Lilypie Kids Birthday tickers
Lilypie Kids Birthday tickers

piątek, 29 września 2023

Ostatni tydzien wrzesnia z chorobskiem w tle :/

Za nami ponury weekend (poprzedni ;P)... Pierwszy tej jesieni, idealnie wpasowal sie w pore roku. ;) Jakos ostatnio tak bywa, ze jak juz zacznie padac, to leje/kropi/mzy kilka dni pod rzad. Odechciewa sie wszystkiego, a juz na pewno wychodzenia z domu...

Sobota, 23 wrzesnia (i pierwszy oficjalny dzien jesieni!), zaczela sie od... wstania z lozka. :D Trudno zaczac inaczej, chyba, ze zarwalo sie nocke. ;) Niestety, mecz Nika, ktory mial sie zaczac o 12:30, zostal przeniesiony na 10 rano ze wzgledu na oczekiwane ulewy. Jak to zwykle bywa, caly dzien tylko kropilo, a momentami nawet przestawalo. Do tego, z 14 zapowiadanych stopni zrobilo sie 16, wiec nie bylo moze jakos bardzo przyjemnie, ale dalo sie wytrzymac. Panicz oczywiscie krecil nosem na mecz i choc stanowczo kazalam mu nie wymyslac, to pozniej musialam przyznac, ze jednak mial racje. Stalam tam w mzawce, a Mlodszy przesiedzial praktycznie caly mecz. Doslownie. W pierwszej polowie nie wyszedl na boisko ani na minute, w drugiej trener wypuscil go (i kolege) na ostatnie 5 minut, jakby sobie nagle o nich przypomnial. :O Z kazdym meczem utwierdzam sie tylko w pewnosci, ze za rok przepisuje Kokusia do grupy rekreacyjnej. Szkoda, ze na wiosne musi zostac jeszcze w tej, ale planuje wysmarowac maila do miasta kiedy przyjdzie czas rejestracji, wytlumaczyc im sytuacje i poprosic czy zgodziliby sie przepisac go od razu. Prawdopodobnie sie nie zgodza, ale zawsze warto sprobowac. ;) W kazdym razie mecz chlopaki i tak przegrali, 0:2.

Kokusiowe kilka minut "chwaly" :/
 

Musze przyznac, ze byl baaardzo intensywny i mozliwe ze tez dlatego trener nie zmienial graczy. Chociaz... nie do konca. Jednego z chlopcow bowiem zmienil na chwile w obu polowach, choc przyznaje, ze on, choc zaczal w tym zespole z Kokusiem rok temu, gra naprawde dobrze. To nie tak wiec, ze trener skupiony byl na meczu i nawet nie zerkal na lawke rezerwowych. Cieszylam sie, ze przynajmniej ktos pomyslal i przyniosl to rozkladane zadaszenie, wiec chlopaki nie siedzieli w deszczu. Zreszta Nik z kolega dobrze sie bawili, kopiac do siebie pilke z tylu na trawie i Mlodszy wrocil w calkiem niezlym humorze. A ja w duchu cieszylam sie, ze w tej calej sytuacji, przegralismy po prostu... glupio. Przez wieksza czesc meczu bowiem, to nasz zespol dominowal na boisku, mielismy doslownie tuzin akcji i albo chlopaki strzelali z daleka i bramkarz z latwoscia bronil, albo nie trafiali w bramke. Tamten zespol wbil nam zas dwa gole (a wlasciwie 3, ale jednego nie zaliczono) czysto przez nieuwage bramkarza. Pierwszy to byla w ogole porazka, bo przeciwnicy biegna od prawej strony, a bramkarz, choc niby na nich patrzy, odbiega od bramki, pokazujac kolegom cos... na srodku boiska! On pokazuje srodek, a tamci w tym czasie strzelili gola do praktycznie pustej bramki. :O Druga bramka tez jakos tak wygladala, choc tu nie pamietam dobrze sytuacji. Mialam jednak spora satysfakcje z wyniku. ;) Wrocilismy do chalupy, wkrotce po nas wrocil z pracy M. i kiedy ja wstawialam prania i troche odgruzowywalam chalupe, malzonek sciagnal w koncu ze sciany telewizor. Nawet nie widzialam jak tego dokonal, ale podobno jakos obsunal go na podstawione krzesla, a stamtad na ziemie to juz male piwko. Bo tak, zapomnialam napisac, ze w piatek wieczorem, korzystajac z tego, ze nie mielismy zadnych zajec, pojechal i kupil wreszcie nowy sprzet. Stary mielismy wyniesc pod taras i za kilka tygodni wystawic na ulice kiedy beda zbierac duze smieci, ale rodzice tyle mu nagadali, ze w koncu stwierdzil, ze zniesie gruchota do piwnicy i moze jakos, kiedys sprobuje naprawic. Suuuper... Juz w garazu stoi mi zepsuta lodowka. Teraz telewizor. Za chwile w piwnicy, zamiast bawialni, bede miala kantorek z zepsutymi sprzetami. :/ Tak juz z M. jest, ze chocby postanowil zupelnie co innego, rodzice zawsze tak mu nagadaja, ze przekabaca go na swoje. A tesc to niestety osoba starej daty i pamietam, ze przekonywal malzonka nawet zeby sprobowal naprawic moj mikser, ktory kupilam za grosze i mial z 16 lat... :/ W kazdym razie, malzonek koniecznie chcial zebym sprobowala mu pomoc zawiesic nowe tv, choc mocno sie opieralam, bojac sie, ze upuszcze. Pojechalismy jeszcze do kosciola, bo M. pracowal w niedziele rano, wiec myslalam, ze damy sobie z telewizorem spokoj do nastepnego dnia. W koncu mial wpasc moj tata, a jemu jednak latwiej z takimi ciezarami, niz mnie. Jakos jednak w koncu podnieslismy telewizor na krzesla pod docelowym miejscem, a M. popodpinal wszystkie kable. Pamietalismy bowiem, jak ostatnio sie umordowalismy, a raczej ja umordowalam, bo mialam najszczuplejsza dlon, zeby ja wsunac miedzy telewizor a sciane i podlaczyc to czy tamto... Pozniej zostalo jeszcze zawiesic dziada... Na szczescie z krzesel to byl juz tylko jakis metr wyzej, pomoglam sobie kolanem i jakos dalismy rade. ;) Wlaczylismy sprzecior, zrobilismy wszystkie ustawienia i ponownie mamy w chalupie telewizje! Jak na zawolanie w taki ponury, deszczowy weekend. :) Zrobilabym Wam zdjecie, ale ma te same wymiary i jest w tym samym miejscu, wiec w zasadzie nie ma roznicy. Jedyne co, to wydaje nam sie, ze wisi jakby tyci wyzej, bo mial miejsce na sruby na innej wysokosci. Roznica jest jednak minimalna. Poza tym upieklam jeszcze ciasto z jablkami, dzieciaki zrobily sobie po pizzy i wieczorem zasiedlismy sprawdzic czy telewizja odbiera jak trzeba. ;)

Niedziela zaczela sie wiadomoscia tyle radosna, co frustrujaca. Mecz Bi, ktory mial sie odbyc po poludniu, zostal odwolany z powodu stanu boisk. Z jednej strony cieszylismy sie, bo od rana padal deszcz i nie chcialo sie ruszac z domu, a z drugiej bylismy rozczarowani, bo w dwa pierwsze weekendy sezonu dziewczyny nie mialy meczow, a jak przyszedl pierwszy, to go odwolali. Frustracja byla tym wieksza, ze managerka leciala sobie w kulki przy ustawianiu rozgrywek, a do tego dochodzila swiadomosc, ze w wiekszosci sasiednich miast mecz normalnie by sie odbyl. To tylko u nas zarzad kompleksu sportowego jest przewrazliwiony na punkcie stanu trawy. Rozumiem oczywiscie, ze utrzymanie terenu niemalo kosztuje, ale ludzie! To nie jest stadion olimpijski, tylko kilka boisk uzywanych przez ligi dzieciece i mlodziezowe! Nikt nawet nie mrugnie jesli gdzieniegdzie beda wyrwane kepki trawy. Potworki graly juz na boiskach (u "sasiadow") gdzie wiecej bylo blota niz murawy i wszyscy jakos przezyli. ;) W kazdym razie, przy braku meczu, deszczu za oknem i wolnym dniu, mielismy spokoj oraz relaks. Tylko Oreo uparcie co jakis czas domagala sie wypuszczenia i w deszczu czaila przy karmniku dla kolibrow. Bo tak, ptaszki nadal przylatuja, tym chetniej, ze wiekszosc letnich kwiatow juz przekwitla. U mnie tylko floksy maja ostatnie kwiaty, wiec pewnie brakuje im pokarmu.

Zdjecie jak zwykle strzelone przez okno, a ptaszek w dodatku akurat zerwal sie, zeby odleciec w gore, wiec niewyrazne, ale widac ladnie rozlozony w "wachlarz" ogonek
 

A kot czatowal przy karmniku, choc na szczescie po chwili miala dosc deszczu i darla sie pod drzwiami, zeby ja wpuscic. W domu jednak dlugo nie wytrzymywala, tyle tylko zeby przeschnac, po czym znow urzadzala jazgot pod drzwiami. ;) Przyjechal moj tata, posiedzielismy, pogadalismy, zjadl ciasto, popil kawy, itd. Po jego odjezdzie mialam jakies kompletne zacmienie jesli chodzi o aktywnosc. Nic konkretnego nie robilismy, a popoludnie zlecialo niewiadomo kiedy. Na szczescie tylko M. szykowal sie na kolejny dzien, bo Potworki mialy poniedzialek wolny, a w zwiazku z tym ja tez postanowilam pracowac z domu. Mielismy wiec kolejny spokojny wieczor. Niestety, poniewaz nie ma za dobrze, Bi zaczela narzekac na bol gardla. Ssala tabletki, ale niewiele to pomagalo. Na dodatek, u mnie w pracy kobita z koronaswirusem, u Starszej w zespole pilkarskim dziewczynka z grypa, wiec teraz pytanie, co zlapala ona? :/

Poniedzialek przywital nas... deszczem. Kurcze, ten rok jest wybitnie mokry. Mielismy deszczowa wiosne, niezbyt upalne i deszczowe lato, a teraz szykuje sie deszczowa jesien. Czy to znaczy, ze zima bedzie sniezna? ;) W kazdym razie dosc mam juz tej pogody, szczegolnie ze latem, pomimo deszczu, bylo przynajmniej caly czas cieplo (choc parno i duszno), a w miniony weekend, w sobote temperatura jakos wspiela sie do 16 stopni, ale zarowno w niedziele, jak i w poniedzialek, nie przekroczyla 14 stopni. Mialo sie wrazenie, ze to nie koncowka wrzesnia, tylko pazdziernika! :O Bi wstala nadal narzekajac, ze gardlo ja drapie (choc poza tym nic zdawalo jej sie nie dolegac), za to Nik byl bez apetytu i twierdzil, ze pobolewa go brzuch. Pieknie... Niespodziewanie, juz o 9 do domu zjechal M., ktory stwierdzil, ze skoro my siedzimy, to i on spedzi z nami troche czasu. Ja oraz Bi dopiero zwloklysmy sie z lozek, a Nik spal jeszcze w najlepsze. Pogoda byla tragiczna, chyba najgorsza z calego weekendu i nie chcialo sie wysciubiac nosa z domu. Niestety, moim glownym powodem pracy z domu bylo zeby wykorzystac brak szkoly i zabrac dzieciaki na zakupy obuwnicze. Niedawno bowiem odkladalam na polke adidasy Bi, patrze, a one maja w srodku dziury! I to nie tylko w samej tej miekkiej wkladce, ale jeszcze glebiej! :O Tu trzeba pochwalic Pumy, ze sa tak niesamowicie wygodne (sama mam podobny model, wiec moge potwierdzic), ze pannie najwyrazniej nawet to bardzo nie przeszkadzalo, bo nie przyszla nic powiedziec. Dopiero kiedy pokazalam jej dziury, ona wskazala, ze w jednym miejscu odkleja jej sie tez guma z podeszwy. Od razu zaczelam sie zastanawiac kiedy bedziemy miec troche wiecej czasu zeby wybrac sie na zakupy. W tygodniu praca domowa i treningi, w weekendy mecze... Na szczescie to cale zydowskie Yom Kippur spadlo nam jak gwiazdka z nieba. ;) Pojechalismy wiec i jakims cudem dzieciakom udalo sie w miare szybko znalezc cos, co im odpowiada. Nikowi tez kupilismy, z racji, ze buty niszczy w rekordowym tempie, wiec przyda mu sie druga para. Te tez nie jestem pewna, czy wytrzymaja jesien i zime (bo Potworki kozaki nosza tylko na snieg), a zreszta, mozliwe ze do wiosny Mlodszy i tak z nich wyrosnie. ;)

Czekamy z "lupami" w przedsionku, az M. podjedzie pod drzwi autem. Na uwage zasluguje fakt, ze mielismy... 12 stopni, a Potworki ubrane jak widac. Oboje mieli bluzy, ale tylko zawiazali je sobie w pasie, bo im cieplo... :O
 

Po powrocie do domu nigdzie sie juz nie ruszalismy. Na poczatku nawet tam bylo malo przyjemnie, bo wczesniej uchylilam okna w sypialniach zeby przewietrzyc, ale wychodzac o nich zapomnialam, caly ten czas byly wiec otwarte i ziebily cala chalupe. Mielismy zreszta taka glupia pogode, ze choc ogrzewanie wlaczalo sie rano, to przez reszte dnia bylo na tyle cieplo, ze jakos temperatura trzymala sie sama, ale przy tej wilgoci na zewnatrz mialo sie wrazenie, ze jest chlodniej niz na to wskazywaly termometry... W kazdym razie, byl to idealny dzien na odkurzenie i pomycie podlog, zmiane poscieli, pranie, itd. Przynajmniej wiec spedzilam go pozytecznie. ;) Po poludniu zagonilam tez dzieciaki do pocwiczenia gry, bo weekend minal i chociaz nie robililismy niewiadomo czego, jakos to umknelo.

