piątek, 18 września 2026

Zawody jedne i drugie oraz psujace (?) sie sprzeciory

Wroce jeszcze na moment do piatku, 11 wrzesnia.

Plywaczki kibicuja skoczkom :)

Bi powiedziala dzien wczesniej, ze trenerzy stwierdzili, ze poniewaz we wszystkich stylach jest calkiem dobra, ale nie ma zadnego, ktory jest jej "najlepszym", beda ja dawac do wyscigow gdzie brakuje im "pokazowego" zawodnika. Sama nie wiem czy to dobrze, czy zle. Chyba lepiej jest byc w jednej rzeczy wybitnym, niz we wszystkich calkiem-calkiem. :D W kazdym razie, poza sztafetami, plynela 50m kraulem i na 100m stylem grzbietowym. Pierwszy wyscig poszedl jej bardzo dobrze, bo plynely dwie grupy i w swojej (drugiej) zajela pierwsze miejsce.

Jak to milo zobaczyc "1" obok swojego nazwiska 

Styl grzbietowy juz jej tak nie podszedl, a do tego doszla dlugosc wyscigu (Bi we wszystkim jest raczej sprinterem niz maratonczykiem) i doplynela przedostatnia. Ostatecznie, te zawody dziewczyny przegraly, choc minimalnie, bo uzyskaly 90 punktow, a przeciwniczki 96. Bi mowila pozniej, ze cala druzyna zaluje ze odeszly zeszloroczne seniorki, bo nie dosc ze bylo ich duzo, wiec druzyna liczyla wiecej osob, to jeszcze prawie wszystkie plywaly po prostu rewelacyjnie. Ja za to zalowalam, ze trener pomylil sie i to solidnie, w obliczeniach czasu zawodow, bo napisal ze powinny sie skonczyc okolo 17, skonczyly zas prawie o 18! Dziewczyny oczywiscie, jak to dziewczyny, jeszcze jakies zdjecia, wyglupy, pogaduchy, itd.

Pamiatkowa fota grupowa 

Dojechalam do domu i spodziewalam sie, ze zaraz bede musiala odebrac spod szkoly syna. Niestety, na smsy nie odpowiadal. lokalizacja go nie znajdywala... Mija 15 minut, 30, 45... Juz myslalam, ze padl mu telefon i zastanawialam sie czy nie bedzie musial isc na piechote do domu, bo nie bedzie mial jak nas zawiadomic ze dojechali. Na szczescie okazalo sie, ze po prostu, przez wiekszosc trasy do domu, nie mieli zasiegu. W koncu udalo mu sie napisac, ze za pol godziny powinni byc. Podjechalam w koncu pod szkole i odebralam syna, ktory oczywiscie byl zmeczony i bez humoru. Wcale mu sie nie dziwie, bo jednak jak wyszedl z domu o 7:10, tak wrocil o 19:30, czyli ponad 12 godzin pozniej... Niestety, jego trenerzy nigdzie nie wrzucaja wynikow, wiec nawet nie wiem jak mu poszlo. Sam Nik odpowiedzial, ze zawody byly "okey" i tyle sie dowiedzialam. ;) To juz od sasiadki uslyszalam, ze jej corka (razem biegaja) mowi ze jest bardzo szybki i ze dostal sie w ich w druzynie do "junior varsity". To jest taka grupka najlepszych zawodnikow z dwoch najmlodszych rocznikow. Troche sie to rozni w poszczegolnych dyscyplinach i druzynach, ale zwykle "varsity team" to grupa z dwoch najstarszych rocznikow, najlepsza i reprezentujaca szkole, choc mlodsi moga sie do niej dostac, jesli sa wyjatkowo zdolni, zas junior varsity to mlodsze dzieciaki, ktore sie wyrozniaja i maja szanse w przyszlosci przeskoczyc na varsity. W biegach przelajowych z naszej szkoly, wszystkie dziewczyny z marszu klasyfikuja sie na obie grupy, z racji, ze jest ich tylko 11. Chlopakow jest ponad 40, wiec tu juz mozna sie wykazac. Smieje sie, ze Nik nie wykorzystal naturalnego talentu. Kiedys bowiem, w II klasie podstawowki, mieli bowiem biegi naokolo terenu szkoly, w jakich celach charytatywnych. Biegli rocznikami i Nik byl wowczas najszybszy ze wszystkich II klas. Pozniej jednak nigdy nie chcial nawet sprobowac zadnego biegania, ani sprintu, ani pozniej biegow przelajowych, nawet pomimo ze biegal jego dawny najlepszy kolega (ktory sie przeprowadzil do innego Stanu). Swoja droga to utrzymuja nadal kontakt i ponoc tamten kolega cieszy sie, ze rodzice pozwolili mu zrezygnowac z biegania, bo ponoc go zmuszali. ;) Nie mam pojecia co Kokusia w tym roku naszlo na biegi. Namowili go koledzy, ale namawiali od dwoch lat i nie chcial, a tu nagle sie zdecydowal i niespodziewanie odnosi sukcesy. Malzonek sie podsmiewa, ze to te biegi z psem naokolo domu go tak wytrenowaly. :D

