury zajelo prawie 40 minut i pracowaly nad nia dwie osoby! :O

Teraz, po prawie tygodniu, warkoczyki pomalu zaczynaja sie rozpadac, ale Bi uparcie nie daje ich sobie rozpuscic :D

Jak wspomnialam, na poczatku byl chaos, ekhem, byla podroz i rowniez podroza zakonczyly sie nasze wakacje. A ta byla... ekscytujaca, delikatnie mowiac. W drodze na wakacje mielismy turbulencje przez okolo ostatnie pol godziny lotu. Wracajac z wakacji, turbulencje mielismy praktycznie CALE prawie 4 godziny. I nie tylko turbulencje. Pogoda na wysokosci USA byla deszczowo - burzowa, a my lecielismy niemal caly czas w chmurach, wiec samolotem bujalo na wszystkie strony. Zeby oddac jak bylo zle napisze, ze po raz pierwszy w zyciu (a swojego czasu nalatalam sie sporo) zrobilo mi sie niedobrze i myslalam ze puszcze tam pawia. Niedobrze bylo rowniez Bi i plakala mi w ramie, kiedy ja sama siedzialam sztywno, uparcie patrzac w jeden punkt i starajac sie gleboko oddychac, walczylam z nudnosciami. Nawet moj maz, ktorego malo co rusza, trzymal sie kurczowo oparcia fotela przed nim i przestal puszczac do mnie oczko. Krotko mowiac bylo bardzo nieciekawie...
Na szczescie zalecielismy szczesliwie, chociaz nawet w momencie uderzenia kol o pas, czuc bylo, ze najpierw uderzylo jedno, a po sekundzie dopiero drugie. Czyli nawet wtedy nadal samolotem bujalo. :/ Zreszta, pilot oglosil chwile wczesniej przez megafon, zeby sie przygotowac, bo to nie bedzie lekkie ladowanie. Cudownie, jak na pierwsza podroz lotnicza od 6 lat. ;)
Wisienka na torcie bylo ponad polgodzinne spoznienie busa, ktory mial nas zabrac na parking, gdzie zostawilismy nasz samochod. Ja wiem, ze Nowy Jork, ze godziny szczytu, no ale bez przesady... Stanie pod prowizorycznym zadaszeniem w zawiewajacym deszczu nie nalezy do przyjemnych...
Aha! Na lotnisku, po powrocie z egzotycznych wakacji, przywitaly nas takie dekoracje. Nie ma to jak brutalny powrot do rzeczywistosci. :D








I to tyle o naszych wakacjach. Nie wiem, czy ktos w ogole dotrwal do konca, a mam jeszcze cos do dodania. ;)
Bylo pieknie, bylo leniwie (az za), czyli tak jak powinno byc na urlopie. Zakoncze jednak na nieco powazniejsza nute, bo to co widac w luksusowych osrodkach, to tylko mala czastka rzeczywistowsci pieknej Dominikany.
Wiem juz teraz dlaczego Krzysztof Kolumb nazwal Dominikane rajem na ziemi. Wyspa jest przepiekna. Niestety, woda z kranu nie nadaje sie tam do picia. Do tego stopnia, ze nawet do plukania ust przy myciu zebow, dla gosci w lazience ustawiona byla butelka z woda mineralna. Zastanawiam sie czy tubylcy sa do tamtejszej wody przyzwyczajeni, czy nie majac dostepu do czystej, pija zanieczyszczona ryzykujac choroby oraz pasozyty?
Ta malownicza wyspa ma za soba rowniez bardzo burzliwa historie. Przez stulecia przechodzila z rak do rak i walczyla o niepodleglosc. Nawet w minionym, XX wieku przeszla szereg rewolucji, dyktature i zamachy stanu.
Owa niestabilnosc niestety widac. Dominikana to kraj kontrastow. Z jednej strony luksusowe osrodki wczasowe oraz eleganckie domy nad oceanem dla najbogatszych. Z drugiej, stosy smieci przy autostradzie (nie pojedyncze papierki, ale cale GORY odpadow!) i rozpadajace sie rudery nieco tylko lepsze od slums'ow. Kazdy porzadniejszy budynek otoczony wysokim murem, z solidna brama oraz zakratowanymi oknami. Na autostradzie gorzej sytuowani tubylcy wiozacy cala rodzine motorynka, pomieszani z luksusowymi autami, na ktore stac malo kogo nawet w Ameryce. Przy wjezdzie na teren osrodka szlaban i budka straznikow. Nikt nieupowazniony sie nie dostanie.
Kobiety zaplatajace dziewczynkom z hotelu warkoczyki, usytuowane byly zaraz na obrzezach hotelowej plazy (na jej terenie zapewne nie wolno im bylo nic postawic) w ruderze troche tylko lepszej od szalasu, przykrytej palmowymi liscmi. Wokol rudery sklecone przypadkowo lawki oraz stoliki, wygladajace jak poskladane do kupy ze znalezionych smieci. Kobiety cale dnie przemierzaly plaze nagabujac turystow i zachecajac do zaplatania warkoczykow. Ubrane byly w jednakowe t-shirty, wiec to jakas bardziej zorganizowana dzialalnosc, ale ubrania byly wyraznie brudne i zniszczone. Jedna zagadnela mnie czy nie mam jakichs ubranek po Potworkach, ktorych juz nie chce, bo ma dzieci w podobnym wieku. Oprocz kobiet, byli tam mezczyzni usilujacy sprzedawac bizuterie z muszelek. Ceny zaczynaly sie od $15, ale kiedy odchodzilismy, czlowiek ten gotow byl sprzedac ten sam naszyjnik juz za $5, byle tylko zarobic pare groszy. Cale szczescie, ze M. ma wiecej sily woli, bo ja pewnie oddalabym im i ubrania i reszte pieniedzy, ktore przy sobie mialam...

Patrzac na to, trudno nie docenic dobrobytu, w ktorym zyjemy. Na codzien czlowiek narzeka, ze dom moglby byc wiekszy, praca lepsza, pieniedzy wiecej, ze malo ma tego, malo owego... Ale wystarczy rozejrzec sie po takim pozornym "raju", zeby stwierdzic, ze jest cholernym szczesciarzem. Osobiscie nie moge wyrzucic tych widokow z pamieci i ciezko mi z tym...

wtorek, 27 listopada 2018

"Indyk" inny niz wszystkie

Zniknelam na tydzien z blogowego swiata (choc raczej nikt nie zauwazyl :D). Podczytywalam wyrywkowo i na raty. Nie komentowalam w ogole, u siebie rowniez nie nadrobilam odpowiedzi. Ostatnie kilka dni to byl bowiem relaks przez duze R. Gdzie tam duze, ogromne! Wielgachne R! ;)
Internet byl kaprysny, tylko w wybranych miejscach i czesto po prostu sobie znikal. ;) W dodatku wieczorami padalismy jak muchy razem z Potworkami, choc w sumie nie robilismy NIC. A raczej robilismy to, co powinnismy, czyli spedzalismy czas jako rodzina. ;) I choc Potworniccy, jak to oni, dostarczali wielu wrazen podnoszacych cisnienie, to byl to wspanialy czas. Jedyna wada - za krotki. ;)

Tegorocznego "Indyka" spedzilismy bowiem wyjatkowo i ponioslo nas daleko od domu.


O wszystkim jednak w kolejnym poscie, kiedy juz podsumuje wspomnienia i wrazenia, a jest ich multum. :)

Do przeczytania!

wtorek, 20 listopada 2018

Z serii: w tym domu sie gada! + o listopadowych zaskoczeniach i Indyku

Kurcze, zbieralam material na tego posta i zbieralam, a kiedy teraz podjelam sie doszlifowania go i opublikowania, okazalo sie, ze niektore teksty sa z... wrzesnia! :O

Refleks mam niesamowity... ;)

*

Bi narzeka caly ranek, ze boli ja brzuch. Na poczatku to ignoruje (wiem, wiem, co ze mnie za matka ;P), ale kiedy praktycznie nie rusza sniadania, a potem zaczyna autentycznie plakac, zastanawiam sie czy moze nie zostawic jej w domu. Bi jednak, w przerwie miedzy plakaniem, szczebiocze do psa, zagaduje brata, itd. Tlumacze wiec, ze maja dzis w szkole zdjecia, a takze ma pierwsza lekcje skrzypiec. Zeby pojechala i zobaczyla czy brzuszek przestanie ja bolec. Jak cos, pielegniarka zadzwoni do mnie i po nia przyjade.
Telefon jednak nie zadzwonil. Pod wieczor zas jechalam na spotkania organizacyjne w klasach Potworkow. Przy okazji spytalam pania Bi jak Starsza czula sie rano, tlumaczac, ze w domu bolal ja brzuch. Nauczycielka zdziwiona odpowiedziala, ze Bi byla wesola i nie widac bylo, zeby cos jej dokuczalo.
Hmm... Po powrocie, pytam corke co jej bylo, ze rano plakala, ze zle sie czuje, ze brzuch boli, a potem w szkole nic sie nie dzialo? Bi najpierw marszczy czolo, najwyrazniej nie pamietajac, ze w ogole cos ja rano bolalo. Po chwili sobie przypomina.

Bi: "A! Jakos w autobusie przestalam o tym myslec. Czasami sie tak zdarza..."

Taaa... A matka spedzila dzien co chwila nerwowo zerkajac na telefon...


***

Nikowe przekrecenia:

"Kiedy sobie przypamietamy" [kiedy sobie przypomnimy]

O samochodziku z napedem: "To jest napendowane!"


***

Nik jezdzi na rowerze. Glownie po naszym pojezdzie, ale co chwila zawraca az na srodku ulicy. Upominam raz, upominam drugi... Kiedy Mlody przejezdza kolo mnie ze swistem po raz kolejny, znow wrzeszcze:

Ja: "Nik, nie wyjezdzaj na ulice!"
Nik (rzuca mi w przelocie): "Don't judge me!"

Co ma piernik do wiatraka? Nie wiem, ale i tak sie smialam. ;)


***

Nik rozmawia z dziadkami na Skypa. Tesciowa pyta go czy chce zeby babcia znow przyleciala na 3 miesiace. Najwyrazniej jednak Nik nie nacieszyl sie dziadkami, bo szybko odpowiada:

"Babcia przyjedzie na STO miesiacow!"


***

Dialog zaslyszany podczas ogladania domkow wrozek:


Nik (powatpiewajaco): "Are fairies even real?"
Bi (pewnie): "No, fairies do not exist. But Tooth Fairy is real!"

Taaa... Zaprzeczamy samym sobie... :D


***

M. uczy dzieci zmawiac "Zdrowas Mario". Bi szybko podlapuje tekst. Ktoregos wieczora chce sie pochwalic i recytuje to co pamieta, a pamieta calosc, choc niektore fragmenty sa dosc... oryginalne. ;)

Bi: "...I modl sie za nami grzeCZnymi, teraz i w godzine..."

