środa, 31 grudnia 2014

Najlepszego!

Wszystkim Moim Wspanialym, Kochanym Czytelniczkom i Czytelnikom (sa tu jacys panowie?),
 
Na Swiezutki Roczek 2015,
 
Zyczenia Zdrowia, Zdrowia i jeszcze raz Zdrowia,
 
oraz
 
Wiele Milosci ze strony Meza/ Partnera i Dzieciakow oraz reszty Rodzinki, jak Najmniej Trosk oraz Powodzenia w osiagnieciu wszelkich, wiekszych i mniejszych Przedsiewziec,
 
zycza
 
Autorka i Potworki




PS. Wybaczcie takie jakies ponure zdjecie (nie mam pod reka lepszego) oraz napredce sklecone zyczenia. Korzystam z okazji, ze meza wywialo mi na silownie. ;)

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Przygotowalam, przezylam, wrocilam

Co prawda tylko na dwa dni, bo od srody znow mam wolne do konca tygodnia (nie zazdroscic, bo tego byczenia musi mi wystarczyc do Wielkanocy! :p), ale wrocilam. Moglabym moze pisac z domu, bo M. pracuje nawet w Sylwestra, a wolne ma tylko w Nowy Rok, ale za to bede sama z Potworami, wiec same rozumiecie... Moze byc ciezkawo... W miare mozliwosci, w ciagu tych 2 dni postaram sie choc czesciowo nadrobic zaleglosci u Was. Nie wiem jak wiele uda mi sie dokonac, szczegolnie ze jest jeszcze ranek, wiec nie wiem ile sie szykuje pracy w robocie. Licze na to, ze niewiele. Cholernie mnie te "wakacje" rozleniwily. :)

A poki co, bede niezbyt oryginalna i wyklikam pare (setek) slow o naszych Swietach i przygotowaniach do nich. Mam tez sporo zdjec, wiec podejrzewam, ze wyjdzie mi kolejny tasiemiec. :) Zanim jednak przejde do czasu okolobozonarodzeniowego, kilka wnioskow ze spedzenia z rodzinka calutkich 10 dni.

Po pierwsze, z Bi zaczyna sie robic calkiem fajna dziewczynka. Dotychczas to ona byla Potworem # 1, to na jej upor, krnabrnosc i temperament najczesciej narzekalam. Podczas tych kilku dni, odkrylam jednak, ze Starsza jest juz na tyle rozumna, ze mozna z nia podyskutowac, ponegocjowac i w rezultacie dojsc do kompromisu. We wszystkim oprocz jedzenia. Tu nic nie jestem w stanie wskorac. Je tylko kilka wybranych rzeczy (bo trudno je nawet nazwac potrawami) i koniec. Trzeba sie niezle nagimnastykowac, zeby przekonac ja do sprobowania czegos nowego, a nawet jak sie jakims cudem uda, najczesciej konczy sie natychmiastowym wypluciem bez ugryzienia, a co za tym idzie, bez prawdziwego posmakowania... No, ale to nie jest post o (nie)upodobaniach kulinarnych mojej corki. :) Ogolnie rzecz biorac, odkrylam z niemalym zdumieniem, ze mam w domu swietna mala kobietke i kompana do swiatecznych przygotowan.

Idac tym tropem, nie poznaje wlasnego syna. Krotko mowiac, niewiadomo kiedy zrobil sie z niego rozpuszczony smarkacz! ;) Ile on mi krwi napsul przez te 10 dni, to sie w pale nie miesci. Wynika to z pechowego polaczenia buntu dwulatka oraz okresu na "moje!" i "siama!". Wiem wiem, to czas ksztaltowania charakteru. Minie. Tzn. mam nadzieje, ze minie, inaczej zwariuje... Niestety, z tego co mamy obecnie w domu, wynika, ze charakterek to Niko bedzie mial, ze ho ho! Nasz syn nas bowiem zwyczajnie tresuje. Do kazdej czynnosci komenderuje: "Mama!", po czym kiedy matka zacznie przewijac pieluche, w polowie nagle zmiana: "Tata!". Uprzesz sie? Szykuj sie na wrzask, wicie, kopanie i w przypadku Kokusia - zapowietrzanie. Poniewaz nadal bardzo boimy sie potencjalnych omdlen, ustepujemy. I tym prawdopodobnie przybijamy sobie gwozdz do trumny, ale poki co nie widze wyjscia... Dla rownowagi, Mlodszy potrafi byc slodki jak miod. Nadal chetnie przytula sie, daje caluski i stwierdza slodko "Lubim!", co oznacza, ze matke, tudziez ojca darzy sympatia. Poza tym, kiedy chce dostac cos czym bawi sie Bi, nie zawsze ale czesto, zamiast podnosic ryk, chodzi za nia i do znudzenia jeczy: "Daaaj! Pliiiiissss!" To "please" wychodzi mu tak slodko, ze kamien by skruszyl. Kamien, ale nie siostre, ktora bawi draznienie brata i im bardziej on prosi, tym weselej ona zwiewa po calym domu. :)

Zaspokoje tez od razu Wasza ciekawosc i napisze, ze nie rozwodzilismy sie z M. w te Swieta. ;)Chociaz wynika to raczej z mojej anielskiej cierpliwosci i determinacji, zeby spedzic urlop w milej atmosferze, bo malzonek robil wszystko zeby mnie wkurzyc. A konkretniej to sobie wymyslil poprawki do auta. Wiecie, faceci i ich zabawki... Nie protestowalabym gdyby byly to konieczne naprawy. Ale podniesienie zawieszenia, zeby zamontowac kola wielkosci traktorowych??? To juz przesada... Zreszta, niech robi co chce, tylko ze ja urobiona w kuchni po lokcie, a on mi oznajmia, ze musze z nim podjechac do mechanika, zeby zostawic jego auto. Oczywiscie po poludniu trzeba je potem odebrac. I ja mam rzucac wszystko i leciec z jasnie panem! Albo gadal sobie przez godzine z rodzicami na Skype (codziennie!), a dzieciaki przylazily mi do kuchni i jeczaly, ze ciasteczko, piciu, sryciu... Zacisnelam zeby i nie wybuchlam, ale malo brakowalo...

Zeby jednak nie bylo tak sielankowo. We wtorek, dzien przed Wigilia, dostalam wiadomosc, ktora sprawila, ze lzy stanely mi w oczach (na szczescie ze zlosci, a nie smutku), nastroj prysl i wlasciwie to mialam ochote odwolac cale te swieta i pieprznac gotowaniem. Ale o tym kiedy indziej, bo to ma byc wesoly, swiatczny post, a jak zaczne pisac, to sie nakrece i znow strace humor... Zreszta, przez te wiadomosc juz popsulam makowiec. Robilam go ze "spoconymi" oczami i metlikiem w glowie i w rezultacie wpadlam na dosc glupi pomysl. Mianowicie, poniewaz ciasta na spod zawsze mi z przepisu wychodzi jakos malo, zamiast podwoic przepis, madra-inaczej Agata postanowila uzyc mniejszej blachy. Makowiec pieke raz do roku, wiec zapomnialo mi sie, ze masa makowa strasznie rosnie i zazwyczaj niemal ucieka z blachy. No coz, z racji ze uzylam mniejszej, tym razem autentycznie uciekla. Zalala caly dol piekarnika, ktory z kolei zakopcil caly dom tak, ze musielismy pootwierac wszystkie okna i drzwi, zrobic solidny przeciag, a i tak przez dobra chwile kaszlelismy i lzawily nam patrzalki. Dzieciaki juz spaly, wiec dobrze, ze bylismy czujni i zaczelismy wietrzenie w miare szybko, zanim wlaczyly sie czujniki dymu, bo jakby zaczely pipczec, postawilyby je na rowne nogi...

No dobrze, rozgadalam sie jak zwykle (tak bywa jak sie ma tygodniowa przerwe od bloga!), czas na opowiesc wigilijna (i przed-wigilijna tez :p).

Przygotowania swiateczne zaczelismy w sobote od... wlasciwie to od szorowania podlog, ale to taki niewdzieczny temat... Pomine go wiec i przeskocze od razu do:



Jesli pomyslalyscie "O, jakie pyszne ciasteczka!" i pociekla Wam slinka (chociaz po swiatecznym objedzeniu raczej watpie), to musze ostudzic zapal. To masa solna. :) Ktora jednak Bi z radoscia i zapalem pomalowala i pokryla brokatem.



Po czym musiala dwa dni czekac na powieszenie, bo choinki jeszcze nie bylo. :)

Potem nadeszla niedziela, ktora niespodziewanie sypnela sniegiem. Nagle zrobilo sie pieknie, bialo i swiatecznie...



Szkoda, ze juz po poludniu tego samego dnia, snieg stopnial... :(

Poniewaz Potworki maja ciagly niedosyt swiatecznych lampek i dekoracji, w niedzielny wieczor zabralismy ich na pokaz swiatelek w pobliskim miescie. Wybaczcie jakosc zdjec, robione przez szyby w aucie. Ogolnie pokaz fajny, dzieciaki (szczegolnie Bi) byly zachwycone, ale jedzie sie w zolwim tempie jakies 20 minut i pod koniec Niko juz zaczal sie nudzic i ryczec, ze chce mu sie pic (a sklerotyczni rodzice oczywiscie zapomnieli zabrac jego kubek...).





W poniedzialek zas zabralysmy sie z Bi za pierniczki. Nie smiejcie sie, ale pieklam je pierwszy raz w zyciu. W moim domu rodzinnym takiej tradycji nie bylo. Wlasciwie to moja matka za pieczeniem nie przepada i od dobrych kilkunastu lat piecze na kazda okazje to samo ciasto - metrowca. Sama je pieklam przez kilka lat, ale w koncu tak mi sie przejadlo, ze na sama mysl staje mi gula w gardle. :) Ale, wracajac do pierniczkow. Wybralam oczywiscie przepis na pierniki "na ostatnia chwile" i taki, ktory wydal mi sie stosunkowo prosty. Teraz jednak musze go wydrukowac i naniesc wlasne poprawki... To byla tragedia! Mimo ze ciasto lezalo w lodowce cala noc i wydawalo sie, ze ma odpowiednia konsystencje, jak tylko przymierzalam sie do walkowania i wyciskania ksztaltow, doslownie sie rozpuszczalo. Nie dalo sie juz takiego pierniczka przelozyc na blaszke. Znalazlam na to sposob: walkowanie i wykrawanie po troszczku doslownie 2-3 pierniczkow poki ciasto bylo jeszcze zimne, predkie przekladanie na blaszke, podsypujac wszystko ostro maka i szybko kolejna porcyjka. Ogolnie cale to pieczenie stalo sie istnym wyscigiem z czasem. :) Poniewaz ciasto sie doslownie "lalo", efektem bylo jego wrecz tragiczne przyklejanie sie podczas pieczenia. Zeby przelozyc pieniki na talerz, musialam je odrywac z kawalkiem papieru. :) Jakby tego wszystkiego bylo malo, pierwsze pierniki urosly do kolosalnych wrecz rozmiarow, kompletnie stracily ksztalt, a na koniec sie przypalily. Ja pierdziele!!! Kolejne juz przypalily sie nieco mniej, ale dopiero za trzecim razem udalo mi sie dopasowac temperature piekarnika i czas pieczenia. W rezultacie niemal polowa piernikow wyladowala w koszu. :/ Na nastepny raz musze zapisac sobie, ze przede wszystkim przepis potrzebuje duuuzo wiecej maki, a poza tym wyzsza temperature, ale o polowe krotszy czas pieczenia. :)

Troche piernikow jednak wyszlo. :)



A Bi ochoczo zabrala sie za dekorowanie:



Niestety, dosc szybko polapala sie, ze polewy i posypki sa jadalne. Od tego czasu ograniczala sie do zrobienia jednej, wielkiej kropy na kazdym pierniczku, po czym skupiala na wyzeraniu kolorowych kuleczek i cukru. A moja rola stalo sie "ratowanie" dekoracji oraz jak najszybsze skonczenie tej zabawy, zanim Bi dostanie sraczki od takiej ilosci sztucznych barwnikow. :) W rezultacie, nasze pierniki wyszly tak:



Stwierdzam, ze jak na dziki pospiech i pierwszy raz, to w miare ta amatorszczyzna wyszla. :) Na choince prezentowaly sie jeszcze lepiej:



I zniknely z niej ekspresowo. ;) Czesciowo to wina lakomstwa mojej rodziny (mojego tez, przyznaje), a czesciowo to kolejna wada przepisu. Pierniczki wyszly dosc miekkie i gotowe byly do spozycia natychmiast. Wiedzialam, ze jeszcze nasiakna wilgocia z powietrza, ale nie przewidzialam, ze tak szybko i tak mocno... A ze padalo u nas calutkie 3 dni przed Wigilia, to rozumiecie... Niektore z piernikow miekly tak, ze dokonaly zywota spadajac z choinki, ku uciesze dzieci i psiura... ;)

Choinka rowniez stanela w poniedzialkowy wieczor. Miala stanac wczesniej, ale okazalo sie, ze lampki nie dzialaja. Probowalismy wymienic kilka z tych miniaturowych zaroweczek, ale zapomnij! Zapasowych mielismy 5, a spalonych... Naliczylismy 8 i dalismy sobie spokoj. Kiedy Potworki poszly spac, M. pojechal kupic nowe swiatelka. Przy okazji Klarko, moj malzonek moze sobie przybic piatke z Krzyskiem, bo przywiozl chyba identyczna, kiczowata, zmieniajaca kolory gwiazde! Co zlego w zwyklym, bombkowym czubku?!



Kiedy jednak zaczelam wyrazac swoje zdanie o tym okropienstwie, M. sie obruszyl, ze on sie stara, jezdzi po nocy, wybiera, a ja jeszcze krece nosem... No to sie przymknelam, w koncu wtedy spedzialam tylko dwa dni niemal nie wychodzac z kuchni, to ja sie przeciez nie staram...

