sobota, 20 kwietnia 2019

Dwa weekendy pelne wrazen, a pomiedzy nimi malo pozytywny tydzien

Cos mi ostatnio nie po drodze z blogiem. Napisalabym, ze nie mam czasu, ze w pracy zapieprz, ze w domu kociol i niby to wszystko prawda... ale po namysle stwierdzilam, ze przeciez w zeszlym tygodniu Potwory mialy ferie wiosenne i trzy dni spedzilam z nimi w domu. Czyli jednak az tak zalatana to nie bylam, a jednak czas kompletnie przelecial mi przez palce... Nie mam wiec zadnego usprawiedliwienia dla ciszy na blogu, poza pospolitym niechciejem. ;)

A co dzialo sie od ostatniego posta? W weekendy dzialo sie sporo, a w tygodniu niby napiecie bylo, ale to bardziej nerwowka niz faktyczne aktywnosci...

Po pierwsze, z boku domu scielismy caly zagajnik drzew. Lubie drzewa wokol domu i bronie sie przed ich scinaniem, ale tym razem jest to faktycznie zmiana na lepsze. Dzieki temu bedzie duzo wiecej swiatla z tylu ogrodu, co bardzo mnie cieszy. Obserwujac w zeszlym roku pozycje slonca wzgledem mojego planowanego warzywnika stwierdzilam, ze istnieje ryzyko iz plony beda zadne, bowiem slonce dochodzilo w te czesc tylko na jakies 3 godziny dziennie. Teraz powinno swiecic od dosc wczesnego ranka, az po pozne popoludnie, kiedy niestety nieuchronnie przesuwa sie za dom.
Po scieciu zostala straszna pustka obok szopki oraz caly stos belek, konarow i ogolnie wielkich kawalow drewna, ktore ktos (czyt. M.) musi porabac na mniejsze kawalki i poukladac (tu moze zlituje sie i mu pomoge :P) do suszenia. Beda jak znalazl na kempingi i letnie ogniska przy domu.

Taki tam stosik ;)

Na ostatnie przed wiosenna przerwa zajecia w Polskiej Szkole, Potworki popedzily jak na skrzydlach. Dlaczego? Dlatego, ze dla klas 0 - III, szkola organizowala tego dnia egg hunt. To tutejsza tradycja, ze wszedzie naokolo organizowane jest dla dzieciakow takie "polowanie na jajka" na mniejsza lub wieksza skale. Ja sama, jesli pamietacie, chowam dla Potworkow jajka w ogrodzie na wielkanocne poszukiwania. ;) W Polskiej Szkole pomysl troche slabo wypalil bowiem podobno zazwyczaj takie jajeczne polowanie odbywa sie na boisku do pilki noznej, naprzeciwko szkoly. Tym razem jednak pogoda pokrzyzowala plany. Dzien wczesniej spadl ulewny deszcz i boisko bylo grzaskie i blotniste. "Polowanie" odbylo sie zatem na sali gimnastycznej, ale sadze ze dzieciakom bylo wsio ryba. Byle nazbierac jak najwiecej wypelnionych slodyczami jajek. Potworki zebraly prawie pelne koszyki i byly wniebowziete. :)

Poza tym, Potworniccy zostali zapisani na polkolonie w pobliskim klubie, tam gdzie Bi trenuje z duzyna plywacka. Co prawda nie wiadomo jeszcze co z moja praca (jak pisalam kiedys, teraz zaczynaja sie "wazyc" losy firmy, a maj - czerwiec beda decydujace i moze sie nagle okazac, ze w wakacje bede bezrobotna), ale bojac sie, ze zabraknie miejsc, wolelismy zaklepac je Potworkom wczesniej. Nie trzeba bylo wplacac zadnego zadatku, wiec tym bardziej nic nie stalo na przeszkodzie. Polkolonie mozna z czystym sumieniem nazwac "sportowymi", bowiem oprocz normalnych zajec plastycznych, gotowania, placu zabaw, itp., miejsce to ma sale gimnastyczna przeznaczona dla dzieciakow, a ze miesci sie przy popularnej sieci silowni (a dawnego fitness klubu), dodatkowo (pol)kolonisci beda mieli codzinnie trening tenisa, lekcje plywania oraz czas na "wolne" zabawy w wodzie. Maja zarowno korty jak i basen kryte oraz na swiezym powietrzu, wiec zajecia odbeda sie bez wzgledu na pogode. Jak dla mnie, rewelacja. :) I mam nadzieje, ze Potwory beda wracac codziennie do domu niezle wymordowane. ;)

Na te same polkolonie zapisana jest najlepsza kolezanka Bi, wiec Starsza jest przeszczesliwa i juz nie moze sie doczekac. Nik natomiast, jak to Nik. Placze, ze nie chce, bo nie bedzie tam mial kolegow. Zupelnie nie pociesza go fakt, ze jest spora szansa, ze zapisani zostana jacys jego koledzy, jesli nie z klasy, to chociaz ze szkoly, a poza tym, jako przyjacielskie stworzenie, raz dwa znajdzie kumpla...

Zeby zapoznac choc troche dzieciaki z miejscem gdzie spedza prawdopodobnie wiekszosc wakacji, w poprzednia niedziele zabralismy je na zorganizowany przez klub dzien otwarty. Korzystajac ze zblizajacych sie Swiat, zorganizowane zostalo tam "polowanie na jajka" (dzien po "polowaniu" w Polskiej Szkole"; toniemy teraz w plastikowych jajeczkach! :O), a dodatkowo "moonlight tennis" ("tenis w swietle ksiezyca", nazwa tyle ciekawa co nie do konca adekwatna, ale o tym pozniej) oraz czas wolny na basenie.
Przyznaje, ze sama pojechalam z ciekawoscia. Chodze tam z Potworkami na lekcje plywania od ponad 2 lat, a nie wiedzialam, ze maja cala dziecieca sekcje! To znaczy, wiedzialam niby, ze klub ma swoje przedszkole, a takze ze zapewnia opieke nad dziecmi dla rodzicow korzystajacych z silowni, ale nie mialam pojecia, w ktorej czesci budynku sie to wszystko sie znajduje.

Pojechalam wiec na "zwiady'. ;) Ogolnie, dla nas, miejsce jest wprost wymarzone. Nie dosc, ze beda to polkolonie sportowe, to jeszcze klub znajduje sie po drodze do pracy zarowno dla mnie jak i M. oraz jest doslownie 2 minuty autem od naszego domu! Gdyby nie to, ze przy drodze nie ma chodnikow, moznaby smialo chodzic piechota albo jezdzic rowerem. :)
Najpierw odbylo sie szukanie jajek. Dzieciaki byly podzielone na grupy wiekowe, ale i tak Potworki okazaly sie byc najstarszymi w swojej grupie. Troche zalowalam, ze nie ma wiecej dzieci w wieku zblizonym do ich, bo liczylam, ze moze poznaja jakichs innych przyszlych kolonistow. No coz, nie udalo sie, ale bycie najstarszym ma tez swoje zalety. Mimo ze tutaj jajka byly naprawde pochowane, a nie po prostu rozsypane na podlodze, Potwory zdecydowanie sie oblowily.

Pedzi Nik...

Widzialam inne dzieci (te bedace na tyle duze zeby rozumiec ducha rywalizacji) zagladajace z zazdroscia do ich koszykow. ;)

Pedzi i przejeta rusalka z rozwianym wlosem. ;)

Poza tym dzieciaki mogly sie pobawic na sali gimnastycznej, ktora najwyrazniej sluzy tez jako sala zabaw oraz serwowano do oporu przekaski, popcorn i wode. Zyc nie umierac jesli ma sie mniej niz 10 lat. ;)

Nik dorwal rowerek, co prawda trzykolowy, ale za to ogromny :)

Nastepnie mielismy isc na basen, ale pomyslalam, ze jesli wpuszcze Potworki do wody to moge miec spory problem zeby ich potem z niej wyciagnac. Do tego doliczyc czas wycierania oraz suszenia wlosow Bi i balam sie, ze nie zdazymy na sesje tenisa. Zdecydowalam wiec, ze najpierw zaliczymy "moonlight tennis". ;) Potworki kochajace wode cos tam burczaly pod nosem, ale poszly i... okazalo sie, ze to rewelacja! Swiatlo "ksiezyca" stanowily niebieskie lampy jakie czasem maja na dyskotekach, powodujace, ze wszystkie jasne kolory zdaja sie swiecic. :) W rezultacie biala bluzeczka Kokusia i moje skarpetki swiecily niczym odblaski, pileczki tenisowe zdawaly sie swiecic w ciemnosci i pacholki ustawione dla porzadku rowniez dawaly lekkie swiatlo. Potwory bawily sie swietnie mimo, ze bylo to ich pierwsze zetkniecie z tenisem.

Zdjecia niestety slabe bo, nie uwierzycie... ciemno bylo! :D

Dobra zabawa skonczyla sie jednak w momencie kiedy Bi potknela sie w ciemnosci i wywalila. Nic jej sie nie stalo, kolano miala tylko lekko zaczerwienione ale nawet skory nie zdarla. Jednak oswiadczyla, ze dosc ma zabawy i chce juz isc. ;)

Tutaj celuje Bi ;)

Zanieslismy wiec koszyki z uzbieranymi jajkami do auta, zgarnelismy stroje kapielowe i ruszylismy na basen. Potwory szalaly, po jakims czasie przyszedl M. (ktory niby z nami byl, a jednak nie byl, bo w czasie kiedy ja pilnowalam dzieci, on cwiczyl na silowni) i wszystko wydawalo sie w jak najlepszym porzadku. Do czasu. W jednej chwili Nik skakal do wody, plywal "pieskiem" i skarzyl sie, ze Bi machnela noga i go kopnela, a w kolejnej wyszedl z wody dzwoniac zebami i proszac zeby jechac do domu bo mu zimno.

Tu jeszcze radosne szalenstwa

Zaalarmowalo mnie to ale tylko lekko. Woda jest w tym basenie przystosowana do intensywnych cwiczen, czyli dla takiego zmarzlucha jak ja, zimna. Za zimna. Tyle, ze wczesniej jeszcze sie nie zdarzylo zeby Potworkom zrobilo sie w niej chlodno. Tym razem Nik mial jednak dluzsza przerwe w plywaniu, bo jak pamietacie, wypisalam go z lekcji ze wzgledu na nawracajace zapalenia ucha. Moja pierwsza mysla bylo wiec, ze odzwyczail sie od temperatury wody, ktora tam maja. Kiedy jednak Mlody nawet owiniety recznikiem nie przestawal sie trzasc, zarzadzilam odwrot. I tak szaleli tam dobre 40 minut.

