sobota, 2 lipca 2016

Przedwakacyjny stres


Chyba jeszcze nigdy nie bylam tak NIEprzygotowana do wyjazdu! 

Do srody tak naprawde mialam tylko blado nakreslony plan co do tego, co chce zabrac. Nie pofatygowalam sie nawet do piwnicy, zeby sprawdzic w jakim stanie sa walizki i torby. ;) Zalozylam, ze od zeszlego roku raczej nie porwaly sie ze starosci, a ze na jesien nie mielismy inwazji myszy, to i nic nie powinno bylo ich poprzegryzac. ;)

Tak naprawde to ciezko zaczac sie pakowac, skoro jeszcze przez kilka dni bedzie sie uzywac kosmetykow i ubran. Jestem minimalistka jesli chodzi o odziez wlasna oraz dzieci. Szczegolnie te ostatnie maja ciuchow tylko na tyle, zeby przechodzic tydzien, plus kilka dodatkowych egzemplarzy, na wypadek zamoczenia/zabrudzenia/rozerwania. W rezultacie, na tygodniowy wyjazd zabieram praktycznie ich cale szafy, nie bylo wiec wlasciwie co pakowac.  Dopiero na piatkowy wieczor zaplanowalam 3 ladunki prania. Cale szczescie, ze mamy automatyczna suszarke, wiec zawsze mam pewnosc, ze wszystko w ciagu godziny wyschnie i bede mogla zaczac wrzucac czyste ciuchy do walizki jeszcze tego samego dnia. ;)

W srode w koncu wybralam sie do sklepu, zeby kupic mini plastikowe buteleczki. Nie usmiecha mi sie targac calych wielkich butli szamponu czy plynu pod prysznic, wiec beda jak znalazl. W zeszlym roku kupilam ich caly zestaw, ale oczywiscie potem dorwaly sie do nich Potworki i polamaly, pogubily nakretki, itd. Nic sie przy tych dzieciach nie uchowa. ;)

Przy okazji kupowania buteleczek, rozejrzalam sie tez za duperelkami, ktore maja pomoc mi zajac (i zapchac) Potwory podczas dziennej czesci podrozy oraz wieczorow w hotelu. Znowu – pozno. W zeszlym roku zaczelam pomalu kupowac to czy tamto juz z miesiecznym wyprzedzeniem. 

Coz, lepiej pozno niz wcale i tego sie trzymam. ;) 

Duzo nie znalazlam, ale bedzie musialo wystarczyc. Na droge mam dla nich po nowej ksiazeczce, kolorwance z flamastrami zamknietej w plastikowym pudelku, ktory moze sluzyc tez za stolik, dodatkowo biore tez normalny blok i dwa zestawy mazakow. Kupilam im tez (troche wbrew sobie) po malym ludziku z Paw Patrol, z nadzieja, ze moze pobawia sie (zgodnie) razem. Dostana tez po nowej butelce na picie ze slomka (ale nie modnych obecnie "sloikow", ktore jakos do mnie nie przemawiaja :D). Dla Kokusia z Paw Patrol (“Tomka” nie mieli, cholera), a dla Bi z ukochana Kraina Lodu. ;) Do tego cala spizarenke mini opakowan krakersow, ciasteczek i tym podobnych przekasek. Mam nadzieje, ze to skutecznie zapcha male paszcze. ;)

Najlepszym jednak "zabawiaczem" beda pozyczone od kolegi M. przenosne DVD, ktore mozna zaczepic o zaglowki w aucie. Bi juz nie moze sie doczekac. Co tam plaza, co tam basen... Po kilka razy dziennie slyszymy: "Jedziemy na wakacje!", po czym natychmiast dodane: "I bedziemy ogladac bajki w aucie!". :D



W pracy, kilka ostatnich dni to jakis zart. W srode szef poprosil mnie, zebym przypomniala, hmm… nie wiem jak ich nazwac, osobom odpowiedzialnym za projekty (ale to ani kierownicy, ani managerowie, czy raczej managerki, bo wszystkie to dziewczyny :D), ze w przyszlym tygodniu mnie nie bedzie. Wyslalam maila, wiedzac, ze moze on wywolac panike. I sie zaczelo! Nagle wszystkie raporty, dotychczas leniwie przesuwane z tygodnia na tydzien, musza zostac przejrzane i podpisane do konca tygodnia! Jak zwykle! Jak ja juz myslami jestem przy pakowaniu i z cyferek mam ochote najwyzej policzyc ile par gaci potrzeba na 6-dniowy wyjazd dla 4-osobowej rodziny, oni zwalaja mi na glowe zalegla prace sprzed dwoch tygodni… :/

Udalo mi sie jednak skutecznie obrobic wszystko i nawet wyjsc 1.5 godziny wczesniej. Nie duzo, ale zawsze cos. Wstawilam pierwsze pranie i zaraz ide po walizki i zaczne wrzucac w nie chociaz to, czego narazie nie potrzebuje, jak stroje kapielowe czy podpaski (ech...). Czuje sie potwornie zestresowana. Od rana mam rewolucje zoladkowe. :/ W dodatku jak na zlosc, u M. w pracy zamykaja miesiac, a polowa pracownikow jest na urlopach, wiec jest sam. Nie tylko dzis (pisane w piatek) zostaje dluzej, to jeszcze musi pracowac jutro, cholera! A tu zostaly ostatnie zakupy, prania, pakowanie, przygotowanie prowiantu, ze o zapakowzniu auta juz nie wspomne. Potworki sprawy nie ulatwia, a w dodatku M. chcial sie zdrzemnac z Nikiem w dzien. Jakos marnie widze to ostatnie... :/

Coz... Poki co zegnam sie i zostawiam Was z kilkoma zdjeciami ogrodu, ktorego po moim powrocie pewnie nie rozpoznam, tak zarosnie. Oby tylko nie pousychal, bo jest bardzo goraco i bardzo sucho, a rok temu, ciotka M. zamiast wziac weza i porzadnie wszystko polac, biegala z koneweczka... :/


Warzywa rozrastaja sie az milo. :)



Cukinie kwitna, a bystre oko moze dostrzec nawet nowa, malenka cukinke. Bedzie jak znalazl, akurat na nasz powrot. ;) Kwitna tez ogorki, pomidory oraz baklazany. Te ostatnie jak narazie chyba nie sa zapylane niestety... :/

Za to pomidory i owszem! :)

Jerzyny rowniez. Niestety, po zeszlorocznym opitoleniu przez tescia do samej ziemi, w tym roku nadal bedzie ich niewiele. :(



Rosna tez kwiaty i kwiatuszki...

Przepiekny beebalm, siegajacy moich piersi, zalatujacy mietowo i przyciagajacy kolibry niczym magnes.

Rownie wysokie i piekne, ale jak dla mnie smierdzace :D lilie.

Wypelnily sie tez donice. Niestety, kwiatek z tylu akurat przekwitl. Juz rosna nowe paczki, ale troche to potrwa.

A to juz moje nowe, tegoroczne nabytki:

Te dwa po bokach, to odmiany Echinacei. Juz kolejne w moim ogrodzie. No, nic nie poradze, ze mam do nich slabosc. ;) Narazie sa niewielkie, ale za rok - dwa, kiedy sie porzadnie rozrosna, powinny spokojnie zaslonic ten licznik z tylu i o to mi wlasnie chodzi. :) A to miedzy nimi, to kwiat z rodziny Rudbeckia (nie wierzcie mi na slowo jesli chodzi o pisownie), czyli black-eyed susan, ktorego uparcie szukalam po ogrodniczych cala wiosne. ;) Jeszcze nie kwitnie, ale bedzie wygladal podobnie do swoich sasiadow, tylko zamiast rozowych kwiatow, bedzie mial zolte.

