W sobote, 28 marca, wszyscy moglismy pospac do woli. Tak, nawet M. z sukcesem zaliczyl choc jeden miesiac, gdzie musial wziac wszystkie soboty wolne zeby miec wymagane 4 dni. Obawiam sie, ze w kwietniu, z racji Wielkanocy, juz tak pieknie nie bedzie. ;) Oczywiscie dla kazdego z nas, spanie do woli oznaczalo co innego, bo malzonek zerwal sie tuz po 6, Bi po 7, a moj budzik zadzwonil o 8:30, ale przysnelam do 9, po czym wpakowala mi sie na klate Oreo, wiec grzecznie nie ruszalam sie az zejdzie.
Ostatecznie zwloklam sie o 10, ale kiedy zajrzalam do Kokusia, ten spojrzal na mnie nieprzytomnie, po czym... zakryl glowe koldra i poszedl dalej spac. :D Nie dziwie sie, bo kiedy kladlam sie w piatek wieczorem, bylo po polnocy i kawaler nadal nie spal. Co prawda Bi tez nie, a jednak zerwala sie skoro swit, ale ona to jest urodzony ranny ptaszek. ;) Kiedy zjadlam i ogarnelam higiene osobista, chwycilam jak zwykle za odkurzacz oraz mopa, zeby doprowadzic parter do jako takiego stanu. Ogolnie dzien minal troche bezjajowo, bo poza sprzataniem, obejrzalam obowiazkowo skoki narciarskie, poskladalam jedno pranie, wstawilam kolejne, a do tego musielismy oczywiscie zaliczyc kosciol. Kolejnego dnia miala byc niedziela palmowa, wiec msza byla jedna z moich najmniej lubianych - niemozliwie dluga, a czytanie na role meki panskiej rok w rok sprawia, ze mam ochote kogos ugryzc. ;) Zgrzytajac zebami, ale jakos sie przemeczylam, po czym mozna bylo wrocic do chalupy i napalic w kominku. Ostatnio mamy straszne wahania temperatury i w sobote byly tylko 3 stopnie, a przy tym porywisty wiatr, ktory sprawial, ze odczuwalna temperatura byla jeszcze nizsza. Po wzieciu prysznica, z blogoscia zasiadlam przy ogniu zeby powygrzewac stare kosci. Przy sprzataniu naszla mnie refleksja, ze kompletnie nie czuje Swiat i nie jestem na nie gotowa. I to doslownie. Poniewaz zaraz po Wielkanocy wyjezdzam, nie wyciagnelam ani jednej ozdoby swiatecznej, zeby potem zajace i jajka nie walaly sie bez sensu. Jakies tam zakupy porobilismy z M.; on w Polakowie, ja w zwyklym supermarkecie. Caly czas mam jednak wrazenie, ze o czyms nie pamietam. Na szczescie nie bedzie nas duzo, bo tylko nasza czworka, chrzestny Potworkow oraz jego "dziewczyna". Moj tata bedzie w Polsce, gdzie zreszta zaplatal sie na Wielkanoc przez przypadek. Twierdzi ze spojrzal w kalendarz kiedy rezerwowal bilet, specjalnie zeby ominac Swieta, ale popatrzyl na zly rok. Nie wiem jak to mozliwe. :D Do tego, przez robote, nie moge na spokojnie posprzatac w chalupie, wiec obawiam sie, ze nie bedzie sie prezentowac tak, jak powinna. Pracuje nawet w piatek, choc planuje zostac w domu, wiec moze co nieco zaczne przygotowywac, miedzy zerkaniem w kompa. Tak naprawde, zamiast myslec o swiatecznych przygotowaniach, po glowie krazy mi lista rzeczy do spakowania. Do bani ze pomiedzy pichceniem oraz pieczeniem babek, bede musiala pakowac walizke. :/
Niedziela zaczela sie identycznie jak sobota. Obudzilam sie, a kiedy jeszcze dolegiwalam w lozku, wladowala sie do niego Oreo i nie "pozwolila" mi wstac az prawie do 10. ;) Pozniej juz sniadanie i ogarnianie sie, ale totalnego snucia nie bylo, bo na 11 musialam zawiezc Bi na szkolne boisko. Mlodziez dostala opcje dodatkowego treningu. Irytujace bylo, ze trenerzy wczesniej powiedzieli ze w weekend, ale ze dadza znac ktorego dnia i o ktorej godzinie. W piatek nic nie przyszlo, w sobote rano tez, wiec zalozylismy ze jednak sie nie odbedzie. Tymczasem w sobotni wieczor, kiedy akurat jechalismy do kosciola, Bi dostala maila ze ma byc on kolejnego dnia o 11 rano. Planow zadnych nie mielismy, wiec wzruszylam ramionami, ze ok, moge ja zawiezc, choc nie znosze takiego zawiadamiania na ostatnia chwile. Odwiozlam wiec corke pod szkole i wrocilam do domu, ale nie dane mi bylo w nim dlugo posiedziec, bowiem na 12:15 musialam zawiezc syna na urodziny kolegi.
