wtorek, 17 października 2017

Masz zwierzaka? Na pewno sie nie nudzisz!

Maya sie doigrala.

Bylo to nieuniknione. Wiedzielismy, ze kiedys tak sie musi stac, nie wiedzielismy tylko kiedy. Zgodnie z "nie znacie dnia ani godziny", stalo sie to niespodziewanie w zeszly czwartek. Zupelnie zwykly, przecietny dzien. Piekny i sloneczny w dodatku.

Maya zwiala. I to zwiala tak fest, nie ze jak zwykle do sasiadow czy lasku za domem... O 11:30 dostalam sms'a od meza, ze psa nie ma juz ze dwie godziny. Moj madry - inaczej malzonek, zalozyl psu obroze, ale "niewidzialnego pastucha", czy jak to sie zwie, juz wlaczyc zapomnial. :/ Poniewaz jednak nasz pies od malego mial nature powsinogi, na poczatku zadne z nas sie nie przejelo. Wroci. Zawsze przeciez wracala.

Nie wrocila. Caly dzien, co jakis czas wysylalam M. sms'y, pytajac czy pies sie pojawil, czy sprawdzil jeszcze raz u sasiada, przejechal sie gwizdzac po okolicy? Nic. Nie ma i juz. Moj niefrasobliwy malzonek caly czas jednak niewzruszenie stwierdzal, ze do nocy wroci.
Kto by sie w koncu przejmowal, ze rodzinny pies zniknal??? Nie M.! On ma przeciez wazniejsza robote (w domysle: taras)!!!

Po pracy wzielam sprawy w swoje rece. Odebralam Potworki ze szkoly, przywiozlam do domu na piciu i siusiu, po czym zapakowalam ponownie do auta i objechalam nasza okolice, stajac co jakis czas, wychodzac z auta i nawolujac. Bez rezultatu.
Nie wiedzialam jeszcze wowczas, ze moje wysilki byly zupelnie bez sensu, bo Maya juz od kilku godzin byla duzo, duzo dalej...

Zrezygnowana wrocilam do domu i postanowilam zadzwonic do "animal control" (nie wiem jak to sie zwie po polsku) w naszym miescie. Taaa... Tam pracuja tylko do 15, wiec nikt nie odebral.
Szukajac jednak w internecie numerow telefonu do schronisk w naszym oraz okolicznych miastach, natknelam sie na stronke gdzie mozna wypelnic raport o zagubionym zwierzaku. Wypelnilam, myslac, ze moze ktos odczyta nastepnego dnia...

Tymczasem... niespodzianka! Okolo godziny pozniej otrzymalam telefon od... oficera naszej miasteczkowej policji z pytaniem, czy zglaszalam zaginiecie psa! Na moje potwierdzenie uslyszalam, ze "mamy ja"! :)

Nie macie pojecia jak sie ucieszylam! Prawie sie w sluchawke poplakalam z ulgi!

Sprowadzenie wlochatej uciekinierki do domu, okazalo sie jednak wcale nie takie proste. Okazuje sie, ze nasze miasteczko nie ma wlasnego schroniska. Maya znajdowala sie wiec w przytulku dwa miasteczka i jakies pol godziny jazdy dalej. Pracownica tamtego schroniska, powiadomiona przez policje, miala do mnie zadzwonic w ciagu 10 minut. Czekalam i czekalam... i czekalam. Minela ponad godzina i nic. W koncu zrezygnowana zaczelam przygotowywac Potworki do spania, wczesniej wysylajac sms'a do M., ze trudno, bedzie musial po psa jechac rano.

I wtedy w koncu zadzwonila tamta babka! Musze przyznac, ze w pierwszym odruchu odpowiedzialam cos w desen, ze "Pani, ja mam male dzieci, ktore wlasnie klade spac, a na telefon od pani to czekalam godzine temu! Teraz juz nigdzie nie jade!". Kobita na to, ze za zostawienie psa na noc skasuja mnie 50 dyszek. Juz prawie palnelam, ze pierdziele te 50 dolcow, ale ona nadal naciskala, zeby odebrac Maye tego samego wieczora (naprawde nie wiem dlaczego, bo sama tez musiala specjalnie tam jechac, zeby "wydac" mi siersciucha), wiec stwierdzilam, ze dobra, przyjade...

W ten sposob, zamiast jak Pan Bog przykazal klasc potomstwo do lozek, musialam zapakowac ich do auta i ruszyc w droge... Boszzzzz... Jak ja nienawidze jazdy po ciemku! Stwierdzam, ze w ciemnosci (nawet rozswietlonej lampami ulicznymi) jestem slepa jak kret i kompletnie gubie orientacje! Tym razem nie wiedzialam gdzie jade, wiec wbilam adres w nawigacje i jechalam w ciemno.
W ktoryms momencie Bi oznajmia "O! To droga do dentysty!". Rozgladam sie dookola i nie poznaje nic. Wlasnie odpowiadam corce, ze "Eeee, chyba nie...", kiedy dojezdzamy do takiego charakterystycznego mostu. "O, no rzeczywiscie jestesmy niedaleko dentysty" - rzeke znow corce - "Ale jedziemy w przeciwnym kierunku". W tym momencie dojezdzamy do skrzyzowania. I co?! I to droga do dentysty, jak w morde strzelil, a my jestesmy w samym centrum naszego miasteczka, ktorego to centrum, kompletnie nie rozpoznalam! :D
Wniosek? W podroze po ciemku, musze brac ze soba Bi. Sama pogubie sie dokumentnie. ;)

W kazdym razie w koncu dotarlismy na miejsce. Schronisko okazalo sie byc na uboczu, w uliczce bez nawet jednej lampy ulicznej. Po jednej stronie sciana jakiegos budynku, po drugiej las. Ciemno bylo i straszno i az zablokowalam drzwi w aucie z obawy, ze ktos nas tam napadnie... ;) Jak na zlosc babka sie jeszcze spoznila i 20 minut musialam na nia czekac, a Potworki niemal kota z nudow dostawaly! :/

Kobita jednak dojechala i psa nam wydala. Okazalo sie, ze durny siersciuch zlapany zostal juz o 10 rano, czyli moze godzine po ucieczce. A znalezli ja na skrzyzowaniu naszej ulicy z glowna droga, jakies pol km od domu. Nie mam pojecia dokad ten pies chcial dojsc! Albo stracil orientacje, albo planowal odwiedzic Potworki w szkole, tyle ze to jeszcze ze 2 km dalej. ;) W kazdym razie to cud, ze nic jej nie potracilo, bo to baaardzo ruchliwa krzyzowka, a Maya nie boi sie aut i smialo lata przy kolach.

Pies byl tak skolowany, ze przywieziony do domu, nie chcial wyskoczyc z bagaznika. Kiedy w koncu, po zachecie wyskoczyl, siegnelam do raczki, zeby go zamknac, siersciuch wskoczyl z powrotem! Ciekawe czy czyms ja tam nafaszerowali? ;)

A zarowno policjant przez telefon, jak i pani ze schroniska, podsumowali, ze "She's such a sweet girl!".
Pffff...
Polozy uszka po sobie, spojrzy tymi wielkimi brazowymi slepiami, pomacha ogonkiem i niewtajemniczony czlek roztapia sie w zachwycie...


("sweet" girl)

Ale to jest cholera, mowie Wam. Nieusluchana powsinoga, zadna wolnosci. M. mowil, ze nastepnego dnia po "uratowaniu", przez pare godzin siedziala (juz z wlaczona obroza na szyi, wiec nie mogla wyruszyc po przygode) i patrzyla tesknie w las. :D

Podejrzewam wiec, ze to pierwszy, ale nie ostatni raz. I oby kolejny nie skonczyl sie tragiczniej... :/

P.S. A w skrzynce znalazlam mandacik, opiewajacy na 60 zielonych, za niezarejstrowanie psa w miescie oraz puszczenie go wolno! :( Nosz kurna! Zarejstrowac, no rzeczywiscie nie zarejstrowalam. Ale wolno, to ona sie sama puscila, o! :/

środa, 11 października 2017

"Co slychac Panie Tygrysie? A nic, nudzi mi sie..."

Jak w tytule. Niby cos sie tam dzieje, ale to "dzieje" to takie malo ciekawe jest. ;)

Trwa lato. Zeszly tydzien byl tak goracy i wilgotny, ze w niektore dni przeklinalam M. i jego narwanie, ktore w ferworze po-letniego porzadkowania, kazalo mu wyjac z okna klimatyzacje. Od okolo 3 tygodni (z malymi 2-3-dniowymi przerwami), bylaby jak znalazl, a tak to musimy sie kisic. Gwoli scislosci, to M. pytal i sama wydalam pozwolenie na wymontowanie tego arcywaznego sprzetu, ale nie przyjmuje tego do wiadomosci. To jego wina i juz. ;)

Potworki mialy dlugi weekend. W poniedzialek byl Columbus Day, a we wtorek nauczyciele w naszym miasteczku mieli szkolenia.
Szkoda, ze ten Dzien Kolumba to takie swieto - nieswieto. Wolne maja szkoly, poczta, banki oraz urzedy stanowe i federalne. Pozostali, zwykli smiertelnicy zasuwaja normalnie do pracy. A we wtorek to wiadomo, ze pracowali wszyscy, oprocz nauczycieli... ;)

Te nauczycielskie szkolenia to jakis porypany wymysl. My mielismy je we wtorek, a np. sasiednie miasteczko, w miniony piatek. Tak czy owak, dzieciaki mialy 4 dni wolnego. W miescie kolezanki z pracy maja jeszcze inny system. Przez caly rok szkolny, z wyjatkiem dwoch miesiecy, w srody dzieci maja zajecia tylko pol dnia, a przez reszte godzin, nauczyciele sie "szkola".
I ja sie pytam, moi panstwo, czy nie daloby sie zrobic tych szkolen w weekend, zamiast dezorganizowac zycie wszystkim rodzinom w miescie???  Przynajmniej dla nauczycieli podstawowek, bo starsze dzieciaki zostana juz same w domu i po klopocie. A dla maluchow trzeba szukac opieki... 
Oczywiscie dyzurujaca swietlica dziala, ale nie dosc, ze nie w naszej szkole, to jeszcze odplatnie... :/ Co wiec zostaje? Wziecie wolnego z pracy. :/

W ciagu poprzednich dwoch lat, strasznie sie napsioczylam na ciagle branie wolnego "z okazji" zamknietej szkoly. W tym roku mam luzy, bo M. pracuje na druga zmiane, mi pozostaje wiec tylko wyjscie o godzinke szybciej, zeby zdazyl na czas. Myslicie, ze jestem zadowolona? A gdzie tam! To znaczy w teorii tak, bo wiem ze to duzo prostsze niz ciagle branie wolnego. Szczegolnie kiedy jest sie w nowej pracy zaledwie 4 miesiace. W praktyce jednak, posiedzialabym sobie w domu...
Jak zwykle wiec - nie dogodzisz. ;)

*

W sobote, po basenie Bi oraz cotygodniowym odgruzowaniu chalupy, stwierdzilam, ze patrzec juz nie moge na stan okien w domu. Nie mylam ich ze dwa lata, wiec mozecie sobie wyobrazic jak wygladaly. ;) Zanim ktos zakrzyknie ze zgroza, nadmienie tylko, ze Amerykanie myja okna niezmiernie rzadko, wiec wroslam juz po prostu w tutejsze (flejtuchowate :D) srodowisko. Nigdy nie widzialam, zeby moi sasiedzi z naprzeciwka (Polacy zreszta) czyscili okna. Ani zadni inni. :) Zreszta, musze przyznac, ze nie wiem jakiego szkla uzywa sie do tych amerykanskich okien, ale one, po 2 latach nieczyszczenia, wcale nie sa az tak brudne! :O To znaczy czesc dolna, zaslonieta siatka, rzeczywiscie byla upackana, bo nie dosc, ze pryska na nia kurz i brud z siatek, to te ostatnie utrudniaja splukiwanie syfu. Gorna czesc jednak, po ktorej swobodnie splywa deszcz, wydaje sie calkiem przyzwoita, najwyzej lekko przykurzona.

Spedzilam wiec cale popoludnie szorujac okna. W zasadzie to nawet nie skonczylam bo zrobilo sie ciemno. Mimo wszystko jednak bardzo bylam z siebie zadowolona. Dopoki nastepnego dnia nie spadl deszcz, a dwa dni pozniej lalo calutki Bozy dzien!
Normalka, ze nie padalo trzy tygodnie, a jak umylam okna, to nadszedl front z ulewami. Typowe! :/

*

W niedziele zas, kopnal mnie "zaszczyt". Zostalam mianowicie zaproszona na grilla do szefa. Jak i pozostali pracownicy, nie ze tylko ja. :) Tak tak! Ci dretwi Chinczycy jednak sie socjalizuja! ;) Juz myslalam, ze nie zostane zaproszona, bo tydzien wczesniej X. (imie mojego szefa zaczyna sie wlasnie na X ;P) pytal wszystkich po kolei czy ta niedziela im pasuje. Mnie nie zapytal, wiec uznalam, ze jako najnowszy "nabytek" firmy moge zostac pominieta. Jednak zaproszenie otrzymalam i pojechalam uznajac, ze w tak malej firmie, kiedy szef zaprasza, wypada sie chociaz pokazac. ;)
Zapytacie jak bylo?
Meh... ;) To nie imprezy z dawnej firmy, gdzie wino lalo sie strumieniami, a szef wlaczal muzyke i zapraszal kazda dziewczyne po kolei do tanca. Tutaj do picia bylo tylko piwo (a fuj!) i pomimo ze zaproszenie bylo na "grilla", zostalismy posadzeni przy stole w jadalni i tam spedzilismy caly wieczor. A ja spodziewalam sie zabawy na swiezym powietrzu! Nawet kalosze Potworkom spakowalam (bo zaproszenie bylo dla calych rodzin, a rano padalo) a tu impreza rodem z Bozego Narodzenia, gdzie czlowiek tylko je, pije i popuszcza pasa. ;) Musze jednak przyznac, ze zarcie bylo pyszne i atmosfere psul tylko jeden z Azjatow - Koreanczyk sie okazuje, opowiadajacy jakies koszmarne anegdotki o genetycznych eksperymentach, ktore mial kiedys okazje przeprowadzac w swojej ojczyznie. Na szczescie na zwierzetach, a nie ludziach, ale mimo wszystko... :/

*

Poniedzialek po pracy spedzilam w znacznie lepszym towarzystwie. Wpadla do mnie kolezanka ze swoimi blizniakami. Nie tylko, ze ja mialam kumpelke do poplotkowania, ale tez Potworki pieknie sie z kolegami bawily. :) Bylam nawet w lekkim szoku, bo chlopaki niedawno skonczyli 7 lat, wiec wiekowo sa blizej Bi. Cala trojka wlaczyla jednak do zabawy Kokusia i mieli frajde na calego. Pod koniec wizyty Bi zaczela narzekac na bol brzucha, wycofala sie nieco i Nik wrecz przejal dowodzenie, przynoszac swoje wszystkie planszowki i tlumaczac zasady gry. Co prawda Starsza wolala oburzona, ze "They are all cheating!" [= oni wszyscy oszukuja!], ale co tam. Najwazniejsze, ze nikt nie mial pretensji, a za to wszyscy po kolei zanosili sie smiechem. ;)

*

Bol brzucha, wlasnie... :/ Wyglada na to, ze oprocz przeziebienia, ktore nadal ciagnie sie niczym guma z gaci u mnie oraz Nika, wpadla nam z wizyta jakas jelitowka... W piatek rano M. przyslal mi smsa, ze Kokusia boli brzuszek az placze. Po chwili jednak przeszlo, wiec M. jednak odwiozl go do szkoly. Nie na dlugo. Juz o 11:30 dostalam telefon od szkolnej pielegniarki, ze Nik placze, ze boli go brzuch i nie tyka jedzenia... M. nie odbieral telefonu, wiec po syna zmuszona bylam jechac ja. I co zastalam w pielegniarskim gabinecie??? Usmiechniete dziecko, wesolo brykajace miedzy lezanka a biurkiem. ;) Cos jednak bylo na rzeczy, bo do konca dnia Nik nie tknal jedzenia. Nawet do picia musialam go wrecz zmuszac. Poza tym zasnal M. w dzien, czego nie robi juz od dawna i to na podlodze, wsrod puzzli.

(To se miejsce wybral... A zaraz obok ma kanape...)

Pozniej, kiedy odebralismy Bi, po 5 minutach na placu zabaw oznajmil ze jest zmeczony i chce jechac do domu. Poza tym jednak nie mial goraczki, humor w miare dopisywal, a jeden luzny, ekhem... stolec, pojawil sie dopiero w poniedzialek. W sobote apetyt mial jeszcze slaby, ale juz cos tam jadl, a w niedziele wydawal sie zdrow jak ryba.

Wobec braku porzadnych objawow, uznalam, ze moze cos mu zaszkodzilo, mimo, ze jedlismy w sumie to samo. Niestety, jak juz wspomnialam, w poniedzialek po poludniu Bi zaczela narzekac na bol brzucha, po czym ona rowniez urzadzila sobie glodowke. Pierwszego dnia nie zjadla nawet wieczornych owocow, ktore zwykle uwielbia. A wiec jednak jelitowka... :( Na szczescie bardzo lagodna, ale i tak czuje sie winna, ze w niedziele na "firmowej" imprezie Potworki mialy kontakt z szesciorgiem dzieci, a nastepnie w poniedzialek jeszcze ze znajomymi blizniakami...

*

Remont tarasu pomalu posuwa sie do przodu. Idzie to w slimaczym tempie, ale co zrobic, skoro M. uparl sie, ze da rade sam.

(Na poczatku zeszlego tygodnia straszyly nadal stare schody)

Oplacona ekipa uporala by sie z tym w kilka dni, a maz dlubie po trochu w wolnych chwilach. W tym tygodniu mial w ogole poslizg, bo poniedzialek i wtorek spedzil w domu z Potworkami, a przy nich wiadomo, ze nie da sie spedzic calego dnia przy robocie.

Nie powiem, ciesze sie, ze M. chce robic cos przy domu i dumna jestem, ze potrafi i nie zraza sie tym, ze czasem musi cos oderwac i zaczac od nowa. ;) Nie mowiac juz o uldze w portfelu, bo ekipie jednak najwiecej placi sie za robocizne. Czasem jednak chcialoby sie miec skonczone i ladne juz, teraz, natychmiast... No, ale pomalu widac swiatelko w tunelu.

(Stan z poniedzialku obecnego tygodnia. W sobote, podczas gdy ja walczylam z oknami, taras dorobil sie nowych schodow)

*

Przyszly stroje dla dzieci na Halloween'owa parade w szkole. W tym roku stwierdzilam, ze moze niech sami wybiora sobie kostiumy. Nie, nie dalam im calego katalogu do przejrzenia, bo to niechybnie skonczyloby sie oczoplasem i w koncu placzem. Dzieciaki sa bezradne w obliczu zbyt wielkiego wyboru. Ja zreszta tez. ;) Wydaje mi sie, ze sa jednak juz na tyle duzi, zeby z kilku opcji wybrac cos, co najbradziej im sie podoba. Poza tym obawialam sie, ze ja cos zamowie, a potem bedzie placz, ze im sie nie podoba. W koncu oboje, a Bi szczegolnie, maja juz swoje gusta oraz zdanie. :)
Co sie przy okazji okazalo? Moje dzieci nie maja zbyt wygorowanych wymagan. Zamiast bardziej skomplikowanych przebran ksiezniczki, pirata lub innego spidermana, wybrali... Nik prosta peleryne udajaca nietoperza, a Bi... w sumie sama nie wiem co to jest, ale dla mnie tez z grubsza przypomina przebranie nietoperka. Albo raczej nietoperki. ;)

(Dwa Gacki :D)

Oboje strojami zachwyceni, a to najwazniejsze. ;)

*

We wtorkowe popoludnie, Potworki wykazywaly daleko posuniete oznaki znudzenia. W skrocie, biegali jak szaleni, przepychali sie, klocili, naprzemian wyrzucali z pokojow, wrzeszczeli, tarmosili psa, jeczeli o slodycze i sama juz nie wiem co. ;) Najpierw wyrzucilam towarzystwo do ogrodu. Bylo 25 stopni, niech sie wyzyja! Bardzo wczesnie jednak zapada teraz zmierzch, a wraz z nim spadaja temperatury. Trzeba bylo w koncu zamknac dzieciarnie w domu. Obawiajac sie powtorki z wczesniejszych (watpliwych) rozrywek, urzadzilam im najprostsza chyba, jesienna zabawe, mianowicie robienie pieczatek z lisci napredce zebranych w ogrodzie.


Zabawa ta szybko przeszla w robienie pieczatek dloni, a nastepnie w malowanie paluchami. ;)


Patrzylam z lekka zgroza na poczynania zwlaszcza Nika. Koniec koncow, dywan udalo mi sie uratowac, podloge na szczescie szybko sie wyciera, a Potworki cale usmarowane kolorowymi maziajami, byly przeszczesliwe. ;)

*

Od dzis Potworki wrocily do szkoly. Na 3 dni, haha! W tym tygodniu jeszcze wiele sie nie zmieni, ale od poniedzialku zaczyna sie praca domowa! :O Przynajmniej dla Nika, bo jego pani przyslala oficjalne zawiadomienie. O Bi nic konkretnego jeszcze nie wiem, ale na poczatku roku byla mowa, ze praca domowa zacznie sie w pazdzierniku. Poniewaz nastepny tydzien to juz trzeci tego miesiaca (a dopiero co byl 1 pazdziernik!!!), wiec wnioskuje, ze i Bi zacznie przynosic lekcje do domu. Az sie boje. :D U Nika przynajmniej wiem z grubsza czego sie spodziewac, bo po zeszlym roku znam system jego Pani. Ale wychowawczyni Bi to wielka niewiadoma. Nie wiem ile bedzie zadawac, ani w jakiej formie. Wiem tylko, ze praca domowa bedzie od poniedzialku do czwartku. Weekend jest dla tutejszych nauczycieli czasem odpoczynku. :)

*

Od poniedzialku czeka Potworki rowniez delikatna zmiana grafiku. Przynajmniej tymczasowa. Zapisalam ich mianowicie na zajecia plastyczne, odbywajace sie po poludniu w szkole przez 8 poniedzialkow pod rzad. Oczywiscie Bi byla cala chetna, ale Nik mial swoje watpliwosci. Przekupilam go w koncu godzinnym pobytem na swietlicy w oczekiwaniu na owe zajecia. :D Potworki morduja mnie juz jakis czas o chodzenie na swietlice, to beda mieli okazje. Widzicie, swietlica jest tu odplatna, dlatego nie zapisywalismy na nia dzieci, skoro mozemy ich odwiezc i odebrac. Natomiast, jesli Potworki zapisane sa na dodatkowe zajecia (rowniez odplatne oczywiscie ;P), moga zostac po lekcjach w swietlicy za darmo. Ja natomiast chetnie skorzystam z dwoch godzin "wolnosci", bo na codzien jestem albo w pracy, albo z Potworkami. Nie mam czasu na samotny wypad na zakupy, czy zeby cos zalatwic. Teraz bede miala okazje, a Potworki beda mialy swoja wymarzona swietlice. Wilk syty i owca cala. ;)

A dlaczego Potworki tak ciagnie na ta nieszczesna swietlice? Nie uwierzycie, ale (oprocz towarzystwa kolegow), chodzi im glownie o slodycze. Szkola Potworkow ma wymagania, ze do picia dzieci moga dostawac tylko wode, a przekaski musza byc zdrowe, bez cukru. Swietlica jednak jakos pod te wymagania nie podchodzi, bo zaraz po ulokowaniu w niej dzieci, dostaja one soczek oraz albo batonik (niby granola, ale sklad powala) albo zelki (niby "fruit snacks", ale to normalne zelki!). :O Akurat slodyczy (w ramach rozsadku) Potworkom nie bronie (choc ograniczam :D), ale sokow nie dostaja so picia niemal w ogole. Zakladam wiec, ze to zaciete dopominanie sie swietlicy, to taki niemy krzyk o ten nieszczesny soczek. :D

*

I na tym skoncze, bo te "nudy" nagle przerodzily sie w kolejnego tasiemca. ;) Pozdrawiam jesiennie!

(Nie lubie jesieni, ale kolory naszego ogrodu o tej porze roku, niezmiennie wprawiaja mnie w zachwyt)

wtorek, 3 października 2017

O calkiem fajnym weekendzie

Nie bylo kempingu, nie bylo zadnej dalszej wycieczki, nie bylo nawet przejazdzki rowerowej! Mimo wszystko jednak, weekend oceniam na plus!

No dobra, kazdy weekend jest lepszy niz tygodniowy kierat! Musze o tym pamietac kiedy nadejdzie prawdziwa, szara jesien, ociekajaca deszczem i poza szybka spozywka, nie bede przez dwa dni wychodzic z domu. :D

Sobota byla troche zwariowana, bo rano Bi miala basen, a po powrocie do domu mielismy tylko godzinke, zeby sie ogarnac, przebrac, cos przekasic i czas byl jechac na przyjecie urodzinowe kolezanki Bi.

Kokusia, po pierwszej, fatalnej lekcji plywania i kompletnej panice przed kolejna, wypisalam z zajec. Poniewaz jednak M. ostatnio pracuje w niemal kazda sobote, zmuszona bylam zabrac mlodszego na basen ze soba. Mam zreszta cichutka nadzieje, ze Mlodszy popatrzy na inne dzieci, w tym siostre, pluskajace sie wesolo i w koncu jakos sie przelamie. Poki co jednak, troche bawi sie autkami na lezakach, a troche nudzi jak mops i jeczy dlaczego lekcja Bi tak dlugo trwa. Coz, cierp cialo, jak zes chcialo... :D

Od rana powtarzalam Potworkom (a w szczegolnosci Bi, bo to o jej kolezanke chodzilo), ze po basenie musimy sie spieszyc, ze nie ma czasu na glupoty i krecenie sie w kolko bez celu.
Rezultat?
Najpierw Starsza niemal ze lzami w oczach blagala zebym pozwolila jej wrocic do wody na jeszcze chwilke chlapania. Nastepnie chciala sobie chociaz posiedziec na krzeselku. W przebieralni, oboje z Nikiem musieli koniecznie sie zwazyc (stoi tam waga lekarska). Pozniej, zamiast sie przebierac, Bi siedziala patrzac zamyslona na szafki, dlubiac w nosie i musialam co 3 sekundy wzywac ja z powrotem na ziemie. A na koniec, tak strasznie, straaasznie chcialo jej sie siusiu (a zalatwila sie przed wyjsciem z domu i jeszcze raz przed plywaniem)...

To tyle bylo z tego sprawnego ogarniania sie. ;) Na szczescie po powrocie do domu poszlo juz troche szybciej i ani sie obejrzelismy, a dotarlismy na przyjecie.

Rodzice solenizantki lubia chyba imprezy w plenerze. Ja w sumie rowniez, tylko tym razem pogoda raczej srednio dopisala... Rok temu, mala Lexi miala urodziny na farmie. W tym roku... poniekad tez, chociaz to do konca nie byla farma, a park prowadzacy zajecia edukacyjne dla biednych (nie mam tu na mysli finansow, bo miesci sie w jednym z najbogatszych miast naszego Stanu :D), miastowych dzieci, ktore kozy czy kury na oczy nie widzialy. ;) Troche zwierzatek gospodarczych sie tam wiec znalazlo. Niestety, przyjecie trafilo na najgorsza pogode od kilku tygodni. Pochmurno, wialo, a temperatura nie podniosla sie powyzej 15 stopni. Dobrze, ze chociaz nie padalo, bo do samej soboty, prognozy roznie to przepowiadaly.
I pomyslec, ze tydzien wczesniej roztapialismy sie z goraca na kempingu! ;)

Mimo srednio sprzyjajacej aury, pierwsza czescia przyjecia bylo oprowadzenie malych gosci przez teren parku, skladajacy sie na staw, kilka szlakow biegnacych przez lasek, a na koncu budynki zamieszkiwane przez zwierzaki gospodarskie.

(To nie zawzieta mina i grozenie matce kijem. Nik mruzyl oczy od wiatru ;P)

Dzieciaki mogly poglaskac lame, koze (tylko te dwa egzemplarze laskawie podeszly do plota) i kroliczka oraz poczesac osiolka.

(Na zdjeciu - lama. Wszystkie zwierzaki dzieci olaly, oprocz niej. Na widok bandy urwisow stanela jak wryta, co widac na zdjeciu. I stala tak dluzsza chwile zastanawiajac sie najwyrazniej czy podejsc czy lepiej zwiac :P)

Musze przyznac, ze prowadzacy, mimo ze nie mogl miec wiecej niz 21-22 lata, mial niesamowite podejscie do dzieci i opowiadal ciekawostki z takim talentem, ze sama sluchalam z przyjemnoscia.

Na impreze rowniez zmuszona bylam zabrac Nika i tu niestety niezle dal mi sie we znaki. Problemem bylo to, ze Bi poleciala za kolezankami, a brata miala w nosie.


Mlodszy szedl ze mna w tyle za dzieciakami i narzekal glosno na swoj ciezki los. A ze mu sie chodzic nie chce! A ze on nic nie znajduje (dzieci szukaly sladow zwierzatek)! A ze on nic nie widzi! A ze on nic nie moze poglaskac! Szedl i marudzil, caly czas naburmuszony i bliski lez. Jednoczesnie jednak, przymierzal sie do kazdej atrakcji jak do jeza. Jeczal, ze nie poglaskal kozy, ale do plota, mimo mojej zachety, zblizyl sie dopiero, kiedy zwierze przeszlo juz dalej. Na widok krolika, zanim jeszcze prowadzacy podszedl z nim do reszty dzieci, Nik juz uderzyl w krzyk, ze on nie bedzie mogl go poglaskac (zeby jednak dal rade, wepchnelam go doslownie w srodek dzieciarni :D). Do czesania osiolka mogly podejsc tylko dwie osoby naraz, dzieci wymienialy sie wiec szczotkami. Kilkoro doslownie wciskalo szczotke w reke Nika, a on chowal sie za moje ramie i twierdzil ze nie chce. Zeby natychmiast podnosic lament, kiedy szczotka trafiala w inne rece. Dopiero na sam koniec, kiedy oznajmilam mu, ze to jego ostatnia szansa, bo osiol wraca na pastwisko, w koncu przelamal sie i podszedl. ;)

(Male uparte oslisko, czesze wiekszego osla :D)

Humor poprawil mu sie dopiero, kiedy wrocilismy do pawilonu na pizze oraz tort. Budynek bowiem pelen byl bardziej egzotycznej zwierzyny - klatek z papuzkami falistymi, wiekszymi papugami, wezami, jaszczurkami oraz zolwiami. W zasadzie, Mlodszy mogl spokojnie pominac jedzenie, bo interesowaly go tylko klatki oraz terraria. ;)

Podsumowujac, przyjecie sie udalo. Bi bawila sie swietnie, Nik, w drugiej polowie imprezy - rowniez. Pogoda co prawda byla jaka byla, ale nie padalo, a to najwazniejsze.

(O, jakie mi sie ladne, jesienne zdjecie udalo strzelic. Szkoda, ze ten glupi znak akurat tam musial stac... :/)

A po powrocie do domu, wypilam rozgrzewajaca kawe i... zabralam sie za odgruzowywanie chalupy. Przez reszte popoludnia nawet nosa nie wysciubilam na zewnatrz. :)
Szkoda, ze moja "ciezka" praca jest praktycznie niewidoczna... Jak przystalo na jesien, Maya gubi dwa razy tyle klakow co zwykle, wiec po jednym dniu dywany sa juz nimi rowniutko pokryte. A dzieci uznaly za stosowne, zeby umyc pedzle wymaziane czerwona farba, w swiezo wyszorowanym zlewie. W rezultacie, wygladal jakby ktos tamowal nad nim krwotok...
Niekonczacy sie cykl sprzatania, trwa nadal... ;)

Ale za to niedziela, ale za to niedziela... Chcialoby sie zaspiewac. :)

Niedziela byla cudnie sloneczna i po brutalnie zimnym poranku (5 stopni!), cieplutka - 20 kresek, a w sloncu nawet wiecej. Nie byly to juz, co prawda, upaly z poprzedniego weekendu, ale hej! Dwadziescia stopni pierwszego pazdziernika??? Lubie to! :D

Rano trzeba bylo odbebnic troche obowiazkow - msza, potem zakupy spozywcze. Nastepnie, malzonek moj wzial sie ostro za gotowanie, zeby przygotowac "baze" do obiadow na caly tydzien. M. wiekszosc swojego czasu przed praca spedza teraz bowiem naprawiajac taras i nie chce marnowac czasu na pichcenie.

(Nasz taras wyglada teraz mniej wiecej tak...)

(A patio, na ktorym jeszcze niedawno Potworki pluskaly sie w basenie - tak)


Co prawda wspanialomyslnie (choc niechetnie) zaproponowalam, ze przejme ten okrutny obowiazek, ale malz mi najwyrazniej nie ufa. Pewnie boi sie, ze przez caly tydzien bedziemy sie zywic parowkami, kupnymi pierogami i tajemniczymi "tworami" wygrzebanymi z dna zamrazarki. :D
Musze tu wspomniec, ze M. naprawde lubi gotowac. Ja nie znosze, dlatego kiedy maz staje przy garach, jako cierpliwa zona grzecznie ignoruje totalna rozpierduche w kuchni i wycofuje sie z pomieszczenia. Tym bardziej, ze M., pomimo sympatii do tego zajecia, miota sie jak w ukropie i jest choleeernie nerwowy. Wypisz wymaluj ja, ale ja nie lubie gotowac, wiec mam prawo. ;) Przy okazji okazalo sie, ze wszystkie przyprawy albo sa na wyczerpaniu, albo nie ma ich w ogole. Pretensje oczywiscie do kogo? Do mnie! A ja gotuje w tym domu, czy jak??? Skoro to nie ja zuzywam przyprawy, to skad mam wiedziec, ze ich brakuje?! :D

W kuchni poirytowany maz ("Tylko sol i pieprz sa w tym domu, co ja moge z tym zrobic?!"), a Potworki znudzone, zaczynaja skoki po kanapie i gonitwy po domu... Oj, nie za dobra kombinacja. :) Dlugo sie nie namyslajac, zgarnelam potomstwo i wyruszylam na jesienny festiwal.

Musicie wiedziec, ze jesien to ulubiona pora roku Hamerykanow, przynajmniej w tej czesci kraju. Za zasluge tego stanu rzeczy mozna uznac piekne kolory, ale ja ide o zaklad, ze tu chodzi raczej o temperatury. Pisalam juz wiele razy, ze tubylcy sa zimnolubni. Jak napoje, to tylko z lodem, jak dom, to tylko z klimatyzacja. Jak tylko temperatura na zewnatrz podnosi sie powyzej 18 stopni, klima idzie pelna para. Trzeba przyznac, ze lato jest tutaj srednio przyjemne (chociaz ja tam nie narzekam ;P), z temperaturami niemal stale oscylujacymi wokol 30 stopni i wysoka wilgotnoscia powietrza. Nic dziwnego, ze nie znoszacy goraca Hamerykanie czekaja jak na zbawienie na rzeskie, suche powietrze oraz temperatury ponizej 15 stopni. :) I nie ma sie co dziwic, ze nasz Stan (oraz wszystkie okoliczne zapewne), w polowie wrzesnia zamienia sie w jeden, wielki jesienny festiwal! :) Kazde miasto i miasteczko musi miec swoj wlasny, czasem weekendowy, a czasem trwajacy kilka tygodni (!). Dodatkowo, wiele prywatnych miejsc organizuje je na mniejsza skale.

Zabralam Potworki wlasnie na taki malutki jesienny festiwal pod wdzieczna nazwa "Hay Day", czyli "dzien siana". :D Nie czuje sie na silach zabrac dzieci samotnie na jedna z wielkich imprez, bowiem boje sie, ze ich zwyczajnie zgubie w nawiedzajacych je tlumach. Ten, na ktory trafilam, byl jednak idealny. Bylo sporo ludzi, ale ani nie trzeba sie bylo przepychac lokciami, ani nie bylo kolejek do zadnej z atrakcji. ;) Festyn zorganizowany zostal w muzeum w naszym miasteczku, w dodatku zaledwie jakies 5 minut drogi od domu. Kolejnym bonusem bylo to, ze dzieci z naszego miasteczka mialy darmowy wstep. Planowalam sie tam wybrac juz w zeszlym roku, ale w ostatniej chwili schrzanila sie pogoda. W niedziele ta ostatnia zdecydowanie dopisala, wiec nie bylo wymowek. ;)

Samo muzeum ma ciekawa historie. Przerobione zostalo z posiadlosci z poczatkow XX wieku, ktora zostala wybudowana na polecenie pewnej damy z nowojorskich wyzszych sfer. Damie owej zamarzylo sie zycie na prowincji, a ze uczeszczala w tych okolicach do starej, prywatnej szkoly dla dziewczat (ktora zreszta nadal funkcjonuje), to tutaj postanowila zapuscic korzenie. ;) Przez lata, wspaniale urzadzona wiejska posiadlosc, odwiedzana byla przez smietanke towarzyska, miedzy innymi zone prezydenta Roosevelt'a oraz Jackie Kennedy (ktora rowniez uczeszczala to w/w szkoly).

(Gdybym miala zamieszkac w takiej chalupie, pewnie tez marzylabym o "prowincji" :D To jest tylko jedna strona domu, ktory jest po prostu ogromny!)

Wlascicielka, umierajac przekazala dom oraz ziemie w testamencie Stanowi. Warunkiem bylo, zeby umeblowanie domu pozostalo w stanie nienaruszonym. I tak sie stalo. Dom zamieniono w muzeum, natomiast budynki gospodarcze oraz stajnie, zostaly przerobione na kafejke oraz pomieszczenia, gdzie odbywaja sie roznorakie spotkania oraz zajecia artystyczne dla dzieci. Jest tam rowniez (a jakze!) sklepik z pamiatkami. Na szczescie zamiast zwyklego, hamerykanckiego (czyt. chinskiego), plastikowego kiczu, sprzedawane sa w nim wyroby lokalnych rzemieslnikow (recznie robione mydelka, porcelana) oraz artystow, nie jest wiec zle. ;)

Z racji, ze Potworki sa za male aby docenic przepych starej posiadlosci, do srodka nie wchodzilam (planuje kiedys wrocic - uwielbiam muzea!).

(Ale pohustac sie w bujanych fotelach na werandzie domu, to juz chetnie)

Za to obejrzalam sobie piekny, stary faeton oraz karoce. Bi bardzo sie ona spodobala, jako ze czyms takim podrozuja prawdziwe ksiezniczki. ;)

Oprocz tego, poniewaz "Hay Day" to impreza typowo rodzinna, po calej posiadlosci porozrzucane byly atrakcje dla dzieci, m.in. malowanie buzi:


Skakanie po kupie siana:

(W koncu nazwa "hay day" zobowiazuje! :D)

Przejazdzka wozem z siankiem i to ciagnietym przez konie, a nie, jak to zwykle widywalam, traktor:


(Nie macie pojecia jak to siano pieknie, aromatycznie pachnialo!)

Oraz malowanie dyni:

(Nik wybral dynsko, ktore ledwie byl w stanie uniesc!)

Mozna tez bylo wsiasc do wozu strazackiego oraz posiedziec na traktorze.

(Calkiem niechcacy, ubralam Nika idealnie pod kolor :D)

Znalazl sie rowniez taki piekny, zabytkowy woz strazacki, z 1937 roku:

(Czy nie wspanialy???)

Co prawda Bi wyklocila sie ze mna, ze ten woz wcale nie jest stary, bo jest czysty i bez rdzy! Same widzicie, co ja tam wiem. ;) Na koniec, wykorzystalam rozlegle tereny przylegajace do posiadlosci, na miejsce wyzycia sie dla Potworkow. Mamy calkiem spory ogrod, ale takiej laki ze schodkami z ktorych mozna skakac nie posiadamy, dzieciarnia byla wiec w siodmym niebie.


Jedyne z czego nie skorzystalismy, z powodu ciagnacego sie niczym gluty z nosa (jakie trafne porownanie!) przeziebienia Potworkow, to lody sprzedawane z budki. Niestety, cholerny wirus co popusci, to wraca, wiec lodom powiedzialam stanowcze nie. I to byl koniec zabawy, bo po mojej odmowie dla Bi wszystko bylo juz glupie i brzydkie, wiec zgrzytajac zebami zabralam dzieciarnie do domu, zanim Starsza doszczetnie popsula mi humor. ;)

*

W calej tej slonecznej radosci i zabawach, wisi nad nami jedna, ciemna chmura. A raczej wielkie, czarne chmurzysko. Chodzi o moja tesciowa. I nie, nie bedzie tu zlosliwych dowcipow.

Tesciowa moja, trzy tygodnie temu trafila do szpitala z ostrym zapaleniem woreczka zolciowego. Niestety, infekcja byla na tyle zaawansowana, ze najpierw spedzila prawie tydzien pod kroplowkami z antybiotykiem, zeby ja zwalczyc. W koncu zabieg sie odbyl (podobno udany) i dwa dni pozniej tesciowa wypisali do domu. Co z tego, kiedy jak tylko przestaly dzialac lekarstwa podane w szpitalu, tesciowa dostala goraczki. Poniewaz ta nie spadala, trzy dni pozniej tesc zawiozl ja z powrotem do szpitala. Wykryto zapalenie oraz odme pluc (najwyrazniej podlapane w szpitalu), a przy okazji wyszlo na jaw, ze kamien (potezny, 2-centymetrowy) z usunietego woreczka, przyrosniety byl do watroby. Ta "mogla" zostac zadrapana podczas zabiegu, a w rezultacie zrobil sie tam krwiak.

I tak juz biedna kobieta, poraz drugi siedzi ponad tydzien w szpitalu. Caly czas ma stan podgoraczkowy, a lekarze nie maja pojecia dokladnie ani od czego, ani jak ja wyleczyc. :/

Do tego dochodzi kwestia tescia, ktory jest z tych, co nawet herbaty sami sobie nie zrobia, a co dopiero ugotuja obiad. Na dokladke chlop jest potwornie skapy, wiec nie ma mowy, zeby kupil sobie cos gotowego. Zywi sie wiec w kolko chlebem z szynka i podejrzewam, ze mizernieje w oczach...

A my martwimy sie i o jedno i o drugie, a jestesmy tak daleko, ze nie mamy nawet jak pomoc... :(

środa, 27 września 2017

Juppi, udalo sie!

Pojechac na jeszcze jeden kemping! :D

Tym razem to juz chyba, raczej, na pewno, nieodwolanie ostatni... ;) Chcialoby sie jeszcze i jeszcze, ale nie da sie ukryc, ze leci nam ostatni tydzien wrzesnia i chociaz pogoda nadal skutecznie udaje lato, to od piatku ma sie gwaltownie ochlodzic i w pazdziernik mamy wkroczyc juz bardziej jesiennie. Poza tym kolo domu jest huk roboty, ktorej M. latem, przy ciaglych wyjazdach i opiece nad Potworkami, nawet nie ruszyl. A ktora to robote przydaloby sie choc o krok (kroczek? Kroczuniek?) posunac do przodu.
Nawet sama przyczepke na zime trzeba odpowiednio przygotowac. Dobrze ustawic, bo kolami nie moze stac na golej ziemi, przeplukac wszystkie zbiorniki oraz rurki, wpompowac srodek przeciwko zamarzaniu, itd. Oprocz tego, porzadnie doczyscic (to juz zadanie dla mnie), na co w sezonie wiecznie brakowalo czasu. A na koniec przykryc plachta, a ta dobrze zamocowac, aby nie zwialy jej zimowe wichury.
Kolejny kemping musi wiec pozostac w sferze marzen (tych na lato, buuu...). Na pocieszenie zostaja rowery oraz majaczacy gdzies na dalekim (bardzo) horyzoncie, sezon narciarski.

A tymczasem Matce Naturze cos sie pomylilo i zamienila koniec sierpnia oraz koniec wrzesnia temperaturami! Juz od ponad tygodnia jest wyraznie cieplej, ale od soboty mamy upaly i to takie konkretne. Takich temperatur wraz z wilgotnoscia nie mielismy latem! A poczatek wrzesnia byl tak zimny, ze M. wyjal klime z okna. Teraz wiec zdychamy... :/ Jutro temparature przewiduja nieco nizsza, a od piatku zapowiada sie brutalne nadejscie jesieni, spoznionej o tydzien. Ma byc "zaledwie" 19 stopni. Tak, nie bijcie, wiem, ze 19 stopni to nie tak zle, ale dla mnie to bedzie szok termiczny! ;) Najgorsze sa jednak temperatury nocne, ktore znow zaczna spadac ponizej 10 kresek. A tak fajnie jest wychodzic rano do pracy w jednej, lekkiej bluzeczce... I niewazne, ze zaraz po przyjsciu do biura szybko musze zakladac bluze, bo klima wieje niemilosiernie. ;)

W kazdym razie, miniony weekend zaczelam od pakowania przyczepy.
A, przepraszam! Zaczelam od pikniku w szkole Potworkow. Tradycyjnie, szkola urzadzila "back to school picnic", ktorego glownym zadaniem jest zebranie funduszy na dzialalnosc kolka rodzicielskiego szkoly. Zabawa dla uczniow oraz ich rodzin to tylko ladna przykrywka. ;) W zeszlym roku podeszlam do niego bardziej entuzjastycznie. W tym, wybralam sie tylko dlatego, ze wczesniej zamowilam chryzanteme na frontowe schodki oraz miod z lokalnej pasieki, a te byly do odebrania wlasnie na pikniku. Pojechalam wiec tylko na chwilke, zeby odebrac zamowienie, ale wiadomo, ze Potworki nie odpuscily i chcialy sie pobawic z napotkanymi kolegami. W koncu zostalam tam okolo poltorej godziny, a wiekszosc z tego czasu spedzilam w kolejce do klauna robiacego rozne roznosci z balonow.

(W kolejce do klauna - jakies dzikie mieli miny :D)

Po odstaniu w kolejce 20 minut bowiem, Nik przebil swoj balonowy miecz w ciagu moze 10 min! :/ Oczywiscie nastapila czarna rozpacz, placz i zal. Co bylo robic, po raz kolejny stanelismy w kolejce, ktora w miedzy czasie zrobila sie dwa razy dluzsza. :/
Tym razem, kiedy Nik otrzymal kolejny miecz, czym predzej zabralam swojego kwiatka, sloiczki miodu oraz progeniture i ucieklam do domu, zanim ktores znow przebilo balonik i musialabym stanac w kolejce po nastepny. ;)

I wtedy wlasnie zaczelam pakowac przyczepke. :D
Tym razem na szczescie mialam tego pakowania niewiele. Jechalismy tylko na jedna noc i w koncu (oprocz czerwcowego wyjazdu) trafil nam sie kemping, gdzie nie straszyl zaden deszcz! Nie musialam pakowac zadnych kaloszy ani plaszczy przeciwdeszczowych. Z mysla o wieczorze, zapakowalam adidasy, bluzy i dlugie spodnie, ale okazalo sie, ze tylko Bi zalozyla legginsy. Noc byla duszna i ciepla i nikt inny nie mial ochoty ani na zakryte spodnie, ani buty. W rezultacie wrocilismy tak pogryzieni przez komary, ze w poniedzialek Bi wyladowala u pielegniarki szkolnej po masc, bo jej wychowawczyni nie mogla juz patrzec jak sie drapie. ;)

Sobota byla na wariackich papierach, bo musialam skonczyc pakowac przyczepke (jedzenia nie pakuje dzien wczesniej, bo boje sie, ze myszy sie do niego dobiora, a poza tym lodowka nie byla podlaczona), a oprocz tego Bi miala rano basen. Probowalam przekonac Nika, zeby pojechal z nami i sprobowal plywania jeszcze raz, ale urzadzil taki ryl, ze machnelam reka. Trudno, musze go wypisac i tyle. Pojechalam z sama Bi. Wrocilysmy... i juz byla pora, o ktorej planowalismy wyjechac, a jeszcze nie wszystko bylo gotowe. W koncu jak zwykle wyjezdzalismy spod domu o godzinie, o ktorej mielismy nadzieje byc juz na miejscu. ;)

Tak czy owak jednak, kemping uwazam za baaardzo udany (tylko za krotki, chlip)! :) Bylo goraco oraz slonecznie i takiej pogody nie powstydzilby sie przecietny lipiec, a mamy przeciez koniec wrzesnia! Jak tydzien wczesniej wsciekla bylam, ze M. nie chcialo sie jechac, tak teraz musze przyznac, ze wtedy bylo co prawda rownie cieplo, ale po poludniu. Do godziny 13 unosily sie zimne mgly i bylo dosc nieprzyjemnie. Normalnie San Francisco. ;) Tym razem juz od rana prazylo mocne slonce i mozna bylo zapomniec, ze wakacje juz dawno sie skonczyly. Przypominaly o tym tylko pustki na polu kempingowym.

Dziwie sie, ze przy tak pieknej pogodzie wiecej osob nie skorzystalo z ostatkow sezonu. Wiekszosc pol kempingowych w naszych okolicach, zamyka podwoje w polowie pazdziernika. W naszym Stanie, z powodu ciec budzetowych, zamkneli je juz po dlugim weekendzie na poczatku wrzesnia. :( Spodziewalam sie, ze wiecej osob zechce wykorzystac goracy poczatek jesieni, ale nie. Mielismy niemal caly "las" dla siebie, co z jednej strony bylo wspaniale (taka ciiiiszaaaa...), a z drugiej troche straszne, kiedy po jednej stronie w oddali majaczyl jakis namiot, a z drugiej zza krzakow ledwie widac bylo kawalek innej przyczepki. Poza tym ani zywego ducha. :)

(Zazwyczaj miedzy drzewami widac wszedzie zarysy przyczep, aut, namiotow...)

(A teraz niiic... Pusto...)


Normalnie ma sie naokolo pelno ludu, a tym razem towarzyszyly nam tylko wiewiorki i jakis uparty dzieciol, ktory walil w drzewa az w uszach dzwonilo. ;) Oraz osy, ktore wsciekly sie po prostu na tym polu kempingowym... Znowu czlowiek musial uwazac otwierajac drzwi przyczepy, zeby jakiejs nie wpuscic, a o zjedzeniu czegokolwiek na zewnatrz nie bylo mowy. :/

Oczywiscie, pomimo pustek na polu kempingowym, z najfajniejszych miejsc, ktore zaznaczylismy sobie na mapie podczas poprzednich wizyt, wszystkie oprocz dwoch byly zajete. ;) Na szczescie jedno udalo nam sie "chwycic". ;)

(Tu tez powinnismy widziec innych biwakowiczow gdzies za drzewami...)

Fajne, wchodzace gleboko w las od drogi dojazdowej.

 (Kokus stoi przy samym wjezdzie na nasze miejsce)

A nawet droga jest w malo uczeszczanym miejscu. Poprzednie dwa razy na tym kempingu, trafilismy w ta sama okolice, przylegajaca bezposrednio do plazy nad jeziorkiem. Z powodu bliskosci jeziora to najpopularniejsza czesc pola kempingowego. Miejscowki sa malutkie, przyczepki oraz namioty upchane sa jedne przy drugich i bez przerwy przejezdzaja samochody. Z plazy korzystaja bowiem ludzie, ktorzy przyjezdzaja z zewnatrz zeby spedzic dzien nad woda, a i biwakowicze z dalszych zakamarkow pola kempingowego przyjezdzaja na plaze autami.
Chociaz, tym razem nawet ta czesc kempingu swiecila pustkami. :)

Nasza ostatnia miejscowka bylaby jednak spokojna nawet w szczycie sezonu. Jedyna jej wada bylo polozenie ponizej drogi i wyrazne zlebienia w gruncie, swiadczace o tym, ze podczas deszczu plynie tamtedy wartki potok. Zanotowalam sobie na przyslosc, ze miejsce # 146, to wylacznie przy ladnej pogodzie. :) Tym razem nie mialo to jednak zadnego znaczenia, bo nie spadla ani kropelka deszczu. Ba! Nawet sie nie zachmurzylo. :)

Spedzilismy popoludnie jezdzac na rowerach na plac zabaw oraz urzadzajac rundki po kempingu. Bi rozgryzala tajniki gry w badmintona:


Nik wolal jezdzic rowerem po wszystkich okolicznych wertepach:

(Otaczajace nas, puste miejsca dawaly mu mnostwo pola do popisu)

Oboje za to z pasja wdrapywali sie na okoliczne glazy, im wyzsze tym lepiej.

(To na miejscowce naprzeciwko, ktora usiana byla takimi sporymi glazami narzutowymi (?). Potworki dopytywaly, czy nastepnym razem mozemy zatrzymac sie wlasnie tam :D)

Wieczorem urzadzilismy obowiazkowe ognicho. Nie ma, ze goraco. ;)


W niedziele zjechalismy nawet nad jeziorko, ale ze woda byla juz wyraznie chlodna, a Potworki podziebione, wiec, pomimo upalu, nawet nog nie zamoczylismy (mozecie sobie wyobrazic te jeki i oburzenie). ;)

(Udajcie, ze nie widzicie tych strasznych faldek :D)

Oprocz tego udalo mi sie wypic spokojnie kilka kaw na swiezym powietrzu (w przeciwienstwie do wszelkiej masci zarcia, osy kawy najwyrazniej nie lubia, bo nie byly namolne :D). Zawsze powtarzam M., ze kawa nigdzie nie smakuje tak dobrze, jak na krzeselku turystycznym w srodku lasu! I to rozpuszczalna, ktorej normalnie nie lubie! :)

(Udalo mi sie strzelic calkiem niezla fote naszemu siersciuchowi. To nie lada wyczyn, bo Maya jest zazwyczaj w ruchu i nie znosi pozowac ;P)


I w zasadzie to caly kemping. W niedziele udalo nam sie dojechac do domu nawet na tyle wczesnie, ze zdazylismy sie na spokojnie rozpakowac, wstawic pranie i pojechac po pizze, bo z braku weekendowych zakupow lodowka swiecila pustkami. ;)
A ja juz tesknie za kolejnym wypadem. A jeszcze tyle miesiecy trzeba czekac! :(

Na koniec przedstawie Wam odrobinke hamerykanckiej fauny. Oto co zablakalo sie na podworko sasiada:

(To sa indory, jakby zle bylo widac :D)

Szkoda, ze to nie Thanksgiving, bylyby jak znalazl. ;)

(Katydid)


Trudno okreslic rozmiary na zdjeciach, ale to "bydle" mialo jakies 10 cm dlugosci! Tutaj zwie sie to-to Katydid. Probowalam znalezc polski odpowiednik, ale uparcie wyskakiwalo mi "duzy konik polny" albo "amerykanski konik polny". Nadal nie wiem wiec jak to nazwac po polsku, bowiem konik polny to nie jest. Jest z nim spokrewniony, owszem, ale blizej mu do swierszczy, ze wzgledu na sposob w jaki wydaja dzwieki. A glosy wydawane przez katydid sa bardzo charakterystyczne (i glosne!). Przez kilka lat, nie wiedzac co nam tak halasuje na ogrodzie, myslelismy z M., ze to jakies dziwne zaby! :D

Oprocz tego, kilka dni temu, lazil nam po tarasie sporych rozmiarow patyczak. Zdjecia nie mam bowiem Potworki urzadzily wojne o to, kto stworzenie potrzyma. Balam sie, ze rozerwa biedaka, zajelam sie wiec ratowaniem zamiast pstykaniem fotek. ;) 

Poza tym, malzonek moj dotrzymuje slowa i wzial sie za robote kolo domu. Na pierwszy rzut poszedl taras. Wymontowal tylne schodki, oderwal porecz i co? I tragedia! Wszystko sprochniale na wior, glowna deska "nosna" zbutwiala tak, ze wyrastaja z niej grzyby (autentyczne grzyby, nie jakas tam plesn, szkoda, ze zdjecia nie mam!), a niektore gwozdzie tak zardzewialy, ze zniknely, zostaly tylko glowki. ;) M. kreci glowa i klnie na potege, ale jakos mi go nie zal, bo o tym tarasie gadam mu juz dobre dwa lata. W tym roku juz naprawde uwazalam, zeby nie stawac z samego brzegu schodow, bo balam sie, ze deska pod spodem nie wytrzyma mojego ciezaru. Obawialam sie tez, ze zima drewno potrzaska tak, ze zalamie sie nawet pod Potworkami. :/
Dobrze wiec, ze moje zrzedzenie (i wlasne postrzeganie - w koncu trudno nie zauwazyc, ze taras sie sypie) w koncu przynioslo efekty. Na poczatek wystarczy wymienic belki po dwoch stronach i taras spokonie posluzy w starej formie przez kilka lat. A potem... potem bedziemy sie znow martwic... ;) M. przebakuje cos o przebudowaniu calego tarasu, ale tu zostawiam mu juz wolna reke. W koncu to on utknie przy robocie na miesiac albo i wiecej. ;)

Na tym koncze i pozdrawiam chorobowo! :/ Syn moj podzielil sie ze mna wirusem (jaki kochany!) i mimo nadal wspanialej pogody smarcze, chrzakam, lzawia mi oczy oraz zupelnie stracilam wech i smak. Coz, facetem nie jestem, nie umre, a w kazdym razie nie na katar. ;)

środa, 20 września 2017

Tasiemcowato o zebie, rowerach, basenie, sasiadach, spotkaniach w szkole oraz zachowaniach milszych i... mniej milych :)

Tytul tasiemcowaty, bo i post dlugasny bedzie. ;) Minely niemal dwa tygodnie od ostatniego "zwyklego" posta o Potworkowej codziennosci i czas nadrobic, bo troszke sie dzialo. :)
Zastanawialam sie nawet w polowie pisania, czy nie podzielic go na pol, ale... jak pisze to pisze... ;)

*

Z wazniejszych wydarzen, 8 wrzesnia wypadl Bi drugi zab. Tym razem bylo dosc nerwowo i placzliwie, bo Starsza sama zeba "rozkiwala" i wyrwala go niemal na sile. Niestety, zrobila to na podworku i zab niechcacy wypadl jej z buzi prosto na trawe. Coz... nawet szukanie na kolanach nic nie dalo, tym bardziej, ze Starsza nie pamietala nawet dokladnie gdzie stala. Cenna zdobycz przepadla... ;)

Najwiekszym problemem byla oczywiscie Zebowa Wrozka. Nie ma zeba, nie ma kasy... ;)
Coz... pewnie niezbyt dobrze to rozegralam, ale po calym wieczorze ryku o cholerna wrozke, w koncu poradzilam dziecku, zeby zwinela malusi papierek i wsadzila pod poduszke zamiast zeba. ;) Bi, choc z watpliwosciami, ale zrobila jak poradzilam. Nie do konca jednak czula sie z tym w porzadku, bo podczas wieczornego paciorka, dodala od siebie "I przepraszam aniolku, ze zgubilam moj zabek i daje pod poduszke papierek!". Jakos jej sie wrozki z aniolkami pomylily. W sumie i jedno i drugie skrzydlate. :D

Kolejnego ranka jednak, wszelkie wyrzuty sumienia przepadly, bo wrozka jednak kaske pod poduszke wsadzila. ;)

*

Sezon kempingowy zakonczony, choc poki co tylko umownie (bo przyczepka nadal nie zabezpieczona na zime i w kazdej chwili moze wyruszyc w podroz), ale nas dupki swiezbia, wiec trzeba bylo temu jakos zaradzic.

[Nawiasem mowiac, wrocilo do nas lato. Jest pieknie, cieplo, goraco wrecz. Tak bylo i w miniony weekend. Sledzilismy z napieciem prognozy, ktore jeszcze kilka dni wczesniej zapowiadaly jakies przelotne opady na sobote. W czwartek w koncu wszystkie kanaly, strony internetowe i apki w telefonach, jednomyslnie pokazaly, ze jednak caly weekend ma byc piekny, sloneczny i goracy. Napisalam do meza, ze rezerwuje kemping (umawialismy sie, ze jak bedzie ladnie to jedziemy), a on na to, ze... jest zmeczony, nie ma humoru i zwyczajnie mu sie nie chce. :(
Coz... Takie jego prawo. Z niemalym trudem, ale przelknelam to. ;) W koncu dosc czesto, kiedy malzonek ciagnie mnie do lozkowych igraszek, mi tez zwyczajnie sie nie chce. I on akceptuje to (zazwyczaj) ze zrozumieniem. Ugryzlam sie wiec w jezyk i nie powiedzialam na glos, ze jest swinia. ;)
Tego samego wieczora, szef spytal M. czy nie przyszedlby do pracy w sobote, na co... moj maz przystal z checia! Ba! Z entuzjazmem wrecz! I jakos o zmeczeniu zapomnial!
Jestem zla. Bardzo zla! :/]

W kazdym razie, w poprzedni weekend, kiedy o kolejnym, potencjalnym kempingu jeszcze nie myslelismy, mielismy do spozytkowania niedzielne popoludnie, sloneczne i dosc cieple. Idealne na rowerowa przejazdzke. Po godzinie mocowania z hakiem i rzesiscie miotanych przeklenstw, M. zrezygnowany wrzucil rowery na pake auta i ruszylismy do pobliskiego parku. Ktory tak naprawde parkiem nie jest, a lasem otaczajacym zbiorniki wodne stanowiace rezewuar wody pitnej dla pobliskiego miasta.

(Calkiem malowniczy ten rezerwuar)

Czesc tego lasu jest publicznie dostepna od switu do zmierzchu, a dodatkowo zaopatrzona w parking oraz wyasfaltowane sciezki rowerowe. Przejechalismy jedna z tras, ktora idzie koleczkiem przez czesc rezerwuaru.


Nie jest to dluga trasa - okolo 5 i pol kilometra i zajela nam okolo 1/2 godzinki. Okazala sie byc jednak dosc wymagajaca. Przyzwyczajeni do kempingowych, niemal plaskich tras, tu trafily nam sie gorki i doliny. :) Ja i M. moglismy jeszcze poregulowac sobie przerzutki, ale Potworki nie mialy wyjscia i pod kilka bardziej stromych gorek, musialy rowery prowadzic. Wtedy i ja solidarnie zsiadalam z wlasnej "rakiety". Kiedy dotarlismy do konca, Nik marudzil, ze mu goraco, Bi jeczala ze jest zmeczona i nawet ja bolesnie odczuwalam miesnie ud oraz posladkow. Co akurat mi powinno wyjsc na dobre... Tylko M. wyrazil rozczarowanie, bo myslal, ze zrobimy przynajmniej dwa koleczka! ;)

W miniony weekend powtorzylismy przejazdzke. Tym razem mialam na nia sredna ochote, bo bylo goraco i duszno, a w dodatku dzien wczesniej dostalam okres. Pomyslalam jednak, ze potem znow czeka mnie 5 dni siedzenia na dupsku przed kompem... A ze w sobote jedynymi cwiczeniami jakie wykonalam byla jazda z odkurzaczem i mopem oraz trzy rundy do piwnicy i z powrotem z praniem, to stwierdzilam, ze troche ruchu nie zaszkodzi.

(Entuzjazm do jazdy na rowerze nie mija)

Wbrew moim obawom, nie bylo zle, mimo ze po powrocie do domu marzylam tylko o prysznicu. Tym razem jedynie Bi oprotestowala propozycje kolejnego "koleczka". Po powrocie okazalo sie jednak, ze wychodzac, M. zostawil na kuchence pyrkajaca zupe! Cale szczescie, ze jednak poprzestalismy na jednym okrazeniu i nie bylo nas tylko okolo godzinki, bo sfajczylibysmy chalupe jak nic. ;)

*

Jak juz nieraz wspominalam, mieszkamy przy bardzo ruchliwej ulicy. W dodatku, z trzech pozostalych stron, po dwoch mamy drzewa i krzaki, a tylko po jednej sasiadow. Zaleta tego miejsca jest zdecydowanie prywatnosc. Wychodze na taras i tylko z jednej strony znajdzie sie obserwujaca para oczu. Porownuje to z widokiem na wielu osiedlach, gdzie z trzech stron otoczony jest czlowiek tarasami sasiadow, nieraz bez jednego drzewka, czy chocby plotka. Ciesze sie, ze tak nie mieszkam, ale polozenie naszego domu tez ma jedna, wazna wade. Nie ma tu dzieci, z ktorymi Potworki moglyby sie bawic. Nasi jedyni, bezposredni sasiedzi to para staruszkow. Maja wnuki, ktore jednak przyjezdzaja tylko raz na jakis czas i sa sporo starsze od Bi oraz Nika. Najblizsze dziecko mieszka dwa domy dalej, ale to chlopiec na oko 10-11 letni. Dom dalej mieszka nastolatek. I to wszystkie dzieciaki po naszej stronie ulicy. Od lat ubolewalismy z M., ze mieszkamy w takim "bezdzietnym" miejscu.
Po przeciwnej stronie tez tylko kilkoro nastolatkow, z jednym, malym wyjatkiem. Mieszkamy tu juz 8 lat, wiec nie uszlo naszej uwadze, ze po drugiej stronie ulicy, dwa domy dalej, jest dwoje dzieci, mniej wiecej w wieku naszych. Oddziela nas jednak szeroka, ruchliwa ulica oraz odleglosc dwoch domow wraz z otaczajacymi je ogrodami, nasza ulica nie jest centrum wspolpracy sasiedzkiej i nie bylo jakos okazji sie poznac.
Wiosna, kiedy M., wraz z naszym bezposrednim sasiadem scinali drzewa stanowiace granice naszych posesji, tamten sasiad dolaczyl, proponujac niektore z jego pil oraz innych narzedzi. Nie wiem czy ta znajomosc trwala juz wczesniej czy rozkwitla dopiero tej wiosny, ale nagle, tamten "dalszy" sasiad, zaczal sie czesto pojawiac na podworku "naszego" sasiada. Pewnego dnia pojawil sie tam ze swoimi dziecmi, ktore dosc szybko "zablakaly" sie pod nasza brame. Okazalo sie, ze synek jest niecaly rok mlodszy od Kokusia, a coreczka zna sie z Bi ze szkoly, bo rok temu chodzily razem na swietlice. :)

Tak zaczela sie dziecieca, sasiedzka przyjazn. Rodzice nowych przyjaciol Potworkow tez wydaja sie zadowoleni, bo, podobnie jak my, zalowali ze ich dzieci nie maja towarzyszy zabaw. Przez tyle lat, przez krzaki, brame oraz plot zaslaniajace nasz ogrod, nie mieli pojecia, ze w naszym domu mieszkaja dzieci w wieku ich! :) Oni co prawda sasiaduja z dziewczynka, ktora czasem przychodzi sie pobawic, ale ta panna ma juz 13 lat i zazwyczaj wlasne sprawy.

I wszystko byloby super, gdyby nie to, ze zona tamtego sasiada czesto pracuje do pozna, a on zwyczajnie wykorzystuje sytuacje zeby podrzucic mi dzieci i wrocic sobie do dlubania kolo domu (jego chalupa oraz ogrod wygladaja niczym niekonczacy sie plac budowy). Nie przeszkadzaloby mi to, gdyby zdarzalo sie to 2-3 razy w tygodniu, lub nawet codziennie, ale na chwile. Tymczasem on przyprowadza dzieci niemal codziennie i zostawia na ponad dwie godziny! Te dwie godzinki to moze sie wydaje nieduzo w skali calego dnia, ale musze dopisac, ze mowimy tu o godzinach podwieczornych, po szkole i obecnosc tych dzieciakow zwyczajnie rozpiep*za mi popoludnie z Potworkami. Tym bardziej, ze cala czworka, jest jeszcze dosc mala. Chlopczyk nie ma jeszcze czterech lat. Nie bawi sie aktywnie z Nikiem, wiec niemal rok starszy Kokus, sila rzeczy probuje dolaczyc do zabaw dziewczynek. Znacie to powiedzenie, ze "dwoje to para, a troje to juz tlum"? To wlasnie dzieje sie u mnie w domu. Dzieciaki bawia sie ladnie okolo godziny, a potem zawsze ktores sie pokloca, obraza, zabieraja sobie zabawki, itd. Poza tym tamte maluchy sa glodne. Teraz juz sie troche osmielily i prosza o cos do jedzenia, tyle, ze ja nigdy nie mam w domu nic "amerykanskiego" do zarcia. Pierogow nie rusza, a ile moge ich karmic ciastkami. ;) No, ale co to za rodzic, zeby podrzucac komus glodne, zapewne zmeczone po calym dniu dzieciaki???

I mam dylemat, bo nie wiem w jaki sposob postawic granice, zeby nikogo nie urazic. Ciesze sie, bardzo sie ciesze, ze Potworki maja do zabawy dzieciaki w sasiedztwie (nawet jesli jakis dorosly zawsze musi jedne albo drugie przeprowadzic przez ulice), ale dla mnie to za czesto i za dlugo. Te dwa razy kiedy przyprowadzilam Potworki do nich, poszlam ich odebrac po godzinie. Jakos ich tata nie pojal aluzji. Bo musze przyznac, ze jesli mama zajedzie wczesniej do domu, zaraz po dzieci przychodzi. Tata chyba najchetniej zostawilby ich u nas na noc. ;)
Nie chce ich obrazic, bo wtedy Potworki stracilyby jedynych kolegow "z podworka". Z drugiej jednak strony, za chwile zaczna sie prace domowe, wiecej zadan do przecwiczenia ze szkoly i obce dzieciaki przesiadujace u nas godzinami sa mi nie na reke. Bede musiala ograniczyc godziny odwiedzin i oby udalo mi sie to zrobic na tyle dyplomatycznie, zeby nikogo nie urazic. ;)

*

W zeszly czwartek zaliczylam "curriculum meeting" w szkole dzieci, czyli spotkanie w sprawie programu szkolnego. Tutaj tez nie obylo sie bez irytacji. Na tym spotkaniu bylam rok temu, wiedzialam wiec czego sie spodziewac i mialam sobie odpuscic te "przyjemnosc", ale obie nauczycielki: Nika oraz Bi zaznaczyly, ze w klasach beda zapisy na listopadowe wywiadowki. To byl jedyny powod dla ktorego, rada nierada, postanowilam pojechac. Zapakowalam Potworki (moze powinnam byla odstawic ich do sasiadow :D) i popedzilam do szkoly. Pierwsze wkurzenie nastapilo juz przy zapisywaniu sie na wywiadowki. Oczywiscie godziny dostepne sa takie, ze pracujacy rodzic musi urwac sie z roboty i to solidnie. Chcialam zapisac Potworki na ten sam dzien, zeby przynajmniej wyjsc wczesniej tylko jednego dnia. W kalendarzu szkolnym zaznaczone bylo, ze wywiadowki odbeda sie we wtorek i srode. U Nika zapisalam sie wiec na srode. A w klasie Bi - zonk! Wywiadowki w jej klasie beda w poniedzialek i wtorek! Z jakiegos (zapewne osobistego) powodu, na srode pani nie przyjmowala zapisow! I ja rozumiem, naprawde, ze rozne sa sytuacje, ale do cholery czy nie mozna bylo uprzedzic, ze bedzie przyjmowac rodzicow w inne dni niz te wyznaczone przez wydzial edukacji???
No nie mozna bylo... W ten sposob bede musiala sie urwac z pracy dwa dni pod rzad. Miodzio! :/

Kolejna irytacja nastapila juz podczas ogolnoszkolnej prezentacji na sali gimnastycznej. Najpierw przemawiala dyrektorka, potem specjalistka od matematyki, pozniej jeszcze pani od mediow. I to ta ostatnia podniosla mi cisnienie. W sali panowala potworna duchota, a pora byla dosc pozna (wszystko zaczelo sie o 18). Z jednej strony mialam Bi narzekajaca, ze jest zmeczona, a z drugiej Nika, jeczacego ze mu goraco (czemu sie zupelnie nie dziwie). A pani zaczela radosnie oglaszac jak to szkola ma konto na Fejsie i wlasnie tego dnia zalozyla je rowniez na Twitterze i jaka to fajna aplikacja i ona zacheca rodzicow zeby rowniez zalozyli konto i dodali szkole do "obserwowanych". Po czym... zaczela krok po kroku pokazywac jak wykupic i uruchomic apke, jak zalozyc konto, jak w koncu znalezc szkole, itd. Internet na terenie szkoly jest baaardzo wolny, wiec to wszystko trwalo dobre 10 minut! Pomijam fakt, ze mamy XXI wiek, wiekszosc rodzicow jest gdzies w moim wieku, na pewno o Twitterze slyszeli i jesli chca miec konto to sami je zaloza! Ja nie zalozylam i nie zamierzam. Kiedy wiec ogloszono kolejna osobe z przemowieniem, zebralam marudzace Potworki i po prostu sie z tamtad zabralam. ;) A instrukcja jak dodac szkole do "przyjaciol" na Twitterze, dzien pozniej pojawila sie na stronie internetowej owej szkoly! To nie mozna tak bylo od razu?!

*

Od soboty Potworki wrocily na basen. Niestety, pierwsze zajecia okazaly sie czesciowa klapa i nie wiem czy oboje wroca na nastepne. :/

O Bi jestem spokojna. Ona naprawde lubi plywac, lubi zajecia i bawila sie swietnie.

(Ta blond glowa w rozowych goglach, mniej wiecej na srodku zdjecia, to Bi :D)

Natomiast Nik... po 10 minutach zajec, instruktorka zawolala mnie, bo Mlodszy wpadl w niekontrolowana histerie. On chce juz wyjsc z wody, nie chce juz plywac, nie bedzie juz chodzil na plywanie (a ja wlasnie zaplacilam za cala sesje! :/)! Najgorzej, ze nie wiem co mu sie nagle stalo. Oficjalna wersja jest, ze tesknil za mama, co wydaje mi sie tylko wymowka, bo siedzialam zaraz po drugiej stronie basenu. Nik chodzil juz na basen wiosna i uwielbial to! Na sobotnie zajecia biegl w podskokach! Rozmawialam z instruktorka, ale i ona nie potrafila powiedziec, co moglo sie stac. A w grupie Kokusia byl tylko on, wiec skupiona byla wylacznie na nim (to tez moze byc problem, Nik lubi towarzystwo). Wydaje mi sie, ze Mlodszy musial czegos sie wystraszyc, moze buzia mu wpadla pod wode, czy cos takiego, ale nie widzialam tego, wiec tylko zgaduje.
Najgorzej, ze Mlodszy caly czas konsekwentnie powtarza, ze nie chce juz chodzic na basen. I gdyby sie skubaniec uparl, ze nie chce plywac przed sobota, nie zapisywalabym go wcale. Tymczasem zapisalam, zaplacilam, a on po 10 minutach pierwszych zajec stwierdza, ze jednak nie chce??? No ludzie! Chce go jakos przekonac, zeby chociaz sprobowal jeszcze raz (jak drugie zajecia skoncza sie jak pierwsze, to odpuszcze, bo to ma byc frajda a nie trauma), ale nie wiem jakich argumentow czy tez przekupstwa uzyc... :/

Co do Bi, to zaczynam watpic, ze bedzie chciala kontynuowac plywanie. Nie to, ze nie lubi, bo lubi i to bardzo. Moje starsze dziecko zaczyna jednak miec wlasne pomysly na zycie, a w kazdym razie, poki co, na zajecia dodatkowe. ;) Wytlumaczylam juz jej, ze moze uczeszczac tylko na jedne naraz (no sorki, nie mam ochoty spedzac popoludni wozac dzieciaki z jednych zajec na drugie...), wiec Bi ma juz plan, ze narazie chce chodzic na plywanie, potem chce sprobowac gimnastyki artystycznej, a nastepnie pilki noznej. I jak tu ja przekonac, zeby najpierw zaliczyla wszystkie poziomy zajec na basenie i nauczyla sie porzadnie plywac??? ;)

*

Jak juz narzekam na Kokusia, to ponarzekam dalej! Wiecie juz (bo wciaz o tym pisze), ze Mlodszy to maruda. Od niedawna widze jednak, ze Nikowi wyrabia sie charakterek i to z tych paskudniejszych. Jak kiedys twierdzilam, ze to dziecko nie ma w sobie ani grama agresji, tak ostatnio zaczal mnie w zlosci bic i kopac. I to nawet wtedy, kiedy nie jestem sprawca jego frustracji. Na przyklad, nie ma jego ulubionych ciasteczek, wiec na deser musi sobie wybrac co innego. Informuje go, ze niestety zjadl ostatnie ciastko dnia poprzedniego, wiec wiecej nie ma, a on podchodzi i z zawzieta mina kopie mnie w lydke! Szczerze, to mam ochote mu wtedy oddac, ale zdaje sobie sprawe, ze nie tedy droga... Jesli nie mnie, to walnie czym popadnie, lub kopnie Maye. To takie typowe "wyzycie sie". Tyle, ze mija juz kilka miesiecy odkad walczymy z tym zachowaniem, ale nie widac, zeby cokolwiek docieralo do malego nerwusa...
Oprocz tego, stal sie krnabrny i pyskaty. Ulubiona odpowiedz, kiedy mowie, ze powinien cos zrobic? "Nie muszem jak nie chcem!". A jesli tlumacze, ze jakies zachowanie jest niedopuszczalne? "Mogem, jak chcem!". :/ To oczywiscie podsluchal od Bi, tyle ze stosuje znacznie czesciej niz siostra...

Poki Nik podobne zachowania objawial wylacznie w domu, jakos czlowiek wzruszal ramionami, ze "kiedys wyrosnie" (miejmy nadzieje). W piatek dostalam jednak niezbyt przyjemny raport od jego nauczycielki, a to juz zmienia postac rzeczy.
Wiecie, jakos nie przyszlo mi do glowy, ze Nik moze sie zle zachowywac w szkole. W przedszkolu Pani zawsze go chwalila, ze jest grzeczny, uczynny i poslusznie wykonuje nawet te zadania, ktorych niezbyt lubi. Cos sie najwyrazniej zmienilo podczas wakacji, bo pierwszy raport z zachowania oraz postepow w zerowce jest znacznie mniej pochwalny.

Po pierwsze, Kokus gada. Tutaj akurat az parsknelam pod nosem, bo troche obawialam sie gadulstwa Mlodszego, choc myslalam, ze objawi sie ono nieco pozniej w roku szkolnym. Wlasciwie, wyobrazalam sobie, ze na poczatku zerowki Nik bedzie troche niesmialy i zagubiony. A tu taka niespodzianka... ;) W kazdym razie, podobno juz kilka razy musial zostac przesadzony, bo nadmiernym gadulstwem rozpraszal inne dzieci. Super... ;)

Po drugie, nie slucha polecen za pierwszym razem. Tutaj musze jeszcze z Pania wyjasnic, co miala dokladnie na mysli. W domu bowiem, Nikowi zdarza sie zlosliwie udawac, ze nie slyszy, kiedy go o cos prosze, choc czesciej otwarcie tupie noga, ze czegos nie zrobi. ;) Poza tym dosc czesto po prostu sie rozprasza i chociaz udaje sie w kierunku przeze mnie wskazanym, to jednak w polowie drogi cos uslyszy lub zauwazy i lapie sie za zupelnie inna czynnosc. :) Musze dowiedziec sie czegos wiecej o sytuacjach, w ktorych Nik nie sluchal polecen Pani. Czy ja otwarcie ignorowal? Czy jej nie zrozumial (co w halasie, ktory napewno panuje w klasie, wcale nie byloby dziwne)? Czy byl tak zajety czyms fascynujacym, ze zupelnie nie zwrocil uwagi, ze ktos cos do niego mowi? To tez zdarza sie czesto w domu.

Po trzecie, bardzo powoli wykonuje samodzielne prace i wolno pisze swoje imie. Tu zupelnie nie wiem co jest grane, bo Nik swoje imie potrafi pisac juz od niemal roku. Sprawdzilam w domu i idzie mu to bardzo sprawnie i to nie jego wina, ze jest ono takie dlugie. Gdybysmy dali mu na imie "Tom", zapewne pisalby je o wiele szybciej... ;) . Pewnie, ze Nik nie ma takiego zaciecia do pisania jak Bi, ale jak musi, to pisze. Wnioskuje z tego, ze w szkole Nikowi sie po prostu nie chce. Ech... :/

*

Ponarzekalam na moja progeniture (albo jej polowe), ponarzekalam, to teraz bede chwalic. :)

Moi drodzy, w moim domu dzieje sie MAGIA! :)

Wielokrotnie pisalam, ze Potworki, mimo zblizonego wieku, dogaduja sie srednio. Niestety, mamy ten problemik (jak to lubi okreslac Kokus), ze Mlodszy chce zeby traktowano go na rowni z Bi, natomiast ona z calych sil walczy o wyimaginowane przywileje przyslugujacym starszym i madrzejszym. ;) W rezultacie toczy sie u nas ciagla rywalizacja. O uwage rodzicow, o to kto pierwszy zje, umyje zeby, nalozy pizame, dobiegnie do pokoju, zamknie Maye, wypusci Maye, wysiadzie z samochodu... No, macie mniej wiecej obraz...
W dzien nadal jest to samo. Bi traktuje Nika jak zlo konieczne. Poki Mlodszy bawi sie wedlug jej widzimisie, jest spokoj. Kiedy jednak Kokus zaczyna miec wlasne pomysly, rozpoczyna sie walka. Ech...

Za to wieczorem... Wieczorem cos sie zmienilo. Do niedawna, po polozeniu Potworkow spac, w pokoju panowala cisza. No chyba, ze ktores postanowilo poswiecic latarka, drugie rozdarlo sie, ze pierwsze swieci mu po oczach, drugie wrzasnelo rownie glosno, ze wcale nie i kolejna wojenka gotowa... ;)
Od jakiegos czasu jednak, kiedy gasnie swiatlo w ich pokoju, slychac glosy. Szepty, chichoty, spiewanie. A ja usmiecham sie do siebie.
Widze dwie dziewczynki, jedna sporo starsza. Mialy one szczescie, ze ich mama wczesnie chodzila spac i w dodatku sypiala z zatyczkami w uszach. Kiedy tylko gaslo swiatlo, albo jedna, albo druga dziewczynka przemykala do lozka siostry. Tam, przytulone, gadaly, opowiadaly sobie o swoim dniu, troskach, zabawnych sytuacjach, wymyslaly gry w zgadywanie piosenek po wystukanym rytmie i rozne inne pierdolki. :)

Nie wtracam sie w wieczorne sprawy Potworkow, chyba ze w pokoju robi sie za glosno lub godzina za pozna. Niech gadaja, niech zartuja, niech sie smieja.
Tak rodzi sie magia. Magia budowania wiezi. :)

*

Prezentuje Wam kolejny dowod, ze probujac sprawic dzieciom frajde, rujnuje sie domostwo. ;)

Poczatek wrzesnia byl tak zimny, ze woda w naszym basenie spadla do poziomu, ktory nawet Potworki odstreczal od kapieli. Pozniej upaly wrocily, ale ze slonce jest teraz duzo nizej i basen byl praktycznie caly czas w cieniu, wiec sila rzeczy woda juz sie nie nagrzewala. Stwierdzilismy wiec, ze nie ma co go trzymac skoro i tak nikt nie korzysta i ktoregos dnia M. oproznil go i zabral do wyschniecia.
Niestety, jak mozecie sie przekonac nizej, mimo, ze cale patio przykryte bylo folia, basen zostawil na nim wyrazny slad. Ta czesc, ktora przykryta byla plachta, porosla jakimis cholernymi glonami. Ciekawe, czy kiedy to wyschnie, samo zejdzie, czy trzeba bedzie uzyc srodkow chemicznych, hmm...

(Paskudztwo :/)

*

A na koniec sytuacja z dzisiejszego poranka. Moj syn moze jest nieposluszna gadula, ale nadal rozsmiesza mnie do lez. :)
Nie wiem jak jest o tej porze roku w Polsce, ale u nas, przed 7 rano i w pochmurny dzien, na dworze jest nadal szaro, a w domu sila rzeczy, niemal zupelnie ciemno. Co nie przeszkadza Potworkowi Mlodszemu budzic sie o nieludzkiej porze (czyli okolo 6:30 rano). Wparowuje wiec taki maly stwor do rzesiscie oswietlonej lazienki, w ktorej szykuje sie do pracy, po czym, szybciutko sie wycofuje kompletnie oslepiony, marszczac sie i zaslaniajac oczy. ;)
Myslalam, ze poszedl ogladac bajki, albo z powrotem do lozka (gdybym mogla, zdecydowanie wybralabym druga opcje!), tymczasem po minucie wrocil... tym razem w okularach przeciwslonecznych na oczach! :D

*

Dobra, koncze. Nie wiem kto to przeczyta w calosci... ;)

poniedziałek, 18 września 2017

Z serii: w tym domu sie gada!

Heh... Kliknelam niechcacy "opublikuj" zamiast "zapisz" i w ten sposob na blogu pojawil sie post - duch. Ale w koncu go dokonczylam i publikuje naprawde. :)

Bylo na smutno, to teraz przydaloby sie cos weselszego. W koncu moje zycie absolutnie nie jest smutne ani puste. Mam w domu dwie pary malych stopek, od rana przebiegajacych chalupe wzdluz, wszerz i po przekatnej. Smuce sie z powodu tego dziecka, ktorego nigdy nie bedzie, ale Bi oraz Nik skutecznie wywoluja usmiech. Apopleksje, frustracje oraz siwe wlosy tez, ale to temat na inne posty. ;)

*

Chyba powinnam zaczac nowy cykl, pt. "Gadki dzieci dwujezycznych".
Serio, czasem musze wygladac strasznie glupio, kiedy stoje z rozdziawiona buzia, mrugajac oczami, bo moja mozgownica nie daje rady tak szybko przeskoczyc z jednego jezyka na drugi. ;)

W naszym domu mozna mianowicie uslyszec, ze:

"Zawsze mam kredki inside my backpack" - Nik

albo:

"Cookies make you bekac!" - Bi

Tak, madrosci zyciowe szesciolatki tez sie znajda... ;)


A jak dziecko dwujezyczne jeszcze przekreci wyraz, to rodzicu szykuj sie na lamiglowke. Chwilke mi zajelo, zeby rozszyfrowac, ze:

indorable = adorable - ten "kwiatek" jest autorstwa Kokusia :)
[A "without" to nadal "about" i nie moge go oduczyc :D]

Zeby nie bylo, Bi tez namietnie przekreca wyrazy, tyle ze czesciej polskie. I tak, w slowniku Starszej, wzielam to "wezmelam".

Wiadomo przeciez, ze skoro czas przyszly brzmi "wezme", to przeszly powinien brzmiec "wezmelam", prawda? Logika to nie jest mocna strona jezyka polskiego. ;)


***

To teraz juz glownie humor slowno - sytuacyjny i (z malym wyjatkiem) wylacznie po polskiemu. :)

Nie pamietam juz nawet o co chodzilo, ale zapamietalam, ze Nik wypalil do M. wyniosle:
"No jak chcesz tato, ale mi to nie wyglada za dobrze..."


***

Bi przyglada sie psiej toalecie i nie omieszka skomentowac:

Bi: "Ona lize dupe swoim jezykiem!"
M. (natychmiast corke karci): "Bi, nie uzywaj takiego slownictwa!"
Bi (broni sie): "Jezyk to nie jest brzydkie slowo! [Taa... bo tacie napewno o jezyk chodzilo...] Tylko pupa!" [I jakos natychmiast "d" zmienilo sie na "p"...]
(pochyla sie do brata i chichoczac dodaje szeptem): "i sisia..."


***

Wzdycham: "Nik, zobacz jak nakruszyles!"
Nik (zupelnie niezrazony): "Bo ja jestem kruszacz!"


***

Kokus dostaje bure, ze znow nasikal w lozko. Nie tylko, ze nie okazuje skruchy, ale jeszcze ma pretensje do rodzicow:
"To wlozcie mi pieluche!"

Niemal pieciolatkowi! Niedoczekanie! :O


***

Nik: "Mamy taki maly problemik. We messed the play doh everywhere. Now we have to clean it up."
Matka: "Nom, przydaloby sie."
Nik (wzdycha ciezko): "Ale to jest takie meczace dla dzieci..."


***

Nik usiluje wlezc pod moja koldre. Bezskutecznie probuje przesunac moja noge, po czym wali matce "komplementem":
"Idz ty wielka grubasko"


***

Bi (patrzac na mnie z namyslem): "Fajnie jest byc mama?"

Odpowiedzialam, ze fajnie, oczywiscie. Nie wiem tylko czy to bylo zwykle pytanie, czy przytyk, ze moja postawa i zachowanie zolzy poddaja to w watpliwosc... :D


*

I to by bylo na tyle na poprawe humoru. Dluzszy, konkretniejszy post "sie pisze", ale dokonczenie go zajmie mi pewnie jeszcze dzien - dwa. :)

poniedziałek, 11 września 2017

Pamietam...

Nie zawsze...

Czasem w codziennym zabieganiu zapominam, nawet na kilka dni...

Predzej czy pozniej jednak, przypominam sobie... Odliczam...

Moje dziecko konczyloby roczek... Pewnie, tak jak jego rodzenstwo w tym wieku, chodziloby juz stabilnie, podejmujac pierwsze proby biegania... Pewnie nie mowiloby nic, poza jednym slowem na kazda okazje... Szczerzylo sie radosnie pokazujac pierwsze zabki... Pewnie mialoby blond kedziory i niebieskie oczy...

Pamietam... I nie wiem czy ten zal kiedys zmieni sie w akceptacje...

:(

PS. Moja szwagierka oglosila tydzien temu, ze spodziewa sie czwartego (!) dziecka. Usmiech, gratulacje, ale kiedy zgasl Skype, polaly sie lzy...

środa, 6 września 2017

Ostatni kemping w tym roku - czy moge sobie poplakac? :)

Teraz to juz naprawde czuje, ze rok szkolny sie zaczal i jesien przychodzi na dobre (raczej zle - deszcze, plucha, ziab - a fuj!). Wcale nie dlatego, ze w Polsce dzieciarnia wrocila do szkol oraz przedszkoli, tylko dlatego, ze ostatni letni dlugi weekend (a wraz z nim ostatni kemping) poszedl w zapomnienie. :( Poprzedni tydzien, mimo ze Potworki zaczely juz oficjalne zajecia w placowce edukacyjnej, wydawal sie takim dziwnym przerywnikiem pomiedzy wakacjami, a swiatecznym weekendem. Zreszta, podobno w czasach kiedy nasze pokolenie uczeszczalo do szkol, rok szkolny zaczynal sie w moich okolicach po Labor Day (tutejsze "swieto pracy")! Od jakiegos czasu jednak, poczatek szkoly przyspieszono, ale ze kazde miasteczko rzadzi sie swoimi prawami, wychodzi to zarzadom mniej lub bardziej bez sensu. ;)
No bo tak. Potworki zaczely w poniedzialek, 28-ego sierpnia. Chodzily do szkoly caly tydzien, wiec na upartego bylo to dosc logiczne. Z tego co jednak slysze, spora wiekszosc okolicznych miasteczek zaczynala w srode 30-ego, a corka kolezanki z mojej nowej pracy - nawet w czwartek, 31-ego! :O Czyli te biedne dzieci zmuszone byly zakonczyc wakacje po to, zeby isc do szkoly na dwa dni, po czym mialy 3-dniowy weekend! Gdzie tu sens, gdzie logika? Tym bardziej, ze hamerykancki system opieki nad dziecmi tez jest porypany i wiekszosc polkolonii oferowanych przez szkoly, zakonczyla sie w polowie sierpnia. Sporo rodzicow ratuje sie "obozami" oferowanymi na czas wakacji przez tutejsze zlobko-przedszkola (day cares). Nawet te jednak, konczyly opieke nad "szkolniakami" w tygodniu, kiedy wszystkie miasteczka w Stanie otwieraly placowki edukacyjne. To z kolei oznacza, ze czesc rodzicow zostala na 2-3 dni bez opieki nad dziecmi i zmuszona byla wziac wolne z wlasnych dni urlopowych...

Ale, zostawmy juz zalamujace szczegoly hamerykanckiego systemu szkolnego... ;) W tym roku, z racji tego, ze Potworki zostaly latem w domu z tata, zwisalo mi w sumie i powiewalo, kiedy zaczyna sie szkola. ;) Oprocz tego, ze 28 sierpien wydawal mi sie strasznie wczesnie i psychicznie zupelnie nie bylam na niego gotowa. ;)

Po pierwszym, oficjalnym tygodniu roku szkolnego moge stwierdzic, ze Bi, po rozklejeniu na poczatku roku, ladnie sie przystosowala do nowej Pani oraz klasy. Okazalo sie tez, ze jest z nia w klasie jeszcze jedna dziewczynka z zerowki. Co prawda Bi nigdy sie z nia specjalnie nie przyjaznila, ale zawsze to znajoma twarz i kolezanka wyraznie zyskala u Bi dodatkowe punkty. ;)

Kryzysik dopadl za to Kokusia... Ten dzielny skrzat, ktory pierwszego dnia pomaszerowal za pania z usmiechem, nagle, dnia czwartego, rozplakal sie rano domagajac sie, zeby tata odprowadzil go pod sama klase (co tutaj jest dopuszczalne na poczatku roku szkolnego, na szczescie). To samo bylo dnia piatego. Potem nastapil dlugi weekend i przyznaje, ze mialam obawy co bedzie po powrocie w szkolne mury. Na szczescie, we wtorek Nik pomaszerowal bez lez. Najpierw za raczke z siostra, a kiedy ona musiala skrecic w boczny korytarz do wlasnej klasy, Kokus poszedl juz sam. Mam nadzieje, ze tym razem odwaga juz mu zostanie na dobre. ;)

A tak przy okazji. Natchnelo mnie po przeczytaniu posta Iwosi, w ktorym zdradzila klase swojego synka. ;) Tak juz wsiaklam w tutejszy system (chociaz nadal czasem mnie zadziwia), ze zupelnie zapomnialam o polskich przydzialach klasowych - 1a, 2b, 3c, itd. ;) Ja np. cala podstawowke przechodzilam do klasy 1h - 8h. Wyz demograficzny sprawil, ze moj rocznik w naszej szkole (ogromnej swoja droga) porozdzielany zostal do klas od a do i! To jest 9 klas i w kazdej bylo okolo 30 dzieci! :O
Ale Polska to Polska, a Hameryka rzadzi sie innymi prawami. Tutaj klasy sa rozpoznawane po nazwisku nauczycielki. Zeby daleko nie szukac, Kokus jest w "Mrs. G.'s class", a Bi w "Mrs. Z.'s class". I tak, kontaktujac sie ze szkola, musze sie przedstawic, ze np. "dzwonie w sprawie Nika L., ktory jest w zerowkowej klasie pani G.". :) W szkole Potworkow ucza sie dzieci od zerowki po IV klase, a jest w niej okolo 500 uczniow, co daje srednio 25 nauczycielek (pana nie uswiadczylam). Na dodatek, Panie robia specjalizacje z danego poziomu i najczesciej maja ich kilka, np. nauczycielka Kokusia ma uprawnienia zeby uczyc zerowke, I, III oraz V klase. Nie jestem pewna czy nauczycielki maja jakis wplyw na to, ktora klase dostana, czy szkola dopasowuje ich specjalizacje do wlasnych potrzeb (podejrzewam, ze raczej to drugie), ale wspolczuje calej kadrze corocznego zapamietywania kto uczy ktory rocznik. :) Chociaz... moze te zmiany nie sa az tak czeste? W tym roku np. zerowki uczone sa przez te same panie co rok temu... Reszty kadry narazie nie rozpoznaje. :)

No i prosze. Mialo byc o kempingu, a wyszlo o szkole. Juz sie poprawiam. :)

Nie do wiary, ze udalo nam sie zaliczyc wszystkie 7 wypadow! Kiedy robilam rezerwacje, liczylam sie z tym, ze niektore moga nie dojsc do skutku. Ze albo ktos sie pochoruje, albo pogoda kompletnie sie rypnie, albo zdarzy sie cos innego, zupelnie nieprzewidzianego... Rzeczywiscie, musielismy zrezygnowac z kilku kempingow, ale po prostu zmienilismy miejsce, natomiast termin zostal ten sam. Pare razy wypady staly pod znakiem zapytania, np. kiedy okazalo sie, ze brakuje nam kogos do opieki nad psem, albo wtedy, kiedy sprzedalismy stara przyczepe i tylko kompletnym fartem udalo nam sie kupic nowa w ciagu kilku dni... Kosztowaly nas te sytuacje troche stresu, ale sie udalo! :)
Ostatni kemping byl chyba najmniej pewny ze wszystkich, z powodu przeziebienia Potworkow oraz nie do konca korzystnych prognoz pogody... Koniec koncow wiezlismy na wypad nadal lekko zasmarkane dzieci, a czy im to zaszkodzilo okaze sie za kilka dni. ;)

Jesli o pogode chodzi, to niestety tym razem tez postanowila splatac nam figla. Uwierzycie, ze na siedem wypadow, tylko jeden, jedyny raz jechalismy wiedzac, ze bedzie po prostu goraco i slonecznie? Tylko raz! I to nawet nie oficjalnie "latem", bo w pierwszej polowie czerwca, przed kalendarzowym koncem wiosny! We wszystkich pozostalych przypadkach, zawsze lapaly nas jakies opady, a pakowanie odziezy przyprawialo mnie o zgrzytanie zebow, bo na kazdy wypad potrzebowalam i klapkow i sandalow i adidasow i kaloszy. Oprocz tego, t-shirty i spodenki, dlugie spodnie i bluzy z dlugim rekawem, plaszcze przeciwdeszczowe, kurtki z kapturem, a oprocz tego reczniki plazowe, stroje i kapoki do plywania. ;) M. obserwujac moje pakowanie, pytal nieraz sarkastycznie czy jedziemy na 3 dni czy 3 tygodnie, a ja wychodzilam z zalozenia, ze przezorny zawsze ubezpieczony. ;) Niestety, takie mielismy w tym roku lato - kaprysne. :/

Musze jednak przyznac, ze i tak mielismy sporo szczescia, bo zazwyczaj deszcz padal albo w dzien wyjazdu, albo w ostatni dzien kempingu. W razie pierwszej opcji po prostu wolniej sie szykowalismy, zeby dojechac na miejsce poznym popoludniem, po deszczu (udalo sie tylko raz :D), a w razie drugiej, po prostu zbieralismy sie do wyjazdu wczesniej, tracac co prawda cenny czas wypoczynku, ale nie taplajac sie w blocie.

Szczescie jednak nie moglo nam dopisywac do konca i ostatni kemping okazal sie tym, ktorego sie najbardziej obawialam. Mianowicie, deszcz padal dnia drugiego, czyli ni w gruche, ni w pietruche. Ani przyjechac pozniej, ani wyjechac wczesniej. Coz bylo robic, trzeba bylo przeczekac. Co rowniez okazalo sie dobrym cwiczeniem cierpliwosci, bowiem padac zaczelo juz w nocy, a przestalo o 18 dnia nastepnego. Caaaalyyy, dluuugi dzien z ulewami, mzawka, mgla i wilgocia... :/

Oczywiscie takie siedzenie w przyczepce, nawet sporej, szybko odbilo sie na zachowaniu Potworkow, co zaowocowalo oddelegowaniem ich za kare na lozka. To z kolei wywolalo efekt zupelnie niespodziewany, mianowicie Nik, ktory obrazony zaciagnal swoje kotary, przytulnie umoszczony, zwyczajnie zasnal. ;) I przespal ponad dwie godziny tego deszczowego poranka! Atmosfera zrobila sie natychmiast znacznie lzejsza, bo Bi pozostawiona sama sobie bawila sie zupelnie spokojnie. A kiedy Nik w koncu wstal, wyciagnelam ciezka artylerie, czyli "zabawiacze". Nie wspomnialam bowiem, ze oprocz ubran na kazda pogode oraz trzy rozne pory roku, na wszystkie kempingi bralam wielka torbe kolorowanek, wycinanek, blokow, klejow oraz ksiazeczek do poczytania. I przez cale lato zastanawialam sie, po cholere ja to w sumie taszcze, bo nawet przy brzydszej pogodzie, Potworki wolaly wlozyc kalosze, plaszcze przeciwdeszczowe i jezdzic na rowerze, deszcz czy nie deszcz. ;) Az do ostatniego kempingu, kiedy w koncu moglam sobie pogratulowac przewidywalnosci. ;) Gry i kolorowanki pozwolily nam przetrwac kilka godzin zimna, bo po poludniu, pomimo ciaglego deszczu, zaczelo sie wyraznie ocieplac. W koncu Potworki mogly zalozyc kalosze oraz plaszcze i wyruszyc na zdobywanie kaluz. Niestety, mimo moich prosb, zeby po wodzie chodzili, nie biegali, bo nie mam ze soba calej szafy, szybko zdolali przemoczyc po 3 pary spodni, dwie pary skarpet oraz mankiety bluz. Okazalo sie przy okazji, ze jeden z kaloszy Bi nadaje sie tylko do kosza, bo przecieka i to tak, ze cala stope miala mokrusienka, a do reszty zdolali nalac sobie wody gora, bowiem juz po 10 minutach "zapomnieli" o moich prosbach. ;)

Podsumowujac, niedziele mielismy "mokra" i pierwszy raz, rozpalilismy ognisko juz przed 18, zeby rozwiesic przy ogniu mokre ciuchy. Alez to wszystko pieknie parowalo! :) A jedna skarpetka o maly wlos nie skonczylaby jako opal. ;)

(Za to pod wieczor, na niebie pokazala sie piekna tecza, ktora udalo mi sie niestety uchwycic dopiero kiedy znikala)

Mam tez nadzieje, ze nie "doprawilismy" Bi. Kiedy bowiem okazalo sie, ze wszystkie kalosze sa mokre, zmienilam dzieciom buty na adidasy, ktore jednak nie sa wodooporne. U Nika szybko udalo sie zauwazyc, ze je przemoczyl i adidasy zostaly postawione przy ogniu. Bi natomiast wydawaly sie ok. Nasz Starszy Potworek, zasiadl poltora metra od ogniska, jeczac ze parzy ja w buzie, jednoczesnie nakladajac kurtke i kaptur na glowe i marudzac, ze tak strasznie jej zimno i chce juz isc spac. Na propozycje, zeby przysunela sie blizej ognia (ja siedzialam przy samych kamieniach okalajacych ognisko), zawodzila, ze nie, bo goraco jej w twarz. W koncu M. mial dosc jej jekow i zabral ja do przyczepki do spania. I co sie okazalo?! Panna miala mokrusienkie skarpety i stopy az pomarszczone od wilgoci! Nic dziwnego, ze bylo jej zimno! Pytam sie dziecka (wydawalo mi sie, ze 6-latek to juz troche rozumu posiada), dlaczego nie powiedziala, ze ma mokre nogi?! A ona na to, ze myslala, ze przy ogniu jej wyschna... Tiaaa... Pewnie by i wyschly, gdyby panna laskawie usiadla blizej... Poltora metra od ogniska to mozna tylko sie podraznic z ciepelkiem, a nie zagrzac. A juz napewno nic sie nie wysuszy. Tu mozecie sobie wyobrazic moj przewrot oczami... ;)

Z ciekawszych "akcji", to okazalo sie, ze akumulatorek w naszej przyczepie jest do wyrzucenia. Tak rozladowany, ze juz sie nawet nie laduje. Oczywiscie kiedy to zauwazylismy? Kiedy zapasowy agregator padl (skonczyla sie benzyna), a swiatla w przyczepie zaczely migotac. :D Niestety, poprzedni wlasciciel prawdopodobnie zostawil akumulator na zime na dworze i tak go "zalatwil", bo to niemozliwe, zeby padl sobie, ot tak, w rocznej przyczepie... Na 4 wyjazdy z ta przyczepa, na dwoch kempingach mielismy podlaczenie do pradu, a raz jechalismy tylko na 2 dni i to przy lepszej pogodzie. Nie korzystalismy za bardzo ani z agregatora, ani z akumulatora w przyczepce... Teraz nadszedl kemping, gdzie juz pierwszego wieczora trzeba bylo wlaczyc ogrzewanie, bo temperatura gwaltownie spadla, podobnie jak nastepnego ranka. Poza tym, pol dnia spedzilismy w przyczepie palac swiatlo, do tego doszlo puszczanie wody, spuszczanie toalety, itd. Na wieczor chcielismy wlaczyc ogrzewanie kolejny raz, zeby osuszyc troche przyczepe, bo po calym dniu deszczu wszystko bylo wilgotne. Wtedy wlasnie skonczyla sie benzyna w agregatorze, a akumulator odmowil posluszenstwa po 15 minutach.  Coz, czlowiek uczy sie na bledach... ;)

Ostatni dzien spedzilismy wiec niemal jak na "prawdziwym" kempingu, bez ogrzewania czy swiatla. Smialam sie, ze mamy teraz namiot na kolkach. ;) Zeby spuscic wode w kibelku, trzeba bylo podlaczyc przyczepke do samochodu, a ten wlaczyc, zeby "puscic" troche elektrycznosci. ;) Najgorzej, ze bez pradu zaczela rowniez padac lodowka. Ta, co prawda, powinna isc na gaz, ale najwyrazniej na samym gazie chlodzi tylko tyle o ile, natomiast zamrazarnik nie mrozi kompletnie. :/ Poniewaz jednak i tak wracalismy po poludniu do domu, stwierdzilismy, ze zjemy co sie da, a reszte wyrzucimy, trudno.

Ostatnia juz niedogodnoscia minionego kempingu, byla ilosc os! Przyfruwaly calymi stadami, a ja spanikowana, przestrzegalam tylko raz po raz Potworki, ze zanim ubiora kask rowerowy, zeby dokladnie go obejrzaly. Nie mozna bylo spokojnie usiasc, bo zaraz przylatywaly i bezczelnie na ciebie siadaly, krazyly kolo wejscia do przyczepy, samochodu... Pelno ich bylo!. Nie zachowywaly sie agresywnie, ale ciagle balam sie, ze ktores z nas na jakas usiadzie, albo przycisnie... Najpierw myslelismy, ze przyciaga je smietnik sasiadow, ktorzy ustawili go dosc blisko naszej przyczepy. Sasiedzi jednak wyjechali zaraz pierwszego wieczora, a osy pozostaly. Dopiero ostatniego dnia udalo nam sie zlokalizowac ich gniazdo - zaraz po drugiej stronie drozki dojazdowej do naszej miejscowki. :/ Nic dziwnego, ze tyle ich bylo i cud naprawde, ze zadne z nas nie zostalo uzadlone...

Oprocz jednak tych kilku "drobnych" niedogodnosci, fajnie spedzilismy czas. Szczegolnie dnia ostatniego, kiedy niebo w koncu zrobilo sie bezchmurne, a temperatura laskawie podniosla do 24 stopni.
Nasza miejscowka wypadla tym razem swietnie. Po pierwsze, bardzo malowniczo:

(W cieniu pod swierkami. Pieknie, ale auto tak pokryte bylo plamami z zywicy, ze M. szorowal je z ku*wa na ustach :D)

A po drugie, chociaz nie widac tego na zdjeciu, zaraz za nami byla wielka laka, po ktorej Potworki hasaly jak szalone zajace. ;)

Co wieczor ognisko, z pieczonymi kielbaskami (ktore mowiac szczerze, po calym sezonie juz nam sie przejadly)...

(Tu widac Bi - zmarzlucha)

...i mnostwo jazdy na rowerach. Na tym polu kempingowym bylismy juz miesiac temu, wowczas jednak M. nie mial jeszcze swojego roweru. A ze kemping ten jest ogromny (prawie 700 miejscowek!), wiec sama z Potworkami balam sie zapuszczac zbyt daleko. Teraz, kiedy i M. posiada swojego jednoslada, wyruszylismy na dluzsze wycieczki. Matko! Juz zapomnialam jakie tereny mozna pokonac na rowerze! Idac piechota szli bysmy i szli, a i tak pewnie nie zaliczylibysmy nawet 1/4 terenu, ktory udalo nam sie zobaczyc. ;)

Oczywiscie nawet tak przyjemna rzecz jak rodzinna przejazdzka, nie mogla sie obyc bez lekkiej frustracji. Pisalam juz, ze Nik jazde na rowerze uwielbia. Normalnie, gdyby dalo rade, dupka przyroslaby mu do siodelka. Tymczasem podczas naszych przejazdzek, to jemu pierwszemu wlaczalo sie marudzenie. Zaczynaly sie jeki, ze on juz jest zmeczony, ze nogi go bola, itd. I to zaledwie po 15 minutach, gdzie normalnie krazy na rowerze po kempingu przez caly dzien i jakos go to nie meczy... Ile sie dalo, Mlodszego zachecalismy, pocieszalismy, w koncu juz tylko ignorowalismy. Po jakims czasie jednak, marudzenie przechodzilo w wycie i z westchnieniem obieralismy kierunek powrotny... Wracamy na nasza miejscowke, zsiadamy z rowerow, a Nik oznajmia "To ja ide sie przejechac.". Myslalam, ze udusze malego dziada! :D Bylam wsciekla, bo naprawde fajnie sie jezdzilo, a poza tym przy okazji zaznaczalismy z M. na mapie miejscowki, na ktorych chcielibysmy zatrzymac sie za rok. Musielismy przerwac ze wzgledu na marudzenie malego gamonia, a kiedy wrocilismy on oznajmia, ze teraz bedzie jezdzil! A takiego! Kazalam mu siadac na krzeselku i odpoczywac skoro tak strasznie bolaly go nogi! ;)
Spokojnie, po kilku minutach wypuscilam go z "aresztu", jak juz mi zlosc przeszla... :D

W poniedzialek Potworkom udalo sie nawet pochlapac w jeziorze. Szkoda, ze w porownaniu z miesiac temu, woda jednak sie schlodzila (dziekujemy Matce Naturze za wczesniejsze podeslanie lodowatych nocy! :/) i mimo, ze wbilam sie w stroj i zamoczylam az do czterech liter, stwierdzilam, ze jednak z plywania nici... ;) Koniec koncow zreszta, plywala tylko najwytrzymalsza z naszej czworki - Bi, ktorej nie powstrzymuja arktyczne temperatury. Nawet Nik, chodzil, chlapal sie, ale caly sie w koncu nie zamoczyl...


I tak, moi drodzy, zakonczylismy sezon biwakowy. Co prawda M. wypatruje tesknie jakiegos ocieplenia w drugiej polowie wrzesnia, ale narazie nic takiego sie nie zapowiada... A nocne temperatury spadajace do 7-8 stopni nie zachecaja do nocowania poza domem.

A jutro mija 14 lat odkad wyruszylam z Ojczyzny aby zapuscic korzenie w zupelnie innej czesci Swiata. :)

Na zakonczenie, zdjecie - klasyk z podrozy na kemping:

Potworki spia jak zabite, za to w kadr "wlazla" mi Maya. ;)