Lilypie Kids Birthday tickers
Lilypie Kids Birthday tickers

wtorek, 26 marca 2019

Cudu nie bedzie

Udalo mi sie wcisnac na wizyte jeszcze dzis.

Zarodek zatrzymal sie w rozwoju okolo 4 tygodnia. Bardzo wczesnie. W pecherzyku widac bylo tylko szarawy cien.

Chwilowo zawalil mi sie swiat.

Nie martwcie sie jednak. Podniose sie i z tego. Podnioslam sie poprzednim razem, podniose i tym. Tylko chwilowo nie moge przestac plakac...

Nerwy mnie zjedza!

Wyobrazcie sobie, ze akurat dzis, akurat TEGO ranka, u mojego lekarza siadl prad!!! Dostalam automatyczna wiadomosc, ze niestety wizyte musza odwolac i zeby zadzwonic i przelozyc! Tylko, ze poniewaz nie maja pradu, telefony tez nie dzialaja!

Okurwamacjaciepierdole!!!

Aktualnie siedze w pracy i co 15 minut probuje, czy moze juz naprawili cokolwiek im siadlo i ktos odbierze... Ale kolejny termin pewnie i tak beda mieli dopiero za kilka dni...

Ktos "na gorze" chce mnie wykonczyc nerwowo... :(


poniedziałek, 25 marca 2019

Doczekalam sie...

To juz jutro...

Jakos, kiedy jestem juz tak blisko, czuje sie dziwnie spokojna. Nie znaczy to, ze ufam, ze wszystko jest dobrze. Po prostu czuje sie taka... zrezygnowana. Pogodzona z losem. Bedzie co ma byc.

To chyba po prostu ulga, ze to dlugie czekanie dobieglo konca.

Odezwe sie po wizycie...

piątek, 22 marca 2019

Mialo byc o "zawiasie", a wyszlo w sumie o wywiadowkach i mojej matce ;)

Zyje w zawieszeniu. Jestem cialem, myslami zupelnie gdzie indziej. Na nic nie mam ochoty i najchetniej przespalabym kolejne dni az do wtorku... :(

Niestety, zycie plynie sobie normalnym torem i usilnie wciaga mnie w swoj wir, choc opieram sie jak moge. Odstawiam wiec Potworki na autobus co rano, a potem jade do pracy. W sobote zawiozlam ich do Polskiej Szkoly, a w czasie lekcji zrobilam zakupy na caly tydzien. W poniedzialek i srode zabralam Bi na treningi. Slowem, dni jak zwykle...

Mala odskocznia od rutyny byly wywiadowki w szkole Potworkow. Normalnie jestem bardzo podekscytowana mozliwoscia zajrzenia w szkolny swiat dzieci, tym razem jednak, jak mozecie sie domyslac, zupelnie nie mialam na nie ochoty. Gdyby wypadalo, odwolalabym je.

Nie wypadalo jednak, wiec po pierwsze musialam zwolnic sie z pracy bo z okazji wywiadowek, Potworki w poniedzialek i wtorek konczyly o 2 godziny wczesniej, a po drugie, trzeba bylo zapakowac dzieciaki do auta i popedzic na rozmowy z nauczycielkami. Marcowe wywiadowki to bowiem twor zwany "child-led conferences", czyli w wolnym tlumaczeniu "wywiadowki prowadzone przez dzieci".

Tak przy okazji to mam bardzo mieszane uczucia co do wywiadowek w naszym miasteczku czy tez w Hameryce ogolnie, bo sadze, ze system dziala wszedzie podobnie. Pierwsze wywiadowki odbywaja sie bowiem juz w listopadzie i sa to spotkania miedzy rodzicem a nauczycielem, gdzie mozna dowiedziec sie z czym dziecko ma problem, a z czym dobrze sobie radzi. Brzmi to swietnie, ale przepraszam, w tym momencie moje potomstwo chodzi do szkoly dopiero 2 miesiace z hakiem. A pamietajmy, ze tutaj nauczyciel co roku sie zmienia! Ile wiec taka wychowawczyni moze wiedziec o moim dziecku? Przeciez ma ich w klasie blisko 20, niektore z wiekszymi problemami rozwojowo - behawioralnymi (hamerykanckie szkoly sa czesciowo integracyjne). Tak naprawde, po dwoch miesiacach, ona dopiero zaczyna moje dziecko lepiej poznawac. Wedlug mnie, pierwsza wywiadowka powinna odbyc sie dopiero gdzies w styczniu. No, ale taki maja tutaj system i trzeba to zaakceptowac.

