czwartek, 17 sierpnia 2017

Szkola po hamerykancku - kolejne zderzenie z rzeczywistoscia oraz z serii: w tym domu sie gada!

Na poczatku tygodnia myslalam, ze nie mam o czym pisac. Mialam tylko wrzucic pogadankowa serie i otrzepac raczki zadowolona ze spelnionego, cotygodniowego "obowiazku". ;) Jakos tak sie ostatnio sklada, ze posta pisze dla Was przez kilka dni i dopiero w czwartek przyspieszam, zeby skonczyc przed weekendem. Dlatego tez ostatnio nowe posty ukazuja sie niemal zawsze w piatek wieczorem. ;) Dzis co prawda jest czwartek, ale poniewaz przede mna 4-dniowy weekend, wiec w praktyce mam jakby piatek. I koncze dla Was posta kleconego od trzech dni. ;)

Ale do brzegu, jak mawia Klarka. :) Nie mialam tematow, dostarczyla je jednak skutecznie codziennosc. Niby zwykla, szara, ale zawsze dbajaca o powody do poskrobania sie po glowie oraz pomarudzenia. ;)

Smieszna seria tez bedzie, spokojnie. Ale najpierw musze sobie pozrzedzic. ;)

Zla jestem. A moze bardziej poddenerwowana i nieco zaniepokojona?
O co chodzi?
A o szkole Potworkow. Kolejny juz raz, amerykanski system szkolny, dal mi prztyczka w nos. :/

W koncu, po dlugim oczekiwaniu, w poniedzialek dostalam maila ze szkoly z przydzialem nauczycieli. Tego samego wieczora, moja komorka oraz skrzynka mailowa rozgrzane zostaly do czerwonosci od wiadomosci innych mam (dziewczynek), probujacych dowiedziec sie czy nasze dzieci beda nadal razem w klasie.

Dla mnie, przyzwyczajonej do polskiego systemu, gdzie spedzilam 8 lat z tymi samymi ludzmi, to jest szok. Juz coroczna zmiana nauczyciela wydala mi sie okrutna dla takich maluchow, a co dopiero zmiana kolegow! Dopiero jakies trzy tygodnie temu dowiedzialam sie, ze dzieci z roznych klas moga byc pomieszane, ale bylam przekonana, ze to beda jednostki... Tymczasem okazuje sie, ze to konkretna zmiana. Wszystkie piec klas wrzuconych do jednej puli i dzieci przypadkowo porozdzielane. Dla niesmialego (poza domem) dziecka, jak moje, to jest tragedia.
W tej chwili wiem, ze Bi bedzie w klasie z jedna dziewczynka z zeszlego roku. O chlopcach nie wiem nic, tak samo jak o czterech dziewczynkach, ktorych kontakty posialam po zmianie telefonu. Reszta kolezanek Bi, bedzie w innych klasach. :( Narazie nie mowie nic Bi, bo wiem, ze dla niej moze to byc cios, szczegolnie, ze jej ukochana kolezanka dostala inna nauczycielke. Ze swojej strony, z tej akurat zmiany sie ciesze, bo ta "psiapsiolka" Bi zawsze wydawala mi sie okropym malym tyranem, ktory bawil sie uczuciami Bi ("wczoraj sie z toba bawilam, ale dzisiaj juz cie nie lubie", itp).
Z drugiej strony, inna dziewczynka, na ktorej zalezalo mi, zeby nadal byla z Bi, bo nie tylko jest fajnym, madrym dzieckiem, ale tez zawsze swietnie mi sie gadalo z jej mama, niestety bedzie w innej klasie. :/

Poza tym, zastanawiam sie, jak te dzieciaki maja nawiazac dlugotrwale przyjaznie? Dzisiejszy swiat im tego nie ulatwia, dzieci nie spedzaja juz calych popoludni biegajac bez celu z malolatami z calego sasiedztwa, rodzice sa zabiegani i malo maja czasu na spotkania towarzyskie... Dodatkowo okazuje sie, ze szkola rowniez im to utrudnia, skoro ma gdzies przyjaznie nawiazane przez rok i rozdziela dzieci przypadkowo do roznych klas...
Pamietam, ze w dziecinstwie moi rodzice nie mieli generalnie znajomych z dziewczynkami w moim wieku, a kuzynki mieszkaly daleko. Dla mnie wiec, moja klasa w podstawowce, a pozniej w liceum, to byla taka mala spolecznosc. Bylam bardzo niesmiala i nieszczegolnie popularna, ale z tymi ludzmi, po tylu latach, czulam sie tak swobodnie, jak tylko moglam, zwazywszy na moja osobowosc. I przykro mi, ze moje dzieci nie beda mialy podobnego doswiadczenia... :(

A co do Nika, to bedzie w klasie zeszlorocznej nauczycielki Bi! I sama nie wiem czy sie cieszyc, czy wrecz przeciwnie... ;) Ta nauczycielka zawsze wydawala mi sie w miare (choc nie jakos super) sympatyczna, ale za to baaardzo wymagajaca. Mialam wrazenie, ze za duzo oczekuje od dzieci w zerowce. Nie wiem czy wezmie poprawke na mlody wiek Nika, ktory rozpoczynajac szkole bedzie mial 4 lata i 8 miesiecy, a w jego klasie znajdzie sie zapewne kilkoro 6-latkow... :/

Przy okazji dowiedzialam sie, ze najwyrazniej takie przydzielanie rodzenstwa do tych samych nauczycieli, to bardzo popularny proceder. Musze sobie wbic do glowy, zeby do nauczycielek Bi, chocby byly najgorsze, zawsze podlizywac sie, ile sie da, bo jest duza szansa, ze bede sie z nimi uzerac dwa lata pod rzad. ;)