I nie dala sobie przetlumaczyc, ze tam powinno byc "grzeSZnymi". :D


***

Podczas porannego czesania, Bi ponosi wyobraznia:
"A jak bede miala takie dlugie wlosy jak Roszpunka, to beda sie platac po calym domu. I nie bede mogla chodzic do szkoly, bo jak? Przeciez wszyscy by sie o nie potykali i zaczepialyby sie o krzesla..."
Nik (najwyrazniej z calego wywodu uslyszal tylko jedno i od razu uderza w placz): "It's not fair! Bi nie bedzie chodzic do szkoly, a ja musze!"

Tutaj wstawcie sobie moje westchnienie oraz przewrot oczami, bo ryczec o cos, co pozostanie tylko i wylacznie w sferze wyobrazni, to jedynie dziecko potrafi. ;)


***

Bi chwali sie Kokusiowi: "A ja dzis ide na basen, a ty nie-e!"
Ni (nie pozostaje dluzny): "A ja zostane w domu i bede sie bawic wszystkimi twoimi zabawkami!"

Wie, skubaniec, jak sie odgryzc! :)


***

W polskiej szkole, dzieci uczyly sie naszego hymnu. Zamiast jednak "Marsz, marsz Dabrowski", Nik uparcie spiewa:
"Marsz, marsz do Po-olski!"

:D


***

Nik biega, a wlasciwie niemal LATA po domu jak szaleniec. W biegu, rechoczac wesolo, mija mnie i wskazujac paluchem na samego siebie, oznajmia:
"Candy energy!"

Ano, ma racje. Takie akcje to tylko przy odpowiednio wysokim poziomie cukru we krwi. ;)


***

Cwiczymy pisownie wyrazow na dyktando. Bi ma napisac slowo "kolory".
Pisze: coroly

W jednym, krotkim wyrazie 3 bledy. To chyba jakis rekord. ;)


***

Teraz o listopadzie.
Napisalabym, ze listopad jaki jest, kazdy widzi, ale... nie byloby to zgodne z prawda. ;) W czwartek i piatek, listopad wygladal u nas bowiem jak... styczen! ;) Juz od kilku dni wczesniej, prognozy zapowiadaly snieg, co wyjatkowo jak na moja pesymistyczna nature, optymistycznie ignorowalam, twierdzac, ze no gdzie, SNIEG? W listopadzie?! Tiaaaa...
Cichutki glosik w glowie, przypominajacy, ze 7 lat temu mielismy pod koniec pazdziernika taka sniezyce, ze pradu zabraklo na 10 dni, skrupulatnie zadeptywalam i zakopywalam w ruchomych piaskach nie-pamieci. ;)
Jak zwykle oczywiscie, kiedy ja uparcie twierdzilam, ze sniegu spadna trzy platki na krzyz, to sypnelo nam jakies 30 cm! :O Jakby tego bylo malo, w nocy snieg przeszedl w marznacy deszcz i zrobila sie slizgawka.

Stan z godziny 21 w czwartek. Przez chwile znow mieszkalam w Narnii ;)

Spodziewalam sie, ze w piatek opoznia lekcje, ale zupelnie nie wierzylam, ze moga zamknac szkoly. A jednak. Nasze miasteczko bylo jednym w niewielu w Stanie, ktore zamknelo placowki edukacyjne na glucho. Dobrze, ze na wszelki wypadek wzielam troche papierow, wiec w piatek rano puscilam tylko maila, ze pracuje z domu i z rozkosza oddalam sie podziwianiu zimowego krajobrazu przez okno. ;)
Moja rozkosz nie trwala jednak dlugo, bo Potworki juz od switu, z nosami przyklejonymi do szyb, dopytywaly kiedy, no kieeedyyy pojdziemy na dwor. :) Sporo czasu zajelo mi skompletowanie ich zimowej garderoby, ktora nadal walala sie po roznorakich pudlach oraz siatkach umiejscowionych w najdziwniejszych zakamarkach domu. ;) W koncu jednak udalo mi sie odszukac i spodnie i buty i szaliki oraz rekawiczki. Kurtki na szczescie wyciagnelam juz tydzien wczesniej bo temperatury uparcie nie chca sie podnosic ponad 4 stopnie...

Snieg pomieszany z nadal opadajacymi liscmi :)

Czasem Maya gonila dzieciaki, a czasem uciekala przed rozpedzonymi "dupkami" z podkulonym ogonem ;)

Bi ulepila tego, calkiem sporego balwana samodzielnie i zajelo jej to raptem pol godziny. Aha, to jest balwan - dziewczyna i miala (bo juz stopniala) na imie Charlotte ;)

W sobote Potworki mialy niesamowita radoche, bowiem urzadzilam im wagary od polskiej szkoly. Troche gryzlo mnie sumienie, ale poniewaz Bi miala w niedziele pierwsze zawody plywackie, stwierdzilam, ze zamiast wkuwania polskich slowek, bardziej przyda jej sie troche dodatkowego plywania. Do konca wahalam sie co robic, ale w koncu jednak zabralam ja na sobotni trening, ktory zazwyczaj opuszcza ze wzgledu na wlasnie polska szkole...

Po poludniu zas, czekala na dzieciaki kolejna niespodzianka. Pojechalam bowiem z nimi do kolezanki. Z kolezanka jest troche smieszna sytuacja, bowiem kojarzylam ja z widzenia juz od wielu lat z... kosciola. U nas male dzieci to rzadkosc, wiec automatycznie rozpoznaje sie inne mlode rodziny. Poza tym jednak jakos nie bylo okazji sie blizej poznac. Mieszkamy w roznych miasteczkach, poza kosciolem nie bylo wiec wspolnego gruntu. Tymczasem, w polskiej szkole, synek J. trafil z Kokusiem do jednej klasy. Chlopcy, jako ze znaja sie z widzenia, z miejsca sie zaprzyjaznili i oboje od poczatku roku blagali o "play date". W koncu jakos udalo sie poskladac nasze grafiki tak, zeby sie spotkac. Bi uparla sie tez jechac i choc obawialam sie, ze sie wynudzi, okazalo sie, ze z wielka cierpliwoscia i werwa oddala sie zabawianiu 3-letniej coreczki J. Az dziw, ze to ta sama Bi, ktorej interakcja z Nikiem ogranicza sie zwykle do doprowadzania go do bialej goraczki... ;)

A w niedziele, tak jak pisalam, odbyly sie zawody. :)
Musze napisac, ze bylo to dosc ciekawe doswiadczenie, choc "po" mruknelam do M., ze to byly najdluzsze 3 godziny w moim zyciu... ;) Cale zawody to bylo bowiem glownie... czekanie. Wciagu tych trzech godzin, Bi miala trzy wyscigi, a pomiedzy nimi okolo 45 minut przerwy.
Ogolnie, zawody plywackie moge okreslic jako CHAOS! Startowalo mnostwo dzieciakow, w roznych kategoriach wiekowych i roznymi stylami, starsze poprzeplatane z mlodszymi i wyszedl z tego taki kogel mogel. Trenerow bylo troje, ale ogarnac taka gromade to nie jest prosta sprawa. Mimo, ze plywacy mieli w zalozeniu siedziec ze swoja druzyna, to najmlodsze dzieciaki szybko "uciekly" na trybuny, do rodzicow. A potem, kiedy przychodzila ich kolej, trenerzy chodzili wsrod tlumu, nawolujac. Zdarzylo sie tez, ze kilkoro dzieciakow ominelo swoj wyscig, bo sie zagapilo lub wyszlo do toalety, a trenerzy nie znalezli ich na czas. ;)

Przed wyscigami - mnie pewnie zjadalaby trema, ale Bi, jak widac, humor dopisywal. To jest wlasnie ten stroj kapielowy, ktory kosztowal fortune za kawalek poliestru ;)

Mam wrazenie, ze te najmlodsze maluchy, w tym wlasnie Bi, byly kiepsko zaopiekowane. Starsza startowala w trzech wyscigach i w prawie kazdym popelnila bledy, ktore zawazyly na jej wyniku, a ktore byly latwe do unikniecia, gdyby trenerzy stali przy tych maluchach i dawali im jeszcze pare wskazowek. Na przyklad, w pierwszym wyscigu - kraulem, Bi po wskoczeniu do wody, zamiast plynac, co chwila przystawala i rozgladala sie na boki. Potem powiedziala mi, ze nie byla pewna jakim stylem ma plynac. ;) Doplynela jako piata (na 6 dziewczynek w swojej kategorii wiekowej...). Poniewaz ja rowniez dopiero ucze sie co i jak, duzo pozniej odkrylam, ze przed wyscigami dzieci dostaja karteczki, na ktorych maja wyszczegolnione jakim maja plynac stylem, jaki dystans i na ktorej lini basenu. Potem juz sama to sprawdzalam i tlumaczylam Bi co ma robic. Mimo jednak wszystko, w drugim wyscigu - na plecach, w stylu, w ktorym na treningu jest jedna z lepszych, co chwila przystawala i patrzyla do tylu upewniajac sie, ze nie uderzy w scianke. A sama pamietam jeszcze z jej lekcji, ze kiedy widzi nad soba choragiewki, to znaczy ze ma jeszcze okolo 8 wyrzutow ramionami i potem musi wyciagnac obie rece do tylu i tak doplynac do brzegu... Naprawde, ktorys z trenerow mogl jej to przypomniec, choc i tak poszlo jej lepiej i doplynela jako trzecia.

Udalo mi sie uchwycic poczatek wyscigu. Bi zakreslilam Wam koleczkiem. :)

Przy ostatnim wyscigu zawinili po czesci trenerzy, po czesci Bi, a po czesci ja sama. Nie wiem dlaczego, ale tu Bi nie startowala z blokow, tylko z przeciwleglego brzegu. Kiedy zabrzmial gwizdek na przygotowanie sie do startu, Bi stala i patrzyla co robia inne dzieci. Kiedy wiec kilka sekund pozniej burknal bzyczek oznaczajacy poczatek wyscigu, wszystkie dziewczynki wskoczyly do wody, a Bi dopiero zakladala gogle! :D Przyznaje, ze pieknie nadrobila stracony czas i doplynela czwarta (na 8 plywaczek), ale gdyby nie zmarnowala tych cennych sekund, mogla byc jedna z pierwszych. I tu znowu - trenerzy powinni stac na poczatku wyscigu i wczesniej ostrzec ja, zeby byla gotowa. A zla na siebie jestem, bo akurat ten wyscig chcialam nagrac i odeszlam na druga strone basenu. Gdybym stala blizej sama bym podpowiedziala Bi zeby szykowala sie do skoku, a nie rozgladala na boki. ;)

Tu kilka sekund przed tym feralnym wyscigiem. Widac, ze niektore dziewczyny juz sa elegancko przyszykowane do skoku w wode, a Bi dopiero niepewnie schodzi na brzeg basenu...

