niedziela, 5 kwietnia 2020

"Areszt domowy" tydzien #3

Co ja mam Wam pisac? Rzeczywistosc mamy, jak wszedzie, ciezka, a codziennosc nudna niczym flaki z olejem. Pisze bardziej, zeby doniesc, ze poki co wszyscy jakos sie trzymamy, oprocz tego, ze codzienne spacery przy kazdej pogodzie, zaowocowaly katarem u wszystkich oprocz Nika. Takie mamy czasy, ze nalezy trzymac sie nadziei, ze na katarze sie skonczy. Tym bardziej, ze i M. i Nik mieli w srode jakies problemy zoladkowe, a ze przeczytalam, ze czasem jest objaw wiadomego wirusa, to wiecie, cisnienie lekko skoczylo. ;)

M. nadal pacuje, choc wyglada to u niego coraz gorzej. Maja juz kilka przypadkow potwierdzonego wirusa. Pracuje on na ogromnej hali podzielonej na oddzialy i twierdzi, ze z owymi osobami nie mial stycznosci od dobrego miesiaca, ale to ten sam budynek i jeden system wentylacji. Zarzad (pracujacy sobie wygodnie i bezpiecznie z domu) caly czas twierdzi, ze nie zamkna, choc kraza jakies pogloski o obcieciu godzin. Tymczasem dali kazdemu pracownikowi 14 dni platnego urlopu chorobowego, co w Hameryce jest luksusem (zazwyczaj dostaje sie 3, lub trzeba brac dni z mikrego urlopu). Zaowocowalo to fala osob, ktore siedza w domu twierdzac, ze sa chore, ale nikt nie jest w stanie stwierdzic czy faktycznie cos im dolega (i czy to "to"), czy po prostu sie boja i wola przeczekac. Poki co, kazde stanowisko osoby chorej lub "chorej" jest otaczane zolta tasma i sterylizowane, ale jak zobaczycie na zdjeciu, to jest taka wysepka na srodku wielkiej hali.

Otoczone tasma stanowisko chorego pracownika

A ile rzeczy taka osoba zdazyla juz dotknac w drodze do lazienki czy kafeterii, zanim wyslano ja do domu? :/ W dodatku kupa jest "lewusow", ktorym pracowac sie nie chce, wspominaja, ze zle sie czuja, co oczywiscie owocuje tym, ze natychmiast dostaja nakaz wyjscia, a oni dzien - dwa pozniej dzwonia, ze juz im lepiej i chca wrocic! Dorosli ludzie, a zachowuja sie jak dzieciaki, w dodatku przyglupie... :/
Wiem, ze w zyciu nie namowie M. zeby zostal w domu. Urabiam go jednak pomalu, zeby chociaz ograniczyl godziny. Po co siedziec w miejscu potencjalnie zakazonym przez 10 godzin dziennie i jeszcze czesc soboty? Moj maz jednak jest pracoholikiem i narazie nie ma mowy zeby odpuscil. :(

Z lepszych wiesci, dostalam w koncu jedna 2-tygodniowke. Zastrzyk gotowki zawsze jest mile widziany, ale nadal nie wiem czy jest to zalegla pensja z poczatku marca, czy spozniona sprzed dwoch tygodni. Telekonferencje odbywaja sie teraz przez dzwonienie z komorki z domu, wiec niektore osoby ledwie slychac, a co dopiero mowic o zrozumieniu. Dodac do tego chinski akcent i macie obraz jak to wyglada. ;) Niestety, jedna z tych osob jest moj szef, wiec kluczowe informacje co do kasy mi uciekly. Z tego co rozumiem, w przyszlym tygodniu mamy juz dostac normalnie pensje i (chyba) nadrobic to, co stracone, ale jakos nie wstrzymuje oddechu i uwierze jak zobacze. Za bardzo sie ostatnio rozczarowalam. Zawsze dostaje maila potwierdzajacego przelew kilka dni wczesniej. Coz, dzis niedziela i ciiiisza... :(

Co jeszcze ciekawego? Siedze z Potworkami w domu lub kolo domu, wiec doniesienia ze swiata mam wylacznie z neta (tych lepiej nie czytac) i od malzonka. M. robi tez cotygodniowe zakupy. W zeszla sobote pojechal wlasnie po kilka niezbednikow i wyobrazcie sobie, ze wszystko dostal! :D Nawet srajtasme! Co do tego ostatniego to mial farta, bo byl limit na dwie 4-rolkowe paczki na osobe, a po chwili zapasu juz nie bylo. Nie mniej, byl w sklepie okolo 2 godzin po otwarciu i jeszcze sie zalapal! ;) Dostal tez pare innych produktow, co do ktorych czlowiek juz tracil nadzieje. Dawno nie bylam taka szczesliwa na widok butli oleju i paczki maki! ;)
A tak w ogole, to u nas bez problemu dostanie sie drozdze! Moja tesciowa zalamana, bo zaden sklep w Zakopanem ich juz nie ma, a tutaj wystarczy podjechac do Polakowa - suche, swieze, do wyboru, do koloru! ;)

Tak w ogole, to w sklepach brakowalo (w niektorych nadal brakuje) podstawowych artykulow, ale takie rzadsze wszystkie sa. W ten sposob zostalismy posiadaczami dwoch gigantycznych lisci... aloesu.

Tniemy "kaktusa" :)

M. dorwal w monopolowym ostatnia butelke spirytusu (polskiego! :D) i zmajstrowalismy plyn do dezynfekcji! :) Tego bowiem nadal nie dostanie sie ani w sklepach ani przez internet. Wykonanie okazalo sie banalnie proste i niezbyt czasochlonne.

Glut, przyznaje, byl dosc ohydny :D

Dla cennego plynu musialam poswiecic pare skarpetek ponczochowych (do przefiltrowania), ale co tam, warto. ;) Plyn na poczatku strasznie zalatywal bimbrem, ale troche olejku eterycznego zdzialalo cuda.
Po napelnieniu pojemnika z pompka, zostal nam nawet jeden pelen i drugi czesciowy sloik zapasu. :)

Zapasy :)

Zeby nie bylo, ze paramy sie tylko podejrzanymi eksperymentami z bimbrem w tle, upieklam z Potworkami ciasteczka. To bylo ktoregos deszczeowego popoludnia, kiedy, pozbawieni dluzszej zabawy na podworku, dawali czadu tak, ze sciany sie trzesly.

Dekorowanie to oczywiscie najlepsza czesc ;)

Trzeba bylo ich wiec czyms zajac, choc moze nafaszerowane cukrem przekaski to niezbyt dobra droga do uspokojenia pelnej energii dziatwy. ;) Najwazniejsze jednak, ze przez godzine byli w miare spokojni. ;)

Nik pomalu zarasta, a nie ma jak wybrac sie do fryzjera. Pewnie skonczy sie na golarce tatusia ;)

Ktoregos wieczora zagrzmialo i spadl grad wiekszy niz ziarna grochu. Walilo po oknach tak, ze balam sie, ze szybe zbije, a tu takie, w sumie, drobinki! ;)


W ogrodzie coraz wiecej kwiatow. Wiosna rozkreca sie na dobre, choc, poza kilkoma cieplejszymi dniami jest raczej chlodno - okolo 10-12 stopni. Najczesciej jest tez pochmurno, sporo pada... A my i tak wylazimy na obowiazkowy, codzienny spacerek. U nas jeszcze wolno. ;)

Takie piekne cos. Szkoda, ze normalnie kielich ma pochylony w dol i kompletnie nie widac niezwyklego wnetrza

Jak i tu zabronia (a pewnie w koncu i do tego dojdzie), bedzie codzienna klotnia o to, kto wyjdzie z psem. Maya i tak pewnie jest zdziwiona, bo na porzadne spacery zazwyczaj zabieralismy ja niemal wylacznie w weekendy, a tu nagle taki luksus - codzienny spacer! ;)

Nasi sasiedzi naprzeciwko niestety wystraszyli sie smiercia sasiada ich matki/tesciowej i zabronili swoim corkom przychodzic do Potworkow sie pobawic. Teraz Bi oraz mlodsza z dziewczynek, konwersuja krzyczac do siebie przez ulice. :D
Zeby zas umilic Potworkom samotne zabawy kolo domu, zamowilam im hulajnogi. Juz od dawna o nie prosili. Planowalam je im sprawic na Dzien Dziecka, ale ze nastaly takie dziwne czasy, uznalam ze niech maja je wczesniej. Radosci jest co niemiara. Niestety, najfajniejsza zabawa jest zjazd z naszego podjazdu.

Starsza juz w polowie zeskakuje, zeby sie tylko, Boze bron, zanadto nie rozpedzic :D

Bi to troche strachajpupa i caly czas hamuje, natomiast Nik rozwija takie predkosci, ze serce mi staje. Dodatkowo, na kazdej nierownosci probuje podskakiwac i ogolnie, tak jak na rowerze, wyczynia roznorakie wygibasy.