Dostalam tez w koncu listy wyprawkowe. Lista Bi nie jest specjalnie dluga i wiekszosc rzeczy pokrywa sie z tym, co potrzebowala do zerowki, czyli olowki, kredki, gumki, itd. Roznica jest taka, ze wszystkie rzeczy w zeszlym roku byly zbierane do wspolnej, klasowej "puli", a w tym wszystko musi byc podpisane imieniem Bi. Musze tez kupic jej nozyczki, ktore rok temu zapewniala szkola oraz, co wzbudzilo moje zdziwienie, markery do tablicy sucho-sciernej, karteczki samoprzylepne "Post-its" oraz markery z cienka koncowka. Nie dlugopisy, tylko markery i to jakiejs wybranej firmy, nie najpopularniejsze "Sharpies". Czeka mnie troche szukania... :/


Najbardziej rozsmieszyl mnie pierwszy punkt na liscie - plecak. Przeciez sama bym nie wpadla na to, ze moje dziecko moze potrzebowac do szkoly plecaka! :D Za to zmartwilo mnie, ze mam nie kupowac Bi piornika, bo Pani bedzie je rozdawala. Ups... Ja juz Starszej piornik kupilam i to blyszczacy, w jednorozce. Oj, bedzie jej ciezko przelknac zamiane go na jakies plastikowe badziewie... ;)

A lista Nika? Identyczna jak Bi w zeszlym roku. Nawet dodatkowy zapas chusteczek czy plastikowych woreczkow, pamietam z jej listy. ;)


Milym gestem bylo, oprocz oficjalnego listu powitalnego do Nika, dodanie przez Pania G. krotkiego lisciku do Bi, w ktorym pisze, ze o niej pamieta, ze nie moze sie doczekac kiedy zobaczy ja w szkole i ze ma nadzieje iz Starsza miala mile wakacje. Bi byla wniebowzieta, a Nik sie obrazil, ze on nie dostal listu - sowy (taka papeteria). :)


No dobrze, teraz juz "smieszna seria".

Zauwazam na przescieradle Nika plamy. Wzdycham.
"A co to znowu za plamy...?"
Nik: "Ty to sie z nami masz!"
Matka (zrezygnowana): "Dokladnie. Co ja sie z Wami mam..."
Nik: "Bo my jestesmy tylko dzieci! Dzieci tak robia..."

Jasne, ze dzieci sie brudza. Niektore jednak, przyciagaja brud niczym magnes. Na przyklad pewne male Kokusie. ;)


***

Stopniowanie przymiotnikow w wersji Kokusiowej:

"Te slodkie beda slodkiejsze!"


***

Nik do Bi z "wow" w glosie:
"Widzialas tego wielkiego spajdera??? [od spider = pajak] Tam na deck [=taras] wszedl!"
Nagle jego glos zmienia sie z podnieconego na lobuzerski:
"I think he wants YOU!"

Mala szelma dobrze wie, ze Bi w tym roku zwiewa gdzie pieprz rosnie przed wszystkim, co ma wiecej niz 4 nogi! ;)


***

To w sumie malo smieszne:

Bi wkroczyla w wiek zagadnien o zyciu i smierci. Narazie (na szczescie) ograniczajacych sie do zwierzakow, choc dla mnie juz te rozmowy sa trudne. Nie mam ochoty o tym rozmawiac, choc wiem, ze to naturalna ciekawosc, staram sie wiec odpowiadac w miare szczerze. Pytania Bi zle jednak wplywaja na Nika, ktory jest bardzo wrazliwy na krzywde innych i potem ciezko go uspokoic, wiec ucinam podobne rozmowy tak szybko, jak sie da.
Ktoregos dnia Bi, zamiast jak zwykle kierowac swoja niezdrowa ciekawosc na ptaszki i wiewiorki w naszym ogrodzie, czy nieszczesna antylope rozszarpana przez lwy w filmie przyrodniczym,  pyta czy Maya kiedys umrze. Obok siedzi Nik, patrzacy szeroko otwartymi oczami, wiec niechetnie, ale potwierdzam, po czym szybko zapewniam, ze nasza psina bedzie z nami jeszcze dlugie lata (modlac sie w duchu, zebym miala racje).

Nie pomaga, Nik zaczyna plakac, rozpaczliwie wolajac, ze on nie chce zeby Majusia "umrzala".  A Bi, zupelnie ignorujac rozpacz brata, przekrzykujac jego placz, niewzruszona dalej drazy, dopytujac w jaki sposob Maya umrze i co z nia wtedy zrobimy. :/


***

W slowniku Nika, nie funkcjonuje slowo "dawno". Jezeli jakis czas nie widzial jakiejs zabawki, albo ksiazki (nawet jesli to kilka dni), na jej widok zawsze wykrzykuje:

"Ja nigdy jej nie czytalem/bawilem/widzialem/jechalem!!!" (dowolne skreslic).


***

Mam w zwyczaju mowic, ze "juz" cos robie, w sensie, ze juz za chwileczke, za moment. Na przyklad, dzieciaki jecza, ze sa glodne, a ja odpowiadam, ze "juz" im nakladam jedzenie, kiedy tak naprawde jeszcze koncze rozladowywanie zmywarki.
Bede jednak musiala zmienic to powiedzonko na cos innego, bo ostatnio Bi sledzi kazdy moj ruch i kiedy odpowiadam wymijajaco, ze "juz" cos robie, ta staje przede mna z rekoma pod boki i burzy sie:

"Mowilas, ze juz to zrobisz! A wcale nie robisz, tylko co innego!"

Proby zamiany "juz" na "zaraz" okazaly sie kiepskim pomyslem, bo:

"A ile to jest zaraz? To duzo czy malo? Pokaz mi na zegarku ile to jest!"