W sobote wreszcie moglam sobie pospac do wypeku (no, nie do konca), choc wczesnym rankiem Oreo lazila po pokojach drac mordke. Udalo mi sie na szczescie ja zignorowac i przydrzemac dalej. Nastawilam budzik na 9 i tego dnia niestety nie moglam pospac dluzej, bo na 10:40 jechalam do fryzjera. Stwierdzam, ze powinnam to robic czesciej niz co 5-6 miesiecy, bo nie dosc ze odrosty mialam juz niemozliwe, to i troche mi zal fryzjerki, bo (na zdjeciu tak nie widac) mam niesamowicie grube i geste wlosy i przycinanie tego i modelowanie to koszmar, a jak jeszcze urosna takie dlugie, to juz w ogole trzeba sie umeczyc.

Przed 

Miedzy innymi dlatego, odkad mam je dluzsze, po prostu zostawiam je same sobie i nie bawie sie w zadne ukladanie ani podkrecanie. Nie ma sil na takie zabawy... Fryzjerka tez sie smiala, ze Matka Natura powinna dac kazdemu po rowno, a tu niektore dziewczyny maja rzadkie i cieniutkie wloski i nie ma czego ukladac, a inne, jak ja, chetnie by komus oddaly tak z 1/4. :D No i super byloby czesciej robic porzadek z ta gestwina, tyle ze przy pasemkach i cieciu, zawsze schodza 2-3 godziny i zwyczajnie szkoda mi czasu... 

Po - ciecie bylo dosc drastyczne ;)