Mlodszy zapiernicza ile sil, do samego konca podjazdu

Kask na szczescie sam zaklada, a ja zastanawiam sie nad zakupieniem dla niego ochraniaczy na lokcie i kolana. ;)

A moj malzonek upiekl pierwszy raz chleb! Kompletnie mnie zaskoczyl! Siedzialam udupiona na kanapie rozmawiajac z tata, ktory teraz do nas nie przyjezdza, wiec dzwoni praktycznie codziennie i wtedy mam minimum 40 minut "z glowy". Skonczylam gadac, ide do kuchni, a tam ciasto juz ucieka z dzierzy (czyli metalowej michy :D)!

Domowy chleb. Pachnial cudownie... <3

Chlebek wyszedl pyszny, tylko dla mnie lekko za slony. Ale to nic, poprawimy przepis nastepnym razem, bo na tym jednym raczej sie nie skonczy. Mnie korci, zeby sprobowac upiec buleczki. :)

Poza tym nic kompletnie sie nie dzieje... Dzieciaki zaczynaja dopytywac kiedy beda mogly wrocic na karate (to Nik), albo umowic sie z kolezanka (to Bi). Poki co jeszcze daleka droga do tego... Pod koniec kwietnia miala sie zaczac pilka nozna. Smutno mi, bo Bi tak na nia czekala... I guzik, przepadla, juz odwolali. :/

Postaram sie tu jeszcze wpasc przed Swietami. Mam nadzieje, ze mi sie uda, wiec narazie zyczen Wam nie skladam.

sobota, 28 marca 2020

Kwarantanna ciagnie sie jak glut z nosa

Witam w kolejnym odcinku rzeczywistosci alternatywnej.

Tak wlasnie sie czuje. Codziennosc stala sie kompletnie nierealna. Nasze cichutkie osiedle jest dziwna oaza normalnosci. Ptaki dra dzioby od rana. W koncu zaczyna sie sezon godowy. Kwiaty kielkuja. Slonce swieci. Od czasu do czasu przejdzie ktos wyprowadzajacy psa na spacer. Rodzice z dziecmi na hulajnogach. Spokoj i sielanka. Dopoki nie wlaczy sie wiadomosci. Dane na temat chorych i zmarlych skutecznie mroza krew w zylach. Wygladam przez okno - nadal to samo slonce, ptaszyska, przechodzacy spokojnie ludzie. Czy to mozliwe, ze kilka kilometrow dalej, w naszym szpitalu, rozgrywaja sie tragedie? Zawsze sie rozgrywaly, w sumie. W koncu to szpital, ale zeby na taka skale? Ciezko w to uwierzyc...

Poza tym poczuciem nierealnosci, czas plynie baaardzo wolno. To moj drugi tydzien w domu, a mam wrazenie, ze minal co najmniej miesiac... A najgorzej, ze na dzien dzisiejszy czeka mnie jeszcze minimum kolejne 3 tygodnie siedzenia z Potworkami w domu. Prawdopodobnie nawet wiecej... Nie, nie narzekam, mimo, ze mam swoje zdanie na temat skutecznosci tej kwarantanny. Lubie spedzac czas z moimi dziecmi. Po prostu cala ta sytuacja jest nienaturalna i przerazajaca. Zastanawiam sie tez, ze skoro jeden tydzien tak sie dluzyl, jak bede sie czula kiedy minie miesiac lub wiecej?

W tym tygodniu szkola wdrozyla oficjalne nauczanie zdalne i jak pisalam kilku z Was w komentarzach, szlag mnie jasny trafil! Pierwszy dzien to byl koszmar za koszmarem. Filmiki sie nie odtwarzaly, linki nie otwieraly, w komputer wypozyczony ze szkoly trzeba bylo sie zalogowac, ale ani dzieciaki, ani tym bardziej ja, nie wiedzialam jak, bo koncowka maila wyraznie zaznaczala, ze ma to byc mail szkolny. Ja konta szkolnego nie posiadam oczywiscie, dzieciaki tylko wzruszyly ramionami, ze oni nie wiedza... Po chwili okazalo sie, ze aby wejsc na zadania klasowe ze zwyklego kompa, rowniez potrzebne jest konto szkolne. Bomba! Przewalilam wszystkie maile, ktore otrzymalam pod koniec poprzedniego tygodnia, a troche tego bylo. W kazdym entuzjazm i zachwyt: bedziemy sie ze soba laczyc! Swietnie miec znowu kontakt! Bedzie cud, miod i malina po prostu! W zadnym z tych entuzjastycznych maili, ani slowka instrukcji. Okazalo sie jednak, ze troche w tym bylo mojej winy. Otoz, dzieciaki przyniosly na poczatku roku szkolnego kartke z haslami i loginami do roznorakich edukacyjnych gier i programow. Poniewaz u nas w domu dostep do komputera jest dla mlodziezy mocno ograniczany, poza jednym programem, ktory panie zadawaly czasem uczniom jako prace domowa, nigdy nie pozwalam Potworkom na nie wchodzic. Teraz mam za swoje. ;)
W koncu odszukalam w kupie papierow informacje otrzymane pod koniec sierpnia (dobrze, ze nie wyrzucilam! :O) i voila! znalazlam maile dzieciakow. :/
Niestety, jak juz udalo sie zalogowac, wcale nie bylo lepiej, bo tak jak pisalam, tu jakis filmik nie dzialal, tam link sie nie otwieral... Potworki zdezorientowane, a ja razem z nimi... Na szczescie od drugiego dnia poprawili nieco technologie i wydaje sie, ze wszystko gra i buczy, chyba, ze komputer sie zawiesi. Bi pracuje na moim starym gracie i dzis "zawisl" dwa razy. ;)
Czy to znaczy, ze dzieci radosnie wykonuja zadania, a rodzic moze skupic sie na swojej pracy? Absolutnie NIE! :( Kiedy zaczynam to pisac, mamy dzien #4, a ja kazdego dnia jestem coraz bardziej sfrustrowana! Rzad zdecydowal sie zamknac szkoly. Poza szkolami, wszystkie przedsiebiorstwa ktore mozna, jesli nie sa zamkniete na glucho, to maja ograniczone pole manewru. Uderza to w zwyklego pracownika, jak ja, ktory traci prace lub pensje, uderza we wlascicieli firm, jak pisala Iwosia. Niby rozumiem cel tych zamkniec, ale ciagle glowie sie, czy jest to naprawde konieczne na taka skale? Mysle, ze dzialania rzadow regionalnych oraz swiatowych w obliczu pandemi, oceni po prostu historia. Dla nas za pozno, to nasze dzieci albo wnuki dowiedza sie prawdy. My teraz mozemy tylko starac sie przetrwac ten czas...
Wracajac jednak do szkol. Rzad zdecydowal sie zamknac placowki oswiatowe. Ok. W tym momencie powinien po prostu pozegnac sie z nauka w najmlodszych klasach. Dzieci 5-6-7-letnie nie pociagna same zdalnego nauczania. Nie w takiej formie jaka zaserwowala nam szkola. Musze przyznc, ze Bi - prawie 9-latka, jakos to ogarnia. Zauwazylam jednak, ze jej nauczycielka wysyla zadania w formie slajdow. Jeden slajd - instrukcja, drugi - przyklad, trzeci zadanie, czwarty - miejsce do wpisania komentarza lub rozwiazania. Jest w miare logicznie i wyglada na to, ze to ona, po swojemu (czyli lopatologicznie ;P) wpisuje tlumaczenie i sposob na rozwiazanie. Nie mniej, poza filmikami wysylanymi rano przez nauczycielke oraz dzieci w klasie, nie maja oni bezposredniego ze soba kontaktu. Nic tez nauczycielka "fizycznie" nie tlumaczy. Efekt? Jesli dziecko czegos nie rozumie, idzie do rodzica. Nie mniej tu nie moge narzekac, bo Bi w wiekszosci pracuje chetnie i samodzielnie. Nik za to... Szkoda gadac. Jego nauczycielka w ogole jakos marnie to organizuje. Maja stronke z wydzielonymi zadaniami z matematyki, czytania oraz pisania. Sa instrukcje, ale napisane tak sucho i oficjalnie, ze tak jak w czwartek, przeczytalam z Mlodszym trzy razy podpunkty wymieniajace co i jak ma napisac. Wydawalo mi sie, ze jasno mu wytlumaczylam o co chodzi, a on za kilka minut przyszedl z placzem, ze nadal nie wie, co ma robic. Nie pomaga, ze instrukcja jest w jednym miejscu, przyklad pod innym linkiem, a materialy pomocnicze jeszcze pod innym. Nie rozumiem jak do nauczycielki 7-latkow moze nie docierac, ze oni nie potrafia korzystac jeszcze ze zrodel? W ten sposob moga pracowac dorosli lub nastolatki. Ale gdzie 7-latki?! No ludzie! Oni musza miec krok po kroku, jak za raczke, wszystko tlumaczone. I niestety, powinno byc wytlumaczone przez nauczycielke, takim jezykiem, jakiego uzywa w klasie. Bo Nik przeciez w szkole wykonuje polecenia i zadania poprawnie, czyli Pani potrafi to tak wyjasnic, zeby II-klasisci zrozumieli. Ale nie, latwiej jest wrzucic garsc linkow do materialow zrodlowych i niech sobie dzieciaki radza. A jak nie poradza, to niech rodzic z nimi siedzi. :/ W ten sposob spedzilam juz czwarty dzien, kwitnac praktycznie caly czas z Kokusiem nad jego lekcjami. Co zejde na dol, siade do kompa z pracy, slysze "Maaamooo, potrzebuje pomocy!". Doslownie co 10 minut! W takich warunkach nie mam szans sama pracowac! Znalezienie dojscia do pracy zadanej przez nauczycieli od muzyki, plastyki, w-fu i skrzypiec to w ogole wyzsza szkola jazdy. Trzeba przejsc przez tyle kolejnych linkow, ze nawet ja - dorosla, robie to czysto na wyczucie. Tutaj wymieka rowniez Bi, chyba ze wychowawczyni doda konkretny link w swojej prezentacji, ale nie zawsze daje...

