Czas opisac przeboje z urodzeniem Nika. Jak to sie stalo, ze skonczylo sie cesarka? Odpowiedz moglabym zmiescic w jednym zdaniu, ale nie bylabym soba, gdybym odmowila sobie przyjemnosci gledzenia, wiec do dziela. :)
Wywolanie porodu mialam wyznaczone na poniedzialek, 10 grudnia. W piatek lekarka zbadala mnie i stwierdzila, ze mam juz 3 cm rozwarcia, wiec nie musialam przyjezdzac do szpitala w niedziele, tylko w poniedzialek. W piatek wieczorem odpadl mi czop sluzowy i zaczelam sie zastanawiac czy w ogole dotrzymam do poniedzialku. Jak widac dotrzymalam. :) W szpitalu mialam sie stawic o 5:30 rano. Wszystko mielismy dograne, moj tata mial przyjechac o 5 zeby zostac z Bi. A tu niespodzianka, o 1:43 (pamietam bo spojrzalam na zegarek i utkwila mi ta godzina w pamieci) odeszly mi wody. Przy okazji, kilka dni wczesniej przeczytalam w jakiejs madrej ksiazce, ze jesli nawet wody odchodza, to zazwyczaj jest to malutki strumyczek. Hehe, jasne, nie u mnie! Jak chlusnelo to w sekunde materac byl przemoczony! Co gorsza, chlustalo przy kazdym moim ruchu. Musialam M. tracic lokciem, zeby przyniosl mi recznik, ktory wcisnelam sobie miedzy nogi i tak spedzilam reszte czasu w domu. W sumie przemoczylam kompletnie 2 zanim wyjechalam do szpitala. :) W miedzyczasie zaczelam miec skurcze. Wszystko wydawalo sie byc na dobrej drodze do szybkiego, naturalnego porodu. Do szpitala dojechalismy okolo 3. Skurcze mialam regularne i coraz mocniejsze i kiedy mieli mi zaczac podawac oksytocyne o 6 stwierdzilam, ze wole zostawic wszystko naturalnemu biegowi. Szczegolnie, ze M. wlasnie wychodzil, zeby ubrac i nakarmic Bi i zawiezc ja do opiekunki (moj tata, oprocz zabawy z wnuczka, nie umie sie nia wlasciwie zajac. :) ). Niestety, jakas godzine pozniej skurcze zaczely slabnac, a w koncu zanikly zupelnie... Kiedy M. wrocil okolo 9, zapadla juz decyzja o podlaczeniu do oksytocyny. Na poczatku wszystko szlo w miare dobrze. Stezenie oksytocyny roslo, skurcze byly coraz mocniejsze, w koncu doszlam do 6 cm rozwarcia i bol byl na tyle mocny, ze stwierdzilam, ze po co sie dalej meczyc, skoro i tak wiem, ze w koncu wezme to znieczulenie, wiec czemu nie akurat wtedy? Problem zaczal sie kiedy nagle skurcze zaczely zanikac, mimo ciagle zwiekszanej dawki oksytocyny. Wezwany lekarz stwierdzil, ze juz kiedys widzial cos takiego, kiedy pacjentka miala infekcje drog rodnych. U mnie w tym stadium infekcji nie bylo widac, wiec podjeli decyzje o dalszym "podkrecaniu" oksytocyny i obserwacji co sie bedzie dzialo. W miedzy czasie M. pojechal odebrac Bi od opiekunki i zawiezc do dziadka, wrocil, a za pare godzin pojechal, zeby ponownie nakarmic mala i polozyc ja spac. I wlasnie podczas jego ostatniej nieobecnosci dostalam goraczki. Lekarz natychmiast stwierdzil, ze jego teoria o infekcji sie potwierdzila. Najwyrazniej to bylo przyczyna odejscia wod, a infekcja oslabiala reakcje macicy i skurcze miesni. Od razu zaczeli mi podawac dozylnie antybiotyk i lekarstwo na zbicie goraczki. Niestety, zanim podzialalo, malemu niebezpiecznie podskoczylo tetno i tak zostalo, wiec i na niego goraczka zle podziala. Decyzja lekarza byla natychmiastowa: cesarka. Mimo, ze wraz ze spadkiem goraczki, tetno Nika rowniez opadlo, skurcze nadal byly za slabe zeby rodzic i doszlam zaledwie do 7-8 cm rozwarcia. A w tym momencie doszli juz do maksymalnego stezenia oksytocyny i zeby cokolwiek zrobic musieliby wszystko odlaczyc i zaczac od poczatku, od najnizszej dawki. Oznaczaloby to kolejne kilkanascie godzin zanim doszliby do odpowiedniego stezenia, a nie bylo powiedziane, ze moja przemeczona macica bedzie wspolpracowac. Doktorek nie chcial ryzykowac zdrowia dziecka, a ja, jakkolwiek bym nie chciala rodzic naturalnie, musialam sie z nim zgodzic. Wody odeszly mi wiele godzin wczesniej i nie wiadomo bylo gdzie wlasciwie umiejscowiona byla ta infekcja (nic nie znalezli). Nie bylo na co czekac. Ledwo zdazylam zadzwonic po M., zeby spytac gdzie jest, bo przewoza mnie na sale operacyjna. Na szczescie byl juz pod szpitalem. Ledwo zdazyl. :)
No i tak to sie odbylo. Poniewaz mialam juz znieczulenie, od przewiezienia mnie na stol, Nik urodzil sie w doslownie 10-15 minut, a i tak wydaje mi sie, ze sie specjalnie nie spieszyli, ze wszystko moglo odbyc sie znacznie szybciej.