Rodzice chlopaka zebrali bande 13-14-latkow i zabrali ich na go karty. Nik oczywiscie zachwycony, ja troche mniej taka jazda w kolko. Zeby bylo smieszniej, wrocilam znow do chalupy o 12:25, chwile pozniej przyjechal moj tata, a o 13 Bi konczyla trening i trzeba bylo ja odebrac! Na szczescie, mniej wiecej w tym samym czasie co dziadek, dojechal z pracy M., wiec pojechal po corke. Panna wrocila zachwycona, opowiadajac z entuzjazmem o treningach i jak to ona kocha skakanie o tyczce. Hmmm... slyszalam juz kiedys podobne zachwyty o pilce noznej, a nastepnie o plywaniu. W obu przypadkach dosc szybko sie skonczyly... ;) Dziadek przyjechal pozniej, wiec posiedzial prawie do 16. Wkrotce po jego odjezdzie, mama kolegi napisala, ze juz wracaja i za chwile beda w domu. Malzonek polozyl sie wczesniej na drzemke, wiec pojechalam po Kokusia. Kiedy dojechalam, gromada grala na podjezdzie w kosza.
Zabralam syna, wrocilismy i mialam wrazenie, ze dopiero wtedy zaczela sie moja niedziela. ;) Bylo troche relaksu na kanapie, ale tez trzeba bylo sie szykowac do roboty. Szczegolnie, ze zgodnie z wytycznymi, nawet gdybym chciala, po pracy z domu w piatek, nie moglam pracowac zdalnie w poniedzialek. :D
Zerwalam sie po 6, choc nie bylo zle, bo po weekendzie zawsze jestem wypoczeta, wiec nie mam problemu ze wstaniem. Zebralam sie, zgarnelam mlodziez, rozwiozlam ich po szkolach, po czym pojechalam do biura. Tam poczatkowo bylam sama, ale w ciagu kolejnej godziny pojawily sie dodatkowe "az" 4 osoby. ;) Na lunch nawet zasiedlismy razem z jedna dziewczyna i chlopakiem, wiec mozna powiedziec ze mialam namiastke zycia towarzyskiego. ;) Dzien ogolnie jednak mijal na walce z problemami technicznymi. Mam obecnie otwarte 5 roznych "bilecikow" u ludzi z IT. Najgorsze, ze przy kazdym mialam juz przynajmniej jedna rozmowe z panem/pania technik i nie mogli naprawic tego, co sie popsulo, wysylalam wiec kolejne wiadomosci, albo dzwonilam proszac o dalsze wsparcie. Zalamka. :/ Tymczasem kolega z poprzedniej inspekcji pytal o szczegoly z tego, co sprawdzalam, a ja nie moglam otworzyc swoich notatek. :/ Poznym popoludniem, w koncu zadzwonil ktos kumatszy i naprawil mi jedna sprawe, wiec moglam koledze przeslac dane, o ktore prosil. Choc musze nadmienic, ze wczesniej napisal mi zebym mu strescila doslownie 1-2 zdania o tym, co sprawdzilam. Wyslalam mu to juz w poprzedni poniedzialek, a on teraz nagle prosi o jakies szczegoliki! No, zdecyduj sie chlopie! Drugi problem techniczny naprawilam sama. :D Byl nim taki test, o ktorym pisalam juz chyba, ze nie otwieral sie poprawnie i kompletnie zawieszal mi laptopa. Ten test jest ponoc tak skonstruowany, zeby nie mozna sie bylo polaczyc do niego zdalnie (choc ja i tak robie to przez internet, wiec nie wiem o co biega) i ma roznorakie zabezpieczenia przed oszustwami. Rozni ludzie z IT kombinowali, kazali zmienic przegladarke, itd. Mnie zas zastanawialo dlaczego, kiedy probuje test otworzyc, on pokazuje