czwartek, 18 stycznia 2018

Z serii: w tym domu sie gada (wydanie przed- i okolo-swiateczne :D) + styczniowa codziennosc

Dzisiaj mam dla Was zbior Potworkowych powiedzonek jeszcze z grudnia. Koncowka roku byla tak bogata w posty, ze nie bylo ich gdzie wczesniej wcisnac. ;)

*

Kreatywne obelgi:

Nik (poirytowany na siostre): "Bi, ty rozpedzony koniu!"

Nie musze chyba dodawac, ze nawet taki "epitet" wzbudzil w Starszej czarna rozpacz, ze oto jej mlodszy brat, osmielil sie ja przezywac! :D


***

Stoimy w dluuugiej kolejce do przedswiatecznej spowiedzi, a znudzone Potworki rozgladaja sie dookola: W koncu Nik wskazuje konfesjonal:

"A do czego sa te szafeczki?"


***

Dzieciaki mialy kalenarze adwentowe. Nik niechcacy otworzyl 16 oraz 19 tego samego dnia, bo popatrzyl do gory nogami, a nikt nie przyuwazyl, ze Mlody zjada druga czekoladke tego samego dzionka. ;) Kiedy wiec przyszedl faktyczny 19-nasty, okazalo sie ze okienko ma puste. Nik upiera sie wiec, zeby otworzyc 20-stke. Tlumacze (bez wiekszej nadziei, ze zrozumie), ze oczywiscie moze otworzyc, ale jesli bedzie codziennie otwieral okienko naprzod, kiedy przyjdzie 24 grudzien, Bi otworzy ostatnie, a on juz zadnego nie bedzie mial i bedzie mu smutno.
Nik slucha, slucha, ale najwyrazniej nie podoba mu sie ta logika, bo wykrzykuje:

"Przestan juz! Sprawiasz mi przykrosc!"

Nie to bylo moim celem, ale coz. :D 
Musze jednak przyznac, ze najwyrazniej moja tyrada trafila tam, gdzie powinna, bowiem nastepnego dnia, naburmuszony, ale dumny Nik oznajmil, ze nie otworzyl okienka, tylko czeka na kolejny dzien. ;)


***

Syn zarzuca mi raczki na szyje i sklada soczystego buziaka na moim policzku. Po czym smieje sie:

"I just married you! Because if you kiss someone, you get married!"


***

Przynosze do domu poczte. Bi patrzy rozczarowana:

"Nie ma zadnej paczki?"
"Nie." - odpowiadam
"To zamow cos wreszcie!"

Juz od konca listopada i poprzez grudzien, a wiec przez okolo miesiac, nie otwieralam przy Potworkach zadnego pudla, z wiadomych powodow. Jak jednak widac, sam fakt wniesienia do domu wielkiej paczki juz jest podniecajacy, niewazne czy zawiera cokolwiek wartego uwagi! ;)


***

Zaintonowalam dzieciom "Przybiezeli do Betlejem".
Bi sie krzywi (przy moim spiewie wcale jej sie nie dziwie), ale Kokusiowi podpasowalo:

"Ja lubie te komende!"


***

Potworki sie poklocily o to, czy maly Jezusek to chlopiec czy dziewczynka. W koncu przybiegli do mnie, abym rozstrzygnela spor. Oswiadczam, zgodnie z prawda, ze Dzieciatko to chlopiec, ale Bi, ktorej racja zawsze musi byc najmojsza, krzyczy wsciekla (tupiac noga dla lepszego efektu):

"It's a girl! A giiirl! A GIRL!!!!"


***

O tym, jak zrobic obciach rodzicom. ;)

Jestesmy na zakupach. Nasza kasjerka to typowa baba - chlop, z wlosami scietymi na jezyka, bez makijazu i z bezksztaltna sylwetka. Dla mnie oraz M., jest to jednak wyraznie kobieta (no dobra, na pierwszy rzut oka tez przemknely mi przez glowe watpliwosci). Tymczasem Nik wypala do babki bez skrepowania:

"Are you a boy?"

I chociaz zupelnie sie biednemu dziecku nie dziwie, to i tak spalilam tam niezlego buraka :D


***

Bi pyta co by sie stalo, gdyby nie jadla przez 100 dni. Kiedy odpowiadam bezlitosnie, ze umarlaby z glodu, zaczyna sie dopytywanie: "I co bys zrobila? Byloby ci smutno? Plakalabys?"

W niezdrowa ciekawosc siostry, wtraca sie Nik:
"I bym wszystko mogl robic na twoim tablecie!"

To sie nazywa braterska milosc... :D


*

To juz wszystkie grudniowe teksty. Skromnie, zwazywszy na to, ze Potworkom buzie sie nie zamykaja, a caly swiateczny tydzien siedzielismy razem w domu, ale jakos wiecej nie spisalam. Prawdopodobnie, przy takim natezeniu dzieciecych dialogow, mozgownica zaczyna je po prostu "wypierac" i nie rejestruje. :D

*

Pomalu probujemy lapac rytm po poswiatecznym rozluznieniu (Bosz..., brzmi jak rozwolnienie :D). Latwo nie jest. Jesli pamietacie, dwa dni po Nowym Roku nawiedzila nas sniezyca, ktora uziemnila mnie z Potworkami w domu na dwa dni. W kolejnym tygodniu Nik spedzil dwa dni w domu, co wymoglo na M. wziecie pol dnia wolnego w kazdy z tych dni, a na mnie wczesniejsze wyjscie z pracy, zeby moj malzonek mogl chociaz te rzeczone pol dnia zaliczyc. ;) W tym zas tygodniu, szkoly byly zamkniete w poniedzialek z okazji Dnia Martina Luthera Kinga, zas w srode, nad nasz Stan nadplynela kolejna sniezyca! Mizerna i bez szalu, ot 5 cm sniegu przy +2 stopniach. Ale i tak wystarczyla, zeby zamknac szkoly! :/

*

W szkole Potworkow odbyl sie apel, na ktorym wystepowaly klasy zerowkowe. Wymknelam sie wiec z pracy na pol godziny zeby popatrzec jak sie prezentuje moj syn.
No coz... Bi zawsze wkladala w spiew i choreografie (ktora zazwyczaj ogranicza sie do prostych gestow) cale serce oraz energie. Nik? Nie wiem, czy wine ponosi tu plec, czy tez mlody wiek, ale fakt, ze Kokus stal wyraznie znudzony, rozgladal sie po sali rozkojarzonym wzrokiem i (o zgrozo!) dlubal w nosie... ;)

Apel odbyl sie w ostatni dzien szkoly przed dniem Martina Luthera Kinga, wiec pani dyrektow wspomniala kim byl i o co walczyl

Juz wiekszy entuzjazm okazywala Bi, ktora co prawda siedziala na widowni, ale zdolala wypatrzyc mnie w grupce rodzicow i co chwila odwracala sie, zeby mi pomachac i przeslac buziaki. :)

*

Potworki z mniejsza lub wieksza checia odrabiaja lekcje.

Skupienie - rzadki widok :D

Po przerwie swiatecznej oczywiscie checi bliskie sa zeru i okupione kilkunastominutowym jeczeniem. Naprawde, w czasie, ktory spedzaja na marudzeniu jak bardzo nie chce im sie odrabiac pracy domowej, trzy razy mieliby ja zrobiona. :/

Nik nadal, w ramach lekcji, ma cwiczyc rozpoznawanie oraz pisanie "snap words". Kilka dni temu, zeby nieco urozmaicic mu te zmudne cwiczenia, wycisnelam na tacke troche pianki do golenia. Kiedy Nik skonczyl cwiczyc swoje wyrazy, do zabawy przystapila Bi. :)

Zabawa sensoryczna dla maluszkow, ale nawet 6.5-latki maja ubaw ;)

*

W ostatnia sobote, na obiadokolacje zamowilismy sushi.


