piątek, 14 września 2018

Z serii: W tym domu sie gada! + slow pare o codziennej bieganinie

Poplakalim, to teraz trzeba sie posmiac. Na szczescie przyroda kocha rownowage, a Potworki skutecznie codziennie unosza mi kaciki ust (cisnienie tez, ale to juz wiecie :D) swoim gadulstwem. :)


Mamy w domu 3 toalety. I bywaja dni, kiedy mam wrazenie, ze nie robie nic, tylko chodze w kolko i splukuje pozostawione efekty przemiany materii mojego potomstwa. Oczywiscie dzieci o tym wiedza, ale zrzedzenie na ten temat kwituja smiechem.
Ktoregos dnia, po raz kolejny wychodze z lazienki, gdzie wlasnie spuscilam po kims wode. Podchodzi Nik z lobuzerskim usmiechem:

Nik: "Mama, czy znalazlas bunch of siuskow in the bathroom? To moje!"

I chichocze w najlepsze, jak z dobrego psikusa...


*

Przynioslam z pracy kupe darmowych pierdolek z Fisher Scientific. Bi ucieszona:

"Ale ty masz fajna prace! Jak dorosne, a ty bedziesz jeszcze zyla, to bede pracowac z toba!"

Taaa... Nie ma jak praca za kilka darmowych dlugopisow oraz plikow post-it. :D No i z matki taki dinozaur, ze moze wymrzec w kazdej chwili. ;)


*

Nik przyglada sie jak zakladam stanik. Pyta po co to robie. Sam stoi tylko w majtkach, tlumacze mu wiec, ze kobiety zaslaniaja piersi, po czym dodaje zartobliwie: "A ty tez jestes goly! Dlaczego nie zasloniles swoich cycek?"

Na to Nik (nie bez dumy w glosie): "Tak mezczyzny robia!". :D


*

Aby sprawic Potworkom przyjemnosc, kupilam zgrzewke jogurtow z cukiereczkami w ksztalcie dinozaurow. Okazalo sie jednak, ze cukiereczki im nie podeszly i wobec tego odmowili jedzenia jogurtow w ogole. To z kolei wywolalo fale mojego zrzedzenia, ze kupuje im specjalne jogurciki (w dodatku niezbyt zdrowe!), a oni wybrzydzaja.

Nik kiwa glowa ze zrozumieniem: "You never know what you will hear from your kid!".

Nic dodac, nic ujac. ;)


*

Bi uczy Nika robic gwiazde:

"Kokus, teraz look uwaznie!"


*

Bi prosi o pokazanie jak przewracam jej pizamke na prawa strone. Po latach praktyki, robie to sprawnie, w sekunde.

Bi z podziwem: "Mama, ty masz jakies spryty!"

spryty = sztuczki? ;)


*

Nik: "Nos mnie swedzi. I think I have a flu" [flu - grypa]
Bi: "Flu is a musical instrument!"

"Flute", corko, "flute". [flute - flet] :D


*

Podczas wizyty tesciow, ulubiona zupa Kokusia, stala sie zupa pierczakowa, czyli po prostu pieczarkowa. ;)


*
Nik szuka dziadka: "Gdzie to moje dziadziatko?"

Wzruszyl mnie niesamowicie tym "dziadziatkiem". ;)


*

Mowie Nikowi, ze nastepnego dnia idzie do fryzjera.

"Hurra! Zostane z mama, a nie z babcia i dziadziem!"

Poczulam sie na wpol wzruszona, na wpol zaniepokojona.

Ja: "Ale ty nie lubisz byc z babcia i dziadziem?"
Nik: "Lubie, ale ja wtedy tylko jem i jeeem!".

No tak. Moja tesciowa jedyny sens zycia upatruje w dobrym zarciu. ;)


*
Nik (do wolajacej go Bi): "I am cuddling with mommy! I need to give her some love!"

:***


*

 Bi nagrywa filmik na tablecie (mowie Wam, ona w przyszlosci zostanie vlogger'ka!):

"This is almost the end of my movie! Now I'm going to tell you a few words in Polish!"

