piątek, 28 czerwca 2019

Witaj oceanie czyli kemping # 2

Przyznam sie Wam, ze z kempingow zarezerwowanych na tegoroczny sezon, to na wlasnie TEN najbardziej czekalam. :) Na tym polu kempingowym bylismy juz w zeszlym roku, gdzie po drobnej konsternacji, kiedy okazalo sie, ze pole jest malutkie, na totalnym zadupiu i nawet bez malenkiego sklepiku w razie potrzeby, zachwycila mnie bliskosc oceanu, piekna trasa rowerowa do dalszej, publicznej plazy oraz sama plaza, piaszczysta i szeroka, z cieplutka woda.
Coz, w tym roku zachwyt minal, a zostala sama konsternacja. ;) Nie zarzekam sie, ze wiecej tam nie wroce, ale dosc mocno sie rozczarowalam...

Rok temu, tak jak w tym roku, wybralismy sie tam pod koniec czerwca na 4 dni. Pamietam, ze wtedy prognozy byly kiepskie, ale ze w domu mialam tesciow, wiec z calej sily chcialam sie wyrwac. ;) Wkrecalam M. ile sie dalo, ze dziadki tez potrzebuja odpoczac kilka dni od wnukow i na szczescie dal sie namowic... A potem... dwa dni z czterech lalo, dopiero trzeciego wyszlo slonce, a na czwarty wracalismy. Kurtyna. ;)
W tym roku, pogodowo (prawie) trafilismy, jak ostatnio dosc czesto, w Totka. Poza poniedzialkiem, caly zeszly tydzien na zmiane padalo i mzylo. Temperatury tez nie powalaly, choc w dzien utrzymywaly sie ponad 20 kreskami, nie powinnam wiec moze narzekac. Juz od srody jednak, prognozy na weekend pokazywaly konsekwentnie piekne slonce i upaly. Cala wiosne mielismy raczej chlodna i bardzo deszczowa, przy tym prognozy zmienialy i nadal zmieniaja sie tak, ze ciezko nadazyc, wiec nie dowierzalam, ze poczatek lata moze nas tak milo zaskoczyc. Mimo, ze niesmialo zaczelismy planowac wyjazd, tak naprawde do piatku bylismy gotowi go odwolac. Na szczescie znow trafilo nam sie "okienko" pieknej pogody. A dlaczego "prawie" jak zaznaczylam na poczatku akapitu? A bo mielismy zostac do wtorku, a na wtorek, jak na zlosc, zapowiadali deszcze i burze. Wyjezdzalismy jednak w sobote i stwierdzilam, ze do wtorku pogoda moze sie jeszcze piec razy zmienic. I wiecie co?! Czasem szlag mnie trafia z tymi prognozami! W 99%, jak czlowiek nie chce zeby sie zmienialy, to sie zmienia, a jak! A kiedy chce sie, zeby sie zmienily (na lepsze rzecz jasna ;P), to nie ma bata, nie zmieni sie i ch*j! Dla przykladu, jeszcze w piatek pokazywali na nastepny dzien piekne slonce. A w sobote rano patrze, a tu na popoludnie "wskoczyly" burze. Jakies 30-40% procent, wiec machnelam reka, ze przejdzie bokiem. I co?! I burza zlapala nas zaraz po przyjezdzie na miejsce! A na cholerny wtorek, deszcze konsekwentnie zapowiadali juz od bodajze srody zeszlego tygodnia. Rzecz jasna, gdzie ja optymistycznie (co dla mnie jest wyczynem) zakladalam, ze sie zmieni lub chociaz przesunie, to nie przesunelo sie ani o jote. :/ I tylko M. ucieszyl sie, ze wrocimy wczesniej i zaoszczedzimy dzien urlopu. Dzieci wracaly wiec niepocieszone, ze nie moga biegac po kempingu do poznego wieczora, ja wracalam wkurzona, ze ucieka mi dzien relaksu, a na koniec nawigacja zaczela robic sobie jaja, potem wpadlismy prosto w korek w godzinach szczytu, zamiast wracac 2.5 godziny wracalismy 3.5 i wsciekl sie M. Mozecie sobie wyobrazic te gesta atmosfere w samochodzie. :D

Wracajac jednak do wypadu, w ogolnym rozrachunku zaliczam go na plus dodatni. ;) Oczywiscie byloby jeszcze fajniej gdybysmy zostali do wtorku, ale jak to mowia: "jak sie nie ma, co sie lubi, to sie lubi co sie ma".
Pierwotnie mielismy wyjezdzac juz w piatek, ale tu pamietam, ze M. marudzil cos o braniu pol dnia wolnego i pakowaniu oraz jezdzie "na wariata" i w koncu zmienilam rezerwacje na sobote. Teraz pluje sobie w brode, bo skoro ostatecznie wrocilismy do domu o dzien wczesniej, gdybysmy byli tam juz od piatku, mielibysmy dwa dni na calkowity relaks, a nie jeden. ;) Bo wiecie, dzien przyjazdu to nigdy nie jest caly dzien, jest to zawsze juz popoludnie (na polach kempingowych, jak w hotelach, mozna sie meldowac okolo godziny 13 - 15), czasem nawet dosc pozne. Dopiero kolejny dzien to juz jest calkowity luz od rana do nocy. Natomiast ostatniego dnia, mimo, ze zazwyczaj wyjezdzamy po poludniu, to jednak gdzies z tylu glowy jest juz ten niepokoj, ktory kaze zerkac na zegarek co pol godziny i nie pozwala calkowicie sie odprezyc. ;) Tym razem przyjechalismy w sobote wiec ten dzien do polowy byl "stracony", w niedziele byly jednodnowe "wakacje", a w poniedzialek juz wyjezdzalismy, a wiec mielismy lekka nerwowke, mimo ze zaczelismy sie pakowac wyjatkowo pozno, a ja do ostatniej chwili sprawdzalam czy moze jednak na nastepny dzien prognozy sie zmienily. ;)

W kazdym razie w sobote zajechalismy na miejsce okolo 15:30 i powitalo nas slonce. Po drodze minelismy obszar mokrego, parujacego asfaltu i ucieszylismy sie, ze moze zapowiadane burze wlasnie nas ominely. Kiedy jednak zaparkowalismy na naszej miejscowce, na horyzoncie majaczyla czarna chmura i dochodzil odglos grzmotow. Trudno bylo powiedziec czy idzie w nasza strone czy od nas odplywa. M. zaczal ustawianie przyczepy, a ja nas "urzadzalam", czyli wyciagalam dywan przed wejscie, krzeselka turystyczne, psie miski itd. Potworki za to zaczely marudzic, ze chce im sie siusiu, ale w przyczepie nie bylo nawet jeszcze wody zeby spuscic kibelek. Zerkajac z niepokojem na ciemne chmursko, stwierdzilam, ze moze na wszelki wypadek zabiore ich do publicznej lazienki. I dobrze zrobilam, bo zaraz po powrocie na nasze miejsce okazalo sie, ze chmura nie tylko wisi tuz nad nami, ale tez zaczelo z niej kropic i niebezpiecznie blyskac. Od naszego przyjazdu minelo moze pol godziny, a przypomne, ze kiedy tam dotarlismy, swiecilo slonce! :O Potem, nagle w kilka sekund zerwal sie taki wicher, ze oboje z M. uczepilismy sie rozsuwanego daszka od przyczepy, ktorego nie zdazylismy zabezpieczyc, a ktory grozil teraz urwaniem od porywow wichury. Lunelo tez jak z wiadra doslownie. Sciana deszczu! Ja, widzac wczesniej, ze kropi, zdazylam narzucic przezornie kurtke przeciwdeszczowa, ale moj maz stal tam w samej koszulce przeklinajac kempingi, miejsce i pogode. A dzieciaki wygladaly przez drzwi dopytujac ze strachem czy wiatr nie przewroci przyczepy. ;)
Takie to mielismy poczatki. :D Potem na szczescie bylo juz duzo lepiej. ;)

Pierwszego dnia troche nerwowo obserwowalismy niebo i balismy sie oddalac zanadto od kampera. Burze bowiem krazyly wokol, ale na szczescie wiatr spychal je dalej, nad ocean. W koncu odwazylismy sie podjechac rowerami na plaze tuz przy polu kempingowym. Stad widac bylo deszcze przechodzace nad woda.

Widzicie te burzowa chmure i deszcz w tle? A nad Kokusiem slonce... ;)

Rok temu na tej plazy lezalo, poza kamolami, cale mnostwo pieknych, wielkich muszli. Nie wiem skad wzieto te kamienie, ale jest oczywistym, ze zostaly sztucznie nawiezione, bo w tym roku muszle juz niemal calkowicie zniknely. Na szczescie Potworkom udalo sie kilka znalezc. :)

Taka plaza to nie zadna plaza... Kamien na kamieniu... :/

Niestety, tak jak pisalam wyzej, to pierwsze popoludnie bylo troche "stracone". Najpierw przechodzily burze, ktore uziemnily nas przy przyczepie. Potem pojechalismy nad wode. A pozniej zdazylam przejsc sie z Potworkami na plac zabaw i zrobil sie juz wieczor.

To jest to cos, szumnie zwane "placem zabaw". Hustawek powinno byc 6, ale po 3 zostaly tylko haki :/

Trzeba bylo rozpalac ognisko, co okazalo sie nie lada wyzwaniem bowiem M. zapomnial... siekierki. Zostal wiec z odrobina trocin na rozpalke oraz wielkimi klocami drewna, ktore kompletnie nie chcialy sie zajac ogniem. W koncu jednak, po duzej ilosci dymu, dmuchania i ku*wy pod nosem (:D) udalo mu sie rozpalic ognicho. Cale szczescie bo nie wyobrazam sobie spedzic wieczora zamknieta w przyczepie z dwojka energicznych dzieciakow. ;)

W niedziele przywitalo nas cudowne slonce i upal i wszystko byloby pieknie gdyby M. nie uparl sie jechac na msze do pobliskiej wioski, przez co zmarnowalismy pol ranka. Ech... :/
No coz... Po powrocie Potworki rzucily sie do zabawy w... piachu. Na szczescie to byl piekny, bialy, morski piasek. Jeszcze wieksze szczescie, bo tego piachu przywiezlismy ze soba kilogramy w butach oraz odziezy. :D Zaraz za nasza miejscowka wyrastala bowiem wielka wydma.

