Oficjalnie zaczal sie najbardziej zwariowany miesiac w roku. ;) Zamiast sie uspokajac i wyciszac adwentowo, jak zwykle mam wrazenie, ze przez kazdy grudzien pedze niczym na kolejce gorskiej i w Swieta wpadam z wywieszonym do ziemi jezorem oraz zawrotami glowy. ;)
O czym musze pamietac w grudniu?
6 - Mikolajki! Chociaz to w sumie radocha tylko dla dzieci... ;)
8 -
pajama dzien polaczony z akcja charytatywna w szkole Potworkow. Jak na zlosc dopadlo mnie zacmienie umyslu i ich "swiateczne" pizamki dalam im do spania. Czyli musze pamietac, zeby najpozniej w czwartek wyprac je i wysuszyc. ;)
12 - Bi do dentysty. Mam cicha nadzieje, ze dentystka "pomoze" nieco Bibusiowej prawej gornej jedynce, ktora wisi juz niemal w poprzek, ale uparcie sie trzyma. :D
15 -
winter crafts with parents w klasie Kokusia. Musze sie urwac wczesniej z pracy.
18 - bilans 5-latka z Nikiem. Normalnie wyslalabym go z M., ale kilka miesiecy temu dostalam list, ze nasza pediatra odchodzi na emeryture pod koniec roku. Chce osobiscie podziekowac jej za te 6.5 roku. Byla lekarzem moich dzieci od ich narodzin, przez lata nauczylam sie jej ufac i przyznaje, ze jej diagnozy (choc czasem mialam watpliwosci) nigdy mnie nie zawiodly. A teraz czeka nas wybor nowego pediatry i ciezko bedzie kogosc nowego obdarzyc takim kredytem zaufania. ;)
Poza tym, tak po ludzku przywiazuje sie do ludzi i smutno mi sie zegnac. Nawet jesli jest to lekarz, ktorego widywalam tylko kilka razy do roku podczas wizyt lekarskich dzieci...
Nastepny weekend bedzie szalony. W sobote rano gimnastyka Bi, a potem jedziemy na przyjecie urodzinowe jej kolezanki z klasy. Przeszlo mi przez glowe, zeby odpuscic sobie te impreze, ale ze dziewczynka jest jedna z ulubionych kolezanek Bi jeszcze od zerowki, a w zeszlym roku jakos tak sie zlozylo, ze nie moglismy byc na jej przyjeciu, stwierdzilam, ze w tym roku wypada sie zrehabilitowac. Tym bardziej, ze z jej mama czesto gadalam po odbiorze dzieciakow ze szkoly, a jej 3-letni braciszek uwielbia Kokusia i na placu zabaw chodzil za nim krok w krok. :) No i jako jedni z zaledwie 6 dzieci z klasy Bi, byli na jej urodzinach w maju.
Zastanawia mnie, ze ludziom chce sie w ogole organizowac przyjecia o takiej szalonej porze roku. Ja o Kokusiowych pomysle gdzies w styczniu. Teraz nie mam do tego glowy. :) Tymczasem, wczoraj otrzymalam smsa z zaproszeniem na kolejne, tego samego dnia! :O Nasi sasiedzi (z ktorymi, wraz z nadejsciem zimniejszej pory roku, na szczescie stosunki znacznie sie ochlodzily ;P) obudzili sie i zaprosili Potworki na urodziny corki (ma je tego samego dnia, co Nik! :D). Niestety, sorry Batory, ale tydzien wczesniej to zdecydowanie za pozno. Przyjecie praktycznie o tej samej porze, co kolezanki z klasy Bi, wiec zmuszona bylam odmowic. I w sumie odetchnelam z ulga. ;)
Na niedziele zas, zapisalam Potworki na doroczne "Christmas Party" dla dzieci, organizowane przez nasz kosciol i dopiero podczas
Thanksgiving, kiedy zapraszalam dziadka oraz ciotke M. na urodziny Kokusia, dotarlo do mnie, ze to TEN SAM dzien! :O Na szczescie przyjecie jest wczesnym popoludniem, a na urodziny i tak nie planowalam nikogo zapraszac na obiad, tylko na tort i kawe, ale mimo wszystko, bedzie to dzien w biegu, zdecydowanie... ;)
A pomiedzy tymi wiekszymi i mniejszymi wydarzeniami, oczywiscie praca do 15 oraz normalne, domowo - szkolne obowiazki.