Coz... Jak to mowia, pierwsze sliwki robaczywki... Oficjalne wyniki beda za kilka dni. Obawiam sie, ze w ostatnim wyscigu Bi bedzie zdyskwalifikowana, bowiem przegladajac filmik zauwazylam, ze konczac, zlapala scianke jedna reka. W zabce zas i stylu motylkowym, konczac trzeba zlapac sie brzegu obiema rekoma w idealnie tym samym czasie... :/
Bywa i tak. Na zawodach w zeszlym tygodniu chyba w polowie wyscigow plywacy z "naszej" druzyny zostali zdyskwalifikowani. :D Nastepne zawody sa w polowie grudnia. Zostalo wiec troche czasu, zeby popracowac nad tym czy owym. ;)

Poki co, jak zreszta powiedzialam M. kiedy wsiedlismy po zawodach do auta, mozna przeniesc uwage z wyscigow, na swieto Dziekczynienia, zwane potocznie Indykiem. ;) To juz w ten czwartek!

Dla moich hamerykanckich czytelnikow pisze wiec juz teraz, bo potem nie bedzie czasu:

Happy Thanksgiving!!! Gobble, gobble!!! ;)


środa, 14 listopada 2018

O Diwali, starzeniu sie, szkolnych sprawach i innych...

W zeszla srode postarzalam sie o kolejny rok. Pocieszajace jest, ze "kodu" jeszcze nie zmienilam, choc juz blisko, bliziutko... ;) Ale i tak wlasna rubryka mnie poraza. Na oswiadczenie Bi, ze musimy w tort wsadzic tyle swieczek ile mam lat, odparlam ponuro, ze lepiej nie, bo wlaczy sie czujnik na dym. ;) Zreszta i tak nie mialam osobnego przyjecia, nawet w skromnym gronie naszej czworki. Tort byl wiec tylko wspolny - dla mojego taty, M. oraz mnie i zjedzony tydzien wczesniej, jak pisalam juz w poprzednim poscie. A dzien urodzin spedzilam czesciowo w pracy, a czesciowo na basenie, przygladajac sie najpierw lekcji Nika, a potem treningowi Bi. Ot, zycie matki. :)

Zeby nie bylo jednak az tak beznadziejnie, to rano, na nocnym stoliku czekala na mnie karteczka od meza. ;)


A pod karteczka, taka niespodzianka!


Postaral sie chlopina, no. :) Szkoda tylko, ze nie spytal o rade, bo wtedy powiedzialabym mu bez wahania, zeby kupil mi nowy flakonik ukochanego Armani Code. Temu zapachowi jestem wierna juz ponad 10 lat. :) Zostala mi juz tylko jedna czwarta buteleczki, wiec nowa bylaby jak najbardziej pozadana. Tymczasem nowy zapach... no ladny jest... ale to nie TO. :D Coz, skonczy pewnie jak Lacoste, ktory dostalalam dobrych kilka lat temu od taty (tak dawno, ze nawet dobrze nie pamietam) na Gwiazdke. Tato kupil go po zasiegnieciu rady mojej mamy, ktora niestety ma zupelnie inny gust "zapachowy". Psikam sie nim od czasu do czasu z poczucia obowiazku, ale zuzylam moze 1/5. ;) Poza tym, moj malzonek nie zwraca uwagi na subtelna roznice pomiedzy "eau de toilette" a "eau de parfum". Kupil to pierwsze, a wiec juz godzine po psiknieciu, nic na sobie nie czuje. No, ale jak to mowia, darowanemu koniowi... :D

Zanim jednak dopadla mnie "starosc", byl wtorek. A we wtorek, z okazji dnia wyborow (tutaj zawsze jest on w pierwszy wtorek listopada), Potworki mialy wolne w szkole. Poniewaz jednak moje dni urlopu topnieja niczy sniegi w marcu, a wiadomo, ze do konca roku ktos sie na bank (tfu, tfu!) pochoruje, tudziez spadnie snieg i zamkna szkoly (a smiejcie sie - u nas dzis w nocy ma byc -6 stopni!), wiec tym razem wolne wzial M.
Ja za to zabralam wieczorem Potworki na kolejne przyjecie organizowane przez naszych sasiadow. Nie wiem juz sama czy to taka przypadkowa kumulacja, czy oni naprawde tak bardzo lubia spotkania towarzyskie... ;) Tym razem pretekstem bylo hinduskie swieto Diwali, ktore przypadalo co prawda w srode, ale sasiadka, korzystajac z zamkniecia szkol, rowniez wziela wolne i urzadzila przyjecie we wtorek wieczorem.
Z tego co mi wytlumaczono (wujka googla nie mialam ochoty pytac), Diwali jest swietem swiatla oraz czesciowo zmarlych i jest najhuczniej obchodzonym swietem. Cos jak dla nas Boze Narodzenie. ;)

Poniewaz dzien wczesniej niedzwiedz przemaszerowal sobie jak gdyby nigdy nic kilka domow dalej kiedy czekalismy rano na szkolny autobus (:O), a przyjecie zaczynalo sie juz po zmroku, nie ryzykowalam i podjechalam ten kawaleczek autem. A i tak mialam pelne gacie, bowiem zaparkowalam na naszej uliczce, ale do sasiadow trzeba wejsc dluuugim podjazdem, otoczonym szpalerem wysokich tui. Nie ma tam zadnej lampy, ciemno jest jak w dupie pod koszula i czulam panike na mysl co bym zrobila gdyby niedzwiedz akurat szedl sobie tym szpalerem tui w przeciwnym kierunku? ;)
W kazdym razie kiedy juz na nie bezpiecznie doszlismy, spotkanie uwazam za bardzo udane. Az szkoda, ze M. wolal zostac w domu i malowac lazienke. Party pooper :D Przyszla gromadka dzieciakow i tym razem nawet dwoch chlopcow, ktorych Nik kojarzy z autobusu, wiec mial towarzystwo. A dziewczynek byla w ogole gromada, Bi nie byla wiec absolutnie pokrzywdzona.

To tylko czesc maloletniej gromady. Reszta rozpierzchla sie po chalupie i nie zwabily ich nawet babeczki ;)

Ja opchalam sie pysznego hinduskiego jedzenia, pogadalam z innymi mamuskami (oprocz gospodarza byl jeszcze tylko jeden mezczyzna - najwyrazniej wiekszosc mezow to takie odludki jak moj M.) i cieszylam sie, ze jednak pojechalam. Tego dnia bylo bowiem paskudnie, wiec mimo ze to po sasiedzku, to nie chcialo mi sie wychodzic i szukalam wymowki, zeby zostac w domu. Nawet Potworki uprzedzilam, ze przyjecie jest pozno, wiec jesli na nie pojdziemy, nie beda mieli wieczorem czasu na zwyczajowe bajki na tabletach. ;) Czesc mnie miala nadzieje, ze dzieciaki zakrzykna, ze wola tablety i na zadna impreze nie ida, a druga czesc wolala ich po prostu uprzedzic, zeby potem nie bylo placzu i tupania nogami. ;) Niestety - stety, dzieciaki zgodnie oznajmily, ze wola zabawe z kolegami niz elektronike (co chyba jest dobrym znakiem), wiec nie pozostalo mi nic innego jak zmusic sie do wyjscia z cieplutkiego domu na deszcz i wichure. ;)

Sasiedzi zapalili tradycyjne swiatelka przy oltarzyku...

Oltarzyk prowizoryczny, urzadzony... na kuchennym blacie :D

Dzieciaki bawily sie sztucznymi ogniami...

Nik byl nimi szczegolnie zachwycony. Po chwili bral juz po 2-3 na raz, bo przy jednym ogien byl dla niego za maly. ;)

Bi byla ostrozniejsza, ale i tak miala radoche

A na koniec, z racji, ze pogoda zrobila nam laske i przestalo padac, sasiad odpalil nawet fajerwerki.


Dzieciarnia miala wiec zabawe nie z tej ziemi, a i ja wyszlam z usmiechem na twarzy. Taki cieply, choc listopadowy, wieczor. :) Na odchodne dostalam jeszcze sliczny swieczniczek z tradycyjnymi zdobieniami.

Drobiazg, ale jaki mily gest

W piatek otrzymalam raporty postepow Potworkow po niecalych 3 miesiacach roku szkolnego. Hameryka jest sto lat za murzynami. Nie ma tu elektronicznych dziennikow, nie ma zreszta ani ocen, ani punktow, dotychczas nie mialam wiec pojecia jak sobie radza, oprocz obserwacji poczynionych podczas odrabiania lekcji. Raporty, jak pisze co roku, to sa szczegolowe opisy poszczegolnych umiejetnosci. "Ocenami" sa below expectation (ponizej oczekiwanego poziomu), near expectation (blisko oczekiwanego poziomu), meets expectation (wykazuje odpowiedni poziom) oraz exceeds expectation (przekracza wymagany poziom). Coz... Kryteria sa jakie sa, ale to below expectation oraz near expectation to dla mnie taki pic na wode fotomontaz. W koncu "near" oznacza, ze dziecko jednak jest ponizej wymagnego poziomu, tak samo jak "below". Wiem, ze sie czepiam i zapewne below uzywane jest w przypadku naprawde duzych brakow, ale nie moge sie oprzec obawie, ze hamerykanscy nauczyciele, przy ich podejsciu nastawionym na zachety oraz pozytywy, uzywaja tego "near" zeby po prostu ladniej brzmialo. :D
W kazdym razie, na cala liste, Nik ma tylko 4 "near expectation", zas Bi 3. Jestem dosc zaskoczona, bo obydwoje mieszcza sie w "widelkach" jesli chodzi o czytanie (tutaj nie ma below, near, meets i exceeds; jest konkretny poziom) ale na najnizszym poziomie. Tymczasem dla mnie Nik czyta rewelacyjnie! Wiem, ze Bi z czytaniem ma naprawde spory problem, ale chyba dotychczas nie wiedzialam, jak duzy. Porownujac Potworki, spokojnie wystawilabym Nikowi najwyzszy poziom! :) Oczywiscie tu duze znaczenie ma tez charakter nauczycielki. Bi ma mloda, sympatyczna pania, Nikowi trafila sie starsza, ktora uczyla w dodatku wczesniej drugie klasy, wiec moze miec zawyzone wymagania.
Niespodzianka bylo za to zaznaczenie, ze Bi przekracza poziom drugiej klasy w dodawaniu i odejmowaniu! Coz, zawsze powtarzam, ze to matematyczna zyleta. :D