Ja (mrucze cichutko): "Po polsku, taaa... Pewnie wasze ulubione: pupa, sisia i kupa..."
Na moje nieszczescie doslyszal to Nik.

Komentuje (na caly glos): "A co ze sraka?"


*

Rozladowuje naczynia ze zmywarki, nastepnie ide do pokoju poskladac swiezo wysuszona posciel. Nik najpierw placze mi sie pod nogami w kuchni, nastepnie puszcza autka w salonie. W rezultacie ciagle sie o niego potykam. Nieuchronnie prowadzi to do zrzedzenia:

Ja: "Kokus, czy ty musisz ciagle za mna lazic? Bylam w kuchni, bawiles sie tam. Przyszlam tutaj, to tez zaraz musisz tu przynosic caly swoj balagan?"
Nik: "Bo ja cie lubie!"
Matka (troche udobruchana): "Ja tez cie lubie, ale mam sporo do zrobienia, a ty ciagle mi przeszkadzasz..."
Nik: "Bo mommies sa do kochania, a nie robienia stuff!"

Wlasnie! Sluchajcie wszystkie matki! :D


*

Skoro juz sie smiejemy, to na koniec zdjecie:


Normalnie staram sie szanowac cudza prywatnosc. Nie robie zdjec obcym ludziom, ani ich wlasnosci. Ta kierownica jednak przyciagnela moj wzrok i nie moglam sie oprzec. :D


To teraz co nieco o codziennych nudach.

Jak przystalo na koncowke lata, nastapilo u nas zalamanie pogody. A jak zalamanie, to oczywiscie z przytupem. ;)
Tesciowie wylecieli w zeszly czwartek i smialam sie, ze zabrali ze soba rowniez lato. Jeszcze w srode byl upal i Potworki plawily sie w basenie.

Nie do wiary, ze to zaledwie tydzien temu! :O

W dzien wylotu tesciow padalo, ale bylo duszno i burzowo. W piatek caly dzien kropilo, ale temperatura byla dosc ciepla, lekko ponad 20 stopni. Niestety, juz w sobote slupek rteci stanal na 18 kreskach. Moze to jeszcze nie mroz, ale jesli temperatura w ciagu dwoch dni spada z 33 do 18, to organizm przezywa szok. Ja chodzilam w bluzie. Potworki uparly sie na krotki rekawek, a Nik ostro oprotestowal skarpety (jak sie cale lato smiga na boso, to sie nie lubi ;P). Czyli dalo sie przetrwac. ;) Pojechalismy nawet na plac zabaw, ktory juz tradycyjnie byl opustoszaly.

Plac prosi sie o lekkie odrestaurowanie. Eekwipunek jest mocno wyplowialy od slonca, ale skoro zainteresowania placem nie ma, to pewnie miastu sie nie oplaca...

 Bi upodobala sobie przejezdzanie na drazku z jednego konca na drugi. Widzicie te "tlumy" dzieci w tle? ;)

Za to w niedziele oraz poniedzialek, nie dosc ze padal deszcz, to jeszcze bylo raptem 13 stopni! Brrr... W niedziele napalilismy w kominku (i zakopcilismy cala chalupe, nie pytajcie jak, bo zadne z nas nie wie) zeby sie troche zagrzac, ale w poniedzialek skapitulowalam i wlaczylam ogrzewanie w domu. Chcialam tego uniknac, bo od wtorku zapowiadali powrot 25 stopni, ale po tym jak przechodzilam pol ranka w puchatym szlafroku trzesac sie z zimna, stwierdzilam, ze nie moge tak funkcjonowac. ;)

