Sobota, 14 marca, zaczela sie od odespania trudow minionego tygodnia. Spalam jak zabita i nie dziwota, skoro w hotelu nie przespalam ani jednej calej nocki! Nie do opisania jak cudownie bylo sie powylegiwac we wlasnym lozku. Malzonek rano pojechal na zakupy, z nieodlaczna milosniczka tej aktywnosci - Bi. ;) Kiedy wstalam, zjadlam i ogarnelam sie, skoro odpadla mi jazda po spozywke, zabralam sie za odkurzanie i mycie podlogi na dole. Nie ma jak wrocic po 5 dniach i z marszu zaczynac sprzatanie... :/ Ogarnelam jednak i przynajmniej mialam satysfakcje, ze nie zostawiam rodziny z syfem. Wstawilam tez kolejne pranie (pierwsze wrzucilam juz w piatek, bo mialam malo czasu), bowiem okazalo sie ze Potworki nie zniosly w tym tygodniu na dol swoich brudownikow, wiec oba pekaly w szwach. Nie wiem jak to jest, ze ja wstawiam pralke 3-4 razy w tygodniu, a tu nagle wytrzymali bez prania 5 dni. Tak samo, kiedy mnie nie bylo, M. wlaczyl zmywarke... raz. Ja zwykle wstawiam ja co drugi dzien, ale malzonek ma obsesje ze zmywaniem recznie, nawet rzeczy, o ktorych powtarzam do znudzenia, ze swietnie myja sie w maszynie... Przy tym, czeka az do zmywarki nie da sie wcisnac chocby widelca, wiec Nik narzekal, ze musial z niej wyciagac miski oraz lyzki i zmywac recznie, zeby miec w czym jesc. Pokazalam mu jak sie ja wstawia, bo to zadna filozofia i zapewnilam, ze kiedy brakuje juz talerzy czy sztuccow, moze wlaczyc. :D Jak to jedyny pelny dzien w domu pomiedzy dwoma wyjazdami, minal ekspresowo. Pranie, sprzatanie, obejrzec skoki narciarskie, a potem przyszedl czas zeby jechac do kosciola. Po powrocie konczylam ogladanie rozgrywki sportowej, napalilismy tez w kominku, bo na zewnatrz byla wichura i jakos tak nieprzyjemnie, mimo ze niby bez mrozu. To co zdazylam wyprac i wysuszyc, pomalu zaczelam klasc na walizke, bo niestety, ledwo rozpakowalam, a trzeba bylo ja ponownie zapewniac. No niezle mnie szef zalatwil, bez dwoch zdan. :/ Kladac sie spac, znalazlam Kokusia spiacego przy zapalonym swietle, z grajacym telefonem oraz sluchawkach w uszach. :D
W niedziele ponownie probowalam pospac do oporu, w czym niestety przeszkodzila mi Oreo, juz o 7 rano chodzaca po sypialniach wrzeszczac wnieboglosy. Nie mam pojecia o co jej chodzilo, bo przez zime niemal odzwyczaila sie od wychodzenia na zewnatrz, wiec raczej nie chciala zeby ja wypuscic. Pozniej kiciul sie uspokoil i ponownie przysnelam. Kiedy sie obudzilam na dobre, Oreo spala na dywaniku w mojej lazience, a kiedy zobaczyla ze nie spie, wskoczyla mi na brzuch i zaczela sie obcierac i mruczec, podstawiajac mi wlochata dupke pod nos. Cudownie. :D Ranek spedzilam pracowicie, bo mialam pranie do poskladania i kolejne do wstawienia i wysuszenia. Z obu ladunkow niestety potrzebowalam rzeczy na kolejny wyjazd, wiec musialam sie sprezac. Oprocz tego, bo jest ze mnie najwyrazniej nawiedzona pani domu, posprzatalam kuchnie oraz dolna i swoja lazienke, zeby nie zostawiac brudu. Przypomnialam tez Kokusiowi, ze byla jego kolej na posprzatanie u dzieciakow. Kiedy widzialam juz swiatelko w tunelu, napisalam do taty ze mam czas na krotka kawe. Powiedzial pozniej ze wyslalam wiadomosc tak pozno, ze myslal juz ze zaproszenia nie dostanie. No sorry kolego, ale wydaje mi sie, ze powinien sam z siebie odpisac, ze