Po otrzymaniu raportow, zaraz w poniedzialek czekaly mnie wywiadowki. Udalo mi sie umowic u obu nauczycielek tego samego dnia, musialam tylko poczekac 20 minut miedzy jedna wywiadowka, a druga. Uklad idealny. Nie musialam zwalniac sie z pracy dwa dni pod rzad i jeszcze moglam poczytac chwile ksiazke. ;)
Czy dowiedzialam sie czegos ciekawego? Chyba nie. ;) Czy uslyszalam cos, czego wczesniej nie wiedzialam? Tylko to, ze Nik bardzo dobrze radzi sobie z matematyka. :) No prosze, prosze... Ja mialam kompletnie inne wrazenie, patrzac jak podczas odrabiania lekcji probuje liczyc na palcach i nie zawsze mu wychodzi. ;)
Ogolnie, panie potwierdzily tylko to, co widac na raportach, czyli ze Potworki radza sobie bardzo dobrze. Nik nie ma zadnej piety achillesowej, musi tylko zaczac rozwijac temat, kiedy pisze opowiadanie. Ta moja gadula bowiem, ktorej buzia sie nie zamyka, ma tendencje do opisywania zdarzenia w jednym zdaniu i to maksymalnie 5-wyrazowym. ;) Poza tym, wychowawczyni jest jednak zachwycona tym, jak przyjacielskim i wrazliwym jest chlopczykiem. Oraz wygadanym. :) Podczas indywidualnej pracy z nim, sprawdzajac czy Nik rozumie czytany tekst, pani zapisywala jego komentarze, z ktorych boki mozna bylo zrywac! :D Znam to zreszta z autopsji, bo Nik zywo komentuje kiedy wieczorem czytam mu do snu. Znaczy to jednak, ze slucha, a o to wlasnie chodzi. ;)

Bi podciagnela sie z czytaniem. W kazdym razie zalapuje sie na poziom wymagany w pierwszym semestrze II klasy. ;) Teraz przyszla kolej na podciagniecie pisania, bo to jest rowniez tragiczne (to moje slowa, nie wychowawczyni :D). Pisalam juz kilka razy, ze Nik, chociaz pisze rowniez z bledami, to jednak fonetycznie tak zapisuje wyrazy, ze udaje mi sie odgadnac, co poeta mial na mysli. U Bi nie daje rady, bo nie tylko, ze gloski sie nie zgadzaja, to jeszcze brakuje samoglosek. Na przyklad slowo surprise, u Bi moze wygladac jak "sprs". I wez czlowieku sie domysl. :D Wychowawczyni jednak przekazala, ze Bi ma z nia indywidualne cwiczenia, a dodatkowo pracuje z inna pania. Ma wiec sporo pomocy dostosowanej do jej potrzeb. To jedna z tych rzeczy, ktore podobaja mi sie w amerykanskiej szkole. Mimo narzekan na dziury w budzecie, szkoly zatrudniaja cala armie pedagogow, pomocy, specjalistow od poszczegolnych dziedzin i Bog wie kogo jeszcze. Odpowiedzialnosc za nauczenie lub podciagniecie uczniow w tym czy owym, nie spoczywa wiec wylacznie na barkach wychowawcow, ktorzy musza ogarnac 20 uczniow. Wierze wiec, ze Bi bedzie jeszcze pisac idealnie lub prawie idealnie. Moze nie w tym roku, ale kiedys na pewno. ;)

A pomiedzy otrzymaniem raportow, a wywiadowkami, byl weekend.
W niedziele odbyl sie dodatkowy trening dla druzyny plywackiej ze skokow do wody. Klub, do ktorego chodza Potworki, ma bowiem mniejszy i plytszy basen, bez slupkow startowych. A skok ze slupka jest waznym elementem kazdego wyscigu. Dzieci moga startowac rowniez z wody, ale te skaczace automatycznie beda mialy przewage. Dlatego tez klub zorganizowal dodatkowe treningi na pelnowymiarowym basenie)
Pojechalysmy wiec w niedzielny poranek do eleganckiej prywatnej szkoly dla dziewczat z internatem, mieszczacej sie dwa miasteczka dalej. ;) Szkola malowniczo polozona, wlasne centrum sportowe, wlasna stadnina koni, ale na basenie: pieknym, nowiutkim, nowoczesnym, bylo... zimno! To znaczy, moze nie do konca lodowato, ale przyzwyczajona jestem, ze na "naszym" basenie jest tak goraco, ze po pol godzinie siedzenia tam, mam wypieki na twarzy i spocone pachy (wiem, fuj). Ale dla dzieciakow wychodzacych z wody, to bardzo dobrze. Nie zmarzna. Tutaj, siedzac w cienkiej, bawelnianej bluzeczce, bylo mi... w sam raz. Po prostu. Nie bylo mi chlodno, ale absolutnie nie bylo mi rowniez goraco. A mokre dzieci stojace i czekajace na swoja kolej zeby skoczyc do wody, staly przykurczone i trzesace sie z zimna! :O I modle sie, zeby Bi sie po tym treningu nie pochorowala... :(

Pomijajac jednak temperature, musze znowu pochwalic Bi. To byl jej pierwszy trening na tamtym basenie, wiec na poczatek przezyla szok, ze ma on ponad dwa metry glebokosci. Przyznaje, ze i ja bylam lekko zdenerwowana, bo choc ufam umiejetnosciom Bi, to wiem, ze potrzebuje ona od czasu do czasu odpoczac. Tam nie miala takiej mozliwosci, dopoki nie doplynela do brzegu. Jak zwykle jednak martwilam sie na zapas, bowiem Bi nie tylko bez problemu wyplywala na powierzchnie oraz doplywala do brzegu, ale jeszcze na koniec urzadzily sobie z kolezanka "podwodny taniec", czyli zanurzaly sie i korzystajac z tego, ze do dna mialy daleko, a w goglach widzialy sie nawzajem, wyczynialy jakies wygibasy pod woda. ;)

Wracajac do treningu i chwalenia (:D). Bi naprawde poradzila sobie swietnie jak na pierwszy raz. Podziwiam ja, bo slupki startowe sa lekko pochylone, a dzieciaki przed startem musza jeszcze sklonic sie do przodu i zlapac za ich brzeg. Sama pewnie spanikowalabym, ze poslizgne sie i wlece do basenu glowa w dol (choc o to w sumie chodzi, tylko z wieksza gracja ;P). Pierwsze probne skoki dzieciaki wykonaly "na zabe", czesto plaskajac o wode brzuchem, hihi... Bi juz po chwili skakala elegancko glowa oraz rekoma w wode.

Nie wiem, czy na tym zdjeciu bedzie cokolwiek widac. Rodzice siedzieli po przeciwnej stronie basenu i mimo maksymalnego zblizenia, zdjecia wyszly niewyrazne :(

Jeszcze nog do konca nie prostuje i nie laczy razem, jeszcze nie wyglada to tak gladko jak powinno, ale z grupy poczatkujacych to ja trener wybral, zeby pokazala innym jak maja ukladac cialo. Moj maly delfinek. ;) Dla porownania, sporo dzieci juz do konca skakalo niezgrabnie rozkraczonych. :D Brawa jednak, ze w ogole mialy odwage skoczyc, bo na pierwszym treningu (ktory Bi ominal) podobno kilkoro trenerka musiala niemal zepchnac ze slupka. :D

Po treningu pojechalam do sklepu sportowego, zeby kupic Bi w koncu stroj druzyny. Wybrali je strasznie brzydkie, czarne z czerwonymi ramowkami, ale coz, o gustach sie nie dyskutuje... ;) Cena wywolawcza tego "cudu" sprawila, ze sie zakrztusilam - $76! Po znizce dla druzyny i (podobno) przecenie wyniosla $55! O matko i corko! Mam nadzieje, ze Bi z niego za szybko nie wyrosnie... :D

W sobote, oprocz polskiej szkoly nie dzialo sie nic specjalnego, jesli nie liczyc, ze... padal snieg! Dobrze czytacie: SNIEG! Odwiozlam Potworki do szkoly, zrobilam zakupy i usilowalam nadgonic odkurzanie, kiedy wrocil z pracy M. i oznajmil, ze pada. Snieg. Najpierw prychnelam, ze tak, na pewno, ale odruchowo zerknelam za okno i sie z lekka zdziwilam. :D Co prawda bylo na tyle cieplo, ze nie osiadal na ziemi i padal zbyt malo gesty, zeby go ujac na zdjeciu, ale pare platkow utrzymalo sie przez chwile na tarasowym krzesle. Prosze:


Nie, to nie smieci, ani nie popiol z ogniska. To najprawdziwszy snieg. Pierwszy tej zimy jesieni. ;)

Ten tydzien, oprocz poniedzialku, powinien minac juz spokojniej. Pomijajac wywiadowki, w poniedzialek Bi miala rowniez trening, wiec wpadlam do domu, szybko wcisnelam w siebie obiad i popedzilam z nia na basen. Podobny bieg czeka mnie dzisiaj, kiedy Bi znow plywa, a dodatkowo lekcje ma Nik. Poza tym, na szczescie zadnych innych zajec w tym tygodniu ni ma. Za to w sobote bedziemy musieli jechac do kosciola na wieczorna msze, bowiem w niedziele rano Bi ma pierwsze ZAWODY. :O Jesli sie nie pochoruje po tym cholernym treningu w miniona niedziele rzecz jasna... :/

Tak czy owak, trzymajcie kciuki. Zeby sie nie pochorowala, zeby nie spanikowala i zeby zajela niezle miejsce, choc tu nie wiem jak duze sa jej szanse. ;)

czwartek, 8 listopada 2018

Kiedy jakis post ma priotytet, robia sie powazne zaleglosci na blogu

Z racji, ze poprzedni tydzien uplynal mi na klepaniu polrocznego podsumowania Bi, mam do nadrobienia ponad tydzien. A dzialo sie, dzialo! ;)

Po pierwsze, odbylo sie w koncu Pasowanie na Ucznia w polskiej szkole. Wystepy okazaly sie naprawde udane. Szkoda tylko, ze scena byla oswietlona, a reszta sali ciemna, wiec moj telefon sie buntowal i nie ustawial ostrosci. :( Jakies tam foty na pamiatke jednak pstryknelam.

Najpierw wystepowali zerowkowicze. Musze przyznac, ze bardzo fajnie sie prezentowali w ciemnych spodniach/ spodniczkach oraz bialych koszulach. I chociaz po ustawieniu ich w rzadku, operatorzy dosc dlugo pracowali nad oswietleniem oraz naglosnieniem (czemu nie zrobili tego wczesniej???) i maluchy zdazyly sie znudzic i zaczac wiercic, to grzecznie staly na miejscach.