A teraz dla tych, ktorzy zastanawiaja sie nad wyzszoscia cesarki nad porodem naturalnym. Przezylam oba i obydwa maja wady i zalety, ale ja wole porod naturalny. Czulam sie niesamowicie bezradna lezac na stole operacyjnym, patrzac na swiatla nad glowa, z rekoma rozlozonymi szeroko i wszystkimi konczynami przywiazanymi do tegoz stolu (po co? Nie mam pojecia, raczej nigdzie byl nie uciekla). Bylam prawie nieprzytomna z nerwow i trzeslam sie jak galareta. Nawet obecnosc M. nie pomogla, ledwo kontaktowalam co do mnie mowia. Zreszta nawet M. twierdzi, ze pytal mnie o cos, a mi tylko oczy lataly na wszystkie strony i nawet mu nie odpowiedzialam. Ja nawet nie pamietam pytania. Co do samego zabiegu, to odbyl sie szybciutko, dluzej zajelo im zszywanie. Nika pokazali mi tylko krotko nad zaslonka i zaraz go zabrali, ale poniewaz darl sie jak opetany, to wiedzialam, ze wszystko z nim ok. Troche straszne jest, kiedy po zakonczeniu zaczynali liczyc wszystkie narzedzia, waciki, itp. zeby upewnic sie, ze nic nie zaszyli w srodku. :) Aha, i zanim zaczeli mnie ciac sprawdzali czy jestem dobrze znieczulona i nakluwali mnie to tu, to tam pytajac czy cos czuje. I w ktoryms miejscu az podskoczylam, tak mnie zaklulo! Ale chyba specjalnie wybrali miejsce, w ktorym powinnam byla miec czucie, bo specjalnie sie nie przejeli. :) Za to slyszalam opinie, ze bol naciecia jest nie do zniesienia i trudno jest sie potem poruszac. Ja nie moge na to za bardzo narzekac. Przez pierwszy tydzien strasznie bolal mnie brzuch, ale dopiero po jakims czasie dotarlo do mnie, ze ten bol to po prostu kurczaca sie macica. Po pierwszym dziecku az tak tego nie odczulam, ale pielegniarki powiedzialy, ze zazwyczaj z kazda kolejna ciaza jest troche gorzej. Dla mnie bylo o WIELE gorzej. Nie moglam dotknac brzucha! I to na to bralam tabletki przeciwbolowe. I tez nie duzo, bo tylko na noc, zeby lepiej wypoczac. A samo naciecie zaczelo mnie kluc i ciagnac dobry tydzien po porodzie, ale tylko jesli za duzo sie ruszalam, albo za gwaltownie zerwalam sie z miejsca. Zreszta do dzis jesli sie przeforsuje, zaczyna mnie kluc, ale da sie zniesc.
No i, pomijajac moja niechec do noworodkow, pytam sie mojego meza, jak ja mam sie zdecydowac na trzecie dziecko (bo tak, M. marzy sie trojeczka)? Przezylam dwa porody, kazdy inny, ale obydwa niosace spore ryzyko dla mnie i dla dzieci. Gdybym rodzila 100 lat temu, zadnego z porodow raczej bym nie przezyla, dzieci rowniez. Taaak, czas chyba skonczyc sie rozmnazac... :)