Trebacz trabi ;)
 

Na wtorek poczatkowo zapowiadali zachmurzenie i mozliwe przelotne opady, ale niespodziewanie poznym rankiem wyszlo slonce i juz tak zostalo. Temperatura tylka nie urywala, bo bylo 16-17 stopni,  ale w sloncu calkiem przyjemnie. Ranek minal normalnie, czyli Bi na autobus, do domu budzic Kokusia, potem jego na autobus, ogarnac zmywarke, zaniesc do gory poskladane wieczorem pranie, a w miedzyczasie na zmiane wypuszczac i wpuszczac spowrotem zwierzyniec. ;) Pozniej do pracy, gdzie na szczescie, poza dlugim i nudnym meetingiem, nadal panuje wzgledny spokoj. Po pracy chcialam zajechac do biblioteki oddac ksiazke, ale okazalo sie, ze wszedzie sa takie korki, ze musialam odpuscic. Inaczej nie dalabym rady nic zjesc przed treningami Potworkow. I tak w sumie wpadlam, przebralam sie, zjadlam migusiem obiad i juz musielismy pedzic. Dzieciaki gonily pilke, a my z M. chodzilismy. Po calych trzech dniach deszczu nawet nie probowalismy isc przez las, bo i tak okoliczne pola byly solidnie zalane. Szlismy wiec znow wzdluz drogi, wiec przynajmniej mielismy ciepelko i piekne slonce. Pozniej jak zwykle sie rozdzielilismy i malzonek zostal przy chlopakach, a ja poszlam do dziewczyn.

Co probowalam Mlodszemu strzelic zdjecie, to odwracal sie tylem. Nie, nie specjalnie ;)
 

Slonce jest juz duzo nizej, pod koniec treningu skrylo sie za pobliski pagorek i zrobilo sie zwyczajnie chlodno. Na szczescie nie bylo u dziewczyn tego trenera, ktory zawsze przedluza, wiec skonczyly o czasie, a zanim doszlysmy do samochodu, chlopaki tez akurat schodzili z boiska.

Dziewczyny niestety byly daleko i na zdjeciu wrecz ciezko rozpoznac ktora jest ktora
 

Odwiezc do domu kolezanke Bi, a potem i my mielismy juz spokojny wieczor na przygotowanie sie do kolejnego dnia.

W srode rano stalo sie jasne dlaczego wieczorem temperatura spadala tak gwaltownie. Zawsze po przebudzeniu leze kilka minut w lozku zeby oprzytomniec, a przy okazji szybko sprawdzam pogode, zerkam na wiadomosci, itd. Okazalo sie, ze mamy raptem 8 stopni na zewnatrz, a w domu ogrzewanie idzie w najlepsze, mimo ze u gory termostat nastawiony jest ledwie na 18. Pomimo grubego swetra i dlugich spodni, czekajac az Bi odjedzie, moze nie zmarzlam jakos straszliwie, ale cieplo tez mi nie bylo. ;) Maya pchala sie do domu bez pardonu i tylko kotu temperatury nie przeszkadzaly, ale nie ma sie co dziwic, bo to strasznie puchate stworzenie. ;) Gdy wyszlam z Kokusiem, bylo "juz" 10 stopni, wiec temperatura dosc szybko rosla. Niestety, wial tez dosc silny i zimny wiatr, wiec kiedy w pracy wyszlam na moj zwyczajowy spacer wokol budynku, mimo niby 18 stopni, zanim sie troche rozgrzalam marszem, bylo mi raczej nieprzyjemnie. ;) Gdy otworzylam blog zeby sprawdzic nowe posty, okazalo sie, ze suwaczki z wiekiem Potworkow zniknely. Informacja mowi, ze strona zamknela sie prawie rok temu, dotychczas jednak sobie dzialaly. Zastanawiam sie czy sciagac jakies z innej strony, czy odpuscic. W koncu dzieciaki sa juz takie duze... Z drugiej strony, lubilam odliczac do ich kolejnych urodzin. Pamietam jednak, ze suwaczki z innych stron mi sie zupelnie nie podobaly, wiec musze chyba popatrzec co tam sie pojawilo w ostatnich latach. Jak znajde cos ladnego, moze zmienie. :) Po pracy w koncu udalo mi sie podjechac do biblioteki, bo sroda to dzien bez treningow, wiec nie musialam sie spieszyc. Po zjedzeniu obiadu, z racji, ze na dworze bylo calkiem przyjemnie, pomaszerowalam zrobic cos z basenem. Otwor do spuszczania wody znajduje sie nieco nad ziemia, wiec mimo ze wyjelismy zatyczke juz tydzien temu, troche wody nadal w nim stalo. Na miejscu okazalo sie, ze wysokosc otworu to tylko czesc problemu. Po spuszczaniu wody oraz ostatnich deszczach, woda napelnila przestrzen wokol basenu, wylozona folia. Poniewaz ogrodzenie jest nieco powyzej otworu, woda nabrala sie spowrotem i w tej chwili byla na tym samym poziomie i w basenie i naokolo niego. :O Musielismy wiec powybierac wode z przestrzeni wokol basenu, zeby ta mogla dalej z niego wyplywac. Probowalam pozniej nieco wodzie "pomoc" i spychalam ja w strone otworu, ale jest tak niewielki, ze malo co to dawalo... W dodatku, na piatek oraz sobote ponownie zapowiadaja opady, wiec mozliwe, ze wszystko znow sie napelni, bo wyschnac nie zdazy na pewno. Syzyfowa praca po prostu... :/ Z basenem zrobilismy ile sie dalo, wiec jeszcze chwile pogralismy z Kokusiem w kosza.

Cos koslawo im szlo ;)
 

Pod wieczor niestety Bi zaczela porzadnie smarkac, czyli witamy efekty takiej, a nie innej pogody oraz krazacych wokol wirusow. Przed pojsciem spac Nik tez stwierdzil, ze nos mu sie zatyka, wiec mamy nie tylko chorobsko, ale od razu podwojne. Oby tylko zwykle przeziebienie, bo wokol i grypy i covid'y... :(

W czwartek rano Bi wstala zasmarkana, ale z normalnym poziomem energii i bez goraczki, wiec wyslalam ja do szkoly. Musze tez oddac pannie sprawiedliwosc, ze choc kiedy Nik zostal w domu na poczatku wrzesnia, urzadzila jeki ze ona tez chce, tym razem sama stwierdzila, ze woli jechac do szkoly. Podobno po tych dwoch godzinach nieobecnosci kiedy miala bilans 12-latka, nazbieralo jej sie tyle do nadrobienia i uzupelnienia, nie mowiac juz o tym, ze nie byla do konca pewna jak odrobic prace domowa, ze woli jednak byc w szkole i wykonywac zadania na biezaco. Nie wiem jednak czy bedzie miala takie szczescie zeby nie opuscic ani jednego dnia, bo sezon chorobowy dopiero sie rozkreca. ;) Po odstawieniu dzieciakow na autobusy, umylam kuchenke, wstawilam zmywarke, wyczyscilam kocia kuwete (fuj...) i ogolnie pokrecilam sie po chalupie. Kot jakims cudem przybiegl za mna do domu kiedy odjechal Nik, wiec zapodalam mu sniadanie, potem jednak zaczal wrzaski pod drzwiami, wiec wypuscilam ja jeszcze "na chwile". Chwila sie niestety przedluzala i troche mi zajelo zeby sie jej dowolac, ale w koncu wybiegla spomiedzy drzew z tylu ogrodu. Dokonczyla sniadanie i... znow rozdarla jape pod drzwiami tarasowymi. Tym razem jednak bylam nieugieta, bo wlasnie wychodzilam do pracy. Nadal wole wiedziec, ze Oreo jest bezpiecznie w domu kiedy wychodze, choc M. juz pare razy zostawil ja na dworze na okolo godziny i gdzies pojechal... Godzina to jednak nie szesc, wiec niech sobie kiciul siedzi w chalupie. ;) Pogoda jak to o tej porze roku: rano 10 stopni, ale po poludniu 21, wiec wychodzac pouchylalam okna. Niech sie wietrzy, szczegolnie, ze Bi rozsiewa zarazki. ;) Po powrocie z pracy okazalo sie, ze Bi kicha raz za razem, pokasluje i narzeka na bol glowy. Wiadomo ze nie zabiore jej w takim stanie na trening, a zreszta i tak byla zupelnie bez energii... Malzonek z jakiegos powodu stwierdzil, ze zostanie z nia w domu (mimo, ze to juz nie maluszek, ktorego trzeba pilnowac), wiec pojechalam z samym Kokusiem. Napisalam do sasiadki, ze Bi nie jedzie, z nadzieja ze moze wtedy i jej corce odpusci trening (albo sama ja zawiezie), ale niestety wyslala ja ze mna, a dodatkowo poprosila zebym przywiozla ja spowrotem, bo "pozniej ma skrzypce". :D Co ma piernik do wiatraka? Nie mam pojecia, ale wkurzylam sie, kiedy po odwiezieniu panny zobaczylam na ich podjezdzie auto opiekunki. Czyli kobieta siedziala u nich w domu (sasiadka z mlodsza corka byly na innych zajeciach) i co, nie mogla odebrac starszej? Po dotarciu na boiska, okazalo sie, ze po pogodnym, ale wietrznym dniu, wieczorem zrobilo sie pochmurno, duszno i powietrze doslownie stalo. Mimo ze bylam sama, przeszlam sie kawalek wzdluz drogi, a potem poszlam czekac na Kokusia.

Tym razem chlopaki daleeeko...
 

Mlodociana sasiadka miala zadzwonic jesli skoncza wczesniej. Przez te duchote i fakt, ze slonce juz zaszlo, komary ciely po prostu bezlitosnie. Przylapalam piec, ale podejrzewam, ze drugie tyle mnie pokasalo i poczuje dopiero za dzien - dwa. Kiedy wrocilam do chalupy, okazalo sie, ze M. usmazyl nalesniki, co oczywiscie bylo bardzo mile, ale wszystko popsul kiedy Nik zazyczyl sobie platki z mlekiem, a ojciec stwierdzil (z nagana w glosie), ze zostala tylko resztka mleka, bo "mama za malo kupila". No kurna! Kupilam faktycznie troche mniej, bo ostatnio zostawaly nam po cale dwie butelki, a jedna sie nawet zepsula i musialam ja wylac. I oczywiscie, jak na zamowienie, poza zwyklym zuzyciem, malzonek jednego dnia smazyl racuchy, teraz nalesniki, Bi pila to mleko bez opamietania (a ma tygodnie, ze praktycznie go nie rusza)... Ale to przeciez moja wina, ze sie praktycznie skonczylo. :/ A malzonek widzi, ze jest juz malo, wie ze Nik zwykle chce platki na kolacje, ale i tak robi nalesniki, bo akurat je sobie umyslil. :/ Wieczorem Starsza oczywiscie naciskala zeby zmierzyc jej goraczke. Pomacalam glowe i wydawala sie cieplawa, ale nie goraca. Dla swietego spokoju jednak zmierzylam i... 37.8. No to sobie panna zalatwila dzien wolny od szkoly. Najgorsze, ze w weekend ma miec dwa mecze i jeszcze przyjecie urodzinowe kolezanki ze szkoly, a niewiadomo czy sie wykuruje choc troche... :/

Poniewaz Bi zostawala w domu, w piatek moglam pospac 20 minut dluzej, yuppi! :) Wstalam, przyszykowalam sniadanie Kokusiowi oraz sobie, po czym obudzilam syna. Mlodszy wstal w calkiem niezlym humorze, bo okazalo sie, ze dzien wczesniej, kiedy skonczylam mu czytac, nie siegnal jak zwykle po tableta czy konsole, tylko polozyl sie i... zasnal. Widzialam, ze spi przy zapalonym swietle, kiedy poszlam na gore sie polozyc, ale nie pomyslalam, ze to juz od dwoch godzin. Przynajmniej sie wyspal. ;) Dzien przywital nas ulewa. Pies wybiegl tylko na szybkie siusiu i po kilku minutach stal pod drzwiami, zeby go wpuscic spowrotem. Kot darl sie, wiec otworzylam mu z przodu drzwi, myslac, ze zostanie pod daszkiem. A gdzie tam; poleciala niewiadomo gdzie. ;) Odstawilam Nika na autobus, po czym stwierdzilam, ze przejde sie wokol domu zeby rozejrzec sie za durnowatym kiciulem. Sprawdzilam pod tarasem, bo tam ostatnio chowala sie przed deszczem. Nie znalazlam, ale kiedy sie odwrocilam, cos czarnego smignelo za dom. Najwyrazniej tym razem byla na tarasie i ciekawe czy miala na tyle oleju w glowie zeby schronic sie pod stolem... Na szczescie pobiegla na werande przy frontowych drzwiach, ale ze boi sie parasola, wiec kulila sie pod balustrada, szykujac do ucieczki. Jak najszybciej zlozylam parasolke i choc przykulona do ziemi i zerkajaca na niego z panika, wslizgnela sie przez otwarte drzwi do domu. ;) Panna Bi wstala nadal kaszlaco - smarkajaca, ale w miare rzeska i bez goraczki. Tylko troche niewyspana, bo zatkany nos nie dawal jej w nocy spac. Poniewaz byla w calkiem niezlej formie, no i ma telefon w razie czego, wiec dalam jej sniadanie i lekarstwo, przygotowalam dawke i jedzenie na pozniej, po czym pojechalam do pracy. Jakby go malo bylo ostatnio, deszcz nie przestal padac ani na chwile... Pogoda do siedzenia w chalupie, a ja musialam po pracy jechac jeszcze po spozywke, ech... Po powrocie do domu i rozpakowaniu zakupow, na szczescie pozostalo juz tylko sie zrelaksowac. Weekend! :) Bi nadal smarkala, pokaslywala i byla bardzo blada, ale poza tym wydawala sie miec normalny poziom energii i wieczorem juz jej temperatura nie podskoczyla. Mimo wszystko, z racji ze jutro ma byc tylko 15 stopni i nadal przelotnie padac, napisalam na app'ce zespolu, ze nie bedzie jej na meczu. Niech sie jeszcze jeden dzien podkuruje...