Czy nie fajne berbecie? ;)

Nik byl troche stremowany, patrzyl niesmialo, ale usmiechal sie leciutko, wiec chyba traumy nie bylo. Byla za to pretensja, bo wystepowaly tylko zerowki oraz pierwszaki. Ci ostatni mieli pozniej w klasach poczestunek, a zerowkowicze... nic. ;) Kokus uznal, ze to bardzo niesprawiedliwe i nie pocieszalo go zupelnie, ze za rok bedzie jego pasowanie, a wtedy i on bedzie mial mala imprezke. ;)

W kazdym razie zerowki wyrecytowaly wierszyk, zaspiewaly piosenke, widownia gromko zaklaskala i przyszla pora na "gwiazdy", czyli Pierwszakow. ;)
Psioczylam na dwa warkoczyki ze wstazeczkami, ale musze przyznac, ze dziewczynki w identycznych fyzurkach, jednakowych szkolnych spodniczkach i bialo - czerwonym kwiatku we wlosach oraz chlopcy z czerwonymi wstazkami pod szyja, wygladali bardzo fajnie jako grupa. Wiele mam zaczesalo corkom wlosy w eleganckie warkocze dobierane albo klosy. Coz, dla mnie o 7 rano i w biegu, nawet te zwykle dwa warkocze to bylo czasowe wyzwanie. :D

Bi z dwiema ulubionymi kolezankami

Pierwszaki zatanczyly poloneza i o dziwo nikt sie nie potknal, nikt na siebie nie wpadl i nikt sie nie pomylil. Caly taniec wyszedl bezblednie. :) Pechowo klasa Bi wchodzila na scene jako ostatnia, a jeszcze u nich jest o 6 wiecej dziewczynek niz chlopcow i te 3 pary dziewuszek dali na sam koniec. Bi wyladowala w ostatniej parze, a pozniej jej klasa stala w ostatnim szeregu, wiec w tancu "migala" mi tylko od czasu do czasu, a podczas reszty wystepow nie widzialam jej wcale, choc ona twierdzi, ze specjalnie stawala na palcach, zebym mogla ja dostrzec. ;) Szkoda, bo pomimo wczesniejszych nerwow, Bi calego poloneza przetanczyla z usmiechem na buzi. Ponownie zobaczylam ja dopiero podczas wlasciwego pasowania, bowiem starsze uczennice wyprowadzaly dzieci na srodek czworkami.

Wiem, slabo widac, ale wlasnie Bi z trzema kolezankami wychodzi na srodek

Niestety, w kluczowym momencie Bi zostala zaslonieta przez stojaca obok kolezanke, wiec pasowania corki nie widzialam, choc je slyszalam, bo pani dyrektor miala mikrofon. ;)

A tu wlasciwy moment. Niestety, glowa widoczna z brzegu to NIE glowa Bi, choc mozna sie pomylic :D

Wszystkie dzieciaki dostaly na pamiatke koszulki z logo szkoly i ustawily sie do grupowego zdjecia, po czym przeszly do klas na poczestunek.

Grupowe zdjecie to byl CHAOS :)

Pisalam, ze zglosilam sie, ze przyniose babeczki? Chyba pisalam... Do zadania podeszlam ambitnie i nie tylko, ze je przynioslam, ale tez i sama upieklam (a wiekszosc mam przyniosla "gotowce")! ;) Siegnelam po sprawdzony wielokrotnie przepis na babeczki bananowe z maslanka. Kiedy pieke je dla dzieciakow, wymieniam orzechy z przepisu (Potworki ich nie lubia) na czekoladowe kropelki. Balam sie, ze kiedy zalezy mi zeby wyszly, to beda zakalce, ale na szczescie sie udaly. ;) Poniewaz pieklam je na szkolna imprezke, poszlam o krok dalej i postanowilam udekorowac, co zwykle sobie odpuszczam. Kremy jednak kupilam gotowe. Az tak zaangazowana to nie jestem. ;) Nie posiadam tez profesjonalnego zestawu do dekoracji, ale na szczescie plastikowy woreczek z ucietym rogiem zalatwil sprawe. Zanim dopasowalam wielkosc otworu do gestosci kremu, kilka babeczek udekorowalam nieco krzywo, ale na szczescie posypka zdzialala cuda i wygladaly niemal jak kupne! ;)

Bardzo bylam z siebie dumna ;)

Nieskromnie dodam tez, ze byly hitem i dobrze, ze przynioslam ich o kilka wiecej niz liczba dzieci w klasie, bo niektore bez skrepowania siegaly po dwie. :D A Bi z duma biegala od kolezanki do kolezanki, chwalac sie, ze "To moja mama piekla te babeczki!".
Musze sie chyba bardziej udzielac w zyciu szkolnym, skoro mojemu dziecku tak sie to podoba. Zartuje. Nie za bardzo mnie to kreci. :D

To nie byl dla mnie koniec pieczenia na tamten weekend. Na niedziele zaprosilismy mojego tate na torta. Senior rodziny ma urodziny pod koniec pazdziernika, M. ostatniego dnia miesiaca, a ja na poczatku listopada. Poniewaz nie mamy tu rodziny, wiec zeby nie urzadzac mini-imprez 3 weekendy pod rzad, zawsze zapraszamy tate na tort w okolicach urodzin M., czyli mniej wiecej po srodku. :)
Lubie piec, ale zazwyczaj wybieram przepisy gdzie trzeba wrzucic wszystkie skladniki do miski, ewentualnie dwoch, wymieszac, przelac do formy i gotowe. ;) Nie pieke ciast przekladanych warstwami, bo jestem leniwa i zwyczajnie nie chce mi sie babrac pol dnia w kremach. A moj maz wiecznie wspomina tego ambasadora pieczonego regularnie przez swoja mame... :D
Jesli chodzi o pieczenie tortow, jestem w ogole kompletna amatorka. Pierwszy, ktory w zyciu upieklam, to byl torcik oreo na tegoroczne urodziny Bi. Tym razem wyszukalam inny, w miare latwy przepis. Niestety, nie znajac sie, a bojac eksperymentowac, trzymalam sie scisle przepisu. A ten nie mowil nic o nasaczaniu biszkoptow! I choc przelecialo mi to przez mysl, to kremy byly na tyle "mokre", ze pomyslalam, ze skoro nic nie jest napisane, to moze ciasto samo nimi przejdzie. Taaa... ;) Juz po fakcie i M. i tata wymadrzali sie, ze przeciez biszkopty zawsze sie nasacza. Hmmm... Tato w zyciu nie upiekl nawet kurczaka w piekarniku, a co dopiero ciasta, a M. jeden raz upiekl "tort", ktory okazal sie sernikiem na zimno. Ale kiedy trzeba komus dogadac, to sa najmadrzejsi. ;)
W kazdym razie kremy w moim torciku byly "serowe". Jeden, jasny, wyszedl tak pyszny, ze mialam ochote zjesc go lyzka, zamiast klasc na biszkopt. Drugi, z dodatkiem kakao juz mi az tak nie smakowal, choc tez byl niezly. Na przyszlosc musze chlapnac do niego czegos, co doda mu wyrazistosci.
I tu mam pytanie! Te z Was, ktore pieka wlasne torty (a wiem, ze jest Was tu wiele) - czym nasaczacie biszkopty i co dajecie do kremow, zeby nie byly mdle? Moja S.P. Babcia zawsze dawala wodke, ale ze planuje zrobic do tego torcika kolejne podejscie na urodziny Nika, to nie wiem czy wypada potem podac dzieciom takiego nasaczonego procentami ciacha? :D
Moj malzonek podpowiada, ze jego mama zawsze robila ciemny krem z alkoholem, a jasny kokosowy, ale na mysl o tym kokosie gula mi podeszla do gardla... Moj jasny krem wyszedl taki pyszny, a on chce mi go popsuc jakims kokosem, bo jego mamusia tak robila. Zdrada, normalnie zdrada... ;)

W kazdym razie, poza suchawym biszkoptem, torcik wyszedl bardzo smaczny. Nawet Bi zjadla kawalek ze smakiem. Nik za to wyzarl galaretke, a reszte rozdziubal widelczykiem i zostawil. Ale on jest strasznie wybredny jesli chodzi o slodycze, wiec nie ma co sie dziwic... ;)

Tort byl zarabisty i nikt nie przekona mnie, ze nie do konca! ;)

W zeszlym tygodniu, najwazniejszym (dla dzieci) chyba dniem, do ktorego Potworki odliczaly w kalendarzu, bylo Halloween. :) Wlasciwie to stwierdzam, ze Nik jest jeszcze na tyle maly, ze bez Bi raczej zapomnialby ze cos takiego istnieje. Gdybysmy nadal mieszkali w starym domu, Halloween by przyszlo i przeszlo, a on nawet by sie nie zorientowal. Bi to jednak juz inna para kaloszy. Orientuje sie w kalendarzu i jesli na cos czeka, to pilnuje tego, sprawdza i odlicza. A na Halloween zdecydowanie czekala. Caly miesiac. :)
W koncu nadeszlo. Z tej okazji nawet treningi druzyny plywackiej zostaly odwolane, bowiem wiadomo bylo, ze zjawi sie garstka dzieci, jezeli w ogole. ;) Lekcji plywania niestety nie odwolano, pojechalam wiec z Kokusiem, a po powrocie, juz w progu przywitala nas przebierajaca nozkami i podskakujaca Bi, dopytujac sie kiedy wreszcie idziemy po cukierki. Zaczelam pomagac Potworkom przebierac sie w stroje, a w miedzy czasie co chwila rozlegal sie dzwonek do drzwi. To potegowalo oczywiscie niecierpliwosc Bi oraz Nika, ktorzy po chwili juz biegali po prostu bez celu krzyczac, ze chca isc. I to zanim jeszcze wrzucili w siebie cukier, wiec wiecie... :D

Potwory ruszaja na lowy :D

No i ruszylismy. Mielismy wielkie szczescie, ze akurat tego dnia przyszlo ocieplenie. Mielismy 16 stopni, nie trzeba bylo sie wiec strasznie opatulac. Gdybym kazala Potworkom ubrac na wierzch kurtki, mysle, ze skonczyloby sie awantura i nie wiem, czy w ogole wyszlibysmy z domu. :D Kostium Bi (jednorozec) to jednoczesciowa, polarowa pizama, wiec wystarczyla jej pod spod bluzka. Nikowy stroj (transformers) to z kolei cieniutki poliester, ale z cieplejsza bluza pod spodem i czapka na glowie (bo wlosy mial jeszcze wilgotne po basenie) tez bylo mu cieplo. Ja w jesiennej kurtce za to zasapalam sie i spocilam, bowiem Potworki ruszyly od domu do domu doslownie biegiem! :D
Wydawalo mi sie, ze mieszkamy w malutkiej dzielnicy. No wlasnie, "wydawalo" to kluczowe slowo. ;) Poltorej godziny wedrowalismy od drzwi do drzwi i calej nie przeszlismy... Juz po chwili biegania, Potworki nieco zwolnily. Domy sa tu spore i ogrody duze, a wiec odleglosci miedzy nimi tez dosc znaczne. Dodatkowo, wejscie do zadnego domu nie znajduje sie zaraz przy ulicy. Wrecz przeciwnie, do kazdego trzeba podejsc, a ze cala dzielnica polozona jest na zboczu wzgorza, uliczki pna sie w gore, podobnie jak wiekszosc podjazdow. Praktycznie od razu zrezygnowalam z podchodzenia z Potworkami do samych drzwi. Stawalam na poczatku podjazdu i patrzylam jak stukaja, wolaja "Trick or treat", po czym biegna z lupem z powrotem. ;)
Stwierdzam, ze mieszkamy po prostu w raju dla spragnionej darmowych cukierkow smarkaterii. Na siec uliczek, ktore udalo nam sie przejsc, tylko dwa domy byly zupelnie ciemne, a w trzech nikt nie otworzyl drzwi. W reszcie ludziska rozdawali slodycze z checia i entuzjazmem. Niektorzy sami byli poprzebierani, jak rowniez ich czworonozne pupile. ;) Tylko w jednym z domow pan rozdawal dzieciom... jablka. Nik odwrocil sie na piecie oznajmiajac, ze nie lubi, ale wiekszosc dzieci nie pogardzila nawet jabluszkiem. :)

Tego samego dnia, jeszcze w pracy, kolezanka opowiadala, ze widziala postulaty, zeby Halloween zmienic w swieto ruchome, odbywajace sie w ostatnia sobote pazdziernika. Razem smialysmy sie, ze tradycja, ze bzdury, ze ale wymyslaja... Po 1.5 godziny lazenia jednak, kiedy nogi w doope mi wlazily, stwierdzilam, ze moze to wcale nie taki glupi pomysl. ;) Ja nawet nie podchodzilam pod wszystkie drzwi tak jak Potworki, wiec jacy zmeczeni musieli byc oni?! Oczywiscie glod cukru silniejszy jest niz bol nog, bo chociaz pod koniec Nik zaczal wymiekac i jeczec, ze pic mu sie chce i ze nie ma sily, to na haslo, ze moge zaprowadzic go do domu i isc dalej z Bi (ktora dosc nadal nie miala), nagle wykrzesal rezerwy energii i przeszedl jeszcze dzielnie ostatnia uliczke. :D
Dobrze, ze chociaz nauczyciele, przewidujac takie szalenstwo, nie zadali Potworkom pracy domowej...