W domu niestety, termometr pokazal u Kokusia 37.3. Bylo juz jednak kilka razy wczesniej, ze Bi i Nik mieli stany podgoraczkowe, ktore utrzymaly sie dzien, dwa, po czym same przechodzily. Ani ja, ani M. szczegolnie sie wiec nie przejelismy. Dopytywalam kilka razy czy na pewno nie boli Kokusia ucho (wiadomo :D), ale kiedy uparcie zaprzeczal, wzruszylam ramionami. Jakis wirus. Przejdzie.
Kolejnego dnia, w poniedzialek, zaczelam miec pierwsze watpliwosci. Nik nie mial wysokiej goraczki, oscylowala w okolicach 38.2 kresek, ale Mlodszy byl wyraznie nieswoj. Nie szalal jak zwykle, pokladal sie, a kiedy goraczka sie podnosila, caly sie trzasl od dreszczy. Mial przy tym podpuchniete oczy, a wieczorem wyrazne wypieki na buzi. Goraczka, choc niezbyt wysoka, tez byla dziwna. Nie dawala sie kompletnie zbic. Dopiero podane w tym samym czasie dwa rozne srodki przeciwgoraczkowe, zbijaly ja do konca. Pojedynczy srodek dawal tyle, ze spadala do stanu podgoraczkowego. Dopiero pozniej doczytalam, ze to dosc charakterystyczne. Kiedy goraczka nieco opadala, Nik lekko odzywal, probowal sie bawic, ale widac bylo, ze to nie jest to samo, pelne energii dziecko. Poza goraczka, skarzyl sie, ze gardlo boli go przy przelykaniu sliny. Zajrzalam - czerwone. Tyle, ze czerwone gardlo to jeszcze zadna wielka wskazowka... Mimo to, chcialam zabrac Nika do lekarza juz w poniedzialek. Powstrzymal mnie M. uparcie twierdzac, ze to jakis wirus i za 2-3 dni przejdzie. Ja mialam watpliwosci. Martwilo mnie, ze nawet kiedy zbijam Nikowi goraczke, ten wyraznie kiepsko sie czuje i najchetniej caly czas by polegiwal. No ale fakt, ze mnostwo razy pedzilam z Potworkami do lekarza zeby uslyszec: "Wirus. Czekac i wrocic jakby goraczka nie spadla za 3 dni lub pojawily sie dodatkowe objawy". Wbrew wlasnemu instynktowi wiec, cala spieta czekalam.
We wtorek rano Nik przyszedl nad ranem do mojego lozka skarzac sie, ze tak strasznie chce mu sie pic, a kubek na stoliku nocnym ma pusty. Przynioslam mu wiecej wody, po czym pomacalam glowe (przez 3 dni robilam to wrecz obsesyjnie, az Nik zaczal sie ode mnie odganiac :P). Rozpalony jak piec. Tym razem temperatura skoczyla az do 39.2. Reszte nocy spedzil ze mna w lozku. A rano... okazalo sie, ze caly pokryty jest drobniutka wysypka, zas policzki oraz uszy ma jednolicie zarozowione. Jedno spojrzenie i wiedzialam juz z czym mamy do czynienia. Widzialam juz taka wysypke, do tego bol gardla i nie potrzebowalam nawet lekarza. Umowilam sie jednak na wizyte bowiem potrzebowalam antybiotyku. ;)
Nik mial szkarlatyne.
Dla nieswiadomych, szkarlatyne wywoluja paciorkowce, pokrewne tych, ktore wywoluja angine. I angina jest czesto pierwsza diagnoza, zanim pojawi sie wysypka. Gdybym zabrala Nika do lekarza w poniedzialek, zapewne to bym wlasnie uslyszala. Jest to zreszta niewazne bo i jedno i drugie leczy sie antybiotykiem. :)
To jest niesamowite - 3 dawki i Nik wyraznie odzyl. Zeszla mu tez opuchlizna z oczu oraz zaczerwienienie buzi. Kolejne dwie dawki i wysypka praktycznie zniknela, a dziecko zaczelo szalec jakby nigdy nic mu nie dolegalo. ;) Szkoda, ze to juz bodajze trzeci antybiotyk Nika od wczesnej zimy, ale jak mus to mus. :/

Niestety, choroba Nika pokrzyzowala mi zupelnie plany. Jak gdzies wyzej wspomnialam, Potworki mialy w zeszlym tygodniu tygodniowe ferie wiosenne. Ja wzielam wolne w pon., wt. i sr., a M. w czw. i pt. Na "moje" dni porobilam (mentalnie) mnostwo planow. Wyszukalam dwa muzea do odwiedzenia, chcialam zabrac dzieciaki do kina, umowilam sie z kolezanka... i na planach sie skonczylo. W poniedzialek i wtorek Nik naprawde zle sie czul i jego aktywnosc ograniczala sie do godziny, po ktorej musial sie polozyc. W srode bylo mu juz wyraznie lepiej, ale nadal nie odzyskal do konca sil. Tak naprawde dopiero w czwartek byl w pelni soba, ale wtedy ja musialam wrocic do pracy. Potworki zostaly z M., ktory zabral ich... do warsztatu, przyciemnic okna w aucie. Nie ma jak ferie z tatusiem... ;)
Nik jak Nik. On akurat faktycznie potrzebowal tego czasu zeby wyzdrowiec i dobrze sie zlozylo, ze akurat mieli wolne w szkole. Strasznie mi jednak zal Bi, ktora byla zdrowa i mogla fajnie z tego czasu skorzystac a utknela w domu z chorym bratem...

Zamiast jezdzic na wycieczki, wyciagnelam wiec zachomikowane przybory do zabaw techniczno - plastycznych. Potworki uwielbiaja tego typu zajecia. Na pierwszy rzut poszly witraze na okna do samodzielnego wykonania. Nika byly nieco prostsze i zrobil je wszystkie w jeden dzien.

Kiedy goraczka spadala Nik nawet sie bawil...

Bi swoj nadal konczy. ;)

W syrence brakuje juz tylko pojedynczych elementow, ale Bi stracila zainteresowanie... :/

Nastepnego dnia, kiedy czekalismy w aptece na wymieszanie antybiotyku, Nik wyczail takie dziwne cos. Ja pierwszy raz to widzialam, Nik oczywiscie ogladal wczesniej na niezawodnym YouTube. ;) Ogolnie zabawa polega na wylozeniu bryly w miske (lub na podworku, bo smieci to-to jak cholera) i za pomoca specjalnego narzedzia rozlupywaniu po trochu gliny, wylaniajac kolejne czesci figurki (pirat - kosciotrup, brrr...) oraz skrzynie ze "skarbem".

Tu widac jak zapuchnieta i czerwona byla buzia Kokusia

Po skonczeniu mozna poskladac figurke do kupy (swoja Nik predko wsadzil na dno skrzyni z zabawkami, twierdzac, ze sie jej... boi :D), a do skrzyni nalac wody w celu rozpuszczenia musujacego proszku zaslaniajacego "skarb". U Nika skarbem okazal sie srebrny sygnet, a Mlody rozczarwany byl, ze nie zloty. ;) Owy sygnet zgubil juz dzien pozniej. :D
W koncu wyciagnelam tez nieco bardziej "tematyczne" materialy i Potworki sklecily z pianki ramke do zdjec z zajaczkiem, wieszadelko w ksztalcie koszyczka oraz domek w ksztalcie jaja.

Nastepny dzien i po Kokusiu juz w ogole nie znac choroby ;)

Wszystko bylo super do czasu, kiedy zaczeli skladac do kupy domki. Okazalo sie, ze te ledwie sie trzymaja bowiem pianka jest elastyczna i wysuwa sie z otworkow. Zlosci bylo co nie miara, ale w koncu domki zostaly skonczone i baaardzo ostroznie zaniesione w docelowe miejsca. Kokusiowy dolaczyl do ozdob na kominku. ;)

Jesli juz mowa o ozdobach, to kupilam tez wiosenny wieniec na frontowe drzwi, a takze nie moglam oprzec sie bratkom w wiszacej donicy. ;)

Moje wience zawsze slabiutko widac przez te szybe :(

Kominek tez zyskal nowa, Wielkanocna odslone ;)


Pomalu zakwitaja nam tez w ogrodzie wiosenne kwiatki. Mam wrazenie, ze jakis strasznie pozno i nie wiem zupelnie dlaczego.

Pierwsze krokusy zawsze ciesza oko :)

Przejezdzalam kolo starego domu i widzialam, ze tam zasadzone przeze mnie hiacynty sa juz w pelnym rozkwicie. A u mnie? Paki maja nadal mocno scisniete przy lodydze. Minie jeszcze dobrych kilka dni zanim zakwitna. Zauwazylam tez z zaskoczeniem (bo nie pamietalam tego z zeszlego roku), ze tutaj nie mam zadnych zonkili! Sa krokusy, widze kielkujace tulipany, a zonkila ani jednego! Jesli znow nie umknie to mojej pamieci, na jesien bede musiala wkopac cebulki.

W sobote wrocil w koncu z Polski moj tata. Pisze "w koncu", ale tak naprawde to te 3 tygodnie smignely mi nie wiem kiedy i wlasciwie to zupelnie nie odczulam jego nieobecnosci. Powrot mial zas tata taki, ze stwierdzil, ze zaczyna wierzyc w pechowego 13-ego. ;)
Zaczelo sie od tego, ze w Gdansku byly przymrozki i samolot opoznili bowiem musial byc odmrozony. Tu jednak wielkiej szkody nie bylo, oprocz lekkiego zniecierpliwienia. Potem bylo jednak coraz gorzej. Samolot z Niemiec do Chicago musieli wymienic, bo pierwszy podstawiony mial jakas usterke. Mialo to zajac okolo godziny, zajelo ponad dwie. W rezultacie uciekl tacie samolot z Chicago do naszego Stanu (lecial jakims szalonym polaczeniem, z dwiema przesiadkami). Nastepnie kolejka do odprawy imigracyjnej byla tak dlugasna, ze uciekl mu kolejny samolot do domu! W koncu zalapal sie na trzeci, ten jednak byl 3 godziny pozniej. W rezultacie zamiast wyladowac o 17 z groszami, wyladowal... o 21:50.
Dla nas oznaczalo to siedzenie cale popoludnie jak na szpilkach, bowiem mielismy odebrac go z lotniska. Pogoda byla piekna, staralismy sie porobic troche porzadkow w ogrodzie, poza tym planowalismy isc do przedswiatecznej spowiedzi, tymczasem ciagle odbieralam coraz to nowe wiadomosci od taty.

Jakby malo bylo kredy do rysowania po asfalcie, kupilam Potworkom specjalne farby do tych samych celow, ktore okazaly sie wielkim hitem dla Bi

Nik okazal sie zas ogromnym pomocnikiem w pracach okolodomowych. To dziecko uwielbia wprost grabic i jezdzic taczka! :D

Najpierw, ze spoznil sie samolot. Nie wiadomo ktory, gdzie, czy przyleci dzis czy juz sie nie zalapie? ;) Na sms'y nie odpowiada, telefonu nie odbiera. I wez tu sie czegos dowiedz. W koncu telefon z wiescia, ze stoi w kolejce do odprawy w Chicago i nie wie, czy zdazy na nastepny samolot do naszego Stanu. Poltorej godziny pozniej znow polaczenie, ze nie, jednak nie zdazyl i czeka na kolejny. W koncu dotarl szczesliwie choc bez bagazu (ten dowiezli dopiero nastepnego wieczora) i tylko Potworki byly rozczarowane, bo nie pojechaly po dziadzia na lotnisko. Niestety, ale godzina prawie 22 to stanowczo dla nich za pozno, tym bardziej, ze czekal nas intensywny kolejny dzien.

Wlasnie. Ale za to niedziela... chcialoby sie zaspiewac. ;) Niedziela byla szalona.
Rano msza, jak zwykle. Nastepnie wpadlismy tylko do domu, Potworki migusiem sie przebraly i popedzilismy na urodziny naszego malego sasiada, a przy okazji kumpla Nika z autobusu. Urodziny odbyly sie w znanej tutaj sieci Chuck E. Cheese. Potwory wybawily sie przednio, bowiem cala sala zabaw to automaty, ktore po grze "wypluwaja" karneciki z punktami.

To byla bardzo fajna paralotnia, unoszaca sie w gore kiedy dzieciaki pedalowaly :)

Te karneciki zbiera sie i na koniec mozna za zebrane punkty wybrac sobie nagrode. Nie dosc wiec, ze dzieciaki napchaly sie pizzy oraz torta, nie dosc, ze dostaly goodie bags, to jeeeszcze polecialy podniecone po nagrode.

