poniedziałek, 11 grudnia 2017

5 lat Kokusia

No i doczekalam sie. I Nik tez. Od kilku(nastu) tygodni, kiedy ktos pytal mnie o wiek Kokusia, odpowiadalam, ze ma prawie 5 lat, na co Nik oburzony poprawial, ze nieprawda, bo on ma 4 lata! :D

Koniec jednak tych sprzeczek. Moje malenstwo, moj malutki (juz nie taki malutki...) syneczek, ma oficjalnie 5 lat!


Napisze tradycyjnie: kiedy to zlecialo??? :D

Moja mala zrzeda i maruda... Pomimo tego, ze wlasciwie Potworki traktowane sa niemal jak blizniaki, czyli zazwyczaj jak ktores cos dostanie, dostaje to i drugie, niewazne czy jest to slodycz, zabawka, czy np... buty (:D), wydaje sie, ze Nik jest przekonany, ze jako mlodszy, moze zostac pominiety. Czesto jest to wrecz absurdalne, np. wreczam cos dzieciom, a Nik, zanim jeszcze dobrze sie rozejrzy i zauwazy, ze jego "dzialke" trzymam w drugiej rece, natychmiast strzela focha: "Ooooo, a dla mnie nie ma!", "A ja tego nie dostalem!". Najlepsze, ze czasem natychmiast odchodzi obrazony, zanim czlowiek zdazy odpowiedziec, ze przeciez dla niego tez jest i to nawet nie schowane... ;)

Niegdys przytulas i calusnik, przez dobrych kilka miesiecy mial okres, kiedy nie chcial sie przytulic i uciekal przed buziakami. Na szczescie chwilowo mu przeszlo. Znow przychodzi, obejmuje mnie w pasie i nadstawia usteczka do slodkich, lecz bardzo mokrych (nigdy nie wyciera warg, fuj!) buziakow. I szepcze: "kocham cie". Czego moze matka chciec wiecej? ;)

Jest tez niestety krnabrny i butny. Kiedy odmawia sprzatania i mowie, ze w takim razie nie pogramy w gry, odpowiada: "I tak nie chcialem!". Kiedy zwracam mu uwage na zle zachowanie, drze sie: "PRZESTAN!!!" (to akurat przyklad siostry :/). Ostatnio, kiedy odmowil zjedzenia obiadu i powiedzialam, ze wobec tego, nie dostanie deseru, wrzasnal: "Ide sobie za kare!!!". I sam poszedl do swojego pokoju, gdzie siedzial obrazony dobra godzine! :D

Bywa niemozliwie roztrzepany (to chyba-napewno po mamusi :D). Mowie: wyrzuc papierek do kosza, a on w polowie drogi (jakies 8 krokow) zauwaza pod krzeslem samochodzik, schyla sie, zeby go podniesc, a papierek... kladzie na stol! Ma posegregowac obrazki pod wzgledem gloski, na ktora sie zaczynaja. Zostawiam go z tym prostym (?) zadaniem i siadam z Bi do czytanki. Po chwili syn przychodzi zafrasowany, ze tu powinno byc "r", ale w zadaniu nie ma takiej gloski. No nie ma! Bo okazalo sie, ze Nik dwa obrazki dopasowal prawidlowo pod poczatkowa gloske, po czym... zaczal reszte segregowac pod wzgledem gloski koncowej! :D

No tak... Nad kilkoma kwestiami musimy popracowac... ;)

Jaki jeszcze jest 5-letni Kokus?

Miniony rok  (a nawet i polrocze) to dla Nika ogromne zmiany intelektualne. Z malego przedszkolaka, ktory nie umial (i nie chcial) prawidlowo trzymac nozyczek, a kredki trzymal poprawnie tylko kiedy mial ochote, wyrasta dumny (choc nadal maly) szkolniak. Chetnie (zazwyczaj) siada do odrabiania lekcji, z entuzjazmem powtarza piosenki z muzyki oraz hiszpanskie slowka, ktorych uczyl sie w szkole.
Zna juz wszystkie litery, zarowno male, jak i duze. Myli mu sie tylko literka "Q", najmniej uzywana. Zazwyczaj pisze duzymi. :) Zainteresowalo go jednak pisanie i co i rusz pyta jak sie pisze to czy tamto. Probuje nawet samodzielnie gloskowac, choc malo kiedy wychodzi z tego sensowny wyraz. :) Czasem jednak udaje sie cos tam odczytac. Np. "I love you", w wykonaniu Nika wyglada: I LV U". Narysowane obok serduszko nie pozostawia watpliwosci co do tego, co poeta mial na mysli. :D

Rownolegle z pisaniem, Nik zainteresowal sie rysowaniem. Jakby malo bylo porozrzucanych po domu kartek za sprawa Bi, to teraz Nik zaczal dokladac swoje trzy grosze! :D Oczywiscie, Bi rysuje kwiatki, motylki, zwierzatka oraz tecze, a Nik auta, ciezarowki oraz monster truck'i. Po obejrzeniu "Podwodnej wyprawy Franklina" w domu zaroilo mi sie tez od lodzi podwodnych oraz lazikow. ;)

Nie przepada specjalnie za puzzlami. Od czasu do czasu wyciagnie ktorys ze starych zestawow i ulozy, ale baaardzo rzadko. Bi dosc czesto lubi sobie rzucac takie wyzwania, a Nika nachodzi tylko od wielkiego dzwonu.

Przepada za to za wieczornym czytaniem. O ile Bi, czasem po wyjatkowo meczacym dniu, sama oswiadcza, ze nie chce ksiazki, tylko isc spac, dla Nika nie ma takiej opcji. Jesli sama odpuszczam czytanie z powodu poznej pory, musze liczyc sie z fochem. ;)

Ukochanymi zabawkami sa oczywiscie pojazdy. Najlepiej jeszcze zeby byly na pilota, jezdzily, piszczaly, krecily sie w kolko, swiecily i ogolnie doprowadzaly matke do szalu. ;)
Ukochana obecnie bajka - "Blaze i megamaszyny". :)

Wraz z pojsciem do szkoly, Nik podlapal od niezawodnych kolegow pierwsza fascynacje - Pokemony! Dostal od jednego z kolegow kilka kart i biega po domu wrzeszczac "Pikachu, I choose YOU!". :D
Co ciekawe, puscilam mu bajke, skoro juz tak lubi te Pokemony (chociaz uwazam, ze jest kretynska i dla nieco starszych dzieci) i zupelnie go nie zainteresowala. Poniewaz jednak fascynacja nie ustaje niemal od poczatku roku szkolnego, na urodziny dostal maskotke Pikachu i zestaw wlasnych kart. A niech sie powymienia z kumplami. ;)

Jak juz kiedys pisalam, Nik zdecydowanie woli mowic po angielsku niz po polsku. Ostatnio jakby jest troche lepiej pod tym wzgledem (odpukac!) i nie wiem czy to efekt mojego ciaglego poprawiania, czy po prostu minela jakas "faza". ;) Mimo wszystko jednak, kiedy juz mowi po polsku, Nik niestety lekko sepleni, czyli czesto zamiast "sz", "cz", mowi "s", "c". Zdarza sie nawet "l", zamiast "r". A tak juz ladnie, wyraznie zaczal mowic, to znow sie "popsul"... :/

Aktualne dane wzrostowo - wagowe, dopisze po bilansie, ktory mamy dopiero za tydzien. Na naszej domowiej miarce, Nik ma 110.2 cm. U lekarza zmierza go dokladniej, ciekawe czy miarka sie mniej wiecej pokryje. ;)

Na laptoku nie mam, cholercia zadnych niemowlecych zdjec Kokusia... Ale tak, dla wspomnien, 1.5-roczny Nik:

(Schrupalabym te pucate policzki!!! :D)

A tu 2.5-roczna "ksienznicka":

(Kto jeszcze pamieta, ze Nik mial faze na ubieranie sukienek Bi? ;P)

3.5-latek:


 (Floryda. Ach, co to byly za wakacje! :D)

A tu juz 5-letni lobuz:


(Tak, fota jeszcze z Thanksgiving ;P)

niedziela, 10 grudnia 2017

Bo dzis sa Twoje urodziny! :)

Mam czas tylko na krociutki post, wiec:

STO LAT SYNKU!!!

Rosnij zdrowo! Badz naszym pociesznym lobuzem, malym wesolkiem (choc czasem sfoszonym)! Obys zawsze byl nasza madralinska gadula i przytulasnym slodziakiem!

Kochamy Cie, nasz 5-latku!!!

czwartek, 7 grudnia 2017

Z serii: w tym domu sie gada! + Mikolajkowe jaja :)

Mam nadzieje, ze Potworkowe teksciki jeszcze dlugo nie zmienia sie w prawie "dorosle" gadanie. Uwielbiam ich spostrzezenia i przekrecanie wyrazow! :)


Stoje w sklepie, kontemplujac palete szarosci trzymana w reku, ktora przytykam do jedynej bialej powierzchni - slupa, probujac wybrac idealny odcien do lazienki. Podchodzi Bi i pokazujac wlasna palete trzymana w raczce, oznajmia:

"Ja bym wybrala TEN" - pokazujac na najbardziej jaskrawy roz, jaki swiat widzial! :)

Juz sie boje urzadzania jej w przyszlosci wlasnego pokoju! Kolorystyke bedzie mial oczojebna! :D


***

Bi opisuje (zupelnie beznamietnie...) co sie stalo z indykiem na Thanksgiving:

"They killed the turkey... i wyrwali wszystkie piora i... zrobili z nich piornik!"

W pierwszej chwili zachnelam sie, ze piornik to raczej z plastiku lub drewna, dopiero po kilku sekundach dotarlo do mnie to genialne slowotworstwo, gdzie piora = piornik! :D


***

Nik: "Koloruje tego krokodyla na zielono. Bo on jest swietowy"

Wszystko moze sie wpasowac w swiateczna atmosfere. Nawet krokodyle. ;)


***

Bi pozarla obiad w tempie ekspresowym.

Ja: "Wow, chyba wciagnelas ten obiad nosem!"
Bi: "A dlaczego nosem?"
Ja (zaczynam tlumaczyc): "Tak sie mowi, to znaczy, ze szybko zjadlas..."
Bi (zupelnie nie sluchajac): "Tak jak sie wciaga smarki do nosa?"

Super. Dzieki coreczko, za apetyczne porownanie przy jedzeniu... ;)


***

Na koniec, przedmikolajkowa swiezynka:

Nik: "Chodz ze mna do lazienki..."
Mama: "Zapalilam ci swiatlo, mozesz isc."
Nik: "Ale ja sie boje Mikolaja..."

Nik najwyrazniej obawial sie, ze starzec z dluga, siwa broda, nagle wyskoczy mu zza winkla, wolajac donosnie "Ho, ho, ho!!!". M. skwitowal, ze maly Mikolajek przestraszyl sie duzego Mikolaja... :D


***

Teraz pora na tytulowe JAJA.

Pierwsze dzialy sie juz za sprawa dziadka, ktory mial skleroze i przyniosl Potworkom prezenty o dzien wczesciej. :) No coz, na szczescie dzieciaki na widok upominkow maja klapki na oczach i gladko przelknely tekst, ze Mikolaj ma tyle pracy, ze do dziadka podjechal wczesniej, zeby sie nie spoznic do innych domow... :D

Reszte JAJ robily sobie juz oczywiscie Potworki, ktore w wiekszym lub mniejszym strachu czekaly na Mikolaja. Znaczy, w sumie Bi czekala na prezenty, a Nik nie czekal chyba na nic, tylko powtarzal, ze on sie tego Mikolaja boi i co to bedzie jak on przyjdzie. W koncu powiedzialam, ze Mikolaj to czarodziej, jest niewidzialny i nikt nie widzi jak przychodzi. Ufff... Kokus przyjal jakos to wytlumaczenie. ;)

Nie mniej jednak, slyszalam jak po polozeniu spac, Potworki umawialy sie (dobra, bardziej Bi podpuszczala brata), ze jak sie w nocy obudza to sprawdza czy Mikolaj juz byl. :D
Prezenty podlozylam im kladac sie spac, okolo 23. I kurcze, jeszcze nie zdazylam zasnac, kiedy slyszalam z pokoju dzieci cieche: "Bi! Hej, Bi! Bi!". Najwyrazniej "ktos" mial ochote wyruszyc na poszukiwanie prezentow...  Na szczescie siostra spala kamiennym snem i nawolywanie Nika pozostalo bez odzewu. :)
Kolejna pobudka. Tym razem to Bi zbudzila brata i krazy po domu. Patrze na zegarek: 4:37! Nosz kurna!!! Krzyknelam, ze jest srodek nocy i maja natychmiast wracac do lozek! Na szczescie posluchali... ;)
No JAJA sobie chyba robili! ;)

Na Mikolajki, postanowilam w tym roku polaczyc przyjemne z pozytecznym i zamowilam im po kalendarzu adwentowym Lego.