A do naszych drzwi dzieciaki pukaly jeszcze o 20:30, ale wtedy byly to juz hordy nastolatkow rownych ze mna, ktorym strach bylo otwierac i ktorych mialam ochote zapytac, czy nie sa przypadkiem za starzy na takie zabawy. ;)

Kolejnego dnia nie dane bylo mi odpoczac, bowiem u nas 1 listopada to normalny, pracujacy dzien. Wyladowalam wiec w robocie, a poniewaz dla Kosciola to jednak swieto, M. nie mogl odpuscic sobie wieczornej mszy. Na 19 jechalismy wiec jeszcze do kosciola, ale z mszy, z racji zmeczenia calym dniem, nie wynioslam nic. Bez sensu ona byla, no ale czego sie dla meza nie robi... :/
A przed msza jeszcze poszlam z Potworkami do sasiadow. Byl to bowiem wlasciwy dzien urodzin psiapsiolki Bi, na ktorej urodzinach bylismy tydzien wczesniej. Tak, to te urodziny na zewnatrz w pazdzierniku... ;) W kazdym razie sasiedzi sa chyba lekko nawiedzeni, bo oprocz sporego przyjecia, jeszcze we wlasciwy dzien urodzin uparli sie zrobic corce male spotkanie dla ulubionych kolezanek. Tym razem u siebie w domu.

Impreza

Nik tez dostal zaproszenie, ze tak powiem, rykoszetem, bo ulubionym kolega Anani na pewno nie jest. ;) Ale ze zaproszona byla Bi, to zaprosili i Nika. Ktorego zreszta probowalam zniechecic opowiadajac, ze beda same dziewczyny, ale go nie przekonalam. W sumie, trudno sie dziwic. Sa dzieciaki, jest pizza oraz babeczki, to jak tu zrezygnowac?! No hello matka!!! :D Okazalo sie jednak, ze Nik skumal sie z mlodsza siostra solenizantki. Wszystkie prawie dziewczyny byly w wieku Bi, a wiec starsze i razem ganialy po domu. Kokus za to zaszyl sie w kacie z o rok mlodsza od siebie Anika i razem grali w gry na tablecie. Oczywiscie starsze dziewczyny szybko to podlapaly spiewajac, ze "Nik and Anika, sitting in a tree, K-I-S-S-I-N-G". Jak przeliterujecie "kissing" (po angielsku oczywiscie) okaze sie, ze to taka dziecieca, wkurzajaca rymowanka. Mala siostra solenizantki zupelnie sobie nic z dokuczania nie robila, ale Nik az sie poplakal... Ochrzanilam zdrowo Bi, ale watpie, ze cos dotarlo... :/
Kiedy jednak na pozegnanie gospodarze pstrykali dzieciom grupowe zdjecie, Anika uparla sie zeby usiasc obok Nika, a on tez nie protestowal. Slodziaki. ;)

W piatek w koncu moglam wieczorem odpoczac.
Czyli odrabialam z Potworkami lekcje do polskiej szkoly, haha. Na szczescie tym razem jakos malo mieli zadane. Za to na te sobote - olaboga! Bi ma chyba 5 stron z cwiczen, nauczyc sie czytanki oraz pisania z pamieci zaznaczonych slow, bowiem czeka ja... dyktando! :O Zalamalam sie, kiedy to przeczytalam... Nauczyciele w polskiej szkole rzeczywiscie powaznie podchodza do zadania nauczenia dziatwy jezyka ojcow. Tyle, ze to ci ojcowie (i matki) wlasnie, siedza i tluka potomstwu do glowy polskie slowka... :(

Ostatnia sobota i niedziela byly jednym z tych weekendow, gdzie poza polska szkola nie mielismy zadnych planow, wydawalo sie wiec, ze bedzie tyyyle czasu, a koniec koncow dwa dni uciekly niewiadomo gdzie i kiedy. Serio! W sobote odkurzylam chalupe oraz umylam podlogi oraz wstawilam 3 ladunki prania. W niedziele, po kosciele pojechalismy do sklepu po kolejne duperele lazienkowe, wiec troche czasu tam ucieklo. Potem, choc raz udajac dobra zone, zabralam sie za gotowanie grochowki. No, jakos ostatnio za mna chodzila. ;) W miedzyczasie zas szukalam przepisu pozwalajacego na zuzycie reszty masy twarogowej. Kupilam jej bowiem cale kilogramowe wiaderko do torta, a okazalo sie, ze krem potrzebowal tylko 300 g. Na sernik zostalo tego za malo, ale wyszukalam przepis na babeczki sernikowe. I wiecie co? To byl HIT! Smakowaly i mi i mojemu tacie - sernikozercy i nawet M., ktory kiedy je pieklam krecil nosem, ze dlaczego nie moglam upiec jakiejs "normalnej" babki na oleju, tylko znowu wymyslam babeczki. ;) Potworki oczywiscie podziubaly, podlubaly i chociaz oboje oswiadczyli, ze dobre, to polowe zostawili. Ale i tak, z 12 babeczek upieczonych wczesnym popoludniem, do wieczora zostala... jedna. ;) Mysle, ze to o czyms swiadczy.

Samotny niedobitek ;)

Jak wspomnialam wyzej, bylismy w markecie budowlanym po pare pierdol do lazienki. Z ulga moge napisac, ze w koncu projekt dobiega konca! Wreszcie!!! Z prac wymagajacych wiekszego wysilku zostalo wstawienie drzwi prysznicowych, poza tym to juz wykonczeniowki.

Tak prezentuje sie kabina - tu jeszcze przed polozeniem fugi i zainstalowaniem baterii

Po takie pierdoly, jak obramowania do brodzika oraz kafelkow wlasnie pojechalismy. Niestety nadal nie wybralismy nowego lustra, wiec czeka nas kolejna wycieczka. Ale teraz juz jest naprawde blizej konca niz dalej.
Zamiast paskudnej, starej i obdrapanej szafki, jest nowa, zgrabna i nowoczesna:

Nowa szafka

Nie moge uwierzyc, ze az tyle czasu to M. zajelo, ale oczywiscie pracowal glownie w weekendy oraz wieczorami po pracy, kiedy zanim dobrze zaczal dzialac, to juz musial konczyc... Bylo tez kilka tygodni, gdzie cos schlo, albo czegos brakowalo a nie bylo czasu jechac do sklepu i projekt stal w miejscu. Tak to jest jak sie robi cos samemu, a nie wynajmuje ekipy. Oszczedza sie sporo kasy, poza tym wie sie, ze na pewno wszystko jest zrobione z uwaga i dokladnie, ale zajmuje to duuuzo wiecej czasu. Za dwa tygodnie mamy Thanksgiving i M. twierdzi, ze przed nim chcialby skonczyc. Ciekawe, czy mu sie uda... ;)

Skoro juz o mowa o fachowcach i ich pracy, to dwa domy od nas, cos robia. Codziennie rano kiedy czekam na autobus dzieci, podjezdza auto ze sprzetem, wysiada z niego grupka panow i... ci panowie stoja, pija kawe, pala papieroska... Pewnego dnia zaczelysmy z sasiadka rozmowe na temat tego, co moga porabiac owi fachowcy. Kilka tygodni temu bowiem wymieniali kawalek dachu oraz obicie komina. Teraz jednak nie widac, zeby robili cokolwiek na zewnatrz. W kazdym razie stwierdzilam, ze cos tam na pewno robia, ale w sumie to nie wiem, bo widze ich chwile rano, a jak wracam o 16:30 to juz ich nie ma. Na to moja sasiadka zaczela sie smiac, ze ona czesto jedzie do pracy dopiero na 10 rano i oni nadal tak stoja pod domem, a jak wraca po 15 to juz odjezdzaja! :D
Tak to jest z tymi fachowcami i ich "praca". Wole juz chyba jak moj M. dlubie po trochu przez 2 miesiace. Przynajmniej wiem dokladnie co i kiedy robi... ;)

Ogromny dylemat mielismy z kolorem scian. Poczatkowo chcielismy zostawic ten, ktorym juz byly pomalowane. Poniewaz jednak M. musial gdzieniegdzie sciany poprawic i wyrownac, zostaly biale placki. Okazalo sie niestety, ze choc poprzedni wlasciciele zostawili kilkanascie puszek z roznymi farbami, to akurat tej nie. :/ Pojechalismy wiec do marketu ponownie, poszukujac koloru. Zgodni bylismy tylko w tym, ze nie mogl sie zlewac z kaflami, odpadaly wiec wszelkie brazy i szrosci. W ktoryms momencie M. wyciagna palety w odcieniach... fioletu! :O Oczywiscie Bi szybko podlapala, ze jej sie taki kolor bardzo podoba. :D
Dawno, dawno temu, sama wybralam fiolet do lazienki taty, kiedy urzadzal sie w swoim domu. ;) Teraz jednak liliowy ani fiolkowy zupelnie mi nie lezal i po dlugich debatach, stwierdzilismy, ze moze zielonkawy?
No i jest. M. narzeka, ze za zimny, a ja... sama wybralam ten odcien, ale tez nie podoba mi sie on w 100%. Nie mam jednak pomyslu na inny, wiec zostaje. ;)
Odcien jest taki... mietowy, choc ciezko bylo go dobrze oddac na zdjeciu:



Na wiekszych pustych miejscach zawiesi sie obrazki, na oknie zaslonke i bedzie ladnie. Przynajmniej taka mam nadzieje. ;)

Co jeszcze...