Pizza! :D

Tu, nie obylo sie oczywiscie bez Kokusiowego focha, choc sam jest sobie winien. Bi bowiem podeszla do gier ambitnie i skupila sie na zebraniu jak tajwiekszej ilosci karnetow. A Nik? On gral glownie w gry, ktore najbardziej mu sie podobaly, czyli wyscigi samochodow. Sek w tym, ze z jakiegos powodu, akurat te gry nie wydawaly karnetow. Raz za razem przypominalam mu, ze bedzie mial malo karnecikow, zeby sprobowal tez innych gier, ale bez rezultatu. Skonczylo sie tak, ze Bi miala karnetow blisko 200, a Nik... 43. :D I potem byla obraza majestatu, kiedy siostra wybrala sobie porzadna nagrode, a jemu starczylo raptem na zelka w ksztalcie pierscienia. ;)

Po imprezie wrocilismy do domu, ale tylko na 2 godziny. W czasie ktorych... przyjechal moj tata! Nie powiem, cieszylam sie, ze znow go widze, w koncu nie bylo go trzy tygodnie... Tego dnia jednak, jego wizyta zupelnie nie byla mi na reke. Usilowalam ugoscic go i pogadac, jednoczesnie wstawiajac pranie, rozladowujac zmywarke, itd.
Po dwoch godzinach zas... popedzilam na kolejna impreze, dla odmiany z samym Kokusiem! :O Normalnie w zyciu nie zgodzilabym sie na dwie imprezy jednego dnia. Tym razem jednak obaj chlopcy byli na urodzinach Kokusia, a do tego jeden jest naszym sasiadem, a drugi oprocz tego, ze chodzi z Kokusiem do klasy, to jest w druzynie plywackiej z Bi i znam jego rodzicow. Nie byli to wiec jacys przypadkowi koledzy z klasy, ktorych sie wczesniej na oczy nie widzialo. Po prostu wypadalo jechac.

Ulubione automaty Kokusia ;)

A zeby sobie jeszcze dolozyc, druga impreza skonczyla sie o 18, a po niej pojechalam jeszcze z Nikiem do spowiedzi, bo sala zabaw znajdowala sie 15 minut od naszego kosciola, w ktorym wlasnie o tej godzinie zaczynala sie przedswiateczna spowiedz.

Kiedy o 19 w koooncu wrocilam do domu, mialam ochote walnac sie prosto do lozka, a tu jeszcze trzeba bylo wykapac dzieciarnie, przygotowac ubrania i jedzenie na kolejny dzien, itd. ;) Ale czego sie nie robi dla potomstwa. Nik chyba z piecdziesiat razy dziekowal mi, ze pozwolilam mu jechac na obydwa przyjecia. ;) Na drugim byla wiekszosc chlopcow z jego klasy oraz kilku dodatkowych. Mozecie sobie wyobrazic bande chyba dziesieciu 6-7 latkow, latajacych jak wsciekli w te i we wte.

Banda. ;) To z tylu, w czerwonej masce, to Nik

Glowna atrakcja bylo laser tag, wiec w ogole byla to impreza - marzenie dla kazdego malego chlopca. Nik juz teraz, 8 miesiecy wczesniej, prosi mnie, zebym urzadzila mu urodziny w tym samym miejscu. :D

No. Zdazylam akurat skonczyc na czas, zeby zlozyc Wam zyczenia.

Wesolych Swiat!!! 
Smacznego Jajka, Mokrego Dyngusa oraz Pamietnych Chwil w Gronie Rodzinnym!!!

czwartek, 4 kwietnia 2019

Juz kwiecien, ale post w sumie marcowy

Wracam do Was pomalu.

Wlasciwie to sama nie wiem czy mam ochote czy jej nie mam. Czuje sie zrezygnowana i bez energii. Niespelnione marzenia hamuja dzialania i pozbawiaja checi na cokolwiek...
Dosc ciekawe jest, ze sama strate przetrawilam dosc szybko, zostala tylko ogolna niechec do wszystkiego. Niestety, jak to w zyciu czesto bywa, najtrudniejszy jest pierwszy raz. Tamta strata w 2016 przywalila mnie ciezkim glazem i dlugo nie moglam sie po niej podniesc. Teraz poplakalam, posmucilam sie, po czym zacisnelam zeby i skupilam sie (a raczej probuje) na tu i teraz. Podejrzewam, ze pomoglo to, ze przeczuwalam, jak wiecie, ze cos jest nie tak. Poprzednim razem to byl ciezki szok, cos, czego kompletnie sie nie spodziewalam. Tym razem wiedzialam juz, ze tak sie zdarza, a do tego czulam sie... za normalnie. Nie mozna byc w ciazy i czuc sie tak zwyczajnie jak zawsze. Musza byc jakies przeslanki, bo hormony robia swoje. Ja, poza delikatnym pobolewaniem piersi (ktore zreszta pobolewaja nadal!), nie czulam absolutnie nic. Nie dawalo mi to spokoju i jak sie okazuje - slusznie.

Psychicznie nie jest wiec najgorzej, za to fizycznie... tragedia. Ciaza obumarla bardzo wczesnie. Wiek zarodka liczy sie od pierwszego dnia ostatniej miesiaczki, czyli ten przestal sie rozwijac w okolicach daty kolejnego okresu i tak naprawde tylko jakis zlosliwy wybryk natury sprawil, ze nie byla to ciaza biochemiczna. Spodziewalam sie wiec, ze tym razem poronienie powinno przebiec jak moze troche gorszy okres. Niestety, podejrzewam, ze dlatego iz wszystko sie "kisilo" przez kolejne 4 tygodnie, a poziom hormonow jednak byl wysoki (przeciez pozytywny test wyszedl mi, kiedy wedlug wszystkich przeslanek maluch juz nie zyl!), teraz mecze sie juz ponad tydzien. Plamic zaczelam we wtorek, po wizycie u lekarza. Plamilam rowniez w srode. Natomiast w czwartek zaczal sie hardkor. Skurcze, podpaska za podpaska i inne "interesujace" doznania. To samoistne poronienie troche pokrzyzowalo mi plany, bo lekarz przepisal mi te same tabletki co ostatnio i planowalam wziac je w nastepnym tygodniu, kiedy bede w domu z Potworkami (ferie wiosenne). Niestety, moj maluch zdecydowal sie opuscic mnie wczesniej. Postanowilam poczekac wiec do weekendu i wtedy wziac tabletki, zeby przyspieszyc proces. I co? I g*wno, chcialoby sie rzec... W czwartek ledwie bylam w stanie funkcjonowac. W piatek rano wszystko sie troche wyciszylo, zeby po poludniu znow "zaatakowac". Na noc, zgodnie z planem wzielam tabletki. Z zalozenia maja one wywolac silne skurcze. I wywolaly, ale w ukladzie pokarmowym. :/ W duzym skrocie, dostalam bolesci zoladka oraz biegunke. Zamiast zauwazyc wzmozone krwawienie oraz skurcze, cala sobote (po wzieciu kolejnej dawki) przespalam na zmiane z biegiem do toalety. :( W niedziele cale cialo ucichlo i zastanawialam sie czy juz moze po wszystkim, tymczasem w poniedzialek (w pracy!) znow rozpoczela sie akcja! :/ Niestety, tutaj nie ma zwolnien lekarskich, a brania dni z urlopu wolalabym uniknac, bo nie wiem ile to wszystko potrwa... Poprzednio zajelo 5 tygodni, prawie jak polog. :( Tym razem ciaza byla duzo mlodsza, wiec mam cichutka nadzieje, ze pojdzie szybciej, ale kto wie... :/

Pogadalam sobie z moim doktorkiem i uzgodnilismy pare rzeczy na przyszlosc. Nie wiem co prawda czy ta "przyszlosc" w ogole nadejdzie, bo nie jestem pewna czy w ogole uda mi sie zajsc jeszcze w ciaze (tym razem zajelo nam to 3 lata, a ja przeciez caly czas posuwam sie w latach!), ale jesli, przypadkiem, by sie jeszcze udalo, to po pierwsze: mam zglosic sie wczesniej. Pisalam juz, ze tutaj zwyczajowo umawia sie na wizyte dopiero w 7-8 tygodniu. Dla mnie jednak jest to zabojcze, bowiem w miare czekania rosnie nadzieja. Tym razem przeczuwalam przeciez, ze cos jest nie tak. Jednak uplywaly tygodnie, a ja coraz czesciej myslalam, ze moze sobie cos wkrecam, ze moze sama juz nie pamietam jak to bylo w poprzednich ciazach, ze moze... moze zdarzy sie cud. Kolejnym razem wiec, jesli on nastapi, mam umawiajac sie na wizyte powolac sie na swoja historie oraz mojego lekarza i powiedziec, ze chce on zobaczyc mnie wczesniej, okolo 5-6 tygodnia. To da nam wglad na rozwoj zarodka i wczesniejsze wylapanie jesli cos wyda sie podejrzane. Nie bedzie czekania tygodniami, robienia sobie nadziei i potem spadniecia z hukiem na ziemie. :/
Po drugie zas, jesli na tych wczesniejszych kontrolach wszystko bedzie wygladalo przyzwoicie, wlaczymy progesteron. Tutaj moj lekarz nieco sie krzywil, ze przy naturalnych ciazach progesteron nie jest potrzebny, bla bla bla, ale jesli nalegam, to moze go przepisac. To cos, co nie zaszkodzi, a jesli ma przypadkiem pomoc (nawet jako placebo), to czemu nie? Ja za to zastanawiam sie co mozna jeszcze zrobic? Przeciez musi byc jakas przyczyna, ze moje ciaze obumieraja? Moze rzeczywiscie mam pecha i to wina wad chromosomalnych (w koncu mam juz swoje lata), a moze jest jakas inna przyczyna... W koncu to juz druga strata pod rzad, a trzecia, jesli liczymy ciaze biochemiczna z listopada 2015... No i brak ciazy przez dlugie 3 lata... Statystyka nie jest dla mnie pomyslna...

W kazdym razie taki jest plan i daje mi on nieco komfortu psychicznego. Czuje po prostu, ze mam choc odrobinke kontroli nad obecna sytuacja. Ze moge zrobic cos wiecej ponad ograniczeniem kofeiny, wlaczeniem kwasu foliowego oraz... czekaniem. Nienawidze czekania.


*

Wracamy do rzeczywistosci.

Tak jak pisalam, zycie plynie nieublaganie dalej, chociaz dla mnie chwilowo stracilo blask. Nie mam ochoty na wielkanocne przygotowania. Nie mam ochoty wozic Bi na basen (ostatnie kilka razy zawiozl ja M.). Nie mam ochoty na poranne czekanie na autobus i szczebiotanie z sasiadkami. W ogole nie mam ochoty widywac ludzi. Szkoda, ze nie moge zamknac sie w domu...
Tak sie jednak nie da... Trzeba nalozyc usmiechnieta (niezbyt szczerze) maske i brnac dalej.

Ponizej wrzucam Wam maly skrot tego, co dzialo sie w ciagu ostatnich dwoch tygodni. Bez chronologii, ladu i skladu.


Amerykanie to patrioci. Ten ich patriotyzm objawia sie czasem infantylnie oraz nieco... glupkowato. Ostatnio np., na parkingu pod supermarketem wyczailam takie auto:


Jakby malo bylo, to niedawno stojac na swiatlach, spojrzalam odruchowo na tablice rejestracyjna auta przede mna, a tam: IM FAT. To sie nazywa samoakceptacja. ;)

Wiosna u nas pojawia sie w tym roku bardzo opornie, pomimo, ze marzec mielismy praktycznie bezsniezny i z przyzwoitymi (jak na marzec) temperaturami. W moim ogrodzie trawa nadal nie ma zamiaru rosnac, a pierwsze, wiosenne kwiaty dopiero niesmialo kielkuja. Za to udalo nam sie zobaczyc dywan krokusow w dziadkowym ogrodzie. Prawie jak mini dolina Chocholowska. ;)

Niestety, moj tato ma jakas drobniutka odmiane krokusow i kwiatuszki sa slabo widoczne...