Wrocilam do chalupy, wstawilam pranie, poskladalam to, ktore czekalo w suszarce, zmienilam Potworkom posciel i czas byl jechac do kosciola. Po powrocie poszlismy z M. na spacer, gdzie w polowie dogonil nas na rowerze Nik. :) Pozniej wypilam kawke zeby dac nogom odpoczac, po czym poszlam wyszorowac nasza lazienke, gdzie malo mnie cos nie trafilo. Mylam lustro, ktore cale bylo obryzgane niewiadomo czym. Biale niczym pasta do zebow, ale ja szoruje, a to ledwo schodzi. Szoruje kolejny raz - roznica minimalna. W koncu musialam kazda kropke zeskrobywac paznokciem i dopiero potem przetrzec plynem do mycia! :O Poniewaz kolejnego dnia mial jak zwykle wpasc dziadek, wiec zabralam sie za chlebek bananowy. Wszystko przygotowalam, piekarnik wlaczony, chce juz wkladac ciasto, patrze a tam dalej taka poczatkowa temperatura. Zdziwiona otwieram piekarnik - zimny! Nosz kurna, musial sie popsuc! Myslalam, ze moze cos nie zalapalo, wiec wylaczylam go i wlaczylam jeszcze raz. Po minucie wkladam reke i... super, grzeje! Pomyslalam, ze widocznie gdzies cos nie laczy i trzeba uwazac na przyszlosc. Tyle, ze dziadostwo pokazywalo caly czas ta sama temperature. Stwierdzilam, ze poczekam 10 minut bo mniej wiecej tyle zajmowalo zwykle zeby piekarnik sie nagrzal i wtedy wsadze ciasto. Kiedy jednak czas minal, otworzylam ustrojstwo i... zonk. Cieply byl, owszem, ale nie goracy. Zdecydowanie nie byla to temperatura zeby cokolwiek upiec. :/ Probowalismy jeszcze z M. kilka razy, malzonek nawet wysunal cholerstwo spomiedzy szafek i odlaczyl z pradu, po czym podlaczyl ponownie, ale nie dalo to nic. Czyli czeka nas zakup nowego piekarnika. Super po prostu... I fakt, ze ten mial juz ponad 8 lat, ale to wcale nie tak duzo na domowy sprzet. Moi tesciowie maja lodowke chyba 20-letnia i dziala. ;) W miedzyczasie mialam jednak gotowe ciasto, ktore czekalo na upieczenie. Stwierdzilam, ze sprobuje w air fryer'ze. bo co innego mi pozostalo? Mialam obawy, ale okazalo sie, ze wyszlo! Jedyne co, to popelnilam blad, bo wyjelam kratke i papier pergaminowy dalam bezposrednio do szuflady. I niestety, na dnie ciasta zostala niedopieczona warstewka, ale taka ciensza nawet niz mm. Stwierdzilam, ze tyle to mozna odkroic, a na przyszlosc bede wiedziec ze trzeba jednak papier dac na kratke. Malzonek oczywiscie znalazl juz jakies piekarniki na stronie internetowej, ale ja stwierdzilam, ze musze popatrzec i "pomacac" w sklepie. :D Najwazniejsze, ze palniki w kuchence dzialaja. Od dluzszego czasu i tak pieczemy mieso czy warzywa w air frye'rze, wiec bez piekarnika mozemy sie przez jakis czas obejsc, ale kuchenka musi byc. ;)

Niedziele zaczelam troche wczesniej niz sobote, bo obiecalam synowi wypad po przynete. Od jakiegos czasu wiercil mi dziure w brzuchu o zywa, na ktora pare razy lowili z kolega. W koncu uleglam. Niestety, najblizszy sklep z przynetami jest 20 minut od nas i w niedziele zamykaja go o 12, a ja chcialam jeszcze potem odkurzyc i pomyc podlogi zanim przyjedzie dziadek, wiec trzeba sie bylo zwlec z lozka wczesniej. Jak na zlosc dzien byl ponury, od rana lalo i pogoda byla raczej na spanie, a nie wczesniejsze zrywanie. Ale coz... Oczywiscie troche sie wkurzylam, bo ja tu sie zwlekam z lozka, czlapie na dol zjesc sniadanie, a syn sobie spi w najlepsze! Na szczescie wstal zwarty i gotowy zanim sie wyszykowalam. Zawiozlama go, kupil sobie rybki (to takie male jak szprotki, strasznie mi ich szkoda :() i wrocilismy. Musze przyznac, ze przynajmniej sam z siebie pomogl mi odkurzac, choc po tej "pomocy" musialam nieco poprawic. ;) Jak moj tata przyjechal to akurat konczylam tanczyc z mopem, ale zaparzylam mu kawy, podalam obiad i szybko dokonczylam. ;) Dziadek posiedzial troche krocej niz zwykle, bo niestety musialam go "wyprosic". Nie z wlasnej winy w sumie, ale na 15 bylam umowiona na paznokcie, co wydawalo mi sie idealne, bo tata zwykle i tak przed ta godzina wyjezdza. Pozniej jednak Nik wyskoczyl, ze umowili sie u jednego kolegi w domu, okolo... 15. No to musialam wyjechac troche wczesniej, odstawic syna i pedzic zrobic pazury. Ucierpialam sie strasznie, bo tym razem obslugiwal mnie chlopak i albo byl nowy i sie bardzo staral, albo taki z niego perfekcjonista. W kazdym razie, spytal mnie jaki chce miec ksztalt, powiedzialam ze owalne i on chyba za wszelka cene takie staral sie zrobic. Moje pazury jednak maja brzydki ksztalt, sa takie "lopatowate" i w dodatku sie zaginaja niczym szpony, wiec facet, zeby je wymodelowac, skorki mi doslownie szarpal i wyrywal. Co myslalam, ze juz skonczyl z jakims palcem, po chwili do niego wracal. Musze przyznac jednak, ze tak ladnie chyba nigdy nie mialam paznokci zrobionych. 

