piątek, 29 grudnia 2017

Swieta minely spokojnie...

Tak po prostu. Obylo sie bez wiekszych ekscesow, bylo spokojnie i rodzinnie.

Nawet reszta przygotowan minela bez wiekszej nerwowki. Jakos tak wszystko udalo sie rozplanowac, ze gotowalam bez spiny i stresu. W piatek upieklam sernik, w sobote posprzatalam lazienke, machnelam dwie salatki, kutie oraz makowiec, a M. usmazyl rybke w panierce.
No dobra, w ktoryms momencie musialam wyciagnac zachomikowane figurki do malowania. Potworki popuscily wodze fantazji artystycznej i w ten sposob Szopke mamy... mocno nietypowa. :D

Szczegolnie aniol - pierwszy od lewej, wyglada dosc koszmarnie, szczegolnie ze zaraz tego samego dnia dzieci stracily go z szafki i odlamaly mu skrzydla :D

W sobotni wieczor spedzilam tez dobra godzine, pakujac prezenty. Coz, mistrzem owijania w papier pudelek roznej wielkosci i ksztaltow, to ja nie jestem. Co sie dalo wrzucilam do torebek i juz. ;)
Na niedziele zostal juz tylko barszcz oraz odgruzowanie reszty chalupy. Za pierwszy wzial sie M., drugie niestety przypadlo w udziale mnie. Potem juz sie tylko wykapac i "upieknic". Szkoda, ze moje wlosy, kiedy sa krotkie, czy podkrecone czy nie, stercza we wszystkie strony tak samo. :D

Wieczerza wigilijna byla tak wesola, jak tylko mogla byc w naszym ograniczonym gronie. Przelamalismy sie oplatkiem, wcisnelismy w Potworki troche barszczu (Nik chleptal czysty, bez uszek :D) oraz rybki, a w tym czasie dzieciarnia juz ledwie siedziala na krzeslach, dopytujac kiedy przyjdzie Mikolaj. Jak tylko wszyscy pojedli, zebralam wiec talerze i wyprowadzilam maluchy przed dom, wypatrywac Mikolaja. Ktory to (niespodzianka, niespodzianka), jak zwykle wpadl tylnym wejsciem, zostawil prezenty pod choinka i uciekl zanim Potworki zdazyly wbiec z powrotem do domu. :D

Potem nastapil szal, ktory zapewne byl obecny i w Waszych domach. ;) Moje dzieci byly w tym roku najwyrazniej wyjatkowo grzeczne (ciekawe, ze ja pamietam cos zgola odwrotnego), bo nie pamietam Wigilii kiedy sie az tak oblowily. ;)

Bi ulozyla wszystkie swoje prezenty w uporzadkowany stosik :)

Bi dostala swoj wymarzony kemper Barbie, na widok ktorego wydala serie podekscytowanych okrzykow:

Wielkie to okropecznie ;)

Zas Nik upatrzona smieciare, chociaz wieksze wrazenie zrobil na nim pociag na baterie, jezdzacy po torach. :)

Chlopiec i jego pociag :)

Oprocz tego, kolekcja zabawek powiekszyla sie o zestaw Little Pet Shop, urzadzenie do nawijania koralikow na wlosy, znikopis oraz chodzacego i miauczacego kotka. ;) Nie moglo sie tez obyc bez upominkow ksiazkowych. ;)

 Moje dwie najukochansze ksiazki z dziecinstwa. Ciesze sie, ze teraz poznaja je Potworki :)

No i prezenty, z ktorych matka cieszy sie chyba najmniej - tablety. Tak, tak, chrzestny Potworkow postanowil ich uszczesliwic i sprezentowal im po tablecie. Wraz z dziecio-odpornymi obudowami, ktore okazaly sie nieocenione, bowiem juz nastepnego dnia, tablet Nika wyladowal na ziemi. ;)
W kazdym razie, poki co nie zamierzam Potworkom wgrywac zadnych gier, wiec jedynym co moga na tabletach robic, to ogladac bajki na YouTube oraz robic zdjecia. Co zreszta robia z wielka pasja i obfotografowali juz chyba wszystko w naszym domu. :) A ja czekam az tablety im sie znudza. Nie podoba mi sie dziwny wplyw, jaki maja na Potworki. Juz wspominalam, ze kiedy wlacze bajki w tv, dzieciaki ogladaja gora godzine, po czym leca do innych zabaw. Natomiast w tablety wpatruja sie niczym zahipnotyzowane.


Pierwszego dnia mniej ich pilnowalam i dopiero po jakims czasie dotarlo do mnie, ze minelo 1.5 godziny, a w domu jakby nie bylo dzieci i co gorsza, kiedy oznajmilam, ze koniec ogladania, nastapil ostry protest! Nooo, tego bylo juz za wiele. Nie dosc, ze siedza z nosem w ekranie, to z niezdrowo wygietymi szyjami... Od tamtego momentu, Potworki moga bawic sie tabletami tylko rano i wieczorem po pol godziny. I na szczescie jakos to akceptuja. ;)

Goscie w Wigilie zwineli sie duzo wczesniej niz zwykle, bo ciotka M. miala kontuzjowana noge. Puchlo jej kolano, a wieczorem opuchlizna zeszla niespodziewanie na kostke, noga zaczela bolec i wraz ze swoim partnerem juz o 21 pojechali do domu. Zaraz za nimi uciekl moj tata i zostalismy sami. Calkiem jednak fajnie to wyszlo, bo pozwolilismy Potworkom jeszcze chwile pobawic sie nowymi zabawkami, a my w tym czasie sprzatnelismy stol i wstawilam zmywarke. Po polozeniu Potworkow spac, mozna bylo wyciagnac sie wygodnie na kanapie i odetchnac po swiatecznym zgielku. :)

Matka Natura rowniez dala nam prezent i po ponurej, szarej i pochmurnej Wigilii, poranek w I Dzien Swiat przywital nas sniezyca.

 Snieeeeg!!! :D

Potworki oszalaly ze szczescia, a i my - dorosli, cieszylismy sie z bialych widokow. Co to w koncu za Boze Narodzenie bez sniegu? ;) Po poludniu szybko sie rozpogodzilo, za to scisnal mroz, dzieki czemu snieg trzyma do dzis, jest pieknie, bialo i naprawde swiatecznie. W poniedzialek po poludniu bylo jeszcze w miare przyjemnie i wypuscilam Potworki na snieg:

Znowu zjezdzanie na mini goreczce ;)

Od wtorku, temperatury zrobily sie arktyczne i utknelismy w domu. Mamy wiec prawdziwie swiateczny czas, w domku, z leniuchowaniem, zabawa i ogladaniem bajek. Oraz lodowka pelna zarcia. ;)
Tutaj Swieta to tylko jeden dzien, wiec juz od wtorku spedzamy czas po prostu rodzinnie. To znaczy, mamy z M. maly projekt nad ktorym pracujemy, a ktory wymaga troche zalatwiania (i ciagania ze soba Potworkow) oraz duza dawke stresu, ale pochwale sie jak beda efekty (albo nie, jak ich nie bedzie :D). Narazie za wczesnie, zeby rozwijac temat. ;)
W czwartek M. pogonil do pracy, ale nie powiem zeby sobie specjalnie krzywdowal. Zreszta ja sama mialam juz ochote zabrac Potworki i wyrwac sie z domu na chwilke, gdziekolwiek, ale zanim pomyslalam, pozwolilam mezowi wziac moj samochod. Plulam sobie potem w brode, ale jego auta jeszcze nigdy nie prowadzilam i nie zamierzam, chyba ze bede do tego absolutnie zmuszona. ;)

Z domu wyruszylismy na chwile tylko we wtorek, zeby zalatwic wspomniana wyzej sprawe, a poza tym kisilismy sie w naszej chatce, wiec bylam juz tak zdesperowana zeby gdzies sie wyrwac, ze w czwartek wieczorem, kiedy M. oddal mi w koncu moja wozidupke, popedzilam do kolezanki. Normalnie o godzinie 18, kiedy jest juz ciemno i przy temperaturach -10, nie chce mi sie nigdzie ruszac, ale wczoraj az mnie swierzbilo. I pojechalismy i fajnie bylo, chociaz M. zostal w domu.
Troche glupio mi przed znajomymi, bo to juz chyba trzeci raz pod rzad kiedy M. nie pojechal ze mna ich odwiedzic, tym razem mial jednak mial wymowke do przyjecia. ;) Zostal w domu, bo ktos mial podjechac kupic jeden ze starych fotelikow samochodowych Potworkow. Stracilismy bowiem nadzieje, ze bedziemy miec jeszcze trzeciego malucha i w ramach sprzatania burdelu w piwnicy, wystawilismy na sprzedaz te dzieciece akcesoria, ktore nam jeszcze zostaly. A troche ich jest: wozek, kolyska, bujak, kojec oraz 2 foteliki somochodowe. :O Ubranek kilkanascie workow, ale te po prostu oddam do zbiorki koscielnej. Te najladniejsze z dziewczecych oddalam siostrze, reszta na sprzedaz sie nie nadaje. Niech skorzystaja potrzebujacy...

I wlasciwie to wszystko, co sie dzieje. Mam nadzieje, ze ferie swiateczne mijaja Wam rownie leniwie i spokojnie, co nam. :)

A tymczasem:

WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO W NOWYM ROKU 2018!!!

Do przeczytania w styczniu! :*

sobota, 23 grudnia 2017

Wesolych Swiat!

Moje Kochane!

Coz ja moge Wam zyczyc na te Swieta? Chyba, zeby byly takie, jakie sobie wymarzycie!

Niech beda Rodzinne!
Niech beda Zdrowe!
Niech Przyproszy Sniegiem!
Niech wkradnie sie choc odrobina Magii!

Wesolych Swiat zycza Potworki!!!


(Grzecznie i sztucznie)

Chociaz... chyba TO zdjecie lepiej oddaje ich nature:

 (Jak najbardziej naturalnie :D)

A jesli jestescie mocno po ziemi stapajacymi realist(k)ami, proponuje posluchac jednej z moich ulubionych, hamerykanckich piosenek bozonarodzeniowych. Dla nieswiadomych, to przerobka starej, znanej, anglojezycznej piosenki "Twelve Days of Christmas", zatytuowana bardzo trafnie "Twelve Pains of Christmas". Niech nam przypomni, ze nawet w tym przedswiatecznym wariactwie mozna doszukac sie odrobiny humoru.


(Piosenka poczatkowo wydaje sie nudnawa, ale zapewniam, ze napiecie rosnie w miare jej trwania, wiec zachecam do wysluchania do konca :D)

U mnie niezmiennie wywoluje usmiech. :)

Merry Xmas!!! :*

czwartek, 21 grudnia 2017

Co tam slychac przed Swietami? Post # 600

Tamtaramtam! To jest post # 600 na tym blogu!

W sumie to sama nie wiem, czy to duzo czy malo. Szescset wydaje sie sporo, ale z drugiej strony, pisze juz 5.5 roku, wiec czy to az taka produkcja? Chyba nie... W kazdym razie, co roku liczba postow systematycznie spada, wiec nie wiem czy kiedykolwiek dobije do okraglego tysiaczka... :D

Ale wracajac do tytulu, co tam u Was?