Takie widoki po prostu uwielbiam! :)

Pamietajac z Polski, ze wydmy sa pod ochrona i nie wolno po nich lazic, poczatkowo zabronilam Potworkom tam chodzic. Po jakims czasie jednak zauwazylam, ze pomiedzy roslinnoscia porastajaca piasek jest kilka wyraznych sciezek oraz ze dzieciarnia z polowy kempingu sie tam schodzi, wiec machnelam reka i pozwolilam Bi oraz Nikowi szalec, z czego skwapliwie skorzystali. Przez reszte kempingu co chwila slyszalam tylko "Ide do piasku!" i juz ich nie bylo! Nawet nad wode az tak bardzo nie ciagneli. Woleli bawic sie piaszczyste podchody, zakopywac nogi oraz wykopywac jak najwieksze dziury. :)

Jak pieknie pozuja - ktos by pomyslal, ze to takie zgodne rodzenstwo :D A ze szczytu wydmy macie widok na jakies 1/4 kempingu. Tak, taki byl maly! ;)

I tylko Nik wpadl boso w dzika roze, ktora wydma jest porosnieta (jak TO pachnie!) i teraz jego stopy wygladaja jakby gral w pilke nozna, ale zamiast pilki uzywal zyletek. :D

Oczywiscie na plaze tez jezdzilismy, a jak. ;) W niedziele zaciagnelam wszystkich na wieksza, publiczna i tam nastapilo wielkie rozczarowanie... Ne te pole kempingowe chcialam wrocic wlasnie ze wzgledu na owa plaze. Zapamietalam ja z zeszlego roku jako szeroka, piaszczysta i z ciepla woda. Co do temperatury wody to wiedzialam, ze tym razem moze byc znacznie nizsza. Mielismy wszak bardzo zimna wiosne, a poza tym, temperatura wody w morzach i oceanach zalezna jest najczesciej od plywow. W tym samym miejscu, jednego dnia moze byc cieplutka, innego lodowata. Czego sie jednak NIE spodziewalam, to tego, ze cala plaza zostanie zasypana kamieniami, podobnie jak ta przy polu kempingowym! :O Potworki zalamane, bo nie przewidujac takiego scenariusza nie wzielam ich butow do wody, tylko klapki, ktore oczywiscie odplywaly razem z falami przy probach chodzenia w wodzie. ;) Kamienie schodzily do pewnej glebokosci, wiec wejscie do wody bylo na boso bardzo utrudnione. Do tego woda na tyle zimna, ze weszlam po kostki i sie poddalam (tylko Bi nie zniechecila i zamoczyla, nawet Nik nie mial ochoty na kapiel) i po jakichs 20 minutach zdecydowalismy sie wracac na kemping. Na tamtejszej plazy kamienie byly juz rok temu, ale przynajmniej przy samym brzegu mozna bylo zdjac buty, bo w wodzie juz ich nie bylo. Na publiczna plaze juz nie wrocilismy. Rozczarowalam sie straszliwie. ;)
Zostalismy wiec przy plazy kempingowej i choc ja i M. zamoczylismy tylko nogi, to Potworki wcale sobie nie krzywdowaly. Bi potwierdzila tylko to, co wiedzialam juz wczesniej - to dziecko wejdzie do wody o kazdej temperaturze. ;) Nik jest juz znacznie mniej wytrzymaly, zamoczenie sie zajmuje mu duzo dluzej, ale tez w koncu sie pochlapal. Ocean byl caly weekend bardzo wzburzony i niespokojny, wiec plywac Potworki nie daly rady, ale za to zrobili dobry uzytek ze swoich desek "surfingowych". ;)

Surfin' USA? :D

A reszta kempingu to juz jezdzenie w kolko po terenie pola i wypite litry kawy. ;) A! I kolejna mala przygoda, kiedy w niedziele po poludniu stwierdzilam, ze pora na kolejna dawke kofeiny, odkrecilam gaz, zeby zagotowac wode, a tam... nic. Zabraklo nam cholernego gazu!!! :D Okazalo sie, ze M. wiedzial, ze jest on na wykonczeniu, ale uznal, ze na ten wyjazd jeszcze starczy (wstawcie tu sobie przewrot oczami)!
Tu mielismy spory problem. Kawa bowiem jak kawa, zawsze mozna podjechac te 15 minut do najblizszej stacji benzynowej, tyle ze w przyczepce, na gaz chodza rowniez lodowka oraz zamrazarka! Oraz ogrzewanie, ale o tej porze roku jest ono raczej zbedne. ;) To juz sprawa wiekszego kalibru, bo o ile lodowke mozna przelaczyc na prad, to ten prad trzeba skads brac. Przyczepa ma malutki akumulatorek, ktory wyczerpuje sie nawet przez swiecenie za dlugo swiatla, a co dopiero przy pracy lodowki i to na pelna pare bo przeciez mamy upal. Posiadamy oczywiscie agregator, tyle, ze potrzebuje on zapas benzyny (ktory na szczescie mielismy), a dodatkowo mozna go uzywac tylko do 22, bo na polu kempingowym obowiazuje cisza nocna. Co bylo robic? Rozpoczelismy poszukiwania miejsca gdzie wymienia nam butle gazowe na pelne. Okazalo sie, ze jest takie miejsce nawet w wiosce, niedaleko krotej znajdowal sie kemping, tylko oczywiscie zamkniete, bo byla niedziela, godzina 18. :/ Do wszystkich innych, wiekszych miejsc trzeba bylo dojechac przynajmniej pol godziny. Takie to zadupie. Bez gazu jednak nie moglismy sie obejsc, wiec chcac nie chcac M. urzadzil sobie wycieczke krajoznawcza po okolicy. ;)

W poniedzialek juz niczego nam nie zabraklo ani niczym sie nie rozczarowalismy, za to debatowalismy, o ktorej zaczac sie zbierac. Oczywiscie M. chcial w miare wczesnie, a ja chcialam zostac jak najdluzej. ;) Srednio co 15 minut sprawdzalam tez prognozy na wtorek, z nadzieja, ze moze sie zmienia. Niestety, zostaly bez zmian, wiec o 16 zaczelismy pakowac wszystkie klamoty do przyczepy... Wczesniej udalo nam sie dwa razy skoczyc na plaze i pojezdzic rowerami, ale i tak rozczarowana bylam, ze ucieklo nam jeszcze jedno siedzenie przy ognisku i przygladanie sie gwiazdom. ;)

Bi ostatnio lubi chwalic sie miesniami ramion, a te, przez plywanie, naprawde ma niezle. ;)

Te lezaki z szelkami, ktore mozna zarzucic na ramiona niczym plecak, to jeden z lepszych wynalazkow. Mozna swobodnie jechac rowerem i gdziekolwiek sie stanie, ma sie pod reka wygodne siedzenie. Szczegolnie wazne bylo tutaj, gdzie na plazy pod dupka mozna bylo miec tylko "mieciusie" kamole :D

A powrot, jak wspomnialam na poczatku, okazal sie stresujacy, bowiem GPS sie zbiesil i uparcie nie chcial pokierowac nas do domu droga, ktora tam przyjechalismy. Wybierajac najszybsza trase, "kazal" nam robic kolko w kierunku Bostonu, gdzie z doswiadczenia wiemy, ze sa zawsze potworne korki (jak przed chyba kazda metropolia). Wybralismy wiec trase "najkrotsza", gdzie jednak nawigacja pokierowala nas na boczne drogi przez okoliczne miasteczka. Jazda ze spora przyczepa po takich ciasnych drozkach to tortura, wiec z kolei wybralismy droge "alternatywna", ktora jednak rowniez nie byla TA trasa i odbijala bardzo mocno na poludnie, zamiast prowadzic na przelaj do domu. ;) W koncu, posilkujac sie telefonem, ktory rowniez ma nawigacje i ktora pokazala bez problemu droge, o ktora nam chodzilo, dojechalismy do domu, ale na krecenie po miasteczkach, stanie na swiatlach, a potem korki, zmarnowalismy godzine. :/ Do domu zajechalismy dobrze po 20, wiec wypakowalam tylko to, co niezbedne (jak zarcie z lodowki i kosmetyki, bo odswiezyc sie jednak trzeba) i zapakowalam Potworki do kapieli i lozek.

Kolejnego dnia, zgodnie z zapowiedziami, od rana padalo i z jednej strony cieszylam sie, ze nie musimy w deszczu wracac z kempingu, ale z drugiej zastanawialam sie co z tym dniem zrobic. W pracy powiedzialam, ze moze mnie nie byc do srody, wiec nikt by raczej nie tesknil. Potworki koniecznie chcialy zostac w domu, Bi strzelila nawet solidnego focha... Ale ten cenny dzien wolny! ;) W koncu zdecydowalam sie jednak pojechac do pracy, co zaowocowalo tym, ze jeszcze w czwartek odkopywalam sie z prania i ogarniania chalupy. Po pracy mam bowiem tylko kilka godzin, a jeszcze ogrod wola o chwile uwagi. Jak pisalam bowiem, caly poprzedni tydzien poza poniedzialkiem, padal deszcz, nie mialam wiec nawet jak w nim popracowac. Potem wyjechalismy, a teraz, po powrocie, kiedy wyszlo slonce, patrze i oczom nie wierze. Pomijajac chwasty, ktore sie wszedzie rozpanoszyly, to cos zjada mi roze oraz swiezo posadzone cynie, groszek placze sie zamiast wspinac po kratce, ktora dla niego sklecilam, a ogorki ploza sie po calym ogrodzie zamiast wspinac po wsadzonych tyczkach. Koper rosnie w miare przyzwoicie, ale szczypior i marchewka to ledwo - ledwo. :/ W srode musialam podjechac do urzedu miasta zeby uiscic coroczna oplate za rejestracje psa, a potem zabralam Potworki do biblioteki, bo chcieli zapisac sie na letni program czytania. W sumie fajna rzecz, majaca promowac nawyk codziennego czytania. Sama zastanawialam sie jak przymusic dzieciaki do lektury latem (samodzielnej, bo sama czytam im wieczorem do snu), a tu biblioteka ulatwia mi zadanie. Dzieci dostaly kartki, na ktorych zaznaczaja dni, kiedy czytaly. Niewazne czy bedzie to 5 minut czy 2 godziny, wazne ze czytali.

Poki co tylko trzy dni, ale Potworki czytaja z zapalem ;)

Kiedy pokoloruja 10 gwiazdek, czyli czytali dziesiec dni, dostana nagrode z koszyka. Po 20 dniach dostana torbe na ksiazki. Po 30 dniach beda mogli wybrac sobie ksiazke w prezencie. A po 40, 50 oraz 60 dniach, beda mogli losowac czyms na ksztalt kola fortuny zeby dostac 1, 2 lub 3 kupony. Owe kupony mozna wlozyc do sloiczkow przy kilku specjalnych koszach z nagrodami, ktore na zakonczenie programu panie rozlosuja miedzy dziecmi. :) Pomysl bardzo fajny, no i swietna motywacja do czytania, ale obawiam sie, ze na koniec bedzie spore rozczarowanie, bo koszy z duzymi nagrodami jest 12, a kiedy w srode Potworki sie zapisywaly, mialy juz numerki 60 i 61. Konkurencja jest wiec spora. ;)
W kazdym razie, kiedy w koncu wrocilam na dobre do domu i wstawilam kolejne pranie, zdazylam tylko jeszcze podwiazac niesforny groszek oraz ogorki i nadeszla pora spania Potworkow. Strasznie opornie idzie mi wszelka praca, strasznie. ;)

A tak przy okazji, to Potworkom, zgodnie z moimi obawami, summer camp juz sie nieco przejadl. ;) To znaczy, niby nadal sie tam dobrze bawia i w ogole... Ale codziennie jedno albo drugie pyta czy moze zostac w domu zeby odpoczac chociaz jeden dzien. I nie pomaga kiedy przypominam im, ze mieli dzien wolny od polkoloni w poniedzialek. Podobno to sie nie liczy. ;) Widac, ze sa dosc zmeczeni. Wieczorem trzeba ich sila wyganiac na dwor, bo marudza, ze caly dzien sa na zewnatrz. Mimo, ze maja sale w srodku, polkolonie spedzaja caly czas na swiezym powietrzu, chyba ze pada (z czego zreszta jestem bardzo zadowolona). Posilki rowniez jedza na dworze, nawet podczas deszczu, nad stolikami maja bowiem zadaszenie. Nik, pomimo smarowania kremem z filtrem, pomalu zamienia sie w niebieskookiego mulata. :D Bi ma moja karnacje i opala sie duzo wolniej i oporniej od brata. ;) Mimo, ze Potworkow nigdy nie trzeba bylo zachecac do zabawy na zewnatrz, teraz chyba maja troche przesyt, bo wola posiedziec sobie w domu. Odwrotnie do mnie, ktora po calym dniu w biurze marzy tylko o tym, zeby posiedziec na tarasie lub w ogrodzie. ;)
Ciezki jest los dziecka pracujacych rodzicow. Sama wychowalam sie jako corka nauczycielki, wiec wakacje wspominam jako niekonczaca sie labe, spanie do ktorej sie chcialo, a potem snucie w pizamie do poludnia jesli mialo sie ochote oraz ciagle wypady to nad jezioro, to nad morze. Wtedy to wydawalo mi sie normalne i nawet nie pomyslalam, ze przeciez sporo moich kolezanek mialo rodzicow normalnie latem pracujacych. To byly jednak inne czasy i podejrzewam, ze dzieciaki w wieku Potworkow albo siedzialy w domu do powrotu rodzicow, albo biegaly po podworku z kluczem na szyi. Obecnie nie do wyobrazenia, ale teraz w Polsce jednak zazwyczaj latwiej zorganizowac opieke u dziadkow, cioci, kuzynek, itd. Tutaj, nawet jesli ma sie rodzine, to jakos zazwyczaj ta rodzina wcale nie jest taka chetna, zeby bawic ci dziecko przez cale lato. :/ Zostaja wiec takie polkolonie, ale nie dziwie sie, ze Potworki chcialyby sobie odsapnac i po prostu pobyczyc sie w domu, tym bardziej, ze to pierwszy rok kiedy musza chodzic na oboz. Planuje wstepnie wziac ostatni tydzien ich wakacji wolny zeby dac im czas na zlapanie oddechu przed rokiem szkolnym. Mam nadzieje, ze praca mi na to pozwoli.