W kazdym razie, jeszcze trwalo u nas lato, jeszcze upaly i duszne noce, a Potworki zdolaly zlapac gdzies przeziebienie. Zakladam, ze nie mialy gdzie zmarznac, bowiem to byl tydzien, kiedy szkoly DWA RAZY wypuszczaly dzieci do domu wczesniej z powodu nieznosnego goraca oraz wilgoci. Musieli gdzies zlapac wirusa. Bi przez pare dni miala wyraznie przytkany nos, a kilka dni pozniej Nikowi puscila sie z kinola Niagara i plynie do dzisiaj. To juz ponad tydzien. Zadne dorazne srodki nie dzialaja, a ja modle sie tylko, zeby znow nie zeszlo mu na uszy. Juz tyle czasu mielismy spokoj! W akcie desperacji, w poniedzialek pojechalam do sklepu i kupilam nie tylko srodki na przeziebienie, ale jakies ziolowe tabletki na odpornosc, zapas lekow przeciwgoraczkowych oraz krople do nosa. Te krople to o kant dupy rozbic bo to tylko roztwor soli, stwierdzilam jednak, ze moze choc troche przeplucza Nikowi wszystkie kanaly i zapobiegna namnazaniu sie bakterii... Co najdziwniejsze, on sam sie o to prosi! Nie psikam mu zwyczajnie mgielka, tylko pryskam mocnym strumieniem az roztwor zacznie wyplywac. Nik krztusi sie i prycha bo splywa mu to do gardla, ale doprasza sie "A teraz druga dziurka!". Masochista! :D

Jak pisalam ostatnio, w zeszlym tygodniu pojechalam na spotkanie organizacyjne dla nowych rodzicow w polskiej szkole. Pojechalam bo nie wiedzialam czego sie powinnam spodziewac, ale okazalo sie, ze poza kupnem podrecznikow, moglam sobie odpuscic cala "impreze" bowiem nie omowiono na nim niczego, czego nie przeczytalam juz wczesniej na ich stronie internetowej.
Ojjjj... Czuje, ze napsuje mi ta szkola nerwow. Juz od poczatku widac, hmm... "specyficzne"  podejscie do ucznia. ;) W szkole amerykanskiej sa strasznie (az za bardzo czasem) nastawieni na pochwaly oraz nagrody. Przykladowo, juz w drugim tygodniu, klasa Bi uzbierala wystarczajaco punktow (naliczanych za dobre zachowanie, sumienne odrabianie lekcji i Bog wie co jeszcze) zeby wybrac sobie nagrode. Nagroda  moze byc dodatkowa przerwa (tutaj, poza lunch'em o przerwach decyduja nauczyciele), moze byc to "pajama day", ale tym razem dzieciaki wybraly "toy day", czyli dzien, kiedy kazdy mogl przyniesc do szkoly zabawke. Dzisiaj klasa Kokusia rowniez miala w nagrode za dobre zachowanie "stuffed animal day". Nik wzial swojego Pikachu. :D
W kazdym razie, cokolwiek dzieciaki robia, chocby wymagalo minimum inicjatywy, jest zachwalane i nagradzane, a uczen jest zachecany, zeby kontynuowal pozytywne zachowanie.

A w Polskiej Szkole?
Coz, przemowienie miala najpierw pani prezes, ktora przedstawila szczegolowo jak szkola zbiera na siebie fundusze. Jest to bowiem instytucja prywatna, ktora bazuje glownie na czesnym oraz sponsorach. Nastepnie, mikrofon przejela pani dyrektor szkoly, ktora swoje przemowienie zaczela od wyliczenia... KAR, ktore wlepia sie uczniom za zle zachowanie! :O Szkola ma tez system nagrod, zeby nie bylo, ale dyrektorka wolala zaczac od tego, co czeka dzieci za okazana niesubordynacje. Khem, khem... Mysle, ze duzo to mowi o owej pani oraz (mam nadzieje, ze nie) o kadrze nauczycielskiej. Nie wiem, moze to tylko moja opinia, ale bardzo to bylo niesmaczne.