nie bedzie przeszkadzal i zobaczymy sie za tydzien. Ale gdzie... moj tato nigdy nie nalezal do domyslnych. Przyjechal oczywiscie i troche poogladalismy skoki, a troche niestety musialam zajac sie skladaniem ostatniego prania i dopychaniem walizki. Nie wiem jakim cudem, bo pakowalam wlasciwie te same rzeczy, a tym razem walizki nie moglam zamknac. :O Zanim udalo mi sie wymknac z domu, musialam jeszcze pokazac M. jak wlaczyc pralke, bo brudownik z ciemnymi rzeczami byl wlasciwie pelny (tyle Potwory zniosly swoich, ze jeden ladunek nie wystarczyl). Pod moje dyktando ja wlaczyl i jak znam zycie, teraz ponownie prania nie wstawi az wroce. :D W koncu pozegnalam sie z rodzina, wskoczylam w auto i ruszylam ku kolejnej "przygodzie". Musialam sie oczywiscie zatrzymac w pracy i wymienic samochody. Garaz... znow sie nie otworzyl! :O Tym razem wiedzialam ze musze wejsc bocznymi drzwiami i otworzyc go od srodka, no ale troche to jednak irytujace. Co ciekawe, czujnik w srodku zadzialal za drugim razem i wyjechalam juz bez zbednych kombinacji. Tym razem jechalam znacznie blizej niz w poprzednim tygodniu, bo niecale 2 godziny. Dojechalam bez problemu, choc po drodze mijalam jakies rozwlekle roboty drogowe i az boje sie co bedzie w drodze powrotnej. Dostalam dziwny pokoj, bo przeznaczony dla osob fizycznie niepelnosprawnych. Mialam wiec z pokoju przejscie bezposrednio do kawalka lazienki ze zlewem (oraz dywanem na podlodze! :O), a pozniej do kibelka z prysznicem. Nigdzie nie bylo drzwi.
Wieczor w hotelu spedzilam przegladajac papiery na kolejna inspekcje, bo przez to, ze jechalam z jednej na druga, na ta nie mialam czasu popatrzec. A raczej, czas by sie znalazl, ale serio, po kilku godzinach w sprawdzanej firmie, ostatnia rzecza, na jaka mialam ochote bylo patrzenie w dokumentacje na kolejna. A Nik przyslal mi zdjecie upieczonych babek, chyba zeby mi jeszcze dokopac psychicznie. ;)
Poniedzialek musialam zaczac wczesnie, bowiem ten kolega napisal, ze planuje zaczac inspekcje o 8, ale byc na miejscu juz okolo 7:30. :O W nocy spalam fatalnie, bo niestety zle sypiam w nowych miejscach, mimo ze ten hotel zdawal sie byc duzo lepiej wygluszony i posiadac spokojniejsza klientele. Dla mnie jednak materac byl za miekki, a poduszka za wysoka, nie moglam sie ulozyc i co chwila sie wybudzalam. A musialam wstac o 6. Jakby malo bylo wczesnej pobudki, to po zmianie czasu o tej porze jest nadal ciemno, a w dodatku od rana lalo jak z cebra. Idealne warunki zeby jechac w obce miejsce. Momentami pasow nie bylo widac, auta oslepialy i ogolnie nie wiedzialam gdzie jade. Na miejscu oczywiscie niechcacy przejechalam parking na ktorym mialam zaparkowac, wiec musialam jakos zawrocic i podjechac juz na poprawne miejsce. Napisalam do kolegi ze jestem, a on odpisal ze spotkamy sie w korytarzu. Wchodze do srodka, a tam pusto. Pomyslalam, ze pewnie jeszcze jedzie, albo idzie z parkingu, ale mijaja kolejne minuty i nic. W koncu dostaje sms'a, ze w korytarzu, ale na drugim pietrze, pod gabinetem doktorka! :D Tosmy sie dogadali. Reszta dnia minela jak to na inspekcji, czyli zapoznanie sie z rodzajem i stylem dokumentacji w tym miejscu, pierwszymi rozmowami kolegi z ludzmi pokazujacymi nam co i jak, itd. Tak sie chlop rozpedzil, ze nie zarzadzil zadnej przerwy