Milego weekendu i do poczytania! :)

piątek, 22 września 2023

Pilkarsko i szkolnie

W sobote, 15 wrzesnia, moglismy sobie dluzej pospac i to wszyscy, nawet M. ;) U niego w pracy jest tak, ze jesli wzywaja na weekend, to w soboty placa razy 1.5, a w niedziele podwojnie. Niewielka grupka (w tym moj malzonek), przychodzila w obydwa dni, ale wiekszosc pracownikow wolala przyjsc tylko w niedziele, bo wiecej placili, a jednoczesnie chcieli miec jeden dzien weekendu wolny. Tym razem wiec szefostwo sie scwanilo i stwierdzili, ze skoro wiekszosc woli przyjsc tylko w niedziele, to na sobote nie wezwa nikogo. Malzonek mial wiec przymusowy wolny dzien i dobrze, bo to taki typ, ze jak wzywaja do roboty, to bedzie przychodzil az sie zupelnie zajedzie... Nik mial mecz, ale rozgrzewka byla dopiero na 11:30, wiec poranek byl spokojny i leniwy. Choc i tak smignal niewiadomo kiedy, z racji ze wstalismy pozno. O dziwo malzonek chcial jechac, gdzie zwykle unika meczow, tak samo jak Bi, ktora stwierdzila, ze jedzie bo lubi pilke. Ok, chociaz raz nie siedzialam tam sama. ;) Niestety, trener, ktory dal mi troche nadziei po poprzednim meczu, tym razem juz mnie rozczarowal. Co prawda bylo az 4 rezerwowych (a ostatnio mieli tylko dwoch), wiec wiadomo, ze wiecej do wymiany, ale jednak byli chlopcy, ktorzy przegrali caly mecz.

Nik biegnie za przeciwnikiem, ale czy dogonil? Nie pamietam... ;)
 

A Nik gral doslownie 5 minut w pierwszej polowie i tyle samo w drugiej. Troche to rozczarowujace i cale szczescie, ze gralismy u siebie, a nie np. 45 minut drogi od domu. Po meczu zajechalismy jeszcze po sushi na lunch, a potem odsapnac do domu. Poniewaz M. mial kolejnego dnia rano pracowac, wiec pojechalismy na popoludniowa msze, a stamtad bylismy juz w polowie drogi do sklepu ze sprzetem gospodarstwa domowego. Stwierdzilismy wiec, ze moze obejrzymy telewizory, zeby chociaz zdecydowac co ewentualnie by nam pasowalo. I chyba mamy juz "wybranca", choc jeszcze ciagle wahamy sie czy nie wezwac jakiegos technika do starego, zeby chociaz spojrzal i potwierdzil, ze poszedl frontowy panel. Jesli to to, nie oplaca sie go naprawiac. Jeden z ludzi, z ktorymi M. rozmawial, powiedzial jednak ze jest szansa, ze moze to byc jakas pierdolka, czujniczek, czy cos takiego. Moze wiec oplaca sie zeby ktos w ogole tego gruchota obejrzal. Po powrocie juz normalny wieczor, jakies pranie, prysznice, upieklam tez znow chlebek bananowy, bo ciagle zostaje nam po kilka bananow, ktore nie nadaja sie juz do niczego. Ja bowiem kupuje zawsze zielonkawe, zeby pomalu dojrzewaly, za to moj malzonek potem gdzies po drodze kupi kisc takich juz zoltych, "na teraz". Mamy wiec zwykle nadmiar i tego nie przejadamy. M. sie nie przejmuje, bo banana bread bardzo lubi, a mnie sie juz tak przejadl, ze nie moge na niego patrzec. No ale bananow szkoda mi wyrzucic, wiec pieke...

W niedziele juz malzonek pojechal do pracy, ale ja i dzieciaki ponownie mielismy spokojny ranek. Wyspalismy sie i pomalu dobudzalismy. Z racji, ze sobota byla taka troche rozbita i niewiele zrobilam, w niedziele rano jeszcze mylam zlewy w kuchni i kuchenke, wstawialam ostatnie pranie, itd. Pozniej przyjechal moj tata i z racji, ze pogoda byla przepiekna - takie idealne pozne lato z lekkim wietrzykiem i 25 stopniami, wiec siedzielismy na tarasie. W ktoryms momencie Bi namowila dziadka na partyjke gry, dolaczyl Nik i tak sie wciagneli, ze grali przez reszte wizyty.

Wesole towarzystwo :)
 

I dobrze, bo choc raz Potworki spedzily czas z dziadziem, bo tak to tylko sie przywitaja i siedza z nosami w tabletach. ;) Po odjezdzie dziadka musialam dalej ogarnac skladanie prania, zmywarke i takie tam, a potem juz trzeba sie bylo szykowac na mecz. Tym razem jechalismy do sasiedniej miejscowosci, ale doslownie za "granice" naszej miejscowosci, wiec mielismy niecale 10 minut jazdy. Ponownie gral Nik i przyznam ze srednio mi sie chcialo jechac, bo rozgrzewka byla dopiero na 4:45, a o tej porze w niedziele raczej czlowiek juz chce sie spokojnie zrelaksowac. Zreszta, rozgrywka ponownie byla rozczarowujaca, bo Mlodszy zagral sobie tylko po pare minut w kazdej polowie.

Walka o pilke, ktora Nik niestety wyraznie przegrywa...
 

Malzonek sie oczywiscie obruszal, ze po co on tam przyjechal skoro oglada tylko innych chlopakow, ze Mlodszy jest za slaby i trzeba go przeniesc do zespolu rekreacyjnego, to przynajmniej sobie chlopak pogra... I zaczynam pomalu stwierdzac, ze moze ma (choc raz) racje. Nik wyraznie gra lepiej niz w zeszlym roku, ale nadal brakuje mu pewnosci siebie zeby wybiec do pilki i przejac ja od przeciwnikow. Oczywiscie brak czasu w grze tez robi swoje i chlopak nie ma gdzie sie rozwinac, a ten trener kontynuuje "tradycje" poprzedniego i trzyma ta sama grupke chlopakow na boisku, sciagajac ich tylko pojedynczo dla krotkiego odpoczynku i lyka wody. Ponownie wiec ten sam sklad gra praktycznie cale mecze, a czterech rezerwowych glownie siedzi. Moze przy profesjonalnej lidze taki uklad sie sprawdza, ale mowimy o 11-letnich dzieciakach. Poki co jednak, Nik sam nie wie czy chcialby wrocic na pilke rekreacyjna. Z jednej strony chcialby wiecej grac, ale z drugiej poznal juz tych chlopakow i z wiekszoscia sie dogaduje, nie bardzo chce wiec zmieniac grupy. Mysle jednak, ze na wiosne bedzie trzeba nad tym intensywnie pomyslec... W kazdym razie, pojechalismy, popatrzylismy, chlopaki zremisowali 4:4, choc nalezala im sie wygrana, bo grali zdecydowanie lepiej, a dwa gole przeciwnikow to byly karniaki. ;) Mecz skonczyl sie o 18:20, wiec po powrocie tylko szybko wykapac Nika, a potem juz trzeba sie bylo szykowac na kolejny tydzien kieratu.

Poza tym, niedziela to byl dzien dramatow malych i duzych. Na meczu Nik oberwal w kciuka prawej reki i jeczal nam caly wieczor, ze go boli. Kurcze, wyszedl na kilka minut gry i juz zdolal sobie zrobic krzywde! :D W kazdym razie, ktorys kolega naopowiadal mu, ze dwa tygodnie temu tez dostal pilka i pekla mu kosc w palcu. Hmmm... tylko ze nie pamietam zeby ten chlopiec nosil jakiekolwiek usztywnienie czy nie przyjezdzal na treningi... Mlodszy jednak bardzo sie przejal i dopytywal co jesli jemu tez pekla kosteczka. Obejrzelismy z M. palucha, ktory wygladal zupelnie zwyczajnie; ani nie byl spuchniety, ani nawet zaczerwieniony i stwierdzilismy, ze raczej nic wielkiego mu nie dolega. W domu dalam Nikowi lod do przylozenia, ale kawaler ciagle dopytywal co ma robic jesli w szkole palec zacznie mu puchnac, a w ogole to on nie wie, czy da rade pisac, bo to prawa reka. ;) No nie wiem co w niego wstapilo, bo Mlodszy to taki typ, co wywali sie, krew leci, a on zapewnia, ze nic mu nie jest. A teraz przejal sie bolacym paluszkiem. :D Nie musze chyba dodawac, ze kolejnego ranka wstal z paluchem zupelnie zdrowym i sprawnym? ;) Wiekszy dramat urzadzila mi Bi. Pannie znow wlaczyl sie stres ze szkola i szlochala mi pol godziny, ze ona sie denerwuje, bo ma za duzo zadawane, ale czasem nie zdazy zapisac co, czesc zadan robi w szkole, wiec potem juz sama nie wie co musi zrobic, a co nie, ze boi sie, ze o czyms zapomni, albo nie bedzie pamietac ze ma test i dostanie zla ocene, itd. Ze niektore zadania musi konczyc w weekend, a ona nie chce i ze to niesprawiedliwe, bo ona chce odpoczac i sie zrelaksowac a nie odrabiac zadania i cwiczyc gre na skrzypcach, a poza tym sa treningi i mecze i ona nie ma czasu... Hmmm... To mowi panna, ktora poki co nie miala ani jednego meczu, a jezdzi na Nikowe, bo ma ochote. I teraz placze, ze nie ma czasu?! Poza tym jednak, klania sie tutejszy system nauczania, gdzie dzieci maja naprawde ogromne luzy az do VI klasy. Maja niewiele zadawane, a juz na pewno nigdy na weekend. Nie musza przygotowywac sie do testow, bo program zaklada, ze wszystko powinni wyniesc z lekcji. W VI klasie delikatnie zaczynaja przygotowywac dzieciaki, ze nie zawsze bedzie to tak wygladalo. Nadal nie maja pracy domowej na weekendy, a ta w tygodniu to zwykle matematyka. Bi miala rok temu dwa (!) testy, do ktorych musiala pouczyc sie w domu i miala na to chyba z tydzien. A w VII klasie, w middle school, nagle: buch! Praca domowa z niemal kazdego przedmiotu, zapowiadane testy i kartkowki i mlodziez przezywa szok. ;) Ja, ktora edukacje zaczynalam w bezlitosnej polskiej szkole lat 80-tych, tylko sie podsmiewuje, ze w koncu wyglada to jak szkola, a nie zabawa, ale Bi trzeba bylo jakos pocieszyc. Musi sie dziewczyna nauczyc po prostu systematycznosci, zapisywac co ma robic na karteczkach, itd. Najlepsze, ze nie wiem jak ona slucha nauczycieli i sprawdza dostepne zrodla, bo nawet ja - rodzic, wiem, ze na glownej stronie szkoly, nauczyciele wrzucaja codziennie liste z praca domowa! Moze nie wszyscy, ale wyglada, ze wiekszosc. I ona tego nie wie?! Przez jakis czas bede musiala niestety sprawdzac sama i truc jej glowe czy zrobila to co powinna...

Poniedzialek zaczal sie brutalnie. Nie tylko od samego ranka padal deszcz, ale autobusy spoznily sie po prostu skandalicznie. Poniewaz padalo, stalam z Bi na przystanku i kulilysmy sie pod wspolnym parasolem, bo panna nie chciala wziac kurtki przeciwdeszczowej zamiast bluzy i stanowczo odmowila wziecia wlasnej parasolki. Jej kolezanka podjechala autem, ale siedziala w srodku. Autobus zwykle podjezdza miedzy 7:09, a 7:14, ale kiedy zrobila sie 7:26 (czyli 14 minut przed poczatkiem lekcji), sasiadka zadzwonila do firmy przewozowej. Powiedzieli, ze autobus powinien podjechac za 5 minut, ale stwierdzila, ze zawiezie dziewczyny zeby bylo szybciej. One wiec odjechaly, a ja popedzilam do domu, bo Nik przeciez spal nadal w najlepsze. Obudzilam panicza i na szczescie wstal bez wiekszego marudzenia, wyszykowal sie tez w miare sprawnie i poszlismy na przystanek. Autobus najpierw planowo powinien byl byc o 8:08, ale jesli pamietacie, zaczal przyjezdzac coraz wczesniej. W zeszlym tygodniu dostalam maila, ze nowy planowy czas przyjazdu to 7:54. Stojac tam, sprawdzilam wiadomosci i okazalo sie, ze o 7:49 wyslali maila, ze autobusy sa opoznione z powodu "zlej pogody". Ludzie! Przeciez to nie zamiecie i zawieje, tylko troche deszczu i to niezbyt ulewnego!!! :O Tymczasem zrobila sie 8:15 i autobusu nadal nie bylo. Sasiad (stojacy ze swoja corka), zadzwonil do firmy przewozowej i zapytal gdzie on jest. Pani w centrali powiedziala, ze sprawdzi po czym... zniknela. W telefonie slychac bylo tylko stuki i trzaski, a potem sie... rozlaczylo! Kiedy zadzwonil ponownie, nikt nie podnosil sluchawki! :O Po chwili podjechal drugi sasiad (z corka - siostra psiapsiolki Bi) i zaoferowal, ze zabierze Nika do szkoly. Mlodszy najwyrazniej mial juz tak dosyc tego stania, ze choc zwykle nie chce jezdzic z obcymi, tym razem wsiadl i pojechal bez szemrania. ;) I tak byla juz 8:36, wiec do szkoly na czas raczej nie dojechali... Ja wrocilam do chalupy zla, bo mialam przed praca poskladac pranie i rozladowac zmywarke. Tymczasem czasu starczylo mi tylko na nakarmienie Oreo i ogarniecie siebie do konca. O 9:06, kiedy wlasnie zbieralam sie do wyjscia, nasza ulica... przejechal autobus!!! Przypomne, ze u Kokusia lekcje zaczynaja sie o 8:45. :O A juz w pracy doczytalam kolejnego maila, ktory przyszedl o 9:24 ze szkoly, ze przepraszaja za tak mocne opoznienie autobusu nr. 5 i ze firma przewozowa nie poinformowala ich o tym, bo sami nie zdawali sobie sprawy z problemu. Taa... Tyle, ze moj sasiad przy mnie dzwonil do nich z pytaniem gdzie jest autobus, a na pewno nie byl jedynym rodzicem dzwoniacym z tym pytaniem. Ale oni nic nie wiedzieli, jaaasne! :/ W pracy jak to w pracy, za to po do domu i nigdzie juz nie musialam sie ruszac. Bylo to tym milsze, ze nadal padal deszcz. Od samego rana ani na chwile nie przestalo. W najlepszym razie przechodzilo w mzawke, zeby po chwili znowu lunac. Wieczor zlecial czywiscie ekspresowo. Musialam dokonczyc to, czego nie zrobilam rano przez opoznione autobusy. Poza tym normalne, cowieczorne pierdolki, do tego pomoc Kokusiowi w pracy domowej, a na koniec zagonic Potworki do gry na instrumentach. Bi wlasciwie "gonic" nie musialam, bo sama sie za to zabrala.