Dla wielu z Was to pewnie nic specjalnego, ale ja sie zachwycam ;)

Wrocilam do chalupy, poszlismy z malzonkiem na spacer i pozostalo czekac az syn napisze zeby po niego przyjechac. Poniewaz teraz juz o 19:30 jest praktycznie zupelnie ciemno, spodziewalam sie, ze bedzie to grubo przed 19. Tymczasem chlopaki mieli jechac na ryby okolo 17, a pojechali dopiero gdzies o 17:45, bo sprawdzalam lokalizacje Mlodszego. Zadzwonil wiec ze gotow jest wracac o 19:30, kiedy bylo juz ciemno i straszno. :O

Jak widac, zabawa byla przednia 

A! Jeszcze kiedy byl moj tata i tak dla "jaj" wlaczylam piekarnik, bo akurat opowiadalam tacie, ze sie zepsul. I nie uwierzycie! Nagrzal sie normalnie do ustawionej temperatury i pokazywal jak ona rosnie. Jedyne co, to zawsze pipczal 3 razy kiedy sie nagrzeje, a tym razem byla cisza. No ale wyglada, ze postanowil, przynajmniej narazie, sie naprawic! :D

Kiedy wrocilam z Kokusiem do domu, po podjezdzie skakal sobie dorodny Pan Ropuch, ktorego Nik ochrzcil "Fryderyk" :D

W poniedzialek trzeba bylo juz rano zerwac sie do roboty. Niestety, oznaczalo to dla mnie inspekcje (choc to i tak lepiej niz zapierniczac do Bostonu), a ze bralam sluzbowe auto na caly tydzien, to powiedzialam M. zeby po mnie przyjechal i zawiozl do biura. Nie chcialam zostac na tydzien bez wlasnego samochodu, bo wiadomo, Potworki maja zawody, czasem trzeba po cos podjechac, itd. Nie mowiac juz o tym, ze lubie miec opcje zawiezienia ich do szkoly. W kazdym razie, musialam wyjechac w miare sprawnie, wiec powiedzialam dzieciakom, ze musza tego dnia jechac na rowerach. Sasiadka zaproponowala ze ich podwiezie, z czego Bi oczywiscie chetnie skorzystala, ale Nik wolal jednak rower. Tego dnia akurat mogl sobie odpuscic, ale o tym za moment. Oni pojechali do szkoly, a po mnie po chwili przyjechal malzonek. Wyruszylismy do mojego biura, w poteznych korkach, a potem musialam dojechac do firmy, ktora sprawdzam. Spoznilam sie prawie 15 minut. Na szczescie bylam juz tam wczesniej, wszyscy sa sympatyczni, wiec przeprosilam i tyle. Szkoda mi bylo doktorka, bo slyszac o inspekcji, odwolal wyjazd, a przy tym widac bylo, ze jest niesamowicie zdenerwowany... Na inspekcji, jak na inspekcji, dzien zlecial na przegladaniu papierow. Okazalo sie przy tym, ze badania, ktore sprawdzalam zakonczyly sie 4 lata temu (o tym juz wiedzialam) i z grupy, ktora je przeprowadzala, zostal tylko pan doktor. Ktory tak naprawde tylko tam z doskoku nadzorowal i niczego sam nie robil poza pierwszym przyjeciem pacjentow. Laboratorium, w ktorym trzymano badany lek, zostalo przebudowane w co innego. No rewelacja. Wrocilam do chalupy, ale posiedziec w niej nie bylo mi dane.

