piątek, 14 września 2018

Z serii: W tym domu sie gada! + slow pare o codziennej bieganinie

Poplakalim, to teraz trzeba sie posmiac. Na szczescie przyroda kocha rownowage, a Potworki skutecznie codziennie unosza mi kaciki ust (cisnienie tez, ale to juz wiecie :D) swoim gadulstwem. :)


Mamy w domu 3 toalety. I bywaja dni, kiedy mam wrazenie, ze nie robie nic, tylko chodze w kolko i splukuje pozostawione efekty przemiany materii mojego potomstwa. Oczywiscie dzieci o tym wiedza, ale zrzedzenie na ten temat kwituja smiechem.
Ktoregos dnia, po raz kolejny wychodze z lazienki, gdzie wlasnie spuscilam po kims wode. Podchodzi Nik z lobuzerskim usmiechem:

Nik: "Mama, czy znalazlas bunch of siuskow in the bathroom? To moje!"

I chichocze w najlepsze, jak z dobrego psikusa...


*

Przynioslam z pracy kupe darmowych pierdolek z Fisher Scientific. Bi ucieszona:

"Ale ty masz fajna prace! Jak dorosne, a ty bedziesz jeszcze zyla, to bede pracowac z toba!"

Taaa... Nie ma jak praca za kilka darmowych dlugopisow oraz plikow post-it. :D No i z matki taki dinozaur, ze moze wymrzec w kazdej chwili. ;)


*

Nik przyglada sie jak zakladam stanik. Pyta po co to robie. Sam stoi tylko w majtkach, tlumacze mu wiec, ze kobiety zaslaniaja piersi, po czym dodaje zartobliwie: "A ty tez jestes goly! Dlaczego nie zasloniles swoich cycek?"

Na to Nik (nie bez dumy w glosie): "Tak mezczyzny robia!". :D


*

Aby sprawic Potworkom przyjemnosc, kupilam zgrzewke jogurtow z cukiereczkami w ksztalcie dinozaurow. Okazalo sie jednak, ze cukiereczki im nie podeszly i wobec tego odmowili jedzenia jogurtow w ogole. To z kolei wywolalo fale mojego zrzedzenia, ze kupuje im specjalne jogurciki (w dodatku niezbyt zdrowe!), a oni wybrzydzaja.

Nik kiwa glowa ze zrozumieniem: "You never know what you will hear from your kid!".

Nic dodac, nic ujac. ;)


*

Bi uczy Nika robic gwiazde:

"Kokus, teraz look uwaznie!"


*

Bi prosi o pokazanie jak przewracam jej pizamke na prawa strone. Po latach praktyki, robie to sprawnie, w sekunde.

Bi z podziwem: "Mama, ty masz jakies spryty!"

spryty = sztuczki? ;)


*

Nik: "Nos mnie swedzi. I think I have a flu" [flu - grypa]
Bi: "Flu is a musical instrument!"

"Flute", corko, "flute". [flute - flet] :D


*

Podczas wizyty tesciow, ulubiona zupa Kokusia, stala sie zupa pierczakowa, czyli po prostu pieczarkowa. ;)


*
Nik szuka dziadka: "Gdzie to moje dziadziatko?"

Wzruszyl mnie niesamowicie tym "dziadziatkiem". ;)


*

Mowie Nikowi, ze nastepnego dnia idzie do fryzjera.

"Hurra! Zostane z mama, a nie z babcia i dziadziem!"

Poczulam sie na wpol wzruszona, na wpol zaniepokojona.

Ja: "Ale ty nie lubisz byc z babcia i dziadziem?"
Nik: "Lubie, ale ja wtedy tylko jem i jeeem!".

No tak. Moja tesciowa jedyny sens zycia upatruje w dobrym zarciu. ;)


*
Nik (do wolajacej go Bi): "I am cuddling with mommy! I need to give her some love!"

:***


*

 Bi nagrywa filmik na tablecie (mowie Wam, ona w przyszlosci zostanie vlogger'ka!):

"This is almost the end of my movie! Now I'm going to tell you a few words in Polish!"