Jak pisalam kilka postow wczesniej, moj tata polecial do polski. Pisalam tez wtedy o zachowaniach mojej mamuski. Coz, "kochana" malzonka nie tylko, ze nie przyleciala przywitac sie z rok niewidzianym mezem (z lotniska odbierala tate moja siorka z rodzina), ale tez oznajmila, ze nie widzi potrzeby zeby przyjezdzal do "niej", czyli do wlasnego mieszkania, wczesniej niz we wtorek (przylecial w poniedzialek) i najlepiej zeby przywiozl ze soba moje siostrzenice.
Taaa... Nie ma jak malzenska milosc po 40 latach...

Dostaje ostatnio szalu z kurierami, jesli mozna tak nazwac ludzi pracujacych w znanych na calym swiecie firmach - UPS i FedEx.
I pod poprzednim adresem i obecnie, zdarza sie, ze paczki nie sa dostarczane bo "Business closed" jak glosi wiadomosc pod linkiem do numeru za ktorego pomoca mozna "sledzic" zamowienie. Taaa... Bo moj dom to jest najwyrazniej budynek firmy... :/ Oznacza to, ze piep**ony kurier jest zwyczajnie leniwy i wbija pierwszy lepszy komunikat, zeby zawiadomic, ze paczka nie przyjdzie tego dnia. Ostatnio za to dostalam jeszcze "ciekawsza" wiadomosc! Brzmial on "Needs access code to the building". Taaa... Moze jeszcze klucze do domu mam im wreczyc?! Ciekawe, ze zazwyczaj nie ma problemu zeby podrzucic pakunek na frontowe schodki lub pod garaz...
Kiedys w koncu strace cierpliwosc i zadzwonie zeby spuscic solidna zjebke!
A! Jeszcze innym razem paczke dostarczono, a w komunikacie zaznaczone zostalo, ze zostawiona byla "in secure location". Paczke kurier polozyl na samym srodku chodniczka prowadzacego od garazu do frontowego wejscia. Bardzo bezpieczne miejsce, w rzeczy samej!!! :D

Pisalam ostatnio, ze nie nadazam z kupowaniem Kokusiowi nowych portek? No nie nadazam. Probuje zaszywac dziury na kolanach, ale zazwyczaj po jednym razie dziura jest od nowa rozerwana w tym samym miejscu. :/ Wpadlam ostatnio na pomysl, ze no kurde, majatek trace na ciagle zamowienia nowych spodni, sprobuje wiec moze naszywac laty? Zamowilam garsc takich ladnych, dzieciecych, po czym... musialy one nabrac mocy urzedowej, bowiem straaasznie nie chcialo mi sie szyc. ;) Chyba ze 3 tygodnie tak lezaly i patrzyly na mnie z wyrzutem, az w koncu stwierdzilam, ze dobra, poswiece jeden wieczor na jedna latke i moze jakos przezyje. Dopiero kiedy wyjelam latki z opakowania, wydaly mi sie jakies podejrzane. Jakas gume mialy od spodu... Przyjrzalam sie dokladniej napisowi na opakowaniu i... BINGO! Latki okazaly sie naprasowankami! :D Potem przezylam chwile niepewnosci, bowiem zelazka nie wlaczalam od kilku lat i nie bylam pewna czy zadziala... Wyciagnelam je z szafy pokryte gruba warstwa kurzu, ale przetarlam i dziala jak zloto. ;)


Niestety, piekne, kolorowe naprasowanki, Nik juz pierwszego dnia zdolal z kolan zedrzec, wydzierajac przy okazji dwa razy wieksza dziure. :/
Czyli czeka mnie jednak szycie...

Skoro juz o Kokusiu mowa, to dostal ostatnio w szkole "Rocky's Award". Rocky to maskotka szkoly - orzel, a dyplom jest przyznawany co miesiac 1-2 dzieci z kazdej klasy, ktore konsekwentnie zachowuja sie odpowiedzialnie, bezpiecznie i z szacunkiem dla innych.

Kokus jest namlodszy w klasie, ale jak widac, wcale nie najnizszy ;)

Jestem z Mlodszego baaardzo dumna, bo wiem, ze dyplom kosztowal go sporo pracy nad soba, a konkretnie nad ZAPRZESTANIEM - CIAGLEGO - GADANIA. :D

Czekamy z M. na rozpoczecie sie ostatniego sezonu "Gry o Tron". Z tej okazji, na Fejsie wyczailam taki trunek:


Aaaaa! Ja tez chce!!! Alkohol bym wylala (whisky, a fuj!), ale butle zachowala sobie na pamiatke! ;)

Az trudno uwierzyc, ale w nastepnym miesiacu mina 2 lata odkad jestem w nowej pracy. Tak, obecne miejsce pracy nadal jest dla mnie "nowe". Ciagle nie czuje sie tu 100% swobodnie (i ludzie w wiekszosci tego nie ulatwiaja, kazdy zajmuje sie wylacznie praca i nie ma prawie interakcji miedzy pracownikami) i mam wrazenie, ze gdybym miala odejsc, za nikim i niczym bym nie zatesknila.
Firma za to osiagnela juz niemal decydujacy etap. W kwietniu wysylamy dokumenty do rzadowej agencji (Food and Drug Administration), zeby dostac pozwolenie na rozpoczecie badan klinicznych (czyli juz nie na myszkach, a czlowiekach ;P). To przelomowy moment, a nas jest garsteczka. Szef chyba bardzo boi sie, ze ktos odejdzie (jedna dziewczyna, pechowo najfajniejsza i jedyna komunikatywna, odeszla na poczatku marca) i jak rok temu podwyzek nie bylo, tak w tym roku zalapalam sie na 10%, juhu! Nie tylko wiecej kasy mile widziane, ale jeszcze przyzwyczailam sie, ze w poprzedniej pracy podwyzka to bylo nedzne 2.5% lub 3%. Jak bylo 4% to wszyscy sie cieszyli, a 10% dostawalo sie tylko przy awansie. Ale za to podwyzki byly bankowo co roku, wiec sama nie wiem co lepsze. ;)
Podwyzka to jednak jedno. W poprzedni poniedzialek spotkala mnie jeszcze wieksza niespodzianka. Moj malzonek obsesyjnie sprawdza stan naszych kont. Wchodzi spojrzec czy nie ma podejrzanych transakcji, czy gdzies przez pomylke nie sciagnieto za duzo kasy i czy nasze pensje wplynely na czas. Czasem przewracam oczami na jego "hobby", ale prawda jest, ze sama nie wiedzialabym nawet ile mam kasy i zorientowalabym sie, ze konto jest puste dopiero, kiedy przy probie platnosci odrzuciloby mi karte. :D
Wracajac do poprzedniego poniedzialku. Rano otrzymalam od M. dosc nerwowego smsa, ze na konto zamiast mojej normalnej pensji, wplynelo ponad 3x tyle! :O Ja o niczym nie wiem, wiec natychmiast kolowrotek mysli, ze albo szef sie pomylil w przelewach, albo moze chce mnie tego dnia zwolnic i przelal wyprawke (tak, ja zawsze mam najczarniejsze mysli)? ;) Pytanie teraz co z tym fantem zrobic? Isc do szefa i spytac, czy udawac, ze nic sie nie wie, na wypadek gdyby to jednak byla pomylka? ;) Zartuje oczywiscie. Nawet jesli szkoda mi oddac taka soczysta kasiore, to uczciwosc jest zawsze na pierwszym miejscu. Poszlam wiec do szefa jak tylko pojawil sie w pracy powiedziec, ze chyba sie pomylil, a on na to, ze nie, ze to BONUS! Taki, kuzwa, na 300%!!! Myslalam, ze sie przewroce! Znowu, w poprzedniej pracy nauczylam sie, ze bonusiki roczne to takie ledwie ledwie, w dodatku odprowadzali od nich podatki i zostawalo moze wystarczajaco na skromne wakacje dla jednej osoby. :D

W poniedzialek atmosfera w domu byla wiec bardzo wesola. Ja, urodzona pesymistka, bojaca sie bycia zbyt szczesliwa, pomyslalam wieczorem, ze natura kocha rownowage i skoro tego dnia otrzymalam pomyslne wiesci, to kolejnego, u lekarza, beda one przykre. Jak wiecie mialam racje. I wcale mnie juz ten bonus nie cieszy... :(

Na szczescie Potworki to bardzo naturalni pocieszacze. Nie tylko sporo sie z nimi w domu dzieje, ale jeszcze potrafia autentycznie rozsmieszyc. Na przyklad, przedwczoraj, klikalam bezmyslnie w telefonie i w zdjeciach znalazlam takie niespodzianki:

Kokus pozowac nie umie za grosz ;)

Za to Bi jest urodzona modelka :)

Okazalo sie, ze dzieciaki rano podkradly moj telefon kiedy poszlam sie myc i popstrykaly sobie portrety. ;)

Trzymajcie sie, do przeczytania! :*

wtorek, 26 marca 2019

Cudu nie bedzie

Udalo mi sie wcisnac na wizyte jeszcze dzis.

Zarodek zatrzymal sie w rozwoju okolo 4 tygodnia. Bardzo wczesnie. W pecherzyku widac bylo tylko szarawy cien.

Chwilowo zawalil mi sie swiat.

Nie martwcie sie jednak. Podniose sie i z tego. Podnioslam sie poprzednim razem, podniose i tym. Tylko chwilowo nie moge przestac plakac...

Nerwy mnie zjedza!

Wyobrazcie sobie, ze akurat dzis, akurat TEGO ranka, u mojego lekarza siadl prad!!! Dostalam automatyczna wiadomosc, ze niestety wizyte musza odwolac i zeby zadzwonic i przelozyc! Tylko, ze poniewaz nie maja pradu, telefony tez nie dzialaja!

Okurwamacjaciepierdole!!!

Aktualnie siedze w pracy i co 15 minut probuje, czy moze juz naprawili cokolwiek im siadlo i ktos odbierze... Ale kolejny termin pewnie i tak beda mieli dopiero za kilka dni...

Ktos "na gorze" chce mnie wykonczyc nerwowo... :(


poniedziałek, 25 marca 2019

Doczekalam sie...

To juz jutro...

Jakos, kiedy jestem juz tak blisko, czuje sie dziwnie spokojna. Nie znaczy to, ze ufam, ze wszystko jest dobrze. Po prostu czuje sie taka... zrezygnowana. Pogodzona z losem. Bedzie co ma byc.

To chyba po prostu ulga, ze to dlugie czekanie dobieglo konca.

Odezwe sie po wizycie...

piątek, 22 marca 2019

Mialo byc o "zawiasie", a wyszlo w sumie o wywiadowkach i mojej matce ;)

Zyje w zawieszeniu. Jestem cialem, myslami zupelnie gdzie indziej. Na nic nie mam ochoty i najchetniej przespalabym kolejne dni az do wtorku... :(

Niestety, zycie plynie sobie normalnym torem i usilnie wciaga mnie w swoj wir, choc opieram sie jak moge. Odstawiam wiec Potworki na autobus co rano, a potem jade do pracy. W sobote zawiozlam ich do Polskiej Szkoly, a w czasie lekcji zrobilam zakupy na caly tydzien. W poniedzialek i srode zabralam Bi na treningi. Slowem, dni jak zwykle...

Mala odskocznia od rutyny byly wywiadowki w szkole Potworkow. Normalnie jestem bardzo podekscytowana mozliwoscia zajrzenia w szkolny swiat dzieci, tym razem jednak, jak mozecie sie domyslac, zupelnie nie mialam na nie ochoty. Gdyby wypadalo, odwolalabym je.

Nie wypadalo jednak, wiec po pierwsze musialam zwolnic sie z pracy bo z okazji wywiadowek, Potworki w poniedzialek i wtorek konczyly o 2 godziny wczesniej, a po drugie, trzeba bylo zapakowac dzieciaki do auta i popedzic na rozmowy z nauczycielkami. Marcowe wywiadowki to bowiem twor zwany "child-led conferences", czyli w wolnym tlumaczeniu "wywiadowki prowadzone przez dzieci".

Tak przy okazji to mam bardzo mieszane uczucia co do wywiadowek w naszym miasteczku czy tez w Hameryce ogolnie, bo sadze, ze system dziala wszedzie podobnie. Pierwsze wywiadowki odbywaja sie bowiem juz w listopadzie i sa to spotkania miedzy rodzicem a nauczycielem, gdzie mozna dowiedziec sie z czym dziecko ma problem, a z czym dobrze sobie radzi. Brzmi to swietnie, ale przepraszam, w tym momencie moje potomstwo chodzi do szkoly dopiero 2 miesiace z hakiem. A pamietajmy, ze tutaj nauczyciel co roku sie zmienia! Ile wiec taka wychowawczyni moze wiedziec o moim dziecku? Przeciez ma ich w klasie blisko 20, niektore z wiekszymi problemami rozwojowo - behawioralnymi (hamerykanckie szkoly sa czesciowo integracyjne). Tak naprawde, po dwoch miesiacach, ona dopiero zaczyna moje dziecko lepiej poznawac. Wedlug mnie, pierwsza wywiadowka powinna odbyc sie dopiero gdzies w styczniu. No, ale taki maja tutaj system i trzeba to zaakceptowac.

Nastepnie nadchodza wywiadowki marcowe i... kolejne rozczarowanie! Tutaj bowiem nauczyciel juz rzeczywiscie dziecko zna, ze wszystkimi mocnymi stronami oraz slabosciami. Moglby rodzica nakierowac na to, nad czym jeszcze mozna popracowac czy pocwiczyc. A tu guzik, bo w marcu wywiadowki prowadza dzieci! W zalozeniu powinno wyjsc na to samo, ale nie zawsze. ;) Dzieciaki maja przygotowane foldery w ktorych pisza z jakich osiagniec sa bardzo dumne, a co musza jeszcze poprawic. I tu wlasnie rozjezdza sie nieco zalozenie z praktyka.
Nik utrafil w sedno. Napisal, ze jest dumny, ze pisze dluzsze wypowiedzi i to prawda. Juz nie tworzy 3-zdaniowych wypracowan. Teraz zajmuja one przynajmniej jedna kartke, nawet jesli linie na niej sa nieprzyzwoicie daleko od siebie, wiec tekst tak czy owak nie powala dlugoscia. :D Jesli chodzi o prace nad soba, Kokus szczerze napisal, ze musi przechodzic od zadania do zadania bez gadania i wyglupow z kolegami. Lepiej sama bym tego nie ujela! ;)
Natomiast Bi... Ech... ;) Starsza zrobila w tym roku niesamowity postep w czytaniu. Naprawde przeogromny! Gdzie w poprzednich dwoch latach dostawala kartke z zaproszeniem na wakacyjne korepetycje, tak w tym roku plasuje sie rowno na poziomie wymaganym w drugim semestrze (tutaj sa ich trzy i Nik dla porownania, jest juz na poziomie semestru ostatniego ;P). Z czego zas najbardziej jest dumne moje dziecko? Ze pisze dlugie opowiadania! :D Trzeba jej oddac sprawiedliwosc, ze zawsze potrafi o byle bzdurze rozpisac sie na 3 strony. To chyba po mamusi... Skoro jednak o tym mowa, to widze, ze postep w czytaniu jakos nie wplynal znacznie na poziom pisania Bi, a zawsze myslalam, ze to idzie w parze... Oczywiscie postep jest, nie powiem. Jeszcze w zeszlym roku Bi pisala tak, ze czlowiek bardziej domyslal sie o czym napisala niz zdolal to przeczytac. To byly wyrazy skladajace sie niemal z samych spolglosek i to w dodatku spolglosek zlych. Az czasem zastanawialam sie czy ona nie ma czegos ze sluchem, bo jak mozna tak kompletnie przekrecic wyraz?! W tym roku w koncu Bi pisze tak, ze z grubsza mozna faktycznie przeczytac o czym napisala, zamiast sie tego domyslic. Nie mniej jednak fonetyka lezy i kwiczy. Serio! Nik pisze o niebo lepiej, a jest o 1.5 roku mlodszy! Gdyby jeszcze zechcial rozwinac wypowiedzi, bilby siostre na glowe! ;) No, ale do brzegu. Wiecie co Bi napisala na temat tego, nad czym musi popracowac? Ze "musi pisac schludniej!". Obydwie z nauczycielka spojrzalysmy na nia z lekka konsternacja. Wychowawczyni probowala ja nieco nakierowac czy miala na mysli, ze bedzie pisac poprawniej? Bi cos tam potakiwala, ale widac bylo, ze raczej nie o to jej chodzilo. :D Wiecie, Bi nie znosi krytyki, nie cierpi byc w czyms gorsza, wiec podejrzewam, ze wyparla kompletnie to, ze pisanie (mam na mysli slynne spelling) ma koszmarne. ;)

Wiecej wywiadowek tutaj nie ma. :) Pod koniec roku sa tylko prezentacje dla rodzicow, ale sa one na jakis okreslony temat, np. wybranych przez uczniow zwierzat. Nie podsumowuja osiagniec uczniow. Ostatni dzien roku szkolnego to zas dzien jak codzien, a "swiadectwa", czyli po prostu raporty, przysylane sa mailem. :)

Co jeszcze z ciekawszych wydarzen? Zapalenie zatok wraca jak bumerang. A juz ucieszylam sie, ze obedzie sie bez antybiotyku. Na poczatku bowiem, kuracja woda z sola przepisana przez doktorka zadzialala bezblednie. Az bylam w szoku! Po rowno dwoch dniach policzek przestal mnie bolec, a po kilku nastepnych pozbylam sie "nosowego" glosu oraz przestalam smarkac co 15 minut. Cieszylam sie wzglednym zdrowiem calutkie dwa dni i co? W nocy z poniedzialku na wtorek zbudzilam sie z kompletnie zatkanym nosem. Ani nie moglam oddychac, ani nic wydmuchac. Do tego bol glowy i ogolnie kiepskie samopoczucie. W srode bylo nieco lepiej, natomiast w czwartek wstalam znow z uczuciem, tym razem (jeszcze) nie bolu, ale cisnienia przy nasadzie nosa i w policzku. A najgorzej, ze kiedy probuje wydmuchac nos, praktycznie nic nie leci. Ech... :/ Tak wiec chyba po pracy trzeba sie bedzie przejechac do apteki po antybiotyk. :/

Troche tez mi smutno, bo w niedziele zawozimy mojego tate na lotnisko. Leci na 3 tygodnie do Polski. Bedzie mi brakowac niedzielnej kawki z "dziadziem" (zawsze wpada do nas poznym rankiem i siedzimy sobie przy kawie i jakims placku ;P). Dobrze, ze chociaz wroci wsam raz na Wielkanoc. :)
Przy okazji zartujemy z tata jak on wytrzyma pod jednym dachem z moja mamuska, bo pogoda dlugoterminowa dla Trojmiasta jest mocno srednia i nie uda mu sie chyba uciec na dluzej na dzialke rodzicow nad morzem. Swoja droga to cos jest nie tak jesli czlowiek leci raz do roku do "domu" i czesci rodziny i mysli jak tu w tym czasie uciec od jednego z jej czlonkow, a konkretnie od zony. ;) Niestety, z mojej matki robi sie coraz gorsza dziwaczka i strach co to bedzie dalej, bo kobieta ma dopiero lekko ponad 60 lat. Czasem czytajac jej smsy lub opowiesci taty, ktory czesciej rozmawia z nia przez telefon, zastanawiam sie jak moja siostra nie boi sie zostawiac z nia dzieci. Jak dla mnie to ta kobieta ma rozdwojenie jazni, ale moze takie mam wrazenie, bo patrze na to z daleka, z dystansem i ze wspomnieniami jej toksycznego wychowania?

To nie sa wesole tematy, czasem jednak mozna sie z dziwactw mojej matki niezle posmiac. ;) Na przyklad, ostatnio dowiedzialam sie, ze moja mamuska przestala uzywac samochodu i z duma opowiada, ze wszedzie jezdzi trolejbusami, na ryneczek biega piechota, itd. Do mojej siostry, gdzie jest to cala wyprawa: najpierw SKM'ka, a potem autobusem, rowniez nie bierze auta. Ona, ktora cale zycie wozila doope i ktora ogarniala rozpacz kiedy czasem zima musiala uzyc komunikacji miejskiej bo drogi byly niebezpieczne! No ale coz... Jej wola, niech biega piechota i podjezdza autobusami. Myslalam, ze chce nabrac kondycji, moze zrzucic pare kilo? Tymczasem... Pod blokiem rodzicow jest wojna o miejsca parkingowe, a konkretnie to jest wiecej aut niz miejsc. Matka dorwala jakies, gdzie obok niej moze zaparkowac tylko jedno auto i oznajmila, ze go nie ruszy, bo ktos jej to miejsce zajmie, ona bedzie musiala zaparkowac gdzie indziej i na pewno jej to auto obrysuja, na pewno!
Jak dla mnie to niech ona lepiej ten samochod sprzeda jak ma tak stac pod blokiem...

Moja matka uzywa wylacznie tuszu do rzes oraz plynu do demakijazu firmy l'oreal. Co lepsze, upiera sie, ze te w Polsce sa podrabiane, ze to nie to samo i ja uczulaja. Przy kazdej okazji, czy to paczka, ktora wysylam do siostry na Boze Narodzenie, czy coroczna wizyta mojego taty, domaga sie, zeby jej przyslac/ przywiezc dostawe. Tak, domaga, bo krolowa nie prosi, ona zada! Kiedys kupowalam plyn do demakijazu na ostatnia chwile i akurat w sklepie go nie mieli. Kupilam zamiennik z identycznym skladem. Co uslyszalam? Ze jestem wstretna corka, bo ona wyraznie prosila o l'oreal a ja jej przysylam nedzna podrobe! Upierala sie tez, ze ta "podroba" ja uczula! Przypominam, ze sklad miala identyczny, wiec to niemozliwe. Podejrzewam, ze ona te plyny oraz tusze uzywa zeby szpanowac przed kolezankami z pracy, chociaz co to za wielki szpan... :/

Jeszcze jedna sytuacja, ponownie dotyczaca auta. Wiecie, moja matka od zawsze jezdzi na rezerwie. Skapi zeby wydac wiecej pieniedzy i zatankowac pelen bak, wiec dotankowuje do 1/4. Mnostwo razy nie zdazyla na czas dojechac na stacje, auto jej zdechlo i musiala prosic o pomoc (takie zdarzenia pamietam jeszcze z dziecinstwa, wiec trwa to juz od prawie 30 lat). Niczego sie nie nauczyla. Tym, ktore maja auta nie musze pisac, ze taka jazda "na oparach" jest dla silnika zabojcza, bo wciaga on caly syf z dna baku? Tata mowi, ze w poprzednim aucie wymienial matce filtry, pompy paliwowe, itd. Na nic. Kobieta auto po prostu zajezdzila. Teraz ma nowsze i robi dokladnie to samo (no, obecnie nie robi, bo auta nie rusza - moze to i dobrze ;P). Dodatkowo, z mojej matki robi sie "zbieraczka". Masowo nawiedza lumpeksy i kupuje stosy ciuchow, ktorych nie ma nawet gdzie zalozyc, szczegolnie teraz, na emeryturze! Wszystkie szafy w domu pekaja w szwach a drzwiczki sie nie domykaja, bo pelne sa odziezy. Wszelkie krzesla i kanapy pokryte sa... ubraniami. Ja w Polsce nie bylam od 6 lat, ale tata opowiada, ze nawet bagaznik samochodu matka ma pelen, nie zgadniecie! - ciuchow! :D Podobno tak upchany, ze palca tam nie wcisniesz! I tu wracamy do puenty opowiesci. Moj tata po raz 25456987 probowal przekonac matke, ze skoro nie chce za kazdym razem tankowac do pelna "bo to za duzo kosztuje", to niech zatankuje raz, a potem jak poziom benzyny spadnie o 1/4 niech tylko dotankowuje. Odpowiedz mojej matki? "Nie, bo wtedy auto bedzie za ciezkie i bedzie za duzo palic!". Ale bagaznik pelen ubran to nie wazy przeciez NIC!!! Po prostu padlam ze smiechu na dywan kiedy uslyszalam od taty te anegdotke! :D

*

Skoro juz sie smiejemy, to wrzuce jeszcze kilka Potworkowych tekstow, ktore siedza w roboczych juz od nie pamietam kiedy.

Nik uklada Lego, ale upiera sie, ze mam przy nim siedziec. Kiedy burcze znudzona, ze przeciez mnie nie potrzebuje, Nik znajduje powod:

"Mom, you will be my expector. You will expect my work."

Kokus mial na mysli "inspector oraz inspect". Jak widac, nawet mowiac po angielsku rewelacyjnie, czasem mozna cos przekrecic. ;)


***

Podczas ostatniej sniezycy:

Nik: "We live in Snowington!

Nie, to nie jest nazwa naszego miasteczka, chociaz ta rowniez konczy sie na -ington :D


***

Bi mowi do nas glownie po polsku, chociaz czasem sie rozpedzi i wychodzi jej np. taki twor:

"Can I have some wode?"


***

Zanim napisze ostatni tekst musze wyjasnic dla tych, ktorzy nie wiedza (choc mysle, ze wiekszosc wie lub gdzies tam slyszala), ze Jezus Chrystus to po angielsku Jesus Christ.
W naszym kosciele dzieci dostaja gazetki do wypelnienia, w ktorych wyjasnione jest przystepniej o czym jest czytanie danego dnia. Potworki zawsze gazetki biora, skrupulatnie rozwiazuja rebusy, krzyzowki, itd., po czym zostawiaja je w aucie po powrocie do domu. Ostatnio mialam przyjemnosc wiezc z basenu kolezanke Bi, ktora zainteresowala sie stosikiem owych gazetek na tylnym siedzeniu. Miedzy dziewczynami nawiazala sie dosc ciekawa rozmowa, oczywiscie po angielsku, ale przetlumacze Wam jej koncowke na polski. Dla lepszego zrozumienia - kolezanka jest Hinduska. ;)

A: "My nie chodzimy do kosciola, tylko do swiatyni. Tam nie ma takich gazetek, tylko trzeba sie modlic. Nie lubie swiatyni. Tam sa nudy."
Bi: "Ja tez nie lubie chodzic do kosciola..."
A: "A ilu znasz bogow? Bo w naszej swiatyni jest ich tyle, ze niektorych w ogole nie pamietam!"
Bi (tu juz dam po angielsku bo lepiej odda to komizm sytuacyjny): "I know only two Gods: Jesus and Jesus Price."

Poplakalam sie ze smiechu na to Jesus Price! Powinno byc oczywiscie Christ, ale Bi jest mistrzynia przekrecania wyrazow, a poza tym skojarzylo mi sie z Normanem Price ze Strazaka Sama! :D

*

Teraz juz na powaznie. W strefie wiadomo-jakiej, bez zmian. Cyckowe wrozby sa raz bardziej raz mniej pomyslne. Zadne inne objawy sie nie pojawily i raczej juz nie pojawia. Zaczelam miec jakies koszmary, gdzie snia mi sie podpaski pelne krwi. Nerwy. Byle do wtorku.... :(

czwartek, 14 marca 2019

Marcowe oczekiwanie

Dziekuje Wam dziewczyny za tak liczny odzew pod poprzednim postem! Wiedzialam, ze zawsze mozna na Was liczyc kiedy czlowiek potrzebuje poglaskania po glowce. ;)
Tak przy okazji, to wcale nie mialam zamiaru dawkowac napiecia. :D Wiadomosc wrzucilam na sam koniec, poniewaz wiedzialam, ze gdyby zdjecie testu znalazlo sie pierwsze na wokandzie, zaraz zlecialaby sie rzesza ciekawskich. A tak, wiadomosc jest tylko dla wiernych czytelniczek, ktore wchodza nawet pomimo nie zwaiastujacego sensacji tytulu i ktore przebrna przez tasiemca. ;)

Co u nas?
Ja obecnie cala jestem czekaniem. Do wizyty zostalo jeszcze 1.5 tygodnia, tymczasem nie moge sie na niczym skupic. Nic mnie nie bawi, malo co cieszy. Caly czas wsluchuje sie w swoj organizm, a ten, jak na zlosc, nie wysyla mi zbyt pomyslnych sygnalow. Wrozba z cycek (Brytusia, po prostu padlam ze smiechu na te okreslenie! :D) nadal bez zmian. Lewa pobolewa, ale mam wrazenie, ze z kazdym dniem coraz mniej. Prawa zaboli jak nacisne tu i owdzie, ale szczerze, to chyba kazda piers, nawet nie-ciazowa, zaboli jak sie ja dobrze pomietosi. :/
Nie odrzuca mnie od kawy, nie mam nudnosci. Wrecz przeciwnie, jestem wsciekle glodna (moze to tez jakis objaw?). Szczegolnie rano musze co dwie godziny cos przekasic, bo tak mi w brzuchu bulgota i ssie, ze szok. Po poludniu jednak uczucie wilczego glodu z grubsza zanika.
Nie jestem tez senna, a pamietam, ze w ciazy z Bi usypialam jak tylko usiadlam przy biurku w pracy, a po powrocie do domu musialam zaliczyc obowiazkowa drzemke, zeby jakos funkcjonowac do konca dnia. Z Nikiem na samym poczatku tez po pracy ucinalam komara, chociaz wtedy bralam to za niedospanie spowodowane nocnym wstawaniem do Bi. Teraz wieczorami mam tyle samo energii co zawsze (czyli, nie oszukujmy sie, niewiele), tyle ze z trudem dociagam do 23, gdzie wczesniej potrafilam buszowac do polnocy. To jednak zwalam na zmiane czasu. Tak, my niestety juz zmienilismy czas na wiosenny i chodze niedospana i zla. Co za idiota to wymyslil!!! Potworki tez wstaja wkurzone i burczace (i nie moge sie ich dowolac z dolu, gdzie jeszcze w zeszlym tygodniu wstawali przede mna), bo mimo, ze teoretycznie klada sie o godzine wczesniej, to organizm twardo trzyma sie dawnej pory pobudki i sie buntuje...

Tak to sie kreci... Jeszcze przez 1.5 tygodnia bede zyla w takim zawieszeniu. Najchetniej zakopalabym sie pod koldre i je przespala... Niestety, jak na zlosc, w pracy nadal kociol, choc moze to i dobrze, bo inaczej pewnie godzinami przegladalabym na google hasla "brak objawow w ciazy" i fiksowala coraz bardziej.
Zeby jeszcze lepiej oddac moj stan umyslu dodam, ze nie pstryknelam w tym tygodniu ani jednego zdjecia. Nie mialam tez co prawda ku temu okazji, bo stracilam checi zeby robic cokolwiek ciekawego czy gdzies wyjsc... W niedziele lodowisko, na ktore chodzilam tej zimy z Potworkami bylo otwarte ostatni dzien. Nastawiona bylam zeby koniecznie zabrac ich ostatni raz w tym roku, ale niestety. Rano obudzilam sie z zatokowym bolem promienujacym od nasady nosa, przez kosc lewego policzka, az po ucho... :/ Niestety, to niekonczace sie przeziebienie, przeszlo w zapalenie zatok. Czy nie uroczo? :( Lodowisko sobie wiec odpuscilam. Moze gdybym nie byla w tej ciazy (nie-ciazy?), machnelabym na zatoki i pojechala, ale tak to wole dmuchac na zimne. :/

No wlasnie. Poniewaz bol zatokowy po trzech dniach nie mial zamiaru mijac, pojechalam do tzw. "walk-in clinic". Tu w Stanach nie ma bowiem przychodni, do ktorej mozna zadzwonic i sprobowac dostac sie do lekarza pierwszego kontaktu. Trzeba miec swojego lekarza z prywatnym gabinetem, do takiego zas, czesto-gesto dzwoni sie, ze jest sie chorym, a sekretarka na to, ze... miejsce maja za 3 dni! :O Jedynym wyjsciem sa wiec takie walk-in clinic, do ktorych nie trzeba sie umawiac. Mozna po prostu wejsc i zobaczyc czy dyzurujacy lekarz bedzie potrafil pomoc. Przyznaje, ze choc z dziecmi pojawiam sie u pediatry regularnie, to sama ze soba w walk-in clinic bylam wczesniej tylko 2 razy, obydwa z takim bolem gardla, ze nie bylam w stanie przelykac. W pierwszym przypadku mialam angine, w drugim... okazalo sie, ze jestem panikara, mialam jakiegos wirusa i bol rzeczywiscie sam przeszedl po kilku dniach. :D
Tym razem odbylam wiec trzecia wizyte w takiej ogolnodostepnej przychodni i mam mieszane uczucia. Doktorek - Hindus, bardzo sympatyczny, nie powiem. Oczywiscie na podstawie objawow szybko potwierdzil zapalenie zatok. Schody zaczely sie, kiedy powiedzialam mu, ze najprawdopodobniej jestem w ciazy, wiec cokolwiek przepisze musi byc bezpieczne w pierszym trymestrze. No i bach! Doktorek oswiadczyl, ze nie przepisze mi NIC! :O Poniewaz nie mam goraczki on uwaza ze to infekcja wirusowa (skad wie, skoro wymazu nie robil?!), wiec antybiotyk i tak by nie pomogl. Kazal psikac w nos sola morska i... uwaga! Plukac gardlo woda z sola! Spytalam jak to ostatnie ma wplynac na zatoki, wiec tlumaczyl, ze tam wszystko jest ze soba polaczone. Poniekad to wiem, ale nawet przechylajac glowe do tylu grawitacja raczej przeciez nie sprawi ze ta woda poplynie do zatok? :/ W kazdym razie mialam ochote zakrzyknac: "Panie, ja od prawie 4 tygodni lecze sie domowymi sposobami, jak widac z mizernym efektem!!!". Nieco grzeczniej, ale wytlumaczylam, ze probowalam sie sama wyleczyc i skoro w koncu przemoglam sie i pojechalam do lekarza, to znaczy ze potrzebuje czegos mocniejszego niz woda z sola! W koncu, dosc niechetnie, ale zgodzil sie wypisac antybiotyk, jednak polecil, zebym zanim go wykupie, sprobowala jednak wody z sola... :D
Coz, antybiotyku nie wykupilam. Jeszcze. Widze jednak, ze raczej sie bez tego nie obedzie. Minely dwa dni, a lewy policzek jak od czasu pulsowal bolem, tak pulsuje. :/

Z innych ciekawszych wydarzen, odbylam dyzur w Polskiej Szkole Potworkow. Ciekawe doswiadczenie, nie powiem. ;)
Nie pamietam czy pisalam, ale w szkole, do ktorej chodza Potworki, kazda rodzina ma obowiazek albo odbebnic dyzur, albo zaplacic $100. Kiedy przeczytalam o tej oplacie cala sie zjezylam, teraz jednak widze, ze jest ona wymagana zeby poniekad przymusic rodzicow do dyzuru. Poniewaz szkola wynajmuje pomieszczenia od lokalnego High School w sobote, nie ma w ten dzien normalnych pracownikow, ktorzy pilnuja porzadku. Poza tym nauczycielki nie moga zostawic dzieciakow samych, a przeciez potrzebuja od czasu do czasu wyjsc do toalety, zjesc cos, czy zwyczajnie zrobic sobie przerwe.
Dyzur okazal sie malo uciazliwy. Na szczescie okazalo sie, ze jest nas czworo na jednym korytarzu, wiec sporo bylo gadania i smiechu. Choc na poczatku wydawalo sie, ze moze byc "wesolo", kiedy zaraz po 20 minutach otworzyly sie drzwi klasy i nauczycielka poprosila, zeby pomoc, bo jedno z dzieci... wymiotuje! :O O rany... Trzeba bylo zaprowadzic dzieciaka do lazienki, pomoc mu przetrzec zabrudzone ubranie, itd. Fuuuj... Na szczescie mlodzian (okolo 10-letni) mial przy sobie telefon i zadzwonil po rodzicow, zeby go odebrali. Pod koniec dyzuru zas, w innej klasie chlopiec (to zawsze chlopcy!) zamiast jak czlowiek podejsc do smietnika, postanowil sie do niego "slizgnac" na kolanach. Niestety zle wymierzyl odleglosc i tak rabnal kolanem w metalowa framuge, ze nauczycielka musiala zabrac go do biura zeby zobaczyc czy maja zimne oklady. ;)
Mialam tez 15 minut dyzuru w jednej z klas, kiedy dzieciaki mialy przerwe na drugie sniadanie, a nauczyciele na cokolwiek potrzebuja. ;) To byla V klasa, czyli dzieci okolo 11-letnie. Poniewaz Potworki sa nieco mlodsze, przezylam lekki szok nad przepascia pomiedzy swiatem dziewczynek oraz chlopcow. Panny siedzialy przy stolikach, skubaly przekaski, pokazywaly sobie cos w telefonach, jedna malowala rzesy (tak, 11-latka! :O)... Slowem, aniolki. Chlopaki? O Boszzzz, co to byla za banda! Jeden mial miekka (na szczescie) pileczke. I cala ich gromada biegala w kolko po klasie, rzucajac sobie ta pilke, nurkujac pod stolikami i przeskakujac nad rozrzuconymi plecakami! Tylko czekalam az ktorych wywali sie i rabnie glowa w metalowe nogi od stolikow i krzesel! Poniewaz kompletnie ignorowali moje upomnienia, w koncu ograniczylam sie do stania pod jedna ze scian, wzdluz ktorej ustawione byly komputery. Stwierdzilam, ze sprzet jednak jest cenniejszy niz glowy tych lobuzow i postanowilam chronic go wlasna piersia. :D Nie musze mysle mowic jak bylam szczesliwa kiedy nauczycielka wrocila z przerwy? ;)
Mialam miec jeszcze jeden dyzur w klasie, ktora okazala sie miescic w zupelnie innej czesci szkoly. Chodzilam, szukalam, nawet dwa razy spytalam dyzurnych z tamtej czesci o droge... Bezskutecznie. Szkola jest ogromna, w dodatku polozona na wzgorzu, wiec rozniaca sie ukladem na kazdym pietrze, a korytarze, korytarzyki oraz dodatkowe pomieszczenia tworza taki labirynt, ze w koncu sie poddalam. Glupio mi troche i mam nadzieje, ze tamta nauczycielka miala do dyspozycji jakas inna dyzurna osobe, zeby na chwile wyjsc, ale po prostu znalezienie tamtej klasy mnie przeroslo. ;)
Reszta dyzuru minela juz spokojnie. Ot, ktorejs nauczycielce pobiec cos skserowac, bo ksero na innym pietrze, drugiej popilnowac chwile klasy bo musiala do lazienki, itd. Cztery godziny minely niewiadomo kiedy. :) Gdyby nie fakt, ze w czasie, kiedy Potworki sa w Polskiej Szkole lubie na spokojnie zrobic zakupy i ogarnac choc minimalnie chalupe, to zgodzilabym sie dyzurowac czesciej. ;)

Jak pisalam wyzej, nie pstrykalam ostatnio zadnych zdjec, ale na szczescie wychowawczynie Potworkow cos tam podsylaja. Szkoda tylko, ze ich celem jest pokazanie klasowych aktywnosci, a nie ladne ujecia dzieciakow. ;) I tak, w zeszlym tygodniu chyba, z okazji dnia Reading Across America, szkola urzadzila tzw. "read-a-thon", czyli maraton czytelniczy. Wszystkie klasy przychodzily do biblioteki po kolei tak, zeby caly dzien w szkole odbywalo sie czytanie. ;)

 Tu Bi czyta z kolezankami:

Calkiem wygodne poduchy maja w tej bibliotece ;)

A tu Kokus z kolegami:

Czerwony jak burak i upocony - potem dziwic sie, ze ciagle chory. :/ Swoja droga, wszystkie inne dzieci wygladaja normalnie, a sadze, ze szalaly tak samo, tylko moje jakby spod prysznica wyszlo :/

Po wygladzie mojego dziecka widac od razu, ze przyszli prosto z przerwy. ;)

Oprocz takich specjalnych dni ogolnoszkolnych, kazda klasa zbiera punkty za dobre zachowanie, porzadek itd. Czasami przypomina mi to Harrego Pottera i Hogwart, gdzie kazdy "dom" zbieral punkty, tylko ze w Potworkowej szkole nie ma rywalizacji. Kazda klasa i kazdy rocznik zbieraja punkty dla samych siebie, a kiedy uzbieraja ich okreslona ilosc, dzieciaki wybieraja sobie nagrode. Czasem jest to dodatkowa przerwa, czasem dluzsza glowna przerwa w ciagu dnia, czasem moga przyniesc do szkoly zabawke, a jeszcze kiedy indziej przyjsc do szkoly w pizamach. ;) Tym razem klasa Kokusia wybrala "breakfast and reading celebration". Dzieciarnia mogla przyniesc cos malego na sniadanie (ja upieklam owsiane ciasteczka), wychowawczyni przyniosla soczki, a potem mlodziez rozlozyla sie na przyniesionych z domow kocykach i oddala lekturze. :)
Niestety, zdjecie, na ktorym jest Nik wyszlo totalnie zamazane, ale wygladalo to tak:

Dzieciarnia rozlozona po calej klasie, gdzie kto znalazl skrawek podlogi

A jesli ktos stesknil sie za buzkami Potworkow, to prosze:

Selfie :D

Zdjecie jeszcze z listopada. Ktoregos dnia, kiedy jeszcze spalam, Potworki swisnely moj telefon (prosto ze stolika nocnego - bezczelni!) i napstrykaly zdjec. ;) Sobie, oraz... psu:

Piesa tez wyraznie zaspana i zdziwiona, ze od rana atakuja ja paparazzi :D

Potem telefon grzecznie odlozyli z powrotem i czekali z niecierpliwoscia na moja reakcje kiedy zobacze nowe fotki. ;) Reakcja byla mieszana, bo choc zdjecia wyszly im calkiem udane, to fakt, ze podkradli mi telefon, juz wcale a wcale mi sie nie podobal. ;)

I na tym chyba zakoncze, bo jak na brak tematow do pisania, znow wyszedl mi tasiemiec. Taki krotszy. ;)

czwartek, 7 marca 2019

Zeby nie bylo nam za dobrze... marzec zaczynamy chorobowo :(

Mysle, ze tytul mowi sam za siebie? Sama nie wiem czy czuje sie bardziej zrezygnowana, zalamana czy zla...
Po wirusie, ktory Potworki zlapaly na samym poczatku lutego, nie mozemy sie wykaraskac... A to juz marzec. :/
Jak kilka dni przed wypadem na narty zarazilam sie od dzieciakow, tak z gor wrocilam tak samo chora jak wyjezdzalam. No, ale tego sie akurat spodziewalam. Nie da sie dobrze wyleczyc kataru i kaszlu, jesli sie spedza cale dnie na mrozie i w ruchu. Wrocilismy jednak do domu i katar jakos litosciwie przeszedl. Kaszel pozostal, chociaz mialam wrazenie, ze tez pomalu zanika. Wszystko bylo na dobrej drodze. Przez tydzien. Bo po tym czasie nagle katar wrocil ze zdwojona sila i zdaje sie przechodzic na zatoki, bo mam takie dziwne uczucie ciepla w czole... A kaszel przybral na sile, jakzeby inaczej. :/ I tak chodze, smarcze, kaszle i daje sobie czas do konca tygodnia. Jesli nie zobacze wyraznej poprawy, chyba jednak przejde sie do lekarza... Cichutko, zeby nie zapeszyc, musze jednak napisac, ze wczoraj po raz pierwszy od tygodnia poczulam zapach wlasnego balsamu do ciala, wiec moze w koncu dochodze do siebie... ;)

To jednak ja. Tymczasem Potworki jechaly na narty juz prawie - prawie zupelnie zdrowe. Jeszcze tylko lekko pokaslywali, a Nikowi od czasu do czasu cos pocieklo z noska. Wrocili z nart o dziwo zupelnie zdrowi. Az smialam sie, ze gorskie powietrze im dobrze sluzy! ;) Tymczasem w zeszly poniedzialek... Nik obudzil sie rano z zatkanym nosem i narzekajac, ze zle sie czuje. Wydal mi sie dosc cieply, wyciagnelam wiec termometr, a tam 37.0. :/ Mielismy wiec i on i ja przymusowy dzien w domu. Spodziewalam sie jakiejs wiekszej infekcji, skoro juz z rana temperatura podchodzila pod stan podgoraczkowy. Tymczasem ona spadla do normalnej, a na wieczor podniosla sie do 36.9. Poza wyraznie przytkanym nosem, nic zdawalo sie Nikowi nie dolegac.
Minelo kilka dni, wszystko wydawalo sie byc w normie, az w czwartek wieczorem Kokus oznajmia, ze... boli go ucho! :O
Ja sie kiedys zalamie z tymi jego uszami! Jak nie jedno, to drugie! I powiedzcie mi, jakie to dzieciaki maja wyczucie, ze takie akcje funduja albo w weekend albo tuz przed nim, kiedy czlowiek caly w nerwach probuje wciasnac sie do lekarza, zeby sprawdzic potomstwo zanim przychodnia zostanie zamknieta na dwa dni?!
Poniewaz ja zostalam w domu w poniedzialek, w piatek M. zwolnil sie z pracy i przyjechal do domu zajac sie synem i zabrac go do lekarza. Co sie okazalo? Nik ma oczywiscie zapalenie ucha... obustronne tym razem! :O

Zeby dopelnic obrazu, w niedziele smarkac i kaszlec zaczela Bi... No przeciez idzie sie zastrzelic! :/

Zanim jednak choroby dopadly nas ze zdwojona moca, w poprzednia niedziele zabralam Potworki na lyzwy. Juz ten wypad powinien dac mi do myslenia co do zdrowia Kokusia. On, ktory przy poprzednich wyjsciach ganial po lodzie bez wytchnienia, teraz co chwila odpoczywal i dopytywal kiedy jedziemy do domu... Probowalam wyciagnac z niego co sie wlasciwie dzieje, ale bezskutecznie. Mysle, ze on sam w zasadzie nie wiedzial. Dopiero stan podgoraczkowy nastepnego dnia powiedzial mi, ze po prostu juz bralo go chorobsko i pewnie byl oslabiony... :(
Mimo wszystko jednak, wypad byl udany. Tym razem to Bi jezdzila z zapalem i gracja i wciaz dopytywala czy nagrywam filmiki jak jezdzi. ;) Nagralam jeden, ale za to dlugi. :D

Moja najpiekniejsza <3

W poprzednia sobote, na zakupach, oprocz obowiazkowej spozywki, zakupilam tez do domu namiastke wiosny. :)

Hiacynty na oknie, a za oknem snieg... ;)

Smiesznie teraz prezentuje sie chalupa, bowiem hiacynty hiacyntami, a na stolach nadal trzymaja sie Gwiazdy Betlejemskie (rozwazam czy nie przestac ich podlewac, zeby w koncu padly :D) oraz balwankowe dekoracje. Prawdziwe przedwiosnie. :D

W ostatni weekend lutego, przypomnialam tez sobie o sniezynkach do wykonania z pianki, ktore to kupilam chyba jeszcze przed Bozym Narodzeniem, z mysla o wizycie jakichs mlodych, Potworkowych przyjaciol. Taki prosty, zimowy projekcik, idealny dla malych raczek. Zima pomalu sie konczy a nie bylo kiedy ich zrobic. Akurat mielismy nudniejszy weekend, Potworki snuly sie po domu blagajac co i rusz o tablety, wiec wyciagnelam te sniezynki i chociaz na pol godziny dzieci "zniknely" i to nie przed ekrany. :)


Aha! W zeszla srode minal rok od kupna domu, ale tego dnia melismy zupelnie co innego na glowie i zupelnie o tym... zapomnielismy. ;)
Nie mniej, nie moge uwierzyc, ze to juz rok! Szczegolnie, ze jeszcze nie do konca dom jest "nasz, ze jeszcze kilka projektow czeka na wykonanie. Lazienki: dolna oraz dzieci musza zostac odnowione. Salon pomalowany. Sciany w garazu ocieplone... Po tegorocznej zimie jestesmy tez nastawieni na wymiane drzwi tarasowych i przy okazji kuchennego oka - zeby pasowalo. Dodatkowo, caly czas zastanawiamy sie nad powiekszeniem malego okienka w bocznej scianie salonu. Pokoj ten jest cholernie ciemny, a na poludniowej stronie, jak na zlosc (a moze celowo, kto wie) jest tylko male, waskie okienko. Az korci zeby je powiekszyc i rozswietlic salon. Wszystkie jednak wymienione projekty zabieraja czas i generuja koszta, wiec tylko czas pokaze, ktore zostana wykonane i kiedy. ;)

W zeszly piatek, w szkole Potworkow odbyl sie tzw. "Fancy Friday". Co roku, luty jest tam miesiacem dobrych manier. Dzieci cwicza odpowiednie zachowanie, powitanie, pozegnanie, utrzymywanie kontaktu wzrokowego, itd. Na zakonczenie tego okresu, zawsze maja dzien, kiedy do szkoly moga przyjsc elegancko ubrani, zas lunch jedza w stolowce przy nakrytych obrusami stolach, z wazonikami kwiatow oraz swieczkami. ;) Na te okolicznosc wypozyczylam szkole moje swieczki na baterie, bedace czescia dekoracji bozonarodzeniowych domu. Szkoda, ze Nika ominelo takie "wydarzenie", chociaz on nieszczegolnie sobie krzywdowal i twierdzil, ze wcale nie ma ochoty ubierac sie do szkoly jak do kosciola. ;)
Klasa Bi nie dosc, ze cwiczyla maniery, to jeszcze przy okazji posture. Dzieciaki sprawdzaly ile im sie uda przejsc po klasie z ksiazka na glowie. ;)

Bi w akcji :)

Na piatek w nocy zapowiadano sniezyce, ktora jak zwykle okazala sie... sniezyczka. ;) Spadlo moze 2-3 cm sniegu, ale nie przeszkodzilo im to zamknac Polskiej Szkoly. Co bylo mi zreszta na reke, bo nie chcialo mi sie ruszac z domu. Nie lubie zrywac sie w sobote rano tak samo jak Bi nie znosi jezdzic do Polskiej Szkoly. Juz zastanawiam sie, czy bede miala sile na cotygodniowa batalie o to w przyszlym roku. ;)
W zeszla sobote jednak i tak zastanawialam sie czy zawozic do niej Potworki, ze wzgledu na Kokusiowe ucho. Matka Natura rozwiazala ten dylemat. Maly dramacik rozegral sie tylko po poludniu, bowiem Potworki oczywiscie chcialy wyjsc pobawic sie na sniegu. Bi w koncu poszla pomoc odsniezac tacie, natomiast Kokusia, ze wzgledu na ucho, zatrzymalam w domu. Oj nie lubil mnie za to moj syn, nie lubil! :D

Wybaczcie jakosc. Fota pstryknieta przez okno, miedzy zaluzjami ;)

Skoro juz mowa o Polskiej Szkole, to pokaze Wam probke dyktand Bi. Niezle sie usmialam, bo Starsza oczywiscie pisze wyrazy fonetycznie... po angielsku! :D

"Dynia" wygrywa! :D

Jak juz sie "chwale" pisanina Potworkow, nie moge pominac Kokusia. On niestety po polsku poki co nie pisze, ale za to przynosi teksty z Hamerykanckiej szkoly. Jestem niesamowicie dumna, bo w koncu rozwija zwoje wypowiedzi zamiast zawierac wszystkiego w jednym, lakonicznym w dodatku, zdaniu. Brakuje tylko kropek w odpowiednich miejscach. :D


The black car is fast because it is fairy low it can slid through air. The black car is a hotwheels

The black car can go loopde loops. The black car is designed to slid through air.

Wedlug mnie calkiem niezle jak na 6-latka! :)

Spedzilismy wiec potwornie nudny ostatni weekend. W sobote M. pojechal na zakupy do Polakowa, a ja z dzieciakami zaszylismy sie w domu na caly, Bozy dzien (oprocz tego polgodzinnego odsniezania Bi). Normalnie pewnie rozpaczalabym, ze takie marnotrawstwo dnia, ale ze Nik chory i ja tez nie moge sie jakos doleczyc, to nawet sie ucieszylam.
Rozpacz autentycznie przyszla za to w niedziele, bowiem wczesniej planowalismy tego dnia wypad na narty. Sezon sie nieuchronnie konczy i marzy nam sie jeszcze chociaz jedno szusowanko. Niestety, moze byc tak, ze nie bedzie nam ono dane. :(
Zaryzykowalismy tylko wypad na msze oraz zakupy, tym razem w Hamerykanckim sklepie. A pozniej ponownie zabarykadowalismy sie w domku. :) Siedzielismy i czekalismy na sniezyce. Na noc z niedzieli na poniedzialek, zapowiadana byla bowiem kolejna. Tym razem miala byc wieksza, z wieksza iloscia sniegu. Coz, patrzac o 14 po poludniu za okno i widzac blekitne niebo oraz slonce, smialam w to watpic. Pogoda w Nowej Anglii przypomina jednak ta gorska i juz godzine pozniej pojawily sie pierwsze obloczki, po kolejnej godzinie niebo bylo calkiem zachmurzone, a o godzinie 18 zaczal sypac snieg. Caly czas byly jednak 2 stopnie na plusie, a wczesniej, w dzien, temperatury rowniez dochodzily niemal do 10 stopni, na poczatku wiec dosc dlugo nie osiadal. Dopiero okolo 22 zaczelo robic sie bialo.

Narnia po raz n-ty ;)

Snieg mial przestac sypac gdzies o 5 rano. Nie bardzo wiec wierzylam, ze nasypie go tyle, ile mowily prognozy, a zapowiadaly okolo 20 cm. Nie mniej bardzo sie ucieszylam, ze juz w niedziele szkoly oglosily zamkniecie w poniedzialek. Mi oraz Potworkom przydal sie kolejny spokojny, niespieszny dzien.

Czy szkoly zamknieto slusznie tym razem? Ciezko powiedziec. Okazalo sie, ze poniewaz temperatura cala noc byla plusowa, a plugi nie proznowaly, kiedy rano wstalam, nasza ulica byla... czarna. A jest to mala, osiedlowa uliczka, ktora zdecydowanie nie nalezy do pierwszych oczyszczanych ulic. Na podjezdzie i ogrodzie jednak sniegu bylo... w pizdu.

Widok z okna sypialni na malownicze "szlaczaki" zostawione przez auto M., kiedy wyjezdzal nad ranem do pracy...

...i na taras

Dwadziescia cm, tiaaa... Spadlo nam spokojnie z 30 - 40... Zabralam Potworki na dwor o 10 rano, w nadziei, ze nie bedzie az tak cieplo, ale juz zrobily sie +4 stopnie, wiec snieg byl ciezki i mokry. Probowalam pomoc troche M. i odgarnac szufla choc tu i owdzie zanim wroci z pracy, ale szybko sie poddalam. Nawet Potworki po 40 minutach stwierdzily, ze pic im sie chce (zapewne z ciepla) i chca do domu.

Nie, nie spadla az taaaaka kupa sniegu... Bi lezy na gorce :D

Co bylo zreszta zbawienne, bowiem byli przemoczeni do suchej nitki. Bi czapke przemoczyla tak, ze miala pod nia mokre wlosy. A przypominam, ze od poprzedniego dnia smarkala, wiec nie wiem jak to przemoczenie sie skonczy. Licze, ze ma nieco lepsza odpornosc niz brat...

Potwory "pomagaly" odsniezac, czyli w praktyce rozrzucali snieg na wszystkie strony. Coz, licza sie checi? ;)

Kolejnego dnia zaplacilam za to szuflowanie potwornym bolem plecow. Zachcialo sie babie byc dobra zona, to ma za swoje. Lepiej pozostac zolza. ;)

A na koniec, wiadomosc BOMBA.
Po 3 latach zalu i tesknoty, kiedy praktycznie nabralam pewnosci, ze jestem stara i wypuszczam puste jajka, znow nadszedl dzien kiedy okres spoznil mi sie na tyle, ze zrobilam test. To byla wlasnie rocznica kupna domu, 27 luty. Caly dzien nie myslalam o niczym innym tylko o tym, ze 6 dni opoznienia moze cos znaczyc. Do zadnych rocznic nie mialam glowy. Po test polecialam na szybkiego, miedzy praca a basenem dzieciakow, zastanawiajac sie czy nie mam paranoi. Coz, nie mam. ;)


Zanim jednak mi pogratulujecie, napisze, ze rowno po tygodniu od testu, nagle przestaly bolec mnie piersi. Dotychczas obie byly nabrzmiale i bolaly nawet przy przewrocie na drugi bok w czasie snu. Teraz lewa czuje leciutko nadal, prawej praktycznie wcale. Zadnych innych objawow ciazy nie mam. Ani zmeczenia, ani nudnosci. Tym z Was, ktore maja za soba choc jedna ciaze, nie musze pisac, ze to kiepski znak... Wszystko wskazuje na to, ze moze skonczyc sie tak, jak ostatnio. :( Niestety, wizyte u ginekologa mam dopiero 26 marca, bo tutaj celowo umawiaja dopiero, kiedy jest juz pewnosc, ze bedzie widac bicie serca. Albo nie bedzie. :(
To beda bardzo dlugie (prawie) 3 tygodnie... :(

Dlugo zastanawialam sie czy w ogole cos pisac...
Poprzednim razem nie pisalam nic, zeby nie zapeszyc. Poniewaz "nie zapeszanie" nie zdalo sie na nic, tym razem stwierdzilam, ze w zasadzie, co mi zalezy... Jesli wizyta przyniesie ponownie smutne wiesci, mysle, ze wole nie dusic bolu w sobie znowu przez pol roku, tylko od razu wyplakac sie tutaj... :(