Ledwie zdazylam zaparkowac pod domem, a Oreo juz musiala sprawdzic czy nowy pojazd nada sie na punkt obserwacyjny 

Po poludniu okazalo sie, ze Nik ma znow pasta party (o ktorym zapomnial nam powiedziec), na ktore co prawda zawiozla go mama kolegi, ale przez to jego rower zostal pod szkola. ledwie wiec weszlam, a stwierdzilam, ze najlepiej od razu po niego isc. Zmienilam tylko dlugie spodnie na krotkie spodenki i pomaszerowalismy. Tego dnia czuc bylo jesien w powietrzu i choc w sloncu byly 22 stopnie, to w cieniu ciegnelo chlodem. Doszlismy do szkoly, wzielismy rower i juz prawie dochodzilismy do naszej ulicy, kiedu Mlodszy napisal zeby po niego przyjechac. Kurcze, ostatnio siedzial na imprezie do 19 i nie mial dosc, a teraz jeszcze nie bylo 18. Kiedy doczlapalismy do domu wiec, chwycilam tylko kluczyki, wskoczylam w auto i pojechalam po syna. Wracajac, po drodze napisalam do Bi zeby odgrzala mi obiad, bo bylam juz strasznie glodna, a to nie byl koniec jezdzenia. Wpadlam do chalupy, szybko zjadlam, bo czym pojechalam z corka (i synem, ktory zabral sie na doczepke) do sklepu. Kolejnego dnia Bi miala bowiem zawody (o czym obie zapomnialysmy), a na zawodach dziewczyny wymieniaja sie napojami oraz slodyczami/chipsami. W domu nie mielismy nic, co nadawaloby sie na wymiane, wiec trzeba bylo szybko pojechac do supermarketu. Przy okazji Bi opowiadala, ze znowu sa podzielone na grupki zwane sister friends, tyle ze juz kolejny rok panna ma pecha. Zwykle w grupce sa 3-4 dziewczyny. W zeszlym byly we 3, ale jedna zrezygnowala z plywania po pierwszym tygodniu i zostaly dwie. W tym roku znow sa 3, ale jedna - nowa, z pierwszego roku, "zapomina" przyniesc czegokolwiek na wymianke. Podobno Bi oraz druga dziewczyna z nia rozmawialy, ale nadal jest ze "zapomniala" i koniec. Podejrzewam, ze rodzice panny powiedzieli ze nie beda wydawali kasy na glupoty, albo nie podoba im sie, ze dziewczyny wpierdzielaja cukierki i pija niezdrowe napoje, tyle, ze przez to ich corka wydaje sie niekolezenska. W kazdym razie, Bi oraz druga dziewczyna, stwierdzily ze beda sie wymieniac miedzy soba, a jak trzecia sie zdecyduje, to moze dolaczyc. Tak naprawde to mi wsio ryba czy wymieniaja sie we trzy czy we dwie, tyle ze te grupki zawsze sa tak dobrane, ze jedna to seniorka z najstarszego rocznika, a reszta jest mlodsza. Z tego co pamietam w zeszlym roku, dziewczyny z kazdej grupki, musialy dla swojej seniorki zrobic plakaty i kupic kosze z upominkami. Nie moge sobie przypomniec czy cos jeszcze. Zwykle te mlodsze dziela sie praca i kosztami. W zeszlym roku Bi zostala sama, wiec cale koszty ponioslam ja, a w tym roku, choc niby jest w grupie z inna dziewczyna, wyglada ze tamta sie nie dolozy. Rozumiem troche rodzicow; pewnie sa zaskoczeni, ze nie dosc iz placisz za sport szkolny, za druzyne i za stroj, to jeszcze dochodza takie koszty "rozrywkowe". Ja w zeszlym roku tez bylam zaskoczona, ale stwierdzilam, ze nie chce zeby jakas dziewczyna byla pokrzywdzona, bo Bi zostala sama... A tutaj rodzice tej maja to w tylku i tyle. Chociaz moze sie myle i wybiegam do przodu. Zobaczymy. ;) Kupilysmy wiec co tam trzeba, a przy okazji pare innych przekasek do domu i wrocilismy. Byla 19:10 i dopiero moglam sobie na spokojnie usiasc. ;)