Pozniej zas, zostanie nam ostatni "wolniejszy" (mam nadzieje) weekend przed Swietami, ktory i tak pewnie spedze w kolejkach w polskich sklepach. Taki urok naszej polskiej Wigilii, ze skladnikow na tradycyjna wieczerze, raczej nie dostanie sie w hamerykanckim supermarkecie. ;)
Poza tym, M. wymyslil sobie, zeby pojechac na prawdziwa "farme" z choinkami i uciac wybrane przez Potworki drzewko! Tylko prychnelam na te propozycje... Kiedys juz tak pojechalismy. Chyba bylam wtedy w ciazy z Bi i pamietam tylko, ze bylam zmarznieta i zla jak osa, a drzewko wcale nie prezentowalo sie lepiej niz te z przydroznych "straganow". ;) M. jednak podpuszcza, ze ach, taka mila bylaby tradycja, a przy okazji spacer na swiezym powietrzu, Potworki bylyby zachwycone, itd. Tiaaa... Jakos moja wizja odbiega troche od tego idealu... Widze dzieciaki ganiajace jak wsciekle pomiedzy choinkami, mnie biegajaca za nimi nawolujac i stresujac sie, ze ktores sie zgubi (te farmy choinkowe sa ogromne!), a potem Potwory klocace sie o to, ktora choinka bedzie najlepsza! :D
Gdzies w to szalenstwo, przydaloby sie jeszcze wcisnac wieszanie swiatelek przed domem, pieczenie piernikow oraz robienie ozdob z dziecmi. Tylko kiedy? ;)
*
Poza tym, kilka ostatnich zdarzen, jeszcze z koncowki listopada oraz zaraz pierwszego dnia grudnia:
Dostalismy list ze szpitala, zaadresowany tajemniczo do... Nika. Poniewaz moj syn jest mocno maloletni i z reguly nie otrzymuje korespondencji, spowodowalo to lekka konsternacje. A jeszcze wieksza po otwarciu listu, ktory okazal sie czekiem. Do czeku dolaczony byl krotki liscik, ze skasowali nas za cos, co powinnno pokryc ubezpieczenie, przepraszaja i oddaja dlug lacznie z odsetkami. I tyle. Ani szczegolow, za co zaplacilismy, ani kiedy to bylo.
Poniewaz, kiedy ktos wrecza mi kase "za darmo" robie sie podejrzliwa, zadzwonilam. Chcialam sie upewnic, ze to nie jakies oszustwo. Albo pomylka. Nie bylabym zbyt szczesliwa, gdyby za kilka lat okazalo sie, ze jednak musze im te kase oddac. Plus odsetki rzecz jasna. Poza tym, ostatni raz bylam w tym szpitalu z Nikiem, kiedy wylal na siebie goraca herbate, 4 lata temu! :)
Zadzwonilam do szpitala, a tam niespodzianka. Czek jak najbardziej prawdziwy. Dodatkowo, okazalo sie, ze nadplata, za ktora oddaja pieniadze, byla jeszcze za POROD Kokusia! :O
Nie dowiedzialam sie w koncu tylko, dlaczego czek zostal wystawiony na Nika, skoro ubezpieczenie bylo na mnie i wszystkie oplaty za szpital przychodzily zawsze na moje imie...