Przy okazji zagadnelam panie o mozliwosc przeniesienia Potworkow o klase wyzej, ale mowy nie ma. :/ Musieliby juz czytac i pisac po polsku oraz znac polskie litery oraz dwuznaki, czego oczywiscie nie znaja. :/ Odpuscilam. Nie chcialo mi sie wyklocac.
Przy kazdym kontakcie z Polska Szkola napotykam na cos, co mi sie nie podoba. Nie wiem juz sama czy to ja jestem uprzedzona, czy rzeczywiscie ta instytucja jest jakas nieprzyjemna. W kazdym razie, jak tak dalej pojdzie, to dlugo tam Potworki nie zabawia, wiec wszystko mi jedno, do ktorej klasy pojda. Troche szkoda, ze Bi nie bedzie z synami mojej kolezanki, ale podejrzewam, ze na froncie szkoly i tak dziewczynki i chlopcy trzymaja sie osobno. ;)

Nie dosc, ze Polska Szkola wkurza, to mam ostatnio kupe papierow do wypelniania (glownie zwiazanych ze szkola hamerykancka dla odmiany) oraz spraw do zalatwienia i irytuje sie niemozliwie kiedy napotykam problemy z komunikacja.
Niestety, czestym sprawca jest moj syn. W zeszlym tygodniu np., przyniosl do domu zadanie, w ktorym mial mu pomoc ktos dorosly. Patrze na date, a tam jak byk napisane, ze skonczony "projekt" trzeba przyniesc na 31 sierpnia! Jesli ktos sie pogubil, to zeszly szkolny tydzien to byl juz 4-7 wrzesien (3 wrzesnia bylo wolne)! :O Pytam syna dlaczego dopiero teraz przyniosl zadanie, a on mi mowi, ze mial je w zlym folderze w szkole! No tak, wybral sobie dwa foldery w odcieniach niebieskiego i teraz ma problemy z odroznieniem! :/
W kazdym razie, zadanie pozornie proste - stworzyc "Heart map". Na arkuszu papieru wycietym w ksztalcie serca, trzeba nakleic zdjecia ulubionych miejsc, rzeczy, czlonkow rodziny, slowem wszystkiego co dziecko lubi i czym sie interesuje. Rodzic mial te zdjecia podpisac, zeby uczen mogl skopiowac nazwy i slowa w swoich wlasnych wypracowaniach.
U mnie jednak nigdy prosto byc nie moze, bo w domu ani wiekszego arkuszu brystolu, ani tuszu w drukarce. :) Zanim pojechalam do sklepu po papier, zanim wybralam i podrukowalam (w pracy) zdjecia, minelo kilka dni. W koncu w poniedzialek wycinalam, kleilam i podpisywalam prawie do 22, ale skonczylam. Wyszlo calkiem ladnie.

Praca domowa rodzica :D

Rano pokazuje synowi gotowe "heart map", a on kwituje: "Ale to jest za duze. Inne dzieci mialy mniejsze...". Tlumacze, ze to nic, co za roznica, on bedzie mial troche wieksze. "Ale wszystkie dzieci maja mniejsze, bo pani nam te serca wyciela i dala. Wrrrr... A gdzie w takim razie jest twoje serce? "W szkole.". Zaczyna mi pulsowac zylka. A dlaczego go nie przyniosles do domu z instrukcja? "Bo mialem w zlym folderze, a potem na tym sercu cos namalowalem..."
Myslalam, ze cos mnie trafi! Nie dosc, ze przynosi zadanie tydzien pozniej, to okazuje sie, ze przyniosl jego polowe! Poswiecam wieczor, zeby to zrobic, a on mowi, ze to nie takie jak trzeba, bo za duze! Ma szczescie, ze jest nadal smarkaty i ze tak komicznie przygryza dolna warge kiedy sie frasuje, ale moglby nieco bardziej uwazac na to, co mowi Pani! ;)

Nik to jednak Nik. Bardziej chyba wkurzyl mnie sklep muzyczny.