Wtorek zaczelam ponownie wczesnie, wyszykowalam sie, choc nie do konca, i zawiozlam Potworki (oraz sasiadke) do szkoly. Pozniej wrocilam jeszcze na chwile do chalupy, umalowalam oko i spakowalam jedzenie, po czym ruszylam na inspekcje. Mialam pecha i po drodze byly niemozliwe korki. Najpierw trafilam na pozostalosci po wypadku, a pozniej byl kompletny zator prawie na samym koncu trasy, w miescie, do ktorego zmierzalam. Znow dojechalam spozniona, ale coz... Dzien mijal na dalszym przegladaniu dokumentow, przerwanym niestety przez... alarm przeciwpozarowy! Musielismy wylezc na zewnatrz i czekac az straz przyjedzie i sprawdzi co sie dzieje. Pol godziny nie moje. :O Dobrze przynajmniej, ze bylo cieplo i nie padalo... W koncu wpuscili nas spowrotem, a przyczyna pozaru okazal sie... opiekacz. :O Troche bylam zla, bo wybilo mnie to z pantalyku, a dodatkowo tego dnia i tak planowalam wyjsc troche wczesniej. Nik mial bowiem znow zawody i tym razem chcialam byc faktycznie na jego biegu, ten zas zaczynal sie o 15:45. Udalo mi sie wyjsc o czasie, po czym godzinke turlikalam sie do domu. ;) Tam przebralam sie tylko szybko w szorty, wypuscilam psiura na siusiu i pedzilam na zawody. Te byly w sasiedniej miejscowosci, ale ze mieszkamy na pograniczu, wiec mialam zawrotne 8 minut jazdy. :D Dojechalam akurat na koncowke rozzgrzewki, wiec po chwili chlopaki zaczeli sie zagrzewac do "walki".

Nawet nie wiem ktory to Nik ;) 

W koncu... ruszyli! :) Zartowalam z niektorymi rodzicami, ze biegi przelajowe to taki malo atrakcyjny dla widzow sport. Zgodnie z nazwa (cross country) biegna po lasach, lakach i wertepach.

Ruszyli!

Trasa prowadzi miedzy drzewami i jest dluga, wiec przez wiekszosc czasu zawodnikow nie widac. Widzialam start, 8 minut pozniej obok miejsca, w ktorym stalam przebiegl Nik, za kolejne 7 minut przebiegl kolejny raz, a za 5 minut dobiegl do mety.

To chyba bylo juz drugie okrazenie

Widzialam go wiec w czasie biegu 3x przez kilka sekund. :D Po biegu zebrali sie jeszcze na chwile do podsumowania, potem kibicowali startowi dziewczyn i moglismy wracac do domu.

Meta! 

Wieczorem na grupe wrzucili czasy i zajete miejsca. W naszej druzynie jest 42 chlopakow, druga miala mniej wiecej podobna ilosc zawodnikow i byla tez trzecia druzyna, znacznie mniejsza. Tak na oko licze, ze bieglo okolo 100 mlodziencow. Nik zajal 33 miejsce, wiec bardzo ladnie, wedlug mnie oczywiscie. ;) Wrocilismy do domu i czekalam az Bi napisze ze dojezdzaja do szkoly. Panna rowniez miala bowiem tego dnia zawody, ale wyjazdowe. Dojechali o 18:30 i panna wzdychala ze naprawde nie lubi wyjezdzac na zawody, bo potem nie ma czasu na spokojne odrabianie lekcji oraz nauke... Dobrze, ze ze szkoly do domu to tylko kilka minut jazdy i moglam juz spokojnie sie zrelaksowac. Czyli dokonczylam zmieniac nam posciel i wstawilam pranie, zeby sie zbytnio nie nudzic. ;)