***

To sledzenie nie konczy sie niestety na wsluchiwaniu w kazde moje slowo (ciekawe, ze kiedy chce aby cos zrobila, nagle ma problemy ze sluchem... ;P). Ostatnio szykujac jej obowiazkowa, wieczorna miske owocow, jak zwykle podjadalam sobie, a tu jagodke, a tu winogronko, tam cwiartke jablka... Nagle jak nie huknie z salonu:

"Dlaczego nie robisz mi owockow?!"
"No przeciez wlasnie robie!" - oburzam sie.
"To ma byc robienie owockow?! Widzialam jak jadlas! Czemu jadlas moje winogronka?! Tak sie nie robi owockow dla twojej ukochanej coreczki!"

"Ukochana coreczka" ma wzrok sokola i sluch swistaka. I wysokie mniemanie o sobie. ;)


***

Bardzo czesto ostatnio, kiedy prosze o cos Nika, slysze:
"Nie muszem jak nie chcem!"

On zdecydowanie zbyt szybko lapie teksty siostry... ;)


***

Co sie dzieje poza tym? Potworki na rowerach jezdza. :)





Oraz plawia sie w basenie. Niemal codziennie, bo chociaz noce mamy tego lata chlodne, to w dzien temperatury spokojnie dochodza do 26-28 stopni. I chociaz woda uparcie nie chce sie zagrzewac, Potworkom zupelnie to nie przeszkadza. ;)


Coz, niech sie ciesza. Jesli wrzesien nie okaze sie wyjatkowo cieplym, to zostalo gora 3 tygodnie i trzeba bedzie spuscic wode, a basen wysuszyc i schowac na zime... Kilka dni temu, Bi (ktora polazla tam ze mna niewiadomo po co) odnalazla w piwnicy swoje narty i az zapiszczala ze szczescia, dopytujac kiedy znowu bedziemy jezdzic. Brrr... Lubie szusowanie, nawet bardzo, ale jednak mysl o sniegu i mrozie, pod koniec sierpnia, kiedy czlowiek chcialby jak najdluzej zachowac przy sobie lato, slonce, ciepelko... Nie, dziekuje. ;)

Stanowczo wole takie widoki :D

Jako ciekawostke dodam, ze pomimo iz Potworki nadal dla zabawy lubia nakladac do plywania kamizelki (szczegolnie Nik, co widac na powyzszych zdjeciach), to oboje zaczynaja plywac.

Bi praktycznie od poczatku wakacji przeplywa pod woda. Co prawda jedna reka zatyka sobie nos, wiec nie wiem czy samo machanie nogami zalicza sie jako "plywanie", ale fakt, ze jakis tam odcinek przenurkuje. Potrafi jednak przeplynac tez kawalek na powierzchni, takim "rozpaczliwym" kraulem. ;)  Macha rekoma ze srednia koordynacja, zdecydowanie lepiej wychodzi jej kopanie odnozami, ale plynie. ;) To dobrze, bo po wakacjach planuje zapisac i jai i Nika znowu na basen. Bi bedzie teraz na III poziomie "juniors" czyli dzieci powyzej 5 lat i jest to poziom, na ktorym zaczyna sie juz faktyczna nauka plywania, bez pomocy unoszacych dziecko na powierzchni "gabek".

Kilka dni temu jednak, zupelnie zaskoczyl mnie Nik, kiedy przeplynal do mnie dlugosc naszego baseniku. Az kazalam mu ten wyczyn powtorzyc, zeby upewnic sie, ze nie podpiera sie dna. Wyglada jednak na to, ze autentycznie plynie! Styl ma, podobnie jak siostra, raczej "rozpaczliwy", ale hej! Ja zupelnie nie spodziewalam sie, ze Mlodszy moze w tym roku nauczyc sie utrzymywac na powierzchni, a tu prosze! Z drugiej strony, jazdy na rowerze bez bocznych kolek tez sie nie spodziewalam... Kokus zadziwia na kazdym kroku. ;) Oby w czytaniu i liczeniu rowniez odnosil takie sukcesy! ;)

Ale wracajac do plywania, kiedy wroci na zajecia na basenie, biedak bedzie bardzo rozczarowany, bowiem dostal "promocje" na II poziom przedszkolny. Jesli bedzie nadal przeskakiwal tak po poziomie, to czekaja go jeszcze trzy zanim instruktorzy pozwola mu sprobowac plywac bez "gabek". ;)


To by bylo na tyle. Czas wybyc na kolejny kemping, juhuu! Trzeba sie odstresowac przed rokiem szkolnym (to juz za tydzien z hakiem! A przeciez dopiero co byl czerwiec!!! :O). Pogoda niestety ma byc w kratke, ale trzymam kciuki, zeby nie lalo caly czas. Przelotne deszcze przez pierwsze dwa dni (tak zapowiadaja) jakos przezyjemy. ;)

Tradycyjnie juz, milego weekendu! :)

piątek, 11 sierpnia 2017

Kemping # 5, szkolne przygotowania oraz kiepskie wiesci siersciuchowe

Naprawde! Zaliczylismy juz piec wypadow! Jeszcze tylko dwa i oficjalnie konczymy sezon, chlip! :( No chyba, ze koncowka wrzesnia zaskoczy nas letnia pogoda i porwiemy sie na jakis spontaniczny wypadzik. Z nami nic nigdy nie wiadomo! ;)