Skrzypaczka
 

Nik to jednak juz inna para kaloszy i niestety, na haslo zeby wzial trabke i przecwiczyl to i owo skoro kolejnego dnia ma probe zespolu, zaczelo sie przewracanie oczami i jeki. Przecwiczyl jednak i zajelo mu to zawrotne 5 minut, bo dopiero co zaczeli pierwsze proby, wiec poznali raptem dwie linijki nut. ;)

Nie wiem co oni maja z tym staniem, skoro nawet w szkole siedza na krzeselkach
 

Wtorek moglam zaczac nieco pozniej niz zwykle, bo panna Bi miala rano coroczna kontrole u lekarza. Wstalam wiec troche pozniej, zjadlam sniadanie, a potem budzilam Kokusia zeby zjadl swoje i sie szykowal. Odprowadzilam Mlodszego na autobus, ktory tym razem przyjechal o czasie. Jedna mama, ktora w tym roku jest z nami na przystanku, dowiedziala sie, ze problem dzien wczesniej wynikal z tego, ze nie mieli kierowcy i ktorys musial zrobic dwie rundy, a ze nasz autobus zbiera dzieciaki z dwoch tras, wiec tyle to zeszlo. Ale w mailu musieli sklamac, ze nie wiedzieli o zadnym problemie, taaa... ;) Nik gdzies widzial jak ich autobus w koncu podjechal do szkoly i podobno byla w nim tylko jedna (!) uczennica. Biedny dzieciak, mozliwe ze jej rodzice pojechali do pracy, a ona miala czekac na autobus i tak stala biedaczka az dojechal... A wszystkich innych, z tego co wiem, zawiezli  rodzice/sasiedzi/znajomi, itd. Ale wracajac do wtorku. Wrocilam do chalupy, gdzie juz krecila sie na dole Bi. Zapodalam sniadanie corce, troche jak zwykle ogarnelam i zaczelam sie rozgladac za kotem. Wypuscilam Oreo z samego ranka, jeszcze przed obudzeniem Kokusia i kiciul ponownie wsiakl. Musi miec jednak wbudowany jakis wewnetrzny zegar, bo zjawil sie o 8:30, czyli w sam raz na sniadanie. Pozniej zas ulozyla sie na swojej wiezy, wyraznie szykujac sie na drzemke. Wyglada to jakby wiedziala, o ktorej musi wrocic zeby dostac jesc, a potem ze zaraz wszyscy wychodza i bedzie czas na spokojny odpoczynek. ;) Pojechalysmy z panna do lekarza, gdzie oczywiscie najwiekszym niepokojem bylo, czy beda pobierac krew albo dawac szczepionki. ;) Niestety, lekarze maja liste pytan do takich dorastajacych dzieciakow i kilka z nich dotyczy tego czy nie czuja sie czesto smutni, rozczarowani soba, czy nie mysla o zrobieniu sobie krzywdy, itd. Tak jak dla maluchow zadawali rodzicom pytania okreslajace czy dziecko nie ma wczesnych oznak autyzmu, tak teraz pytaja o depresje i zaburzenia nastroju. A panna Bi, ktora jak wiadomo ma cos ostatnio problemy z samoocena, rozplakala sie i odpowiedziala "tak". Nooo, to juz wiedzialam, ze tak szybko stamtad nie wyjdziemy! W sumie to w pierwszej chwili az mi samej serce stanelo, bo pomyslalam, ze moze cos ominelam, gdzies czegos nie zauwazylam, a Starsza moze ma prawdziwe problemy ze soba... Lekarka zaczela oczywiscie drazyc, dopytywac i wyszlo, ze panne stresuje szkola, dziwny grafik, ze boi sie, ze sie pomyli i pojdzie nie na ta lekcje co trzeba i ktos ja ochrzani, ze czegos zapomni z szafki i potem nie zdazy po to wrocic (przerwy maja tylko 4-minutowe), itp. Ot, takie typowe zagwozdki zwiazane z nowa szkola. Pozniej, juz w samochodzie, wspomnialam, ze "no mialysmy emocjonalna wizyte", a panna wzruszyla ramionami, ze ona w sumie wyzywa sie w myslach od glupich i puka telefonem w glowe i najbardziej byla zestresowana przed rozpoczeciem szkoly, a teraz juz jest w sumie ok. No to "pieknie", bo jak u lekarza nagle palnela ze myslala o zrobieniu sobie krzywdy, pomyslalam, ze lekarka zaraz odesle nas do jakiegos psychologa, czy innego psychiatry! :O A ona o takich bzdetach... To jest tylko dowod, ze chyba nieco sie spiesza z takimi ankietami, bo powinny byc tak dla 15-16-latkow, ktorzy potrafia juz odroznic co jest prawdziwym problemem, a co tylko szkolnym stresikiem... ;) Poza tym, jak zwykle panna zostala osluchana, obadana, pani doktor zajrzala jej w gardlo, uszy, pouciskala brzuch, zapytala o miesiaczkowanie, itd. Sprawdzono tez wzrok i ten nadal Bi ma idealny. Z danych technicznych:

Wzrost: 158.8 cm (62.5 in; 76 centyl)

Waga: 50.6 kg (111 lbs, 9.6 oz; 77 centyl)

Wykres wskazuje, ze po dwoch latach bardzo intensywnego wzrostu, teraz panna juz zwalnia. Urosla w rok okolo 4 cm, czyli jakas polowe tego, co jeszcze w niedawnych latach. Trzeba tez mocno kontrolowac jej wage, co przy zamilowaniu Bi do slodyczy, bedzie nie lada wyzwaniem... Szczerze, to troche mnie ta jej waga przerazila. Ja sama w mlodosci zawsze wazylam wlasnie 50-52 kg, bylam juz wtedy jednak dorosla i o dobre 10 cm wyzsza! :O To sa oczywiscie tylko moje przemyslenia, bo Starsza oczywiscie miesci sie w normie i lekarka nie zglaszala zadnego problemu. Po wizycie odwiozlam corke do szkoly i choc byla dopiero 10:15, to akurat zalapala sie na... lunch. Strasznie wczesnie go maja... Ja zas pojechalam do pracy oczywiscie. Ech, jak moja robota sie przeniesie, bedzie mi brakowac tego dojazdu w 2 minuty od szkoly... Po robocie pedem do domu, bo na 17 Potworniccy mieli oczywiscie treningi. Wyrzucilismy najpierw Kokusia, a potem Bi z kolezanka. Zaparkowalismy mniej wiecej po srodku, miedzy ich boiskami, nie wiedzac kto wczesniej skonczy, po czym ruszylismy na nasza zwyczajowa przechadzke. Czy raczej marsz, bo staramy sie isc szybszym tempem. Nie takim zeby po chwili ciezko dyszec i pasc po drodze, ale wystarczajacym, zeby czlowiek poczul, ze to sport, a nie niedzielny spacerek. ;) Szkoda, ze tereny wokol kompleksu sportowego maja chyba wysokie wody gruntowe, wiec byle wiecej deszczu i je zalewa, a potem woda stoi tam duzo dluzej niz w reszcie miejscowosci. Po zeszlotygodniowych ulewach w ogole grunt jest przesycony i poniedzialkowy, calodzienny deszcz nie mial po prostu jak wsiaknac. Wszedzie staly ogromne kaluze, a chodniki pokryte byly zaschnietym blotem - znak, ze dzien wczesniej plynela tamtedy woda. Nie ryzykowalismy wiec spaceru wzdluz rzeki, przez las, bo bylismy pewni, ze sciezka bedzie w ktoryms momencie nie do przebrniecia... Zamiast tego, znow poszlismy chodnikiem wzdluz drogi. Spacer przynajmniej w sloncu, ale za to w halasie robionym przez samochody.

Pechowo, nie dosc, ze za drzewem, to Nik odwrocony tylem
 

W drodze powrotnej zatrzymalam sie na kilka minut przy boisku Nika zeby popatrzec na jego trening, a potem musielismy sie z M. rozdzielic - on zostal u syna, a ja poszlam do dziewczyn. Okazalo sie, ze obaj trenerzy przedluzyli i dzieciaki skonczyly o 18:30.

Bi celuje w bramke
 

Po powrocie i odstawieniu mlodocianej sasiadki, pedem pod prysznic, a potem Potworki musialy skonczyc prace domowa, bo Nik przed treningiem tylko ja zaczal, zas Bi nie zrobila nawet tego. Na szczescie sprawdzila ten swoj zwariowany grafik i nie wszystko musiala robic na nastepny dzien.

Sroda zaczela sie znow brutalna pobudka, bo Bi jechala juz do szkoly normalnie. Na szczescie autobus przyjechal o czasie, a kiedy pozniej poszlam obudzic Kokusia, niespodzianka - panicz juz nie spal. Jego autobus rowniez przyjechal na czas, a potem pozostalo juz tylko pokrecic sie po domu i jechac do pracy. Oczywiscie Oreo znow mi przepadla kiedy czas byl zeby wyjsc.

Czekajac na autobus Bi, rzucalam psu pileczke, a kot skakal obok jakby tez mial ochote aportowac, ale nie wiedzial jak sie za to zabrac :D
 

Caly ranek krecila sie po ogrodzie, ale wrocila do domu o 8:20, idealnie na sniadanie. Mialam juz jej nie wypuszczac, ale darla sie pod drzwiami tarasowymi na cale gardlo, wiec w koncu otworzylam je i kot polecial. A kiedy mialam juz wychodzic, oczywiscie kiciula nie ma... Poszlam na poszukiwania w ogrodzie i jakims cudem nie tylko uslyszala moje wolanie, ale przybiegla spomiedzy drzew z tylu ogrodu. Czasem potrafi byc grzecznym kotkiem. ;) Zamknelam wiec kompletny zwierzyniec w chalupie i pojechalam. A w pracy kolejna niespodzianka, bo jedna z dziewczyn napisala, ze wyszedl jej pozytywny test na... korone! W sumie to nie pomyslalabym, ze ktos sie jeszcze testuje! :D Ona od tygodnia ciagle smarcze i kicha, ale ze ogolnie jest alergiczka, wiec nikt na to specjalnie nie zwrocil uwagi. W tym ona sama. ;) We wtorek wieczorem jednak dostala goraczki i oslabienia. Ja potraktowalabym to pewnie jako gorsze przezienienie, ale ona - Chinka, predziutko siegnela po test. ;) No i wyszedl pozytywny, a na reszte padl blady strach, bo jest nas czworo w niezbyt obszernym biurze. :D Po pracy do chalupy, ale, mimo ze sroda to dzien bez dodatkowych zajec, tym razem dlugo w nim nie zabawilam. Na 18 bylo bowiem spotkanie w szkole, tym razem Bi. Tak w ogole to zastanawiam sie, co zrobie za rok, bowiem u Nika rozdzielono spotkania dla V i VI klas. Natomiast u Bi, zarowno dla klas VII, jak i VIII byly o tej samej porze... Wygladalo to zupelnie inaczej niz u Kokusia i bylo baaardzo intensywne. Uczniowie mieli przygotowac grafik, taki, jaki maja okreslonego dnia w szkole i wypisac po kolei jaki maja przedmiot, z kim i w ktorej sali. Tyle, ze zamiast trwac tyle, co lekcje, kazde spotkanie trwalo 7 minut. Poznalam wiec pania od matematyki, angielskiego, hiszpanskiego oraz choru i panow od nauk socjalnych (ktore sa mieszanka historii i geografii), nauk scislych (tu polaczenie fizyki oraz chemii) oraz fizyki i inzynierii stosowanej.

Wychowawczyni Bi (chyba jedyna nauczycielka w szkole, ktora nosi maseczke), opowiada o tym, co robia na "crew", czyli czyms w rodzaju godziny wychowawczej
 

I stwierdzam, ze chetnie pochodzilabym do takiego "gimnazjum". Praktycznie na zadnym przedmiocie nie ma tu wkuwania regulek na pamiec, choc oczywiscie troche sie pouczyc tez trzeba bedzie. Nauka opiera sie jednak bardziej na samodzielnym poszukiwaniu informacji, spisywaniu najwazniejszych rzeczy i wyciaganiu wnioskow. Na matematyce uczniowie pracuja w grupach, probujac rozwiazac zadania, a jesli nauczycielka zauwaza, ze ktoras ma wyjatkowo dobry pomysl, zbiera reszte, zeby popatrzyli. Na angielskim wspolnie czytaja i analizuja teksty. Na chorze to uczniowie przesluchuja koncerty i wybieraja piosenki pasujace akurat do coroczniego "hasla" szkoly (w tym to Reaching New Heights). Nauki scisle oraz fizyka i inzynieria stosowana to w ogole marzenie chyba kazdego ucznia. Poki co dzieciaki eksperymentowaly z gestoscia materialow i wypornoscia, projektujac kamizelki ratunkowe dla ludzika. Na fizyce i inzynierii maja w klasie kilkanascie drukarek 3D i beda tworzyc projekty wedlug wlasnych pomyslow. Nauczyciel pokazal nam takie prostsze - jak doniczki (bo maja sadzonki i sprawdzaja w jakich materialach oprocz ziemii moga one rosnac) albo bardziej skomplikowane - jak zlozony z kilku czesci i naprawde sie zaswiecajacy miecz laserowy, wedlug wzoru tych z Gwiezdnych Wojen. Stwierdzam, ze w takiej szkole moze i sama polubilabym fizyke, ktora byla moja pieta achillesowa i najbardziej znienawidzonym przedmiotem. ;)

"Fizyka i inzynieria stosowana", brrr... :D
 

Przy wyjsciu zauwazylam jeszcze polki z rzeczami "znalezionymi" i zgarnelam sniadaniowke Bi. Panna wrocila w poniedzialek bez niej, ale nie mogla sobie przypomniec czy posiala ja w szkole, czy w autobusie. Szukala (podobno) we wtorek i w srode, ale bezskutecznie. Ciekawe, bo ja tylko spojrzalam na stosik pierdol i od razu ja namierzylam... ;) W sumie sniadaniowka to zadna strata, bo dostalam ja w pracy za darmo (przy promocji jakiejs firmy), ale wraz z nia przepadl tez jeden pojemnik na jedzenie oraz taki pojemniczek z zelem, ktory zamraza sie i on potem trzyma niska temperature jedzenia. Moje dzieciaki nie zjedza bowiem jogurtu w temperaturze pokojowej, ani kanapki z "ciepla" szynka. Zawsze wiec zamrazam te zelowe woreczki lub pojemniki i wkladam im do sniadaniowek. Fajnie wiec, ze wszystko sie znalazlo. 