sie na drugim ekranie, ktory mam w biurze, zas ekran laptopa robi sie czarny. Ten drugi "telewizorek" mam ustawiony zeby pokazywal dokladnie to samo, co mam na laptopie i uzywam go po prostu zeby powiekszyc sobie obraz i trzcionke, bo moj laptop jest malusienki, a ja slepa. ;) W kazdym razie, kiedy wszelkie proby komputerowcow zawiodly, postanowilam zrobic maly eksperyment. Odlaczylam drugi ekran, ale tez odlaczylam kabel z sieci. Pisalam juz chyba bowiem, ze budynek jest stary i nie mamy wi-fi, tylko podlaczamy sie kablem, jak za starych, dobrych czasow. ;) Tak wiec, polaczylam sie z netem za pomoca telefonu, odlaczylam drugi ekran i... test zadzialal! Ha! Nie wiem czy chodzilo o siec; podejrzewam raczej ze to ten drugi ekran cos mieszal, ale najwazniejsze ze dziala. Babka, z ktora sie ostatnio komunikowalam, przyslala mi kolejny, "probny" test i tez otworzyl sie bez problemu. Zastanawiam sie tylko czy na pewno wszystko "naprawilam", bo u nas wszyscy maja dodatkowe ekrany w biurach, a nikt nie zglaszal takiego problemu. No, ale teraz nie bede sie o to martwic; pomartwie sie jak bede musiala odhaczyc faktyczny egzamin. ;) Po pracy zajechalam w korkach do chalupy, ale tylko weszlam i musialam z corka jechac do obuwniczego. Panna potrzebowala buty do biegania na lekkoatletyke, choc spodziewalam sie ze bedzie potrzebowac takich z kolcami, a jednak nie. Musiala miec jednak cos dobrze dobranego do stopy i z porzadna amortyzacja. Ze szkoly dostalam maila, ze maja podpisana umowe z pobliskim sklepem ze sportowym obuwiem i dostaja znizke. Naiwnie pojechalam tam i myslalam, ze padne z pustego smiechu. Znizka na zawrotne $10, zas ceny obuwia powyzej $160. Wymierzyli Bi noge na wszystkie strony, specjalna maszyna oznaczyla gdzie stawia najwiekszy nacisk przy chodzie, itd. Za te wszystkie elektroniczne pomiary i cuda niewidy jednak sie placi. :/ W dodatku, Bi ma mala stope, ale dosc szeroka. Pierwsze kilka par okazalo sie za waskie. W koncu pan doszukal sie szerszych, ale w rozmiarze panny byly tylko dwie pary do wyboru. W jednej cos Bi uwieralo, wiec skonczylo sie na drugiej. Ona zachwycona, bo marka Hoka, o ktorej marzyla dlugi czas, ja mniej, bo portfel zaplakal. Z ta powalajaca na kolana znizka, zaplacilam $176. :O Pocieszam sie tylko, ze pannie juz stopa nie rosnie, wiec buty powinny starczyc jej na dlugo. Nie sadze zeby zdarla je kompletnie w czasie jednego sezonu lekkoatletyki. Obawiam sie tylko, ze kiedy zaczna sie zawody, Bi zacznie jeczec jednak o buty z kolcami, zeby miec lepsza przyczepnosc. Niby nie sa wymagane, ale kolezanki maja, wiec... ;) Wpadlysmy do domu akurat zeby przypomniec Kokusiowi ze ma trening. Mial go zawiezc M., ale ze nie jechal cwiczyc, a ja nawet sie jeszcze nie rozebralam, wiec sama go zabralam. Pozniej moglam w koncu wejsc do chalupy na nieco dluzej i zjesc obiad, albo raczej obiadokolacje, bo byla 18:45. :D Malzonek poszedl spac, wiec godzine pozniej pojechalam po syna.