W koncu jednak dopelnily sie dni oczekiwania. Chalupa sie posprzatala, bigos upichcil, salatki skroily, a ciasta z lepszym lub gorszym wynikiem sie upiekly... Adwentowe czekoladki zostaly wszystkie pozarte, a adwentowa choinka nabrala kolorow:


(Dekoracja wg. design'u Bi :p)

W koncu nadszedl wyczekany dzien Wigilii. Potwor Mlodszy jakby czul, ze cos sie swieci i za cholere nie chcial spac w dzien, kiedy oczywiscie ja mialam million rzeczy do pokonczenia. Juz mialam sie poddac, ale w koncu padl. ;) Co lepsze, padl rowniez Starszy Potwor, ktoremu teraz zdarza sie to baaardzo rzadko... Dzieki temu, kiedy przybyli goscie, oboje wypoczeci byli w szampanskich humorach. Niko probowal wszystkiego ze stolu, a nawet Bi posmakowala jedna z ryb i sernik. Sukces! ;) Poniewaz caly dzien w kolko Macieju slyszelismy "A kiedy psyjdzie Mikolaj?", jak tylko wszyscy pojedli, wyprowadzilam dzieciarnie (w ulewe!) przed dom, zeby wypatrywac tego wyczekanego goscia z wielkim worem prezentow. M. wczul sie w role i kiedy juz wszystko mieli przygotowane, zaczal wolac i poganiac: "Szybko, szybko, Mikolaj jest, predziutko bo musi jechac dalej, do innych dzieci!" i tym podobne klamstewka. Bi popedzila do domu, Niko zas, ktorego z rozpedu wnioslam po schodach, strzelil focha, ze on "siama", zszedl na dol i samodzielnie gramolil sie z powrotem. Oczywiscie kiedy w koncu przekroczylismy prog domu, okazalo sie, ze Mikolaj nie mogl na nas czekac. Ooooch... ;)

A potem dzieciaki dojrzaly prezenty pod choinka i zaczal sie szal, ktory ogarnelam tak naprawde dopiero w nocy. ;)





Tu troche mi sie zrobilo wstyd. Widzicie, ciotka M. zapytala o pomysl na prezenty dla dzieci. Poniewaz wrecz toniemy w zabawkach, zasugerowalismy, ze lepsze beda ksiazki lub gry. Troche zalatuje tu hipokryzja, bo my sami kupilismy im po zabawce. Co prawda ta dla Bi kupilam juz miesiac wczesniej... Planowalam sprawic Nikowi zestaw puzzli, ale w koncu to M. wybieral mu present i kupil... zjezdzalnie dla autek i to gigantyczna! A ciotka i jej "pan", kupili zgodnie z naszymi zyczeniami kilka ksiazeczek z bajkami i ciuszki. Moj tato o nic nie pytal, tylko kupil zabawki. Domyslacie sie juz na co rzucily sie Potworki? Na zabawki oczywiscie. Kiedy juz pierwsze emocje nieco opadly, probowalam dzieciaki troche zainteresowac chociaz ksiazeczkami (ktore przeciez normalnie bardzo lubia). O ile Bi okazala umiarkowane zainteresowanie, o tyle Niko nie chcial w ich strone nawet patrzec. Ech... No glupio mi bylo... ;)

Musze tez przyznac, ze moj tata wyjatkowo trafil w gusta Potworkow, szczegolnie Bi. Dostala ona mianowicie zestaw "herbaciany", czyli filizanki, spodeczki, itd. Sama w zyciu nie wpadlabym na pomysl, ze trzylatka moze byc tym zainteresowana, tymczasem ona spedzila caly wieczor serwujac wszystkim kawke i herbatke. :)



Inne prezenty "zauwazyla" dopiero nastepnego dnia.



Jeszcze inne, dopiero nastepnego dnia zostaly poskladane do kupy, bo tata zalamal sie na widok ilosci czesci i srubek. :)



Podsumowujac, Swieta minely jak zwykle niewiadomo kiedy, dni wolne jeszcze szybciej, ale fajnie bylo. :) Bi juz uczestniczy w przygotowaniach i ma ten magiczny blask w oczach na mysl o Mikolaju, reniferach i oczywiscie prezentach. :) Niko jeszcze musi troche dojrzec do tej magii, ale i on cieszyl sie na towarzystwo i prezenty oczywiscie. :)

piątek, 19 grudnia 2014

Wiem, ze jeszcze wczesnie, ale...

W przyszlym tygodniu mam wolne. Szefostwo zafundowalo nam kilka (platnych!) dni wolnych, dodalam sobie do tego 2 dniu z urlopu i voila! Leniuchuje do 29 grudnia! Tzn., powinno byc "leniuchuje", bo lwia czesc mojego urlopiku minie na przygotowaniach swiatecznych...

Tlumacze sie oczywiscie z gory, ze bedzie mnie tu niewiele. Znaczy sie duchem, bo cialem pewnie przysiade od czasu do czasu zeby poczytac co u Was, zmeczona staniem nad garami. :) Moze nawet uda sie sklecic pare komentarzy, to dopiero bedzie cos!

Przygotowania swiateczne nadal leza i kwicza. Czesciowe menu i liste zakupow sporzadzilam dopiero wczoraj. Kartki wrzucilam do skrzynki dzis rano. Choinki nie ma, swiatelka nie zawieszone, prezenty nie popakowane, w katach walaja sie psie klaki, z wiatraka w kuchni zwisaja smetnie tluste "koty", a polki w lodowce sie kleja. O takich drobiazgach jak kurz na kazdej jednej polce i slady paluchow na wszystkich powierzchniach w domu juz nawet nie wspomne... I tylko dzieci mijajac udekorowane domy, pytaja ze smutkiem czemu na naszym domu nie ma swieczek, jak nazywa je Bi.

Poza tym jednak Potworki maja wlasne pomysly na swiateczne przygotowania. Zamiast wiec pucowac i ogarniac to i owo, musze co wieczor kolorowac fafnascie obrazkow z Kucykami i spuszczac z prowizorycznej zjezdzalni wszystkie Nikowe auta, a troche ich teraz ma. Ale coz, Swieta nie zajac, nie uciekna. A czas z dziecmi, kiedy sa jeszcze male i spragnione mojego towarzystwa, jest bezcenny. Przynajmniej tak sobie powtarzam za kazdym razem kiedy dostrzegam burdel w kolejnym kacie. ;)

W kazdym razie, po powrocie z przerwy swiatecznej, napewno zdam szczegolowa relacje z naszego Bozego Narodzenia. Ciekawe czy w tym roku tez sie bedziemy "rozwodzic"? Pamietacie zeszly? ;)

http://co-to-bedzie.blogspot.com/2013/12/rozwod-przez-groch-czyli-migawki-z.html

Co do tego, ze obejdzie sie bez klotni nie robie sobie nawet nadziei. ;) Co to w koncu za przygotowania swiateczne bez ostrej wymiany zdan z malzonkiem?! To jak Wigilia bez choinki! :))

Nie przedluzajac,

Zycze Wszystkim, zeby Swieta minely Wam w Spokojnej, Cieplej i Rodzinnej Atmosferze. Zeby Choinka Pieknie Pachniala, Koledy w Tle Przygrywaly, a Matka Natura Sypnela choc Odrobina Sniegu. :)

Na to ostatnie zbytnio nie licze. W Wigilie ma u nas byc 12 stopni i deszcz... Tragedia, co to za Boze Narodzenie bez sniegu, albo chociaz lekkiego przymrozku??? Liczylam, ze w czasie mojego urlopiku posypie chociaz troszke, zeby poszalec z Potworkami na sankach, ale widze, ze marne szanse, chyba ze nagle dmuchnie jakims frontem znad Kanady...

A poki co, Merry Christmas, z pozdrowieniami z mojego prywatnego domu wariatow. :)


poniedziałek, 15 grudnia 2014

O tym dlaczego kosciol to nie miejsce dla dzieci ;) + dopisek z serii maz i telefon

Sprostowanie do tytulu: dotyczy wylacznie moich pociech. A konkretnie mojego syna. Bi, odkad wyrosla z wieku niemowlacego, kiedy to ryczala z wielu powodow albo i bez powodu, w kompletnie nieprzewidywalnych momentach, no wiec kiedy juz z tego wyrosla, w Domu Bozym zachowuje sie niemal bez zarzutu. Dobrze, przyznaje, gada jak najeta, musze odpowiadac na dziesiatki pytan o ksiedza, lampy, witraze, lawki i innych wiernych. Poza tym ma talent do wolania na caly glos: "A KIEDY IDZIEMY?", akurat kiedy zapada cisza po odspiewaniu hymnu. Ale to przeciez dziecko, a poza tym jest grzeczna jak aniolek, wiec nalezy jej sie dyspensa, nooo... ;)

Za to Nik... On odwrotnie. Kiedy wyrosl z niemowlectwa, w ktorym podobnie jak siostra urzadzal czeste koncerty w czasie mszy, mial dosc dlugi okres kiedy w kosciele dreptal sobie wzdluz lawek, usmiechal sie do wiernych, tudziez podawal im raczke oraz dawal sie brac na rece zupelnie obcym (!) babciom. Po prostu slodycz, czar i chodzacy urok osobisty... Jak to jednak mowia, wszystko co dobre, szybko sie konczy. Nasza wspaniala, koscielna passa zakonczyla sie w miniona niedziele. Pierwsza, odkad Niko zostal pelnoprawnym dwulatkiem. Przypadek? ;)

Koscielne "podejscie" #1.
Jedziemy na poranna msze. A raczej usilujemy wyjsc z domu, syn bowiem sie zbiesil i lata w samym bodziaku i przesikanej pieluszce. I nie da sie przebrac. W koncu sam sie spacyfikowal, znalazl bowiem na polce zapomniana karetke. Autko wyje przerazliwie i donosnie, ale synal ucieszony dal sie w koncu przewinac i ubrac. Nic to, ze uszy zwiedly mi od syreny... Dobra, dziecko gotowe, idziemy! Taaa, tylko, ze upiera sie na wziecie cholernej karetki ze soba... Protestujemy, namawiamy, odwracamy uwage... Na nic, w koncu wzruszamy ramionami. Moze w samochodzie zapomni... Rzeczywiscie, po jakims czasie karetka laduje miedzy fotelikami. Niestety, przy wysiadaniu, Bi wola do brata niewinnym glosikiem: "Kokus, twoje io-io!". I sie zaczelo! Tlumaczymy, ze do kosciola nie moze wniesc takiego glosnego auta. Ze bedzie na niego czekalo, o tu! W samochodzie. Ze zaraz po nie wroci... Na nic, Niko wyje na caly parking, kopie, wyrywa sie! Oprocz tego tez sie zapowietrza, na tyle, ze gotowa jestem oddac mu te cholerna karetke, byle sie nie zaniosl! W koncu przestaje sie zanosic, ale wyje dalej. Wnosimy go do kosciola w nadziei, ze zmiana otoczenia odwroci jego uwage. A gdzie tam! Wrzeszczy, szamocze sie, smarka. Sasiedzi z lawek odwracaja sie, pochylaja, zagaduja. Nic nie dziala... Msza sie zaczyna, a on dalej ryczy. Pierwszy hymn - nadal wycie. W koncu ksiadz rozpoczyna modlitwy, w kosciele robi sie cicho, slychac tylko zawodzenie naszego drugorodnego... M. zrezygnowany wynosi go na dol, do salki bankietowej. Jak sie okazuje, na niemal polowe mszy... Uparty ten nasz synal... Kiedy w koncu w kosciele zapada upragniona cisza, Bi wypala na caly glos: "JA JESTEM GZIECNA CINKA [dziewczynka], JA NIE PLACZEM!". ;)

Koscielne "podejscie" # 2.
Popoludnie tego samego dnia. Wracamy do kosciola (O Boszzzz, za jakie grzechy??? :p) na Wigilie zorganizowana dla maluchow. Mily gest i fajna atrakcja, tak? Tak nam sie przynajmniej wydawalo, kiedy zapisywalismy na nia dzieci. ;) Sam poczatek zreszta byl calkiem niezly, chociaz Potworki znow zezarly stanowczo zbyt duzo cukierkow i ciastek... Nic dziwnego, ze potem snilo mi sie, ze Kokus ma prochnice w kazdym zebie! :) W kazdym razie byly zabawy i gry, malowanie twarzy, dekorowanie ciasteczek, tworzenie jadalnych naszyjnikow, czyli nawijanie cukierkow na zelkowy sznureczek:




"Elf" tworzyl rozne cudenka z balonow:




A na koniec gwozdz programu, czyli Mikolaj! To nic, ze moje dzieci na jego widok chcialy schowac sie w kacie, podczas gdy inne maluchy witaly sie i przybijaly piatki... To nic, ze aby usiadly wzorem innych dzieciakow naokolo Mikolajowego krzesla, ja - stara baba, rowniez musialam klapnac po turecku na dywanie... Po krotkiej dyskusji, czytaniu bozonarodzeniowego opowiadania, nastapilo rozdawanie prezentow. Tu musze przyznac, ze panie z kolka parafialnego naprawde sie postaraly, bo kazde z dzieci dostalo paczke dobrana do wieku i plci, a Mikolaj kazdego wywolywal po imieniu. Padlam ze smiechu kiedy Bi trzymala sie kurczowo mojej reki, jednoczesnie wyciagajac druga na cala dlugosc, zeby odebrac paczke, ale jednoczesnie utrzymac jak najwiekszy dystans od Mikolaja. Ale grzeczne "thank you" zdolala wydukac. ;)

I tu dochodzimy do sedna. Wszystkie bowiem dzieci, niezwlocznie zaczely otwierac paczuszki. Bi dostala kolejna lalke, ktora machnela na stolik bez wiekszego zainteresowania. ;) A Niko dostal... spychacz (Jesssu, kolejne jezdzace i grajace ustrojstwo)! I wszystko byloby super, ale inni chlopcy dostali ciezarowki! A Niko kocha ciezarowki miloscia niemal rownie gleboka jak traktory! Zaczal wycie: "LUWA, LUUUWA [ciezarowa]!!!", a co gorsza probowal podprowadzic ktoras! ;) Nie dalo mu sie przetlumaczyc, ze on dostal spychacz, ktory tez jezdzi, blyska i pipcze. Zaczal sie ryk, smarkanie, kopanie, itd. Probowalismy uspokoic malego dziada przez jakis czas, ale w koncu stwierdzilismy, ze trzeba sie ewakuowac. Mlodszy mial niestety inne plany, wolal zostac, wyjac i nadal probujac ukrasc ktoras z ciezarowek. ;) Wrzeszczal, tupal nogami, a kiedy w koncu udalo sie go wyniesc z sali, odmowil ubierania i wyrywal sie M. tak, ze przewrocil sie na schodach i niemal zjechal z nich glowa w dol (spokojnie, schody wewnetrzne, obite dywanem). :/ Ma-sak-ra! Wreszcie "sprzedalismy" Mlodemu klamstewko, ze idziemy poszukac ciezarowki i to pozwolilo nam ubrac mu kurtke, doniesc go do samochodu i zapakowac w fotelik. Ryczal jeszcze przez czesc drogi powrotnej. Ale w domu, jak gdyby nigdy nic, zaczal sie bawic nowym nabytkiem...