Dla Bi "Friends", dla Nika "City". Co prawda dostali je z 6-dniowym opoznieniem, ale za to na poczatek mogli otworzyc az szesc okienek za jednym zamachem, wiec chyba pokrzywdzeni nie sa. :D Pomyslalam, ze jesli sie sprawdza, to w przyszlym roku, zamiast kalendarzy z czekoladkami, znow zamowie im cos podobnego. Oprocz Lego, dostali tez tablice do robienia wzorkow z wciskanych w dziurki, plastikowych "grzybkow". Wpadlo mi to w oko na ktoryms z blogow i nie moglam sie oprzec. Sama mialam podobna zabawke w dziecinstwie i uwielbialam ja! Bylam przekonana, ze Bi sie spodoba, a Nik... Coz, co do Nika nie bylam juz taka pewna, ale ze to dobre cwiczenie dla malej motoryki, to zamowilam zestaw i jemu. Ach ten pragmatyzm... :D

Bylam pewna, ze Lego to bedzie hit! W koncu Bi regularnie rozklada zameczek Elsy na czesci pierwsze i uklada go z powrotem.
Poczatkowo myslalam, ze Potworki beda odsypiac nocne harce, bo nie wstaly zaraz za mna, jak to zwykle sie dzieje. Zdazylam zjesc sniadanie, zapakowac sniadaniowki, a oni spali. W koncu jednak, bedac w lazience, uslyszalam tupot stopek. I zaczal sie szal! :D
Ku mojemu zaskoczeniu, Bi na Lego spojrzala, ucieszyla sie... po czym nawet nie otworzyla, tylko piszczac z podekscytowania, zabrala sie za ukladanie obrazkow z "grzybkow". Hmmm...

zdjecie robilam na szybkiego pod swiatlo, dlatego wyszlo jak wyszlo... :/

Wiedzialam, ze Bi lubi takie artystyczne zabawy, ale zeby dla nich zignorowac klocki Lego???
Tymczasem Nik otworzyl wszystkie szesc okienek w swoim Lego, po czym... wsadzil woreczki z powrotem, stwierdzil, ze wyjmie je pozniej i... rowniez zaczal ukladac "grzybkowe" obrazki! No JAJA jak berety!!! :D

A pozniej to musialam leciec do pracy, wiec nie wiem co dalej sie dzialo przed szkola... :)

*

Po powrocie, okazalo sie, ze Nik nie ulozyl ani jednej figurki, tylko czekal na mnie. ;) Na dzien dobry musialam wiec ukladac kominek, fotel, ciuchcie i samolocik. Stwierdzam, ze paluchy mam juz za duze i za sztywne na Lego. Za male sa te niektore elementy. ;) Bi na szczescie wszystko ulozyla sama. Ale dzis rano Nik otworzyl okienko nr. 7 i SAM ulozyl saneczki. Brawo on! :D

Mimo wszystko, wczoraj chwilke poogladali te figurki, ludziki ponosili ze soba, ale i tak pol wieczora spedzili ukladajac obrazki z "grzybkow". W szoku jestem, ze az tak im sie to spodobalo!

Takze, jezeli macie w domu dzieci z choc odrobina artystycznego zaciecia, to polecam! :)

*

Ja tez dostalam prezent Mikolajkowy i to dzien wczesniej! ;)

Poniewaz nowa prace zaczelam w polowie roku, zostalo mi nadal 16 dni urlopu. Zapytalam w koncu szefa co sie dzieje z tymi dniami? W niektorych firmach czesc mozna przeniesc na kolejny rok, w innych wyplacane sa za nie pieniadze, itd. Przy okazji, wyrazilam chec, zeby wziac caly tydzien wolny pomiedzy Bozym Narodzeniem, a Nowym Rokiem.
Coz... Zla wiadomosc to taka, ze wolne dni nie przechodza na kolejny rok... :( Jesli chodzi o tydzien wolnego, to szef odpisal, ze chce pogadac o tym, co jeszcze jest do zrobienia, wiec pomyslalam, ze doopa blada. Bede musiala pracowac miedzy Swietami... Na szczescie, we wtorkowej rozmowie dowiedzialam sie, ze moge wziac wolne.
Tak wiec, oto moj mikolajkowy prezent: 10 dni byczenia!

I od razu jakos fajniej sie pracuje!!! :D

PS. W same Mikolajki dostalam tez okres, ale z tego "prezentu" to akurat sie nie ciesze... :D

PS2. To juz drugi post w tym tygodniu, zauwazylyscie??? ;)

wtorek, 5 grudnia 2017

Witam w grudniu

Oficjalnie zaczal sie najbardziej zwariowany miesiac w roku. ;) Zamiast sie uspokajac i wyciszac adwentowo, jak zwykle mam wrazenie, ze przez kazdy grudzien pedze niczym na kolejce gorskiej i w Swieta wpadam z wywieszonym do ziemi jezorem oraz zawrotami glowy. ;)

O czym musze pamietac w grudniu?

6 - Mikolajki! Chociaz to w sumie radocha tylko dla dzieci... ;)
8 - pajama dzien  polaczony z akcja charytatywna w szkole Potworkow. Jak na zlosc dopadlo mnie zacmienie umyslu i ich "swiateczne" pizamki dalam im do spania. Czyli musze pamietac, zeby najpozniej w czwartek wyprac je i wysuszyc. ;)

12 - Bi do dentysty. Mam cicha nadzieje, ze dentystka "pomoze" nieco Bibusiowej prawej gornej jedynce, ktora wisi juz niemal w poprzek, ale uparcie sie trzyma. :D
15 - winter crafts with parents w klasie Kokusia. Musze sie urwac wczesniej z pracy.
18 - bilans 5-latka z Nikiem. Normalnie wyslalabym go z M., ale kilka miesiecy temu dostalam list, ze nasza pediatra odchodzi na emeryture pod koniec roku. Chce osobiscie podziekowac jej za te 6.5 roku. Byla lekarzem moich dzieci od ich narodzin, przez lata nauczylam sie jej ufac i przyznaje, ze jej diagnozy (choc czasem mialam watpliwosci) nigdy mnie nie zawiodly. A teraz czeka nas wybor nowego pediatry i ciezko bedzie kogosc nowego obdarzyc takim kredytem zaufania. ;)
Poza tym, tak po ludzku przywiazuje sie do ludzi i smutno mi sie zegnac. Nawet jesli jest to lekarz, ktorego widywalam tylko kilka razy do roku podczas wizyt lekarskich dzieci...


Nastepny weekend bedzie szalony. W sobote rano gimnastyka Bi, a potem jedziemy na przyjecie urodzinowe jej kolezanki z klasy. Przeszlo mi przez glowe, zeby odpuscic sobie te impreze, ale ze dziewczynka jest jedna z ulubionych kolezanek Bi jeszcze od zerowki, a w zeszlym roku jakos tak sie zlozylo, ze nie moglismy byc na jej przyjeciu, stwierdzilam, ze w tym roku wypada sie zrehabilitowac. Tym bardziej, ze z jej mama czesto gadalam po odbiorze dzieciakow ze szkoly, a jej 3-letni braciszek uwielbia Kokusia i na placu zabaw chodzil za nim krok w krok. :) No i jako jedni z zaledwie 6 dzieci z klasy Bi, byli na jej urodzinach w maju.

Zastanawia mnie, ze ludziom chce sie w ogole organizowac przyjecia o takiej szalonej porze roku. Ja o Kokusiowych pomysle gdzies w styczniu. Teraz nie mam do tego glowy. :) Tymczasem, wczoraj otrzymalam smsa z zaproszeniem na kolejne, tego samego dnia! :O Nasi sasiedzi (z ktorymi, wraz z nadejsciem zimniejszej pory roku, na szczescie stosunki znacznie sie ochlodzily ;P) obudzili sie i zaprosili Potworki na urodziny corki (ma je tego samego dnia, co Nik! :D). Niestety, sorry Batory, ale tydzien wczesniej to zdecydowanie za pozno. Przyjecie praktycznie o tej samej porze, co kolezanki z klasy Bi, wiec zmuszona bylam odmowic. I w sumie odetchnelam z ulga. ;)

Na niedziele zas, zapisalam Potworki na doroczne "Christmas Party" dla dzieci, organizowane przez nasz kosciol i dopiero podczas Thanksgiving, kiedy zapraszalam dziadka oraz ciotke M. na urodziny Kokusia, dotarlo do mnie, ze to TEN SAM dzien! :O Na szczescie przyjecie jest wczesnym popoludniem, a na urodziny i tak nie planowalam nikogo zapraszac na obiad, tylko na tort i kawe, ale mimo wszystko, bedzie to dzien w biegu, zdecydowanie... ;)

 A pomiedzy tymi wiekszymi i mniejszymi wydarzeniami, oczywiscie praca do 15 oraz normalne, domowo - szkolne obowiazki.

Pozniej zas, zostanie nam ostatni "wolniejszy" (mam nadzieje) weekend przed Swietami, ktory i tak pewnie spedze w kolejkach w polskich sklepach. Taki urok naszej polskiej Wigilii, ze skladnikow na tradycyjna wieczerze, raczej nie dostanie sie w hamerykanckim supermarkecie. ;)

Poza tym, M. wymyslil sobie, zeby pojechac na prawdziwa "farme" z choinkami i uciac wybrane przez Potworki drzewko! Tylko prychnelam na te propozycje... Kiedys juz tak pojechalismy. Chyba bylam wtedy w ciazy z Bi i pamietam tylko, ze bylam zmarznieta i zla jak osa, a drzewko wcale nie prezentowalo sie lepiej niz te z przydroznych "straganow". ;) M. jednak podpuszcza, ze ach, taka mila bylaby tradycja, a przy okazji spacer na swiezym powietrzu, Potworki bylyby zachwycone, itd. Tiaaa... Jakos moja wizja odbiega troche od tego idealu... Widze dzieciaki ganiajace jak wsciekle pomiedzy choinkami, mnie biegajaca za nimi nawolujac i stresujac sie, ze ktores sie zgubi (te farmy choinkowe sa ogromne!), a potem Potwory klocace sie o to, ktora choinka bedzie najlepsza! :D



Gdzies w to szalenstwo, przydaloby sie jeszcze wcisnac wieszanie swiatelek przed domem, pieczenie piernikow oraz robienie ozdob z dziecmi. Tylko kiedy? ;)

*

Poza tym, kilka ostatnich zdarzen, jeszcze z koncowki listopada oraz zaraz pierwszego dnia grudnia:

Dostalismy list ze szpitala, zaadresowany tajemniczo do... Nika. Poniewaz moj syn jest mocno maloletni i z reguly nie otrzymuje korespondencji, spowodowalo to lekka konsternacje. A jeszcze wieksza po otwarciu listu, ktory okazal sie czekiem. Do czeku dolaczony byl krotki liscik, ze skasowali nas za cos, co powinnno pokryc ubezpieczenie, przepraszaja i oddaja dlug lacznie z odsetkami. I tyle. Ani szczegolow, za co zaplacilismy, ani kiedy to bylo.
Poniewaz, kiedy ktos wrecza mi kase "za darmo" robie sie podejrzliwa, zadzwonilam. Chcialam sie upewnic, ze to nie jakies oszustwo. Albo pomylka. Nie bylabym zbyt szczesliwa, gdyby za kilka lat okazalo sie, ze jednak musze im te kase oddac. Plus odsetki rzecz jasna. Poza tym, ostatni raz bylam w tym szpitalu z Nikiem, kiedy wylal na siebie goraca herbate, 4 lata temu! :)

Zadzwonilam do szpitala, a tam niespodzianka. Czek jak najbardziej prawdziwy. Dodatkowo, okazalo sie, ze nadplata, za ktora oddaja pieniadze, byla jeszcze za POROD Kokusia! :O
Nie dowiedzialam sie w koncu tylko, dlaczego czek zostal wystawiony na Nika, skoro ubezpieczenie bylo na mnie i wszystkie oplaty za szpital przychodzily zawsze na moje imie...

*

W zeszlym tygodniu, Bi zostawila w szkolnym autobusie plecak. Jak mozna zapomniec calego plecaka? Nie wiem... Wiem za to, ze zauwazylam co sie stalo, kiedy Bi wyleciala z autobusu, przytulilam ja na powitanie i przy okazji pomacalam jej plecy, ktore okazaly sie... puste. W panice podnioslam glowe i ruszylam w strone autobusu... ktory wlasnie odjezdzal spod naszego domu... ;) Co teraz? Bi schowala sie do szafy, mowiac, ze na pewno jestem na nia zla, mimo, ze nie mialam na to nawet czasu, bo mozg przestawil mi sie na tryb: odzyskac plecak!
Wiecie, plecak jak plecak, niczego cennego w nim nie bylo, poza zadana praca domowa. ;) Chodzilo bardziej o zawracanie glowy z kupnem nowego, gdyby ten autentycznie zaginal. ;)
Punkt pierwszy, telefon do szkoly. Coz, oni pomoc nie moga, autobusy po rozwiezieniu ucznow, juz do szkoly nie wracaja. Telefon do firmy autobusowej. "Ach, nie ma sprawy, corka sobie plecak wezmie z autobusu rano..." No tak, tylko, ze rano Bi autobusem nie jezdzi. "Aaaa, no to rzeczywiscie problem..." :D
Na szczescie pani okazala sie pomocna i zobowiazala przekazac kierowcy, zeby rano zaniosl plecak do sekretariatu. Wykonalam wiec jeszcze jeden telefonik do rzeczonego sekretariatu, ze z rana dostana rozowy plecak, ktory jest podpisany, owszem, ale w srodku. ;) Rano M. pomaszerowal do w/w biura razem z Bi (bo sama sie wstydzila) i rzeczywiscie, zguba juz tam na nia czekala. :)
Ufff...