Myslalam, ze wpadne kiedy juz beda sie przebierac, ale okazalo sie, ze zalapalam sie jeszcze na kilka minut treningu. Pozniej nareszcie moglam zaczac wieczor. To byl dluuugi dzien. ;)
Wtorek to pobudka nieco trudniejsza, bo w nocy kiepsko spalam. Mielismy kilka dni letnich temperatur. W poniedzialek bylo 20 stopni, sypialnie sie nagrzaly, a kladac sie spac M., nie wiem po co zamknal okno oraz drzwi. Kiedy tam pozniej weszlam, malo sie nie przewrocilam od zaduchu! Uchylilam troche okno, ale i tak cala noc zeszlo zanim temperatura spadla do znosnego poziomu. Nie dosc jednak, ze bylo duszno, to jeszcze obudzil mnie budzik malzonka (ktorego zwykle nawet nie slysze), a potem pecherz. Kiedy wrocilam do lozka, kompletnie nie moglam zasnac. Rano bylo ponuro i padal deszcz, co tez nie ulatwialo zwleczenia sie z wyrka. Nie bylo jednak wyjscia, trzeba sie bylo doprowadzic do stanu uzywalnosci, zgarnac mlodziez i ruszyc na podboj biura. Tutaj niespodzianka, bo byly dwie dziewczyny, jedna z ktora zaczelam, a druga Polka, wiec bylo z kim pogadac. Poza tym co jakis czas wychodzilam na korytarz, zeby przez okno po drugiej stronie budynku, spojrzec na moje auto. Dzien wczesniej, kiedy wyszlam z pracy, znalazlam urocza karteczke przyklejona do szyby.
Kliknelam na kod QR, ale pokazalo ze nie znaleziono wykroczenia. Zeby nie bylo, appka parkingu pokazywala ze mam jeszcze godzine. Sprawdzilam tez numery rejestracyjne, myslac, ze moze cos zle wbilam, ale nie. Nie bylo wiec zadnego powodu zeby wlepiac mi mandat. Na wszelki wypadek napisalam jednak do ludzi zarzadzajacych parkingiem, tyle ze komunikacja okazala sie baaardzo opieszala. Odpowiedz na mojego maila przyszla dopiero kolejnego dnia w poludnie i to bez konkretow, ot zeby przeslac im kopie oplaty parkingowej. Wyslalam i... kolejne godziny ciszy. Ja tymczasem wychodzilam co i rusz, zeby sprawdzic czy bede miala czym wrocic do domu. :/ Dopiero tuz przed 16 dostalam odpowiedz, ze nie znalezli zadnego wykroczenia i ktos z pracownikow musial sie pomylic. Suuuper. A ja tu panikuje. :/ Wrocilam do domu, gdzie czekal mnie juz spokojny wieczor pod znakiem skladania, wstawiania i przekladania prania. Zwariuje z moimi dzieciakami! Co oproznie brudownik, to ktores przynosi swoj i zapelnia go tak, ze wieko sie nie domyka! Malzonek zabral Kokusia na basen, ale sam zostal na silowni, wiec nie musialam nigdzie jezdzic. Ponownie mielismy piekny dzien, lato w ostatni dzien marca, wiec chwile postalam na tarasie i popatrzylam na przelatujace ptaszydla. Nawet Maya nie pchala sie do domu, tylko uwalila na kostce i przygladala sie kotu, ktory cierpliwie patrolowal ogrod. Okazalo sie tez, ze w nocy przeszedl nam przez podjaz niedzwiadek, ale zlapala go tylko duza kamera polaczona z telefonem M. W mniejszej rozladowaly sie baterie, wiec nic nie widzialam dopoki malzonek mi nie pokazal.