na lunch. Kiedy juz zbieralam sie zeby sama powiedziec ze pojde cos kupic, oznajmil ze na ten dzien w sumie mozemy skonczyc, bo doktorek odpowiedzialny za cale badania niestety od 14 mial juz pacjentow i nie byl dostepny. W ten sposob w hotelu wyladowalam ponownie juz o 15, glodna i z bolem glowy, ale zadowolona ze przetrwalam pierwszy dzien. Niestety, okazalo sie, ze moj pokoj (na parterze) ma mrowki. Przy jedzeniu spadl mi okruszek, ktorego sama nie zauwazylam, ale insekty juz tak. Znalazlam go calego az sie ruszajacego. W dodatku zauwazylam, ze we framudze okna mam... dziury! Takie idealnie okragle dziurki, wiec cos tam bylo wczesniej przykrecone, a teraz zdjeli, ale otworki zostawili. :O Jest marzec, wiec jedyne co, to wpada tamtedy zimne powietrze, ale latem bedzie to rowniez wspaniale miejsce dostepu dla roznorakich zyjatek. Tym bardziej, ze otwory sa spore, bo maja srednice okolo 5mm. Nie chcialo mi sie z tym biec od razu do recepcji, tym bardziej, ze jak napisalam, zimne powietrze dmucha, ale mialam ogrzewanie wlaczone na 25 stopni, wiec nawet tego nie odczuwalam, chyba ze stanelam idealnie naprzeciwko okna. Stwierdzilam, ze wspomne jak juz bede sie wyprowadzac.
We wtorek pobudka ponownie o 6. Na szczescie w tym hotelu na sniadanie serwuja faktycznie jedzenie, a nie tylko kawe. ;) Maja bufet i to taki full wypas, bo i jajecznice i kielbaski, zapiekane ziemniaczki, codziennie albo gofry albo francuskie tosty z cynamonem, jogurty, owoce, roznorakie chrupki do mleka, bagle, tosty oraz owsianke, do ktorej mozna dodac brazowego cukru, zurawiny, migdalow i nie pamietam czego jeszcze.
Mozna sie najesc do syta i jeszcze sobie codziennie sniadanie urozmaicac. Na miejsce inspekcji zajechalam o 7:40, bo kolega zaznaczyl, ze pewnie bedzie tam i tak wczesniej. Okazuje sie, ze aby uniknac korkow, wyjezdza o jakiejs kosmicznej porze, wiec juz od 6:30 siedzial w stolowce. Tego dnia zrobilismy juz normalna przerwe na lunch, ale za to wyjechalismy stamtad dopiero o 16:30. Na szczescie okazalo sie, ze szpital (tak, inspekcje mielismy w szpitalu) ma rewelacyjna stolowke, gdzie poza kanapkami, burgerami, frytkami i nuggetsami, mozna sobie samemu skomponowac salatke, albo wziac chinszczyzne lub sushi. Po powrocie do hotelu gadalam najpierw z malzonkiem, potem z kolezanka, a na koniec z tata, wiec spedzilam niemal caly wieczor na telefonie. Coz, przynajmniej czas szybko zlecial. W miedzyczasie jednak mialam tez czas na irytacje. Chyba pisalam, ze po przepracowaniu 90 dni, moge tak jak wszyscy, 2 dni w tygodniu pracowac z domu. Moje 90 dni uplynelo w niedziele, wiec juhuuu! Trzeba jednak oficjalnie poprosic o ten czy inny dzien zdalnej pracy. Moj szef w czwartek mial przejsc operacje i potem byc na zwolnieniu do polowy kwietnia, wiec stwierdzilam, ze wole o to poprosic wczesniej, przynajmniej na nastepny tydzien. Wchodze na odpowiednia strone, a tam wszystko zablokowane i napis, ze sie nie kwalifikuje. No jak, kurna?! Napisalam do szefa czy wie o co chodzi, ale potem sama zaczelam grzebac. Doszukalam sie ze musze miec "umowe" z szefem i szkolenie ze zdalnej pracy. Biurokracja na calego! Wyslalam mu szybko umowe i trzymalam kciuki zeby mi to zatwierdzil, ale byl juz wieczor, wiec wiadomo ze tego dnia juz nic nie zrobil...