Pisalam juz, ze Bi zaczyna w tym roku nauke gry na skrzypcach. Juz w pierwszym tygodniu szkoly nauczycielka zmierzyla jej ramie, zeby odpowiednio dobrac rozmiar instrumentu i przyslala liste sklepow muzycznych w okolicy. Na szczescie instrumentu nie trzeba kupowac (to wydatek rzedu $800), ale mozna wypozyczyc. Co lepsze, sklep muzyczny dostarcza skrzypce bezposrednio do szkoly, jednak to rodzic musi zalatwic wypozyczenie. Wybralam sklep jak najblizej nas, w razie gdyby trzeba bylo tam podjechac osobiscie. Wypelnilam formularz (interetowo), dostalam potwierdzenie, ze go otrzymali. Ok. Minal tydzien. Przyszedl list z grafikiem Bi (dzieciaki maja raz w tygodniu lekcje indywidualne i raz grupowe) i przypomnialam sobie, ze nadal nie otrzymalam ze sklepu muzycznego potwierdzenia, ze Bi zostaly przydzielone skrzypce! W mailu jest napisane, ze mozna sprawdzic swoje "zamowienie" na ich stronie. Ok, wchodze, loguje sie, a tam prosi o nr. konta. A ja zadnego konta nie otrzymalam! :/ Na probe wbijam numer pierwszego potwierdzenia. Wyskakuje okienko "prosba zostala wyslana" (request was submitted). I tyle. Czekam kolejny dzien, ale nadal nic nie moge sprawdzic. Nosz, tu sie wkur... rzylam! Nie lubie dzwonic, wole sprawy zalatwic mailowo, ale jak sie nie da, to sie nie da. Zlapalam za sluchawke. Dzwonie. Poczta glosowa. Prosze zostawic wiadomosc, a oni oddzwonia jak najszybciej. Nagrywam sie i czekam. Mija dzien, mija drugi. I ciiisza... W koncu dzwonie jeszcze raz. Tym razem ktos odbiera. Po pobraniu wszelkich danych zdziwienie, bo skrzypce Bi zostaly dostarczone do szkoly w zeszlym tygodniu. Taaak? Bo ja tu juz apopleksji dostaje, a wy nie odpowiadacie na zadna forme komunikacji!
Dla pewnosci puscilam jeszcze maila do nauczycielki Bi, zeby sprawdzic czy instrument rzeczywiscie dotarl. No, dotarl. Fajnie, ze wszystko dobrze sie skonczylo, ale czy to tak ciezko wyslac zawiadomienie? Jaki jest sens komunikacji przez strone internetowa, skoro niczego sie przez nia nie dowiem? Ech...

Dodatkowy dzien wolny w poniedzialek, ktory obiecalam sobie spedzic spokojnie (na tyle, na ile da sie przy Potworkach) tez dostarczyl mi niezapomnianych wrazen i to nie z tych pozytywnych. ;)