Nasze wyprawy, oprocz oczywistej radosci z oderwania sie od szarej rzeczywistosci, stanowia tez swietny rekonesans. Wiemy juz, ze sa miejsca, do ktorych chetnie wrocimy, do innych zas... coz, mniej chetnie. ;)
To tylko maly zarcik, bo tak naprawde kazde z pol kempingowych, ktore odwiedzilismy mialo cos do zaoferowania, na kazdym milo spedzilismy czas. Po ostatnim wypadzie czulismy jednak zdecydowany niedosyt i wine za to ponosila nie tylko jego dlugosc. Fakt wybralismy sie zaledwie na weekend i mielismy wrazenie, ze dopiero co wszystko rozpakowalismy i rozlokowalismy, a juz trzeba bylo sie pakowac na droge powrotna. Przede wszystkim jednak, mielismy wrazenie, ze zupelnie nie skorzystalismy z mozliwosci pola kempingowego, na ktore trafilismy, a ktore bylo ogromne! Z powodu ograniczen czasowych (oraz pogodowych), zwiedzilismy tylko koleczko bezposrednio wokol naszej miejscowki oraz sasiednie. Ale to stanowilo doslownie 1/6 pola kempingowego, jak nie mniej! Zdecydowanie musimy tam wrocic, tym bardziej, ze caly park jest swietnie utrzymany, a wszystkie alejki wyasfaltowane. Warunki idealne dla spokojnych rowerzystow, jak ja. Zanim ktos prychnie pogardliwie dodam, ze dla milosnikow mocnych wrazen sa tez i sciezki rowerowe prowadzace przez las, na ktorych mozna zgubic protezy, a hemoroidy wolaja o pomste do nieba. Ale to zupelnie nie moja bajka... :D

(Znow trafilismy na pole kempingowe w lesie, ale to byl taki dziwny las. Drzewa, owszem, ale zadnego krzaczka, tylko otwarta przestrzen...)

W kazdym razie, wypad zaliczam do bardzo udanych, nawet pomimo tego, ze pogoda splatala nam malego psikusa. Niestety, na dzien wyjazdu - sobote, zapowiadali poranne, przelotne burze. Coz, pogodzilismy sie z tym, stwierdzilismy ze bedziemy pakowac sie pomalutku i wyjedziemy pozniej, zeby dojechac na miejsce juz po przejsciu frontu. Coz, plany planami, a zycie zyciem... Rano obudzila nas ulewa. Nie jakis tam maly deszczyk, ale prawdziwe oberwanie chmury, w dodatku z piorunami. :/ Kiedy wieksza chmura w koncu przeszla, zaczelismy pakowanie, co chwila przerywane przez mniejsze burze przechodzace uparcie nad nasza okolica. Zaladowanie dobytku (swoja droga to niesamowite ile klamotow potrzeba czlowiekowi na jedna noc!) zajelo wiec nam nieprzyzwoicie duzo czasu i zamiast o planowanej 11, wyjechalismy o 12:30. Niestety, nasze optymistyczne przewidywania, ze moze w takim razie ominie nas deszcz, okazaly sie mocno na wyrost... Dojechalismy, M. zdazyl odczepic i ustabilizowac kampera, wyrzucilam czesc akcesoriow na zewnatrz, malzonek pojechal po drzewo (z naszego zapasu, Potworki zerwaly przykrycie i zamoklo, ech...) i w tym momencie lunelo! Zadaszenie nie rozlozone, zamoklo wszystko co zdazylam wyjac z przyczepy... I niestety padalo sobie z krotkimi przerwami przez jakas godzine, a potem juz do wieczora chmurzylo sie i straszylo deszczem, wiec nie oddalalismy sie zbytnio od "bazy".

Co wiec porabialismy? Potworki glownie jezdzily na rowerach, a jak! A ja pomykalam za nimi na mojej niebieskiej rakiecie. Kilka razy M. pozyczyl sobie mojego jednosladowca i tez gonil dzieciarnie. Jezdzilismy na plac zabaw, ktory kemping mial ogromny.


Wieczorem zaliczylismy obowiazkowe pieczenie kielbasek na ogniu. W niedziele plywalam z Potworkami w kempingowym "stawie", ktory okazal sie bardziej malym jeziorkiem. Woda ciepla niemal jak zupa, w koncu warunki odpowiednie dla zmarzluchowatej matki! ;)

(Woda cieplutka, ale wial chlodny wiatr i po wyjsciu kazdy szczekal zebami)

Najmilsza chwila (oprocz wspomnianej kapieli)? Kiedy siedzialam przy ognisku z Bi na kolanach, podziwialysmy ksiezyc prawie-w-pelni, spiewalysmy sobie cichutko znane nam obu piosenki, a corka przytulila sie do mnie, mruczac, ze lubi tak sobie siedziec ze mna i spiewac. :)
Lubie to, ze podczas naszych wypadow Potworki praktycznie zapominaja o bajkach, telewizorze, technologii... Zamiast tego jest rower, woda i gry na swiezym powietrzu. Bywa to czasem uciazliwie, sklamalabym mowiac, ze nie. ;) Bywa, ze dzieciarnia sie z lekka nudzi, smeci, zeby rodzice wymyslili jakas zabawe, a rodzicom sie zwyczajnie nie chce... Coz, cos za cos... ;) W kazdym razie rower daje nowe mozliwosci, bo chociaz czasem ciezko znalezc aktywnosc, na ktora oba Potworki maja ochote i przy ktorej nie darlyby kotow, to kolejnego "koleczka" po okolicy nie odmowia nigdy. ;)

Minal wiec piaty kemping, a my odliczamy juz znow do nastepnego. Zacieramy przy tym raczki, a takze zmawiamy zdrowaski i odczyniamy uroki, zeby dopisala pogoda, bowiem wracamy nad ocean na cale 4 dni! To bedzie nasz drugi co do dlugosci wypad w tym roku (wiem, porywajaco... :D), a przy tym ostatni przed rozpoczeciem roku szkolnego, chcemy sie wiec maksymalnie zrelaksowac i wygrzac na sloneczku.

