Ledwo juz pamietam o tym dniu, tak dawno go nie obchodzilam. A kiedys strasznie lubilam wszystkie zwiazane z nim wrozby, czary, niewidy... :) Na codzien nie wierze w zadne horoskopy, ale w andrzejki to co innego. Z siostra i mama namietnie lalysmy wosk, a potem patrzylysmy na cien i zgadywalysmy co tez nam sie przytrafi w przyszlosci. Kiedys wyszedl mi zarys Stanow Zjednoczonych, przysiegam! :) Mialam tez talie run (juz nawet nie pamietam skad, chyba z jakiegos czasopisma) z objasnieniami, wiec losowalysmy tez runy. Potem byly imprezki ze znajomymi i wrozby w stylu "ktora laska pierwsza wyjdzie za maz". Glupotki jednym slowem, ale liczyla sie dobra zabawa... :)
A teraz zapominam, ze jest taki fajny dzien. Zreszta, nie znam nawet zadnego Andrzeja, wiec nie mam jak pamietac. Ale poczekajcie, niech no dzieciaki podrosna, to bedziemy razem lac wosk przez klucz! Mysle, ze maluchy beda zachwycone, w koncu tutaj takiej tradycji nie ma, wiec dla nich bedzie to zupelna nowosc i cos do opowiadania w szkole. :)
No i chyba zdecydowalismy sie na imie dla malego. Chyba, bo nie wykluczam, ze cos nam sie w ostatniej chwili odmieni... ;) Mimo, ze byl moim pomyslem, zrezygnowalam z Logana. Strasznie trudno jest zdrobnic to imie i brzmi zbyt twardo dla malego chlopca. Gdybym mogla urodzic od razu 13-latka, pasowaloby idealnie! :) A kilka dni temu, zirytowana nasza niemoznoscia podjecia decyzji, oswiadczylam, ze zdaje sie na slepy los. Jesli maly urodzi sie jeszcze w listopadzie, bedzie Colin. Jesli w grudniu, to na imie bedzie mu Nicholas! No i zostalo (u nas) okolo 3 godzin w 11 miesiacu roku, a oznak porodu brak. Wiec wyglada na to, ze bedzie maly Nikus. Juz chyba pisalam, ze to imie idealnie pasuje do grudniowego chlopca? A jeszcze jakby urodzil sie 6-ego, to w ogole! :) No i Nicholasa mozna skracac i zdrabniac na wszelakie sposoby, bedziemy miec znacznie wieksze pole do popisu niz z Bi. :) No chyba, ze w ostatniej chwili "wpadnie" nam jakies fajne imie...
A Bi pochorowala sie na dobre. Nos zatkany, pokasluje, a dzis wrocila od opiekunki marudna i jojczaca (mialam rano dylemat, ale nie miala goraczki, wiec zostala oddelegowana do dzieci). W koncu zaaplikowalam jej lekarstwo przeciwbolowe i pomoglo. Oczywiscie sama aplikacja odbyla sie na zasadzie tata trzyma, mama wciska znienawidzony "soczek", a dziecko drze sie, kopie i wyrywa. Ale dalismy rade... :) Zastanawiam sie tylko czy boli ja gardlo czy dziasla, bo od kilku dni reka bez przerwy laduje w buzi i podczas jedzenia tez gmera sobie tam lyzeczka. I tak jak pisalam w poprzednim poscie, wydaje mi sie, ze widze zarys gornych piatek...
Tak jak planowalam, wzielam dzis wolne, zeby popracowac nad poprawkami do magisterki. Udalo mi sie przebrnac zaledwie przez wstep. Za duzo tego, poza tym maz mnie rozpraszal... Moj drogi malzonek, nie nauczony przez zeszloroczne doswiadczenie, zawiesil karmnik dla ptakow. Oczywiscie zanim ptaszki odkryly zarcie, zrobily to wiewiorki. Paskudy uwiesily sie na karmniku i dalej wybierac nasiona! W ciagu 2 godzin wyjadly prawie polowe! M. nie mogl juz tego zdzierzyc i wracajac z silowni zajechal do sklepu. Wrocil z wiatrowka i pudeleczkiem srutu! I dalej czatowac, celowac i strzelac! Na szczescie ma "mietkie" serce i nie chce mordowac niesfornych gryzoni, tylko je troche postraszyc. Kupil wiec strzelbe o najslabszej nosnosci (tak to sie nazywa?). No i strzela obok wiewiorek, a nie bezposrednio w nie. Tylko nie wiem czy odniesie jakikolwiek sukces, bo narazie paskudy nie wydaja sie zbytnio wystraszone. Owszem, odbiegna kawalek, ale zaraz wracaja. Musialyby naprawde dostac po ogonach, to moze nauczylyby sie trzymac od karmnika z daleka... :)
Mnie za to zaczyna drapac w gardle. Oj, niedobrze... Zaraz ide poplukac sola... :(
piątek, 30 listopada 2012
czwartek, 29 listopada 2012
Takie tam pisanie
A tak sobie pisze. Bo lubie gledzic, a nie mam komu. Bo maz w pracy, Bi spi, zapiekanka wstawiona i mam czas zanim padne ze zmeczenia. Bo juz za "chwile" moge przez jakis czas miec go bardzo malo na pisanie...
Nie moge zabrac sie za korekte pracy. Wiem, czas leci, moge w kazdej chwili urodzic i bedzie jeszcze trudniej... Ale zalamala mnie ilosc poprawek i zwyczajnie podciela skrzydla. :( Po dokladnym przejrzeniu komentarzy promotora, zastanawiam sie po chusteczke ja mu dawalam cokolwiek wczesniej do poprawy. W tej chwili musze i tak wszystko niemal pisac od nowa. Nie mowiac juz o poprawie praktycznie KAZDEGO wykresu... Dlaczego? Bo mam nazwe odcinka rzeki na wykresach i w tytulach tychze. I sie powtarzaja. Ale on nie chce, zebym zmienila tytuly, nie, mam zlikwidowac nazwy na wykresach... No po prostu wziac dziada i udusic! Chodze wiec od poniedzialku wokol tej pracy jak kolo jeza i przymierzam sie i przymierzam i na tym sie konczy... Musze sie porzadnie kopnac w tylek, moze rusze... Wzielam wolne z pracy jutro z mysla, zeby popracowac nad tym jak Bi bedzie u opiekunki. Moze w srodku dnia latwiej bedzie mi zlapac motywacje niz wieczorem, kiedy i tak padam na nos...
A Bi od wczoraj smarcze, a dzis dodatkowo pokasluje. Mam nadzieje, ze to tylko gluty splywaja jej takze gardlem. Oczywiscie grucha jest wrogiem numer jeden, podobnie jak zwyczajna chusteczka do nosa... M. nadal kaszle, chociaz antybiotyk na zapalenie oskrzeli skonczyl 2 dni temu... A ja czekam i jak tylko nos mi sie lekko przytka, to wpadam w panike... Wirusy nie odpuszczaja i czekam z utesknieniem na mrozy. Moze wybija czesc tego dziadostwa...
W sobote mamy z M. 5 rocznice slubu cywilnego. :) Nie do wiary, ze to juz 5 lat... Na swietowanie nie ma jednak szans. Nie mam sily, poza tym nie ma chetnych na zajecie sie Bi, a wypad gdziekolwiek z nia to bardziej mordega niz przyjemnosc. A zreszta, rocznice powinno sie swietowac we dwoje... Ale znajac pamiec i odwrotny romantyzm M., nie doczekam sie nawet kwiatka... Za to umowilam sie do fryzjera, wiec moze choc tam mnie wypieszcza... :)
Oglaszam, ze jestesmy gotowi na malego (synu, slyszysz?)! Wczoraj kupilismy wreszcie ostatnie brakujace drobiazgi, czyli smoczek (nie jestem ich wielka zwolenniczka, ale na niektore dzieci nie ma innej rady) i bujak. Niech go tylko M. zlozy i zobaczy czy dziala, zeby potem nie bylo niespodzianek.