Siedze sobie na dole, czytam ksiazke, dzieci bawia sie (?) grzecznie u gory. Nagle podchodzi do mnie Nik z mina mocno zafrasowana i mowi: "Probuje otworzyc ten sejf, ale nie moge odgadnac kombinacji...".
Oh shit...
Musicie wiedziec, ze owszem, mamy w domu ognioodporny sejf. ;) Nie trzymamy w nim sztabek zlota ani drogocennej bizuterii, ale wazne dokumenty. Do jego otwarcia potrzebna jest kombinacja oraz klucz. Wykrecenie kombinacji to nie taki pikus, bowiem wyglada ona mniej wiecej tak: przekrec 4 razy w prawo i zatrzymaj sie na 56, przekrec 3 razy w lewo i zatrzymaj sie na 70, przekrec 2 razy w prawo i zatrzymaj sie na 13, przekrec w lewo i zatrzymaj sie na 45. Wystarczy, ze zawaha sie czlowiek na sekunde patrzac na cyferki, a maszyna odczyta to jako "stop" i sie nie otworzy. Kiedy kupilismy sejf, okazalo sie, ze o ile ja otwieralam go bez wiekszych problemow, o tyle M. za cholere nie mogl wykrecic kombinacji! :D Poniewaz do otwarcia potrzebny byl tez klucz, po otwarciu zakleilismy galke do wykrecania numeru tasma, zeby zatrzymac ja w miejscu.
Kiedy wiec Nik oznajmil nonszalancko, ze nie moze znalezc kombinacji, wystrzelilam jak z procy i pobieglam na gore, skaczac chyba co 4 schodek. Tak jak sie obawialam, sejf wyciagniety z czelusci szafy na przedpokoj, tasma zerwana, drzwiczki sie nie otwieraja! :O No pieknie! Myslalam, ze udusze malego dziada! Zostal odeslany do pokoju z obietnica szlabanu na deser, telewizje, tableta oraz rower. Wszystko co na poczekaniu wpadlo mi do glowy. :D Ja zas zaczelam akcje: otwarcie sejfu. Kluczyk mam zawsze przy peku kluczy do domu, wiec to nie problem. Gorzej z kombinacja, bo kto by ja tam pamietal. Sejf kupilismy przynajmniej 4 - 5 lat temu, zrobilismy zdjecie kartce z kombinacja i o niej zapomnielismy... Musialam wiec odszukac te zdjecie. Telefon mam nowy, wiec z miejsca go odpuscilam. Wlaczylam laptopa i zaczelam przegladac folder ze zdjeciami. Fotek kilkaset, ale cierpliwie przegladam. Nie ma. Zeszlam do piwnicy, gdzie mamy komputer stacjonarny. Ten ma dodatkowa pamiec, wiec wiedzialam, ze zdjecie kombinacji gdzies musi na nim byc. Wlasnie: gdzies. Ten zdjec ma kilkanascie tysiecy, a w dodatku to oprogramowanie Apple i zamiast przeleciec szybko "ikonki", musialam leciec fotka po fotce. Wyobrazacie to sobie?! Godzine mi to zajelo, ale znalazlam, ha! ;) Naogladalam sie przy okazji fotek kiedy Potworki byly jeszcze malusie i slodziusie i strasznie sie wzruszylam. ;)
Z kopia kombinacji w reku popedzilam dwa pietra wyzej i... za cholere nie moglam jej wykrecic! Zadzialaly chyba nerwy, bo z szesc razy krecilam od poczatku i nic. Pot mi po plecach splywal i zaczelam juz powaznie sie obawiac, ze M. ustawil inna kombinacje, ale w koncu... otworzyl sie! Jeeej!!! :)

Skoro juz drzwiczki stanely otworem, zagladnelam sobie z ciekawosci na nasze paszporty, a tam niespodzianka! Moj stracil waznosc w czerwcu! :) Bosko po prostu! Poniewaz cala rodzina (poza moim tata) jest w Polsce, to bardzo wazne abym mogla w kazdej chwili wsiasc w samolot i poleciec do Kraju. Do tego jednak potrzebny jest wazny paszport, wiec na dniach czeka mnie wyprawa na poczte, zeby wyrobic nowy.
Na cos sie jednak Kokusiowe brojenie przydalo... ;)

To jeszcze nie koniec przygod.
Wieczorem ide wziac prysznic. Lazienki w tym domu sa naprawde stare (lata 80-te) i wiedzielismy, ze bedziemy je wymieniac. Nie wiedzielismy jednak, ze tak predko. ;)
Zeby wziac prysznic, trzeba u nas puscic wode, po czym wcisnac przycisk. To zmienialo strumien wody z kranu na prysznic. Odkrecam wiec wode, naciskam przycisk, a on... wylatuje z dziurki jak z procy razem ze sprezynka, a z dziury mocnym strumieniem sika woda! Wrzasnelam i odruchowo zakrecilam wode. Na szczescie to przerwalo chlustanie wody z dziury pozostalej po przycisku, bo juz sie przerazilam, ze jakas rura poszla...
W kazdym razie, nawet przy guziku wcisnietym na maksa i zablokowanym na stale, woda leci tylko z kranu... :/ Poniewaz my praktycznie nigdy sie nie kapiemy, tylko bierzemy prysznice, chwilowo korzystamy z lazienki Potworkow... Na dniach trzeba sie jednak zabrac za remont naszej. Stwierdzilismy bowiem, ze jak juz mamy naprawiac zepsuta armature, mozemy rownie dobrze wyremontowac cala lazienke skoro i tak planowalismy to kiedys zrobic...