Wbrew temu, co pokazuje zdjecie, z Potworkow to Bi jest wiekszym sushi-zerca. :D

*

Po domu grasowali mi Pidzamersi. Kotboj troche stremowany byl sesja zdjeciowa. ;)


*

Tak jak napisalam wyzej, w srode zostalam uziemniona w domu. Musze przyznac, ze tym razem wkurzona bylam na maksa i gdybym dorwala w swoje raczki osobe odpowiedzialna za decyzje o zamknieciu szkol, udusilabym! :/ Temperatury na plusie, nasza ulica czarna, sniegu na oko kilka cm, a oni szkoly zamkneli! Jeszcze zeby opoznili godzine rozpoczecia lekcji, zrozumialabym. W koncu trzeba te wszystkie school busy odsniezyc, a i boczne drogi zapewne nie byly dokladnie oczyszczone. Ale zamknac kompletnie??? To juz gruba przesada!

Na dodatek Potworki, zamiast cieszyc sie z wolnego dnia, byly wyjatkowo znudzone i marudne. Po tym jak kazalam odlozyc tablety (w ktore gapili sie polowe ranka, zanim wstalam), zaczeli maraton jeczenia, sprzeczek i fochow. Zapowiadal sie dluuugi dzien, a ja w dodatku wzielam papiery zeby popracowac z domu. A tu atmosfera gesta jak smietana, co chwila wybuchaja klotnie, wez czlowieku pracuj! :/

Na szczescie ma sie czasem odrobine farta. :)
Kiedy myslalam juz nad wywiezieniem Potworow na stok narciarski i zapisaniem na prywatne lekcje na CALY dzien (i choc zaplacilabym fortune, to spokoj, ktory bym zyskala, wydawal sie zupelnie tego warty :D), ujrzalam wjezdzajacego na nasz podjazd listonosza. Juz sam fakt, ze wjechal, zamiast normalnie wrzucic poczte do skrzynki znajdujacej sie przy samej drodze, byl zaskoczeniem. Poza tym pora - byla zaledwie 10 rano, a zwykle dojezdza do nas grubo po 17. W kazdym razie, zaskoczona pobieglam do drzwi, a tam: paczka od cioci z Polski!!! :) No nie mogla sie moja siorka lepiej wstrzelic! Nie dosc, ze dzien wolny, nie dosc, ze Potwory umieraja z nudow, to jeszcze w weekend zapomnialam kupic srajtasmy, a ona wypchala wolne przestrzenie w kartonie rolkami papieru toaletowego! Ma dziewczyna ten szosty zmysl! :D

W pakunku, oprocz papieru do du... pupy, same skarby: po zestawie Lego dla kazdego Potwora, a poza tym Barbie dla Bi i pojazd Hulk'a dla Nika.

To zielone to wlasnie pojazd Hulk'a (szkoda, ze Nik jeszcze nie wszedl w faze superbohaterow), a wyscigowa z zestawu lego

Ze juz o gigantycznych jajkach z niespodzianka nie wspomne! Szczegolnie Lego bylo moim wybawieniem. Bi pomogla Nikowi ulozyc jego zestaw, a kiedy sie nim bawil, ulozyla swoj.

 Zameczek do kolekcji. Byla Elsa, teraz mamy Piekna i Bestie :)

W ten sposob, poza przywolaniem na posilki i wyjsciem na dwor, mialam ich z glowy. Moglam w spokoju popracowac, oproznic i zaladowac zmywarke, wstawic pranie, poskladac je i pochowac... I ogarnac tuzin innych, drobniejszych rzeczy. A dzieciaki ani razu nie zamarudzily, ze glodne, ze siusiu, kupa, nudno i tak w ogole to chca ogladac bajki na tabletach! No miodzio! ;)

Na dwor wyszlismy dopiero poznym popoludniem, bo w miedzyczasie przyjechal w odwiedziny dziadek. Snieg tym razem, przy plusowych temperaturach, spadl mokry i klejacy. Ciezko bylo odsniezac, ale na szczescie spadlo go malo. Za to idealnie nadawal sie do lepienia balwana. Nik propozycje takiego uzytkowania sniegu olal, ale Bi ochoczo zabrala sie za robote. I ulepila go (po poczatkowej histerii kiedy Maya rozwalila jej pierwsza kule i przeniesieniu sie w sam rog ogrodu, gdzie "niewidzialny pastuch" nie pozwala psu dojsc) zupelnie sama!

Przypomina tworczynie w tym rozowym wiadrze ;)

Ja jedynie pomoglam w docisnieciu wiaderka na glowie balwana, bo uparcie spadalo. :)

*

Tak wlasnie mija styczen. Mimo rozleniwienia oraz ciaglych dni wolnych (a moze dzieki nim), ekspresowo. :) W miedzy czasie Nik mial przeglad uzebienia i wszystkie mleczaki ma zdrowe. Podobno dolne jedynki zaczynaja mu sie tez lekko ruszac. Z doswiadczenia jednak wiem, ze moze minac jeszcze pol roku albo i wiecej, zanim wypadna. :) Bi niestety nie ma tyle szczescia i w kolejnych dwoch tygodniach czeka ja leczenie ubytkow... :/ M. od poniedzialku przechodzi juz na "prawdziwa" pierwsza zmiane, tzn. bedzie w pracy od 6:30 do 15, a wiec wszystkie kontrole i wizyty lekarskie znow spadna na mnie. :/ Poza tym sobotnia gimnastyka Bi, poniedzialkowa pilka nozna Potworkow i reszta miesiaca smignie zapewne ani sie obejrze...

A! W weekend rozebralismy (i sfajczylismy) choinke. I smutno, ciemno i pusto zrobilo sie w pokoju. :(

Do poczytania!

sobota, 13 stycznia 2018

To jak to bylo z ta lazienka?

Wlasnie sobie uswiadomilam, ze przez okres przedswiateczny, potem poswiateczny, a pozniej wracanie do brutalnej rzeczywistosci, nie pokazalam Wam efektu po remoncie lazienki. A tymczasem cieszymy sie nowym wystrojem juz ponad miesiac...

W zasadzie ten "remont" to poprawki glownie kosmetyczne i az nie do wiary, ze tyle z tym bylo ambarasu. ;)
A ja caly czas nie moge przebolec tej zostawionej, bialej podlogi. A jeszcze bardziej braku wymiany wanny i polozenia nad nia kafelkow. No ale coz, moze za jakis czas...
A moze i nie. ;)

W kazdym razie, zeby nie przedluzac.

Udalo mi sie odszukac stare zdjecie z 2009 roku. Tak wygladala lazienka kiedy wprowadzilismy sie do naszego domu:

 Stary balagan na blacie. Jak ja sie ciesze, ze juz go nie widze! :)

I, wstyd sie przyznac, tak ja zostawilismy. Przez ponad 8 lat! :O Jedyne co zrobilismy, to w 2011, po narodzinach Bi, wymontowalismy drzwi znad wanny (ktorych nie widac), bo przeszkadzaly w wygodnym kapaniu Starszej w wanience. Poza tym, nic innego nie tknelismy.

Tak naprawde to o remoncie lazienki rozmawialismy juz od kilku lat, ale ciagle cos stalo na przeszkodzie. A to male dzieci, przy ktorych trudno cos zrobic, a to kasy brak... Rok temu bylismy juz w sumie zdecydowani... ale jakos tak odkladalismy i odkladalismy, ze ani sie obejrzelismy, przyszlo lato, kempingi, wyjazdy... Potem M. wzial sie za taras, ktory naprawde byl w oplakanym stanie. I chyba ten remont tarasu, cos w nim "odblokowal", wiec malzonek moj niemal z marszu zabral sie za lazienke. I juz poszlo! :)

Po pierwsze, trzeba bylo wywalic stara szafke, zlew oraz szafeczke nad kibelkiem:

 Pa pa, starocie! :D

 Zostaly sterczace ze sciany rury:

Lazienka laciata :)

Potem M. wygladzal nierownosci i latal lekkie pekniecia w scianach, stad te wszystkie biale plamy. Najwieksza dziura zostala po oderwaniu od sciany szafy:

Z boku widac kawalek mazniety "na probe" nowym kolorkiem

W koncu dostawiona zostala nowa szafa, tu jeszcze bez szuflad:

Podwojny zlew to byl strzal w 10!