Organizacja (a raczej jej brak) w druzynie plywackiej Bi wkurza mnie niemilosiernie... Wielokrotnie pisalam juz o szkole codziennej oraz polskiej, ze nic nie dziala mi tak bardzo na nerwy, jak brak informacji... Kiedy z obiema szkolami wszystko w miare sie wyklarowalo, to zachcialo mi sie zapisac corke do druzyny plywackiej. I zaczelo sie od nowa...
Dostalam maila z lista zawodow tej jesieni i zimy. Ok, ale sa tam tylko daty, natomiast brak adresow oraz godzin. Pierwsze zawody sa juz w te sobote, ale te odpuszczamy, bo musialabym na nie pedzic z Bi zaraz po polskiej szkole, a to wydaje mi sie troche za duzo jak na jeden dzien. W koncu, we wtorek dostalam kolejnego maila z adresem basenu. Ktory to moze jednak ulec zmianie! Konkretna, potwierdzona lokalizacje podadza... w piatek, dzien przed zawodami!
Oprocz braku informacji, drugie miejsce we wkurzaniu mnie, zajmuja informacje podawane na ostatnia chwile, wiec slyszalnie zazgrzytalam zebami, kiedy to przeczytalam. ;)

Poza tym, informacje rozsylane sa czesciowo przez koordynatorke z klubu gdzie Potworki maja plywanie, a czesciowo przez glownego trenera (ktory malo kiedy kogokolwiek trenuje i w ogole jest dosc enigmatyczna postacia). Na liste kontaktow tego ostatniego nie mialam jeszcze przyjemnosci trafic, wiec ominela mnie np. lista do zapisow na zawody. :/
Koordynatorka mojego maila ma, ale co z tego, kiedy przykladowo w zeszly piatek wyslala wiadomosc do rodzicow, ze w niedziele ma sie odbyc dodatkowy trening ze skokow do wody i ta wiadomosc jakos do mnie nigdy nie dotarla. O treningu dowiedzialam sie 20 minut przed startem i  to tylko dlatego, ze mama kolezanki Bi napisala do mnie z pytaniem czy tam bedziemy. No niestety, NIE bylismy, bo znajdowalismy sie 40 minut drogi od basenu (innego niz nasz staly), w ktorym trening sie odbywal. :/

Zreszta, nawet kiedy informacje otrzymuje, czesto sa one tylko czesciowe. Dla przykladu, w jednym z maili napisane bylo, ze jesli opuscilo sie przymiarke klubowych strojow, zeby zglosic sie do sklepu sportowego, skad klub je zamawia. Poniewaz na treningi dzieciaki maja ubrane zwykle stroje, uznalam, ze stroje klubowe wymagane sa na zawody. Napisalam do koordynatorki czy dzieciaki musza miec wtedy specjalne stroje, bo nie wiem kiedy Bi bedzie miala swoj, a ona odpowiedziala, ze nie, na zawody nie sa one potrzebne... Ok, to wobec tego na jaka to specjalna okazje sa one wymagane?! Bo skoro robia specjalne przymiarki lub prosza zeby je samemu zamowic, to robia to w jakims celu? Przynajmniej tak podpowiada logika. Wyslalam do koordynatorki - Stephanie, kolejnego maila z zapytaniem o celowosc klubowych strojow, ale poki co, nie doczekalam sie odpowiedzi. Narazie stroju Bi nie zamawiam, bo okazuje sie, ze kosztuje on okolo $60! Myslalam, ze sie przewroce! Dopiero co zamowilam Bi nowy stroj na treningi (bo z wakacyjnego pomalu robi sie szmatka), zaplacilam za niego $25 i juz tyle wydawalo mi sie sporo za taki maly kawalek materialu. Ale placic prawie 3 razy wiecej?! Poki co czekam na odpowiedz Stephanie, bo skoro klubowy stroj nie jest wymagany ani na treningi, ani na zawody, nie widze powodu zeby wydawac takiej kasy ot, tak sobie. ;)

W tym tygodniu rowniez sporo sie dzieje, ale mysle, ze zostawie go juz sobie na kolejny raz. W kazdym razie czekam juz na Swieto Dziekczynienia i 4-dniowy weekend jak na zbawienie... ;)

piątek, 2 listopada 2018

Jestem siedem. Siedem i pol.

Tak Bi okresla swoj wiek. :D Oczywiscie wine za to ponosi doslowne tlumaczenie z angielskiego: "I'm seven and a half". ;)


A ja po prostu nie nadazam. Tak jak moi rodzice zatrzymali sie dla mnie na 45ciu latach, tak o Bi ciagle mysle jako o 6-latce. A przeciez ona za pol roku skonczy juz lat 8! :O

Stan stalego uzebienia to na dzien dzisiejszy dolne jedynki i dwojki oraz gorne jedynki (no, jedna jest nadal ledwie widoczna). Na miejscu jednej gornej dwojki jest luka, a druga - nadal mleczna, kiwa sie, ale uparcie trzyma.
Jesli o cechach fizycznych mowa, to ostatnio strasznie niszcza sie jej wlosy. Mysle, ze wine za to ponosi glownie basen, ale latem przeciez tez plywala na basenie publicznym, naszym przydomowym, a oprocz tego w jeziorze oraz oceanie. Nie bylo zbiornika wodnego, ktoremu Bi by przepuscila. ;) Dodatkowo, cale prawie lato miala lekcje plywania. A wlosy sie trzymaly. Ostatnio zas zauwazylam, ze sa potwornie sztywne i szorstkie. No i poranne rozczesywanie to koszmar. Doszlo do tego, ze na noc zwiazuje jej kudelki w luzny warkocz, zeby choc czesciowo ulatwic czesanie. Do tego odzywka, a na basenie obowiazkowo czepek. Cale lato Bi plywala bez czepka i nie wiem czy to TO nie spowodowalo fatalnej kondycji jej wlosow. A ze przed Komunia wolalabym nie poddawac ich jakims drastycznym cieciom, to trzeba o nie zadbac. ;)

Niestety, wagi nie posiadam, wiec nie wiem ile Bi obecnie wazy. Nadal jest "nabita". Chyba juz po prostu ma taka budowe, ze musialaby sie glodzic, zeby zostac chuderlakiem. Wcale nie je niewiadomo ile, ma mnostwo ruchu, ale cialka tez jej nie brakuje. ;)
Nasza nascienna miarka, ktora pieczolowicie przewiozlam ze starego domu, nadal nie znalazla ostatecznego miejsca do przyczepienia, wiec nie wiem tez ile Bi urosla od ostatniego bilansu, w czerwcu. Coz, mieszkamy tu w koncu "dopiero" 8 miesiecy... :D

Odpukac w niemalowane, chyba nareszcie w pelni zaaklimatyzowala sie w nowej klasie i przy nowej pani. Wywiadowki mamy w polowie miesiaca, wiec dopiero wtedy dowiem sie od wychowawczyni czegos konkretnego. W kazdym razie (odpukac!) od dluzszego czasu nie zdarzylo mi sie otrzymac telefonu od pani, ze Bi nie chce wejsc do klasy lub placze bez powodu w ciagu lekcji.
Starsza nadal jest matematyczna "zyleta" i prace domowe z tego przedmiotu odrabia sama. Wrecz wscieka sie, ze mam ich nie sprawdzac, bo przeciez pani sprawdzi. Ja zas wiem, ze czesto Bi w pospiechu "gubi" cyferki, upieram sie wiec rzucic okiem. Zreszta, nie chce zeby wygladalo to jakbym zupelnie olewala lekcje corki, a jesli zostawie niepoprawione bledy to takie wlasnie bedzie wrazenie. Atmosfera przy odrabianiu jest wiec goraca. ;)
W tym roku bardzo malo maja zadawanego do domu pisania, ale nawet z tej odrobiny widze, ze Bi nadal ma z tym problem. Czytanie rowniez dalej kuleje. Obawiam sie, ze wkrotce mlodszy o 1.5 roku Nik bedzie czytal lepiej od niej... :/ Nie moge jednak powiedziec, ze nie widze postepu. Ten, owszem, jest. Pomalu, swoim tempem, idzie wiec Bi do przodu... A ja czuje wyrzuty sumienia, bo wracajac do domu o 16:30, pomiedzy lekcjami, jedzeniem oraz chociaz czesciowym ogarnianiem chaosu w pokojach, mam naprawde malo czasu na pocwiczenie z nia czegokolwiek dodatkowego. A nie chce odbierac jej tej chwili oddechu na zabawe. Tym bardziej, ze teraz w poniedzialki oraz srody, wieczory mamy dodatkowo skrocone przez basen.
Weekendy oczywiscie rzadza sie swoimi prawami. W soboty rano Potworki maja polska szkole, wiec po poludniu chce im dac zupelna swobode. Niech odpoczna po calym tygodniu. W niedziele zas, zazwyczaj dopiero pod wieczor przypomina mi sie, ze Bi musi jeszcze pocwiczyc choc chwilke skrzypce, bo nastepnego dnia ma lekcje. ;)

Skrzypaczka ;) Nie wiem dlaczego nauczycielka pozwala dzieciakom trzymac skrzypce w taki dziwny sposob. Moze po prostu stabilniej trzymaja sie wowczas ramienia?

I choc mentalnie czesto biczuje sie z powodu tego ciaglego biegu, to przeciez wiem, ze u nas i tak nie jest najgorzej. Znam rodziny, gdzie rodzice pracuja, a dzieci maja codziennie jakies zajecia. Czasem nawet po dwa rozne kolka zainteresowan jednego popoludnia. Kiedy te dzieci odrabiaja lekcje i cwicza czytanie? O ktorej klada sie spac?
Z Bi tez jest dodatkowy problem, ze to kaczerbicha. Nik, kiedy wolam, zeby przyszedl pocwiczyc ze mna to i owo, grzecznie (choc bez entuzjazmu) idzie. Bi od razu robi awanture. Rzuca sie, ze a dlaczego, ze ona nie chce, nagle jest straaasznie zmeczona, a ja jestem najgorsza matka swiata. ;) Zamiast siasc i popracowac przez 15 minut, ona marudzi przez pol godziny. Przyznaje, ze kiedy mam gorszy dzien, na jej bunt zylka zaczyna mi pulsowac i konczy sie ostra awantura...