Wisienka na torcie tego szalonego dnia bylo kiedy M. zapalil swiatlo w naszej szafie, po czym... nie mogl go zgasic! :D Swiatlo to wlasciwie tylko zarowka, ktora zapala sie pociagajac za sznurek. Tak samo sie ja gasi. Coz, oboje ciagnelismy sznurek na wszystkie strony, a zarowka az ruszala sie na boki, ale nie gasla. :/ Balam sie ciagnac za mocno, zeby jej zupelnie nie wyrwac, a ze przy okazji lekko migotala, balam sie, ze wywale korki w calym domu. W koncu, chyba za piecdziesiatym pociagnieciem sznurka, zarowka... zgasla jak gdyby nigdy nic. ;) Westchnelam do M., ze moze lepiej nie zapalac swiatla w szafie, tylko polegac na swietle wpadajacym do niej z pokoju. Na to moj maz mruknal, ze jasne, tu nie bierz prysznica, tu nie zapalaj swiatla, nie da sie w tym domu normalnie zyc, bo to system pulapek na nieswiadoma osobe! :D

Jakby malo sie dzialo w tym tygodniu, to jeszcze w poniedzialek dostalam maila z klubu, w ktorym Potworki chodza na plywanie, ze zajecia zaczynaja sie... w TYM tygodniu! Dzieki wielkie za uprzedzenie! :/ Dobrze, ze w zeszlym tygodniu nadal panowaly upaly, wiec stroje oraz reczniki nadal po domu sie walaly i nie musialam przetrzasac czelusci szaf... Na szczescie w tej sesji jest mozliwosc zajec w srodku tygodnia. W ten sposob, Potworki w srode wyladowaly jeszcze na basenie! Jakis cud sie zadzial, bowiem w grupie o poziomie 2 znalazl sie chlopczyk i Nik widzac go zazadal przebrania w kapielowki i sam popedzil na lekcje! :)
Przy okazji trener Bi pochwalil, ze jest pod wrazeniem jej techniki, szczegolnie ze wzgledu na jej mlody wiek. Jesli chodzi o kraul na brzuchu oraz plecach, nie ma jej nic do zarzucenia. Teraz trenuja zabke, bo ten styl Bi  zaczela cwiczyc dopiero w poprzedniej sesji i musi nad nim jeszcze popracowac. Potem maja przejsc do stylu motylkowego.
Znow wrocila mysl, ze moze Bi bedzie chciala kontynuowac plywanie juz profesjonalnie. Jesli przejdzie do druzyny plywackiej i bedzie wygrywac wyscigi, w przyszlosci mozliwe, ze zalapie sie na jakies stypendium do college'u. ;)

W sobote czeka nas rozpoczecie roku w Polskiej Szkole. Moze byc ciekawie bo Nik nadal ryczy, ze nie chce... ;) Z tej okazji musialam Potworkom sprawic galowe stroje, bowiem w przemowieniu w zeszlym tygodniu panie zaznaczyly, ze takowe obowiazuja podczas uroczystosci szkolnych. A ze Nik nie posiadal dotychczas bialej koszuli (no dobra, ta ktora mu sprawilam, jest i tak w odcieniu kosci sloniowej ;P), a Bi granatowej spodniczki, to trzeba bylo ich zaopatrzyc. Nik patrzac na ciemno niebieskie spodenki oraz biala bluzke uznal, ze to mundurek i ucieszyl sie, ze "jego kuzyn tez taki ma!". Kuzyn mieszka w Anglii i faktycznie nosi mundurek, Nik za to swoj ubierze wylacznie na poczatek oraz zakonczenie roku szkolnego. :D

Dzieje sie wiec, moi panstwo, dzieje.  Chwilami nie nadazam i lapia mnie paniczne mysli, ze NA PEWNO o czyms zapomnialam! Jak na zlosc, w pracy tez zapieprz, od czego zupelnie odwyklam. ;)
Jak juz przyjdzie niedziela, to rozloze sobie koc na trawie (ma byc cieplo i slonecznie), uwale sie na nim i przeleze tak caly dzien! I niech mi wszyscy dadza swiety spokoj (taaa, na pewno...)! :D

9 komentarzy:

  1. Teksty potworków... Co jeden to lepszy! Nie mogłabym wybrać, który wygrywa :D
    Nik to niezły rozrabiaka... Akcja z sejfem stresująca, za to z zadaniem domowym mnie rozbroił. Dozuje informacje :DDD
    A tak od siebie napiszę, że super to wszystko ogarniasz. Zawsze się tyle u Was dzieje, no nudzić to się na pewno nie nudzicie!
    Czekam na kolejnego tasiemca :))

    OdpowiedzUsuń
  2. Miałam cię poprosić na wstępie byś mnie nauczyła takie dłuugie notki pisać,ale to niewykonalne... U mnie się tyle nie dzieje :D Uwielbiam Was :D
    Dziadziątko wygrywa <3 :D

    OdpowiedzUsuń
  3. No to tydzień pełen wrażeń 😁
    A Potworki jak zwykle wyniataja. Kokus ma rację... You never know ehat you will hear from your kid 😂😂

    OdpowiedzUsuń
  4. Texty Potworkow - super bajer! Mozna sie ubawic na dobre. Fajnie opisujesz codziennosc, taka prawie niecodzienna. Z polska szkola wydaje sie, ze to coraz wieksza wpadka. Chyba M. mial racje, ze to bedzie Potworkom malo potrzebne, a dla Ciebie - wrecz szkodliwe, bo irytujace.

    Blagam o jedno: Nik nie moze ubrac mundurka, ale ubrac sie w mundurek. Nie wiem wlasciwie dlaczego, ale niektore bledy gramatyczne denerwuja mnie do szczekoscisku. "Ubrac cos", zamiast "ubrac sie w cos" meczy mnie jak bol zebow. Poza tym, zawsze bardzo podziwiam Twoja wartkosc wypowiedzi, lekkosc pisania i ogolnie dowcipna narracje. Bardzo lubie tu zagladac, lubie cokolwiek nowego napiszesz, tak dobrze sie to czyta. Wiec tylko blagam o to, zeby Nik nie ubieral mundurka, ale siebie w mundurek.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ubóstwiam te Wasze rozmówki, zwłaszcza te wplatanie angielskich i polskich słów w zdanie :)

    Dzieje się u Was sporo i wcale nie zazdroszczę. Ale myślę, że jak się wdrożycie, przyzwyczaicie to będzie dobrze.

    OdpowiedzUsuń
  6. My mamy za sobą pierwszy tydzień roku szkolengo, póki co Pani idzie na spokojnie - zadań domowych niewiele, a jak się pojawia to takie na 5 minut. Zdąrzyło się nam jednak przydarzyć, że Stefano rano zakładając plecak oświadczył, iż miał zadanie domowe - sęk w tym, że zostawil je w szkole :)

    OdpowiedzUsuń
  7. 'I am going to tell you few words in polish' -oplulam sie ze smiechu. Oni sa jedyni w swoim rodzaju. Szkoda, ze mieszkacie za wielkim Oceanem - moze nasze pociechy by sie polubily.
    A z ta pl szkola to rzeczywiscie nieciekawie, o skrzypcach nie wspomne. Porazka.

    OdpowiedzUsuń
  8. Super tekściki;)))

    Moja teściowa, szwagierka i szwagier też już polecieli. Yyy zapomnieli się tylko z nami pożegnać (sic!) tzn. ze mną i z Maluchami... Co Ty na to;))

    A słowem nic u siebie wspomnieć nie mogę bo co poniektórzy czytają mojego bloga;)))

    OdpowiedzUsuń