Ile mysmy sie tej cholernej szafy nie podopasowywali! To chyba byla najupierdliwsza czesc calego projektu! Szafa jest podwieszana na scianie, a z przodu ma nozki. Wysokosc nozek mozna regulowac, co tez czynilismy, zeby jakos dopasowac szafe do wystajacych rur. Chodzilo o to, zeby zlewy byly na w miare wygodnej wysokosci, rurki miescily sie w szafce, a szuflady domykaly. Niestety, zeby przedluzyc lub obnizyc nozki, trzeba bylo szafe odsunac i przekrecic na bok. Szafa podwojna, ciezka i oczywiscie ja - slabizna, zahaczylam rogiem i zadrapalam swiezo pomalowany przez M. kawalek sciany. Nie byl zbyt szczesliwy... :D

Niestety, nijak nie dalo sie pomiescic wszystkich rur. Nie wiem czy pamietacie, ale miedziane rurki dostarczajace ciepla i zimna wode trzeba bylo przyciac, zawory od nowa dopasowac, a w jednej z szuflad wyciac strategiczna dziure:

Na szczescie nie za duza

Ale w ten sposob wszystko sie ladnie domyka:

Gotowa szafka

Co jeszcze fajniejsze, szuflady dzialaja na "cichy domyk", ktory jest super. Koniec z ciaglym trzaskaniem!
Nastepnie zniknela dziura w scianie:

Jeeej!

Zniknela rowniez paskudna lampa, rodem z lat 70-tych lub 80-tych:

Zawsze ktoras zarowka nie swiecila, co jedna wymienilismy, przeswietlala sie kolejna :/

Zamiast niej, przez kilka dni mielismy pusta sciane:

Na szczescie przy pochlaniaczu jest rowniez swiatelko, inaczej czekaloby nas mycie sie po ciemku przez kilka dni ;)

Niestety (a moze i na szczescie), zdjecia nie oddaja syfu, ktory nieodlacznie towarzyszy wszelkim remontom - pylu ze szlifowanych scian, naciapanej farby, pedzli, walkow, tasm ochronnych i gazet walajacych sie po calej lazience i tajemniczo migrujacych na caly dom. Szczegolnie pyl roznoszony byl doslownie wszedzie... A to byl tylko minimalny remoncik. Az strach sie bac, co sie dzieje kiedy ludzie robia renowacje calej chalupy! :O

W koncu pozostalo juz "tylko"pomalowac sciany, oprawic lustro w ramy, zawiesic obrazek w miejsce szafki nad kibelkiem oraz podlaczyc nowe swiatlo:

Lampa wita w XXI wieku :)

Podsumowujac, przed:

Ble... ;)

Po:

Jej! (Najbardziej to: "jeeej, wreszcie koniec!) :D

Kolor sama wybralam, a potem rowniez sama musialam sie do niego przyzwyczaic. W zalozeniu mial byc jasny szary i jest, tylko... Mial byc bez zadnych odcieni czy podcieni. SZARY i juz. Tymczasem moj tata pierwszy raz wszedl do nowej lazienki i stwierdzil: "O, ale te sciany to fioletowe?". :/ Tydzien pozniej przyjechala ciotka M., wlazla do lazienki i oznajmia: "O, ladny ten niebieski na scianach!" FIOLETOWY i NIEBIESKI, rozumiecie?! Juz nie wiem, czy to ja jestem daltonistka, czy oni, bo dla mnie to jest szary... :/

W kazdym razie dwa zlewy to super wygoda, chociaz Potworki kloca sie o to, ktory zlew jest "czyj". ;) No i na wierzchu stoja tylko szczoteczki oraz pasty, reszta balaganu pochowana jest w szufladach, co bardzo mnie cieszy. I chociaz stara podloga i wanna troche mnie mecza, to jednak uwazam, ze zmiana jest na plus. :)

I na jakis czas mam dosc malowania i remontow... :D

wtorek, 9 stycznia 2018

Poczatek roku

Rok 2018 rozpoczal sie z przytupem. :)

Po swiatecznym leniuchowaniu, dlugim spaniu i wygrzewaniu sie w cieplutkim domku, baaardzo niechetnie wrocilismy do pracy i szkoly...

Nasze zrzedzenie zostalo najwyrazniej wysluchane, bo juz po dwoch dniach nad wschodnie wybrzeze Stanow nadplynela sniezyca - gigant. Zrzucilo jakies 30 cm sniegu (u nas), szkoly zamkneli na dwa dni, a ja zmuszona bylam pracowac z domu. Przynajmniej czesciowo, bo wiadomo jak "pracuje" sie przy dwojce energicznych dzieci. :)

Po otwarciu drzwi zastalam taki widok (Maya zdazyla juz przebiec przez snieg). A prog mamy dosyc wysoki...

Z tym sztormem i tak nam sie upieklo. Jestesmy odsunieci na zachod od wybrzeza na tyle, ze ominelo nas epicentrum. Nadmorskie miejscowosci na wschodzie mialy sie znacznie gorzej...W naszych okolicach, wiecej szkod wywolaly, trwajace nieprzerwanie przez 2 tygodnie, mrozy. I to takie fest. Do poniedzialku, w dzien mielismy po -10 stopni, a w nocy temperatura spadala czesto ponizej -20. W wielu okolicznych miasteczkach popekaly rury, a w urzedach i szkolach popsuly sie instalacje grzewcze, zapewne przestarzale i nieprzystosowane do tak dlugich mrozow. W koncu to nie Alaska. ;)

Zabawa podczas burzy snieznej. Wyszlismy pozno, po 16, dlatego swiatlo takie kijowe...

O ile w czwartek fajnie bylo posiedziec w cieplym domu i popatrzec na sniezyce przez okno, o tyle, kiedy po poludniu zaczely nadchodzic wiadomosci, ze okoliczne szkoly, jedna po drugiej zamykane sa rowniez na piatek, moje mysli ulozyly sie bardziej w cos na ksztalt "oh, f*ck". :D W koncu chcialabym gdzies w tym roku pojechac na urlop, a nie zuzyc wszystkie dni wolne na cholerne snow days w szkole! Dzieki temu, ze M. pracuje teraz w takich "dzikich" godzinach, udalo mi sie skoczyc do pracy rano na dwie godziny, a troche papierow znow wzielam do domu, zeby uzbierac razem chociaz te pol dnia roboty.

Piatkowy poranek pod praca

 I druga strona zimowej krainy, eee... parkingu :)

Jednak nocna zmiana malzonka mego miala te nieoceniona zalete (ale o tym juz chyba pisalam), ze nie musialam sie martwic o zadne dni wolne ze szkoly, bo Potworki zostawaly po prostu z nim. Teraz musimy kombinowac... :/
A pozamykanie szkol w piatek okazalo sie mocna przesada, bo drogowcy naprawde odwalili kawal dobrej roboty i drogi byly zupelnie przejezdne. Przynajmniej te czesciej uzytkowane. :)

Niestety, poczatek roku okazal sie rowniez chorobowy. Zaczelo sie ode mnie. Juz w Sylwestra czulam, ze cos mnie "bierze". W Nowy Rok juz zdecydowanie rozlozylo mnie przeziebienie. Dwa dni pozniej zaczal smarkac M.
My jednak wyszlismy z walki z wirusem obronna reka. Polegl za to Nik.
Pomimo siarczystych mrozow, korzystajac z wolnego od szkoly, jeszcze w czwartek i piatek wyszlam z Potworkami choc na moment na snieg.

 -10 na termometrze, ale zabawa przednia :)

 Tylko pies zmarzniety, wzrokiem blaga o wpuszczenie do domu ;)

A w piatkowy wieczor, Kokus zaczal sie pokladac. Najpierw nie zwrocilam na to uwagi, bo dzien wczesniej, po polozeniu "spac", buszowali z Bi w swoim pokoju prawie do 22 (wiedzialam, ze maja wolne, wiec nie gonilam ich do snu), a rano wstal juz o 6:30. Myslalam wiec, ze jest zwyczajnie niewyspany. Kiedy jednak wydal mi sie podejrzanie cieply, siegnelam po termometr, a tam... 38.2. :/ Super! Piatek wieczor, klinika zamknieta, poza tym nasza lekarka na emeryturze, wiec chwilowo jestesmy bez stalego pediatry... :( Idealny czas na chorobe!
Niestety, goraczka utrzymala sie w sobote oraz w niedziele. Noce mielismy przerywane, bo dziecko, rozpalone jak piec, budzilo sie z placzem. Poza tym jednak nic specjalnego mu sie bylo. Lekko przytkany noc, odkaszlnal sobie 3-4 razy dziennie. I tyle... Tylko ta goraczka. Ominelo go wyjscie na gimnastyke z Bi (z jakiegos powodu Nik traktuje godzine w poczekalni jako atrakcje :D)...