Okazuje sie tez, ze czasem oplaca sie nie miec czasu na pielenie. Przedwczoraj, odkrylam taka samosiejke:

Gdybym pielila w tym kaciku czesciej, nawet bym nie zauwazyla malenkiej petunii i wyrwalabym ja razem z innymi chwastami! :)

I na tym skoncze, bo sniadanie wydane, czyli pora wlac w siebie jakas kawe i zajac sie pakowaniem. Potworki mowia Wam PA PA PA!!! :D



PS. Posta pisalam czesciowo w Wordzie, a czesciowo w Bloggerze, stad te wariacje czcionkowe. ;)

wtorek, 28 czerwca 2016

Hamerykanckie dziwactwa, czyli imigrantem byc :)

Gdzies mi wena uciekla… Dopada mnie pomalu przedwyjazdowy stres. W glowie klebia sie (bo absolutnie NIE klaruja) obrazy tego co trzeba spakowac, przygotowac, zabrac… Powinnam zrobic sobie liste, ale do tego tez weny nie mam… Glownie mysle o Potworkach i zajeciu ich w czasie podrozy, wiec jesli chodzi o mnie sama, obudze sie pewnie w sobotni ranek z reka w nocniku… :/ Na szczescie nie jedziemy w kompletne odludzie, wiec w razie czego bedziemy mogli zaopatrzyc sie w zapomniane drobiazgi na miejscu…

O przygotwaniach do podrozy i nerwowce z nia zwiazanej, mam nadzieje, ze dam rade napisac Wam jeszcze pod koniec tygodnia (a jak nie zdaze z dluzszym postem, to chociaz wpadne sie pozegnac), a poki co doszlifuje posta, ktory siedzi w roboczych od ladnych paru miesiecy…

Zostal on zainspirowany niegdysiejszym postem Mini, ktora napisala o rzeczach, ktore zaskoczyly ja podczas imigracji. Zaczelam wtedy spisywac to, co zadziwialo, badz zadziwia mnie nadal, na hamerykanckiej ziemi. Pozniej, na jakis czas odpuscilam temat, ale przy okazji zeszlotygodniowych “urodzin” bloga, Anula napisala, ze chetnie poczytalaby o tym jak sie zyje za oceanem. Przypomnialam sobie o tym zaczetym poscie i voila! Anula, specjalnie dla Ciebie! :D

Na poczatek napisze Wam to, co Anuli w odpowiedzi na komentarz. We wrzesniu minie 13 lat odkad zawitalam do Hameryki. W tym czasie, w Polsce bylam zaledwie 4 razy, maksymalnie na 2-3 tygodnie. Wiem, smutne to, ale odleglosc i koszty takiej wyprawy mocno odstraszaja… Majac tak malo stycznosci z Ojczyzna, musze przyznac, ze wsiaklam w tutejsze zwyczaje i wiele rzeczy zaskakiwac mnie przestalo. Przedstawiam Wam jednak skromna liste tubylczych dziwactw, ktore udalo mi sie spamietac. Bez zadnego porzadku, w kolejnosci wpadania pomyslow w moja rozczochrana. :D

·         Pierwsza konsternacja nastepuje juz przy wypisywaniu jakiegokolwiek dokumentu. Dane osobiste wypisuje sie w sekwencji: first name, middle name… dotychczas wszystko jasne, ale po tym nastepuje: LAST name… Slowko “surname”, do ktorego przywyklam uczac sie jezyka w Polsce, tutaj nie funkcjonuje.

·         Skoro juz przy wypisywaniu dokumentow jestesmy, to data wpisywana jest w kolejnosci: miesiac/dzien/rok. Na poczatku potwornie mi sie to mylilo! ;) Potem sie przyzwyczailam, zeby ponownie sie podlamac, kiedy w pracy przez jakis czas bylam odpowiedzialna za logowanie probek do naszego systemu. Zalamke zaliczylam, kiedy musialam wpisac w papiery date produkcji niektorych z nich. Otoz przybyly one z Kanady, a tam wpisuje sie date po ludzku, czyli: dzien/miesiac/rok. Pol biedy, kiedy dzien wypadal pozniejszy niz 12-ty, ale przy poczatkach kazdego miesiaca, notorycznie sie mylilam.

·         Kolejna konsternacja, to istnieja niewielkie, ale upierdliwe roznice jezykowe. Np. zamiast “mum”, tutaj pisze sie “mom”. Zamiast slow typu: “authorisation”, “organisation”, czy “Elisabeth”, pisze sie “authoriZation”, “organiZation” i “EliZabeth”. A z ciekawostek, na “trousers”, tubylcy reaguja dzikim rechotem. Najwyrazniej to bardzo “brytyjskie” slowko. Spodnie po amerykansku to “pants”. ;)

·         Jakby malo bylo drapania sie po glowie dla swiezo upieczonego imigranta, Amerykanie nie stosuja systemu metrycznego. Odleglosci mierzy sie wiec w jardach oraz milach, ciezar w ounce’ach oraz funtach, pojemnosc w ounce’ach oraz galonach, a dlugosc w inch’ach. Aha, temperature mierza w skali Fahrenheit’a. Badz tu czlowieku madry i pisz wiersze. O ile do temperatury w miare szybko przywyklam, bo stosuje na codzien, o tyle cala reszta to do dzis czarna magia. Wage oraz wzrost dzieci, od ich urodzenia przeliczam sobie na cm oraz kg, zeby miec chociaz blade pojecie, ile mierza. :D Co ciekawe, laboratoria musza przyjac miedzynarodowe standardy i stosuja system metryczny! Ja akurat odetchnelam z ulga, ale wielu tubylczych laborantow psioczy, ze na studiach musieli sie nauczyc zupelnie innego systemu. Tacy biedni… ;)

·         Kanapki, tubylcy smaruja musztarda lub majonezem. Na mnie, smarujaca kanapeczke maselkiem, patrza jak na wariatke. ;) Maslo stosuja tylko do “opiekanego” chleba, czyli tostow badz “bagels”.

·         Jesli juz o maselku (lub margarynie) mowa, to typowe, do pieczywa, jest solone! Ohyda! Wedlug Hamerykanow, niesolone maslo jest mdle. Moze i jest, ale za to zdrowsze. ;) Wiadomo, ze nadmiar soli szkodzi, a jest ona dodawana do praktycznie wszyskiego. Ciezko dostac nawet niesolone pestki slonecznika! Oszczedze jej sobie chociaz w tym masle. A to bez soli mozna dostac w kazdym supermarkecie, tubylcy je stosuja, a i owszem – ale wylacznie do wypiekow. ;)

·         Nastepne dziwactwo kulinarne, to uwielbienie dla slynnego masla orzechowego. Po 13 latach, nadal go nie polubilam. Przelknac, przelkne, ale jak dla mnie ma sucha, jakby cierpka konsystencje, klei sie do zebow oraz podniebienia, a smak tez nie powala.  ;) A juz od klasyki amerykanskiego dziecinstwa: “peanut butter and jelly sandwich”, czyli kanapki z maslem orzechowym oraz galaretka (koniecznie z ciemnych winogron), zwiewam az sie kurzy. ;) Nik ma podejscie swojej matki: zje, ale bez entuzjazmu. Bi za to, szczerze maslo orzechowe lubi. Od razu widac, ze tu urodzona! ;)

·         Poza tym, stereotypowy Amerykanin, to milosnik grilla! I to o kazdej porze roku! Jesli ma jakiekolwiek zadaszenie przy domu, bedzie piekl miecho nawet w srodku zimy! Oczywiscie na grillu gazowym. Z brykietem i rozpalka, malo komu chce sie bawic… ;)

·         W Niedziele Palmowa, tylko Polacy przynosza nasze tradycyjne “palemki”. Poza tym, wszyscy otrzymuja przed msza prawdziwe, palmowe listki, jeszcze zielone, ktore w domu jednak szybko usychaja na sztywne, zolte wiechcie.

·         “Ciekawym” doswiadczeniem byla dla mnie pierwsza Wielkanoc w Ameryce, a raczej swiecenie koszyczkow. Na ta uroczystosc zebraly sie cale rodziny, matki, ojcowie, babcie, wujkowie, kuzynostwo… Kazda taka grupa podchodzila do oltarza indywidualnie, a po pokropieniu przez ksiedza pokarmow… ustawiali sie na oltarzu do zdjecia! Razem z ksiedzem, oczywiscie… W rezultacie w kosciele panowal scisk, harmider i duchota, kolejka do swiecenia posuwala sie w slimaczym tempie, a cale swiecenie trwalo ponad 1.5 godziny… Dodam jeszcze, ze byl to polski kosciol, w ktorym, po tamtym doswiadczeniu, postanowilam nie postawic wiecej nogi. Slowa dotrzymalam czesciowo, bo zdarza nam sie wpasc tam na msze (to najblizszy dla nas kosciol), ale na swiecenie koszyczkow rzeczywiscie nigdy juz tam nie pojechalam. ;) A Amerykanie pokarmow nie swieca i robia wielkie oczy, kiedy slysza o tej naszej tradycji.