Bi przymierza sie do demonstracji dla nauczycielki skrzypiec

A co z dziecmi, ktorych rodzice nadal normalnie jezdza do roboty? Jesli zostaja z w miare ogarnieta opiekunka, pewnie ta siedzi z nimi i rozwiazuje zadania. Ale jesli sa tylko ze starszym rodzenstwem, lub rozrzucone po krewnych (wiem, ze zaraza, ale kazdy radzi sobie jak moze...)? Albo jesli rodzic ma na to wyje...chane, albo jest nieogarniety, albo nie mowi po angielsku? To jest tutaj zupelnie realne. Takie dzieci zostana w tyle i juz. Nikt im nie pomoze i nikt ich nie podciagnie. To dlatego burmistrz Nowego Jorku tak dlugo ociagal sie z zamknieciem szkol. Nowy Jork, poza kilkoma bogatszymi dzielnicami, to jest milionowa biedota i patologia, ktorej dzieci tylko w szkole maja podstawowa opieke, ochrone oraz pomoc w czymkolwiek. Z regularnymi posilkami na czele. Tak, nadal mowimy o Hameryce. Takie sa tutejsze realia w wiekszych miastach.
Po dlugosci mojego monologu, mozecie zobaczyc, jak bardzo jestem sfrustrowana. To nie tak powinno wygladac. Jesli szkoly nie potrafia dopasowac nauczania zdalnego do najmlodszych klas, powinni je sobie odpuscic kompletnie. Sasiadka ma I-klasistke i tak samo rwie juz wlosy z glowy, bo ona dodatkowo jest managerem w duzej korporacji, musi byc w ciaglym kontakcie z wlasna grupa, organizowac wirtualne spotkania oraz prezentacje, a tymczasem siedzi cale dnie z mlodsza corka nad szkolnymi zadaniami. Druga sasiadka ma corke w klasie Nika i mowi to samo. Jej mlodsza panna nie potrafi sama przebrnac przez dzienne zadania. A to wszystko, zeby nauczyciele mogli pokazac, ze "cos" robia i dostac normalna wyplate. I ja im sie, tak w sumie, nie dziwie, ale niechze to bedzie dostosowane do wieku i poziomu uczniow! Wczesniej, w szkole, nie mieli tego problemu, teraz nagle nie potrafia? :/

Aha, zapomnialabym! W poniedzialek gowernor Stanu oglosil, ze szkoly zamkniete zostaly oficjalnie do 20 kwietnia, a najprawdopodobniej bedzie to juz do konca roku szkolego. Wszystko mi opadlo...

O przedluzeniu zamkniecia dowiedzialam sie dopiero we wtorek i to od meza. Tak, od mojego M., ktory zwykle nie interesuje sie niczym zwiazanym ze szkola. Jak widac, wyjatkowe czasy budza wyjatkowe reakcje u niektorych. Jak to jednak bywa, malzonek wiedzial, ze dzwonia, ale nie wiedzial, w ktorym kosciele. Niemal zeszlam na zawal, kiedy napisal, ze szkoly juz zamkniete sa do jesieni. W szoku bylam tez, ze nie dostalam zadnego zawiadomienia od szkoly, ktora zwykle w takich wypadkach dzwoni, wysyla sms'a i jeszcze ze trzy maile... Nic nie moglam znalezc tez na stronie z lokalnymi wiadomosciami. Dopiero na stronie szkoly, gdzie po wejsciu widnieje komunikat, ze lekcje sa odwolane, zauwazylam date zmieniona na 20 kwiecien. A kilka godzin pozniej, w wiadomosciach ukazal sie artykul, ktory cytowal slowa governora Stanu, oglaszajacego, ze narazie szkoly zamyka do 20 kwietnia, ale przewiduje, ze raczej w tym roku szkolnym ich nie otworzy. Szlag.
W kazdym razie, majac przed soba wizje przynajmniej kolejnych 3 tygodni bez szkoly, napisalam do szefa. Tym bardziej, ze w czwartek mijaly 2 tygodnie, w czasie ktorych mielismy pozwolenie na prace zdalna. Maile, ktore dostawalam przez ten czas od zarzadu budynku mowily, ze "pozbyli sie" wszystkich studentow oraz pracownikow akademii medycznej, a przy wejsciu mierza ludziom temperature. Spodziewalam sie jednak, ze wszystkie male przedsiebiorstwa wynajmujace tam laboratoria, normalnie pracuja. W swietle jednak ogloszenia sprzed prawie dwoch tygodni, ze wszystkie nie-kluczowe firmy maja zostac zamkniete, no i przedluzenia zamkniecia szkol, zapytalam jaki jest plan dla mojego miejsca pracy. Okazalo sie, ze mamy nadal pracowac zdalnie, bo nasz caly budynek jest zamkniety az do odwolania. :O Wpuszczane sa jedynie pojedyncze osoby, ktore musza raz na jakis czas uzupelnic specjalne zbiorniki, w ktorych przechowywane sa probki w cieklym azocie. I tyle. Nikt inny nie wejdzie do srodka.
Z jednej strony odczulam ulge, ze jeszcze nie musimy martwic sie o opieke nad Potworkami, ale z drugiej znow dotarla do mnie powaga sytuacji...
Aha, szef napisal tez, ze w przyszlym tygodniu powinnam dostac wyplate, ale uwierze jak zobacze. Juz tyle razy byly obiecanki cacanki, a glupiemu radosc... :/

M. pracuje poki co normalnie. Zarzad ich firmy ma federalne pozwolenia i zapowiedzial, ze chocby zostala dwojka pracownikow, to nie zamkna. Z jednej strony ulga, bo wiadomo, regularna wyplata, z drugiej zaczyna byc troche straszno. Coraz wiecej osob nie przychodzi u nich do pracy twierdzac, ze sie boja, a co gorsza, coraz wiecej wychodzi w srodku dnia oznajmiajac, ze sie zle czuja i maja goraczke. :O Z tych kilku osob nikt nie wie, czy sie przebadaly i jakie maja wyniki. A ja boje sie wpuszczac meza po pracy do domu... :/

Martwie sie tez o dalsza rodzine. Moj tata rowniez normalnie pracuje, ale na szczescie, w jego branzy, zazwyczaj jedzie na zlecenie sam lub z jedna osoba, pracuje na zewnatrz, a z klientami widzi sie tylko przelotnie. Moja matke, ktora histeryzuje, ze na pewno zarazi sie i umrze, pomijam milczeniem. ;) Niestety moja tesciowa ma lekka goraczke i dusznosci. Ma je jednak juz od ponad dwoch tygodni, razem ze stanem podgoraczkowym, wiec zakladam, ze to nie korona. Najgorzej, ze teraz lepiej unikac jak ognia przychodni i lekarzy... :/

*

Zeby uciec troche od tematu korony, poklikam Wam tez o minionym poniedzialku (23 marca).
Co ciekawego zdarzylo sie w tamten poniedzialek, poza tym, ze byl to pierwszy dzien nauczania zdalnego i mialam ochote kogos pogryzc? ;) Otoz... spadl nam snieg! Ha! Porzadnego opadu nie bylo od grudnia, jakiegokolwiek opadu od koncowki stycznia, to musialo spasc teraz, jak juz kazdy wyczekuje wiosny, a najlepiej lata, zeby przegonilo wirusa?! :O

Moje biedne krokusy... Na szczescie przetrwaly bez szwanku

Nie spadla jakas powalajaca ilosc, ale z 10 cm bylo. Tak akurat, zeby zakryc trawe. ;) Potworki oczywiscie byly zachwycone, a ja cieszylam sie choc raz z wlasnego lenistwa. Zimowe ciuchy bowiem co prawda popralam (bo kto by sie spodziewal, ze jeszcze sie przydadza), ale nie mialam czasu (czyt. nie chcialo mi sie) zniesc ich do kantorka w piwnicy. Wisialy sobie dalej w szafie w przedpokoju, wiec przynajmniej nie musialam niczego goraczkowo szukac. A Potworki oczywiscie, jak tylko uporaly sie z lekcjami, nie bylo bata, musialy wyjsc na dwor.
Radosci bylo co niemiara, mimo, ze snieg byl bardzo mokry, wiec juz po chwili cali ociekali. Ale co tam. :) Najwazniejsze, ze zabawa byla przednia. Zjezdzali z jednej strony domu...