Skoro juz o polkoloniach pisze, to ponarzekam sobie na meza. Na polkolonie odstawiam Potworki o 9 rano, do pracy dojezdzam wiec niemal o 9:30, a co za tym idzie siedze w niej do 16:30. I tak nie wyrabiam wymaganych 8 godzin, ale na szczescie w tej firmie nikt na to szczegolnie nie zwraca uwagi. W kazdym razie, polkolonie koncza sie o 15:30. Godziny, jak widac, dla pracujacego rodzica sa ch*jowe. Mozna oczywiscie odstawic dziecko wczesniej oraz odebrac pozniej, ale za dodatkowa oplata. A juz same polkolonie tanie nie sa. :( U nas na szczescie M. wyrabia sie idealnie zeby odebrac Potwory o zwyklej porze. Do domu maja autem jakies 2 minutki, wiec kiedy ja dojezdzam okolo 17, sa w domu juz od 1.5 godziny. Dzieciaki zawsze sa nakarmione, tu musze malzonkowi oddac sprawiedliwosc. Obowiazkowo cos im przyszykuje, czasem nawet zdazy to ugotowac. ;) Ale poza tym... nie ogarnie nic. Codziennie, zastaje po przyjsciu takie widoki:


Burdel w jadalni...



Torby z rzeczami z polkolonii, rozrzucone wsrod mieszanki mokrych recznikow, strojow kapielowych, klapkow, plaszczy przeciwdeszczowych oraz nawet niezjedzonych przekasek! Po drugiej stronie, w przedpokoju, nielepiej:


Burdel przy wejsciu...

Trzy pary adidasow, dwie pary kaloszy oraz tylez samo sandalow, wszystko rozrzucone przy wejsciu. A wierzcie mi, Potworki na nogach mialy tego dnia tylko po jednej parze, jednego rodzaju obuwia.
Do czego zmierzam? Moj malzonek przechodzi kolo tego i nie widzi! Tak samo nie widzi, ze zmywarka blaga o rozladowanie, a zlew jest pelen brudnych naczyn. Rozumiem, wrocil z pracy, dal dzieciom jedzenie i zabiera sie za jakas "meska" robote. No i super, ze nie lezy do gory brzuchem, ale ja sie pytam, jak mozna przejsc kolo czegos takiego i kompletnie to olac? Nie podniesc, nie rozwiesic, bo w dodatku Potworki maja codziennie plywanie, wiec to wszystko sie kisi we wlasnym sosie! Potem ja wracam z pracy i nie wiem po prostu w co rece wlozyc, a jeszcze przeciez normalne sprzatanie sie klania, ze o pracy w ogrodzie nie wspomne!
Czy Wasi mezowie tez maja taki wybiorczy wzrok? ;)

Zebralo sie na zrzedzenie, wiec moze lepiej skoncze...

Dzis troche krocej niz zwykle! :D Milego weekendu!

czwartek, 20 czerwca 2019

Pierwszy tydzien wakacji

Zanim napisze o pierwszych dniach po zakonczeniu roku szkolnego, wrzuce kilka slow o raportach Potworkow.
Na wielu blogach pojawily sie ostatnio posty o tym, ze oceny sa tak naprawde niewazne i nie stanowia dobrych wskaznikow o przyszlym sukcesie dziecka. I ja sie z tym jak najbardziej zgadzam, nie mniej jednak, dobre swiadectwo nadal napawa rodzicow duma. :)
Od siebie dodam, ze z moich obserwacji wynika rowniez, ze ocena dziecka zalezy tez mocno od nauczyciela. Tegoroczny raport Bi jest duuuzo lepszy od Kokusiowego.

Pierwsza strona raportu Bi - widac "E" (exceeds) za zachowanie (dziwne, ze zaliczaja je do dzialu "myslenia i nauki" ;P) oraz za dodawanie i odejmowanie

W kilku punktach Starsza zostala oceniona jako "przekraczajaca" umiejetnosci II klasy. Wiem jednak, ze Bi miala w tym roku naprawde cudowna, ciepla nauczycielke, ktora na kazdym kroku podkreslala jak wspaniala trafila jej sie klasa. Ciekawa jestem czy mowi tak co roku, do wszystkich rodzicow? ;)

Druga strona - "E" za "przedmioty naukowe" cokolwiek znaczy to w II klasie, w-f oraz plastyke (akurat te sie srednio licza ;P). Z muzyka nadal tak naprawde nic nie wiadomo, bo pani do konca roku nie wrocila z macierzynskiego ;)

Nauczycielka Nika byla znacznie surowsza, a na dodatek przez cala swoja kariere uczyla klasy II. W tym roku, po raz pierwszy trafila jej sie pierwsza klasa i sama zwierzyla sie na poczatku, ze bedzie to dla niej ciekawe doswiadczenie. ;) Nie wiem czy, przyzwyczajona do wiedzy i poziomu II-klasistow oceniala dzieci surowiej i to jest przyczyna "slabszego" raportu Kokusia, czy jako matka jestem malo obiektywna? W kazdym razie, Nik z wiekszosci kryteriow otrzymal "M" (meets), czyli miesci sie po prostu w zakresie wiedzy I klasy. Zdarzyly mu sie jednak dwa "N" (near), oznaczajace, ze nie spelnia jeszcze kryteriow, ale jest juz blisko.

Pierwsza strona raportu Kokusia

Z tymi dwoma przypadkami zgadzam sie... i nie. W pierwszym przypadku, najwyrazniej Nik nie slucha uwaznie opinii innych. No coz, Nik ogolnie sluchac nie lubi, woli gadac. ;) W drugim przypadku, nie wykazuje sie inicjatywa. I tu znowu, racja, Mlodszy jest raczej niesmialy i rzadko sam wyrywa sie do jakiegos zadania. Nie lubi byc w centrum uwagi... I chociaz z obiema ocenami poniekad sie zgadzam, to one wynikaja raczej z osobowosci dziecka, a nie z faktycznych umiejetnosci... A osobowosc nalezy raczej oceniac w kategorii zmian i indywidualnych postepow, ktorych zreszta czesto nie ma, bo jesli dziecko jest ciche i niesmiale, raczej nie zrobi sie nagle odwaznym i przebojowym... :/ Nik otrzymal "E" (exceeds) tylko z plastyki, ale badzmy szczerzy, kto tam patrzy na ocene z rysunku... :D
Najbardziej zaskoczyla mnie jednak ocena czytania Kokusia. Bi zostala oceniona na najnizszy poziom wymagany w 3 semestrze II klasy. Miesci sie w widelkach, ale na ich dole. I fakt, ze chociaz jej czytanie bardzo sie poprawilo, to dalej idzie topornie. Nik natomiast czyta, jak dla mnie, rewelacyjnie! Rowno, plynnie, a z gloskowaniem obcych wyrazow radzi sobie lepiej niz siostra! Kiedys dla zabawy czytali napisy w aucie, ostrzegajace przed poduszkami powietrznymi i sadzaniem dziecka w foteliku na przednim siedzeniu. Wiem, wiem, lekka, relaksujaca lektura. :D Nik kilka wyrazow przekrecil, ale przeczytal w zasadzie bez problemu. Bi w polowie wsciekla sie, ze jej nie wychodzi, zawyla, kopnela siedzenie i... czytac przestala. ;) Dlatego bylam dosc zaskoczona, ze pani ocenila Nika na srodek tych "widelek" ocenowych! Ja bym mu spokojnie dala najwyzsza note.
Nie mam oczywiscie porownania z innymi dziecmi i moge porownac tylko Bi z Kokusiem. Jak na moje, nieobiektywne, oko jednak, Nik ogolnie, nawet pomijajac czytanie, wydaje sie znacznie bystrzejszy niz siostra. Poza matematyka oczywiscie, tu berlo zdecydowanie nalezy sie Bi. ;) Kokus czyta jednak lepiej, a takze szybciej lapie i zapamietuje rozne zagadnienia. A jednak raport otrzymal slabszy i zastanawia mnie jaka moze byc ku temu przyczyna.

Teraz juz nawiazujac do wakacji.
Minal sobie u nas juz tydzien od ich rozpoczecia. Poki co za bardzo nie odczuwam roznicy. Oczywiscie Potworki chodza na polkolonie, ja codziennie maszeruje do pracy, ogolny plan dnia pozostal wiec ten sam. A umysl, przez kilkumiesieczny "trening", caly czas pozostaje w stanie napiecia i przypomina ukluciami paniki: "Dzis poniedzialek, z Bi na basen!", "Jest sobota, trzeba rano wstac do Polskiej Szkoly!", "Odrobic lekcje!", "Sprawdzic foldery w plecakach!", itd. :D

Tak jest tu durnowato urzadzone, ze kazde miasteczko konczy rok szkolny innego dnia, a w dodatku do okolo miesiaca wczesniej nie wiadomo kiedy konkretnie ten koniec nastapi. W rezultacie, polkolonie ustalaja poczatki "orientacyjnie". I tak np., jedne z polkoloni w naszym miasteczku zaczynaja sie dopiero w przyszlym tygodniu. Poniewaz dzieci skonczyly szkole w zeszla srode, rodzicom, ktorzy zapisali na nie dzieci pozostalo szukanie gdzie by tu "upchnac" potomstwo na 1.5 tygodnia. Bezsens...
My mielismy nieco wiecej szczescia, poniewaz polkolonie Potworkow zaczynaly sie w poniedzialek 17-ego, wiec mialam tylko czwartek i piatek do rozgryzienia. Postanowilam pracowac te dwa dni z domu, skoro mam taka opcje. Dzieki temu ja troche poleniuchowalam, a dzieciaki odsapnely po intensywnej koncowce roku szkolnego. ;)