Nastepnie nadchodza wywiadowki marcowe i... kolejne rozczarowanie! Tutaj bowiem nauczyciel juz rzeczywiscie dziecko zna, ze wszystkimi mocnymi stronami oraz slabosciami. Moglby rodzica nakierowac na to, nad czym jeszcze mozna popracowac czy pocwiczyc. A tu guzik, bo w marcu wywiadowki prowadza dzieci! W zalozeniu powinno wyjsc na to samo, ale nie zawsze. ;) Dzieciaki maja przygotowane foldery w ktorych pisza z jakich osiagniec sa bardzo dumne, a co musza jeszcze poprawic. I tu wlasnie rozjezdza sie nieco zalozenie z praktyka.
Nik utrafil w sedno. Napisal, ze jest dumny, ze pisze dluzsze wypowiedzi i to prawda. Juz nie tworzy 3-zdaniowych wypracowan. Teraz zajmuja one przynajmniej jedna kartke, nawet jesli linie na niej sa nieprzyzwoicie daleko od siebie, wiec tekst tak czy owak nie powala dlugoscia. :D Jesli chodzi o prace nad soba, Kokus szczerze napisal, ze musi przechodzic od zadania do zadania bez gadania i wyglupow z kolegami. Lepiej sama bym tego nie ujela! ;)
Natomiast Bi... Ech... ;) Starsza zrobila w tym roku niesamowity postep w czytaniu. Naprawde przeogromny! Gdzie w poprzednich dwoch latach dostawala kartke z zaproszeniem na wakacyjne korepetycje, tak w tym roku plasuje sie rowno na poziomie wymaganym w drugim semestrze (tutaj sa ich trzy i Nik dla porownania, jest juz na poziomie semestru ostatniego ;P). Z czego zas najbardziej jest dumne moje dziecko? Ze pisze dlugie opowiadania! :D Trzeba jej oddac sprawiedliwosc, ze zawsze potrafi o byle bzdurze rozpisac sie na 3 strony. To chyba po mamusi... Skoro jednak o tym mowa, to widze, ze postep w czytaniu jakos nie wplynal znacznie na poziom pisania Bi, a zawsze myslalam, ze to idzie w parze... Oczywiscie postep jest, nie powiem. Jeszcze w zeszlym roku Bi pisala tak, ze czlowiek bardziej domyslal sie o czym napisala niz zdolal to przeczytac. To byly wyrazy skladajace sie niemal z samych spolglosek i to w dodatku spolglosek zlych. Az czasem zastanawialam sie czy ona nie ma czegos ze sluchem, bo jak mozna tak kompletnie przekrecic wyraz?! W tym roku w koncu Bi pisze tak, ze z grubsza mozna faktycznie przeczytac o czym napisala, zamiast sie tego domyslic. Nie mniej jednak fonetyka lezy i kwiczy. Serio! Nik pisze o niebo lepiej, a jest o 1.5 roku mlodszy! Gdyby jeszcze zechcial rozwinac wypowiedzi, bilby siostre na glowe! ;) No, ale do brzegu. Wiecie co Bi napisala na temat tego, nad czym musi popracowac? Ze "musi pisac schludniej!". Obydwie z nauczycielka spojrzalysmy na nia z lekka konsternacja. Wychowawczyni probowala ja nieco nakierowac czy miala na mysli, ze bedzie pisac poprawniej? Bi cos tam potakiwala, ale widac bylo, ze raczej nie o to jej chodzilo. :D Wiecie, Bi nie znosi krytyki, nie cierpi byc w czyms gorsza, wiec podejrzewam, ze wyparla kompletnie to, ze pisanie (mam na mysli slynne spelling) ma koszmarne. ;)

Wiecej wywiadowek tutaj nie ma. :) Pod koniec roku sa tylko prezentacje dla rodzicow, ale sa one na jakis okreslony temat, np. wybranych przez uczniow zwierzat. Nie podsumowuja osiagniec uczniow. Ostatni dzien roku szkolnego to zas dzien jak codzien, a "swiadectwa", czyli po prostu raporty, przysylane sa mailem. :)

Co jeszcze z ciekawszych wydarzen? Zapalenie zatok wraca jak bumerang. A juz ucieszylam sie, ze obedzie sie bez antybiotyku. Na poczatku bowiem, kuracja woda z sola przepisana przez doktorka zadzialala bezblednie. Az bylam w szoku! Po rowno dwoch dniach policzek przestal mnie bolec, a po kilku nastepnych pozbylam sie "nosowego" glosu oraz przestalam smarkac co 15 minut. Cieszylam sie wzglednym zdrowiem calutkie dwa dni i co? W nocy z poniedzialku na wtorek zbudzilam sie z kompletnie zatkanym nosem. Ani nie moglam oddychac, ani nic wydmuchac. Do tego bol glowy i ogolnie kiepskie samopoczucie. W srode bylo nieco lepiej, natomiast w czwartek wstalam znow z uczuciem, tym razem (jeszcze) nie bolu, ale cisnienia przy nasadzie nosa i w policzku. A najgorzej, ze kiedy probuje wydmuchac nos, praktycznie nic nie leci. Ech... :/ Tak wiec chyba po pracy trzeba sie bedzie przejechac do apteki po antybiotyk. :/

Troche tez mi smutno, bo w niedziele zawozimy mojego tate na lotnisko. Leci na 3 tygodnie do Polski. Bedzie mi brakowac niedzielnej kawki z "dziadziem" (zawsze wpada do nas poznym rankiem i siedzimy sobie przy kawie i jakims placku ;P). Dobrze, ze chociaz wroci wsam raz na Wielkanoc. :)
Przy okazji zartujemy z tata jak on wytrzyma pod jednym dachem z moja mamuska, bo pogoda dlugoterminowa dla Trojmiasta jest mocno srednia i nie uda mu sie chyba uciec na dluzej na dzialke rodzicow nad morzem. Swoja droga to cos jest nie tak jesli czlowiek leci raz do roku do "domu" i czesci rodziny i mysli jak tu w tym czasie uciec od jednego z jej czlonkow, a konkretnie od zony. ;) Niestety, z mojej matki robi sie coraz gorsza dziwaczka i strach co to bedzie dalej, bo kobieta ma dopiero lekko ponad 60 lat. Czasem czytajac jej smsy lub opowiesci taty, ktory czesciej rozmawia z nia przez telefon, zastanawiam sie jak moja siostra nie boi sie zostawiac z nia dzieci. Jak dla mnie to ta kobieta ma rozdwojenie jazni, ale moze takie mam wrazenie, bo patrze na to z daleka, z dystansem i ze wspomnieniami jej toksycznego wychowania?

To nie sa wesole tematy, czasem jednak mozna sie z dziwactw mojej matki niezle posmiac. ;) Na przyklad, ostatnio dowiedzialam sie, ze moja mamuska przestala uzywac samochodu i z duma opowiada, ze wszedzie jezdzi trolejbusami, na ryneczek biega piechota, itd. Do mojej siostry, gdzie jest to cala wyprawa: najpierw SKM'ka, a potem autobusem, rowniez nie bierze auta. Ona, ktora cale zycie wozila doope i ktora ogarniala rozpacz kiedy czasem zima musiala uzyc komunikacji miejskiej bo drogi byly niebezpieczne! No ale coz... Jej wola, niech biega piechota i podjezdza autobusami. Myslalam, ze chce nabrac kondycji, moze zrzucic pare kilo? Tymczasem... Pod blokiem rodzicow jest wojna o miejsca parkingowe, a konkretnie to jest wiecej aut niz miejsc. Matka dorwala jakies, gdzie obok niej moze zaparkowac tylko jedno auto i oznajmila, ze go nie ruszy, bo ktos jej to miejsce zajmie, ona bedzie musiala zaparkowac gdzie indziej i na pewno jej to auto obrysuja, na pewno!
Jak dla mnie to niech ona lepiej ten samochod sprzeda jak ma tak stac pod blokiem...

Moja matka uzywa wylacznie tuszu do rzes oraz plynu do demakijazu firmy l'oreal. Co lepsze, upiera sie, ze te w Polsce sa podrabiane, ze to nie to samo i ja uczulaja. Przy kazdej okazji, czy to paczka, ktora wysylam do siostry na Boze Narodzenie, czy coroczna wizyta mojego taty, domaga sie, zeby jej przyslac/ przywiezc dostawe. Tak, domaga, bo krolowa nie prosi, ona zada! Kiedys kupowalam plyn do demakijazu na ostatnia chwile i akurat w sklepie go nie mieli. Kupilam zamiennik z identycznym skladem. Co uslyszalam? Ze jestem wstretna corka, bo ona wyraznie prosila o l'oreal a ja jej przysylam nedzna podrobe! Upierala sie tez, ze ta "podroba" ja uczula! Przypominam, ze sklad miala identyczny, wiec to niemozliwe. Podejrzewam, ze ona te plyny oraz tusze uzywa zeby szpanowac przed kolezankami z pracy, chociaz co to za wielki szpan... :/

Jeszcze jedna sytuacja, ponownie dotyczaca auta. Wiecie, moja matka od zawsze jezdzi na rezerwie. Skapi zeby wydac wiecej pieniedzy i zatankowac pelen bak, wiec dotankowuje do 1/4. Mnostwo razy nie zdazyla na czas dojechac na stacje, auto jej zdechlo i musiala prosic o pomoc (takie zdarzenia pamietam jeszcze z dziecinstwa, wiec trwa to juz od prawie 30 lat). Niczego sie nie nauczyla. Tym, ktore maja auta nie musze pisac, ze taka jazda "na oparach" jest dla silnika zabojcza, bo wciaga on caly syf z dna baku? Tata mowi, ze w poprzednim aucie wymienial matce filtry, pompy paliwowe, itd. Na nic. Kobieta auto po prostu zajezdzila. Teraz ma nowsze i robi dokladnie to samo (no, obecnie nie robi, bo auta nie rusza - moze to i dobrze ;P). Dodatkowo, z mojej matki robi sie "zbieraczka". Masowo nawiedza lumpeksy i kupuje stosy ciuchow, ktorych nie ma nawet gdzie zalozyc, szczegolnie teraz, na emeryturze! Wszystkie szafy w domu pekaja w szwach a drzwiczki sie nie domykaja, bo pelne sa odziezy. Wszelkie krzesla i kanapy pokryte sa... ubraniami. Ja w Polsce nie bylam od 6 lat, ale tata opowiada, ze nawet bagaznik samochodu matka ma pelen, nie zgadniecie! - ciuchow! :D Podobno tak upchany, ze palca tam nie wcisniesz! I tu wracamy do puenty opowiesci. Moj tata po raz 25456987 probowal przekonac matke, ze skoro nie chce za kazdym razem tankowac do pelna "bo to za duzo kosztuje", to niech zatankuje raz, a potem jak poziom benzyny spadnie o 1/4 niech tylko dotankowuje. Odpowiedz mojej matki? "Nie, bo wtedy auto bedzie za ciezkie i bedzie za duzo palic!". Ale bagaznik pelen ubran to nie wazy przeciez NIC!!! Po prostu padlam ze smiechu na dywan kiedy uslyszalam od taty te anegdotke! :D

*

Skoro juz sie smiejemy, to wrzuce jeszcze kilka Potworkowych tekstow, ktore siedza w roboczych juz od nie pamietam kiedy.

Nik uklada Lego, ale upiera sie, ze mam przy nim siedziec. Kiedy burcze znudzona, ze przeciez mnie nie potrzebuje, Nik znajduje powod:

"Mom, you will be my expector. You will expect my work."

Kokus mial na mysli "inspector oraz inspect". Jak widac, nawet mowiac po angielsku rewelacyjnie, czasem mozna cos przekrecic. ;)


***

Podczas ostatniej sniezycy:

Nik: "We live in Snowington!

Nie, to nie jest nazwa naszego miasteczka, chociaz ta rowniez konczy sie na -ington :D


***

Bi mowi do nas glownie po polsku, chociaz czasem sie rozpedzi i wychodzi jej np. taki twor:

"Can I have some wode?"


***

Zanim napisze ostatni tekst musze wyjasnic dla tych, ktorzy nie wiedza (choc mysle, ze wiekszosc wie lub gdzies tam slyszala), ze Jezus Chrystus to po angielsku Jesus Christ.
W naszym kosciele dzieci dostaja gazetki do wypelnienia, w ktorych wyjasnione jest przystepniej o czym jest czytanie danego dnia. Potworki zawsze gazetki biora, skrupulatnie rozwiazuja rebusy, krzyzowki, itd., po czym zostawiaja je w aucie po powrocie do domu. Ostatnio mialam przyjemnosc wiezc z basenu kolezanke Bi, ktora zainteresowala sie stosikiem owych gazetek na tylnym siedzeniu. Miedzy dziewczynami nawiazala sie dosc ciekawa rozmowa, oczywiscie po angielsku, ale przetlumacze Wam jej koncowke na polski. Dla lepszego zrozumienia - kolezanka jest Hinduska. ;)

A: "My nie chodzimy do kosciola, tylko do swiatyni. Tam nie ma takich gazetek, tylko trzeba sie modlic. Nie lubie swiatyni. Tam sa nudy."
Bi: "Ja tez nie lubie chodzic do kosciola..."
A: "A ilu znasz bogow? Bo w naszej swiatyni jest ich tyle, ze niektorych w ogole nie pamietam!"
Bi (tu juz dam po angielsku bo lepiej odda to komizm sytuacyjny): "I know only two Gods: Jesus and Jesus Price."

Poplakalam sie ze smiechu na to Jesus Price! Powinno byc oczywiscie Christ, ale Bi jest mistrzynia przekrecania wyrazow, a poza tym skojarzylo mi sie z Normanem Price ze Strazaka Sama! :D

*

Teraz juz na powaznie. W strefie wiadomo-jakiej, bez zmian. Cyckowe wrozby sa raz bardziej raz mniej pomyslne. Zadne inne objawy sie nie pojawily i raczej juz nie pojawia. Zaczelam miec jakies koszmary, gdzie snia mi sie podpaski pelne krwi. Nerwy. Byle do wtorku.... :(

czwartek, 14 marca 2019

Marcowe oczekiwanie

Dziekuje Wam dziewczyny za tak liczny odzew pod poprzednim postem! Wiedzialam, ze zawsze mozna na Was liczyc kiedy czlowiek potrzebuje poglaskania po glowce. ;)
Tak przy okazji, to wcale nie mialam zamiaru dawkowac napiecia. :D Wiadomosc wrzucilam na sam koniec, poniewaz wiedzialam, ze gdyby zdjecie testu znalazlo sie pierwsze na wokandzie, zaraz zlecialaby sie rzesza ciekawskich. A tak, wiadomosc jest tylko dla wiernych czytelniczek, ktore wchodza nawet pomimo nie zwaiastujacego sensacji tytulu i ktore przebrna przez tasiemca. ;)

Co u nas?
Ja obecnie cala jestem czekaniem. Do wizyty zostalo jeszcze 1.5 tygodnia, tymczasem nie moge sie na niczym skupic. Nic mnie nie bawi, malo co cieszy. Caly czas wsluchuje sie w swoj organizm, a ten, jak na zlosc, nie wysyla mi zbyt pomyslnych sygnalow. Wrozba z cycek (Brytusia, po prostu padlam ze smiechu na te okreslenie! :D) nadal bez zmian. Lewa pobolewa, ale mam wrazenie, ze z kazdym dniem coraz mniej. Prawa zaboli jak nacisne tu i owdzie, ale szczerze, to chyba kazda piers, nawet nie-ciazowa, zaboli jak sie ja dobrze pomietosi. :/
Nie odrzuca mnie od kawy, nie mam nudnosci. Wrecz przeciwnie, jestem wsciekle glodna (moze to tez jakis objaw?). Szczegolnie rano musze co dwie godziny cos przekasic, bo tak mi w brzuchu bulgota i ssie, ze szok. Po poludniu jednak uczucie wilczego glodu z grubsza zanika.
Nie jestem tez senna, a pamietam, ze w ciazy z Bi usypialam jak tylko usiadlam przy biurku w pracy, a po powrocie do domu musialam zaliczyc obowiazkowa drzemke, zeby jakos funkcjonowac do konca dnia. Z Nikiem na samym poczatku tez po pracy ucinalam komara, chociaz wtedy bralam to za niedospanie spowodowane nocnym wstawaniem do Bi. Teraz wieczorami mam tyle samo energii co zawsze (czyli, nie oszukujmy sie, niewiele), tyle ze z trudem dociagam do 23, gdzie wczesniej potrafilam buszowac do polnocy. To jednak zwalam na zmiane czasu. Tak, my niestety juz zmienilismy czas na wiosenny i chodze niedospana i zla. Co za idiota to wymyslil!!! Potworki tez wstaja wkurzone i burczace (i nie moge sie ich dowolac z dolu, gdzie jeszcze w zeszlym tygodniu wstawali przede mna), bo mimo, ze teoretycznie klada sie o godzine wczesniej, to organizm twardo trzyma sie dawnej pory pobudki i sie buntuje...

Tak to sie kreci... Jeszcze przez 1.5 tygodnia bede zyla w takim zawieszeniu. Najchetniej zakopalabym sie pod koldre i je przespala... Niestety, jak na zlosc, w pracy nadal kociol, choc moze to i dobrze, bo inaczej pewnie godzinami przegladalabym na google hasla "brak objawow w ciazy" i fiksowala coraz bardziej.
Zeby jeszcze lepiej oddac moj stan umyslu dodam, ze nie pstryknelam w tym tygodniu ani jednego zdjecia. Nie mialam tez co prawda ku temu okazji, bo stracilam checi zeby robic cokolwiek ciekawego czy gdzies wyjsc... W niedziele lodowisko, na ktore chodzilam tej zimy z Potworkami bylo otwarte ostatni dzien. Nastawiona bylam zeby koniecznie zabrac ich ostatni raz w tym roku, ale niestety. Rano obudzilam sie z zatokowym bolem promienujacym od nasady nosa, przez kosc lewego policzka, az po ucho... :/ Niestety, to niekonczace sie przeziebienie, przeszlo w zapalenie zatok. Czy nie uroczo? :( Lodowisko sobie wiec odpuscilam. Moze gdybym nie byla w tej ciazy (nie-ciazy?), machnelabym na zatoki i pojechala, ale tak to wole dmuchac na zimne. :/

No wlasnie. Poniewaz bol zatokowy po trzech dniach nie mial zamiaru mijac, pojechalam do tzw. "walk-in clinic". Tu w Stanach nie ma bowiem przychodni, do ktorej mozna zadzwonic i sprobowac dostac sie do lekarza pierwszego kontaktu. Trzeba miec swojego lekarza z prywatnym gabinetem, do takiego zas, czesto-gesto dzwoni sie, ze jest sie chorym, a sekretarka na to, ze... miejsce maja za 3 dni! :O Jedynym wyjsciem sa wiec takie walk-in clinic, do ktorych nie trzeba sie umawiac. Mozna po prostu wejsc i zobaczyc czy dyzurujacy lekarz bedzie potrafil pomoc. Przyznaje, ze choc z dziecmi pojawiam sie u pediatry regularnie, to sama ze soba w walk-in clinic bylam wczesniej tylko 2 razy, obydwa z takim bolem gardla, ze nie bylam w stanie przelykac. W pierwszym przypadku mialam angine, w drugim... okazalo sie, ze jestem panikara, mialam jakiegos wirusa i bol rzeczywiscie sam przeszedl po kilku dniach. :D
Tym razem odbylam wiec trzecia wizyte w takiej ogolnodostepnej przychodni i mam mieszane uczucia. Doktorek - Hindus, bardzo sympatyczny, nie powiem. Oczywiscie na podstawie objawow szybko potwierdzil zapalenie zatok. Schody zaczely sie, kiedy powiedzialam mu, ze najprawdopodobniej jestem w ciazy, wiec cokolwiek przepisze musi byc bezpieczne w pierszym trymestrze. No i bach! Doktorek oswiadczyl, ze nie przepisze mi NIC! :O Poniewaz nie mam goraczki on uwaza ze to infekcja wirusowa (skad wie, skoro wymazu nie robil?!), wiec antybiotyk i tak by nie pomogl. Kazal psikac w nos sola morska i... uwaga! Plukac gardlo woda z sola! Spytalam jak to ostatnie ma wplynac na zatoki, wiec tlumaczyl, ze tam wszystko jest ze soba polaczone. Poniekad to wiem, ale nawet przechylajac glowe do tylu grawitacja raczej przeciez nie sprawi ze ta woda poplynie do zatok? :/ W kazdym razie mialam ochote zakrzyknac: "Panie, ja od prawie 4 tygodni lecze sie domowymi sposobami, jak widac z mizernym efektem!!!". Nieco grzeczniej, ale wytlumaczylam, ze probowalam sie sama wyleczyc i skoro w koncu przemoglam sie i pojechalam do lekarza, to znaczy ze potrzebuje czegos mocniejszego niz woda z sola! W koncu, dosc niechetnie, ale zgodzil sie wypisac antybiotyk, jednak polecil, zebym zanim go wykupie, sprobowala jednak wody z sola... :D
Coz, antybiotyku nie wykupilam. Jeszcze. Widze jednak, ze raczej sie bez tego nie obedzie. Minely dwa dni, a lewy policzek jak od czasu pulsowal bolem, tak pulsuje. :/

Z innych ciekawszych wydarzen, odbylam dyzur w Polskiej Szkole Potworkow. Ciekawe doswiadczenie, nie powiem. ;)
Nie pamietam czy pisalam, ale w szkole, do ktorej chodza Potworki, kazda rodzina ma obowiazek albo odbebnic dyzur, albo zaplacic $100. Kiedy przeczytalam o tej oplacie cala sie zjezylam, teraz jednak widze, ze jest ona wymagana zeby poniekad przymusic rodzicow do dyzuru. Poniewaz szkola wynajmuje pomieszczenia od lokalnego High School w sobote, nie ma w ten dzien normalnych pracownikow, ktorzy pilnuja porzadku. Poza tym nauczycielki nie moga zostawic dzieciakow samych, a przeciez potrzebuja od czasu do czasu wyjsc do toalety, zjesc cos, czy zwyczajnie zrobic sobie przerwe.
Dyzur okazal sie malo uciazliwy. Na szczescie okazalo sie, ze jest nas czworo na jednym korytarzu, wiec sporo bylo gadania i smiechu. Choc na poczatku wydawalo sie, ze moze byc "wesolo", kiedy zaraz po 20 minutach otworzyly sie drzwi klasy i nauczycielka poprosila, zeby pomoc, bo jedno z dzieci... wymiotuje! :O O rany... Trzeba bylo zaprowadzic dzieciaka do lazienki, pomoc mu przetrzec zabrudzone ubranie, itd. Fuuuj... Na szczescie mlodzian (okolo 10-letni) mial przy sobie telefon i zadzwonil po rodzicow, zeby go odebrali. Pod koniec dyzuru zas, w innej klasie chlopiec (to zawsze chlopcy!) zamiast jak czlowiek podejsc do smietnika, postanowil sie do niego "slizgnac" na kolanach. Niestety zle wymierzyl odleglosc i tak rabnal kolanem w metalowa framuge, ze nauczycielka musiala zabrac go do biura zeby zobaczyc czy maja zimne oklady. ;)
Mialam tez 15 minut dyzuru w jednej z klas, kiedy dzieciaki mialy przerwe na drugie sniadanie, a nauczyciele na cokolwiek potrzebuja. ;) To byla V klasa, czyli dzieci okolo 11-letnie. Poniewaz Potworki sa nieco mlodsze, przezylam lekki szok nad przepascia pomiedzy swiatem dziewczynek oraz chlopcow. Panny siedzialy przy stolikach, skubaly przekaski, pokazywaly sobie cos w telefonach, jedna malowala rzesy (tak, 11-latka! :O)... Slowem, aniolki. Chlopaki? O Boszzzz, co to byla za banda! Jeden mial miekka (na szczescie) pileczke. I cala ich gromada biegala w kolko po klasie, rzucajac sobie ta pilke, nurkujac pod stolikami i przeskakujac nad rozrzuconymi plecakami! Tylko czekalam az ktorych wywali sie i rabnie glowa w metalowe nogi od stolikow i krzesel! Poniewaz kompletnie ignorowali moje upomnienia, w koncu ograniczylam sie do stania pod jedna ze scian, wzdluz ktorej ustawione byly komputery. Stwierdzilam, ze sprzet jednak jest cenniejszy niz glowy tych lobuzow i postanowilam chronic go wlasna piersia. :D Nie musze mysle mowic jak bylam szczesliwa kiedy nauczycielka wrocila z przerwy? ;)
Mialam miec jeszcze jeden dyzur w klasie, ktora okazala sie miescic w zupelnie innej czesci szkoly. Chodzilam, szukalam, nawet dwa razy spytalam dyzurnych z tamtej czesci o droge... Bezskutecznie. Szkola jest ogromna, w dodatku polozona na wzgorzu, wiec rozniaca sie ukladem na kazdym pietrze, a korytarze, korytarzyki oraz dodatkowe pomieszczenia tworza taki labirynt, ze w koncu sie poddalam. Glupio mi troche i mam nadzieje, ze tamta nauczycielka miala do dyspozycji jakas inna dyzurna osobe, zeby na chwile wyjsc, ale po prostu znalezienie tamtej klasy mnie przeroslo. ;)
Reszta dyzuru minela juz spokojnie. Ot, ktorejs nauczycielce pobiec cos skserowac, bo ksero na innym pietrze, drugiej popilnowac chwile klasy bo musiala do lazienki, itd. Cztery godziny minely niewiadomo kiedy. :) Gdyby nie fakt, ze w czasie, kiedy Potworki sa w Polskiej Szkole lubie na spokojnie zrobic zakupy i ogarnac choc minimalnie chalupe, to zgodzilabym sie dyzurowac czesciej. ;)

Jak pisalam wyzej, nie pstrykalam ostatnio zadnych zdjec, ale na szczescie wychowawczynie Potworkow cos tam podsylaja. Szkoda tylko, ze ich celem jest pokazanie klasowych aktywnosci, a nie ladne ujecia dzieciakow. ;) I tak, w zeszlym tygodniu chyba, z okazji dnia Reading Across America, szkola urzadzila tzw. "read-a-thon", czyli maraton czytelniczy. Wszystkie klasy przychodzily do biblioteki po kolei tak, zeby caly dzien w szkole odbywalo sie czytanie. ;)

 Tu Bi czyta z kolezankami:

Calkiem wygodne poduchy maja w tej bibliotece ;)

A tu Kokus z kolegami:

Czerwony jak burak i upocony - potem dziwic sie, ze ciagle chory. :/ Swoja droga, wszystkie inne dzieci wygladaja normalnie, a sadze, ze szalaly tak samo, tylko moje jakby spod prysznica wyszlo :/

Po wygladzie mojego dziecka widac od razu, ze przyszli prosto z przerwy. ;)

Oprocz takich specjalnych dni ogolnoszkolnych, kazda klasa zbiera punkty za dobre zachowanie, porzadek itd. Czasami przypomina mi to Harrego Pottera i Hogwart, gdzie kazdy "dom" zbieral punkty, tylko ze w Potworkowej szkole nie ma rywalizacji. Kazda klasa i kazdy rocznik zbieraja punkty dla samych siebie, a kiedy uzbieraja ich okreslona ilosc, dzieciaki wybieraja sobie nagrode. Czasem jest to dodatkowa przerwa, czasem dluzsza glowna przerwa w ciagu dnia, czasem moga przyniesc do szkoly zabawke, a jeszcze kiedy indziej przyjsc do szkoly w pizamach. ;) Tym razem klasa Kokusia wybrala "breakfast and reading celebration". Dzieciarnia mogla przyniesc cos malego na sniadanie (ja upieklam owsiane ciasteczka), wychowawczyni przyniosla soczki, a potem mlodziez rozlozyla sie na przyniesionych z domow kocykach i oddala lekturze. :)
Niestety, zdjecie, na ktorym jest Nik wyszlo totalnie zamazane, ale wygladalo to tak:

Dzieciarnia rozlozona po calej klasie, gdzie kto znalazl skrawek podlogi

A jesli ktos stesknil sie za buzkami Potworkow, to prosze:

Selfie :D

Zdjecie jeszcze z listopada. Ktoregos dnia, kiedy jeszcze spalam, Potworki swisnely moj telefon (prosto ze stolika nocnego - bezczelni!) i napstrykaly zdjec. ;) Sobie, oraz... psu:

Piesa tez wyraznie zaspana i zdziwiona, ze od rana atakuja ja paparazzi :D

Potem telefon grzecznie odlozyli z powrotem i czekali z niecierpliwoscia na moja reakcje kiedy zobacze nowe fotki. ;) Reakcja byla mieszana, bo choc zdjecia wyszly im calkiem udane, to fakt, ze podkradli mi telefon, juz wcale a wcale mi sie nie podobal. ;)

I na tym chyba zakoncze, bo jak na brak tematow do pisania, znow wyszedl mi tasiemiec. Taki krotszy. ;)

czwartek, 7 marca 2019

Zeby nie bylo nam za dobrze... marzec zaczynamy chorobowo :(

Mysle, ze tytul mowi sam za siebie? Sama nie wiem czy czuje sie bardziej zrezygnowana, zalamana czy zla...
Po wirusie, ktory Potworki zlapaly na samym poczatku lutego, nie mozemy sie wykaraskac... A to juz marzec. :/
Jak kilka dni przed wypadem na narty zarazilam sie od dzieciakow, tak z gor wrocilam tak samo chora jak wyjezdzalam. No, ale tego sie akurat spodziewalam. Nie da sie dobrze wyleczyc kataru i kaszlu, jesli sie spedza cale dnie na mrozie i w ruchu. Wrocilismy jednak do domu i katar jakos litosciwie przeszedl. Kaszel pozostal, chociaz mialam wrazenie, ze tez pomalu zanika. Wszystko bylo na dobrej drodze. Przez tydzien. Bo po tym czasie nagle katar wrocil ze zdwojona sila i zdaje sie przechodzic na zatoki, bo mam takie dziwne uczucie ciepla w czole... A kaszel przybral na sile, jakzeby inaczej. :/ I tak chodze, smarcze, kaszle i daje sobie czas do konca tygodnia. Jesli nie zobacze wyraznej poprawy, chyba jednak przejde sie do lekarza... Cichutko, zeby nie zapeszyc, musze jednak napisac, ze wczoraj po raz pierwszy od tygodnia poczulam zapach wlasnego balsamu do ciala, wiec moze w koncu dochodze do siebie... ;)

To jednak ja. Tymczasem Potworki jechaly na narty juz prawie - prawie zupelnie zdrowe. Jeszcze tylko lekko pokaslywali, a Nikowi od czasu do czasu cos pocieklo z noska. Wrocili z nart o dziwo zupelnie zdrowi. Az smialam sie, ze gorskie powietrze im dobrze sluzy! ;) Tymczasem w zeszly poniedzialek... Nik obudzil sie rano z zatkanym nosem i narzekajac, ze zle sie czuje. Wydal mi sie dosc cieply, wyciagnelam wiec termometr, a tam 37.0. :/ Mielismy wiec i on i ja przymusowy dzien w domu. Spodziewalam sie jakiejs wiekszej infekcji, skoro juz z rana temperatura podchodzila pod stan podgoraczkowy. Tymczasem ona spadla do normalnej, a na wieczor podniosla sie do 36.9. Poza wyraznie przytkanym nosem, nic zdawalo sie Nikowi nie dolegac.
Minelo kilka dni, wszystko wydawalo sie byc w normie, az w czwartek wieczorem Kokus oznajmia, ze... boli go ucho! :O
Ja sie kiedys zalamie z tymi jego uszami! Jak nie jedno, to drugie! I powiedzcie mi, jakie to dzieciaki maja wyczucie, ze takie akcje funduja albo w weekend albo tuz przed nim, kiedy czlowiek caly w nerwach probuje wciasnac sie do lekarza, zeby sprawdzic potomstwo zanim przychodnia zostanie zamknieta na dwa dni?!
Poniewaz ja zostalam w domu w poniedzialek, w piatek M. zwolnil sie z pracy i przyjechal do domu zajac sie synem i zabrac go do lekarza. Co sie okazalo? Nik ma oczywiscie zapalenie ucha... obustronne tym razem! :O

Zeby dopelnic obrazu, w niedziele smarkac i kaszlec zaczela Bi... No przeciez idzie sie zastrzelic! :/

Zanim jednak choroby dopadly nas ze zdwojona moca, w poprzednia niedziele zabralam Potworki na lyzwy. Juz ten wypad powinien dac mi do myslenia co do zdrowia Kokusia. On, ktory przy poprzednich wyjsciach ganial po lodzie bez wytchnienia, teraz co chwila odpoczywal i dopytywal kiedy jedziemy do domu... Probowalam wyciagnac z niego co sie wlasciwie dzieje, ale bezskutecznie. Mysle, ze on sam w zasadzie nie wiedzial. Dopiero stan podgoraczkowy nastepnego dnia powiedzial mi, ze po prostu juz bralo go chorobsko i pewnie byl oslabiony... :(
Mimo wszystko jednak, wypad byl udany. Tym razem to Bi jezdzila z zapalem i gracja i wciaz dopytywala czy nagrywam filmiki jak jezdzi. ;) Nagralam jeden, ale za to dlugi. :D

Moja najpiekniejsza <3

W poprzednia sobote, na zakupach, oprocz obowiazkowej spozywki, zakupilam tez do domu namiastke wiosny. :)

Hiacynty na oknie, a za oknem snieg... ;)

Smiesznie teraz prezentuje sie chalupa, bowiem hiacynty hiacyntami, a na stolach nadal trzymaja sie Gwiazdy Betlejemskie (rozwazam czy nie przestac ich podlewac, zeby w koncu padly :D) oraz balwankowe dekoracje. Prawdziwe przedwiosnie. :D

W ostatni weekend lutego, przypomnialam tez sobie o sniezynkach do wykonania z pianki, ktore to kupilam chyba jeszcze przed Bozym Narodzeniem, z mysla o wizycie jakichs mlodych, Potworkowych przyjaciol. Taki prosty, zimowy projekcik, idealny dla malych raczek. Zima pomalu sie konczy a nie bylo kiedy ich zrobic. Akurat mielismy nudniejszy weekend, Potworki snuly sie po domu blagajac co i rusz o tablety, wiec wyciagnelam te sniezynki i chociaz na pol godziny dzieci "zniknely" i to nie przed ekrany. :)


Aha! W zeszla srode minal rok od kupna domu, ale tego dnia melismy zupelnie co innego na glowie i zupelnie o tym... zapomnielismy. ;)
Nie mniej, nie moge uwierzyc, ze to juz rok! Szczegolnie, ze jeszcze nie do konca dom jest "nasz, ze jeszcze kilka projektow czeka na wykonanie. Lazienki: dolna oraz dzieci musza zostac odnowione. Salon pomalowany. Sciany w garazu ocieplone... Po tegorocznej zimie jestesmy tez nastawieni na wymiane drzwi tarasowych i przy okazji kuchennego oka - zeby pasowalo. Dodatkowo, caly czas zastanawiamy sie nad powiekszeniem malego okienka w bocznej scianie salonu. Pokoj ten jest cholernie ciemny, a na poludniowej stronie, jak na zlosc (a moze celowo, kto wie) jest tylko male, waskie okienko. Az korci zeby je powiekszyc i rozswietlic salon. Wszystkie jednak wymienione projekty zabieraja czas i generuja koszta, wiec tylko czas pokaze, ktore zostana wykonane i kiedy. ;)

W zeszly piatek, w szkole Potworkow odbyl sie tzw. "Fancy Friday". Co roku, luty jest tam miesiacem dobrych manier. Dzieci cwicza odpowiednie zachowanie, powitanie, pozegnanie, utrzymywanie kontaktu wzrokowego, itd. Na zakonczenie tego okresu, zawsze maja dzien, kiedy do szkoly moga przyjsc elegancko ubrani, zas lunch jedza w stolowce przy nakrytych obrusami stolach, z wazonikami kwiatow oraz swieczkami. ;) Na te okolicznosc wypozyczylam szkole moje swieczki na baterie, bedace czescia dekoracji bozonarodzeniowych domu. Szkoda, ze Nika ominelo takie "wydarzenie", chociaz on nieszczegolnie sobie krzywdowal i twierdzil, ze wcale nie ma ochoty ubierac sie do szkoly jak do kosciola. ;)
Klasa Bi nie dosc, ze cwiczyla maniery, to jeszcze przy okazji posture. Dzieciaki sprawdzaly ile im sie uda przejsc po klasie z ksiazka na glowie. ;)

Bi w akcji :)

Na piatek w nocy zapowiadano sniezyce, ktora jak zwykle okazala sie... sniezyczka. ;) Spadlo moze 2-3 cm sniegu, ale nie przeszkodzilo im to zamknac Polskiej Szkoly. Co bylo mi zreszta na reke, bo nie chcialo mi sie ruszac z domu. Nie lubie zrywac sie w sobote rano tak samo jak Bi nie znosi jezdzic do Polskiej Szkoly. Juz zastanawiam sie, czy bede miala sile na cotygodniowa batalie o to w przyszlym roku. ;)
W zeszla sobote jednak i tak zastanawialam sie czy zawozic do niej Potworki, ze wzgledu na Kokusiowe ucho. Matka Natura rozwiazala ten dylemat. Maly dramacik rozegral sie tylko po poludniu, bowiem Potworki oczywiscie chcialy wyjsc pobawic sie na sniegu. Bi w koncu poszla pomoc odsniezac tacie, natomiast Kokusia, ze wzgledu na ucho, zatrzymalam w domu. Oj nie lubil mnie za to moj syn, nie lubil! :D

Wybaczcie jakosc. Fota pstryknieta przez okno, miedzy zaluzjami ;)

Skoro juz mowa o Polskiej Szkole, to pokaze Wam probke dyktand Bi. Niezle sie usmialam, bo Starsza oczywiscie pisze wyrazy fonetycznie... po angielsku! :D

"Dynia" wygrywa! :D

Jak juz sie "chwale" pisanina Potworkow, nie moge pominac Kokusia. On niestety po polsku poki co nie pisze, ale za to przynosi teksty z Hamerykanckiej szkoly. Jestem niesamowicie dumna, bo w koncu rozwija zwoje wypowiedzi zamiast zawierac wszystkiego w jednym, lakonicznym w dodatku, zdaniu. Brakuje tylko kropek w odpowiednich miejscach. :D


The black car is fast because it is fairy low it can slid through air. The black car is a hotwheels

The black car can go loopde loops. The black car is designed to slid through air.

Wedlug mnie calkiem niezle jak na 6-latka! :)

Spedzilismy wiec potwornie nudny ostatni weekend. W sobote M. pojechal na zakupy do Polakowa, a ja z dzieciakami zaszylismy sie w domu na caly, Bozy dzien (oprocz tego polgodzinnego odsniezania Bi). Normalnie pewnie rozpaczalabym, ze takie marnotrawstwo dnia, ale ze Nik chory i ja tez nie moge sie jakos doleczyc, to nawet sie ucieszylam.
Rozpacz autentycznie przyszla za to w niedziele, bowiem wczesniej planowalismy tego dnia wypad na narty. Sezon sie nieuchronnie konczy i marzy nam sie jeszcze chociaz jedno szusowanko. Niestety, moze byc tak, ze nie bedzie nam ono dane. :(
Zaryzykowalismy tylko wypad na msze oraz zakupy, tym razem w Hamerykanckim sklepie. A pozniej ponownie zabarykadowalismy sie w domku. :) Siedzielismy i czekalismy na sniezyce. Na noc z niedzieli na poniedzialek, zapowiadana byla bowiem kolejna. Tym razem miala byc wieksza, z wieksza iloscia sniegu. Coz, patrzac o 14 po poludniu za okno i widzac blekitne niebo oraz slonce, smialam w to watpic. Pogoda w Nowej Anglii przypomina jednak ta gorska i juz godzine pozniej pojawily sie pierwsze obloczki, po kolejnej godzinie niebo bylo calkiem zachmurzone, a o godzinie 18 zaczal sypac snieg. Caly czas byly jednak 2 stopnie na plusie, a wczesniej, w dzien, temperatury rowniez dochodzily niemal do 10 stopni, na poczatku wiec dosc dlugo nie osiadal. Dopiero okolo 22 zaczelo robic sie bialo.

Narnia po raz n-ty ;)

Snieg mial przestac sypac gdzies o 5 rano. Nie bardzo wiec wierzylam, ze nasypie go tyle, ile mowily prognozy, a zapowiadaly okolo 20 cm. Nie mniej bardzo sie ucieszylam, ze juz w niedziele szkoly oglosily zamkniecie w poniedzialek. Mi oraz Potworkom przydal sie kolejny spokojny, niespieszny dzien.

Czy szkoly zamknieto slusznie tym razem? Ciezko powiedziec. Okazalo sie, ze poniewaz temperatura cala noc byla plusowa, a plugi nie proznowaly, kiedy rano wstalam, nasza ulica byla... czarna. A jest to mala, osiedlowa uliczka, ktora zdecydowanie nie nalezy do pierwszych oczyszczanych ulic. Na podjezdzie i ogrodzie jednak sniegu bylo... w pizdu.

Widok z okna sypialni na malownicze "szlaczaki" zostawione przez auto M., kiedy wyjezdzal nad ranem do pracy...

...i na taras

Dwadziescia cm, tiaaa... Spadlo nam spokojnie z 30 - 40... Zabralam Potworki na dwor o 10 rano, w nadziei, ze nie bedzie az tak cieplo, ale juz zrobily sie +4 stopnie, wiec snieg byl ciezki i mokry. Probowalam pomoc troche M. i odgarnac szufla choc tu i owdzie zanim wroci z pracy, ale szybko sie poddalam. Nawet Potworki po 40 minutach stwierdzily, ze pic im sie chce (zapewne z ciepla) i chca do domu.

Nie, nie spadla az taaaaka kupa sniegu... Bi lezy na gorce :D

Co bylo zreszta zbawienne, bowiem byli przemoczeni do suchej nitki. Bi czapke przemoczyla tak, ze miala pod nia mokre wlosy. A przypominam, ze od poprzedniego dnia smarkala, wiec nie wiem jak to przemoczenie sie skonczy. Licze, ze ma nieco lepsza odpornosc niz brat...

Potwory "pomagaly" odsniezac, czyli w praktyce rozrzucali snieg na wszystkie strony. Coz, licza sie checi? ;)

Kolejnego dnia zaplacilam za to szuflowanie potwornym bolem plecow. Zachcialo sie babie byc dobra zona, to ma za swoje. Lepiej pozostac zolza. ;)

A na koniec, wiadomosc BOMBA.
Po 3 latach zalu i tesknoty, kiedy praktycznie nabralam pewnosci, ze jestem stara i wypuszczam puste jajka, znow nadszedl dzien kiedy okres spoznil mi sie na tyle, ze zrobilam test. To byla wlasnie rocznica kupna domu, 27 luty. Caly dzien nie myslalam o niczym innym tylko o tym, ze 6 dni opoznienia moze cos znaczyc. Do zadnych rocznic nie mialam glowy. Po test polecialam na szybkiego, miedzy praca a basenem dzieciakow, zastanawiajac sie czy nie mam paranoi. Coz, nie mam. ;)


Zanim jednak mi pogratulujecie, napisze, ze rowno po tygodniu od testu, nagle przestaly bolec mnie piersi. Dotychczas obie byly nabrzmiale i bolaly nawet przy przewrocie na drugi bok w czasie snu. Teraz lewa czuje leciutko nadal, prawej praktycznie wcale. Zadnych innych objawow ciazy nie mam. Ani zmeczenia, ani nudnosci. Tym z Was, ktore maja za soba choc jedna ciaze, nie musze pisac, ze to kiepski znak... Wszystko wskazuje na to, ze moze skonczyc sie tak, jak ostatnio. :( Niestety, wizyte u ginekologa mam dopiero 26 marca, bo tutaj celowo umawiaja dopiero, kiedy jest juz pewnosc, ze bedzie widac bicie serca. Albo nie bedzie. :(
To beda bardzo dlugie (prawie) 3 tygodnie... :(

Dlugo zastanawialam sie czy w ogole cos pisac...
Poprzednim razem nie pisalam nic, zeby nie zapeszyc. Poniewaz "nie zapeszanie" nie zdalo sie na nic, tym razem stwierdzilam, ze w zasadzie, co mi zalezy... Jesli wizyta przyniesie ponownie smutne wiesci, mysle, ze wole nie dusic bolu w sobie znowu przez pol roku, tylko od razu wyplakac sie tutaj... :(