Pod choinkami w ogole malo co osiadlo...

Z drugiej strony...

Jak widac jeden przejazd i snieg wytarty do trawy ;)

Oraz z przodu.

Po schodach tez zjezdzali, a jak ;)

Bi ulepila nawet cos na ksztalt balwana, choc z powodu mikrej ilosci sniegu, byl niemozliwie brudny.

Twor :D

Na udekorowanie go nie starczylo juz inwencji, szczegolnie, ze w trakcie zabawy, snieg, ktory nadal padal, przeszedl w marznacy deszcz i zrobilo sie naprawde paskudnie. Tarzanko na sniegu rowniez musialo zostac zaliczone. ;)

Styczen to, czy luty? A nie, to koniec marca ;)

Podobnie jak dzieciaki, zadowolony byl i psiur, choc dla niej snieg, deszcz, upal, bloto, gradobicie... wsio ryba, byle ktos rzucal pileczke. :D

Rzuc pileczke! Rzuc pileczke! No, rzuc pileczke! Nie badz taka, rzuc pileczke! :D

Z czego chetnie skorzystal Nik, zabierajac pomaranczowy kawalek gumy sprzed psiego nosa i zwiewajac przed siersciuchem po calym ogrodzie. ;)

A przyczepka stoi i czeka na lepsze czasy ;)

Kolejnego dnia, poza smetna resztka balwana, po sniegu oczywiscie nie bylo sladu. W czwartek i piatek zas, temperatury doszly do prawie 20 stopni. W marcu jak garncu. Ogrod ma za nic koronawirusa i pomalu rozkwita wiosennymi kwiatami. :)







Krokusy ciesza oko



I to, cokolwiek to jest ;)

A w czwartek w nocy, rozwalil nam smieci niedzwiedz. :/ Nosz kurna... Slyszalam dziada zreszta, ale nie przyszlo mi do glowy, ze to nasz smietnik (ktorego nie wystawilismy na ulice i stal sobie pod domem)! Wyjrzalam przez okno, zobaczylam, ze te smietniki sasiadow, ktore moglam dojrzec, spokojnie stoja i uznalam, ze mi sie przeslyszalo. Dopiero rano wyjrzalam przez okno, a tam... przewrocony kubel! Na poczatku jednak ucieszylam sie, ze misiek tak go wywrocil, ze nie mogl otworzyc klapy.
Smietnik lezy, ale obok porzadek. To sie ucieszylam...

Taaa... Dopiero pozniej, kiedy wyszlam przewiesic przez balustrade wyprany dywanik, zauwazylam burdel na nizszym poziomie ogrodu. :/

Mial uczte, skurczysyn... A ja mialam kupe sprzatania... :/

Skubaniec wytaszczyl sobie worek na sam dol i tam go rozerwal w strzepy. :/

Tak nam mijaja kolejne dni kwarantanny. M. jezdzi do pracy i jak trzeba, zajezdza po zakupy. Ja z dzieciakami ograniczam sie do spacerow po osiedlu i zabawie przy domu. Kontakty towarzystkie skazane sa wylacznie na telefon i smsy. Dzieci, nie posiadajace wlasnych komorek, przerzucily sie na odreczne listy i wiadomosci przesylane poczta "rysunkowa" z telefonow rodzicow. ;)


Trzymajcie sie zdrowo!

niedziela, 22 marca 2020

Marzec 2020 - miesiac zmian...

To niesamowite jak wiele moze sie zmienic w ciagu tygodnia, dwoch...
Zaczynam pisac ten post w srode, 18 marca. Skonczylam w niedziele, 22-ego.
Jeszcze poczatek poprzedniego tygodnia nie zwiastowal zadnych wiekszych zmian. Owszem, wszyscy obserwowali z lekkim niepokojem sytuacje w Europie oraz w zachodniej czesci Stanow, w ktora COVID-19 uderzyl najmocniej. U nas wszystko wydawalo sie toczyc normalnie...
W poniedzialek (9 marca) pojechalismy do ksiegowego, zeby rozliczyc podatki za poprzedni rok. Okazalo sie, ze polkolonie, na ktorych dzieci spedzily wakacje, nie daly federalnego numeru potrzebnego do rozliczenia. Nie wiemy wiec nadal ile nas skasuja, ale spodziewamy sie jak zwykle niezle dostac po kieszeni... :/
We wtorek (10marca) Nik mial karate:

Szkoda, ze wszystkie zajecia dodatkowe sa teraz zawieszone...

W srode oba Potworki pojechaly na (jak sie okazalo, ostatni dla Nika) trening druzyny plywackiej, ale dowodu fotograficznego brak. ;) W srode rowniez szef oglosil, ze kto moze, ma pozwolenie na prace z domu przez dwa tygodnie, a ja z lekka spanikowalam, bo balam sie, ze mina te dwa tygodnie, bede musiala wrocic do pracy, a tymczasem zamkna szkoly. Jeszcze tego dnia nikt nic o zamknieciach nie mowil, a w kolejnym tygodniu mialy byc wywiadowki, wiec naiwnie myslalam, ze zamkna najwczesniej po nich. Taaa...
W czwartek (12 marca) planowalam pojechac jeszcze na kilka godzin do pracy, zeby podopinac wszystko, co bylo do dopiecia i zabrac niezbedne papiery do domu. Niestety, tego dnia... nie zapalil mi samochod! To juz przelalo czare i po powrocie z pracy, M. pojechal kupic mi nowy akumulator. ;) W miedzyczasie jednak miotalam sie w kolko, bowiem chcialam jechac do pracy, w czwartki rowniez jezdzilam przeciez do szkoly pomoc w bibliotece, a po poludniu dzieciaki mialy zajecia. Moj tata w pracy, M. w pracy... Normalnie sciagnelabym meza, ale ze tego dnia oficjalnie nie musialam byc juz w biurze, wiec uznalam, ze trudno, najwyzej do roboty nie podjade. W miedzyczasie probowalam podladowac akumulator taka jakby ladowarka podlaczana do pradu. Zeby dzialala jak trzeba, musialabym go odlaczyc calkowicie, a tego zrobic nie potrafie, wiec probowalam chyba bardziej zeby czuc, ze "cos" robie. Niestety, juz po 15 minutach ladowarka pokazywala, ze akumulator jest calkowicie naladowany, a auto nadal odmawialo odpalenia. Wlasciwie to stracilam nadzieje, maz zaczal mnie straszyc zebym wszystko poodlaczala bo jeszcze jakies zwarcie zrobie i popsuje auto kompletnie, itd. Poszlam, podjelam ostatnia probe odpalenia, tak dla zasady i... zapalil stary gruchot!!! :D W ten sposob, choc ze strachem, ze gdzies mi nie odpali i utkne, ale pojechalam do pracy (w koncu tylko na 1.5 godziny), do szkolnej biblioteki, do sklepu bo skonczylo sie mleko, a po poludniu zabralam Nika bez problemu na karate. Bi pojechala na trening z tata. Wieczorem zas, M. w koncu wymienil mi akumulator, choc auto teraz od piatku i tak stoi bezczynnie. :(
Na zajeciach karate bylo tylko troje dzieci. Chyba ludzie juz zaczeli sami sie izolowac. Nie mniej Nik mial frajde i nadal zaluje, ze jej go pozbawiono, bo tam tlumow nigdy nie bylo...

Chlopcy uczyli sie podstaw walki, tutaj - wydostawania sie spod przeciwnika :)

A teraz najlepsze. Bedac wczesniej w szkolnej bibliotece, spytalam bibliotekarke, co ona i kadra nauczycielska mysli i czy przewiduja, ze zamkna szkoly. Odpowiedziala, ze narazie zadnych takich poglosek nie slyszala i uwaza, ze beda obserwowac ilosc zachorowan w naszym Stanie. Tymczasem wieczorem, tamtaramtam, gruchla wiadomosc, ze od poniedzialku szkoly maja byc zamkniete na glucho! :/ Poczatkowo miala dzialac swietlica, ale juz we wtorek ogloszono, ze i ta ma byc nieczynna! :O Niestety, wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazuja, ze na dwoch tygodniach sie nie skonczy. Poczatkowo szkoly mialy byc nieczynne do 27 marca. Teraz gowernor zamknal je do 31ego. W przyszlym tygodniu, szkoly maja wdrozyc oficjalne nauczanie domowe i dostarczyc szkolne tablety dla dzieci, ktore w domu nie maja dostepu do komputera. Nie podejmowaliby takich krokow na tydzien, poltora, wiec moim zdaniem szykuja sie na dluzsze zamkniecie. Mozliwe, ze juz do konca roku szkolnego... :(

W piatek (13-ego! :O), jak pisalam ostatnio, korzystajac z tego, ze Potworki mialy jeszcze normalnie lekcje, pojechalam na zakupy. Szokiem byla dla mnie pusta polka normalnie majaca asortyment papierow toaletowych i wilgotnych sciereczek.


A i tak okazalo sie, ze mialam szczescie. Moj tata pojechal na zakupy kilka godzin pozniej, M. nastepnego dnia musial po cos podjechac i obaj relacjonowali, ze polowa polek jest wymieciona... :/
Weekend minal zwyczajnie, oprocz tego, ze i ja i dzieciaki cieszylismy sie, ze nie trzeba bylo zrywac sie skoro swit, zeby pedzic do Polskiej Szkoly.

Potworki ustawily wieze z rolek po papierze toaletowym (ktore zbieram na roznorakie projekty plastyczne) i urzadzily sobie strzelnice ;)

Ktorej zarzadowi, swoja droga odbija. Dostalam maila od nauczycielki Nika, ze szczegolowa informacja, ktore strony w ksiazce i cwiczeniach trzeba przerobic. I nie ma tego malo, o nie! Wyglada na to, ze mam z Mlodszym przerobic samodzielnie lekcje, a do tego jeszcze prace domowa. Potem mam porobic zdjecia wszystkiego i przeslac nauczycielce. A! I jeszcze nagrywac filmiki z czytania! Takie wymogi przejscia do nastepnej klasy! :/
Wyglada na to, ze najblizsze tygodnie powinnam rzucic robote w cholere i zostac nauczycielem moich dzieci, w obu szkolach!!! Chyba wszyscy powariowali! Stan zamknal szkoly, kiedy mielismy zaledwie 50 przypadkow koronawirusa! A teraz rodzice maja przejac role szkoly?! A niech sie wszyscy kopna w doopy! :/

W sobote rano namawialam Potworki na trening plywania, ale im sie nie chcialo. Kto wiedzial, ze bedzie to juz ostatni... :( W poniedzialek gowernor Stanu oglosil, ze wszystkie silownie (oraz bary, restauracje i kina) maja zostac zamkniete do godziny 20. Tym razem dzieciaki szykowaly sie ambitnie na plywanie, tymczasem, mimo ze spokojnie zmiesciliby sie przed obowiazkowym zamknieciem, treningi zostaly odwolane...

W kazdym razie, poniewaz mialam pracowac z domu, a nie chcialam zeby Potworki spedzily cale dnie na tabletach (nie mowiac juz o tym, ze jestem przekonana, ze to nie skonczy sie do 31ego, a nie chce zeby dzieciaki myslaly, ze to przydlugie ferie), od poniedzialku wdrozylam im nauczanie domowe.

Centrum dowodzenia. Matka probuje pracowac (z naciskiem na "probuje"), a dzieciaki sie ucza

Szkola nie zaopatrzyla nas w NIC, wiec zamowilam ksiazki i rano rozwiazuja w nich zadania, po przerwie robia zadania na komputerze, a potem jeszcze cwicza gre na skrzypcach.

Mlodszy wirtuoz :)

W miedzyczasie usiluje pracowac i szykuje drugie sniadanie, lunch oraz wreczam niekonczaca sie ilosc przekasek. Normalnie, oni nic nie robia, tylko jedza! :O Brudza tez niezliczona ilosc talerzykow oraz kubkow. Jak wczesniej zmywarka chodzila raz na 2-3 dni, teraz musze ja puszczac codziennie!
Na koniec wychodzimy obowiazkowo na dwor i dzien, do przyjazdu z pracy M., mija niewiadomo kiedy.
Pogoda jest typowo marcowa. Kaprysna, ale zwykle zimna i nieprzyjemna, czesto wiec palimy wieczorem w kominku. Najbardziej cieszy to chyba... psa. :)


Kiedy tylko kominek zaczyna dawac cieplo, piecuch przylazi i rozklada sie zaraz przed nim. W poprzednim wcieleniu musiala byc kotem. ;)

Za nami tez dzien Swietego Patryka (wtorek, 17 marca). W szkole zawsze wesolo obchodzony, z pulapkami na skrzaty (Leprechauns) oraz poszukiwaniem zlotych monet. Coz, w tym roku utknelismy w domu. Zeby jednak choc troche sobie urozmaicic ten dzien, Potworki zalozyly swoje zielone koszulki, a ja podarowalam im okulary, ktore zakupilam z mysla o szkolnych obchodach.

Bluzeczki zeszloroczne ale nadal pasuja :)

W piatek kupilam tez babeczki z zielonym kremem i posypkami w ksztalcie koniczynek (Shamrocks). Skromnie wiec, ale swietowalismy w domu, ku radosci mlodziezy. :)

Na tablicy wszystkie nasze szkolne grafiki. Czy przydadza sie jeszcze w tym roku...? :(

Matka Natura zeslala zas na Swietego Patryka odrobinke sniegu. Taka warsteweczka nie wzbudzila zbytniego entuzjazmu nawet u Potworkow, ale ze to rzadki w tym roku widok, to uwiecznilam ja na zdjeciach. ;)

Ciekawe jak sie sytuacja rozwinie i czy w ogole wyruszymy w tym roku na kemping? :(

Troche jakby zima, choc tylko 2 dni przed kalendarzowa wiosna... ;)

Poza ta jednodniowa sensacja, ogrod pomalu budzi sie z zimowego snu i wiosenne kwiaty wyrastaja jak grzyby po deszczu. I tak sporo pozniej niz w Polsce, mimo, ze zime mielismy chyba rownie lagodna...

Male tulipanki. Tak, czeka mnie sporo grabienia i rwania :)

Krokusy. Na dzien dzisiejszy juz kwitna, ale nie ma aktualnych zdjec. Myslalam, ze na co, jak na co, ale na porzadki w ogrodzie to bede miala mnostwo czasu...

Zonkile. Niestety, jesli mam zostac tymczasowa nauczycielka Potworkow i to z obu szkol, marnie ten moj nadmiar czasu widze...

Hiacynt. Czy raczej hiacyntek ;)

Mimo, ze nasze miasteczko bylo jednym z pierwszych, ktore zdecydowalo o zamknieciu szkol (a w naszym miescie nie ma narazie ani jednego przypadku koronawirusa), to najwyrazniej zrobilo to bez wiekszego planu. Dopiero w srode zaczelam dostawac maila za mailem o nauczaniu zdalnym, ktore ma sie zaczac w nastepnym tygodniu. W czwartek odebralam zamowiony ze szkoly komputer (niestety tylko jeden na rodzine i nie wiem jak Potworki sie nim pogodza), ktory wreczono mi tylko przez okno samochodu. :O
Od poniedzialku czeka nas wiec kolejna rearanzacja planu dnia. Na dzien dzisiejszy nadal nie wiem jak ma to wygladac, ile czasu dzieci beda spedzac przed ekranem, nic. Maja jednak podobno sprawdzac obecnosc oraz wykonanie zadan. :O
Nie zebym oczekiwala czegos innego, ale nie wyglada to zeby mieli planowo otworzyc szkoly 1 kwietnia. Jak pisalam wyzej, za duzo maja zachodu z organizacja tego zdalnego nauczania, zeby mieli je wdrozyc na 1.5 tygodnia... Zreszta, juz pisza, ze pierwszy tydzien to bedzie "zapoznawanie sie" z systemem. Po tym pierwszym tygodniu, zostalyby 2 dni... Czytam, ze w Polsce przedluzono zamkniecie szkol o kolejne 3 tygodnie. Podejrzewam, ze u nas bedzie to samo. :/

Poki co, do biura nie jezdze, ale w czwartek odebralam maila z zarzadu budynku, w ktorym sie ono miesci, ze wchodzic wolno wylacznie glownym wejsciem, gdzie beda wszystkim wchodzacym mierzyc temperature... Nie wiem na ile ma to chronic pracownikow, bo ktos moze lyknac lek na zbicie i przyjechac chorym do pracy i tak...

Jesli o pracy mowa, to wiesci nie sa specjalnie optymistyczne, a raczej sa po prostu kiepskie. Nie pamietam czy pisalam, ale kiedy wszystko w Chinach "stanelo", nie dostalam dwoch wyplat (mam placone co 2 tygodnie). Potem dostalam jedna pensje (czyli polowe miesiecznej), ale drugiej zaleglej juz nie. W poniedzialek powinnam otrzymac kolejna 2-tygodniowke, ale w srode, podczas telekonferencji, jeden z szefow oglosil, ze poki co, wyplaty zostaja wstrzymane. Problemem sa podobno jakies chinskie dofinansowania, wlasciciel (mieszkajacy w Chinach) ponoc szuka zastepczych sponsorow czy jakos tak (strasznie to wszystko pokrecone), ale ja podejrzewam, ze po prostu ktos nie ma ochoty nam placic, skoro teraz "stanelismy" my... :/
Przyznaje, ze sie podlamalam i poplakalam... Najgorzej, ze to nie jest kompletnie pora na szukanie nowej pracy... Nie rozumiem tylko dlaczego nie wysla nas po prostu na bezrobocie, nawet czasowe... Mimo, ze wcale nie mam ochoty zasilac licznej obecnie rzeszy bezrobotnych, oni przynajmniej dostaja zasilki. Ja nie dostaje nic. Od piatku gowernor oglosil zamkniecia wszystkich nie-kluczowych firm, istnieje wiec realna grozba, ze za chwile wyladuje z nami w domu M. Jego pensja, wraz z nadgodzinami, starcza akurat "na styk" na oplaty oraz jedzenie. Jesli wyladuje na zasilku, trzeba bedzie ruszyc ciezko uciulane oszczednosci... :(

Nie jest latwo, oj nie...

Zeby nie konczyc az tak pesymistycznie (choc moj nastroj ostatnio nie moze sie dzwignac...), na koniec cos ladnego:

Nie mam pojecia, co to jest (ktos? Cos?), ale kwitnie sobie w najlepsze i w tylku ma sytuacje na swiecie... ;)

poniedziałek, 16 marca 2020

Poczatek marca, czyli ostatni tydzien "przed koronawirusem"

Pare slow o biezacej sytuacji.

W piatek rano pojechalam na zakupy. Korzystajac z tego, ze Potworki szly jeszcze tego dnia do szkoly, wybralam sie raniutko, z nadzieja, ze unikne tlumow. Taaa... W Polakowie faktycznie bylo duzo pusciej niz zwykle. Zostal mi jeszcze sklep Hamerykancki, wiec zajechalam do malego Aldi, ktory mam po drodze do domu. Omatkoboskojaciepierdziele! Zajezdzam do tego sklepu czesto w soboty, wracajac do domu po odwiezieniu Potworkow do Polskiej Szkoly, ale takich tlumow tam jeszcze nie widzialam! Parking pelniutki! Koszyki na samym koncu korytarzyka! W sklepie ludz na ludziu! Zalowalam, ze nie wzielam maseczki, bo dostalam zapas z pracy. Niby trabia, ze one nie pomagaja, ale mi sie wydaje, ze jednak to jakas bariera, c'nie?
W kazdym razie wiekszosc asortymentu byla, ale kilku rzeczy zabraklo. Chwycilam ostatni sloik kawy rozpuszczalnej dla M. Nie bylo kompletnie ziemniakow, ryz zostal jakis dziwny, ale ze nam sie skonczyl kompletnie, to wzielam. Moze da sie zjesc. Makarony o dziwo byly. Brak za to mydla, ale tego mozna sie bylo spodziewac. Niestety, zgodnie z zartami z Fejsa, nie bylo kompletnie papieru toaletowego! Nic, null, nada... Mam w piwnicy resztke paczki z 6-cioma rolkami. W lazience na dole kolejne 4 rolki. Chcialam dokupic jedna (!) paczke na wszelki wypadek. No i ch*j, nie kupilam, bo ni ma! Ludzie sie posrali i to doslownie najwyrazniej! :/

Potem okazalo sie, ze mialam szczescie, bo po poludniu oraz dnia nastepnego, sklepy byly juz doslownie wymiecione. Resztki miesa, zero produktow suchych czy konserw. Wszystko z dluga data waznosci zniklo. Oczywiscie o papierze toaletowym, chusteczkach do nosa czy nawet wilgotnych sciereczkach dla niemowlat (!) mozna sobie pomarzyc... Zostaly slodycze, ale nie wyobrazam sobie przezyc na batonikach Snickers, choc lubie. ;)
Sklepy ograniczyly godziny otwarcia zeby pracownicy mogli nadazyc z wykladaniem towaru. Moze to cos pomoze. A moze po prostu ogonek kupujacych bedzie sie ustawial pol godziny przed otwarciem i wszystko bedzie znikac w 15 minut. :/

Odwolane zostaly ostatnie zajecia ze sztuk walki. Szkoda, bo Mlodszy ogolnie jest oporny do probowania nowych aktywnosci, a te bardzo polubil. Ale coz, sila wyzsza... Podobnie, oba kluby gimnastyczne, z ktorymi kontaktowalam sie w sprawie gimnastyki artystycznej dla Bi, sa zamkniete. Silownia, w ktorej maja klub plywacki, nadal jest czynna, ale jak dlugo? Podejrzewam, ze to kwestia dni i silownie rowniez oglosza zamkniecia, albo zmusi ich do tego gowernor naszego Stanu.
Update: dzis (poniedzialek, 16 marca) Stan oglosil, ze wszystkie silownie maja byc zamkniete do 20 godziny lokalnego czasu... Czyli dzieciaki traca nawet plywanie...

Wpadlam na pomysl, zeby podjechac do biblioteki, zaopatrzyc sie w zapas ksiazek oraz filmow, skoro juz siedzimy w domu. Taaa... Przezornie weszlam na strone bibliotek (nasze miasteczko ma dwie), a tam... biblioteki zamkniete do odwolania... :O

Nasz Stan ma narazie 26 przypadkow koronawirusa... Co bedzie, kiedy ich liczba dojdzie do setki? A dojdzie na pewno...

*

To tyle z aktualnych wiesci. Teraz juz weselej i tasiemcowo, bo kazdy z nas potrzebuje chyba takich zwyklych, codziennych postow. Przynajmniej ja lubie je czytac, bo przypominaja mi, ze pomimo gardla zaciskajacego sie co jakis czas w panice, zycie toczy sie dalej i wszyscy usilujemy zyc w miare normalnie...


(Przed)ostatnio bylo o koncowce lutego, to teraz bedzie o poczatku marca. :)

Ostatni dzien lutego Potworki spedzily w Polskiej Szkole, a potem pojechalam z Kokusiem na lyzwy, pamietacie? To byla sobota oczywiscie.
Za to w niedziele, 1 marca, pojechalismy na... tubing! :D

O ten tubing najbardziej dopraszala sie Bi, ktorej, jak wiecie, w tym roku narty jakos nie porwaly. Za to przy dwoch stokach narciarskich byly takie tory do snow tubing'u i Starsza az piszczala, zeby tam pojsc. Niestety, jestesmy w tym roku jakos kiepsko zorganizowani, dojezdzamy na narty pozno i mamy ograniczona ilosc czasu (stoki na polnoc od nas najczesciej nie maja nocnego oswietlenia i czynne sa tylko do 16:30). Szkoda nam marnowac czas na tubing, skoro przyjechalismy szusowac. Wedlug M. w ogole bez sensu spieszyc sie zeby dojechac dwie godziny wczesniej i pozwolic Potworkom poszalec. Troche to rozumiem, ze potem byliby juz zmeczeni i szusowanie moglo sie skonczyc podwojna histeria, zamiast awanturka tylko ze strony Bi. ;) Ale ogolnie to M. sam zjezdzac nie chce, wiec uwaza, ze dla dzieciakow to tez zadna frajda. Coz, dzieciaki uwazaja wrecz odwrotnie. ;)

Gotowi do szalenstwa :)

W kazdym razie Bi jojczala zeby pojechac na tubing, a ja obiecalam jej, ze tak, kiedys na pewno ja wezme. Poczatkowo planowalam zrobic to w lutowy dlugi weekend, ale jesli pamietacie, Nikowa tajemnicza choroba zatrzymala nas w domu. Zima zaczela pomalu dobiegac konca, a temperatury praktycznie codzien przekraczaly 10 stopni, wiec zaczelam goraczkowo szukac pasujacego dnia z odpowiednia pogoda. Plany utrudnial fakt, ze w naszym Stanie takie tory do tubingu sa tylko dwa (oba jakies 50 minut drogi od nas), a przez to oczywiscie jest mnostwo chetnych (a dalej nie chcialo mi sie jezdzic). Trzeba wiec wykupic bilety zawczasu i na okreslona godzine. Na szczescie na 13 po poludniu 1 marca zostaly 4 bilety, wiec szybko zgarnelam dwa z nich. No i pogoda miala byc swietna - 2-3 stopnie na plusie i slonecznie. Super!

Zdjecia wyszly mi tak, ze wyglada jakby dzieciaki po prostu siedzialy w tubach, musicie mi wiec uwierzyc na slowo, ze jada ;)

Pojechalismy, nawet M. sie z nami zabral i Potworki bawily sie rewelacyjnie! Dzien byl poczatkowo bardzo wietrzny, z czego sie cieszylam, bo obnizal temperature. Potem jednak wiart ucichl i przy pelnym sloncu zaczelo sie robic nieznosnie cieplo. Jeszcze ja i M. stalismy w miejscu, wiec dla nas nie bylo az tak zle, ale dzieciaki musialy wbiegac z tymi tubami pod gorke do wyciagu i po jakims czasie zaczely jeczec i sie rozbierac... Pod koniec zaczeli tez wymiekac, ale dopiero kiedy Nik poprosil zebym pomogla mu ciagnac tube, zrozumialam dlaczego. Otoz, z racji takiej, a nie innej zimy, poza nasniezonym torem, nie bylo nigdzie sniegu. W pewnym momencie trzeba bylo ciagnac te tube pod gore do wyciagu po blocie. Na szczescie dalej juz ruchoma tasma ciagnela dzieciaki na szczyt gorki. Nawet dla mnie - doroslej, ten kawaleczek "recznego" ciagniecia byl meczacy, a co dopiero dla Mlodszego. Oboje z Bi jednak dzielnie dotrwali do konca dwugodzinnej sesji i dobrze, bo kolejny raz w tym sezonie raczej sie nie wybierzemy.

Chociaz na jednym zdjeciu porzadnie widac tor :)

Juz na wychodnym, jakims cudem dostali zastrzyk energii i zamiast grzecznie wracac z rodzicami do auta, zaczeli wspinaczke po kupach sniegu. Nie ma sie co dziwic biedakom. W tym sezonie byl to widok praktycznie niespotykany. ;)

Takie widoki to tylko na sztucznie nasniezonych stokach :D

Poniedzialek, 2 marca, poza szkola i praca to "tylko" trening na basenie. Potworki chodza raz chetniej, raz mniej chetnie i ogolnie najlepiej to posiedzieliby sobie leniwie w domku. ;) Na szczescie nie trzeba ich jakos bardzo namawiac, poza tym, ze chcialabym zeby Bi juz w koncu przeszla na treningi srednio-zaawansowanych we wtorki i czwartki. Poki co jednak wtorki oprotestowuje i nadal woli jezdzic w srody z Kokusiem.

Trening :)

We wtorek, 3 marca Nik mial kolejne zajecia ze sztuk walki.

Nawet nie pamietam, co oni tu wlasciwie robili :D

Tym razem tata byl w domu, wiec Bi zostala z nim, a ja moglam spokojnie pojechac z mlodszym. Namawialam oczywiscie Starsza, zeby pojechala na trening, ale zaparla sie obiema nogami i co jej zrobisz...

W srode, 4 marca dzieciaki mialy luzniejszy dzien, bo konczyly juz o 13:15. Nauczyciele mieli szkolenia. To oznaczalo luzniejszy dzien rowniez dzien dla mnie, bowiem ktos musial zajac sie potomstwem. Wyszlam z pracy wczesniej i pod wieczor mialam wrazenie, ze w ogole w pracy nie bylam, tyle czasu zyskalam! Fajnie bylo tak troche "pomieszkac" we wlasnym domu. ;) Potworki zreszta tez skorzystaly, bo poza szybkimi lekcjami oraz basenem (na ktory zreszta pojechalam z samym Nikiem, bo Bi smarczala), zdazyli tez sie pobawic oraz przygotowac deser z chrupek Rice Krispies oraz marchmallows. Obydwoje co prawda bardziej lubia ten deser przygotowywac niz jesc, ale moze to i dobrze. ;)

Bi ostatnio zapalala miloscia do kokow. Pamietam, ze kiedys moja siostra namietnie zakrecala wlosy na czubku glowy w taki niedbaly kok i zartowalysmy z tej fryzury, ze ma "kupe" na glowie :D

W czwartek, 5 marca, nauczyciele ponownie sie szkolili, wiec dzieciaki znow wyszly o 13:15, a ja znowu musialam sie urwac z pracy. Szczerze mowiac to zastanawiam sie, czy nie byloby dla wszystkich lepiej gdyby zamiast dwoch polowek nie zrobili jednego, pelnego dnia wolnego i czesc. No ale, jak sie nie ma co sie lubi, to sie lubi co sie ma. ;) Zawsze to mialam troszke wiecej tego czasu w domu na ogarniecie chalupy, naczyn, itd. Nik mial tego dnia ponownie sztuki walki. Bi miala isc na trening z grupa plywacka srednio-zaawansowana, ale nadal smarkala, a ze kolejnego dnia mieli miec impreze na basenie, stwierdzilam, ze lepiej niech sie troszke podkuruje.
Za to Mlodszy chyba bawil sie najlepiej z dotychczasowych zajec. Na poczatkowych uczyli sie bowiem jak zadawac ciosy czy kopac, ale na sucho, do lustra. Trenerow jest dwoch, wiec przechodzili od dziecka do dziecka z poduszkami, zeby kazde moglo tez autentycznie cos kopnac lub uderzyc, ale wiekszosc celowala w powietrze. Tym razem jednak trenerzy wyciagneli na srodek worki treningowe.


To dopiero byla zabawa! Pod koniec Nika wyraznie bolaly juz knykcie i byl mocno zmeczony. ;) Ale kiedy wyszedl, pokrzykiwal z entuzjazmem, ze to byl najlepszy trening ever. :D

W piatek, 6 marca, po poludniu odbyla sie impreza zorganizowana przez druzyne plywacka dzieciakow z okazji zakonczenia sezonu. Najpierw mlodziez szalala godzine na basenie, grajac w roznorakie gry, potem przeszli do salki na poczestunek.

Trener tlumaczy zasady gry

Kazdy przyniosl przekaski lub deser i w koncu uzbieraly sie tego 3 stoly zarcia, a jeszcze klub sportowy zamowil pizze. Dzieciarni humory z grubsza dopisywaly, poza Nikiem, ktory nie wiedziec czemu byl nie w sosie. Pozniej tlumaczyl sie, ze chcial dostac jakas nagrode, a nic nie otrzymal, ale nie do konca bylo to prawda. Humor poszybowal bowiem w dol zaraz po przyjsciu na sale "bankietowa" bez wyraznej przyczyny... Bi siadla sobie zadowolona z kolezankami, panny wolaly tez Kokusia, ale on sie zaparl, ze nie i koniec...

Bi w towarzystwie, Kokus na boku...

Kiedy wszyscy troche pojedli, trenerowie wyszli na scene i podziekowali wszystkim dzieciom oraz rodzicom za swietny sezon. W mistrzostwach nasza druzyna jako calosc uplasowala sie na 8 miejscu, ale trener tlumaczyl, ze jest bardzo zadowolony z tego wyniku, bowiem pozostale druzyny mialy przecietnie okolo 80 czlonkow, a nasza tylko 40.
Nastepnie rozdali dyplomy wyrozniajacym sie dzieciakom z kazdej grupy wiekowej. Ku mojemu zaskoczeniu (i ogromnej dumie oczywiscie ;P) jednym z tych dzieci byla Bi.

Bi z innymi nagrodzonymi dziecmi w swojej kategorii wiekowej (dwoje nie przyszlo na impreze)

Otrzymala dyplom dla "Most Valuable Swimmer" w kategorii dziewczynek lat 8 i ponizej. Oznacza to, ze otrzymala najwieksza ilosc punktow w czasie sezonu. Plywacy za miejsca I, II oraz III dostaja bowiem punkty, czyli w swojej kategorii wiekowej Bi zajela najwiecej I oraz II miejsc z druzyny. Bardzo bylam dumna z tej naszej "ryby", szczegolnie, ze przeciez ona wziela udzial tylko w 3 towarzystkich zawodach, a niektore dzieci poplynely w czterech lub pieciu, mialy wiec szanse zebrac wiecej punktow.
Poza tym, w koncu dostala zalegle wstazki za zawody oraz jeden, jedyny wygrany medal w mistrzostwach.

Dyplom i medal. Jeden jedyny, ale... jest! :D

Pewnie nie pamietacie, wiec dodam, ze jest on za IV miejsce w sztafecie kraulem. Szkoda, ze w indywidualnym wyscigu stylem motylkowym Bi zajela VII miejsce. Tylko jedna pozycja wyzej i mialaby drugi medal (rozdawane byly do VI miejsca). Coz, trudno... ;)
 
Wstazki za ostatnie zawody towarzyskie oraz mistrzostwa

Nik poplakal sie, rozczarowany, ze on niczego nie dostal. Szkoda mi go bylo, ale co moge zrobic? Tlumacze, ze musi zaczac brac udzial w zawodach, wtedy bedzie mial szanse na wstazki i medale. Dopoki bedzie sobie plywal dla samego plywania, nie ma na nic szans. Kolejne zawody beda latem. Zobaczymy, moze tym razem sie odwazy? ;)
[Jesli do tego czasu zycie wroci do ogolnie pojetej normy...]

Na sobote, 7 marca mialam, czy raczej Nik mial duze plany, bowiem zostal zaproszony na impreze urodzinowa. Z tym przyjeciem nieco przegieli, bo odbylo sie o 11 rano! Wiem, ze sobota, ale wiekszosc amerykanskich dzieci ma w sobotnie poranki zajecia sportowe, a Potworki, wiadomo, maja Polska Szkole. Normalnie odpisalabym, ze nas nie bedzie, ale ze impreza byla kolegi, z ktorym Nik koleguje sie juz od zerowki i ktory byl na jego wszystkich przyjeciach, to stwierdzilam, ze trudno, nic sie nie stanie jak raz im sobotnia szkole odpuszcze. [Gdybym wiedziala, ze beda to ostatnie zajecia na dluzszy, nieokreslony czas, mocniej bym sie nad tym zastanowila...]. "Im", bowiem Bi na wiesc, ze Mlodszy mialby isc na przyjecie, a ona do szkoly, podniosla oczywiscie larum. Co bylo robic, napisalam do mamy solenizanta czy moge przyjsc z dwojka, przygotowujac sie, ze jak cos, odstawie Bi do dziadka, bo M. oczywiscie pracowal. Na szczescie Bi dostala przyzwolenie na towarzyszenie bratu, wiec pojechalismy we troje.
Taaa... Pojechalismy, ale z przygodami! Wyobrazcie sobie bowiem, ze moje auto znow postanowilo nie odpalic! :O Tym razem nawet nie wiem czy ktores z dzieci zostawilo niedomkniete drzwi, bowiem oboje wpakowali sie do auta przede mna i oboje oczywiscie goraczkowo zapewniali, ze "Moje byly zamkniete, naprawde!!!". Tiaaa... ;)
W kazdym razie, w pierwszej chwili oznajmilam, ze chyba na urodziny nie pojedziemy. Placz, no jakby inaczej. Potem jednak moj tata przyjechal mnie poratowac (M. byl w pracy) i odpalic przez kable. Myslicie, ze Nik byl zadowolony? A gdzie tam, bo umyslil sobie, ze skoro na urodziny nie pojedziemy, to przywlaszczy sobie prezent dla kolegi. Cwaniak. :D
Przyznaje, ze bilam sie z myslami, bowiem moj tata, mimo ze mieszka 15 minut od nas, przyjechal... 40 minut po moim telefonie. :O W rezultacie dojechalismy prawie godzine spoznieni, a ze wiekszosc takich imprez trwa okolo dwoch godzin, to zastanawialam sie, czy jest w ogole sens jechac. Tu jednak dopisalo nam szczescie, bo okazalo sie, ze po przyjeciu, goscie moga sie bawic do zamkniecia. A miejsce okazalo sie niesamowite! Niedawno otwarta wielka hala pelna roznego rodzaju zabaw. Czego tam nie bylo! Kilka rodzajow trampolin,

To tylko jedna z kilku sala z trampolinami

scianki do wspinaczek,

Nie widac tego dobrze na zdjeciu, ale te slupki byly naprawde wysoko. Zdjecie zrobilam z jakby balkonu :O

basen z kulkami,  

Strasznie mi sie podobaly te kulki. Calosc wygladala niczym kapiel z babelkami! ;)

laser tag,

Calkiem niechcacy udalo mi sie uchwycic wszystkie szczerby w Kokusiowej paszczy ;)

typowy "malpi gaj", podczepiony pod sufit park linowy (Potworki poszly, ale juz zapiete w uprzaz i podpiete, jednak stchorzyly po pierwszym kroku) i chyba najwiekszy dla dzieciakow hit - przejazdzka w uprzezy po torze pod sufitem. Mimo dlugich kolejek, oboje przejechali sie tym dobrych kilka razy, za kazdym rozpedzajac sie coraz odwazniej i szybciej. Podziwiam, bo przy moim leku wysokosci, nie wiem czy bym sie odwazyla. :D

Ni "leci" ;)

Efekt byl taki, ze nie moglam i z tamtad wyciagnac! Przyjechalismy okolo poludnia, przyjecie oficjalnie skonczylo sie o 13, wiekszosc gosci zwinela sie gdzies po godziny pozniej, a Potworki jeszcze i jeszcze! W koncu o godzinie 15, kiedy nogi doslownie w doope mi wlazily (jedna wada - nie bylo tam kompletnie miejsca dla rodzicow gdzie mogliby usiasc), oznajmilam, ze ja ide, a oni niech sobie robia co chca. I ruszylam ku wyjsciu, wiec Potworki chcac nie chcac polecialy za mna. A kiedy weszlismy do auta, zaczelo sie: pic mi sie chce, jesc mi sie chce, nogi mnie bola, itd. ;) Dobrze, ze korkow nie bylo i do domu dotarlismy bez przeszkod. ;)

Jesli wydaje Wam sie, ze to juz dosc atrakcji na poczatek marca, to sie mylicie. ;) Kolejnego dnia, w niedziele (8 marca) Potworki zaproszone byly na kolejna impreze urodzinowa! Tym razem naszej sasiadki z naprzeciwka, wiec litosciwie zaproszeni byli oboje. Impreza inna niz wiekszosc, bo kulinarna! Troche obawialam sie, jak Potwory (oraz reszta dzieci) wysiedza przy stolikach, ale okazalo sie, ze panie prowadzace mialy wszystko swietnie przygotowane. Gotowy byl juz zaczyn drozdzowy, wiec dzieciaki po kolei mieszaly ciasto na pizze. Nastepnie kazde dostalo wlasna kulke ciasta, ktore musialo rozplaszczyc na placek (panie pilnowaly, zeby kazda pizza byla pi razy oko takiej samej wielkosci), posmarowac sosem, posypac serem, po czym pizze poszly do piekarnika.

Ugniatanie placuszka

Smarowanko sosem oraz sypanie serem. Co ciekawe, wiekszosc dzieci dala bardzo malo, lub zero sosu ;)


W czasie kiedy sie piekly, dzieciaki rozrobily ciasto na brownies (tu juz ciasto bylo z torebki, a dzieci dodawaly tylko jajka) i przelaly je do malych foremek.

Przelewanie ciasta do foremek. Kazde dziecko mialo identyczna, z taka sama iloscia ciasta, ale zawziecie pilnowaly ktora jest czyja ;)

W miedzyczasie upiekly sie pizze, wiec panie wyjely je, przekroily (kazda byla wielkosci mnie wiecej dwoch kawalkow pizzy) i podaly dzieciom.

Kazdy otrzymal swoja wlasna "mini" porcje :)

Kiedy mlodziez wcinala, upiekly sie brownies. Akurat kiedy zjedli pizze dostali deser.

Brownies z lodami waniliowymi... Nik wyraza zachwyt nad poezja smaku ;)

Wszystko swietnie zgralo sie czasowo i po 1.5 godzinie bylismy gotowi ruszac do domu. :) W goodie bags, dzieci dostaly m.in. przepis na wlasne ciasto do pizzy i teraz Potwory nie daja mi zyc, dopytujac kiedy mozemy zrobic pizze... :D

Tak wygladal pierwszy tydzien marca. Nasz (jeszcze) zwykly bieg przez oplotki :)

*

Wszystkie znaki na niebie i ziemi mowia, ze to bedzie ostatni tasiemiec, a zarazem taki "zwyczajny" post, na przynajmniej jakis czas. W zwiazku z koronawirusem, aktywnosci na najblizsza przyszlosc beda sie raczej ograniczac do spacerkow w psem i wypadow na plac zabaw (spokojnie, te swieca u nas pustkami). :) Nie bedzie zwyczajnie o czym pisac. Jeszcze bardziej niz zwykle doceniam miejsce, w ktorym mieszkam. Spokojna dzielnica z chodnikami, szlak spacerowy zaraz przy wylocie z osiedla... Jesli pogoda (i zdrowie) dopisze, na pewno bedziemy duzo spacerowac. Chociaz uwazac trzeba na niedzwiedzie, bo te pobudzily sie i jeden zdazyl juz rozwalic sasiadom smietnik. :O
Tak, niedzwiedzie w tylku maja koronawirusa i strasza jak zwykle. ;)

Buziaki, trzymajcie sie zdrowo!