 To w niebieskim stroju z przodu, to Bi. Mostek wychodzi juz jej calkiem niezle ;)

...ominelo wyjscie na przyjecie urodzinowe w niedziele...

W niedzielny wieczor goraczka spadla w koncu do normalnej temperatury i wydawalo sie, ze wychodzimy na prosta... Niestety, tej samej nocy Nik znow obudzil sie o 1:30 caly rozpalony! :/ W poniedzialek zostal wiec w domu z M., a ja rozpoczelam misje: umowic sie do lekarza. Co okazalo sie naprawde "misja", bowiem wszyscy w klinice krecili nosem, ze nie wybralam jeszcze nowego pediatry. Coz... Nasza pani doktor odeszla na emeryture cale 8 dni wczesniej i spodziewalam sie, ze mam jeszcze chwile... W kazdym razie najpierw pani administratorka marudzila, na moja prosbe, zeby umowic syna do kogokolwiek (w klinice jest 5-ciu pediatrow), ze ona musi miec wpisanego "oficjalnego" lekarza dzieci, po czym... oswiadczyla, ze zadzwoni do mnie pielegniarka... :/
Pielegniarka oddzwonila godzine pozniej, kiedy siedzialam akurat na meetingu (ech...) i po wysluchaniu, ze dziecko goraczkuje od piatku i poza lekkim "przytkaniem" zdaje sie nie miec innych objawow, stwierdzila (przypominam, ze "diagnoza" telefoniczna!) infekcje wirusowa gornych drog oddechowych i polecila, zeby zbijac goraczke, nawilzac powietrze, a na kaszel (ktorego Nik praktycznie nie ma) podac lyzeczke miodu. Na moje pytanie, ile dni ma mi dziecko goraczkowac, zeby obejrzal je lekarz, odpowiedziala zdziwiona pytaniem "to pani chciala dzis sie zobaczyc z lekarzem?".
No kuzwa, nie, tak sobie z nudow wisze w pracy drugi raz na telefonie! :/

W kazdym razie w koncu udalo mi sie umowic, M. pojechal z Kokusiem, a tam, niespodzianka: obustronne zapalenie ucha!!! :/ Najdziwniejsze jednak, ze Nik wcale na uszy nie narzekal!
Nie pamietam czy pisalam, ze na bilansie 5-latka, nasza owczesna jeszcze pediatra stwierdzila, ze w uchu "cos sie dzieje" (i wtedy, kilka dni wczesniej Nik skarzyl sie, ze ucho go boli), ale uznala, ze juz samo przechodzi. Najwyrazniej nie przechodzilo, tylko sie wlasnie rozwijalo i teraz, niemal rowniutkie 3 tygodnie pozniej, mamy juz "wspaniale", rozwiniete zapalenie. :/

Swoja droga, co to dziecko ma z uszami! Jak tylko zlapie leciutki katar, zaraz schodzi mu na uszy! :( Lekarz tlumaczyl, ze musi miec kanaliki laczace uszy z zatokami przynosowymi idace pod bardzo lagodnym katem, dlatego wydzielina z nosa wiecznie dostaje sie do uszu wywolujac zapalenia (czy jakos tak). Pocieszajace, ze jak ze wszystkiego i z tego powinien wyrosnac. ;)
Wyladowal oczywiscie na antybiotyku i co moze byc szokiem dla polskich czytelniczek, lekarz powiedzial, ze nastepnego ranka dostanie trzecia dawke i moze spokojnie isc do szkoly! ;) W Hameryce nie ma zwyczaju trzymania dzieci w domu az skoncza antybiotyk i potem kolejny tydzien, zeby nabraly odpornosci. :D

Mimo ze nie zamierzalam, na polska modle, trzymac Kokusia 2 tygodnie w domu, w poniedzialek po poludniu nadal goraczkowal i nawet pomimo tego, ze na wieczor temperatura w koncu mu spadla, nie puscilam go we wtorek do szkoly. Powagarowal sobie w domu z tatusiem i mam nadzieje ze pozwolilo mu to w pelni odzyskac sily.
A kiedy po poludniu wrocilam z pracy, zastalam dziecko pedzace po domu niczym antylopa, skaczace jak kangurek i ryczace jak lew. Czyli w zasadzie zdrowe. I z wielka radoscia i ulga odstawie je jutro z powrotem do placowki edukacyjnej. ;)

A poza tym, kustykam sobie, bowiem moje stluczone upadkiem kolano "poprawilam" uginaniem odsniezajac w czwaratek taras i zbuntowalo sie zupelnie, postanowilo sztywniec oraz bolec... Dzis juz chodzilam prawie normalnie, ale proby podbiegniecia do zamykajacych sie drzwi czy zejscia po schodach, skonczyly sie malo przyjemnie. :/ Liczylam na male szusowanko w nadchodzacy weekend, ale widze, ze marne szanse... Nawet jak odzyskam pelna sprawnosc, to raczej bede chciala dac kolanu odpoczac. :( Pozostaje miec nadzieje, ze wypad na narty uda sie w innym terminie. I jeszcze tej zimy. ;)


Jak tylko nadeszla odwilz, szklany dach nad jednym z korytarzy w pracy zaczal masowo przeciekac. Idac do lazienki, trzeba urzadzac slalomik miedzy wiaderkami :D

Oprocz tego jednak, nic sie nie dzieje. ;D

wtorek, 2 stycznia 2018

Podsumowanie roku 2017, ferie swiateczne oraz postanowienia na 2018

Jak tam? Kac po Sylwestrze doleczony? ;)

Ze mnie taka "pijaczka", ze wypilam wieczorem pol lampki wina (fakt, ze bardzo slodkiego, az zbyt slodkiego), zmulilo mnie, zemdlilo, dostalam zgagi, a nastepnego ranka obudzilam sie z bolem oraz lekkimi zawrotami glowy. Taki to byl moj Sylwester. ;)

Ale wysiedzielismy z M. do polnocy razem na kanapie (ja w szlafroku i bez makijazu :D). To juz sukces, bo w zeszlym roku sama przerzucalam kanaly w tv, a on malowal zderzaki od auta czy cus. ;) Tym razem przynajmniej posiedzielismy wspolnie, wspolnie pogapilismy sie w tv, dalismy sobie buziaka o polnocy, po czym o 00:24 poszlismy razem lulu.

Takze tego... Mam nadzieje, ze choc czesc z Was miala nieco bardziej imprezowego Sylwka! :D

*

Podsumowanie, hmmm...

Rok 2017 byl rokiem nowosci. Najwieksza byla oczywiscie zmiana przeze mnie pracy. Po 11 latach to nie lada wyczyn! ;) Ze zmiany tej nie jestem do konca zadowolona, ale przynajmniej dobrze placa i tego bede sie trzymac. ;)

Kolejna nowoscia bylo zapoczatkowanie nowej tradycji wakacyjnej - kempingow! To zdecydowanie zmiana na plus. Bardzo nam sie taka forma wypoczynku podoba. Juz czekamy na kolejne lato, zeby pojezdzic, a ja przegladam strone do rezerwacji, probujac wybrac jakies nowe, ciekawe kierunki wyjazdow. :)

W 2017 niesmialo zaczelam zapisywac Potworki na zajecia dodatkowe. Najpierw plywanie tylko dla Bi, potem dla obojga, pozniej znow tylko dla Starszej, bo Nik sie zbuntowal. ;) Nastepnie Bibi wyprosila gimnastyke artystyczna, a sama zapisalam oba Potworki na zajecia plastyczne. Za tydzien zas, w szkole dzieciakow zaczyna sie 5-tygodniowa sesja pilki noznej, na ktora rowniez ich zapisalam. Mam nadzieje, ze im sie spodoba. ;)

Jeszcze jedna nowoscia, tym razem z samego poczatku roku, byl powrot po wielu latach i malej probie dwa lata wczesniej, na stoki narciarskie. Tym razem w towarzystwie dwoch malych narciarzy. Osobiscie nie moge sie juz doczekac tegorocznego sezonu! ;) Ktory juz sie zreszta zaczal i mialam nadzieje na male szusowanko w czasie przerwy swiatecznej, ale przy naszych arktycznych temperaturach sobie odpuscilam.

