Chyba
jeszcze nigdy nie bylam tak NIEprzygotowana do wyjazdu!
Do srody tak naprawde mialam tylko blado nakreslony plan co do tego, co chce zabrac. Nie pofatygowalam sie nawet do piwnicy, zeby sprawdzic w jakim stanie sa walizki i torby. ;) Zalozylam, ze od zeszlego roku raczej nie porwaly sie ze starosci, a ze na jesien nie mielismy inwazji myszy, to i nic nie powinno bylo ich poprzegryzac. ;)
Do srody tak naprawde mialam tylko blado nakreslony plan co do tego, co chce zabrac. Nie pofatygowalam sie nawet do piwnicy, zeby sprawdzic w jakim stanie sa walizki i torby. ;) Zalozylam, ze od zeszlego roku raczej nie porwaly sie ze starosci, a ze na jesien nie mielismy inwazji myszy, to i nic nie powinno bylo ich poprzegryzac. ;)
Tak
naprawde to ciezko zaczac sie pakowac, skoro jeszcze przez kilka dni bedzie sie
uzywac kosmetykow i ubran. Jestem minimalistka jesli chodzi o odziez wlasna
oraz dzieci. Szczegolnie te ostatnie maja ciuchow tylko na tyle, zeby
przechodzic tydzien, plus kilka dodatkowych egzemplarzy, na wypadek
zamoczenia/zabrudzenia/rozerwania. W rezultacie, na tygodniowy wyjazd zabieram praktycznie
ich cale szafy, nie bylo wiec wlasciwie co pakowac. Dopiero na piatkowy wieczor zaplanowalam 3
ladunki prania. Cale szczescie, ze mamy automatyczna suszarke, wiec zawsze mam
pewnosc, ze wszystko w ciagu godziny wyschnie i bede mogla zaczac wrzucac
czyste ciuchy do walizki jeszcze tego samego dnia. ;)
W
srode w koncu wybralam sie do sklepu, zeby kupic mini plastikowe buteleczki.
Nie usmiecha mi sie targac calych wielkich butli szamponu czy plynu pod
prysznic, wiec beda jak znalazl. W zeszlym roku kupilam ich caly zestaw, ale
oczywiscie potem dorwaly sie do nich Potworki i polamaly, pogubily nakretki,
itd. Nic sie przy tych dzieciach nie uchowa. ;)
Przy
okazji kupowania buteleczek, rozejrzalam sie tez za duperelkami, ktore maja
pomoc mi zajac (i zapchac) Potwory podczas dziennej czesci podrozy oraz
wieczorow w hotelu. Znowu – pozno. W zeszlym roku zaczelam pomalu kupowac to
czy tamto juz z miesiecznym wyprzedzeniem.
Coz, lepiej pozno niz wcale i tego sie trzymam. ;)
Duzo nie znalazlam, ale bedzie musialo wystarczyc. Na droge mam dla nich po nowej ksiazeczce, kolorwance z flamastrami zamknietej w plastikowym pudelku, ktory moze sluzyc tez za stolik, dodatkowo biore tez normalny blok i dwa zestawy mazakow. Kupilam im tez (troche wbrew sobie) po malym ludziku z Paw Patrol, z nadzieja, ze moze pobawia sie (zgodnie) razem. Dostana tez po nowej butelce na picie ze slomka (ale nie modnych obecnie "sloikow", ktore jakos do mnie nie przemawiaja :D). Dla Kokusia z Paw Patrol (“Tomka” nie mieli, cholera), a dla Bi z ukochana Kraina Lodu. ;) Do tego cala spizarenke mini opakowan krakersow, ciasteczek i tym podobnych przekasek. Mam nadzieje, ze to skutecznie zapcha male paszcze. ;)