·         Nadal z tematyki koscielnej. ;) Na poczatku sezonu grypowego, po jednej z mszy, odbywa sie tu “swiecenie gardel”, zeby odgonic choroby. Ksiadz trzyma rozdzke wygladajaca kubek w kubek jak te do poszukiwania zyl wodnych, tylko odwrotnie. Podchodzi sie tak, zeby szyja znalazla sie miedzy widelkami, ksiadz mruczy formulke i koniec. Jak dla mnie pachnie to nieco szarlatanstwem, a i nie zauwazylam jakos spadku smarkania oraz kaszlenia zima. ;)

·         Tubylcy to milosnicy niskich temperatur, chociaz zimy oraz sniezyc, juz nie bardzo… W domach jednak okna maja, nawet zima, pozaslaniane zaluzjami, roletami i ciemnymi zaslonami. Byle nawet zablakany promyczek slonca sie nie dostal… A latem klima idzie pelna para. Kiedy wchodze do domu przecietnego tubylca, musze natychmiast wkladac sweter, chocby byl to lipiec. Podobnie sprawa ma sie we wszelkich sklepach czy restauracjach. Lodowa! Jeden z moich szefow, ktory regularnie odwiedza Europe, zawsze narzeka, ze tam wszedzie mu za goraco. ;) Pewnie, bo tutaj jak w budynku jest wiecej niz 18 stopni, zaraz ktos sie skarzy, ze gorac i duchota. ;) Zreszta, nie dziwota. Tubylcy nauczeni sa umilowania do zimna od malego. Dzieci dostaja mleko modyfikowane rozpuszczone w zimnej wodzie. Juz roczniaki pija soczki z kostkami lodu. W przedszkolu, wszystko co Bi dostawala, czy to mleko, czy sok, bylo prosto z lodowki… W mojej pracy malo kto pije cieple napoje. Wiekszosc pochlania litry lodowatej wody. Kiedy raz chlodziarka sie zepsula i woda byla w temperaturze pokojowej, co druga osoba rozpaczala, ze jak mozna to pic. ;)

·         O tym chyba juz wspominalam, ale Hamerykanie choinki dekoruja czesto juz polowie listopada, jeszcze przed Indykiem, ale za to wywalaja je do smieci zaraz po Bozym Narodzeniu.

·         Boze Narodzenie tez rozni sie od naszego, ale to mozecie wiedziec z filmow. Nie obchodzi sie tutaj Wigilii (na szczescie wiekszosc firm jest zamknieta, zeby umozliwic pracownikom podroz w rodzinne strony). Nie ma wigilijnej wieczerzy, dzielenia sie oplatkiem, prezentow 24 grudnia. Te ostatnie “Mikolaj” zostawia o polnocy, a dzieci otwieraja je rano. Rodzina gromadzi sie na uroczysty obiad dopiero wieczorem w pierwszy (i ostatni) dzien Swiat.

·         Swiezo odkryte, moze nie “dziwactwo”, ale inna tradycja po prostu. Dowiedzialam sie mianowicie, ze juz od zerowki, kazda klasa jest prowadzona co roku przez nowego nauczyciela. Niby w sumie drobiazg, ale wole polski system, gdzie maluchy maja tego samego wychowawce przez pierwsze trzy lata. Wydaje mi sie, ze taki nauczyciel ma dzieki temu szanse naprawde poznac swoich podopiecznych, ich charaktery i indywidualne potrzeby. Tutaj tego nie bedzie… poza tym jednak, do V klasy, wiekszosc przedmiotow uczy jeden nauczyciel, osobnymi sa tylko np. nauczyciele obcego jezyka lub muzyki (ten ostatni chyba od III-IV klasy...).

·         Czestym widokiem na zakupach, sa tutaj kobiety ubrane w spodnie typu “pizamowe”, miekkie, wlochate bambosze oraz w papilotach na glowie. Dotyczy to zarowno kobiet w srednim wieku, jak i nastolatek (u tych ostatnich raczej bez papilotw :D). Kiedys myslalam, ze moze babki te nosza takie spodnie oraz papcie zamiennie z normalna garderoba, bo tak im zwyczajnie wygodnie (tylko te walki na glowie...). Pewnego dnia napotkalam jednak pania okolo 50-tki, ubrana w powyzszy zestaw, oraz… puchaty szlafrok! Dla mnie, przyzwyczajonej zeby chociaz “oko” umalowac na wyjscie do przyblokowego warzywniaka, byl to szok odbierajacy mowe. :D

·         Rownie czestym widokiem sa osoby stasze, takie babulenki oraz dziadziusie, ledwie idace przez parking, podpierajace sie laseczka lub wrecz balkonikiem, po czym wsiadajacych do przeogromnych buick’ow i odjezdzajacy. Z jednej strony fajnie, ze starosc nie uwiezila ich w domu, z drugiej jednak, zastanawiam sie na ile pozostalo im jeszcze refleksu i szybkosci w ocenie sytuacji, na bezpieczne prowadzenie pojazdu? Kiedy czasem jade za takim dziadkiem i w jego lusterku widze jak glowa trzesie mu sie i kiwa od starosci oraz najwyrazniej choroby parkinsona, ciesze sie, ze moje auto jest ZA nim… ;)

·         Co mi sie jednak podoba, to ogolna spontanicznosc oraz przyjacielska otwartosc tubylcow! Szczegolnie jesli chodzi o dzieci. Hamerykanie uwielbiaja maluchy! Kiedy Potworki byly malutkie, nie mozna bylo w spokoju zrobic zakupow, bo doslownie kazda starsza pani musiala sie nad nimi ugruchac, ze ach, jaka(i) sliczna(y), jaki blondasek, jaka slodka… Podobnie, kasjerki zawsze cos tam zagadaja, inni ludzie sie usmiechna… No chyba, ze Potworki maja akurat focha i dra sie na caly sklep albo rycza o jakas zabawke. Ale np. w poprzedni weekend, kiedy wypadal tutaj Dzien Ojca, przypadkowy chlop w sklepie, malo nie rozjechany wozkiem przez kochanego Kokusia, usmiechnal sie do M. i zyczyl mu “Happy Father’s Day”. Na to M. spytal czy facet rowniez jest ojcem, a po otrzymaniu potwierdzenia, obaj uscisneli sobie dlonie w wyrazie gratulacji. Zupelnie obcy mezczyzni, przypadkowo w tej samej alejce w spozywczym! ;)

·         Wszystkie rachunki czy wazne urzedowe pisma, wysyla sie tutaj poczta. Do oficjalnych urzedow trzeba sie fatygowac w naprawde waznej sprawie. Np. do urzedu imigracyjnego, gdzie zawsze traktuja cie, jakbys pracowal tu na czarno i naciagal biednych tubylcow na miliony dolarow. ;) Po akty urodzenia dzieci tez musialam osobiscie pojechac do urzedu miasta, ale tam akurat kolejek praktycznie nie ma, a panie sa przemile. Poza tym, wszystko wysylamy poczta (no, teraz sporo naleznosci placi sie tez elektronicznie). W przyslanym rachunku jest juz koperta zwrotna, a jego dol ma perforowany odcinek do wypelnienia, oderwania i odeslania wraz z czekiem. Z rachunkami to wybawienie, bo choc i tak wypisywac sie nie chce, ale i tak lepsze to niz popylanie do spoldzielni, zeby zaplacic za gaz czy prad (pamietam to z Polski, ale nie wiem czy nadal sie to praktykuje?), to na inne przesylki reaguje dosc nerwowo. Przedstawie Wam np. taka sytuacje. Swiezo zrobilam obywatelstwo. Wlasnie dostalam do lapki pachnacy drukarnia certyfikat obywatela. Chce wyrobic sobie hamerykancki paszport. Tylko, ze aby go otrzymac musze wypelnic formularz i wyslac go poczta, razem z moim nowo otrzymanym certyfikatem! Nie, kopia nie wystarczy, musi byc oryginal! Wyobrazacie sobie ile paznokci obgryzlam w ciagu kolejnego miesiaca?! W kazdym razie, po kilku tygodniach, certyfikat wrocil do mnie bezpiecznie (poczta, a jak) wraz z nowiutkim paszportem. :) Podobnie miala sie rzecz z paszportem Bi, tylko ze zamiast certyfikatu, wysylalismy akt urodzenia. Poczta wysylaja rowniez karty  z  numerem social security. To bardzo wazny numer, cos w rodzaju naszego PESEL. Bez niego, nie dostanie sie ani ubezpieczenia, ani pracy (numer ten uzywa sie do rozliczania podatkowego). Moj maz, swoja Zielona Karte, rowniez otrzymal poczta. Podobnie jest z wszelkimi kartami platniczymi. Wszystkie przychodza poczta. A np. zasilek dla bezrobotnych, zalatwia sie przez telefon (pod warunkiem, ze ma sie odpowiedni dokument od pracodawcy). ;)

To wszystko co wpadlo mi do glowy. I tak wyszedl tasiemiec. ;) Nie da sie ukryc, ze Hameryka jest krajem, hmm… specyficznym. :D Do wszystkiego da sie jednak przyzwyczaic, no i nie ma co ukrywac, ze to jednak zachodni, cywilizowany kraj. Po tylu latach czuje sie tu swojsko i swobodnie i momentami zapominam, ze mieszkam zagranica. Gdybym przeniosla sie do, powiedzmy, Chin, byloby zapewne duzo ciezej. ;)

piątek, 24 czerwca 2016

Z serii: w tym domu sie gada

Kilka teksciorow, na dobry poczatek weekendu. Enjoy! ;)


Od jakiegos czasu, codziennym rytualem Kokusia, jest wachanie naszych dezodorantow. Wpakowuje sie taki krasnal za toba do lazienki i nie odpuszcza i nudzi:

"Mama, moge to popachniec?"


***

Kiedy Nik wie, ze nabroil i mama byla zla, ale w koncu jej przechodzi i przytula skruszonego syna, pyta:

"Jus mnie polubialas?"


***

Bi: "Mama, pretenduj, ze dzis jest Mother's Day!".

Na moje rozbawione spojrzenie, po namysle: "Udawaj mamo!"

No. To ja rozumiem. ;)


***

Po tym jak matka znalazla kleszcza lazacego jej po nodze, Bi uznala za stosowne pouczyc (czyt. postraszyc) brata:

Bi: "Jak kleszcz wypije twoja krewke, to nie bedziesz juz taki duzy i mieciutki, tylko plaski, jak jakis placek!"


***

Nik, ta moja maruda i zlosnik, potrafi mnie czasem rozwalic okazjonalnym stoicyzmem. Np. taka sytuacja:
Bi przebiera sie w swoja blekitna suknie rodem z Krainy Lodu, zatacza kilka piruetow, po czym podbiega do brata ukladajacego tory i probujac zachecic go do zabawy, wola:

Bi: "I nagle chlopczyk zobaczyl piekna Else!"
Nik (calkowicie bez emocji, nie podnoszac nawet glowy): "Ale chlopcyk nie zobacyl, bo on sie bawil."

Na takie diktum, Bi stanela jak wryta, zapominajac jezyka. ;)

Albo taki dialog:

Bi spiewa, Nik jej wtoruje, dosc nieudolnie. ;)

Bi (wkurzona): "Nik, przestan!"
Nik (luzacko): "Dobla, dobla, ja tak sobie tylko spiewalem..."


***

Odbieram dzieci od opiekunki. Cmokam, "klaszcze jezykiem" i ogolnie wydurniam sie, zeby wywolac usmiech na buzi jej polrocznej podopiecznej. Bi, najwyrazniej zazdrosna, wpycha mi sie na kolana, zaslania soba wszelkie inne widoki i wola:

"Mama, ty musisz lubic mnie i Kokusia jak bedziemy bejbusiami, a nie takie obce, male ludzie!".


***

To tyle. Wiecej (grzechow) nie pamietam. ;)

To juz nasz ostatni weekend przed urlopem, uwierzycie?! Musimy zrobic liste potrzebnych rzeczy i to, co sie da, kupic z wyprzedzeniem, zeby kolejnej soboty nie spedzic latajac jak ze sraczka... Poza tym trzeba doprowadzic ogrod do jako takiego stanu, zeby po powrocie nie zastac dzungli. ;)

Milego weekendu i niech pogoda Wam dopisze! U nas bedzie goraco! :)

wtorek, 21 czerwca 2016

Cos sie konczy, cos sie zaczyna...

Tytul  nieco juz oklepany, bo uzyty przeze mnie kilkukrotnie, ale nic nie poradze, ze lubie ten cytat… Przy kazdych zmianach robie sie sentymentalna i jakos mi tak rzewnie…

Od wczoraj Bi oficjalnie zaczela wakacje. Rano odwiozlam ja do opiekunki, aka “babci”. Traumy nie bylo, zostala bez problemu, cieszac sie na nowe zabawki oraz nowa-stara kolezanke, bowiem do niani wrocila na wakacje rowniez inna, dawna podopieczna, z ktora byly niegdys nierozlaczne. Ja zas ciesze sie, ze mala Ella mowi wylacznie po angielsku. Martwilo mnie bowiem troche, czy Bi przez lato nie zapomni zbytnio “nowego” jezyka. Teraz jestem spokojna. Jesli bedzie chciala dogadac sie z Ella, bedzie musiala uzywac angielskiego. ;)

Oby tylko radosc Bi, po kilku dniach nie zmienila sie w znudzenie. W przedszkolu jednak duzo sie dzieje, wiecej dzieciakow, ciagle jakies atrakcje i dodatkowe zajecia… A u Pani Marysi cichutko, spokojnie… Na tyle, na ile to mozliwe przy dwoch 5-latkach, dwojce 3-latkow, 2-latku oraz dwojce niemowlat. Tak, taki przekroj wiekowy ma obecnie nasza niania! Na szczescie nie codziennie i tylko przez kilka godzin. ;) Szczerze ta kobiete podziwiam, ja bym chyba zwariowala. :D
Niby wszystko wiec w porzadku, a mi jest smutno i czuje sie (juz na zapas), zestresowana… Wakacje oznaczaja bowiem, ze juz za chwile, nieodwolanie przyjdzie kolejny etap, a raczej etapy: zerowka dla Bi, przedszkole dla Nika… Juz widze te 3-tygodniowe ryki. Obojga… :( Co do tego, ze Nik bedzie wyc, nie mam najmniejszej watpliwosci. Co do Bi, to nadal tli sie we mnie plomyk nadziei, ze pojdzie z fochem, ale bez placzu. Po feralnym spotkaniu zapisowym bowiem, kiedy to Bi poplakala sie, kiedy panie zabieraly dzieci do klasy, Starsza uparcie odmawia pojscia do zerowki… Przy wczesniejszych spotkaniach szla z entuzjazmem i usmiechem, a tu jak sie wystraszyla, tak jej zostalo… :/
Staram sie nie myslec na zapas, skupic sie zamiast tego na radosci z lata oraz oczekiwaniu na urlop. Jestem jednak juz kilka lat na tym swiecie, a przy tym odzywa sie wrodzony pesymizm i wiem, ze urlop przyjdzie i minie jakby go nie bylo, a lato smignie ekspresowo i znow bedzie poczatek roku szkolnego…
W czwartek, w przedszkolu Bi odbyla sie imprezka z okazji zakonczenia roku (mimo, ze oficjalny ostatni dzien byl wczoraj). Niemal sila, ale zaciagnelam na nie rowniez M., wybralismy sie wiec cala rodzina. ;) Mowiac szczerze, zalowalam, ze nie mam z kim zostawic Nika, mlody bowiem wynudzil sie niczym mops. Podczas wystepow i rozdawania dyplomow, lazil miedzy rzedami, zarzucal nogi na oparcie krzesla przed nim i jeeeczaaal…
Jadac, zupelnie nie wiedzialam czego sie spodziewac (nauczycielka napisala tylko, ze dzieci beda mialy dla rodzicow male przedstawienie), poza obowiazkowa pizza, ale koniec koncow bylam zachwycona! Co prawda dzieci nie zostaly ubrane w togi oraz profesorskie czapeczki, jak widzialam na wielu filmach, ale w pofarbowane koszulki, ale jakos to przelknelam. ;) W kazdym razie zaspiewaly dla rodzicow 2 piosenki z choreografia. Zaluje, ze caly tydzien spedzilam w biegu, planujac ostatnie szczegoly prezentow dla nauczycielek, dopracowujac detale, do tego doszla ta impreza, gdzie tez musialam wyjsc wczesniej z pracy, w biegu odebrac dzieciaki, popedzic do domu odswiezyc sie i przebrac, popedzic meza, ktory ciagle przebakiwal, ze wolalby pogrzebac przy aucie, itd. Z tego wszystkiego, nawet nie pomyslalam zeby wziac aparat fotograficzny, a moj telefon niestety nie dal rady… Przedstawienie odbylo sie w audytorium szkoly, przy ktorej miesci sie przedszkole. Sala byla ciemnawa, ale scena mocno oswietlona. W rezultacie, dla srajfona bylo za ciemno zeby ustawic porzadnie ostrosc, ale swiatlo ze sceny mu sie odbijalo i nie wlaczal lampy blyskowej. Co za szajs... :/ WSZYSTKIE zdjecia mam zamazane. :( Nagralam tez kilka krotkich filmikow, ale nie mam pojecia jak je wrzucic na bloga (tak, ja i technologia nie idziemy w parze)…
W kazdym razie dzieciaki swietnie sie spisaly. Tylko jeden chlopiec stal z boku sfoszony i nie bardzo mial ochote tanczyc (jesli mozna to nazwac tancem – glownie machali rekami :D). Musze tez z duma napisac, ze Bi byla jedna z lepiej skoordynowanych. Znala slowa, pamietala ruchy, nie gubila rytmu… Zupelnie nie po matce… ;) A jeszcze przed przedstawieniem myslalam, ze bedzie krucho. Wszyscy bowiem, rodzice, dzieci, dziadkowie, rodzenstwo i kto tam jeszcze przyszedl, zebrali sie na poczatku w klasie. Po chwili panie daly gosciom sygnal, zeby poszli zajac miejsca w audytorium, a dzieci przebiora sie i za chwile wyjda na scene. Na te slowa Bi, myk i przylgnela do mnie z buzia w podkowke. Ups… Chwilke zajelo mi oraz jednej z pan, zeby przekonac  ja, ze zaraz po wystepie dolaczy do mamy. W koncu obiecalam, ze zajme jej miejsce obok siebie, musialam dac obowiazkowo piec buziakow i jakos pozwolila mi wyjsc. Ale, po takim malo obiecujacym poczatku, przygotowana bylam, ze na widok mnie na widowni, Bi zbiegnie ze sceny i tyle bedzie z jej wystepu. ;) Nic takiego jednak sie nie stalo. Wrecz przeciwnie, kiedy mnie zobaczyla, usmiechnela sie szeroko, pomachala i zadowolona zajela swoje miejsce na scenie. To dziecko zrobi kiedys kariere w teatrzyku szkolnym. ;)
 

(Bi to pierwsza od lewej, oczywiscie najjasniejsza "plama" :D)

 


 Po wystepie, wszystkie dzieci po kolei wolane byly po imieniu i podchodzily po dyplomy. Nie wiem co bylo napisane na dyplomach dzieci zostajacych na kolejny rok w przedszkolu (w grupie byly zarowno 4- jak i 5-latki), ale maluchy idace po wakacjach do zerowki, dostaly dyplom ukonczenia przedszkola. Kazde dziecko bylo tez pytane, kim chcialoby zostac kiedy dorosnie.

 
Odpowiedz Bi? Ona chce zostac jezdzcem konnym! A ja myslalam juz, ze fascynacja konmi jej przeszla… ;) Nastepnie obejrzelismy DVD ze zdjeciami z przedszkola z minionego roku (ale sie wzruszylam! Zapomnialam juz jakie to byly maluchy we wrzesniu!) i przyszedl czas na pizze! Tutaj, w koncu rozchmurzyl sie Nik, wielki wielbiciel tejze. :D Bi najpierw krecila nosem, ale w koncu tez sobie pojadla. ;) A potem szybko ucieklismy do domu, bo czekalo mnie jeszcze podlewanie ogrodka oraz zasadzenie kwiatkow w doniczki dla nauczycielek. ;)

(Bi ze swoim dyplomem)
Napisze Wam, ze chociaz przedstawieniem bylam zachwycona i na przyjeciu tez sie dosc dobrze bawilam, to takie imprezy jednak nie sa dla mnie! ;) Za latwo sie wzruszam. Nawet nie zlicze ile razy mialam kluche w gardle. Tak naprawde, az do tego pozegnania, nie zdawalam sobie sprawy jak bardzo zzylam sie ze znajomymi twarzami rodzicow oraz nauczycielek. Teraz zdalam sobie sprawe, ze ¾ grupy Bi przechodzi do zerowki (czesto do roznych szkol, a dzieci idace do tej samej szkoly co Bi, beda rozrzucone po 4 klasach), a w dodatku dowiedzialam sie, ze polowa nauczycielek od wrzesnia przenosi sie do innego przedszkola (nie wiem czy to ich decyzja czy wydzialu edukacji). Zrobilo mi sie strasznie przykro, bo myslalam, ze od nastepnego roku powierze Nika w znajome rece, ktorym zdazylam juz zaufac, a tu klops. Oswajanie zacznie sie od nowa, zarowno dla syna, jak i matki. :/
I chyba to wszystko wplywa na moje kiepskie samopoczucie. Zle znosze zmiany, a w dodatku juz mentalnie przygotowuje sie na stresujacy wrzesien. Mimo, ze kocham lato, a ono dopiero sie zaczyna, chetnie bym je przespala razem z wrzesniem i obudzila sie juz w pazdzierniku. A wlasciwie to najchetniej siadlabym sobie i poplakala. Wiem, pomyslicie: stuknieta! ;)
Zeby zmienic nieco temat, napisze ze od okolo tygodnia mamy LATO. Oficjalne moze od wczoraj, ale pogodowe trwa juz kilka dni. Jest pieknie, na sloncu goraco, okolo 30 stopni, ale z orzezwiajacym wiaterkiem. Ranki i wieczory sa wrecz chlodne. Mam gesia skorke, kiedy podczas wieczornego podlewania, wiatr nawiewa na mnie nieco lodowatych kropelek wody z weza. Nie musielismy jeszcze podlaczac klimy. I jest sucho! Nie, nie chodzi mi o deszcz (chociaz ten tez nas omija), tylko o wilgotnosc powietrza, ktora wynosi przyjemne 50 procent. Ten raj ma sie jednak skonczyc w ciagu nastepnych 2-3 dni. Wilgotnosc powierza ma podskoczyc, ale temperatury zostac bez zmian, wiec znow na sloncu nie mozna bedzie wytrzymac, a nawet w cienu pot bedzie ciurkal po skroni oraz doopie. ;)
Poza tym, wczoraj obchodzilismy tutaj Dzien Ojca. Znow mozna bylo polegac na kreatywnosci pan z przedszkola i M. otrzymal od Bi takie cos:



Jak widac, jest to wieszaczek na klucze z napisem “trzymasz klucze do mojego serca”. Hmm… Mnie sie wydaje, ze tata jest raczej sklonny trzymac dubeltowke na potencjalnych wielbicieli…  Ale moze to ma sens? Wszyscy chetni na blizsze poznanie Bi, musza sie najpierw wkupic w laske tatusia… :D
Wczoraj rowniez wybralismy sie na pierwsze w tym sezonie lody. Tacy juz bowiem z nas przewrazliwieni rodzice, ze fundujemy dzieciakom podobne atrakcje tylko wtedy, kiedy mamy 200% pewnosci, ze sa zdrowi. A i tak potrafimy sie pomylic, ale o tym za chwile… W kazdym razie Potworki potrzebuja wiecej cwiczenia w jedzeniu topniejacych smakolykow, bowiem upackali sie niczym swinki. Cale brody, policzki, sukienka Bi, bluzka oraz spodnie Nika… Wszystko pokryte czekoladowo – malinowymi plamami. :)
 

(Dzieciom oczywiscie to nie przeszkadzalo wcale a wcale :D)
A wieczorem, juz po polozeniu Potworkow spac, u Nika uaktywnil sie wirus, ktory zatrzymal Bi w domu w zeszla srode. Przynajmniej wydaje sie, ze to TO. Klasyk. Polozysz do lozka zdrowe dziecko, a za godzine budzi sie chore. ;) Kiedy bylo po 21, a Nik nadal wiercil sie i stekal w lozku, bardzo sie nie przejelam, bo w dzien zaliczyl dluga drzemke. Kiedy jednak zrobila sie 22:30, a Mlodszy nadal postekiwal i wzdychal, postanowilam sprawdzic co sie dzieje. Glowa ciepla, ale za to reszta cialka az goraca! Jeszcze przez sekunde mialam nadzieje, ze moze to od wysokiej temperatury w domu, ale szybko postukalam sie w lepetyne, ze wtedy bylby spocony. Termometr w ruch i wyszlo rowniutkie 38 kresek, wiec nie dramat, ale jednak goraczka. I zadnych innych objawow. Dzis rano zas juz temperatura w normie, a dziecko, mimo niedospania, wesole i pelne energii. Mam wiec nadzieje, ze to wirus przywleczony przez Bi, ktory trzyma niecale 24 godziny. Teraz trzymam kciuki zeby bylo to cos, co chwyta wylacznie maloletnich, a doroslych sie nie ima. Nie mam ochoty na chorowanie, a w dodatku wiadomo, ze czlowiek “stary” o wiele gorzej znosi nawet glupi stan podgoraczkowy. ;)
A na koniec bonusik ogrodowy. Z przodu (a raczej z boku, ale po "przedniej" stronie plotka :D) domu rosnie piekny, stary dab. I to jaki!!!


Nie widac tego na zdjeciu, ale Potwory krazyly wokol, probujac wykombinowac jakby tu sie na to drzewsko wspiac. ;) Widzicie ten masywny pien?! Potrzebnych byloby z szesciu takich Kokusiow, zeby go objac naokolo. ;) Nie wiem ile ten dab moze miec lat, ale z 100 pewnie ma. Jest poki co silny i zdrowy i mam nadzieje, ze dlugo jeszcze takim pozostanie. Uwielbiam drzewa (zapewne dlatego, ze to nie ja co jesien mecze sie z dmuchaniem lisci z trawnika :D), a deby, ten symbole sily oraz roslego wzrostu, naprawde cos w sobie maja. :)

środa, 15 czerwca 2016

Tasiemiec pospolity, czyli o codziennosci


Dzis dla odmiany post bez okazji. Rocznice, polrocznice i inne takie sie bowiem skonczyly. Czas wrocic do szarej codziennosci. No, moze nie takiej szarej, bowiem wrocilo do nas lato, niebo jest blekitne, z tylko delikatna, pierzasta chmurka od czasu do czasu, zar leje sie z nieba, czyli jest to, co Agata lubi najbardziej. Wyciagam sie i wygrzewam na tym sloncu, niczym kocur, chlonac zapas na dlugie, mrozne wieczory. Ok, przyznaje, przy 30 stopniach wytrzymuje na sloncu jakies 10 minut, a potem czym predzej uciekam do cienia (a i tak spalilam sobie dekolt). ;) Nie mniej, laduje baterie, ile sie da...

Jakis czas nie bylo juz takiego zwyklego posta, o tym co w Potworkowie piszczy. Hmm... Piszcza glownie dzieciaki, wiecznie z czegos niezadowolone. ;) Cykady w tym roku jakos milcza. Nie moge sobie przypomniec czy jeszcze na nie za wczesnie, czy padly przez zime. Co byloby dosc dziwne, bo mielismy ja dosc lagodna... Poza tym, caly ogrod bzyczy wysoko i nisko, wszedzie pelzaja gasiennice, "chipmunk'i" przemykaja po trawie niczym miniaturowe pershing'i, kolibry przylatuja do karmnika, a lisy podchodza bezczelnie w bialy dzien pod sam dom.
Czyli po prostu stara bida. ;)

Nasz wlasny, prywatny siersciuch, tez zreszta czuje lato, czyli wlazi w szkode ile wlezie. Kopie dolki, depcze moje kwiatki, a ponadto zezarla ostatnia garstke truskawek, ktore zebralam dla Bi (wyjasniam, ze Nik truskawek nie jada, zeby nikt mnie nie oskarzyl o dyskryminacje dziecka :D). Zerwalam, juz nioslam do domu, ale zauwazylam, ze czas zmienic kolibrom nektar w karmniku. Truskawki polozylam na balustradzie tarasu, a po zmianie nektaru, weszlam do domu, zapominajac o nich. Coz, psi nos nie zapomnial. M. dojrzal ruch przez okno katem oka, skomentowal, ze Maya zjadla cos z balustrady. Wypryslam z domu jak oparzona, ale bylo za pozno. Po truskawkach zostala tylko mokra plama... :/

Skoro mowa juz o faunie, to z niebieskich jajeczek, ktore pokazywalam Wam kilka postow temu, wykluly sie dwa male rudziki. W ciagu 2 tygodni, ktore minely od tamtego zdjecia, zdazyly sie wykluc, opierzyc, otworzyc oczy i odfrunac. Zagladalismy do nich z dzieciakami codziennie, chcialam im zrobic zdjecie, ale kiedy dzis zajrzalam do gniazdka, znalazlam je puste. Niesamowite jak szybko rosna takie pisklaki...

Podobnie jak male ptaszki, moje warzywa tez rosna jak na dopalaczu. ;)

Dla przypomnienia - tak wygladal warzywnik zaraz po posadzeniu oraz zasianiu tego, co trzeba
Stan z 4 czerwca

Stan z 14 czerwca

Jeden z baklazanow zakwitl.

Szkoda, ze aparat odmowil ustawienia ostrosci na kwiatka, sa takie ladne! :/
Ogorki i groszek zaczynaja puszczac "wasy", czyli czas sprawic im jakies tyczki.
Szkoda, ze rosna tez chwasty, a ja jak zwykle nie nadazam z pieleniem. W warzywniku jeszcze nie jest zle, ale rabatki zarastaja w strasznym tempie. Poza tym, nadal tocze wojne z czerwonymi zukami obgryzajacymi nasze lilie, a przy skrzynce na listy odkrylam caly gaszcz "poison ivy". Chodze wiec wokol ogrodu i psikam gdzie trzeba, na przemian odpowiednimi pestycydami. :)

A tak w ogole, to zapomnialam wspomniec na samym poczatku, ze pisze do Was z domu. Nie mamy zadnego swieta, ani dlugiego weekendu, wiec jak sie pewnie domyslacie, wine ponosi kolejne wirusisko. Tym razem dopadlo Bi. Nie wiadomo w sumie, co za cholera. Narzekala troche na bol brzuszka, ale wlasciwie normalnie sie bawila, wiec zawiozlam ja we wtorek do przedszkola. Tam lekko mnie zaalarmowala, kiedy odmowila zjedzenia ulubionego jogurtu. Z mieszanymi uczuciami, ale zostawilam ja w placowce, skoro juz tam zajechalysmy. Niestety, o godzinie 11 rano dostalam telefon, ze Bi ma goraczke i musze ja odebrac. W ten sposob, corka (kochana!) zalatwila mi kolejny dzien w domu, bowiem wedlug tutejszych zasad, dziecko musi spedzic poza placowka 24 godziny od ustapienia goraczki... Utknelam wiec w domu z dwojka zdrowych pociech, bo jak mozna sie domyslic, dzis w poludnie, temperatura Bi wyniosla 36.9, czyli nawet nie stan podgoraczkowy. A Nik jest juz za cwany, zeby go podstepem odwiezc do niani, wiec zeby uniknac rykow i pretensji zostawilam w domu oboje... A oni odstawiaja skuteczna demolke... ;) Wlasnie rozpoczela sie ulubiona pora dnia rodzica - drzemka, wiec szybko klece posta. Za moment musze sie zabrac za prace, szef bowiem pozwolil mi wziac do domu stosik papierow, zebym nie musiala wykorzystywac na opieke dnia urlopowego. Kochany facet. :*

Mam nadzieje, ze Bi nie zaliczy zadnego nawrotu choroby, bowiem jutro po poludniu, w przedszkolu odbedzie sie imprezka z okazji zakonczenia roku. Dzieci maja miec wystep dla rodzicow, dostac dyplomy z okazji zakonczenia przedszkola, potem ma byc poczestunek w postaci niesmiertelnej pizzy (:D) i szkoda bylo by i Bi i mnie samej, gdyby nas to ominelo. M. nie licze, bowiem z niego taki domator, ze probowal sie wykrecic od uczestnictwa w uroczystosci i musialam mu stanowczo warknac, ze MA tam byc, czy mu sie to podoba czy nie. :D

A co poza tym, z pomniejszych wydarzen?

Jakis tydzien temu, moja swiezo piecioletnia corka, posiusiala sie w nocy w lozko... Tak dawno jej sie nic takiego nie przydarzylo, ze wystraszylam sie, ze zlapalo ja jakies przeziebienie pecherza. Na szczescie, wydaje sie, ze byl to jednorazowy wybryk... Od tego czasu jednak, Bi regularnie nawiedza w nocy lub nad ranem, nasze malzenskie loze. I chociaz fajnie jest sie budzic z buziakiem i usmiechem dziecka, to obrywac w nocy z lokcia lub piety, juz tak milo nie jest. ;)

Skoro juz o fizjologii mowa, to po kolejnym masywnym zaczadzeniu salonu przez Nika (nie zartuje, musielismy zrobic przeciag, zeby wywietrzyc smrodek), M. stracil cierpliwosc i wyrzucil nocnik do piwnicy. Nik protestuje, bo lubi sobie urzadzac posiedzenia na "tronie", a w lazience sie nudzi, ale nie ma wyjscia. Zalatwia sie na nakladce. W koncu! :)

Kilka dni temu przezylam chwile grozy, kiedy przyszlam rano do pokoju dzieci w celu obudzenia corki i na zaslonce zauwazylam ciemna plamke. Myslalam, ze to pajak, a to KLESZCZ! Brrr... Nie cierpie tego obrzydlistwa! Kleszcz prawdopodobnie "przyjechal" na psie, a ze ten pryskany jest odpowiednim srodkiem, to zlazl z "autobusu" i w nocy przeszedl przez dom, w poszukiwaniu lepszej przekaski. Cale szczescie, ze wlazl na zaslonke, a nie lozko, bo po nim juz bez trudu znalazl by sie na Bi. Ale i tak przez reszte dnia sie paranoicznie drapalam... :D

Jak juz wspomnialam, Bi ma w czwartek pozegnanie przedszkola. Ostatnim dniem jest jednak piatek, przynajmniej dla niej, bo oficjalnie jest to poniedzialek. W kazdym razie, tutaj na zakonczenie roku, nie wystarczy dla pani kwiatek, tutaj daje sie prezenty! Podobno w lepiej zgranych klasach, rodzice robia zrzutke i jakies bardziej zaangazowane mamuski kupuja prezent od wszystkich. No coz, klasa przedszkolna do zgranych zupelnie nie nalezy. Nie wiem nawet jak wyglada polowa rodzicow oraz ich dzieci, bo te przychodza tylko na 3 godziny dziennie. Nie ma wiec wyjscia, upominek musialam kupic sama. A raczej upominki, bo tych pan jest tam przeciez gromada. W dodatku, Bi ranki oraz popoludnia spedza z paniami z drugiej klasy, kiedy grupy sa laczone. Nie ma mowy, zebym kupila kazdej z nauczycielek oraz opiekunek indywidualny prezent, wiec kupilam doniczki na kwiaty z dedykacja dla dwoch glownych nauczycielek, a dla pozostalych "bukiecik" ciasteczek w ksztalcie kwiatkow. Po jednym na grupe.

Wybaczcie to marne swiatlo...
Mam nadzieje, ze to wystarczy... Niestety, doniczki dostarczono juz w zeszlym tygodniu i jedna przyszla stluczona!

Zdjecie zrobione na potrzebe reklamacji. Nie wiedziec czemu, nie chcieli mi uwierzyc na slowo. :D

Musialam zamowic kolejna z ekspresowym dostarczeniem. Na szczescie tym razem przyszla cala, a firma okazala sie solidna i zwrocila pieniadze bez problemu.

A na koniec, to juz odliczamy do urlopu! Zostalo 2 i pol tygodnia! :) Troche przeraza mnie pakowanie oraz droga, a poza tym juz ze smutkiem mysle, ze urlop przeleci jakby go nie bylo, ale mimo wszystko fajnie bedzie spedzic pelen tydzien z dzieciakami. Trzeba sie cieszyc, ze poki co chca jeszcze z nami spedzac czas. Za kilka lat beda zrzedzic, ze wola pojechac na jakis oboz niz tluc sie ze starymi. ;)

Skoro juz o urlopie mowa, to niestety, nie poszczescilo mi sie z okresami. Majowy przyszedl spozniony o 2 dni, tak jak chcialam. Ale juz czerwcowy dostalam jak w zegareczku. :( Oznacza to, ze lipcowy, jesli tez przyjdzie punktualnie, dostane drugiego dnia po przyjezdzie na wakacje. Nic, tylko w leb sobie strzelic... Czyli, oprocz dmuchanych zabawek, recznikow oraz strojow kapielowych, musze spakowac zapas podpasek. Co za los... :/

Ale, zeby nie konczyc tak pesymistycznie, pokaze Wam jedna z prac przedszkolnych Bi.


To byle jak zabazgrane po lewej, to jagoda. A to kanciaste po prawej to bibusiowa interpretacja artystyczna zelka. Jak widac teorie ma w jednym paluszku. Szkoda, ze praktyka lezy i kwiczy. ;)

poniedziałek, 13 czerwca 2016

Opijmy to!

A co! Ja – kawa, bo jestem w pracy. Wy – czym macie pod reka i lubicie. ;)

Co wlasciwie opijamy? Urodziny!

Bloga!
 
Tak, tak, to juz 4 lata temu na “Nie tak znow kolorowo” pojawil sie pierwszy wpis! Tradycyjnie, nie moge uwierzyc, ze to juz taki szmat czasu! Sama mam wrazenie, ze bardzo sie nie zmienilam (psychicznie, bo zdjecia przekonuja uparcie, ze fizycznie jednak sie postarzalam), ale Potworki przypominaja mi o uplywie czasu. Kiedy zaczelam pisac, Bi miala 13 miesiecy, a Nik plywal sobie u mnie w brzuchu. Nawet nie wiedzialam, ze jest “Kokusiem”, bo nie znalam jeszcze plci. Ale jaja! ;)

Z rozrzewnieniem wracam do starych wpisow… A jaka ja wtedy bylam produktywna! Kilkanascie postow na miesiac?! Rany! Teraz, jak pojawi sie 6-7, to bije rekordy! Za to wtedy wpisy byly krociutkie. Moze w tym tkwi sekret?  ;)
Nie bede pisac, ze blogosfera sie zmienia, ze blogerzy sa inni i tym podobnych blah, blah, bla (chociaz to prawda :D)… Rozpisalam sie na ten temat rok temu, a dzis po prostu ciesze sie, ze kilka zaprzyjaznionych blogow zostalo jednak w niezmienionej formie. Wchodzac i czytajac, czuje sie, jakbym wpadala na pogaduchy do dobrych znajomych. Mam nadzieje, ze tak samo czujecie sie, wchodzac na moje blogowe podworeczko. “Nie tak znow kolorowo” tez chyba sie bardzo nie zmienilo? Ba! Nawet tlo nadal jest to samo, mimo wielokrotnego odgrazania sie, ze czas na zmiane! ;)

Podsumowujac:
Kochane Dziewczyny (chlopaki?)! Drogie Czytelniczki, nowe i stare (chodzi o staz czytania, nie wiek :D)! Dziekuje Wam za juz 4 wspolne lata! I zycze sobie oraz Wam, kolejnych, przynajmniej czterech, fajnych lat! :)

piątek, 10 czerwca 2016

Nikowe 3 i pol

Martwilam sie, ze bede mniej pisac, a tu prosze! Pisze wiecej! To juz trzeci post w tym tygodniu! Troche to jednak zasluga wartych zapisania tematow. Kiedy sie skoncza, roznie to moze byc. ;)


Dopiero co przyzwyczailam sie do mysli, ze mam w domu trzylatka, a tu prosze, 6 miesiecy sobie smignelo i Kokusiowi stuknelo kolejne polrocze. Czas wiec sklecic kolejne podsumowanie.

Charakter nadal bez zmian. Nik to urodzony malkontent. Doprowadza nas tym doslownie do bialej goraczki, bo nie da sie spokojnie sluchac ciaglych jekow oraz placzu. A niestety, nie wyglada, zeby mialo to Nikowi w najblizszym czasie przejsc… Zaczyna sie od jekow o coranne kakao, nastepnie o ubranie, zamkniecie psa lub otworzenie drzwi (o dwa ostatnie mamy ciagla rywalizacje miedzy dzieciakami, na zasadzie “kto pierwszy?!”)… Tydzien temu, idac ze mna do przedszkola po Bi, Nik dojrzal dziewczynke niosaca rozowego misia. Z miejsca rozryczal sie, ze on tez chce takiego, ze mam mu go kupic i koniec. I nie myslcie, ze to chwilowe. Od tamtego czasu, co jakis czas przypomina mu sie o tym cholernym misku i zaczyna jeczenie oraz wrzaski! Kilka dni temu poszedl jeszcze krok dalej. Kiedy odbieralam go od opiekunki, zapytal czy kupilam mu jakas zabawke. Na moje tlumaczenie, ze bylam w pracy, a nie w sklepie, uderzyl w bek, ze on chce, zebym mu cos kupila! I wyl mi tak cala droge do przedszkola! Musze tu zaznaczyc, ze niezmiernie rzadko kupujemy dzieciakom zabawki bez okazji. W zasadzie wiekszosc kolorowego plastiku, walajacego sie po domu, Potworki dostaly od znajomych czy krewnych. Nie mozna wiec tlumaczyc, ze Nik przyzwyczajony do dobrego, buntuje sie, kiedy tego nie dostanie. Wrecz przeciwnie, ostatnio mam wrazenie, ze on podswiadomie szuka pretekstu, zeby sie podasac. Powyzsze, to tylko 2 malenkie przyklady, ale wierzcie mi, tak jest wlasciwie ciagle, z krotkimi przerwami. Nik potrafi strzelic focha i tupnac noga, kiedy mowimy, ze jedziemy na plac zabaw. On nie chce i nie bedzie sie bawic! Oczywiscie, kiedy odpowiemy, ze w takim razie nie jedziemy, natychmiast nastepuje zwrot o 180 stopni i ryk, ze on jednak chce. Zdarza sie nawet, ze z rana oznajmia, ze nie bedzie pil ukochanego kakao! Na nasze stwierdzenie, ze nie to nie, rzecz jasna wlacza syrene… Jest jednak na tyle uparty, ze czesto kilkanascie minut mija, zanim przyzna, ze wyje, bo jednak chce kakao.

I tak w kolko, o wszystko, byle sobie pomarudzic…

Jedyne co stwierdzam, kiedy obserwuje Kokusia ostatnio, to to, ze buzuje w nim tyle emocji, ze on sam nie wie czego chce i jak sobie z tym poradzic. Co tam bunt dwulatka! To bylo tylko delikatne odkrycie, ze jest sie jednostka odrebna od rodzica i mozna miec odmienne zdanie. Trzylatek to duzo wyzsza szkola jazdy! Teraz dopiero zaczyna ksztaltowac sie wlasciwy charakter! Podwaja sie upor, pojawia chec rywalizacji. W przypadku Nika, mam wrazenie tez, ze on po prostu jest za bystry. Pochlania i przetwarza tyle informacji, w takim tempie, ze podejrzewam, ze zwoje mu sie zwyczajnie przegrzewaja, ze tak to ujme. ;) Do tego dochodzi bowiem rozwoj fizyczny, motoryka duza i mala, koordynacjia, itd. Za wiele po prostu na jednego trzylatka. Gdzies musi odreagowac, a oprocz dzikiego biegania po ogrodzie, zostaja emocje. Stad to przeskakiwanie z radosci w foch i tendencja do jeczenia. Licze, ze kiedys wyrosnie… ;)

Zreszta, to nie do konca domena Nika. Niedawno powiedzialam mezowi, ze nasze dzieci po prostu nie potrafia mowic normalnym tonem. Nawet kiedy chca pic, przychodza z takim jeczaco –  placzliwym zawodzeniem: “Niiiieeee maaaam juuuz woooooodyyyyy!!!!”. Kurna, to nie mozna po prostu spytac: “Mamo, mozesz nalac mi piciu?”. Przyznaje, ze kiedy mam gorszy dzien, burcze, ze naleje im wody, jak poprosza normalnym tonem… ;)