No, ale jakiego trzeba miec pecha, zeby sposrod chyba 6 chlopcow w podobnym wieku, tylko jemu trafila sie pierdzielona nie-ciezarowka?! ;)

Niko ze sprawca calego zamieszania:




Wnioski?

Trzeba Nika trzymac z dala od przybytku zwanego kosciolem. Jakos zle on na niego wplywa... ;)


PS. Wlasnie dostalam maila, ze prezent, ktory zamowilam na Gwiazdke dla Kokusia, jest opozniony. O jakies 30 (slownie: trzydziesci) dni... Zamowilam go w polowie listopada!!! A oni mi tydzien przed Swietami pisza, ze go nie dostarcza?! Coz, krotko mowiac odpisalam, zeby pocalowali mnie w d*pe oraz wypchali sie sianem... Dobrze, ze aby znalezc cos dla dwulatka, wystarczy wybrac sie do najblizszego ToysRus... :/

Dopisek:

Jeszcze latem czesto narzekalam, ze M. gapi sie w telefon, zamiast pilnowac dzieci. Potem sie ochlodzilo i przestalismy tak czesto wychodzic z nimi w obce, tloczne i publiczne miejsca. Ale nadeszla wspomniana wyzej Wigilia. Bi zazyczyla sobie kolejne ciasteczko, wiec pomaszerowalam z nia do szwedzkiego bufetu po drugiej stronie sali. Wracamy do naszego stolika, a tam M. siedzi wpatrzony w swojego ukochanego iPhona. Sam. Pytam gdzie Kokus. Pobiegl za wami, slysze. Jak to za nami, z nami go nie ma! Myslicie, ze malzonek zerwal sie z miejsca i ruszyl w kierunku, w ktorym udal sie syn?! Taaa, napewno, siedzi dalej z tym cholernym telefonem w reku i patrzy na mnie wyraznie wkurzony, jakby to byla moja wina, powtarzajac "No tak za wami!"! Normalnie znow naszla mnie chetka, zeby roztrzaskac mu ten telefon na lepetynie! Na szczescie nie mialam czasu, bo obrocilam sie na piecie i z walacym sercem zaczelam sie rozgladac za synem... Kurcze, na sali tlok, drzwi otwarte na osciez, ktos bez problemu mogl Nika wziac na rece i stamtad wyniesc. Albo maly delikwent sam mogl sobie wyjsc na zewnatrz... Nie wiem co M. myslal pozwalajac mu tak po prostu pobiec za mna i Bi, skoro widzi, ze nie ogladam sie czy Nik tez idzie... Jest malutki, wiec pewnie szybko stracil mnie z oczu w tlumie doroslych i szalejacych starszych dzieci.
Na szczescie dosc szybko go namierzylam. Stal biedaczek przy jednej z organizatorek, pytajac "Tatus?". Kobitka - Amerykanka, nie miala pojecia co do niej mowi i pytala "What did you want, honey?". Niko na to ponownie "Tatus?". Pewnie chcial sie dowiedziec gdzie jest jego tata, ale nie mial pojecia jak to zrobic... ;)
No, ale swoja chwile grozy mialam... :/

piątek, 12 grudnia 2014

Dzieje sie, dzieje!

Wiedzialam od poczatku, ze grudzien bedzie intensywny! Po melancholijnym, nielubianym listopadzie (ktory i tak zlecial jak z bicza trzasnal) nadszedl ten najcieplejszy (przynajmniej emocjonalnie) i najbielszy (przynajmniej teoretycznie) miesiac w roku. Ktory mija sama nie wiem jak i kiedy. Byly Mikolajki, minely urodziny Mlodszego... Jeszcze tylko 1.5 tygodnia do Swiat... A tu ani planu na menu, ani choinki, ani swiatelek przy domu... Posprzatalam jedna z szafek kuchennych, ktora sie o to wrecz rozpaczliwie prosila i na tym moje swiateczne porzadki sie zakonczyly. :)

O Mikolajkach juz pisalam. Wypadaloby wspomniec cos niecos o urodzinach Kokusia, nawet pomimo, ze byly bardzo skromne. Tradycyjnie namawiam meza, zeby urzadzic mu po Nowym Roku prawdziwe przyjecie w sali zabaw, zaprosic dzieci, itd. Tradycyjnie maz sie opiera... Ale moze jeszcze dopne swego, zobaczymy. ;) Poki co urzadzilismy synkowi namiastke przyjecia. Mialo byc w gronie najblizszej rodziny i tu wkurzylam sie na chrzestnych Nika. Zadzwonili bowiem kilka dni wczesniej i spytali czy w zwiazku z taka a nie inna pora roku, nie byloby w porzadku gdyby oni dali mu jeden, wiekszy prezent na Boze Narodzenie. Nie widze problemu, Mlodszy w koncu jeszcze nie zdaje sobie sprawy z wlasnego swieta. Zaprosilismy ich jednak na torta w srode, w dzien jego urodzin, zaznaczajac oczywiscie ze prezent bedzie na Gwiazdke, teraz liczy sie po prostu ich obecnosc. No coz... Wymowili sie praca i brakiem czasu... :/ "Przyjecie" urodzinowe odbylo sie wiec tylko w obecnosci rodzicow, siostry oraz niezawodnego dziadzia. :) A co do chrzestnych, to licze ze w przyszlosci, kiedy Nik bedzie juz sobie zdawal sprawe z urodzin, swiat, itp., nie beda robic takich numerow. Zdaje sobie sprawe, ze Mlodszy jest pokrzywdzony przez date narodzin, ale to przeciez nie jego wina. Nie chce, zeby wszyscy dawali mu tylko jeden prezent "zbiorczy" na Boze Narodzenie. Pewnie, ze rzeczy materialne to nie wszystko, ale przeciez to tylko dzieciak, bedzie mu zwyczajnie przykro... Oczywiscie za kilkanascie lat moze zamarzyc o czyms wiekszym, drozszym. Wtedy mozemy sie z nim umowic, ze dostanie go na jedna z grudniowych uroczystosci, zamiast trzech mniejszych prezentow... Warunkiem jest aby on byl juz na tyle "dorosly", zeby rozumial swoj wybor. :)




Jak widac "tort" nie byl nawet prawdziwym tortem, a wlasciwie byl jego czescia. Za to smak tiramisu - niebo w gebie! A swieczki zdmuchnela Bi zanim Niko zdazyl sie chociaz nad tortem pochylic. :p

Oczywiscie dalsza rodzina niech robi co uwaza za stosowne, ale od rodzicow prezent musial byc! ;) Kolejny pojazd, ja cie krece! Zaczynam naprawde odczuwac, ze mam w domu chlopaka. Wszedzie walaja sie jakies auta: jezdzace, grajace, swiecace, biale, zolte, czerwone, a teraz takze zielone! Nik dostal bowiem traktor. Tym razem wybieral tata i przyznam, ze znajac swego synka, lepiej trafic nie mogl! Straz pozarna i wyscigowka z Mikolajek poszly w odstawke, natomiast Kokus wszedzie taszczy ze soba to traktorzysko (bo calkiem slusznych rozmiarow jest). Najchetniej by z nim spal. ;)


Chlopiec i jego traktor. :)
 
 
Na wszystkich zdjeciach ostatnio, Niko jakos smutno wychodzi... Prosze wiec, oto prawdziwe oblicze Kokusia:
 

 
Bi rzecz jasna dostala prezent "pocieszenia". Zreszta nie bylo wyjscia, bo pierwsze co, to wolala: "A gdzie plezent dla mnie?!". Dobrze, ze bylismy na to przygotowani. ;)
 

 
Swoja droga to ciekawa rzecz z tymi Kucykami. Bi nigdy nawet nie widziala bajki o nich, a sama z siebie sie zakochala. Najpierw byla ksiazeczka do kolorowania, ktora wypatrzyla w sklepie. Potem puzzle. Teraz doszly figurki i figurynki. I ciagle prosi o wiecej. Na Gwiazdke dostanie wiec porzadnego, wiekszego kucyka. :)
 
To tyle o dzieciach.
 
W srode, oprocz urodzinek Nika, byl rowniez wazny dzien dla jego rodzicow. Udalo nam sie przefinansowac pozyczke za dom. Musze przyznac, ze calkiem fajnie bylo tylko za pomoca kilku(nastu) podpisow, skrocic sobie czas splacania o 10 lat. :) W ten sposob, jesli wszystko dobrze pojdzie (i dozyjemy...), splacimy dom akurat kiedy nadejdzie czas wyslania dzieci do college'u.
Czy jest jakas "zla" tego strona? A pewnie, niejedna, przeciez w zyciu nic nie bywa tylko czarne, albo tylko biale. Kroluja odcienie szarosci. Milo jest pomyslec, ze nasz dom szybciej bedzie naprawde nasz. Z drugiej jednak strony, jeszcze kilka miesiecy temu myslelismy przeciez o sprzedazy i kupnie innego, w spokojniejszym miejscu... Niestety, wartosci domow polecialy ostatnio na leb na szyje i przestalo to byc realne... :( Czasem dopada mnie zmartwienie jak pomiescimy sie w naszej malenkiej chatynce z dwojka nastolatkow. W takich chwilach szybko sobie przypominam, ze sama dorastalam w mieszkanku o niemal polowe mniejszym niz nasz domek. I jakos dalismy rade i nie pozabijalismy sie. :) Drugim powodem do zmartwien sa oczywiscie finanse. Juz teraz sa one tak naciagniete, ze zyjemy od pierwszego do pierwszego, a bywaja miesiace, ze musimy dokladac z oszczednosci. Od wrzesnia chcielibysmy poslac Bi do przedszkola, zeby miala szanse nauczyc sie porzadnie angielskiego przed zerowka, a to oznacza dodatkowe koszty. Teraz ta pozyczka. Skrocenie jej o 10 lat, oznacza, ze bedziemy miesiecznie placic za dom o 100$ wiecej. Niby nie tak duzo, ale skads trzeba bylo te sto dolcow wysuplac, bo od urodzenia Nika nie mamy nadwyzki pensji, ktora moglaby to pokryc. Z bolem serca musielismy zmienic ustawienia kont w banku i "obciac" po 50$ z pieniedzy, ktore co miesiac sa przelewane z naszego konta na konta dzieci, zalozone z mysla o ich przyszlej edukacji... Mam nadzieje, ze kiedy oboje pojda do szkoly i odejdzie nam koszt opiekunki, bedziemy mogli znow podniesc wysokosc miesiecznych przelewow...
 
Nielatwe sa to decyzje, nielatwe... Kosztowaly nas wiele wieczornych dyskusji i kiepsko przespanych nocy. Szczegolnie mnie, bo jesli chodzi o finanse jestem panikara. A ze od poslania obojga dzieci do opiekunki, trzymaja sie one na ostatnim wlosku, to troche zajelo M. zeby mnie przekonac do takiego planu. Ja wolalam przedluzyc kredyt na dom, ale obciac nieco miesieczna oplate... Mam tylko nadzieje, ze za 15 lat powiem, ze warto bylo zaryzykowac... :/
 
Jakby malo bylo zagwostek pieniazkowych, lodowka (ktora mamy raptem 2 lata!) sie pie*rzy! Ma ona z przodu dotykowy panel, na ktorym ustawia sie temperature lodowki, zamrazarki, produkcje kostek lodu, itp. Wczoraj z zaskoczeniem zauwazylismy z M., ze w miejscach temperatury, swieci sie "OFF". Ki diabel??? Oczywiscie lodowka nie chlodzi, ale wszystko nadal zimne lub pozamrazane, wiec cokolwiek sie stalo, stalo sie niedawno. W ruch poszla instrukcja obslugi. Tak sie zaczytalam, ze spalilam jedna z porcji placuszkow, ktore akurat smazylam dla Potworkow na kolacje... :) W koncu jednak doczytalam sie, ze nasza lodowka ma funkcje (do wystawiania w sklepie), gdzie swieci sie swiatlo i chodzi wiatrak, ale nie chlodzi. I ta wlasnie funkcja byla wlaczona. Wystarczylo, ze przytrzymalam jednoczesnie dwa przyciski przez 5s i kompresor znow zaczal chlodzic. :) Tu jednak dochodzimy do sedna. Pierwsza nasza mysla bylo, ze dzieciaki cos poprzyciskaly. Ale! Po pierwsze, ta funkcje wlacza sie identycznie jak wylacza - trzeba trzymac jednoczesnie dwa guziki. Potworki jak sie czyms bawia, to raczej klikaja bez opamietania. A po drugie "ale" i to wazniejsze, byla wlaczona blokada! Czyli to nie mogly byc dzieci... Wychodzi wiec na to, ze albo mamy w domu poltergeista, albo lodwka sie pierdzieli. Glosuje za ta druga opcja... Cholerna elektornika! :/
 
A poza tym, wczoraj wrocila zima. Niestety tylko na jeden dzien, dzis po sniegu nie ma prawie sladu... :(
 
 
Tradycyjnie w piatek, zycze milego weekendu! ;)


środa, 10 grudnia 2014

Sto Lat Synku! + dopisek po bilansie dwulatka

Zupelnie nie wiem co napisac. Siedze juz jakis czas i patrze na pusta stronice. Nawet nie bardzo wiem jak zaczac. Nie da sie bowiem opisac jak niewiarygodnie szczesliwa jestem dzieki jednemu, nadal malutkiemu mezczyznie. Cos mi sie wydaje, ze post wyjdzie mi slodki az do zerzygania, ale coz ja moge poradzic? ;) Wlasciwie to beczec mi sie chce. Ze szczescia oczywiscie. Kto nie lubi tego typu postow (ja sama zazwyczaj nie lubie) niech go zbedzie machnieciem reki. Dwa razy do roku, na urodziny moich dzieci, mam prawo byc slodko - pierdzaca. ;)

Jestem obrzydliwie sentymentalna. Lubie celebrowac rocznice, imieniny oraz oczywiscie urodziny. A juz urodziny Bi i Nika, wywoluja kluche w gardle, lzy w oczach i lamiacy sie glos. To w koncu i moje swieto. Wraz z ich przyjsciem na swiat, narodzilam sie ponownie - jako matka. Owszem, nie jestem tylko mama, jestem rowniez zona, corka, siostra, kolezanka, pracownikiem. Podejrzewam jednak, ze przez najblizsze kilka lat, moja osoba bedzie scisle zdefiniowana przez rodzicielstwo. Nie ma roli, w ktorej czulabym sie bardziej spelniona, bardziej szczesliwa. Moge siebie opisac w trzech prostych zdaniach. Mam na imie Agata. Jestem matka. Mam corke i syna.
To cala ja i na dzien dzisiejszy mi to wystarcza. :)

Ale mialo byc o Niku...