Pierwszy dzien wakacji - czwartek okazal sie okropny. Deszcz calutki dzien i temperatura 13 stopni. W polowie czerwca! Porazka... Co robic w taki dzien z Potworkami, zeby ani nie rozniosly chalupy ani nie spedzily 12 godzin nad tabletami? Postanowilam zabrac ich do kina. Akurat leci Alladyn, wiec uznalam, ze bedzie idealny na rodzinny wypad. Kupilam bilety przez internet, a rano oznajmilam Potworkom gdzie jedziemy. Ku mojemu zdumieniu, Nik (ktorego reakcji sie obawialam) byl podekscytowany, a Bi zaczela... ryczec, ze ona nie chce bo nie lubi ksiezniczek i na ten film nie ma ochoty! :O No pieknie! Bilety kupione, seans za 3 godziny, a tu awanturka... Na szczescie jakos udalo mi sie przekonac Bi, zeby dala filmowi szanse, ze moze jej sie spodoba, ze film jest, zgodnie z tytulem, bardziej o Alladynie niz ksiezniczce, a w razie czego sie po prostu zdrzemnie... ;)
W koncu pojechalismy i Bi, przekupiona popcornem i soczkiem nawet odzyskala humor. ;)
A po filmie? Nik oswiadczyl, ze bylo super, mimo ze pod koniec juz wstawal z fotela i ogladal go to kucajac, to kleczac, to na stojaco. ;) Bi oznajmila, ze tylko koncowka byla fajna, ale nie chciala sprecyzowac co konkretnie jej sie w tej koncowce spodobalo. ;) Ale oboje chca isc na Krola Lwa pod koniec lipca. :D


Mi zas bardziej podobala sie wersja animowana. ;) Pierwsza polowa filmu przypominala nudnawa obyczajowke zamiast film przygodowo - romanyczny. Najwazniejsze jednak, ze zabilismy troche czasu w ten nudny, deszczowy dzien. :)

W piatek pogoda byla juz lepsza choc rano bylo nadal pochmurno i chlodno - 18 stopni. Poniewaz w niedziele byl tutejszy Dzien Ojca, zabralam Potworki do biblioteki, gdzie odbywaly sie "zajecia" z wykonywaniem kartek dla tatusiow. Pisze w cudzyslowiu, bo tak naprawde na stolikach rozlozono roznorakie artykuly papiernicze i dzieci zostawione byly zwojej wlasnej inwencji. Nikt nic nie pokazywal ani nie pomagal. Oprocz rodzicow oczywiscie. ;) Potworki sa juz na tyle duze, ze brak instrukcji zupelnie im nie przeszkadzal.


Ochoczo zabrali sie do pracy i po troche ponad godzinie wyszlismy zarowno z kartkami, jak i z kilkoma zgarnietymi mimochodem ksiazkami. ;)
W miedzyczasie pogoda zaczela sie poprawiac, wiec ucieszylam sie, ze mlodsza z sasiadek z naprzeciwka jest juz na dworze i zawolala Potworki do zabawy. Temperatura pomalenku rosla, ale caly piatek wial strasznie zimny wiatr, wiec mozecie sobie wyobrazic jaka bylam wsciekla, kiedy pol godziny pozniej dzieciaki przybiegly... cale przemoczone! Okazalo sie, ze u kolezanki urzadzili sobie bitwe na wodne balony! :O
Po poludniu zas, przyjechal do Nika kolega z klasy. Musze sie przyznac, ze niechetnie zgadzam sie na "play date" dla dzieciakow. Nie lubie zostawiac Potworkow u, badz co badz, obcych ludzi i nie przepadam za obcymi dziecmi pozostawionymi w moim domu. Boje sie odpowiedzialnosci w razie gdyby cos sie stalo, no i nie wszystkie te dzieciaki sa usluchane tak jak powinny. ;) Dotychczas zdarzaly sie wizyty kolezanek Bi i nie bylo zle, bo dziewczynki wiadomo, albo sie hustaly caly czas nawijajac, albo siadaly z lalkami czy farbami i jakby ich nie bylo. Na wizyty malych rozbojnikow plci brzydkiej nie mialam zupelnie ochoty, ale Nik oraz mama tamtego kolegi (zapewne za namowa syna) tak mi truli tylek, ze w koncu uleglam. Bylam w domu, wiec okazja nadarzyla sie idealna. I koniec koncow nie bylo tak zle. Bi calutki czas bawila sie z mlodsza sasiadka (starsza zniknela na caly dzien z mama), a Nik mial kolege, wiec we czworke urzadzili sobie podchody dziewczynki na chlopcow i biegali bez przerwy na lini dom - garaz - ogrod, pokazujac mi tylko na migi, zebym nie zdradzala ich kryjowek. ;) Chlopiec okazal sie uprzejmy i dobrze wychowany. Na szczescie. :) Troche klopotu sprawialo mi tylko pilnowanie ich. W domu, wiadomo, moge sobie usiasc na kanapie i slysze co sie dzieje. Na podworku klapne na tarasie i mam oko na tyl. Ale oni caly czas zmieniali polozenie, bylo ich czworo, a w dodatku przy grze w podchody byli cichutko, wiec ciezko bylo stwierdzic, co robia. Przez cale dwie godziny wizyty, naprzemian krazylam wiec wokol domu i zagladalam do srodka, zeby sprawdzac co mlodziez kombinuje. ;)

A w sobote...
W sobote odbylo sie w koncu przyjecie urodzinowe Bi! :D
W tym roku pobilam po prostu rekordy, urzadzajac oba 1.5 miesiaca po faktycznych urodzinach! Z tym, ze u Nika to faktycznie ja zawinilam, ociagajac sie z robieniem rezerwacji... U Bi wine ponosilo miejsce, ktore okazalo sie strasznie oblegane, no i ktore pozwala na zaledwie 3 przyjecia dziennie i tylko w weekendy, wiec maja ogolnie niewiele terminow. Nie wiem bowiem czy pisalam, ale Bi w tym roku zapragnela miec urodziny... na FARMIE! :O Na tej farmie, na ktora jezdzimy co roku, gdzie mozna karmic z reki zwierzatka, potrzymac malenkie kurczaczki i przejechac sie na kucyku.

Malutkie krzeselko ;)

Wlasciwie to byl moj pomysl, bo zima, mijajac te farme za kazdym razem w drodze na lodowisko, sama rzucilam od niechcenia: "Bi, a moze ty bys chciala urodziny tutaj?". Starsza podchwycila pomysl z entuzjazmem i juz nie bylo odwrotu. :) Niestety, zadzwonilam tam pod koniec kwietnia myslac, ze uda mi sie zarezerwowac przyjecie na srodek lub koniec maja, a tu zonk! Terminy mieli, owszem, na 9 rano albo na dlugi weekend. Na przyjecie z samego rana ja sama sie nie pisalam, a na dlugi weekend watpie zebysmy zebrali zbyt wielu gosci, bo wszyscy sie rozjezdzali. I tak, gdyby nie blizsi i dalsi znajomi, impreza bylaby dosc mizerna. Bi bowiem zaprosila z klasy tylko dziewczynki i to nie wszystkie (zaczynaja sie juz delikatne antypatie), w koncu mialy przyjsc 3, a ostatecznie przyszly dwie bo jedna sie rozchorowala. :O Na szczescie znajomi dopisali i mielismy 17 dzieciakow. Calkiem niezla gromadka. ;)
Termin byl potwornie odlegly i kiedy zaraz po faktycznym dniu urodzin, powiedzialam Bi kiedy odbedzie sie przyjecie, poplakala sie. ;) Okazuje sie jednak, ze poczekanie do czerwca zadzialalo na korzysc. Mamy w tym roku chlodna i bardzo deszczowa wiosne. Wlasciwie to czerwiec licze zawsze jako poczatek lata, ale pogodowo w tym roku zupelnie nie przyniosl zmiany. Zawsze o tej porze roku mamy temperatury dochodzace spokojnie do 28-30 stopni, a najczesciej nawet pierwsza fale upalow po 35 stopni wzwyz za soba, a w tym roku cisza. Poki co jednak (oby nie zapeszyc, haha) na wszystkie wazniejsze dni i uroczystosci udaje nam sie wstrzelic w okienko ladnej pogody. :D Tak bylo z kempingiem pod koniec maja, tak bylo z wystepami oraz zakonczeniami roku i tak bylo na przyjeciu Bi. W czwartek lalo, w piatek bylo ladnie, ale nadal dosc chlodno, w niedziele zas znowu zimno i deszcz. A w sobote? Piekne slonce i temperatura 26 stopni, po prostu idealnie!

Przyjecie kosztowalo mnie troche wiecej wysilku niz zazwyczaj. Przyzwyczajona jestem bowiem do miejsc, ktore o wszystko zadbaja i przywiezc trzeba tylko tort. Ba! Z tego co pamietam, w ktoryms miejscu nawet tort zamawiali! Tutaj wszystko bylo na mojej glowie, od tortu po obrus na stole. ;) Na szczescie plastikowe nakrycia stolu, talerzyki, serwetki oraz baner (ktoremu nawet zdjecia nie zrobilam :/) zamowilam po prostu przez internet. Do tego kupilam juz pokrojone owoce i warzywa, mini czekoladowe babeczki, wode i soczki, lody na patyku oraz zamowilismy pizze. No i tort oczywiscie! Wszystko bylo w jednorozce, nawet na torcie jeden siedzial. ;)


Salka na przyjecia okazala sie dosc toporna i bez klimatyzacji, tylko z wentylatorami w oknach. Ale coz, to farma, a nie palac. :D Wazne, ze miala osobna lazienke oraz lodowke i zamrazarke.
Po powitaniu i odczekaniu az zbiora sie wszyscy goscie (ostatni przyjechali ci, ktorzy mieszkaja najblizej :D), kiedy dzieciaki juz ganialy jak dzikie po podworku, ruszylismy na obchod farmy i karmienie zwierzakow.

 Ta koza jeszcze troche, a po prostu by sobie przelazla przez plot ;)

Jedne dzieci byly zachwycone, inne wolaly ganiac wolno biegajacy drob. :D Nasz przewodnik w ktoryms momencie przyniosl tez uroczego krolika do poglaskania. :)

Nienazarte osly. Nasz przewodnik mowil, ze zwierzaki z farmy moglyby jesc caly dzien ;)

Po odwiedzeniu wszystkich zwierzat, dzieciaki mialy przejazdzki na kucyku.

Bi na poczatku wygladala na lekko stremowana, moze dlatego, ze jako "gwiazda dnia" pojechala jako pierwsza

To okazalo sie troche oszukane, bo normalnie kazde dziecko ma dwa okrazenia, a tym razem bylo tylko po jednym. Moze to jednak dobrze, bo kolejka byla spora. ;) Na szczescie obok byl plac zabaw, wiec te dzieci, ktore juz sie przejechaly, mogly pojsc poszalec.