Poza tym, od wrzesnia mamy w domu dwoje szkolniakow. Nik pozegnal w czerwcu przedszkole i dolaczyl do siostry w gronie uczniow podstawowki. Potworki zaczely tez wracac do domu zoltym szkolnym autobusem, co bylo przezyciem zarowno dla nich, jak i dla nas. :)

*

Tydzien swiateczny opisalam Wam z grubsza w poprzednim poscie. Zimowe temperatury niemal calkowicie zatrzymaly nas w domu. Mimo ze, jak wspomnialam wyzej, wstepnie planowalam wypad na narty, temperatury -10 stopni skutecznie mnie do tego zniechcecily. ;) Poza moim wypadem do kolezanki w czwartek, pojechalismy tez do "Polakowa" na zakupy oraz wyslac paczki w sobote oraz odwiedzilismy znajomych w niedziele (szkoda, ze nie na imprezke sylwestrowa :(). Poza tym nie ruszalismy sie z domu.

A, przepraszam! W sobote od rana proszyl drobniutki sniezek i choc nie spadlo go duzo, to te kilka cm naroslo na starej warstwie, ktora przy obecnych temperaturach nie ma szans stopniec. Wraz ze sniegiem, temperatura podniosla sie na moment do zawrotnych -6 stopni, a ze prawie caly tydzien Potworki kisily sie w domu, zas kolejnego dnia znow mialo byc -13, stwierdzilam, ze teraz albo nigdy! I zabralam dzieci na gorke za szkola, zeby sobie pozjezdzali na "dupkach". ;)

"I believe I can fly!" :D

Im ziab byl zupelnie niestraszny, a ja dreptalam w kolko zeby sie rozgrzac, co dawalo tyle co nic. Strasznie zmarzlam i chyba to jest powodem mojego przeziebienia, ktore postanowilo uaktywnic sie w samego Sylwestra. :( W dodatku, poslizgnelam sie na lodzie przykrytym cieniutka warstewka sniegu i wylozylam jak dluga! Dobrze, ze swiatkow mojej kompromitacji nie bylo! :D Za to zbilam sobie lokiec oraz kolano i kustykam niczym stara babcia... A kiedy po pol godzinie, zmeczona zimnem oraz rwaniem w lokciu i kolanie, oznajmilam Potworkom, ze wracamy, oni zaczeli blagac o pozwolenie kontynuacji zabawy na sniegu pod domem! :O

Z kolejnych "wazkich" wydarzen, Bi wypadla w koncu gorna prawa jedynka, ktora od miesiaca wisiala doslownie w poprzek, ale uparcie sie trzymala. Wyleciala w nocy z piatku na sobote i dziecko uznalo za stosowne obudzic nas o nieboskiej godzinie, wchodzac do naszej sypialni i oznajmiajac, ze "Zab mi wypadl!". :D
Znow musialam podjac role Wrozki Zebuszki i wstyd sie przyznac, ale o maly wlos bym zapomniala! To by mialo dziecko przykra niespodzianke rano! ;) I tak bylo rozczarowane, ze wrozka zostawila tylko $1. ;) M. wytlumaczyl Bi, ze aktualna "cena" to dolar za zeba, a ja ze w zebie byla dziura, wiec to towar wybrakowany. :D

 "Dziewczyna bez zeba na przedzie" :D

W kazdym razie, moja cora bez przedniego zabka wyglada conajmniej komicznie! Ze slicznej dziewczynki o subtelnej urodzie, zrobila sie taka bezzebna Baba Jaga... Na szczescie zab odrosnie. ;) A poki co, uparcie przywoluje mi na mysl piosenke Kultu: "Dziewczyna bez zeba na przedzie". :D

*

Noworoczne postanowienia...

Phi... Dziewczyny, czy ja kiedys robilam noworoczne postanowienia?! No wlasnie, to byl tylko zarcik... :D

Postanowien niet, ale kilka planow sie znajdzie, nawet niekoniecznie naszych, ale majacych wplyw na na nasza codziennosc... ;)

Trzeba poplanowac kempingi na kolejny sezon, to po pierwsze. W tym roku chcemy jechac rzadziej, tak 3-4 razy, ale za to przynajmniej na 4-5 dni.Tradycyjnie juz jednak, dopoki nie zarezerwuje miejsc, nic konkretnego nie planuje. ;)

Drugi plan to projekt, o ktorym wspomnialam w poprzednim poscie, a o ktorym na razie cicho sza. ;) Jesli sie uda, bedzie to oznaczalo ogromna zmiane dla calej naszej rodzinki, ale przede wszystkim dla Potworkow. Coz, zobaczymy...

Trzecim planem sa oczywiscie narty!!! :D Niestety, nie wiem czy w styczniu uda nam sie skoczyc, bo do skoordynowania jest zarowno pogoda, jak i zdrowie calej naszej czworki. Szczegolnie z tym ostatnim, wiadomo jak bywa o tej porze roku... :)
Luty oraz marzec zas stoja pod znakiem zapytania, bo jesli udadza nam sie plany z poprzedniego akapitu, raczej bedziemy miec na glowie inne sprawy niz szusowanie.
Jak ze wszystkim wiec - pozyjemy, zobaczymy. ;)

*

Rok 2018 zaczyna sie tez zmianami. Od Nowego Roku M. przeszedl na dziwaczna zmiane w pracy - ni to pierwsza, ni to druga. Pracuje od 10:30 do 19 (a dzis zostal do 22 :/). Najglupsze godziny jakie mozna wymyslic! Teraz to juz naprawde wszystko jest na mojej glowie, bo M. nie ma czasu zeby cokolwiek zrobic ani rano, ani wieczorem! :/
Takie dziwaczne godziny wynikaja z tego, ze malzonek moj przechodzi na I zmiane do innego wydzialu, gdzie juz zaczna go szkolic, ale on sam musi jeszcze dokonczyc trening kogos na swoje miejsce na starym wydziale na II zmianie. :/ Beznadziejny uklad, ale trzeba zacisnac zeby i wytrzymac, bo ta sytuacja ma trwac do okolo polowy lutego. Potem M. ma przejsc po prostu na pierwsza zmiane i pracowac od 6:30 rano do 15. Jakos wiec obecne godziny przezyjemy i trzymamy kciuki, zeby sie nie przedluzylo. ;)

Poza tym, tesciowie cos przebakuja o przylocie do nas latem. :O Z jednej strony na sama mysl ogarnia mnie panika. Z drugiej jednak, juz trzy razy zwalili sie nam na 3 miesiace i jakos przezylam. Przezyje i czwarty raz. Moze. ;) Z trzeciej zas strony, przejscie M. na I zmiane oznacza, ze latem nie bedziemy miec co zrobic z Potworkami. Trzeba by szukac polkolonii, obozow, usmiechnac sie do Pani Marysi - dawnej opiekunki, itd. Nie dosc, ze kazda opcja droga, to jeszcze szkoda mi Potworkow, ze w wakacje nie mogliby zwyczajnie wypoczac, spac do oporu, ogladac bajki, biegac po podworku, bawic sie kiedy chca, odpoczywac kiedy sa zmeczone... Przyjazd dziadkow bylby i dla nich i dla nas wybawieniem. Nie mowiac juz o tym, ze chcialabym zeby Potworki mialy jak najwiecej kontaktu z rodzina z Polski, a Skype to nie to samo...
Na nic sie jednak poki co nie nastawiam, bo tesciowie dopiero musza zlozyc podanie o wizy. Powinni je dostac bez problemu, ale roznie to bywa. No i oboje sa juz w podeszlym wieku, szczegolnie tesc, wiec nie wiadomo czy jakies problemy zdrowotne (tfu, tfu!) nie pokrzyzuja tych planow...

I tak wyglada poczatek kolejnego roku. Z siarczystym mrozem, potencjalnym sztormem sniegowym w czwartek (i "snow day" w szkolach...) oraz po-feriowym nicmisieniechceniem... :D

piątek, 29 grudnia 2017

Swieta minely spokojnie...

Tak po prostu. Obylo sie bez wiekszych ekscesow, bylo spokojnie i rodzinnie.

Nawet reszta przygotowan minela bez wiekszej nerwowki. Jakos tak wszystko udalo sie rozplanowac, ze gotowalam bez spiny i stresu. W piatek upieklam sernik, w sobote posprzatalam lazienke, machnelam dwie salatki, kutie oraz makowiec, a M. usmazyl rybke w panierce.
No dobra, w ktoryms momencie musialam wyciagnac zachomikowane figurki do malowania. Potworki popuscily wodze fantazji artystycznej i w ten sposob Szopke mamy... mocno nietypowa. :D

Szczegolnie aniol - pierwszy od lewej, wyglada dosc koszmarnie, szczegolnie ze zaraz tego samego dnia dzieci stracily go z szafki i odlamaly mu skrzydla :D

W sobotni wieczor spedzilam tez dobra godzine, pakujac prezenty. Coz, mistrzem owijania w papier pudelek roznej wielkosci i ksztaltow, to ja nie jestem. Co sie dalo wrzucilam do torebek i juz. ;)
Na niedziele zostal juz tylko barszcz oraz odgruzowanie reszty chalupy. Za pierwszy wzial sie M., drugie niestety przypadlo w udziale mnie. Potem juz sie tylko wykapac i "upieknic". Szkoda, ze moje wlosy, kiedy sa krotkie, czy podkrecone czy nie, stercza we wszystkie strony tak samo. :D

Wieczerza wigilijna byla tak wesola, jak tylko mogla byc w naszym ograniczonym gronie. Przelamalismy sie oplatkiem, wcisnelismy w Potworki troche barszczu (Nik chleptal czysty, bez uszek :D) oraz rybki, a w tym czasie dzieciarnia juz ledwie siedziala na krzeslach, dopytujac kiedy przyjdzie Mikolaj. Jak tylko wszyscy pojedli, zebralam wiec talerze i wyprowadzilam maluchy przed dom, wypatrywac Mikolaja. Ktory to (niespodzianka, niespodzianka), jak zwykle wpadl tylnym wejsciem, zostawil prezenty pod choinka i uciekl zanim Potworki zdazyly wbiec z powrotem do domu. :D

Potem nastapil szal, ktory zapewne byl obecny i w Waszych domach. ;) Moje dzieci byly w tym roku najwyrazniej wyjatkowo grzeczne (ciekawe, ze ja pamietam cos zgola odwrotnego), bo nie pamietam Wigilii kiedy sie az tak oblowily. ;)

Bi ulozyla wszystkie swoje prezenty w uporzadkowany stosik :)

Bi dostala swoj wymarzony kemper Barbie, na widok ktorego wydala serie podekscytowanych okrzykow:

Wielkie to okropecznie ;)

Zas Nik upatrzona smieciare, chociaz wieksze wrazenie zrobil na nim pociag na baterie, jezdzacy po torach. :)

Chlopiec i jego pociag :)

Oprocz tego, kolekcja zabawek powiekszyla sie o zestaw Little Pet Shop, urzadzenie do nawijania koralikow na wlosy, znikopis oraz chodzacego i miauczacego kotka. ;) Nie moglo sie tez obyc bez upominkow ksiazkowych. ;)

 Moje dwie najukochansze ksiazki z dziecinstwa. Ciesze sie, ze teraz poznaja je Potworki :)

No i prezenty, z ktorych matka cieszy sie chyba najmniej - tablety. Tak, tak, chrzestny Potworkow postanowil ich uszczesliwic i sprezentowal im po tablecie. Wraz z dziecio-odpornymi obudowami, ktore okazaly sie nieocenione, bowiem juz nastepnego dnia, tablet Nika wyladowal na ziemi. ;)
W kazdym razie, poki co nie zamierzam Potworkom wgrywac zadnych gier, wiec jedynym co moga na tabletach robic, to ogladac bajki na YouTube oraz robic zdjecia. Co zreszta robia z wielka pasja i obfotografowali juz chyba wszystko w naszym domu. :) A ja czekam az tablety im sie znudza. Nie podoba mi sie dziwny wplyw, jaki maja na Potworki. Juz wspominalam, ze kiedy wlacze bajki w tv, dzieciaki ogladaja gora godzine, po czym leca do innych zabaw. Natomiast w tablety wpatruja sie niczym zahipnotyzowane.


Pierwszego dnia mniej ich pilnowalam i dopiero po jakims czasie dotarlo do mnie, ze minelo 1.5 godziny, a w domu jakby nie bylo dzieci i co gorsza, kiedy oznajmilam, ze koniec ogladania, nastapil ostry protest! Nooo, tego bylo juz za wiele. Nie dosc, ze siedza z nosem w ekranie, to z niezdrowo wygietymi szyjami... Od tamtego momentu, Potworki moga bawic sie tabletami tylko rano i wieczorem po pol godziny. I na szczescie jakos to akceptuja. ;)

Goscie w Wigilie zwineli sie duzo wczesniej niz zwykle, bo ciotka M. miala kontuzjowana noge. Puchlo jej kolano, a wieczorem opuchlizna zeszla niespodziewanie na kostke, noga zaczela bolec i wraz ze swoim partnerem juz o 21 pojechali do domu. Zaraz za nimi uciekl moj tata i zostalismy sami. Calkiem jednak fajnie to wyszlo, bo pozwolilismy Potworkom jeszcze chwile pobawic sie nowymi zabawkami, a my w tym czasie sprzatnelismy stol i wstawilam zmywarke. Po polozeniu Potworkow spac, mozna bylo wyciagnac sie wygodnie na kanapie i odetchnac po swiatecznym zgielku. :)

Matka Natura rowniez dala nam prezent i po ponurej, szarej i pochmurnej Wigilii, poranek w I Dzien Swiat przywital nas sniezyca.

 Snieeeeg!!! :D

Potworki oszalaly ze szczescia, a i my - dorosli, cieszylismy sie z bialych widokow. Co to w koncu za Boze Narodzenie bez sniegu? ;) Po poludniu szybko sie rozpogodzilo, za to scisnal mroz, dzieki czemu snieg trzyma do dzis, jest pieknie, bialo i naprawde swiatecznie. W poniedzialek po poludniu bylo jeszcze w miare przyjemnie i wypuscilam Potworki na snieg:

Znowu zjezdzanie na mini goreczce ;)

Od wtorku, temperatury zrobily sie arktyczne i utknelismy w domu. Mamy wiec prawdziwie swiateczny czas, w domku, z leniuchowaniem, zabawa i ogladaniem bajek. Oraz lodowka pelna zarcia. ;)
Tutaj Swieta to tylko jeden dzien, wiec juz od wtorku spedzamy czas po prostu rodzinnie. To znaczy, mamy z M. maly projekt nad ktorym pracujemy, a ktory wymaga troche zalatwiania (i ciagania ze soba Potworkow) oraz duza dawke stresu, ale pochwale sie jak beda efekty (albo nie, jak ich nie bedzie :D). Narazie za wczesnie, zeby rozwijac temat. ;)
W czwartek M. pogonil do pracy, ale nie powiem zeby sobie specjalnie krzywdowal. Zreszta ja sama mialam juz ochote zabrac Potworki i wyrwac sie z domu na chwilke, gdziekolwiek, ale zanim pomyslalam, pozwolilam mezowi wziac moj samochod. Plulam sobie potem w brode, ale jego auta jeszcze nigdy nie prowadzilam i nie zamierzam, chyba ze bede do tego absolutnie zmuszona. ;)

Z domu wyruszylismy na chwile tylko we wtorek, zeby zalatwic wspomniana wyzej sprawe, a poza tym kisilismy sie w naszej chatce, wiec bylam juz tak zdesperowana zeby gdzies sie wyrwac, ze w czwartek wieczorem, kiedy M. oddal mi w koncu moja wozidupke, popedzilam do kolezanki. Normalnie o godzinie 18, kiedy jest juz ciemno i przy temperaturach -10, nie chce mi sie nigdzie ruszac, ale wczoraj az mnie swierzbilo. I pojechalismy i fajnie bylo, chociaz M. zostal w domu.
Troche glupio mi przed znajomymi, bo to juz chyba trzeci raz pod rzad kiedy M. nie pojechal ze mna ich odwiedzic, tym razem mial jednak mial wymowke do przyjecia. ;) Zostal w domu, bo ktos mial podjechac kupic jeden ze starych fotelikow samochodowych Potworkow. Stracilismy bowiem nadzieje, ze bedziemy miec jeszcze trzeciego malucha i w ramach sprzatania burdelu w piwnicy, wystawilismy na sprzedaz te dzieciece akcesoria, ktore nam jeszcze zostaly. A troche ich jest: wozek, kolyska, bujak, kojec oraz 2 foteliki somochodowe. :O Ubranek kilkanascie workow, ale te po prostu oddam do zbiorki koscielnej. Te najladniejsze z dziewczecych oddalam siostrze, reszta na sprzedaz sie nie nadaje. Niech skorzystaja potrzebujacy...

I wlasciwie to wszystko, co sie dzieje. Mam nadzieje, ze ferie swiateczne mijaja Wam rownie leniwie i spokojnie, co nam. :)

A tymczasem:

WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO W NOWYM ROKU 2018!!!

Do przeczytania w styczniu! :*

sobota, 23 grudnia 2017

Wesolych Swiat!

Moje Kochane!

Coz ja moge Wam zyczyc na te Swieta? Chyba, zeby byly takie, jakie sobie wymarzycie!

Niech beda Rodzinne!
Niech beda Zdrowe!
Niech Przyproszy Sniegiem!
Niech wkradnie sie choc odrobina Magii!

Wesolych Swiat zycza Potworki!!!


(Grzecznie i sztucznie)

Chociaz... chyba TO zdjecie lepiej oddaje ich nature:

 (Jak najbardziej naturalnie :D)

A jesli jestescie mocno po ziemi stapajacymi realist(k)ami, proponuje posluchac jednej z moich ulubionych, hamerykanckich piosenek bozonarodzeniowych. Dla nieswiadomych, to przerobka starej, znanej, anglojezycznej piosenki "Twelve Days of Christmas", zatytuowana bardzo trafnie "Twelve Pains of Christmas". Niech nam przypomni, ze nawet w tym przedswiatecznym wariactwie mozna doszukac sie odrobiny humoru.


(Piosenka poczatkowo wydaje sie nudnawa, ale zapewniam, ze napiecie rosnie w miare jej trwania, wiec zachecam do wysluchania do konca :D)

U mnie niezmiennie wywoluje usmiech. :)

Merry Xmas!!! :*

czwartek, 21 grudnia 2017

Co tam slychac przed Swietami? Post # 600

Tamtaramtam! To jest post # 600 na tym blogu!

W sumie to sama nie wiem, czy to duzo czy malo. Szescset wydaje sie sporo, ale z drugiej strony, pisze juz 5.5 roku, wiec czy to az taka produkcja? Chyba nie... W kazdym razie, co roku liczba postow systematycznie spada, wiec nie wiem czy kiedykolwiek dobije do okraglego tysiaczka... :D

Ale wracajac do tytulu, co tam u Was?

U mnie w kwestii przygotowan do Swiat, prawie kompletna ciiisza. :) Ida jak krew z nosa. ;) W zeszly weekend mielismy "zalatwic" choinke i swiatelka przed domem, ale koniec koncow nie odhaczylismy ani jednego ani drugiego. W sobote bowiem, kiedy M. zajechal do domu o 17:30, bylo juz ciemno i nie chcialo mi sie nigdzie ruszac, a niedziele mielismy w biegu, ale takim biegu nie majacym nic wspolnego ze Swietami. No ok, moze troche jednak majacym, bo jednym z powodow dlaczego dwa razy w ciagu dnia wpadlismy do domu na 1.5 godziny, po czym znow trzeba bylo pedzic dalej, byla spowiedz. Ktora w kraju gdzie polskie koscioly sa rozrzucone tu i owdzie (zazwyczaj daleko od siebie), jest tylko w pojedynczych dniach i ograniczonym czasie. Np. w naszym kosciele byla TYLKO w ta niedziele o 18. W innym pobliskim kosciele bedzie tylko w nadchodzaca sobote, rowniez na 18, ale to juz naprawde na ostatnia chwile, a poza tym, nie wiem czy udaloby mi sie oderwac od garow. ;)

M. ulitowal sie nad ryczaca Bi (oraz moja kwasna mina) i w poniedzialek, po tym jak odwiozl corke do szkoly, a ja zabralam Nika do pediatry, podjechal w koncu po choinke. Oraz stojak, bo stary, jak sie okazuje wywalil do kosza (ponoc byl pekniety), o czym zupelnie nie raczyl mnie poinformowac. Dobrze, ze nie szukalam tego durnego stojaka z obledem w oczach! :D

Ano wlasnie... Na bilansie z synem bylam w poniedzialek. I w sumie sie rozczarowalam. Pamietam, ze zeszloroczny bilans 5-latka z Bi, byl bardzo kompleksowy. Z Nikiem jednak, ani nie pobrali probki moczu, ani lekarka nie sprawdzila wzroku, sluchu, ani czy Nik potrafi rozpoznac ksztalty oraz napisac swoje imie. Poza ogolnymi ogledzinami i mierzeniem, pobrali Kokusiowi probke krwi zeby sprawdzic poziom zelaza oraz sprawdzili cisnienie. To wszystko. Nie wiem czy to dlatego, ze bilans Bi zbiegl sie z badaniami przed zerwoka, a Nika nie, czy dlatego, ze nasza pediatra odlicza juz dni do emerytury i wszystko jej zwisa i powiewa... :D

W kazdym razie, aktualne dane techniczne Kokusia to:

wzrost: 110.4 cm
waga: 20 kg

Jest tylko 800g lzejszy od Bi w tym samym wieku, ale za to az 4 cm nizszy. Ze Starszej jest wysoka panienka. ;)

Wracajac do choinki, to kiedy Potworki wpadly do domu po szkole i ja ujrzaly, nie bylo innej opcji, trzeba bylo ja ubrac! Teraz, zaraz, natychmiast!


Normalnie po szkole najpierw domagaja sie "papu", ale w poniedzialek jedzenie bylo niewazne. Mogli glodowac, ale choinka musiala zostac udekorowana.


I nie stracilismy ani jednej bombki! :O
W ten sposob troche swiatecznego klimatu sie do nas wkradlo. Poza tym jednak, ani nie wyciagnelam jeszcze naszej Szopki, ani balwankow i nie wiem czy w ogole oplaca sie wyciagac. ;)

Zanim jednak nadszedl weekend, kiedy NIE kupilismy choinki, ani NIE zawiesilismy swiatelek, w piatek, w zerowce odbylo sie spotkanie zatytulowane: Winter Crafts with Parents. Oczywiscie dziadek pracowal, a M. propozycje pojscia skwitowal parsknieciem, wiec to znowu ja musialam bronic honoru rodziny. ;) Nie zeby mi to jakos bardzo przeszkadzalo. Na codzien wstepu do szkoly nie mam, wiec od czasu do czasu chetnie przekraczam jej progi, zeby skontrolowac, czy moim dzieciom sie krzywda nie dzieje. ;)
Zartuje, Potworki ogolnie wydaja sie szkola zachwycone, chociaz dniami wolnymi tez nie pogardza. Obecnie odliczaja juz do przerwy swiatecznej. :)

Spotkanie minelo fajnie, jak zwykle. Najpierw dzieci robily z rodzicami balwankowe "maski" (nie wiem jak to nazwac)...

(Balwanek)

...a potem koralikowa sniezynke.

(Sniezynka juz wisi na choince)

Pozniej rodzice pociechom czytali.
Przy okazji zaobserwowalam, ze Kokus juz kolejny raz trafil do klasy z niezbyt zaangazowanymi rodzicami. U Bi na tych spotkaniach zawsze zostawalo jedno, gora dwoje dzieci bez rodzicow. U Kokusia - nie bylo polowy klasy. ;) Szkoda mi jednak tych dzieci, ktorych rodzice nie przyszli. Znow mialam okazje poobserwowac chlopczyka, ktory dopytywal sie, dlaczego jego tata sie spoznia. Niby nie plakal, ale co chwila powtarzal: "Gdzie ten moj tata? Przeciez obiecal, ze przyjedzie...". Na szczescie w koncu tata dojechal. ;)

Poza tym, w zeszly piatek Potworki robily bombki z blyszczacych paseczkow. Kupilam gotowy zestaw. :D Paseczki te dekoruje sie brokatowymi naklejeczkami oraz malutkimi blyskotkami. Kazda bombka zlozona jest z 18 takich paskow, blyskotki sa malenkie i zadanie to nieco dzieciaki przeroslo. Szczegolnie Nik musial niezle wysilic paluszki. Spedzili nad nimi dobra godzine, a ja w spokoju adresowalam swiateczne kartki. ;) Potem te paseczki trzeba jednak w miare rowno przymocowac do plastikowych uchwytow i rozlozyc w ksztalt bombki i przyznaje, ze nawet mi ciezko bylo tego dokonac. Nic dziwnego, ze zniechecone Potworki zrobily w koncu tylko po jednej bombce (materialow bylo na 6, czyli po 3 na lebka). ;)

(Choinki jeszcze nie bylo, wiec bombki wyladowaly na zyrandolu)

Kupilam im jeszcze gipsowe figurki do Szopki, do pomalowania. Poki co, "chomikuje" je w piwnicy, trzymajac na czarna godzine, czyli dzien, kiedy ja bede zalatana, a oni swirowac z nudow. Podejrzewam, ze ten dzien nadejdzie w sobote. ;)

Pierwsza partie kartek swiatecznych wyslalam dopiero w poniedzialek, bo w sobote, zanim odbebnilam z Bi gimnastyke...


...pojechalam na poczte po znaczki (poczta w okresie swiatecznym to zuoooo!), a potem przypomnialam sobie, ze mialam je nakleic i wsadzic kartki do skrzynki, listonosz zdazyl juz nas odwiedzic (moge wsadzac listy do wyslania do naszej skrzynki i listonosz je zabiera). :/
Trudno sie mowi. Pierwsza partia poszla w poniedzialek, a reszta we wtorek. Tylko jeden z braci M. niedawno sie przeprowadzil i M. juz tydzien "dowiaduje sie" o nowy adres, wiec ich kartka nadal czeka... ;) W zasadzie i tak wszystkie dojda dopiero po Swietach, wiec co za roznica czy bedzie to trzy dni po, czy tydzien... :D

We wtorek wieczorem zagniotlam ciasto na pierniki. Bi dopytywala sie o nie, odkad w niedziele kupilismy polewy w tubkach. Niestety, jej nauczycielka normalnie zadaje w tym tygodniu prace domowa (Pani Kokusia napisala, ze wie, ze ludzie maja sporo przygotowan, wiec zadan do domu w tym tygodniu nie ma), co troche psuje nam szyki, bo dodac do tego czytanke oraz gre matematyczna i schodzi godzina. Mialam rozlozyc pierniczenie na trzy dni: we wtorek zagniesc ciasto, w srode piec, a w czwartek dekorowac.

(Tym razem Potworki dzielnie wykrawaly pierniki do samego konca, nawet Nik!)

Niestety, kiedy w srodowy wieczor, upieczone pierniki pietrzyly sie na talerzu, Potworki podniosly lament, ze chca je dekorowac TERAZ, koniecznie! Co bylo robic. W duchu przedswiatecznej magii przesunelam nieco (a raczej sporo, bo o prawie 1.5 godziny) czas spania, zeby mogli oddac sie blogiemu mazianiu po pierniczkach.


Efekt? Kolorowy, to na pewno. :D

(Odrobina kiczu :D)

Czesc ciastek udekorowalam JA, ale nie przyznam sie nawet ktore, bo moj "talent" w tym zakresie jest spokojnie na poziomie Potworkow. Nie widac roznicy. :D Tylko nie wiem czy do Swiat dotrwaja, czy tak jak rok temu, Potworki pozra praktycznie wszystkie zanim zdaze je powiesic na choince... ;)

(Corcia zrobila ten pierniczek specjalnie dla mnie. Wzruszylam sie. :) Jesli nie widac, to tam jest napisane I Love. "you" juz sie nie zmiescilo :D)

Dzisiaj wieczorem zaczelam bigos. Jutro moze go skoncze, a moze rozloze po trochu na piatek i sobote. :) Tak juz mam, ze bigos lubie zaczac, potem schlodzic, znow podgrzac, cos do niego wrzucic, podgotowac, znowu zostawic, znowu cos dodac, itd. To bardzo powolny proces. ;) Ale za to efekt koncowy to, nie chwalac sie, majstersztyk! :D
Oprocz tego, musze sobie rozplanowac reszte pichcenia. Do konca tygodnia jestem wieczorami sama z Potworkami, a w sobote M. pracuje do 17, wiec wesolo nie bedzie. Dzieci mam niestety dosc aborbujace, a bajki dzialaja tylko na chwile. W zasadzie to sie ciesze, ze Potworki nie lubia spedzac polowy dnia przed ekranem. Po maksymalnie 1.5 godzinie wstaja i zaczynaja szalec i szczerze mnie to raduje. Ale kiedy mam robote, bywa to klopotliwe. ;)
Latwo wiec powiedziec, ze spedze dwa dni przy garach, kiedy co chwila bede musiala od nich odchodzic, bo "Maaamoooo!!!". :D Gotowania na szczescie nie mam szczegolnie duzo, bo i nasza gromadka jest niewielka. Ale zaplanowalam kutie, salatke sledziowa (w tym roku ciagnie mnie do takiej prostej, tradycyjnej) oraz nowa salatke z tunczykiem (az sie boje, chociaz przepis brzmi pysznie). Chce tez usmazyc rybke w panierce, bo dzieci rok temu sie nia zajadaly. Trzeba tez ugotowac barszcz, ale to raczej spadnie na M. Jego ciotka tradycyjnie przyniesie salatke jarzynowa, pierogi z grzybami, tatara z lososia (pycha!) oraz moze cos jeszcze. Musze tez upiec sernik i makowiec, bo to ulubione ciasta mojego taty, a i ja sama nie wyobrazam sobie Bozego Narodzenia bez serniczka. Z makowcem, jaki bym przepis nie wyprobowala, co roku mam jakies jaja, wiec juz go nie lubie. ;) A w niedziele, przed sama wieczerza, trzeba bedzie z grubsza odgruzowac chalupe. No i sie wykapac i wlosy ulozyc jako tako (korci mnie, zeby Bi zaplesc warkoczyki, ale boje sie, ze bedzie wygladac jak strach na wroble :D). Na malowanie paznokci pewnie jak zwykle nie starczy czasu. ;)

Troche roboty wiec bedzie, a poki co, co wieczor pakujemy z Potworkami prezenty dla nauczycieli. Nie ufam, ze Nik zapamieta co jest dla kogo majac piec paczek, wiec zanosza codziennie po trochu - we wtorek Bi zaniosla upominek dla Pani od muzyki, a Kokus dla nauczycielki hiszpanskiego. Te panie maja te same, wiec upominki byly od obojga. W srode zaniesli prezenty dla nauczycieli w-f'u (tych maja osobnych). W czwartek Bi zaniosla upominek od obojga dla Pani od "sztuki", a Nik dla dwoch asystentek swojej wychowawczyni. W piatek przyjdzie pora na prezenty dla glownych wychowawczyn obojga i ufff... koniec. :D
A ja musze ktorejs nocy popakowac prezenty dla calej rodziny (tylko gdzie je schowac, kiedy Potworki wyraznie cos czuja i pod byle pretekstem leza do piwnicy?) oraz spakowac paczke do Polski. Lubie ten Bozonarodzeniowy czas, ale huk roboty z lekka mnie przeraza. ;)

Mam nadzieje zajrzec tu jeszcze przed samymi Swietami, wiec narazie nie skladam Wam zyczen. Do przeczytania!!! :)