A jesli juz mowa o burczeniu, to Nik “warczy” na ludzi… Wlasciwie “mruczy” byloby trafniejszym okresleniem, ale mruczenie kojarzy mi sie pozytywnie (jak u kotka), wiec nie pasuje. Kiedy ktos obcy powie cos do Kokusia, albo na placu zabaw minie go inne dziecko i osmieli sie na niego spojrzec, Mlodszy marszczy brwi, zaciska buzie z zawzietoscia i wydaje z siebie gardlowe “grrrrr”. M. oraz ja, zrywamy boki ze smiechu (warczy tez na czlonkow rodziny), ale podejrzewam, ze ludzie moga pomyslec, ze cos z nim nie teges. Coz, niektore dzieci wystawiaja jezyki, a moje “warczy”… :D


Moze o osobliwym charakterku mego drugorodnego, juz wystarczy. ;)

Nik nadal spi w pieluchomajtkach. A te, po nocy moglyby posluzyc za bron dalekiego razenia, bo zbiera sie tam chyba dobrych kilka litrow. :) Na drzemki tez nie ryzykuje i zakladam mu pampersa, chociaz tu akurat Nik zaczal sie ostatnio mocno buntowac. Przyznaje, ze dosc czesto po drzemce pieluchy sa suche (M. stwierdzil, ze szkoda wyrzucic i powinnismy je wykorzystac na nastepny raz :D), ale ze narazie Nik nie jest w tym konsekwentny, wole nie ryzykowac. :)

Kilka miesiecy temu, zaczelismy Kokusiowi myc zeby pasta z fluorem. Niestety, Mlodszy nie jest tak ambitnym typem jak siostra. W nosie ma, ze to pasta dla duzych dzieci. Zazwyczaj ryczy, ze on chce “swoja” (czyli niemowleca). Zostal nam zapas “dzidziusiowej” pasty, wiec staramy sie stosowac obie naprzemiennie, chociaz nasze uszy na tym cierpia, a sciany lazienki az sie trzesa od wrzaskow… Poza tym, Nik nie potrafi porzadnie wyplukac buzi. W zasadzie to nabiera wode i natychmiast ja wypluwa. Nie mowiac juz o tym, ze nadal zdarza mu sie z rozpedu polknac paste… :/ Czasem az trudno uwierzyc, jak pod pewnymi wzgledami rozni sie od siostry w tym samym wieku…

Postepy w samodzielnosci nadal robi bardzo mizerne. Nauczyl sie w koncu podciagac majty oraz spodnie po sikaniu. Zawsze to do przodu, chociaz zazwyczaj guma w gaciach jest cala zrolowana, a spodnie przekrecone. A on tak chodzi, jak gdyby nigdy nic! Jesli sama nie zauwaze, spedzi tak kilka godzin!

Ostatnio dosc czesto, zamiast na nocnik, Nik woli siadac na nakladke na toalecie, ale tu rowniez brak mu poki co, konsekwencji…

Aha! Majtki oraz spodnie nauczyl sie zakladac! Od poczatku, nie tylko po obnizeniu przed posiedzeniem na nocniku. Niestety, nadal woli, zeby go wyreczac. Ogolnie, mimo, ze zwykle oznajmia, ze jest juz duzym “chlopcykiem”, jesli trzeba sie ubrac badz nakarmic, nagle dowiaduje sie, ze “Ja jestem jesce malutki i nie potlafie”. ;)

Nik nadal sepleni. Brzmi to slodko i dziecieco i jeszcze bardziej utrwala obraz malego, rozkosznego dzidziusia, ktorym Mlodszy pomalu przestaje byc. Czasem przechodzi mi przez glowe mysl, ze moze powinien juz mowic wyrazniej, ale pamietam, ze Bi tez miala tragiczna wymowe, az nagle, w ciagu kilku miesiecy, zaczela mowic poprawnie. Mam nadzieje, ze z Nikiem bedzie podobnie…

Rysunki Nika nabieraja precyzji. To znaczy, nadal nie widac na nich niczego konkretnego, ale nie sa juz kolorowymi zlepkami bazgrolow. Teraz sa to skomplikowane linie oraz zygzaki, a Nik opisuje je jako “mape”. ;) Ciekawostka jest, ze Bi tez zaczynala od rysowania “map”. Skad im sie to bierze? Czyzby rosli mi mlodzi odkrywcy, tudziez geodeci? :D

W koncu zainteresowal sie puzzlami! Nie ma do tego takiego zaciecia jak siostra, brak mu koncentracji i szybko sie zniecheca, kiedy mu nie idzie. Licze jednak, ze w koncu zlapie bakcyla. Narazie ciesze sie, ze chociaz czasem sam, z wlasnej woli, do tego zasiada. Czternascie elementow to jednak jego maksimum i to mocno wymeczone. :D Coz, chociaz tyle. To swietne cwiczenie dla malej mozgownicy oraz raczek. Przy tym ladnie wycisza, a to tez dobrze Nikowi robi… ;)

Nadal najwieksza fascynacja sa pojazdy. Najlepsza aktualnie zabawka jest duza, podworkowa ciezarowka. Bi kopie dolki, a Nik zwozi na “pace” kamyki oraz wode i wlewa to do nich, tworzac blotniste kaluze. Co ciekawe, z przejeciem opowiedzial mi, ze to woda dla potworow, ktore w nocy wyjda z lasu i ja wypija. Hmmm… Moje dzieci opowiadaja sobie podobne historie, a potem ja sie dziwie, ze pod wieczor boja sie same pojsc do lazienki… :/

Pamietam (I mam filmiki na dowod), ze Bi w wieku Nika jezdzila juz pieknie na rowerze z bocznymi kolkami. Niestety, Nik nie potrafi skoordynowac naprzemiennego ruchu nog. Ogolnie, to nawet nie chce mu sie probowac. Nie moze tez skapowac jak cisnac pedaly do przodu. Naciska, one sie oczywiscie cofaja I rower staje. ;) Ale za to namietnie gania za pilka. Zwazywszy, ze ma dziadka – pilkarza, to chyba odzywaja sie geny przodkow. Ani M., ani tymbardziej ja, nie mamy zaciecia do pilki noznej. A Nik potrafi 20 minut biegac po ogrodzie, kopiac i goniac pilke! I nie potrzebuje do tego drugiego gracza. Ewentualnie zasmiewa sie, kiedy Maya dogania pilke i usiluje zlapac ja zebami. Kiedys bedzie ryk, jak w koncu jej sie uda i przebije dziure. ;)

Bilans bedzie mial dopiero po 4 urodzinach, w grudniu, ale zmierzylam go w domu, przy naszej miarce. Wyszlo mi 102 cm. Musze jednak nadmienic, ze Bi, zmierzona w domu ma 115.5 cm, natomiast u lekarza wyszlo 114. Mozliwe, ze nasza miarka mierzy okolo 1.5 cm za wysoko. Wobec tego Nik moze miec 100.5 cm. W kazdym razie przekroczyl magiczny metr wzrostu. ;)

Wagi niestety nie posiadam, wiec nie wiem ile wazy. Na “oko” jest w sam raz. Nie jest pulchny, ale do chudzielcow tez nie nalezy. ;)

Na koniec, zamiast Waszej ulubionej serii, kilka ostatnich, kokusiowych tekstow i tekscikow. ;)

***

Popijam kawe na tarasie, z daleka obserwujac zabawe dzieci. Jestem wiec swiadkiem, jak Nik robi siostrze na przekor I przekomarza sie, az ta nie zdzierza I ucieka jak najdalej. Dlatego, kiedy Nik, sfoszony, przychodzi z placzem, ze “Bibi nie chce sie ze mna baaawiiic…”, zamiast pozalowac, mityguje go, ze trzeba bylo sie z siostra nie draznic. Nik obrazony wchodzi do domu, a ja slysze przez otwarte drzwi ryki:

"Bibi mnie nie lubi i mama tez mnie nie lubi!!!! YYYYYYYYY!!!!!"
Chwila ciszy.
Nik: "Cy ktos mnie jesce luuubi???!!! YYYYYYY!!!!"

Na to juz nie wytrzymalam ze smiechu i zawolalam, ze matka “jesce” go lubi. ;)

***

Przy Niku trzeba byc naprawde ostroznym co i kiedy sie mowi. Jest bowiem pewne, ze predzej czy pozniej to powtorzy i nie zawsze bedzie to ladne i grzeczne slownictwo… ;)

Nik (pokazuje na zadrapanie na ramieniu): "Mucha mnie uglyzla!"
Tata: "Mucha? Jaka mucha?"
Nik: "Jakas sie wpieldzielila do domu!"

***

Nik (wkurzony): "Kulde, no!"

***

Nik: "A co spidery jedza na sniadanie?" [od spider - pajak]
Matka: "Mysle, ze muchy."
Nik: "Tak jak zaby?"
Matka: "Tak"
Po przetrawieniu zdania wypowiedzianego przez syna, zaskoczona:
"A skad ty wiesz, co jedza zaby?"
Nik (z duma): "Bo ja jestem juz duzy i wiem wsystko o zabach."

***

Taki wlasnie jest 3.5 – letni Kokusio. Zaryczany, czesto nieznosny, ale tez rozgadany, bystry i rozsmieszajacy nas do lez. :)