Gwiazda nawet pomachala ;)

Nik za to chyba pierwszy raz w zyciu, wsiadl na kuca bez obaw i wahania :)

A potem caly plan sie rozjechal, bo rozbawiona dzieciarnia wcale nie miala ochoty wracac na pizze, ktora zreszta ledwie ruszyli. Tak samo niepopularny okazal sie tort. ;)


Dopiero lody zdolaly przyciagnac uwage smarkaterii i trudno im sie dziwic, bo salka zrobila sie dosc duszna, a mlodziez wolala wybiec na zewnatrz i latac jak wsciekla depczac kolorowe rabatki. ;) Wkrotce zaczelo byc ciezko doliczyc sie dziaciakow, rodzicow i upilnowac kto gdzie jest, wiec poprosilam Bi o rozdanie upominkow (goody bags) zanim goscie niepostrzezenie rozjada sie bez nich. ;)
Jak zwykle z niektorymi osobami zamienilam tylko kilka slow, ale to typowe w czasie tych przyjec. ;) Ogolnie impreze uwazam za bardzo udana i dobrych kilka osob skomplementowalo, ze bylo naprawde ciekawie. Cos innego. ;) Sale zabaw sa niezle zima, ale latem ludziska jednak wola zabawy na powietrzu. :)

Tak, Bi kocha konie stanowczo za mocno ;)

A po imprezie wpadly do mnie jeszcze na domowego (tylko dla wybranych, hehe) torta oraz kawe dwie kumpele, do naszej dzieciarni dolaczyly obie corki sasiadow i cala gromada gonila do 19:30. To sie nazywa intensywny dzien! Na szczescie kolejny okazal sie bardzo deszczowa niedziela, wiec wszyscy mogli dojsc do siebie. ;)

A od poniedzialku powrot do brutalnej rzeczywistosci. Matka do pracy, a dzieci... na polkolonie! :O
Nie wiem kto byl bardziej zdenerwowany w poniedzialek, ja czy oni. ;) Tak bylam pochlonieta myslami jak to bedzie, ze dopiero kiedy odjezdzalam, zauwazylam, ze portfel z prawem jazdy zostawilam w torebce, ktora nosilam przez weekend. Czekal mnie wiec powrot do domu, ech... Na szczescie to bliziutko. ;)
Nik od rana marudzil, ze nie chce na polkolonie, ze chce zostac z mama, itd. Bi najpierw sie cieszyla, potem stwierdzila, ze jednak sie denerwuje. Nerwy Starszej na szczescie przeszly jak tylko zobaczyla w grupie swoja najlepsza kolezanke. ;) Z Nikiem bylo troche gorzej, ale na szczescie obylo sie bez placzu. Chwila paniki nastapila tylko, kiedy okazalo sie, ze Potworki zostaly przydzielone do dwoch roznych grup. Grupa Bi to 7-8 - latki i mimo, ze Nik rocznikowo ma juz 7, znalazl sie w mlodszej grupie 6-latkow. Na szczescie, na moja prosbe, przepisali go bez mrugniecia okiem. ;) W ten sposob Potworki wraz z dwiema corkami sasiadow (w tym najlepszej kolezance Bi) tworza zgrany 4-osobowy front przeciw reszcie bandy. ;) A "banda" to niezla, bo oprocz Bi oraz sasiadek, jest jeszcze tylko jedna dziewczynka. Reszta to kilkunastu malych lobuzow! ;)

Poszli bez ogladania sie za siebie!

Trudno powiedziec cos na 100% po tych kilku dniach, ale poki co, polkolonie bardzo sie Potworkom podobaja. Codziennie maja lekcje plywania i tenisa, do tego plac zabaw, swobodna zabawe w basenie, gotowanie (probuje dowiedziec sie co tam robia, ale bezskutecznie) oraz zajecia plastyczne. We wtorek robili glutki. ;)
Mam nadzieje, ze to dobre podejscie potrwa do konca i za miesiac nie urzadza marudzenia, ze juz im sie tam nie podoba i nie chca chodzic. Zreszta, nie maja za bardzo wyjscia. ;)

A na koniec o tym jak moj dwujezyczny syn probuje pisac po polsku.
Pare dni temu, pyta: "Mama, how do you spell "siusiu"?"
To przeciez najwazniejsze slowo do napisania... ;)
Po czym sam sobie podpowiada: "S-H-O-O S-H-O-O"? [es-ejcz-ou-ou, es-ejcz-ou-ou]

Tiaaaa... Shoo-shoo... [czyt. szu-szu] Powiedzmy, ze to calkiem blisko. ;)
Ciekawe jakby napisal ulubione Potworkowe slowo, czyli "kupa"? :D

Wrzucam tez fote mojej piwoni w pelnym rozkwicie. Zdjecie jest z 8 czerwca. Niestety, zaraz po jego zrobieniu, nadeszla fala ulewnych deszczy i wiekszosc kwiatow zostala przygnieciona az do ziemi i zgnila. Musialam je powycinac, bo wygladaly wrecz nieprzyzwoicie. :(

A byla taka piekna... a jak pachniala! :(

sobota, 15 czerwca 2019

Tydzien na wariackich papierach oraz o koncach i poczatkach

Drugi post w tym tygodniu! I w dodatku tasiemiec o dlugosci wprost proporcjonalnej do ilosci zdarzen! :D

Czyli jaki byl poprzedni tydzien i poczatek obecnego? Zwariowane, no! ;)
Dla Potworkow bardzo wazne i zapewne mocno stresujace, a dla matki wzruszajace i okazji do chwycenia chusteczki nie brakowalo...

W poscie poprzedzajacym Kokusiowy, doszlam do zeszlego wtorku. Tutaj wiec tylko szybko przypomne, ze w poniedzialek Potworki zaliczyly po szkole bieg, ktorego dochody przeznaczone maja byc na zakup koszy do koszykowki, a pozniej Bi miala jak zwykle trening, we wtorek Starsza miala po szkole dentyste, a srody to w ogole jazda bez trzymanki, bo najpierw Nik ma lekcje plywania, a zaraz po nim Bi ma trening. Do domu wpadam po pracy praktycznie tylko po to, zeby wziac ich torby i juz mnie nie ma. Wracam o 19. Naprawde gratuluje sobie, ze na czas wakacji wypisalam Bi z druzyny plywackiej, a Nika z lekcji plywania. Im wody nie zabraknie, bo codziennie beda plywac na polkoloniach, zas ja sobie odpoczne od spedzania dwoch wieczorow w tygodniu na basenie. ;)

Wracajac do reszty tego szalonego tygodnia. W duzym skrocie (szczegoly za chwile), w czwartek na 19, Bi miala koncert skrzypcowy, w piatek rano oba Potworki mialy w szkole prezentacje dla rodzicow z okazji konca roku, tego samego dnia, na 18 jechali na urodziny do znajomych blizniakow, w sobote rano bylo zakonczenie roku w Polskiej Szkole, a na koniec, pod wieczor przyjechala do mnie na kawe kolezanka z synem. Dopiero w niedziele mialam w koncu spokojniejszy dzien, ale w poniedzialek i tak nadal czulam sie wypompowana, a tu do pracy trzeba bylo wstawac! ;)

Teraz szczegoly.

Koncert smyczkowy.
Bi na poczatku bardzo nie chciala na niego isc. Ona, ktora zazwyczaj uwielbia wystepy, popisy i czuje sie jak ryba w wodzie ze skupiona na sobie uwaga, tym razem kompletnie spanikowala. Tak protestowala, ze w koncu uleglam i powiedzialam, ze skoro nie chce, to nie musi isc. Sama za to rozwazalam urwanie sie z pracy i przyjechanie do szkoly na apel, bo wiedzialam, ze zagraja na nim to samo dla ucznow calej szkoly. Bi sie kompletnie zaciela i dlugo nie moglam z niej wydusic, o co jej wlasciwie chodzilo. Nie pomoglo, ze ich normalna pani od muzyki jest na macierzynskim, nauczycielka zastepujaca wyjechala na trzy tygodnie na wakacje i w tym czasie nikt nic nie wiedzial, a dzieciaki nie cwiczyly. Wreszcie Bi, zamiast zloscic sie, miotac i w kolko powtarzac, ze na zaden koncert nie jedzie, zdolala wytlumaczyc, ze wstydzi sie grac dla wszystkich, bo kiedy sie pomyli (a myli sie dosc czesto, w koncu to dopiero poczatki) beda sie smiali. Biedactwo myslala, ze bedzie musiala zagrac solo! ;) Okazalo sie, ze wiedziala, ze gdzies dzwonia, ale nie wiedziala, w ktorym kosciele, bowiem faktycznie, bylo kilka solowek, ale graly je dzieci, ktore maja lekcje prywatne skrzypiec juz od kilku lat! :) Przekonywalam ja, ze nikt nie kaze jej grac samej, w miedzyczasie wrocila z wakacji nauczycielka, zaczeli regularne cwiczenia i Bi nagle oswiadczyla, ze ona jednak bardzo sie cieszy, ze bedzie brala udzial w koncercie! O ludzie! ;)

Przez ten koncert o malo nie poklocilam sie z malzonkiem. Wszystko zaczynalo sie o 19, wiec jakos tak automatycznie uznalam, ze skoro bedzie w domu, to jedziemy cala rodzina. Mlodzi skrzypkowie mieli zjawic sie w szkole o 18:45. Jest 18:30, szykuje do wyjscia siebie oraz Bi, a M. siedzi na tarasie. Pytam kiedy zamierza "cos" na siebie wlozyc, bo musimy wychodzic, a on mi na to, ze woli jechac do sklepu budowlanego poogladac i pomierzyc slupki (myslimy o remoncie tarasu). Myslalam, ze go wezme i udusze! Wygarnelam co o tym mysle, ze dzieciaka nie wspiera, zeby sie nie zdziwil jak Potworki za kilkanascie lat beda tak samo zainteresowani jego zyciem, jak on jest teraz ich, itd. Duzo nie wskoralam, bo M. wyciagnal ciezka artylerie: no przeciez on byl na ich biegu w poniedzialek! O matko i corko! Na 4 lata edukacji Bi (liczac rok przedszkola), M. byl na 2 (slownie: dwoch) szkolnych wydarzeniach! To sie postaral! :/ Coz, klocic sie dluzej nie mialam czasu, zostawilam wiec chlopakow (Nik wysluchal koncertu podczas apelu w szkole i nie mial ochoty na bis) i popedzilam ze Starsza do szkoly.

Tu jeszcze zanim zaczeli grac

I wiecie co? Niech M. zaluje, podobnie jak dziadek, ktorego zapraszalam na koncert, a ktory (zartobliwie) skwitowal, ze jednych skrzypiec ciezko jest sluchac i nie wyobraza sobie rzepolenia razy trzydziesci. ;) Powiedzialam im pozniej, ze duzo stracili, bo dzieciaki graly naprawde pieknie! Mi samej slon na ucho nadepnal, nie wydusze z siebie czystej nuty (naprawde! :D), ale muzyke powazna zawsze darzylam wielka miloscia. Kiedys, w starej pracy, z kolezanka i jednym z szefow regularnie jezdzilismy sobie na koncerty do filharmonii w pobliskim miescie. :) Czesto w samochodzie slucham sobie tez kolekcji plyt z Czajkowskim czy Mozartem. Nie dziwota wiec, ze sie wzruszylam i wyszlam po prostu zachwycona! I bede sie starac ze wszystkich sil, zeby Potworki kontynuowaly nauke gry przez podstawowke. Potem juz beda raczej za duzi zeby ich przymusic, ale mam cicha nadzieje, ze zlapia bakcyla i sami zapisza sie do muzycznych grup w szkolach, szczegolnie, ze wydaje sie, ze muzykalnosc odziedziczyli po tacie. Taka jest (smutna :D) prawda, ze M. ma lepszy sluch i wyczucie rytmu ode mnie... A moja tesciowa jako dziecko tez cwiczyla gre na skrzypcach, wiec wydaje sie, ze Potworki odziedziczyly muzykalnosc "po mieczu". ;)

Tu juz pelne skupienie :)

Koncert byl wspanialy, mimo kilku upierdliwosci. Po pierwsze, wiekszosc hamerykanckich podstawowek (przynajmniej na naszej polnocy) nie posiada klimatyzacji. Od kilku dni bylo bardzo cieplo, wiec szkola sie mocno nagrzala, a w sali gimnastyczniej zebrala sie grubo ponad setka ludzi. Z kazdym dzieckiem przyszli w wiekszosci oboje rodzicow, rodzenstwo, czesto jeszcze dziadkowie... Tlok byl straszny i zero przewiewu, mimo drzwi po obu stronach otwartych na osciez. Mimo wszystko ludziska dali rade i nikt nie zemdlal. ;) Poza tym, koncert byl straszliwie dlugi. Jadac spodziewalam sie, ze potrwa moze z 45 minut, bo graly II i III klasy (IV mialy osobny koncert). W koncu ile moga rzepolic takie maluchy? ;) No coz... moga dlugo. :D Do tego krotka przemowa pani dyrektor oraz dwa razy nauczycielki muzyki, ktora w skrocie opowiadala na czym polega nauka gry w II, a pozniej w III klasach. Powiem Wam, ze bylam pod wrazeniem jak niesamowita byla roznica miedzy tymi dwoma rocznikami! Klasy II to w wiekszosci poczatkujacy, wiec zagrali kilka prostych melodii, ktore znali na pamiec (co jest dziwne, bo w domu Bi zawsze cwiczyla z nutami). Klasy III graly juz jednak z nut, melodie byly duzo bardziej skomplikowane, do tego dosc nowoczesny podklad (dla klas II w ramach akompaniamentu babka przygrywala na pianinie) i wyszlo to naprawde super! Wraz z moja sasiadka sluchalysmy z opadnietymi szczekami, przytupujac jednoczesnie do rytmu obcasami. Nie spodziewalysmy sie takiego popisu po 9-latkach! :D
A ja do dzis chodze po domu i mrucze pod nosem jedna z melodii, ktora wyjatkowo wpadla mi w ucho. Po chwili zazwyczaj wtoruje mi Bi i tak chodzimy sobie przyspiewujac skoczna melodyjke i "grajac" na niewidzialnych skrzypcach. :D

Przy ktoryms utworze Bi przyuwazyla, ze ja nagrywam i zaczela sie usmiechac. Nie wiem czy skupiajac sie na szczerzeniu do aparatu w ogole pamietala melodie ;)

Koncert byl w czwartek, ale najbardziej meczacym dniem byl zdecydowanie piatek.
I jeden i drugi Potworek mial tego dnia wystepy dla rodzicow. Nik od 9 do 10, a Bi od 9:30 do 10 rano. I wez sie, czlowieku, rozdwoj!!! :/ Napisalam kilka dni wczesniej maile do nauczycielek, z prosba, zeby Nik wystepowal w miare na poczatku, a Bi gdzies na koncu. Nie wiedzialam jednak, jak bedzie to u Bi wygladac, wiec popedzilam do jej klasy zaraz o 9:40 zeby niczego nie pominac. Wychowawczyni Nika nie poinformowala mnie jednak, ze Nik bedzie na koniec wyglaszal podziekowania dla nauczycielki, jej asystentki, rodzicow, itd. (pisalam o tym przy okazji jego pol-urodzin). Gdybym wiedziala, zostalabym do konca, tym bardziej, ze u Bi okazalo sie, ze mogli wystepowac w dowolnej kolejnosci, a kiedy przyszlam, jeszcze nawet nie zaczeli, bo wielu rodzicow spoznilo sie z powodu problemow z parkingiem.
Troche jestem zla, ale teraz juz musztarda po obiedzie. Jest jak jest. Zobaczylam calosc wystepu Nika z klasa oraz w malej grupie, z dwoma kolegami. Okazalo sie, ze to praktycznie ta sama prezentacja, ktora Bi miala rok temu, lekko tylko zmodyfikowana! :D
Najpierw dzieciarnia zaspiewala piosenke o zwierzetach w dzungli. Nik wygladal na lekko stremowanego i poruszal sie jakby kij polknal, za to padalam ze smiechu z dziewczynki obok niego. Ta mala tak przezywala cala piosenke, tak machala lapkami przy kazdym gescie i niemal krzyczala tekst, ze pod koniec byla czerwona, spocona i miala lzy w oczach! :D

Tu widac te lekka treme ;)

Po piosence, dzieci wychodzily na srodek trojkami i przedstawialy, czego nauczyly sie o wybranym przez siebie zwierzeciu. Grupka Nika wybrala aligatory i kiedy projektor wyswietlil rysunek gadziny, Mlodszy pokazal mi na migi z duma, ze to on jest jego autorem. :D

To ja, to ja! :D

Tutaj musze juz Kokusia pochwalic. Nie wiem czy piosenka go troche rozruszala, czy zadzialalo cos innego, ale syn swoj tekst przeczytal bez zajakniecia. Przy okazji widac bylo, ktore dzieci wlozyly serce w przygotowania, a ktore nie bardzo. Urwisy nie musialy uczyc sie tekstu na pamiec. Mialy wybrac zwierze, a potem podzielic sie tematami. Jedna osoba pisala (przy pomocy informacji w ksiazkach lub internecie) o wygladzie zwierzecia, inna o tym, czym sie ono zywi, jeszcze trzecia np. o tym jak wyglada cykl zyciowy. Oczywistym jest dla mnie, ze dzieciaki musialy potem przecwiczyc kilka razy jak bedzie wygladala cala prezentacja, bo nie bylo przepychanek, klotni, kazda grupka wiedziala kiedy jej kolej, a dzieci przelaczajace slajdy na projektorze, same sie zmienialy. A jednak znalazly sie dzieciaki, ktore nie potrafily przeczytac tekstu, ktory same napisaly! Oczywiscie wina jest tu zapewne rowniez kiepska umiejetnosc czytania, ale Bi w zeszlym roku tez miala z tym problem, a swoja prezentacje przeczytala bez zajakniecia! Dzieciaki cwiczyly po prostu tyle razy, ze znaly ja niemal na pamiec! A jednak bylo kilku delikwentow, ktorzy zapewne uciekali i nie sluchali kiedy pora byla cwiczyc, a teraz jakali sie, przekrecali wyrazy i inne dzieci musialy im podpowiadac. Ciesze sie, ze nie dotyczylo to Kokusia. On przeczytal wszystko glosno i wyraznie, az znajomy tata siedzacy obok, skomentowal, ze skubaniec dobrze czyta. Tego "skubanca" sama tu dodalam, rzecz jasna. ;)


Po wystepie Nika, jak wspomnialam wyzej, popedzilam pietro wyzej, zeby obejrzec prezentacje Bi. Drugie klasy zaczely w tym roku pisac "poezje". Pisze w cudzyslowiu, bo poki co, ich wypociny nie maja ani rytmu, ani tym bardziej rymu. ;) Chodzi bardziej o to, zeby zauwazyc cos wyjatkowego w codziennych rzeczach i sprawach. Dzieci pisaly o roznych rzeczach. O tancu, o sporcie, o plazy, o mamie i tacie... Bardzo duzo wybralo... lody. Temat na czasie, bo bez klimy, szkola szybko robi sie nieznosnie goraca. ;) Rowniez Bi znalazla sie w tym gronie, choc jej wierszyk byl konkretnie na temat lodow na patyku (popsicles). Drugi byl zas o... kroliczkach. ;)


Po wystepie Bi, zbieglam jeszcze raz do Nika i akurat zalapalam sie na koncowke poczestunku dla rodzicow i dzieci. Szkoda, ze nic juz nie zostalo. :D Moje babeczki, ktore upieklam i polalam czekoladowa polewa rowniez zniknely. Nik zwierzyl sie z oburzeniem, ze jeden z chlopcow zjadl az trzy! :) W sumie zostalam tam jeszcze tylko kilka minut, bo rodzice juz wychodzili. Przytulilam Kokusia, ktory wdrapal mi sie na rece, pogratulowalam nauczycielce, zamienilam kilka slow ze znajoma mama i musialam leciec, bo klasa wychodzila juz na dluga przerwe, a ja i tak musialam jechac do pracy.

To nie byl koniec piatkowych atrakcji. Na ten dzien bowiem Potworki zostaly zaproszone na urodziny do kolegi z klasy Nika. Konkretnie to Nik zostal zaproszony przez kolege, a Bi przez jego siostre - blizniaczke. Znajomosc dzieciakow datuje sie jeszcze na przedszkole (preschool). Potworki chodzily do niego tylko po rok kazde, ale za to rok po roku. Blizniaki chodzily normalne dwa lata i tak sie zlozylo, ze zalapali sie najpierw na rok z Bi, a nastepnie z Kokusiem. Potem wszyscy zostali rozdzieleni do dwoch roznych szkol, ale po naszej przeprowadzce znalezli sie w tej samej. Bi jest o rok starsza, ale Nik juz drugi raz pod rzad trafil do tej samej klasy co chlopiec. Oboje blizniaki za to codziennie czekaja na autobus pod naszym domem, mimo, ze mieszkaja w innym sasiedztwie. ;) Ich mama jest nauczycielka w innej szkole i zeby zdazyc na czas, podwozi dzieci do naszej sasiadki. Taka to pokomplikowana znajomosc. :D W kazdym razie chlopiec zaprosil Nika jako ulubionego kumpla z klasy, natomiast kilka dni pozniej dziewczynka zaprosila Bi, tak przypadkiem. ;) Blizniaki mieszkaja w chalupie z basenem, a ze pogoda dopisala, kilkanascioro malolatow wyszlo z wody tylko na szybki kawalek pizzy oraz babeczke. :)


Poczatkowo mialy byc tylko zraszacze i planowalam odstawic Potworki i wrocic po nich za 2 godziny. Kiedy dostalam maila, ze jednak otwieraja dla dzieci basen stwierdzilam, ze nie ma mowy, zebym zostawila ich w wodzie samych. Pomyslalam, ze dwoje doroslych w zyciu nie upilnuje kilkanasciorga malych wariatow, z ktorych niektore (w tym Nik) wcale dobrze nie plywaja. Okazalo sie jednak, ze bylam tylko jedna z trzech takich histerycznych matek. Reszta nie miala oporow, zeby zostawic dzieciaki pod opieka gospodarzy. :D
W kazdym razie, zabawe dzieci mialy przednia. Jak napisalam wyzej, praktycznie nie wyszli z wody przez calutkie 2 godziny, mimo, ze tak naprawde tylko tydzien wczesniej zrobilo sie w koncu cieplo i ta byla raczej lodowata! :)

Jak widzicie, piatek byl intensywny i nic dziwnego, ze po imprezie Nik dal jasno do zrozumienia swoim zachowaniem, ze ma dosc. :) Przyjecie bylo od 18 do 20, ale wiadomo, ze dzieciaki nie mialy dosc zabawy i po wyciagnieciu z basenu, rzucily sie na trawnik, zeby jeszcze chociaz pokopac przez chwile pilke. Tu juz ktos chwycil fajniejsze zabawki pierwszy, ktos inny nie chcial sie podzielic i wybuchly pierwsze konflikty, Nik sie poplakal i czym predzej zgarnelam Potwory do domu. Kokus ryczal cala droge (na szczescie to tylko niecale 10 minut), ze jak ktos osmielil sie z nim nie podzielic upatrzona zabawka! :D Kiedy jednak przekroczyl prog domu, jasne bylo, ze po prostu jest wymordowany, bo oswiadczyl, ze nie chce jesc, ani pic, tylko chce sie klasc spac.
Za duzo wrazen jak na jeden dzien. :)

Niestety, w sobote nie dane bylo nam odsapnac po intensywnym piatku. Tego dnia bowiem w Polskiej Szkole odbylo sie uroczyste zakonczenie roku szkolnego.

Na galowo z upominkami dla wychowawczyn :)

I bylo "uroczyste" az za bardzo. Czasem stwierdzam, ze w tej szkole wiele rzeczy jest "za bardzo", a juz na pewno z wielka pompa. ;)
Cale szczescie zakonczenie nie bylo na 8:30, jak zwykle lekcje. :D Rozpoczynalo sie msza w jednym z polskich kosciolow o 9. I tu nie rozumiem. Szkola jest jak najbardziej swiecka, a i ropoczecie roku i zakonczenie, zawsze zaczynaja msza swieta. Ja nie pojechalam i nie zaluje. Dojechalam z Potworkami troche po 10 rano i zasiedlismy w auli, gdzie ludzie dopiero zaczeli sie schodzic. Teraz, z perspektywy czasu stwierdzam, ze nawet ta 10 rano to bylo za wczesnie. Nie bylo konkretnej godziny rozpoczecia na sali, wszystko sie przedluzalo, przesuwalo i tak naprawde zanim sie zaczelo, dzieci mialy dosc. Uroczystosc zaczela sie dopiero przed 11 i... porazka. Spodziewalam sie przemowy pani dyrektor oraz pani prezes i rozeslania dzieci do klas. Na poczatku bylo ok. Poczet sztandarowy, spiewanie hymnu polskiego i amerykanskiego, wystep grupy tanecznej, itd. Tymczasem juz po chwili okazalo sie, ze zakonczenie to tylko wstep do uroczystosci pozegnania 8 klas oraz klasy licealnej. Osme klasy zatanczyly poloneza, bardzo ladnie zreszta, ale to byl najdluzszy polonez jakiego w zyciu widzialam...