*
W zeszlym tygodniu, Bi zostawila w szkolnym autobusie plecak. Jak mozna zapomniec calego plecaka? Nie wiem... Wiem za to, ze zauwazylam co sie stalo, kiedy Bi wyleciala z autobusu, przytulilam ja na powitanie i przy okazji pomacalam jej plecy, ktore okazaly sie... puste. W panice podnioslam glowe i ruszylam w strone autobusu... ktory wlasnie odjezdzal spod naszego domu... ;) Co teraz? Bi schowala sie do szafy, mowiac, ze na pewno jestem na nia zla, mimo, ze nie mialam na to nawet czasu, bo mozg przestawil mi sie na tryb: odzyskac plecak!
Wiecie, plecak jak plecak, niczego cennego w nim nie bylo, poza zadana praca domowa. ;) Chodzilo bardziej o zawracanie glowy z kupnem nowego, gdyby ten autentycznie zaginal. ;)
Punkt pierwszy, telefon do szkoly. Coz, oni pomoc nie moga, autobusy po rozwiezieniu ucznow, juz do szkoly nie wracaja. Telefon do firmy autobusowej. "Ach, nie ma sprawy, corka sobie plecak wezmie z autobusu rano..." No tak, tylko, ze rano Bi autobusem nie jezdzi. "Aaaa, no to rzeczywiscie problem..." :D
Na szczescie pani okazala sie pomocna i zobowiazala przekazac kierowcy, zeby rano zaniosl plecak do sekretariatu. Wykonalam wiec jeszcze jeden telefonik do rzeczonego sekretariatu, ze z rana dostana rozowy plecak, ktory jest podpisany, owszem, ale w srodku. ;) Rano M. pomaszerowal do w/w biura razem z Bi (bo sama sie wstydzila) i rzeczywiscie, zguba juz tam na nia czekala. :)
Ufff...
*
To ze zapomnialam sobie spakowac do pracy lyzeczki do jogurtu, to w sumie pikus, za to smieszny. :) Przez 11 lat w starej firmie przywyklam, ze podstawy, w stylu papierowe kubki, telerzyki, czy plastikowe sztucce, zapewnia szefostwo. Obecna praca nie zapewnia nic i nawet po pol roku, czasem o tym zapominam. Kiedy przyszedl wiec czas na drugie sniadanie w formie jogurtu, a w sniadaniowce nie znalazlam lyzeczki, ruszylam na poszukiwania. W naszym biurze nie ma oczywiscie nic, co przypominaloby sztucce (dobra, sa paleczki jednego z Chinczykow, ale umowmy sie, paleczkami jogurtu sie nie zje :D). Poszlam wiec do kacika w korytarzu, w ktorym znajduje sie wspolna lodowka, mikrofala oraz zaparzacz do kawy na kapsulki. Oraz kilka szafek. Przeszukalam wszystkie szuflady i znalazlam... same widelce! Normalnie kilka tuzinow widelcow i ani jednej, cholernej lyzeczki!!! :D Na szczescie jogurt mialam grecki, gesty i widelec dal rade. :)
Oczywiscie pracuje 5 minut od domu i moglam podjechac po te lyzeczke, albo, jeszcze lepiej, napisac do M., zeby mi ja przywiozl. Ale szczerze, mialam lenia, a malzonka nie chcialam fatygowac, z racji, ze nadal walczy z lazienka. ;)
*
Teraz widze sens wysylania listow do Mikolaja juz w listopadzie... :/
Bi od kilku juz miesiecy gadala o kemperze dla Barbie. Najpierw strwierdzilam, ze tyle kasy za kawal (ogromny!) plastiku, ktory predzej czy pozniej wyladuje w kacie, to stanowczo za duzo. Kiedy jednak Bi konsekwentnie sie o niego dopraszala, zmieklam. Stwierdzilam, ze kurcze, TERAZ jest ten czas na spelnianie marzen prezentowych. TERAZ, poki jeszcze wierza w Mikolaja! Za kilka lat powiem im prosto z mostu, ze za drogo, czy bez sensu. Ale poki co, oni naprawde wierza, ze staruszek w czerwonym kubraku przynosi te prezenty! Jak wytlumaczylabym im, ze dostali cos zupelnie innego???