W srode planowalam pracowac z domu, wiec moglam pospac troszke dluzej i wstac tylko na tyle wczesnie, zeby zawiezc mlodziez do szkol. Bi debatowala z kolezanka czy nie wziac rowerow, bo szykowal sie kolejny, wrecz goracy, dzien. Poniewaz jednak zapowiadano mozliwy deszcz a nawet burze, a do tego akurat moglam je po poludniu odebrac z treningu, wiec w koncu stwierdzily ze pojada ze mna. Odwiozlam dziewczyny, a potem Kokusia i wrocilam do domu. Przyznaje, ze nie bylam tego dnia grzecznym pracownikiem i niecnie wykorzystalam zdalna prace na zalatwienie prywatnych spraw. :D Musialam zawiezc tate na autobus, ktory zabieral go na lotnisko, a jak juz wyruszylam z domu, to podjechalam jeszcze do weterynarza po tabletki dla psiura. Niestety, Maya sie starzeje i cos mi sie widzi, ze corac czesciej bedzie cos "wyskakiwac". Teraz w moczu ponownie wyszly bakterie oraz bialko, wiec znow dostala antybiotyk, a do tego ma podwyzszone markery watrobowe i pani doktor stwierdzila ze trzeba jej dac cos na watrobe. Myslalam, ze bedzie to lek, a tymczasem tabletki okazaly sie suplementem. Coz, nie bardzo wierze w suple, ale ok, moge podac. Pozniej okazalo sie jednak, ze Maya, ktora zwykle polyka wszystkie tabletki jak przysmaczki, tego suplementu nie chciala i koniec. Memlala i wypluwala. :/ W koncu musialam obtoczyc go w masle orzechowym i na szczescie tu juz polknela bez mrugniecia. Tak przy okazji, wiem ze w Polsce maslo orzechowe nie jest zbyt popularne; ja sama za nim nie przepadam, ale jesli macie psiura, ktory nie chce polykac tabletek, to polecam! Wystarczy troche maslem pomaziac i wiekszosc psow polknie nawet sie nie zastanawiajac. Swietnie tez lapie sie na nie myszy w pulapki. :D A wracajac do wizyty u weta, to znow sie podlamalam ich tempem pracy. Pisze dzien wczesniej, ze przyjade po tabletki. Myslicie, ze wszystko bylo gotowe? A gdzie; dopiero kiedy sie pojawilam zaczeli pakowac i odliczac pigulki. :/ Powinnam tylko wejsc, wziac co trzeba i wyjsc, tymczasem krazylam po poczekalni 15 minut... W dodatku, spytalam o recepte na te tabletki na sikanie, ktora ostatnio mi wypisali. Pani doktor wypisala recepte na 45 tabletek, a tymczasem lek sprzedaja w paczkach po 30, wiec moge zamowic albo tyle, albo 60. Pytam czy ktos moglby to poprawic. Nie, bo weta nie ma, a musialby wypisac recepte od nowa. I moge albo zamowic 30, albo zostawic im ta recepte i oni dadza pani doktor znac. Poniewaz ostatnio nie moglam sie tych tabletek uprosic, wiec teraz stwierdzilam, ze wole od razu zamowic mniej i pozniej blagac o kolejne... A najlepsze, ze kiedy krazylam po poczekalni, w ktoryms momencie, w drugim pomieszczeniu mignela mi... weterynarz! Czyli co to za bajeczki, ze jej nie ma?! Nie mam pojecia o co chodzilo... Po wizycie u weta zajechalam tylko do biblioteki wrzucic ksiazke i moglam juz w koncu wrocic do domu, ale caly objazd i czekanie, zajely mi 2 godziny. Na szczescie, z tego co wiem, sporo osob z pracy pobralo juz urlopy przed Swietami, wiec na szczescie nikt mnie nie szukal.