W nocy w koncu spalam prawie jak zabita. Chyba wreszcie bylam wystarczajaco zmeczona. :) Obudzilo mnie tylko wlaczajace sie ogrzewanie, bo strasznie glosno chodzilo. Zwloklam sie znow o 6 i na dzien dobry znalazlam maila od szefa, ze do pracy zdalnej potrzebuje tylko umowe z nim, ale musze podpiac certyfikat ze szkolenia. Kiedy kilka tygodni temu zmieniali zasady zdalnej pracy, byl szereg prezentacji na ten temat, gdzie pokazywali jak wlasnie prosic o prace z domu, gdzie klikac, itd. Myslalam wiec, ze to bylo owo "szkolenie". A gdzie! Okazuje sie, ze zrobili oficjalna lekcje, z ktorej uczysz sie tak fascynujacych rzeczy jak fakt, ze zdalna praca to nie okazja do rezygnacji ze zlobka dla dziecka, ze trzeba miec wydzielone stanowisko pracy i w godzinach pracy nie idzie sie z psem na spacer ani nie zmywa naczyn. A tak naprawde to wszyscy wlasnie to robia, tylko przyznaja sie po cichu miedzy soba zeby szef sie nie dowiedzial (choc pewnie i tak sie domysla). ;) W kazdym razie, polowe ranka na inspekcji spedzilam ukradkiem przegladajac slajdy. Niestety, na koniec byl nawet test (!), choc na szczescie prosty, tyle ze czasochlonny. W koncu skonczylam, podczepilam certyfikat i napisalam do szefa, ze gotowe. Po jakims czasie odpisal ze zatwierdzil moja "umowe" o prace zdalna. Zadowolona, zajelam sie inspekcja, bo i tak mialam wyrzuty sumienia, ze caly ranek robilam cos zupelnie z nia nie zwiazanego. Po poludniu mialam chwilke, wiec znow weszlam na strone zeby poprosic o poniedzialek pracy z domu i... znowu doopa! Caly czas ta sama notka, ze sie nie kwalifikuje! No ja cie piedziele! Znow napisalam do szefa i dostalam wiadomosc, ze mozliwe ze system potrzebuje 24 godzin zeby to uaktywnic, a jak nie, to dal mi maila jakiejs babki, do ktorej mam pisac. Swietnie. :/ Tego dnia moj kolega ponownie przeszedl sam siebie, bo trzymal nas wszystkich (doktorka oraz panie administratorki) az do 17. Zatesknilam za stylem dziewczyny z poprzedniego tygodnia, ktora siedziala na inspekcji od 9 do 15 i ani minuty dluzej... Wrocilam do hotelu wykonczona i juz nic mi sie nie chcialo. Nawet isc do hotelowej silowni zeby pochodzic na biezni... Najgorsze, ze ten chlop sam nie potrafil sie okreslic kiedy mniej wiecej skonczymy. Najpierw mowi o piatku, potem potencjalnie o poranku w czwartek, nastepnie o bardzo poznym popoludniu, a na koniec stwierdza, ze gdyby mu sie przedluzylo jednak do piatku, to nie musze na tym zostawac. Tymczasem ja wysylam maile (kolejne) szefowi co mam robic gdybysmy skonczyli bardzo pozno, bo biuro jest w nieciekawej okolicy, wiec wolalabym dojechac kiedy jeszcze beda straznicy, a poza tym mam problemy z karta i wejsciem do garazu. No i jak w takim wypadku wyglada procedura z hotelem, bo mam go zarezerwowanego do piatku. Ten kolejny niezdecydowany. Najpierw pisze, ze moge zostac na noc do piatku i wrocic rano. Pozniej, ze wyslal upowaznienie zebym mogla wziac auto sluzbowe do domu i odstawila je do pracy w piatek rano. A na koniec ze jesli skonczymy o jakiejs dzikiej porze, to moge jednak wrocic do hotelu. W ten sposob sama juz nie wiedzialam co robic. Kolega poradzil mi zebym sie spakowala i wziela wszystkie rzeczy ze soba, na wypadek gdybysmy skonczyli wczesniej, ale zebym rano jeszcze sie nie wymeldowywala, bo nic nie wiadomo. Podobno jak cos, mozna to zrobic telefonicznie. Okeyyyy... Wieczorem nic mi sie juz nie chcialo robic. Spakowalam tylko co sie dalo, zeby nie zostawiac tego na rano. I tak bylo tego niewiele, bo jadac na kilka dni ma sie ze soba tylko niezbedniki, a wiec wiekszosc rzeczy potrzebowalam na rano.