Wyglada niczym chaos, ale to taki skomplikowany uklad

Potem klasa licealna mialy swoj wlasny taniec. Nastepnie specjalnie do odchodzacej ze szkoly mlodziezy pani dyrektor miala osobna przemowe. Przez kolejne minuty przemawiali reprezentanci klas, dziekujac szkole, zarzadowi, rodzicom, babciom, ciotkom, kolegom z lawki i Bog wie komu jeszcze. Tu juz zaczynalam byc zla, a Potworki dopytywac sie ile jeszcze. Niestety, nastepnie osme klasy zaczely spiewac rzewna piosenke, a w tle pokazywano ich zdjecia zrobione na roznych uroczystosciach w minionym roku. Kiedy nastepnie spiewac o pozegnaniu rozpoczeli licealisci, gula skoczyla mi juz konkretnie. A jak zaczeli wywolywac osmoklasistow po kolei, kazdego z osobna, do odebrania dyplomow, skapitulowalam i zabralam Potworki z sali. Okazalo sie, ze nie ja jedna, bo w korytarzu stalo juz sporo osob, ktore uznaly, ze ile, do cholery, mozna. W tym momencie zrobilo sie juz poludnie! :O
Ludzie kochani! Nie wiem, kto to wymyslil. Rozumiem, ze dla mlodziezy oraz rodzicow, ktorych dzieci koncza te szkole to wazna uroczystosc, ale uwazam, ze pozegnanie najstarszych klas powinno odbyc sie osobno. Nie wiem co to za problem ustalic, ze zakonczenie roku dla klas 0-VII jest na 10, a dla klas VIII oraz liceum, pozegnanie bedzie o 11? A wlasciwie to wiem. Na drodze zapewne stoi wspomniana wczesniej msza swieta i fakt, ze najstarsze klasy beda musialy poczekac na swoja kolej. No coz, dla mnie ta msza jest zupelnie zbedna. W kolejnym roku, wiedzac czego sie spodziewac, zamierzam dopytac czy ma to tak samo wygladac. Jesli tak, to ja spokojnie przyjade z Potworkami na 11:30, jak nie pozniej. Nie ma sensu meczyc ani ich, ani siebie. ;)
Kiedy w koncu uroczystosc na sali laskawie sie skonczyla, dzieciaki mogly przejsc do klas. Najpierw pobieglam do klasy Bi, ktora wreczyla pani ciasteczkowy bukiecik i dostala drobne upominki oraz najprawdziwsze swiadectwo! :D


Nie dziwcie sie, ze sie podniecam, ale tutaj nie ma swiadectw jako takich. Dostaje raporty mailowo, jako elektorniczny dokument, gdzie wypisane sa tylko wyniki w nauce oraz pare slow od wychowawczyni i ktory musze sobie sama wydrukowac!. :) Ani oficjalnych pieczatek, ani nawet podpisu, nic. Dlatego usmiechnelam sie widzac cos, co przypomina polskie swiadectwa, ktore kiedys sama przynosilam do domu. :)

Swiadectwo, hej! :D

Nastepnie pobieglismy do klasy Kokusia, gdzie pani urzadzila swoje wlasne przemowienie, uroczyscie wzywala kazde dziecko do biurka, a tam wreczala im upominki oraz dyplomy. :)

Nik wyglada jakby chcial z tamtad uciec! :D

Kokus zakonczyl zerowke ;)

I tak zakonczyl sie pierwszy rok Potworkow w Polskiej Szkole. Czy warto bylo? Dla nich, nie wiem. Na pewno cos tam lykneli, na pewno dodatkowo posluchali mowy ojczystej. Mieli calkiem sporo atrakcji oraz uroczystosci. Nik wiem, ze bardzo lubil swoja pania i chodzil tam chetnie wlasnie dla niej. Bi rowniez miala mila pania, ktora jednak sporo wymagala. Do tego dodac, ze Starsza jakos nie mogla zzyc sie z grupa i w efekcie szkoly nie lubila. Ja sama jednak poznalam trzy bardzo fajne dziewczyny, z ktorymi mam nadzieje, ze bede utrzymywac w miare regularny kontakt, wiec zaliczam Polska Szkole na plus. ;)

Wlasnie w sobote po poludniu przyjechala do mnie jedna z kolezanek poznanych w owej szkole. Jej syn jest z Kokusiem w klasie, ale choc chlopaki widzieli sie tez juz kilka razy poza nia, to akurat tego dnia nie mogli sie zupelnie dogadac. Byli u nas 2 godziny i z tego moze ostatnie 15 minut to byla ladna zabawa, a tak to caly czas wzajemne dokuczanie oraz skarzenie. :/ Musze niestety przyznac, ze duzo bylo w tym winy Kokusia, ktory za cholere nie chcial podzielic sie zabawkami. W rezultacie, maly M., wkurzony, np. pryskal mu z pistoletu wodnego prosto w buzie, Nik zaczynal plakac, a my z J. nie moglysmy sie spokojnie nagadac... :/ Mysle, ze intensywny tydzien dawal juz o sobie konkretnie znac i Kokusiowi zupelnie puszczaly emocje. Niestety, przy okazji mi nieco puszczaly nerwy i Mlody zgarnal kilka razy ochrzan.

W kazdym razie, w koncu w niedziele nadszedl spokojny dzien, gdzie nic nie "musialam". Co za ulga! Z rozkosza nawet posprzatalam obie gorne lazienki! :D Pojechalam tez w koncu kupic kwiatki do doniczek. Prawie polowa czerwca, a u mnie pustki! Teraz w koncu wszystko posadzone, ale ze jest dosc pozno, nie wiem czy rozrosnie sie jak trzeba, szczegolnie, ze jak na zawolanie zrobilo sie chlodniej i deszczowo... :/
A przy sadzeniu kwiatkow wokol skrzynki pocztowej, nagle cos (malego na szczescie) wyskoczylo z chwastow! Z zaskoczenia az podskoczylam i malo nie klapnelam na dupsko (to by widok mieli sasiedzi)! :)


Calkiem spora ropuszka byla potem przekladana z rak do rak przez Bi oraz Kokusia i krzyzowalam palce zeby przezyla te "pieszczoty". Na koniec nie mogli sie z nia pozegnac i niemal calowali ja ze smutkiem. Ropucha glupia nie byla, bo kiedy w koncu Bi wypuscila ja w trawe, a po minucie stwierdzila, ze jednak pojdzie jeszcze raz sprawdzic jak sobie radzi, juz jej nie bylo. :D

A. Mialo jeszcze o koncach byc. :)
Dla Potworkow juz w srode skonczyl sie kolejny rok szkolny. Wczesnie w tym roku, bo nasze miasteczko mialo niewiele dni, kiedy szkoly zamkniete byly z powodu pogody.
Jak wspomnialam wyzej, nie ma tu uroczystego rozdania swiadectw, bo raporty przysylane sa zwyczajnie mailem. :) Co za tym idzie, w wiekszosci szkol nie ma zadnej uroczystosci zwiazanej z pozegnaniem szkoly. Po prostu niemal normalny dzien, choc juz bez nauki, tylko z zabawa i o 2 godziny krotszy.

Ostatnie zdjecie naszego przystanku w takim skladzie. Od nastepnego roku, najstarsza dziewczynka przechodzi do szkoly wyzej, a blizniaki beda chodzic rano na swietlice

Tak bylo w starej szkole Potworkow, w nowej jednak maja swoje tradycyjne "clap-in" zarowno na poczatek, jak i na koniec roku. Polega ono na tym, ze po krociutkiej przemowie pani dyrektor oraz przysiegach ("Pledge of allegiance" oraz osobnej przysiedze szkolnej), kazda klasa jest przez dyrektorke kolejno wywolywana i wchodzi do szkoly po chodniku niczym po czerwonym dywanie, przy akompaniamencie oklaskow zebranych rodzicow. :)

"Wklaskuje" Kokusia :D

W zeszlym roku odpuscilam sobie, ale po obejrzeniu tego calego "clap-in" na rozpoczeciu roku i stwierdzeniu, ze to jednak calkiem sympatyczna tradycja, postanowilam sie przejechac.

A tu klasa Bi wkracza w mury ostatni raz w tym roku szkolnym :)

Potem pojechalam do pracy, a poznym rankiem musialam ponownie zawitac do szkoly, jako ze zglosilam sie do pomocy przy nakladaniu II Klasom lodow. Kiedy sie zglaszalam, myslalam, ze to tylko dla klasy Bi i lekko sie zdziwilam kiedy musialam nakladac waniliowe lody prawie setce 8-latkow. :D Starsza jednak zachwycona byla moja obecnoscia, wiec warto bylo. :)


Klasy I nie mialy lodow, ale za to lunch jedli na plazowych recznikach rozlozonych na trawie. :) Tu jednak nauczycielka Kokusia zaznaczyla, zeby rodzice nie przychodzili, bowiem to byl jej ostatni dzien, zeby pobyc z dziecmi.

Jak zawsze przy tej okazji jest mi rzewnie i wzdycham nad uplywem czasu. Koniec roku szkolnego, nawet bardziej niz Nowy Rok uswiadamia mi, jak szybko dorastaja moje dzieci. Uwierzycie, ze po wakacjach Bi idzie juz do III klasy, a Nik do II?! Do trzeciej i drugiej! Nie dociera to do mnie...

Jak konce, to i poczatki. Od poniedzialku Potworki zaczynaja summer camp, czyli polski odpowiednik polkoloni. To ich pierwszy raz. Najpierw wakacje spedzali z dawna opiekunka. Dwa lata temu M. pracowal na druga zmiane, wiec wymienialismy sie opieka jak za dawnych, niemowlecych czasow. :) A rok temu, jesli pamietacie, wakacje spedzili u nas tescie. W to lato jednak nie ma zadnej z tych opcji, zostaja wiec polkolonie... Martwie sie, bo to pierwszy raz. Zastanawiam sie czy im sie spodoba, czy szybko przywykna do nowego otoczenia, dzieci, opiekunow? Czy bedzie im tam dobrze? Tyle niewiadomych...

poniedziałek, 10 czerwca 2019

Szesc + szesc

Czyli Nik skonczyl 6 i pol roku! :)


Mam pustke w glowie... Kolejne polrocze smignelo sobie tak szybko, ze nie wylapalam zadnych wiekszych zmian w Kokusiu...