Przez reszte dnia staralam sie juz byc bardziej produktywna, ale wyszlam tez wyrzucic smieci i wstawilam odkamienianie w ekspresie do kawy, choc to akurat robi sam, trzeba tylko dolewac wody. ;) Zmienilam tez filter i wyszorowalam dzbanek, w ktorym filtrujemy wode i z rozpedu czajnik, choc zostaly na nim jakies dziwne zacieki, ktorych nie moglam doszorowac nawet ostra strona gabki. Wrocil ze szkoly Nik, a M. nieco pozniej bo zajechal jeszcze na zakupy. Nie planowalam juz wiekszej wyprawy do sklepu przed Wielkanoca, wiec dokupil tylko troche rzeczy, ktore zwykle szybciej schodza, zeby starczylo na kolejny tydzien. Poniewaz bylam w domu, powiedzialam dziewczynom rano, ze odbiore je z treningu. Chcialam oczywiscie podejrzec jak Bi sobie radzi, wiec wyjechalam troche wczesniej. Niestety, kolejny raz mialam pecha. Zajechalam pod szkole, a na biezni nikt nie biega, nikt nie skacze, za to na boisku (ktore bieznia otacza) jest mecz lacrosse. Pomyslalam, ze trening sie juz skonczyl, wiec napisalam do Bi ze jestem, myslac ze od razu zgarne panny i wroce. Taaa... Okazalo sie, ze tego dnia w ogole nie mieli treningu, tylko jakies spotkanie w auli, a po nim dziewczyny, zamiast napisac do mnie ze moge je odebrac wczesniej, stwierdzily ze pojda pobiegac. No i super, tylko Bi oczywiscie wymiekla i wrocila do szkoly, za to jej kolezanki (w tym sasiadka, ktora rowniez zabieralam) przepadly. Na dodatek, zadna nie zabrala telefonu, a zegarki mialy za slaba lacznosc zeby sie z nimi skontaktowac. Baaardzo odpowiedzialnie. :/ Dochodzila juz godzina kiedy konczylyby normalnie, wiec lekko sie wkurzylam i szczerze przeszlo mi przez mysl zeby sasiadke zostawic i napisac jej mamie zeby ja odebrala kiedy dziewcze laskawie wroci. Miala jednak szczescie, bo przybiegla spozniona tylko kilka minut. Okazalo sie, ze pamietala zeby wrocic na czas, tylko ze zapuscily sie nieco za daleko.
No ale w koncu obie pannice wladowaly sie do auta, odwiozlam kolezanke Bi i moglysmy wrocic do domu. Poniewaz dzien mialam ogolnie dosc pracowity, to z rozpedu wyszorowalam nasz prysznic i wanne u dzieci, ktora w tej chwili jest wanna Kokusia, bo Bi upiera sie kapac u nas. ;) Po pieknych trzech dniach, poznym popoludniem nagle spadl deszcz, a po nim temperatura zaczela spadac na leb na szyje. Zla bylam na siebie, bo chcialam wykapac Maye, ale stwierdzilam ze zrobie to pozniej z Bi. Niestety, zanim panna dojechala, wial juz mocny wiatr i bylo jakies 14 stopni, wiec nie chcialam zeby psiur przemarzl.