Ja (mrucze cichutko): "Po polsku, taaa... Pewnie wasze ulubione: pupa, sisia i kupa..."
Na moje nieszczescie doslyszal to Nik.

Komentuje (na caly glos): "A co ze sraka?"


*

Rozladowuje naczynia ze zmywarki, nastepnie ide do pokoju poskladac swiezo wysuszona posciel. Nik najpierw placze mi sie pod nogami w kuchni, nastepnie puszcza autka w salonie. W rezultacie ciagle sie o niego potykam. Nieuchronnie prowadzi to do zrzedzenia:

Ja: "Kokus, czy ty musisz ciagle za mna lazic? Bylam w kuchni, bawiles sie tam. Przyszlam tutaj, to tez zaraz musisz tu przynosic caly swoj balagan?"
Nik: "Bo ja cie lubie!"
Matka (troche udobruchana): "Ja tez cie lubie, ale mam sporo do zrobienia, a ty ciagle mi przeszkadzasz..."
Nik: "Bo mommies sa do kochania, a nie robienia stuff!"

Wlasnie! Sluchajcie wszystkie matki! :D


*

Skoro juz sie smiejemy, to na koniec zdjecie:


Normalnie staram sie szanowac cudza prywatnosc. Nie robie zdjec obcym ludziom, ani ich wlasnosci. Ta kierownica jednak przyciagnela moj wzrok i nie moglam sie oprzec. :D


To teraz co nieco o codziennych nudach.

Jak przystalo na koncowke lata, nastapilo u nas zalamanie pogody. A jak zalamanie, to oczywiscie z przytupem. ;)
Tesciowie wylecieli w zeszly czwartek i smialam sie, ze zabrali ze soba rowniez lato. Jeszcze w srode byl upal i Potworki plawily sie w basenie.

Nie do wiary, ze to zaledwie tydzien temu! :O

W dzien wylotu tesciow padalo, ale bylo duszno i burzowo. W piatek caly dzien kropilo, ale temperatura byla dosc ciepla, lekko ponad 20 stopni. Niestety, juz w sobote slupek rteci stanal na 18 kreskach. Moze to jeszcze nie mroz, ale jesli temperatura w ciagu dwoch dni spada z 33 do 18, to organizm przezywa szok. Ja chodzilam w bluzie. Potworki uparly sie na krotki rekawek, a Nik ostro oprotestowal skarpety (jak sie cale lato smiga na boso, to sie nie lubi ;P). Czyli dalo sie przetrwac. ;) Pojechalismy nawet na plac zabaw, ktory juz tradycyjnie byl opustoszaly.

Plac prosi sie o lekkie odrestaurowanie. Eekwipunek jest mocno wyplowialy od slonca, ale skoro zainteresowania placem nie ma, to pewnie miastu sie nie oplaca...

 Bi upodobala sobie przejezdzanie na drazku z jednego konca na drugi. Widzicie te "tlumy" dzieci w tle? ;)

Za to w niedziele oraz poniedzialek, nie dosc ze padal deszcz, to jeszcze bylo raptem 13 stopni! Brrr... W niedziele napalilismy w kominku (i zakopcilismy cala chalupe, nie pytajcie jak, bo zadne z nas nie wie) zeby sie troche zagrzac, ale w poniedzialek skapitulowalam i wlaczylam ogrzewanie w domu. Chcialam tego uniknac, bo od wtorku zapowiadali powrot 25 stopni, ale po tym jak przechodzilam pol ranka w puchatym szlafroku trzesac sie z zimna, stwierdzilam, ze nie moge tak funkcjonowac. ;)

