środa, 8 czerwca 2016

5-latka na przegladzie :)

Pisanie z Word’a nie jest zle! ;) Musze tylko dojsc do ladu z czcionkami. Normalna 12nastka z Times New Roman, przekopiowana do Blogger’a jest za malutka. Nie wiem jak Wam, ale mi sie zle czytalo. Z kolei, kiedy zwiekszylam jej rozmiar na “duzy”, zrobila sie za duza i wygladala jakos groteskowo. Bede jeszcze kombinowac… J

***

O bilansie i aktualnych rozmiarach Bi mialam wspomniec przy okazji pisania innego posta, ale taka kontrola zasluguje na osobny wpis! ;)

Czy ja pisalam rok temu, ze bilans 4-latka byl bilasem przez duze “B”? Cofam to! Kontrola 5-latka, to byl dopiero BILANS!

Zazwyczaj, jadac z dziecmi do pediatry, spedzam w klinice okolo godziny. Tylko, ze okolo polowa tego czasu to czekanie. Najpierw w poczekalni, potem w gabinecie. Tym razem rowniez spedzilysmy tam z Bi godzinke, tylko, ze z tych 60 min, moze 5 bylo czekaniem.

Jak wiec wyglada bilans 5-latka w Hameryce? ;)

Bylo oczywiscie zwyczajowe mierzenie, wazenie, macanie wezlow chlonnych, zagladanie w uszy, gardlo, oczy, osluchiwanie i ucisk brzucha w celu sprawdzenia watroby, trzustki i Bog wie czego jeszcze. Lekarka zmierzyla jej tez cisnienie “hugging machine”. :D

Oprocz standardowego “opukiwania”, przeprowadzone zostalo badanie sluchu. Bi miala je robione rowniez rok temu. W tym roku przeprowadzono je ponownie i tym razem Starsza wspolpracowala! ;) Pomoglo byc moze, ze trafilysmy na mlodziutka pielegniarke ze wspanialym podejsciem do dzieci. Wytlumaczyla Bi, ze bedzie slyszala pipczenie oraz buczenie i za kazdym razem kiedy to uslyszy, ma za zadanie podniesc reke do gory. Pamietajac zeszloroczne pipczenie Bi dla zabawy, bylam sceptyczna. Okazalo sie jednak, ze wywiazala sie znakomicie!

Nastepnie badanie wzroku. Najpierw pielegniarka pokazala Bi karty z obrazkami. Na czarno – bialych kwadratach, na brzegu kazdej scianki, narysowane byly: dziewczynka, chlopiec, ptaszek oraz kotek. Srodek zas zapelniony byl literkami “E”, ktorych ramiona wskazywaly na ktorys z obrazkow. Pielegniarka najpierw przeprowadzila cwiczenie na kartach, zeby upewnic sie, ze Bi rozumie o co chodzi. Nastepnie Bi musiala patrzec w cos na ksztalt komputerka (u okulisty maja cos podobnego, do automatycznego sprawdzania wzroku), chociaz mi to uparcie przypomina mikroskop. ;) Znow padly pytania, na ktory obrazek wskazuje litera “E”. Potem po stronie ktorego obrazka znajduje sie kolorowa plama. A na koniec jakiego koloru jest kropka (domyslam sie, ze sprawdzaja czy dziecko nie ma daltonizmu).

Nastepnie dostalam w reke plastikowy kubeczek i polecenie, zeby Bi sprobowala do niego nasiusiac… Hmm… Starsza wysikala sie na moje polecenie dokladnie przed wyjsciem z domu, wiec mialam watpliwosci czy cos “wydusi”. Poza tym, sama jeszcze w kubek nasikam, ale dziecko? Trudno, trzeba bylo cos wymyslic. ;) Pomaszerowalysmy do lazienki, postawilam dziecko (spanikowane i kurczowo sie mnie trzymajace) na sedesie, kazalam przykucnac i sikac. Ja mialam lapac cenna ciecz do kubka. ;) Szczegolow operacji Wam oszczedze, dodam tylko, ze mam nadzieje, ze oklady z moczu dobrze robia na dlonie. ;) Do kubka rowniez udalo mi sie zlapac, niewiele, ale wystarczylo. Pocieszam sie, ze za 1.5 roku, z Nikiem, chociaz to pojdzie sprawniej. Czasem dobrze miec “dyndusia”. ;)

Najgorsze jednak (dla mnie) bylo jeszcze przed nami. Pielegniarka bowiem oznajmila, ze musza pobrac probke krwi, zeby sprawdzic poziom hemoglobiny. Brrr… Co prawda okazalo sie, ze potrzebuja doslownie kropelke z paluszka, ale i tak mialam obawy jak Bi zareaguje. Wiecie, z wczesnego dziecinstwa zostala mi trauma. ;) Pamietam, ze pielegniarki tak mocno tlukly mi igla w palca, ze potem przez dwa dni bolal mnie opuszek. Kiedy troche podroslam, doslownie blagalam, zeby zaczeli pobierac mi krew z zyly w zgieciu lokcia. ;) Coz, mi przelecialy przez glowe wszystkie te wspomnienia, podejrzewam ze musialam zbladnac, wyobrazilam sobie juz Bi zaryczana i wyrywajaca sie… Tymczasem pielegniarka naklula jej palec czyms co wygladalo i dzialalo niczym dlugopis, a Starsza nawet sie nie wzdrygnela! :D Kropelka krwi zostala zebrana na szkielko, Bi dostala malenki plasterek, co wprawilo ja oczywiscie w zachwyt i po krzyku. A matka ukradkiem otarla pot ze skroni… ;)

Fajnie, ze pobranie krwi oraz moczu odbylo sie na samym poczatku. W czasie, kiedy Bi miala ogledziny z pediatra, pielegniarka porobila wszystkie testy i na koniec wizyty dostalam od razu wydruk z wynikami. J

Badania te byly doslownie czytaniem w moich myslach. Jadac bowiem na bilans, mialam zamiar poprosic pediatre o skierowanie na morfologie oraz badanie moczu. Taka jest bowiem specyfika tego kraju, ze bez skierowania nie mozna sobie po prostu podjechac do laboratorium i poprosic o zrobienie testow. Tymczasem, ostatnia morfologie Bi miala konczac 2 lata. Mocz miala badany tylko raz, po przedluzajacej sie goraczce, w ramach kompleksowych testow. Nie miala wtedy nawet 2 lat. Poza tym, chcialam sprawdzic czy wszystko ok, poniewaz, chyba nie pisalam o tym na blogu, ale Bi chrzaka. Wedlug mnie za czesto. W ciagu wieczora potrafi to robic kilkanascie razy… Nie potrafie okreslic, kiedy zaczela, ale napewno dobrych kilka miesiecy temu. Wydaje mi sie, ze na poczatku byla to pozostalosc po przeziebieniu, tylko ze dziwnie sie przedluza. M. uwaza, ze to na tle nerwowym, taki tik i zdarza mu sie nawet upomniec corke, zeby juz przestala… Ja sklanialam sie bardziej, zeby uznac to za przedluzajace sie podraznienie drog oddechowych. Nawet polecilam Bi, zeby zamiast ciagle chrzakac, porzadnie odkaszlnela. Teraz Starsza wiec pochrzakuje z elementami kaszlu. ;) W kazdym razie, poniewaz w miniona jesien, zime i teraz wiosne (zapewne “dzieki” przedszkolu) Bi lapala co chwila katar czy kaszel, chcialam zrobic jej morfologie, zeby sprawdzic czy nie ma lekkiej anemii czy “cus”. Spytalam tez pediatre o skierowanie do laryngologa (bo tak, do specjalisty tez nie mozna tu sobie ot tak, pojsc! :/). Pediatra, po ogledzinach, stwierdzila, ze w gardle Bi nie widzi nic niepokojacego, ale za to ma ona obrzeknieta sluzowke nosa. Stwierdzila, ze jesli wydzielina splywa gardlem, moze byc przyczyna takiego chrzakania. Mamy sprobowac spray do nosa raz dziennie przez miesiac. Hmmm… Mialam ochote powiedziec jej co mysle o tym calym spray’u. Psikniecie zwykla sola fizjologiczna, laczy sie z jednym z rodzicow trzymajcym Bi, a drugim probujacym trafic do dziurki przy krecacej sie na wszystkie strony glowie. :D A sama zainteresowana, wrzeszczy oczywiscie wnieboglosy! Ja dziekuje, narazie nawet tych kropli nie kupilam. Poza tym, ciiii, ale mam wrazenie, ze Bi chrzaka jakby mniej. Moze rzeczywiscie byla to jakas dluuuga pozostalosc po przeziebieniu, a teraz, kiedy zrobilo sie cieplo, organizm wraca do normy…

Pediatra, po ogledzinach “lekarskich”, sprawdzila tez co nieco z rozwoju intelektualnego. Zupelnie nie wiem po co… W kazdym razie zapytala Bi, czy jest dziewczynka czy chlopcem, a nastepnie poprosila, zeby narysowala dziewczynke i podpisala ja swoim imieniem. Bi wykonala polecenie, chociaz troche na “odwal-odpieprz”, bo jej “ludek” nie mial ani wlosow, ani ramion, gdzie normalnie Bi dorysowuje nawet dlonie z palcami. ;) Nastepnie lekarka narysowala ksztalty i pytala Bi czy je zna. Tu moje dziecko sie stremowalo i poprawnie okreslilo tylko kolko, reszte pomylila. A wiem, ze podstawowe ksztalty rozpoznaje. J Potem Bi musiala jeszcze skoczyc na wybrany przez siebie kafelek (i okreslic jego kolor), postac chwile na jednej nodze i skakac “naprzemiennie”. O tym ostatnim, pediatra powiedziala, ze Bi jest dobrze rozwinieta fizycznie, bo zazwyczaj dzieci w jej wieku tego jeszcze nie potrafia. Ciekawe, bo mi sie wydaje, ze Starsza robi to od “zawsze”. ;) I chwala Bi, ze zrozumiala o co chodzi, bo kiedy pediatra spytala “Can you skip?”, przyznaje, ze nie mialam pojecia co to ma byc. A to skakanie, ale odbijajac sie raz jedna, raz druga noga. ;)

Na koniec dane techniczne, ktore co prawda dopisalam do postu o 5-letniej Bi, ale jak juz pisze o bilansie, niech bedzie komplet danych. ;)

Wzrost: 114.3 cm
Waga: 20.8 kg

Przez rok, Bi przytyla niemal 2 kg, co pediatra okreslila jako normalny przybor masy. Dla mnie to niewiele. Nic dziwnego, ze zrobily jej sie jakies kosciste kolana. ;) Za to urosla ponad 6 cm! Jesli chodzi o wzrost jest w 90 centylu. Najwyrazniej wyciaga sie w gore, zamiast “rosnac” w szerz. Zebym ja tak mogla. ;)

 
A na koniec zarcik, ktory powinien pewnie trafic do Waszej ulubionej serii, ale ze jest czescia bilansu, wpisze go tu.

Jak wspomnialam wczesniej, pediatra spytala Bi: “Are you a boy or a girl?”
A na to moje dziecko: “A butterfly…”

 
Kurtyna.
 
 
 
 

poniedziałek, 6 czerwca 2016

Internet to ZUO!


Musze Was lojalnie ostrzec, ze (jakby bylo mnie przesadnie duzo), moze byc mnie tutaj jeszcze mniej… Mielismy w piatek milusia prezentacje przygotowana przez glownego bossa, na temat uzywania internetu w pracy. Stanelo na tym, ze nie wolno nam surfowac po necie. Nie wolno nawet sprawdzic prywatnej poczty (z obawy przed wirusami). Nie wolno takze uzywac w tym celu prywatnego telefonu oraz tabletu. Firma moze (chociaz nie musi) sledzic dokladnie nasze “sieciowe” poczynania. Aha! Mamy tez ograniczac towarzyskie rozmowy, nie przedluzac przerwy na lunch, a jesli musimy wyjsc wczesniej lub przyjsc pozniej, ten czas musi byc nadrobiony…

Pomalu koncza sie zalety tej pracy… Zawsze ja chwalilam, ze chociaz placa srednio, to chociaz godziny mamy bardzo “otwarte” i nikt nie kreci nosem, kiedy trzeba sie zwolnic, albo zalatwic cos w godzinach pracy. Coz, wszystko co dobre, szybko sie konczy… Jeden z managerow zostal glowna szycha w firmie i zaprowadza wlasne porzadki… Zeby bylo smieszniej, ten sam gosc, jeszcze kilka lat temu wychodzil w czasie lunch’u na ryby i wracal po 2 godzinach, a takze znany jest z ukladania pasjansow w czasie pracy. Takze, przyganial kociol garnkowi, khem khem… ;)

Wszystko przez to, ze jeden z glownych klientow, postanowil zacisnac nieco pasa i przeniosl wazny dla nas finansowo projekt, do (duzo) tanszego Puerto Rico. Jak widac, konkurencja dla zachodniego rynku, sa nie tylko Chiny czy Indie. Sa nia, jak widac, tez Karaiby, ktore dotychczas kojarzyly mi sie wylacznie ze slonecznymi wakacjami z palmami w tle. Nie do wiary, ze dziala tam jakis przemysl. ;) Nasza firma stracila jakies 40% dochodu, natomiast glowna filia wyznaczyla juz pewien pulap w przychodach, ktory musimy osignac do konca roku. A przypominam, ze wlasnie minela jego polowa… K., jako swiezo mianowany glowny manager, sra zapewne w gacie, ze sie nie wykaze jako szef nad szefami. Walnal nam wiec przemowe o nie marnowaniu czasu…

Niech mu bedzie, ze niby ma racje. Wiem dobrze, ze przychodze tu do pracy, nie na spotkania towarzyskie i nie na calodzienne, internetowe zakupy. I naprawde staram sie solidnie wykonywac swoje obowiazki. Tyle, ze przez 8 godzin dziennie nie da sie gapic w papiery. Potrzebuje odskoczni. Musze od czasu do czasu oderwac mysli od przegladanych dokumentow i zwyczajnie sie odmozdzyc. Pewnie, ze moge sie przejsc wkolo budynku. Zreszta, to tez robie, bo od calodziennego siedzenia boli zadek i strzyka kregoslup. Ale ogolnie, lazenie w kolko jest nudne. A internet jest fajny. Zawsze znajdzie sie w nim cos ciekawego. ;) Dodatkowo, to glownie przez internet komunikuje sie z nauczycielkami Bi i administratorami. Nie mowiac juz o tym, ze to najczesciej z pracy pisze posty, komentuje oraz odpowiadam.

A teraz musze to wszystko ukrocic.

Nie, nie zamierzam zupelnie odcinac sie od sieci. Zreszta, K. moze sobie bredzic o nie marnowaniu czasu, ale sa rzeczy, ktorych po prostu nie da sie zrobic po pracy. Pomijajac nawet internet, wiele urzedow pracuje w godzinach bardziej ograniczonych od moich i zeby sie do nich dodzwonic, nie mam wyjscia, musze dzwonic z pracy. I wydaje mi sie, ze jesli zachowa sie rozsadek, to i produktywnosc nie ucierpi.

U mnie dochodzi jeszcze to, ze w pracy jestem jeszcze w miare wypoczeta i przytomna. W domu, czas, zeby usiasc przy laptopie, mam dopiero kiedy dzieci spia, a wtedy najczesciej jestem tak zmeczona, ze literki mi sie zlewaja i zupelnie nie moge sie skupic. Dlatego, na maile wole odpowiadac z pracy. Podobnie, wiekszosc zakupow zamawia(la)m zza biurka. Nie, ze spedzalam godzine szukajac odpowiedniej rzeczy. Sama mam na tyle sumienia, zeby wiedziec, ze to nie fair w stosunku do pracodawcy. Ale, jesli wiem, czego szukam, wejscie, dokonanie zakupu i finalizacja oplaty, to kwestia kilku minutek. Naprawde moze to komus przeszkadzac? Glupie pytanie, oczywiscie, ze szefostwu moze to przeszkadzac, oni chcieliby nas widziec uwijajacych sie przez 8 godzin non-stop, niczym mroweczki. Tyle, ze tak sie nie da. Nie jestesmy robotami…

Dobra, zmierzam do sedna…

Najwazniejsze: co z blogiem? Nie, nie bac sie, nie zamierzam zupelnie znikac! ;)

Tajemnica nie jest, ze moj maz nie wie o blogu, wiec sila rzeczy posty klece w pracy. Zreszta, nawet odpowiedzi pod komentarzami czytam oraz odpowiadam tylko jak M. spi, albo nie ma go w domu, zeby mi gdzies znienacka nie zajrzal przez ramie… Sytuacja w firmie mozno mi wiec komplikuje blogowe “zycie”. Jak to jednak mowia, “jak sie nie chce, szuka sie powodu, a jak sie chce, szuka sie sposobu”. ;) Poki co, posty bede sklecac w Wordzie. Tego (chyba) nie sledza. :D Spodziewajcie sie wiec kosmicznej mieszanki rodzajow oraz wielkosci czcionek! Potem tylko szybciutko przekopiuje na bloggera i na internecie spedze raptem minutke. ;) Najgorzej bedzie jednak z komentarzami… Postaram sie odpowiadac i komentowac z telefonu, ale kazdy, kto mial ta watpliwa przyjemnosc wie, jaki to bol. Do czytania jeszcze sie srajfon nada, chociaz oslepnac mozna od miniaturowych literek, ale komentowanie to porazka. Wszystko sie przesuwa, przeskakuje na koniec, a jak straci zasieg to caly komentarz moze szlag trafic. :/ Sa oczywiscie i dobre tego strony – w telefonie mam polskie litery! W koncu nie bede na bakier z ortografia! :D

Innym wyjsciem byloby oczywiscie powiedziec M. o blogu… Wielokrotnie sie juz nad tym zastanawialam, ale kurcze… To juz nie bylo by TO. Juz zawsze zastanawialabym sie, jak malzonek moj zinterpretowalby to czy tamto. Bo, ze czytalby moje posty, nie mam watpliwosci… A moze mam? Bo M. nienawidzi czytac. Czegokolwiek. Hmmm… ;) Nie ufalabym jednak, ze nie wygadalby sie o blogu komus z rodziny. A na audytorium w postaci znajomych oraz krewnych (krolika) juz kompletnie nie mam ochoty… :/

A poza tym, juz widze to zrzedzenie, ze ile mozna stukac w klawiature? ;)

 
A na koniec… Rozmawialismy sobie oczywiscie z kolegami w pracy o zaostrzonych zasadach, itd. Glownie zartujemy, ze niedlugo beda nam odliczac 2 minutki na siusiu oraz 10 minut na kupe. :D Ktos jednak skomentowal, ze nie mamy co narzekac. Jego mama pracuje w firmie, ktorej wlascicielami sa Japonczycy i tej narodowosci jest cala kadra kierownicza. Nie wiem czym sie zajmuje owa mama, ale podobno jej biurko stoi wsrod innych w wielkim budynku. Nie maja nawet scianek dzialowych! Nic, tylko wielki pokoj wypelniony biurkami. Japonczycy, niczym zaganiacze niewolnikow, ciagle wsrod tych biurek kraza i “szczebiocza” po swojemu. ;) A w dodatku, maja bardzo restrykcyjne zasady, co do tego, co moze znajdowac sie na biurku. A wlasciwie, to nie moze sie na nim znajdywac nic poza tym, nad czym sie akurat pracuje. Mama kolegi zgarnela podobno kiedys uwage, bo postawila na nim… pudelko chusteczek higienicznych! Owa mama przechodzi na emeryture za kilka miesiecy i nie moze sie juz doczekac… ;)

Takze tego… zawsze moze byc gorzej… :D

PS. Post mial byc w zalozeniu o minionym weekendzie oraz bilansie 5-latka, ktory Bi miala w czwartek. Tak sie jednak rozpisalam wieszajac psy na pracodawcy, ze lepiej skoncze. Moze dzieki nowym zasadom, uda mi sie pisac czesciej, ale mniej? W Wordzie jakos sie tego tekstu wydaje wiecej… ;)

środa, 1 czerwca 2016

O goracym dlugim weekendzie, warzywniku, kwiatkach oraz zyciu intymnym zuczkow :)

Witam w czerwcu! Przed nami, trzy najwspanialsze miesiace w roku! Nawet jesli czasem marudze, ze pot mi po doopie splywa, to jednak lato jest zdecydowanie moja ulubiona pora roku!

Dodatkowo, za niecale 3 tygodnie, w koncu oba Potworki beda jezdzic do Pani Marysi, co oznacza, ze nie bede musiala robic dwoch koleczek po miescie, w przeciwnych kierunkach dwa razy dziennie. Moja podroz do pracy i z powrotem, bedzie mi zajmowac 25 minutek zamiast 50! :)

Dlugo czekalismy na nasza majowke, a jak juz przyszla, to oczywiscie smignela tak, ze ledwie ja zauwazylismy. ;) I chociaz mozna narzekac na jej dlugosc (co to jest ten jeden dodatkowy dzien?), to jedno jest pewne: pogoda dopisala! Az za bardzo, w sumie. W sobote, nasz termometr pokazal 36 stopni! A wisi w cieniu... Do tego 75% wilgotnosci powietrza i mamy saune. Spodziewalam sie burz, ale zadna sie nie pokazala. Tylko w poniedzialkowy poranek lalo az milo, ale okolo poludnia sie przejasnilo. A parowa zostala. Smiejemy sie, ze Matka Natura przygotowuje nas na klimat Florydy. ;) No i przynajmniej podlewac nie musialam. ;)

Niestety, wszelkie plany wybrania sie nad wode, czy nawet nadmuchania baseniku kolo domu, daly w leb, poniewaz Nik, jakos tak w zeszlym tygodniu, zaczal smarkac oraz kaszlec. Teraz juz praktycznie mu przeszlo i zaczynam sie zastanawiac czy to nie alergia na cos, co pylilo sobie akurat przez kilka dni. Jak narazie bowiem (odpukac!) nikt poza Nikiem nie dorobil sie objawow przeziebienia... Co prawda w poniedzialek swedziala mnie warga jak na opryszczke, ale koniec koncow pecherzyki sie nie pojawily, wiec nie wiem co to za licho...

W kazdym razie wolalam nie ryzykowac przejscia nikowego przeziebienia w zapalenie gardla lub czegos gorszego. Bi probowala nas wyciagnac na farme, ale przy pond 30 stopniach i praktycznym braku cienia na miejscu, spasowalismy, ku wielkiemu niezadowoleniu Potwora Starszego. A wyjscie latem do jakiegos klimatyzowanego miejsca, to niemal swietokradztwo. ;) Utknelismy wiec w domu... Z powodu kaszlu Nika, odpadlo nawet wyjscie na lody. A szkoda, bo pogoda wrecz zapraszala... :(

Za to w koncu poczynilismy widoczny postep w pracach ogrodowo - doniczkowych. W zasadzie czesc kwiatkow posadzilam juz w srodku zeszlego tygodnia. W weekend konczylam.




Narazie wszystko jeszcze malenkie i skromnie to wyglada, ale juz za kilka tygodni, kwiaty wypelnia donice i bedzie piknie! :D

Za to, dla rownowagi, rododendrony sa akurat w pelnym rozkwicie i zachwycaja:


Zrobily sie juz troche zbyt wielkie i wygladaja dosc niechlujnie. Jak jednak mam je przyciac, no jak?! Skoro wiem, ze wtedy znow przez 2-3 lata praktycznie nie beda mialy kwiatow?!

W sobote rano zaliczylismy szybka wycieczke do dwoch sklepow ogrodniczych, a potem czekalam juz tylko na popoludnie, zeby warzywnik przestal prazyc sie w sloncu i zabralam sie do roboty. Efekt? To, co mialo byc posadzone, zostalo posadzone. To co mialo byc zasiane, zostalo posiane. Z pomoca Potworkow zreszta. Czyli, ja robilam rowek, a oni wsadzali nasionka. Pieczolowicie, po jednym. ;) Zdjecia nie mam, bowiem Nik, kiedy konczyly mu sie nasiona, urzadzal marsze po warzywniku, do ktorego normalnie ma wstep wzbroniony. W efekcie jedna z sadzonek ogorkow, zostala podeptana. Zamiast leciec wiec po aparat, musialam miec gagatka na oku. ;)


Tu tez nadal lyso i skromnie, ale spokojnie... Dajmy roslinkom czas. Troche pracy i uwagi, a gwarantuje, ze nie zawioda. ;)

Zaszalalam w tym roku z ogorkami i posadzilam az 16 sadzonek! W zeszlym roku wkurzalam sie, ze z 4 krzaczkow uzyskiwalam ogorkow tylko na jeden sloik malosolnych naraz. W tym roku licze na przynajmniej kilka slojow kiszonych! ;)

Przezylam potem kilka godzin grozy, bo mimo ze sadzilam warzywa juz w cieniu, to gleba byla wciaz wrecz goraca, powietrze cieple i wszystko przywiedlo. Najgorzej wygladaly cukinie, ktore doslownie rozplaszczyly sie na ziemi... Podlalam cale to dobrodziejstwo, ale podnosilo sie baaardzo powoli. Obawialam sie, ze moga tego nie przetrwac, ale juz nastepnego dnia sterczaly sobie radosnie. Aby po kolejnym upalnym dniu, znow oklapnac... :)
Teraz zostalo juz tylko pielic, podlewac oraz czekac na zbiory. :D A, no i jeszcze przerwac to, co wykielkuje z nasion... :)

Poza tym, niejako z "musu", poprzesadzalam kilka kwiatkow. Dlaczego z "musu"? Za sprawa M., oczywiscie. Moj malzonek, jak juz rzuci sie w wir roboty, to leci i nie patrzy. Czasem ma przeblyski i spyta czy to-to zielone, to chwast czy kwiat. Ale najczesciej najpierw rwie, a potem pyta. ;) I tak, wczoraj, zaczal rozsypywac kore na rabatkach i natknal sie na samosiejki mojej Echinacei. Mialam juz dla tych maluchow plan, ale chcialam poczekac az jeszcze troche podrosna i sie wzmocnia. A teraz juz nie poczekam. :/ Dobrze, ze bylam obok, bo M. ze slowami "Ale tu chwastow, przeciez to trzeba regularnie wyrywac... O, np. TO, to pozyteczne czy chwast?!". I pokazuje mi wyrwana  z korzeniami (na szczescie) samosiejke!!! Malo tam nie zemdlalam! Tak traktowac moje kwiatki!!! W kazdym razie, chlopa pogonilam, a sama chcac, nie chcac, wykopalam ostroznie reszte mlodych Echinacei. Niestety, mialy pecha ukorzenic sie we wlokninie, ktora rok czy dwa lata temu, kladlismy pod kore. Troche wiec im polamalam korzenie i nie wiem czy sie odbija...

Przesadzilam je w miejsce docelowe, czyli obok naszej skrzynki na listy. Juz od jakiegos czasu mialam w planie "upiekszyc" ta skrzynke, bo troche kolo niej lyso...


Poki co nie wyglada to zachecajaco (i slonce pada tak, ze malo co widac :D), ale mam nadzieje, ze przez lato roslinki sie rozrosna i juz w przyszlym roku, bedzie to wygladac przyzwoicie. Niestety, ale z kwiatami wielorocznymi trzeba troche poczekac na rezultaty...

Przesadzilam wiec Echinacee, obok (myslac juz o wiosnie) wkopalam otrzymane w prezencie cebulki tulipanow oraz hiacyntow, po czym pomaszerowalam do innej rabatki, gdzie niespodziewanie, wsrod Funkii, wyrosl sobie calkiem dorodny Spider(man)wort. :D Wykopalam go (przy okazji z kilkoma ukorzenionymi liscmi Hosty) i posadzilam rowniez obok skrzynki. Niechcacy wykopala mi sie jeszcze jedna, nieplanowana sadzoneczka Funkii, ktora znalazla nowe miejsce pod plotkiem. Kolo skrzynki zas, mam jeszcze nadzieje posadzic inna (tym razem "dorosla") Echinacee, lub spokrewniona z nia Black-eyed Susan (nie mam pojecia jak to sie zwie po polsku). To sa bardzo mocne rosliny, dobrze rosna w kazdej glebie i choc lubia slonce, dobrze radza sobie tez i w cieniu. Miejsce kolo skrzynki jest bowiem dosc hazardowe dla roslinek. Teraz, z braku drzew z przodu, prazy sie w sloncu, a zima narazone jest na sol oraz chemikalia sypane na droge. Dlatego wybralam na to miejsce najmocniejsza, znana mi zielenine. :D Martwie sie tylko o ta mala Hoste (bo one wola cien), ale moze, schowana za Spiderwort'em, jakos sobie poradzi...

Jedna skrzynke z kwiatkami, postawilam tez na frontowych schodkach. Chcialam dodac tam nieco koloru. Przy okazji, wszystkie trzy kwiatki, zostaly wybrane przez Bi, ktora tez co wieczor lapie za konewke i dzielnie pomaga w podlewaniu.


Ogrod nabiera wiec pomalu barw. Niestety, okazuje sie, ze oprocz sadzenia oraz pielenia, wymaga tez pryskania, czego unikam jak diabel wody swieconej. No, ale czasem sie nie da. Po pierwsze, kolo szopki, a zaraz obok malutkiego Klematisa, wyroslo sobie poison ivy. Aaaaaa!!! Popryskalam i z satysfakcja obserwuje jak pomalu pada, chociaz zajmie to kilka dni. Oprocz tego, moje lilie z przodu, juz tradycyjnie, staly sie pozywka dla czerwonych zukow. Nawet zdjecia dziadom porobilam! ;)


 Jak widac zuczki sa malutkie (4-5 mm) i calkiem ladne - takie czerwoniutkie. Niestety sa tez potwornie zarloczne! Zzeraja liscie, paczki i kwiaty, a najgorsze, ze jest ich cala masa! Popryskalam lilie w sobote, ale w niedziele rano spadl deszcz. Kiedy po poludniu sprawdzilam, kwiaty prawie ruszaly sie na czerwono! :O A zuczki, jesli akurat nie przezuwaja moich lilii, zajmuja sie produkcja kolejnych zuczkow, zas larwy rowniez zywia sie liliami!


Popryskalam wiec towarzystwo koleiny raz. Teraz, przez kilka dni deszcz ma nas omijac, mam wiec nadzieje, ze wszystkie zuczki, w kazdym stadium zyciowym, kopna w kalendarz. ;)

Kolejna plaga sa mszyce! Nigdy nie mialam z nimi wiekszego problem, a tu w tym roku pojawilo sie ich zatrzesienie. Najpierw na jednym gatunku kwiatow (nie pamietam jak sie nazywaja). Co tam, kwiatki pryskam i sie nie przejmuje. Mszyce wytluklam. Ale skubane pojawily sie na moich pomidorach oraz paprykach! Tu juz mialam dylemat. Po to bowiem sadze wlasne warzywa, zeby wiedziec, ze nie sa sztucznie nawozone ani pryskane. Masz wiec babo placek, bo co mam zrobic z mszycami?! Trudno, popryskalam. Narazie krzaczki nie kwitna i zanim pojawia sie pierwsze zbiory, uplynie jeszcze wiele tygodni. Mam nadzieje, ze do tego czasu po mszycach sladu nie bedzie, a srodek chemiczny sie rozlozy...


Teraz z innej beczki. Dzis dzien dziecka. Tutaj sie go co prawda nie obchodzi, ale ja lubie ta nasza tradycje, postanowilam wiec cosik Potworkom sprezentowac. Padlo na "skoczki". Glownie jako przeciwwaga mezowskiego pomyslu, zeby kupic dzieciom auta napedzane akumulatorkiem. Ogolnie nie bylabym przeciwna takim zabawkom, gdyby nie dwie rzeczy. Po pierwsze, nie ufam, ze Potworki nie zaczna wjezdzac jedno w drugie, a to grozi powaznym wypadkiem. Po drugie zas, nie podoba mi sie zabawka, w ktorej dziecko tylko siedzi i ewentualnie kreci kierownica. Potworki maja cale poklady niespozytej energii. Niech lepiej sie jej gdzies pozbeda. Jeszcze w zyciu sie nasiedza za kolkiem.
Postawilam wiec na zabawke, ktora wymusi na nich ruch. ;) A ze Dzien Dziecka wypadal w srode, postanowilam wreczyc im upominki wczesniej, zeby mialy okazje poszalec na nich podczas dlugiego weekendu.

Koniki zrobily furore... u Bi. ;) Nik niestety pod pewnymi wzgledami, jest leniuchem. Nie chce mu sie pedalowac na rowerku. I teraz nie chce mu sie odbijac. Ogolnie, oprocz biegania, nie lubi pracowac nogami. A ja myslalam, ze zachece go do wyrobienia miesni w dolnych konczynach... Coz, moze sie jeszcze przekona...
Bi za to nie tylko skacze konikiem po ogrodzie, ale tez traktuje go jako przeszkode do przeskakiwania. Albo uzywa obu konikow do przewieszenia kija od miotly I skacze przez draga. ;)
Mimo umiarkowanego entuzjazmu Kokusia, z zabawki jestem bardzo zadowolona, chociaz zaskoczyl mnie jej rozmiar. Te "skoczki" sa strasznie male! Na stronie internetowej bylo napisane, ze przeznaczone sa dla dzieci do 7 lat. Hmmm... Dopiero kiedy je nadmuchalam, stwierdzilam, ze 7-letnia dziewczynka ze zdjecia, wyglada na koniku na mniejsza niz Bi. Moje dziecko jest wysokie, ale nie az tak. ;) Tani chwyt reklamowy po prostu. I choc Bi uwielbia swojego skoczka, ja patrze z niepokojem, czy zabawka nie rozejdzie sie pod jej ciezarem, gdzies na szwach. :)




A przy okazji Dnia Dziecka, do Bi oraz Nika (chociaz nie wiem czy kiedykolwiek to przeczytaja):

DZIEKUJE ZA KAZDY USMIECH I USCISK MALYCH RAMIONEK. DZIEKUJE ZA KAZDE "KOCHAM CIE". ZA WSPOLNY TANIEC DO "KACZUSZEK". NAWET ZA TUPANIE NOGAMI, CORANNE KLOTNIE, KLOCKI ROZWALONE PO POKOJU I BLOTO ROZNIESIONE PO CALYM DOMU. DZIEKUJE, BO TO OZNACZA, ZE JESTESCIE. BEZ WAS NIC NIE MIALOBY SENSU! KOCHAM WAS. MAMA


(Szczescia dwa)

A moje trzcie, czworonozne i wlochate "dziecko", dorwalo wczoraj w ogrodzie weza. Czy raczej wezyka. ;) Takie malenstwo (waz, nie Maya), moze 40 cm, a zwijalo sie i atakowalo, jak nie przymiezajac, zmija! :D Najpierw probowalam Maye odgonic, ale nie dawala za wygrana. Poniewaz wezyki te nie sa jadowite, odpuscilam i mielismy z Potworkami ubaw po pachy. Ani Maya, ani waz, nie odpuszczali. Wezyk, atakowal, Maya odskakiwala, ale za sekunde znow pchala sie do stworzenia z pyskiem. Jakby tak dziabnal ja w nos, bylby skowyt na cale osiedle! :D W koncu jednak wezowi udalo sie wpelznac pod belke ogradzajaca moj warzywnik i tak skonczyla sie "zabawa". ;)

A jesli juz mowa o dzieciach, to nie tylko moje opanowaly nasz ogrod.


Wkrotce bedziemy mieli np. nowe pokolenie Rudzikow, ktore tradycyjnie zalozyly gniazdo w naszej tui. :)

środa, 25 maja 2016

Co tam, panocku, slychac w ogrodzie?

-A, nudy, nudy slychac... ;)

Bzy juz praktycznie przekwitly, ale zanim to nastapilo pocieszyly nasze oko zarowno na podworku, jak i jadalnianym stole.


Kiedy patrze na powyzsze zdjecie, nadal czuje ich zapach. Ach... Szkoda, ze kwitna tak krotko...

Mialam sie pochwalic weekendowymi robotami poczynionymi w ogrodzie i... sie nie pochwale! Bo zrobilam okraglutkie NIC! :D

Warzywnik wyglada nadal tak, jak wygladal po przekopaniu, czyli tak:


Tragedia, co? ;) Te kamole z przodu, M. wydobyl podczas przekopywania. Rok temu, tesc wykopal ich chyba jeszcze wiecej. Przysiegam, ze one sie w tym warzywniku rozmnazaja! :D

To zielone na srodku, to szczypiorek, ktory posadzilam (znaczy sie, posadzilam cebulki) 7 lat temu. Od tego czasu, co roku wschodzi i mamy swiezy szczypior od wczesnej wiosny do poznej jesieni. :)

Za to zielone niedobitki po prawej, to truskawki. Niestety, w tym roku musimy juz dosadzic krzaczkow, bo ich zywot sie konczy. Ale pare truskawek jeszcze zbierzemy na pozegnanie:


A skoro czasu na ogrod nie bylo, to co ogolnie porabialismy?

W piatkowe popoludnie, kiedy wszyscy zjechalismy do domu, pogoda byla tak piekna (cieplo, ale nie upalnie), ze zdecydowalismy sie zapakowac Potworki i wyprobowac swiezo odkryty plac zabaw, doslownie 5 minut od domu. Ja to sie stalo, ze dotychczas o nim nie wiedzielismy? Schowany jest za szkola podstawowa, polozony na wzgorzu, otoczony drzewami oraz krzewami i od drogi w ogole niewidoczny. Odkrylam go dopiero przy zapisywaniu Bi do zerowki. :D Niestety, mimo ze plac fajny, duzy, ladnie utrzymany, raczej nieczesto bedziemy z niego korzystac. Polozony jest na ogrodzonym terenie szkoly, schowany za budynkiem i kiedy podjechalismy tam z Potworkami byl zupelnie pusty! Podczas godziny, ktora tam spedzilismy, pojawila sie zaledwie dwojka dzieci, ktore najwyrazniej odebrane ze swietlicy, wyprosily jeszcze ostatnie hustanie lub zjazd ze zjezdzalni. A poza tym bylo cicho, pusto i choc bedac z M. nawet mi to odpowiadalo, to gdybym wybrala sie tam z Potworkami sama, pewnie co chwila nerwowo bym sie ogladala za siebie i czula przechodzace ciarki. ;)

W sobote za to pogoda sie popsula, zreszta zgodnie z prognozami. Bylo pochmurno, chlodno i caly dzien zanosilo sie na deszcz, chociaz ten spadl w koncu dopiero w nocy. M. musial isc na pol dnia do pracy, wiec ranek uplynal mi na uzeraniu sie z Potworami. ;) M. wyszedl o 6:30 rano, wczesniej zapodajac dzieciarni kakauko oraz wlaczajac bajki, wiec pomyslalam, ze powyleguje sie jeszcze chociaz z godzinke. Taaa... Doslownie po 10 minutach Bi zaczela zawodzic, ze ona tej bajki nie chce, chce inna! O ile to jeszcze udalo mi sie zignorowac, to juz wolania Nika, jakies 15 minut pozniej, ze zrobil kupe, juz nie moglam. ;) Zwloklam sie wiec z lozka i humor mialam popsuty juz na reszte poranka. A Potwory jakby to wyczuly, grymasily przy sniadaniu, klocily sie i szarpaly bez przerwy. Jak tylko temperatura osiagnela w miare zadowalajacy poziom, wyprowadzilam towarzystwo do ogrodu, ale i tam ciagle wrzeszczeli, przepychali sie, jeczeli i klocili. Taki dzien, najwyrazniej... ;)
W kazdym razie, kiedy na horyzoncie pojawil sie ojciec, przywozac w dodatku ulubione sushi (ktorym gardzi u nas jedynie Nik), mialam ochote wielbic niebiosa z wdziecznosci! ;) A poniewaz pogoda nie nastrajala do pracy w ogrodzie, kiedy dzieciaki padly na drzemke, ja z ulga wypryslam z domu na zakupy. Prognozy pogody pokazuja bowiem uparcie 30-stopniowe upaly, majace zaczac sie... dzis! Co, przy zaledwie 12 kreskach na termometrze z rana, wydaje mi sie nieprawdopodobne... ale najprawdopodobniej prawdziwe. Witamy w Nowej Anglii i jej szalonym klimacie! :D Tymczasem, przeglad dzieciecej, letniej garderoby, zaowocowal wyrzuceniem polowy ciuchow albo do wora na rzeczy za male, albo na szmatki, bo dorobily sie tajemniczych plam oraz zaciekow i nadawaly najwyzej na harce w przydomowym ogrodzie. I naprawde nie wiem czemu nie pozbylam sie ich jeszcze jesienia. Mialabym teraz mniej pracy przy sortowaniu bawelny. ;) W kazdym razie, zakupy byly cudownym odpoczynkiem dla moich zszarganych nerwow, a dzieciaki zostaly obkupione na (mam nadzieje) cale lato.
Ech, co ja gadam... Zaloze sie, ze bede jeszcze dokupywac to i owo, bo Potwory, szczegolnie mlodszy, "lapia" dziury oraz niespieralne plamy, niczym pajak muchy! Wczoraj wlasnie odebralam Nika od opiekunki z dziura w spodniach wielkosci calego kolana! Opiekunka przepraszala (nie, zebym sie na nia gniewala; znam dobrze mozliwosci Kokusia :D), mowiac, ze Nik wcale tak mocno sie nie przewrocil, nawet nie zaplakal, a portki nadawaly sie wylacznie do kosza, bo wyszarpanej dziury tej wielkosci, nie oplacalo sie nawet zaszywac... Z lekka wszystko mi opadlo... Te konkretne spodnie kupilam mu bowiem raptem miesiac temu. Mimo, ze jasniutkie, szarawe, nie zdazyly sie dorobic nawet najmniejszej plameczki. A bardzo fajnie na Niku wygladaly. Coz, jeden wywiniety orzel i po spodniach. ;)
Nie ludze sie wiec. Wiem, ze nim lato sie skonczy, jeszcze kilka razy bede oblatywac sklepy i szukac okazji w necie... ;)

Kiedy zajechalam do domu, wypoczeta psychicznie, choc fizycznie nogi w doope mi wlazily, Potwory juz zdazyly wstac i Nik od nowa urzadzal fochy oraz fanaberie. Tym razem M. czmychnal z domu (ciekawe czemu? :D), pod pretekstem przywiezienia workow z ziemia ogrodowa oraz kompostem. I przywiozl, tyle ze zanim wyciagnal dzieciece foteliki, zlozyl siedzenia w aucie, obrocil do sklepu oraz z powrotem, zrobila sie pora kolacji. I tak worki zostaly przy ogrodku i leza tam do dzis, a mamy srode... Plan byl taki zeby w niedziele M. cale to dobro wrzucil do warzywnika i jeszcze raz przemieszal glebe. I na planie sie skonczylo, mimo ze na przekor prognozom, niedziele mielismy przepiekna. Okazala sie byc jednak spedzona w pospiechu i z ku*wa na ustach. Przynajmniej dla mnie. ;)

Rano wiadomo, msza. Po mszy na zakupy do amerykanskiego spozywczaka, po czym pedem do Polakowa. Zanim zajechalismy do domu, bylo prawie poludnie. Za pol godziny mielismy umowionego faceta, ktory zainteresowany byl kupnem naszego starego zestawu jadalnego. Zanim dokladnie obejrzeli wszystko, dogadali sie co do ceny, powynosili i zaladowali na przyczepke, bylo po 13. Na 14 zas, jechalam z dzieciakami na przyjecie urodzinowe (znowu! Wsciekli sie z tymi przyjeciami!). Oczywiscie M. dostal liste prac polowych do wykonania. Co z tego, skoro umowil sie z kumplem. Kolega G. przyjechal niby tylko pomoc M. w ustawieniu telewizji, bo cos sie popierniczylo w polskich kanalach, a tu dzieci o bajki prosza. ;) Nadal mialam wiec nadzieje, ze zrobia co trzeba, chwilke moze posiedza przy piwie, a potem G. pojedzie w cholere, a moj malzonek cos jednak zrobi. Jak zwykle, popisalam sie naiwnoscia.

Pare slow o urodzinach. Odbyly sie w tej samej sali zabaw, gdzie bylam z Bi poprzednio.



Tym razem wzielam ze soba Nika, po czesci chcac i jemu zapewnic troche atrakcji, a po czesci dajac M. tym samym czas na spokojna prace (o naiwnosci...). Blad! Powinnam byla zostawic Nika w domu. Nie tylko M. nie zrobil nic pozytecznego, ale na dodatek, jak tylko weszlismy do sali z dmuchancami, syn przykleil mi sie do nogi, jeczac ze on sie boi i zebysmy wracali... Dopiero po pol godzinie, czyli prawie na sam koniec skakania, Nik osmielil sie wejsc na najmniejsza ze zjezdzalni. Oczywiscie z moja asysta... Dobrze, ze to przewidzialam i odpowiednio sie ubralam, przedkladajac wygode nad styl i elegancje. ;) Jak Nik sie uczepil tej jednej zjezdzalni, tak juz na niej pozostal.


(Niestety, wszystkie zdjecia z hasania, wygladaja tak :D)

Dobrze, ze Bi ganiala za reszta dzieciakow i nie musialam i jej asystowac. Zreszta, tylko dlatego osmielilam sie wziac Nika, bo poprzednim razem widzialam, ze wsrod kolegow z klasy, Bi niemal przestaje mnie zauwazac. ;)
Poza tym, wiecie zapewne, ze w salach zabaw, placi sie zazwyczaj w zaleznosci od ilosci zaproszonych dzieci. Coz, moja dwojke mozna by spokojnie policzyc jako jedno, bo Nik zjadl kawalek pizzy, ale praktycznie nie tknal torta, natomiast Bi nie ruszyla pizzy, a wszamala ciacho. Dopelniaja sie idealnie. ;)



Kiedy zjechalam z Potworkami na powrot do domu, bylo juz po 16, a kolega M. siedzial sobie w najlepsze... Okazalo sie bowiem, ze G. przywiozl ze soba pistolet, wiec chlopaki, po ustawieniu tv, zaczeli strzelac do napredce narysowanej na kawalku dykty, tarczy... :/ Szlag mnie z lekka trafil, ale zem jest osoba kulturalna (hem, hem...) to nic nie mowilam, zajelam sie zmeczona hasaniem dzieciarnia i udawalam, ze nic a nic mi nie przeszkadza to, ze kolega zostal sobie u nas kolejne 40 min. Kiedy wreszcie laskawie odjechal, udalo mi sie odkurzyc chalupe, po czym okazalo sie, ze pomalu czas zaczynac wieczorne przygotowania do kapieli i spania Potworkow. I wtedy przyjechala ciotka M.! Myslalam, ze wyjde z siebie i stane obok! Przyjechala, spytala co porabiamy, a na nasze niesmiale bakniecie, ze wlasnie mielismy brac dzieci do kapieli, oswiadczyla, ze ojojoj, to ona nam nie bedzie przeszkadzac, po czym... rozsiadla sie wygodniej i zaczela nawijac! :/ I siedziala tak ponad godzine! Conajmniej trzy razy wtracalam w rozmowe o tej kapieli dzieci, o tym, ze padniete sa bo nie spaly w dzien, za to wyzyly sie na dmuchancach, dajac tym samym cicho do zrozumienia: zbieraj sie kobieto! Ona na to, zebysmy sie nia nie przejmowali, robili co trzeba, a ona sobie posiedzi. No jasne! Zostawie goscia samego w jadalni, a ja pojde w pizdu! Chociaz szkoda, ze nie mam takiego tupetu. Znacznie latwiej by sie mi zylo...
Na koniec wkurzyl mnie wlasny malzonek. O ile kolegi bowiem nie zatrzymywal i widzialam, ze sam czeka az G. w koncu sie zwinie, o tyle cioteczke jeszcze z 10 minut w drzwiach zagadywal! Tutaj juz nie zdzierzylam, poszlam nalewac wode, a w koncu wsadzilam Potwory do wanny i czekalam na M., ktory za ciotka wyszedl az na taras, zeby jeszcze obgadac z nia ostatnie arcy-wazne tematy... Jak przyszedl w koncu do tej lazienki, myslalam, ze oczy mu wydrapie! Oczywiscie dowiedzialam sie, ze przesadzam, bo nic takiego sie nie stalo... :/

Po niedzielnym maratonie bylam wiec mocno podminowana i tylko wspolnie obejrzany, kolejny odcinek Gry o Tron sprawil, ze poszlismy z M. spac w miare w zgodzie. ;)
Za to w poniedzialek, postanowilam poprawic sobie humor i z nadzieja, ze M. kiedys w koncu skonczy przygotowywac ziemie w warzywniku, podczas przerwy na lunch podjechalam do najblizszego ogrodniczego, z zamiarem kupienia sadzonek. Mocno sie jednak rozczarowalam, bo sadzonek ogorkow do kiszenia mieli tylko dwie. Co ja moge otrzymac z dwoch krzaczkow?! Baklazanow mieli jakas nietypowa odmiane, ktora tez mnie nie zachecila. Tylko papryki kupilam takie, jakie chcialam. Za to nie znalazlam nasion, a nie bylo tez w poblizu zadnego pracownika, ktorego moglabym o nie spytac. Ale nakupilam kwiatkow! :) Glownie jednorocznych, do doniczek, ale w koszyku znalazla sie tez hosta i inny kwiatek wieloroczny. oraz kilka workow ziemi i nowe rekawice. A! I srodki na owady, bo moje lilie znow zjadane sa przez te obrzydliwe, czerwone zuki. :/

(Bagaznik mojej wozidupki po zakupach :D)

Takze, z zakupow jestem calkiem zadowolona, chociaz musze objechac inne ogrodnicze, w poszukiwaniu reszty warzywek oraz jeszcze kilku kwiatkow. ;)

W poniedzialek po pracy znow odpuscilam M. kopanie w warzywniku, bowiem wiedzac, ze wtorek ma byc deszczowy, wolalam zabrac Potworki na plac zabaw. Tym razem wybralismy park, gdzie zawsze jest sporo dzieciakow. Czasem latem, tlok jest az nie do zniesienia, ale w poniedzialek, pewnie z racji pory (dotarlismy tam okolo 18), bylo tak wsam raz. :) Poraz pierwszy tez, do zabawy (czyli dzikiego ganiania) Potworkow probowal dolaczyc chlopiec nieco starszy od Nika, ale Bi zbesztala go "I don't want to play with you, I want to play with my brother!". Ojjjj... Probowalam interweniowac i przekonac, zeby dopuscic chlopca do zabawy, tym bardziej, ze maly poszedl smutny do swojej mamy, ale Bi pozostala nieugieta. Nie lubi (chociaz nie zna) tego chlopca i juz. Chwile pozniej zaczepila ja nieco starsza dziewczynka o polskich korzeniach, ktora rozpoznala nasz jezyk. Nie wiem czy zadzialal tutaj wlasnie wspolny jezyk, wspolna plec czy to, ze panienka byla na oko z 2 lata starsza, ale tym razem Bi juz chetnie wlaczyla sie do zabawy. Okazalo sie tez, ze znajomosc polskiego dziewczynki byla mocno ograniczona, ale wpol po angielsku i jakos sie dogadaly. ;) I chociaz koniec koncow Bi bawila sie wysmienicie, to we mnie pozostal jakis niesmak w zwiazku z tamtym chlopcem. Szkoda mi go bylo, ale zupelnie nie wiem czy powinnam surowo nakazac Bi sie z nim bawic? W sumie ma prawo wybierac sobie towarzyszy zabaw, ale zaskoczylo mnie takie stanowcze odrzucenie tamtego malego. Z tego co wiem, w przedszkolu bawi sie ze wszystkimi dziecmi, bez wzgledu na plec i wiek...

Na koniec zas, musze Wam napisac ostatnie, kokusiowe teksty. Jak wielokrotnie pisalam, Mlody ma fenomenalna pamiec i rzuca nam nieraz takie hasla, ze pokladamy sie ze smiechu. Zazwyczaj tez, maly skubaniec pamieta w jakiej sytuacji slyszal dane wyrazenie i powtarza je w bezblednym znaczeniu. Czasem jednak cos mu sie pomyli. ;)

W poniedzialkowy wieczor wracamy z placu zabaw, az tu nagle z tylnego siedzienia dochodzi nas westchnienie: "Jestem lozcalowany..."
Matka: "Rozczarowany? A czym?"
Nik: "Bo sie nabiegalem..."

Mysle, ze Nik mial na mysli wykonczony. ;)

Albo, kilka dni wczesniej. M. strofuje syna, ktory zdjal pizame oraz pieluche i lata po domu z golym tylkiem zamiast podjac probe naciagniecia majtek na cztery litery. Mlodszy odparowuje oburzony: "To jesce o nicym nie swiadcy!". :D

Medal dla tego, kto domysli sie, co Nik mial na mysli. Ja nie mam pojecia. ;)

A, jeszcze dwie ostatnie foty Potwornickich. Powyrastali z plaszczykow przeciwdeszczowych, ale zamiast nowych, zazadali parasolek podejrzanych u innych przedszkolakow.



Radosci bylo co niemiara! Oczywiscie teraz lataja po ogrodzie z parasolkami, bez wzgledu na to, czy pada desz czy swieci slonce. Okazuje sie tez, ze z parasolka mozna nawet jezdzic na rowerze. ;)



A przede mna jeszcze dwa dni w pracy (swoja droga - ale ten tydzien sie wleeeczeee...), a potem w koncu hamerykancka majowka! Poniedzialek mamy wolny, juhuuu!!! Co prawda planow konkretnych nie mamy, ale poniewaz ma nadal byc po 30 stopni, mysle, ze cos wymyslimy. A w najgorszym wypadku, w koncu poczynimy jakies postepy w pracach ogrodowych... ;)

piątek, 20 maja 2016

Z serii: w tym domu sie gada!, na dobre rozpoczecie weekendu oraz rodzicielskie chwalipiectwo

Dzisiaj bedzie krotko. Zazwyczaj spisuje powiedzonka Potwornickich przed dobrych kilka tygodni, a jak potem przychodzi do napisania posta, to czasem jakis tekst albo jest juz nieaktualny, albo nie pamietam w jakiej sytuacji padl. Dzis wiec tylko kilka tekscikow od mlodocianych teksciarzy. ;)


Nik: "Mamo, mamo, widzialem wenzia! Oglomnego!"
Matka (zywo zainteresowana, bo jak wiadomo, weze autentycznie sie u nas zdarzaja): "O! Naprawde?! Gdzie?!"
Malzonek (studzac moj zapal): "To byla dzdzownica..."


***

Bi (patrzac na moja bluzke z paskami poprzeplatanymi metalicznymi nicmi): "Podobaja mi sie te sparklies! Mamo, a jak bede duza, to bedziemy sie dzielic ta bluzka?"

Prosze. Ledwie 5 lat skonczyla, a juz rosci sobie prawa do mojej garderoby! ;)


***

Rano zadzwonila do mnie kolezanka z pracy, ze jej nie bedzie. Bi bardzo sie przejela.

"Mamo, ale jak ty teraz bedziesz pracowac?!"
Matka (lekko zbita z tropu): "Nooo, zwyczajnie, bede pracowac tylko z takim panem"
Bi: "Ale ta pani ci przeciez mowi jak masz pracowac!"
Matka: "Eee, nie..."

Gwoli wyjasnienia - ta kolezanka nie jest moja szefowa. :D Zupelnie nie wiedzialam jak wytlumaczyc 5-latce, ze kolezanka to nie nauczycielka w przedszkolu, ktora dyktuje co, kto, kiedy robi. Bo mam wrazenie, ze takie wlasnie skojarzenie miala Bi. ;)


***

Co nieco o mezowskim wspolczuciu. Gadamy o nadchodzacym urlopie, plazy, cieplym oceanie... Maz wspomina cos o kapielach morskich, na co ja, z moim wrodzonym fatalizmem:

"Nie wiem czy ja sie w ogole odwaze wejsc do tego oceanu! Jeszcze mi jakis rekin noge odgryzie..."
M. (niefrasobliwie): "No przeciez masz dwie!"

Jasne. Jak strace jedna, zostanie mi druga. Co za ulga! :D


***


Teraz pora na przechwalki. Niewiele mam okazji, zeby podejrzec czego Bi tak naprawde uczy sie w tym swoim przedszkolu. A zapytana, Bi odpowiada niechetnie lub twierdzi, ze nie umie/ nie wie/ nie pamieta, itd. Od czasu do czasu, w rozmowie albo zabawie, sama jednak wyskakuje z wiedza, o ktora bym jej nie posadzala. Tak sie sklada, ze w zaledwie minionym tygodniu, mialam dwie takie sytuacje.

Odprowadzam Bi rano do przedszkola. W sali jest tablica ze sporym napisem "STAR OF THE WEEK". Kazda literka wycieta z kolorowego papieru. Bi zaciaga mnie pod ta tablice i zaczyna dopytywac, pokazujac kolejne literki: "Lubisz to "es"? A lubisz to "ti"? A to "ej" lubisz?". Z "ar" miala problem, ale nastepnie zapytala czy lubie to "o" i ta literke obok (bo "ef" najwyrazniej tez jest jeszcze obce :D). Przezylam szok. Moja 5-latka rozpoznaje litery! Jeszcze troche, a zacznie skladac je w slowa, a wtedy nie bede mogla otworzyc przy niej bloga, bo wezmie i przeczyta! :D
W koncu jednak doszlysmy do slowa "week" i Bi, pokazujac na "w" spytala: "A lubisz to "em"?

Klasyczny blad przy nauce alfabetu. :D

Bibusiowe "lubisz" = "podoba ci sie".
To niestety czesta przypadlosc polakow mieszkajacych za granica. Takze, o zgrozo, tych ktorzy przyjechali tu jako dorosli. Wiadomo, ze angielskie "like" oznacza zarowno "lubie", jak i "podoba mi sie". I nie moge Bi wbic do glowy tego drugiego znaczenia. ;)

Chwalipiectwa ciag dalszy:

Bi bawi sie stara komorka, na ktorej mozna juz tylko wbijac cyferki oraz pstrykac (kiepskie) zdjecia. Starsza robi to pierwsze, czyli wciska po kolei klawisze, recytujac: "One, two, three...". I tak dalej, az doliczyla do 10. Matka podstepna zasmiala sie "O-o, nie ma guziczka z cyfra dziesiec!". A moje dziecko, zupelnie niestropione, wcisnelo 1-0 i pokazalo mi mowiac: "Teraz jest. Bo one i zero to ten.".

Szczeke zbieralam z podlogi pare minut. ;)

I tym optymistycznym akcentem Was zostawiam. ;) Mialam nadzieje zajac sie warzywnikiem, ale pogoda ma sie schrzanic idealnie na sobote oraz niedziele. Jesli deszcz okaze sie przelotny, moze cos porobie w zapuszczonej dzungi, znaczy sie ogrodzie. ;) Ma byc niestety raczej chlodno, wiec biore rowniez pod uwage, ze natura piecucha zatrzyma mnie w domu. ;) Dodatkowo, w niedziele jestesmy zaproszeni na kolejne urodziny. Tym razem zabieram obydwa Potwory i mialam zamiar wreczyc M. dluga liste ogrodowych prac-nie-cierpiacych-zwloki. Niestety, niedziela ma byc tym gorszym dniem, jesli chodzi o pogode... :/
Coz, jesli uzyskam jakiekolwiek rezultaty, pochwale sie w przyszlym tygodniu. ;)

wtorek, 17 maja 2016

Sceny z zycia smokow, eeee... Potworkow

Mialam jako dziecko ksiazke "Sceny z zycia smokow" i uwielbialam ja! Nie mam pojecia co sie z na stalo, ale musze pamietac, zeby podczas kolejnej wizyty w Polsce, ja odszukac.
O, takie wydanie do mnie nalezalo:


Zazwyczaj nie polecam na blogu ani ksiazek, ani zabawek, ale (tak przy okazji) do zakupu tej ksiazeczki bardzo zachecam (to NIE jest post sponsorowany! :D)! Mnostwo dobrego humoru i w dodatku napisana przez polska autorke! Przeznaczona jest raczej dla nieco starszych czytelnikow, nie zupelnych maluszkow, ale sadze ze np. Bi juz by sie spodobala. A jak nie teraz, to za rok - dwa. :)



To byla taka mala, ksiazkowa dygresyjka, a teraz do scen z zycia moich wlasnych Potworow. :)

Dziewczyny, wzrusza mnie bardzo, ze cieszy Was moja wieksza aktywnosc. ;) Majac tyle fajnych blogow do wyboru, Wy wypatrujecie moich tasiemcow... To chyba juz pachnie masochizmem. ;)

Kolega moj niestety - stety, wrocil wczoraj do pracy. Ja akurat sie poniekad ciesze, bo wreszcie mam do kogo gebe otworzyc. Bez J., siedze w pracy niczym pustelnik, zamknieta w klaustrofobicznym biurze i innych pracownikow widze tylko podczas lunchu. ;) Nie da sie jednak ukryc, ze powrot biurowego wspollokatora oznacza znow mniej postow...

Poniewaz jednak w pracy nadal wzgledny spokoj, cos tam poklikam. ;)

Za mna "interesujacy" weekend. W cudzyslowiu, bo nie robilismy nic specjalnego, poza wyrywaniem chwasciorow w ogrodzie oraz zwyczajowymi zakupami, sprzataniem i pichceniem. Za to Potwory dawaly czadu. ;) Czasem trudno powiedziec czy lepiej smiac sie, czy plakac z ich wybrykow. Najczesciej wybieram kompromis i wzdycham ciezko lub zgrzytam zebami. :)

Jak bowiem zareagowac np. na kupe w pampersie? Ja wiem, wychowuje dwojke dzieci od ich narodzin i nic co matczyne nie jest mi obce. Zafajdane pieluchy rowniez. Musze jednak przyznac, ze od kilku dobrych miesiecy nie zdarzyla nam sie taka watpliwa "niespodzianka". Zdazylam sie odzwyczaic. A tu mi moj TRZY i POL-letni syn przychodzi krotko po drzemce, razem z ciagnacym sie za nim smrodkiem... Bleee... Wiem, wiem, moj blad ze nie zdjelam mu pieluchomajtek zaraz po przebudzeniu... Ale, no wlasnie, od jakiegos czasu, po drzemce pieluchy zazwyczaj byly nieskalane nawet siuskami, wiec moja czujnosc zostala uspiona...
Coz, szukajac pozytywow, ponad trzylatek przynajmniej sam chce juz byc wytarty i przebrany, wiec lezy grzecznie, zadziera nogi jak trzeba i nie ucieka z brudnym pupskiem... Nie zmienia to jednak faktu, ze czynnosc byla malo przyjemna... ;)

Zebyscie nie pomyslaly, ze podnoszenie matce cisnienia to wylacznie domena Potwora Mlodszego. Kilka cennych godzin z mojego weekendu, spedzilam oczywiscie probujac (to kluczowe slowo) doprowadzic pomieszczenia w chalupie do stanu uzywalnosci. Miedzy innymi lazienki. Coz... Syzyfowa praca... Czlowiek pare godzinek pucuje, a lazienka wraca do stanu wyjsciowego w tym samym, jak nie krotszym, czasie... O ile zachlapane blaty oraz lustro jestem w stanie przelknac, ale juz to, ze przy myciu zebow, Bi specjalnie celuje wypluwana pasta, zeby kapnela na moj lsniacy kran, to juz cios ponizej pasa! :/

Zastanawia mnie tez fenomen "matki". Jak bardzo by nie byla ona zajeta, a ojciec w tym czasie zbijal baki, dzieci i tak beda truc glowe rodzicielce...
Taka sytuacja. Szykuje sie do wyjscia, czyli w praktyce miotam po lazience na wszystkie strony. Moj malzonek zas stoi w drzwiach tegoz przybytku, z rekoma w kieszeni i nawija. Nawet nie pamietam na jaki temat. Podchodzi Nik i... zupelnie ignorujac ojca przeciska sie do lazienki, po czym podstawia mi pod nos brudne rece! Nosz! Szlag mnie na cos takiego trafia i bardzo czesto w naszym domu mozna uslyszec warkniecie: "A ty dziecko nie widzisz, ze mama jest zajeta? Nie masz ojca?!".

Nik w miniony weekend zaliczyl jakis powrot do przeszlosci. Kupa w pieluchomajtach to raz. Zeby lepiej zrozumiec nr. "dwa", mala dygresja. Posiadanie dzieci nieco starszych, ma swoje zalety. Czlowiek juz tak namietnie nie chowa wszystkiego. Zabezpieczenie na drzwiach lazienkowej szafki jest, bo bylo i jakos tak zostalo. Ale na drzwiach szafek kuchennych, na ktore zadna blokada tak naprawde dobrze nie pasowala, juz od dawna nie zahaczamy obsesyjnie gumek, sznurkow, tasmy czy innych wynalazkow. Oczywiscie najbardziej niebezpieczne srodki, jak wybielacz czy plyn do odtykania rur, mam schowane w piwnicy. Ale reszta detergentow sobie lezy w szafce i Nik praktycznie sie nimi nie interesuje. Szybciej juz wyciagnie zmiotke oraz szufelke i "zamiata". Myslalam, ze zainteresowanie srodkami czystosci juz dawno za nami. Tymczasem postawilam na szafce pusta buteleczke po plynie do mycia, zeby pozniej ja wrzucic do recyklingu. I udalo mi sie przylapac mojego syna, jak wzial ta buteleczke, otworzyl korek, powachal, po czym... Zaczal zapalem oblizywac otwor! A kiedy czym predzej wyrwalam mu buteleczke z rak, jeszcza filuternie stwierdzil "Doble bylo!". :O

W zasadzie co ja sie dziwie, skoro kiedys przylapalam Bi, jak przed posmarowaniem buzi kremem, najpierw go polizala... :/

Matka Potworow za to bije rekordy w roztargnieniu. Szykujac w sobote dzieciakom ubrania, nie dosc, ze robilam to na raty (przeszkadzalo mi ciagle "Mama, chce mleko! Mama, a moge pomalowac? Maaamaaa, a jak zjadlam(em) sniadanie, to moge cukierka w nagrode?"), to jeszcze przynosilam nie te czesci garderoby co trzeba. Mialam doniesc Bi spodnie oraz skarpetki, a przynioslam, owszem, spodnie oraz: "Mamo, ale ja juz mam majtki!". Oooo... Pisalam o tym ostatnio Asi w komentarzu i prosze, znow to zrobilam! :D

Dobrze, ze chociaz maz i ojciec sie sprawil (ale ciii..., zeby nie przechwalic!). Musze go bowiem po-chwalic, ze warzywnik mi przekopal! Teraz usiluje go zachecic, zeby przywiozl ziemi ogrodowej oraz kompostu i to ladnie przemieszal z nasza "glina". Cos sie narazie opiera, a tu polowa maja juz leci... Mysle jednak, ze do weekendu to zrobi, a wtedy bede mogla wybrac sie do ogrodniczego i zajac sadzeniem, hej! :)

Poza tym, juz kilka razy przyuwazylam, tylko jakos zapominalam napisac, ze Potworki rozwijaja sie spolecznie. Oczywiscie dziala to tak pol na pol, bo rownie czesto przepychaja sie i tluka o wybrane zabawki czy lakocie. ;) Czasem jednak, coraz czesciej, sie dziela. Prym wiedzie tu oczywiscie Bi, bo po pierwsze jest starsza, a po drugie przedszkole tez zapewne pomaga w tym wzgledzie. Zawsze byla walka o to, kto rano zamknie Maye w klatce (wiem, wiem, jest sie o co klocic, ale matki kilkulatkow napewno rozumieja). Tymczasem kilka dni temu, kiedy Bi pierwsza klatke dopadla, a Nik rozdarl sie i zatupal nogami, spodziewajac sie zwyczajowej awantury, ruszylam do kuchni z zamiarem rozdzielenia Potworow. Nie zdazylam sie jednak wylonic zza winkla, kiedy uslyszalam Bi: "To chcesz zamknac gorny czy dolny zamek?". Nik (juz spokojnie - szok!) odpowiedzial, ze gorny, Bi stwierdzila, ze w takim razie ona zamknie dolny, po czym zgodnie psisko zamkneli i poszli sie ubierac. A ja zostalam schowana za scianka, ze szczeka do podlogi. ;)
Albo scenka samochodowa. W niedziele, jak zwykle zajechalismy po mszy na kawe, gdzie Potworki za grzeczne (powiedzmy) zachowanie w kosciele, wybrali sobie po malutkiej paczuszce slodyczy. Bi wybrala zelki, a Nik miniaturowe ciasteczka. Podczas drogi, Starsza wysypala i pogubila polowe zelkow, ale widzac, ze brat nadal ma kilka ciasteczek, zaczela marudzic, zeby sie z nia podzielil. Ku mojemu zaskoczeniu, Nik bez fochow oddal Bi pare ciastek. Szok, szok! Oczywiscie natychmiast zawolal: "Mama, podzielilem sie z Bi, jestem gzecny, plawda?". ;) Jednak nasze trucie do znudzenia o dzieleniu, gdzies tam dociera... :D
To nie koniec. Wczoraj, podczas jazdy z przedszkola, Bi udalo sie wygrzebac z zakamarkow fotelika pogubione zelki. Nik to dostrzegl i zaczal marudzic, ze on tez chce. Bi sie opierala, ale wtedy nawiazala sie dosc ciekawa dyskusja:
Nik: "Podziel sie ze mna!"
Bi: "Nie, to moje!"
Nik: "A ja sie z tobom podzielilem moimi ciasteckami!" (pamietal, skubany!)
Bi (stropiona): "Aaaa... No tak... prosze!"
Oddala mu pare ukochanych zelkow! Bez mojej ingerencji! Prowadzilam auto cichutko jak trusia i sie nie odzywalam. Nadal jestem pod wrazeniem, ze moje dzieci same dochodza do kompromisow i nie musze sobie gardla zdzierac, zeby zazegnac konflikt. Zeby moglo im to juz zostac! :D

A ostatnia "scena", jest matka nerwowo obgryzajaca paznokcie i siedzaca w pracy jak na szpilkach, bowiem wyslala Potwora Starszego na pierwsza, samotna wycieczke (przed)szkolna! Teraz jeszcze lepiej rozumiem co czula Stokrotka, wysylajac na takowa Stokrocie...
Niestety, wyruszali spod przedszkola dosc pozno, wiec nie mialam jak podejrzec jakim pojechali autobusem. Nie wiem czy byl to poczciwy, zolty schoolbus? Zakladam, ze nie, bowiem w liscie do rodzicow, panie zaznaczyly ze autobus bedzie wyposazony w odpowiednie foteliki. Schoolbusy zas nie maja nawet pasow, a o fotelikach mozna sobie pomarzyc! Zreszta, w swoim czasie pojezdzilam sobie takim zoltym autobusem i mowie Wam, ze to przezycie z rodzaju tych ekstremalnych! :D Sporo pewnie zalezy od kierowcy, ale autobusy te maja bardzo elastyczne zawieszenie i w rezultacie kolysze i rzuca je na wszystkie strony. To, plus brak pasow, czy nawet podlokietnikow, sprawia, ze czlowiek trzyma sie siedzenia z przodu niczym tratwy ratunkowej! ;)
W kazdym razie, mam nadzieje, ze droga minela przedszkolakom bezpiecznie (bo juz powinni byc na miejscu). Bi jeszcze w weekend urzadzila awanture, ze ona chce jechac z mama, a nie autobusem, ale wczoraj nagle zaliczyla zwrot o 180 stopni i odkad odebralam ja z przedszkola, powtarzala jak bardzo sie cieszy, ze jedzie na wycieczke. Nie wiem co panie jej naopowiadaly... Euforia trwala nadal dzis rano, ja przezornie nic juz o autobusie nie wspominalam i dziecko zostalo w przedszkolu cale w skurwonkach. ;) W to, ze bedzie sie dobrze bawic, nie watpie, bowiem pojechali na farme, ktora rodzinnie co roku odwiedzamy, a o ktorej juz tu pisalam. Mozna tam karmic zwierzatka, przejechac sie kucykiem, dodatkowo beda mieli przejazdzke wozem z sianem, wiec jestem pewna, ze zabawa bedzie przednia! Martwie sie tylko o dojazd oraz droge powrotna... I zeby mi tam dziecka nie zgubili. :/

Bedzie dobrze, nie? Bo znow zaczelam sie stresowac...

piątek, 13 maja 2016

"Przyjaciol przedstawiamy wam, wciaz cos woza tu i tam..."

Dziewczyny, bije rekordy! Nie tylko to drugi post w tym tygodniu, ale i juz czwarty w maju. A to dopiero polowa miesiaca! Poodpowiadalam nawet na prawie wszystkie zalegle komentarze! :)

Przyczyna mojej nietypowej ostatnio aktywnosci jest wyjatkowo cichy tydzien w  pracy oraz nieobecnosc kolegi z biura. Moge pisac (prawie) do wyrzygu i nikt mi nie zaglada przez ramie co robie! ;)

***
Wlasciwie, to chronologicznie, post o "Tomku" powinien byl sie ukazac jakies 2 tygodnie temu, bo bylismy tam ostatniego dnia kwietnia, ale wszystkie posty urodzinowo - Bibusiowe mialy niezaprzeczalne pierwszenstwo. :)

Co tu wiec najpierw o naszej wycieczce...

Moze to, ze wybierajac date, mialam farta jak jasna cholera! Bilety kupowalam z ponad miesiecznym wyprzedzeniem. Dzien wycieczki wybralam bazujac tylko na jednym: im pozniej tym lepiej. Chodzilo mi o to, zeby bylo mozliwie jak najcieplej. O ile lubie aktywnosc na swiezym powietrzu, o tyle jestem strasznym zmarzluchem. Zima, na narty czy snieg z dziecmi, wiadomo, jest zimnica, trzeba sie grubo przyodziac. Ale wiosna pogoda jest tak zmienna i nieprzewidywalna, ze stwierdzilam, ze skoro cala tomkowa atrakcja odbywala sie w 3 kwietniowe weekendy pod rzad, ja wybieram ten ostatni. 30 kwiecien, sobote. I cale, wielkie szczescie, ze nie 1 maja, niedziele! ;) Dlaczego? Ano dlatego, ze udalo nam sie wstrzelic w ostatni sloneczny i cieply dzien! Od niedzieli nastapil ponad tydzien zimna oraz deszczu... :)

Drugim fartem bylo dokladnie to, ze kupilam bilety tak wczesnie. Na stronie internetowej bylo jak byk napisane, ze mozna bedzie je tez kupic na miejscu, przy kasach. Tylko ze wtedy trzeba by bylo kupic to, co zostalo, a musicie wiedziec, ze sprzedawane byly na konkretna godzine odjazdu pociagu. Poniewaz zalezalo mi, zeby nie spedzac calego dnia w biegu, wstac rano bez pospiechu, wyjezdzajac kupic kawe (bez tego ani rusz!), itd., poza tym zeby dzieci sie w aucie zdrzemnely (taaa... zasneli 10 minut przed celem podrozy, a jechalismy tam prawie godzine), stwierdzilam, ze kupie je wtedy, kiedy jest ich jeszcze do wyboru, do koloru. I znowu: cale szczescie! Tydzien przed impreza weszlam z ciekawosci na ich strone i biletow zostalo: DWA! A kiedy dojechalismy na miejsce, wszedzie porozstawione byly tablice, ze przepraszaja, ale w tym roku, wyjatkowo, wszystkie zostaly wyprzedane przed festynem! Jakbym tak poczekala, to musialabym albo lapac jakies "ochlapy", albo zostalabym z niczym... A przyznaje, ze mocno sie zastanawialam... Ponad miesiac, myslalam... Cokolwiek moze sie zdarzyc i pokrzyzowac nam plany... Ale w koncu doszlam do wniosku, ze na dobra sprawe w sam dzien imprezy dzieci moga sie obudzic z goraczka albo sraczka, wiec co za roznica. ;)

Mielismy kolejnego farta, dotrwalismy do dnia atrakcji, dzieciaki wytrzymaly w zdrowiu, pojechalismy. Tak naprawde nie bardzo wiedzialam czego sie spodziewac. Na stronie bylo napisane, ze calosc imprezy odbywa sie na zasadzie festynu, a przejazdzka Tomkiem to tylko jedna z atrakcji. Dodatkowo, cala impreza odbywala sie na terenie muzeum kolei parowej, wiec liczylam, ze sama tez zobacze cos ciekawego. Nie wiem w takim razie, dlaczego bilety sprzedawano bazujac na godzinie odjazu tomkowego pociagu. Ktos mogl nie zalapac sie na przejazdzke, ale zostala jeszcze cala impreza oraz muzeum... Ale to tak nawiasem mowiac...

A jak bylo? Eeee... Powiedzialabym, ze slabo, ale Bi sie ewidentnie baaardzo podobalo, wiec niech bedzie, ze srednio... ;)

Samo muzeum mnie rozczarowalo. Maja bardzo ladnie odrestaurowana zabytkowa stacyjke. Kilkanascie starych wagonow. Ale samych ciuchci, ktorych bylam bardzo ciekawa oraz ktore chcialam pokazac dzieciom, widzialam TRZY. W tym jedna w stanie mocnego rozparcelowania... I cala szope luznych czesci, ktore moga byc interesujace tylko dla jakiegos znawcy - amatora. I to ma byc muzeum kolei parowej??? Toz kolej parowa to przede wszystkim lokomotywy! E no, zawiedziona bylam... ;) Mozliwe oczywiscie, ze na czas festynu czesc "eksponatow" zostala pochowana. Potrzebny w koncu byl im duzy, pusty plac... Wyglada jednak na to, ze muzeum koncentruje sie glownie na komercyjnej czesci dzialalnosci. Na wiosne maja bowiem festyn z "Tomkiem", w grudniu przejazdzki z Mikolajem. Latem organizuja jazde na przystan, gdzie ludzie przesiadaja sie do zabytkowej, parowej lodzi i plywaja po rzece. Oprocz tego, w pazdzierniku maja przejazdzki krajobrazowe dla milosnikow natury i jesiennych lisci, a w weekendowe wieczory, romantyczne kolacje w "Warsie". A! jest tam tez ogromny sklep z pamiatkami, a jak! :)
Ale samych lokomotyw maja niewiele...

Jesli jednak macie dzieciaki w wieku 4-8 lat kochajace "Tomka i Przyjaciol" i niestraszne Wam dzikie tlumy oraz stanie w dlugasnych kolejkach, to taki festyn moze byc atrakcja dla Was! :D

Ten caly "Tomek" to niezly chwyt reklamowy, bo oprocz polgodzinnej przejazdzki pociagiem oraz irytujacej muzyczki z bajki, puszczanej przez glosniki, wlasciwie niewiele bylo z tematyki samej bajki. Stal Piotrek, ale nie jezdzil. Mozna bylo sobie zrobic z nim zdjecie, ale odplatne, poza tym oblegany byl przez takie tlumy, ze zrezygnowalismy. Gruby Zawiadowca podobno gdzies krazyl, ale spedzilismy tam ponad 2 godziny i nie udalo nam sie go dostrzec. Podobno gdzies mial byc kacik do rysowania oraz budowania z klockow o tomkowej tematyce, ale tego tez nie udalo nam sie odnalezc.

Reszta byla po prostu ogromnym festynem z atrakcjami przeznaczonymi dla maluchow, budkami z zarciem, itd. Mysle, ze dziecko starsze niz 7-8-letnie wynudziloby sie tam strasznie, bo nawet karuzele byly male i wolne, przeznaczone dla mlodszych milusinskich.
Za to ze zgroza dostrzegalam w tlumie ludzi z niemowlakami oraz roczniakami. Jak to ostatnio pisalam Lahanie w komentarzu, bylam w szoku. Czesc miala dodatkowo starsze dzieci, wiec oczywiscie przyjechali tam dla nich. Ale wielu mialo ze soba tylko to jedno, malutkie dziecko, ktore plakalo rozdraznione halasem, albo ciagle uciekalo i wrzeszczalo wnieboglosy, bo wolalo biegac w kolko niz stac w kolejce na karuzele... Nie wiem, moze to tylko ja, ale dla mnie takie maluszki bardziej by skorzystaly na spacerze w parku lub na placu zabaw. Nie wierze, ze kilkunastomiesieczne dziecko moglo miec jakakolwiek frajde z takiej imrezy. No, ale w sumie to nie moja broszka. Mnie tylko zal bylo tych wymeczonych na maksa maluchow...

Zreszta, nawet z dwojki naszych Potworkow, mlodszy delikwent mial atrakcje w nosie. A ma przeciez juz skonczone 3 lata, uwielbia ogladac "Tomka", zna na pamiec cale dialogi z bajki oraz imiona wszystkich bohaterow, posiada cala kolekcje pociagow, bluzeczki, ksiazeczki i Bog wie co jeszcze... Ktos pomyslalby, ze to wymarzony kandydat na tego rodzaju festyn... Niestety, Nik byl wyraznie znudzony i lekko zdezorientowany. Zobaczyl Piotrusia, ucieszyl sie, pomachal, po czym gotow byl wracac do domu. :D Szybko okazalo sie, ze na kazda przejazdzke karuzela trzeba bylo czekac dobre 10 minut w kolejce. Bi stala z usmiechem, tylko od czasu do czasu pytajac czy dlugo jeszcze. Nik... chodzil w kolko, dlubal w nosie, probowal odbiegac od nas i jeeeeczaaaal... Matko, ile on sie najeczal... Niestety, stwierdzilismy z M., ze Mlodszy po prostu do takich atrakcji jeszcze nie dorosl... Szybko tez okazalo sie, ze nawet jak juz odczekalismy swoje w kolejce, Nik cieszyl sie tylko do momentu, az karuzela ruszyla.


(Tu jeszcze usmiech :D)

A potem uderzyl w placz, ze on chce wysiadac! Jak na zlosc, tylko na jedna karuzele dzieci wsiadaly z rodzicami, reszta byla tak mala, ze miescila tylko maluchy... Dobrze, ze dzieciaki byly przypiete pasami, bo Nik jak nic probowalby wyskoczyc w biegu. ;) A tak, przy kazdym okrazeniu tylko patrzyl na nas przerazony i wolal, ze on chce juz wyjsc! No, traume dziecku zafundowalismy! :D Potem zgodzil sie juz wsiasc tylko na jedna karuzele ze mna, a nastepnie z Bi.



Ale nawet obecnosc siostry nie pomogla. Po bodajze trzecim okrazeniu, Nik przestal sie usmiechac, za to zaczal wolac, zeby TO wylaczyc. ;)

Za to Bi chlonela atmosfere festynu pelna piersia! Dlatego wczesniej napisalam, ze to atrakcja dla dzieci tak od 4 roku zycia. Kazdy maluch jest oczywiscie inny, ale Bi jakos tak rok temu zaczela dojrzewac, zeby cieszyc sie z poznawania nowych miejsc i probowania nowych aktywnosci. Tylko dla niej spedzilismy tam az dwie godziny, bo Starsza byla zachwycona i chciala koniecznie sprobowac kazdej atrakcji! :)


(To bylo cos na ksztalt toru przeszkod. Kolo, przez ktore przechodzi Bi sie krecilo, ale Starsza przeszla przez nie bez wahania :D)

Dla niej wlazlam nawet na gigantyczna zjezdzalnie i zjechalam na worku. Mam lekki lek wysokosci i chociaz z dolu nie wygladalo to zle, w miare wdrapywania sie pod gore, coraz bardziej krecilo mi sie w glowie. Bi miala radoche, a ja tak naprawde koncentrowalam sie tylko na tym, zeby nie patrzec w dol. ;) Kiedy zjechalysmy, Starsza zakrzyknela "A zjedziemy jeszcze raz?!". Mnie zas sie zoladek przekrecil ("Tym razem jedzie ojciec" - pomyslalam), ale na szczescie wizja czekania w kolejce od nowa, skutecznie odstraszyla nawet moja corke. ;) Bi rowniez chciala koniecznie dotknac i pomacac kazdy napotkany wagon oraz lokomotywe i bardzo byla rozczarowana, ze nie mozna do nich wsiasc... :)



Przejechalismy sie oczywiscie pociagiem ciagnietym przez Tomka. Glownie dlatego przeciez tam pojechalismy. Szkoda tylko, ze z wagonu, Tomka zupelnie nie bylo widac. :)


(Nik od niedawna stal sie Krolem Glupich Min)

My - staruszki, mielismy akurat frajde (lata cale pociagiem nie jechalam!), ale Potworki wysiedzialy te 30 minut tylko dzieki calemu plecakowi przekasek. ;) Jechalismy naprawde fajnym, zabytkowym wagonem, obitym drewniana boazeria.


Najwieksza wada przejazdzki bylo jej tempo. ;) Pociag mial wyznaczona trase, ktora byla dosc krotka, wiec zeby wydluzyc ja w te pol godziny, wlokl sie w slimaczym tempie. Serio, zeby podroz byla nieco bardziej ekscytujaca, powinien byc halas, stukot kol po szynach, a tu nic. :( Nic dziwnego, ze dzieciarnia sie nudzila i z tego co widzialam w wagonie, to nie tylko nasza... Po przejazdzce zaciagnelismy dzieciaki na przod, zeby pokazac im, ze rzeczywiscie ciagnal nas "Tomek". ;) Tutaj znow porazka. Ciuchcia zablokowana, bezposredni dostep tylko dla tych, ktorzy chca pamiatkowe (platne) zdjecie. Trudno, zrobilam Potworkom zdjecie zza plota. :D


(Kokus trzyma nawet miniaturke "Tomka")

Kolejna zalamka byly toalety, a wlasciwie ich brak. Na caly ten tlum (spokojnie bylo tam kilkaset ludzikow) byly tylko 4 przenosne TOiTO'iki (tak to sie zwalo?). Ilosc osob przewijajacych sie przez nie, skutecznie nas odstraszyla. Pierwsza rzecza, ktora zrobilismy po powrocie do auta, bylo wbicie w nawigacje poszukiwanie najblizszego McDonald's, Dunkin' Donuts, albo innego czegos. Wszystko jedno, byle toaleta byla. Czysta. :) Dzieciarnia na szczescie wytrzymala bez wpadek...

I wlasciwie tak moge zakonczyc opowiesc. Bi sie podobalo. Od czasu do czasu przypomina jej sie i nalega, zeby znow tam pojechac. Na nic moje tlumaczenia, ze tomkowy festyn odbywa sie tylko raz do roku... Na szczescie jej uwage zaprzata teraz glownie odliczanie do urlopu oraz wakacji u babci, czyli u dawnej opiekunki. Przedszkole bedzie bowiem zamkniete od polowy czerwca, a wtedy Bi wroci pod opieke Pani Marysi. Do wrzesnia. ;)
Nik na temat festynu nie wspomina NIC, wiec wnioskuje, ze nie przypadl mu do gustu, co zreszta bylo widac. :)