Przy okazji kupilismy Bi prezenty na Mikolajki. U mnie w rodzinie dzieciaki dostawaly 6 grudnia tylko slodycze, ewentualnie jakis drobiazg, a glowny prezent byl pod choinke. Za to u M. prezent byl na Mikolajki, a na Gwiazdke juz nic. Myslalam, ze to tylko w jego rodzinie, ale ostatnio przeczytalam cos podobnego u Klarki. Wiec moze taka jest tradycja na poludniu Polski? Jak to bylo u Was w domach? My zdecydowalismy pojsc na kompromis i wyglada na to, ze nasze dzieciaki (szczesciarze!) beda dostawac prezenty i 6 i 24 grudnia. W kazdym razie na Mikolajki Bi dostanie drewnianego zolwia, ktorego skorupa ma otwory z roznych ksztaltow geometrycznych i do tego odpowiednie klocki oraz (o zgrozo!) kredki swiecowe. Az sie boje, ale po pierwsze pediatra truje nam o kredkach juz od jakiegos czasu, a po drugie sama jako dziecko uwielbialam rysowac i kolorowac i nie chce pozbawiac swojego dziecka tej radosci. Bedziemy musieli po prostu miec Bi stale na oku kiedy bedzie bazgrolic. I mysle, ze wystarczy, ze kilka razy kredeczki jej sie zabierze, a szybko nauczy sie nie brac ich do buzi i rysowac tylko po kartce. A na Gwiazdke chce zamowic jej wozeczek dla lalek. :)
A w niedziele Bi konczy 19 miesiecy. Kolejny miesiac minal jakby go nie bylo... Nie wiem czy uda mi sie napisac podsumowanie, bo przeciez chodze w dwupaku z tykajaca bomba zegarowa. :) Moze wiec wcisne co nieco tutaj...
Wczoraj dane mi bylo uslyszec najpiekniejsze slowa na swiecie. Bi przeleciala przez dom jak huragan wolajac "mama, MAMA!!!", po czym wpadla do lazienki, zlapala mnie za palec i zaciagnela do pokoju, zeby pokazac, ze polozyla misia na poduszke. Po czym przekomicznie przylozyla palec do ust pokazujac, ze ma byc cicho bo misio spi. :) Wydaje przy tym dzwiek, cos na ksztalt "chaaa...". I wbrew pozorom ma to sens, bo w jednej z jej angielskich ksiazeczek, jest starsza dama mowiaca "hush (czyt. hasz)!", a Bi ta ksiazeczke wprost uwielbia. Ale wracajac do "mama". Absolutnie nie przyjmuje do wiadomosci, ze mogl to byc zwykly przypadek! ;) Co prawda od tamtego momentu sie nie powtorzylo...
Poza tym ulubiona zabawa ostatnio to ubieranie/ rozbieranie. I o ile Bi jest calkowicie usatysfakcjonowana kiedy przelozy bluzke przez glowe (rekawy moga sobie latac luzno, kto by sie tam nimi przejmowal), to namietnie probuje nakladac spodnie i buty (ze zdejmowaniem juz sobie radzi). Niestety to jest juz wyzsza szkola jazdy i Bi po kilku minutach wscieka sie i zaczyna kopac garderobe i wrzeszczec. Potem przychodzi po pomoc, ale ubrana natychmiast wszystko zdejmuje i zaczyna zabawe od poczatku... I tak w kolko...
Z mowa nadal jest na bakier. Doszlo nam slowko "opa" (brzmiace w ustach Bi "abu"), ktorym cierpliwie szantazowalam moje dziecie, proszac aby je powtorzyla za kazdym razem kiedy chciala wejsc na kanape. No i dopielam swego, ale Bi nie kuma narazie, ze to slowko ma sygnalizowac chec bycia podsadzonym. Uzywa go zarowno jak chce sie gdzies wdrapac, jak i zejsc na dol. :)
A zeboli mamy juz 12, doszly nam gorne czworki. I, o ile sie nie myle, gorne piatki tez sie pchaja.
A na zakonczenie. Mam dosc bycia w ciazy!!! Kurcze jak te ostatnie dni sie dluza!!! Jestem opuchnieta, wiecznie na bezdechu i wykonczona! Ja juz nie chodze, ja kolysze sie jak kaczuszka!!! I do szewskiej pasji doprowadzaja mnie ludzie (glownie moj szef, ale tez i maz, a on powinien wiedziec lepiej) twierdzacy, ze swietnie wygladam, ze wcale nie widac iz jestem pare dni od terminu i ze doskonale znosze swoj stan bo wcale sie nie skarze! A co, mam siedziec za biurkiem i szlochac??? A zreszta, marudze wystarczajaco na tym blogu...
Nie moge zabrac sie za korekte pracy. Wiem, czas leci, moge w kazdej chwili urodzic i bedzie jeszcze trudniej... Ale zalamala mnie ilosc poprawek i zwyczajnie podciela skrzydla. :( Po dokladnym przejrzeniu komentarzy promotora, zastanawiam sie po chusteczke ja mu dawalam cokolwiek wczesniej do poprawy. W tej chwili musze i tak wszystko niemal pisac od nowa. Nie mowiac juz o poprawie praktycznie KAZDEGO wykresu... Dlaczego? Bo mam nazwe odcinka rzeki na wykresach i w tytulach tychze. I sie powtarzaja. Ale on nie chce, zebym zmienila tytuly, nie, mam zlikwidowac nazwy na wykresach... No po prostu wziac dziada i udusic! Chodze wiec od poniedzialku wokol tej pracy jak kolo jeza i przymierzam sie i przymierzam i na tym sie konczy... Musze sie porzadnie kopnac w tylek, moze rusze... Wzielam wolne z pracy jutro z mysla, zeby popracowac nad tym jak Bi bedzie u opiekunki. Moze w srodku dnia latwiej bedzie mi zlapac motywacje niz wieczorem, kiedy i tak padam na nos...
A Bi od wczoraj smarcze, a dzis dodatkowo pokasluje. Mam nadzieje, ze to tylko gluty splywaja jej takze gardlem. Oczywiscie grucha jest wrogiem numer jeden, podobnie jak zwyczajna chusteczka do nosa... M. nadal kaszle, chociaz antybiotyk na zapalenie oskrzeli skonczyl 2 dni temu... A ja czekam i jak tylko nos mi sie lekko przytka, to wpadam w panike... Wirusy nie odpuszczaja i czekam z utesknieniem na mrozy. Moze wybija czesc tego dziadostwa...
W sobote mamy z M. 5 rocznice slubu cywilnego. :) Nie do wiary, ze to juz 5 lat... Na swietowanie nie ma jednak szans. Nie mam sily, poza tym nie ma chetnych na zajecie sie Bi, a wypad gdziekolwiek z nia to bardziej mordega niz przyjemnosc. A zreszta, rocznice powinno sie swietowac we dwoje... Ale znajac pamiec i odwrotny romantyzm M., nie doczekam sie nawet kwiatka... Za to umowilam sie do fryzjera, wiec moze choc tam mnie wypieszcza... :)
Oglaszam, ze jestesmy gotowi na malego (synu, slyszysz?)! Wczoraj kupilismy wreszcie ostatnie brakujace drobiazgi, czyli smoczek (nie jestem ich wielka zwolenniczka, ale na niektore dzieci nie ma innej rady) i bujak. Niech go tylko M. zlozy i zobaczy czy dziala, zeby potem nie bylo niespodzianek.
Przy okazji kupilismy Bi prezenty na Mikolajki. U mnie w rodzinie dzieciaki dostawaly 6 grudnia tylko slodycze, ewentualnie jakis drobiazg, a glowny prezent byl pod choinke. Za to u M. prezent byl na Mikolajki, a na Gwiazdke juz nic. Myslalam, ze to tylko w jego rodzinie, ale ostatnio przeczytalam cos podobnego u Klarki. Wiec moze taka jest tradycja na poludniu Polski? Jak to bylo u Was w domach? My zdecydowalismy pojsc na kompromis i wyglada na to, ze nasze dzieciaki (szczesciarze!) beda dostawac prezenty i 6 i 24 grudnia. W kazdym razie na Mikolajki Bi dostanie drewnianego zolwia, ktorego skorupa ma otwory z roznych ksztaltow geometrycznych i do tego odpowiednie klocki oraz (o zgrozo!) kredki swiecowe. Az sie boje, ale po pierwsze pediatra truje nam o kredkach juz od jakiegos czasu, a po drugie sama jako dziecko uwielbialam rysowac i kolorowac i nie chce pozbawiac swojego dziecka tej radosci. Bedziemy musieli po prostu miec Bi stale na oku kiedy bedzie bazgrolic. I mysle, ze wystarczy, ze kilka razy kredeczki jej sie zabierze, a szybko nauczy sie nie brac ich do buzi i rysowac tylko po kartce. A na Gwiazdke chce zamowic jej wozeczek dla lalek. :)
A w niedziele Bi konczy 19 miesiecy. Kolejny miesiac minal jakby go nie bylo... Nie wiem czy uda mi sie napisac podsumowanie, bo przeciez chodze w dwupaku z tykajaca bomba zegarowa. :) Moze wiec wcisne co nieco tutaj...
Wczoraj dane mi bylo uslyszec najpiekniejsze slowa na swiecie. Bi przeleciala przez dom jak huragan wolajac "mama, MAMA!!!", po czym wpadla do lazienki, zlapala mnie za palec i zaciagnela do pokoju, zeby pokazac, ze polozyla misia na poduszke. Po czym przekomicznie przylozyla palec do ust pokazujac, ze ma byc cicho bo misio spi. :) Wydaje przy tym dzwiek, cos na ksztalt "chaaa...". I wbrew pozorom ma to sens, bo w jednej z jej angielskich ksiazeczek, jest starsza dama mowiaca "hush (czyt. hasz)!", a Bi ta ksiazeczke wprost uwielbia. Ale wracajac do "mama". Absolutnie nie przyjmuje do wiadomosci, ze mogl to byc zwykly przypadek! ;) Co prawda od tamtego momentu sie nie powtorzylo...
Poza tym ulubiona zabawa ostatnio to ubieranie/ rozbieranie. I o ile Bi jest calkowicie usatysfakcjonowana kiedy przelozy bluzke przez glowe (rekawy moga sobie latac luzno, kto by sie tam nimi przejmowal), to namietnie probuje nakladac spodnie i buty (ze zdejmowaniem juz sobie radzi). Niestety to jest juz wyzsza szkola jazdy i Bi po kilku minutach wscieka sie i zaczyna kopac garderobe i wrzeszczec. Potem przychodzi po pomoc, ale ubrana natychmiast wszystko zdejmuje i zaczyna zabawe od poczatku... I tak w kolko...
Z mowa nadal jest na bakier. Doszlo nam slowko "opa" (brzmiace w ustach Bi "abu"), ktorym cierpliwie szantazowalam moje dziecie, proszac aby je powtorzyla za kazdym razem kiedy chciala wejsc na kanape. No i dopielam swego, ale Bi nie kuma narazie, ze to slowko ma sygnalizowac chec bycia podsadzonym. Uzywa go zarowno jak chce sie gdzies wdrapac, jak i zejsc na dol. :)
A zeboli mamy juz 12, doszly nam gorne czworki. I, o ile sie nie myle, gorne piatki tez sie pchaja.
A na zakonczenie. Mam dosc bycia w ciazy!!! Kurcze jak te ostatnie dni sie dluza!!! Jestem opuchnieta, wiecznie na bezdechu i wykonczona! Ja juz nie chodze, ja kolysze sie jak kaczuszka!!! I do szewskiej pasji doprowadzaja mnie ludzie (glownie moj szef, ale tez i maz, a on powinien wiedziec lepiej) twierdzacy, ze swietnie wygladam, ze wcale nie widac iz jestem pare dni od terminu i ze doskonale znosze swoj stan bo wcale sie nie skarze! A co, mam siedziec za biurkiem i szlochac??? A zreszta, marudze wystarczajaco na tym blogu...
wtorek, 27 listopada 2012
Co nieco o milosci macierzynskiej
Kilka tygodni temu Ola zamiescila bardzo ciekawy post, o tym jak ksztaltowaly sie i ksztaltuja jej uczucia w stosunku do jej pociech. Zaraz po przeczytaniu chcialam podzielic sie wlasnymi przemysleniami, ale jak zwykle zabraklo mi czasu, zeby zebrac mysli. Nie zapomnialam jednak o tym, bo temat jest ciekawy.
W ogole to dziekuje Olu i Ttigress za podobne posty. Nie kazda kobieta, szczegolnie wsrod stereotypow Matki Polki, ma odwage przyznac, ze nie zakochala sie w swoim dziecku od pierwszego wejrzenia.
Slyszy sie wielokrotnie, ze kobiety twierdza, ze kochaly swoje dziecko jeszcze przed jego narodzinami. Albo, ze zalala je fala milosci jak tylko spojrzaly na czerwonego, pomarszczonego noworodka, pokrytego mazia i polozonego im na brzuchu. Taa... Nie kloce sie, nie neguje. Pewnie sa kobiety dla ktorych nie ma w tym nic dziwnego i ktore wlasnie w ten sposob to odczuly. Wiem jedno, ja do tego klubu nie naleze . :)
A jak to bylo ze mna? Hmm... Wszyscy, ktorzy czytaja mojego bloga wiedza, ze taka ze mnie Matka Polka jak z koziej dupy trabka... :) Mimo, ze Bi jest dzieckiem zaplanowanym, wyczekanym, wymodlonym, ze to nasz maly cud. Pisalam juz o tym, wiec nie bede sie powtarzac, przejde do sedna.
Zaczne od tego, ze w tej chwili kocham moja coreczke nad zycie. Przytulam ja, caluje kazdego dnia dziesiatki razy, powtarzajac az do znudzenia, ze jest moim najdrozszym promyczkiem. Jestem nerwowa, nie mam za grosz cierpliwosci, czesto sie na nia wydre, ale nie moge sobie wyobrazic, ze mialoby jej nie byc. Co nie znaczy, ze nie wyobrazam sobie jak wygladaloby moje zycie bez niej. Wrecz przeciwnie, wyobrazam to sobie i wyglada to jak sielanka: spokoj, cisza, porzadek, spontaniczne wypady i egzotyczne wycieczki... Z drugiej jednak strony jest comiesieczny smutek po dostaniu wiadomo czego. Ze znow sie nie udalo... I ta tesknota za czyms nie do konca okreslonym...
W kazdym razie w koncu mi sie udalo, zaszlam w ciaze i zaczelo sie dlugie oczekiwanie. :) I chociaz tak na to czekalam, to strach o malucha paralizowal wszystko inne. Ja nawet nie pozwalalam sobie na pomyslenie, ze kocham to nienarodzone dziecko, bo w kazdej chwili oczekiwalam, ze poronie, niedonosze i koniec! Coz, ciaze nie tylko donosilam, ale i przenosilam i wtedy dopiero sie zaczelo! Nie poczulam przyplywu milosci macierzynskiej kiedy wreszcie podano mi Bi po porodzie. Wlasciwie to nawet tego nie pamietam. A przez nastepne kilka miesiecy jedyne co czulam to strach i niechec. Na poczatku balam sie jej dotknac, balam sie ja obudzic, balam sie, ze znow bedzie wrzeszczec... Nienawidzilam tego ciaglego braku czasu, nawet na podstawowe czynnosci higieniczne. Cieszylam sie z powrotu do pracy bo dawal mi on 8 godzin dziennie odpoczynku od rozdarciucha... Bi zdecydowanie byla trudnym noworodkiem, okropnym niemowleciem. Rozwijala sie ksiazkowo, ale za to charakterek od poczatku miala, ze ho ho! To dziecko po prostu caly czas sie darlo, domagalo noszenia i Bog wie czego innego! I teraz, z perspektywy czasu stwierdzam, ze czulam sie za nia odpowiedzialna, opiekowalam sie nia najlepiej jak umialam, ale ja jej nawet nie lubilam. Denerwowal mnie jej placz, nienawidzilam wstawac do niej w nocy, nieraz przyszlo mi do glowy, zeby rzucic nia o sciane, to moze sie wreszcie zamknie (!)... Tak naprawde dotarlo do mnie pomalu, ze kocham to dziecko, kiedy Bi miala okolo roku. Dopiero kiedy zaczela przesypiac noce, chodzic, rozumiec co sie do niej mowi, zaczelam cieszyc sie macierzynstwem i w koncu "polubilam" swoje dziecko. Tak dlugo mi to zajelo... I kazdemu potencjalnemu rodzicowi mowie szczerze o moim doswiadczeniu. Jedna kolezanka po wysluchaniu moich wywodow sama stwierdzila, ze odechcialo jej sie dzieci. Nie bylo to dokladnie moim zamiarem, ale powiedzialam jej, ze jestem po prostu szczera i przedstawiam wersje macierzynstwa, o ktorej malo sie mowi bo kobiety wstydza sie i boja, ze zostana niezrozumiane i z gory negatywnie osadzone.
No dobrze, a jak to sie stalo, ze dziewczyna z takimi pogladami jest tydzien przed terminem drugiego porodu? Coz, wpadka, przypadek... :) Zabraklo instynktu samozachowawczego. Po prostu, po 3 latach staran o Bi, stwierdzilam, ze jezeli w ogole kiedys zajde drugi raz w ciaze, to znow zajmie mi to dobrych kilka lat. Tak wiec odpuscilam sobie antykoncepcje... I prosze, zycie pelne jest niespodzianek! :) W kazdym razie teraz tez nie odczuwam jakiejs szczegolnej wiezi z tym maluchem w brzuchu. Lubie jak sie kreci (ale nie za bardzo), bo wtedy wiem, ze wszystko z nim w porzadku. Ale poza tym to mam tyle zajec z praca, Bi i magisterka, ze ta ciaza i dziecko sa takie zapomniane i zepchniete na dalszy tor. Az czasem zal mi malego jak sobie to uswiadomie. :)
Ciekawe jak to bedzie po porodzie? Cdn. ;)
W ogole to dziekuje Olu i Ttigress za podobne posty. Nie kazda kobieta, szczegolnie wsrod stereotypow Matki Polki, ma odwage przyznac, ze nie zakochala sie w swoim dziecku od pierwszego wejrzenia.
Slyszy sie wielokrotnie, ze kobiety twierdza, ze kochaly swoje dziecko jeszcze przed jego narodzinami. Albo, ze zalala je fala milosci jak tylko spojrzaly na czerwonego, pomarszczonego noworodka, pokrytego mazia i polozonego im na brzuchu. Taa... Nie kloce sie, nie neguje. Pewnie sa kobiety dla ktorych nie ma w tym nic dziwnego i ktore wlasnie w ten sposob to odczuly. Wiem jedno, ja do tego klubu nie naleze . :)
A jak to bylo ze mna? Hmm... Wszyscy, ktorzy czytaja mojego bloga wiedza, ze taka ze mnie Matka Polka jak z koziej dupy trabka... :) Mimo, ze Bi jest dzieckiem zaplanowanym, wyczekanym, wymodlonym, ze to nasz maly cud. Pisalam juz o tym, wiec nie bede sie powtarzac, przejde do sedna.
Zaczne od tego, ze w tej chwili kocham moja coreczke nad zycie. Przytulam ja, caluje kazdego dnia dziesiatki razy, powtarzajac az do znudzenia, ze jest moim najdrozszym promyczkiem. Jestem nerwowa, nie mam za grosz cierpliwosci, czesto sie na nia wydre, ale nie moge sobie wyobrazic, ze mialoby jej nie byc. Co nie znaczy, ze nie wyobrazam sobie jak wygladaloby moje zycie bez niej. Wrecz przeciwnie, wyobrazam to sobie i wyglada to jak sielanka: spokoj, cisza, porzadek, spontaniczne wypady i egzotyczne wycieczki... Z drugiej jednak strony jest comiesieczny smutek po dostaniu wiadomo czego. Ze znow sie nie udalo... I ta tesknota za czyms nie do konca okreslonym...
W kazdym razie w koncu mi sie udalo, zaszlam w ciaze i zaczelo sie dlugie oczekiwanie. :) I chociaz tak na to czekalam, to strach o malucha paralizowal wszystko inne. Ja nawet nie pozwalalam sobie na pomyslenie, ze kocham to nienarodzone dziecko, bo w kazdej chwili oczekiwalam, ze poronie, niedonosze i koniec! Coz, ciaze nie tylko donosilam, ale i przenosilam i wtedy dopiero sie zaczelo! Nie poczulam przyplywu milosci macierzynskiej kiedy wreszcie podano mi Bi po porodzie. Wlasciwie to nawet tego nie pamietam. A przez nastepne kilka miesiecy jedyne co czulam to strach i niechec. Na poczatku balam sie jej dotknac, balam sie ja obudzic, balam sie, ze znow bedzie wrzeszczec... Nienawidzilam tego ciaglego braku czasu, nawet na podstawowe czynnosci higieniczne. Cieszylam sie z powrotu do pracy bo dawal mi on 8 godzin dziennie odpoczynku od rozdarciucha... Bi zdecydowanie byla trudnym noworodkiem, okropnym niemowleciem. Rozwijala sie ksiazkowo, ale za to charakterek od poczatku miala, ze ho ho! To dziecko po prostu caly czas sie darlo, domagalo noszenia i Bog wie czego innego! I teraz, z perspektywy czasu stwierdzam, ze czulam sie za nia odpowiedzialna, opiekowalam sie nia najlepiej jak umialam, ale ja jej nawet nie lubilam. Denerwowal mnie jej placz, nienawidzilam wstawac do niej w nocy, nieraz przyszlo mi do glowy, zeby rzucic nia o sciane, to moze sie wreszcie zamknie (!)... Tak naprawde dotarlo do mnie pomalu, ze kocham to dziecko, kiedy Bi miala okolo roku. Dopiero kiedy zaczela przesypiac noce, chodzic, rozumiec co sie do niej mowi, zaczelam cieszyc sie macierzynstwem i w koncu "polubilam" swoje dziecko. Tak dlugo mi to zajelo... I kazdemu potencjalnemu rodzicowi mowie szczerze o moim doswiadczeniu. Jedna kolezanka po wysluchaniu moich wywodow sama stwierdzila, ze odechcialo jej sie dzieci. Nie bylo to dokladnie moim zamiarem, ale powiedzialam jej, ze jestem po prostu szczera i przedstawiam wersje macierzynstwa, o ktorej malo sie mowi bo kobiety wstydza sie i boja, ze zostana niezrozumiane i z gory negatywnie osadzone.
No dobrze, a jak to sie stalo, ze dziewczyna z takimi pogladami jest tydzien przed terminem drugiego porodu? Coz, wpadka, przypadek... :) Zabraklo instynktu samozachowawczego. Po prostu, po 3 latach staran o Bi, stwierdzilam, ze jezeli w ogole kiedys zajde drugi raz w ciaze, to znow zajmie mi to dobrych kilka lat. Tak wiec odpuscilam sobie antykoncepcje... I prosze, zycie pelne jest niespodzianek! :) W kazdym razie teraz tez nie odczuwam jakiejs szczegolnej wiezi z tym maluchem w brzuchu. Lubie jak sie kreci (ale nie za bardzo), bo wtedy wiem, ze wszystko z nim w porzadku. Ale poza tym to mam tyle zajec z praca, Bi i magisterka, ze ta ciaza i dziecko sa takie zapomniane i zepchniete na dalszy tor. Az czasem zal mi malego jak sobie to uswiadomie. :)
Ciekawe jak to bedzie po porodzie? Cdn. ;)
poniedziałek, 26 listopada 2012
Swieta i po swietach + dopiski x 2
Jestem, jestem, nadal w dwupaku. I marudna jak cholera...
Dlugi weekend minal jak z bicza trzasnal. I byl w sumie taki sobie... Stwierdzam, ze 9 miesiac ciazy to nie pora na stanie caly dzien w kuchni. Kiedy w czwartek nadeszla 5 po poludniu i czas bylo zasiasc do uroczystego obiadu, bylam tak wykonczona, ze nawet za bardzo nie mialam apetytu... Oczywiscie wiem, ze sa kobiety, ktore zajmuja sie gotowaniem, sprzataniem i starszymi dziecmi az do samego rozwiazania, bo ich mezowie nie maja o niczym pojecia lub sa zwyklymi sku***mi. Ale ja jestem rozpieszczona... Padlam tego dnia o 9 wieczorem, zaraz po Bi.
Piatek zaczal sie niezle bo mezus zajal sie Bi i pozwolil mi tym samym pospac do 9. Juz nie pamietam kiedy ostatnio tyle spalam. Zostalam obudzona przez slodkie przytulaski, buziaki i wszystkie 12 zabkow szczerzacych mi sie prosto w twarz, kiedy Bi w koncu zalapala, ze matka jest w domu, tylko chowa sie pod koldra. :)
A po poludniu spojrzalam na znajome blogi i przeczytalam o malym Bartusiu - Szprotce. I to byl koniec dobrego humoru na ten weekend... Ja tez sledzilam ta historie i trzymalam kciuki. Cieszylam sie, ze zabrano pieniadze na operacje. Myslalam, ze teraz juz wszystko bedzie dobrze. Nie bedzie... Wieczorem dlugo nie moglam zasnac... Myslalam o moich wlasnych dzieciach. Slyszalam Bi posapujaca w swoim pokoju, maluch wiercil mi sie w brzuchu. I myslalam o rodzicach Bartusia... To musi byc straszne uczucie stracic dziecko, potworne. Takiej pustki nie da sie zapelnic, nawet jesli ma sie ich kilkoro. Na zawsze zostanie niezagojona rana w sercu... Przez reszte weekendu wracalam myslami do malej, dzielnej Szprotki, ale chociaz mam nadzieje, ze jest on teraz w lepszym miejscu, nie potrafie opedzic sie od mysli, ze los nie jest sprawiedliwy... :(
A za chwilke musze urwac sie z pracy i jechac na kontrole. Trzymajcie kciuki, zeby bylo chociaz maciupenkie rozwarcie i zebym mogla umowic sie na wywolanie na piatek... Chociaz, znajac moje szczescie, to nic sie nie "ruszylo" i przenosze kolejna ciaze... Postaram sie dac znac jak wroce...
Dopisek 1:
Jestem po lekarzu... Mam rozwarcie na okolo 1 cm, ale to za malo na wywolanie. Musze miec przynajmniej 2 cm, inaczej przy wywolaniu dwukrotnie wzrasta ryzyko koniecznosci przeprowadzenia cesarskiego ciecia... Swoja droga to mogliby mi raz powiedziec wszystko od poczatku do konca. Bo najpierw slysze, ze moge zazyczyc sobie wywolanie. Super, kiedy? No, niestety, musi byc chociaz lekkie rozwarcie... Ok, mam rozwarcie. No niestety musi byc wieksze... Ciekawe co uslysze jak w przyszlym tygodniu bedzie rzeczywiscie na 2 cm?
Teraz stwierdzam jednak, ze moze to i dobrze, ze nie ustalilam wywolania na piatek, poniewaz sprawdzilam skrzynke mailowa i:
Dopisek 2:
Dostalam poprawki do pracy od promotora. On mnie wykonczy po prostu! Oczywiscie najwiecej komentarzy ma do wykresow i oczywiscie chce kupe dodatkowych, a spora czesc porozdzielac! Ja sie zalamie... Nie wiem kiedy ja mam to zrobic, przestac spac czy jak? A zreszta, nawet to nie pomoze bo nie mam juz przeciez glupiego SigmaPlot na laptopie...
Bez dwoch zdan, wesolo mi sie tydzien zaczyna... :(
Dlugi weekend minal jak z bicza trzasnal. I byl w sumie taki sobie... Stwierdzam, ze 9 miesiac ciazy to nie pora na stanie caly dzien w kuchni. Kiedy w czwartek nadeszla 5 po poludniu i czas bylo zasiasc do uroczystego obiadu, bylam tak wykonczona, ze nawet za bardzo nie mialam apetytu... Oczywiscie wiem, ze sa kobiety, ktore zajmuja sie gotowaniem, sprzataniem i starszymi dziecmi az do samego rozwiazania, bo ich mezowie nie maja o niczym pojecia lub sa zwyklymi sku***mi. Ale ja jestem rozpieszczona... Padlam tego dnia o 9 wieczorem, zaraz po Bi.
Piatek zaczal sie niezle bo mezus zajal sie Bi i pozwolil mi tym samym pospac do 9. Juz nie pamietam kiedy ostatnio tyle spalam. Zostalam obudzona przez slodkie przytulaski, buziaki i wszystkie 12 zabkow szczerzacych mi sie prosto w twarz, kiedy Bi w koncu zalapala, ze matka jest w domu, tylko chowa sie pod koldra. :)
A po poludniu spojrzalam na znajome blogi i przeczytalam o malym Bartusiu - Szprotce. I to byl koniec dobrego humoru na ten weekend... Ja tez sledzilam ta historie i trzymalam kciuki. Cieszylam sie, ze zabrano pieniadze na operacje. Myslalam, ze teraz juz wszystko bedzie dobrze. Nie bedzie... Wieczorem dlugo nie moglam zasnac... Myslalam o moich wlasnych dzieciach. Slyszalam Bi posapujaca w swoim pokoju, maluch wiercil mi sie w brzuchu. I myslalam o rodzicach Bartusia... To musi byc straszne uczucie stracic dziecko, potworne. Takiej pustki nie da sie zapelnic, nawet jesli ma sie ich kilkoro. Na zawsze zostanie niezagojona rana w sercu... Przez reszte weekendu wracalam myslami do malej, dzielnej Szprotki, ale chociaz mam nadzieje, ze jest on teraz w lepszym miejscu, nie potrafie opedzic sie od mysli, ze los nie jest sprawiedliwy... :(
A za chwilke musze urwac sie z pracy i jechac na kontrole. Trzymajcie kciuki, zeby bylo chociaz maciupenkie rozwarcie i zebym mogla umowic sie na wywolanie na piatek... Chociaz, znajac moje szczescie, to nic sie nie "ruszylo" i przenosze kolejna ciaze... Postaram sie dac znac jak wroce...
Dopisek 1:
Jestem po lekarzu... Mam rozwarcie na okolo 1 cm, ale to za malo na wywolanie. Musze miec przynajmniej 2 cm, inaczej przy wywolaniu dwukrotnie wzrasta ryzyko koniecznosci przeprowadzenia cesarskiego ciecia... Swoja droga to mogliby mi raz powiedziec wszystko od poczatku do konca. Bo najpierw slysze, ze moge zazyczyc sobie wywolanie. Super, kiedy? No, niestety, musi byc chociaz lekkie rozwarcie... Ok, mam rozwarcie. No niestety musi byc wieksze... Ciekawe co uslysze jak w przyszlym tygodniu bedzie rzeczywiscie na 2 cm?