Szkola, no wlasnie... Dzisiaj juz 11-ty, a ja nadal czekam na oficjalne listy. Moje zniecierpliwienie pomalu zaczyna przeradzac sie w irytacje. Jak to jest, ze w innym miasteczku, mimo, ze rok szkolny zaczyna sie tam pozniej, listy mogli rozeslac juz ponad tydzien temu, a u nas nadal nic??? Czeka mnie najwyrazniej powtorka z zeszlego roku, kiedy na ostatnia chwile (urywajac sie z pracy) lecialam do sklepu i musialam przekopywac przemieszany i przebrany towar w poszukiwaniu folderow w konkretnych kolorach i segregatorow w okreslonym rozmiarze! A w tym roku bede miala w dodatku wszystko podwojne! Przynajmniej tak podejrzewam, bo nie sadze, zeby wyprawka dla I Klasy roznila sie az tak bardzo od tej dla zerowki. ;)
Przyszly za to Potworkowe plecaki:

(Znow postawilam na firme Skip Hop, bowiem bylam pod wrazeniem, ze zeszloroczny plecak Bi wytrzymal caly rok rzucania w szkole gdzie popadnie. W czerwcu byl tak brudny, ze wstyd, ale... caly! :O)

Mamy (to znaczy M. ma, bo to on, poki co, odwozi Potworki) poza tym mala zagwozdke, bowiem Bi zazyczyla sobie jezdzic w tym roku do szkoly autobusem. A Nik stanowczo zaprotestowal. ;) Jak dla mnie to wsio ryba, chce dziewczyna jezdzic school bus'em, niech jezdzi. To nawet wygodne, bo nie utyka sie w kolejce samochodow pod szkola, nie trzeba szukac miejsca parkingowego, a przy tym, kiedy jedno dziecko jest chore, moze siedziec spokojnie w cieplym domu, bo drugie zabierze autobus i juz. Pamietam z poprzedniego roku, jaka winna sie czulam kiedy musialam ciagnac ktores z Potworkow chore ze mna, bo musialam odwiezc siostre/brata. Nie mowiac juz o tym, ze od V Klasy, szkola Potworkow bedzie duzo dalej i odwozenie ich zupelnie nie po drodze. Moze lepiej wiec, zeby zawczasu przyzwyczaili sie do jazdy autobusem? Ale M. sie nie wiedziec czemu opiera... ;)

Do roku szkolnego zostaly jeszcze 2 tygodnie, a ja juz nie mysle niemal o niczym innym... :/

Oczywiscie codziennosc dostarcza tez innych tematow do zmartwien, a jak. Na ten przyklad, martwie sie o dach, bowiem zaczal on nam przeciekac. Nasz dom jest parterowy, z niskim, nieuzytkowym poddaszem. Po ktoryms kempingu zauwazylismy spora plame na suficie w kuchni. Usytuowana byla w takim miejscu, ze z poczatku westchnelismy, iz pewnie znowu wroble zatkaly odplyw rynny (co roku musza tam wic gniazda! :(). Niestety, M. wdrapal sie na drabine i rynny okazaly sie czyste... Wlazl wiec z kolei na poddasze, ale ze jest tam ciemnawo, a w dodatku akurat byl pogodny dzien, nic nie znalazl. Po kilkunastu dniach, po jednej z ulew, pojawily sie kolejne, tym razem mniejsze plamki. Wszystkie nad kuchnia. Czekalismy na wiekszy deszcz, podczas ktorego M. ponownie wdrapal sie na poddasze. To, co tam tym razem dostrzegl, przerazilo nas. Nie tylko przecieka sobie w jednym miejscu nad kuchnia (skad woda scieka w kilka miejsc, stad kilka, przypadkowo umiejscowionych plam), ale jeszcze kapie w kolejnym, nad salonem! Na podlodze poddasza jest gruba warstwa waty szklanej, wiec troche zajmie zanim i tam zacznie przeciekac, ale to tylko kwestia czasu zanim i na suficie w salonie pojawi sie plama.

Wezwany fachowiec potwierdzil to, co sami juz wywnioskowalismy, czyli ze nasz dach po prostu jest juz na tyle stary (chociaz wyglada niezle), ze nie trzyma, po prostu. Nie jest uszkodzony, zwyczajnie ta "papa" (tutaj raczej nie uzywa sie dachowki), po latach stracila nieprzemakalnosc... :(

W tej chwili mamy juz wycene i ekipa ma wymienic dach pod koniec miesiaca (na takim malym domku to kwestia jednego dnia). Trzymam kciuki, zeby tak rzeczywiscie bylo, bo wiadomo jak to bywa z fachowcami, a wymiana dachu to cos, czego M. sam nie zrobi, chociaz pewnie chetnie by sprobowal. ;)
Tylko, ze cale lato cieszylismy sie, ze Potworki siedza z tata, ze nie musimy placic ani za polkolonie, ani za opiekunke... Nawet wplacilismy troche kasy na konto oszczednosciowe. Niestety, to co zaoszczedzilismy, pojdzie na dach. :/

Poza tym, od wczoraj doszedl mi kolejny przykry temat do zmartwienia i rozmyslan. Dziekuje, moglabym sie spokojnie obyc bez... :(
M. zabral nasza Majuche do weterynarza. Niby rutynowa wizyta, tylko po to, zeby dostac tabletki na pasozyty. Nie wiem jak jest w Polsce, ale tutaj nie wydadza tabletek bez zbadania czy pies nie ma "heartworms", czyli nicieni zagniezdzajacych sie w sercu psa. Przy okazji wet przeprowadza tez podstawowe badania, osluchuje, zaglada w uszy, pysk itd. No i u Mai wyszlo, ze ma... tamtaramtam... szmery w sercu! Myslalam, ze z krzesla spadne, kiedy dostalam smsa od M.! Podobno wetka byla zdziwiona, ze nie wykryto tego rok temu! Rok temu jak rok temu, ale jezeli to wada wrodzona (jak twierdzi wet), to w ogole powinna byla byc wykryta duzo wczesniej! Przeciez my jezdzimy do tej samej kliniki odkad Maya byla szczeniakiem! Pies ma 3.5 roku i teraz odkryli szmery??? Moga sie one pojawic tez wlasnie od nicieni, o ktorych napisalam wyzej, ale ich podobno Maya nie ma. No wiec skad??? Mozecie sobie wyobrazic, ze humor mialam spaczony juz na reszte dnia! Stanela mi przed oczami nasza poprzednia suczka, ktora musielismy uspic w wieku zaledwie 5 lat! Majucha miala z nami zostac na dlugie lata, a tu takie cos!