*

To ze zapomnialam sobie spakowac do pracy lyzeczki do jogurtu, to w sumie pikus, za to smieszny. :) Przez 11 lat w starej firmie przywyklam, ze podstawy, w stylu papierowe kubki, telerzyki, czy plastikowe sztucce, zapewnia szefostwo. Obecna praca nie zapewnia nic i nawet po pol roku, czasem o tym zapominam. Kiedy przyszedl wiec czas na drugie sniadanie w formie jogurtu, a w sniadaniowce nie znalazlam lyzeczki, ruszylam na poszukiwania. W naszym biurze nie ma oczywiscie nic, co przypominaloby sztucce (dobra, sa paleczki jednego z Chinczykow, ale umowmy sie, paleczkami jogurtu sie nie zje :D). Poszlam wiec do kacika w korytarzu, w ktorym znajduje sie wspolna lodowka, mikrofala oraz zaparzacz do kawy na kapsulki. Oraz kilka szafek. Przeszukalam wszystkie szuflady i znalazlam... same widelce! Normalnie kilka tuzinow widelcow i ani jednej, cholernej lyzeczki!!! :D Na szczescie jogurt mialam grecki, gesty i widelec dal rade. :)
Oczywiscie pracuje 5 minut od domu i moglam podjechac po te lyzeczke, albo, jeszcze lepiej, napisac do M., zeby mi ja przywiozl. Ale szczerze, mialam lenia, a malzonka nie chcialam fatygowac, z racji, ze nadal walczy z lazienka. ;)

*

Teraz widze sens wysylania listow do Mikolaja juz w listopadzie... :/
Bi od kilku juz miesiecy gadala o kemperze dla Barbie. Najpierw strwierdzilam, ze tyle kasy za kawal (ogromny!) plastiku, ktory predzej czy pozniej wyladuje w kacie, to stanowczo za duzo. Kiedy jednak Bi konsekwentnie sie o niego dopraszala, zmieklam. Stwierdzilam, ze kurcze, TERAZ jest ten czas na spelnianie marzen prezentowych. TERAZ, poki jeszcze wierza w Mikolaja! Za kilka lat powiem im prosto z mostu, ze za drogo, czy bez sensu. Ale poki co, oni naprawde wierza, ze staruszek w czerwonym kubraku przynosi te prezenty! Jak wytlumaczylabym im, ze dostali cos zupelnie innego???
Kiedy wiec z okazji Czarnego Piatku cena kempera nagle spadla o $15 dolcow, stwierdzilam, ze dobra, skoro az tak o niego prosi, to biore! Zamowilam wiec kemper, zamowilam tez Kokusiowi wyproszona smieciarke "zjadajaca" klocki (chociaz podejrzewam, ze przestanie otwierac "paszcze" po kilku dniach Nikowego uzytkowania).
A w zeszly piatek, kiedy przewrocilismy kalendarz na grudzien i Bi zaczela dopytywac kiedy sa te Swieta, rozmowa jakos zeszla na prezenty. I co??? I jajco, chcialoby sie rzec! :/ Bo Bi oswiadczyla, ze ona marzy o interaktywnym kotku, a Nik chce dostac... najzwyklejszy znikopis! Sama nie wiedzialam czy smiac sie, czy plakac...
Trudno, nic juz nie odsylam ani nie wymieniam... Kokusiowi dokupie ten znikopis, a dla Bi szukam tanszej alternatywy, bo akurat ten, konkretny koteczek kosztuje $50 i po kemperze, nie mam ochoty wydawac tyle kasy na zabawke, ktora pare razy miauknie i pokreci glowa, a cene ma zupelnie nieadekwatna do funkcji... :/

*

A jesli juz o prezentach mowa, to wiecie, co dostaja niegrzeczne, hamerykanckie dzieci??? Ja dowiedzialam sie tego dopiero teraz, po 14 latach na Obczyznie! !
Nie, nie dostaja rozgi, choc jak dla mnie to znacznie praktyczniejsze. Nie dosc, ze delikwent nie dostanie prezentu, to jeszcze moze dostac ta rozga po doopie! :D
Ale nie, hamerykanckie lobuzy dostaja... brylke wegla! I w sumie, troche nudna ta "kara"... Bo co zrobic z takim weglem? Dodam, ze tutaj nie opala sie nim domow. A moze wlasnie o to chodzilo, o cos zupelnie bezuzytecznego? ;)

*

No i (chyba) najwazniejsze, 1 grudnia mielismy z M. 10 Rocznice Slubu (cywilnego)! Dekada razem! Czasem nie do wiary, ze spedzilam z M. ponad 1/4 dotychczasowego zycia, a czasem zastanawiam sie, kiedy to zlecialo... Wydaje sie, jakby to wczoraj byl ten sloneczny, ale mrozny dzien, a my zdenerwowani, ale szczesliwi. :)
Rocznica 10 nazywana jest cynowa, albo aluminiowa. Phi... Myslalam, ze na taka ladna, okragla rocznice, przysluguje juz jakis szlachetny kamyk. A tu zimny metal... ;)

Obchodow zadnych oczywiscie nie bylo. Co do tych ostatnich, M. mial ochote tylko na "jedno", z racji, ze przez godziny pracy widujemy sie tylko w weekendy. Nawet zaproponowalam, ze moge poczekac na niego do polnocy, w koncu Rocznica zobowiazuje. W koncu jednak odpisal, ze zostaje po godzinach, co nie ukrywam, bylo mi na reke, bo najczesciej juz o 10:30 padam na nos.
Taaak, zdecydowanie stare z nas malzenstwo... :D

Zeby nie bylo, piatkowy "post" odbilismy sobie w sobotni wieczor. ;) Niestety, cala sobote czulam, ze jakby bralo mnie przeziebienie. W niedziele bylam juz pewna. W poniedzialek, rozkladac zaczelo M. Zamiast wiec roztaczac aure malzenskiej milosci, rozsiewamy po malzensku wirusy. :D

*

I tu Was, moi Drodzy, zostawiam. Podejrzewam, ze na kolejny tydzien. Ostatnio na wieksza czestotliwosc postow, nie starcza mi czasu... ;)

wtorek, 28 listopada 2017

Przed Indykiem, po Indyku i troche codziennosci

Swieta i po Swietach.

Normalka, ze czeka sie na ten dlugi weekend, odlicza dni, a on mija sobie niepostrzezenie szybciej niz zwyczajny, dwudniowy. ;)

Zanim jednak przejde do indyczych (ekhem... szynkowych) opowiesci, pare slow (albo i akapitow) o zeszlym tygodniu.

*

Drogie Panie (Panowie?), po 2 latach przerwy, czyli odkad Nikowi wyrznela sie ostatnia piateczka, w naszym domu znow odbywa sie impreza znana zabkowaniem!
A myslalam juz, ze skonczylismy z ta watpliwa atrakcja. ;) Na szczescie aktualne zabkowanie, zainteresowana przechodzi znacznie lagodniej. Nie ma nocnych pobudek, niekonczacego sie noszenia na rekach oraz bluzeczek obslinionych az po pepek. ;) Troche marudzenia i fochow o wszystko jest, ale trudno powiedziec, czy to bol dziasel tudziez glowy, czy charakterek. ;)
Bi wlasnie wyrznela sie pierwsza szostka! Odkrylam to przypadkiem, podczas mycia zebow. Dziaslo po drugiej stronie jest mocno spuchniete, wiec podejrzewam iz wkrotce wyjdzie kolejna. :)

*

Kolejna "akcja", ktorej w moim macierzynstwie JUZ nie oczekiwalam: zostalam obsikana! Tak, tak, dobrze czytacie... :/
Wspominalam juz wielokrotnie, ze Nik nadal nie kontroluje pecherza w czasie snu. Przed polozeniem sie do lozka, biore wiec go "na spiocha" do lazienki na wysikanie. Problem z tym, ze Nik jest tak rozespany, ze zazwyczaj zupelnie nie kontaktuje co sie wokol dzieje. I ostatnio, kiedy nioslam delikwenta, nagle poczulam rozlewajace sie wokol pepka cieplo... "Rozlewajace" akurat tutaj doslownie. :D
Teraz sie smieje, ale wtedy wcale mi do smiechu nie bylo. Do przebrania bylo dziecko, ja sama oraz dywanik, na ktory syna czym predzej postawilam, a ktory to syn beztrosko rowniez "oznaczyl". ;)

*

A w poniedzialek obecnego tygodnia, odebralam syna ze szkoly z... tamtaramtam! KUPA w gaciach!!! :/ Co gorsza, podpytalam go czy zrobil ja na zajeciach plastycznych, na swietlicy czy jeszcze przed swietlica (bo to jak na zlosc ten jedyny dzien kiedy Potworki sa w szkole dluzej), a on odpowiedzial, ze przed. Czyli chodzil sobie z "klockiem" w majtach ponad dwie godziny! :////
Troche mi zajelo przeprowadzenie dochodzenia dlaczego wlasciwie tak sie stalo. Kiedy bowiem nie spi, Nik od dawna nie ma problemow z fizjologia. Sledztwo mialam mocno utrudnione, bowiem zawstydzony zainteresowany, zaczal szlochac. Chyba potraktowalam go nieco za ostro, ale kurcze... Cale pupsko usmarowane, a przy okazji nogi przy sciaganiu gaci oraz deska klozetowa, na ktora beztrosko sobie usiadl... Nik nadawal sie tylko pod prysznic, a toaleta do kompletnej dezynfekcji... Bleee... :/
W koncu doszlam do tego, ze Nik nie poszedl do lazienki, bo... nie umie sobie podetrzec tylka... No, to najlepiej ze*rac sie w gacie, swietne rozwiazanie! :D
Wytlumaczylam delikwentowi, ze nastepnym razem ma isc do lazienki, wytrzec pupe jak umie i dobrze umyc potem rece. "Szkody" na pewno beda wtedy mniejsze. ;)

*

Pisalam juz wiele razy, ze mimo ze mieszkam w mocno zageszczonej czesci naszego Stanu i otaczaja mnie dzielnice mieszkalne, dzikie zwierzeta pchaja sie uparcie w nasze okolice. Byl juz niedzwiedz na posesji sasiada oraz krecacy sie wokol budynku w pracy. Niedawno jeden z pracownikow innej firmy w naszym budynku, nagral... RYSIA, beztrosko wygrzewajacego sie na sloncu i myjacego lapy obok stolikow piknikowych! :O
A kiedy wracalam do domu w zeszly poniedzialek, po odebraniu Potworkow z zajec plastycznych, droge przeszedl mi jelen! Taki zwierzecy, bo tych ludzkich to nie brakuje... :D Piekny byk, mlody bo z niewielkim porozem, ale zdecydowanie dorosly. Bylam zaraz obok ruchliwego skrzyzowania, a on w ogole sie nie bal, przechodzil sobie ulice powoli i spokojnie!  Szkoda, ze ciemno bylo, a ja zbyt zaskoczona, zeby fote pstryknac... :D

*

W zeszly wtorek, klub gimnastyczny, do ktorego uczeszcza Bi, organizowal z okazji Thanksgiving, dodatkowe zajecia polaczone z akcja charytatywna, nazwana wdziecznie "Turkey Tumble". :D Dochody przeznaczone byly na rzecz (nie wiem jak to po polsku nazwac) "food pantry". "Food pantry" to organizacja, ktora posiada niemal kazde miasteczko. Kolekcjonuje ona zywnosc (glownie sucha i puszkowana, ale niektore zbieraja tez swieze owoce i warzywa) oraz artykuly gospodarstwa domowego, czesc zbiera tez ubrania, meble i tym podobne rzeczy. Sa one potem rozdawane potrzebujacym rodzinom za darmo, lub za symboliczna oplate. Kazda rodzina korzystajaca z takiej pomocy musi byc zakwalifikowana przez opieke spoleczna.

W kazdym razie cel akcji zaszczytny, a ze Bi dopraszala sie o pojscie (cwaniaki rozdali dzieciom ulotki na zajeciach), pojechalismy. Przy okazji pomyslalam, ze sie wyszaleja oraz bedzie to dobra okazja zeby zachecic Nika do gimnastyki. ;)
Oczywiscie, mimo ze Nik 5 lat konczyl (wtedy) za niecale 3 tygodnie, trafil do grupy maluchow. Grupa ta byla zupelnie niepomyslana, bo znajdowaly sie w niej 3-4-latki, z ktorymi mozna juz bylo przeprowadzic jakies sensowne zajecia oraz malenstwa 1-2 letnie. Cala ta gromada trafila wiec do pomieszczenia przypominajacego sale zabaw i krecila sie po niej bez celu. No dobra, "celem" byla zabawa i to im sie w sumie udalo. ;)

 (Ten basen z gabkami to byl HIT!)

(Z niewielka pomoca instruktorki, Nik robil nawet przewroty przez drazek)

Bi miala juz normalne zajecia z tylko elementami zabawy. :)

(W kolejce na rownowaznie...)

(I balansujeeemy... Potem Bi zeskoczyla bez strachu, za to z glosnym piskiem w basen z gabkami :D)

Moze jednak dobrze sie stalo, bo po wejsciu do budynku i odstawieniu Bi do jej grupy, Nik zaliczyl w tyl zwrot i oznajmil, ze on nigdzie nie idzie! Dopiero kiedy instruktorka powiedziala, ze w mlodszej grupie dzieci moga byc z rodzicami, zgodzil sie wejsc na sale. I tyle go widzialam! Potem juz szalal samodzielnie i kompletnie nie zwracal na mnie uwagi. ;)

Po zajeciach, wszystkie uczestniczace dzieci mogly podpisac piorko i przykleic je do makiety indyka:


Ogolem, Potwory wrocily do domu wybawione, ale nadal pelne energii (jak, pytam sie, JAK to mozliwe po godzinie skakania, biegania i fikolkow?!), a Nik oznajmil prewencyjnie, ze on nie chce chodzic na gimnastyke. Takze, moj plan spalil na panewce w obu punktach. ;)

*

W srode nastapilo juz wlasciwe przygotowanie do Thanksgiving. Popoludnie zaczelam godzine wczesniej, co zawsze jest mile widziane. Dzieciaki konczyly lekcje juz o 13:15, dwie godziny wczesniej, przez co i ja musialam sie urwac zeby zdazyc przejac ich zanim M. pojedzie do pracy. W naszym miasteczku, nawet szkolna swietlica zamykana jest przed Indykiem o 15, gdzie normalnie dziala do 18.

(Zdjecie przyslane przez wychowawczynie Nika. Kokus i jego "naindyczeni" kumple :D)

Dodatkowy czas przeznaczylam na wstep do gotowania. Po pierwsze, upieklam planowany placek dyniowy. Wlasciwie, dyniowo - marchewkowy. Tak sie cieszylam na ten przepis, a okazal sie kompletnym niewypalem. :( Do ciasta dodaje sie przyprawe piernikowa, wobec tego w smaku nieco przypomina piernik. I na tym pozytywy sie koncza. Niestety, mimo szklanki cukru, placek wyszedl zupelnie nieslodki! Ja sama moze i bym go przelknela, ale wstyd mi bylo serwowac gosciom cos, co nawet MI nie podchodzi. Nastepnego dnia pozalilam sie tesciowej, a ta poradzila posypac placek cukrem pudrem. Nie sadze, zeby cukier puder tu akurat cos pomogl, ale poddalo mi to pomysl, zeby placek potraktowac polewa czekoladowa! I mowie Wam, tylko polewa uratowala to ciasto! Co prawda "mezczyzni" odmowili sprobowania (moze nie powinnam byla ostrzegac, ze wyszlo srednio, hmmm... :D), ale ja zjadlam dwa kawalki ze smakiem, a ciotka M. pobila sama siebie. Zjadla 3 spore kawalki i jeszcze dwa wziela do domu! Wiem przynajmniej, ze KOMUS smakowalo. :)
A Potworki wylizaly z wyrazem blogosci na buziach reszte czekolady z rondelka i na tym sie ich wklad skonczyl. ;)

(Zdjecia z polewa brak. ;) W tle teczowa dynia Bi, ktora okazala sie niestety kompletnie przegnila w srodku :/)

W srodowy wieczor upieklam tez plastry kabaczka zwanego tutaj "acorn squash" (zapewne ze wzgledu na swoj ksztalt). Sprawdzilam jak to-to zwie sie po polsku i podobno (surprise, surprise!) jest to "kabaczek zoledziowy" lub "dynia zoledziowa". :D Upieklam go, posypanego parmezanem zmieszanym z bulka tarta oraz polanego maselkiem czosnkowym. No i Prosze Panstwa okazal sie hitem! Rok temu uzylam innego kabaczka (butternut squash - dynia pizmowa) i nikt poza mna tego za bardzo nie chcial jesc. A w tym poszla niemal cala blaszka! :)

Na czwartek zostaly mi slodkie ziemniaki oraz szynka. Oraz sprzatanie, co by gosci nie wystraszyc. :D
Ciotka M. przyniosla oliwki nadziewane czosnkiem, surowke z kiszonej kapusty oraz zwyklego kurczaka w panierce. Jakis element drobiu wiec na stole sie znalazl. :D Ten kurczak zreszta sprawil, ze Potworki zjadly prawie pelen swiateczny obiad. Nie tkneli tylko zieleniny. Rzucili sie jednak na owego kurczaka oraz slodkie ziemniaki, do ktorych ostatnio zapalali miloscia. A to juz spory postep w porownaniu z poprzednimi latami, kiedy zjadali niewiele albo domagali sie tostow z dzemem zamiast swiatecznych dan. ;)

*

Korzystajac z dlugiego weekendu, zamiast relaksowac sie na lonie rodziny, zaczelismy dosc niespodziewanie projekt - lazienke. Niespodziewanie, bo ja myslalam o tym raczej latem, a nie teraz, na przededniu zimy. Kiedy przychodza zimne miesiace, zapadam w mentalny sen zimowy i nie chce mi sie kreatywnie myslec. Na moje nieszczescie, ale chyba szczescie w ogolnym rozrachunku (wiem, to skomplikowane :D), pierwotny plan musielismy mocno okroic, a czesc ktora pozostala, jakos chyba ogarne. ;)

Z ta nasza lazienka jest bowiem kilka problemow, z czego najwiekszym to to, ze jest ona tylko jedna. To sprawia zas, ze MUSI byc funkcjonalna. Poniewaz juz kolejny raz M. nie chce zlecic roboty fachowcom, mamy "lekkie" utrudnienie. Wziecie tygodnia wolnego na remont nie wchodzi w rachube, bo to w tej chwili cale wolne M. Z kolei ja nie wyobrazam sobie, zeby sie przeniesc na 3 tygodnie do hotelu (do taty tez nie) kiedy moj malzonek bedzie w swoim tempie "dlubal" w lazience.

W zwiazku z powyzszym, juz na starcie musialam przelknac to, ze zostawiamy znienawidzone przeze mnie, biale kafelki na podlodze. Nienawidze ich odkad sie tu wprowadzilismy i marzylam o dniu, kiedy wypiep**e je w cholere. No coz, nie wypiep**e, a przynajmniej nie za tym podejsciem (bo nie wykluczam wiekszego remontu w przyszlosci). ;) Po prostu, kucie podlog i kladzenie kafelkow za dlugo by trwalo, ze o brudzie w domu juz nie wspomne. Dodatkowo, po polozeniu nowych kafli, nie mozna po nich chodzic przez dobe, a potrzeby fizjologiczne nie poczekaja. ;)

Okropne, biale kafle wiec zostaja. Kolejne marzenie leglo w gruzach, kiedy okazalo sie, ze mamy niewymiarowa... wanne. :) Planowalismy bowiem wyrzucic stara, a takze plastikowa obudowe nad nia, a zamiast nich wstawic nowke niesmigana oraz polozyc na scianie kafelki. Obudowa tworzy wraz z wanna jedna calosc, wiec wywalenie tylko jej w celu polozenia kafelkow, odpada. :/ Wanne mamy niestety wbudowana pomiedzy dwie sciany i okazalo sie, ze jest ona o jakies 10 cm krotsza niz standardowe! Co smieszniejsze, na scianie widac wyraznie ryse, nad ktora sie nieraz zastanawialismy.
Teraz puzzle ukladaja sie w jedna calosc, bo dodatkowo w ukladzie domu, za wanna, od strony kranu, znajduje sie wbudowana szafa w pokoju dzieci. W tej szafie, od strony wlasnie wanny, zamiast normalnej sciany znajduje sie dykta. Teraz dopiero polaczylismy te kilka faktow w calosc i wychodzi na to, ze poprzedni wlasciciele musieli wytrzasnac skads obecna wanne, ktora okazala sie nieco za krotka. Zeby ja wiec wpasowac, przesuneli... sciane! :) Wielkie dzieki za kreatywnosc! Teraz ja nie moge sobie po ludzku zainstalowac nowej, bo musielibysmy wyburzac sciane i stawiac ja od nowa 10 cm dalej! :/

Jak widzicie, problem goni problem, a to dopiero poczatek. :D

Kolejna rzecza, ktora musi zostac, jest lustro. Nasza lazienka ma takie ogromne na cala sciane, ktore chyba bylo szczytem mody w latach 60-tych czy 70-tych. :) Nie wyobrazam sobie tluczenia tego monstrum (7 lat nieszczescia!!! :D), a w jednej calosci raczej oderwac by sie nie dalo. Poza tym nasza lazienka ma ksztalt waskiej kiszki, a lustro dodaje optycznie przestrzeni, wiec zapadla decyzja, ze zostaje.
Zostawiamy tez kibelek, bo w koncu kibel to kibel, duzo dodac tu nie mozna. Wymienimy tylko siedzisko na takie samo - opuszczajace (pomalu i cichutko), bo Potwory doprowadzaja mnie do szalu walac klapa. :)

Co wiec zmieniamy (oprocz sedesu), bo jak narazie wymienilam wszystko, czego nie ruszamy? :D

Coz...Postanowilismy wywalic stara szafke ze zlewem (i tak byl pekniety) oraz blat pod lustrem i wstawic w to miejsce nieco nowoczesniejsza, z szufladami oraz dwoma zlewami. Lustro zas chcemy oprawic w rame, co troche je zmniejszy i rowniez wprowadzi nieco w XXI wiek. Paskudne okragle zarowki nad lustrem (rowniez znak rozpoznawczy wystroju tamtych czasow) wymienimy na cos nowoczesniejszego. A na koniec, obdrapana szafke nad kiblem, z ktorej pod wplywem wilgoci (i wieku) zaczela odchodzic farba wyrzucimy, zeby optycznie lazienke powiekszyc, a na to miejsce powiesimy obrazek.

Jak narazie zmiany postepuja tak:

(Oryginalna lazienka. Stare zdjecie z czasow, kiedy szukalismy domu)

Mialam zrobic lepsza fote lazienki zanim zaczniemy prace, ale zagadalam sie z siorka na skypie, a w miedzyczasie M. zaczal demolke (no nie mogl tej pol godziny poczekac). :/ Kiedy dobieglam do lazienki, wygladala juz tak:

(Na poczatek trzeba bylo wyrwac stara szafe. Z jednej strony mamy teraz dziure w scianie, bo klej okazal sie zadziwiajaco mocny :/)

Po wyniesieniu wszystkich niepotrzebnych rzeczy, lazienka prezentowala sie tak:

(Po wyniesieniu starych mebli)

Wystajace ze sciany rurki (te ciensze) M. musial obciac i od nowa zamontowac zaworki. Nijak bowiem nie moglismy dopasowac wysokosci szafki, zeby zmiescic cala hydraulike, a przy okazji zeby szuflady sie domykaly. A i tak w jednej z szuflad M. musial wyciac dziure, zeby zrobic miejsce jakiejs upartej rurze. ;)
Proceder obcinania rurek z zaworkami przyprawil mnie niemal o zawal. Dlaczego? Bowiem kolejna porypana rzecza w tej chalupie jest to, ze przy glownym doplywie wody w piwnicy, sa osobne zawory do kuchni oraz wanny w lazience, ale nie do lazienkowego zlewu. Tutaj sa tylko te male zaworki. Oznacza to, ze mozemy osobno zamknac doplyw wody do kuchennego zlewu lub wanny, pozostawiajac jednoczesnie doplyw wody do reszty domu, natomiast przy zlewie w lazience, jesli chcielismy obciac rury i wymienic te zaworki, musielismy zakrecic wode w CALEJ chalupie! Gdyby cos poszlo nie tak, mielibysmy przechlapane, bo bez wody nie pojdzie ogrzewanie ani nie spusci sie kibelka. Bez umycia rak jakos bym przezyla. ;)
W kazdym razie poziom stresu byl taki, ze M. serce walilo jak oszalale, a ja niemal go blagalam, zeby zostawil te cholerne rurki w spokoju! ;) Gotowa bylam znalezc inna szafe, pusta w srodku i ze zwyklymi drzwiczkami, zeby tylko nie ryzykowac. Nie z M. jednak takie numery! Moj maz chyba lubi adrenaline, bo po chwilowym kreceniu sie w kolko i patrzeniu na swa przerazona malzonke, westchnal: "Dobra, tne!".
I obcial. I nic sie nie stalo. :D

(Nowa szafka wstawiona!)

Najgorsze za M. Teraz juz "tylko" wstawic szuflady, zmienic lampki, przemalowac pomieszczenie, zawiesic obraz oraz trzymadlo na srajtasme i... gotowe! Jak nadejdzie wreszcie koniec remonciku, pokaze efekty. ;)

Pytanie tylko, jak my sie pomiescimy? ;) Dotychczas wszystkie nasze kosmetyki staly na dlugim blacie, ciagnacym sie na calej dlugosci lustra. W szafce pod zlewem mialam srodki czystosci oraz zawsze kilka zapasowych rolek papieru toaletowego, chusteczek, podpasek, itp. Sporo drobiazgow trzymalam tez w tej szafeczce nad toaleta. Teraz bede miala do dyspozycji cztery szuflady i tyle. Na pewno bede musiala jeszcze dokupic jakis stoliczek lub szafeczke do kata, chocby zeby postawic tam nasze elektryczne szczoteczki do zebow (tam znajduje sie jedyny w tym pomieszczeniu kontakt). Srodki czystosci pojda pod zlew kuchenny. Najgorzej z tymi "zapasami". Nie usmiecha mi sie biegac do piwnicy za kazdym razem kiedy zabraknie papieru toaletowego. :)

*

Wypadaloby chyba tez wspomniec, ze w zeszla srode stuknelo mi 6 miesiecy w nowej pracy. POL ROKU! Jak to zlecialo!
Ogolnie nic sie nie zmienilo. Dalej klepie i sprawdzam jeden przepis za drugim. Konca nie widac... Z towarzystwem nadal uklad taki sam, czyli kilka slow na dzien. Dretwo jak cholera. Smieje sie do M., ze niedlugo zapomne jak sie mowi po angielsku, bo prawie nie mam okazji pocwiczyc. ;) Zreszta, nawet jak juz slysze angielski, to w 90% z ciezkim, chinskim akcentem. Zalamka. Cale szczescie, ze chociaz dobrze placa. ;)

*

A przed nami grudzien, ktory jak zwykle uplynie w biegu. Ale to juz zupelnie inna historia... ;)

wtorek, 21 listopada 2017

Znow pora na "gobble-gobble", ale najpierw: w tym domu sie (troche po)gada! :)

Nie moge uwierzyc, ze nadeszlo kolejne Thanksgiving... Ze sciennego kalendarza, ktory zamowilam ze zdjeciami Potworkow, ciesza sie do mnie indyk oraz pielgrzym.

(Nikowa buzia przez rok troche "dorosla", ale Bi ani troche sie nie zmienila! :D)

Mam wrazenie jakbym wczoraj zrobila to zdjecie, a to juz ROK...

Mimo marudzenia M., jednak urzadzamy Indyka. To znaczy, chyba nie powinnam uzywac tej nazwy, bo w tym roku kompletnie lamiemy tradycje. Zawsze mowilam, ze nie przepadam za indyczym miesem. M. dodatkowo marudzi, ze wszyscy goscie szybko przechwytuja najlepsze czesci - udka (a jako gospodarze nie wypada, zebysmy "zaklepali" je dla siebie :D), a dla reszty zostaje suche mieso z "kadluba". Przegladajac wiec indyki w supermarkecie, stwierdzilismy, ze eee tam, w tym roku upieczemy szynke! ;) Hehe, bedziemy wiec miec Indyka bez indyka! ;)

(Wpasowujemy sie idealnie :D)

Poza tym jednak postawie na "jesienne" potrawy. Jak zwykle upieke slodkie ziemniaki oraz "squash'a" w parmezanie (ktory smakowal rok temu chyba wylacznie mi, ale co tam... :D). No i chce upiec ciasto dyniowe. Zobaczymy czy wyjdzie. ;) Na wszelki wypadek, planuje piec je w srode. Jak nie wyjdzie, to starczy mi czasu jeszcze na babeczki. Te przynajmniej wiem, ze wychodza! ;)

Przede wszystkim jednak, ciesze sie na dlugi, 4-dniowy weekend! Ciekawe ile razy pokloce sie z mezem i wydre na Potworki? ;)

*

No, ale poki co, wrzucam Wam kilka Potworkowych tekscikow:

Wracam od fryzjera.
Nik: "Mama, wygladasz jak zombie!"

Nawet nie wiem, jak to skomentowac... :D


***

Bi (w dniu obciecia wlosow, zachwycona swoim warkoczem i nieco skruszona): "Powiedzialam Twojej fryzjerce, ze moja mama nie jest taka ut... ut... utentowana. Przepraszam."
Ja (powstrzymujac smiech): "O, nie jestem taka utalentowana? To prawda, nie potrafie zaplatac takich pieknych warkoczy..."
Nik (klepie mnie pocieszajaco): "Dla mnie jestes w sam raz utantowana!"


***

Kapie Bi. Nik siedzi z M. w salonie. W ktoryms momencie przylazi do lazienki i marudzi o (kolejnego juz tego wieczora) cukierka. Odpowiadam, ze absolutnie nie i pytam zirytowana dlaczego przychodzi do lazienki do mnie, zamiast spytac taty, skoro ma go zaraz obok.
Nik (oburzony): "Juz pytalem tate i powiedzial: nie!"

Aha. Czyli jak jeden rodzic mowi "nie", to trzeba sie na wszelki wypadek spytac drugiego, bo az noz widelec dostanie sie lepsza odpowiedz?! Cwaniak! :D

***

W tym akapicie nie bedzie gadania...
Wspominalam ostatnio, ze Bi pisze raczej, ekhem... ciezko. Znaczy, ciezko to odczytac ze zrozumieniem... ;) Mam dla Was mala probke. To nabazgrala w rogu spoznionej laurki, ktora narysowala z okazji moich urodzin.

(Poniewaz doczytanie i zrozumienie tych wypocin to wyzsza szkola jazdy, poprawka i tlumaczenie: "Mama, yesterday was your birthday but today I made this - Mama, wczoraj byly twoje urodziny, ale dzisiaj to zrobilam to". Polska jezyk - trudna jezyk, ale angielski tez do latwych nie nalezy :D)



***

A na koniec, bardziej w duchu nadchodzacego Thanksgiving:

Wraz ze zblizajacym sie "Indykiem", czytam Potworkom te kilka ksiazeczek o odpowiedniej tematyce, ktore posiadamy w domu. Wiekszosc oczywiscie, z wieksza lub mniejsza doza humoru, opisuje za co jestesmy wdzieczni. Na fali tej wdziecznosci, podczas wieczornych buziakow i ostatnich pogaduch "do poduszki", podpytalam Potworki, za co oni sa wdzieczni. Odpowiedzi?

Bi: "I am thankful for my country..."

Coz... Musieli o tym rozmawiac w szkole, bo w domu tematow patriotyzmu nie poruszamy. ;)

Nik: "I am thankful... for... for PIARDY!!!"

I rozchichotal sie na dobre. Chlopak! :D

*

Pogode mamy w kratke. Na poczatku listopada, Potworki biegaly jeszcze po poludniu w samych bluzeczkach:

(Sami sobie zgrabili taka kupe lisci do zabawy!)

Kilka dni pozniej, nawiedzilo nas takie cos:


To tylko "screenshot" z telefonu, ale snieg autentycznie padal! Niestety, roztapial sie w kontakcie z ziemia i nie udalo mi sie go uchwycic na zdjeciu, ale szczeka mi autentycznie opadla! A w poniedzialek rano, znalazlam kilkumilimetrowa warsteweczke sniegu na aucie, ktore zapomnialam (a jak!) wprowadzic pod wiate... :/

Ciekawe jaka wypadnie pogoda na Thanksgiving? Bodajze 3 lata temu mielismy snieg. W tym roku sie nie zapowiada, ale kto wie, kto wie... ;)


Hej! Choc raz nie wyszedl mi tasiemiec!!! :D

Dla wszystkich moich czytelnikow z Hameryki: Happy Thanksgiving!!!
Dla reszty swiata: milych kolejnych 2 pracujacych dni, kiedy my sie bedziemy byczyc! :*** Nie martwcie sie, odbijecie to sobie, kiedy w drugi dzien Swiat bedziecie lezec do gory brzuchami, a ja bede zasuwac do roboty! :D

czwartek, 16 listopada 2017

Pierwsza lekcja gimnastyki, wywiadowki i Indyk za pasem...

No to za nami pierwszy, dlugo oczekiwany trening gimnastyki.
Oczekiwany glownie przez Bi, rzecz jasna. Ja sama, po 6 tygodniach wstawania w soboty "na czas" z racji zajec na basenie, delektowalam sie kazda minuta porankow podczas dwoch, calkowicie wolnych sobot dzielacych oba zajecia. ;)

Dobra, moze strasznie wczesne te moje sobotnie poranki nie sa, bo 8 rano to nie "skoro swit". Jestem jednak strasznym spiochem, lubie zakopac sie w posciel i zlapac jeszcze 10-cio minutowa drzemke. I kolejna... I jeszcze jedna... ;) Nie lubie po prostu wstawac "bo musze". A Potworki rosna i od kilku miesiecy wstawanie z nimi to czysta przyjemnosc.

Pierwszy zazwyczaj zrywa sie Nik. Rzeski i gotowy do dzialania. "Dzialanie", jeszcze z rok temu, objawialo sie wtargnieciem do pokoju rodzicow i szarpaniem za ramiona, glowy, czy inne wystajace spod koldry czesci ciala, skandujac "Zlooob mi kakauuuuko!!!". I to zazwyczaj punkt 6 rano. No nie dal pospac, dziad maly! ;)
Od jakiegos czasu jednak, Mlodziez zrywa sie co prawda rownie wczesnie (malo kiedy dosypiaja do 7...), ale za to ktore wstanie pierwsze, maszeruje do salonu, wlacza bajki i oglada grzecznie (potem dolacza siostra/ brat) az rodzice sie nie przebudza. Zyc nie umierac! :)

Zdarzaja sie oczywiscie wyjatki, jak w ostatnia sobote, kiedy budzik mialam nastawiony na 8, wiec z rozkosza lapalam ostatki snu, mimo slonca wpadajacego do sypialni, oglaszajacego, ze dzien juz sie zaczal. ;)
Nagle budzi mnie wyszeptane prosto w ucho "Mamo!". Co sie dzieje? "Kanal z bajkami nie dziala!". To wlacz inny, mrucze i odwracam sie na drugi bok.
Po chwili: "Mamo!". Co tym razem? "A ja sama sobie obcinam paznokcie!". Uhm, ziewam i zakrywam glowe koldra, ale juz rozbudzilam sie na tyle, ze siegnelam po telefon zeby sprawdzic godzine:

7:13! No kurka na wacie! :/

Poza tym jednak jest luz blues. :) Nawet M. z rozrzewnieniem wspomina wakacje kiedy siedzial z Potworkami. Oni rano wstawali, ogladali bajki lub bawili sie (i demolowali chalupe), a on dosypial po nocce. Teraz juz trzeba sie rano zrywac, zeby potomstwo do szkoly odwiezc. ;)


No, ale jak zwykle za daleko odplynelam od brzegu (ze tak za Klarka powtorze... :D). Mialo byc o gimnastyce.

Jak wspomnialam wyzej, Bi usilowala wywabic mnie z lozka juz od 7 rano, ale sie nie dalam i twardo wylezalam do budzika. Nawet chyba przysnelam. ;)
Potem pobudka, sniadanie sobie, Potworkom, pieciokrotne przypomnienie corce, zeby ubrala pod normalne ubranie stroj gimnastyczny i zrobila siusiu przed wyjsciem. M. nie szedl do pracy, wiec zostal z Nikiem... i pojechalysmy! :)

Sala gimnastyczna okazala sie nieduza i, jak to najwyrazniej w Stanach czesto bywa, niezbyt nowoczesna. Nie robi moze tak smutnego wrazenia jak basen, na ktory uczeszczaly Potworki, ale zdecydowanie dobrze by jej zrobil remoncik. ;)
Niestety, rodzicom nie wolno na sale wejsc. Musielismy czekac w przebieralni, ktora na szczescie posiada okna, z ktorych mozna obserwowac dzieciaki. Pechowo, wiekszosc cwiczen odbywa sie sporo od owych okien, w kacie sali. Nie dosc, ze daleko, to przez szybe ciezko bylo zrobic sensowne zdjecie. :)

(Tu Bi cwiczy nogi odbijajac sie na trampolinie)

(Na to cos dzieciaki wskakiwaly po odbiciu sie, zas z drugiej strony mialy zeskoczyc. Widzialam jak dzieci z bardziej zaawansowanej grupy cwiczyly zeskok z tego saltem. Bi skakala jak kura z grzedy... :D)

Musicie wiec uwierzyc mi na slowo, ze Bi wyszla zachwycona... szczegolnie kiedy okazalo sie, ze do tej samej grupy chodzi dziewczynka z jej szkoly. :) A na zakonczenie wszystkie dzieci dostaly pieczatke na wierzch dloni, mowiaca "Good Job!". Amerykanie to wiedza jak zmotywowac maluchy! :D
Chociaz, na samym poczatku zajec, w ktoryms momencie myslalam, ze juz po "zawodach". Na rozgrzewke dzieciaki (wiekszosc dziewczynek, ale jakis chlopiec tez sie znalazl) musialy bowiem porobic serie cwiczen. Jednym z nich bylo podparcie sie na rekach i wyrzucenie nog jak nawyzej w gore. Podloze na ktorym cwiczyli bylo zrobione z czegos elastycznego, niemal jak trampolina. W rezultacie, kiedy Bi odbila sie nogami, podrzucilo ja tak, ze przez sekunde balansowala na rekach, po czym lup! zleciala do tylu, na plecy! Kiedy sie podniosla, miala na buzi wyraz totalnego szoku i popatrzyla na mnie niepewnie zza szyby. Pokazalam jej uniesiony kciuk na znak, ze wszystko jest w porzadku i na szczescie wrocila spokojnie do cwiczen. ;)

Jak sobie radzila trudno mi powiedziec po jednych zajeciach. Grupa wiekowa, do ktorej trafila jest dla 5-6-latkow, wiec Bi jest w jej gornej granicy. Mlodsze, 5-letnie czlonkinie grupy od razu mozna bylo rozpoznac, nie tylko po wzroscie. Maluchy zupelnie inaczej sie poruszaja, maja gorsza koordynacje i nawet kiedy sa szczuplutkie, to ich ruchy sa mniej pewne i takie... "kluskowate". ;) W grupie jest jednak tez kilka dziewczynek, ktore nie tylko sa gdzies w wieku Bi, ale widac tez na pierwszy rzut oka, ze uczeszczaly na gimnastyke wczesniej. Szczegolnie jedna, nie wiem co robila w grupie dla poczatkujacych, ale instruktorki szybko zaczely "uzywac" jej do pokazywania cwiczen innym dzieciom, bo widac bylo, ze obeznana jest z sala, a cwiczenia wykonywala bezblednie.

Grupa jest spora. Nie liczylam, ale na oko jest w niej okolo 20 dzieciakow. Taka grupa zajmuja sie jednak 4 instruktorki, wiec nie jest zle.
W kazdym razie Bi juz nie moze sie doczekac kolejnych zajec, wyglada wiec na to, ze przez jakis czas przy gimnastyce zostaniemy. Zeby jeszcze Kokusia namowic... ;)

O gimnastyce wystarczy. :) Pierwsza polowa tygodnia uplynela mi pod znakiem wywiadowek. W poniedzialek u Nika, we wtorek u Bi. Wywiadowki oczywiscie indywidualne, na szczescie ogolnoklasowych tu nie ma. :)

Najpierw, w piatek, otrzymalam jednak raporty obojga Potworkow. :)

(Tak wygladaja pierwsze strony raportow. U Nika na drugiej sa tylko wyniki ze "sztuki", muzyki oraz w-f'u. Bi ma dodatkowo jeszcze zagadnienia z "science" oraz socjologii czy tez nauki o spoleczenstwie, czy jak tam mozna przetlumaczyc "social studies" :D)

Martwilam sie o Nika, oczywiscie. Tak juz mam, ze czesto nawet podejmujac sluszna wedlug mnie decyzje, marwie sie o konsekwencje. Zas z wyslaniem Mlodszego do zerowki pewna bylam tak na 99%. Ten 1% niepewnosci meczyl mnie i uwieral i pewnie nie przestanie do konca roku. ;)

Na chwile obecna jednak moge odetchnac z ulga. Przynajmniej do nastepnej, marcowej wywiadowki. ;) Nik, mimo ze 5 lat konczy dopiero za miesiac, radzi sobie swietnie. We wszystkich zagadnieniach jest tam, gdzie dziecko w Kindergarten powinno byc po pierwszych trzech miesiacach. Nauczycielka az prosila o przypomnienie kiedy sa jego urodziny, bo nie pamietala. Co tylko potwierdzilo, ze Kokus, choc najmlodszy, w ogole nie wyroznia sie intelektualnie czy sprawnosciowo, mimo ze w klasie jest przynajmniej dwoje (o tylu wiem) 6-latkow. :)

Ogolnie, wychowawczyni wyrazala sie o Kokusiu w samych superlatywach. Jest bystry, wygadany, wesoly, przyjacielski, pomocny, no, troche gadatliwy, ale to efekt uboczny przyjacielskosci. ;)


Troche gorzej wypadla Bi, chociaz w sumie bez zaskoczenia. Ona tez ogolnie radzi sobie dobrze, za wyjatkiem czytania, ale to juz sama zauwazylam. Jej wychowawczyni poczynila dokladnie te same obserwacje - ze Starsza usiluje zgadywac po pierwszej literce, ale tez bardzo nie lubi byc poprawiana. Delikatnie tez napomknela, ze Bi jest "nieco" uparta, na co tylko przewrocilam oczami i powiedzialam Pani ze smiechem, ze dobrze wiem, ze Starsza jest baaardzo uparta i nie ma co tego owijac w bawelne! ;)
Dostalam kilka podpowiedzi jak popracowac nad tym nieszczesnym czytaniem. Okazuje sie przy tym, ze dotychczas robilam to zle. Zachecalam bowiem Bi do gloskowania, natomiast teraz podobno bardziej pracuje sie nad znajomoscia wzrokowa wyrazow (Bi powinna podobno okolo 100 wyrazow czytac "odruchowo"!) oraz rozbijaniem wyrazu na krotsze czesci. :/ Nauczycielka pocieszyla mnie, ze jeszcze 15-20 lat temu cwiczono czytanie wlasnie w "moj" sposob, wiec nie jestem taka zupelnie nieogarnieta, tylko ucze dziecko w ten sposob, w jaki ja bylam uczona. ;)

Wychowawczyni potwierdzila rowniez, ze Bi swietnie radzi sobie z matematyka. Niestety, na ostatnim tescie Starsza stracila kilka punktow, bo walnela sie na... slownictwie. Niestety, ale Bi ma wyraznie problem z wyrazami. Ciezko idzie jej czytanie, wolniej przyswaja nowe slowa i pojecia. Zadania na tescie zrobilaby bezblednie, ale pomylila pojecia "fewer" oraz "the same as"... :/ Tu poczulam sie zla na siebie, bo na jednej z prac domowych Bi miala zaznaczone, zeby pocwiczyc zadania z tymi wyrazeniami... Zapisalam to sobie i nawet przypielam na lodowke, ale w natloku codziennych obowiazkow jeszcze nie zdazylam. Troche tu zawinila tez Pani. W Polsce nauczyciele zawsze podawali date testu wczesniej. Zreszta, tutaj w starszych klasach tez to robia. Natomiast w najmlodszych najwyrazniej uwazaja, ze dziecko powinno wszystkie wiadomosci wyniesc ze szkoly. Wydaje mi se zreszta, ze to dobre podejscie, ale nauczycielka zaznaczajac, ze Bi powinna cos pocwiczyc, moglaby dodac, ze za dwa dni maja test. Wtedy wcisnelabym pocwiczenie tych zagadnien w nasz grafik, chocbym miala peknac! ;)

Z drugiej strony, skoro z zalozenia dziecko ma nauczyc sie wszystkiego w szkole, to wynik testu jest tez sprawdzianem dla nauczyciela. Moze wiec dobrze sie stalo, ze nie zawyzalam sztucznie wyniku corki, biorac na siebie jej "douczenie"?
No! I tego sie trzymam! :D

Poza tymi jednak, drobnymi problemami (no dobra, czytanie to nie drobiazg bo to wstep do wszystkich innych przedmiotow...), Bi zalicza wiekszosc zagadnien na poziomie swojego rocznika. W kilku jest juz blisko. W jednym nawet przewyzsza poziom dla pierwszej klasy. Mianowicie, w pisaniu. Mozecie sie zdziwic (ja sie w kazdym razie zdziwilam), ze dziecko ktore slabo czyta, dobrze pisze. Tyle tylko, ze tu nie chodzi o poprawnosc, a o umiejetnosc rozwijania tematu. ;) Bi pisze tragicznie (ale akurat pod tym wzgledem miesci sie w kryteriach I Klasy), zazwyczaj z ogromnym trudem udaje mi sie (albo i nie) rozszyfrowac jej zapiski, ale za to kocha pisac i zawsze wychodza jej elaboraty. ;) Jesli kiedys przyjdzie jej do glowy zalozyc wlasny blog, gwarantuje, ze bedzie pisac tasiemce niczym jej mamusia. :D

Skoro juz o szkole pisze, dodam moze, ze dzieci dostaja tu bardzo duzo pomocy, a przy okazji dostaje ja nauczyciel. Nie wyobrazam sobie bowiem, zeby jedna wychowawczyni skutecznie ogarnela potrzeby 19-ciorga calkowicie roznych dzieciakow. W podstawowych zagadnieniach, jak czytanie, pisanie oraz matematyka, dzieci, w zaleznosci od poziomu dzielone sa na grupki 2-3-osobowe. Owe grupy maja zajecia (nie wiem niestety jak dlugo ani jak czesto) ze "specjalistami". W szkole Potworkow jest specjalistka od matematyki oraz kilka specjalistek od czytania i pisania. Dla dzieci obcojezycznych sa tez przydzielone dodatkowe zajecia z angielskiego, ale na to Potworki juz sie nie zalapaly. ;) W ten sposob, kazde dziecko dostaje w szkole dodatkowa pomoc.

Byla pochwala, teraz musze znow ponarzekac na hamerykancka szkole, chociaz akurat pod tym wzgledem nie sadze, zeby bardzo roznila sie od polskiej czy jakiejkolwiek innej. ;)

Otoz, caly obecny tydzien w szkole trwa kiermasz ksiazek. Nie powiem, pomysl fajny, cel zaszczytny bo dochody zostana przeznaczone na nowe ksiazki w szkolnej bibliotece. W czym wiec problem?
Ano, Potworki gadaly o tym kiermaszu juz od zeszlego tygodnia, ale pytajac czy moga kupic to czy tamto, wcale nie mialy na mysli ksiazek, tylko... zabawki! Tak, na kiermaszu "ksiazek" mieli kupe dupereli, od olowkow, gumek oraz notesikow, az po maskotki, dzieciecie lakiery do paznokci i tym podobne cuda. Nosz... Kupilam im po dwie ksiazki, ale stanowczo odmowilam kupna zabawek. Co z tego. Bi przypomniala sobie, ze ona ma przeciez w skarbonce wlasna kaske, Nik rowniez i postanowili wziac ja do szkoly.
Caly ten kiermasz to jedno wielkie wyciaganie pieniedzy. Nie dosc, ze godziny przedluzyli tak, ze nawet pracujacy rodzice zdazyli podjechac, to jeszcze w czasie lekcji dzieci brane byly do pokoju, w ktorym sie odbywal, zeby mogly cos dodatkowo kupic! :O

Oczywiscie pakujac kasiorke, Nik wlozyl ja wieczorem do plecaka, po czym rano wyjal, niewiadomo po co wzial do swojego pokoju i... zapomnial wsadzic z powrotem! A po przyjezdzie ze szkoly, Bi pochwalila sie kupionym pamietnikiem (cale szczescie nie lakierami do paznokci, do ktorych swiecily jej sie oczy...), Nik zas rozryczal sie, ze zgubil swoje pieniadze! Myslalam, ze wyjal je gdzies w szkole, ale dosc szybko odnalazl je obok swojego lozeczka. ;) Ryki jednak kontynuowal, bo jaka to niesprawiedliwosc, ze siostra cos sobie kupila, a on nie! :D Nie namyslajac sie dlugo, zapakowalam Potwory do auta i pojechalismy do szkoly. W ten sposob wyladowalam na cholernym kiermaszu dwa razy, czyli o dwa za duzo! Za rok dam dzieciom kase do szkoly i niech z nia robia, co chca! Ja tego kiermaszu nie chce nawet ogladac! :D

*

A tak w ogole to za tydzien mamy Thanksgiving! Nie wiem co ugotowac i nie chce mi sie gotowac. Poza tym walcze z mezem, ktoremu znow wlaczylo sie burczenie, ze to nie "nasze" swieto i szkoda zachodu. Ktoregos roku naprawde go udusze! ;)

środa, 8 listopada 2017

Mialo byc krotko a wyszlo jak zawsze :)

Nie wiem jak to sie dzieje, ze dni wypelniaja mi tak naprawde tylko praca oraz dom (czyli druga zmiana, haha), a czas zapierdziela jak szalony. W ciagu ostatnich kilku tygodni, jedynym wiekszym urozmaiceniem byly wypady po spozywke oraz do kosciola, a tymczasem ja ciagle czuje sie zabiegana! :/
Uwierzycie, ze za 2 tygodnie mamy Thanksgiving, zwane uroczo "Indykiem"??? Zas za niecale siedem tygodni, Boze Narodzenie! Czas naprawde powaznie brac sie za liste prezentow, szczegolnie, ze tradycyjnie chce wyslac paczke moim siostrzenicom (i ich rodzicom oraz mojej mamusce, chociaz nie zasluzyla :D), a takze trzeba sie zastanowic nad upominkami dla tej okrojonej rodzinki "stad" oraz jak co roku, dla nauczycieli. :/ Na szczescie panie od hiszpanskiego, muzyki oraz plastyki Potworki maja te same, wiec upominek moze byc wspolny, ale juz wychowawczynie sa rozne, do tego asystentki (w klasie Kokusia sa dwie (!), u Bi nawet nie wiem...), panie od w-f'u (wlasciwie to Bi ma pana) i nie wiem juz kto jeszcze, ale to juz jest 9-10 osob! :O
Oprocz tego, dotarlo do mnie, ze powinnam brac sie pomalu za swiateczne porzadki. Tak, wiem, to jeszcze kilka tygodni, ale przy pracy na pelen etat, a po pracy bedac samej z Potworkami, mam bardzo malo czasu na takie gruntowne sprzatanie. Dzieciaki niby sa juz wieksze, ale same sobie nie ugotuja, w lekcjach trzeba im pomoc (a sporo zadan jest w zasadzie wspolna dla rodzica oraz dziecka :/), a na dodatek pozostawione same sobie maja tak destrukcyjne (auto-destrukcyjne tez...) i zwyczajnie glupie pomysly, ze glowa mala... Pozostaje wiec weekendowe, stopniowe doczyszczanie. A sie nie chceeee... ;)

Co wiec podzialo sie ostatnio? Postaram sie nie rozpisywac, ale znacie mnie, jak juz zaczne klepac, roznie to moze sie skonczyc, tym bardziej, ze mam do nadrobienia dwa tygodnie...
Wydarzenia w dowolnej kolejnosci i waznosci, bo nie chce mi sie porzadkowac i priorytetyzowac. ;)

Po pierwsze, wspomnialam juz kilka razy, ze Potworki uczeszczaja na zajecia plastyczne, ktore uwielbiaja. Zapisalam na nie Bi, bo lubi "sztuke", a Nika bo dobrze mu zrobia takie manualne zadania. ;) Balam sie, ze Mlodszy moze protestowac, ale poki co jest rownie zachwycony co siostra i z duma prezentuje mi swoje dziela. Te zas utrzymane sa w tematyce zwierzecej i tak, Potworki dekorowaly juz pieski - maskotki, malowaly swinki - skarbonki, lepily lwy z czegos przypominajacego plasteline ale bardziej gabczastego (lwy mialy grzywy z wlochatej wloczki ;p) oraz kolorowaly wybrane figurki swiecacymi w ciemnosci farbami. Zaluje, ze zajecia sa tylko do 4 grudnia, ale z drugiej strony, teraz, kiedy przestawilismy zegarki, o 5:30 kiedy sie koncza, jest juz zupelnie ciemno i nie chce mi sie po nich jezdzic... ;)

*

M. skonczyl wreszcie taras.

(Widok od tylu)

Narazie pomalowac moglismy tylko czesc po ktorej sie chodzi, bo reszta slupkow, szczebelkow oraz desek jest impregnowana i musi wysychac przez przynajmniej 60 dni. Coz... za 60 dni to bedziemy miec srodek zimy, wiec malowanie czeka nas na wiosne. Docelowy kolor widac na juz pomalowanej czesci.

(Od boku. Wala sie jeszcze troche balaganu. :p)

Ogolnie uwazam, ze taras wyszedl M. swietnie! Budowal go wedlug nowych kodow, wiec balustrady sa nizsze, a to, polaczone z jasnym kolorem desek, daje wrazenie przestrzeni. Juz dwie osoby pytaly, czy powiekszylismy taras! :D Glowne schody sa szersze, a do tego jest o jeden stopien wiecej, wiec w ogole nie czuc, ze wdrapuje sie czlowiek do gory.

(Kokus bardzo chcial mi pozowac :p)

Troche martwi mnie za to brak balustrady. Kiedy zima lod pokryje stopnie, nie bedzie sie czego zlapac... :/ Niby sa tak skonstruowane, ze mozna sie przytrzymac glownej barierki, ale nie wiem, nie wiem... Jak zwykle wyjdzie w praniu. ;)

*

W miniony poniedzialek, mimo, ze nadal byl to oficjalnie pazdziernik, mielismy pierwsze w tym roku szkolnym opoznienie z powodu... pogody. I nie, nie spadl nam snieg.
Mozecie sie smiac na wzmianke o sniegu w pazdzierniku, ale 6 lat temu, kiedy Bi byla zaledwie malym, pelzajacym bobasem, w samiutkie Halloween nawiedzila nas taka sniezyca, ze w noc spadlo 30 cm mokrego sniegu (pisalam juz kiedys o tym)! Co gorsza, ten ciezki, mokry snieg spadl na drzewa nadal pokryte z grubsza liscmi i spowodowal pozwalane galezie, konary oraz pozrywane linie wysokiego napiecia w niemal calym Stanie. Chyba 90% mieszkancow zostalo be pradu. Moja firma byla zamknieta prawie tydzien, a w naszym domu przywrocono prad dopiero 10 (!) dni pozniej. Koszmar!

W kazdym razie, w miniony poniedzialek, powodem opoznienia byly dla odmiany... powodzie. ;) Czesc naszego miasteczka lezy w dolinie, przez ktora przeplywa spora rzeka. Rzeka jak to rzeka, kiedy pada, to wylewa. A ze padalo u nas wtedy przez kilka dni, a ostatniej nocy przyszly prawdziwe ulewy, to wylala. Pozalewala drogi, dodatkowo wialo, wiec zerwalo sporo lini wysokiego napiecia, school bus'y nie mialy jak przejechac i w rezultacie rozpoczecie lekcji opozniono o 1.5 godziny. To u nas, bo bardziej na poludnie Stanu, gdzie szkody byly wieksze, w niektorych miasteczkach zupelnie je zamknieto. A do poczatku zimy zostalo jeszcze sporo czasu! :O

*

Pisalam przy okazji posta o Bi, ze Starsza byla na urodzinach u kolezanki. Urodziny urzadzone w stylu "spa" i dziewczynki nie tylko mialy pozaplatane i popsikane brokatowym spray'em wlosy, ale jeszcze prawdziwe manicure z moczeniem, pilowaniem i malowaniem paznokci.
Przyjecie zupelnie nie w moim stylu, bo ja pazury maluje tylko od wielkiego dzwonu, ale Bi, moja mala kobietka, byla oczywiscie zachwycona. ;)
Ale pod koniec przyjecia, odbyla sie zupelnie niedziewczeca zabawa, czyli rozbijanie piñaty. Gra ta nie jest chyba popularna w Polsce, ale mysle ze wiekszosc z Was o niej slyszala. Jesli nie, to napisze tylko krotko, ze piñata to twor, pusty w srodku, zrobiony z papieru i przyozdobiony bibula. Srodek wypelnia sie slodyczami. "Kukle" podwiesza sie na sznurku i dzieciaki maja za zadanie rozwalenie jej (zazwyczaj za pomoca kija baseballowego), zeby dostac sie do slodkosci.

(Tu kijem wymachuje Bi, niestety miala zasloniete nie tylko oczy, ale i cala buzie :p)

Czasem na filmach widac spektakularny "deszcz" slodyczy wysypujacy sie z piñaty. Na przyjeciu kolezanki Bi, okazala sie ona jednak tak wytrzymala, ze pomimo ciosow od kilkunastu malych rozbojniczek, mocno sie trzymala. Mama solenizantki musiala ja w koncu rozerwac. ;) Dzieciakom bylo oczywiscie wszystko jedno. Najwazniejsze, ze w koncu posypaly sie slodycze. :)

*

W Halloween, w szkole Kokusia odbyla sie parada przebierancow. Myslalam, ze bedzie ona ogolnoszkolna, ale okazalo sie, ze przebieraja sie tylko zerowkowicze. Bi byla bardzo rozczarowana... ;) Pozwolilam jej jednak ubrac swoje przebranie do szkoly, z czego ochoczo skorzystala. Zreszta, podczas odbierania jej ze szkoly, przekonalam sie, ze nie ona jedna. ;)
Zerowkowicze przemaszerowali przez szkole, a zaaferowani rodzice za nimi!

(Klasa Kokusia "paraduje" glownym korytarzem. Moj nietoperek jest prawie na koncu. ;) Przy okazji, to jest ten korytarz zaraz za glownym wejsciem, o ktorym Wam pisama, na ktorego koncu rodzice moga stac i machac dziecku idacemu do klas. Macie okazje przekonac sie, ze wcale nie przesadzilam z jego dlugoscia. Zdjecie zrobione gdzies w jego polowie. :D)

Przy okazji przekonalam sie, ze ta szkola (z ktorej dotychczas zwiedzilam tylko glowny korytarz oraz klasy Potworkow) to istny labirynt! Mnostwo bocznych korytarzykow prowadzacych do klas, schodow do gory i na dol, klasy maja wejscia od strony korytarzy, ale od tylu sa ze soba polaczone, itd. W ktoryms momencie kompletnie stracilam orientacje i gdybym nie podazala za sznureczkiem dzieci oraz rodzicow, zgubilabym sie tam jak nic! :D
Po paradzie, dzieci wrocily do klasy, gdzie wraz z rodzicami mogly zrobic halloweenowe maski lub kukielki i pokolorowac obrazki. Nik wybral kukielke, po czym strasznie sie obrazil, ze nie moze zrobic tez maski. ;)



*

Halloween uplynelo wiec Potworkom dosc "rozrywkowo", natomiast 1 listopada to tutaj dzien jak codzien. My w pracy, dzieci w szkole. Kosciol oglaszal oczywiscie, ze to swieto obowiazkowe, ale jednoczesnie urzadzil msze o takich porach, ze nijak nie dalo sie w nich uczestniczyc.
Poniewaz M. pracuje na druga zmiane, nie moglismy wieczorem wybrac sie na cmentarz (sama z dziecmi nie pojde za zadne skarby! :D). Planowalismy wybrac sie w weekend i... jakos zapomnielismy. Dobrze, ze wychodzac w sobotnie popoludnie od fryzjera, ktory miesci sie na pieterku polskiego sklepu, moj wzrok padl na stojace nadal na polkach znicze. Kupilam kilka, po czym wpadlam do domu, zgarnelam towarzystwo i pojechalismy. Kilka dni po Swiecie Zmarlych cmentarz byl nadal ladnie oswietlony, ale pusty. Przy wejsciu tablica, ze brama zamykana jest o zmierzchu (bylo juz dawno "po"), wiec szybko zapalilismy znicze, Potworki wybraly groby na ktorych chcialy je postawic (nie mamy tutaj zmarlych, wiec znicze zapalamy symbolicznie i zeby przekazac te tradycje dzieciom), szybka modlitwa przy kazdym i do domu, zanim nas ktos tam zamknie! :D

*

W polowie zeszlego tygodnia, dostalam smsa od meza, ze na naszym koncie pojawily sie jakies podejrzane transakcje. Mianowicie dwie pod rzad zrobione w poniedzialek, opiewajace na identyczna sume. Zadne z nas nie robilo tego dnia zakupow, wiec tym bardziej bylam mocno zaniepokojona.
Kiedys zdarzylo sie, ze dystrybutor benzyny dwa razy nie przyjal M. karty, dopiero za trzecim razem "przeszla", a potem na wyciagu bankowym pokazaly sie dwie kwoty po $100 (!) z owej stacji benzynowej! :O Skonczylo sie blokada i anulowaniem kwot.
Tym razem kwoty nie byly az tak astronomiczne, ale to i tak bylo to mocno podejrzane. Co gorsza, wydawaly mi sie one... znajome! ;) Przez jakies dwie godziny w pracy bylam bezuzyteczna, bo caly czas chodzilo mi po glowie, ze cos mi sie kojarzy, ze dwie pod rzad, to tak, jakbym placila za cos w szkole za oboje Potworkow... Przewalilam pol skrzynki mailowej sprawdzajac potwierdzenia wszystkich transakcji... i nic! Gotowa bylam sie poddac, ale ciagle nie dawalo mi to spokoju...
Az nagle, przypomnialo mi sie!!! To byly oplaty za zdjecia szkolne! :D Placilam czekami i musialam wypisac dwa osobne, bo Potworki chodza do roznych klas, ale kwoty byly identyczne! Bylo to we wrzesniu, wiec nic dziwnego, ze zapomnialam, skoro skasowali je dopierow przedostatni dzien pazdziernika! :/
W kazdym razie tajemnica rozwiazana! A zdjecia dostalam w poniedzialek i wyszly pieknie! :)

(Tyle, ze ktos mogl poprawic Bi opaske... Coz, nie narzekam, bo i tak wyszla slicznie :D)


*

W zeszly piatek mielismy tez male urozmaicenie podczas odbierania dzieci ze szkoly. Najpierw, jakies 45 minut przed koncem zajec, dostalam telefon ze szkoly. Oczywiscie serce mi najpierw stanelo, potem zaczelo trzepotac, zrobilo mi sie zimno i goraco i ogolnie, w ciagu tych kilku sekund zanim odebralam, przelecialo mi przez glowe przynajmniej 10 scenariuszy i przeszlam 3 stany przedzawalowe! Taki telefon ze szkoly w srodku dnia oznacza bowiem, ze w najlepszym wypadku twoje dziecko jest chore, a w najgorszym, ze uleglo jakiemus wypadkowi. ;)
To znaczy zazwyczaj, tym razem chodzilo bowiem o cos zupelnie innego. :D
Otoz, na drzewie, na terenie przylegajacym do szkoly, ulokowal sie niedzwiedz. ;) Tu musze przyznac, ze wsrod tych dziesieciu scenariuszy, ktore podpowiedziala mi wyobraznia, takiej opcji nie bylo! ;)
Wiadomosc (automatyczna) mowila krotko, ze jest niedzwiedz, ze "animal control" juz zostala zawiadomiona i zeby po odebraniu dzieci nie zostawac na placu zabaw, tylko udac sie prosto do auta.
Po przyjezdzie do szkoly okazalo sie, ze cala akcja byla mocno na wyrost, bo niedzwiadek ulokowal sie na drzewie tak daleko, ze byl ledwie widoczny. Ide tez o zaklad, ze byl bardziej wystraszony niz dzieciaki oraz ich rodzice, ktorzy zreszta nie wykazywali zadnych oznak niepokoju. Ot, niedzwiedz krazy pod szkola, normalka. ;) No, ale poniewaz teren szkoly nie jest ogrodzony, to pewnie dobrze, ze wola zachowac ostroznosc.
W sumie, po niedzwiadku krazacym pod moja praca i filmiku nagranym przez sasiada z naprzeciwka, gdzie niedzwiedz maszeruje dziarsko przez jego ogrod, nie powinnam byc szczegolnie zaskoczona. ;)

*

We wtorek, Bi miala swoje kolejne postrzyzyny. Szczesciara (w porownaniu z bratem), z racji tego, ze jest dziewczyna, miala je chyba dopiero 3 lub 4 raz w zyciu. Wlosy ma zdrowe i geste, ale robily sie juz nieco za dlugie. Siegaly pasa, a w dodatku Bi nie pozwala M. dobrze ich rano rozczesac, tylko robi to sama. W rezultacie, kiedy w weekend sama biore sie za czesanie corki (co ciekawe, mi chetnie oddaje szczotke) prawie plakac mi sie chce rozczesujac koltun za koltunem...
Nie chcialam skrocic wlosow Bi jakos dramatycznie z racji, ze gdzies za 2 lata czeka ja Komunia, ale chociaz troche podciac. Poprzednie razy bral sie za to M., ale Bi reagowala nerwowo, caly czas probowala odwracac glowe, w rezultacie M. wychodzily "schody", musial wyrownywac, dziecko sie niecierpliwilo i nerwowo zerkalo czy tata nie skraca wlosow za mocno, zerkajac przekrecalo glowe, M., cial krzywo i tak spirala sie nakrecala. ;) M. stwierdzil ostatnio, ze nigdy wiecej sam jej wlosow obcinac nie bedzie, ja tez sie za to nie biore, trzeba wiec bylo oddac dziecko w rece profesjonalistki, czyli mojej kochanej fryzjerki Wioletki. :) Musze przyznac, ze Wiola stanela na wysokosci zadania i nie tylko skrocila Bi wlosy, ale jeszcze zaplotla je w elegancki warkocz, jakiego sama bym w zyciu nie skonstruowala. ;)

(Efekt WOW)


*

Rowniez we wtorek, Potworkowej matce stuknely kolejne urodziny. :)
W sumie nie ma sie czym entuzjazmowac, "kodu" narazie nie zmieniam, wiec urodziny zwyczajne, nieprzelomowe. Ot, kolejny rok zycia zaliczony. :)
Dostalam od meza doniczke z jakims "chwastem" oraz myszke do "laptoka" (sama prosilam o ten wybitnie praktyczny prezent) i tylko Kokus byl obrazony, ze oto JA osmielam sie miec urodziny, kiedy to urodziny przysluguja wylacznie dzieciom! :D

*

Dzis zas, Potworki zaliczyly kolejny pierwszy raz. Mianowicie, od dzisiaj beda wracac do domu slynnym, hamerykanckim, zoltym school bus'em. :)

(Wybiega pierwsze...)

(Wybiega i drugie :D)



*

W poniedzialek i wtorek czekaja mnie wywiadowki. Pod koniec tygodnia mam dostac (elektronicznie) raporty Potworkow. Jestem bardzo ciekawa, ale i troche sie boje co one pokaza... ;)

No a w sobote Bi ma pierwsze zajecia z gimnastyki artystycznej. Stroj wyprany czeka, a Starsza odlicza dni w kalendarzu. Ciekawe czy ja bede przyjemnie zaskoczona, czy dziecko rozczarowane... Oby to pierwsze. ;)


A poki co, czas konczyc! Pozdrowka! :)

środa, 1 listopada 2017

Szesc i pol

Jutro stuknie Bi kolejne polrocze. Czas na podsumowanie! :)


Lubie te podsumowujace posty. Z sentymentem do nich wracam, zeby sprawdzic co sie zmienilo, albo porownac Bi i Nika w tym samym wieku. Nawet jesli teraz juz niewiele pojawia sie nowosci, to raczej predko nie przestane ich pisac. :)

Co ciekawego moge wiec napisac o 6.5-letniej Bi?

Jest bardzo fajna dziewczynka. To Ameryke odkrylam, co? ;)

Nie, nie oznacza to, ze zlagodnial jej charakterek, co to, to nie! Bi jednak juz wiele spraw rozumie i potrafi wyciagac wnioski. Poza tym, jej frustracje, upor i cholerycznosc, obracaja sie raczej przeciwko kolezankom i bratu. Zwlaszcza bratu. ;) Matka i corka zas, przezywaja "miesiac miodowy" (aj, zeby nie przechwalic!). Corcia raczy mnie wyznaniami milosci kilka razy dziennie, przytula, caluje i upewnia sie, ze odwzajemniam jej uczucia, ze jest moja ukochana coreczka, itd.

Co nie oznacza, ze nie zdarzaja nam sie "incydenty". Jak na przyklad wtedy, gdy Bi zapytala z tylnego siedzenia, dlaczego nie moge jechac, a ja odpowiedzialam, ze to dlatego, ze mam czerwone swiatlo, czym nieswiadomie wywolalam wscieklosc corki... :D Najpierw tylko zirytowana, zachnela sie:
"Mamo, ale mi nie o to chodzi! Ja chce wiedziec czemu nie mozesz jechac!!!"
Czy ja wlasnie nie odpowiedzialam na to pytanie? ;)
"Przeciez mowie, ze mam czerwone swiatlo..."
"Nie! To nie to! Ja chce wiedziec czemu nie jedziesz!!!" - w lusterku widze, ze Bi miota sie wsciekle w foteliku i jest az czerwona ze zlosci (tak, moje dziecko jest nerwusem. Po mamusi :D).
"Przeciez probuje ci tlumaczyc, ze nie moge jechac, bo stoje na czerwonym swietle. A ty wsciekasz sie, ze to nie dlatego! To co ja mam ci powiedziec?!"
"Bo mi nie o to chodzi! Nie mow juz do mnie!"
Zaczyna mi sie podnosic cisnienie, ale postanawiam przekazac corce paleczke:
"No to moze ty mi powiesz, skoro uwazasz, ze daje ci zla odpowiedz: jak ci sie wydaje, dlaczego nie moge jechac?"
Widze w lusterku jak Bi przewraca oczami.
"Bo ja nie wiem! Jakbym wiedziala, to bym nie musiala pytac!"
No tak. Logiczne. Dlaczego jednak, skoro nie wie, zlosci sie, kiedy podaje jej odpowiedz? ;)

Nasza sprzeczka jeszcze chwilke trwala, nawet kiedy juz dawno zrobilo sie zielone i pojechalam dalej. Dopiero po chwilowym zgadywaniu i pytaniach pomocniczych, doszlam, ze Bi chodzilo o to, ze nie moglam jechac dlatego, ze inne auta musialy przejechac i czekalam na swoja kolej. Voila! Czyli jednak wiedziala, o co jej chodzi, tylko chciala to uslyszec ode mnie najwyrazniej. :D


Albo podczas czytania... Matko, przed naszymi sesjami czytankowymi powinnam lykac krople walerianowe! Albo lampke wina... To jest wychowawczy horrow w najczystszej postaci! Bi przynosi codziennie po 2-3 ksiazeczki, ktore potrafi przeczytac samodzielnie i ma w domu je szlifowac. Proste, tak?
Tiaaaa... Widac od razu, ze ksiazeczki czytaja w szkole. Bi zna je niemal na pamiec, co jak dla mnie mija sie z celem. Starsza czyta bowiem szybko, niedbale i czesto zamiast czytac, zgaduje wyraz po pierwszej literce. Np. w ksiazeczce jest wyraz "feet", a Bi widzi "f" i czyta... "food". :/ Prosze, zeby zwolnila. Nie, ona inaczej nie umie. Grrr... Prawdziwa jazda zaczyna sie jednak, kiedy mowie, ze zle przeczytala i zeby sprobowala wyraz przegloskowac. O matko i corko! Natychmiast mamy foch, lzy w oczach, wscieklosc, miotanie sie, kopanie nogami kanapy i jeczenie, ze ona chce czytac wlasnie tak. Niewazne, ze tam jest napisane "feet", ona chce czytac "food"! Pelen pakiet plus gratis w postaci wzbudzania poczucia winy: "I didn't have good day today, nobody was nice to me and now YOU are mean to me!".
Normalnie juz rezerwuje wizyte u psychologa, zeby wyleczyc corke z tej traumy jaka jest codzienne czytanie... ;)

Tak wiec... Kochamy sie jak dwa golabki, ale czasem liczenie i do 100 w myslach, nie pomaga. ;)

*

Nie zmienila i raczej juz nie zmieni sie, Bibusiowe zamilowanie do prac plastycznych. Rysowanie, malowanie, lepienie z plasteliny, wycinanie i co tam jeszcze przyjdzie do glowy, to jest TO! Uwielbia wszystko! Zajecia plastyczne (ktorych jeszcze nawet nie opisalam), na ktore zapisalam ja oraz Nika, to byl strzal w dziesiatke! Z kazdych wychodzi zachwycona!

Skoro juz mowa o zajeciach pozalekcyjnych, to skorzystalam z oferty szkoly i zapisalam Bi rowniez na taniec. Juz dawno zauwazylam, ze Bi jest muzykalna. A przynajmniej ja -  muzyczne beztalencie, mam takie wrazenie. Spiewa czysto i porusza sie z gracja. Sama wymysla figury i choreografie. A ze akurat w propozycjach zajec w szkole pojawil sie "taniec kreatywny" (nie mam pojecia co poeta mial na mysli...), stwierdzilam, ze skorzystam z okazji i zapisze ja i na to. Szkola Potworkow ma bowiem bardzo dziwny system zajec pozalekcyjnych (zreszta nie tylko szkola). Nie prowadza ich przez caly rok, tylko rozne kursy i treningi pojawiaja sie w postaci kilkutygodniowych  sesji, niektore zas nawet jednorazowo. Na przyklad, zajecia plastyczne Potworkow beda trwac 8 tygodni, natomiast kurs tanca - 6. Dziwne to, ale przynajmniej wiedzialam, ze jesli teraz nie zapisze Bi na taniec, to niewiadomo kiedy znow pojawi sie okazja. Moze za rok. ;)
Teraz oby zajecia wypalily, bo zostaly przesuniete o tydzien i nie wiem czy to nie dlatego przypadkiem, ze mieli malo chetnych...

*
Oprocz plastyki oraz tanca, zapisalam Bi na wyblagana gimnastyke artystyczna. Tym razem juz poza szkola, na profesjonalnej sali. Bi "dusi" mnie juz o nia od ponad roku. Szczerze, to akurat w tym Bi "nie widze", dlatego m.in. tak dlugo sie opieralam. Starsza jest za wysoka i za masywnie zbudowana, tak przynajmniej mi sie wydaje. Ja postawilabym raczej nadal na plywanie, ale to juz przestala byc moja decyzja. ;) Dziecko patrzy na popisujace sie kolezanki i marzy o zrobieniu mostka lub gwiazdy. Mostek zreszta juz prawie - prawie jej wychodzi. ;) Juz jakis czas temu obiecalam Bi, ze ja zapisze. Akurat nadarzyla sie okazja, bo za tydzien z hakiem zaczyna sie kolejna, 10-tygodniowa sesja i pojawilo sie miejsce w grupie wiekowej Bi. Musicie bowiem wiedziec, ze gimnastyka artystyczna jest tutaj straaasznie oblegana i ciezko sie dostac. Czesto zapisujac sie, laduje sie na liscie oczekujacych! :O

(Przyszla gimnastyczka przymierza stroj, ktory przyszedl oczywiscie o tydzien za wczesnie ;P)


*

Jak wspominalam wyzej, czytanie Bi to masakra przez wielkie "M". Na szczescie, nadal z matematyka radzi sobie rewelacyjnie. Lubie prace domowe z matmy, bo nie musze dziecku nic tlumaczyc, samo siada i robi. Ja tylko sprawdzam, bo Bi jak to Bi, nie wysila sie, wiec spieszy sie niewiadomo dokad i czasem sie walnie na ktoryms obliczeniu. ;)

Jak sobie radzi ogolnie, nie mam pojecia. Pisalam juz kilkakrotnie, ze poza specjalnymi okazjami, rodzice nie maja tutaj wstepu do szkoly. Nawet podczas porannego odprowadzania, mama lub tata moga najwyzej wejsc za glowne drzwi. I ani kroku dalej. W tym roku jednak Bi (a za jej przykladem Nik) dorosla do samodzielnego wysiadania z auta i wchodzenia do placowki. Poki co, Potworki odwozi M., ale po zeszlym roku wiem, jaka to wygoda kiedy nie trzeba szukac miejsca parkingowego, gramolic sie z auta, tuptac razem z dzieckiem do szkoly, itd. Wszystko to jednak naklada sie na fakt, ze nie mam pojecia co sie w klasie Bi dzieje. Jeszcze Pani Nika wysyla regularnie maile z informacjami, ale Pani Bi, od poczatku roku wyslala "az" 3 maile i kilka kartek z pilnymi informacjami. To sie szarpnela! ;)
Czekam wiec z lekkim niepokojem, ale tez ciekawoscia na wywiadowke, ktora ma sie odbyc 14 listopada. Bardzo jestem ciekawa jak Potworek Starszy odnajduje sie w programie szkolnym...

*

Co jeszcze?
W zabawach znow wrocily do lask lalki, ktore przez chwile kurzyly sie bezuzytecznie na polkach. Az planowalam pozbyc sie cichcem kilku wyjatkowo zakoltunionych czupiradel. A tu niespodzianka, jednak Bi sie jeszcze nimi pobawi... A konkretnie, to lalkami barbio-podobnymi (bo prawdziwa Barbie Bi posiada tylko jedna :p). Bi bawi sie w mame, siostry i dom, a od Mikolaja zazyczyla sobie... kemper dla Barbie! :O Mojemu dziecku tak sie spodobaly nasze wyjazdy, ze ciagle odgrywa scenki z nich swoimi lalkami. Podobnie, cale mnostwo obrazkow, zarowno jej jak i Nika, przedstawia nasza rodzine w przyczepce. ;)
Co robic, musze sprawdzic, ile takie cudo moze kosztowac... ;)
(Sprawdzilam! Kurka na wacie! Prawie 100 dolcow! Za kawalek plastiku??? :O Nie to, ze mnie nie stac, bo w sumie stac... Chodzi mi o cene tego ustrojstwa wzgledem jego jakosci i czasu, jaki Bi spedzi rzeczywiscie na zabawie nim...)

*

Ukochana obecnie bajka, ktora Bi walkuje w kolko Macieju, jest "Lassie i Przyjaciele". Starsza zapalala miloscia do odwaznego oraz madrego owczarka Collie i walkuje wszystkie odcinki juz ktorys raz z kolei. Nie powiem, bajka jest ladna wizualnie i ciekawa, inna od tego calego chlamu serwowanego dzieciom (na widok Henia Tulistworka czy Kucykow az mnie ciarki przechodza...). Pechowo, cos nam sie stalo z telewizja i bajki moga dzieciaki teraz ogladac tylko na Disney Junior i Mini mini. Lassie odnalazlam na szczescie na YouTube, tyle ze tam maja moze z 20 odcinkow. Bi upiera sie wiec na ogladanie w kolko tych 20 odcinkow, a ze salon mamy otwarty na reszte domu, wiec chcac nie chcac niedlugo bede znala na pamiec wszystkie dialogi i marze o jakiejsc odmianie. Co za duzo, to niezdrowo. ;)
No nic, przejdzie. Kilka miesiecy temu przeszlam zmasowany "atak" Eleny z Avaloru. Przetwalam ja, przetrwam i Lassie. ;)

*

Jest niemozliwa strojnisia. Naszyjniki, blyskotki, kokardki i tiulowe spodniczki - to jej zywiol! Uwielbia ubierac sie w sukienki i malowac paznokcie, zupelnie nie po swojej matce. W ogole nie wiem, po kim ona to ma. Widocznie w ramach loterii genetycznej, otrzymala dziewczecy gust swojej babki oraz ciotki. Kobieta w kazdym calu, niewazne, ze jeszcze niedorosla! ;)

(Po ostatnim przyjeciu urodzinowym w stylu "spa", Bi wrocila z brokatem we wlosach, czego nie widac na zdjeciu oraz z pomalowanymi paznokciami - naprzemian rozowymi i fioletowymi. Swoja droga, czego to rodzice nie wymysla na 7(!) urodziny? Co to bedzie dalej???)

Zobaczymy jak sie to rozwinie, bo zbyt wielu przykladow "z domu", w tym zakresie nie otrzyma. ;) Jej matka nosi tylko obraczke, pierscionek zareczynowy oraz lancuszek, a sukienki ubiera wylacznie latem, bo pomagaja jej przetrwac wilgotne, amerykanskie lato. ;)

*

Bi jest calkiem sprawna fizycznie. Moze nie jest jakos super zwinna, ale za to szybka i wytrzymala. Lubi sport i wysilek fizyczny, chcialaby sprobowac wszystkiego. Juz zaznaczyla, ze po gimastyce artystycznej chce byc zapisana na pilke nozna. ;)
Ostatnie polrocze zowocowalo poczatkiem gry w badmintona, plywaniem bez pomocy (o tym juz pisalam) oraz jazda na rowerze bez bocznych kolek. To ostatnie to nie lada wyczyn, bo Bi jest potworna panikara i poczatki nauki nie wygladaly zachecajaco. No, ale sie nauczyla, z czego jestem bardzo dumna! :)

*

Przez ostatnie 6 miesiecy "wymienila" dwie dolne jedynki na stale. Jedna juz prawie osiagnela docelowa wielkosc (ale one wooolno rosna!), druga dopiero tydzien temu sie wyrznela.
Obie gorne jedynki sie kiwaja (jedna nieco mocniej), ale kiedy wypadna, to wielka niewiadoma, tym bardziej, ze wbrew zaleceniom dentystki, Bi odmawia gryzienia nimi, bo ja "boli". :/

*

Bilans bedziemy mieli oczywiscie dopiero w maju/ czerwcu. Wagi w domu nie posiadamy, wiec moge zmierzyc tylko wzrost Malej Damy:

121.5 cm

Od czerwca urosla okolo 2.5 cm. Chyba slabo, chociaz nie wiem jaki jest przecietny, polroczny przyrost dziecka w jej wieku... Dotychczas rosla wiecej w ciagu polrocza, ale moze teraz troche zwolnila. Przynajmniej do okresu dojrzewania. ;)
Nie mam pojecia jak jej wzrost przeklada sie na rzeczywista, srednia wysokosc 6-7-letnich dziewczynek. Teraz, kiedy nie odbieram jej ze swietlicy, nie widuje jej juz tak czesto w otoczeniu kolezanek. Z tego jednak, co udalo mi sie zaobserwowac, to nadal jest jedna z wyzszych. Nie naj-wyzsza, ale zdecydowanie nie jest drobinka. ;)


I to wszystko, co przychodzi mi do glowy... Nastepne podsumowanie w maju! ;) A w zasadzie to za miesiac, ale Nikowe... :D