Czwartek rozpoczelam jak zwykle o 6. Szybko umylam sie, ubralam i popedzilam na sniadanie. Smiesznie w tym hotelu, bo w poniedzialek, poza mna byla tylko jeszcze jedna osoba. We wtorek i srode na stolowce krecily sie doslownie tlumy, a za to w czwartek ponownie zrobily sie pustki. Po sniadaniu predko zapakowalam reszte rzeczy, modlac sie zeby nic mi nie umknelo, zabralam z pokoju wszystkie manele, zapytalam jeszcze w recepcji do ktorej mozna sie najpozniej wymeldowac i pojechalam na dalszy ciag inspekcji. Stwierdzam, ze czlowiek szybko przyzwyczaja sie do nowych wyzwan, bo teraz weszlam juz do tego szpitala czujac sie niemal jak u siebie. Wiedzialam ktorym korytarzem przejsc, do ktorej wsiasc windy, wiedzialam gdzie znajduja sie sale konferencyjne, toalety oraz stolowka. Czyli wszystko czego potrzebowalam. :) Tego dnia wszystkie sale byly zajete i umiescili nas w... audytorium. ;) Jakos dalismy rade. Pod scena polaczylismy kilka stolow, ktos doniosl przedluzacz bo byl tam tylko jeden kontakt, a kazdy mial laptopa i potrzebowal doladowania i jedyne co, to w takiej wielkiej sali bylo strasznie zimno. Powyciagalismy swetry lub bluzy i przezylismy. ;) Kolega oznajmil ze powinnismy zwolac ostatnie spotkanie gdzies o 14, wiec dobrze ze wszystko zabralam, ale poczekalam jeszcze do 11:30 zeby sie upewnic (wymeldowac musialam sie do 12). Trzy razy pytalam czy jest pewny, ze damy rade i kiedy potwierdzil, probowalam dodzwonic sie do hotelu. Musze przyznac, ze nie ulatwiaja ludziom zadania! :D Pierwszy numer (znaleziony w necie), okazal sie ogolnym telefonem do tej sieci hoteli. Drugi (niby konkretnie do tej miejscowki), poinformowal mnie automatycznie, ze jest tylko do robienia nowych rezerwacji, a w sprawie zmiany juz istniejacej, mam dzwonic pod numer w potwierdzeniu. Musialam wiec odkopac maila potwierdzajacego rezerwacje i wtedy, w koncu, dodzwonilam sie na recepcje i wymeldowalam. Tym razem pamietalam tez zeby od razu poprosic o przeslanie rachunku. ;) Niestety, doktorek mial byc o 14 wolny, a dotarl dopiero prawie pol godziny pozniej, bo przedluzylo mu sie z pacjentka (wiem ze pacjentka, bo to ginekolog :D). Zanim skonczylismy podsumowujace spotkanie, zebralam sie, zaszlam do lazienki, itd., bylo po 15. A pozniej, na dzien dobry zabladzilam. Musialam wjechac na autostrade i od razu wziac zjazd. Pechowo, byly dwa jeden za drugim i jak to ja, wzielam oczywiscie nieprawidlowy. ;) Droga zleciala w sumie niezle, bo choc gdzieniegdzie auta zwalnialy bez przyczyny, to prawdziwy korek byl dopiero w stolicy mojego wlasnego Stanu. Zrobilo sie juz po 17, wiec stwierdzilam, ze nie bede zjezdzac z autostrady, tylko powloke sie prosto do domu. Dzieki temu, zajechalam przed 18 i mialam nawet w miare spokojny wieczor. Wzielam prysznic, bo po kilku dniach w hotelu czulam sie jakas taka "skazona" i rozpakowalam walizke zeby nie przypominala mi o minionych dwoch tygodniach. :D Wysciskalam dzieciaki oraz meza i moglam klapnac na swoja wlasna kanape, z kawa zaparzona we wlasnym ekspresie. :)