Teraz stwierdzam jednak, ze moze to i dobrze, ze nie ustalilam wywolania na piatek, poniewaz sprawdzilam skrzynke mailowa i:
Dopisek 2:
Dostalam poprawki do pracy od promotora. On mnie wykonczy po prostu! Oczywiscie najwiecej komentarzy ma do wykresow i oczywiscie chce kupe dodatkowych, a spora czesc porozdzielac! Ja sie zalamie... Nie wiem kiedy ja mam to zrobic, przestac spac czy jak? A zreszta, nawet to nie pomoze bo nie mam juz przeciez glupiego SigmaPlot na laptopie...
Bez dwoch zdan, wesolo mi sie tydzien zaczyna... :(
środa, 21 listopada 2012
Przemyslenia roznorakie
Od poniedzialku nie pisalam, mimo, ze mialam troche czasu. Musialam przegryzc sprawe tej nieszczesnej pracy magisterskiej i (chyba to "zasluga" hormonow ciazowych) ryczec mi sie chcialo ze zlosci! Chyba jednak nie uda mi sie obronic do konca semestru (konczy sie jakos przed Bozym Narodzeniem), a wszystko przez nieslownosc mojego promotora... Kiedy w zeszly wtorek dawalam mu prace do ostatecznych poprawek, powiedzial, ze sprawdzi ja przed Swietem Dziekczynienia. W poniedzialek pojechalam na uczelnie zeby mu sie przypomniec i co sie okazuje: "och nie, przed swietem nie ma szans, po swiecie...". No bosko po prostu, tylko, ze listopad pomalu sie konczy, ja moge w kazdej chwili urodzic, a musze miec czas na naniesienie poprawek, a promotor znow czas na ich sprawdzenie i dopiero wtedy wyznaczy date obrony... A zostaly jakies 3, gora 4 tygodnie w semestrze... Jak nie obronie sie do jego konca, bede musiala wziac dodatkowe przedmioty, a na to, pracujac na pelen etat i przy dwojce malych dzieci, nie mam czasu. Wyszlo mi przydlugo, ale w skrocie, jak sie teraz nie obronie, to moge sie pozegnac z magistrem. A wychodzi na to, ze nie zdaze... :(
No dobrze, wyzalilam sie, teraz moge poruszyc weselsze tematy.
Jak napisalam wyzej, mamy jutro Swieto Dziekczynienia, potocznie zwane swietem indyka. Nazwa wziela sie (podobno) od pierwszych kolonistow, ktorzy przetrwali tylko dzieki polowaniom na te ptaszyska, inaczej pomarliby z glodu na nowym kontynencie. :) Swieto Dziekczynienia jest uznawane za najwazniejsze swieto rodzinne w roku. W koncu tyle jest tutaj wyznan, ze tylko niektorzy swietuja Boze Narodzenie, czy Hanukke, ale Thanksgiving obchodza wszyscy. Co ciekawe, swieto to zupelnie nie ma tej calej otoczki komercyjnej, wszyscy wskakuja w atmosfere bozonarodzeniowa, zaraz po Halloween.
Jak sama nazwa wskazuje, tradycyjnie piecze sie tu indyka. Lub, co tez jest bardzo popularne, smazy sie go w specjalnych garach wypelnionych olejem. Podobno ptaszek wychodzi wtedy mniej suchy. Nie wiem, nie probowalam, za to z wiadomosci wiem, ze w samym naszym Stanie, co roku wybucha kilka pozarow zwiazanych z uzyciem tych "indyczych frytkownic" (nie wiem jak to lepiej nazwac). :) My Swieto Dziekczynienia mocno spolszczamy, z racji tego, ze zadne z nas nie przepada za indykiem (miecho zawsze wychodzi suche), a poza tym bedzie nas niewielkie grono ( 3 dorosle osoby + Bi). Planuje ugotowac bigos, upiec szarlotke (ktora zreszta "chodzi" za mna juz od jakiegos czasu), a upieczona piers z indyka chce pokroic w kostke i dodac do salatki, zeby jakis element "indyczy" w menu sie znalazl. I to wszystko, na wiecej nie mam ani sily ani ochoty. Natomiast chetnie sie naciesze dlugim weekendem, bo piatek tez mamy wolny. :)
W poniedzialek bylam na kolejnej wizycie lekarskiej. Nadal wszystko w porzadku, maly kopie bez przerwy i widocznie mu tam dobrze, bo nie spieszy sie z wyjsciem. Za to podjelam decyzje w zwiazku z wywolaniem, oczywiscie jesli moje cialo zechce wspolpracowac. W poniedzialek zmierza mi rozwarcie i jesli bedzie chociaz male, malusienkie, to chce wyznaczyc wywolanie na nastepny piatek. Oczywiscie mozna sie klocic, ze naturalny porod jest najlepszy, ale dla mnie, na dzien dzisiejszy wywolanie jest wlasciwa decyzja. Po pierwsze maluch jest juz w pelni rozwiniety i w tej chwili wylacznie rosnie i nabiera masy. Kazdy tydzien w brzuchu = coraz wieksze i trudniejsze do "wypchniecia" dziecko. Po drugie, poniewaz nadzieja umiera ostatnia, caly czas licze, ze moze z wielkim fuksem wyrobie sie z ta praca, wiec nie chce zeby mi potencjalnie porod kolidowal z obrona. Wole miec juz dziecko po tej stronie brzucha i wiedziec na czym stoje. Ale najwazniejsza chyba przyczyna jest Bi. Po prostu nie ma sie nia kto zajac jesli nagle zaczne rodzic. A chcialabym oczywiscie zeby M. byl ze mna przy porodzie. Z rodziny mamy tu tylko mojego tate i ciocie M., ale zadne z nich nie kwapi sie, zeby zajac sie mala przez caly dzien, poza tym oboje pracuja. Wiec piatek pasowalby najbardziej. Bi bedzie u opiekunki, a po poludniu ktos juz sie znajdzie, zeby sie nia zaopiekowac dopoki M. nie bedzie wolny. A potem oczywiscie bylby weekend i M. nie musialby zwalniac sie z pracy, zeby zajac sie corka i spedzic troche czasu w szpitalu ze mna i malym.
Oczywiscie to sa tylko moje wewnetrzne debaty, wszystko bedzie zalezec od rozwarcia. :)
Co jeszcze? Z Bi robi sie takie smieszne dziecko, wszedzie jej pelno! Po przekroczeniu tego magicznego poltora roku, nagle zupelnie niespodziewanie zaczyna zachowywac sie bardziej jak dwulatek niz roczniak. Biega, wspina sie po meblach, tanczy w kolko, lub kreci glowa i zasmiewa sie, kiedy pozniej traci rownowage. Bez przerwy nadaje cos po swojemu, a gestem potrafi juz jasno wyrazic co chce (lub nie). Poza tym, nie chce jej przechwalic, ale ostatnio jakby mniej wrzeszczy, a jak juz sie zlosci to placze, ale nie wpada tak czesto w histerie. Moze dlatego, ze bardziej interesuja ja teraz zabawki i mozna latwiej odwrocic jej uwage, przez poproszenie, zeby przyniosla puzzle, albo zeby polozyla misia spac, bo jest zmeczony. :) No i nasladuje mnie na kazdym kroku, co bym nie robila, ona powtarza gesty. Najbardziej oczywiscie lubi pomagac w sprzataniu i w kuchni. Szkoda, ze za mala jest jeszcze zeby dac jej cos naprawde konkretnego do zrobienia... :)
A dzis w drodze do pracy zauwazylam, ze na jednej radiostacji graja koledy, non stop. Troche wczesnie jak dla mnie, po 1 grudnia juz lubie czuc atmosfere Swiat, ale 21 listopad to lekka przesada. Poza tym ta radiostacja puszczala naprawde fajne kawalki, a teraz nie uslysze tam juz nic "normalnego" do 26 grudnia... :)
Tak wiec zegnam Was do poniedzialku! Raczej pisac nie bede, najwyzej skrobne jakies komentarze kiedy M. bedzie drzemal. :)
Happy Thanksgiving! ;))
No dobrze, wyzalilam sie, teraz moge poruszyc weselsze tematy.
Jak napisalam wyzej, mamy jutro Swieto Dziekczynienia, potocznie zwane swietem indyka. Nazwa wziela sie (podobno) od pierwszych kolonistow, ktorzy przetrwali tylko dzieki polowaniom na te ptaszyska, inaczej pomarliby z glodu na nowym kontynencie. :) Swieto Dziekczynienia jest uznawane za najwazniejsze swieto rodzinne w roku. W koncu tyle jest tutaj wyznan, ze tylko niektorzy swietuja Boze Narodzenie, czy Hanukke, ale Thanksgiving obchodza wszyscy. Co ciekawe, swieto to zupelnie nie ma tej calej otoczki komercyjnej, wszyscy wskakuja w atmosfere bozonarodzeniowa, zaraz po Halloween.
Jak sama nazwa wskazuje, tradycyjnie piecze sie tu indyka. Lub, co tez jest bardzo popularne, smazy sie go w specjalnych garach wypelnionych olejem. Podobno ptaszek wychodzi wtedy mniej suchy. Nie wiem, nie probowalam, za to z wiadomosci wiem, ze w samym naszym Stanie, co roku wybucha kilka pozarow zwiazanych z uzyciem tych "indyczych frytkownic" (nie wiem jak to lepiej nazwac). :) My Swieto Dziekczynienia mocno spolszczamy, z racji tego, ze zadne z nas nie przepada za indykiem (miecho zawsze wychodzi suche), a poza tym bedzie nas niewielkie grono ( 3 dorosle osoby + Bi). Planuje ugotowac bigos, upiec szarlotke (ktora zreszta "chodzi" za mna juz od jakiegos czasu), a upieczona piers z indyka chce pokroic w kostke i dodac do salatki, zeby jakis element "indyczy" w menu sie znalazl. I to wszystko, na wiecej nie mam ani sily ani ochoty. Natomiast chetnie sie naciesze dlugim weekendem, bo piatek tez mamy wolny. :)
W poniedzialek bylam na kolejnej wizycie lekarskiej. Nadal wszystko w porzadku, maly kopie bez przerwy i widocznie mu tam dobrze, bo nie spieszy sie z wyjsciem. Za to podjelam decyzje w zwiazku z wywolaniem, oczywiscie jesli moje cialo zechce wspolpracowac. W poniedzialek zmierza mi rozwarcie i jesli bedzie chociaz male, malusienkie, to chce wyznaczyc wywolanie na nastepny piatek. Oczywiscie mozna sie klocic, ze naturalny porod jest najlepszy, ale dla mnie, na dzien dzisiejszy wywolanie jest wlasciwa decyzja. Po pierwsze maluch jest juz w pelni rozwiniety i w tej chwili wylacznie rosnie i nabiera masy. Kazdy tydzien w brzuchu = coraz wieksze i trudniejsze do "wypchniecia" dziecko. Po drugie, poniewaz nadzieja umiera ostatnia, caly czas licze, ze moze z wielkim fuksem wyrobie sie z ta praca, wiec nie chce zeby mi potencjalnie porod kolidowal z obrona. Wole miec juz dziecko po tej stronie brzucha i wiedziec na czym stoje. Ale najwazniejsza chyba przyczyna jest Bi. Po prostu nie ma sie nia kto zajac jesli nagle zaczne rodzic. A chcialabym oczywiscie zeby M. byl ze mna przy porodzie. Z rodziny mamy tu tylko mojego tate i ciocie M., ale zadne z nich nie kwapi sie, zeby zajac sie mala przez caly dzien, poza tym oboje pracuja. Wiec piatek pasowalby najbardziej. Bi bedzie u opiekunki, a po poludniu ktos juz sie znajdzie, zeby sie nia zaopiekowac dopoki M. nie bedzie wolny. A potem oczywiscie bylby weekend i M. nie musialby zwalniac sie z pracy, zeby zajac sie corka i spedzic troche czasu w szpitalu ze mna i malym.
Oczywiscie to sa tylko moje wewnetrzne debaty, wszystko bedzie zalezec od rozwarcia. :)
Co jeszcze? Z Bi robi sie takie smieszne dziecko, wszedzie jej pelno! Po przekroczeniu tego magicznego poltora roku, nagle zupelnie niespodziewanie zaczyna zachowywac sie bardziej jak dwulatek niz roczniak. Biega, wspina sie po meblach, tanczy w kolko, lub kreci glowa i zasmiewa sie, kiedy pozniej traci rownowage. Bez przerwy nadaje cos po swojemu, a gestem potrafi juz jasno wyrazic co chce (lub nie). Poza tym, nie chce jej przechwalic, ale ostatnio jakby mniej wrzeszczy, a jak juz sie zlosci to placze, ale nie wpada tak czesto w histerie. Moze dlatego, ze bardziej interesuja ja teraz zabawki i mozna latwiej odwrocic jej uwage, przez poproszenie, zeby przyniosla puzzle, albo zeby polozyla misia spac, bo jest zmeczony. :) No i nasladuje mnie na kazdym kroku, co bym nie robila, ona powtarza gesty. Najbardziej oczywiscie lubi pomagac w sprzataniu i w kuchni. Szkoda, ze za mala jest jeszcze zeby dac jej cos naprawde konkretnego do zrobienia... :)
A dzis w drodze do pracy zauwazylam, ze na jednej radiostacji graja koledy, non stop. Troche wczesnie jak dla mnie, po 1 grudnia juz lubie czuc atmosfere Swiat, ale 21 listopad to lekka przesada. Poza tym ta radiostacja puszczala naprawde fajne kawalki, a teraz nie uslysze tam juz nic "normalnego" do 26 grudnia... :)
Tak wiec zegnam Was do poniedzialku! Raczej pisac nie bede, najwyzej skrobne jakies komentarze kiedy M. bedzie drzemal. :)
Happy Thanksgiving! ;))
poniedziałek, 19 listopada 2012
Liebster Blog
Czas na kolejna nominacje! Dostalam ja od Simery. Dumna jestem z siebie jak nie wiem co, bo nie zajelo mi 2-3 miesiecy, zeby na nia odpowiedziec. :)
A o to i ona:
2.Ciekawie zapowiadającą się znajomość internetową szybko "realizujesz"i spotykacie się na kawe czy przeciągasz to w czasie, flirtujesz bądź zwodzisz go wirtualnymi randkami?
3.Kolejnosć marzeń do zrealizowania…najpierw te przyziemne,w miare dostępne czy te górnolotne i trudne do spełnienia?
4.Jaki strój na panieńskie koleżanki?Odważny look,czy klasyczna mała,czarna?
5.Buty na obcasie czy flat?Nie chodzi mi co nosisz tylko jakie wolisz.
6.Pazurki,naturalne,zawsze pomalowane,czy full opcja tipsy,żele i wzorki?
7.Sposób na weekend.. to wypad za miasto na łono natury,czy zakupy,głośna impreza czy kolacja w ekskluzywnej knajpie?
8.Dusza towarzystwa czy trzymasz się na boku.
9.Marzyłas w młodszym wieku o karierze gwiazdy?Kim chciałaś być i jak to sobie wyobrazałaś?
10.Dałabyś szanse facetowi z dzieckiem?
11.Osiągnięcie jakiego wieku budzi w Tobie trwoge i przerażenie?