Sroda zaczela sie jak poprzedni dzien. Wstalam, zawiozlam Potworki do placowki, wrocilam, dokonczylam sie szykowac i pojechalam. Tego dnia wreszcie byly rano nieco mniejsze korki, wiec dojechalam praktycznie o czasie. Dzien w robocie minal dosc szybko, niestety powrot do domu juz nie. :/ Jak tylko wlaczylam nawigacje, pokazalo mi, ze na trasie jest wypadek i czy chce go ominac. Kliknelam "tak" i wszystko byloby super, ale nowa trasa poprowadzila mnie przez roboty drogowe. Tam, wiadomo, zwezenia, blokady i niechcay... skrecilam nie tam gdzie trzeba! Pierwsze co pomyslalam, ze trudno, bede miala dodatkowe 5 minut jazdy. Przezyje. No coz, mialam pechuncia, bo doslownie km od zjazdu nagle... wszyscy staja! Po chwili zaczely sie miedzy nami przeciskac wozy policyjne, strazackie, karetka... Juz wiadomo bylo ze byl wypadek, widzialam zreszta swiatla syren na horyzoncie, czyli zdarzylo sie to doslownie tuz przede mna... No coz... Policja zamknela droge i tak stalismy... Dopiero po pol godzinie podjechal samochod holowniczy, odsuneli zniszczone pojazdy na bok i nas puscili. Jajo mozna bylo zniesc... :/ Po powrocie do domu juz oczywiscie nic mi sie nie chcialo i cale szczescie, ze na ten wieczor nie mialam zadnych planow. Tyle, ze bylo to wlasnie moje jedyne "wolne" popoludnie w tym tygodniu, to wrocilam o 17:40 i tyle z niego mialam. :/ Zeby go tak zupelnie nie zmarnowac na lenistwie, wstawilam pranie i poszlam posciagac i przyniesc posciel z przyczepy. Nie mamy juz zadnych planow kempingowych na ten rok, za chwile M. bedzie chcial przygotowac ja na zime, wiec trzeba bylo z niej powynosic wszystko co moze sie zniszczyc, zgnic, zawilgotniec, itd.

W czwartek ponownie zawiozlam Potworki do szkoly, po czym wrocilam, skonczylam sie szykowac i pojechalam. Tym razem ruch na drodze byl wyjatkowo sprzyjajacy i dojechalam prawie 10 minut przed czasem. Posiedzialam chwile w aucie, ale pozniej stwiedzilam, ze pojde do srodka, bo nie bylam pewna czy kobitka, ktora mnie "pilnuje" juz nie czeka. Okazalo sie ze nie i to ja musialam poczekac na nia. :) Dzien zlecial mi migiem bo zaczelam odkrywac problemy i niedociagniecia i dwa razy musialam konsultowac z szefem. Pechowo, nie dogrzebalam do konca przed wyjsciem, wiec na kolejny dzien zostala mi rozmowa z szefem, a jeszcze musialam skonczyc, przy czym mialam nadzieje "zamknac" inspekcje troche wczesniej... :/ Powrot do domu nie byl juz tak sprawny jak poranna jazda, bo pojawily sie jakies zatory bez zadnej wyraznej przyczyny. Nie mniej, nie byly to korki z prawdziwego zdarzenia, wiec dojechalam w miare sprawnie. Bylam strasznie glodna, wiec szybko zjadlam obiad, po czym popedzilam na zakupy. Potwory zabraly sie oczywiscie ze mna, bo mieli nadzieje na bubble tea. Niestety, zwykle skladam zamowienie wczesniej, zebysmy tylko podjechali i odebrali, ale tego dnia na stronie wyskoczylo, ze zamowienia sa zablokowane. Nie bylam pewna czy cos im sie popsulo w systemie, czy sa zamknieci, ale stwierdzilam, ze nie bede ryzykowac jazdy tam, bo choc z miejsca zakupow jest tam duzo blizej niz z domu, to mimo wszystko niezbyt po drodze. Nie chcialam jechac, zmarnowac czasu i pocalowac klamki. Dzieciaki spuscily nochale na kwinte, wiec zajechalam po drodze do Dunkin'. A niech maja. ;) W ten sposob popoludnie wlasciwie minelo, a wieczorem czulam sie juz zupelnie jak detka. Za duzo energii wyciagaja ze mnie te inspekcje... ;)