Najlepszym jednak "zabawiaczem" beda pozyczone od kolegi M. przenosne DVD, ktore mozna zaczepic o zaglowki w aucie. Bi juz nie moze sie doczekac. Co tam plaza, co tam basen... Po kilka razy dziennie slyszymy: "Jedziemy na wakacje!", po czym natychmiast dodane: "I bedziemy ogladac bajki w aucie!". :D
Coz, lepiej pozno niz wcale i tego sie trzymam. ;)
Duzo nie znalazlam, ale bedzie musialo wystarczyc. Na droge mam dla nich po nowej ksiazeczce, kolorwance z flamastrami zamknietej w plastikowym pudelku, ktory moze sluzyc tez za stolik, dodatkowo biore tez normalny blok i dwa zestawy mazakow. Kupilam im tez (troche wbrew sobie) po malym ludziku z Paw Patrol, z nadzieja, ze moze pobawia sie (zgodnie) razem. Dostana tez po nowej butelce na picie ze slomka (ale nie modnych obecnie "sloikow", ktore jakos do mnie nie przemawiaja :D). Dla Kokusia z Paw Patrol (“Tomka” nie mieli, cholera), a dla Bi z ukochana Kraina Lodu. ;) Do tego cala spizarenke mini opakowan krakersow, ciasteczek i tym podobnych przekasek. Mam nadzieje, ze to skutecznie zapcha male paszcze. ;)
Najlepszym jednak "zabawiaczem" beda pozyczone od kolegi M. przenosne DVD, ktore mozna zaczepic o zaglowki w aucie. Bi juz nie moze sie doczekac. Co tam plaza, co tam basen... Po kilka razy dziennie slyszymy: "Jedziemy na wakacje!", po czym natychmiast dodane: "I bedziemy ogladac bajki w aucie!". :D
W
pracy, kilka ostatnich dni to jakis zart. W srode szef poprosil mnie, zebym
przypomniala, hmm… nie wiem jak ich nazwac, osobom odpowiedzialnym za projekty
(ale to ani kierownicy, ani managerowie, czy raczej managerki, bo wszystkie to
dziewczyny :D), ze w przyszlym tygodniu mnie nie bedzie. Wyslalam maila,
wiedzac, ze moze on wywolac panike. I sie zaczelo! Nagle wszystkie raporty,
dotychczas leniwie przesuwane z tygodnia na tydzien, musza zostac przejrzane i podpisane
do konca tygodnia! Jak zwykle! Jak ja juz myslami jestem przy pakowaniu i z
cyferek mam ochote najwyzej policzyc ile par gaci potrzeba na 6-dniowy wyjazd
dla 4-osobowej rodziny, oni zwalaja mi na glowe zalegla prace sprzed dwoch
tygodni… :/
Udalo mi sie jednak skutecznie obrobic wszystko i nawet wyjsc 1.5 godziny wczesniej. Nie duzo, ale zawsze cos. Wstawilam pierwsze pranie i zaraz ide po walizki i zaczne wrzucac w nie chociaz to, czego narazie nie potrzebuje, jak stroje kapielowe czy podpaski (ech...). Czuje sie potwornie zestresowana. Od rana mam rewolucje zoladkowe. :/ W dodatku jak na zlosc, u M. w pracy zamykaja miesiac, a polowa pracownikow jest na urlopach, wiec jest sam. Nie tylko dzis (pisane w piatek) zostaje dluzej, to jeszcze musi pracowac jutro, cholera! A tu zostaly ostatnie zakupy, prania, pakowanie, przygotowanie prowiantu, ze o zapakowzniu auta juz nie wspomne. Potworki sprawy nie ulatwia, a w dodatku M. chcial sie zdrzemnac z Nikiem w dzien. Jakos marnie widze to ostatnie... :/
Coz... Poki co zegnam sie i zostawiam Was z kilkoma zdjeciami ogrodu, ktorego po moim powrocie pewnie nie rozpoznam, tak zarosnie. Oby tylko nie pousychal, bo jest bardzo goraco i bardzo sucho, a rok temu, ciotka M. zamiast wziac weza i porzadnie wszystko polac, biegala z koneweczka... :/