Oczywiscie panikuje (jak to ja) troche na wyrost, bo szmer jest ledwie slyszalny. Weterynarze mierza je w skali od 1 do 6, a u Mai wetka napisala, ze jest on 1/2 - 1, czyli slabiutki. Trzymam sie nadziei, ze Potworki rozrabialy w gabinecie i pani weterynarz sie przeslyszalo...

No ale, to jakies fatum, w zeszlym roku borelioza, w tym szmery w sercu! :(

Zeby nie konczyc na smutniaka, pochwale meza, ze nie tylko postawil plotek, ale natychmiast zabral sie za malowanie:

(Asystent)

Oczywiscie w asyscie Nika. ;) Jak przystalo na chlopca, kiedy tylko M. robi cos na dworze, niewazne czy to malowanie, koszenie trawy, rabanie drzewa czy mycie auta - Kokus nie odstepuje go nawet na krok. Patrzy, pomaga gdzie da rade... I nieustannie nawija. Komentuje, dopytuje, powtarza i wykrzykuje slowa zachwytu. Dziecko - katarynka. Tatusiowi niepotrzebne jest radio, syn z powodzeniem je zastapi. Zreszta, muzyki nawet nie byloby slychac ponad gadulstwem Mlodszego. ;)

Napisze Wam tez jaka zabawe wymyslily sobie ostatnio Potworki, a w sumie to ja wymyslilam...

Otoz, "rabatke" obok szopki w tym roku zostawilam sama sobie. No, nie mam czasu tam pielic i juz. Wiosna kwitly tam male, biale "gwiazdki", zwane tutaj Gwiazdami Betlejemskimi, pozniej Klematis, a potem to wszystko rowno zaroslo i sama nie wiem czy jeszcze cos tam powinno kwitnac. ;)
W kazdym razie, ktoregos dnia podlewajac warzywnik rozejrzalam sie i co widze?! Oset! Wielgachny, zaczynajacy juz kwitnac oset!

(Czy nie piekny? :D)

Z jednej strony zalamalam sie, ze takie to wielkie (skad?! Jak??!!), ale z drugiej az podskoczylam z radosci! Osty bowiem, mimo, ze ani to piekne, ani pozyteczne, przywolaly zapamietane obrazy z dziecinstwa, z wakacyjnych wizyt u dziadkow! Mnostwo ich roslo bowiem poza ogrodem mojej podketrzynskiej babci! Namietnie sie nimi z kuzynem obrzucalismy i taki, brzydki w sumie oset, po 30 latach urosl w moich oczach do rangi cieplego wspomnienia z dziecinstwa! ;)
Poza tym, nie wiedzialam nawet, ze one rosna w Hameryce, wiec dostalam mila niespodzianke, bo nie tylko rosna, ale w moim wlasnym ogrodzie, ha!

Ale mialo byc o Potworkach... Zerwalam dwie "kulki", stanowiace kwiaty ostu i na zachete rzucilam nimi w koszulki dzieci. Osty nie zawiodly, zawisly na t-shirtach. A Potworki az westchnely z zachwytu i zabraly sie za obrzucanie ostem czego popadnie, zeby zobaczyc czy sie przyczepia! Dobra godzine mialam ich z glowy, zrobilam w spokoju leczo z cukini i jeszcze sie posmialam z ich eksperymentow! ;)

Mowie Wam, niepotrzebne sa zabawki za stosik dukatow, nie. Wystarczy zwykly chwascior! :D

Buzka i juz tradycyjnie - milego weekendu! :)

piątek, 4 sierpnia 2017

Z serii: w tym domu sie gada! I troche sierpniowego ogrodu

No i nadszedl sierpien...

Kiedys, kiedy jeszcze sama sie uczylam, sierpien byl dla mnie nadal miesiacem wakacyjnym. Taki dluuugi sie wydawal, tyle jeszcze slonca (w Polsce na wybrzezu?! Hahaha!!!), zabawy, wolnosci... Kiedy poszlam na studia, to juz w ogole. :) Po sierpniu pozostawal jeszcze przeciez caly miesiac na bimbanie (oprocz pierwszego roku, kiedy na wrzesien zostal mi egzamin w sesji poprawkowej, bleee...). ;)

A teraz?

Teraz z lekkim przerazeniem patrze w kalendarz... U nas (w sensie w naszym miasteczku, bo kazde ma swoj grafik) szkola zaczyna sie tydzien wczesniej niz w Polsce, wiec za zaledwie 3 tygodnie (toz to juz zaraz!), Potworki beda mialy spotkania zapoznawcze, a za 3 tygodnie i 3 dni rozpoczna sie juz normalne zajecia... :O

We wtorek zamowilam dzieciom nowe plecaki z pasujacymi sniadaniowkami oraz po parze nowych adidasow do szkoly, bo te kupione wiosna nadaja sie juz tylko na ogrod przy domu. ;) Poczatki wyprawki szkolnej. ;) Gdzies w nastepnym tygodniu dostane pewnie listy z informacja, ktore nauczycielki beda uczyly Potworki (tutaj zmieniaja sie co roku) oraz konkretnymi "wyprawkami". W Hameryce nie ma tego duzo, bo szkola zapewnia podreczniki oraz cwiczenia, ale zawsze sa jakies kredki, kleje, segregatory, foldery, itp.

Tymczasem zas, w tym roku zamiescilam chyba "az" jeden lub dwa posty ze zdjeciami z ogrodu. Napisalabym, ze czas nadrobic zaleglosci, ale prawda jest taka, ze nie ma sie czym chwalic... :( Moze to wina bardzo zimnej wiosny oraz chlodnego (jak na tutejsze klimaty) i mokrego lata? A moze, zgodnie z powiedzeniem "panskie oko konia tuczy", wine ponosi to, ze moja uwage oraz energie pochlania poznawanie nowej pracy oraz kempingi? W koncu czytalam juz nie raz i nie dwa, ze do roslinek tez trzeba gadac... Zawsze uznawalam to za bzdure, ale teraz jestem gotowa rzeczywiscie cos im powiedziec. Konkretnie, to wygarnac, ze albo sie ogarna (w sensie urosna) albo wykopie i zamienie w kompostownik, o! ;)

Ogrod prezentuje sie w tym roku fatalnie. Pomijam ilosc chwastow, bo to moja i tylko moja wina, ale poza tym wlasciwie wszystkiemu moglabym cos zarzucic. Porzeczki mialy owocow raptem 4-5 (i to tylko jeden krzak!), ale w sumie ich prawo, bo sa nadal dosc male. Maliny troche owocowaly, ale slabiutko. Jerzyny w tym roku nawet nie zakwitly! Bee balm, ktory o tej porze jest zwykle w pelnym rozkwicie i przyciaga kolibry, w tym roku ledwie ciagnie. Ze zwyklej gestwiny kwiatow wyrosly tylko 4 badylki, a w dodatku jak normalnie kwiaty siegaja mi pasa, to w tym roku maja okolo 20 cm! Cholera jasnista, no!

Cos tam kwitnie, np. floksy, ktorych mam jednak bladziuchna i skromna odmiane.


Kwitly tez lilie. Nie tak pieknie jak Martusi, ale kwitly. Teraz zostaly juz tylko biale.


Mila niespodzianke sprawila mi za to hortensja zasadzona 3 lata temu. Nigdy wczesniej nie kwitla i jeszcze w zeszlym roku grozilam jej, ze ja wykopie. Jak widac podzialalo, bo w tym roku nie tylko zakwitla, ale tez zaskoczyla kolorem.


Spodziewalam sie bowiem zwyklego bladego rozu lub niebieskosci (wiedzialyscie, ze to zalezy od pH gleby?), a tymczasem kwiaty maja taki piekny gleboki odcien ciemnego rozu (fioletu?) z niebieskim srodkiem. Piekne!

Warzywnik to w tym roku porazka kompletna. Calosciowo prezentuje sie tak:


Wyglada to nie najgorzej, dopoki czlowiek sie blizej nie przyjrzy. Ten gaszcz po prawej to cukinie i tylko one radza sobie tak naprawde swietnie. Mam juz zapas cukini faszerowanej, po weekendzie chce zrobic leczo i pomrozic na zimowe miesiace.
Poza tym, rozczarowanie. O, np. pomidory. Widzalyscie takie krzaczki - nie krzaczki?


Pare lysych badyli i tyle. Jest kilka pomidorkow, ale slabo rosna i podejrzewam, ze zamiast dojrzec, w koncu zgnija. :( Baklazany sa wieksze o moze 2 liscie niz kiedy je sadzilam i nie kwitna...
Groszek i fasolka na pierwszy rzut oka wygladaja ok, ale w zeszlym roku pamietam, ze co zerwalam troche straczkow, to wypuszczaly nowe kwiatki i za chwile mialam kolejny zbior. W tym roku, po zerwaniu, kwiaty juz sie nie pojawily, a groszek dodatkowo zaczal usychac. :(


 Najgorzej jednak radza sobie ogorki. Wypuscily "prawdziwe" liscie i odrobine urosly. Ale nie puszczaja "wasow", nie ploza sie, ani nie rosna na tyczkach!

(Moze tez byc cos z gleba w tym miejscu, bo na zdjeciu widac, ze nawet chwasty tam za bardzo nie rosna...)

Gdzie ten ogorkowy gaszcz, ktory mialam rok temu, sie pytam?! Koper mam gotowy do zerwania na malosolne, a nie mam ogorkow!!! Bede musiala w koncu kupic, bo co robic... :(

Wszystko juz lepiej sobie radzilo w zeszlym roku, nawet pomimo swistaka! W tym roku zwierza brak, ze to jest plaga... mszyc. I moze to one robia takie spustoszenie... Na groszku rezyduja cale szarancze tych szkodnikow. :/ W ogole pelno ich wszedzie. Kwiaty moge spryskac, ale co z warzywami? Tych psikac chemikaliami nie chce... W tym roku juz chyba za pozno, ale za rok musze pomyslec o biedronkach. Podobno mozna je zamowic przez internet i wypuscic w ogrodzie. Nie jestem pewna jak to dziala, ale musze poczytac... Moze cos zaradza na te plage...

Z innych wydarzen, to M. w koncu postawil nowy plot wzdluz podjazdu. Odkladal to polowe lata, a jak sie w koncu wzial, to skonczyl w 5 dni i to pracujac tylko po 2-3 godziny dziennie, bo na wiecej Potworki mu nie pozwalaja. ;)

A ja mam moja wlasna "blyskawice"! ;)
Nie tylko nowy rower, ale moj pierwszy "goral", jesli nie liczyc M. :D Ktory to zrywal boki ze smiechu, ze zmiane przerzutek to ja znam tylko z teorii. ;) Ale co mam zrobic, skoro ich nigdy nie mialam?! Jako nastolatka jezdzilam na starym, starutenkim rowerze bez przerzutek i z oponami lysymi jak kolano. Co chwila odkrecal sie tez jeden z pedalow. :/ Potem zaczal bez przerwy spadac lancuch. Kiedy jednak napomknelam rodzicom, ze chcialabym nowy rower, stwierdzili, ze do niczego nie jest mi on potrzebny. :( Jezdzilam wiec na moim staruszku az go po prostu "zajezdzilam" i moja rowerowa przygoda skonczyla sie jakies 20 lat temu, kiedy rowery gorskie akurat zaczely szturmem zdobywac rynek...