Piatek to oczywiscie powtorka z rozrywki. Odwiezc mlodziez do szkoly i dluga jazda na inspekcje. Dojechalam dosc sprawnie i znow moglam pare minut posiedziec w aucie i zebrac energie na reszte dnia. Szef napisal rano, ze moze ze mna porozmawiac o 9:30 rano, wiec wyprosilam dwie siedzace ze mna babki z pokoju. ;) Tak jak podejrzewalam, z dwoch niedociagniec, ktore znalazlam, musialam zrobic oficjalna uwage. Mialam nadzieje, ze szef powie, ze nie i bede miala duzo spokojniejsze zamkniecie inspekcji. No ale nie ma tak dobrze. W dodatku, gdyby powiedzial mi to konkretnie dzien wczesniej, przygotowalabym sobie w domu juz tekst i sprobowala go wydrukowac. A tak, musialam sie meczyc juz na miejscu. Poza rozmowa z szefem, rano tez jeszcze konczylam sprawdzac reszte papierow, wiec dopiero okolo 11 zaczelam sie przygotowywac na zakonczenie. Oczywiscie mialam problem zeby znalezc odpowiedni kruczek w systemie i tu jeszcze pomogl mi szef. Wyslalam mu jednak potem gotowy tekst zeby sprawdzil gramatyke i zobaczyl czy da sie go napisac bardziej klarownie. Wyslalam i zaznaczylam, ze spotkanie "zamykajace" mam za 45 minut. Pozniej przesunelam je o kolejne 15 minut, a i tak odpisal doslownie minute przed, ze przeprasza bo cos go odciagnelo i czy juz po spotkaniu. Nie chcialo mi sie juz tlumaczyc ze akurat mam zaczac, wiec odpisalam po prostu "tak". Troche wczesniej ten moj tekst sama poprawilam, przeczytalam, wrzucilam w internety zeby sprawdzily gramatyke, itd. A reszte stwierdzilam, ze niech sie dzieje co chce, bo przy okazji walczylam z... drukarka. Przez cala inspekcje uzywalam skanera i dzialal jak zloto. Niestety, z drukowaniem juz tak fajnie nie mialam, bo znow wyschly tusze. :( Kolorowy wysechl juz jakis czas temu, ale ze nie drukuje nic w kolorze, to machnela reka. Teraz okazalo sie jednak, ze wysechl tez czarny! Ktory kupilam moze 2-3 miesiace temu i zgodnie z podpowiedziami trzymalam w szczelnym woreczku! :/ Sprobowalam sposobu mojego szefa, czyli namoczenia recznika papierowego goraca woda i przylozenia go do wylotu tuszu. Tyle, ze w kranie w sali konferencyjnej woda leciala letnia i zupelnie sie nie nagrzewala. Stwierdzilam, ze moze sama woda cos da. Dala, przynajmniej cos tam drukowalo, ale "naprawa" dzialala na jedna strone. Pozniej tusz znow omijal co trzecia linijke tekstu. :/ Musialam wiec przykladac i drukowac kartke po kartce. Dobrze, ze mialam tylko 4 strony. No ale kurna, fortune wydam na tusze, a nikt nam za nie nie oddaje! W kazdym razie, jakos wydrukowalam co trzeba, odbebnilam spotkanie i pojechalam do chalupy. Tam szybko zjadlam, przebralam sie i popedzilam znow na zawody Bi. Ale o tym juz kolejnym razem. ;)

Do poczytania!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz