wtorek, 12 lutego 2019

Szybkim krokiem przez luty

Luty mknie jak szalony, a ja nie nadazam z zapiskami! :)
Niestety, wynika to z tego, ze nawet w nowej pracy, spedzalam dziennie krotka (lub dluzsza :D) chwile piszac posty. Od kilku tygodni jednak, w firmie konsekwentnie robi sie coraz wiekszy kociol i brak mi nadwyzki czasu, ktory moglabym poswiecic na pisanie postow. Zostaly mi wieczory, po polozeniu Potworkow spac, ale wtedy jestem juz srednio przytomna i jesli zdarzy mi sie nastepnego dnia przeczytac to, co nasmarowalam, za glowe sie lapie i polowe kasuje. ;)

Nie zamierzam jednak w najblizszym czasie konczyc pisania, nie martwcie sie! Lubie ten moj wirtualny pamietniczek. Po prostu lojalnie uprzedzam, ze moje posty moga w najblizszym czasie byc bez ladu i skladu oraz jakiegokolwiek sensu.
Zaraz... W sumie to wszystkie moje posty tak wygladaja... :D

No dobrze, skoro juz wytlumaczylam, ze w tym miejscu nie mozna spodziewac sie wyszukanego slownictwa czy gramatyki, ze juz o gornolotnych tematach nie wspomne, wroce na momencik do zeszlego tygodnia. :)

W poniedzialek 4 lutego dzieci obchodzily w szkole 100 dzien szkoly i z tej okazji musialy wykonac plakaty. Pisalam juz o tym. Oczywiscie nie zebralam sie jeszcze, zeby odpisac na komentarze, napisze wiec zbiorowo tutaj. Wszystkie Wasze rady byly swietne, ale niezgodne z tym, czego oczekiwala nauczycielka. Plakat mial byc zrobiony na grubym papierze o konkretnych wymiarach. Papier mial byc kolorowy, ale ja mialam w domu bialy i stwierdzilam, ze trudno, wykorzystamy to, co jest. Plakat mial przedstawiac obrazek przyozdobiony lub ulozony ze 100 elementow. Nie wolno nawet bylo na nim rysowac! Wszystkie dodatkowe czesci obrazkow mialy byc wykonane z kolorowego, sztywnego papieru. Chociaz, po fakcie, kiedy pani wrzucila zdjecia, okazalo sie ze kilkoro dzieci jednak domalowalo dodatkowe czesci mazakami i tez bylo dobrze. A ja sie umeczylam wycinajac, klejac i goniac syna, zeby choc troche pomogl w jakby nie bylo swojej pracy. Wrrr... Zapomnialam na smierc zrobic zdjecie koncowego efektu, ale na szczescie nauczycielka Nika wyslala spora galerie.

Moje nasze dzielo ;)

Jak widac, plakat Kokusia przedstawia czerwonego pick-up'a. Mini pomponiki, z ktorych ulozylismy ksztalt pojazdu wybralam ja, bowiem szukalam czegos co ma szanse niezle trzymac sie papieru. ;) Design wybral juz sam Nik i wlasciwie to spodziewalam sie, ze bedzie to jakas forma auta. Koniec koncow wydaje mi sie, ze wyszlo to calkiem fajnie. :) I co najdziwniejsze, trzyma sie kupy, nawet po zwinieciu w rulon. ;)
Okazalo sie przy okazji, ze tylko pierwsze klasy musialy sie podjac tak ambitnego projektu. Zerowkowicze musieli przyniesc kolekcje stu rzeczy, natomiast II, III i IV klasy nie obchodzily setnego dnia kompletnie (Bi byla bardzo rozczarowana i oswiadczyla, ze oni mieli tylko nuuudne lekcje ;P). Pierwszaki zas przemaszerowaly przez cala szkole ze swoimi gotowymi plakatami. I super, tylko dlaczego to ja musialam spedzic dwa wieczory wycinajac i klejac na szkolna atrakcje, ktora trwala pol godziny? :/

Jak pisalam ostatnio, w zeszlym tygodniu panowaly u nas arktyczne mrozy. Tylko przez 3 dni, ale dolna czesc domu uparcie nie chciala sie nagrzewac do w miare przyjaznych temperatur. Szczegolnie salon z jego wysokim sufitem byl przerazliwie zimny. Wieczorami rozpalalismy wiec w kominku i zaraz robilo sie przyjemnie. Dla nas az za przyjemnie czasem i siadalismy na drugim koncu pokoju rozkoszujac sie widokiem ognia z daleka. Gorac buchajacy od kominka nie przeszkadzal natomiast zupelnie... Mai, ktora jak widac ukladala sie zaraz przed nim. Az dziwne, ze futro jej nie zaiskrzylo. :D

"Nieswiateczna" odslona kominka, tak przy okazji ;)

W sobote odbylo sie w koncu przyjecie urodzinowe Kokusia. Taaa... prawie 2 miesiace po faktycznych urodzinach. ;) Az glupio mi bylo, bo mialam wrazenie, ze to troche tak, jakbym dopraszala sie prezentow. Tak naprawde zas, w grudniu powiedzialam Kokusiowi, ze przyjecie dla kolegow odbedzie sie w styczniu, po czym zabralam sie za przygotowania swiateczne, a impreze zepchnelam gdzies w zakamarki pamieci. Minelo kilka tygodni i liczylam, ze moze Nik o calym przyjeciu zapomni, ale co jakis czas sobie przypominal i pytal, ze skoro jest juz styczen to kiedy bedzie ta impreza? Cholera. Po ktoryms takim pytaniu stwierdzilam, ze jednak nie zapomni i zabralam sie za szukanie wolnego miejsca. Niestety, zapomnialo mi sie, ze aby zarezerwowac impreze w sali zabaw na styczen, powinnam byla to zrobic jeszcze w grudniu. Teraz zupelnie nie bylo wolnych terminow, albo byly np. o 9 rano badz 18 wieczorem. ;) I tak Kokus doczekal sie przyjecia, ale w... lutym. ;)

W koncu przyjecie z okazji 6 urodzin Kokusia odbylo sie w miejscu gdzie ostatnio byly urodziny Bi. Tez szoste zreszta. :)
Bardzo ciekawa sprawa bylo, ze Nik stanowczo odmowil zaproszenia dziewczynek. Oswiadczyl, ze chce miec na imprezie samych chlopcow. Spelnilam zyczenie do pewnego stopnia. Z klasy rzeczywiscie zaprosilismy samych chlopakow. Bylo mi to zreszta na reke, bo nie mialam ochoty placic za ponad dwudziestke dzieciakow. ;) Mamy jednak dwie rodziny z sasiedztwa, z ktorymi sie blizej przyjaznimy, wiec wypadalo ich zaprosic. Pech (?), ze te rodziny maja same corki. Wsrod znajomych mamy za to praktycznie samych chlopcow (serio!), ale jeden z nich posiada siostre. Dodatkowo, na impreze dwoch urwisow przyszlo z siostrami (o ktorych nikt mnie nie uprzedzil, ech...) i w ten sposob mielismy 6 dziewczynek (liczac Bi) na 11 chlopakow. ;)

Cala (prawie) gromada :)

Z tymi siostrami to w ogole smieszna (czy tez moze wkurzajaca) sytuacja, bo nie dosc, ze nikt nie spytal czy moze przyprowadzic rodzenstwo zaproszonego dziecka, to jeszcze dzieciarnia ma tupet. I tak, przy rozdawaniu upominkow dla gosci, jeden z chlopcow na bezczelnego podszedl i oswiadczyl, ze jego siostra nie dostala. :O Tatus owego rodzenstwa stal obok, slyszal i nawet nie sprobowal zwrocic synowi uwagi. Na koncu jezyka mialam, ze o przybyciu siostry nic mi nie bylo wiadomo, a wiec i goodie bag nie przewidzialam, ale az tak wredna nie jestem. Tak sie zlozylo, ze dwoje z dzieci, ktore zadeklarowaly sie przyjsc, nie dotarlo, wiec akurat mialam dwa dodatkowe upominki. Tak naprawde to bylam przygotowana na taka sytuacje i w aucie mialam dodatkowe torebeczki oraz duperelki, zeby w razie czego poskladac do kupy dodatkowe goodie bags, nie mniej przy kazdym przyjeciu urodzinowym mnie to irytuje. Wiem, ze roznie bywa i tez zdarzylo mi sie zabrac oba Potworki na impreze, na ktore bylo zaproszone tylko jedno. Zawsze jednak najpierw pytalam rodzica organizujacego przyjecie, czy nie ma nic przeciwko. Na przyjeciu zas, kiedy rozdawano upominki dla gosci, tlumaczylam temu "dodatkowemu" Potworkowi, ze tak naprawde to impreza nie jego/jej kolegi i moze byc tak, ze dla niego/niej goodie bag nie bedzie. Choc w sumie jeszcze sie nie zdarzylo zeby nie bylo. :)

W kazdym razie dzieciaki wyszalaly sie i wylataly, a i mi udalo sie pogadac z kilkoma dawno-niewidzianymi kolezankami. Tort oczywiscie byl rozczarowaniem, ale w sumie sie nie przejelam, bo te hamerykanckie paskudztwa, ktore zamawiam na imprezy dzieciakow, maja "wygladac", nie smakowac. :D

Taka jestem "mundra", ze fote strzelilam przez pokrywe, a odkrytego torta ze swieczka juz zapomnialam uwiecznic ;)

Na imprezie tort cieszyl sie srednim powodzeniem i zostala go prawie polowa. M. chcial wyrzucic go do kosza, ale wzielam te reszte do pracy, postawilam na stole w kaciku z lodowka i mikrofala i... znikl w ciagu jednego poranka. ;)

Dwoch kolegow Kokusia (widocznych na zdjeciu) bylo tak podekscytowanych jakby to bylo ich przyjecie ;)

Po imprezie, w domu odbylo sie wieeelkie rozpakowywanie. Przybyla nam cala masa jezdzacych pojazdow i nawet jeden latajacy.

Lata, ale malo stabilnie i po kilkunastu probach lotu, Nik rzucil helikopter w kat, wkurzony na maksa ;)

Nik dostal tez klocki a'la Lego z pojazdami oraz figurkami Zolwi Ninja. Te poskladal dzielnie sam, natomiast polegl przy ukladaniu faktycznego Lego. Dostal ciezarowke policyjna z przyczepa i ta przyczepa wlasnie go przerosla. ;) Tradycyjnie juz, zapomnial o jednym wysokim klocku i w rezultacie wyszla mu krotsza o dwa "wypustki". Wtedy juz nic oczywiscie nie pasowalo i bylo mamo ratuj. :D W sumie ukladalismy ten zestaw do 21 wieczorem, bo Nik uparl sie, ze musi skonczyc tego wieczora. ;)
Niestety jednak, moj syn ukladac owszem, lubi, ale ma raczej nature kolekcjonerska. O ile Bi czesto rozklada swoje Lego na czesci pierwsze i tworzy wlasne konstrukcje, o tyle ulozone modele Nika walaja sie po stolach i polkach, nieruszane. Mam nadzieje, ze z wiekiem mu sie to odmieni i ruszy troche wyobraznia. ;)

Niestety, przyjecie urodzinowe w sali pelnej dmuchancow, gdzie potwornie szumialo, grala muzyka, a dzieci piszczaly, zaowocowalo strasznym bolem glowy... Kolejnego dnia chodzilam zamulona i ospala. Nie chcialo mi sie jechac ani na narty, ani na lyzwy, wiec w koncu spedzilismy spokojny dzien w domu. Wiedzac jednak, ze juz nastepnego dnia mialo przyjsc jakies szalone ocieplenie, wyszlam z Potworkami do ogrodu, zeby skorzystali ze sniegu, ktory wowczas jeszcze lezal calkiem przyzwoita warstwa. Teraz mamy tylko gdzieniegdzie male, brudne kupki. ;)

Nie widac, ale Bi pedzi z gorki na pazurki! :D

Potworki oczywiscie przeszczesliwe. Zjezdzali na "dupolotach", tarzali sie w tym sniegu, robili aniolki i skakali w niego niczym rozbrykane szczeniaczki. :D

Wyglada to calkiem "zimowo". Szkoda, ze juz kolejnego dnia prawie wszystko zmyl deszcz :/

Miniony tydzien obfitowal za to w "przygody". ;)

Po pierwsze, nie wroze naszemu psu dozycia do poznej starosci. Nie w naszym domu w kazdym razie. ;) Wiem, brzmi drastycznie, ale, choc probuje to ubrac w zart, tak naprawde potwornie mnie to martwi.
Niestety, nasza Maya ma nature wloczegi. W starym domu uciekala regularnie do sasiadow, poganiac  z ich psem. W koncu jednak uciekla dalej i zostala zlapana i zawieziona do schroniska, pamietacie? Pod obecnym adresem uciekla tuz przed Sylwestrem, a wiec ledwie ponad miesiac temu. M. jezdzil godzine szukajac tej cholery, ale na szczescie ja znalazl.

Tymczasem w zeszly wtorek, pies "tanczyl" przed drzwiami z samego rana. Zazwyczaj wypuszczam ja nieco pozniej, kilka minut przed naszym wyjsciem na autobus. Poniewaz jednak siersciuch wyraznie dawal sygnaly, ze chce wyjsc, stwierdzilam, ze moze strasznie musi sie zalatwic. Wypuscilam, po czym poszlam na gore myc sie i szykowac do pracy. Traf chcial, ze tego dnia Bi po cos przydreptala za mna, po czym wyjrzala przez okno w sypialni.
"Mama, Maya jest w ogrodzie sasiadow!" - slysze nagle! Nosz kurna! Nie musze dodawac, ze "niewidzialny pastuch" nie powinien jej tak daleko puszczac?! Polecialam na dol malo sie nie zabijajac na schodach, a Bi tylko za mna zawolala: "Mama, ona biegnie dalej!". Wypryslam z lazienki w takim tempie, ze nawet kapcie zostawilam u gory, wiec wygrzebalam spod lawy laczki, ktore ubiera moj tata kiedy nas odwiedza i w samym szlafroku wybieglam na dwor. Dobrze, ze tego dnia bylo w miare cieplo, ale do letniej to temperaturze bylo daleko. :/ Oczywiscie pies zdazyl juz zniknac. Stalam chwile wolajac, cmokajac i gwizdzac i nic. Co bylo robic? W szlafroku za nia pobiec nie moglam, a za kilkanascie minut po dzieci mial przyjechac autobus. Wrocilam do domu, skonczylam sie szykowac i stwierdzilam, ze kiedy wsadze dzieciaki w school bus'a pojade jej szukac. Trzymalam sie nadziei, ze znow pobiegla na gore naszego osiedla, gdzie ktos hoduje kury. Wsciekla bylam jednak jak cholera, bo przeciez nie mialam calego dnia, zeby jezdzic i nawolywac psa. Musialam jechac do pracy!
Wyszlam z Potworkami na autobus, ponuro opowiadamy sasiadce i innym dzieciakom, ze pies nam zwial... az tu przybiega Maya we wlasnej osobie! Gdzies od tylu, zza domow! Mialam ochote jednoczesnie usciskac te cholere i sprac ja po wlochatym tylku! ;)
Okazalo sie, ze padla jej bateria w obrozy od niewidzialnego pastucha... M. wymienil ja po powrocie do domu i myslelismy, ze to juz koniec problemu.
Tymczasem zaraz kolejnego dnia, wrocilam z pracy, weszlam do domu i pierwsze (po uwolnieniu sie z uscisku Potworkow) pytam, gdzie jest pies. Zazwyczaj bowiem, kiedy podjezdzam, ona siedzi przed garazem i czeka. Tym razem jej nie bylo, w domu rowniez nie i wziely mnie zle przeczucia.
Tak jak sie obawialam, M. wyjrzal na dwor z jednej strony, z drugiej, gwizdal i... nic! Niewidzialny pastuch wlaczony, obroza na szyi, baterie swiezo zmienione, a ona i tak jakims cudem zwiala!
Tym razem ponownie mielismy niesamowite szczescie, bo kiedy M. wyszedl przed dom i zagwizdal po raz kolejny, Maya przybiegla gdzies z gory po drugiej stronie ulicy. Od tego czasu mamy ja bacznie na oku. Wypuszczamy tylko na kilka minut i caly czas zerkamy przez okna, gdzie jest. Skonczylo sie latanie po pol godziny i wiecej. Narazie jest zima, wiec duzo nie traci, ale kiedy przyjdzie wiosna i cieplo szkoda mi bedzie psa, ktory cale dnie spedza w domu. Nie widze jednak wyjscia. Ta ostatnia ucieczka jest bardzo niepokojaca, bowiem teoretycznie "niewidzialny pastuch" nie powinien jej wypuscic z ogrodu. A jednak uciekla. Kiedy M. zmienil baterie wyszedl na ogrod i sprawdzil czy obroza pika jak trzeba. Wszystko wydawalo sie ok, a pies i tak zdolal sie wymknac. Pytanie tylko czy jest miejsce wokol domu gdzie "niewidzialny pastuch" nie lapie, czy Maya nalezy do tych psow, ktore kiedy poczuja "zew natury" nie patrza nawet ze obroza "kopie" je po szyi tylko leca na oslep. Jesli to drugie, to mamy przekichane. Maya udowodnila juz teraz, ze ma wloczegowska nature. To nie pies, ktory bedzie sie trzymal domu. I niestety, obawiam sie, ze to tylko kwestia czasu kiedy ucieknie i juz nie wroci, a my jej nie znajdziemy, albo znajdziemy w takim stanie, ze (Iwosia, zawsze przychodzi mi na mysl Wasz Fuksik)... wole o tym nie myslec. :(

No dobrze, poki co, smutki na bok. Maya lezy sobie na swoim poslanku, wtulona w cieply kaloryfer, niczego nieswiadoma. Moze sie myle i jednak uda jej sie oszukiwac przeznaczenie do poznej starosci? ;)

Kolejna "przygoda" zeszlego tygodnia jest juz smieszna, choc nie obylo sie bez mojej irytacji na sama siebie. ;)
Otoz, w czwartek rano, jak zwykle wsadzilam dzieciaki w autobus, sprawdzilam czy Maya ma wode, pozamykalam drzwi i pojechalam do pracy. Weszlam do biura, wlaczylam komputer, rozebralam sie, siegnelam po kapsulke z kawa, po czym... mentalnie rabnelam sie reka w czache! Przypomnialam sobie bowiem, ze tego dnia Nik mial rano umowiona wizyte u dentysty!!! Mialam ja wpisana w kalendarz i zapisana w komorce. Dwa dni wczesniej otrzymalam z gabinetu maila z przypomnieniem i jeszcze mowilam o niej M., bowiem dzieci konczyly lekcje wczesniej w czwartek i prosilam, zeby wyszedl w pracy o 13, bowiem ja przyjade rano 1.5 pozniej i nie chce z kolei urywac sie przed czasem. A potem sama na smierc zapomnialam! Normalnie musialam tamtego ranka dzialac na autopilocie! :D
Na szczescie wszystko dobrze sie skonczylo. Wizyta byla dopiero na 9:30, a szkola dzieci oddalona jest o 15 minut drogi od mojej pracy. Zdazylam wrocic po Nika, ktory raptem 20 minut wczesniej zaczal lekcje, podjechac do dentysty i jeszcze musielismy 10 minut czekac.
To jednak koniec dobrych wiadomosci. Niestety, Nik ma pierwszy ubytek. Dentystka zrobila przeswietlenie zeby zobaczyc go dokladniej i na szczescie nie jest zbyt gleboki, nie mniej jednak kazala umowic sie jak najszybciej, zeby zreperowac dziurke zanim rozrosnie sie w powazniejsze dziursko. :/

Zostal jeszcze piatek... Tego dnia Bi wrocila ze szkoly... z goraczka. :( Od dwoch dni miala nieco przytkany nos i od czasu do czasu odkaszlnela, ale wygladalo to na lekkie przeziebienie i tyle. I w zasadzie nadal tak wyglada, bo po zbiciu temperatury w piatek wieczorem, goraczka juz nie wrocila. Bi ma nos czerwony od tarcia i od czasu do czasu paskudnie, odrywajaco odkaszlnie. Poniewaz jednak nie wiadomo bylo czy nie jest to cos powazniejszego, caly plan na weekend sie rypnal. Na sobote umowiona bylam z kolezanka, ktorej syn chodzi do klasy z Kokusiem w polskiej szkole. Oczywiscie nie pojechalam, tym bardziej, ze sama nie jestem do konca zdrowa. W niedziele zas Bi miala miec Mistrzostwa Ligi w plywaniu! Tu rowniez, z bolem serca (i fochem Starszej, ktora umyslila sobie, ze chce medal, ktory niewiadomo czy w ogole by wygrala :D) musielismy zrezygnowac. Juz w piatek wieczorem napisalam do trenera, ze niestety Bi jest chora i nie poplynie. Mialam watpliwosci, ale dobrze zrobilam, bo Bi rzeczywiscie w niedziele nadal byla dosc porzadnie zasmarkana i kaszlaca, a przede wszystkim nie chcialam przeziebienia zamienic w zapalenie oskrzeli...

Spedzilam wiec relaksacyjny najnudniejszy weekend jaki pamietam. :/ Sprzatalam, robilam cos z dziecmi, skladalam pranie, czytalam, upieklam ciasto... a w niedziele po poludniu spojrzalam na zegarek z mysla "Kurna, dopiero 15?! Co ja bede robic przez reszte dnia?!". Taaa... Odwyklam od takiej ilosci wolnego czasu. ;)
Za to chalupa stanowczo skorzystala. Juz pisalam kiedys, ze mam wyrzuty sumienia, bo nigdy nie mam jej calej posprzatanej w tym samym czasie. Zawsze albo sa pomyte podlogi, albo posprzatane lazienki, albo starte kurze... albo cos innego. Ale praktycznie nigdy nie jest to wszystko zrobione na raz. No to w poprzedni weekend bylo. :D

Niestety, jak wspomnialam wyzej, ja sama niedomagam. Nic specjalnego, ot lekki bol gardla i laskotanie w nosie. Ale trwa to juz od 3 dni i zero poprawy. Nie pogarsza sie, co chyba jest dobrym znakiem, ale tez nie polepsza. :/ Nik za to wlasnie jakby zaczal wychodzic z 3-tygodniowego, ciagnacego sie kataru, a teraz tylko patrzec jak zarazi sie od siostry... :/
Najgorsze w tym wszystkim, ze na nadchodzacy (dlugi) weekend mamy zaplanowany wyjazd i to taki ze spedzeniem wiekszosci dnia na swiezym powietrzu, wszyscy wiec musimy bezwzglednie wydobrzec do soboty. M. prycha ironicznie i juz namawia, zeby odwolac rezerwacje, a mi jest tak straaasznie szkoda... :/

A dzis Matka Natura zeslala nam prezent w postaci sniegu. Szkoly jak zwykle pozamykane na glucho, wiec "pracuje" z domu. :D Smieje sie, ale przezornie zapakowalam sobie stos papierow i zamierzam byc jak najbardziej produktywna. Zobaczymy jak to wyjdzie "w praniu". ;)
Jest 11 rano i snieg dopiero zaczyna niesmialo proszyc, wiec szkoly jak zwykle pozamykali na wyrost. Narzekac jednak nie bede, bo Potworki i ja nadal jestesmy lekko kaszlacy i dzien w domu na pewno dobrze nam zrobi. Zobaczymy ile tego sniegu napada i czy utrzyma sie dluzej niz jeden dzien. :D

Buzki!

poniedziałek, 4 lutego 2019

Idzie luty, podkuj buty :D

No to mamy luty. I powiem Wam, ze jak sierpien jest dla mnie takim poczatkiem konca lata, tak luty stanowi poczatek konca zimy. Tak, tak, wiem, ze jeszcze nawet w marcu zdarzaja sie sniezyce, a tamperatury zazwyczaj odmawiaja podniesienia sie na "wiosenny" poziom, ale tak juz mam i kropka.
Moje Drogie, tak wiec WIOSNA idzie! :D Zreszta, od kilku dobrych lat, w lutym mamy anomalie pogodowe, gdzie temperatury podnosza sie do niemal letnich temperatur. Bodajaze dwa lata temu zrobilam Potworkom zdjecie na ostatniej kupie sniegu... w krotkich rekawkach. ;) Rok temu, podczas przeprowadzki, ktoregos dnia przenosilismy pudla w jednych, cieniutkich bluzeczkach. We wtorek temperatura ma dojsc do 14 stopni. W sloncu bedzie pewnie 18...

Tymczasem... kiedy zaczynam pisac, za oknem mam od dwoch dni -14 stopni (w dzien!). Dzis (piatek) temperatury maja dojsc do zawrotnych -6 stopni. ;) Nawet snieg mamy, ha! Ale spokojnie, przy temperaturach zapowiadanych na ten tydzien, wszystko zniknie. ;)

Pisze dalej w poniedzialek i juz dzis, moi Panstwo, mielismy calutkie 14 stopni! Na samym poczatku lutego! :O

Cofnijmy sie jednak do przedostatniego, czyli ostatniego styczniowego weekendu. Byla (jest) zima, bylo nawet zimno, ale nie bylo (jeszcze) sniegu. To grozilo tym, ze dzieciaki spedza weekend w domu, przed ekranami tabletow lub jeczac, ze im sie tak strasznie nuuuudziiii... ;) Recepta? Znalezc im zajecie i przy okazji samemu ruszyc dupke.
Jak wiecie, ze mnie i M. nie sa zbyt towarzyskie stworzenia. M. znajomi sa w ogole do niczego niepotrzebni, ja towarzystwo lubie... od czasu do czasu. ;) Nie dla nas wiec jezdzenie od znajomych do znajomych i z jednej imprezy na inne spotkanie towarzyskie. Zreszta, piszac o znalezieniu "zajecia" mam na mysli cos, co zapewni dzieciakom sporo ruchu i swieze powietrze jak sie da. A przy okazji, poruszac sie chce ja, bo choc okazjonalna "posiadowka" przy winku nie pogardze, to czesciej wole jednak rozruszac stare kosci. W koncu codziennie 8 godzin spedzam siedzac za biurkiem, chociaz wiec w weekend chce sprawdzic czy zostaly mi jeszcze jakies miesnie. A wnioski po tamtym weekendzie sa kiepskie, oj kiepsciutkie. W poniedzialek bolesnie czulam kazdy miesien nog, a wstawanie z krzesla odbywalo sie przy akompaniamencie stekniecia. Starosc nie radosc... :D

Co wiec takiego robilismy? To znaczy, robilam ja i Potworki, bo M. sie na nas w sumie wypial? Starzeje sie ten moj maz, mimo, ze jest tylko o 2 lata ode mnie starszy... :D Czy to znaczy, ze za dwa lata ja tez tak "zdziadzieje"? O rety...

W zasadzie byl to jeden z tych weekendow, ktore mielismy zaplanowane juz od kilku tygodni. Mialo byc chaotycznie, ale niezbyt spontanicznie. Oczywiscie, plany planami, a zycie zyciem, wiec spontan sam sie wkradl, niepytany. ;)

W sobote odbyl sie bal karnawalowy w polskiej szkole. Z tej okazji, Bi, ktora polskiej szkoly nie znosi, pedzila do niej jak na skrzydlach, zas lubiacy ja Nik, ktory za to czuje sie niepewnie przy zmianach planow oraz schematow, marudzil, ze nie chce na bal. ;) Pocieszylam syna, ze matka zglosila sie do pomocy, wiec jesli nie bedzie chcial, schowa sie za mna i nie wyjdzie do konca. Pomoglo. ;)

Tygrys i transformers :)

Swoja kandydature zapisalam do pomocy na sali i przypadlo mi w udziale robienie tymczasowych tatuazy. Cale 3 godziny spedzilam wiec przykladajac, psikajac woda i przytrzymujac malutkie karteczki do malych, pulchnych raczek. Musze przyznac, ze dzieciaki byly bardzo cierpliwe, bo niektore tatuaze byly felerne i trzeba bylo trzymac je 2-3 minuty (zamiast 20 sekund) zeby wyszly, inne zas nie wychodzily w ogole. Poza tym naprzygladalam sie brudnym i polamanym, dlugim paznokciom, co pocieszylo mnie, ze nie jest z Potworkami najgorzej. Czasem bowiem spojrze przelotnie na ich lapki i malo sie nie przewroce! ;) Zawsze mam wtedy wyrzuty, ze co ze mnie za matka, ze dzieciaki chodza z takimi szponami. Okazuje sie, ze nie ja pierwsza i nie ostatnia. ;) A kolejnym wnioskiem wysnutym przeze mnie bylo, ze maniery dzieciakow strasznie sie popsuly. Mimo, ze ja po skonczonym dziele zawsze wesolo wolalam "Prosze bardzo!", malo ktory malolat odpowiedzial "Dziekuje". :/
Przy okazji "tatuowania" dzieciarni wspaniale sobie tez poplotkowalam, bo bylo nas przy stole az szesc babek, wiec dyskusjom (glownie na temat naszych wlasnych dzieci) nie bylo konca. ;)

Bal udal sie naprawde znakomicie. Dzieciaki mialy malowanie twarzy:

Bi miala z jednej strony motylka, z drugiej kotka ;)

Tatuaze, rozne zajecia plastyczne, pokaz klauna (ktory okazal sie nudny jak flaki z olejem), zawody sportowe (ktore jednak byly marnym pomyslem, bowiem sporo dziewczynek przebranych bylo za ksiezniczki i w dlugich sukniach trudno bylo im biegac na czworaka i robic przewrotki :D):

Tutaj Nik w wyscigu w worku :D

...oraz tance z balonami. Dzieciarnia miala tez szybki poczestunek w klasach, ale bawily sie tak dobrze, ze wlasciwie do tych klas wracac nie chcialy.

Tu pojawil sie problem, ktorego nie przewidzialam. Cieszylam sie, ze Potworki tak dobrze sie bawia, jasne. Szczegolnie Bi, ktora normalnie nie znosi polskiej szkoly. Szkopul tylko w tym, ze tego popoludnia Starsza miala tez zawody plywackie! Troche zawinilam tu ja, bowiem z maili od nauczycielek, wynikalo dla mnie, ze zabawa karnawalowa odbedzie sie od 9 do 10:30, a potem dzieci wroca do klas. Zawody plywackie mialy sie zaczac o 12:20, wiec stwierdzilam, ze luzik, zawioze Potworki na bal, a o 10:30 ich zgarne, pojedziemy do domu sie przebrac, a nastepnie akurat na spokojnie dojedziemy na wyscigi. Niestety, w polskiej szkole okazalo sie, ze bal mial zajac calutki poranek, bowiem odbywala sie rotacja rocznikow miedzy atrakcjami. W zeszlym roku bowiem podobno wszystko odbywalo sie w sali w jednym czasie i byl niesamowity balagan. Jak na zlosc, rotacja odbyla sie w jakims dziwnym systemie, bowiem Potworki sa przeciez rok po roku, pomyslalby wiec ktos, ze beda przechodzic atrakcje jedno po drugim. Caly czas mialam bowiem nadzieje, ze uda mi sie ich wywabic przed tancami juz dla wszystkich klas, ktore mialy sie odbyc na koncu. Niestety, zabawa byla dla klas 0-II i najpierw pojawily sie zerowki, ale potem na dluzszy czas zniknely, a zamiast klas I, do czesci wyznaczonej na atrakcje zeszly klasy... II. Kiedy w koncu o 10:30 udalo mi sie dorwac Bi, ta rozplakala sie, ze taka fajna zabawa i ona nie chce jechac i nie chce plywac. I miala gdzies, ze juz ma wyznaczone wyscigi, ze ja zglosilam sie do mierzenia czasu, nic nie przekonywalo jej zeby porzucic bal.

Tu juz na koniec taniec wszystkich klas. Tak, ta dziewczynka przed Kokusiem jest w jego klasie i tak, ma 6 lat. Strasznie wysoka panna! :D

W zasadzie jej sie nie dziwie (choc wtedy bylam wsciekla), bo chyba kazdy 7-latek postawiony przed takim wyborem, wybralby impreze. ;)

Na szybko wyslalam wiec maila do trenera zawiadomic, ze Bi nie bedzie oraz przeprosic, ze powiadamiam w ostatniej chwili. A najlepsze, ze kiedy dojechalismy w koncu do domu po godzinie 13 i jeszcze raz zaserwowalam Bi wyklad, ze tak sie po prostu nie robi, ona niefrasobliwie oznajmila, ze "No to teraz mozemy jechac!". Taaa... Tym razem zawody byly w miasteczku oddalonym od naszego o 40 minut i to bez korkow, ktore sa na tamtej trasie, w sobote popoludniu wiecej niz murowane. Zanim bysmy dotarli na miejsce, byloby po polowie zawodow... :/

Co bylo robic z nagle wolnym popoludniem? Poniewaz od kilku tygodni szykowalam sie, ze spedze go na basenie, teraz jakos nie pasowalo mi poswiecenie go na tance z odkurzaczem oraz mopem, choc chalupa stanowczo o to prosila. ;) Wybralam zabranie Potworkow na lodowisko. O dziwo, Nik byl pierwszy chetny, ale Bi stwierdzila, ze woli zostac w domu. Byl oczywiscie ku temu powod, a imie jemu - tablet. :) W ciagu tygodnia dzieciaki maja dostep do elektroniki skrupulatnie ograniczany, w weekendy jednak daje im wiecej swobody pod tym wzgledem. Zaraz wiec po powrocie z polskiej szkoly, Bi zadowolona zasiadla na kanapie z tabletem i nie miala ochoty go odkladac. Dopiero kiedy M. uswiadomil ja, ze owszem, moze zostac w domu ale na pewno nie spedzi kolejnych dwoch godzin z nosem w ekranie, z fochem zgodzila sie jechac jednak lyzwy. ;)

M. oczywscie stwierdzil, ze chyba mi odbilo pchac sie na ten ziab (nawet mrozu nie bylo!), wiec zostal w domu, pojechalam wiec sama z Potworkami i cala nasza trojka swietnie sie bawila. :) Jestem naprawde pod wrazeniem umiejetnosci Potworkow! Bi jezdzi juz tak pewnie, ze upadla moze ze dwa razy, a Nik zapierdziela jak wyscigowka!

 Speedy Gonzales ;)

Rzecz jasna, przez to, ze tak pedzi, co chwila lezy, ale nic sobie z tego nie robi. Wywroci sie, wstanie, otrzepie (albo i nie) i... pedzi dalej. :) W szoku jestem, bo to byl przeciez dopiero jego trzeci raz kiedy odwazyl sie jezdzic bez "balkonika"!
Najwazniejsze jednak, ze oboje lubia i maja troche ruchu oraz swiezego powietrza. Zamkniete lodowiska jakos mnie nie ciagna. :)

Nie pytajcie mnie co to za poza ;)

Na niedziele plany rowniez mielismy juz od kilku tygodni. Jestesmy czlonkami klubu narciarskiego i zrzeszenie wszystkich klubow w naszym Stanie, wlasnie w miniona niedziele organizowalo impreze na jednym z naszych lokalnych stokow. Impreza polegala na tym, ze dzieci mialy dwie godziny darmowych lekcji narciarstwa, a rodzice znizkowy (50%!) bilet na caly dzien. Na koniec serwowana byla pizza, salatki oraz napoje.
Wiele sobie w zwiazku z tym wydarzeniem obiecywalismy i jak to bywa, troche sie rozczarowalismy. Znaczy sie, ja troche, M. mocno. ;) Zapisujac bowiem dzieci, trzeba bylo okresic na jakim sa poziomie. Poniewaz wzielismy ich na stok 3 tygodnie wczesniej i okazalo sie, ze praktycznie ucza sie jezdzic od nowa, wpisalam im odpowiednio poziom 2 i 3 (na 8 mozliwych). W opisie poziomu 3 bylo wpisane, ze dziecko potrafi wjechac wyciagiem krzeselkowym. Uznalam wiec, ze na tym poziomie Bi powinna juz cwiczyc na gorce dla poczatkujacych. A guzik! Przekazalismy dzieciaki grupie trenerow i patrzylismy z zaskoczeniem, ze Bi zabrano na taka plaska osla laczke, razem z Nikiem.

Nik probuje swoich sil :)

Pomyslalam, ze moze chca sprawdzic jak sobie dzieciaki radza i potem rozdzielic pod wzgledem poziomu, ale nie. Mimo ze widzialam grupke dzieci mniej wiecej w wieku Bi jezdzacych slabo, ale cwiczacych na normalnym, zielonym stoku, ona zostala na dwie godziny na tej "lace".

A tu Bi usiluje chociaz sie rozpedzic ;)

Mysle, ze wszystko wyniklo z tego, ze impreza byla dla klubow narciarskich z calego Stanu, mieli naprawde mase dzieciakow i zapewne za malo instruktorow. Na zamknietym terenie szkolki narciarskiej latwiej dzieci upilnowac, w "teren" zas musialoby jechac przynajmniej dwoch instruktorow na malutka grupke dzieci. O ile ja stwierdzilam, ze czegos na pewno sie naucza (a w koncu lekcje byly darmowe, znacie zas przyslowie o darowanym koniu), o tyle M. sie wsciekl, oswiadczyl, ze powinnam zrobic awanture i zabrac Bi z tamtad (no tak, on sie wscieka, a ja mam robic afere, niedoczekanie! :/), po czym... byl tak nabuzowany, ze oswiadczyl, ze on jezdzic nie bedzie. A mial i buty i narty spakowane, zas za taka cene to raczej dlugo nie pojezdzimy, no ale jego wybor...

Ja skorzystalam i choc wtedy zostalo raptem 1.5 godziny, a poza tym smutno bylo mi troche jezdzic samej, to w ogolnym rozrachunku dobrze sie bawilam. Przez kolejki do wyciagow zdazylam co prawda zjechac tylko dwa razy z gorki dla poczatkujacych (na rozgrzewke), a potem kolejne dwa razy z zielonego stoku i czulam lekki niedosyt, ale co tam. :) Przekonalam sie, ze miesnie nog mam w zaniku, ale za to nowe buty sa rewelacyjnie wygodne. I nie moge sie doczekac kolejnego razu na stoku. :)
A co do nauki Potworkow, to (oczywiscie :D) mialam racje. Dobra, Bi w sumie nie wiem, bo po odebraniu jej z zajec, oswiadczyla, ze nogi ja bola i juz jezdzic nie chce, natomiast Nik chetnie pojechal ze mna juz na normalny stok dla poczatkujacych. Wjechalismy wyciagiem krzeselkowym, z ktorego bez problemu wysiadl, a potem zjechal pieknie trzymajac pozycje plugu, aka pizzy. ;)

Z drogi sledzie, bo Kokus jedzie! :D

W porownaniu z tym, co zaprezentowal poprzednim razem, to bylo niczym niebo i ziemia. Czyli lekcje, nawet na niemal plaskiej lace, cos zawsze daja. ;)

Miniony tydzien za to przyniosl dwie niespodzianki - pogodowa oraz zdrowotna. Na wtorkowe popoludnie zapowiadali niewielkie opady sniegu. Nasze miasteczko jak zwykle znalazlo sie na pograniczu i prognozy same nie wiedzialy czy spadnie nam tego sniegu sporo, czy nic. ;) Zajecia pozalekcyjne zostaly odwolane, w niektorych miasteczkach szkoly wczesniej skonczyly lekcje, tymczasem snieg zaczal padac duzo, duzo pozniej... Prognozy sklanialy sie raczej ku opcji "nic", wiec niefrasobliwie uznalam, ze nie mam co sie szykowac na prace z domu. Blad! Matka powinna byc gotowa na wszystko! Pomijajac bowiem pogode, we wtorek wieczor Nik dostal goraczki! To znaczy w sumie to nie do konca, bo mial 37.8. Malzonek moj oczywiscie gderal, ze to na pewno przez te narty, ze na pewno przemarzl i teraz sa efekty. Smaczku dodawal fakt, ze tego samego dnia rano, Nik wzial ostatnia dawke antybiotyku na zapalenie ucha,a  tu wieczorem stan podgoraczkowy! Humory byly wiec wisielcze, bo M. otwarcie winil mnie, ja zas uparcie twierdzilam, ze zlapal jakiegos wirusa i to na bank nie na nartach, tylko w szkole, polskiej szkole badz w kosciele. Wirusy lapie sie w miejscach publicznych, nie na stoku. ;)

W kazdym razie, wiedzialam juz, ze kolejnego dnia bede udupiona w domu z chorym dzieckiem, wiec nie przejmowalam sie za bardzo sytuacja za oknem. Tymczasem snieg mial zaczac padac o 16, zaczal o 18, ale jak juz opady ruszyly, to nagle zrobilo sie bialo, a puchu uparcie przybywalo. Okazalo sie, ze rzeczywiscie znalezlismy sie na pograniczu. Pekalam ze smiechu kiedy wymienialam smsy z moim tata, ktory nie mogl uwierzyc, ze mamy juz z 15 cm, kiedy u niego ledwie zakrywalo trawe. Tata mieszka niecale 12 km od nas, a roznica byla diametralna! Az poprosil mnie o zdjecie, bo chcial wyslac swojemu szefowi, ktory mieszka w miasteczku okolo pol godziny drogi od nas, w ktorym to w tym czasie padal... deszcz. ;)

To wlasnie zdjecie wyslalam jako material dowodowy. ;) Stan z 21 wieczorem...

Kolejnego dnia szkoly opoznily poczatek lekcji o 2 godziny, ale Bi byla bardzo rozczarowana, ze nie oglosili dnia wolnego od zajec. ;) W sumie spadlo nam okolo 30 cm, wiec sama bylam zaskoczona. A potem wsciekla, bo na popoludnie zapowiadali przelotne sniezyce i postanowili skonczyc lekcje o godzine wczesniej. W rezultacie dzieciaki poszly do szkoly na okolo 3 godziny! Bez sensu, mogli juz zamknac kompletnie. Przez wiekszosc dnia bylo zreszta piekne slonce i nie bardzo dowierzalam prognozom. Jak to jednak bywa w Nowej Anglii, nagle, o 16 sie zachmurzylo, a godzine pozniej zaczelo sypac i to tak, ze chwilami nie widzialam sasiedniego domu. Az zastanawialam sie, czy jechac z Bi na basen, w koncu jednak pojechalam, bo to doslownie dwie minuty drogi. A powinnam byla jednak zostac, ale nie uprzedzajmy wypadkow. ;)

Cala srode temperatura Kokusiowi doslownie skakala. Az zastanawialam sie czy to nie moj termometr. Rano byla normalna, w poludnie podskoczyla do 37.4 i podejrzewalam, ze na wieczor bedzie juz bardzo wysoka. Tymczasem o 17, termometr znow pokazal normalne 36.6, za to przed samym snem rowne 37.0. Ki diabel? ;) W kazdym razie zaryzykowalam, nie podalam mu na noc syropu (mimo, ze M. naciskal, ze jest potrzebny) i okazalo sie, ze goraczka juz nie urosla.
Za to wieczorem, pod koniec treningu, Bi wyszla z basenu trzesac sie jak galareta, szczekajac zebami i marudzac, ze juz nie chce plywac. Wlaczyla mi sie czerwona lampka, bowiem chociaz woda jest chlodna, to temperatura wokol basenu jest tam potwornie wysoka i jeszcze nie zdarzylo sie zeby Bi bylo zimno. Cos mi jednak nie gralo i kazalam Bi nie wyglupiac sie i wracac do wody. Bi poszla z fochem, ale po skonczonym treningu nadal cala sie trzesla, nawet wytarta i ubrana w sweter, spodnie oraz kurtke i czapke. Okazalo sie, ze czesciowo plywac nie chciala bowiem trener zwrocil jej uwage, ze ma plynac, a nie stawac, ona zas stawala bo bolaly ja nogi. Tu zapalila mi sie kolejna lampeczka, bo kiedy Nikowi temperatura szla we wtorek do gory, tez skarzyl sie, ze nogi go bola. W domu Bi nadal trzesla sie skulona pod kocem, a termometr pokazal 37.9. Ech.

W czwartek zostalam wiec w domu z dwojka dzieci i stwierdzilam, ze poniewaz Nik ma za soba dwa dni stanu podgoraczkowego, wypadaloby pokazac ich oboje pediatrze. Poza skaczaca temperatura, oboje od czasu do czasu musieli odkaszlnac, a Nikowi dodatkowo cieklo z nosa. No i dopiero co byl po zapaleniu ucha... Poza tym niepokoil mnie ten bol nog i zastanawialam sie czy to przypadkiem nie lagodnie przebiegajaca grypa.
Wizyta u lekarza czesciowo mnie uspokoila, czesciowo zaniepokoila. Dobra wiadomosc - to nie grypa! :) Zla wiadomosc - mimo, ze ucho Kokusia wyglada juz dobrze, ciagle widoczny w nim byl plyn. Moze sie wiec okazac, ze nadal sie nie doleczylo. Na tym etapie pediatra nie potrafila mi powiedziec, w ktora strone moze to pojsc... Ja trzymam kciuki, zeby to byly tylko pozostalosci po zapaleniu... :/

Dzieci zafundowaly mi wiec dwa dni pracy z domu i znow doszlam do wniosku, ze to nie dla mnie. No nie powiem, fajnie bylo w srode odprowadzic Bi na autobus w dresie i bez malowania oka, a w czwartek w ogole siedziec przy laptopie w pizamie do 10 rano. Pierwszego dnia jeszcze mi praca jakos szla, choc odbywalo sie to kosztem Kokusia, ktory wiekszosc dnia ogladal bajki. Nie mniej, ciagle cos mi wpadalo do glowy. A to zmywarka do rozladowania, pranie do wstawienia, tu cos przetrzec, tam ogarnac, dziecku chociaz cokolwiek do jedzenia wcisnac, itd. W czwartek juz praca nie szla mi kompletnie, tym bardziej, ze dzien rozbity byl przez wizyte lekarska... Nie potrafie sie skupic z dziecmi w domu, tym bardziej, ze kiedy bylo ich dwoje, ciagle wybuchaly klotnie i co chwila ktores jeczalo, ze jesc, piciu i sryciu. Kiedys trafil mi sie za to dzien, gdzie czulam na tyle zle, ze nie poszlam do pracy, ale na tyle dobrze, ze bylam w stanie przegladac papiery w domu. I to juz byla bajka! Dzieciaki wsadzilam w autobus, a potem zasiadlam przy stole w jadalni. Bedac sama, moglam spokojnie skupic sie na pracy i (prawie) uciszyc wyrzuty sumienia, ze nie ogarniam chalupy. Tak dalabym chyba rade pracowac. Ale nie mam pojecia jak robia to mamy, ktore posiadaja male, nie uczeszczajace do placowek dzieci. Chyba, ze pracuja po nocach. Tak czy owak, dla mnie niewykonalne. :)

Skonczylo sie zas tak, ze w czwartek juz ani jedno ani drugie stanu podgoraczkowego nie mialo, a za to roznosila ich energia. Za zgoda pediatry wyslalam wiec oboje do szkoly w piatek, sama zas wrocilam z ulga do biurka i kompa w pracy. :)


I na tym lepiej skoncze. Moglabym napisac jeszcze o minionym weekendzie bo znow sie dzialo, ale znow stworzylam tasiemca, lepiej wiec tutaj przerwac i dokonczyc kolejnym razem. :)

piątek, 25 stycznia 2019

To na pewno byly tylko trzy dni? ;)

Tyle sie wydarzylo w miniony weekend, ze starczyloby na tydzien! Weekend co prawda dla mnie i Potworkow byl dlugi, bo 3-dniowy, ale mimo wszystko... ;)

Zaczelo sie juz w piatek, kiedy to jakies pol godziny przed koncem pracy, dostalam smsa od meza, ze listonosz zostawil dla mnie w skrzynce awizo. Przyszla paczka od mojej siorki z dalekiej Polandii, juhuuu! ;) Najpierw mysle: luzik, poczte mam po drodze z pracy, wiec zajade i odbiore. Okazalo sie jednak, ze M., w swojej niezmierzonej "madrosci" powiedzial Potworkom, ze przyszla paczka od cioci i dzieciarnia uparla sie oczywiscie jechac ja odebrac (najchetniej pewnie tez rozerwaliby ja zaraz na poczcie :D). W pierwszej chwili stwierdzilam, ze nie ma mowy, nie bede jezdzic w kolko, szczegolnie, ze zaplanowalam tez podjechac do biblioteki, maz przypomnial mi jednak, ze musze na poczcie pokazac to awizo i z tym argumentem juz nie moglam dyskutowac. ;) Wyprysnelam wiec z pracy jak tylko sie dalo i popedzilam do domu, gdzie czekaly juz Potworki, ucieszone i podniecone jakby wygraly w Totka. ;) Zaladowalismy sie wszyscy do auta, po czym najpierw popedzilismy do biblioteki, bowiem tego dnia mijal termin oddania kilku ksiazek. Na szczescie w naszej bibliotece nie trzeba oddawac ich osobiscie. Wystawczy wrzucic przez specjalny wlaz w scianie budynku. Nastepnie pognalismy w strone poczty. I dopiero wtedy, siedzac spokojnie na miejscu pasazera, mialam czas przeczytac dokladnie to awizo. A tam jak byk: przesylka jest do odebrania dnia nastepnego, po 9! Myslalam, ze udusze mego malzonka! Postawil wszystkich na rowne nogi, ja pedze z pracy jak szalona, dzieciaki az podskakuja w miejscu z ekscytacji, bo szanownemu panu nie chcialo sie przeczytac dokladnie swistka papieru! :/
W kazdym razie, na wzmianke, ze paczki tego dnia jednak nie bedzie, Potworki uderzyly oczywiscie w placz. Bylismy wtedy juz w polowie drogi na poczte, a pora byla na tyle pozna, ze listonosze pomalu wracali do bazy. Stwierdzilismy, ze co nam zalezy, mozemy podjechac i spytac. A nuz "nasz" listonosz juz obrocil. Pani w okienku niestety szybko rozwiala moja nadzieje, a kiedy smetnie wrocilam do auta i obwiescilam porazke, na tylnym siedzieniu znow rozlegl sie ryk. ;) Wtedy M. wpadl na pomysl, zeby przygladac sie wracajacym do bazy listonoszom i sprobowac zlapac "naszego". Mnie sie juz nie chcialo, za to mialam gorace pragnienie wrocic wreszcie do domu i oficjalnie rozpoczac weekend, ale w Potworki wstapila nowa nadzieja i ochoczo dopingowaly pomyslowi tatusia...
I wiecie co? Dochodzila 17, sciemnialo sie juz, malo co bylo widac. Ja to w ogole jestem na wpol slepa, nawet w okularach (nie zartuje, nalogowo mijam ludzi nie rozpoznajac znajomych, choc tu wine ponosi czesciowo bujanie w oblokach...), ale M. rzeczywiscie wypatrzyl naszego doreczyciela! Niezle sie gosc zdziwil, kiedy zastukalam mu w okienko pojazdu i wyluszczylam, ze "awizo, za taki i taki adres i czy daloby sie moze...". No i sie dalo! Pan wreczyl mi paczuche, zaoferowal nawet zaniesc ja do naszego auta, choc tu zaprotestowalam, bo paczka lekka, a "nasz" listonosz to juz starszy pan. :D

Radosc Potworkow byla dosc krotkotrwala, bowiem wredna matka oznajmila, ze nie otwieramy paczki, dopoki nie skonczona zostanie praca domowa do polskiej szkoly. Ale ze mnie zolza, co? :D
Duzo bylo placzu, zlosci, tupania, marudzenia dlaczego tak duzo i dlaczego musza zrobic wszystko i kiedy w koncu pozwole te paczke otworzyc... Wreszcie jednak pozwolilam i tu nastapil szal! ;) Dzieciarnia dostala po zestawie Lego, wiec natychmiast przystapila do ukladania. Pozytywnie zaskoczyl mnie Nik, ktorego zestawy dotychczas ukladalam glownie ja. Tym razem dostal naprawde skomplikowany samolot, ale ulozyl go dzielnie prawie do konca. "Prawie", bowiem kiedy przyszlo do przyczepienia dachu, okazalo sie, ze ten nie pasuje! :O I ja i M. staralismy sie wypatrzyc gdzie jest blad, ale wszystko wydawalo sie ok. Dopiero nastepnego dnia, kiedy wraz z Kokusiem rozlozylam samolot na czesci pierwsze, okazalo sie, ze zle wstawil klocek na samym poczatku, bo przy skladaniu podstawy samolotu! :) Wtedy jednak Nik, kompletnie stracil wiare we wlasne mozliwosci i ukladanie od nowa oddal niemal calkowicie w moje rece.

Samolocik :) Spory, okolo 30-centymetrowy. Fajnie sie go ukladalo ;)

Czyli co? Czyli wychodzi na to, ze znow to ja ukladalam Lego dzieciakow! Nie zebym protestowala jakos specjalnie. Sama Lego lubie, co jest dziwne, bo klockow jako takich, nie cierpie. :D

W polskiej szkole, jak to w polskiej szkole. Nik pobiegl w podskokach, szczegolnie, ze wreczal koledze zaproszenie na przyjecie urodzinowe, Bi zostala z placzem. Ech...
Zajecia w kolejnym tygodniu nam sie troche pokomplikowaly, bowiem Bi ma znow zawody plywackie (i podobno chce plynac :D). Tym razem sa one jednak po poludniu, a w polskiej szkole maja tego dnia bal przebierancow. Poza tym nie chce zeby Bi ciagle miala przerwy, wiec postanowilam, ze odbiore Potworki wczesniej, ale na zajecia pojada. Zeby jednak nie krazyc w te i we wte, zglosilam sie do pomocy podczas balu. :O Az sie boje co mi przydziela! ;) Impreza na sali gimnastycznej ma potrwac gdzies do 10:30 i wtedy planuje zgarnac Potworki, pojedziemy szybko do domu przebrac sie oraz zapakowac tatusia i popedzimy na zawody. Przynajmniej taki jest plan. Jak to z planami bywa wiadomo, wiec wszystko wyjdzie w praniu. ;)

A w tym tygodniu, podczas kiedy Potworki "meczyly sie" w polskiej szkole, czekala mnie niemala gratka, bowiem wpadla do mnie na kawe kolezanka. Ostatni raz widzialysmy sie we wrzesniu i tyle czasu zajelo nam, zeby ponownie sie zgadac. ;)

To nie byl koniec sobotnich atrakcji. Po polskiej szkole, przypedzilam z Potworkami do domu, przygrzalam szybki obiad, po czym znow zapakowalismy sie do auta. Wczesnym popoludniem bowiem, umowilam sie z sasiadka oraz ukochana psiapsiolka Bi na lyzwy! :) Okazalo sie przy okazji, ze sasiadka na lyzwach byla w zyciu raz, a jej corka... nigdy. :D Wobec powyzszego, ta pierwsza na lod nawet nie weszla i zostawila mnie - lyzwiarza lamage z trojka poczatkujacych dzieciakow. Tiaaaa... ;)
Na szczescie Bi na lyzwach radzi sobie juz na tyle dobrze, ze wziela kolezanke pod pache i razem pomalu przemieszczaly sie po lodzie.

Kolezanka skupiona, nawet nie podniosla glowy ;)

Podjezdzalam do nich od czasu do czasu zeby poklaskac jak dobrze sobie radza, po czym skupialam sie na wlasnej jezdzie oraz pilnowaniu Kokusia. Ten ostatni to istny kamikadze! Mimo setki upomnien, zeby jechal pomalu dopoki nie zalapie rownowagi, Nik pedzil jak szalony i oczywiscie co chwla lezal! ;) Tym razem wzielam jego kask, wiec bylam nieco spokojniejsza... do czasu az nie przewrocil sie tak niefortunnie, ze plasnal o lod policzkiem. Do dzis ma zadrapanie. Rozwazam na powaznie kupno kasku hokeisty, albo innego football'isty. Byle mialo oslonke na twarz. ;)

Jestem pod ogromnym wrazeniem jak szybko Nik robi postepy, ale po bialych sladach na ubraniu mozna latwo wywnioskowac, ze nadal czesto ma bliskie spotkania z lodem :D

Jakby malo bylo na jedna sobote, wieczorem Nik oswiadczyl (calkiem spokojnie, choc nieco jekliwie), ze boli go ucho, ma je przytkane i chyba ma zapalenie (tak, sam sie zdiagnozowal i to bez pomocy wujka google'a :D)!
Masz ci babo placek! To sobie pore wybral! Nie dosc, ze sobota wieczor, to jeszcze na noc zapowiadali pierwsza wieksza sniezyce w naszych okolicach, ktora nad ranem miala przejsc w marznacy deszcz. :/

Stan z 23 wieczorem. Pstryknelam fote naszej Narnii, bo nie wierzylam, ze utrzyma sie do rana ;)

I skad znow zapalenie?! Cala poprzednia zime walczylismy z nawracajacymi infekcjami uszu, ale wszystkie zaczynaly sie od kataru. Tym razem Nik byl pozornie zdrowy, oprocz tego, ze od jakiegos tygodnia sobie (doslownie) 3-4 razy dziennie odkaszlnal. Jedyne wytlumaczenie, ktore przychodzi mi do glowy, to ze jednak mial katar, tylko gdzies gleboko. Zamiast wyplywac mu nosem, wydzielina splywala gardlem i stad to pokaslywanie. Oczywiscie to tylko moja teoria, a zapalenie moglo sie wziac ze zwyklego przewiania. Nik regularnie wysiada ze szkolnego autobusu bez czapki i z rozpieta kurtka. Boje sie myslec, jak wychodzi ubrany na dluga przerwe, na ktora tutaj zawsze (chyba ze pada, albo jest trzaskajacy mroz) dzieciaki wychodza na podworko. :/
W kazdym razie, w sobote wieczor bylo juz za pozno zeby szukac doraznej pomocy. Balam sie nocy, ale o dziwo, po zaaplikowaniu lekarstwa przeciwbolowego, Nik grzecznie ja przespal.

Rano okazalo sie, ze jak nie trzeba, to prognozy sie sprawdzily! Sniegu dowalilo porzadnie, a o 8 rano, mimo lekkiego mrozu, padala marznaca mrzawka. Ohyda. Normalnie nie wysciubialabym w taka niedziele nosa z domu, ale Nik nadal utrzymywal, ze ucho boli i jest zatkane... Skoro zmuszeni bylismy poszukac kliniki czynnej w niedziele i w taka pogode (przypominam, ze u nas troche sniegu oznacza paraliz), M. nie mogl sobie oczywiscie odpuscic jazdy do kosciola... Jedzie sie do niego okolo 20 minut, autostrada niezle odsniezona, a my minelismy trzy auta w rowach. To znaczy bardziej utkniete w sniegu na poboczu i obrocone w poprzek lub wrecz tylem do kierunku jazdy. To dobrze obrazuje dlaczego wiecej niz 5 cm sniegu calkowicie paralizuje tutaj drogi. Tubylcy zupelnie nie potrafia jezdzic przy takiej pogodzie. :/

Wreszcie pierwszy (kto wie czy nie ostatni...) snieg tej zimy! :D

My dojechalismy do kosciola bez przeszkod, a tam... parking pusty, choc odsniezony, przybytek zamkniety na glucho! :D Przez warunki pogodowe (musze przyznac, ze naprawde bylo bardzo slisko!) dojechalismy kilka minut spoznieni, wiec nie wiemy czy nikt w ogole nie przyjechal, czy bylo 2-3 desperatow (jak my), ktorym ksiadz poblogoslawil za wysilek i odeslal do domu. ;) Korcilo mnie, zeby zastukac na plebanie, ale w koncu dalam sobie spokoj. ;)

Skoro z msza nie wyszlo (M. nie mogl sobie darowac! :D) postanowilismy poszukac czynnej kliniki. Udalo sie za drugim podejsciem! ;) A tutaj panie w rejestracji przestrzegaly, zeby jak najszybciej wracac do domu bo robi sie nieciekawie. Odpowiedzialam, zeby one w takim razie tez zamknely klinike i uciekly do bezpicznych domkow! :D
A ucho Kokusia? Lekarz tylko w nie zajrzal i potwierdzil zapalenie. :/ I znow antybiotyk. Dobrze, ze to pierwszy od zeszlej zimy... Oby tym razem zadzialal. Nie mam ochoty "bujac" sie z zapaleniem przez 2 miesiace jak rok temu. :(
A skoro juz wyladowalismy w tamtej okolicy, podjechalismy do pobliskiego sklepu z akcesoriami narciarskimi. Taki zreszta mielismy plan jeszcze dzien wczesniej, ktory to stal pod znakiem zapytania z powodu pogody. Sklep o dziwo rowniez byl otwarty, choc podejrzewam, ze pracownicy liczyli na spokojna zmiane przy kawce i plotach, a nie obsludze klientow. ;) Bylam tam kilka miesiecy temu wstepnie ogladajac nowe buty narciarskie, bowiem w starych tak bola mnie golenie, ze po kilkugodzinnej jezdzie nie moge sie do nich przez tydzien dotknac. :/ Tym razem mialam juz ulatwiona sprawe, bowiem wczesniej zapisalam, ktore modele wydaly mi sie najwygodniejsze. Pan sprzedawca zaskoczyl mnie jednak i "wyczarowal" inny model z wybranych przeze mnie marek. Tak stalam sie posiadaczka butow Full Tilt Plush Six (to NIE jest post sponsorowany)! Do tych z Was, ktore jezdza na nartach: polecam z calego serca! W koncu trafilam na buty, ktore juz od momentu zapiecia nigdzie nie uciskaja! Najwieksza ich zaleta jest to, ze nie maja jezyka! Boki buta owijaja sie wokol lydki niczym rulonik (na jednej czesci nawet jest oznaczenie "inside", dla takich blondynek jak ja! :D), a zamiast twardej obudowy zachodzacej az na przod, maja cos jakby "zewnetrzny" jezyk, czyli kawalek plastiku nachodzacy na zewnetrzna czesc buta.

To nie sa moje buty. Fota pochodzi z internetu, ale dobrze widac na niej jak zawija sie wklad :)

Ta plastikowa czesc odgina sie calkowicie od buta, co sprawia, ze "rulon" wkladu mozna niemal calkowicie rozwinac, a dzieki temu z kolei wkladanie i zdejmowanie buta to fraszka!

To rowniez zdjecie z internetu. Ten but to jakis starszy model, ale widac na nim wlasnie jak odgina sie ta frontowa czesc, odslaniajac caly wklad :)

Mozecie mi wierzyc lub nie, ale to najwygodniejsze buty narciarskie jakie mialam na nogach! A przynajmniej mam nadzieje, ze w jezdzie okaza sie rownie wygodne, jak w tuptaniu po domu, bo narazie tylko tak mialam okazje je wyprobowac. :D

W niedziele wieczorem, Potworki uprosily mnie, zeby zrobic "rice crispie treats". Pudelko ze swiateczna wersja mamy juz od... Swiat, ale jakos wczesniej nie bylo czasu. :) Jesli ktos nie wie co to jest, to taki potwornie slodki przysmak, zrobiony z chrupek do mleka - Rice Crispies zmieszanych z roztopionymi "piankami". Calosc tworzy mase, ktora poki jest ciepla, jest bardzo plastyczna i mozna z niej lepic rozne ksztalty. Nasz zestaw mial foremki do stworzenia swiatecznych skarpet. :) Zestaw mial niemal wszystkie potrzebne skladniki do ulepienia skarpet oraz przyrzadzenia kolorowych lukrow. Tu Nik przygotowuje kolor zielony:

Na policzku widac slad po bliskim spotkaniu trzeciego stopnia z lodowiskiem :D

Tu juz prawie gotowe przysmaki

Jak to z Potworkami bywa, prawie godzine przygotowywali sobie deser, po czym... oznajmili, ze im nie smakuje i nadgryzli tylko po kawalku jednej skarpetki! :D

Kolejny dzien to byl poniedzialek, ale w zwiazku z Martin Luther King Jr. Day, szkoly byly zamkniete, a ja wzielam wolne z pracy zeby zostac z Potworkami. Wiele sobie w zwiazku z tym dniem obiecalam. Konkretnie, to planowalam wziac Potworki znow na lyzwy, moze nawet odwazylabym sie wziac ich sama na narty... Jak to czesto bywa, na planach sie skonczylo... :/ Po pierwsze: Kokusiowe ucho nie pozwalalo na zbytnie szalenstwa. Gdyby nawet jednak oba Potworki byly zdrowe i tak nigdzie bym nie pojechala, poniewaz Matka Natura akurat na tamten dzien zeslala arktyczne mrozy. Nie wiem jak stoki narciarskie, ale lodowisko zamkneli. Temperatura w nocy spadla do -20, a w dzien uparcie odmowila podniesienia sie powyzej -14. Brrrr... A dzieciaki z nosami przyklejonymi do szyb, patrzace na pierwszy snieg... ;) Juz dzien wczesniej, w niedziele, Bi blagala wrecz zeby pozwolic jej na zabawe na dworze. Caly jednak dzien padal marznacy deszcz, bylo slisko, mokro i paskudnie, a poza tym zal bylo mi Kokusia, ktorego chcialam przetrzymac w domu az nie wezmie chociaz dwoch dawek antybiotyku (takie zawsze sa tutaj zalecenia lekarzy - nie wychodzic przed przyjeciem dwoch dawek. Po tym czasie, jesli nie goraczkuje, dziecko moze nawet wrocic do szkoly :D). Nie bardzo wierzylam w zapowiadane mrozy, wiec obiecalam Potworkom, ze na sniegu pobawia sie nastepnego dnia. Oczywiscie, jak zawsze kiedy mam watpliwosci, prognozy sie sprawdzily i kolejnego dnia nie tylko byl trzaskajacy mroz, ale i straszny wiatr, wiec nawet w dzien, temperatura odczuwalna byla w okolicach -20. :D
Zimno, wiatr hula, Syberia normalnie, a Potworki placza, ze snieg taki piekny, a wredna mama nie puszcza na dwor. :) Czekalam caly ranek i kawalek popoludnia, zeby temperatura podniosla sie chociaz do -10 (hahaha!), ale w koncu skapitulowalam. Opatulilam Potworki oraz siebie w 3 warstwy, na glowy dalam im kominy kupione pod kaski narciarskie oraz na wierzch jeszcze czapki i wyszlismy. Na doslownie pol godziny, ale w czasie ktorej zdazylam przemarznac do szpiku kosci, a dzieciakow oczywiscie nie moglam zagonic z powrotem do domu. :D

Jak bylo zimno, mozna poznac po kolorze i wyrazie buzi Kokusia. Uparciuch nie chcial sie (tak jak Bi) zaslonic tym kominem.

W zwiazku z tym, ze na snieg napadal marznacy deszcz, cale podworko pokryte bylo nad sniegiem gruba warstwa lodu, ktory pekal tylko pode mna. Dzieciaki slizgaly sie, wywracaly i zasmiewaly do rozpuku. ;) Najlepsza zabawa bylo zjezdzanie na naszych "dupkach". Po lodzie smigaly jak blyskawice, a ja dostawalam zawalu, kiedy Potworki z trudem hamowaly tuz przed linia drzew! A ile smiechu bylo kiedy "dupki" odjezdzaly sobie same miedzy drzewa, pedzac w dol po lodzie. Od drzew, caly tyl idzie ostro w dol i raz Nik musial zbiec prawie do sasiada ponizej, zeby odzyskac swojego "dupolota". ;)

Poza tym, przekonalismy sie bolesnie, ze duzy dom jednak znacznie trudniej ogrzac. I nie chodzi nawet o koszt, choc w poprzednim miesiacu rachunek za gaz przyszedl o 1/3 wiekszy niz pamietamy ze starego, malego domku. A grudzien byl wyjatkowo lagodny. Az boje sie rachunku za styczen... :/ Bardziej chodzi mi o to, ze po prostu dom sie nie nagrzewa. O ile gora utrzymuje mniej wiecej 19-20 stopni, tak na dole, w te mrozy, temperatura uparcie nie podnosila sie powyzej 17 stopni. Powodem sa zapewne czesciowo szpary miedzy szafkami w kuchni, o ktorych pisalam we wczesniejszym poscie, z ktorych dmucha sobie lodowate powietrze. Pizdzi sobie ono rowniez z niektorych kontaktow (!) ulokowanych na zewnetrznych scianach, a w salonie rowniez w jednym miejscu ze szpary miedzy sciana a listwa przypodlogowa. Ewidentnie cos jest nie tak z izolacja domu, ale trudno zebysmy zrywali sciany aby to sprawdzic. Fakt, ze pod domem znajduje sie nieogrzewany garaz oraz ze okna sa stare i potwornie nieszczelne, ma zapewne tez swoj wklad w niska temperature dolu. Dla takiego zmarzlucha jak ja, to tragedia. ;) Salon, z jego pieknym, wysokim sufitem, ktory normalnie uwielbiam, okazal sie kolejna porazka. Tam kaloryfery szly pelna para, ale temperatura nie podniosla sie powyzej 15 stopni. Tu jednak bardzo sobie nie krzywdowalismy i po prostu napalilismy w kominku. :) Od razu zrobilo sie cieplej.

Poza tym tydzien leci jak to tydzien. We wtorek, z powodu niskich temperatur oraz oblodzenia, opoznili szkoly o 1.5 godziny. Temperaturowo nic te 1.5 godziny nie zmienilo, ale pewnie musieli odsniezyc i oskrobac z lodu wszystkie school bus'y. ;)
Oprocz tego, we wtorek w pracy mialam 2-godzinne szkolenie (nuuudyyy...), a w srode 2-godzinny meeting (dajcie zyc!). Niby mala firma, a czasem jak korporacja. Wszyscy uwijaja sie jak mrowki, nie wiedza w co wlozyc rece, terminy gonia, a oni zwyczajnie marnuja nasz czas! Nie musze bowiem mowic, ze szkolenie (przynajmniej dla mnie) nie wnioslo nic nowego? A meeting to tylko zaliczanie kolejnych podpunktow i pytanie czy zadanie wykonane, jesli nie, to na kiedy zostanie wykonane i czasem jakas dyskusja (glownie miedzy szefami) dlaczego sa trudnosci z jego wykonaniem. Te zas wynikaja po prostu ze zrzucania na glowy pracownikow zbyt wielu spraw "na wczoraj". Co Wam bede zreszta pisac, te z Was, ktore pracuja, wiedza o czym mowie...
W czwartek rano Nik mial isc na kontrole do dentysty. W srode wieczorem otrzymalam automatyczna wiadomosc, ze na budynek przychodni zwalilo sie drzewo i sa bez pradu. Na wiesc, ze jednak do dentysty nie idzie, Mlodszy sie poplakal.
Ciekawe, ze ja jako dziecko, plakalam kiedy musialam isc do dentysty. :D
Na pocieszenie wieczorem zabralam go na postrzyzyny. Grzywke mial juz w oczach, a pod czapka i po nocy, z tylu mial sianowate gniazdo. Czas byl juz wiec najwyzszy, choc znow zajmie mi kilka dni, zeby sie przyzwyczaic do jego nowego wygladu. :)

I to chyba wszystko... Taaa, jakby bylo malo! Znow wyszedl tasiemiec, a przypominam, ze opisalam prawie wylacznie 3 dni! :D Jesli wszystko pojdzie zgodnie z planem, czeka nas potwornie zabiegany weekend, a tymczasem mnie cos "bierze". :( Czuje wyraznie charakterystyczne drapanie w gardle i laskotanie w nosie. Coz, malzonek moj smarcze caly tydzien. Jemu juz przechodzi... na mnie. :/
Oby dzieci nie zlapaly. Kokusiowi wystarczy zapalenie ucha...

piątek, 18 stycznia 2019

Kryzysy i sukcesy oraz o jajku, ktore robi sie madrzejsze od kury

Tytul odnosi sie do minionego weekendu (choc o malzenskich kryzysach tez moglabym napisac to i owo :D). Rozpoczal sie kryzysem, zakonczyl malym sukcesikiem i w ogolnym rozrachunku wyszlismy chyba na zero. ;)

Jak pisalam ostatnio, Bi miala w sobote kolejne zawody plywackie. I dziecko zlapalo kryzysa. Oswiadczylo, ze ono nie jedzie, nie chce plywac, jest shy i sie boi. Kiedy zaczelam dopytywac skad taka nagla zmiana, powiedzialo, ze tam sa duze dzieci, a ona nie wie gdzie jest mama. Zaalarmowala mnie wzmianka o "duzych dzieciach", wiec zaczelam drazyc czy ktos dokucza maluchom (Bi jest w najmlodszej grupie), ktos kogos gdzies popchnal, itp. No niby nie, ale ona sie boi. Co do tego, ze Bi "nie wie, gdzie jest mama", to przypomne, ze na poprzednich zawodach, na trybuny wchodzilo sie od tylu i nie bylo na nie wejscia bezposrednio z basenu. Znajdowaly sie jednak zaraz ponad laweczkami dla zawodnikow, Bi caly czas mnie widziala i szczerze, to nawet za bardzo nie zwracala uwagi. Musialam krzyknac i pomachac, zeby laskawie spojrzala w gore i odpowiedziala na pytanie. A tu nagle kryzys, bo ona mamy nie widzi? Prooosze...
W kazdym razie Bi placz, ze nie chce jechac, urzadzila juz w piatek wieczorem, ale wtedy wzielam to za zwyczajne zmeczenie materialu. Niestety, w sobote rano znow podjela te same jeki: ze nie chce, ze sie boi, ze nie bedzie wiedziec, gdzie jest mama, i tak w kolko. Nie pomogla wzmianka, ze bedzie jej ulubiona kolezanka, ani ze przeciez nie znamy tego basenu i moze tutaj rodzice beda siedziec zaraz obok, jak na pierwszych zawodach... Wyciagnelam w koncu "gruba artylerie" i oznajmilam, ze jesli nie chce plywac, to w takim razie jedzie do polskiej szkoly, bo dostala od niej wolne tylko ze wzgledu na wlasnie zawody. To dalo jej do myslenia, choc widzialam, ze waha sie pomiedzy "mniejszym zlem". :D
M. stwierdzil, ze skoro tak bardzo nie chce, to trzeba dac sobie spokoj. Problem tylko w tym, ze juz od kilku dni mialam rozpiske od trenera, w ktorych wyscigach Bi plynie i dwa z nich to byly sztafety. Jesli ktores dziecko nie dotrze na sztafete, musza znalezc na jego miejsce inne, albo ktos musi poplynac dwa razy. A w druzynie Bi, w tej najmlodszej grupie (8 lat i ponizej) jest tylko garsteczka dziewczynek, wiec niespodziewany "wylam" jednej z nich to juz klopot. No, nie robi sie tego zespolowi i tyle. Mimo protestow Bi zdecydowalam wiec, ze jedziemy, choc M. ponuro przewidywal, ze zaraz bedziemy wracac. ;)

Finalnie okazalo sie, ze nie taki diabel straszny, choc nie moge zaliczyc tych zawodow do zupelnie udanych. ;) Bi zajela dwa drugie miejsca, w jednej ze sztafet jej druzyna zajela pierwsze, a w drugiej sztafecie nie mam pojecia. :D
Ale nie o miejsca mi chodzilo, kiedy pisalam, ze zawody nie do konca sie udaly. Mielismy szczescie i tym razem wejscie na trybuny bylo od strony basenu, wiec tu pierwsze ufff... Bi byla bardzo zadowolona, ze miedzy wyscigami moze przyjsc do nas na laweczke i sama przyznala, ze teraz, kiedy juz tam jest, sie nie boi. Niestety, dobry humor szybko prysl. Nie wiem jak to sie stalo, ale przed trzecim wyscigiem Bi sie pogubila. Mimo, ze miala karteczke, na ktorej napisane jest, ktora linia ma plynac i jakim stylem, podeszla na start, a tam krecil sie tlumek ludzi, bo i zawodnicy (ci sa ustawiani na kilka wyscigow przed czasem) i trenerzy i wolontariusze mierzacy czas (jest ich troje na kazda linie!) i Bi... kompletnie spanikowala! Bylam na tyle daleko, ze w pierwszej chwili nie zauwazylam co sie dzieje, kiedy Bi nagle wrocila na swoje miejsce na laweczce. Dopiero po chwili dotarlo do mnie, ze zamiast szykowac sie do wyscigu, moje dziecko siedzi i placze. :( Pobieglam do niej, ale wtedy Bi byla juz w stanie kompletnej histerii i chyba tylko ludzie krecacy sie naokolo powstrzymywali ja przed klapnieciem na ziemie i rozryczeniem sie w glos. ;) Pytana co sie stalo, odpowiadala tylko w kolko, ze nie wiedziala gdzie ma plynac. Kiedy tlumaczylam, ze przeciez ma i trenerow i mnie, zeby podejsc i zapytac, sama nie wiedziala dlaczego nikogo nie poprosila o pomoc...
Na poczatku odmowila plyniecia, ale ze byl to wyscig stylem na plecach, ktory bardzo lubi, dala sie namowiac.

Tu nasz "delfinek" plynie wlasnie w owym feralnym wyscigu ;)

Mimo, ze nadal splakana i roztrzesiona, poplynela i zajela 2 miejsce, wiec niezle. Ale potem caly czas blagala zebym pozwolila jej opuscic ostatni wyscig. Niestety, ten ostatni rowniez byl sztafeta, wiec musialam tlumaczyc, ze kolezanki na nia licza, itp. Na szczescie dala sie przekonac. ;)

Koniec koncow, to zdecydowanie nie byl dzien Bi. ;)
Z tego jednak co moge wywnioskowac, to nie tak, ze Starsza nagle znienawidzila plywanie. Zaraz kolejnego dnia miala trening skokow do wody, na ktory pojechala bez szemrania. Na normalne treningi biegnie w podskokach. Tylko zawody zaczely ja nagle przerazac. Najwyrazniej dopadla ja trema. ;)
Coz... Kolejne ma za troche ponad tydzien. Czy bedzie chciala na nie jechac? Zobaczymy. Zaoferowalam, ze moge zglosic sie jako wolontariuszka do pomocy oraz mierzenia czasu zawodnikow. W ten sposob zawsze bede sie krecic przy basenie. Moze to troche doda Bi pewnosci siebie, mimo ze nie bede mogla caly czas sie nad nia cackac...

Z mojej strony wkurzyl mnie brak organizacji przeciwnej druzyny. Przeniesli godzine zawodow z 9:20 na 11:45. Ok, no moze bali sie, ze sie nie wyrobia. Tyle, ze przyjechalismy idealnie o tej godzinie i oni dopiero rozkladali sznury oddzielajace linie! No ludzie kochani! Pozniej nasza druzyna juz cala zebrana rozpoczela rozgrzewke, a tamci dopiero zaczynali sie schodzic! Faktyczne zawody zaczely sie dopiero gdzies o 13:30. Bylismy z M. zalamani, przewidujac, ze bedziemy tam siedziec do us*anej smierci. Albo przynajmniej do wieczora. ;) Dobrze, ze ktos pomyslal i sporo wyscigow polaczono, np. dziewczynki z chlopcami lub rozne grupy wiekowe, czego normalnie nie robia. To pozwolilo zaoszczedzic sporo czasu i wyszlismy w miare wczesnie.

Takie laczenie wyscigow okazalo sie problematyczne, ale dopiero przy wpisywaniu wynikow. Widzicie, kazdy wyscig ma przypisany numerek, a jesli w danej grupie wiekowej jest wiecej dzieci, do numerkow dodane jest "heat 1" oraz "heat 2". Kiedy polaczyli rozne numery wyscigow, zrobil sie balagan. W rezultacie, za pierwszy indywidualny wyscig, Bi ma wpisane miejsce #3 zamiast #2, a kolezanka, ktora wygrala, wpisane ma miejsce #2. Ktos sie ewidentnie pomylil. Pewnie nie zwrocilabym na to wiekszej uwagi, ale ten akurat wyscig nagralam na telefonie. Widac tam, ze kolezanka juz wychodzi z basenu, Bi wlasnie doplynela do brzegu, a na wszystkich pozostalych liniach dzieciaki nadal plyna. Powinna miec 2 miejsce jak w morde strzelil! A w wynikach jak byk stoi 3... :/

Druga rzecza, ktora mnie zalamala, byla temperatura. Bylo tam zimno! Na wysokosci trybun az tak sie tego nie czulo, bo wiadomo, cieplo idzie do gory. Ale za kazdym razem kiedy schodzilam na poziom basenu, czulam chlod. W dodatku co chwila ktos wychodzil na korytarz, powodujac dodatkowe podmuchy zimnego powietrza. Bi miala dwa reczniki, ale szybko je przemoczyla i trzesla sie jak osika. Mam nadzieje, ze sie nie pochoruje... :/

Tyle o zawodach. W sezonie zimowym zostaly jeszcze tylko jedne, a potem w lutym sa mistrzostwa... O rety... Nie wiem czy Bi zdecyduje sie w nich poplynac, nie wiem czy sa jakies kryteria dopuszczajace, ani czy sa to mistrzostwa Stanu czy jakies miedzydruzynowe (mysle, ze raczej to drugie)... Coz... kiedys w koncu sie dowiem. ;)

Po takiej emocjonujacej sobocie, w niedziele wypadalo sie nieco odstresowac, chociaz tu tez grafik wchodzi w parade. Rano, jak juz wspomnialam, Bi miala trening skokow do wody. Nie wiem kto ustalil, zeby dodatkowy trening robic juz nastepnego dnia po zawodach, ale zgodnie z moimi przewidywaniami, zjawila sie garstka dzieci. Ja Bi przywiozlam, bowiem kolejny taki trening najprawdopodobniej nam przepadnie (bowiem bedziemy na innych zajeciach, haha!), wiekszosc rodzicow jednak najwyrazniej machnela reka i wcale im sie nie dziwie. ;)

Jakby malo bylo sportu na jeden weekend, w niedzielne popoludnie postanowilam zabrac Potworki na lodowisko. Sama chcialam sie poruszac, no i dac okazje do ruchu Kokusiowi, ktory poki co, oprocz plywania raz w tygodniu, zalicza tylko zawody Bi i to w charakterze widza niestety... Bi oczywiscie za nic nie przepuscilaby takiej okazji, mimo, ze akurat jej wcale nie ciagnelam, bo zakladalam, ze moze byc zmecznona.
Taaa, zmeczona, phi! ;)
Lyzwy okazaly sie swietnym wypadem, mimo ze M. sie na nas wypial i nie pojechal. Bi szlifowala jazde i idzie jej naprawde swietnie, choc swoim zwyczajem, jedzie raczej wolno i ostroznie. Ale rownowage trzyma znakomicie i upadla moze dwa razy w ciagu godziny jazdy. Dla porownania, podczas naszego noworocznego wypadu, co chwila ladowala na lodzie. ;)

Nie dosc, ze plywaczka, skrzypaczka i narciarka, to jeszcze lyzwiarka ;)

Za to Nik, ha! Nik nauczyl sie jezdzic! Zaczal z takim czerwonym "balkonikiem", ktore daja tu zamiast pingwinkow.

Tu w jednym kadrze udalo mi sie nawet ujac Bi (w rozowych spodniach) i Nika zapierdzielajacego z "chodzikiem" :D

Dosc szybko, jak to Nik, zaczal kombinowac. Probowal jazdy naokolo "chodzika" albo odsuwal go i dojezdzal do niego. Widzac to zachecilam go zeby sprobowal pojechac przytrzymujac sie scianki i wtedy juz po-szlo! Oczywiscie Nik to nie Bi, zamiast jechac pomalu i cwiczyc rownowage, on zapieprza na wariata! :D Boszzz... Nie macie pojecia ile razy patrzac na niego, mialam serce w gardle! Bo oczywiscie, przy takiej jezdzie, co chwila lezal, a upadki mial, hmmm... spektakularne, ze tak powiem.

Najwazniejsze, ze jest usmiech, nawet jesli co chwila siostra (lub matka) musiala pomoc gramolic sie w gore ;)

Zdecydowanie, kolejnym razem biore jego kask (najchetniej kupilabym mu taki hokejowy, ktory oslania tez zeby :D). Tym razem nawet nie przyszlo mi do glowy zeby go wziac, bo spodziewalam sie, ze cala jazde spedzi przy balkoniku. A tu niespodzianka! Pozytywna, rzecz jasna, choc nieco przyprawiajaca o zawal. ;)
Tak wiec, Moi Drodzy, malutki Kokusio jezdzi samodzielnie na lyzwach! Brak mu zarowno stylu, jak i gracji, ale jedzie! :D

Jade, jade! Ale nie na dlugo, bo zaraz bede lezal! :D

Zebysmy sie za bardzo nie nudzili, szkola Potworkow rowniez dostarcza nam atrakcji. ;)

W tym tygodniu rozpoczelo sie trwajace miesiac wyzwanie czytelnicze dla wszystkich klas. Dzieciaki mialy przyniesc formularz, w ktorym deklaruja, ze beda czytac okreslona ilosc minut dziennie. Co tydzien beda dostawac kolejny, w ktorym zaznaczaja ile czytali. Oczywiscie czytam im glownie JA wieczorem, jak rowniez to mi przypada codzienne zaznaczenie ile przeczytali (czy raczej JA przeczytalam :D). Tylko pierwszego dnia Bi miala zryw i czytala sama bite 40 minut. ;) Raz w tygodniu, w piatek, miedzy wszystkimi dziecmi bioracymi udzial w wyzwaniu, losowana jest ksiazka. Zobaczymy czy ktoremus z Potworow uda sie wygrac. ;)
Dodatkowo, w okazji tego wyzwania, co srode dzieciaki beda mialy dzien z tematem przewodnim. W tym tygodniu byl to "crazy hair day". I tu juz zgrzytalam zebami, bo wyzwanie wyzwaniem, ale nie lubie kiedy zajecia szkolne utrudniaja zycie mi. Poranki mamy chaotyczne i w biegu, a tu jeszcze trzeba wymyslic jakas zwariowana fryzure??? No dajcie na luz! Na szczescie Bi nie miala zbyt wygorowanych wymagan. Zrobilam jej kitke wysoko na glowie, a z tej kitki zaplotlam kilka warkoczykow. Chcialam jeszcze te warkoczyki podpiac pod spod, zeby tworzyly jakby pierscienie, ale corka uznala, ze to juz przesada. Coz, nie bede sie upierac. :) Zawsze jednak przy takich szkolnych "wymaganiach" zla jestem na siebie, ze brak mi kreatywnosci, polotu i co najwazniejsze, checi. Wsciekam sie raczej, ze szkolne lata mam dawno za soba, a tu znow dzieciaki przynosza zadania, ktore okazuja sie zadaniami dla rodzica. :/
Nik ma wlosy blagajace juz o strzyzenie, ale tu akurat sie to przydalo. Co prawda jego wlosy to takie sliskie "piorka", ale z pomoca tapirowania, ktore dzielnie zniosl oraz lakieru do wlosow (zostawionego przez tesciowa), udalo mi sie je zaczesac do gory. Probowalam ulozyc z nich cos a'la Elvis, ale zapomnij. Wyszedl malowniczy koltun. :D

Cale szczescie, ze Kokusia cieszylo zwyczajnie to, ze ma na glowie cos "innego" :)

Dodatkowym szkolnym bolem glowy (na szczescie tu mam sporo czasu zeby cos wymyslic) jest setny dzien szkoly. Tak, tak, w Polsce sa studniowki w klasach maturalnych, tutaj za to obchodzi sie 100 dzien roku szkolnego, chyba za to tylko w podstawowkach. Zazwyczaj z tej okazji dzieciaki maja przyniesc kolekcje stu przedmiotow, co juz jest upierdliwe, ale w tym roku nauczycielki klas I poszly o krok dalej. Kokus musi nie tylko uzbierac (bardziej realnie "kupic") sto przedmiocikow, ale jeszcze ulozyc je w obrazek o okreslonych wymiarach! Wezcie mnie zastrzelcie! Czeka mnie wyprawa z synem do sklepu, gdzie bedziemy przegladac guziczki, cekiny i tym podobne pierdoly i zastanawiac sie co mozna z nich ulozyc. :/ A jak potem okaze sie, ze to go*no bedzie sie odklejalo od kartki, to chyba kogos pogryze!
Az sie boje, co wymysla nauczycielki klas II i co bedzie musiala zrobic Bi. Powaznie zastanawiam sie czy w ten arcy-wazny setny dzien, nie zatrzymac dzieci w domu. :/

A na koniec, mala anegdotka.

Okno w mojej sypialni wychodzi na poludnie, ale ze jest duze, dom polozony na wzgorzu, a lozko mam odpowiednio ustawione (przypadek), siedzac w nim z samego ranka, mozna podziwiac wschody slonca. Latem je zwykle przesypiam, ale teraz - zima, ich czas wypada akurat na pore, kiedy ziewajac i przecierajac patrzalki, usiluje zwlec sie z lozka. Ktoregos z takich porankow, przydreptal ze swojego pokoju Nik. Tego dnia, dzieki wysokim, plaskim chmurkom, wschod slonca byl iscie spektakularny - cale niebo plonelo rozem i purpura. Nik az oczy otworzyl z podziwu.
"Mama, a dlaczego cale niebo jest takie kolorowe?"
Ja: "Widzisz jak pieknie? To slonko wstaje i nas wita" - polecialam romantyzmem. :)
Nik (patrzy na mnie krytycznie): "Ale przeciez to nie slonce wstaje, tylko ziemia sie do niego obraca..."

Koniec swiata. Moje mlodsze dziecko zaczyna mi tlumaczyc madrosci tego swiata... Jeszcze rok temu slepo by uwierzylo, ze slonce budzi sie i caluje rosa kazdy kwiatek. A dzis serwuje mi wyklad o astronomii.
Sama nie wiem, czy powinnam sie cieszyc, czy zaplakac nad tym, ze dzieci mi sie "starzeja". :D

piątek, 11 stycznia 2019

Styczen sobie mija...

Zaczal sie drugi tydzien Nowego Roku, a raczej pierwszy pelny jego tydzien, a mnie juz przeraza ten ped. ;) Nie wiem w zasadzie dlaczego, ale uplyw czasu zawsze doprowadza mnie do stanu paniki. Mam wrazenie, ze z niczym nie nadazam, a lista zadan do wykonania i przyjemnosci do odhaczenia (to szczegolnie!) rosnie zamiast sie kurczyc. ;)

Zamiast przejde jednak do aktualnych wiekszych i mniejszych wydarzen, male zaleglosci z okresu okoloswiatecznego, ktore mi jakos umknely. ;)

Ostatniego dnia przed feriami swiatecznymi, Bi dostala w szkole dyplom. Juz raz trafil sie jej on w zeszlym roku, teraz otrzymala go powtornie. Dyplom jest rozdawany raz w miesiacu dwojce dzieci z kazdej klasy, ktore konsekwentnie zachowuja sie odpowiedzialnie, z szacunkiem dla innych oraz bezpiecznie. :) Dzieki temu, ze nagrody rozdawane byly na apelu, podczas ktorego wystep mieli zerowkowicze, a na ktory to z owego powodu przybyla moja kolezanka - sasiadka, mam nawet pamiatkowe zdjecie. :) Swoja droga to dziwie sie, ze nauczyciele, ktorzy normalnie staraja sie raczej informowac oraz angazowac rodzicow w sprawy szkolne, o fakcie otrzymywania przez dziecko jakichs dyplomow, uparcie milcza. Przeciez gdybym wiedziala, ze Bi go otrzyma, z wielka checia urwalabym sie z pracy i podjechala, zeby zobaczyc jak go odbiera! :/

Ostatni dzien szkoly przed Swietami, a wiec i outfit Swiateczny! :)

I jak jestem bardzo dumna z corki, tak nie moge sie nadziwic, ze to dziecko, ktore w domu przybiera postac tornada oraz despoty usilujacego rzadzic zarowno mlodszym bratem jak i swoimi Starymi, w szkole potrafi byc spokojne i ulozone, a nawet (wstrzymujemy oddech!)... lekko niesmiale! ;)

Oprocz tego, w czasie ferii swiatecznych, Bi uraczyla nas kilka razy "koncertem".

Taka gra, ze az... zeby bola! :D

Czyli, zeby ja sprytnie podejsc i zachecic do cwiczen gry na skrzypcach, proponowalam "A moze zagrasz tu na dole, dla nas?". Bi niechetnie cwiczy gre, ale za to jest pierwsza do wystepow oraz popisywania sie, wiec z entuzjazmem biegla po instrument, a nam... pozostalo wsadzic zatyczki do uszu. :D
No bez jaj. Skrzypce pieknie brzmia podczas symfonii, w grupie i z daleka. Takie pojedyncze skrzypeczki, kiedy muzykant zahaczy w dodatku czasem o zla nute, rzepola straszliwie! ;)

Teraz juz bardziej biezace sprawy.
Pamietacie, pisalam ostatnio, ze szukam dla Bi kursu jazdy na lyzwach? Okazuje sie, ze to wcale nie taka prosta sprawa. Nie wszystkie dni oraz godziny nam pasuja, a te rozsadniejsze oczywiscie znikaja niczym cieple buleczki. Trzy dni siedzialam z nosem w necie, ale w koncu znalazlam zajecia w sobote popoludniu, na ktorych (az dziw!) nadal byly wolne miejsca. Dziecko ucieszone, dopytywalo ile jeszcze dni, pozniej caly dzien zawracalo gitare, ze kiedy i kieeedy, po czym wzdychalo ciezko, ze jeszcze tak dluuugo (wiecie, 3 godziny to jak wiecznosc ;P), a jak w koncu oznajmilam, ze czas sie zbierac, ona... stwierdzila, ze w zasadzie to jej sie nie chce! Ze ma zwykla szkole, polska, do tego plywanie, ze odpowiada jej styl wlasnej jazdy (czy raczej jego brak) i nie chce jej sie juz nic wiecej uczyc! :O Myslalam, ze ja udusze i cieszylam sie, ze nie zaplacilam za lekcje z gory (bo mialam taka mozliwosc)... :/ Coz, lyzwiarki z niej nie bedzie. :D

Powrot po przerwie do polskiej szkoly okazal sie brutalny... Dzieciaki mialy dwie soboty wolne ze wzgledu na przerwe swiateczna, a dodatkowo ominely je ostatnie zajecia przed przerwa, bowiem Bi miala zawody plywackie. Dodatkowo, w miniona sobote lalo jak z cebra, wiec kiedy rano podnioslam sie z lozka, samej przeszlo mi przez mysl, czy moze im odpuscic. ;) Poniewaz jednak w nadchodzaca sobote Bi znow ma zawody i nie bedzie jej na lekcjach, zmusilam sie do wstania... Nik zostal bez wiekszych problemow, za to Bi... Ta juz od kilku dni marudzila, ze nie chce isc do polskiej szkoly, a kiedy odprowadzilam ja do klasy, po prostu sie rozplakala i uczepila mnie, nie dajac mi wyjsc. Najpierw ja pocieszalam, potem ja ofuknelam, zeby nie urzadzala cyrkow (i przez reszte poranka gryzlo mnie sumienie...), ale w koncu udalo mi sie "uciec". A po odebraniu oczywiscie okazalo sie, ze Bi calkiem niezle sie bawila... :/ Niestety, obawiam sie, ze przez te ciagle przerwy, Bi nie moze sie na dobre wdrozyc w te polska szkole, bo przeciez juz w pazdzierniku i listopadzie bylo ok. A teraz znow jakies problemy z zostawaniem. A jak na zlosc, zawody plywackie ustalaja zazwyczaj wlasnie na soboty! W niedziele zdarzyly sie tylko dwa razy... :(

Jak pisalam wyzej, z lyzwami wiec nie wyszlo, chociaz mam nadzieje wybrac sie z dzieciakami jeszcze kilka razy tej zimy. Zobaczymy co z tego wyjdzie...
Za to, poniewaz mnie ciagle "nosi" i weekend bez planow uwazam za stracony, postanowilam wyciagnac rodzinke na narty! :D A scislej mowiac, "wyciagnac" musialam M., bo Potworkom nie trzeba bylo dwa razy powtarzac! ;)
Tym razem, moj entuzjazm okazal sie niestety nieco na wyrost. Snieg nie padal u nas od listopada. Stoki sa sztucznie nasniezane, ale sztuczny snieg to wlasciwie krysztalki lodu. Dodatkowo dzien wczesniej padal ulewny deszcz i w rezultacie warunki byly straszne. Bylo slisko, a polowa stoku dla poczatkujacych byla oblodzona. W zeszlym roku, przez kaprysna pogode oraz przeprowadzke, nie bylismy na nartach ani razu i po 2 latach, przy tak fatalnych warunkach, nawet mi bylo ciezko i pierwsze 3 zjazdy z (naprawde malej) gorki, wiem, ze jechalam jak ostatnia lamaga. :D Za to Potworki... Przezylam szok. Dwa lata temu to byly maluchy, ale po naszych 3-4 wizytach na stoku, jezdzili naprawde rewelacyjnie i zalowalismy, ze sezon sie skonczyl, a nie zabralismy ich na normalne, zielone stoki, tylko pozostalismy na "oslej laczce". Jadac wiec w niedziele, optymistycznie zalozylam, ze zjada 2-3 razy z gorki dla poczatkujacych, a potem przeniesiemy sie na reszte stokow, tym bardziej, ze nasze lokalne sa naprawde niewielkie. Tiaaa... Niestety, dwa lata przerwy oraz lod sprawily, ze Potworki wlasciwie ucza sie jezdzic od nowa. :/ Nik wiecej lezal i sie podnosil niz jezdzil... Bi troche lepiej, ale jak to ona, wsciekala sie, ze jej nie wychodzi... No katastrofa! Po troche ponad dwugodzinnej jezdzie, dzieciarnia byla umeczona, Bi oswiadczyla, ze chce juz do domu i sama nie wiem jaka bedzie reakcja, kiedy wspomne kolejnym razem, czy moze chcieliby na narty? ;)

Pomimo ciezkich warunkow, starczylo sil na usmiechy :)

Co jeszcze ciekawego...
Odkad wprowadzilismy sie do obecnego domu, zastanawiamy sie, co zrobic z kuchnia. Nie jest ona w zlym stanie, na pewno w ciagu 40 lat od budowy byla remontowana i chyba to jest najwiekszym "problemem". Jest na tyle stara, ze nie do konca nam sie podoba, ale na tyle nowa, ze troche szkoda nam jej kompletnie zdemolowac i urzadzic od nowa. Poki co, postanowilismy, ze unowoczesnimy ja nieco zmieniajac raczki w drzwiczkach.

Przed

Po

Efekt? Hmmm... No niby jest lepiej, ale to nadal nie to. ;) Marzy nam sie nieco ciemniejszy lakier, choc troche boje sie, ze to optycznie zmniejszy kuchnie... Patrzymy wiec jakby tu szafki w miare latwo i szybko przemalowac. Niestety, nie za bardzo usmiecha mi sie niekonczaca sie praca z papierem sciernym, a to raczej nieuniknione. ;) Najgorsze, ze zdjac, przeszlifowac i przemalowac drzwiczki to pikus. Gorzej z bokami, bo nad tymi nalezaloby pracowac w kuchni. Wyobrazacie sobie ten syf...? A najgorsza czesc, to ozdobna listwa idaca nad szafkami. Cala w rowkach, ktore tez trzeba byloby oszlifowac do malowania. Jakos nie porywa mnie ta perspektywa...
Poza tym, kuchnia ma jedna, ogromna wade - jest baaardzo zimna. Oczywiscie, czesciowo wine za to ponosi jej umiejscowienie - zaraz nad garazem i na rogu domu, a w dodatku z wielkimi drzwiami tarasowymi. Z drugiej jednak strony, cos jest tam nie tak. Pomiedzy szafkami sa gdzieniegdzie od spodu szpary i z tych szpar wyraznie dmucha zimne powietrze! Nie wiemy czy miedzy szafami a zewnetrzna sciana jest w ogole jakas izolacja. Ale nawet jesli nie ma, to nie jest chyba normalne, ze zimne powietrze sobie pizdzi, ot tak. Tegoroczna zima jest bardzo lagodna, ale po nocnych przymrozkach, temperatura w kuchni spada do 17 stopni (przy samej ziemi do 15!), podczas gdy termostat ustawiony jest na 25! :O
Wymiana jednak wszystkich szafek, wiaze sie ze zrownaniem kuchni z ziemia. Niemozliwe bedzie bowiem dostanie szaf o idealnie takich samych wymiarach ze wszystkich stron. Na bank gdzies cos nie pasowaloby do blatu, gdzies do kafelek, gdzies do podlogi... Jak juz remontowac, to tak, zeby wszystko mialo rece i nogi... Dlatego myslimy i debatujemy i nie mozemy jakos podjac decyzji... Ja w ogole jestem przeciwniczka remontow zima, ale wiem, ze gdybym tylko wspomniala M., ze "robimy", dla niego bylaby to jak woda na mlyn. ;)

Poza tym, zycie uplywa nam w rytmie treningow oraz zawodow Bi. W poniedzialki spedzam polowe wieczoru na basenie, w srode siedze tam w ogole cale popoludnie, najpierw z Nikiem, potem z Bi. I chociaz zostawiam M. instrukcje z kim ma kiedy odrobic lekcje, to okazuje sie, ze wracam w porze kolacji, a zadania nie zostaly odrobione, bo Nik uparl sie, ze on chce z mama i koniec. :/
W sobote, jak wspomnialam, Bi ma kolejne zawody plywackie i jestem wsciekla na maksa, bowiem przeniesli godzine z 9:20 na 11:45! A tak sie cieszylam, ze rano odbebnimy zawody, a reszte popoludnia bedziemy mieli wolne! To nie. Musieli przeniesc na samiutki srodek dnia. Ni w gruche, ni w pietruche! :/

Trzymajcie sie dziewczyny i podeslijcie troche sniegu! Slysze, ze w Polsce sypie w tym roku az milo, a u nas ani platka! Dzieciaki dopytuja kiedy sypnie (szczegolnie Bi, bo chcialaby miec wolne od szkoly :D) i nie przyjmuja do wiadomosci, ze nie mam wplywu na Matke Nature! ;)

PS. Hej! Udalo mi sie NIE splodzic tasiemca! To chyba oznacza, ze zupelnie nic sie u nas nie dzieje! Nudy, panie, nuuudy! ;)