Udalo mi sie jednak skutecznie obrobic wszystko i nawet wyjsc 1.5 godziny wczesniej. Nie duzo, ale zawsze cos. Wstawilam pierwsze pranie i zaraz ide po walizki i zaczne wrzucac w nie chociaz to, czego narazie nie potrzebuje, jak stroje kapielowe czy podpaski (ech...). Czuje sie potwornie zestresowana. Od rana mam rewolucje zoladkowe. :/ W dodatku jak na zlosc, u M. w pracy zamykaja miesiac, a polowa pracownikow jest na urlopach, wiec jest sam. Nie tylko dzis (pisane w piatek) zostaje dluzej, to jeszcze musi pracowac jutro, cholera! A tu zostaly ostatnie zakupy, prania, pakowanie, przygotowanie prowiantu, ze o zapakowzniu auta juz nie wspomne. Potworki sprawy nie ulatwia, a w dodatku M. chcial sie zdrzemnac z Nikiem w dzien. Jakos marnie widze to ostatnie... :/
Coz... Poki co zegnam sie i zostawiam Was z kilkoma zdjeciami ogrodu, ktorego po moim powrocie pewnie nie rozpoznam, tak zarosnie. Oby tylko nie pousychal, bo jest bardzo goraco i bardzo sucho, a rok temu, ciotka M. zamiast wziac weza i porzadnie wszystko polac, biegala z koneweczka... :/
Warzywa rozrastaja sie az milo. :)
Cukinie kwitna, a bystre oko moze dostrzec nawet nowa, malenka cukinke. Bedzie jak znalazl, akurat na nasz powrot. ;) Kwitna tez ogorki, pomidory oraz baklazany. Te ostatnie jak narazie chyba nie sa zapylane niestety... :/
Za to pomidory i owszem! :)
Jerzyny rowniez. Niestety, po zeszlorocznym opitoleniu przez tescia do samej ziemi, w tym roku nadal bedzie ich niewiele. :(
Rosna tez kwiaty i kwiatuszki...
Przepiekny beebalm, siegajacy moich piersi, zalatujacy mietowo i przyciagajacy kolibry niczym magnes.
Rownie wysokie i piekne, ale jak dla mnie smierdzace :D lilie.
Wypelnily sie tez donice. Niestety, kwiatek z tylu akurat przekwitl. Juz rosna nowe paczki, ale troche to potrwa.
A to juz moje nowe, tegoroczne nabytki:
Te dwa po bokach, to odmiany Echinacei. Juz kolejne w moim ogrodzie. No, nic nie poradze, ze mam do nich slabosc. ;) Narazie sa niewielkie, ale za rok - dwa, kiedy sie porzadnie rozrosna, powinny spokojnie zaslonic ten licznik z tylu i o to mi wlasnie chodzi. :) A to miedzy nimi, to kwiat z rodziny Rudbeckia (nie wierzcie mi na slowo jesli chodzi o pisownie), czyli black-eyed susan, ktorego uparcie szukalam po ogrodniczych cala wiosne. ;) Jeszcze nie kwitnie, ale bedzie wygladal podobnie do swoich sasiadow, tylko zamiast rozowych kwiatow, bedzie mial zolte.
Okazuje sie tez, ze czasem oplaca sie nie miec czasu na pielenie. Przedwczoraj, odkrylam taka samosiejke:
Gdybym pielila w tym kaciku czesciej, nawet bym nie zauwazyla malenkiej petunii i wyrwalabym ja razem z innymi chwastami! :)
I na tym skoncze, bo sniadanie wydane, czyli pora wlac w siebie jakas kawe i zajac sie pakowaniem. Potworki mowia Wam PA PA PA!!! :D
PS. Posta pisalam czesciowo w Wordzie, a czesciowo w Bloggerze, stad te wariacje czcionkowe. ;)
