(Ten czarny "drag" to nie meska rama, tylko takie specjalne cos, zeby dalo sie go zawiesic na bagazniku auta)

A teraz mam nowiutenki pojazd, ha! I w koncu nadaze za Potworkami na kempingach! To zreszta bylo glowna motywacja do zakupu, chociaz o powrocie do jazdy na rowerach gadalismy z malzonkiem juz od kilku lat. Gdyby jednak Potworki nie nauczyly sie nagle jezdzic na dwoch kolach, pewnie bysmy zwlekali, zwlekali i w koncu machneli reka. ;)
W kazdym razie, teraz juz mi dzieciarnia nie ucieknie! ;)

A na koniec zostawiam Was ze smieszna seria. ;)

Nik (stoicko, wskazujac na moja gabeczke do rozprowadzania cieni do oczu):
"A ja tym czasem mazam po blacie"

Wiem. To ja zmywam smugi... Dotychczas mialam nadzieje, ze tylko mu ta gabeczka spadala przypadkiem z puzderka, ale sam rozwial watpliwosci... :/


***

Nik (patrzac na mnie nakladajaca tusz do rzes):
"A co to jest to czarne?"
Matka: "To jest maskara, takie cos, zeby rzesy byly ciemne. Dorosle kobiety tego uzywaja"
Nik: "Zeby byc piekne?"
Matka: "Uhm..."
Nik (prycha pogardliwie): "To nie dla chlopakow!"


***

Potworki poraz pierwszy w zyciu dostaly po czekoladowej kulce Lindt'a. Patrza podejrzliwie, kontempluja (normalnie jakbym im pomidora do reki wlozyla!), ale w koncu wsadzaja je do buzi, po czym mrucza chorem z zachwytem:
"MMMHHYYY MMMMM"


***

Kokusiowe angielskie slowotworstwo:

long mowder - lawn mower (kosiarka)
about = without (cyt. "Bede teraz plywal about kamizelki!"). No nie moge, nie moge mu przetlumaczyc! :D

Bi tymczasem slowka without uzywa poprawnie, co nie przeszkadza jej serwowac mi kwiatki w stylu:
"Teraz I'm going to swim without mojej kamizelki!" 

Jakby sie ktos zastanawial, to tak, Potworki maja obsesje na punkcie swoich kapokow do plywania. Zakladaja je nawet do naszego basenu, w ktorym wody jest ledwie za moje kolano. ;) 


***

Po obejrzeniu filmu przyrodniczego:
Nik: "A czemu nie chcesz, zeby nas cos zjadlo?" (dziecieca ciekawosc bywa dosc... makabryczna...)
Matka: "Przeciez wtedy by was nie bylo, a ja was kocham i chce zebyscie byli!"
Nik: "Ale wtedy bylby spokoj w domu!

Co prawda, to prawda. ;)


***

Ulubiona ostatnio odpowiedz Nika na moje pretensje/zazalenia w stylu "Nik, dlaczego papierek lezy na ziemi, a nie w koszu? Dlaczego autka rozrzucone sa po calym pokoju? Dlaczego pociales kartke w paski i wszystkie strzepki zostaly na dywanie?". Itd., macie mniej wiecej obraz.
Nik: "Bo ja jestem gagatek!"

No. I co mu zrobisz? ;)


***

Z rozmowek koscielnych.

Nik (wskazujac sufit): "A Bozia jest tam u gory?"
Matka: "Bozia jest wszedzie i patrzy na nas"
Tak sie sklada, ze w naszym kosciele, na suficie wymalowane sa portrety roznych Swietych.
Nik (nadal wpatrzony w sufit): "O, tak! Tam sa te Bozie i one wszystkie na nas patrza!"


***

Matka rano postanawia wygarnac synowi nocna zmiane poscieli:
"Nik, dlaczego ty nadal sikasz w lozko? Ile mozna, co???"
Nik (oburzony): "Przeciez wczoraj nie!" [w sensie, ze wczoraj sie nie posikal]
Matka: "Jak to nie? Mama cie przeciez przebierala!"
Nik (marszczy czolo myslac): "Nie pamietam..."
Matka: "A nie widzisz, ze masz ubrana zupelnie inna pizamke, bo tamta zasikales?"
Nik: "Aaaaa..." [i szelmowski usmiech...]


***

Potworki zapalaly miloscia do serialu "Bylo sobie zycie". Ciesze sie, bo to naprawde madra bajka, a przy tym sama mam do niej sentyment, jako ze byla jedna z moich ulubionych w pozniejszym dziecinstwie.
W kazdym razie, cieszylam sie z tej Potworkowej sympatii, ale tez i dziwilam, bo bajka jednak jest trudna. Nie sadzilam, zeby dzieciaki w wieku Bi oraz Nika, wyniosly z niej jakas konkretna wiedze.
No i sie zdziwilam. ;)
Ktoregos dnia Nik zadrasnal sie w reke. Po zwyczajowym pozalowaniu dziecka i podmuchania (ledwie widocznej) ranki, Nik spytal:
"A czy moje platki sobie z tym poradza?"

W pierwszej chwili zupelnie nie wiedzialam o co mu chodzi. Nik jednak (troche rozczarowany moja ignorancja), zaczal tlumaczyc, ze przeciez widzial w bajce, ze w jego krewce sa takie platki. Wtedy, w koncu niekumata matka domyslila sie, ze Kokusiowi chodzilo o plYtki krwi! Przyznaje, ze zadziwil mnie wiedza. :O


***

Milego weekendu! My znow kempingujemy! ;)