Kiedy wiec z okazji Czarnego Piatku cena kempera nagle spadla o $15 dolcow, stwierdzilam, ze dobra, skoro az tak o niego prosi, to biore! Zamowilam wiec kemper, zamowilam tez Kokusiowi wyproszona smieciarke "zjadajaca" klocki (chociaz podejrzewam, ze przestanie otwierac "paszcze" po kilku dniach Nikowego uzytkowania).
A w zeszly piatek, kiedy przewrocilismy kalendarz na grudzien i Bi zaczela dopytywac kiedy sa te Swieta, rozmowa jakos zeszla na prezenty. I co??? I jajco, chcialoby sie rzec! :/ Bo Bi oswiadczyla, ze ona marzy o interaktywnym kotku, a Nik chce dostac... najzwyklejszy znikopis! Sama nie wiedzialam czy smiac sie, czy plakac...
Trudno, nic juz nie odsylam ani nie wymieniam... Kokusiowi dokupie ten znikopis, a dla Bi szukam tanszej alternatywy, bo akurat ten, konkretny koteczek kosztuje $50 i po kemperze, nie mam ochoty wydawac tyle kasy na zabawke, ktora pare razy miauknie i pokreci glowa, a cene ma zupelnie nieadekwatna do funkcji... :/
*
A jesli juz o prezentach mowa, to wiecie, co dostaja niegrzeczne, hamerykanckie dzieci??? Ja dowiedzialam sie tego dopiero teraz, po 14 latach na Obczyznie! !
Nie, nie dostaja rozgi, choc jak dla mnie to znacznie praktyczniejsze. Nie dosc, ze delikwent nie dostanie prezentu, to jeszcze moze dostac ta rozga po doopie! :D
Ale nie, hamerykanckie lobuzy dostaja... brylke wegla! I w sumie, troche nudna ta "kara"... Bo co zrobic z takim weglem? Dodam, ze tutaj nie opala sie nim domow. A moze wlasnie o to chodzilo, o cos zupelnie bezuzytecznego? ;)
*
No i (chyba) najwazniejsze, 1 grudnia mielismy z M. 10 Rocznice Slubu (cywilnego)! Dekada razem! Czasem nie do wiary, ze spedzilam z M. ponad 1/4 dotychczasowego zycia, a czasem zastanawiam sie, kiedy to zlecialo... Wydaje sie, jakby to wczoraj byl ten sloneczny, ale mrozny dzien, a my zdenerwowani, ale szczesliwi. :)
Rocznica 10 nazywana jest cynowa, albo aluminiowa. Phi... Myslalam, ze na taka ladna, okragla rocznice, przysluguje juz jakis szlachetny kamyk. A tu zimny metal... ;)
Obchodow zadnych oczywiscie nie bylo. Co do tych ostatnich, M. mial ochote tylko na "jedno", z racji, ze przez godziny pracy widujemy sie tylko w weekendy. Nawet zaproponowalam, ze moge poczekac na niego do polnocy, w koncu Rocznica zobowiazuje. W koncu jednak odpisal, ze zostaje po godzinach, co nie ukrywam, bylo mi na reke, bo najczesciej juz o 10:30 padam na nos.
Taaak, zdecydowanie stare z nas malzenstwo... :D
Zeby nie bylo, piatkowy "post" odbilismy sobie w sobotni wieczor. ;) Niestety, cala sobote czulam, ze jakby bralo mnie przeziebienie. W niedziele bylam juz pewna. W poniedzialek, rozkladac zaczelo M. Zamiast wiec roztaczac aure malzenskiej milosci, rozsiewamy po malzensku wirusy. :D
*
I tu Was, moi Drodzy, zostawiam. Podejrzewam, ze na kolejny tydzien. Ostatnio na wieksza czestotliwosc postow, nie starcza mi czasu... ;)