U mnie w kwestii przygotowan do Swiat, prawie kompletna ciiisza. :) Ida jak krew z nosa. ;) W zeszly weekend mielismy "zalatwic" choinke i swiatelka przed domem, ale koniec koncow nie odhaczylismy ani jednego ani drugiego. W sobote bowiem, kiedy M. zajechal do domu o 17:30, bylo juz ciemno i nie chcialo mi sie nigdzie ruszac, a niedziele mielismy w biegu, ale takim biegu nie majacym nic wspolnego ze Swietami. No ok, moze troche jednak majacym, bo jednym z powodow dlaczego dwa razy w ciagu dnia wpadlismy do domu na 1.5 godziny, po czym znow trzeba bylo pedzic dalej, byla spowiedz. Ktora w kraju gdzie polskie koscioly sa rozrzucone tu i owdzie (zazwyczaj daleko od siebie), jest tylko w pojedynczych dniach i ograniczonym czasie. Np. w naszym kosciele byla TYLKO w ta niedziele o 18. W innym pobliskim kosciele bedzie tylko w nadchodzaca sobote, rowniez na 18, ale to juz naprawde na ostatnia chwile, a poza tym, nie wiem czy udaloby mi sie oderwac od garow. ;)

M. ulitowal sie nad ryczaca Bi (oraz moja kwasna mina) i w poniedzialek, po tym jak odwiozl corke do szkoly, a ja zabralam Nika do pediatry, podjechal w koncu po choinke. Oraz stojak, bo stary, jak sie okazuje wywalil do kosza (ponoc byl pekniety), o czym zupelnie nie raczyl mnie poinformowac. Dobrze, ze nie szukalam tego durnego stojaka z obledem w oczach! :D

Ano wlasnie... Na bilansie z synem bylam w poniedzialek. I w sumie sie rozczarowalam. Pamietam, ze zeszloroczny bilans 5-latka z Bi, byl bardzo kompleksowy. Z Nikiem jednak, ani nie pobrali probki moczu, ani lekarka nie sprawdzila wzroku, sluchu, ani czy Nik potrafi rozpoznac ksztalty oraz napisac swoje imie. Poza ogolnymi ogledzinami i mierzeniem, pobrali Kokusiowi probke krwi zeby sprawdzic poziom zelaza oraz sprawdzili cisnienie. To wszystko. Nie wiem czy to dlatego, ze bilans Bi zbiegl sie z badaniami przed zerwoka, a Nika nie, czy dlatego, ze nasza pediatra odlicza juz dni do emerytury i wszystko jej zwisa i powiewa... :D

W kazdym razie, aktualne dane techniczne Kokusia to:

wzrost: 110.4 cm
waga: 20 kg

Jest tylko 800g lzejszy od Bi w tym samym wieku, ale za to az 4 cm nizszy. Ze Starszej jest wysoka panienka. ;)

Wracajac do choinki, to kiedy Potworki wpadly do domu po szkole i ja ujrzaly, nie bylo innej opcji, trzeba bylo ja ubrac! Teraz, zaraz, natychmiast!


Normalnie po szkole najpierw domagaja sie "papu", ale w poniedzialek jedzenie bylo niewazne. Mogli glodowac, ale choinka musiala zostac udekorowana.


I nie stracilismy ani jednej bombki! :O
W ten sposob troche swiatecznego klimatu sie do nas wkradlo. Poza tym jednak, ani nie wyciagnelam jeszcze naszej Szopki, ani balwankow i nie wiem czy w ogole oplaca sie wyciagac. ;)

Zanim jednak nadszedl weekend, kiedy NIE kupilismy choinki, ani NIE zawiesilismy swiatelek, w piatek, w zerowce odbylo sie spotkanie zatytulowane: Winter Crafts with Parents. Oczywiscie dziadek pracowal, a M. propozycje pojscia skwitowal parsknieciem, wiec to znowu ja musialam bronic honoru rodziny. ;) Nie zeby mi to jakos bardzo przeszkadzalo. Na codzien wstepu do szkoly nie mam, wiec od czasu do czasu chetnie przekraczam jej progi, zeby skontrolowac, czy moim dzieciom sie krzywda nie dzieje. ;)
Zartuje, Potworki ogolnie wydaja sie szkola zachwycone, chociaz dniami wolnymi tez nie pogardza. Obecnie odliczaja juz do przerwy swiatecznej. :)

Spotkanie minelo fajnie, jak zwykle. Najpierw dzieci robily z rodzicami balwankowe "maski" (nie wiem jak to nazwac)...

(Balwanek)

...a potem koralikowa sniezynke.

(Sniezynka juz wisi na choince)

Pozniej rodzice pociechom czytali.
Przy okazji zaobserwowalam, ze Kokus juz kolejny raz trafil do klasy z niezbyt zaangazowanymi rodzicami. U Bi na tych spotkaniach zawsze zostawalo jedno, gora dwoje dzieci bez rodzicow. U Kokusia - nie bylo polowy klasy. ;) Szkoda mi jednak tych dzieci, ktorych rodzice nie przyszli. Znow mialam okazje poobserwowac chlopczyka, ktory dopytywal sie, dlaczego jego tata sie spoznia. Niby nie plakal, ale co chwila powtarzal: "Gdzie ten moj tata? Przeciez obiecal, ze przyjedzie...". Na szczescie w koncu tata dojechal. ;)

Poza tym, w zeszly piatek Potworki robily bombki z blyszczacych paseczkow. Kupilam gotowy zestaw. :D Paseczki te dekoruje sie brokatowymi naklejeczkami oraz malutkimi blyskotkami. Kazda bombka zlozona jest z 18 takich paskow, blyskotki sa malenkie i zadanie to nieco dzieciaki przeroslo. Szczegolnie Nik musial niezle wysilic paluszki. Spedzili nad nimi dobra godzine, a ja w spokoju adresowalam swiateczne kartki. ;) Potem te paseczki trzeba jednak w miare rowno przymocowac do plastikowych uchwytow i rozlozyc w ksztalt bombki i przyznaje, ze nawet mi ciezko bylo tego dokonac. Nic dziwnego, ze zniechecone Potworki zrobily w koncu tylko po jednej bombce (materialow bylo na 6, czyli po 3 na lebka). ;)

(Choinki jeszcze nie bylo, wiec bombki wyladowaly na zyrandolu)

Kupilam im jeszcze gipsowe figurki do Szopki, do pomalowania. Poki co, "chomikuje" je w piwnicy, trzymajac na czarna godzine, czyli dzien, kiedy ja bede zalatana, a oni swirowac z nudow. Podejrzewam, ze ten dzien nadejdzie w sobote. ;)

Pierwsza partie kartek swiatecznych wyslalam dopiero w poniedzialek, bo w sobote, zanim odbebnilam z Bi gimnastyke...


...pojechalam na poczte po znaczki (poczta w okresie swiatecznym to zuoooo!), a potem przypomnialam sobie, ze mialam je nakleic i wsadzic kartki do skrzynki, listonosz zdazyl juz nas odwiedzic (moge wsadzac listy do wyslania do naszej skrzynki i listonosz je zabiera). :/
Trudno sie mowi. Pierwsza partia poszla w poniedzialek, a reszta we wtorek. Tylko jeden z braci M. niedawno sie przeprowadzil i M. juz tydzien "dowiaduje sie" o nowy adres, wiec ich kartka nadal czeka... ;) W zasadzie i tak wszystkie dojda dopiero po Swietach, wiec co za roznica czy bedzie to trzy dni po, czy tydzien... :D

We wtorek wieczorem zagniotlam ciasto na pierniki. Bi dopytywala sie o nie, odkad w niedziele kupilismy polewy w tubkach. Niestety, jej nauczycielka normalnie zadaje w tym tygodniu prace domowa (Pani Kokusia napisala, ze wie, ze ludzie maja sporo przygotowan, wiec zadan do domu w tym tygodniu nie ma), co troche psuje nam szyki, bo dodac do tego czytanke oraz gre matematyczna i schodzi godzina. Mialam rozlozyc pierniczenie na trzy dni: we wtorek zagniesc ciasto, w srode piec, a w czwartek dekorowac.

(Tym razem Potworki dzielnie wykrawaly pierniki do samego konca, nawet Nik!)

Niestety, kiedy w srodowy wieczor, upieczone pierniki pietrzyly sie na talerzu, Potworki podniosly lament, ze chca je dekorowac TERAZ, koniecznie! Co bylo robic. W duchu przedswiatecznej magii przesunelam nieco (a raczej sporo, bo o prawie 1.5 godziny) czas spania, zeby mogli oddac sie blogiemu mazianiu po pierniczkach.


Efekt? Kolorowy, to na pewno. :D

(Odrobina kiczu :D)

Czesc ciastek udekorowalam JA, ale nie przyznam sie nawet ktore, bo moj "talent" w tym zakresie jest spokojnie na poziomie Potworkow. Nie widac roznicy. :D Tylko nie wiem czy do Swiat dotrwaja, czy tak jak rok temu, Potworki pozra praktycznie wszystkie zanim zdaze je powiesic na choince... ;)

(Corcia zrobila ten pierniczek specjalnie dla mnie. Wzruszylam sie. :) Jesli nie widac, to tam jest napisane I Love. "you" juz sie nie zmiescilo :D)

Dzisiaj wieczorem zaczelam bigos. Jutro moze go skoncze, a moze rozloze po trochu na piatek i sobote. :) Tak juz mam, ze bigos lubie zaczac, potem schlodzic, znow podgrzac, cos do niego wrzucic, podgotowac, znowu zostawic, znowu cos dodac, itd. To bardzo powolny proces. ;) Ale za to efekt koncowy to, nie chwalac sie, majstersztyk! :D
Oprocz tego, musze sobie rozplanowac reszte pichcenia. Do konca tygodnia jestem wieczorami sama z Potworkami, a w sobote M. pracuje do 17, wiec wesolo nie bedzie. Dzieci mam niestety dosc aborbujace, a bajki dzialaja tylko na chwile. W zasadzie to sie ciesze, ze Potworki nie lubia spedzac polowy dnia przed ekranem. Po maksymalnie 1.5 godzinie wstaja i zaczynaja szalec i szczerze mnie to raduje. Ale kiedy mam robote, bywa to klopotliwe. ;)
Latwo wiec powiedziec, ze spedze dwa dni przy garach, kiedy co chwila bede musiala od nich odchodzic, bo "Maaamoooo!!!". :D Gotowania na szczescie nie mam szczegolnie duzo, bo i nasza gromadka jest niewielka. Ale zaplanowalam kutie, salatke sledziowa (w tym roku ciagnie mnie do takiej prostej, tradycyjnej) oraz nowa salatke z tunczykiem (az sie boje, chociaz przepis brzmi pysznie). Chce tez usmazyc rybke w panierce, bo dzieci rok temu sie nia zajadaly. Trzeba tez ugotowac barszcz, ale to raczej spadnie na M. Jego ciotka tradycyjnie przyniesie salatke jarzynowa, pierogi z grzybami, tatara z lososia (pycha!) oraz moze cos jeszcze. Musze tez upiec sernik i makowiec, bo to ulubione ciasta mojego taty, a i ja sama nie wyobrazam sobie Bozego Narodzenia bez serniczka. Z makowcem, jaki bym przepis nie wyprobowala, co roku mam jakies jaja, wiec juz go nie lubie. ;) A w niedziele, przed sama wieczerza, trzeba bedzie z grubsza odgruzowac chalupe. No i sie wykapac i wlosy ulozyc jako tako (korci mnie, zeby Bi zaplesc warkoczyki, ale boje sie, ze bedzie wygladac jak strach na wroble :D). Na malowanie paznokci pewnie jak zwykle nie starczy czasu. ;)

Troche roboty wiec bedzie, a poki co, co wieczor pakujemy z Potworkami prezenty dla nauczycieli. Nie ufam, ze Nik zapamieta co jest dla kogo majac piec paczek, wiec zanosza codziennie po trochu - we wtorek Bi zaniosla upominek dla Pani od muzyki, a Kokus dla nauczycielki hiszpanskiego. Te panie maja te same, wiec upominki byly od obojga. W srode zaniesli prezenty dla nauczycieli w-f'u (tych maja osobnych). W czwartek Bi zaniosla upominek od obojga dla Pani od "sztuki", a Nik dla dwoch asystentek swojej wychowawczyni. W piatek przyjdzie pora na prezenty dla glownych wychowawczyn obojga i ufff... koniec. :D
A ja musze ktorejs nocy popakowac prezenty dla calej rodziny (tylko gdzie je schowac, kiedy Potworki wyraznie cos czuja i pod byle pretekstem leza do piwnicy?) oraz spakowac paczke do Polski. Lubie ten Bozonarodzeniowy czas, ale huk roboty z lekka mnie przeraza. ;)

Mam nadzieje zajrzec tu jeszcze przed samymi Swietami, wiec narazie nie skladam Wam zyczen. Do przeczytania!!! :)

czwartek, 14 grudnia 2017

O tym jak weekend okazal sie intensywnym tylko w polowie :)

Tak to wlasnie bylo. Weekend zapowiadal sie szalony. Caly, zarowno sobota, jak i niedziela. Mialam miec sobote w biegu, bo rano gimnastyka Bi, potem zaraz urodziny jej kolezanki, a po powrocie to mialo byc juz pozne popoludnie, mialam na szybciocha sprzatac przed zapowiedzianymi na niedziele goscmi i w ogole... ;)

Co sie jednak stalo? Matka Natura zdecydowala sie popsuc mi szyki i na sobote zeslala pierwsza w tym roku sniezyce, TO wlasnie sie stalo! I caly plan sie rypnal, bo sale gimnastyczna zamkneli, a na urodziny w koncu nie pojechalam, bo zycie moje i dzieci jeszcze jest mi mile. ;) W ten sposob zyskalam wolny i "leniwy" dzien i nie powiem, zebym z tego powodu jakos specjalnie rozpaczala. :) Rozpaczala za to Bi, ktora pol godziny doslownie WYLA, ze "Chceee jeeechac na urodziiiny Broooooooke!!!!". Coz, dla wstretnej matki, jesli przez chwile miala wahania czy nie ustapic dla samego przymkniecia wrzeszczacej buzki, wystarczylo spojrzec przez okno i decyzja pozostawala niezmienna. :D

Swoja droga to sale gimnastyczna zamkneli mocno na wyrost, bo przynajmniej poranne zajecia mogly sie spokojnie odbyc (a moje dziecko by sie nieco wyzylo). Snieg bowiem co prawda padal od rana, ale nie zaczal osiadac na drodze do niemal 10 godziny, kiedy to Bi normalnie zaczynalaby zajecia. Co prawda o 11 (kiedy by sie konczyly) drogi juz lekko pobielaly, ale nadal dalo sie przejechac. Wiem, bo z dusza na ramieniu i czujac sie niemal bohatersko, pojechalam na zakupy wiedzac, ze pozniej bedzie tylko gorzej. :) Przejechalam z zoladkiem w gardle i ladunkiem w gaciach, ale bez specjalnych przygod. Czyli sie dalo, choc drogowcy z roznych miast powinni brac z siebie nawzajem przyklad. Jak bowiem wytlumaczyc, ze drogi w sasiednim miasteczku byly niemal czarne, natomiast jak tylko minelam znak oznajmiajacy, ze wlasnie wjechalam do swojego miejsca zamieszkania, poczulam sie niczym w jakims cholernym "winter wonderland"?! Droga biala, sliska, dobrze, ze ABS dziala, a dom zaraz za rogiem...
A w miare jak mijal dzien, warunki na drogach robily sie coraz gorsze. Nasza ulica, glowna dojazdowka do autostrady, wygladala slabo, wiec nie chce nawet myslec jak prezentowaly sie boczne, miej uczeszczane drogi... Dlatego wlasnie odpuscilam jazde na przyjecie urodzinowe. Dojechac, pewnie bym dojechala bez szwanku. Balam sie jednak powrotu dwie godziny pozniej, bo snieg sypal nieprzerwanie az do poznego wieczora...

W kazdym razie, kiedy Bi w koncu zaakceptowala, ze z urodzin nici (swoja droga strasznie bylo mi glupio, bo wiem, ze gdyby chodzilo o urodziny ktoregos z Potworkow byloby mi przykro, no ale taki urok zimowych przyjec...), oba Potwory lazily za mna jeczac kiedy pojdziemy bawic sie na sniegu. ;) Po poludniu wiec, kiedy juz odgruzowalam jako tako chalupe, przytrzymalam mezowi trzy razy lampe, ktora usilowal zawiesic w lazience (juz prawie koniec remontu!) oraz nakarmilam glodne, maloletnie brzuszki (albo zjesz co daje, albo na snieg nie idziemy! - nie ma to jak dobry szantaz :D), w koncu wyszlismy.

(Uwielbiam taka zimowa scenerie!)

Potworki wyciagnely dawno przeze mnie zapomniane lopatki do sniegu (ale oni pamietali!), a Bi nawet to cos do zjezdzania, chociaz ogrod mamy plaski, a na gorke sie nie wybieralismy. ;)

(Sniegu spadlo tak z 20 cm, chociaz na zdjeciach wydaje sie wiecej)

Oni mieli super zabawe, a ja sprawdzalam jakosc sniegowcow , ktore zapobiegliwie zamowilam w pazdzierniku, kiedy temperatury mielismy nadal niemal letnie. Przezorny zawsze ubezpieczony, c'nie? ;)

Z tymi sniegowcami to tez byla niezla historia, bowiem kiedy zamawialam je, Amazon ostrzegal, ze to ostatnia para z tego rozmiaru, wiec liczylam sie z tym, ze ktos moze je kupic zanim moje zamowienie "przejdzie". Buty jednak bardzo mi sie podobaly, a cena byla do zaakceptowania, wiec zaryzykowalam. Po kilku dniach przychodzi paczka - sniegowce o rozmiar mniejsze! Poskrobalam sie po czuprynie, sprawdzilam jeszcze raz zamowienie... Jak byk, zamowilam rozmiar 8 (amerykanska rozmiarowka), a przyslali mi siodemke! Natychmiast zglosilam, ze chce wymienic, a przy okazji wyslalam maila z pretensja, zeby lepiej pilnowali szczegolow zamowien.
Coz, zlosc mi przeszla, w koncu do zimy daleko, czekam na kolejna przesylke. Przyszla, rozmiar na pudle sie zgadza, otwieram i zonk... brudne. Podeszwy to zrozumiale, w koncu ktos mogl je przymierzac. Patrze jednak dokladniej - buty brudne i lekko obdrapane naokolo, w srodku sfilcowane - najnormalniej w swiecie przyslali mi uzywane!!! I to nie, ze ktos je raz czy dwa ubral! One musialy byc regularnie noszone! I co, Amazon myslal, ze nikt sie nie zorientuje?!
Wtedy juz mi naprawde para uszami buchnela i w mailu, ktorego wysmarowalam, nawet nie sililam sie na cien uprzejmosci. Oczywiscie odpowiedz dostalam, ze bardzo przepraszaja, ze daja mi rabat i bla bla bla... Buty musialam zamowic trzeci raz i tu juz sie powaznie zastanowilam, czy na pewno chce kupic akurat TE. :D
Podejrzewam, ze wiem, co sie stalo. Poniewaz "status" mowil, ze byly to ostatnie buty z tego rozmiaru, pewnie chwilowo go zabraklo. Zamiast jednak odpowiedziec, ze niestety ten rozmiar juz "poszedl", przysylali co mieli pod reka... Najlepsze, ze kiedy weszlam na ich strone poraz trzeci, moja 8-emka figurowala jako w pelni dostepna, ale... $20 drozsza!!! :D No jaja!!! Nie ma glupich, zamowilam 8.5 (tansze!) myslac, ze predzej zapcham czubki papierem niz, po tych przebojach, dam im wiecej kasy! :D
A buty, w grubej skarpecie, pasuja jak ulal. ;)

Sobote spedzilismy wiec w bardzo zimowej atmosferze. Na podworku bylismy co prawda tylko pol godziny bo Nik dosc mocno kaszlal (ale nie mialam serca mu odmowic, bo zima tu jest kaprysna i to mogl byc pierwszy i ostatni snieg w tym sezonie...), ale potem goraca kawa (dla dzieci inka), porozwieszane wszedzie wilgotne ubrania, snieg sypiacy za oknem i zrobilo sie blogo, przytulnie, niemal swiatecznie. Tylko choinki w kacie brakowalo, bo nadal jej nie mamy... :)

Niedziela zas, byla juz tak zajeta, jak przewidywalam w oryginalnych planach. Rano kosciol, potem szybki powrot, M. do pracy, ja ogarnac chalupe po porannym chaosie oraz skonczyc tort. "Konczyc tort" brzmi dumnie, ale tak naprawde upiekl go M., a ja mialam tylko zrobic galaretke i polac go z gory. I nawet to mi nie wyszlo... :D Gdzies pomiedzy rozladowywaniem zmywarki, sprzataniem jadalnego stolu, a maaamooo, chce to czy tamto, galaretka stezala mi tak, ze na polanie tortu juz sie nie nadawala. Wsciekla piznelam ja do zlewu, dopiero pozniej myslac, ze moglam ja przeciez dac dzieciom do zjedzenia. :/ Trudno. Gorzej, ze to byla ostatnia czerwona galaretka, inne mialam juz tylko zielone i zolte, czyli wcale sie od siebie nie odroznialy... Coz... zrobilam druga i tym razem sprawdzalam jej stan doslownie co 5 minut. :) Na szczescie stezala tuz przed tym, jak musialam wyjsc z domu...

Nastepnie zapakowalam podniecone Potworki do auta i popedzilismy na przyjecie bozonarodzeniowe dla dzieci, organizowane co roku przez nasz kosciol. Atrakcje w zasadzie sa zawsze takie same: dekorowanie ciasteczek:

 (Nik ciastko udekorowal, po czym nie czekajac, natychmiast je pozarl :D)

Robienie kartek bozonarodzeniowych i nawlekanie cukierkow na zelkowy sznurek robiac slodki naszyjnik:

 (Rok temu to Nik chcial byc tygrysem. W tym, padlo na Bi)

Oprocz tego malowanie twarzy (jak widac :D) i balonowe zwierzatka. Oraz Mikolaj i prezenty oczywiscie! :)


 (Nik wygladal, jakby chcial tylko chwycic prezent i zwiac)



(Niestety, snieg popsul nieco dzieciece "outfit'y, ale przewidujac, ze Potworki wejda w kazda mozliwa zaspe, zalozylam im sniegowce...)


W tym roku jednak glowny "gosc" sie pospieszyl. Dzieciaki jeszcze sie na dobre nie rozbawily, kiedy w progu stanal Mikolaj. Potworki byly dosc rozczarowane. Bi oswiadczyla, ze chce skonczyc swoj naszyjnik, a Nik spedzil polowe czasu, kiedy Mikolaj czytal opowiadanie, na malowaniu buzi. Na szczescie "swiety" czytal baaardzo powoli, co chwila przerywajac i zagadujac dzieci, wiec Nik zdazyl przed rozdawaniem prezentow. Pomoglo zapewne tez to, ze wybral sobie malusienki rysuneczek na policzku. :)

(Auto musi byc, chociaz narysowane :D)

Prezenty chyba udane, chociaz Nikowi trafil sie zolw ninja, ktora to bajka Mlodszy sie nie interesuje (chociaz postaci zna - nie pytajcie mnie skad... :O), wiec zdazyl juz wyladowac w kacie. ;)


Dobrze tez sie stalo, ze po otrzymaniu prezentow, Potworki mialy w zasadzie reszte przyjecia w glebokim powazaniu, bo musielismy pilnie sie zbierac i wracac do domu. Na pol godziny pozniej bowiem, mielismy zaplanowane swietowanie urodzin Kokusia. :)

Urodziny zas, jak urodziny. Byl tylko moj tata, ciotka M. oraz chrzestny Nika. Mlodszy zdmuchnal swieczki...

 (Torcik M. upiekl taki sam jak na urodziny Bi w maju. Niestety, tym razem zamiast puszystej pianki, wyszlo cos gabczastego i bez smaku. :/)

...zjedlismy tort, wypilismy kawe, dzieciaki pobawily sie prezentami (bo Bi tez podostawala drobiazgi na pocieszenie) i po imprezie. ;) Ale caly wieczor minal jak z bicza trzasnal...

Tak w ogole to juz "boje" sie Swiat i tego stosu nowych zabawek, ktory nieuchronnie z nimi przyjdzie. Pomiedzy urodzinami Kokusia, a przyjeciem bozonarodzeniowym bowiem, nasza kolekcja powiekszyla sie o:

Maskotke Pikachu
Transformersa
Gre Dobble
Przebranie tygrysa
Ciezarowke
Gre (cos na zasadzie kolko i krzyzyk, ale wrzuca sie kolka i trzeba ulozyc 4 pod rzad, zeby wygrac)
Barbie nauczycielke
(Wspomnianego) Zolwia Ninja
Puzzle 5 w 1
Zestaw Lego

To wszystko w jeden dzien! :O
Przy okazji Bi otrzymala wazna lekcje. Starsza byla bowiem rozzalona, ze Nik dostal zabawki, a jej "trafily" sie dwie gry oraz puzzle. Trzy razy strzelala focha i trzy razy trzeba bylo Pannie tlumaczyc, ze to nie sa jej urodziny, tylko Nika i ona tak naprawde nie powinna byla dostac nic. W koncu niedlugo skonczy 7 lat i chyba czas pomalu odchodzic od podwojnych prezentow. Mysle, ze za rok dostanie juz tylko jakies slodycze... Nie powiem, zeby przyjela nasze tlumaczenia z entuzjazmem, ale tez nie buntowala sie az tak bardzo. Moze cos dotarlo do tej blond glowki. ;)

A tak na marginesie, w otrzymana gre Dobble, Bi ogrywa mnie regularnie i bez wysilku. Brak mi refleksu i ciagle cos (najczesciej Nik) mnie rozprasza. ;)

Tymczasem snieg, ktory spadl w sobote, stopnial tylko czesciowo. Od srody bowiem, nawiedzila nas Syberia. W nocy temperatury spadaja do -10 stopni, a w dzien dochodza zaledwie do -2, -1 kresek. Dzis rano dosypalo jeszcze kilka cm puchu. Jest bialo i bardzo swiatecznie, ale zaloze sie, ze na Boze Narodzenie bedzie odwilz i plucha! :D

(Czwartkowy widok z okna w pracy)

Potworki w srode oraz czwartek wracaly ze szkoly wczesniej (nauczyciele znowu sie szkolili...), wiec korzystajac z wiekszej ilosci swiatla dziennego, wypuscilam dzieciarnie na dwor, mimo lekkiego mrozu (-2) oraz smagajacego policzki, lodowatego wiatru. Oni ganiali, ja pilam goraca kawe. :) Jesli zastanawia Was, jakiej wielkosci musi byc gorka, zeby dalo sie z niej zjezdzac, to odpowiedz brzmi: KAZDA sie nada. Ot, np. taka goreczka:

 (Wiem, na zdjeciach nie widac nawet, ze jest tam jakies wzniesienie :D)

Wysokosc npm: moze z 30 cm. ;) Bi co prawda podjela probe samodzielnego powiekszenia "wzgorza":

(W rogu widac nawet matczyna kawe ;P)

Maya jednak przeszkadzala jak sie dalo, co chwila stracajac snieg z lopaty i Starsza porzucila "projekt" na rzecz zjezdzania w dol ogrodu:


(Jakby malo miejsca bylo, zjezdzali przy samym plocie...)

Nasza dzialka jest prawie plaska, tylko z boku opada, bardzo delikatnie, niemal niezauwazalnie, w dol. Jak widac, wystarczy. :D

PS. Dawno juz nie bylo posta z taka iloscia zdjec! :O

PS2. Alez ja sie rozpisalam w grudniu!!! :D

poniedziałek, 11 grudnia 2017

5 lat Kokusia

No i doczekalam sie. I Nik tez. Od kilku(nastu) tygodni, kiedy ktos pytal mnie o wiek Kokusia, odpowiadalam, ze ma prawie 5 lat, na co Nik oburzony poprawial, ze nieprawda, bo on ma 4 lata! :D

Koniec jednak tych sprzeczek. Moje malenstwo, moj malutki (juz nie taki malutki...) syneczek, ma oficjalnie 5 lat!


Napisze tradycyjnie: kiedy to zlecialo??? :D

Moja mala zrzeda i maruda... Pomimo tego, ze wlasciwie Potworki traktowane sa niemal jak blizniaki, czyli zazwyczaj jak ktores cos dostanie, dostaje to i drugie, niewazne czy jest to slodycz, zabawka, czy np... buty (:D), wydaje sie, ze Nik jest przekonany, ze jako mlodszy, moze zostac pominiety. Czesto jest to wrecz absurdalne, np. wreczam cos dzieciom, a Nik, zanim jeszcze dobrze sie rozejrzy i zauwazy, ze jego "dzialke" trzymam w drugiej rece, natychmiast strzela focha: "Ooooo, a dla mnie nie ma!", "A ja tego nie dostalem!". Najlepsze, ze czasem natychmiast odchodzi obrazony, zanim czlowiek zdazy odpowiedziec, ze przeciez dla niego tez jest i to nawet nie schowane... ;)

Niegdys przytulas i calusnik, przez dobrych kilka miesiecy mial okres, kiedy nie chcial sie przytulic i uciekal przed buziakami. Na szczescie chwilowo mu przeszlo. Znow przychodzi, obejmuje mnie w pasie i nadstawia usteczka do slodkich, lecz bardzo mokrych (nigdy nie wyciera warg, fuj!) buziakow. I szepcze: "kocham cie". Czego moze matka chciec wiecej? ;)

Jest tez niestety krnabrny i butny. Kiedy odmawia sprzatania i mowie, ze w takim razie nie pogramy w gry, odpowiada: "I tak nie chcialem!". Kiedy zwracam mu uwage na zle zachowanie, drze sie: "PRZESTAN!!!" (to akurat przyklad siostry :/). Ostatnio, kiedy odmowil zjedzenia obiadu i powiedzialam, ze wobec tego, nie dostanie deseru, wrzasnal: "Ide sobie za kare!!!". I sam poszedl do swojego pokoju, gdzie siedzial obrazony dobra godzine! :D

Bywa niemozliwie roztrzepany (to chyba-napewno po mamusi :D). Mowie: wyrzuc papierek do kosza, a on w polowie drogi (jakies 8 krokow) zauwaza pod krzeslem samochodzik, schyla sie, zeby go podniesc, a papierek... kladzie na stol! Ma posegregowac obrazki pod wzgledem gloski, na ktora sie zaczynaja. Zostawiam go z tym prostym (?) zadaniem i siadam z Bi do czytanki. Po chwili syn przychodzi zafrasowany, ze tu powinno byc "r", ale w zadaniu nie ma takiej gloski. No nie ma! Bo okazalo sie, ze Nik dwa obrazki dopasowal prawidlowo pod poczatkowa gloske, po czym... zaczal reszte segregowac pod wzgledem gloski koncowej! :D

No tak... Nad kilkoma kwestiami musimy popracowac... ;)

Jaki jeszcze jest 5-letni Kokus?

Miniony rok  (a nawet i polrocze) to dla Nika ogromne zmiany intelektualne. Z malego przedszkolaka, ktory nie umial (i nie chcial) prawidlowo trzymac nozyczek, a kredki trzymal poprawnie tylko kiedy mial ochote, wyrasta dumny (choc nadal maly) szkolniak. Chetnie (zazwyczaj) siada do odrabiania lekcji, z entuzjazmem powtarza piosenki z muzyki oraz hiszpanskie slowka, ktorych uczyl sie w szkole.
Zna juz wszystkie litery, zarowno male, jak i duze. Myli mu sie tylko literka "Q", najmniej uzywana. Zazwyczaj pisze duzymi. :) Zainteresowalo go jednak pisanie i co i rusz pyta jak sie pisze to czy tamto. Probuje nawet samodzielnie gloskowac, choc malo kiedy wychodzi z tego sensowny wyraz. :) Czasem jednak udaje sie cos tam odczytac. Np. "I love you", w wykonaniu Nika wyglada: I LV U". Narysowane obok serduszko nie pozostawia watpliwosci co do tego, co poeta mial na mysli. :D

Rownolegle z pisaniem, Nik zainteresowal sie rysowaniem. Jakby malo bylo porozrzucanych po domu kartek za sprawa Bi, to teraz Nik zaczal dokladac swoje trzy grosze! :D Oczywiscie, Bi rysuje kwiatki, motylki, zwierzatka oraz tecze, a Nik auta, ciezarowki oraz monster truck'i. Po obejrzeniu "Podwodnej wyprawy Franklina" w domu zaroilo mi sie tez od lodzi podwodnych oraz lazikow. ;)

Nie przepada specjalnie za puzzlami. Od czasu do czasu wyciagnie ktorys ze starych zestawow i ulozy, ale baaardzo rzadko. Bi dosc czesto lubi sobie rzucac takie wyzwania, a Nika nachodzi tylko od wielkiego dzwonu.

Przepada za to za wieczornym czytaniem. O ile Bi, czasem po wyjatkowo meczacym dniu, sama oswiadcza, ze nie chce ksiazki, tylko isc spac, dla Nika nie ma takiej opcji. Jesli sama odpuszczam czytanie z powodu poznej pory, musze liczyc sie z fochem. ;)

Ukochanymi zabawkami sa oczywiscie pojazdy. Najlepiej jeszcze zeby byly na pilota, jezdzily, piszczaly, krecily sie w kolko, swiecily i ogolnie doprowadzaly matke do szalu. ;)
Ukochana obecnie bajka - "Blaze i megamaszyny". :)

Wraz z pojsciem do szkoly, Nik podlapal od niezawodnych kolegow pierwsza fascynacje - Pokemony! Dostal od jednego z kolegow kilka kart i biega po domu wrzeszczac "Pikachu, I choose YOU!". :D
Co ciekawe, puscilam mu bajke, skoro juz tak lubi te Pokemony (chociaz uwazam, ze jest kretynska i dla nieco starszych dzieci) i zupelnie go nie zainteresowala. Poniewaz jednak fascynacja nie ustaje niemal od poczatku roku szkolnego, na urodziny dostal maskotke Pikachu i zestaw wlasnych kart. A niech sie powymienia z kumplami. ;)

Jak juz kiedys pisalam, Nik zdecydowanie woli mowic po angielsku niz po polsku. Ostatnio jakby jest troche lepiej pod tym wzgledem (odpukac!) i nie wiem czy to efekt mojego ciaglego poprawiania, czy po prostu minela jakas "faza". ;) Mimo wszystko jednak, kiedy juz mowi po polsku, Nik niestety lekko sepleni, czyli czesto zamiast "sz", "cz", mowi "s", "c". Zdarza sie nawet "l", zamiast "r". A tak juz ladnie, wyraznie zaczal mowic, to znow sie "popsul"... :/

Aktualne dane wzrostowo - wagowe, dopisze po bilansie, ktory mamy dopiero za tydzien. Na naszej domowiej miarce, Nik ma 110.2 cm. U lekarza zmierza go dokladniej, ciekawe czy miarka sie mniej wiecej pokryje. ;)

Na laptoku nie mam, cholercia zadnych niemowlecych zdjec Kokusia... Ale tak, dla wspomnien, 1.5-roczny Nik:

(Schrupalabym te pucate policzki!!! :D)

A tu 2.5-roczna "ksienznicka":

(Kto jeszcze pamieta, ze Nik mial faze na ubieranie sukienek Bi? ;P)

3.5-latek:


 (Floryda. Ach, co to byly za wakacje! :D)

A tu juz 5-letni lobuz:


(Tak, fota jeszcze z Thanksgiving ;P)
Dopisek po-bilansowy:

Okazuje sie, ze nasza miarka jest mniej wiecej poprawna. U lekarza wyszlo, ze Nik ma 110.4 cm wzrostu i wazy rowne 20 kg.

niedziela, 10 grudnia 2017

Bo dzis sa Twoje urodziny! :)

Mam czas tylko na krociutki post, wiec:

STO LAT SYNKU!!!

Rosnij zdrowo! Badz naszym pociesznym lobuzem, malym wesolkiem (choc czasem sfoszonym)! Obys zawsze byl nasza madralinska gadula i przytulasnym slodziakiem!

Kochamy Cie, nasz 5-latku!!!

czwartek, 7 grudnia 2017

Z serii: w tym domu sie gada! + Mikolajkowe jaja :)

Mam nadzieje, ze Potworkowe teksciki jeszcze dlugo nie zmienia sie w prawie "dorosle" gadanie. Uwielbiam ich spostrzezenia i przekrecanie wyrazow! :)


Stoje w sklepie, kontemplujac palete szarosci trzymana w reku, ktora przytykam do jedynej bialej powierzchni - slupa, probujac wybrac idealny odcien do lazienki. Podchodzi Bi i pokazujac wlasna palete trzymana w raczce, oznajmia:

"Ja bym wybrala TEN" - pokazujac na najbardziej jaskrawy roz, jaki swiat widzial! :)

Juz sie boje urzadzania jej w przyszlosci wlasnego pokoju! Kolorystyke bedzie mial oczojebna! :D


***

Bi opisuje (zupelnie beznamietnie...) co sie stalo z indykiem na Thanksgiving:

"They killed the turkey... i wyrwali wszystkie piora i... zrobili z nich piornik!"

W pierwszej chwili zachnelam sie, ze piornik to raczej z plastiku lub drewna, dopiero po kilku sekundach dotarlo do mnie to genialne slowotworstwo, gdzie piora = piornik! :D


***

Nik: "Koloruje tego krokodyla na zielono. Bo on jest swietowy"

Wszystko moze sie wpasowac w swiateczna atmosfere. Nawet krokodyle. ;)


***

Bi pozarla obiad w tempie ekspresowym.

Ja: "Wow, chyba wciagnelas ten obiad nosem!"
Bi: "A dlaczego nosem?"
Ja (zaczynam tlumaczyc): "Tak sie mowi, to znaczy, ze szybko zjadlas..."
Bi (zupelnie nie sluchajac): "Tak jak sie wciaga smarki do nosa?"

Super. Dzieki coreczko, za apetyczne porownanie przy jedzeniu... ;)


***

Na koniec, przedmikolajkowa swiezynka:

Nik: "Chodz ze mna do lazienki..."
Mama: "Zapalilam ci swiatlo, mozesz isc."
Nik: "Ale ja sie boje Mikolaja..."

Nik najwyrazniej obawial sie, ze starzec z dluga, siwa broda, nagle wyskoczy mu zza winkla, wolajac donosnie "Ho, ho, ho!!!". M. skwitowal, ze maly Mikolajek przestraszyl sie duzego Mikolaja... :D


***

Teraz pora na tytulowe JAJA.

Pierwsze dzialy sie juz za sprawa dziadka, ktory mial skleroze i przyniosl Potworkom prezenty o dzien wczesciej. :) No coz, na szczescie dzieciaki na widok upominkow maja klapki na oczach i gladko przelknely tekst, ze Mikolaj ma tyle pracy, ze do dziadka podjechal wczesniej, zeby sie nie spoznic do innych domow... :D

Reszte JAJ robily sobie juz oczywiscie Potworki, ktore w wiekszym lub mniejszym strachu czekaly na Mikolaja. Znaczy, w sumie Bi czekala na prezenty, a Nik nie czekal chyba na nic, tylko powtarzal, ze on sie tego Mikolaja boi i co to bedzie jak on przyjdzie. W koncu powiedzialam, ze Mikolaj to czarodziej, jest niewidzialny i nikt nie widzi jak przychodzi. Ufff... Kokus przyjal jakos to wytlumaczenie. ;)

Nie mniej jednak, slyszalam jak po polozeniu spac, Potworki umawialy sie (dobra, bardziej Bi podpuszczala brata), ze jak sie w nocy obudza to sprawdza czy Mikolaj juz byl. :D
Prezenty podlozylam im kladac sie spac, okolo 23. I kurcze, jeszcze nie zdazylam zasnac, kiedy slyszalam z pokoju dzieci cieche: "Bi! Hej, Bi! Bi!". Najwyrazniej "ktos" mial ochote wyruszyc na poszukiwanie prezentow...  Na szczescie siostra spala kamiennym snem i nawolywanie Nika pozostalo bez odzewu. :)
Kolejna pobudka. Tym razem to Bi zbudzila brata i krazy po domu. Patrze na zegarek: 4:37! Nosz kurna!!! Krzyknelam, ze jest srodek nocy i maja natychmiast wracac do lozek! Na szczescie posluchali... ;)
No JAJA sobie chyba robili! ;)

Na Mikolajki, postanowilam w tym roku polaczyc przyjemne z pozytecznym i zamowilam im po kalendarzu adwentowym Lego.


Dla Bi "Friends", dla Nika "City". Co prawda dostali je z 6-dniowym opoznieniem, ale za to na poczatek mogli otworzyc az szesc okienek za jednym zamachem, wiec chyba pokrzywdzeni nie sa. :D Pomyslalam, ze jesli sie sprawdza, to w przyszlym roku, zamiast kalendarzy z czekoladkami, znow zamowie im cos podobnego. Oprocz Lego, dostali tez tablice do robienia wzorkow z wciskanych w dziurki, plastikowych "grzybkow". Wpadlo mi to w oko na ktoryms z blogow i nie moglam sie oprzec. Sama mialam podobna zabawke w dziecinstwie i uwielbialam ja! Bylam przekonana, ze Bi sie spodoba, a Nik... Coz, co do Nika nie bylam juz taka pewna, ale ze to dobre cwiczenie dla malej motoryki, to zamowilam zestaw i jemu. Ach ten pragmatyzm... :D

Bylam pewna, ze Lego to bedzie hit! W koncu Bi regularnie rozklada zameczek Elsy na czesci pierwsze i uklada go z powrotem.
Poczatkowo myslalam, ze Potworki beda odsypiac nocne harce, bo nie wstaly zaraz za mna, jak to zwykle sie dzieje. Zdazylam zjesc sniadanie, zapakowac sniadaniowki, a oni spali. W koncu jednak, bedac w lazience, uslyszalam tupot stopek. I zaczal sie szal! :D
Ku mojemu zaskoczeniu, Bi na Lego spojrzala, ucieszyla sie... po czym nawet nie otworzyla, tylko piszczac z podekscytowania, zabrala sie za ukladanie obrazkow z "grzybkow". Hmmm...

zdjecie robilam na szybkiego pod swiatlo, dlatego wyszlo jak wyszlo... :/

Wiedzialam, ze Bi lubi takie artystyczne zabawy, ale zeby dla nich zignorowac klocki Lego???
Tymczasem Nik otworzyl wszystkie szesc okienek w swoim Lego, po czym... wsadzil woreczki z powrotem, stwierdzil, ze wyjmie je pozniej i... rowniez zaczal ukladac "grzybkowe" obrazki! No JAJA jak berety!!! :D

A pozniej to musialam leciec do pracy, wiec nie wiem co dalej sie dzialo przed szkola... :)

*

Po powrocie, okazalo sie, ze Nik nie ulozyl ani jednej figurki, tylko czekal na mnie. ;) Na dzien dobry musialam wiec ukladac kominek, fotel, ciuchcie i samolocik. Stwierdzam, ze paluchy mam juz za duze i za sztywne na Lego. Za male sa te niektore elementy. ;) Bi na szczescie wszystko ulozyla sama. Ale dzis rano Nik otworzyl okienko nr. 7 i SAM ulozyl saneczki. Brawo on! :D

Mimo wszystko, wczoraj chwilke poogladali te figurki, ludziki ponosili ze soba, ale i tak pol wieczora spedzili ukladajac obrazki z "grzybkow". W szoku jestem, ze az tak im sie to spodobalo!

Takze, jezeli macie w domu dzieci z choc odrobina artystycznego zaciecia, to polecam! :)

*

Ja tez dostalam prezent Mikolajkowy i to dzien wczesniej! ;)

Poniewaz nowa prace zaczelam w polowie roku, zostalo mi nadal 16 dni urlopu. Zapytalam w koncu szefa co sie dzieje z tymi dniami? W niektorych firmach czesc mozna przeniesc na kolejny rok, w innych wyplacane sa za nie pieniadze, itd. Przy okazji, wyrazilam chec, zeby wziac caly tydzien wolny pomiedzy Bozym Narodzeniem, a Nowym Rokiem.
Coz... Zla wiadomosc to taka, ze wolne dni nie przechodza na kolejny rok... :( Jesli chodzi o tydzien wolnego, to szef odpisal, ze chce pogadac o tym, co jeszcze jest do zrobienia, wiec pomyslalam, ze doopa blada. Bede musiala pracowac miedzy Swietami... Na szczescie, we wtorkowej rozmowie dowiedzialam sie, ze moge wziac wolne.
Tak wiec, oto moj mikolajkowy prezent: 10 dni byczenia!

I od razu jakos fajniej sie pracuje!!! :D

PS. W same Mikolajki dostalam tez okres, ale z tego "prezentu" to akurat sie nie ciesze... :D

PS2. To juz drugi post w tym tygodniu, zauwazylyscie??? ;)

wtorek, 5 grudnia 2017

Witam w grudniu

Oficjalnie zaczal sie najbardziej zwariowany miesiac w roku. ;) Zamiast sie uspokajac i wyciszac adwentowo, jak zwykle mam wrazenie, ze przez kazdy grudzien pedze niczym na kolejce gorskiej i w Swieta wpadam z wywieszonym do ziemi jezorem oraz zawrotami glowy. ;)

O czym musze pamietac w grudniu?

6 - Mikolajki! Chociaz to w sumie radocha tylko dla dzieci... ;)
8 - pajama dzien  polaczony z akcja charytatywna w szkole Potworkow. Jak na zlosc dopadlo mnie zacmienie umyslu i ich "swiateczne" pizamki dalam im do spania. Czyli musze pamietac, zeby najpozniej w czwartek wyprac je i wysuszyc. ;)

12 - Bi do dentysty. Mam cicha nadzieje, ze dentystka "pomoze" nieco Bibusiowej prawej gornej jedynce, ktora wisi juz niemal w poprzek, ale uparcie sie trzyma. :D
15 - winter crafts with parents w klasie Kokusia. Musze sie urwac wczesniej z pracy.
18 - bilans 5-latka z Nikiem. Normalnie wyslalabym go z M., ale kilka miesiecy temu dostalam list, ze nasza pediatra odchodzi na emeryture pod koniec roku. Chce osobiscie podziekowac jej za te 6.5 roku. Byla lekarzem moich dzieci od ich narodzin, przez lata nauczylam sie jej ufac i przyznaje, ze jej diagnozy (choc czasem mialam watpliwosci) nigdy mnie nie zawiodly. A teraz czeka nas wybor nowego pediatry i ciezko bedzie kogosc nowego obdarzyc takim kredytem zaufania. ;)
Poza tym, tak po ludzku przywiazuje sie do ludzi i smutno mi sie zegnac. Nawet jesli jest to lekarz, ktorego widywalam tylko kilka razy do roku podczas wizyt lekarskich dzieci...


Nastepny weekend bedzie szalony. W sobote rano gimnastyka Bi, a potem jedziemy na przyjecie urodzinowe jej kolezanki z klasy. Przeszlo mi przez glowe, zeby odpuscic sobie te impreze, ale ze dziewczynka jest jedna z ulubionych kolezanek Bi jeszcze od zerowki, a w zeszlym roku jakos tak sie zlozylo, ze nie moglismy byc na jej przyjeciu, stwierdzilam, ze w tym roku wypada sie zrehabilitowac. Tym bardziej, ze z jej mama czesto gadalam po odbiorze dzieciakow ze szkoly, a jej 3-letni braciszek uwielbia Kokusia i na placu zabaw chodzil za nim krok w krok. :) No i jako jedni z zaledwie 6 dzieci z klasy Bi, byli na jej urodzinach w maju.

Zastanawia mnie, ze ludziom chce sie w ogole organizowac przyjecia o takiej szalonej porze roku. Ja o Kokusiowych pomysle gdzies w styczniu. Teraz nie mam do tego glowy. :) Tymczasem, wczoraj otrzymalam smsa z zaproszeniem na kolejne, tego samego dnia! :O Nasi sasiedzi (z ktorymi, wraz z nadejsciem zimniejszej pory roku, na szczescie stosunki znacznie sie ochlodzily ;P) obudzili sie i zaprosili Potworki na urodziny corki (ma je tego samego dnia, co Nik! :D). Niestety, sorry Batory, ale tydzien wczesniej to zdecydowanie za pozno. Przyjecie praktycznie o tej samej porze, co kolezanki z klasy Bi, wiec zmuszona bylam odmowic. I w sumie odetchnelam z ulga. ;)

Na niedziele zas, zapisalam Potworki na doroczne "Christmas Party" dla dzieci, organizowane przez nasz kosciol i dopiero podczas Thanksgiving, kiedy zapraszalam dziadka oraz ciotke M. na urodziny Kokusia, dotarlo do mnie, ze to TEN SAM dzien! :O Na szczescie przyjecie jest wczesnym popoludniem, a na urodziny i tak nie planowalam nikogo zapraszac na obiad, tylko na tort i kawe, ale mimo wszystko, bedzie to dzien w biegu, zdecydowanie... ;)

 A pomiedzy tymi wiekszymi i mniejszymi wydarzeniami, oczywiscie praca do 15 oraz normalne, domowo - szkolne obowiazki.

Pozniej zas, zostanie nam ostatni "wolniejszy" (mam nadzieje) weekend przed Swietami, ktory i tak pewnie spedze w kolejkach w polskich sklepach. Taki urok naszej polskiej Wigilii, ze skladnikow na tradycyjna wieczerze, raczej nie dostanie sie w hamerykanckim supermarkecie. ;)

Poza tym, M. wymyslil sobie, zeby pojechac na prawdziwa "farme" z choinkami i uciac wybrane przez Potworki drzewko! Tylko prychnelam na te propozycje... Kiedys juz tak pojechalismy. Chyba bylam wtedy w ciazy z Bi i pamietam tylko, ze bylam zmarznieta i zla jak osa, a drzewko wcale nie prezentowalo sie lepiej niz te z przydroznych "straganow". ;) M. jednak podpuszcza, ze ach, taka mila bylaby tradycja, a przy okazji spacer na swiezym powietrzu, Potworki bylyby zachwycone, itd. Tiaaa... Jakos moja wizja odbiega troche od tego idealu... Widze dzieciaki ganiajace jak wsciekle pomiedzy choinkami, mnie biegajaca za nimi nawolujac i stresujac sie, ze ktores sie zgubi (te farmy choinkowe sa ogromne!), a potem Potwory klocace sie o to, ktora choinka bedzie najlepsza! :D



Gdzies w to szalenstwo, przydaloby sie jeszcze wcisnac wieszanie swiatelek przed domem, pieczenie piernikow oraz robienie ozdob z dziecmi. Tylko kiedy? ;)

*

Poza tym, kilka ostatnich zdarzen, jeszcze z koncowki listopada oraz zaraz pierwszego dnia grudnia:

Dostalismy list ze szpitala, zaadresowany tajemniczo do... Nika. Poniewaz moj syn jest mocno maloletni i z reguly nie otrzymuje korespondencji, spowodowalo to lekka konsternacje. A jeszcze wieksza po otwarciu listu, ktory okazal sie czekiem. Do czeku dolaczony byl krotki liscik, ze skasowali nas za cos, co powinnno pokryc ubezpieczenie, przepraszaja i oddaja dlug lacznie z odsetkami. I tyle. Ani szczegolow, za co zaplacilismy, ani kiedy to bylo.
Poniewaz, kiedy ktos wrecza mi kase "za darmo" robie sie podejrzliwa, zadzwonilam. Chcialam sie upewnic, ze to nie jakies oszustwo. Albo pomylka. Nie bylabym zbyt szczesliwa, gdyby za kilka lat okazalo sie, ze jednak musze im te kase oddac. Plus odsetki rzecz jasna. Poza tym, ostatni raz bylam w tym szpitalu z Nikiem, kiedy wylal na siebie goraca herbate, 4 lata temu! :)

Zadzwonilam do szpitala, a tam niespodzianka. Czek jak najbardziej prawdziwy. Dodatkowo, okazalo sie, ze nadplata, za ktora oddaja pieniadze, byla jeszcze za POROD Kokusia! :O
Nie dowiedzialam sie w koncu tylko, dlaczego czek zostal wystawiony na Nika, skoro ubezpieczenie bylo na mnie i wszystkie oplaty za szpital przychodzily zawsze na moje imie...

*

W zeszlym tygodniu, Bi zostawila w szkolnym autobusie plecak. Jak mozna zapomniec calego plecaka? Nie wiem... Wiem za to, ze zauwazylam co sie stalo, kiedy Bi wyleciala z autobusu, przytulilam ja na powitanie i przy okazji pomacalam jej plecy, ktore okazaly sie... puste. W panice podnioslam glowe i ruszylam w strone autobusu... ktory wlasnie odjezdzal spod naszego domu... ;) Co teraz? Bi schowala sie do szafy, mowiac, ze na pewno jestem na nia zla, mimo, ze nie mialam na to nawet czasu, bo mozg przestawil mi sie na tryb: odzyskac plecak!
Wiecie, plecak jak plecak, niczego cennego w nim nie bylo, poza zadana praca domowa. ;) Chodzilo bardziej o zawracanie glowy z kupnem nowego, gdyby ten autentycznie zaginal. ;)
Punkt pierwszy, telefon do szkoly. Coz, oni pomoc nie moga, autobusy po rozwiezieniu ucznow, juz do szkoly nie wracaja. Telefon do firmy autobusowej. "Ach, nie ma sprawy, corka sobie plecak wezmie z autobusu rano..." No tak, tylko, ze rano Bi autobusem nie jezdzi. "Aaaa, no to rzeczywiscie problem..." :D
Na szczescie pani okazala sie pomocna i zobowiazala przekazac kierowcy, zeby rano zaniosl plecak do sekretariatu. Wykonalam wiec jeszcze jeden telefonik do rzeczonego sekretariatu, ze z rana dostana rozowy plecak, ktory jest podpisany, owszem, ale w srodku. ;) Rano M. pomaszerowal do w/w biura razem z Bi (bo sama sie wstydzila) i rzeczywiscie, zguba juz tam na nia czekala. :)
Ufff...

*

To ze zapomnialam sobie spakowac do pracy lyzeczki do jogurtu, to w sumie pikus, za to smieszny. :) Przez 11 lat w starej firmie przywyklam, ze podstawy, w stylu papierowe kubki, telerzyki, czy plastikowe sztucce, zapewnia szefostwo. Obecna praca nie zapewnia nic i nawet po pol roku, czasem o tym zapominam. Kiedy przyszedl wiec czas na drugie sniadanie w formie jogurtu, a w sniadaniowce nie znalazlam lyzeczki, ruszylam na poszukiwania. W naszym biurze nie ma oczywiscie nic, co przypominaloby sztucce (dobra, sa paleczki jednego z Chinczykow, ale umowmy sie, paleczkami jogurtu sie nie zje :D). Poszlam wiec do kacika w korytarzu, w ktorym znajduje sie wspolna lodowka, mikrofala oraz zaparzacz do kawy na kapsulki. Oraz kilka szafek. Przeszukalam wszystkie szuflady i znalazlam... same widelce! Normalnie kilka tuzinow widelcow i ani jednej, cholernej lyzeczki!!! :D Na szczescie jogurt mialam grecki, gesty i widelec dal rade. :)
Oczywiscie pracuje 5 minut od domu i moglam podjechac po te lyzeczke, albo, jeszcze lepiej, napisac do M., zeby mi ja przywiozl. Ale szczerze, mialam lenia, a malzonka nie chcialam fatygowac, z racji, ze nadal walczy z lazienka. ;)

*

Teraz widze sens wysylania listow do Mikolaja juz w listopadzie... :/
Bi od kilku juz miesiecy gadala o kemperze dla Barbie. Najpierw strwierdzilam, ze tyle kasy za kawal (ogromny!) plastiku, ktory predzej czy pozniej wyladuje w kacie, to stanowczo za duzo. Kiedy jednak Bi konsekwentnie sie o niego dopraszala, zmieklam. Stwierdzilam, ze kurcze, TERAZ jest ten czas na spelnianie marzen prezentowych. TERAZ, poki jeszcze wierza w Mikolaja! Za kilka lat powiem im prosto z mostu, ze za drogo, czy bez sensu. Ale poki co, oni naprawde wierza, ze staruszek w czerwonym kubraku przynosi te prezenty! Jak wytlumaczylabym im, ze dostali cos zupelnie innego???
Kiedy wiec z okazji Czarnego Piatku cena kempera nagle spadla o $15 dolcow, stwierdzilam, ze dobra, skoro az tak o niego prosi, to biore! Zamowilam wiec kemper, zamowilam tez Kokusiowi wyproszona smieciarke "zjadajaca" klocki (chociaz podejrzewam, ze przestanie otwierac "paszcze" po kilku dniach Nikowego uzytkowania).
A w zeszly piatek, kiedy przewrocilismy kalendarz na grudzien i Bi zaczela dopytywac kiedy sa te Swieta, rozmowa jakos zeszla na prezenty. I co??? I jajco, chcialoby sie rzec! :/ Bo Bi oswiadczyla, ze ona marzy o interaktywnym kotku, a Nik chce dostac... najzwyklejszy znikopis! Sama nie wiedzialam czy smiac sie, czy plakac...
Trudno, nic juz nie odsylam ani nie wymieniam... Kokusiowi dokupie ten znikopis, a dla Bi szukam tanszej alternatywy, bo akurat ten, konkretny koteczek kosztuje $50 i po kemperze, nie mam ochoty wydawac tyle kasy na zabawke, ktora pare razy miauknie i pokreci glowa, a cene ma zupelnie nieadekwatna do funkcji... :/

*

A jesli juz o prezentach mowa, to wiecie, co dostaja niegrzeczne, hamerykanckie dzieci??? Ja dowiedzialam sie tego dopiero teraz, po 14 latach na Obczyznie! !
Nie, nie dostaja rozgi, choc jak dla mnie to znacznie praktyczniejsze. Nie dosc, ze delikwent nie dostanie prezentu, to jeszcze moze dostac ta rozga po doopie! :D
Ale nie, hamerykanckie lobuzy dostaja... brylke wegla! I w sumie, troche nudna ta "kara"... Bo co zrobic z takim weglem? Dodam, ze tutaj nie opala sie nim domow. A moze wlasnie o to chodzilo, o cos zupelnie bezuzytecznego? ;)

*

No i (chyba) najwazniejsze, 1 grudnia mielismy z M. 10 Rocznice Slubu (cywilnego)! Dekada razem! Czasem nie do wiary, ze spedzilam z M. ponad 1/4 dotychczasowego zycia, a czasem zastanawiam sie, kiedy to zlecialo... Wydaje sie, jakby to wczoraj byl ten sloneczny, ale mrozny dzien, a my zdenerwowani, ale szczesliwi. :)
Rocznica 10 nazywana jest cynowa, albo aluminiowa. Phi... Myslalam, ze na taka ladna, okragla rocznice, przysluguje juz jakis szlachetny kamyk. A tu zimny metal... ;)

Obchodow zadnych oczywiscie nie bylo. Co do tych ostatnich, M. mial ochote tylko na "jedno", z racji, ze przez godziny pracy widujemy sie tylko w weekendy. Nawet zaproponowalam, ze moge poczekac na niego do polnocy, w koncu Rocznica zobowiazuje. W koncu jednak odpisal, ze zostaje po godzinach, co nie ukrywam, bylo mi na reke, bo najczesciej juz o 10:30 padam na nos.
Taaak, zdecydowanie stare z nas malzenstwo... :D

Zeby nie bylo, piatkowy "post" odbilismy sobie w sobotni wieczor. ;) Niestety, cala sobote czulam, ze jakby bralo mnie przeziebienie. W niedziele bylam juz pewna. W poniedzialek, rozkladac zaczelo M. Zamiast wiec roztaczac aure malzenskiej milosci, rozsiewamy po malzensku wirusy. :D

*

I tu Was, moi Drodzy, zostawiam. Podejrzewam, ze na kolejny tydzien. Ostatnio na wieksza czestotliwosc postow, nie starcza mi czasu... ;)

wtorek, 28 listopada 2017

Przed Indykiem, po Indyku i troche codziennosci

Swieta i po Swietach.

Normalka, ze czeka sie na ten dlugi weekend, odlicza dni, a on mija sobie niepostrzezenie szybciej niz zwyczajny, dwudniowy. ;)

Zanim jednak przejde do indyczych (ekhem... szynkowych) opowiesci, pare slow (albo i akapitow) o zeszlym tygodniu.

*

Drogie Panie (Panowie?), po 2 latach przerwy, czyli odkad Nikowi wyrznela sie ostatnia piateczka, w naszym domu znow odbywa sie impreza znana zabkowaniem!
A myslalam juz, ze skonczylismy z ta watpliwa atrakcja. ;) Na szczescie aktualne zabkowanie, zainteresowana przechodzi znacznie lagodniej. Nie ma nocnych pobudek, niekonczacego sie noszenia na rekach oraz bluzeczek obslinionych az po pepek. ;) Troche marudzenia i fochow o wszystko jest, ale trudno powiedziec, czy to bol dziasel tudziez glowy, czy charakterek. ;)
Bi wlasnie wyrznela sie pierwsza szostka! Odkrylam to przypadkiem, podczas mycia zebow. Dziaslo po drugiej stronie jest mocno spuchniete, wiec podejrzewam iz wkrotce wyjdzie kolejna. :)

*

Kolejna "akcja", ktorej w moim macierzynstwie JUZ nie oczekiwalam: zostalam obsikana! Tak, tak, dobrze czytacie... :/
Wspominalam juz wielokrotnie, ze Nik nadal nie kontroluje pecherza w czasie snu. Przed polozeniem sie do lozka, biore wiec go "na spiocha" do lazienki na wysikanie. Problem z tym, ze Nik jest tak rozespany, ze zazwyczaj zupelnie nie kontaktuje co sie wokol dzieje. I ostatnio, kiedy nioslam delikwenta, nagle poczulam rozlewajace sie wokol pepka cieplo... "Rozlewajace" akurat tutaj doslownie. :D
Teraz sie smieje, ale wtedy wcale mi do smiechu nie bylo. Do przebrania bylo dziecko, ja sama oraz dywanik, na ktory syna czym predzej postawilam, a ktory to syn beztrosko rowniez "oznaczyl". ;)

*

A w poniedzialek obecnego tygodnia, odebralam syna ze szkoly z... tamtaramtam! KUPA w gaciach!!! :/ Co gorsza, podpytalam go czy zrobil ja na zajeciach plastycznych, na swietlicy czy jeszcze przed swietlica (bo to jak na zlosc ten jedyny dzien kiedy Potworki sa w szkole dluzej), a on odpowiedzial, ze przed. Czyli chodzil sobie z "klockiem" w majtach ponad dwie godziny! :////
Troche mi zajelo przeprowadzenie dochodzenia dlaczego wlasciwie tak sie stalo. Kiedy bowiem nie spi, Nik od dawna nie ma problemow z fizjologia. Sledztwo mialam mocno utrudnione, bowiem zawstydzony zainteresowany, zaczal szlochac. Chyba potraktowalam go nieco za ostro, ale kurcze... Cale pupsko usmarowane, a przy okazji nogi przy sciaganiu gaci oraz deska klozetowa, na ktora beztrosko sobie usiadl... Nik nadawal sie tylko pod prysznic, a toaleta do kompletnej dezynfekcji... Bleee... :/
W koncu doszlam do tego, ze Nik nie poszedl do lazienki, bo... nie umie sobie podetrzec tylka... No, to najlepiej ze*rac sie w gacie, swietne rozwiazanie! :D
Wytlumaczylam delikwentowi, ze nastepnym razem ma isc do lazienki, wytrzec pupe jak umie i dobrze umyc potem rece. "Szkody" na pewno beda wtedy mniejsze. ;)

*

Pisalam juz wiele razy, ze mimo ze mieszkam w mocno zageszczonej czesci naszego Stanu i otaczaja mnie dzielnice mieszkalne, dzikie zwierzeta pchaja sie uparcie w nasze okolice. Byl juz niedzwiedz na posesji sasiada oraz krecacy sie wokol budynku w pracy. Niedawno jeden z pracownikow innej firmy w naszym budynku, nagral... RYSIA, beztrosko wygrzewajacego sie na sloncu i myjacego lapy obok stolikow piknikowych! :O
A kiedy wracalam do domu w zeszly poniedzialek, po odebraniu Potworkow z zajec plastycznych, droge przeszedl mi jelen! Taki zwierzecy, bo tych ludzkich to nie brakuje... :D Piekny byk, mlody bo z niewielkim porozem, ale zdecydowanie dorosly. Bylam zaraz obok ruchliwego skrzyzowania, a on w ogole sie nie bal, przechodzil sobie ulice powoli i spokojnie!  Szkoda, ze ciemno bylo, a ja zbyt zaskoczona, zeby fote pstryknac... :D

*

W zeszly wtorek, klub gimnastyczny, do ktorego uczeszcza Bi, organizowal z okazji Thanksgiving, dodatkowe zajecia polaczone z akcja charytatywna, nazwana wdziecznie "Turkey Tumble". :D Dochody przeznaczone byly na rzecz (nie wiem jak to po polsku nazwac) "food pantry". "Food pantry" to organizacja, ktora posiada niemal kazde miasteczko. Kolekcjonuje ona zywnosc (glownie sucha i puszkowana, ale niektore zbieraja tez swieze owoce i warzywa) oraz artykuly gospodarstwa domowego, czesc zbiera tez ubrania, meble i tym podobne rzeczy. Sa one potem rozdawane potrzebujacym rodzinom za darmo, lub za symboliczna oplate. Kazda rodzina korzystajaca z takiej pomocy musi byc zakwalifikowana przez opieke spoleczna.

W kazdym razie cel akcji zaszczytny, a ze Bi dopraszala sie o pojscie (cwaniaki rozdali dzieciom ulotki na zajeciach), pojechalismy. Przy okazji pomyslalam, ze sie wyszaleja oraz bedzie to dobra okazja zeby zachecic Nika do gimnastyki. ;)
Oczywiscie, mimo ze Nik 5 lat konczyl (wtedy) za niecale 3 tygodnie, trafil do grupy maluchow. Grupa ta byla zupelnie niepomyslana, bo znajdowaly sie w niej 3-4-latki, z ktorymi mozna juz bylo przeprowadzic jakies sensowne zajecia oraz malenstwa 1-2 letnie. Cala ta gromada trafila wiec do pomieszczenia przypominajacego sale zabaw i krecila sie po niej bez celu. No dobra, "celem" byla zabawa i to im sie w sumie udalo. ;)

 (Ten basen z gabkami to byl HIT!)

(Z niewielka pomoca instruktorki, Nik robil nawet przewroty przez drazek)

Bi miala juz normalne zajecia z tylko elementami zabawy. :)

(W kolejce na rownowaznie...)

(I balansujeeemy... Potem Bi zeskoczyla bez strachu, za to z glosnym piskiem w basen z gabkami :D)

Moze jednak dobrze sie stalo, bo po wejsciu do budynku i odstawieniu Bi do jej grupy, Nik zaliczyl w tyl zwrot i oznajmil, ze on nigdzie nie idzie! Dopiero kiedy instruktorka powiedziala, ze w mlodszej grupie dzieci moga byc z rodzicami, zgodzil sie wejsc na sale. I tyle go widzialam! Potem juz szalal samodzielnie i kompletnie nie zwracal na mnie uwagi. ;)

Po zajeciach, wszystkie uczestniczace dzieci mogly podpisac piorko i przykleic je do makiety indyka:


Ogolem, Potwory wrocily do domu wybawione, ale nadal pelne energii (jak, pytam sie, JAK to mozliwe po godzinie skakania, biegania i fikolkow?!), a Nik oznajmil prewencyjnie, ze on nie chce chodzic na gimnastyke. Takze, moj plan spalil na panewce w obu punktach. ;)

*

W srode nastapilo juz wlasciwe przygotowanie do Thanksgiving. Popoludnie zaczelam godzine wczesniej, co zawsze jest mile widziane. Dzieciaki konczyly lekcje juz o 13:15, dwie godziny wczesniej, przez co i ja musialam sie urwac zeby zdazyc przejac ich zanim M. pojedzie do pracy. W naszym miasteczku, nawet szkolna swietlica zamykana jest przed Indykiem o 15, gdzie normalnie dziala do 18.

(Zdjecie przyslane przez wychowawczynie Nika. Kokus i jego "naindyczeni" kumple :D)

Dodatkowy czas przeznaczylam na wstep do gotowania. Po pierwsze, upieklam planowany placek dyniowy. Wlasciwie, dyniowo - marchewkowy. Tak sie cieszylam na ten przepis, a okazal sie kompletnym niewypalem. :( Do ciasta dodaje sie przyprawe piernikowa, wobec tego w smaku nieco przypomina piernik. I na tym pozytywy sie koncza. Niestety, mimo szklanki cukru, placek wyszedl zupelnie nieslodki! Ja sama moze i bym go przelknela, ale wstyd mi bylo serwowac gosciom cos, co nawet MI nie podchodzi. Nastepnego dnia pozalilam sie tesciowej, a ta poradzila posypac placek cukrem pudrem. Nie sadze, zeby cukier puder tu akurat cos pomogl, ale poddalo mi to pomysl, zeby placek potraktowac polewa czekoladowa! I mowie Wam, tylko polewa uratowala to ciasto! Co prawda "mezczyzni" odmowili sprobowania (moze nie powinnam byla ostrzegac, ze wyszlo srednio, hmmm... :D), ale ja zjadlam dwa kawalki ze smakiem, a ciotka M. pobila sama siebie. Zjadla 3 spore kawalki i jeszcze dwa wziela do domu! Wiem przynajmniej, ze KOMUS smakowalo. :)
A Potworki wylizaly z wyrazem blogosci na buziach reszte czekolady z rondelka i na tym sie ich wklad skonczyl. ;)

(Zdjecia z polewa brak. ;) W tle teczowa dynia Bi, ktora okazala sie niestety kompletnie przegnila w srodku :/)

W srodowy wieczor upieklam tez plastry kabaczka zwanego tutaj "acorn squash" (zapewne ze wzgledu na swoj ksztalt). Sprawdzilam jak to-to zwie sie po polsku i podobno (surprise, surprise!) jest to "kabaczek zoledziowy" lub "dynia zoledziowa". :D Upieklam go, posypanego parmezanem zmieszanym z bulka tarta oraz polanego maselkiem czosnkowym. No i Prosze Panstwa okazal sie hitem! Rok temu uzylam innego kabaczka (butternut squash - dynia pizmowa) i nikt poza mna tego za bardzo nie chcial jesc. A w tym poszla niemal cala blaszka! :)

Na czwartek zostaly mi slodkie ziemniaki oraz szynka. Oraz sprzatanie, co by gosci nie wystraszyc. :D
Ciotka M. przyniosla oliwki nadziewane czosnkiem, surowke z kiszonej kapusty oraz zwyklego kurczaka w panierce. Jakis element drobiu wiec na stole sie znalazl. :D Ten kurczak zreszta sprawil, ze Potworki zjadly prawie pelen swiateczny obiad. Nie tkneli tylko zieleniny. Rzucili sie jednak na owego kurczaka oraz slodkie ziemniaki, do ktorych ostatnio zapalali miloscia. A to juz spory postep w porownaniu z poprzednimi latami, kiedy zjadali niewiele albo domagali sie tostow z dzemem zamiast swiatecznych dan. ;)

*

Korzystajac z dlugiego weekendu, zamiast relaksowac sie na lonie rodziny, zaczelismy dosc niespodziewanie projekt - lazienke. Niespodziewanie, bo ja myslalam o tym raczej latem, a nie teraz, na przededniu zimy. Kiedy przychodza zimne miesiace, zapadam w mentalny sen zimowy i nie chce mi sie kreatywnie myslec. Na moje nieszczescie, ale chyba szczescie w ogolnym rozrachunku (wiem, to skomplikowane :D), pierwotny plan musielismy mocno okroic, a czesc ktora pozostala, jakos chyba ogarne. ;)

Z ta nasza lazienka jest bowiem kilka problemow, z czego najwiekszym to to, ze jest ona tylko jedna. To sprawia zas, ze MUSI byc funkcjonalna. Poniewaz juz kolejny raz M. nie chce zlecic roboty fachowcom, mamy "lekkie" utrudnienie. Wziecie tygodnia wolnego na remont nie wchodzi w rachube, bo to w tej chwili cale wolne M. Z kolei ja nie wyobrazam sobie, zeby sie przeniesc na 3 tygodnie do hotelu (do taty tez nie) kiedy moj malzonek bedzie w swoim tempie "dlubal" w lazience.

W zwiazku z powyzszym, juz na starcie musialam przelknac to, ze zostawiamy znienawidzone przeze mnie, biale kafelki na podlodze. Nienawidze ich odkad sie tu wprowadzilismy i marzylam o dniu, kiedy wypiep**e je w cholere. No coz, nie wypiep**e, a przynajmniej nie za tym podejsciem (bo nie wykluczam wiekszego remontu w przyszlosci). ;) Po prostu, kucie podlog i kladzenie kafelkow za dlugo by trwalo, ze o brudzie w domu juz nie wspomne. Dodatkowo, po polozeniu nowych kafli, nie mozna po nich chodzic przez dobe, a potrzeby fizjologiczne nie poczekaja. ;)

Okropne, biale kafle wiec zostaja. Kolejne marzenie leglo w gruzach, kiedy okazalo sie, ze mamy niewymiarowa... wanne. :) Planowalismy bowiem wyrzucic stara, a takze plastikowa obudowe nad nia, a zamiast nich wstawic nowke niesmigana oraz polozyc na scianie kafelki. Obudowa tworzy wraz z wanna jedna calosc, wiec wywalenie tylko jej w celu polozenia kafelkow, odpada. :/ Wanne mamy niestety wbudowana pomiedzy dwie sciany i okazalo sie, ze jest ona o jakies 10 cm krotsza niz standardowe! Co smieszniejsze, na scianie widac wyraznie ryse, nad ktora sie nieraz zastanawialismy.
Teraz puzzle ukladaja sie w jedna calosc, bo dodatkowo w ukladzie domu, za wanna, od strony kranu, znajduje sie wbudowana szafa w pokoju dzieci. W tej szafie, od strony wlasnie wanny, zamiast normalnej sciany znajduje sie dykta. Teraz dopiero polaczylismy te kilka faktow w calosc i wychodzi na to, ze poprzedni wlasciciele musieli wytrzasnac skads obecna wanne, ktora okazala sie nieco za krotka. Zeby ja wiec wpasowac, przesuneli... sciane! :) Wielkie dzieki za kreatywnosc! Teraz ja nie moge sobie po ludzku zainstalowac nowej, bo musielibysmy wyburzac sciane i stawiac ja od nowa 10 cm dalej! :/

Jak widzicie, problem goni problem, a to dopiero poczatek. :D

Kolejna rzecza, ktora musi zostac, jest lustro. Nasza lazienka ma takie ogromne na cala sciane, ktore chyba bylo szczytem mody w latach 60-tych czy 70-tych. :) Nie wyobrazam sobie tluczenia tego monstrum (7 lat nieszczescia!!! :D), a w jednej calosci raczej oderwac by sie nie dalo. Poza tym nasza lazienka ma ksztalt waskiej kiszki, a lustro dodaje optycznie przestrzeni, wiec zapadla decyzja, ze zostaje.
Zostawiamy tez kibelek, bo w koncu kibel to kibel, duzo dodac tu nie mozna. Wymienimy tylko siedzisko na takie samo - opuszczajace (pomalu i cichutko), bo Potwory doprowadzaja mnie do szalu walac klapa. :)

Co wiec zmieniamy (oprocz sedesu), bo jak narazie wymienilam wszystko, czego nie ruszamy? :D

Coz...Postanowilismy wywalic stara szafke ze zlewem (i tak byl pekniety) oraz blat pod lustrem i wstawic w to miejsce nieco nowoczesniejsza, z szufladami oraz dwoma zlewami. Lustro zas chcemy oprawic w rame, co troche je zmniejszy i rowniez wprowadzi nieco w XXI wiek. Paskudne okragle zarowki nad lustrem (rowniez znak rozpoznawczy wystroju tamtych czasow) wymienimy na cos nowoczesniejszego. A na koniec, obdrapana szafke nad kiblem, z ktorej pod wplywem wilgoci (i wieku) zaczela odchodzic farba wyrzucimy, zeby optycznie lazienke powiekszyc, a na to miejsce powiesimy obrazek.

Jak narazie zmiany postepuja tak:

(Oryginalna lazienka. Stare zdjecie z czasow, kiedy szukalismy domu)

Mialam zrobic lepsza fote lazienki zanim zaczniemy prace, ale zagadalam sie z siorka na skypie, a w miedzyczasie M. zaczal demolke (no nie mogl tej pol godziny poczekac). :/ Kiedy dobieglam do lazienki, wygladala juz tak:

(Na poczatek trzeba bylo wyrwac stara szafe. Z jednej strony mamy teraz dziure w scianie, bo klej okazal sie zadziwiajaco mocny :/)

Po wyniesieniu wszystkich niepotrzebnych rzeczy, lazienka prezentowala sie tak:

(Po wyniesieniu starych mebli)

Wystajace ze sciany rurki (te ciensze) M. musial obciac i od nowa zamontowac zaworki. Nijak bowiem nie moglismy dopasowac wysokosci szafki, zeby zmiescic cala hydraulike, a przy okazji zeby szuflady sie domykaly. A i tak w jednej z szuflad M. musial wyciac dziure, zeby zrobic miejsce jakiejs upartej rurze. ;)
Proceder obcinania rurek z zaworkami przyprawil mnie niemal o zawal. Dlaczego? Bowiem kolejna porypana rzecza w tej chalupie jest to, ze przy glownym doplywie wody w piwnicy, sa osobne zawory do kuchni oraz wanny w lazience, ale nie do lazienkowego zlewu. Tutaj sa tylko te male zaworki. Oznacza to, ze mozemy osobno zamknac doplyw wody do kuchennego zlewu lub wanny, pozostawiajac jednoczesnie doplyw wody do reszty domu, natomiast przy zlewie w lazience, jesli chcielismy obciac rury i wymienic te zaworki, musielismy zakrecic wode w CALEJ chalupie! Gdyby cos poszlo nie tak, mielibysmy przechlapane, bo bez wody nie pojdzie ogrzewanie ani nie spusci sie kibelka. Bez umycia rak jakos bym przezyla. ;)
W kazdym razie poziom stresu byl taki, ze M. serce walilo jak oszalale, a ja niemal go blagalam, zeby zostawil te cholerne rurki w spokoju! ;) Gotowa bylam znalezc inna szafe, pusta w srodku i ze zwyklymi drzwiczkami, zeby tylko nie ryzykowac. Nie z M. jednak takie numery! Moj maz chyba lubi adrenaline, bo po chwilowym kreceniu sie w kolko i patrzeniu na swa przerazona malzonke, westchnal: "Dobra, tne!".
I obcial. I nic sie nie stalo. :D

(Nowa szafka wstawiona!)

Najgorsze za M. Teraz juz "tylko" wstawic szuflady, zmienic lampki, przemalowac pomieszczenie, zawiesic obraz oraz trzymadlo na srajtasme i... gotowe! Jak nadejdzie wreszcie koniec remonciku, pokaze efekty. ;)

Pytanie tylko, jak my sie pomiescimy? ;) Dotychczas wszystkie nasze kosmetyki staly na dlugim blacie, ciagnacym sie na calej dlugosci lustra. W szafce pod zlewem mialam srodki czystosci oraz zawsze kilka zapasowych rolek papieru toaletowego, chusteczek, podpasek, itp. Sporo drobiazgow trzymalam tez w tej szafeczce nad toaleta. Teraz bede miala do dyspozycji cztery szuflady i tyle. Na pewno bede musiala jeszcze dokupic jakis stoliczek lub szafeczke do kata, chocby zeby postawic tam nasze elektryczne szczoteczki do zebow (tam znajduje sie jedyny w tym pomieszczeniu kontakt). Srodki czystosci pojda pod zlew kuchenny. Najgorzej z tymi "zapasami". Nie usmiecha mi sie biegac do piwnicy za kazdym razem kiedy zabraknie papieru toaletowego. :)

*

Wypadaloby chyba tez wspomniec, ze w zeszla srode stuknelo mi 6 miesiecy w nowej pracy. POL ROKU! Jak to zlecialo!
Ogolnie nic sie nie zmienilo. Dalej klepie i sprawdzam jeden przepis za drugim. Konca nie widac... Z towarzystwem nadal uklad taki sam, czyli kilka slow na dzien. Dretwo jak cholera. Smieje sie do M., ze niedlugo zapomne jak sie mowi po angielsku, bo prawie nie mam okazji pocwiczyc. ;) Zreszta, nawet jak juz slysze angielski, to w 90% z ciezkim, chinskim akcentem. Zalamka. Cale szczescie, ze chociaz dobrze placa. ;)

*

A przed nami grudzien, ktory jak zwykle uplynie w biegu. Ale to juz zupelnie inna historia... ;)

wtorek, 21 listopada 2017

Znow pora na "gobble-gobble", ale najpierw: w tym domu sie (troche po)gada! :)

Nie moge uwierzyc, ze nadeszlo kolejne Thanksgiving... Ze sciennego kalendarza, ktory zamowilam ze zdjeciami Potworkow, ciesza sie do mnie indyk oraz pielgrzym.

(Nikowa buzia przez rok troche "dorosla", ale Bi ani troche sie nie zmienila! :D)

Mam wrazenie jakbym wczoraj zrobila to zdjecie, a to juz ROK...

Mimo marudzenia M., jednak urzadzamy Indyka. To znaczy, chyba nie powinnam uzywac tej nazwy, bo w tym roku kompletnie lamiemy tradycje. Zawsze mowilam, ze nie przepadam za indyczym miesem. M. dodatkowo marudzi, ze wszyscy goscie szybko przechwytuja najlepsze czesci - udka (a jako gospodarze nie wypada, zebysmy "zaklepali" je dla siebie :D), a dla reszty zostaje suche mieso z "kadluba". Przegladajac wiec indyki w supermarkecie, stwierdzilismy, ze eee tam, w tym roku upieczemy szynke! ;) Hehe, bedziemy wiec miec Indyka bez indyka! ;)

(Wpasowujemy sie idealnie :D)

Poza tym jednak postawie na "jesienne" potrawy. Jak zwykle upieke slodkie ziemniaki oraz "squash'a" w parmezanie (ktory smakowal rok temu chyba wylacznie mi, ale co tam... :D). No i chce upiec ciasto dyniowe. Zobaczymy czy wyjdzie. ;) Na wszelki wypadek, planuje piec je w srode. Jak nie wyjdzie, to starczy mi czasu jeszcze na babeczki. Te przynajmniej wiem, ze wychodza! ;)

Przede wszystkim jednak, ciesze sie na dlugi, 4-dniowy weekend! Ciekawe ile razy pokloce sie z mezem i wydre na Potworki? ;)

*

No, ale poki co, wrzucam Wam kilka Potworkowych tekscikow:

Wracam od fryzjera.
Nik: "Mama, wygladasz jak zombie!"

Nawet nie wiem, jak to skomentowac... :D


***

Bi (w dniu obciecia wlosow, zachwycona swoim warkoczem i nieco skruszona): "Powiedzialam Twojej fryzjerce, ze moja mama nie jest taka ut... ut... utentowana. Przepraszam."
Ja (powstrzymujac smiech): "O, nie jestem taka utalentowana? To prawda, nie potrafie zaplatac takich pieknych warkoczy..."
Nik (klepie mnie pocieszajaco): "Dla mnie jestes w sam raz utantowana!"


***

Kapie Bi. Nik siedzi z M. w salonie. W ktoryms momencie przylazi do lazienki i marudzi o (kolejnego juz tego wieczora) cukierka. Odpowiadam, ze absolutnie nie i pytam zirytowana dlaczego przychodzi do lazienki do mnie, zamiast spytac taty, skoro ma go zaraz obok.
Nik (oburzony): "Juz pytalem tate i powiedzial: nie!"

Aha. Czyli jak jeden rodzic mowi "nie", to trzeba sie na wszelki wypadek spytac drugiego, bo az noz widelec dostanie sie lepsza odpowiedz?! Cwaniak! :D

***

W tym akapicie nie bedzie gadania...
Wspominalam ostatnio, ze Bi pisze raczej, ekhem... ciezko. Znaczy, ciezko to odczytac ze zrozumieniem... ;) Mam dla Was mala probke. To nabazgrala w rogu spoznionej laurki, ktora narysowala z okazji moich urodzin.

(Poniewaz doczytanie i zrozumienie tych wypocin to wyzsza szkola jazdy, poprawka i tlumaczenie: "Mama, yesterday was your birthday but today I made this - Mama, wczoraj byly twoje urodziny, ale dzisiaj to zrobilam to". Polska jezyk - trudna jezyk, ale angielski tez do latwych nie nalezy :D)



***

A na koniec, bardziej w duchu nadchodzacego Thanksgiving:

Wraz ze zblizajacym sie "Indykiem", czytam Potworkom te kilka ksiazeczek o odpowiedniej tematyce, ktore posiadamy w domu. Wiekszosc oczywiscie, z wieksza lub mniejsza doza humoru, opisuje za co jestesmy wdzieczni. Na fali tej wdziecznosci, podczas wieczornych buziakow i ostatnich pogaduch "do poduszki", podpytalam Potworki, za co oni sa wdzieczni. Odpowiedzi?

Bi: "I am thankful for my country..."

Coz... Musieli o tym rozmawiac w szkole, bo w domu tematow patriotyzmu nie poruszamy. ;)

Nik: "I am thankful... for... for PIARDY!!!"

I rozchichotal sie na dobre. Chlopak! :D

*

Pogode mamy w kratke. Na poczatku listopada, Potworki biegaly jeszcze po poludniu w samych bluzeczkach:

(Sami sobie zgrabili taka kupe lisci do zabawy!)

Kilka dni pozniej, nawiedzilo nas takie cos:


To tylko "screenshot" z telefonu, ale snieg autentycznie padal! Niestety, roztapial sie w kontakcie z ziemia i nie udalo mi sie go uchwycic na zdjeciu, ale szczeka mi autentycznie opadla! A w poniedzialek rano, znalazlam kilkumilimetrowa warsteweczke sniegu na aucie, ktore zapomnialam (a jak!) wprowadzic pod wiate... :/

Ciekawe jaka wypadnie pogoda na Thanksgiving? Bodajze 3 lata temu mielismy snieg. W tym roku sie nie zapowiada, ale kto wie, kto wie... ;)


Hej! Choc raz nie wyszedl mi tasiemiec!!! :D

Dla wszystkich moich czytelnikow z Hameryki: Happy Thanksgiving!!!
Dla reszty swiata: milych kolejnych 2 pracujacych dni, kiedy my sie bedziemy byczyc! :*** Nie martwcie sie, odbijecie to sobie, kiedy w drugi dzien Swiat bedziecie lezec do gory brzuchami, a ja bede zasuwac do roboty! :D