O ile przed spotkaniami zaparkowalam bez problemu, bo zgodnie z sugestia przyjechalam 15 minut przed czasem, o tyle z wyjazdem nie bylo juz tak prosto. Przy wyjezdzie z parkingu jest znak stopu i pomyslalby ktos, ze ludzie beda podjezdzac, stawac i jechac dalej (przepusciwszy tych jadacych z boku). Nie ma jednak tak dobrze, bo ktos wpadl na "genialny" pomysl, zeby zaangazowac policje, ktora... stanela na srodku i zaczela kierowac ruchem! :/ Efekt mozna przewidziec - przepuszczali raz z jednej, raz z drugiej strony, ale skupiajac sie na ulicy, wiec na parkingu zrobil sie momentalnie kompletny zator.

Zdjecie pokazuje tylko skrawek parkingu, wiec zupelnie nie oddaje tego, co sie tam dzialo, a musicie mi uwierzyc na slowo, ze te wszystkie auta tam po prostu... staly, bo policja zablokowala wyjazd, a z kilku innych stron ludzie usilowali sie wlaczyc do sznureczka, wiec nie mieli juz nawet jak i gdzie sie ruszyc...
 

Najpierw stwierdzilam, ze nie bede sie pchala w to wariactwo i go przeczekam. Po chwili zauwazylam jednak, ze niektorzy odbijaja bok i wyjezdzaja z parkingu boczna drozka, gdzie jest co prawda znak zakazu wjazdu, bo to droga dla szkolnych autobusow, ale ze nikt sie tym nie przejmowal, wiec i ja pojechalam tamtedy. Troche "nielegalnie" wiec, ale po chwili znalazlam sie na drodze, gdzie policja oczywiscie szybko przepuscila mnie dalej. Zaoszczedzilam sobie pewnie dobre 10 minut czekania. ;) Do chalupy i tak dotarlam tuz przed 20, wiec tylko upewnilam sie, ze Potworki odrobily lekcje, a Nik pocwiczyl gre na skrzypcach i musialam szykowac sie szybko na nastepny dzien.

W czwartek taka sama poranna rutyna, jak zawsze. Najpierw Bi na autobus, pozniej Kokusia. U Mlodszego podjechal w momencie kiedy szlismy chodnikiem i Nik musial wlaczyc sprint i podbiec te ostatnie kilkanascie metrow. ;) Oreo jakims cudem trzymala sie tego dnia domu, wiec nie musialam jej szukac. Sama wrocila na sniadanie, potem znow wyszla, ale zjawila sie ponownie kiedy szykowalam sie do wyjscia. Mogloby juz byc tak zawsze. ;) W nocy bylo 11 stopni i rano w domu wlaczylo sie... ogrzewanie. Nie wiem czy pamietacie, ale raptem tydzien temu wylaczylismy klimatyzacje! :D Taka dzika pogoda o tej porze roku. Na noc zamykane okna, a i tak nad ranem dom wychlodzi sie na tyle, ze wlaczy sie ogrzewanie. Za to po poludniu mialy byc 23 stopnie, wiec wychodzac do pracy uchylilam lekko okna, zeby sie wietrzylo. ;) Po pracy szybko do biblioteki, a potem juz do domu, bo na 17 oczywiscie trening. Potworki biegaly za pilka, a my z M. urzadzilismy sobie marsz. Tym razem przez las. Mimo ze gdzieniegdzie nadal bylo blocko, dalo sie przejsc z grubsza sucha noga. No i milo bylo dla odmiany posluchac cwierkania ptakow, a nie ryku samochodow. Tylko komary ciely jak zwariowane... No nie moze byc idealnie... ;) Zrobilismy koleczko, cofnelam sie na chwile zeby popatrzec na chlopakow, po czym musialam wracac na moj normalny posterunek przy dziewczynach.

Mlodszy przymierza sie do kopniecia
 

Tym razem skonczyly o czasie, a zespolowi Kokusia sie przedluzylo. Kolezanke Bi miala jednak odebrac opiekunka, a gdzies sie zagubila, wiec poczekalysmy z nia i zanim panna odjechala, a my dojechalysmy pod boisko chlopakow, oni tez zdazyli juz skonczyc.

Trener wzywa juz panny na ostatnia pogadanke
 

Dziewczyny z zespolu Bi dostaly kartki z informacja o zdjeciach. Niestety, kartka to glownie reklama dodatkowych produktow, ktore mozna zamowic wraz ze zdjeciami, ale nie ma ani slowa o tym kiedy owe zdjecia mozna zrobic. Ciekawa jestem tez czy cala druzyna bedzie chciala zrobic zdjecie grupowe. Musze napisac na app'ke, choc nie mam zbytniej ochoty, bowiem dotychczas wiekszosc moich pytan pozostaje bez odpowiedzi, wiec jestem mocno zniechecona... :/ Poniewaz nie mielismy tego dnia dodatkowego dziecka podczas powrotu do domu, pojechalismy jeszcze po kawe dla rodzicow i pizze dla dzieciakow i wrocilismy do chalupy. Tam szybka kolacja (pomimo pizzy, Nik nadal byl glodny :O), chwila odpoczynku, po czym Mlodszy znow zaszyl sie w swoim pokoju. Pechowo, mialam jakies zacmienie i nie przypomnialam mu, ze nie odrobil lekcji. Olsnilo mnie dopiero kiedy poszlam do gory powiedziec mu, ze pora szykowac sie do spania, ups... Na szczescie, tym razem mial co prawda matematyke, ale stwierdzil ze latwe i faktycznie, zrobil sam i zajelo mu to raptem kilkanascie minut.

Piatek to kolejna brutalna pobudka z dzieciakami zmeczonymi juz calotygodniowym, rannym wstawaniem. Bi wyliczyla mi wszystkie przedmioty, ktore miala tego dnia, marudzac, ze nie ma ochoty na zaden, nawet na orkiestre, bo kiepsko jej idzie i nie przecwiczyla utworu. Zdziwiona, spytalam czy nie cwiczyla w srode, kiedy ja bylam u niej w szkole i okazalo sie, ze nie... A ja bylam przekonana, ze oboje z Nikiem grali! :O Mlodszy za to zszedl na dol nieprzytomny, a na moje pytanie co chcialby na sniadanie, odpowiedzial: "Another day in hell..." [kolejny dzien w piekle]. Parsknelam smiechem i odpowiedzialam, ze to swietnie, ale co chcialby zjesc? Zanim odjedzie do tej piekielnej szkoly? :D Na szczescie oba autobusy przyjechaly o czasie, co bylo tym cudowniejsze, ze znow mielismy raptem 12 stopni, wiec stanie na zewnatrz nie nalezalo do przyjemnych. Kot rowniez nigdzie daleko nie przepadl i sam wrocil do chalupy na sniadanie, a potem przed moim wyjazdem. Tyle ze przy zamknietych drzwiach nie slychac jej miauczenia, wiec dobrze, ze nie slucham zadnej muzyki, bo jedynie delikatne szuranie czy skrobanie, dalo mi znac, ze kiciul probuje sie dostac do srodka. Za to Maya robi sie o Oreo zazdrosna. Kociak byl tego ranka wyjatkowo przytulasny; dawal sie drapac za uszkiem i glaskac grzbiet, a piesa podchodzila i wpychala sie na chama. No to co; musialam glaskac oba siersciuchy na dwie rece. :D Mimo ze w chalupie znow wlaczylo sie rano ogrzewanie, wychodzac pouchylalam okna jak dzien wczesniej, bo po poludniu znow mialy byc 22-23 stopnie... Po pracy na zakupy spozywcze i wlasciwie na tym zakonczyl sie ten dzien. Wrocilam dosc pozno, wiec obiad, jakies przetarcie tego, uprzatniecie tamtego i niewiedziec kiedy zrobil sie wieczor. Pechowo, mecz Kokusia nagle przeniesli ze wczesnego popoludnia, na 10 rano. Z jednej strony moze dzien bedzie mniej "rozbity", ale z drugiej oznacza to zerwanie sie nieco wczesniej i ranek z zegarkiem w reku... A i tak ma lac i ktos obiecal przyniesc takie rozkladane zadaszenie dla chlopakow. Fajnie, tylko... po rozgrzewce i tak beda mokrzy, wiec to zadaszenie malo co da. Nie mowiac juz o tym, ze ma byc 14 (!) stopni. Zapowiada sie "super"... :/

piątek, 15 września 2023

Burze i deszcze

Tym razem bez zadnych wyjazdow czy dodatkowych atrakcji, wiec nudy Panie Dziejku, co szybko mozna wywnioskowac po ilosci (minimalnej) zdjec! :D

Sobota, 9 wrzesnia, zaczela sie jak zwykle o tej porze roku, czyli od meczu. ;) Trzeba przyznac, ze brak organizacji w zespole Bi ulatwil mi zycie, bo M. pracowal, wiec nie mialam dylematu z tym, kto jedzie na mecz gdyby wypadly w tym samym czasie. Wada byla pora - rozgrywka miala sie zaczac o 8:30, a wiec na rozgrzewke trzeba sie bylo stawic o 8:10. Mimo, ze mecz odbyl sie w miejscowosci obok, gdzie na boiska mamy doslownie 5 minut - blizej niz na "nasze", ale jednak pobudka w sobote o tej samej porze co w tygodniu, nie byla przyjemna. Oczywiscie Nik zbieral sie tak opieszale i bez entuzjazmu, ze o 8:10 to dopiero wyjezdzalismy z chalupy. ;) Zdazylismy wyjechac z naszego osiedla, a Mlodszemu przypomnialo sie, ze nie wzial... ochraniaczy! No udusic po prostu! Ochraniacze leza zaraz obok korkow, na tej samej polce! Coz, poniewaz jechalismy tak blisko, ale juz bylismy spoznieni, wiec odstawilam Nika na boisko zeby zaliczyl rozgrzewke i pokazal, ze jest, a ja wrocilam do domu. Chwycilam ochraniacze i pedem spowrotem! Na szczescie, przy tak malej odleglosci, wrocilam doslownie 10 minut po rozpoczeciu meczu. Mlodszy wybiegl mi na spotkanie z ulga, bo powiedziano mu, ze bez ochraniaczy nie wolno mu grac, a tego dnia mieli tylko dwojke rezerwowych. Bylo parno i duszno, mgla wisiala zaraz nad boiskami i lasek je otaczajacy przypominal dzungle. Ale przynajmniej nie padalo, no i bylo cieplo - 22 stopnie. Rozgrywka byla towarzyska, a wiec bez wiekszej presji, ale i tak okazalo sie, ze "nasi" przeciwnikow doslownie "zmietli" - wygrali 8:0. Zastanawiam sie jakim cudem tamta druzyna byla "ligowa", choc przypuszczam, ze byl to zespol "B". O co biega? ;) W naszym miescie, w niektorych rocznikach, tworza dwie druzyny ligowe. Druzyna "A", to ta glowna, zbierajaca najlepszych graczy, a druzyna "B" takich gorszych, ktorzy jednak chca grac w lidze. Tak jest np. z chlopcami o rok mlodszymi od Kokusia. Z niektorymi, o ktorych wiem ze sa w owej druzynie, Nik gral kiedys w zespole rekreacyjnym. Kojarze wiec "jak" graja i wiem, ze w zyciu nie zakwalifikowaliby sie do tej glownej druzyny. I cos mi sie wydaje, ze przeciwnicy zespolu Nika z soboty, to byl wlasnie taki slabszy zespol, bo to az niemozliwe, ze wygrali az tak i to bez wiekszego wysilku. Poki co podoba mi sie dzialanie nowego trenera, ktory jest po prostu tata jednego z chlopcow. Wymienial chlopakow regularnie i kazdy dostal szanse zeby i odpoczac, ale i solidnie pograc. W tym oczywiscie Nik. Mam nadzieje, ze tak juz zostanie, a nie ze robil to tylko dlatego, ze rozgrywka byla towarzyska (a wiec malo wazna), albo ze nie mial wiekszego wyjscia z tylko dwojka rezerwowych. ;) W kazdym razie chlopcow wygrana wrecz uskrzydlila. Nik rano siedzial przy sniadaniu naburmuszony, ale po meczu stwierdzil, ze fajnie bylo. Typowe. ;) Gral zreszta bardzo dobrze; co prawda unikal raczej bezposredniej walki o pilke, ale kiedy ja przejmowal, ladnie prowadzil i podawal dalej.

Mlody przymieza sie do przejecia pilki
 

Po meczu wrocilismy do domu i czlowiek zastanawial sie co robic z zyskanym czasem, bo byla dopiero 10. :D Chwycilam wiec za odkurzacz i mopa i doprowadzilam do porzadku podlogi na dole. Poza tym to jakies mniejsze ogarnianie, oraz oczywiscie weekendowe prania. W tym stroj Kokusia, bo ktos z organizatorow nie mysli. Stroj dostaje sie jeden, w tym dwa kolory koszulek, spodenki oraz skarpety. Zazwyczaj mecze sa ustawiane w miare tak, ze w jeden weekend porzebuja po jednym kolorze koszulek, ale ze juz kilka razy musieli je jednak zmienic, wiec trzeba miec oba. A spodenki oraz skarpety sa tylko jedne. W sobote, przy wysokiej wilgotnosci i calkiem cieplej temperaturze, Nik z meczu wyszedl wygladajac jakby wlasnie wzial prysznic. Zreszta, nawet przy chlodniejszych dniach, dzieciaki przy bieganiu zawsze sie spoca... Nie ma wiec bata; musze mu ten stroj przeprac, bo nie zalozy go przeciez kolejnego dnia... I choc glupio wstawiac pranie dla trzech rzeczy, ale jak mus to... jablkowy. :D Mimo, ze zapowiadane byly burze na wiekszosc dnia, to wczesnym popoludniem wyszlo slonce i wydawalo sie, ze prognozy zupelnie sie przesunely. Niestety, powietrze nie mialo zamiaru sie osuszyc, a zrobilo sie 27 stopni. Czlowiek mial wrazenie, ze jest w saunie i kiedy poszlam wyczyscic basen (liczac, ze skoro nadal jest goraco, to dzieciaki moze z niego skorzystaja), pot lecial mi ciurkiem po skroniach, plecach i innych czesciach ciala. Z ulga wrocilam do chalupy, blogoslawiac klimatyzacje. ;) Oczywiscie Bi zaraz chciala wkoczyc, ale za niecala godzine planowalismy jechac do kosciola, bo M. pracowal kolejnego dnia, wiec powiedzialam jej, ze jak wrocimy. Panna powyciagala wiec poduszki na tarasowe krzesla i rozlozyla sie z wloczkami oraz szydelkiem. Kiedy wyjezdzalismy bylo pelne slonce, wiec bez namyslu zostawilismy wszystko jak bylo. Dobrze, ze Maye zamknelismy w domu, a nie, jak czesto, na tarasie. ;) Kiedy wyszlismy po mszy, bylo juz pochmurno, ale nadal sucho. Dzieciaki wymyslily sobie paczki w piekarni, ktora mijamy po drodze, ale nam z M. przypomnialo sie, ze lato prawie minelo, a my ani razu nie bylismy w takiej ulubionej lodziarni, do ktorej jezdzimy od czasow jeszcze sprzed dzieci. Bylo cieplo i duszno, weekend, wiec stwierdzilismy ze mozemy jechac od razu. Dzieciaki oczywscie na to jak na lato. Jedynym problemem z owa lodziarnia jest to, ze trzeba do niej jechac tak z 20 minut. Przejechalismy przez nasza miejscowosc, wyjechalismy na autostrade i... lunelo! :O Ale spoko, takie przelotne deszcze to norma, "zaraz przejdzie", wiec jedziemy dalej. Taaa... Nie powiem, deszcz od czasu do czasu troche odpuszczal, ale zupelnie nie przestalo padac ani na chwilke. Do tego zaczelo blyskac i grzmiec. Przez parking pod lodziarnia przebieglismy w deszczu. W dodatku M. zaparkowal tak, ze zaraz przy drzwiach mialam doslownie rwacy potok, a na nogach klapeczki... Zamiast jak zawsze usiasc na laweczce na zewnatrz, musielismy siedziec w srodku, bo deszcz zawiewal az pod drzwi.

Takie niewielkie i niepozorne miejsce, a lody maja pyszne! Nawet Kokusia, choc ja nie jestem fanka czekoladowych, smakowaly wybornie!
 

Kiedy troje z nas skonczylo swoje lody, akurat przyszlo takie lekkie przejasnienie, wiec wyszlismy przed przybytek. Tylko Bi konczyla jeszcze swoja porcje. Nik po lodach dostal nadmiaru energii i w lekkim deszczu odstawial jakies pozy i dziwne marsze na parkingu.

"I'm dancing in the rain..."
 

Dobrze, ze (pewnie z powodu pogody) ulice byly opustoszale. ;) Nagle jednak znow zaczelo grzmiec, wiec Bi szybko polknela reszte lodow i popedzilismy do auta. W sama pore, bo po chwili lunelo doslownie jak z cebra. Na autostradzie sciana wody. Ludzie snuli sie niczym slimaki na awaryjnych swiatlach, a niektorzy stawali pod mostami zeby przeczekac najgorsze. Ciekawa jestem ile tam stali, bo ulewa, pioruny i grzmoty trwaly bez przerwy do poznej nocy. ;) My wrocilismy do domu i... sie zalamalismy. Wszystkie poduszki na tarasie zalane, bo nie dosc, ze te wyjete zostaly na krzeslach, to pojemnik na ich przechowanie otwarty na osciez, wiec zalalo wszystkie pozostale. Nic jednak nie dalo sie w tamtej chwili z tym zrobic. Wyskoczylam na taras i zamknelam pojemnik, ale poduchy na krzeslach zostawilam, bo i tak byly doszczetnie przemoczone, a nad glowa trzaskaly mi pioruny. ;) I taka pogoda zostala juz do nocy. Ulewa, co chwila blyskalo i grzmialo, swiatlo migotalo (ale na szczescie nie zgaslo) i dwa razy wywalilo mi kontakt od czajnika w kuchni. Taki wieczor na siedzenie w chlodnym i suchym domu i wzdychanie z ulga, ze nie trzeba wychodzic. ;)

A kiedy wieczorem poszlam na gore, zastalam panne tak. Spala jak zabita! Wyciagnelam jej ksiazke z rak, a ona nawet nie drgnela :D
 

W niedziele rano M. pojechal do pracy, a ja i Potworki odsypialismy szesc dni porannego wstawania. Dzien zaczal sie pochmurnie, ale poznym rankiem wyszlo slonce. Podskoczylam ze szczescia i powyciagalam z pojemnika zalane poduszki. Czyli wszystkie, bo zadna sie nie ostala. ;) Porozkladalam je na krzeslach oraz balustradzie, po czym jeszcze musialam szamotac sie z wielkim i nieporecznym pojemnikiem na nie, bo na dnie mial dobrych kilka cm wody. Ile mi sie udalo wody wylac, wylalam, reszte przetarlam i zostawilam przechylone do wyschniecia. Pozniej trzeba bylo sie szykowac na wizyte z u weta z kotem. Udalo mi sie wcisnac na niedziele, co jest nie tylko cudem, ale bardzo wygodnym. Szkoda, ze niepotrzebnym, bo gdyby poprzednio wet sie nie pomylil, nie musialabym sie tam zjawiac az do lutego. Wypisal recepte na kropelki na robaki na 10 miesiecy, ale wedlug wagi kota z tamtego czasu. A Oreo miala wtedy 4 miesiace, wiec wiadomo, ze jeszcze urosla i przytyla. Jak sie mozna bylo spodziewac, kiedy weszlam na strone zeby wykupic recepte, system jej nie przepuscil... Teraz pojechalam wiec zalatwic nowa recepte, ale kota wzielam, bo wiedzialam ze beda chcieli ja zwazyc. Kiciul wazy juz (tylko?) 3.5 kg. ;) Zabraly sie ze mna oczywiscie Potworki, bo ciekawosc nie zna granic. Mielismy ubaw, bo nasz kot, choc mlody, jest jednak dosc charakterny. Juz w domu nie moglam wepchnac go do konterka, bo groznie warczal i zapieral sie wszystkimi lapami. W koncu musialysmy z Bi zrobic jak z poldzikimi kotami w programach telewizyjnych: ja trzymalam kontener bokiem, otworem do gory, a Starsza wziela kota za kark, druga reka podtrzymala dupke i  wsadzila Oreo niczym do worka. :D U weta za to kot siedzial niczym trusia, zniosla grzecznie osluchiwanie i zagladanie w uszy, ale gdy wet otworzyl jej pyszczek zeby sprawdzic uzebienie, kiedy ja puscil, Oreo groznie zasyczala! Boki mozna bylo zrywac! :D Wrocilismy do domu, gdzie wlasnie podjechal M. i czyscil opony oraz kolpaki, bo wiadomo, ze auto musi byc wypucowane na glanc. ;) Za chwile przyjechal tez moj tata i stalismy chwile gadajac, az zaczelo... grzmiec. Nosz kurna! Poduchy z tarasu nadal mokre, a musialam je czym predzej schowac spowrotem. I zrobilam to w sama pore, bo po chwili zaczelo padac! Nie lalo tak intensywnie jak poprzedniego dnia, ale rowno i upierdliwie. Prognozy sie oczywiscie caly czas przesuwaly, ale zapowiadaly deszcz i burze do 17-18 po poludniu. Nie ma sie co dziwic wiec, ze Kokusiowy mecz, zaplanowany na 17:15, odwolali. I cale szczescie, bo szczerze mowiac, to o tej porze w niedziele, juz nigdzie nie chcialo mi sie jezdzic. A pozniej okazalo sie, ze przestalo padac okolo 16 i w sumie mogl sie odbyc, ale nie narzekam, bo takie spokojne popoludnia sa bezcenne.

Spiace akrobacje ;)
 

Moj tata pojechal wyjatkowo szybko, bo chcial byc w domu na mecz Polska - Albania, ktory byl o 15 naszego czasu. U nas nadal brak telewizora, wiec nie mial nawet jak obejrzec chociaz pierwszej polowy. Sprawdzajac potem wynik, stwierdzilam ze zupelnie niepotrzebnie sie spieszyl. :D Reszte popoludnia i wieczor spedzilismy juz snujac sie w sumie z kata w kat. Wstawilam ostatnie pranie, zagonilam Kokusia pod prysznic, upieklam po raz kolejny chlebek bananowy i reszta dnia zleciala. Trzeba tez bylo przeprowadzic na siersciuchach comiesieczna kuracje anty-pasozytowa. Pies to luzik - tabletke polknie bez oporu i potulnie da sobie pokropic grzbiet srodkiem na pchly i kleszcze. Kot... zupelnie inne stworzenie. Zebym mogla pokropic jej kark, Bi musiala ja trzymac, a Oreo sie wyrywala, drapala, warczala i syczala. :D Ciesze sie, ze srodek na kleszcze, komary, ale tez pasozyty wewnetrzne dla kotow, jest w kropelkach podawanych na skore. Nie wyobrazam sobie bowiem wcisnac jej do pyska tabletki. :O

Poniedzialek to jak zwykle brutalna pobudka, ale nie mam wyjscia i musze sie przyzwyczaic, bo tutaj wszystkie klasy w szkole zaczynaja lekcje o tej samej porze, nie ma wiec co liczyc na zmiane grafiku. ;) Middle school zaczyna o 7:40, a high school o 7:31 (nie pytajcie co za roznice robi ta minuta :D), wiec az do wyjazdu do college'u, Potworki beda wychodzily z domu bladym switem. ;) Odstawilam Bi na przystanek, przy czym wychodzac, widzialysmy, ze kocur sasiadow ("Bandyta") siedzi sobie u nas z przodu w ogrodku. Maya chciala go obwachac, ale jednak dala sobie spokoj i pobiegla za nami. W polowie drogi na przystanek zauwazylam, ze ida inni gimnazjalisci, wiec juz nie szlam z Bi do konca, tylko poslalam ja sama i wrocilam na podjazd. Gdzie bylam swiadkiem, jak Maya ponownie probuje sie "zapoznac" z Bandytem, ale ten nie bardzo toleruje obce psy, bo najezyl sie, zasyczal i rzucil na siersciucha z pazurami! Na to nasz (przeciez zwykle bardzo lagodny) psiur nie zdzierzyl, zawarczal, zaszczekal i pogonil kocura w krzaki! Oreo (ktora siedziala obok), spierdzielila w druga strone! :D A ja zostalam tam ze szczeka do ziemi, bo nie spodziewalam sie takiej walecznej postawy po naszym potulnym psie! :O Pozniej juz porzucalam pileczke siersciuchowi czekajac az Bi odjedzie, dalam kotu (ktory wylazl w koncu z kryjowki i wrocil do domu) sniadanie, wstawilam zmywarke, pokrecilam sie jeszcze i pojechalam do roboty. Aha! Kiedy wsiadlam do auta, zauwazylam na przedniej szybie slady... lapek! Wyraznie kocie lapki, z jednej strony wchodzace do gory, a z drugiej schodzace w dol, ze smugami kiedy kot sie slizgal. ;) Kiedy tam wlazla (bo zakladam, ze to Oreo) i po co, nie mam pojecia. Moze cos ja wystraszylo i wskoczyla na gore, a moze byla po prostu ciekawa. W pracy spokoj, za to wkurzyla mnie managerka zespolu pilkarskiego Starszej. A to ci nowina. ;) Babka w weekend przeslala wiadomosc, ktora dostala od wydzialu rekreacyjnego z miasta, w skrocie tlumaczaca, ze ktos tam nawalil i maja problem z ustaleniem grafiku. No dobrze, milo dla odmiany dostac jakas informacje. Tyle, ze ten grafik dotyczy naszych boisk, a wiec meczow na miejscu. Babka napisala, ze do wieczora w niedziele zamiesci na app'ce mecze wyjazdowe, bo tylko tyle moze narazie zrobic. Ok, dobre i to... Nie musze chyba dodawac, ze do niedzieli nic sie nie pojawilo? :D W poniedzialek rano, kobita dodala... jeden (!) mecz. I to dopiero na koniec miesiaca... Nie wiem jak ona "zarzadza" grafikiem, bo to niemozliwe, zeby zespol mial tylko jeden wyjazdowy mecz! U Nika tez nadal nie maja ustalonych meczow "u siebie", ale wyjazdowych w grafiku jest piec! Sezon sie zaczal, wiec watpie zeby zaden zespol managerce nie odpowiadal z potwierdzeniem terminu i godziny... Porazka kompletna. Tego dnia Bi miala kolejna rekrutacje do druzyny siatkowki, wiec prosto z pracy pojechalam po panne. Ktora stwierdzila, ze zupelnie jej nie szlo, odbijala pilke w zla strone, wiec raczej nic z tego nie bedzie. Coz, kolejny, ostatni juz nabor bedzie w srode. Dostanie sie, to fajnie. Nie dostanie, to tez jakos przezyjemy. ;) Mialam szczescie, bo rano zapowiadali burze juz od godziny 14, a ja dopiero w polowie drogi do pracy przypomnialam sobie, ze zapomnialam parasola! W dzien jednak prognozy tak sie poprzesuwaly, ze mialo padac dopiero po 17. Pojechalam wiec "na sucho" po Bi, a kiedy wracalysmy do domu, na horyzoncie dojrzalysmy grozne, granatowe chmury. Zdazylysmy dojechac do chalupy i po 15 moze minutach, zaczelo kropic i grzmiec. Mielismy powtorke z soboty, bo przez reszte wieczora co chwila blyskalo, walilo i lalo momentami tak, ze nie bylo widac drugiej strony ulicy. :O Tym razem, dla odmiany, oba Potworki mialy prace domowa. Nikowi zostaly raptem dwa zadania z matematyki, ale Bi miala 4 strony. Ratunku... Wydawaly sie proste (dla mnie), ale jak zaczelysmy robic, okazalo sie, ze panna zupelnie nie kuma mojego tlumaczenia, a kiedy w koncu okrezna droga i za pomoca obrazkow, wyjasnie o co biega, wykrzykuje, ze przeciez ona to umie i dlaczego nie mowie jej co ma robic?! Niestety, mowie. Mowie od 10 minut bez rezultatow, ale okazuje sie, ze to moja wina, ze panna nie potrafi myslec logicznie. Wkurzyc musial mnie tez oczywiscie malzonek, bo slyszy, ze mecze sie zeby cos Bi wytlumaczyc, a wysyla do mnie Kokusia, zeby zawracac mi dupe glowe. W rezultacie Nik oberwal zjebke, bo mialam juz nerwy mocno napiete, a jak on mi jeszcze co kika minut przylazi, bo mamo to, mamo tamto, to po prostu juz nie wytrzymuje. A malzonek zamiast sie pokajac, to nie dosc, ze sam nie pomoze, to jeszcze sie oburza, ze po co Bi ta zaawansowana matematyka, skoro ona nic nie rozumie?! Ze po co ja na nia zapisywalam?! Kurna, po pierwsze, to Starsza zostala zapisana niejako z automatu, przez nauczycielke ze starej szkoly, a po drugie, mowimy o zwyklych, pospolitych ulamkach. Na "normalnej" matematyce przeciez tez ich ucza!!! W kazdym razie, jakos przez lekcje przebrnelam, choc Nik to tez krol roztargnienia i ustalilismy, ze musi na strzalce oznaczyc liczby co 0.05, zeby poprawnie wpisac numery (on niestety tez ma ulamki, tylko dziesietne :D). Odchodze na chwile, a moj syn zaznacza co 0.01 i wscieka sie, ze mu sie tam nie zmiesci! Siasc i plakac po prostu. Jakos skonczylismy, a potem dla "relaksu" poszlam sprzatac lazienki, a Bi chwycila za skrzypce i zaczela rzepolic.

W tym roku Bi dostala juz pelnowymiarowe, "dorosle" skrzypce, z czego jest oczywiscie niezmiernie dumna. A ja musze przyznac, ze one wydaja naprawde zupelnie inny dzwiek niz te dzieciece! :O
 

Cwiczyla dobre pol godziny i zastanawiam sie ile potrwa zapal do takiego grania, bo zwykle zadnego z Potworkow do instrumentow nie mozna zagonic. ;) Tu poki co dziala magia nowosci, ale daje pannie miesiac i wiem, ze bede musiala tupnac noga zeby przecwiczyla zadane utwory. ;) W ogole to Bi wkurza mnie niemilosiernie, bo uklada sobie juz liste prezentow swiatecznych i chodzi za mna i nudzi mi nad uchem, ze "co bym jej kupila gdybym nie miala listy". Odpowiadam, ze nie wiem, bo po to wlasnie chce zawsze od dzieciakow liste zyczen, zebym nie musiala sie glowic. A poza tym mamy wrzesien i o Gwiazdce nawet jeszcze nie mysle. Oczywiscie mowa o Bi, wiec moja odpowiedz jej nie satysfakcjonuje i dalej jeczy i naciska: "Ale co jesli, ale o czym myslisz, ale pomysl, ale co...". Kiedy w koncu wieczorem usiadlam z kompem, a ta przylazla mi kolejny raz, bo wpadla na jakis pomysl, juz-juz siadla zadowolona na kanapie, juz wyciaga lapke z telefonem, bo ona musi mi koniecznie teraz, zaraz pokazac, jak na nia huknelam, zeby mi gitary nie zawracala i w tej chwili szla na gore szykowac sie do spania, to pannica az podskoczyla i obrazila sie, bo "przeciez nie musze od razu wrzeszczec". No musze niestety, bo do Potworow spokojne odpowiedzi nie trafiaja. Beda testowac moja cierpliwosc do upadlego, zadawac w kolko te same pytania i dopraszac tych samych rzeczy, az w koncu nie wytrzymuje i rykne na jedno czy drugie. I wtedy jest obraza majestatu, bo ja krzycze, a oni "tylko" zadaja pytanie... Niech sie naucza kiedy odpuscic i ze kiedy jestem tuz przed okresem, to jest najgorszy czas zeby sprawdzac na ile mozna sobie ze mna pozwolic... ;)

Wtorek zaczal sie jak zwykle, czyli zwlec sie z wyrka, popilnowac z daleka Bi, wrocic do chalupy, przygotowac sniadanie sobie i Kokusiowi, odstawic z kolei syna na autobus, w domu nakarmic kota, ogarnac co trzeba i do roboty. W pracy meeting, ale dosc szybki i bezbolesny. ;) Musialam wyjsc troche wczesniej i pojechac po syna do szkoly. Pamietacie, ze napisalam, ze M. postanowil odbierac go po lekcjach zeby nie musial sie tluc ponad godzine autobusem? Zdecydowalismy, ze zacznie w tym tygodniu i... jak na zawolanie we wtorek i srode malzonek mial po pracy sprawy do zalatwienia! Typowe... Zeby jednak nie kombinowac i nagle nie zmieniac na te dwa dni na autobus, stwierdzilam, ze skorzystam ze wzglednego spokoju w robocie i go odbiore. Pojechalam wiec i musze przyznac, ze syn byl tym razem jednym z pierwszych, ktorzy wyszli, wiec nie musialam dlugo tam sterczec. Wrocilismy do domu, podalam Potworkom szybko hot-dogi, bo robia sie ekspresowo, po czym siedli zeby odrobic choc czesc pracy domowej przed treningiem. To kolejna zaleta odbierania Mlodszego ze szkoly. Przy powrotach autobusem, zdazyl tylko szybko przegryzc obiad i nie bylo juz czasu na nic innego. Tego dnia zdazyl skonczyc wiekszosc zadan z matematyki. Jakos u nas, kurcze, wiekszosc pracy domowej, to matma. ;) Takie mamy efekty dwojki dzieciakow na zaawansowanym programie. ;) W kazdym razie, w koncu zapakowalismy mlodziez (w tym kolezanke Bi) do auta i pojechalismy. Niestety, w drodze na boiska, M. zostal zatrzymany przez... policje. :O Ja nawet nie zwrocilam uwagi, ale malzonek nie zatrzymal sie do konca przed znakiem STOP'u. Ech...  Blad ktory sama robie caly czas w tym miejscu. Ten znak jest bowiem na malej, drugorzednej uliczce, od ktorej odchodzi prosostopadle jeszcze mniejsza. Naprawde malo kiedy zdarza sie, ze dwa auta znajduja sie tam w tym samym czasie. Zwykle to "skrzyzowanie" jest zupelnie puste i ten znak jest tam mocno na wyrost. No ale akurat we wtorek jakis nadgorliwy policjant postanowil z tego skorzystac, zaczail sie za krzakami i "lapal" kierowcow. Padlo na M. :/ I mamy mandacik na $139. Malzonek sie jeszcze zastanawia czy odeslac go z czekiem, czy odmowic i czekac na wezwanie do sadu, liczac na czesciowe obnizenie sumy. W sadzie prawie zawsze obnizaja kare, ale jednak to lekki klopot. Zwalniac sie z pracy, jechac do sadu, odsiedziec tam swoje, bo takie drobne sprawy robia doslownie tasmowo i w sali czeka jakas setka ludzi... Wiem, bo bylam. No, ale to zmartwienie na inny dzien, a poki co musielismy jechac na boiska, choc w juz duzo gorszych humorach. ;) Kiedy dzieciaki trenowaly, my z M. lazilismy, mimo, ze srednio mi sie chcialo, bo tego dnia dostalam okres i poziom mojej energii wynosil okragle zero. Spielam sie jednak i dalam rade. Ciesze sie, ze Potworki maja treningi w tym samym kompleksie sportowym i o tej samej godzinie, ale ze nie moze byc idealnie, to maja je na dwoch przeciwleglych koncach. Doslownie; Nik na pierszym boisku, Bi na ostatnim. :D

Z jednej strony kompleksu chlopaki - juz w glebokim cieniu...
 

Kiedy wiec zostalo jakies 15 minut, rozdzielilismy sie, bo trener Starszej rutynowo przedluza, a temu Kokusia czasami tez sie zdarza. Nie wiedzielismy wiec, kto skonczy pierwszy. Ja zostalam z dziewczynami i okazalo sie, ze glownego trenera nie ma, wiec panny skonczyly o czasie. Zadzwonilam do M. zeby zostali na boisku Kokusia i poczekali, a my zaraz tam dojdziemy. 

Na drugim koncu dziewczyny - nadal w pelnym sloncu :)
 

Poszlysmy skrotem sciezka miedzy boiskami, ale zanim doszlysmy do ulicy, M. juz podjechal tam autem, bo chlopaki skonczyly zaraz po pannach. A w domu niestety czekala reszta pracy domowej. Bi zostawila sobie czesc na kolejny dzien, bo nastepna matme miala dopiero w czwartek, ale Nik musial skonczyc. Oznajmil ze dokonczy w swoim pokoju, co bylo mi zreszta na reke. Kiedy jednak pol godziny pozniej poszlam na gore zeby przygotowac ubrania na kolejny dzien, okazalo sie, ze panicz obliczyl... jedno cwiczenie. I to nie do konca! :O Dostal lekki ochrzan i w koncu zabral sie porzadnie do roboty. Na szczescie, po przypomnieniu jak znalezc wspolny mianownik (ach te ulamki), reszte zadan przeliczyl juz praktycznie sam i skonczyl w 10 minut...

Srodowy ranek przywital nas ponuro, pochmurno, ale sucho. Odprowadzilam Bi na przystanek, bo zadnych innych dzieci tam akurat nie bylo, ale po chwili podjechala jej kolezanka, tym razem z mama. Poniewaz dosc dawno sasiadki nie widzialam, wiec pogadalysmy sobie, choc niezbyt dlugo, bo stoje, rozmawiam, a katem oka widze Maye posuwajaca sie chodnikiem coraz dalej w moja strone, a dodatkowo Oreo... wychodzaca coraz dalej na ulice! Nosz... ten kot dlugo nie pozyje! :O Ruszylam w jej strone, ale na szczescie cos ja wystraszylo i spierdzielila pod krzak, tyle, ze w ogrodzie sasiadow. Chodzilam potem kolo tego krzaczora, wolalam kici-kici i nic. No coz, porzucalam psu pileczke, w miedzyczasie Bi odjechala, a ja ruszylam do domu, zeby ogarnac Kokusia. I co?! Oreo wylania sie zza mojego wlasnego domu! Kiedy i jak sie przemknela, nie mam pojecia! :D Obudzilam syna, zrobilam sniadanie sobie i jemu i po pol godzinie czas bylo wychodzic na jego autobus. Oczywiscie jak na zawolanie zaczelo kropic, ale luzik, wzielismy parasole i juz. Dzieciarnia odjechala, ruszylam w strone domu rozmawiajac z sasiadem i nagle... jak nie lunie! Od razu wiadrami! Pobieglam do domu rozgladajac sie za kotem, ktory nadal byl na dworze. Mialam nadzieje, ze pobiegla naprzod, gdzie przed frontowymi drzwami mamy przeciez mala werande. No gdzie, jasne ze jej tam nie ma. Weszlam do domu, gdzie czekal na mnie suchy i zadowolony z zycia psiur i przeszlam na druga strone, bo pomyslalam, ze moze Oreo schowala sie pod stolem na tarasie. No, nie. W pierwszej chwili stwierdzilam, ze trudno, wlazla pewnie pod jakims krzak i przeczeka. Zal mi sie jednak zrobilo malucha, wiec chwycilam za parasol i zaczelam obchodzic chalupe naokolo, probujac zajrzec pod wszelkie zadaszenia i krzaki. Pechowo wszystko bylo przygiete do ziemi i ciezko bylo cos zobaczyc. Oczywiscie wykrzykuje imie siersciucha, cmokam, itd. Bez rezultatu. Zajrzalam pod przyczepke i krzaki obok. Zeszlam na schodki do basenu, bo pomyslalam, ze moze schowala sie tam pod lawa. Deszcz zacina i mam wlasciwie cale mokre nogi i tylek, wiec stwierdzam w koncu, ze wracam do domu, a kiciul musi sobie poradzic. Na szczescie bylo 20 stopni, wiec pomimo ulewy, cieplutko. Odwracam sie zeby wrocic do domu, ale jeszcze omiatam wzrokiem najblizsze miejsca i... jest! Zamiast wpelznac w jakis naprawde suchy zakamarek, durnowate stworzenie schowalo sie za drabine oparta o dom, pod tarasem! Drabina wiadomo, nie oslania, a miedzy deskami tarasu, przy takiej ulewie, tez cieknie woda. Biedny gluptas siedzial tam skulony i wystraszony. Ale jak go wolalam, to nawet nie zamiauczal. ;) Zgarnelam mokrego siersciucha i zataszczylam pod parasolem do chalupy, gdzie przystapil do energicznego wylizywania. :) W sama pore wrocilismy, bo deszcz, jesli to mozliwe, jeszcze bardziej nabral mocy i w dodatku zaczelo blyskac i grzmiec! Jednoczesnie, moj telefon rozdzwonil sie ostrzezeniami przed powodziami blyskawicznymi w moich okolicach i zaleceniami zeby sie wychodzic z domu. Fajnie, tyle ze ja musialam jechac do pracy! W koncu pojechalam pol godziny pozniej niz zwykle, kiedy wydawalo mi sie, ze deszcz troche zelzal. Okazalo sie to pozorne, bo po drodze zlapala mnie solidna ulewa, az wycieraczki ledwie nadazaly. Wpakowalam sie tez w pare ogromnych kaluz i spowodowalam fontanny wody wokol siebie, ale dojechalam bez szwanku. A chwile pozniej deszcz ustal. Normalka. Za to kolezanka z pracy opowiedziala, ze szkole jej corki rano ewakuowano, bo zalalo caly parter budynku. To miala mlodziez pewnie radoche. :D

W wydziale rekreacyjnym miasta w koncu sie ogarneli i na appk'e od pilki noznej zaczely wplywac mecze. Strasznie dziwny jest to jednak sezon. Moze dlatego, ze nasza miejscowosc tak pozno zaczela zatwierdzac terminy, ale w zeszlym roku, caly sezon jesienny, a potem wiosenny, Nik mial jakos "zbalansowany". Na poczatku pojedyncze mecze w weekend, a potem (kiedy zaczely sie rozgrywki pucharowe), podwojne. Ale w calym sezonie nie bylo ani jednego weekendu (oprocz swiatecznych) bez zadnego meczu. Teraz (choc cos jeszcze moze wskoczyc) maja w pazdzierniku 3 (!!!) tygodnie bez meczow. Jednen z tych pustych weekendow jest dlugi, swiateczny, wiec ok, ale dwa pozostale powinny miec rozgrywki. U Bi wyglada to jeszcze dziwniej, bo teraz, na poczatku sezonu, maja dwa weekendy pod rzad bez meczow (choc tu wine zwalam na managerke), potem w pazdzierniku znow dwutygodniowa przerwe, ale, chyba zeby nadrobic, w jeden weekend maja miec 3 mecze, w tym dwa jednego dnia. Nie podoba mi sie ten grafik ani troche, tym bardziej, ze przynajmniej dwa razy mamy konflikt, gdzie Potworki maja mecze o podobnych porach, ale w innych miastach...

W srode M. ponownie mial do zalatwienia sprawe po pracy, wiec mnie przypadlo w udziale odebranie Kokusia, a ze Starsza miala znow rekrutacje do zespolu siatkarskiego, to musialam odebrac i ja. Najgorzej, ze szkole Bi mam zaraz za rogiem od pracy, a Nika a znacznie dalej, ale ze pierwszy konczyl on, wiec musialam po niego pojechac, po czym wracac niemal "do pracy", po corke. To byla juz ostatnia rekrutacja do druzyny siatkowki i panna sie... nie dostala. Troche szkoda, ale przynajmniej wiemy, ze mozemy uwage spokojnie skupic na pilce noznej, a potem sie pomysli. Wrocilam z Potworkami do domu, szybko zrobili sobie domowe pizze, a ja przebralam sie, po czym musialam znow popylac do... szkoly Kokusia. :D Tego dnia mieli coroczne spotkanie na temat programu nauczania. Tak naprawde to za kazdym razem wyglada to niemal identycznie i mozliwe ze odpuscilabym sobie te watpliwa przyjemnosc, ale byla to okazja poznac wychowawczynie Kokusia. Prezentacje prowadzily cztery nauczycielki, czyli wychowawczynie klas tworzacych jeden z "zespolow". Pisalam juz, ze wszystkie klasy w tej szkole (u Bi zreszta tez) podzielone sa wlasnie po cztery, na zespoly (u Starszej nazywaja to teams, a u kokusia tandem, bo czemu by bardziej nie namieszac :D) i to glownie z dzieciakami ze swojego zespolu, uczniowie maja lekcje i dodatkowe zajecia. Tylko orkiestry i chor dziela dzieciaki z kazdego rocznika na dwie grupy i kazda grupa ma osobny koncert. Co ciekawe, nauczycielki z jednego zespolu nawzajem wymieniaja sie przedmiotami. Np. wychowawczyni Kokusia uczy nauk scislych (science) oraz matematyki, ale w swojej klasie prowadzi tylko nauki scisle, a matematyki uczy inna nauczycielka. I wzajemnie, ta druga nauczycielka uczy swoja klase rowniez nauk scislych, a na matematyke przechodza do wychowawczyni Nika. Czemu ma to sluzyc, nie pytajcie. ;) Oprocz tego, wymieniaja sie tez nauczaniem w pozostalych dwoch klasach, podobnie jak dwie pozostale panie uczace jezyka angielskiego oraz nauk spolecznych, ktore tu sa mieszanka histrorii oraz geografii. Poza tym dzieciaki maja jeszcze kilku innych nauczycieli (wiadomo: chor, orkiestry, w-f, plastyka, hiszpanski i nie pamietam co jeszcze), ale spotkanie bylo tylko z wychowawczyniami. Szkoda, ze pozostale zespoly mialy spotkania w klasach, a akurat nasz w bibiliotece. Dwie sale, akurat z Kokusiowego zespolu, zostaly bowiem zalane podczas ostatnich ulewnych deszczy i byly osuszane, mialy zmieniane wykladziny, itd. Chociaz, tak naprawde to pozostaly jeszcze dwie klasy, wiec nie rozumiem dlaczego nie zrobiono spotkania w jednej z nich. Akurat Kokusia byla sucha. ;) Po prezentacji i tak zeszlam sobie pietro nizej poszukac klasy Mlodszego. Troche ze zdroznej ciekawosci, a troche zeby orientowac sie mniej wiecej gdzie mam isc podczas listopadowej wywiadowki. :D Niestety, okazalo sie ze klasy sa pozamykane na trzy spusty. Jedyne co moglam sobie obejrzec, to listy wywieszone na tablicach w korytarzu, przygotowywane co roku na poczatku, w ktorych dzieciaki opisuja 10 najwazniejszych punktow o sobie.

Moj syn zaznaczyl, ze lubi jezdzic na nartach w Stanie Vermont (slynacego z fajnych tras narciarskich), gdzie byl raz, kilka lat temu i pamieta tylko, ze wpadli na siebie z Bi i bylo sporo placzu :D
 

Po powrocie zrobil sie juz wlasciwie wieczor i trzeba sie bylo przyszykowac na kolejny dzien kieratu. ;)

W nocy ze srody na czwartek, w koncu nadeszlo ochlodzenie oraz spadla wilgotnosc. Z ulga wiec, po ponad tygodniu, wylaczylismy klimatyzacje i pootwieralismy okna. Okazalo sie jednak, ze troche sie pospieszylismy, bo po kilku dniach z ulewnymi deszczami, w tym w srode rano, wilgoc w powietrzu utrzymywala sie duzo dluzej niz przewidzielismy. Nik, ktory narzekal, ze jest niewyspany bo we wtorek niechcacy posiedzial dluzej niz powinien, o 23 wieczorem nagle zszedl na dol narzekajac, ze jest mu za cieplo, jest caly spocony i nie moze spac. Pieknie; kolejny zarwany wieczor. ;) Dla mnie wydawalo sie byc calkiem znosnie, wiec zastanawialam sie, czy nie bedzie znow chory, ale w czwartek rano wydawal sie ok i nawet wstal bez marudzenia, a spodziewalam sie ostrego protestu po tak poznym polozeniu sie. ;) Wczesniej zabralam Bi na przystanek, a raczej panna zabrala sie sama, bo jakos ciezko nam szlo szykowanie, patrze na zegarek, a tam 7:04! Poniewaz kilka razy autobus przyjechal o 7:09, wiec wolam do panny ze musi leciec, a ja szukalam jeszcze szybko spodenek i swetra. Rano bylo 14 stopni, wiec zimnica. ;) Na szczescie psiapsiolka Bi juz podjechala na przystanek, wiec Starsza popedzila do niej, a ja za moment dotarlam na moje stale stanowisko przy wyjezdzie spod domu. :) Porzucalam psiakowi pileczke, "gimbaza" odjechala, a potem juz sniadanie sobie i Nikowi, odprowadzic na autobus i jego, a w domu zwykle odgruzowywanie i takie tam. Niewiele brakowalo, a nadszedlby dzien, kiedy Oreo zostaje na dworze na caly ranek i czesc popoludnia. Kiedy odprowadzalam dzieciaki i wracalam, ona tez biegala za mna go ogrodu, a potem do chalupy. Kiedy jednak wpuscilam ja zeby dac jej sniadanie, mialam juz ja zatrzymac w domu. Tak sie jednak darla pod drzwiami, ze widzac iz mam jeszcze okolo pol godziny zanim bede musiala pedzic, wypuscilam ja na taras. Co jakis czas widzialam ja pozniej na froncie; a to na schodkach, a to zaczajona pod astrami. A kiedy chcialam juz wychodzic, kot przepadl! Wzielam jej dzwoniaca zabawke i potrzasalam nia przed drzwiami z przodu, potem na tarasie i nic. Poszlam wiec na obchod wokol domu, ale kota nie zlokalizowalam. Na szczescie po chwili sama sie zjawila. Typowe dla kiciuli. Pojawia sie kiedy chce i jesli chce. Pewnie kiedys sie nie pojawi i bardzo sie zdziwi jak potem bedzie sie darla pod drzwiami i nikt jej nie wpusci. :D W pracy spokojnie, a potem w koncu nie musialam nikogo odbierac. Niby odbieralam dzieciaki tylko dwa dni, a mam wrazenie jakbym robila to codziennie od poczatku roku. ;) Wrocilam na luzie do domu, ale dlugo w nim nie zabawilam, bo na 17 towarzystwo mialo treningi. Przynajmniej choc raz nie musielismy brac ze soba mlodocianej sasiadki. Panna ponoc przewrocila sie na przerwie w szkole i strasznie poobijala. :O Jakies pechowe to dziecko. Nie ma jeszcze dwunastu lat, a miala juz zlamana reke, dwa razy zlamanego palca stopy, usuwany wyrostek i wstrzasnienie mozgu. Rodzice powinni ja chyba owinac w folie babelkowa. :D Kiedy dzieciaki trenowaly, ja z M. wyrabialismy norme w chodzeniu. :)

Tym razem byli znow po przeciwnych stonach, ale odwrotnie - dziewczyny praktycznie w cieniu
 

Szkoda tylko, ze nie moglismy sie jak zwykle przejsc lasem wzdluz rzeki. Tamta okolica zostala dzien wczesniej kompletnie zalana, droga tymczasowo zamknieta i jeszcze w czwartek wszedzie bylo bloto i ogromne kaluze. Juz we wtorek musielismy niezle sie nagimnastykowac zeby poomijac podmokle miejsca. Wolalam sie nie przekonywac jak wygladalo to po dodatkowych ulewach. Poszlismy wiec wzdluz drogi oraz ogrodkow dzialkowych. Bylo cieplo i slonecznie, tylko niestety panowal tam spory ruch i halas przeszkadzal troche w rozmowie. :)

A chlopaki nadal w sloncu


Dzis rano (czyli w piatek :p), jak zwykle z daleka obserwowalam middle schoolers'ow (:D), po czym wrocilam do domu ogarnac Kokusia. Panicz spal tak mocno, ze tym razem musialam go solidnie poklepac i polaskotac zeby sie obudzil. Pewnie pomoglo, ze noc mielismy chlodna, rano bylo 12 stopni i pod kocykiem mial milutko i przytulnie. ;) Ja tez spalam jak zabita i jak zwykle przebudzam sie z budzikiem M., a pozniej Bi, tak dzis dopiero moj wlasny mnie zerwal i chwile nasluchiwalam nerwowo, bo nie bylam pewna czy Starsza juz wstala czy zaspala. Na szczescie juz sie krecila na dole. :) Kiedy Nik jadl sniadanie, wypuscilam Oreo, bo o tej porze zawsze tak lazi, to do domu, to wraca do ogrodu. Odstawilam syna na autobus, po czym wrocilam pod chalupe i ku mojemu zdumieniu, nie zarejestrowalam nigdzie czarnej plamy skaczacej miedzy chaszczami. Zwykle bowiem kiciul kreci sie przy domu i zgarniam go na sniadanie. Obeszlam chalupe naokolo, nawolujac, ale nigdzie jej nie bylo. Wyszlam na taras, z ktorego mam lepszy widok i dalej nic. Stwierdzilam jednak ze w koncu wroci. Dzien wczesniej sasiadka napisala mi ze widziala ja u nich ogrodzie, spogladajaca na ich dwie kotki siedzace na tarasie. Czyli zaczyna sie zapuszczac coraz dalej. Po jakims czasie stwierdzilam, ze obejde ogrod jeszcze raz, potrzasajac ta jej dzwoniaca zabawka. Jak pomyslalam, tak zrobilam, ale Oreo rozplynela sie w powietrzu (albo mnie ignorowala). Wrocilam spowrotem do domu i staralam sie przekonac sama siebie, ze no przeciez to kot i wiedzielismy, ze kiedys pewnie zacznie przepadac na cale dnie. Nie bardzo moglam jednak znalezc sobie miejsce. :D Kota nie widzialam juz od ponad godziny, za chwile powinnam wyruszac do pracy, a on nawet nie jadl jeszcze sniadania, wiec stwierdzilam, ze pojde na obchod jeszcze raz, podzwonie jej zabawka i moze z ulicy popatrze czy nie ma jej gdzies u sasiadow. Zdazylam jednak narzucic sweter i siegalam po buty, kiedy... jest! Siedzi pod frontowymi drzwiami i drze sie wnieboglosy! Nie wiem gdzie byla i co robila, ale jak zwykle przychodzi, po czym po chwili znow chce wyjsc, tym razem zjadla, dokladnie sie wylizala i poszla na swoja wieze spac. :D Tego dnia mielismy maly przedsmak jesieni. Po upale z zeszlego tygodnia i duchocie oraz burzach z ostatnich dni, dzis temperatura doszla tylko do 19 stopni, wilgotnosc powietrza byla niska, a za to solidnie wialo (resztka huraganu Lee przechodzila w poblizu naszych okolic). Poniewaz roznica byla tak gwaltowna, kiedy poszlam na moj zwyczajowy spacer wokol budynku, zalozylam polarowa bluze (chociaz ona jest stara i cieniutka) i bylo mi zwyczajnie... chlodno. :D Po pracy niestety musialam wybyc na tygodniowe zakupy, ale na szczescie potem juz moglam poleniuchowac. :) Musze tez pochwalic syna (a moze nie? Bo w koncu blogowa "klatwa" nie spi...), ze sam z siebie zapamietal zeby zabrac do domu oba instrumenty i dwie bluzy: ta z ranka i ta, ktorej zapomnial poprzedniego dnia. Napisalam M. wczesniej zeby upewnil sie, ze syn wszystko wzial, ale okazalo sie, ze nie bylo to potrzebne. A bylam pewna, ze znow czegos zapomni! ;)

Zas wieczorem dostalam smsa od kolezanki, czy jade na rozpoczecie roku szkolnego w Polskiej Szkole i czy zapisujemy sie razem na dyzury. I wtedy dotarlo do mnie, ze lato tak smignelo, ze nie wymienilysmy ani jednego sms'a i ona nawet nie wie, ze Potworki w tym roku do Polskiej Szkoly nie ida!!! :D Ups... Na usprawiedliwienie dodam, ze my jestesmy takimi "szkolnymi" kolezankami. Ona u mnie byla tylko raz, ale dobrych kilka lat temu, ja u niej nigdy. Zreszta, mieszkamy dobre 45 minut od siebie, niestety. Jakos jednak tak sie w tej szkole zgadalysmy i zazwyczaj razem bralysmy dyzury. Troche mi glupio, ze ja teraz wystawilam do wiatru, ale coz... Uzgodnilysmy, ze jak przyjdzie jakas sobota kiedy moje dzieciaki nie beda mialy meczow, albo beda je mialy po poludniu, spotkamy sie gdzies na kawe. Moze nawet u mnie, choc nie wiem czy chce mi sie gadac przy tych moich dwoch malych, gumowych uszach. ;)

No to do poczytania!