Czwartek zaczal sie juz wczesniej, bo jechalam do biura. Nie chcialo sie jak cholera, tym bardziej, ze od rana padal deszcz i bylo ponuro oraz spiaco. W dodatku, po trzech dniach "lata", temperatura spadla do 5 stopni, zas w dzien miala sie podniesc ledwie do 7. Rozwiozlam mlodziez i w korkach doturlalam sie do biura, gdzie poza mna byla tylko jeszcze jedna dziewczyna. ;) Ciemny poranek rozjasnil nieco mail, ze choc nie mielismy Wielkiego Piatku wolnego (do bani, bo wiekszosc prywatnych firm nie pracowala), to dostalismy pozwolenie zeby skrocic dzien pracy o 3 godziny. Dobre i tyle. :) Pozniej jednak przyszedl kolejny email, ze osoby planujace skorzystac z tych trzech godzin urlopu, musza w systemie "poprosic" o wolne "administracyjne". Weszlam wiec grzecznie na strone, ale choc o wolne moglam poprosic, to tej konkretnej opcji nie mialam. :D W dodatku, weszlam na inna strone, gdzie musze przez dzien zaznaczac czym sie zajmowalam i na piatek wszystkie opcje zostaly zablokowane, poza "urlopem". Tyle, ze dali go 3 godziny, wiec jak mam niby oznaczyc pozostale 5?! :O Problemy techniczne mnie po prostu zalamuja. Nie mam juz sil dzwonic i wysylac bilecikow co chwila z jakas pierdola... Dzien dluzyl sie niemozliwie, bo i nie mialam za duzo do zrobienia. Szkolenia, ktore mialam wymagane, narazie zrobilam, reszta musi sie aktywowac. W koncu dobilam do konca i w podskokach (prawie) ruszylam na parking. Dotarlam do domu i z miejsca dostalam kiepska wiadomosc - Nik wrocil ze szkoly... chory! :( Katar, bol glowy i ogolnie kiepskie samopoczucie. Oczywiscie ani on, ani M. nie pomysleli zeby zmierzyc mu goraczke, ojciec po prostu dal mu tabletke. Kiedy dojechalam, minelo 1.5 godziny, wiec nie bylo nawet sensu mierzyc. Mlodszy narzekal ze mu zimno i sie pokladal, ale w ktoryms momencie z dosc glosnym entuzjazmem gral z kolega w Minecraft, wiec chyba nie bylo zupelnie tragicznie. ;) No ale niezle sie zalatwil akurat na Wielkanoc oraz dlugi weekend, nie ma co... Ucieszylam sie, ze nastepnego dnia byl Wielki Piatek, wiec przynajmniej nie tracil zajec, bo do szkoly wiadomo ze by nie poszedl. Martwie sie z kolei o siebie, ze zaraze sie i rozlozy mnie akurat na wyjazd. A lot samolotem z katarem oznacza potworny bol uszu; na sama mysl az robi mi sie slabo... Tak czy owak, o basenie nie bylo mowy, wiec relaksowalismy sie w domu, a ze pogoda byla taka a nie inna, to M. napalil w kominku. Od razu zrobilo sie jakos przyjemniej. :)
W piatek pracowalam z domu, a ze Potworki nie mialy lekcji, wiec nie musialam sie tez jakos specjalnie wczesnie zrywac. Nastawilam budzik tak, zeby nieco oprzytomniec i o 8 zejsc na dol i wlaczyc kompa. Troche przeszkodzila mi Oreo, ktora przyszla mruczac i uwalila mi sie na brzuchu. "Spoznilam sie" wiec do pracy, bo jak to tak, zrzucic koteczka?! :D