Przyznaje, ze na punkcie mojego syna jestem matka - wariatka (na punkcie Bi rowniez, ale dzisiaj jest dzien Kokusia). Niko jest dla mnie najslodszym, najcudowniejszym chlopczykiem na swiecie (tak wiem, ze kazda matka tak mysli o swoim dziecku). Te niebieskie oczeta, blond wloski, moj doleczek w brodzie oraz zawadiacki usmiech. Gadulstwo wywolujace niezmienny zachwyt i ogromna dume. Chodzaca perfekcja! ;)

W tej chwili niewazne, ze "perfekcja" wpadla z hukiem w bunt dwulatka. Tak tak, to co Niko serwowal nam od kilku miesiecy, to byl tylko przedsmak. Mlodszy zarobil sobie ostatnimi czasy u rodzicieli dwie nowe ksywki: Maly Zlosnik oraz Pan Obrazalski. Urocze, prawda? ;)

Niko strzela fochy. Stoi wowczas (lub siedzi) bez ruchu, z nadasana mina i patrzy gdzies w przestrzen. Ostatnim hitem bylo jak siedzial tak dobre kilka minut, trzymajac lyzke pelna budyniu w polowie drogi miedzy miska a buzia, bo niedobra matka chciala pomoc mu w jedzeniu. ;) Niestety, ostatnio Niko odkryl rowniez, ze mozna komus w zlosci przylozyc. O ile smiesznie jest znienacka oberwac mala, pulchna raczka, to jednak czas zaczac tlumaczyc Maloletniemu, ze frustracje mozna i trzeba rozladowywac w inny sposob. Nie chcialabym zeby Niko w przyszlosci rozwiazywal wszystkie swoje problemy za pomoca piesci. ;)

Ale, spojrzmy prawdzie w oczy. Nie mam serca dyscyplinowac tego dziecka. Wystarczy bowiem, ze odpowiem na uderzenie ustami w podkowke i udawanym placzem, mowiac ze jest mi bardzo smutno, moj maly synek natychmiast podbiega i mowi "Jus. Nie pac!". A jak jeszcze przy tym zarzuci ramionka na moja szyje i sprzeda soczystego buziaka, to w ogole cala sie rozplywam...

Taki jest dwuletni Niko. Upor, temperament i slodycz w jednym.

Uwielbiam, kiedy na pytanie kto chce chlebek/piciu/ciastko, wola "TO JA!!!".
Uwielbiam, kiedy sciska mnie z calych sil, stekajac "TULIM MOCHNO".
Uwielbiam, kiedy przsmiesznie przestawia szyk zdania, zadajac pytania: "MAJUSIA, DZIE JEST?".
Uwielbiam, kiedy (szkola siostry) wola gdy prowadze samochod: "WAZIAJ MAMA, AUTO JEDZIE!".
Uwielbiam, kiedy na widok tirow wola z podziwem w glosie: "LUWA [ciezarowa], WIELKA!", a na widok kazdego autobusu krzyczy podniecony: "KULBAS! [schoolbus]".

Kocham, kocham, kocham... :)


Zdjecie sprzed niemal 2 tygodni, ale nie mialam nowszego, ktorego nie pokazywalam juz na blogu. :)

No i sie poryczalam...

PS. A jutro mamy bilans dwulatka, wiec dopisze aktualne rozmiary. ;)

Dopisek:

Juz po bilansie. Wszystko dobrze, dziecko mi sie pieknie rozwija (zreszta sama to wiem, nie potrzebuje zapewnien pediatry :p). Wypelnilam ankiete na wczesne rozpoznanie autyzmu. Rzecz jasna, wszystkie odpowiedzi byly na "nie". Powiedzialam pani doktor, ze syn gada jak najety, ale nie wiem czy mi do konca uwierzyla. Niko bowiem jeszcze przed jej wejsciem do gabinetu nawijal, pokazywal wszystkie po kolei zwierzatka na kolorowej tapecie, ogladal (caly czas komentujac oczywiscie) ksiazeczki, natomiast na widok pediatry sie stropil, zacisnal usteczka i koniec. Nie wydal z siebie najmniejszego dzwieku przez cale badanie, mimo, ze swoim zwyczajem usmiechal sie po przyjacielsku. A po wyjsciu lekarza natychmiast znow podjal "konwersacje" z matka. ;)

No i rosnie mi spory chlopak:

Wzrost: 91.4 cm
Waga: 13.5 kg

To niemal identycznie jak Bi w jego wieku, ona wazyla tylko 100g mniej. :)

poniedziałek, 8 grudnia 2014

You better watch out, you better not pout...

Santa Claus is coming to town!

:))))

I jak tam? Grzeczna byla Wasza dzieciarnia? Bo moja, ku wielkiemu zaskoczeniu, najwyrazniej bardzo! ;)
Potwory sie oblowily, bo najpierw Mikolaj zawital do nas z rana, a potem jeszcze sie okazalo, ze przypadkiem "zostawil" czesc prezentow u dziadka. ;) Tu niestety dziadek (a przepraszam, Mikolaj, khe khe...) dal plame, bo o ile Niko dostal swiecacy oraz grajacy samochod, to Bi otrzymala lalke - dzidziusia z miekkim korpusem... Nie dosc, ze lalka, to jeszcze ewidentnie dla maluszkow... Starsza zainteresowala sie nia na jakies pol godziny, potem lala wyladowala w wozku i tam juz pozostala... Coz, dziadek (Mikolaj, Mikolaj!) ma pewnie ten sam problem co ja, tylko odwrotny. ;) Znaczy sie, poniewaz sam kiedys byl chlopcem, pamieta mniej wiecej, co moze ucieszyc Niko. Natomiast z dziewczynka juz gorzej, mimo, ze wychowal dwie corki... Przewidujac taki scenariusz, a pamietajac o zblizajacych sie Mikolajkach i Bozym Narodzeniu, zaczelam jakis czas temu z tata rozmowe na ten temat. A konkretnie to opowiadalam, jak to Bi nie przepada za lalkami, woli przebieranki, albo po prostu ksiazki lub puzzle. Efekt, jak widac. I tak dostala lalke. :) "Mikolajowi" pewnie bylo przykro, ze prezent zostal tak szybko porzucony, ale jak sie nie slucha aluzji lub puszcza sie ja mimo uszu, to sie tak ma. :)

W mikolajkowy poranek sporo bylo smiechu. Uleglam mezowi i prezenty zostawilismy nie w butach, jak robilo sie to w moim domu rodzinnym, ale przy lozkach dzieci, tak jak odbywalo sie to w rodzinie M. Podlozylismy je kladac sie spac. Bi zupelnie o Mikolaju zapomniala i w srodku nocy przywedrowala do naszego lozka. Niko natomiast obudzil sie zaraz po 6 i mimo, ze w pokoju mial ciemno choc oko wykol, jakims cudem dojrzal maly stosik na fotelu. Natychmiast zaczal pelen podziwu wrzask: "Io-io (tak Niko mowi na straz pozarna, karetke i policje)! Kouaj pinius [Mikolaj przyniosl]!". Na to Bi, ktora wydawaloby sie smacznie sobie pomiedzy nami spala, wystrzelila jak z procy i popedzila sprawdzic swoje lozko! I tyle bylo spania w sobotni poranek. ;)

Z prezentami "Mikolaj" trafil w 10! No prawie, bo straz pozarna, ktora dostal Niko, oprocz tego, ze blyska, gra, wyje, ma rowniez pilota i mozna nia zdalnie sterowac. Fakt ten niecnie wykorzystal ojciec (nie wiem komu ja kupowalam ten prezent, synowi czy mezowi?) i spowodowal, ze auto "wyrwalo" sie z Nikowych raczek, ruszylo do przodu, po czym wjechalo pod lozko. Niko zas rozdarl sie jak zarzynany: "Ucieka!!!", ruszyl w poscig i nawet kiedy podalam mu woz spowrotem, zapowietrzyl sie tak, ze wystraszylam sie, ze zemdleje! Zaowocowalo to tym, ze biedne dziecko przez caly ranek trzymalo kurczowo auto, albo podawalo go matce ze slowami: "Cymaj mochno!". Nie mniej, przez caly weekend M. nie mogl sobie odmowic przyjemnosci wlaczania wozu od czasu do czasu i zasmiewania sie kiedy Niko rzucal sie z panika, zeby go lapac. Mezczyzni nigdy nie dorataja... ;)

Bi zas zupelnie przypadkiem trafila sie jeszcze jedna lalka. Poczatkowo miala byc dla mojej siostrzenicy, dowiedzialam sie jednak od siostry, ze Mloda nadal szaleje za Kucykami, natomiast Zosie ma w powazaniu. Postanowilam wiec sprezentowac ja mojej corce, ktora jakims cudem rozpoznaje ta postac. Oczywiscie wiedzialam, ze jest to lalka, istnieje wiec szansa, ze Bi popatrzy, po czym wrzuci ja do pudla z zabawkami i po sprawie. Tym razem jednak spotkala mnie pozytywna niespodzianka. Polaczenie bowiem Sofii ("Zosia" kompletnie mi  nie podchodzi...) z kilkoma sukienkami do przebrania, dla Bi ktora przechodzi akurat faze na ksiezniczki i przebieranki, okazalo sie idealne.


Dwie krolewny, jedna jeszcze nieco zaspana. :)

Przez cala sobote i niedziele, Bi co chwila serwowala lalce zmiane garderoby, nakladala jej pizamke na noc, zmieniala korone na opaske itp. Az w szoku bylam. :) Oczywiscie jak to z malymi czesciami bywa (chociaz zabawka niby od 3 lat), korona i kilka innych drobiazgow juz sie zdazylo zgubic, ale Bi nie rozpacza, wiec jakos przezyjemy. :)

Poza tym Bi otrzymala swoj wlasny stroj ksiezniczko - wrozkowy. :)


Jakby ktos mial watpliwosci, to Bi tutaj "dyga". Nie dala sie przekonac, ze podczas uklonu trzyma sie rabek spodniczki. ;)

Bi strojem byla po prostu zachwycona, nawet pomimo, ze nie byl pink. ;) Za cholere nie chciala go sciagnac. Musielismy uzyc calej swojej sily perswazji, poniewaz musielismy zalatwic kilka spraw, a przy 4 stopniach (nawet na plusie) takie wdzianko raczej nie jest pozadane...

A Niko... Niko nie spuszczal nowej fury z oczu nawet podczas picia porannego kakao...



Na szczescie Mlodszy nadal ceni sobie dzienne drzemki, a krolewna Bibi skwapliwie to wykorzystala. :)



Zaluje, ze nie mam programu, dzieki ktoremu moglabym postac Bi z tego zdjecia wyciac i przelozyc na jakies inne tlo, np. laki. Starsza w tym stroju i pozie, wyglada niczym elf. Moze latem urzadze jej sesje zdjeciowa wsrod kwiatkow. :)

A matka tryska swiatecznym nastrojem nawet w biurze, o!



:)

piątek, 5 grudnia 2014

A jutro Mikolaj! :)

Gotowi nie jestesmy... Ale spokojnie, u nas dopiero srodek dnia. :) Wieczorem planuje wytlumaczyc Potwornickim, ze Mikolaj zostawia prezenty tylko w czystych butach, dac szmatki i przymusic do polerowania kozakow. Wlasciwie slowo "przymusic" tu nie pasuje, bo oni nadal sa na etapie, kiedy piszczy sie ze szczescia na widok srodkow czystosci. Szkoda, ze to z wiekiem przechodzi... ;)

Mimo, ze grudzien jest dla moich dzieci miesiacem wyjatkowo laskawym jesli chodzi o prezenty, bo Mikolajki, bo Swieta, bo po drodze jeszcze urodziny Mlodszego, to matka i tak zaszalala z prezentami. Mialam kupic cos wiekszego na urodziny Nika, a reszta po drobiazgu dla kazdego z dzieci. Ale sprobujcie sie opanowac, kiedy wchodzicie do ogromnego sklepu z zabawkami, a tam doslownie spelnienie marzen kazdego dzieciaka, malutkiego oraz takiego ponad 30-letniego tez! ;) Spedzilam tam ponad godzine, ogladajac i marzac, ze fajnie byloby znow byc oseskiem. :) Na sam koniec wrocila mi odrobina zdrowego rozsadku i wypakowalam kilka rzeczy... Jedne wydaly mi sie za drogie, inne za duze gabarytowo do naszej chatynki... Teraz zas pluje sobie w brode, bowiem w rezultacie musze tam wrocic. Nie mam prezentu urodzinowego dla syna. Nic nie poradze, samochody, samoloty i pociagi jakos do mnie nie przemawiaja. Chodzilam, patrzylam i nic mi do konca nie podpasowalo... Moze wysle meza? ;)

A tak przy okazji, skoro juz pisze o prezentach. Zamowiony prezent Gwiazdkowy dla mego syna ma opoznienie i wyglada, ze moze nie dotrzec na Swieta. Kurna... Cos to moje mlodsze dziecie jest pokrzywdzone, bo prezenty Bi juz od prawie 3 tygodni leza w piwnicy i czekaja... :/

M. zamowil sobie sam jakis tam gadzet do auta, ale chcialam mu dac chociaz drobna niespodzianke. Coz, zamowilam ja w zeszlym tygodniu sadzac, ze spokojnie dojdze do Swiat. Taaa, dopiero kilka dni temu doczytalam sie, ze idzie z UK, wiec moze dojsc nawet 20 stycznia!!! Coz, poki zycia, poty nadziei... ;)

Dla taty nie mam pomyslu, wiec pewnie skonczy sie tradycyjnie na ramce z dedykacja ze zdjeciem wnukow. To juz zaczyna byc nudne... ;) No i zostaja jeszcze ciotka M. oraz jej facet oraz jakis drobiazg dla opiekunki dzieciakow. Iiiii... w takich chwilach ciesze sie, ze nie mam na miejscu wiekszej rodziny, bo juz jestem zmeczona rozmyslaniem nad prezentami... Nie mowiac juz, ze szykujemy tez paczki do Polski, wiec tu tez trzeba sie zastanowic co komu kupic... Meczacy ten grudzien, a to dopiero poczatek... ;)

Czyli co? Mimo, ze Wasze blogi nieco mnie zmotywowaly i wyjatkowo pozamawialam czesc prezentow wczesniej, na koniec i tak jak zwykle jestem w d*pie, moze nie takiej zupelnie czarnej, ale zawsze... Na przyszlosc zostane raczej przy mojej zwyczajowej prokrastynacji. ;)

Ale wracajac do watku glownego... Temat Mikolaja jest u nas na tapecie juz od jakis dobrych 3 tygodni. Glownie za sprawa Pani Marysi. To ona uswiadomila Potworki jak wyglada Mikolaj (wiem, bo Bi rozpoznala charakterystyczna postac przy jednym z udekorowanych domow), co mi w sumie nie przyszlo nawet do glowy. Jakos tak utkwilo mi, ze przeciez kazdy wie kto to Mikolaj, prawda? No jak moze nie wiedziec?! Ano moze... Bo skad ma o tym wiedziec 2-3-latek, ktoremu wyrodni rodzice nigdy tej slawetnej postaci nie pokazali? Tym bardziej, ze nie mamy kablowki, ani nawet ksiazeczek z tematyka bozonarodzeniowa. ;) W kazdym razie moje dzieci szybciutko podchwycily fakt, ze szacowny pan w czerwonym wdzianku przynosi prezenty. Co nam rownie szybko zaczelo byc na reke. Kiedy bowiem nasze dzieci maja coraz to nowe zachcianki, szybko nawiedza nas olsnienie i oznajmiamy z rodzicielska pewnoscia: "Eeeee, jak bedziesz grzeczna(y) to Mikolaj ci moze przyniesie...". I co ciekawe, nasze dzieci zupelnie to akceptuja! Nie ma marudzenia w stylu "ale ja chce teraz!", czego sie obawialam. Nie, one odpowiadaja "aha..." i zajmuja sie czyms innym. :)

Niko poszedl nawet o stopien dalej. Ogladajac tatowy magazyn z samochodami, co chwila pokazuje paluszkiem na ktoras fure i pyta "Kupis?". Juz dawno sie przekonalam, ze bez sensu jest tlumaczenie dwulatkowi, ze pokazywane przez niego auto kosztuje wiecej niz nasz dom, wiec macham tylko reka i odpowiadam "Kupie, kupie...". Na to moj syn wykrzykuje oburzony: "Nieee mama! Mikolaj!".
Eeee... Pewnie, mi to nawet pasuje... ;)

Bezczelnie tez wykorzystujemy z M. fakt, ze Mikolaj przynosi prezenty tylko grzecznym dzieciom. Na kazdy wiekszy przejaw niesubordynacji, kiwamy wiec paluchami z groznym "Ojojoj, chyba Mikolaj przyniesie ci rozge!". Dziala tak w 90% przypadkow, nawet pomimo, ze Potworki nie maja pojecia co to takiego rozga. ;) Szczegolnie na Bi, ktora widzac brata wijacego sie po podlodze i wrzeszczacego, predko sie dopytuje: "Mikolaj nie psyniesie Kokusiowi plezent? Ja jestem gzecna, mi psyniesie?". ;) Po czym probuje przekrzyczec histerie Nika, wolajac "Kokus! Psestan ksycec, bo Mikolaj nie da ci plezent!". :)))

Nie wiem co zrobimy po Swietach. Chyba zaczniemy Potworki straszyc Zajaczkiem Wielkanocnym juz w styczniu! ;)

środa, 3 grudnia 2014

Po Indyku!

Post powinien ukazac sie w poniedzialek, ale rocznicowy oczywiscie mial pierwszenstwo waznosci. A co tam, co sie odwlecze, to nie uciecze, prawda? Szczegolnie jesli chodzi o posty na bloga. :) Nooo, oprocz kilku pisanych dawno temu na temat rozwoju Nika. Zanim zdolalam je pokonczyc, on juz przeskoczyl na kolejny poziom i musialam zaczynac od nowa. :)

Ale do brzegu (Marta, ja tez uwielbiam te wyrazenie!, Dzieki Klarko!)!

Dlugi weekend (piec dni to prawie jak urlop!!!) minal mi, oprocz, sprzatania, gotowania, pieczenia, itd., pod znakiem PMSa. I to takiego z przytupem! Serio, juz nie pamietam kiedy ostatnio bylam w takim placzliwym nastroju. Nie pomagalo to, ze zewszad bylam bombardowana przykrymi wiadomosciami. Zadna na wielkie szczescie nie dotyczyla bezposrednio mojej osoby ani rodziny, ale mimo wszystko ciezko jest sluchac i czytac o tym jak kruche jest zdrowie i zycie. I to od osob z ktorymi jest sie w jakikolwiek sposob zwiazanym... Ze tego typu wiadomosci wywolywaly lzy, nie ma sie co dziwic. Ale ryczec ogladajac reklamy?! To nie przydarzylo mi sie chyba od czasu pologu po urodzeniu Nika! Nasuwa sie tylko jedno skojarzenie: hormony. W kazdym razie PMS trwa w najlepsze, wiec dzis rano oczy mi sie "spocily" podczas sluchania koled w radiu! Na szczescie prowadzilam samochod, wiec szybko wzielam sie w garsc... ;)

A Swieto Dziekczynienia, jak to Swieto Dziekczynienia. Bylo ptaszysko. Wyszlo jak zwykle suchawe i niezbyt smaczne (nie jestem fanka indyka). Byly pyszne slodkie ziemniaczki. Byla salatka. Bylo kilka innych rzeczy przygotowanych przez ciotke M. Byly dyniowe muffinki. I tu sie wkurzylam (na siebie), bo o ile te "probne" wyszly mi pyszne, to te na Swieto byly suche i twardawe. Nie mam pojecia jak to sie stalo, ale winie znow cholerny PMS. ;) W ogole moje swiateczne wypieki to byla jakas porazka. Muffinki wyszly beznadziejne. Upieklam wiec szybkie ciasto z jablkami, nieszczesliwie z przepisu, z ktorego korzystalam poraz pierwszy. I nie tylko za bardzo przypieklo sie z wierzchu, ale jeszcze kompletnie mi nie podeszlo. Jakies takie suche mi sie wydalo, stanowczo wole tradycyjna szarlotke. Co jednak dziwne, wszyscy inni sie na nie rzucili i cala blaszka zniknela w ciagu jednego wieczora! Moze wiec tylko ja mam spaczone kubki smakowe, a ciasto tak naprawde nie bylo takie zle? Ciotka M. w ogole sie zachwycila, zjadla trzy spore kawalki i juz jej obiecalam, ze upieke je znow na Boze Narodzenie. Tylko nie wiem kiedy znajde czas pomiedzy sernikiem, makowcem, a ciasteczkami... Ze o innych potrawach juz nie wspomne...

Bez irytacji na meza tez sie nie obylo. M., chociaz podczas przygotowan (o cudzie!) nie pisnal ani slowka (pewnie dlatego, ze wiekszosc zwyczajnie przespal, ucinajac sobie popoludniowa drzemke, kiedy ja nie wiedzialam w co rece wlozyc), to juz na poczatku wieczora wyjechal ze swoim, ze co to w ogole za swieto? No tak, bo wg. mojego malzonka obchodzi sie przeciez tylko swieta koscielne... Poza tym znow przypomnial sobie, ze to nie jego swieto, bo on jest Polakiem... Tylko po co w takim razie robil to obywatelstwo?! Tutaj jednak szybko pozbawilam go argumentu, mowiac, ze moze to nie jego Swieto, ale zdecydowanie jest to swieto naszych dzieci i ja dbam o odpowiednia atmosfere glownie dla nich! Ale naprawde, czy my musimy co roku sprzeczac sie dokladnie o to samo??? A na koniec, M. demonstracyjnie przyjal gosci w zwyklej koszulce. Dobrze, ze chociaz portki zalozyl, a nie smigal w gaciach... I zeby jeszcze byla to jedna z tych nowszych. O nie! Musial sobie wybrac (podejrzewam, ze zlosliwie) stara, wyblakla i pokryta mniejszymi i wiekszymi dziurskami od wieloletniego prania... Zupelnie tez zignorowal moja otwarta krytyke (przy gosciach), ze oto wszyscy sa odswietnie ubrani, tylko on wyglada jak lump. Jestem pewna, ze wszystko to moj tato bardzo obrazowo opisze mojej matce i potem nie ma sie co dziwic, ze M. wychodzi przed moja rodzina na buraka. ;)

Co bylo poza tym? Byl wieeelki foch Bi, ktora wszelkimi sposobami staralam sie uspic w poludnie, ale w koncu ponioslam sromotna porazke. Starsza byla wiec zmeczona, marudna, niechetna do zabawy i ogolnie "na nie". Caly wieczor nie schodzila dziadkowi z rak, przez co biedny facet nie mogl nawet normalnie zjesc. Do ciotki i jej faceta robila ponure miny (o burczeniu juz nie wspomne) i nie dala im sie nawet dotknac. Odmowila zrobienia zdjec, albo uciekala, albo sie odwracala, albo zaczynala sie rzucac i wrzeszczec. Szal po prostu. Miejmy nadzieje, ze na Wigilie jakims cudem padnie przy bajkach, bo marnie widze ta odswietna atmosfere...
Niko byl wiec niewatpliwa gwiazda wieczoru. Wyspany i pelen energii, bawil sie z goscmi i usmiechal wesolo do zdjec.

Niko z dziadkiem. Usmiech nie schodzil mu z buzki, nawet kiedy byla pelna indyka i ziemniaczkow. Bo Niko rzucil sie tez z apetytem na zarelko, nawet na surowke z kiszonej kapusty z porazajaca iloscia cebuli. :)



A tu Bi z szacowna autorka tego bloga. To zdjecie to jedyne, na ktore dala sie namowic. Zrobione jeszcze przed przybyciem gosci, juz widac ta "szczesliwa" mine, potem bylo tylko "lepiej". ;)



To tyle o samym Swiecie. Za to dlugi weekend uplynal nam pod znakiem zimy. Dzieciaki przywitaly srodowa sniezyce z ogromnym entuzjazmem. Ja bylam nieco mniej szczesliwa, bo okazalo sie, ze moj plaszcz przemaka! Dluzszy czas spedzilam skulona pod wiata, probujac namowic Potwory na powrot do domu. Oczywiscie oni nie mieli najmniejszego zamiaru, a ja przyplacilam przemokniecie potworna sztywnoscia i bolem w karku. Starosc nie radosc. Dobrze, ze tylko na tym sie skonczylo...

Radosc z pierwszego wiekszego sniegu - bezcenna. Tak ciesza sie tylko dzieci. :)



Byl tez foch, a jakze! Tym razem ze strony Nika, ktoremu bardzo nie spodobal sie zakaz hustania w spodniach dresowych na pokrytej sniegiem hustawce. Ale na powrot do domu w celu przebrania tez nie dal sie namowic...



Pan Obrazalski. Dobrze, ze swoim zwyczajem nie klapnal na ten snieg twarza w dol! ;)

W czwartkowy poranek, musielismy zaliczyc szybkie zakupy, bo jak zwykle zabraklo nam kilku produktow (ja nie wiem jak ja robie te nasze tygodniowe listy...). A dzieci spotkala nie lada gratka:



Takie wozki z autem z przodu sa na wyposazeniu niemal kazdego wiekszego supermarketu. Problem w tym, ze zazwyczaj jest ich raptem 2-3, wiec szybko sa wychwytywane. Zazwyczaj robimy zakupy o najruchliwszej porze dnia i praktycznie nie ma szans, zeby ktorys dorwac. Tym razem jednak, wiekszosc tubylcow juz chyba w najlepsze pichcila, sklep swiecil pustkami i wszystkie "auta" czekaly na mlodocianych kierowcow. ;) Jaka to ulga dla rodzicow, kiedy nie musza wyklocac sie z upartym 2-latkiem o to, w ktorym kierunku sie udac i powtarzac do znudzenia zeby nie wpadal z rozpedu na ludzi i polki! Jedyna wada tych wozkow jest ich dlugosc. Strasznie ciezko jest nimi manewrowac na zakretach. Ale spokojne zakupy w zupelnosci przewyzszaja te drobna niedogodnosc... ;)

Zaraz po swiecie Dziekczynienia, dopada mnie zwykle goraczka przedswiateczna. Czas bylo wiec wyciagnac czesc zimowo - bozonarodzeniowych dekoracji. Zaczelysmy z Bi od okien:



I na tym, poki co, poprzestalysmy... Nie mam praktycznie wyzszych polek, gdzie moglabym ustawic wszystkie moje dekoracje i figurki. A przy niesfornych, nikowych raczkach, te duperelki szybko zostalyby obtluczone, polamane i wyladowaly w koszu. Trudno, moze za rok... Jeszcze tylko lampki na zewnatrz fajnie by bylo zawiesic, ale na to potrzebuje mezowskiej wspolpracy, a on sie z lekka opiera... :)

W niedziele zas odbyla sie dla Bi inauguracja hmmm... kobiecosci? ;) Moje dziecko ujrzalo na jakiejs ulotce pania z bajecznie kolorowymi paznokciami i przypomnialo sobie, ze matka trzyma w lodowce kilka starych jak swiat buteleczek z lakierami do paznokci. Tak dlugo mnie dreczyla, az uleglam w koncu i pomalowalam jej dwa najmniejsze paznokcie, koniecznie na kolor pink. ;)



Jesli dobrze pamietam, kilka miesiecy temu, na blogach rozpetala sie burza w zwiazku z malowaniem paznokci kilkuletnim dziewczynkom. Mozliwe wiec, ze posypia sie za to zdjecie gromy na moja nieszczesna glowe, ale trudno. Ja tam nie widze w tym nic zlego, pod warunkiem zachowania umiaru oczywiscie...

A na koniec, zostawiam Was z kilkoma zdjeciami z piatku. Hustawki sa swietne przy kazdej pogodzie, nawet na mrozie i wietrze. Tylko ortalionowe portki sie z nich zeslizguja. :)





Wyciagnelam tez z piwnicy nasze saneczki.



Patrzac na powyzsze zdjecia, uwierzycie ze to koniec listopada? Gdybym nie wiedziala, powiedzialabym, ze to styczen! ;)

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Siedem lat temu...

Slubuje ci milosc, wiernosc i uczciwosc malzenska...


Nie pamietam nawet czy to tak dokladnie szlo w przysiedze cywilnej. ;)

W kazdym razie siedem lat temu przysiegalam mojemu M. (poraz pierwszy). Pamietam, ze byl mrozny i potwornie wietrzny, ale cudownie sloneczny, grudniowy dzien. A dzis mamy rocznice welniana lub miedziana. Co to oznacza? Nie mam pojecia. ;) Welna jest ciepla i puchata, ale za to gryzie i potwornie sie elektryzuje. Miedz jest metalem slabym, ale bardzo plastycznym. No i ladnym, z tym swoim zlotawym kolorem. Czyli co? Uksztaltowalismy sie i dopasowalismy do siebie jak ta miedz? Dajemy sobie poczucie bezpieczenstwa i wewnetrznego ciepelka jak welna, ale od czasu jak sie zetniemy to iskry leca? ;)

W kazdym razie tak sobie trwamy od lat 7. :) Czasem jest lepiej, innym razem gorzej. Ostatni rok zdecydowanie uplynal pod znakiem klotni i cichych dni, ale miejmy nadzieje, ze siodmy - kryzysowy rok minal i teraz bedzie tylko lepiej. :)
M. ma wiele wad. Czasem do szalu mnie one doprowadzaja, czasem do zrezygnowanego westchnienia. Mimo, ze pedantka nie jestem, czesto nie moge zniesc kubkow i talerzykow wiecznie zostawionych na biurku przy komputerze. Koszulek lub skarpetek znajdywanych regularnie pod komoda. Albo rzucanych niedbale na kosz na brudna bielizne, zamiast do niego. Nie znosze kiedy podczas klotni, M. ubiera sie i wychodzi. Ja wole wyjasnic sobie nieporozumienie, czy nawet wykrzyczec pretensje, oczyscic atmosfere. Moj maz przeciwnie, unika otwartych konfliktow, za to potrafi nie odzywac sie kilka dni... :/ Coz tam jeszcze bylo? Aha, brak kwiatkow czy innych dupereli na urodziny, rocznice, lub inne Walentynki. Czy chociaz zwyklej pamieci. Albo slow "kocham cie" od czasu do czasu.

Nooo, moj maz zdecydowanie nie jest romantykiem. ;)

Ale, jak to sam mowi, okazuje uczucia inaczej. Praktyczniej. :) To on czesciej gotuje. Tak, bije sie w obwisle cycki, w naszym domostwie to ja czesciej pieke, ale obiady zazwyczaj sa przygotowywane przez meza. Staram sie miec w to swoj wklad, ale w praktyce wyglada to tak, ze ja gotuje 2-3 razy w tygodniu, a M. 4-5. ;) Przyznaje, ze gotuje bardzo smacznie, choc musze go pilnowac, bo lubi wrzucac do potrawy zawartosc calej szafki z przyprawami i efekty nie zawsze sa do konca zjadliwe. :)
Co jeszcze kocham w M.? To ze od poczatku zajmuje sie dziecmi, bez proszenia i przymuszania z mojej strony. Jesli chodzi o opieke nad potomstwem, nie jestem typem Zosi-samosi. Jak ktos oferuje pomoc, to z ulga ja przyjme. A M. wkroczyl w role rodzica szybciej i naturalniej niz ja, od zawsze spioch, a przy tym zmeczony i lekko obolaly po porodach. :) M. od poczatku kapal maluchy, ja tylko asystuje. To M. obcina im paznokcie, mnie sie poca i trzesa rece. Nigdy nie mial problemu ze zmiana pieluchy. Zreszta, jak wiecie od 4 miesiaca zycia dzieci, w dzien byl pelnoetatowym Tata, takim przez duze T, co to nakarmil, przewinal, uspil, wyprowadzil na spacer i zabawil.

M. jest domowa zlota raczka. Potrafi naprawic drobna elektryke, hydraulike oraz sklecic cos z drewna. Moze to nic specjalnego dla faceta, ale znam takich co to gniazdka nie przykreca, ani nie wymienia uszczelki. M. samodzielnie polozyl kafelki na scianach w kuchni i zbudowal patio. Z pomoca kolegi postawili sciane w jednym z pokoi, a w innym miejscu wycieli otwor i wstawili drzwi. Nie mowic juz o tym, ze rozbabral elektryke w aucie, zeby zamontowac sobie kamere do cofania i GPS. Kiedy zobaczylam wszystkie kable sterczace z tablicy rozdzielczej, ponuro przepowiedzialam mu, ze raczej nie odpali ponownie samochodu. Nie tylko go jednak odpalil, ale jeszcze wszystko dziala jak zloto. :) Inna sprawa, ze kiedy M. ma do wykonania "projekt", to wklada w to cale cialo i serce. Doslownie. Nic innego nie isnieje. I pal szesc, jak zajmuje to kilka godzin, gorzej jak przeciaga sie do kilku dni lub (nie daj Boze!) tygodni. Nic sie wowczas nie liczy. Ani zona, ani dzieci. Musze mu caly czas przypominac, ze musimy jesc (on tez!), a Mlodszy potrzebuje drzemki. A M. wscieka sie, ze przez 2 godziny nie moze uzywac wiertarki. :)

W takim dniu jak dzis, troche szkoda, ze M. nie czyta mojego bloga. Moglby wypisac ze swojego punktu widzenia co lubi we mnie, a co doprowadza go do szewskiej pasji. :) A tak, to post powstal bardzo jednostronny. ;)

W kazdym razie zycze NAM jeszcze przynajmniej 50 wspolnych lat! ;)

środa, 26 listopada 2014

Smacznego Indyka!

Swieto Dziekczynienia dopiero jutro, ale z racji, ze M. i dzieciaki beda w domu, nie mowiac juz, ze jak zwykle na ostatnia chwile zostanie zapewne million rzeczy do wykonczenia, chcialam zyczyc wszystkim mieszkajacym w Stanach (pewnie kilka osob oprocz Abby sie znajdzie, ujawnijcie sie!):



A ja juz dzis mam w planach pieczenie pysznych, dyniowych babeczek, ktorymi chwalilam sie ostatnio. Oprocz tego, zeby zuzyc reszte rozmrozonego musu dyniowego, pewnie machne jeszcze dyniowe ciasteczka. I jablecznik. I salatke. Slodkie ziemniaczki, pyyycha, juz siedza w piekarniku! A Indora bedziemy piec juz jutro. :)

Ja tez chwilowo siedze, a wokol mnie schna podlogi (pies depcze je, zostawiajac slady lapek, udusze cholere!). Jeszcze wyszorowac lazienke, zetrzec kurze, poskladac pranie i moge brac sie za pieczenie slodkosci. W miedzy czasie jeszcze siade sobie z jakas kawusia, trzeba korzystac z "bezdzietnego" dnia. Bo tak, mimo, ze mam dzien wolny, niczym wyrodna matka odeslalam Potworki do Pani Marysi. ;)

I teraz zastanawiam sie, jak po nich pojade, bo za oknem szaleje mi sniezyca. Tak moje drogie, oczy Was nie myla: SNIEZYCA. To moje pierwsze Thanksgiving ze sniegiem. Znaczy sie te, ktore obchodze w domu, bo zdarzylo mi sie kiedys wyjechac na Swieto Dziekczynienia do gorskiego Stanu Vermont, a tam snieg o tej porze roku to zadna sensacja. Ale w naszym Stanie to pierwszy raz od 12 lat. :)

Kiedy okolo 9 rano wiozlam dzieci do opiekunki, zaczynal dopiero popadywac snieg z deszczem. O godzinie 10 rano, wygladalo juz tak:


Okolo 14 juz tak:


Najgorsze maja byc podobno najblizsze 3 godziny, kiedy snieg ma padac naprawde gesty... Nie powiem, ladnie to wyglada, czuje sie troche jak przed Bozym Narodzeniem, a nie Indykiem. :) Nie mniej jednak, nie znosze prowadzic w taka pogode. :/ Nic, mam cichutka nadzieje, ze M. nie bedzie mial nadgodzin i to on pojedzie po drodze po Potworki. ;)

A na koniec, swiateczne akcenty pojawily sie nawet przy miejskich wodopojach, zwanych potocznie stacjami benzynowymi. :)



I tak zostawiam Was na najblizsze 4 dni (no, moze uda mi sie pokomentowac tu i owdzie, ale ciii...). Do poniedzialku!!! :)

poniedziałek, 24 listopada 2014

Dziecko toksycznej matki

Do tego posta zabieralam sie kilkakrotnie. Zaczelam go pisac w ramach autoterapii, ku mentalnemu oczyszczeniu. Potem mialam go sobie zupelnie odpuscic. Tak sie jednak zlozylo, ze wczoraj na Onecie ukazal sie arykul, nomen omen, o toksycznej matce. Kiedy go przeczytalam, zrobilo mi sie goraco i pierwsza mysla bylo: to o mnie! Dobrze jednak sie stalo, ze zwlekalam, bo post pisany kiedy jeszcze emocje buzowaly, a adrenalina hulala w obiegu, bylby pewnie chaotyczny i pozbawiony sensu. Chociaz nie wiem czy nie rozkrece sie w trakcie pisania, cisnienie mi nie skoczy i nie wyjdzie, mimo najszczerszych checi, groch z kapusta...

Przez wiekszosc zeszlego tygodnia zmagalam sie z moja rodzicielka. Naprawde, slowo mama nie moze mi teraz przejsc przez usta... Ta kobieta nie zasluguje na ten tytul...

W zasadzie sama po czesci rozpetalam te burze. Mianowicie opowiedzialam tacie o "przygodzie" Nika i wspomnialam (podobnie jak na blogu), ze "nasluchalam sie" od meza na ten temat. I to tyle w temacie. Ani nie mielismy przeciez z tego tytulu cichych dni, ani wiekszej awantury... Moj tato, jak to on, powtorzyl to swojej malzonce. A ja otrzymalam smsa tresci mniej wiecej:

"Nienawidze tego twojego meza, chce zebys sie z nim rozwiodla!".

Hola, hola! M. ma swoje wady. Ma ich sporo, przyznaje, ale kto ich nie ma?! Klocimy sie i owszem (no przyznajcie sie, jest wsrod Was chociaz jedna, ktora NIGDY nie poklocila sie z mezem/ partnerem???). Jest cholernie przewrazliwiony na punkcie dzieci. Ale czy to, ze zdenerwowal sie na wiesc o wypadku syna, jest zaraz powodem do rozwodu?!

Tak dla zobrazowania sytuacji, stosunki mojej matki z M. od niemal roku sa poprawne acz baaardzo chlodne i ograniczone do minimum. Nie wiem czy pisalam o tym na blogu, ale po tym, jak zmuszeni bylismy uspic nasza porzednia suczke, moja matka wyslala mi smsa, w ktorym wyzwala M. od "s**insynow". Na nieszczescie moj telefon przez moment wyswietla tresc smsa po jego otrzymaniu. I M. to przeczytal, bo siedzial akurat obok. Mozecie sie domyslic, jak sie poczul. W pierwszej chwili chcial odpisac swojej tesciowej w podobnych slowach, ale sie opanowal. Od tego jednak czasu, pozdrawia moja matke (i to z rezerwa), tylko kiedy sie przypadkiem napatoczy w kadr, podczas kiedy ja rozmawiam z nia na Skype. Moja matka zas powziela sobie za cel wieszanie na nim psow...

Od czasu do czasu, dostawalam smsy w stylu, ze M. mnie nie szanuje, ze to zly czlowiek i ja jeszcze wspomne jej slowa. Tak bez powodu. Zwykle kompletnie je ignorowalam, albo odpowiadalam wymijajaco. Glownie dlatego, ze zazwyczaj dostawalam takie widomosci w pracy, a nie chce zeby kolega widzial, ze siedze i co chwila klikam w telefon. No coz, mozna sie bylo do tych okazjonalnych wiadomosci przyzwyczaic. Ale w zeszlym tygodniu, nie wiem co mnie podkusilo, ale kolegi nie bylo, moglam bez wscibskich spojrzen pisac, wiec ostro zaprotestowalam. Grzecznie lecz stanowczo napisalam, ze sie myli. O Boze, jaka bylam glupia! Trzeba bylo nie odpisywac w ogole! Bo moja matka dopiero wtedy sie rozkrecila!

Pamietacie, pisalam kiedys, ze jak poznalam M., moja rodzicielka straszyla, ze gorale tylko "pija i bija"? Wcale bym sie nie zdziwila gdyby ona wtedy miala szczera nadzieje na taki wlasnie scenariusz dla mojego malzenstwa. No niestety, M. nie przepada za alkoholem i z cala pewnoscia mnie nie bije. Zamiast sie cieszyc, moja matka szuka innego celu ataku. W sumie strzela na oslep. Nie przebierajac w slowach. Przeczytalam ze jestem zaslepiona (po 7 latach malzenstwa???), ze on mnie nie kocha ani nie szanuje, ze jestem przez niego tlamszona, ze on nikogo ogolnie nie szanuje i to cud, ze chociaz dzieci go obchodza! Wykasowalam pieczolowicie wszystkie te wiadomosci, nie chcac zeby M. je przeczytal, wiec nie jestem w stanie dokladnie ich przytoczyc. I to chyba dobrze, bo ja sama nie chce pamietac... Wedlug mojej rodzicielki, nikt w Polsce (zapewne miala na mysli moja rodzine, ktora M. widziala tylko przelotnie) mojego meza nie lubi, podobno uwazaja go za prostaka oraz dziwaka przy okazji. Ze z taka geba w zyciu nie znalazl by sobie zony gdybym ja nie miala nieszczescia sie na niego napatoczyc. Ze jestem ladna, wyksztalcona dziewczyna, stac mnie na normalnego faceta, a M. powinien mnie na rekach nosic, bo dzieki mnie dostal papiery, zeby legalnie zostac w Stanach. A, jeszcze, ze jest NAZNACZONY (tutaj juz mi cycki opadly), bo urodzil sie z rozszczepem wargi... I jeszcze dodala, zebym nie kasowala wiadomosci od niej, bo ona chce, zeby M. wiedzial co ona o nim mysli. Nooo, w takim razie czemu nie napisze bezposrednio do niego? A w najgorszym wypadku moge mu to powtorzyc...

I wiecie co? Wszystko to byloby jeszcze do przelkniecia. Gdyby matka nie okrasila kazdego smsa soczystymi epitetami. Oprocz wiec tego, ze moj maz to prostak, jest przy okazji chamem, ch*jem i sk**wysynem. Pierwsze smsy wzbudzily we mnie lekkie rozbawienie, ktore szybko przeszlo w irytacje, a nastepnie wkurzenie. Bo moja matka nie przyjmowala zadnego argumentu. Ja tlumaczylam, ze sie myli, a ona dalej swoje, z jeszcze wieksza zawzietoscia. Im bardziej bronilam M., tym bardziej ona wyzywala go od najgorszych sk*rwieli i oskarzala o cala liste wykroczen malzenskich (dziwne, ze o zdradzie nie pomyslala). Moja wscieklosc byla tym wieksza, ze to nie byly 3-4 wiadomosci. Taka wymiana smsow ciagnela sie przez wiekszosc tygodnia i zastanawiam sie skad mialam na to cierpliwosc... I jakim cudem w ogole dalam sie w to wciagnac! W koncu zaproponowalam, zebysmy spokojnie pogadaly przez skype w sobote rano, kiedy M. mial byc w pracy. Ale w sobote nie odpowiadala na smsy, a na Skype zadzwonila kiedy znudzona czekaniem wyszlam w koncu z Potworkami na dwor. Kiedy sie zorientowalam, napisalam, ze mozemy pogadac nastepnego dnia, bo musialam juz klasc Nika na drzemke. Matka na to, ze "nie bedzie gadac jak ten ch*j, moj maz, bedzie w domu i zebym sie przyznala, ze to dla mnie trudny temat i unikam rozmowy". Ku*wa! Pewnie, ze temat trudny, ale nie dlatego, ze ukrywam jaka rzekoma porazka jest moje malzenstwo, tylko dlatego, ze moja pie*rznieta matka nie przyjmuje zadnego argumentu, tylko upiera sie przy swoim (oczywiscie jej tego nie napisalam tak dosadnie, chociaz moze powinnam). W koncu matka "przegiela pale", kiedy po poludniu, gdy M. byl w domu, przyslala smsa, ze lepszy juz na meza bylby ......... (i tu padlo imie jednego z moich ex-ow). Nosz ku*wa!

Nie wytrzymalam w koncu i napisalam jej, zeby odczepila sie (najpierw uzylam dosadniejszego slowa, ale wykasowalam i zaczelam od nowa, nie bede sie znizac do jej poziomu) od mojego malzenstwa i zeby uwazala, bo udusi sie kiedys wlasnym jadem. Moze niezbyt ladnie tak do wlasnej matki, ale mialam dosc.

Wczoraj po poludniu zas, rozmawialam z tata, ktoremu jak sie okazalo udalo sie pogadac w weekend w malzonka. Dowiedzialam sie miedzy innymi, ze moja matka, wyrazila sie na temat swojej nienarodzonej jeszcze wnuczki (dla przypomnienia, moja siostra jest w ciazy): "Nie chce w ogole slyszec o tym nowym dziecku, nie chce go nawet znac, nie bede go wychowywac!". Po pierwsze, nie sadze, zeby moja sis potrzebowala babci do wychowania wlasnego dziecka. Po drugie, jak mozna tak powiedziec o wlasnej wnuczce??? Wyglada na to, ze moja matka jest na wojennej sciezce z calym swiatem, nie tylko ze mna... Nawet to nieco pocieszajace...

Wiecie co jest jednak najgorsze?

Wplyw, jaki ta kobieta nadal ma na moja psychike. Podobnie jak Dorosle Dzieci Alkoholikow, ja nigdy w pelni nie uwolnie sie od jej manipulacji... Odcielam sie od niej calym oceanem, a ona i tak potrafi sprawic, ze przestaje ufac wlasnemu rozsadkowi... Mimo, ze jestem dorosla, mam wlasny rozum, zaczely mi jednak po glowie krazyc uparte mysli, w stylu: a co jesli ona ma racje? Moze M. rzeczywiscie o wszystkim decyduje, a ja tego nie widze? Moze naprawde zle sie do mnie odnosi? Nie pyta mnie o zdanie, tylko robi co chce? A moze ona widzi cos czego ja nie widze? Jesli kiedys powaznie zachoruje, moze M. naprawde zamiast mi pomoc, zacznie mnie traktowac jak smiecia? Moze to tylko kwestia czasu zanim podniesie na mnie reke? Moze kiedys bede musiala wyplakac jej w sluchawke "mialas racje!"?

Przez kilka dni bylo mi ciezko, na szczescie w pracy kociol trwa, wiec nie mialam zbyt wiele czasu na smutne mysli. Ale znow zaczelam budzic sie w nocy z uciskiem w piersi i uczuciem nieuzasadnionego strachu. Ponownie zaczely mi sie trzasc rece.
Paradoksalnie, uczucie bezpodstawnego stresu i zyciowej porazki, pozwolilo mi odzyskac zdrowy rozsadek. To uczucie jest mi bowiem doskonale znane. Z czasow kiedy mieszkalam z matka pod jednym dachem. Zylam wtedy w ciaglym napieciu, zawsze usilujac odgadnac jej nastepny krok oraz mozliwe reakcje i sie na nie przygotowujac. Dajac sie wciagnac w jej manipulacje. A jesli sie nie dalam, przezywajac przez kilka dni pieklo. Nie fizyczne, bo odkad zrownalam sie z matka wzrostem, juz tak czesto nie obrywalam. Ale razy psychiczne byly gorsze. Slyszalam, ze jestem nieudacznikiem, jestem brzydka, jestem glupia, jestem bezgusciem. Nigdy nikt mnie nie zechce. Powinnam dziekowac Bogu, ze trafila mi sie taka matka jak ona, bo dzieki niej moze cos w zyciu osiagne. Zawsze bede w uszach slyszec jej wrzaski... I jej ulubione "ty k**wo, zebys zdechla". Tak, uslyszalam to (nie raz) od wlasnej matki. Moja skrajna niesmialosc nazywala debilizmem. A skad mialam nabrac pewnosci siebie, skoro w domu slyszalam tylko, ze do niczego sie nie nadaje?

Nie wiem skad w mojej matce tyle zlosci. Mysle, ze w gruncie rzeczy to bardzo nieszczesliwa osoba, ktora probuje miec nad wszystkim kontrole i wpada we wscieklosc, kiedy ta kontrola jej sie wymyka. Nienawidzi jakiegokolwiek przejawu indywidualnosci. Siostra i ja, mialysmy wygladac jak ona, zachowywac sie jak ona i myslec jak ona. Kiedy tata byl w domu, kierowala furie glownie przeciw niemu. Kiedy go nie bylo, na kozla ofiarnego wybierala sobie mnie. Siostra byla od zawsze jej ulubienica, wiec chociaz jej tez sie obrywalo, nie mowie ze nie, to jednak nie do takiego stopnia. To ja bylam ta najgorsza, to mnie zawsze dawala za przyklad tuzin znajomych rodzin, gdzie matki i corki byly najlepszymi przyjaciolkami. Nie mialam prawa miec wlasnego stylu. Tym bardziej nie mialam prawa do wlasnego zdania.

Po ostatnim tygodniu widze co sie dzieje. Jest mi to doskonale znane. Cale zycie slyszalam, ze moje kolezanki mna manipuluja i mnie wykorzystuja (ciekawe do czego?). Ze po co one w ogole sie ze mna przyjaznia, skoro sa pewne siebie, wesole i ladne, a ja 10x brzydsza i glupsza?
Teraz slysze podobne slowa, ale pod adresem meza. Moich obecnych kolezanek nie zna, wiec uczepila sie M. Ona zawsze atakuje osoby, ktore sa mi bliskie. Chce zebym kazdego podejrzewala o interesownosc, nikomu nigdy nie ufala. Zeby nikt nie byl dla mnie wazny, bo tylko ona wie co jest dla mnie dobre.
A tak naprawde to ona zawsze manipulowala moimi uczuciami. Do dzis probuje dyktowac mi jak mam zyc, a kiedy odmawiam wini inne osoby (w tej chwili mojego meza) o to, ze mna "kieruja". Mysle, ze w glebi swojego zaborczego serca, zazdrosci, ze ktos inny niz ona, pomaga mi podejmowac decyzje, wyrabiac sobie zdanie... Ona nadal nie odciela tej przyslowiowej pepowiny i za wszelka cene chce miec wplyw i wglad na moje zycie. I byloby to zrozumiale, gdyby nie robila tego przez wszczynanie awantur i proby sklocenia mnie z mezem. A ja chetnie bym ja dopuscila do mojego malego "swiatka", gdybym sie nie bala, ze go zatruje. Wlasnie tym jadem, o ktorym napisalam jej w wiadomosci.

Kiedy sobie to uswiadomilam, bylam w stanie w koncu wziac gleboki oddech. Ustalo to uczucie palpitacji serca, rece tez przestaly mi sie trzasc. Nie, nie natychmiast, pomalutku, potrzeba bylo na to dwoch dni i jednej nocy, kiedy budzilam sie z koszmarow ktorych nawet nie pamietalam.

Tylko, ze to nie koniec. Moja matka nie odpusci. Ona ucichnie na jakis czas, aby znow zaatakowac, kiedy nie bede sie tego spodziewac. To smutne, ale najchetniej odcielabym sie od niej zupelnie, tylko szkoda mi dzieci. Chcialabym zeby znaly babcie, jaka by ona nie byla...


No dobrze. Pozalilam sie. Oczyscilam nieco umysl z czarnych chmur. Na koniec sie pochwale dwiema rzeczami. Pierwsza:


Tak Martus, to sa TE muffinki! Postanowilam, ze znajac moje babeczkowe "zdolnosci", najpierw upieke partie probna, zeby potem w samo Thanksgiving nie rwac sobie wlosow z glowy, ze goscie za zakretem a ja musze w biegu klecic jakies awaryjne ciasto... Na szczescie te wyszly mi idealne. Co prawda jakos slabo urosly, ale co tam, najwazniejsze ze smakuja. A jak smakuja? Oblednie! Mialas racje, sa przepyszne!!! Od tej pory to moje ulubione muffinki! Tak mi posmakowaly, ze bede je pewnie piec przez caly rok. Tutaj mozna dostac mus dyniowy w puszkach (to tak dla leniuchow). Moze to nie to samo co swiezy, ale mysle, ze w muffinkach nie poczuje sie roznicy. :)

Poza tym, przedstawiam Wam mojego nowego kumpla:


Po blisko pol roku przypominania i marudzenia, malzonek przykrecil mi w koncu siodelko!


Jak widac po zdjeciach, cwicze (tak, tak, juz zaczelam!) w uroczych okolicznosciach "przyrody". Tak, to nasza piwnica. ;) No coz, M myslal o postawieniu rowerka w pokoju, z ktorego wyrzucilismy Nika, ale to byl kiepski pomysl. Juz widze jak co chwila musialabym sciagac z niego Potwory i tylko kwestia czasu byloby zanim ktores wywrociloby go na siebie. Cwicze wiec rozgladajac sie po cementowych scianach, liczac pajeczyny oraz zastanawiajac sie co jeszcze, z przechowywanych tam gratow, mozna spokojnie wywalic na smietnik. :)

A poza tym, zaczelam odliczac do dlugiego weekendu. Jeszcze godzina w pracy oraz jutrzejszy dzien, a od srody mam juz wolne, juhuuu! ;) Co prawda M. w piatek pracuje, ale dziadek obiecal wpasc pobawic sie z Potworami, wiec moze nie zwariuje. :)

czwartek, 20 listopada 2014

W tym domu sie gada V

Kolejna porcja humoru w wykonaniu Potworkow. :)



Bi zawsze wrecz pali sie do pomocy w kuchni. Do niedawna nie stanowilo to problemu, wrecz ja do tego zachecalam. Ostatnio jednak przybiega za nia w podskokach brat i tu juz jest gorzej. Niko wszystkiego chce dotknac, sprawdzic, przesunac, a wyje kiedy stawiam mu krzeslo dalej od kuchenki. To, ze ryczy to jeszcze pikus. Ale on sobie sam to krzeslo raz za razem przysuwa blizej! Moje gotowanie i pieczenie jest wiec co 2 minuty przerywane odsuwaniem syna od goracych garow. Nic fajnego. Oboje wychodzimy z tego umeczeni, upoceni i sfrustrowani, a Niko dodatkowo zaryczany i usmarkany. Kiedy Bi bawi sie zabawkami, Niko zdecydowanie woli spedzac czas z nia, zamiast towarzyszyc matce przy kucharzeniu. Dlatego ostatnio nawet ona jest wyganiana z kuchni, ku jej wielkiemu niezadowoleniu. Od czasu do czasu jednak, Mlodszy jest pochloniety zabawa z tata, albo akurat ucina sobie drzemke, a wtedy chetnie proponuje Bi, zebysmy cos wspolnie ugotowaly lub upiekly. Moja corka zawsze sie cieszyla, ale ostatnio, z racji ze od zajec kuchennych jest odsuwana, na podobna propozycje, reaguje egzaltowanym okrzykiem:

"Oooooch, dziekuje ci mamusiu!", polaczonym z mocnym usciskiem.

Az mam wyrzuty sumienia, ze tak rzadko ostatnio jej na to pozwalam. ;)

***

Od jakiegos czasu, kiedy skrecamy w ulice opiekunki, Bi regularnie wola: "Uwaziaj, udezis w lampe!".

Zeby nie bylo watpliwosci, nigdy nie mialam bliskiego spotkania III stopnia z uliczna latarnia! Nigdy nawet nie bylam blisko! Nie mam pojecia skad jej sie to wzielo... ;)

***

Cos z dzieciecego slowotworstwa. Na naszej ulubionej stacji, gdzie czesto kupujemy kawe, sa tez automaty z obrzydliwie slodkimi, kolorowymi napojami. O tej porze roku niewiele osob je kupuje, no ale sa. Musza byc caly czas mieszane, wiec sie kreca. Najwyrazniej to slowo jeszcze nie weszlo, lub umknelo ze slownika mojej corki, bowiem pewnego dnia zauwazyla:

"Mama, ziobac, kulkuja sie!"

***

Nik udaje, ze rozmawia przez telefon. Najpierw klika paluszkiem w druga raczke, mruczac "Pip, pip, pip, pip...", przystawia wyimaginowana sluchawke do ucha, wolajac "Helou", po czym odwraca sie do mnie, przyklada paluszek do ust i przykazuje: "Ciiiiii... Mowim!".

***

Niko pyta mnie "Uaj ju?" [how are you], po czym nie czekajac, sam sobie odpowiada: "Faj, faj" [fine, fine]

***

Przy kapieli, Bi wystawia z goracej wody stopy i opiera je o brzeg wanny. Patrzy jak paruja, po czym pyta z umiarkowanym zainteresowaniem:

"Ciemu mi sie pala nogi?"

***

Niko budzi sie w srodku nocy wrzeszczac przerazliwie: "Ziablal! To moje!". Nieprzytomna matka wpada do pokoju, pociesza, ze to tylko sen, podaje misie i lalke (!), z ktorymi Mlodszy spi, nie bedac pewna ktore zgubil. Glaszcze po glowce, przykazujac zeby juz spal i powtarzajac, ze nikt mu nic nie zabral. Niko, najwyrazniej niezbyt przekonany, mruczy: "Maly!".

No to juz wiadomo kto mu sie snil. Maly = Maksio, kolega u opiekunki. Na codzien slodki, ugodowy chlopczyk, ale najwyrazniej przesladuje mojego syna w snach. :)

wtorek, 18 listopada 2014

Dzisiaj juz zwyczajnie, poweekendowo, zdjeciowo oraz akcja: Budujemy Wieze

Ale zanim zaczne weekendowe opowiesci, moje "posklejane" malenstwo. :)



Na zdjeciu nie wyglada to nawet tak strasznie...

No, to teraz o weekendzie... W sumie duzo sie nie dzialo, zimno bylo, wlaczyla mi sie funkcja piecucha i nie chcialo mi sie nawet z domu wychodzic. Ale potomstwo i siersciuch potrzebuja swiezego powietrza oraz ruchu, wiec sie zmusilam. :)

A, zapomnialalabym! Piatek powital nas tak:



Brrr... To ja sie wzdrygam, Potwory bowiem byly zachwycone! Nie moglam ich odkleic od okien, a Bi sie rozmarzyla, ze bedzie lepic balwana oraz jezdzic na siankach... Musialam ja z lekka uswiadomic, ze na to musialoby byc tego sniegu tak z 10x tyle, bo gotowa byla taszczyc z piwnicy nasze saneczki. :) A i tak nie moglam Potwornickich do auta zagonic. Obowiazkowo musieli zaliczyc (widoczny powyzej) spacer po trawie i probe lepienia i obrzucania sie sniegowymi kulkami. :)

Na szczescie ten pierwszy snieg byl tylko malym straszakiem, ktory stopnial w ciagu kilku godzin. Temperatura jednak ani myslala podnosic sie powyzej 2 stopni i ubior na cebulke oraz rekawiczki byly na weekendowe wyjscia wrecz niezbedne. A ja glupia wychodzilam na "pol godzinki", po czym Potwory ani myslaly wracac do domu i kwitlam na tym zimnie 1.5 godziny... Trzeba bylo od razu wyslac ojca, o!





Przy okazji matka uswiadomila sobie, ze obudzila sie z reka w nocniku... Kurtki, spodnie ocieplane oraz czapki, kupila dzieciom juz w sierpniu, owszem. I spoczela na laurach, zadowolona. Tymczasem przyszly pierwsze mrozy (dzis temp. w dzien nie ma przekroczyc -1, a w nocy ma spasc do -7), a Potworki nie maja kozakow!
No coz, buty zamowione, powinny przyjsc jutro. A poki co adidasy musza wystarczyc. Ale czy nie skonczy sie to kolejna fala katarow i innych przeziebien, pokaze najblizszy czas. :/

A niedzielnym rankiem M. stwierdzil, ze popali troche suchych galezi zasmiecajacych nam obrzeza ogrodu, co zaowocowalo ogromnym ogniskiem.



Mega przyjemnie bylo do niego wystawic skostniale konczyny, tudziez lodowata dupke. ;)

Co poza tym... Poza tym uskutecznialismy glownie zabawy w domowym ciepelku. Jak ukladanie niesmiertelnych wiez z pojemnikow po ciastolinie, okraszonych garstka foremek do jej wyciskania.



Przyjazd dziadka zostal za to wykorzystany do odkurzenia hustawki. W koncu znalazl sie dorosly, ktoremu niestraszne bylo godzinne bujanie! Serio, ostatnio schowalam te nieszczesna hustwke gleboko w szafie, bo dosyc mialam stania przez pol dnia w korytarzu, bujajac na zmiane oba Potwory. ;)



Popatrzcie na ta zadowolona mine... I pomyslec, ze to jest to samo dziecko, ktore jeszcze 3 miesiace temu dostawalo spazmow z wscieklosci (albo strachu, kto go tam wie), kiedy probowalismy go posadzic na hustawke!

Tak jak pisalam ostatnio, okres jesienno-zimowy zacheca mnie tez do pieczenia. Trzeba w koncu wyhodowac odpowiednia warstwe tluszczyku, zeby przetrwac te zimne miesiace. ;) Tym razem postawilam jednak na cos szybkiego:


Martus, to jeszcze nie te dyniowe muffinki. :) Tamten przepis trzymam specjalnie na Thanksgiving. Te sa zwyczajne, czekoladowe, z czekoladowymi kropelkami. Potworki sie zajadaly, chociaz tradycyjnie wyzarly tylko gore, a caly dol zostawily. Coz, wiecej dla rodzicow. ;)


A na koniec o akcji: Wybudujmy Wieze!

Znacie bloga Olgi "O tym ze"? Jesli nie, serdecznie polecam, to cieply rodzinny blog z mnostwem pomyslow na zabawy! :) To juz drugi raz Olga organizuje swietna kampanie pt. Miasto Ksiazek. Nie pamietam jak to sie stalo, ze pominelam ja w zeszlym roku, ale za to przylaczam sie w tym! Oto nasza ksiazkowa wieza:



Niekompletna, bo zapomnialam o kilku tomach przebywajacych w Domowym Ksiazkowym Pogotowiu Ratunkowym. ;) Czyli schowanych przed oczami Potworkow gleboko w szafce, aby zapobiec ich dalszej destrukcji i czekajacych az matka znajdzie chwilke czasu na rande-wu z klejem i tasma klejaca. ;)

I Was tez zapraszam do zabawy! Pokazcie swoje wieze literatury dzieciecej! :)

poniedziałek, 17 listopada 2014

Druga w zyciu Nika wizyta na pogotowiu

Czy to jakies fatum??? Czy juz teraz kazdego listopada mam obgryzac nerwowo paznokcie, martwiac sie o to co moze sie stac TYM razem???

Pamietacie zeszly rok? Opisalam to tu:
http://co-to-bedzie.blogspot.com/2013/11/w-kilka-sekund-mozna-stracic-to-co.html

Po tamtym razie Niko nadal ma gruba blizne na nodze... Mozliwe, ze tym razem dorobil sie kolejnej... na czole. :/

I wszystko przez pospiech i moja glupote, taka wlasnie ze mnie odpowiedzialna matka... Od podjazdu opiekunki do drzwi jej domu jest raptem kilkanascie krokow. Zeby wejsc na ganek, trzeba pokonac tylko dwa niskie schodki. A i tak zawsze dzieciaki trzymaja mnie za rece, idziemy sobie pomalutku razem. Nie dzisiaj, o nie! Dzis padal deszcz, kaptury na glowach, poszlam przodem niosac prowiant dzieci. I jeszcze ich poganialam, bo myslami juz bylam daleko, w pracy, a po drodze na stacji beznzynowej, bo rezerwa sie swieci... :(

Dzieciaki maszerowaly za mna i... nie mam pojecia jak sie stalo, wlasnie przeszlam przez prog u opiekunki, Bi wbiegla za mna, a zamiast Nika uslyszalam placz... Odwracam sie, a on na czworaka... Biegne, najpierw pomyslalam, ze ma jakis brud na czole... Ale to nie brud, to rozciecie i to takie, ze na jego widok zrobilo mi sie slabo... Widzicie, opiekunka ma schodki wykafelkowane i te kafle tworza strasznie ostre brzegi. Niko musial sie poslizgnac i rabanac czolem centralnie o kant. Przez moment zupelnie spanikowalam, nie wiedzialam co robic... Krew sie lala doslownie strumieniem, maly najpierw sie zaniosl (ale na szczescie bez omdlenia), potem juz tylko lkal zalosnie "Boli, boli...". Jeden recznik papierowy przesiakniety, drugi...Krew jakby mniej kapie, ale rozciecie nadal wyglada tak, ze robi mi sie niedobrze... Szybka decyzja: jade z nim na pogotowie!

Z nerwow, wsiadlam do auta i... nie wiedzialam w ktorym kierunku jest szpital... Kolo ktorego przejezdzalam setki razy! Dobrze, ze kiedy podjechalam blizej, pojawily sie znaki kierujace na pogotowie. Dojechalam bez wiekszych przygod, za to w recepcji musialam sie zastanowic, zeby podac prawidlowo date urodzenia syna... Ja naprawde nie nadaje sie na takie akcje... :(

Na szczescie, pomimo kilku osob w poczekalni, dla malych dzieci robia chyba wyjatek, bo w ogole nie czekalismy. Dostalismy opaske na reke (tutaj daja takie cos, jakby bylo sie przyjetym do szpitala, nawet jak przychodzi sie na rutynowe badanie) i od razu zawolala nas pielegniarka. Potem badanie przez nastepna, potem w koncu lekarz... Na szczescie obylo sie bez szwow. Lekarz spytal mnie co wole: szew czy specjalny klej na rany. No idiota! Wystarczy mi emocji na jeden poranek, jakbym miala jeszcze trzymac syna wyrywajacego sie i wyjacego przy zakladaniu szwow, to szybko sama bym im tam "odplynela"... Z ulga zgodzilam sie na klej.

Niko, jak to Niko, wszystkie pomiary, wazenie, sprawdzanie poziomu tlenu we krwi, odkazanie rany, a na koncu klejenie, zniosl ze spokojem. Po chwili chodzil zaciekawiony po naszym "pokoiku" za kotara, usmiechal sie, machal raczka wszystkim pielegniarkom i mowil im "thank you". :) I pokazywal, ze ma na czole "boo-boo". A zaprowadzony spowrotem do poczekalni odmowil zalozenia kurtki, bo chcial jeszcze pobiegac i powspinac sie po krzeslach...

A ze mnie emocje splywaja baaardzo powoli... Po wyjezdzie ze szpitala, zgubilam sie w miasteczku, po ktorym jezdze od prawie 10 lat... Dobrze, ze w pore zorientowalam sie, ze pojechalam w kompletnie przeciwnym kierunku... Wszystko zdarzylo sie chwilke przed 7 rano, teraz jest prawie 11, a mnie jeszcze sie rece trzesa... :(

Oczywiscie musialam o wszystkim opowiedziec M., ktory zadzwonil podczas przerwy. Nasluchalam sie, oj nasluchalam! :/ Ze jak to sie stalo, gdzie ja wtedy bylam i dlaczego Nika nie pilnowalam? Na koniec, obrazony niemal rzucil sluchawka... Kuzwa, mam pod opieka dwojke dzieci i chocbym pekla nie dam rady pilnowac obojga w kazdej sekundzie dnia! Nie rozdwoje sie! Sama mam wyrzuty sumienia, a ten mi jeszcze doklada! :(