W piatek obudzilam sie przeszczesliwa, bo we wlasnym lozku. :D Niestety, nie moglam rozwiezc dzieciakow do szkol, bo w sluzbowym aucie nie wolno mi wozic pasazerow, chyba ze innego inspektora. Mlodziez odjechala wiec sie edukowac, a ja zjadlam sniadanie, ogarnelam sie, po czym pojechalam odstawic gruchota. Ktory w sumie jest calkiem nowy, ma nabite raptem 9000 mil, tylko ze to taka byle jaka wersja, no i nikt o nie nie dba, wiec jest podniszczone i brudne. Musialam je tez oczywiscie po drodze zatankowac. Moja karta ponownie nie zadzialala kiedy wsadzilam ja do czujnika otwierajacego garaz pod praca, ale o dziwo kiedy przystawilam ja do dotykowego, drzwi sie otworzyly. Oszalec mozna. Ciesze sie, ze jakis czas mam spokoj z tym glupim garazem. Czy zadzialala od srodka, nie mam pojecia, bo staznik otworzyl mi drzwi. ;) Nie zostawalam w biurze, bo po dwoch tygodniach mialam potrzebe posiedzenia w chalupie. Wrocilam wiec do domu i pracowalam zdalnie. Nadal oficjalnie nie moge poprosic na stronie, ale stwierdzilam, ze jesli ktos sie przyczepi, napisze ze mam maila od szefa ze wszystko zalatwione, a ze gamon czegos nie dopilnowal przed pojsciem na zwolnienie, to juz nie moja wina... Npisalam w czwartek do babki, ktora polecil mi szef, odpisala ze sprawdzi po jakims meetingu i... nic. Oczywiscie, po dwoch tygodniach tulania sie po hotelach i obcych miejscach, bedac w domu co chwila az podskakiwalam ze szczescia ze tam jestem, ale za to kompletnie nie moglam sie skupic na pracy. Po wymianie aut, posiedzialam chwile w domu, po czym pojechalam na tygodniowe zakupy. Po powrocie usilowalam byc pozyteczna, ale slabo mi to wychodzilo... Wrocil ze szkoly Nik, M. odebral Bi i pojechali po sushi, a pozniej napalilismy w kominku. Niby bylo cieplo - 11 stopni, ale po poludniu zerwal sie wiatr, zachmurzylo sie, zas na wieczor zapowiadali deszcz. Zrobilo sie wiec jakos tak nieprzyjemnie, wiec stwierdzielismy ze fajnie bedzie sie powygrzewac. Wstawilam tez zmywarke pekajaca pod "opieka" M. w szwach oraz pranie, bo tak jak podejrzewalam, brudownik Kokusia juz sie przelewal. Wyszorowalam tez kuchnie, bo dla malzonka "mycie" kuchenki ogranicza sie do przetarcia jej gabka, a o umyciu zlewu nawet nie pomysli.
Napisze Wam jeszcze, ze jestem w szoku, bo juz od kilku lat Potworki maja wlasciwie osobne zycia i zero wspolnych zainteresowan. Az tu nagle Nik wspomnial ze chcialby przeczytac ksiazke, ktora skojarzylam, ze posiada Bi. Ta az zrobila wielkie oczy, ze brat chce pozyczyc ktoras z jej lektur, ale cala szczesliwa, w podskokach ja przyniosla. Teraz Nik ma isc z kolega na ekranizacje (stad to nagle zainteresowanie czytadlem), a i Starsza planuje wyjscie z kolezankami. Przyznaje, ze przez to sama jestem zaintrygowana i ksiazka i filmem, bo to naprawde rzadkie zeby Potwory byly zgodne co do opinii na temat czegokolwiek. ;) Mowa oczywiscie (albo i nieoczywiscie) o filmie "Project Hail Mary". Dla nieswiadomych, "Hail Mary" to nasze polskie "Zdrowas Mario", ale zauwazylam, ze w polskim przekladzie pozostawiono oryginal. Pewnie ktos bal sie, ze kler zakrzyknie swietokradztwo. :D
I tak minal kolejny masakryczny tydzien. Teraz powinnam miec dwa wzglednego spokoju, a pozniej kolejny wyjazd, tym razem na szkolenie. Po drodze wylot taty do Polski i Wielkanoc. Bedzie sie dzialo... :)






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz