sobota, 15 czerwca 2019

Tydzien na wariackich papierach oraz o koncach i poczatkach

Drugi post w tym tygodniu! I w dodatku tasiemiec o dlugosci wprost proporcjonalnej do ilosci zdarzen! :D

Czyli jaki byl poprzedni tydzien i poczatek obecnego? Zwariowane, no! ;)
Dla Potworkow bardzo wazne i zapewne mocno stresujace, a dla matki wzruszajace i okazji do chwycenia chusteczki nie brakowalo...

W poscie poprzedzajacym Kokusiowy, doszlam do zeszlego wtorku. Tutaj wiec tylko szybko przypomne, ze w poniedzialek Potworki zaliczyly po szkole bieg, ktorego dochody przeznaczone maja byc na zakup koszy do koszykowki, a pozniej Bi miala jak zwykle trening, we wtorek Starsza miala po szkole dentyste, a srody to w ogole jazda bez trzymanki, bo najpierw Nik ma lekcje plywania, a zaraz po nim Bi ma trening. Do domu wpadam po pracy praktycznie tylko po to, zeby wziac ich torby i juz mnie nie ma. Wracam o 19. Naprawde gratuluje sobie, ze na czas wakacji wypisalam Bi z druzyny plywackiej, a Nika z lekcji plywania. Im wody nie zabraknie, bo codziennie beda plywac na polkoloniach, zas ja sobie odpoczne od spedzania dwoch wieczorow w tygodniu na basenie. ;)

Wracajac do reszty tego szalonego tygodnia. W duzym skrocie (szczegoly za chwile), w czwartek na 19, Bi miala koncert skrzypcowy, w piatek rano oba Potworki mialy w szkole prezentacje dla rodzicow z okazji konca roku, tego samego dnia, na 18 jechali na urodziny do znajomych blizniakow, w sobote rano bylo zakonczenie roku w Polskiej Szkole, a na koniec, pod wieczor przyjechala do mnie na kawe kolezanka z synem. Dopiero w niedziele mialam w koncu spokojniejszy dzien, ale w poniedzialek i tak nadal czulam sie wypompowana, a tu do pracy trzeba bylo wstawac! ;)

Teraz szczegoly.

Koncert smyczkowy.
Bi na poczatku bardzo nie chciala na niego isc. Ona, ktora zazwyczaj uwielbia wystepy, popisy i czuje sie jak ryba w wodzie ze skupiona na sobie uwaga, tym razem kompletnie spanikowala. Tak protestowala, ze w koncu uleglam i powiedzialam, ze skoro nie chce, to nie musi isc. Sama za to rozwazalam urwanie sie z pracy i przyjechanie do szkoly na apel, bo wiedzialam, ze zagraja na nim to samo dla ucznow calej szkoly. Bi sie kompletnie zaciela i dlugo nie moglam z niej wydusic, o co jej wlasciwie chodzilo. Nie pomoglo, ze ich normalna pani od muzyki jest na macierzynskim, nauczycielka zastepujaca wyjechala na trzy tygodnie na wakacje i w tym czasie nikt nic nie wiedzial, a dzieciaki nie cwiczyly. Wreszcie Bi, zamiast zloscic sie, miotac i w kolko powtarzac, ze na zaden koncert nie jedzie, zdolala wytlumaczyc, ze wstydzi sie grac dla wszystkich, bo kiedy sie pomyli (a myli sie dosc czesto, w koncu to dopiero poczatki) beda sie smiali. Biedactwo myslala, ze bedzie musiala zagrac solo! ;) Okazalo sie, ze wiedziala, ze gdzies dzwonia, ale nie wiedziala, w ktorym kosciele, bowiem faktycznie, bylo kilka solowek, ale graly je dzieci, ktore maja lekcje prywatne skrzypiec juz od kilku lat! :) Przekonywalam ja, ze nikt nie kaze jej grac samej, w miedzyczasie wrocila z wakacji nauczycielka, zaczeli regularne cwiczenia i Bi nagle oswiadczyla, ze ona jednak bardzo sie cieszy, ze bedzie brala udzial w koncercie! O ludzie! ;)

Przez ten koncert o malo nie poklocilam sie z malzonkiem. Wszystko zaczynalo sie o 19, wiec jakos tak automatycznie uznalam, ze skoro bedzie w domu, to jedziemy cala rodzina. Mlodzi skrzypkowie mieli zjawic sie w szkole o 18:45. Jest 18:30, szykuje do wyjscia siebie oraz Bi, a M. siedzi na tarasie. Pytam kiedy zamierza "cos" na siebie wlozyc, bo musimy wychodzic, a on mi na to, ze woli jechac do sklepu budowlanego poogladac i pomierzyc slupki (myslimy o remoncie tarasu). Myslalam, ze go wezme i udusze! Wygarnelam co o tym mysle, ze dzieciaka nie wspiera, zeby sie nie zdziwil jak Potworki za kilkanascie lat beda tak samo zainteresowani jego zyciem, jak on jest teraz ich, itd. Duzo nie wskoralam, bo M. wyciagnal ciezka artylerie: no przeciez on byl na ich biegu w poniedzialek! O matko i corko! Na 4 lata edukacji Bi (liczac rok przedszkola), M. byl na 2 (slownie: dwoch) szkolnych wydarzeniach! To sie postaral! :/ Coz, klocic sie dluzej nie mialam czasu, zostawilam wiec chlopakow (Nik wysluchal koncertu podczas apelu w szkole i nie mial ochoty na bis) i popedzilam ze Starsza do szkoly.

Tu jeszcze zanim zaczeli grac

I wiecie co? Niech M. zaluje, podobnie jak dziadek, ktorego zapraszalam na koncert, a ktory (zartobliwie) skwitowal, ze jednych skrzypiec ciezko jest sluchac i nie wyobraza sobie rzepolenia razy trzydziesci. ;) Powiedzialam im pozniej, ze duzo stracili, bo dzieciaki graly naprawde pieknie! Mi samej slon na ucho nadepnal, nie wydusze z siebie czystej nuty (naprawde! :D), ale muzyke powazna zawsze darzylam wielka miloscia. Kiedys, w starej pracy, z kolezanka i jednym z szefow regularnie jezdzilismy sobie na koncerty do filharmonii w pobliskim miescie. :) Czesto w samochodzie slucham sobie tez kolekcji plyt z Czajkowskim czy Mozartem. Nie dziwota wiec, ze sie wzruszylam i wyszlam po prostu zachwycona! I bede sie starac ze wszystkich sil, zeby Potworki kontynuowaly nauke gry przez podstawowke. Potem juz beda raczej za duzi zeby ich przymusic, ale mam cicha nadzieje, ze zlapia bakcyla i sami zapisza sie do muzycznych grup w szkolach, szczegolnie, ze wydaje sie, ze muzykalnosc odziedziczyli po tacie. Taka jest (smutna :D) prawda, ze M. ma lepszy sluch i wyczucie rytmu ode mnie... A moja tesciowa jako dziecko tez cwiczyla gre na skrzypcach, wiec wydaje sie, ze Potworki odziedziczyly muzykalnosc "po mieczu". ;)

Tu juz pelne skupienie :)

Koncert byl wspanialy, mimo kilku upierdliwosci. Po pierwsze, wiekszosc hamerykanckich podstawowek (przynajmniej na naszej polnocy) nie posiada klimatyzacji. Od kilku dni bylo bardzo cieplo, wiec szkola sie mocno nagrzala, a w sali gimnastyczniej zebrala sie grubo ponad setka ludzi. Z kazdym dzieckiem przyszli w wiekszosci oboje rodzicow, rodzenstwo, czesto jeszcze dziadkowie... Tlok byl straszny i zero przewiewu, mimo drzwi po obu stronach otwartych na osciez. Mimo wszystko ludziska dali rade i nikt nie zemdlal. ;) Poza tym, koncert byl straszliwie dlugi. Jadac spodziewalam sie, ze potrwa moze z 45 minut, bo graly II i III klasy (IV mialy osobny koncert). W koncu ile moga rzepolic takie maluchy? ;) No coz... moga dlugo. :D Do tego krotka przemowa pani dyrektor oraz dwa razy nauczycielki muzyki, ktora w skrocie opowiadala na czym polega nauka gry w II, a pozniej w III klasach. Powiem Wam, ze bylam pod wrazeniem jak niesamowita byla roznica miedzy tymi dwoma rocznikami! Klasy II to w wiekszosci poczatkujacy, wiec zagrali kilka prostych melodii, ktore znali na pamiec (co jest dziwne, bo w domu Bi zawsze cwiczyla z nutami). Klasy III graly juz jednak z nut, melodie byly duzo bardziej skomplikowane, do tego dosc nowoczesny podklad (dla klas II w ramach akompaniamentu babka przygrywala na pianinie) i wyszlo to naprawde super! Wraz z moja sasiadka sluchalysmy z opadnietymi szczekami, przytupujac jednoczesnie do rytmu obcasami. Nie spodziewalysmy sie takiego popisu po 9-latkach! :D
A ja do dzis chodze po domu i mrucze pod nosem jedna z melodii, ktora wyjatkowo wpadla mi w ucho. Po chwili zazwyczaj wtoruje mi Bi i tak chodzimy sobie przyspiewujac skoczna melodyjke i "grajac" na niewidzialnych skrzypcach. :D

Przy ktoryms utworze Bi przyuwazyla, ze ja nagrywam i zaczela sie usmiechac. Nie wiem czy skupiajac sie na szczerzeniu do aparatu w ogole pamietala melodie ;)

Koncert byl w czwartek, ale najbardziej meczacym dniem byl zdecydowanie piatek.
I jeden i drugi Potworek mial tego dnia wystepy dla rodzicow. Nik od 9 do 10, a Bi od 9:30 do 10 rano. I wez sie, czlowieku, rozdwoj!!! :/ Napisalam kilka dni wczesniej maile do nauczycielek, z prosba, zeby Nik wystepowal w miare na poczatku, a Bi gdzies na koncu. Nie wiedzialam jednak, jak bedzie to u Bi wygladac, wiec popedzilam do jej klasy zaraz o 9:40 zeby niczego nie pominac. Wychowawczyni Nika nie poinformowala mnie jednak, ze Nik bedzie na koniec wyglaszal podziekowania dla nauczycielki, jej asystentki, rodzicow, itd. (pisalam o tym przy okazji jego pol-urodzin). Gdybym wiedziala, zostalabym do konca, tym bardziej, ze u Bi okazalo sie, ze mogli wystepowac w dowolnej kolejnosci, a kiedy przyszlam, jeszcze nawet nie zaczeli, bo wielu rodzicow spoznilo sie z powodu problemow z parkingiem.
Troche jestem zla, ale teraz juz musztarda po obiedzie. Jest jak jest. Zobaczylam calosc wystepu Nika z klasa oraz w malej grupie, z dwoma kolegami. Okazalo sie, ze to praktycznie ta sama prezentacja, ktora Bi miala rok temu, lekko tylko zmodyfikowana! :D
Najpierw dzieciarnia zaspiewala piosenke o zwierzetach w dzungli. Nik wygladal na lekko stremowanego i poruszal sie jakby kij polknal, za to padalam ze smiechu z dziewczynki obok niego. Ta mala tak przezywala cala piosenke, tak machala lapkami przy kazdym gescie i niemal krzyczala tekst, ze pod koniec byla czerwona, spocona i miala lzy w oczach! :D

Tu widac te lekka treme ;)

Po piosence, dzieci wychodzily na srodek trojkami i przedstawialy, czego nauczyly sie o wybranym przez siebie zwierzeciu. Grupka Nika wybrala aligatory i kiedy projektor wyswietlil rysunek gadziny, Mlodszy pokazal mi na migi z duma, ze to on jest jego autorem. :D

To ja, to ja! :D

Tutaj musze juz Kokusia pochwalic. Nie wiem czy piosenka go troche rozruszala, czy zadzialalo cos innego, ale syn swoj tekst przeczytal bez zajakniecia. Przy okazji widac bylo, ktore dzieci wlozyly serce w przygotowania, a ktore nie bardzo. Urwisy nie musialy uczyc sie tekstu na pamiec. Mialy wybrac zwierze, a potem podzielic sie tematami. Jedna osoba pisala (przy pomocy informacji w ksiazkach lub internecie) o wygladzie zwierzecia, inna o tym, czym sie ono zywi, jeszcze trzecia np. o tym jak wyglada cykl zyciowy. Oczywistym jest dla mnie, ze dzieciaki musialy potem przecwiczyc kilka razy jak bedzie wygladala cala prezentacja, bo nie bylo przepychanek, klotni, kazda grupka wiedziala kiedy jej kolej, a dzieci przelaczajace slajdy na projektorze, same sie zmienialy. A jednak znalazly sie dzieciaki, ktore nie potrafily przeczytac tekstu, ktory same napisaly! Oczywiscie wina jest tu zapewne rowniez kiepska umiejetnosc czytania, ale Bi w zeszlym roku tez miala z tym problem, a swoja prezentacje przeczytala bez zajakniecia! Dzieciaki cwiczyly po prostu tyle razy, ze znaly ja niemal na pamiec! A jednak bylo kilku delikwentow, ktorzy zapewne uciekali i nie sluchali kiedy pora byla cwiczyc, a teraz jakali sie, przekrecali wyrazy i inne dzieci musialy im podpowiadac. Ciesze sie, ze nie dotyczylo to Kokusia. On przeczytal wszystko glosno i wyraznie, az znajomy tata siedzacy obok, skomentowal, ze skubaniec dobrze czyta. Tego "skubanca" sama tu dodalam, rzecz jasna. ;)


Po wystepie Nika, jak wspomnialam wyzej, popedzilam pietro wyzej, zeby obejrzec prezentacje Bi. Drugie klasy zaczely w tym roku pisac "poezje". Pisze w cudzyslowiu, bo poki co, ich wypociny nie maja ani rytmu, ani tym bardziej rymu. ;) Chodzi bardziej o to, zeby zauwazyc cos wyjatkowego w codziennych rzeczach i sprawach. Dzieci pisaly o roznych rzeczach. O tancu, o sporcie, o plazy, o mamie i tacie... Bardzo duzo wybralo... lody. Temat na czasie, bo bez klimy, szkola szybko robi sie nieznosnie goraca. ;) Rowniez Bi znalazla sie w tym gronie, choc jej wierszyk byl konkretnie na temat lodow na patyku (popsicles). Drugi byl zas o... kroliczkach. ;)


Po wystepie Bi, zbieglam jeszcze raz do Nika i akurat zalapalam sie na koncowke poczestunku dla rodzicow i dzieci. Szkoda, ze nic juz nie zostalo. :D Moje babeczki, ktore upieklam i polalam czekoladowa polewa rowniez zniknely. Nik zwierzyl sie z oburzeniem, ze jeden z chlopcow zjadl az trzy! :) W sumie zostalam tam jeszcze tylko kilka minut, bo rodzice juz wychodzili. Przytulilam Kokusia, ktory wdrapal mi sie na rece, pogratulowalam nauczycielce, zamienilam kilka slow ze znajoma mama i musialam leciec, bo klasa wychodzila juz na dluga przerwe, a ja i tak musialam jechac do pracy.

To nie byl koniec piatkowych atrakcji. Na ten dzien bowiem Potworki zostaly zaproszone na urodziny do kolegi z klasy Nika. Konkretnie to Nik zostal zaproszony przez kolege, a Bi przez jego siostre - blizniaczke. Znajomosc dzieciakow datuje sie jeszcze na przedszkole (preschool). Potworki chodzily do niego tylko po rok kazde, ale za to rok po roku. Blizniaki chodzily normalne dwa lata i tak sie zlozylo, ze zalapali sie najpierw na rok z Bi, a nastepnie z Kokusiem. Potem wszyscy zostali rozdzieleni do dwoch roznych szkol, ale po naszej przeprowadzce znalezli sie w tej samej. Bi jest o rok starsza, ale Nik juz drugi raz pod rzad trafil do tej samej klasy co chlopiec. Oboje blizniaki za to codziennie czekaja na autobus pod naszym domem, mimo, ze mieszkaja w innym sasiedztwie. ;) Ich mama jest nauczycielka w innej szkole i zeby zdazyc na czas, podwozi dzieci do naszej sasiadki. Taka to pokomplikowana znajomosc. :D W kazdym razie chlopiec zaprosil Nika jako ulubionego kumpla z klasy, natomiast kilka dni pozniej dziewczynka zaprosila Bi, tak przypadkiem. ;) Blizniaki mieszkaja w chalupie z basenem, a ze pogoda dopisala, kilkanascioro malolatow wyszlo z wody tylko na szybki kawalek pizzy oraz babeczke. :)


Poczatkowo mialy byc tylko zraszacze i planowalam odstawic Potworki i wrocic po nich za 2 godziny. Kiedy dostalam maila, ze jednak otwieraja dla dzieci basen stwierdzilam, ze nie ma mowy, zebym zostawila ich w wodzie samych. Pomyslalam, ze dwoje doroslych w zyciu nie upilnuje kilkanasciorga malych wariatow, z ktorych niektore (w tym Nik) wcale dobrze nie plywaja. Okazalo sie jednak, ze bylam tylko jedna z trzech takich histerycznych matek. Reszta nie miala oporow, zeby zostawic dzieciaki pod opieka gospodarzy. :D
W kazdym razie, zabawe dzieci mialy przednia. Jak napisalam wyzej, praktycznie nie wyszli z wody przez calutkie 2 godziny, mimo, ze tak naprawde tylko tydzien wczesniej zrobilo sie w koncu cieplo i ta byla raczej lodowata! :)

Jak widzicie, piatek byl intensywny i nic dziwnego, ze po imprezie Nik dal jasno do zrozumienia swoim zachowaniem, ze ma dosc. :) Przyjecie bylo od 18 do 20, ale wiadomo, ze dzieciaki nie mialy dosc zabawy i po wyciagnieciu z basenu, rzucily sie na trawnik, zeby jeszcze chociaz pokopac przez chwile pilke. Tu juz ktos chwycil fajniejsze zabawki pierwszy, ktos inny nie chcial sie podzielic i wybuchly pierwsze konflikty, Nik sie poplakal i czym predzej zgarnelam Potwory do domu. Kokus ryczal cala droge (na szczescie to tylko niecale 10 minut), ze jak ktos osmielil sie z nim nie podzielic upatrzona zabawka! :D Kiedy jednak przekroczyl prog domu, jasne bylo, ze po prostu jest wymordowany, bo oswiadczyl, ze nie chce jesc, ani pic, tylko chce sie klasc spac.
Za duzo wrazen jak na jeden dzien. :)

Niestety, w sobote nie dane bylo nam odsapnac po intensywnym piatku. Tego dnia bowiem w Polskiej Szkole odbylo sie uroczyste zakonczenie roku szkolnego.

Na galowo z upominkami dla wychowawczyn :)

I bylo "uroczyste" az za bardzo. Czasem stwierdzam, ze w tej szkole wiele rzeczy jest "za bardzo", a juz na pewno z wielka pompa. ;)
Cale szczescie zakonczenie nie bylo na 8:30, jak zwykle lekcje. :D Rozpoczynalo sie msza w jednym z polskich kosciolow o 9. I tu nie rozumiem. Szkola jest jak najbardziej swiecka, a i ropoczecie roku i zakonczenie, zawsze zaczynaja msza swieta. Ja nie pojechalam i nie zaluje. Dojechalam z Potworkami troche po 10 rano i zasiedlismy w auli, gdzie ludzie dopiero zaczeli sie schodzic. Teraz, z perspektywy czasu stwierdzam, ze nawet ta 10 rano to bylo za wczesnie. Nie bylo konkretnej godziny rozpoczecia na sali, wszystko sie przedluzalo, przesuwalo i tak naprawde zanim sie zaczelo, dzieci mialy dosc. Uroczystosc zaczela sie dopiero przed 11 i... porazka. Spodziewalam sie przemowy pani dyrektor oraz pani prezes i rozeslania dzieci do klas. Na poczatku bylo ok. Poczet sztandarowy, spiewanie hymnu polskiego i amerykanskiego, wystep grupy tanecznej, itd. Tymczasem juz po chwili okazalo sie, ze zakonczenie to tylko wstep do uroczystosci pozegnania 8 klas oraz klasy licealnej. Osme klasy zatanczyly poloneza, bardzo ladnie zreszta, ale to byl najdluzszy polonez jakiego w zyciu widzialam...

Wyglada niczym chaos, ale to taki skomplikowany uklad

Potem klasa licealna mialy swoj wlasny taniec. Nastepnie specjalnie do odchodzacej ze szkoly mlodziezy pani dyrektor miala osobna przemowe. Przez kolejne minuty przemawiali reprezentanci klas, dziekujac szkole, zarzadowi, rodzicom, babciom, ciotkom, kolegom z lawki i Bog wie komu jeszcze. Tu juz zaczynalam byc zla, a Potworki dopytywac sie ile jeszcze. Niestety, nastepnie osme klasy zaczely spiewac rzewna piosenke, a w tle pokazywano ich zdjecia zrobione na roznych uroczystosciach w minionym roku. Kiedy nastepnie spiewac o pozegnaniu rozpoczeli licealisci, gula skoczyla mi juz konkretnie. A jak zaczeli wywolywac osmoklasistow po kolei, kazdego z osobna, do odebrania dyplomow, skapitulowalam i zabralam Potworki z sali. Okazalo sie, ze nie ja jedna, bo w korytarzu stalo juz sporo osob, ktore uznaly, ze ile, do cholery, mozna. W tym momencie zrobilo sie juz poludnie! :O
Ludzie kochani! Nie wiem, kto to wymyslil. Rozumiem, ze dla mlodziezy oraz rodzicow, ktorych dzieci koncza te szkole to wazna uroczystosc, ale uwazam, ze pozegnanie najstarszych klas powinno odbyc sie osobno. Nie wiem co to za problem ustalic, ze zakonczenie roku dla klas 0-VII jest na 10, a dla klas VIII oraz liceum, pozegnanie bedzie o 11? A wlasciwie to wiem. Na drodze zapewne stoi wspomniana wczesniej msza swieta i fakt, ze najstarsze klasy beda musialy poczekac na swoja kolej. No coz, dla mnie ta msza jest zupelnie zbedna. W kolejnym roku, wiedzac czego sie spodziewac, zamierzam dopytac czy ma to tak samo wygladac. Jesli tak, to ja spokojnie przyjade z Potworkami na 11:30, jak nie pozniej. Nie ma sensu meczyc ani ich, ani siebie. ;)
Kiedy w koncu uroczystosc na sali laskawie sie skonczyla, dzieciaki mogly przejsc do klas. Najpierw pobieglam do klasy Bi, ktora wreczyla pani ciasteczkowy bukiecik i dostala drobne upominki oraz najprawdziwsze swiadectwo! :D


Nie dziwcie sie, ze sie podniecam, ale tutaj nie ma swiadectw jako takich. Dostaje raporty mailowo, jako elektorniczny dokument, gdzie wypisane sa tylko wyniki w nauce oraz pare slow od wychowawczyni i ktory musze sobie sama wydrukowac!. :) Ani oficjalnych pieczatek, ani nawet podpisu, nic. Dlatego usmiechnelam sie widzac cos, co przypomina polskie swiadectwa, ktore kiedys sama przynosilam do domu. :)

Swiadectwo, hej! :D

Nastepnie pobieglismy do klasy Kokusia, gdzie pani urzadzila swoje wlasne przemowienie, uroczyscie wzywala kazde dziecko do biurka, a tam wreczala im upominki oraz dyplomy. :)

Nik wyglada jakby chcial z tamtad uciec! :D

Kokus zakonczyl zerowke ;)

I tak zakonczyl sie pierwszy rok Potworkow w Polskiej Szkole. Czy warto bylo? Dla nich, nie wiem. Na pewno cos tam lykneli, na pewno dodatkowo posluchali mowy ojczystej. Mieli calkiem sporo atrakcji oraz uroczystosci. Nik wiem, ze bardzo lubil swoja pania i chodzil tam chetnie wlasnie dla niej. Bi rowniez miala mila pania, ktora jednak sporo wymagala. Do tego dodac, ze Starsza jakos nie mogla zzyc sie z grupa i w efekcie szkoly nie lubila. Ja sama jednak poznalam trzy bardzo fajne dziewczyny, z ktorymi mam nadzieje, ze bede utrzymywac w miare regularny kontakt, wiec zaliczam Polska Szkole na plus. ;)

Wlasnie w sobote po poludniu przyjechala do mnie jedna z kolezanek poznanych w owej szkole. Jej syn jest z Kokusiem w klasie, ale choc chlopaki widzieli sie tez juz kilka razy poza nia, to akurat tego dnia nie mogli sie zupelnie dogadac. Byli u nas 2 godziny i z tego moze ostatnie 15 minut to byla ladna zabawa, a tak to caly czas wzajemne dokuczanie oraz skarzenie. :/ Musze niestety przyznac, ze duzo bylo w tym winy Kokusia, ktory za cholere nie chcial podzielic sie zabawkami. W rezultacie, maly M., wkurzony, np. pryskal mu z pistoletu wodnego prosto w buzie, Nik zaczynal plakac, a my z J. nie moglysmy sie spokojnie nagadac... :/ Mysle, ze intensywny tydzien dawal juz o sobie konkretnie znac i Kokusiowi zupelnie puszczaly emocje. Niestety, przy okazji mi nieco puszczaly nerwy i Mlody zgarnal kilka razy ochrzan.

W kazdym razie, w koncu w niedziele nadszedl spokojny dzien, gdzie nic nie "musialam". Co za ulga! Z rozkosza nawet posprzatalam obie gorne lazienki! :D Pojechalam tez w koncu kupic kwiatki do doniczek. Prawie polowa czerwca, a u mnie pustki! Teraz w koncu wszystko posadzone, ale ze jest dosc pozno, nie wiem czy rozrosnie sie jak trzeba, szczegolnie, ze jak na zawolanie zrobilo sie chlodniej i deszczowo... :/
A przy sadzeniu kwiatkow wokol skrzynki pocztowej, nagle cos (malego na szczescie) wyskoczylo z chwastow! Z zaskoczenia az podskoczylam i malo nie klapnelam na dupsko (to by widok mieli sasiedzi)! :)


Calkiem spora ropuszka byla potem przekladana z rak do rak przez Bi oraz Kokusia i krzyzowalam palce zeby przezyla te "pieszczoty". Na koniec nie mogli sie z nia pozegnac i niemal calowali ja ze smutkiem. Ropucha glupia nie byla, bo kiedy w koncu Bi wypuscila ja w trawe, a po minucie stwierdzila, ze jednak pojdzie jeszcze raz sprawdzic jak sobie radzi, juz jej nie bylo. :D

A. Mialo jeszcze o koncach byc. :)
Dla Potworkow juz w srode skonczyl sie kolejny rok szkolny. Wczesnie w tym roku, bo nasze miasteczko mialo niewiele dni, kiedy szkoly zamkniete byly z powodu pogody.
Jak wspomnialam wyzej, nie ma tu uroczystego rozdania swiadectw, bo raporty przysylane sa zwyczajnie mailem. :) Co za tym idzie, w wiekszosci szkol nie ma zadnej uroczystosci zwiazanej z pozegnaniem szkoly. Po prostu niemal normalny dzien, choc juz bez nauki, tylko z zabawa i o 2 godziny krotszy.

Ostatnie zdjecie naszego przystanku w takim skladzie. Od nastepnego roku, najstarsza dziewczynka przechodzi do szkoly wyzej, a blizniaki beda chodzic rano na swietlice

Tak bylo w starej szkole Potworkow, w nowej jednak maja swoje tradycyjne "clap-in" zarowno na poczatek, jak i na koniec roku. Polega ono na tym, ze po krociutkiej przemowie pani dyrektor oraz przysiegach ("Pledge of allegiance" oraz osobnej przysiedze szkolnej), kazda klasa jest przez dyrektorke kolejno wywolywana i wchodzi do szkoly po chodniku niczym po czerwonym dywanie, przy akompaniamencie oklaskow zebranych rodzicow. :)

"Wklaskuje" Kokusia :D

W zeszlym roku odpuscilam sobie, ale po obejrzeniu tego calego "clap-in" na rozpoczeciu roku i stwierdzeniu, ze to jednak calkiem sympatyczna tradycja, postanowilam sie przejechac.

A tu klasa Bi wkracza w mury ostatni raz w tym roku szkolnym :)

Potem pojechalam do pracy, a poznym rankiem musialam ponownie zawitac do szkoly, jako ze zglosilam sie do pomocy przy nakladaniu II Klasom lodow. Kiedy sie zglaszalam, myslalam, ze to tylko dla klasy Bi i lekko sie zdziwilam kiedy musialam nakladac waniliowe lody prawie setce 8-latkow. :D Starsza jednak zachwycona byla moja obecnoscia, wiec warto bylo. :)


Klasy I nie mialy lodow, ale za to lunch jedli na plazowych recznikach rozlozonych na trawie. :) Tu jednak nauczycielka Kokusia zaznaczyla, zeby rodzice nie przychodzili, bowiem to byl jej ostatni dzien, zeby pobyc z dziecmi.

Jak zawsze przy tej okazji jest mi rzewnie i wzdycham nad uplywem czasu. Koniec roku szkolnego, nawet bardziej niz Nowy Rok uswiadamia mi, jak szybko dorastaja moje dzieci. Uwierzycie, ze po wakacjach Bi idzie juz do III klasy, a Nik do II?! Do trzeciej i drugiej! Nie dociera to do mnie...

Jak konce, to i poczatki. Od poniedzialku Potworki zaczynaja summer camp, czyli polski odpowiednik polkoloni. To ich pierwszy raz. Najpierw wakacje spedzali z dawna opiekunka. Dwa lata temu M. pracowal na druga zmiane, wiec wymienialismy sie opieka jak za dawnych, niemowlecych czasow. :) A rok temu, jesli pamietacie, wakacje spedzili u nas tescie. W to lato jednak nie ma zadnej z tych opcji, zostaja wiec polkolonie... Martwie sie, bo to pierwszy raz. Zastanawiam sie czy im sie spodoba, czy szybko przywykna do nowego otoczenia, dzieci, opiekunow? Czy bedzie im tam dobrze? Tyle niewiadomych...

poniedziałek, 10 czerwca 2019

Szesc + szesc

Czyli Nik skonczyl 6 i pol roku! :)


Mam pustke w glowie... Kolejne polrocze smignelo sobie tak szybko, ze nie wylapalam zadnych wiekszych zmian w Kokusiu...

A nie, przepraszam. Wlasnie przypomnialam sobie, ze wkrotce po ukonczeniu 6 lat, Nik "wymienil" dwie dolne jedyneczki na stale. Poki co jednak nic nowego sie nie "kiwa", wiec na kolejna wizyte Wrozki Zebuszki przyjdzie mu troche poczekac. ;)

Skoro pisze o zebach, to w ostatnim polroczu Nik zaliczyl tez swoj pierwszy ubytek. Tu nie ma sie czym chwalic, ale za to leczenie zabka, Mlodszy zniosl bohatersko. Na fotelu nawet sie nie wzdrygnal, choc wczesniej troche sie denerwowal. Nie ma sie co jednak dziwic, skoro uprzednio dwa razy byl swiadkiem wrzaskow siostry na fotelu dentystycznym. Majac taki przyklad, naprawde mogl pomyslec, ze leczenie prochnicy to taki niesamowity bol i dziwie sie, ze nie musialam go do dentysty ciagnac sila. ;) A "po" sam stwierdzil zdziwiony, ze nie wie, dlaczego Bi tak plakala. :D

Mam wrazenie, ze Nik robi sie nieco sprawniejszy fizycznie. Nie tylko jezdzi na rowerze niczym szogun (na kempingu nauczyl sie jezdzic... bez trzymania kierwonicy!):

Fota na dowod

...ale tez szybko biega (poprzednio pisalam, ze na biegu charytatywnym dobiegl czwarty ze wszystkich pierwszoklasistow), a na drabinkach czy hustwkach wyczynia akrobacje na rowni z Bi. No i zima zapierniczal na nartach niczym profesjonalista! :D I tylko plywanie nadal idzie mu srednio, bo zamiast plynac eleganckim kraulem, Nik mieli wode "na pieska", a zamiast zabka, macha nogami bez koordynacji, wypychajac dupke nad wode. :D Jeden z instruktorow powiedzial mi jednak kiedys, ze chlopcom ogolnie trudniej przychodzi plywanie, wiec mam nadzieje, ze za jakis czas sie chlopak wyrobi. :)

Jak na szesciolatka konczacego pierwsza klase, Nik pisze calkiem - calkiem (zeby mu sie chcialo jeszcze rozwijac wypowiedzi! :D) i naprawde swietnie czyta. Z matematyka radzi sobie rowniez niezle, choc ma tendencje do robienia "glupich" bledow i np. w pospiechu zamiast odejmowac, dodaje. ;)
Ogolnie, mimo ze najmlodszy w klasie, w ogole nie odstaje od kolegow i jest raczej lubiany, bo co i rusz slysze ze ktorys kolega chcialby umowic sie z nim na wspolna zabawe. ;)
Z drugiej strony, byla ostatnio u mnie kolezanka z synkiem o rok starszym. Chlopaki sa razem w klasie w Polskiej Szkole, widzieli sie juz kilka razy na gruncie "prywatnym", ale tamtego dnia nie mogli sie jakos dogadac. Nik za cholere nie chcial sie dzielic zabawkami, a M., czy to w odwecie, czy po prostu majac gorszy dzien, dokuczal mu, np. strzelajac z pistoletu na wode prosto w buzie. W rezultacie, tamten ciagle przychodzil na skarge, a Nik sie kilka razy poplakal. A my nie moglysmy nawet w spokoju pogadac, bo caly czas trzeba bylo pacyfikowac to jednego, to drugiego.
Czyli Nik jest kolezenski, ale na wlasnym gruncie broni terenu. ;) Wiecie jak to jest. Zabawka moze lezec tygodniami w pudle, ale jak tylko wyjmie ja kumpel (lub siostra, hehe) to nagle robi sie mega atrakcyjna. :D

Zajecia plastyczne to zdecydowanie nie jest konik Nika, ale kiedy musi, potrafi sie nawet przylozyc i calkiem fajnie mu to wychodzi. Np. ostatnio wypisywal kartke urodzinowa dla kolegi z klasy.


W szkole, z okazji urodzin jakiegos dziecka, w I klasach, kazdy uczen wypisuje taka strone, a nauczycielka spina potem te kartki w pamiatkowa ksiazke. :) Jak widac, kolega Kokusia uwielbia Ninja Turtles. ;)

Nie mam pojecia jak Nik radzi sobie na muzyce, ale dosc czesto zdarza mu sie podspiewywac pod nosem i jak na moje, niewprawne ucho, spiewa calkiem czysto. W przyszlym roku moze podjac nauke gry na instrumencie w szkole i choc na poczatku upieral sie, ze nie chce, w koncu zdecydowal sie na... wiolonczele! :D Szczerze, to nie moge sobie wyobrazic malego Kokusia taszczacego wielki pokrowiec z instrumentem, nawet pomimo, ze te sa dobierane do wieku i rozmiarow dziecka. ;)

Jak pisalam ostatnio, Nik w koncu nauczyl sie uzywac wyobrazni i bawic zabawkami odgrywajac wymyslone role. Najczesciej bawi sie tak z siostra, ale kilka razy przylapalam go, kiedy obudzil sie przed wszystkimi i siedzial grzecznie w pokoju, bawiac sie figurkami z Lego.

Nik jest nadal strasznym pieszczochem i przytulasem. Przed wejsciem do autobusu szkolnego, tuli mnie i caluje, zupelnie nie krepujac sie, ze patrza na to kolega i kolezanki. Podobnie, kiedy w piatek zostalam w jego klasie po wystepach (o tym w kolejnym poscie) bez oporow wdrapal mi sie na rece i nie zwazal, ze koledzy ciagna go za nogawki i namawiaja do zabawy. Taki maminy syneczek. ;) W kosciele, kiedy nudzi mu sie i zaczyna sie juz za bardzo wiercic i/lub gadac, wystaczy drapac po pleckach, a Nik natychmiast siada bez ruchu z bloga minka. ;)

Jest niesamowicie pomocny i az rwie sie do pracy. Oczywiscie takiej, ktorej nikt od 6-latka nie oczekuje. Kiedy bowiem poprosze o pozbieranie zabawek, to olaboga! To tak ciezko, a on jest taki malutki! Ale pozamiatac podjazd miotla dwa razy od siebie dluzsza? Prosze bardzo. Pozbierac powyrywane przez matke chwasty, wrzucic na taczke, po czym przejechac ta wielka taczka przez caly ogrod (ktory jest na wzgorzu, wiec albo trzeba sie nasapac pod gore, albo mocno trzymac taczke, bo ucieknie w dol z ladunkiem), wjechac do lasku i tam wyrzucic zawartosc? Nie ma sprawy. ;) To Nik najchetniej zbiera z ogrodu galezie, ktore wiatr stracil z drzew. Rowniez on zbiega do garazu ochoczo kiedy przyjezdzam z zakupow i upiera sie zeby pomoc mi taszczyc siatki na gore. :) Kiedy M. kosi trawe, chodzi za nim krok w krok, a ostatnio nawet kawalek sam (w asyscie taty) skosil, mimo, ze ledwie jest w stanie pchnac nasza kosiarke. ;)

Jeszcze z 2-3 lata i mozna bedzie mu rzucic "dam ci $20 jak skosisz trawnik" :D

Idealnie na "pol-urodziny" doczekal sie strzyzenia. Sam juz o to prosil, bo odkad zrobilo sie troszke cieplej, strasznie sie pocil, drapal po glowie, itd. Ja za to nie moglam dodzwonic sie do fryzjerki, ktora zawsze go strzygla. W koncu M. sie wkurzyl i stwierdzil, ze zrobi to sam. Kokusiowi musialo byc juz faktycznie niewygodnie, bo zawsze upieral sie, ze on tylko pani Gosi da sie obciac, a tym razem, na propozycje taty, zgodzil sie natychmiast. :D W ten sposob, moj maly "hobbitek" przeszedl z tego:

Ja go tak strasznie lubie w dluzszych wloskach...

Do tego:

Zegnajcie kudelki, chlip...

A ja jak zwykle potrzebuje kilku dni zeby sie przyzwyczaic. :)

Poprawily sie Kokusia stosunki z... nie, nie z siostra, tu nadal sa wzloty i upadki z przewaga tych pierwszych, ale z... Maya. Jeszcze do niedawna, najwieksze ciegi Nik lapal za dokuczanie psu. Niewiadomo skad, bo Nik jest ogolnie bardzo wrazliwym i przyjacielskim dzieckiem, Mlodszy lubil znienacka pociagnac psa to za ogon, to za lape... Nasz siersciuch jest naprawde najcierpliwszym psem pod sloncem, ze jeszcze nigdy nie wyszczerzyl na niego zebow. Biedna Maya najczesciej tylko zapiszczy, a Nik zbiera kary. I zupelnie nie moge dojsc skad w ogole ma taki odruch dokuczania, bo to typ, ktory jesli nieopatrznie trafi na film przyrodniczy gdzie, no coz, zwierzeta na siebie poluja, zaczyna plakac. Ale swojemu wlasnemu psu robi krzywde i to juz mu nie przeszkadza. Ot, taki fenomen.

Zdjecie autorstwa Bi. Ostatnio naprawde nie moge spuscic telefonu z oka, bo przechwytuja go i pstrykaja sobie nawzajem foty :D

Nik nadal jest raczej niesmialy, ale wyraznie nabiera pewnosci siebie. Na koniec wspomnianej wyzej prezentacji dla rodzicow w szkole, wlasnie jego pani wybrala na przeczytanie koncowych podziekowan dla rodzicow, dwojki klasowej oraz pomocy nauczyciela. Bylam milo zaskoczona, bo to Bi raczej rwie sie do popisow. Nik, wzorem swojej mamuski, najlepiej stalby gdzies z tylu i wtapial sie w tlo. ;) No i zla jestem na siebie, ze mnie to ominelo! Zaraz po wystepie grupy Kokusia, popedzilam bowiem do klasy Bi, na jej prezentacje. Gdybym wiedziala, ze Nik bedzie mial wystep "solo", zostalabym do konca, tym bardziej, ze u Bi nie bylo scislej kolejnosci i mogla spokojnie przeczytac swoj tekst na samym koncu. No trudno. O wystepie na koniec dowiedzialam sie tylko dlatego (ani Nik, ani nauczycielka nie wspomnieli nic o tym), ze wychowawczyni wyslala link z cala prezentacja klasy. Niestety, mimo ze wrzucony na YouTube, jest chroniony i nie mogle nawet go przegrac. :/ Nagralam kawalek koncowej przemowy Nika telefonem, zeby miec ja dla siebie, ale jakosc jest gorzej niz marna. :(

Tutaj tak nie rzuca sie w oczy, ale ogladajac nagranie widac od razu, ze przegrane zostalo z ekranu :/

Bede musiala jakos to przelknac. ;)

Na koniec wrzucam dwa zapamietane z kempingu teksciory.
Nik jak wiadomo, mowi glownie po angielsku, chociaz "przycisniety" potrafi wypowiedziec sie po polsku. Czasem jednak tlumaczenie sprawia mu lekkie klopoty. I tak, akurat kiedy bylismy na majowce, wypadal polski Dzien Matki. Tlumaczylam mu to, wyjasniajac dlaczego M. dzwoni do tesciowej. Tutaj Dzien Matki wypadal dwa tygodnie wczesniej, wiec Potworki traktowaly to jako fenomen. :)
Mowie wiec, ze dzis jest Dzien Matki w Polsce, a Kokus upewnia sie zdziwiony:

"Dzien Matki's Day?" :D

Tak sie zlozylo, ze kolejnego dnia wypadalo u nas swieto Memorial Day, upamietniajace zolniezy, ktorzy zgineli sluzac ojczyznie. Potworki zaczynaja sie juz zywiej interesowac swiatem, chca poznac szczegoly roznych spraw, dopytywali wiec dlaczego nie maja tego dnia szkoly i o co w ogole chodzi w tym calym swiecie. Tlumaczylam wiec cierpliwie, ze to dzien, w ktorym pamietamy o zolnierzach, ktorzy bronili naszego kraju. Tlumaczenie z polskiego na angielski okazuje sie jednak podchwytliwe, bo kiedy Nik, swoim zwyczajem upewnia sie, ze dobrze zrozumial, wychodzi mu:

"They defeated our country?"

Nieee, no nasi wlasni zolnierze raczej naszego kraju nie pokonali, ale na usprawiedliwienie Kokusia trzeba przyznac, ze "defeated" brzmi dosc podobnie do "defended". :D

I to tyle o 6-i-pol-letnim Kokusiu. Gdybym miala zawieszona miarke, wrzucilabym chociaz jego aktualny wzrost. Niestety, miarka nadal, po ponad 15 miesiacach od przeprowadzki, lezy sobie w ktoryms pudle. :D

czwartek, 6 czerwca 2019

Ogrodowo i nie tylko

Nadszedl nieuchronnie czas, kiedy nie mam (prawie) o czym napisac. :D
Poprzedni, po-kempingowy tydzien minal zwyczajnie, na biegu miedzy szkola, domem i praca. Jak zwykle. Obecny tydzien to juz ostra jazda bez trzymanki, wiec teoryzuje, ze miniony to byla cisza przed burza. ;)
Znaczy sie, w pracy byla nerwowka i zapieprz, ale nie beda Wam przeciez o robocie pisac bo to nuuudy. ;) W swerze domowej jednak, wyjatkowo nie dzialo sie nic specjalnego.

Aha. Zaczne od tego, ze "rzyganko", ktore Bi zafundowala mi w piatek wieczorem, okazalo sie, na szczescie, jednorazowe. W nocy juz sie nie powtorzylo, a dziecko w sobote wstalo zadowolone, glodne i z checia, zeby jechac na trening. Zaden z pozostalych czlonkow  rodziny (odpukac!) nie mial przypadlosci zoladkowych, wiec wyglada, ze cos Bi zwyczajnie zaszkodzilo. Co? Niewiadomo, bo jadla wszystko to, co reszta rodziny i twierdzi, ze w szkole nikt jej niczym nie czestowal. Nie mam wiec pojecia co moglo wywolac bol brzucha i wymioty, ale najwazniejsze, ze wszystko przeszlo bez sladu.

W sobote byl oczywiscie dzien dziecka. Tutaj sie go nie obchodzi, ale ze ja lubie kultywowac nasze polskie tradycje, to praktycznie co roku cos z tej okazji Potworki dostaja.
Po powrocie z basenu, kazalam dzieciarni zamknac oczy i nie podgladac, po czym przynioslam im upominki. Tym razem troche zaszalalam, zwykle bowiem to byly naprawde drobiazgi, np. wiatraczki wydmuchujace banki mydlane, czy cos w tym stylu. Tym razem Potworki dostaly po ksiazce z ulubionych serii ("Ready Freddy" dla Kokusia, "Secret Rescuers" dla Bi) oraz po jaju z "glutem", w ktorym zanurzone sa czesci figurki.

Rozczochraniec pobasenowy ;)

Wiadomo, dzieciaki (przynajmniej moje) kochaja glutki, a tu jeszcze dodatkowo zabawka, ha! Trzeba kazda czesc wydobyc z ciagnacego sie gluta, po czym zlozyc figurke do kupy. Nik ma juz dwa smoko - stwory z podobnej serii (Breakout Beasts), a tym razem postawilam na nieco przyjemniejsze dla oka "Crystal Creatures". Nik na poczatku cos tam komentowal, ze to "dziewczynskie", ale ze nie ociekaja ani rozem, ani brokatem, uznalam, ze mu nie zaszkodza.

Glucior :D

I faktycznie, koniec koncow Nik jest szczerze zachwycony swoim jednorozcem. Rowniez jednorozco - pegaz trafil sie Bi, wiec obydwoje zadowoleni. Po poskladaniu w calosc figurki, zostaje jeszcze glutek, ktory mozna trzymac w jaju - opakowaniu, wiec zabawka ma kilka zastosowan. Akurat te figurki wiedzialam, ze beda hitem, bowiem Potworki od kilku tygodni braly lalki Bi oraz te wczesniejsze smokopodobne cos Nika i bawily sie w "Barbie and dragons". Nie pytajcie mnie na czym dokladnie ta zabawa polega. W skrocie, smoki gonia Barbie, lalki uciekaja, smoki okazuja sie przyjacielskie, Barbie sie do nich przekonuja i wszyscy lataja po domu dlugo i szczesliwie. Teraz zabawa ewoluowala w "Barbie and unicorns". :D Cieszy mnie to, bo Nik zaczyna odkrywac, ze mozna bawic sie czyms, co samo nie jezdzi, nie swieci i nie halasuje. Do niedawna bowiem, Mlodszy tolerowal wylacznie jezdzace auta, ruszajace sie robociki, itd. Oczywiscie wszystko eksploatowal na maksa wyczerpujac jedna baterie po drugiej, a potem podlaczal cala kolekcje do ladowania i chodzil markotnie po domu, proszac o tableta. Kiedy odmawialam tlumaczac, ze na tableta maja wyznaczony czas wieczorem i wskazywalam pudla z innymi zabawkami, chlipal, ze on nie umie sie bawic "figurines". :O I faktycznie, jakos ostatnio przestalo go interesowac urzadzanie wyscigow samochodzikom, a figurkami jakos nie potrafil odgrywac scenek. Na szczescie, od czego ma sie starsza siostre. :) troche to zajelo, ale w koncu Nik zaczal bawic sie z nia albo swoim Lego, albo wlasnie w te "Barbie i smoki". Przylapalam go nawet kilka razy kiedy sam siadal w kacie i ukladal scenariusze dla swoich dinozaurowych figurek Lego (ma kilka zestawowo z serii Jurassic World). :)

Ostatnim upominkiem byly male projektory, ktore podpatrzylam kiedys u Mamatu. Tak jak sie spodziewalam, rowniez staly sie hitem. To takie projektorki na baterie, rozmiaru i ksztaltu latarki, w ktore mozna wlozyc klisze ze zdjeciami. Bi dostala zdjecia z syrenkami oraz jednorozcami (ktore sa aktualnym hitem), a Nik z morskimi zwierzetami oraz dinozaurami. Teraz po wieczornym czytaniu, oboje jeszcze lezac w lozkach, wyswietlaja sobie obrazki na suficie. :)

Rowniez w sobote rano, zabralam Potworki do biblioteki. To juz moze mniej z okazji Dnia Dziecka gdyz bywamy tam bardzo regularnie, ale troche tez, bowiem pojechalam z nimi o okreslonej godzinie, zeby zalapali sie na przejazdzke na koniku. Biblioteka ma takiego mechanicznego konia, jakie czasem widuje sie w supermarketach.

Bi zachwycona, chociaz robi sie pomalu na tego konika za duza ;)

Tego jednak wlaczaja tylko na godzine kazdego dnia (byc moze dlatego, ze widac, iz ma on juz swoje lata) i ostatnio Potworki nie mialy szczescia zeby trafic na odpowiedni czas. W sobote sobie nadrobili. Dodam tez, ze konik jest na zetony, ale te panie bibliotekarki rozdaja za darmo. :)

Nik za to chyba sie troche boi, ale za zadne skarby sie nie przyzna :D

Reszta weekendu, bardzo pieknego zreszta, spedzilam glownie robiac porzadki w ogrodzie. Posialam (troche pozno, wiec nie wiem czy cos wyrosnie, o zakwitnieciu nie mowiac) cynie (ktore juz 4 dni pozniej kielkuja! :O) oraz... malwy. Zamarzyly mi sie te ostatnie, chociaz wlasnie co do nich jestem najmniej pewna czy wyrosna. Narazie nic sie z gleby nie wychyla... Dosialam tez jeszcze troche kosmosow. Te rowniez "chodzily" za mna jeszcze w starym domu. Czesc zasialam kilka tygodni wczesniej i juz sobie rosnie, choc opornie. Pamietam ogrod mojej babci, pelen floksow oraz wlasnie kosmosow i marzy mi sie cos takiego...

Obecny stan warzywnika. Nie widac, ale wszystkie warzywa juz kielkuja, nawet pietrucha, o ktora zaczelam sie niepokoic. Widzicie ten delikatny zygzak po lewej, zaraz obok belki? To wlasnie pierwsza partia kosmosow, zasiana 2 tygodnie temu

Poza sianiem, ostro rwalam i przycinalam. Te rozowe serduszka (fachowo nazywa sie to chyba wlasnie Serduszka) wlasnie bowiem przekwita i zaczyna sie rozkladac, przyciskajac inne rosliny. To samo dzieje sie ze Spiderwort. To, to w ogole jest taki cholerny "chwast", ze zaczynam miec go dosc. Rozrasta sie jak glupi, a samosiejki pojawiaja sie doslownie wszedzie! Najgorsze, ze bardzo ciezko sie go kompletnie pozbyc, bowiem ma mocne korzenie, ale kruche lodygi. Probujac go wyrwac, najczesciej ulamuje sie zwyczajnie lodyge, wiec roslina kolejnej wiosny odrasta i to jeszcze wieksza. :O Musze jej przyznac, ze w poczatkowej fazie jest bardzo ladna, ladniutkie ma tez kwiatki, ktore niestety jeszcze nawet nie przekwitaja, a roslina juz zaczyna opadac. Takie, przypominajace grube, wysokie trawsko, zielsko opadajace na cala rabate, nie wyglada juz zbyt estetycznie. Rok temu troche to zaniedbalam i potem opradajace Spiderwort poprzygniatal mi floksy i kilka innych bylin. Rosly wykrzywione i rzadkie, w tym roku wiec zabralam sie za ich sciecie jak tylko zauwazylam pierwsze sygnaly. Poza tym frontowa rabata zamienila sie w dziungle i tak naprawde wszystkim wiekszym kwiatom przydalo sie ostre ciecie. Nie mowiac juz o tym, ze miedzy rabata a domem jest wyrazna przestrzen, ktora kiedys wylozono agrowloknina i posypano kamykami. Przestrzen te jednak pomalu zaczely zarastac byliny. W zeszlym roku im na to pozwolilam, zachwycona iloscia i roznorodnoscia posadzonych tam kwiatow. Tej wiosny jednak, wypowiedzialam wojne. :D Powyrywalam wszystko bez litosci i dla lepszego efektu spsikalam caly obszar srodkiem na chwasty. Ktora to kuracje musze powtorzyc, bo sporo faktycznych chwasciorow rosnie sobie dalej w najlepsze. Z wyrwanych "ofiar" tylko irysow pozalowalam i poprzesadzalam w inne miejsca. ;) I zostawilam kat wokol roz w spokoju bo latem rosnie tam caly las Rudbekii i troche mi ich szkoda. :)
Przypomnialam tez sobie, zeby przyciac astry. W zeszlym roku nie odroznilam ich na czas od floksow i wyrosly wielkie, brzydkie haberdzie, a potem balam sie ich ciac, zeby ich nie ukatrupic. :D W tym troche chyba tez sie spoznilam z przycieciem i mozliwe, ze niektore zabilam, ale trudno. ;)
Oczyscilam tez nieco obszar wokol naszych krzewow owocowych. Rosna tam kwiaty, ktore jednak tez rozrastaja sie niemozliwie i pojawiaja nawet tam gdzie ich sobie zupelnie nie zycze. Wszystkich nie wycielam, ale zrobilam przestrzen wokol krzakow jagod, maliny oraz jezyny, zeby mialy troche wiekszy dostep swiatla. Jezyna jest jeszcze malutka, ale juz zakwitla (i przekwitla). Ciekawe czy beda jakies owoce? ;) Jedna z malin padla. Na jej miejsce zasadzilismy nowa i niestety tez sterczy suchym badylem... Jagody poki co sie trzymaja, ale czy kiedys zakwitna i wydadza owoce? Do nich jakos nigdy nie mielismy szczescia...

Wypowiedzialam wiec wojne chwastom oraz zarosnietej rabacie, ale tez robactwu. Lilie bowiem juz tradycyjnie sa zjadane przez czerwone zuki, a dodatkowo na naszej placzacej brzozie z przodu domu, zalegly sie jakies cholerne gasiennice i zjadaja liscie w niemozliwym tempie. :O

Cale dwa popoludnia spedzilam sadzac, siejac, rwac, tnac i psikajac. W poniedzialek miesnie ud napierdzielaly mnie tak, ze siedziec nie moglam. :D Komarzyska tez rowno mnie pociely. I choc widze efekty i odczuwam mnostwo samozadowolenia, to chodzac wokol domu, patrze i co chwila wpada mi do glowy, ze "Jeszcze to przyciac", "I troche tu", "O, tutaj tez dobrze by bylo powyrywac". W rezultacie we wtorek znow spedzilam godzine pracujac w ogrodzie. I podejrzewam, ze konca nie bedzie (no chyba ze zima :D), bo jedne rosliny sie rozrastaja, inne przekwitaja i zaczynaja nieestetycznie wygladac i caly czas jest cos do poprawki. :)

Skoro post zrobil sie ogrodowy, to pokaze Wam co tam aktualnie w trawie piszczy. :)

Po pierwsze, irysy! Mniejsze, fioletowe:


Oraz piekne, wielkie, zolte:


To cos ma kwiaty przypominajace bez, pachnie zupelnie jak bez, ale krzak bzu kompletnie nie przypomina:


Mysle, ze to Czarny bez, ale nie mial w ogole jagod, wiec nie dam sobie reki uciac.
Jest tez takie cos:

Najpierw myslalam, ze to Alium, ale kwiatki, zamiast zmienic sie w duze kule, zostaly takie jak na zdjeciu. Ktos, cos?
Jest jeszcze takie cos:


Rowniez nie znam nazwy, choc kojarze, ze juz gdzies to widzialam. Teraz juz przekwita, ale rosnie calkiem spore, tak z pol metra od ziemi.
I kolejna ogrodnicza zagadka:


To z kolei jest malutkie, ledwwie 20-30 cm od ziemi. Kwiatki sa najpierw niebieskie (widac po prawej) ale w miare jak rosna, zmieniaja kolor na rozowy (po lewej).
Rododendrony mocno sie spoznily w tym roku, ale w koncu zakwitly. Teraz juz kwiaty zaczynaja lekko wiednac. To znaczy, w tej - zwyczajnej odmianie. Kilka krzakow bowiem zaczyna dopiero kwitnac i kwiaty ma... rozowe!

Tu "zwyklak" ;)

Na zdjeciu nie widac tego dobrze, wiec musicie mi uwierzyc na slowo, ze maja zupelnie inny odcien niz u tej pospolitej odmiany.

A tu tajemniczy "rozowiak" ;)

No i jeszcze Mountain Laurel, ktora po polsku zwie sie ponoc Kalmia szerokolistna. ;)


Wole biala odmiane, ta jest rozowa, ale calkiem ladna, wiec wrzucam. ;)
Ach! Zapomnialabym o krolowej ogrodu - piwoni! Rok temu miala kilka pakow, ale "az" jeden kwiat. ;) W tym roku pakow jest mnostwo, ale poki co tylko 3 lub 4 wygladaja okazale i daja nadzieje na kwiaty.

Wyglada obiecujaco, ale co bedzie sie okaze ;)

Niestety, oblaza je mrowki i przeczytalam, ze moze to byc sygnalem, ze sa na niej mszyce. Mszyc nie widze (rok temu byly plaga na moich rozach), ale na wszelki wypadek piwonie spryskam...

Poza tym mija chyba najbardziej zwariowany tydzien w tym roku szkolnym.
W poniedzialek Potworki braly udzial w biegu przyszkolnym, ktorego dochod przeznaczony jest na zakup koszy do koszykowki. Ja nie moglam wyjsc wczesniej, ale ze odbywal sie po lekcjach, wyslalam na bieg M., zeby popatrzyl na wyscigi i zabral potem dzieciaki do domu. Dzieci biegaly rocznikami i dystans dostosowany byl wlasnie do wieku. Klasy I mialy jedno okrazenie wokol boiska i musze pochwalic Kokusia, ze ze wszystkich pierwszoklasistow, dobiegl czwarty!

Sprinter :)

Klasy II musialy okrazyc boisko dwa razy i Bi dobiegla... jedna z ostatnich. :D M. mowi jednak, ze zamiast biec, to pod koniec sobie szla z kolezankami.

Ide sobie, gdzie bede sie spieszyc... :D

Oczywiscie Starsza nie przyznaje sie, ze zabraklo jej sportowego ducha, tylko kloci sie, ze to niesprawiedliwe, bo dlaczego drugie klasy musialy obiec boisko aaaaz dwa razy... ;) W kazdym razie nagroda za bieg byly lody rozdawane na koniec. Efektem zawodow jest to, ze Bi spalila sobie na sloncu dekold, a Nik ma chrypke po lodach zjedzonych na rozgrzane gardlo. ;)

We wtorek musialam wyjsc wczesniej z pracy, odebrac Bi ze szkoly (Nik obrazil sie, ze on musial wracac autobusem :D) i zabrac corke do dentysty. Pisalam juz chyba wczesniej, ze ulamal jej sie kawalek trzonowca? Wydawalo mi sie, ze to w tym miejscu gdzie wczesniej miala dziure, ale dentystka twierdzi, ze wczesniejszy ubytek byl z drugiej strony. Najgorsze, ze dziura zaczela sie cichcem, gleboko miedzy zebami. Nikt nic nie zauwazyl ani przy poprzedniej kontroli, ani ja przy myciu zebow. Dopiero kiedy zab sie ulamal, okazalo sie, ze ubytek jest ogromny i gleboki. Dentystka oczyscila wszystko, nadbudowala zeba, ale ostrzega, ze byla juz bardzo blisko nerwu, no i z zeba malo co zostalo, wiec niewiadomo na ile to wytrzyma. A trzonowce wypadaja dopiero okolo 11-12 roku zycia! :O Jesli cos zacznie sie dziac, to albo czeka Bi leczenie kanalowe, ktore podobno przy mleczakach czesto nieprzynosi odpowiedniego skutku, albo trzeba bedzie zeba wyrwac, co u dziecka laczy sie jednak z zalozeniem specjalnej blokady, zeby zeby nie powchodzily na to miejsce zanim wyrosnie tam staly. :/
Mi, na mysl o ktorejkolwiek opcji robi sie slabo. Juz leczenie ubytkow u Bi jest przezyciem nie na moje nerwy. Starsza to straszna panikara, ktora w dodatku ma chyba niski prog bolu, a za to strasznie lubi uzalac sie nad soba. We wtorek tez byla panika, placz, a przy podaniu znieczulenia ryk na caly gabinet. A wczesniej dentystka posmarowala jej dziasla znieczulajacym zelem, wiec przy podaniu zastrzyku mogla czuc jedynie cisnienie. Potem uparcie twierdzila, ze dalej czuje jezyk i wargi, a podanie dodatkowego znieczulania zaowocowalo oczywiscie kolejnym wrzaskiem, az wszystkie dzieciaki zaczely sie patrzec (gabinet to jedno duze pomieszczenie z 5-cioma krzeslami). Potem broda Bi latala tak, ze dentystka nie mogla nic zrobic. Dopiero po dobrych 10 minutach Bi uspokoila sie na tyle, ze mozna bylo naprawic zeba. Ech... Ten moj maly dramaturg. ;)

A! Zapomnialam napisac Wam o najwiekszym "szoku" minionego weekendu! :)
Otoz, w niedziele przyjechal moj tata, zrobilam wiec sobie przerwe od rwania zielska i ja, M. oraz dziadek siedlismy z lodami na tarasie. Po chwili dosiadly sie do nas Potworki, az nagle Bi wola: "A bear! A bear!". I faktycznie, na obrzezach ogrodu, zaraz za pierwsza linia krzewow i kwiatow, maszeruje sobie niedzwiedz! :O

Obrzeza ogrodu sa niestety mocno zarosniete, wiec slabo widac, ale po srodku mozna dostrzec czarna glowe z obroza. Najprawdopodobnie jest to nadajnik, a wiec ten "misiek" jest monitorowany przez naukowcow ;)

Najlepsze (najgorsze?), ze jeszcze 5 minut wczesniej, tam na dole bujaly sie na hustawkach Potworki! Mozna powiedziec, ze same, bo wszyscy dorosli byli wysoko na tarasie! :O
Kolejny raz przypomnialam sobie, ze mieszkamy w cholernym "niedzwiedziowie".
A w srode rano przelecial nam przez ogrod lis. Tydzien temu sasiadka widziala zas u siebie kojota. :O Czasem zastanawiam sie czy ja rzeczywiscie mieszkam na obrzezach miasta, czy to tylko matrix... :D

I na tym lepiej skoncze, mimo, ze doszlam do wtorku, a dzis mamy juz prawie piatek (za pol godziny polnoc :D). Znow wyszedl tasiemiec, wiec nie bede Was przemeczac. :)
Milego weekendu!

piątek, 31 maja 2019

Majowka

I juz po naszej majowce, a przy okazji otwarciu sezonu kempingowego! :)

Nik o cos niezadowolony. Nie pytajcie mnie co go ugryzlo... Wyparlam to z pamieci :D

Jak bylo? Tradycyjnie - fajnie, choc zawsze znajdzie sie jakies "ale". Przeciez nie moze byc tak zebysmy jednoczesnie wszyscy byli zdrowi i pogoda dopisala, c'nie? Jeszcze by nam sie w doopach poprzewracalo od nadmiaru dobrobytu. ;)

Juz w czwartek mialam wrazenie, ze Kokusiowi cos furczy w nosku. W piatek, czyli w dzien wyjazdu, byl wyraznie przytkany... Jak zawsze dylemat. Jechac, ryzykowac doprawienie, czy odwolac wyjazd. No ale odwolac z powodu... kataru? To troche smieszne, chociaz z Kokusiowa tendencja do przechodzenia niezytu nosa w zapalenie ucha, wcale nie nieuzasadnione. Nafaszerowalam dziecko witamina C i pojechalismy. Zeby bylo smieszniej, w sobote Nik wydawal sie juz w pelni zdrowy, natomiast to Bi zaczela miec wyraznie zatkany nos. Coz... Zapodalam konska dawke witaminy C z kolei corce i chociaz nadal jest lekko "przytkana", to poki co sie nie rozlozyla. Nawet pomimo jedzenia lodow, moczenia nog w lodowatym jeziorze oraz spedzenia calych trzech dni na dworze. A moze dzieki temu? ;)

Okazalo sie jednak, ze dzieciece przypadlosci to nic. Powinnam byla bardziej uwazac na meza! Ktorego rozlozylo i to fest. Tym razem nie bylo to slynne, meskie "umieranie" na katar. ;) W niedziele malzonka mego zaczely bolec... zeby. Ma on na gorze koronki, o ktorych dentysta juz od kilku lat mowi mu, ze sa do usuniecia i powinien na ich miejsce wstawic implanty. Ale M. sie opieral (wcale mu sie nie dziwie) i czekal i czekal... Az sie doigral. ;)
W miare jednak jak uplywaly godziny, stwierdzil, ze nie jest pewien czy to konkretnie zeby. Bolala go juz bowiem cala gorna szczeka i mial lekko zmieniony glos. Przyznal, ze ostatnio jezdzil z otwartymi oknami w aucie, a temperatury skacza az milo i moglo go przewiac. W poniedzialek szczeka podobno juz praktycznie go nie bolala, za to dostal goraczki. Niestety, termometr zostal w domu wiec nie mielismy pewnosci, ale alarmujace bylo to, ze ja uciekalam z kampera, bo bylo w nim tak duszno, ze nie dalo sie oddychac, a M. twierdzil, ze mu zimno i jeszcze okrywal nogi spiworem! Wieczorem, po powrocie do domu, okazalo sie, ze ma 38.2, wiec nie wymyslal i w dzien musial miec przynajmniej stan podgoraczkowy. Pytanie tylko czy to od zebow czy rzeczywiscie przyplatalo mu sie zapalenie zatok? Po tym jak zima przy zatokach bolala mnie cala szczeka az po ucho, wcale bym sie nie dziwila. Tylko, ze u mnie zaczelo sie od kataru, ktorego to M. nie mial...
Oczywiscie bol i goraczka przyplataly sie w najgorszym czasie. Jestesmy na kempingu, daleko od cywilizacji i w dodatku w samym srodku dlugiego, swiatecznego weekendu! Malzonek wyslal maila do gabinetu dentystycznego z prosba o wizyte, ale co z tego jak nikt tam nie pracuje?
Nawiasem mowiac do dzis nikt do niego nie oddzwonil. :D

Jak mozecie sie domyslic, przez 1.5 dnia praktycznie nie mialam meza. Na szczescie dawal rade rano ogarnac dzieciaki (ktore spaly az do 8, luksus!), zebym mogla spokojnie dospac do tej 9. Co ciekawe wcale nie czulam sie bardziej wyspana... ;) Mial tez sile wieczorem rozpalac ognisko i siedziec patrzac w ogien.

Kemping bez ognicha, to nie kemping ;)

Potworki okazaly sie malo wytrzymale i choc dalam im wolna reke, same prosily zeby klasc ich spac juz o 21 - 21:30. Cieniasy. :) My z M. jednak siedzielismy "chwilke" dluzej. Tylko w niedziele poszlismy spac juz o 22 bo skonczylo nam sie drewno, a ze noce sa jeszcze chlodne, to przy ledwie tlacym sie ognisku, zrobilo sie zwyczajnie zimno. :D
Poza tym jednak, wiekszosc niedzieli oraz poniedzialku malzonek spedzil drzemiac, naprzemian na lezaku i lozku w przyczepce. Zero pozytku z niego mialam. ;)

Mimo niedyspozycji malzonka, a co za tym idzie, praktycznego braku wspolnych, rodzinnych chwil, kemping uznaje za calkiem udany. Z pogoda wygralismy po prostu w Totka, szczegolnie przy tej mokrej, zimnej wiosnie! W sobote bylo jeszcze troche chlodno, bo 18 stopni, ale za to slonecznie. W niedziele oraz poniedzialek bylo zas wrecz goraco, po 25-27 stopni! W niedziele doszla tez slynna, hamerykancka wilgotnosc, wiec powietrze w lesie wrecz "stalo". Deszcz spadl raz - w nocy z soboty na niedziele. Po prostu lepiej trafic nie moglismy, szczegolnie w porownaniu z kempingami z poprzednich dwoch lat, gdzie na niemal kazdym mielismy przynajmniej jeden deszczowy dzien. Tutaj tez udalo nam sie doslownie fuksem, bo juz nastepnego dnia po powrocie, we wtorek, caly dzien bylo zaledwie 15 stopni i z deszczem. Gdyby prognoza sie troszke przesunela, moglismy zahaczyc juz o te gorsza pogode. Na szczescie udalo nam sie wywinac. ;)
Zostawialam wiec chorego tatusia zeby mogl "dogorywac" w spokoju i ruszalam z Potworkami na runde rowerowa - a to na plac zabaw, a to nad jeziorko, a to, ot tak, pokrecic sie po kempingu. Oraz pilam hektolitry kawy. Zawsze pije jej sporo, ale tam bilam po prostu rekordy, bo swieza kawe parzylam sobie srednio co godzine. ;) I mowie Wam, nigdzie kawusia nie smakuje tak dobrze, jak pita siedzac na krzeselku turystycznym, w samym srodku nagrzanego sloncem lasu. Eleganckie kafejki z ich maciupenkimi filizaneczkami espresso, czy kubkami latte do polowy wypelnionymi pianka, moga sie schowac. ;)

Nik jak zwykle spedzil kemping z dupka przyrosnieta do siodelka :D

Nik jest bardzo chetny na jazdy rowerowe, nawet bez konkretnego celu. Wystarczy rzucic "to co, robimy koleczko?" i Mlodszy malo nie zabije sie o wlasne nogi pedzac do swojego jednosladu i w biegu zakladajac kask. Bi, mimo, ze niby tez chetna, juz po 10 minutach zaczyna jeki, ze nogi ja bola, ze jest zmeczona i ze kiedy wracamy. ;) Dla rownowagi, Starsza wywieziona na plac zabaw moze sie tam hustac, robic przewroty i inne akrobacje na drabinkach przez pol godziny, zas Nik siedzi z matka na lawce marudzac, ze slooonce go razi, ze nuuudzi mu sie i chce wracac do tatuuusia (to po cholere tam jechal?). Nie dogodzisz. :D

Bi wyciagnela zapomniane od zeszlego roku rolki, ale szlo jej raczej marnie ;)

Ogolnie jednak bylam w szoku, bo kiedy siedzielismy na naszej "miejscowce" i matka akurat dopijala jedna z kilkunastu dziennych kaw, okazalo sie, ze Potworki swietnie bawia sie razem lub osobno. Jeszcze rok temu Nik zyc nie dawal nudzac w kolko, zeby jezdzic z nim na rowerze, ciagle, bez przerwy, bez ustanku... Bi za to ciagnela do wspolnych gier albo jeczala, ze chce znalezc kolezanke, jednoczesnie nie przejawiajac zadnej checi odezwania sie do stacjonujacych obok dzieci. ;) We dwoje kompletnie nie potrafili sie bawic. Tym razem trafilismy dosc pechowo, bo cale okoliczne towarzystwo bylo w wieku mocno dojrzalym. Najmlodsze "dzieci" to juz byly nastolatki. Moze zadzialala tu magia "nowosci", bo w koncu to nasz pierwszy tegoroczny kemping, ale Potworkom brak dodatkowego towarzystwa zupelnie nie dawal sie we znaki. Nik jezdzil sobie na rowerze zataczajac koleczka po okolicznych wertepach, a Bi oddawala sie kontemplacji... mrowek. :D Mielismy szczescie i akurat wszystkie okoliczne mrowiska wypuszczaly mlode krolowe oraz samce i  Bi z fascynacja przygladala sie rojom malutkich owadow zbitych w jedna, ruszajaca sie mase. Poza tym podrzucala pod wszystkie mrowiska resztki jedzenia i patrzyla jak szybko stworzonka poradza sobie z jego utylizacja. Oooookeeeejjjj... :D

Marnie widac, wiec musicie mi uwierzyc na slowo, ze szarawy ksztalt przed Bi to zbity w kupke roj mrowek, odcinajacy sie ledwie-ledwie od bardziej brazowo - kremowego tla :D

Przez wiekszosc czasu jednak Potwory bawily sie razem! I to nie tylko razem, ale i zgodnie! :O Najczesciej grali w policjantow i "zlych ludzi" (bad guys), gdzie jedno z nich bylo tym "zlym", lub ten zaszczytny tytul trafial sie... Mai. ;) Ogolnie, niewazne kto odgrywal ktora role, zabawa polegala na ganianiu z piskiem przez okoliczne chaszcze. Moj wklad ograniczal sie tylko do psikania preparatami na odstraszenie owadow, choc musze przyznac, ze nie widzialam ani jednego kleszcza (i mam nadzieje, ze ich zwyczajnie nie przeoczylam), a komary i tak nas pogryzly. ;)

Poza tym, kilka razy zjechalam z dzieciakami nad jeziorko. O tej porze roku jest ono oczywiscie lodowate. To, ze mielismy bardzo zimna i deszczowa wiosne, na pewno temperaturze wody nie pomoglo. Mimo wszystko amatorow kapieli nie brakowalo. ;) Wiele osob wpuszczalo do lodowatej wody nawet malutkie, na oko roczne, dzieci. :O To juz typowy, hamerykancki zimny chow. :D Ja nie zamoczylam nawet duzego palca i nie moglam wrecz na to patrzec. ;) Potworki, widzac tlumy na plazy, oczywiscie tez zapragnely kapieli. Przewidujac takie okolicznosci oraz temperature wody, przezornie nawet nie zabralam ich strojow, zeby ich nie kusic. Pozwolilam im jednak zamoczyc nogi skoro tak bardzo chcieli. Nik wszedl po kostki, po czym stwierdzil, ze woda jest strasznie zimna (to ci niespodzianka!) i z niej wylazl. Bi jednak brodzila zadowolona tak gleboko, na ile pozwalala jej dlugosc spodenek, ktore zadarla az po pupe i nie mogla odzalowac, ze nie spakowalam strojow kapielowych. :D

Widzicie tych wariatow kapiacych sie w tle? :O

Co ciekawe, dwa dni po powrocie do domu, Bi wydawala sie zupelnie zdrowa, natomiast Nik mial wyrazna chrypke i od czasu do czasu musial odkaszlnac. Takie rezultaty moczenia nog w jeziorze, w maju. ;)

Oprocz tego, kupilam Potworkom zmywalny spray do malowania po asfalcie. Oczywiscie radosc byla nieziemska, ale i rozczarowanie spore, bo puszki starczyly zaledwie na kilka nieduzych obrazkow. :/

Moze malo "kempingowe" zajecie, ale najwazniejsze, ze dzieciaki zadowolone :)

A wieczorem, przy ognisku, obowiazkowe byly slynne, hamerykanckie s'mores, czyli podpiekane pianki wsuniete w grahamkowe ciastka z kawalkiem czekolady, jesli ktos nie pamieta. Slodkie to niemozebnie. Nawer Bi, nasz domowy lasuch, poprzestawala na jednym. Za to wyjatkowo smakowaly Nikowi, ktory pochlanial po dwa. ;)

S'morsiaki :)

No a powrot to oczywiscie klasyk. :D

Kokusio zawsze spi "na popielniczke". Tutaj wyjatkowo ma przymkniete usta :D

Dlugonoga sarenka i nieodlaczne konisie ;)

Zapomnialam. Jezdzac po polu kempingowym, lubimy sobie oczywiscie poogladac inne przyczepki, a tych jest do wyboru, do koloru. Namioty zazwyczaj nie przyciagaja mojej uwagi, chociaz znajda sie wyjatki. Ktoregos dnia np. wyczailam miedzy drzewami taki wynalazek:


Namiot, ale na dachu auta! :D Musze przyznac, ze to nieglupi pomysl. Daleko od chlodnego gruntu, potencjalnej wody (w razie deszczu) oraz zapewne sporej czesci pelzajacego robactwa! ;)

A na koniec kempingowych opowiesci, moj oraz M. dialog.
Pierwszy poranek na kempingu. Maz sie "ogarnia".
M.: "Gdzie dalas moj dezodorant?"
Ja: "Jest w szafce w lazience, w kosmetyczce."
M.: "W ktorej kosmetyczce?"
Ja: "Tej w kropki."
M.: "Wszystkie sa w kropki!"
Ja: "W tej najwiekszej" - odpowiadam, myslac: taaa, wszyyystkie sa w kropki, facet to nie rozpoznaje ani kolorow, ani ksztaltow...

Chwile pozniej sama zagladam do szafki, a tam:


Same kropki, czy tez kolka, jakby nie patrzec! :D

A przed majowka rodzice wzieli po pol dnia wolnego z pracy zeby zapakowac manele oraz zarcie na 3 dni, zas dzieciaki, jak pisalam ostatnio, mialy Field Day w szkole. Czyli cos na ksztalt dnia sportu. ;) Wychowawczyni Bi nie popisala sie i wyslala tylko zdjecie grupowe.

Widac, ze humory dopisywaly. Z zalozenia dzieciaki mialy miec zielone koszulki, ale jak widac niektorzy rodzice zignorowali wiadomosc ;) Bi pierwsza od lewej, w jaskrawo rozowych spodenkach

Za to pani Kokusia zasypala rodzicow chyba 30-stoma fotami. Przynajmniej mozna bylo sie przyjrzec jak Potwory spedzily popoludnie. Oboje wrocili do domu brudni, wymordowani oraz szczesliwi. To najwazniejsze. ;)

Nie pytajcie co to za konkurencja, ale Mlodszy bardzo skupiony... Klasa Kokusia byla czerwona, choc dziewczynki postawily raczej na kolor rozowy :)

Przeciaganie liny :)

To chyba byla mini rozgrywka pilki noznej. Nik to-to biegnace na pierwszym planie, czy raczej usilujace z niego uciec ;)



Na koniec konkurencja, ktora Bi podobala sie najbardziej, a Nikowi najmniej, czyli ktora klasa czybciej przeleje wode z jednego wiadra do drugiego, podajac ja sobie w wiaderku. Mozna sie bylo mocno pomoczyc i o to wlasnie chodzilo. Nik stoi na koncu i faktycznie nie wyglada na pelnego entuzjazmu ;)



Aha. We wtorek Potworki mialy ostatnie zajecia w klubie ogrodniczym (ale to zlecialo!) i przyniosly do domu wlasnorecznie zasadzone kwiatki w osobiscie pomalowanych doniczkach. :) Kwiatkom dlugiego zywota nie wroze, bo mialam juz ten gatunek pare razy. Padal po kilku tygodniach. :D

Bi pomalowala doniczke we wzor arbuza, a Nika to sa zielono - niebieskie paski :)

Weekend szykuje sie u nas piekny. Temperatury 26-27 stopni, slonce, idealnie! Mam mnostwo planow sprzataniowo - ogrodniczych. Tymczasem dzis pod wieczor, Bi zaczela narzekac na bol brzucha. Chwilami mowila, ze jej lepiej, za chwile, ze jednak gorzej... A tuz przed snem, kiedy juz lezala w lozku, znienacka zaczela plakac, ze tak strasznie ja boli, po czym... zwymiotowala. :( Na szczescie byla na tyle przytomna, ze wychylila sie z lozka, ale i tak mialam do wytarcia pol podlogi w pokoju. :/ Oczywiscie dziecko natychmiast zadowolone zawolalo, ze brzuszek "czuje sie" juz duzo lepiej. Matka zadowolona byla znacznie mniej bo to na nia padlo, zeby biegac od pietra az po garaz na poziomie piwnicy po zapas recznikow papierowych (jak na zlosc sie skonczyly) oraz wiaderko w razie kolejnych "przygod".

Zapowiada sie zajebiscie. Jesli to jakis wirus, to weekend mozemy miec przes*any. I to doslownie. :/ Atmosfera juz jest kwasna, bo uraczylam meza sarkazmem dziekujac mu za lezenie spokojnie na lozku (i nie spal, o nie) kiedy ja biegalam gora-dol przez caly dom i wycieralam rzygowiny. :/