Przyznaje sie ogolnie bez bicia, ze bylam dzis pracownikiem roku... od konca. Byl Wielki Piatek, a wiec dwa dni do Swiat, wiec moja "praca" ograniczala sie do sprawdzania od czasu do czasu maili. Ktorych zreszta i tak praktycznie nie bylo, bo wiekszosc ludu pobrala wolne lub "pracowala" tak jak ja. ;) W miedzyczasie zabralam sie za sprzatanie, bo Wielkanoc jak zwykle u nas, a w dodatku odczuwam taka wewnwtrzna potrzebe zeby zostawic rodzinie jak najlepiej ogarniety dom. Odkurzylam wiec i pomylam podlogi na gorze. Potworki nie okazywaly entuzjazmu, ale powiedzialam im, ze to ich przestrzen i jak lubia siedziec w syfie to coz, ich wola. W koncu wzieli sie za swoje pokoje, choc dopiero poznym popoludniem. Nikowi bylam sklonna odpuscic, bo rano oznajmil ze czuje sie bez zmian, choc kiedy sie rozbudzil, stwierdzil, ze hmmm... chyba jednak troche lepiej. ;) Ja za to postanowilam odgruzowac jeszcze pie*dolnik przy wejsciu z garazu. Pokoik tam mial byc bawialnia dzieci/pokojem goscinnym/biurem, ale w praktyce stoi pusty (byl zagracony zabawkami, ale w koncu je powyrzucalismy) i zbiera pajeczyny oraz zdechle robactwo i... salamandry. O ile zuczki, muchy, itd. moga wlazic od garazu, o tyle te ostatnie to dla mnie zagadka. Nie mam pojecia jak sie dostaja do piwnicy, ale oczywiscie zdychaja i znajduje takie zasuszone truchelka. :/ Przed kaloryferem zostaly tez zaschniete plamy po wodzie, ktora skapywala z nart oraz butow narciarskich, bo tam je zawsze suszymy. Przy samych drzwiach jest tez stojak na buty, a obok kapcie i klapki M. Tam oczywiscie tez plamy, bo przy deszczu woda skapuje z obuwia, ale tez kupa piachu oraz trawy, lisci i innej materii organicznej. Tutaj to tak naprawde byl moj maly eksperyment, bo choc przez garaz wchodzimy wszyscy, to buty zostawia tam tylko malzonek. On wiec nanosi caly ten burdel obok stojaka, kapcie stoja mu w tym syfie i zastanawialam sie czy w koncu wezmie i to posprzata. Jak sie okazuje, odpowiedz jest przeczaca. Ostatnio sprzatalam tam chyba przed Bozym Narodzeniem i od tego czasu wszystko sie zbieralo, a M. ma najwyzej klapki na oczach i nie widzi. Tudziez uwaza ze to moja robota, bo w przeszlosci bywalo ze burczal, ze ale tam przy garazu syf i trzeba tam zamiesc. Patrzac oczywiscie w moja strone. Jak sie okazalo, poniekad mial racje, bo to ja w koncu nie wytrzymalam i posprzatalam. ;) Poniewaz dostalismy pozwolenie na 3 godziny wolnego, wiec juz o 13, wesolutko zatrzasnelam laptopa i przestalam udawac ze jestem produktywna. ;) Na 14 bylam umowiona na paznokcie, bo chcialam miec ladne na Wielkanoc oraz choc czesc wyjazdu.
Tu zeszlo szybko, a po powrocie usilowalam dzialac dalej z przygotowaniami. Zrobilam dwa prania, choc tylko jedno zdazylam wysuszyc i poskladac, a potem upieklam biala kielbase i pozniej babke cytrynowa. A! przygotowalam tez pisanki, ale ze jestem leniwa, a Potworki sa zbyt "dorosle" zeby malowac jajka, wiec uzylam folii termokurczliwej. :D Mialam jeszcze ugotowac warzywa na salatke jarzynowa, ale juz mi sie nie chcialo... ;) Za to Bi mnie zaskoczyla, bo zglosila sie na ochotnika do kapania Mayi. Z naszym psiurem to nie taka prosta sprawa, bo kapieli nie znosi.
Probuje uciekac, wiec trzeba ja uwiazywac, a potem i tak usiluje zwiewac na boki, wiec kreci sie w kolko. A w dodatku co chwila sie otrzepuje, wiec czlowiek konczy ta "zabawe" zdyszany i mokrusienki. ;)
No i pozostalo tylko zyczyc Wam...
Wesolych Swiat Wielkiej Nocy!!!