A nie, przepraszam. Wlasnie przypomnialam sobie, ze wkrotce po ukonczeniu 6 lat, Nik "wymienil" dwie dolne jedyneczki na stale. Poki co jednak nic nowego sie nie "kiwa", wiec na kolejna wizyte Wrozki Zebuszki przyjdzie mu troche poczekac. ;)

Skoro pisze o zebach, to w ostatnim polroczu Nik zaliczyl tez swoj pierwszy ubytek. Tu nie ma sie czym chwalic, ale za to leczenie zabka, Mlodszy zniosl bohatersko. Na fotelu nawet sie nie wzdrygnal, choc wczesniej troche sie denerwowal. Nie ma sie co jednak dziwic, skoro uprzednio dwa razy byl swiadkiem wrzaskow siostry na fotelu dentystycznym. Majac taki przyklad, naprawde mogl pomyslec, ze leczenie prochnicy to taki niesamowity bol i dziwie sie, ze nie musialam go do dentysty ciagnac sila. ;) A "po" sam stwierdzil zdziwiony, ze nie wie, dlaczego Bi tak plakala. :D

Mam wrazenie, ze Nik robi sie nieco sprawniejszy fizycznie. Nie tylko jezdzi na rowerze niczym szogun (na kempingu nauczyl sie jezdzic... bez trzymania kierwonicy!):

Fota na dowod

...ale tez szybko biega (poprzednio pisalam, ze na biegu charytatywnym dobiegl czwarty ze wszystkich pierwszoklasistow), a na drabinkach czy hustwkach wyczynia akrobacje na rowni z Bi. No i zima zapierniczal na nartach niczym profesjonalista! :D I tylko plywanie nadal idzie mu srednio, bo zamiast plynac eleganckim kraulem, Nik mieli wode "na pieska", a zamiast zabka, macha nogami bez koordynacji, wypychajac dupke nad wode. :D Jeden z instruktorow powiedzial mi jednak kiedys, ze chlopcom ogolnie trudniej przychodzi plywanie, wiec mam nadzieje, ze za jakis czas sie chlopak wyrobi. :)

Jak na szesciolatka konczacego pierwsza klase, Nik pisze calkiem - calkiem (zeby mu sie chcialo jeszcze rozwijac wypowiedzi! :D) i naprawde swietnie czyta. Z matematyka radzi sobie rowniez niezle, choc ma tendencje do robienia "glupich" bledow i np. w pospiechu zamiast odejmowac, dodaje. ;)
Ogolnie, mimo ze najmlodszy w klasie, w ogole nie odstaje od kolegow i jest raczej lubiany, bo co i rusz slysze ze ktorys kolega chcialby umowic sie z nim na wspolna zabawe. ;)
Z drugiej strony, byla ostatnio u mnie kolezanka z synkiem o rok starszym. Chlopaki sa razem w klasie w Polskiej Szkole, widzieli sie juz kilka razy na gruncie "prywatnym", ale tamtego dnia nie mogli sie jakos dogadac. Nik za cholere nie chcial sie dzielic zabawkami, a M., czy to w odwecie, czy po prostu majac gorszy dzien, dokuczal mu, np. strzelajac z pistoletu na wode prosto w buzie. W rezultacie, tamten ciagle przychodzil na skarge, a Nik sie kilka razy poplakal. A my nie moglysmy nawet w spokoju pogadac, bo caly czas trzeba bylo pacyfikowac to jednego, to drugiego.
Czyli Nik jest kolezenski, ale na wlasnym gruncie broni terenu. ;) Wiecie jak to jest. Zabawka moze lezec tygodniami w pudle, ale jak tylko wyjmie ja kumpel (lub siostra, hehe) to nagle robi sie mega atrakcyjna. :D

Zajecia plastyczne to zdecydowanie nie jest konik Nika, ale kiedy musi, potrafi sie nawet przylozyc i calkiem fajnie mu to wychodzi. Np. ostatnio wypisywal kartke urodzinowa dla kolegi z klasy.


W szkole, z okazji urodzin jakiegos dziecka, w I klasach, kazdy uczen wypisuje taka strone, a nauczycielka spina potem te kartki w pamiatkowa ksiazke. :) Jak widac, kolega Kokusia uwielbia Ninja Turtles. ;)

Nie mam pojecia jak Nik radzi sobie na muzyce, ale dosc czesto zdarza mu sie podspiewywac pod nosem i jak na moje, niewprawne ucho, spiewa calkiem czysto. W przyszlym roku moze podjac nauke gry na instrumencie w szkole i choc na poczatku upieral sie, ze nie chce, w koncu zdecydowal sie na... wiolonczele! :D Szczerze, to nie moge sobie wyobrazic malego Kokusia taszczacego wielki pokrowiec z instrumentem, nawet pomimo, ze te sa dobierane do wieku i rozmiarow dziecka. ;)

Jak pisalam ostatnio, Nik w koncu nauczyl sie uzywac wyobrazni i bawic zabawkami odgrywajac wymyslone role. Najczesciej bawi sie tak z siostra, ale kilka razy przylapalam go, kiedy obudzil sie przed wszystkimi i siedzial grzecznie w pokoju, bawiac sie figurkami z Lego.

Nik jest nadal strasznym pieszczochem i przytulasem. Przed wejsciem do autobusu szkolnego, tuli mnie i caluje, zupelnie nie krepujac sie, ze patrza na to kolega i kolezanki. Podobnie, kiedy w piatek zostalam w jego klasie po wystepach (o tym w kolejnym poscie) bez oporow wdrapal mi sie na rece i nie zwazal, ze koledzy ciagna go za nogawki i namawiaja do zabawy. Taki maminy syneczek. ;) W kosciele, kiedy nudzi mu sie i zaczyna sie juz za bardzo wiercic i/lub gadac, wystaczy drapac po pleckach, a Nik natychmiast siada bez ruchu z bloga minka. ;)

Jest niesamowicie pomocny i az rwie sie do pracy. Oczywiscie takiej, ktorej nikt od 6-latka nie oczekuje. Kiedy bowiem poprosze o pozbieranie zabawek, to olaboga! To tak ciezko, a on jest taki malutki! Ale pozamiatac podjazd miotla dwa razy od siebie dluzsza? Prosze bardzo. Pozbierac powyrywane przez matke chwasty, wrzucic na taczke, po czym przejechac ta wielka taczka przez caly ogrod (ktory jest na wzgorzu, wiec albo trzeba sie nasapac pod gore, albo mocno trzymac taczke, bo ucieknie w dol z ladunkiem), wjechac do lasku i tam wyrzucic zawartosc? Nie ma sprawy. ;) To Nik najchetniej zbiera z ogrodu galezie, ktore wiatr stracil z drzew. Rowniez on zbiega do garazu ochoczo kiedy przyjezdzam z zakupow i upiera sie zeby pomoc mi taszczyc siatki na gore. :) Kiedy M. kosi trawe, chodzi za nim krok w krok, a ostatnio nawet kawalek sam (w asyscie taty) skosil, mimo, ze ledwie jest w stanie pchnac nasza kosiarke. ;)

Jeszcze z 2-3 lata i mozna bedzie mu rzucic "dam ci $20 jak skosisz trawnik" :D

Idealnie na "pol-urodziny" doczekal sie strzyzenia. Sam juz o to prosil, bo odkad zrobilo sie troszke cieplej, strasznie sie pocil, drapal po glowie, itd. Ja za to nie moglam dodzwonic sie do fryzjerki, ktora zawsze go strzygla. W koncu M. sie wkurzyl i stwierdzil, ze zrobi to sam. Kokusiowi musialo byc juz faktycznie niewygodnie, bo zawsze upieral sie, ze on tylko pani Gosi da sie obciac, a tym razem, na propozycje taty, zgodzil sie natychmiast. :D W ten sposob, moj maly "hobbitek" przeszedl z tego:

Ja go tak strasznie lubie w dluzszych wloskach...

Do tego:

Zegnajcie kudelki, chlip...

A ja jak zwykle potrzebuje kilku dni zeby sie przyzwyczaic. :)

Poprawily sie Kokusia stosunki z... nie, nie z siostra, tu nadal sa wzloty i upadki z przewaga tych pierwszych, ale z... Maya. Jeszcze do niedawna, najwieksze ciegi Nik lapal za dokuczanie psu. Niewiadomo skad, bo Nik jest ogolnie bardzo wrazliwym i przyjacielskim dzieckiem, Mlodszy lubil znienacka pociagnac psa to za ogon, to za lape... Nasz siersciuch jest naprawde najcierpliwszym psem pod sloncem, ze jeszcze nigdy nie wyszczerzyl na niego zebow. Biedna Maya najczesciej tylko zapiszczy, a Nik zbiera kary. I zupelnie nie moge dojsc skad w ogole ma taki odruch dokuczania, bo to typ, ktory jesli nieopatrznie trafi na film przyrodniczy gdzie, no coz, zwierzeta na siebie poluja, zaczyna plakac. Ale swojemu wlasnemu psu robi krzywde i to juz mu nie przeszkadza. Ot, taki fenomen.

Zdjecie autorstwa Bi. Ostatnio naprawde nie moge spuscic telefonu z oka, bo przechwytuja go i pstrykaja sobie nawzajem foty :D

Nik nadal jest raczej niesmialy, ale wyraznie nabiera pewnosci siebie. Na koniec wspomnianej wyzej prezentacji dla rodzicow w szkole, wlasnie jego pani wybrala na przeczytanie koncowych podziekowan dla rodzicow, dwojki klasowej oraz pomocy nauczyciela. Bylam milo zaskoczona, bo to Bi raczej rwie sie do popisow. Nik, wzorem swojej mamuski, najlepiej stalby gdzies z tylu i wtapial sie w tlo. ;) No i zla jestem na siebie, ze mnie to ominelo! Zaraz po wystepie grupy Kokusia, popedzilam bowiem do klasy Bi, na jej prezentacje. Gdybym wiedziala, ze Nik bedzie mial wystep "solo", zostalabym do konca, tym bardziej, ze u Bi nie bylo scislej kolejnosci i mogla spokojnie przeczytac swoj tekst na samym koncu. No trudno. O wystepie na koniec dowiedzialam sie tylko dlatego (ani Nik, ani nauczycielka nie wspomnieli nic o tym), ze wychowawczyni wyslala link z cala prezentacja klasy. Niestety, mimo ze wrzucony na YouTube, jest chroniony i nie mogle nawet go przegrac. :/ Nagralam kawalek koncowej przemowy Nika telefonem, zeby miec ja dla siebie, ale jakosc jest gorzej niz marna. :(

Tutaj tak nie rzuca sie w oczy, ale ogladajac nagranie widac od razu, ze przegrane zostalo z ekranu :/

Bede musiala jakos to przelknac. ;)

Na koniec wrzucam dwa zapamietane z kempingu teksciory.
Nik jak wiadomo, mowi glownie po angielsku, chociaz "przycisniety" potrafi wypowiedziec sie po polsku. Czasem jednak tlumaczenie sprawia mu lekkie klopoty. I tak, akurat kiedy bylismy na majowce, wypadal polski Dzien Matki. Tlumaczylam mu to, wyjasniajac dlaczego M. dzwoni do tesciowej. Tutaj Dzien Matki wypadal dwa tygodnie wczesniej, wiec Potworki traktowaly to jako fenomen. :)
Mowie wiec, ze dzis jest Dzien Matki w Polsce, a Kokus upewnia sie zdziwiony:

"Dzien Matki's Day?" :D

Tak sie zlozylo, ze kolejnego dnia wypadalo u nas swieto Memorial Day, upamietniajace zolniezy, ktorzy zgineli sluzac ojczyznie. Potworki zaczynaja sie juz zywiej interesowac swiatem, chca poznac szczegoly roznych spraw, dopytywali wiec dlaczego nie maja tego dnia szkoly i o co w ogole chodzi w tym calym swiecie. Tlumaczylam wiec cierpliwie, ze to dzien, w ktorym pamietamy o zolnierzach, ktorzy bronili naszego kraju. Tlumaczenie z polskiego na angielski okazuje sie jednak podchwytliwe, bo kiedy Nik, swoim zwyczajem upewnia sie, ze dobrze zrozumial, wychodzi mu:

"They defeated our country?"

Nieee, no nasi wlasni zolnierze raczej naszego kraju nie pokonali, ale na usprawiedliwienie Kokusia trzeba przyznac, ze "defeated" brzmi dosc podobnie do "defended". :D

I to tyle o 6-i-pol-letnim Kokusiu. Gdybym miala zawieszona miarke, wrzucilabym chociaz jego aktualny wzrost. Niestety, miarka nadal, po ponad 15 miesiacach od przeprowadzki, lezy sobie w ktoryms pudle. :D