Ogolnie, jesli o szkole chodzi, Bi idzie po najlzejszej lini oporu. Dla przykladu, w zadaniach domowych czesto Potworki maja trudniejsza czesc, zaznaczona jako "challenge". Nik zawsze upiera sie, zeby ta czesc zrobic, nawet jesli za cholere jej nie kuma (niestety, nie ma on zmyslu matematycznego siostry). Nie wazne, ze zadanie rozwiazuje praktycznie JA, niewazne, ze czasem mamy zabiegany wieczor i (niezbyt pedagogicznie) mowie mu, zeby dal sobie spokoj. Nie, on chce je zrobic i koniec. A Bi? Nie, bo to jest dodatkowe, wiec ona nie musi. Nawet kiedy juz na oko widze,ze zadanie to bedzie dla niej pestka. "Nie, pani mowi ze nie trzeba, wiec ona nie bedzie robic". To w skrocie podejscie mojej corki. Ciekawe, ze ogolnie jest ambitna, w sensie, nie znosi sie mylic i byc poprawiana. Ale jesli chodzi o lekcje, to nie wlozy w nie ani grama wiecej wysilku, niz jest to absolutnie konieczne. ;)

 Dosc zaskakujacym jest to, ze Bi, mimo ze czyta slabo, lubi to robic sama dla siebie. Cwiczenie czytania z mama to oczywiscie wielkie NIE, ale dla samej siebie? Prosze bardzo. Niestety, w swoim uwielbieniu dla serii ksiazek o zwierzetach, wybiera czesto lekture duzo trudniejsza niz dla II klasy. Jedna z jej ulubionych serii znalazlysmy np. w dziale dla klas IV. Najwazniejsze jednak, ze jej to nie zniecheca, chociaz zastanawiam sie ile ona z tych ksiazek tak naprade wynosi. ;)

Jesli juz mowa o szkole, to nie mozna nie wspomniec o tej polskiej. Coz... do niej Bi ma poki co stosunek, hmm... ambiwalentny. Zreszta, zmienia sie on z tygodnia na tydzien. Niestety, Bi jest juz na tyle duza, ze zdaje sobie sprawe, ze polska szkola zabiera jej czesc weekendu. Zawsze kiedy odbieram Potworki, pyta mnie co robilam w czasie, kiedy oni uczyli sie polskiego. Zupelnie jakby zazdrosna byla, ze oni musza isc do szkoly, a ja mam wolne. Odpowiadam wiec ostroznie (i zgodnie z prawda), ze robilam zakupy, wstawialam pranie, odkurzalam, itd. Nic fajnego. ;) Amerykanscy koledzy tez dokladaja swoje trzy grosze. Ktorys z chlopcow uslyszal jak Bi mowi o polskiej szkole do swojej nauczycielki. Szybko podchwycil temat i z drugim kolega zaczeli jej dokuczac, ze oni w sobote rano to jada na lody i do kina, a ona musi do szkoly, hehehe. Wredni gowniarze. :/ Bi poplakala sie, kiedy mi to opowiadala, bo nalozylo sie to dodatkowo na stres przed wystepem z okazji pasowania na ucznia. Jakbym dorwala malych skurczybykow, to pourywalabym im puste lebki. Tym bardziej, ze wiem, ze mowili to zlosliwie, bo wiekszosc amerykanskich dzieciakow w soboty rano ma zajecia sportowe. Malo ktore maja wolne weekendy.
Kiedy odbieram Bi z polskiej szkoly, zawsze jest jednak zadowolona, sciska kolezanki na pozegnanie i nagle okazuje sie, ze lubi tam chodzic. Czyli jej odczucia zmieniaja sie jak choragiewka na wietrze. ;) Ze swojej strony opowiadam jej, ze w tej szkole tez nie bedzie samej nauki. W grudniu beda mieli wizyte Mikolaja, Wigilie oraz akademie swiateczna, w styczniu bal karnawalowy, na Wielkanoc beda szukac jajek, a poczatek czerwca to same wycieczki klasowe w rozne, fajne miejsca. Mam nadzieje, ze te atrakcje pomoga w przyszlosci Bi sie obronic i odpyskowac dokuczajacym kolegom. ;)

Bi przed pasowaniem na ucznia - spodniczka pozyczona ze szkoly

Ku mojemu kolejnemu zaskoczeniu, ostatnio Bi przestala niemal zupelnie rysowac. A myslalam, ze porozwalane wszedzie kartki, mazaki oraz kredki, to juz zawsze bedzie nieodlaczny element wystroju naszego domu. ;) Nie pamietam juz kiedy ostatnio przyniosla mi jakis obrazek. Nawet laurke dla dziadka na urodziny, ktora zreszta sama uparla sie narysowac, naszkicowala tylko byle jak olowkiem. Na moje pytanie dlaczego nie wlozy w nia troche wiecej serca, obruszyla sie, ze przeciez ona sie tak starala! Taaaa... :/
Jej nowa miloscia sa klocki Lego. Pol pokoju ma nimi zasypane, a ona siedzi i uklada. Konstruuje cale apartamenty, posiadlosci wrecz i dorabia do nich scenariusze. :)

Kolejna miloscia jest tez oczywiscie basen. To nie do wiary jak ona kocha plywac! Najwieksza kara jest napomknienie, ze bedzie musiala opuscic trening. Nawet nie wspominam jej, ze co tydzien omija ja sobotni, bo zaraz zakrzyknelaby, ze woli jechac na basen zamiast do polskiej szkoly. ;)
Na poczatku listopada sa pierwsze zawody, nie wiem jednak czy Bi w nich wystartuje. Wtedy bedzie cwiczyc z grupa zaledwie 3 tygodnie. Nie chce jej zniechecac ewentualna przegrana. Porozmawiam najpierw z jej trenerem i zobacze jak on sie na to zapatruje.

Bi jest strasznym nerwusem. O byle bzdure wpada we wscieklosc. Czasem nie nadazam za jej emocjami, czasem doprowadzaja mnie one do szalu, ale faktem jest, ze wystarczy ulamek sekundy zeby w jej oczach pojawily sie lzy zlosci i zeby az zapowietrzala sie z furii. Taki maly przykladzik. Jakis czas temu uznalam, ze dosc juz uslugiwania potomstwu. Niech i oni naucza sie troche dbac o porzadek wokol siebie oraz pilnowania obowiazkow. Nic spektakularnego na poczatek, ot musza znosic po sobie talerze oraz kubki po posilku, odkladac na miejsce buty (zamiast rzucac byle gdzie w korytarzu), zanosic do sypialni pizamki itp. I powiem Wam, ze widac od razu, ze rozpiescilismy Potworki okropnie, bowiem te drobne czynnosci generuja w najlepszym wypadku przewrot oczami, a w najgorszym foch lub awanture. Jesli o Bi chodzi, to uznalam tez, ze II klasa zobowiazuje i oznajmilam, ze po odrobieniu lekcji, musi sama spakowac kartki do foldera, a ten wsadzic do plecaka. Od poczatku kariery szkolnej Potworkow robilam to ja i potem mamy takie "kwiatki", ze kiedy Nik nie przyniosl pracy domowej, powiedzial Pani, ze mama zapomniala mu jej spakowac. Pieknie. :D
Taka niby pierdola, a od poczatku roku co jakis czas powtarza sie o nia awantura. Mam wrazenie, ze to swoisty pokaz sily. Bi czeka az trafi mi sie slabszy dzien i dla swietego spokoju zrobie to za nia. Poki co sie nie daje. ;)
Oprocz tych drobiazgow, Starsza sama z wlasnej woli zaczela scielic swoje lozko, a pizamke skladac w kostke. I wszystko super, tylko moja Dama uznala, ze nalezy jej sie z tego tytulu jakis specjalny poklask (zawsze ja chwale, zeby nie bylo). Kiedy pewnego popoludnia zawolalam ja i wskazalam porzucone na stole, nie spakowane lekcje, Bi natychmiast wpadla w furie i krzyknela, ze to ja mam je spakowac.
No niedoczekanie...
Spokojnie oswiadczylam, ze to sa jej lekcje i jest na tyle duza, zeby pamietac o ich pakowaniu. Na to Bi ze lzami wscieklosci rzucila mi, ze "Ja wszystko rano robie, to po poludniu ty masz wszystko robic!" I wygarnela, ze ona zanosi talerz oraz kubek po sniadaniu i scieli swoje lozko! Biedactwo, przepracowane jest. ;)
Odpowiedzialam, ze to ladnie, ze dba o porzadek, ale to nie ma nic wspolnego z lekcjami. To jej praca domowa i to ona ma ja sobie schowac do plecaka. Bi zapiera sie, ze nie spakuje. Ja wzruszam ramionami, ze wobec tego pojdzie do szkoly bez odrobionej lekcji. Bi mieknie, ale probuje jeszcze negocjowac, ze "To ja spakuje kartke do foldera, ale ty wlozysz folder do plecaka". Brzydka mama nie ustepuje i w koncu, po 10 minutach awanturowania sie, Bi w koncu pakuje swoje lekcje. Niestety, co kilka dni cos w nia wstepuje i rozkreca afere od nowa.

Jak widac, wyhodowalam sobie "Ksiezniczke". ;) Czas juz chyba na pierwsze regularne obowiazki domowe i drobne kieszonkowe (o ktore Bi dusi mnie juz jakis czas). Szczegolnie, ze...

Bi jest okropna materialistka. Nie zna jeszcze dokladnie wartosci pieniadza, ale lubi ciulac dolarki w skarbonce. Latem malowala kamyki oraz muszle i jakis cudem wycyganila od Nika jego wszystkie zaskorniaki bawiac sie w sklep. :D
Za to wydawac swojej kaski juz nie bardzo lubi. ;) Co chwila wyskakuje z prosba o kupno tego czy tamtego. Zaczela tworzyc liste dla Mikolaja i ta lista, moi drodzy, dluga jest, ze prosze siadac. W szkole maja kiermasz ksiazek i tu rowniez Bi spisala liste pozycji, ktora w sumie dala "skromna" cene $100. I jak normalnie na ksiazki nie zaluje, to tu postawilam weto. Lista Bi bowiem zawierala chyba ze 3 pamietniki oraz kilka bezwartosciowych pozycji, atrakcyjnych dla dzieci tylko ze wzgledu na dolaczone do nich bzdurne zabaweczki. Kiedy "ucielam" jej fundusze i powiedzialam, ze musi wybrac z listy tylko kilka pozycji, obrazona oswiadczyla, ze kupi sobie z wlasnych pieniedzy. Tutaj jednak odezwalo sie rodzinne (od strony tatusia, hehe) skapstwo. Bi pytala ile bedzie musiala wylozyc z wlasnych pieniedzy zeby kupic sobie 4, potem 3, a w koncu 2 ksiazki, ale tak ciezko bylo jej rozstac sie z kazdym uciulanym dolarkiem, ze wreszcie z westchnieniem oznajmila, ze kupi sobie... jedna. :D

Takie to zycie z siedmiolatka. Pyskate to, awanturnicze, ale jednoczesnie nadal straszliwie przytulasne. Kiedy rano widzi nadjezdzajacy autobus, natychmiast az przytupuje, wyciagajac ramiona i wolajac "Mama, huggie!!!" I nie moge jej od siebie odkleic az autobus zatrzyma sie i otworzy drzwi. Wtedy jeszcze konieczne sa ze trzy buziaki i w koncu wsiada do wehikulu. ;) Podobnie wygladaja nasze wieczorne pozegnania. Nik laskawie przyjmie buziaka i odpowie, ze tez kocha, po czym odwraca sie na bok i daje znac, ze wlasciwie to mozesz sobie juz matka isc. Bi trzeba kilkanascie razy przytulic, wycalowac, w dodatku wlasnie wtedy zazwyczaj bierze ja na wspominki tego, co dzialo sie przez caly dzien, a po szkolnych opowiesciach rytual buziakow i przytulaskow trzeba przeciez odegrac od nowa. Co wieczor zegnamy sie jakbysmy mialy nie widziec sie przez miesiac, a nie przez kilka godzin. ;)

I wiecie co? Co wieczor tak sie wlasnie czuje. :)