A o to i ona:

Poniewaz zasady tej zabawy sa nieco bardziej pokrecone, wiec skopiuje je bezwstydnie od Simery:
Nominacja ta jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za "dobrze
wykonaną robotę" Przyznaje się ją bloggerom o mniejszej liczbie obserwatorów, co
daje możliwość ich rozpowszechnienia.
Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która nas nominowała. Następnie nominuje się kolejnych 11 osób oraz zadaje się im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który nas nominował.
Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która nas nominowała. Następnie nominuje się kolejnych 11 osób oraz zadaje się im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który nas nominował.
A wiec, najpierw pytania Simery:
1.Jesteś brunetką/blondynką i preferujesz brunetów/blondynów?
Jestem blondynka, peferuje brunetow, ktorymi byla zdecydowana wiekszosc moich eksow i nie wiem jakim cudem wyszlam za blondyna. :)
2.Ciekawie zapowiadającą się znajomość internetową szybko "realizujesz"i spotykacie się na kawe czy przeciągasz to w czasie, flirtujesz bądź zwodzisz go wirtualnymi randkami?
Przeciagam w czasie bo zazwyczaj nie ufam za bardzo osobom poznanym w sieci, musi minac troche czasu zebym odwazyla sie spotkac z nimi w "realu".
3.Kolejnosć marzeń do zrealizowania…najpierw te przyziemne,w miare dostępne czy te górnolotne i trudne do spełnienia?
Jestem realistka i zabieram sie tylko za rzeczy, ktore mam szanse osiagnac. :)
4.Jaki strój na panieńskie koleżanki?Odważny look,czy klasyczna mała,czarna?
Klasycznie, nie lubie sie wyrozniac z tlumu. :)
5.Buty na obcasie czy flat?Nie chodzi mi co nosisz tylko jakie wolisz.
Sama wole plaskie bo mam plaskostopie i na obcasach wytrzymuje najwyzej godzinke. I jakos od zawsze tryb zycia zmuszal mnie do noszenia wygodnego obuwia. Ale zawsze podziwiam szpilki lub koturny u innych przedstawicielek plci pieknej.
6.Pazurki,naturalne,zawsze pomalowane,czy full opcja tipsy,żele i wzorki?
Naturalne, nie znosze malowac paznokci, zawsze mam wrazenie, ze sie "dusza" pod lakierem.
7.Sposób na weekend.. to wypad za miasto na łono natury,czy zakupy,głośna impreza czy kolacja w ekskluzywnej knajpie?
Zdecydowanie wypad na lono natury, najlepiej na wedrowke z plecakiem. Ale na noc powrot do domku, albo chociaz do wygodnego pensjonatu, biwakowac juz nie lubie. :)
8.Dusza towarzystwa czy trzymasz się na boku.
Z boku niestety, jestem bardzo niesmiala.
9.Marzyłas w młodszym wieku o karierze gwiazdy?Kim chciałaś być i jak to sobie wyobrazałaś?
Nieee, takich aspiracji to nigdy nie mialam. :)
10.Dałabyś szanse facetowi z dzieckiem?
Trudne pytanie, bo to zalezaloby od wielu czynnikow, w szczegolnosci od wieku i zachowania dziecka i podejscia ojca. Ale mysle, ze dalabym szanse takiemu zwiazkowi, bo znam jednego samotnego tatusia (tzn. teraz juz powtornie zonatego) ktory, oprocz tego ze zycie osobiste mu sie troche poplatalo, jest wspanialym facetem.
11.Osiągnięcie jakiego wieku budzi w Tobie trwoge i przerażenie?
Hihi, na dzien dzisiejszy 40!
Uff... No to teraz kolej na moje pytania. Przy okazji nagne troche zasady, bo nie nominuje nikogo w szczegolnosci. Ta zabawa krazy po blogowisku od okolo miesiaca i wiekszosc byla juz do niej nominowana. Nie chce nikomu dokladac "roboty", wiec nie nominuje osob poprzednio wybranych, ani tych, ktore nominowalam do poprzedniej zabawy. Za to zapraszam do gry wszystkich chetnych! :) Odpowiadajcie na swoich blogach lub w komentarzach!
Nie jestem zbyt kreatywna osoba, wiec moje pytania beda pewnie przypominac "zlote mysli" z podstawowki (czy ktos to jeszcze pamieta?). Oto jak gleboko siega moje wscibstwo:
1. Prawdziwe imie (dla osob uzywajacych nick'a)?
2. Przedzial wiekowy, np. 20-25, 25-30, itd. lat?
3. Brunetka, szatynka czy blondynka?
4. Twoj zawod lub wyksztalcenie?
5. Ukochana ksiazka/ autor?
6. Wymarzone wakacje?
7. Pies, kot, czy inne stworzonko?
8. Mieszkanie w miescie czy domek na wsi?
9. Ulubiony trunek?
10. Na codzien lubisz ciuszki ozdobne i eleganckie, czy raczej wygodne i sportowe?
11. Logan, Colin czy Nicholas?
A w ostatnie pytanie sprytnie wkrecilam referendum na temat imienia dla naszego synka. :) Nadal nie mozemy sie zdecydowac. Jak narazie stanelo na tych 3 imionach. Wlasciwie to zrezygnowalismy z "polsko" brzmiacego imienia bo te, ktore podobaly sie mnie, nie odpowiadaly M. I odwrotnie... Moze to i dobrze, ze nie mieszkamy w Polsce? Dopiero bylby dylemat. :) Decyzja, bez wzgledu na opinie publiczna bedzie nasza, ale ciekawa jestem Waszego zdania. :)
piątek, 16 listopada 2012
Kolejna zalegla nominacja :)
I znowu od Joasi (rozpiescilas mnie kochana!) ;)
Wyroznienie dostalam we wrzesniu. Nie moge uwierzyc, ze juz tyle czasu minelo...
Nie za bardzo kojarze zasady tej nagrody, ale chyba nie ma tu szczegolnych wymagan. Dziekuje nominujacemu i przekazuje wyroznienie dalej, dowolnej ilosci osob. Latwizna! ;)
A wiec po pierwsze: Joasiu, bardzo, bardzo dziekuje za nagrode! Ciesze sie niezmiernie, ze uwazasz moj blog za tryskajacy humorem i to na tyle, zeby przyznac nominacje! Pierwsza babeczka wraca do Ciebie!
A teraz pozostali, czy raczej pozostale, bo jakos babski klub mi sie tu robi... ;) Najchetniej nominowalabym wszystkie blogi, ktore czytam, bo wszystkie sa mi bardzo bliskie, ale wtedy przyznawanie nominacji zajeloby mi cala noc, wiec musze z lekka zredukowac liste. :) A wiec:
Dla Bajki, poniewaz mala Emilka (choc nigdy jej nie widzialam) z opowiastek brzmi slodko jak ta babeczka z obrazka. :)
Dla Idy, za regularna dawke dzieciecego humoru slowno - sytuacyjnego. :)
Dla Dorotki, bo jest dla mnie matka idealna i niedoscignionym wzorem do nasladowania. No i za te wszystkie Fasolkowe przeboje. :)
Dla Akularka (wiem, ze "slodki" srednio pasuje do Twojego bloga, ale MUSIALAM go nominowac, no po prostu musialam...), bo przy czytaniu jej postow przy porannej kawie regularnie opluwam ze smiechu monitor. ;)
Dla Klarki, za cudowne opowiesci o kotach i smieszna lecz jednoczesnie wzruszajaca historie o Krysi i Rysiu. :)
Dla Martusi, poniewaz jestem pod ciaglym (pozytywnym) wrazeniem, ze jedna kobietka moze ogarnac dom, meza i czworo dzieci i nie zwariowac. :)
i
Dla Hani za cudowna, ciepla madrosc zyciowa i piekne wiersze.
Gratulacje!
PS. Zostala mi jeszcze nominacja od Simery, ale zajme sie nia juz po weekendzie... Musze przyznac, ze te blogowe gry i wyroznienia sa dosc czasochlonne. :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