W kazdym razie, jeszcze trwalo u nas lato, jeszcze upaly i duszne noce, a Potworki zdolaly zlapac gdzies przeziebienie. Zakladam, ze nie mialy gdzie zmarznac, bowiem to byl tydzien, kiedy szkoly DWA RAZY wypuszczaly dzieci do domu wczesniej z powodu nieznosnego goraca oraz wilgoci. Musieli gdzies zlapac wirusa. Bi przez pare dni miala wyraznie przytkany nos, a kilka dni pozniej Nikowi puscila sie z kinola Niagara i plynie do dzisiaj. To juz ponad tydzien. Zadne dorazne srodki nie dzialaja, a ja modle sie tylko, zeby znow nie zeszlo mu na uszy. Juz tyle czasu mielismy spokoj! W akcie desperacji, w poniedzialek pojechalam do sklepu i kupilam nie tylko srodki na przeziebienie, ale jakies ziolowe tabletki na odpornosc, zapas lekow przeciwgoraczkowych oraz krople do nosa. Te krople to o kant dupy rozbic bo to tylko roztwor soli, stwierdzilam jednak, ze moze choc troche przeplucza Nikowi wszystkie kanaly i zapobiegna namnazaniu sie bakterii... Co najdziwniejsze, on sam sie o to prosi! Nie psikam mu zwyczajnie mgielka, tylko pryskam mocnym strumieniem az roztwor zacznie wyplywac. Nik krztusi sie i prycha bo splywa mu to do gardla, ale doprasza sie "A teraz druga dziurka!". Masochista! :D

Jak pisalam ostatnio, w zeszlym tygodniu pojechalam na spotkanie organizacyjne dla nowych rodzicow w polskiej szkole. Pojechalam bo nie wiedzialam czego sie powinnam spodziewac, ale okazalo sie, ze poza kupnem podrecznikow, moglam sobie odpuscic cala "impreze" bowiem nie omowiono na nim niczego, czego nie przeczytalam juz wczesniej na ich stronie internetowej.
Ojjjj... Czuje, ze napsuje mi ta szkola nerwow. Juz od poczatku widac, hmm... "specyficzne"  podejscie do ucznia. ;) W szkole amerykanskiej sa strasznie (az za bardzo czasem) nastawieni na pochwaly oraz nagrody. Przykladowo, juz w drugim tygodniu, klasa Bi uzbierala wystarczajaco punktow (naliczanych za dobre zachowanie, sumienne odrabianie lekcji i Bog wie co jeszcze) zeby wybrac sobie nagrode. Nagroda  moze byc dodatkowa przerwa (tutaj, poza lunch'em o przerwach decyduja nauczyciele), moze byc to "pajama day", ale tym razem dzieciaki wybraly "toy day", czyli dzien, kiedy kazdy mogl przyniesc do szkoly zabawke. Dzisiaj klasa Kokusia rowniez miala w nagrode za dobre zachowanie "stuffed animal day". Nik wzial swojego Pikachu. :D
W kazdym razie, cokolwiek dzieciaki robia, chocby wymagalo minimum inicjatywy, jest zachwalane i nagradzane, a uczen jest zachecany, zeby kontynuowal pozytywne zachowanie.

A w Polskiej Szkole?
Coz, przemowienie miala najpierw pani prezes, ktora przedstawila szczegolowo jak szkola zbiera na siebie fundusze. Jest to bowiem instytucja prywatna, ktora bazuje glownie na czesnym oraz sponsorach. Nastepnie, mikrofon przejela pani dyrektor szkoly, ktora swoje przemowienie zaczela od wyliczenia... KAR, ktore wlepia sie uczniom za zle zachowanie! :O Szkola ma tez system nagrod, zeby nie bylo, ale dyrektorka wolala zaczac od tego, co czeka dzieci za okazana niesubordynacje. Khem, khem... Mysle, ze duzo to mowi o owej pani oraz (mam nadzieje, ze nie) o kadrze nauczycielskiej. Nie wiem, moze to tylko moja opinia, ale bardzo to bylo niesmaczne.

Przy okazji zagadnelam panie o mozliwosc przeniesienia Potworkow o klase wyzej, ale mowy nie ma. :/ Musieliby juz czytac i pisac po polsku oraz znac polskie litery oraz dwuznaki, czego oczywiscie nie znaja. :/ Odpuscilam. Nie chcialo mi sie wyklocac.
Przy kazdym kontakcie z Polska Szkola napotykam na cos, co mi sie nie podoba. Nie wiem juz sama czy to ja jestem uprzedzona, czy rzeczywiscie ta instytucja jest jakas nieprzyjemna. W kazdym razie, jak tak dalej pojdzie, to dlugo tam Potworki nie zabawia, wiec wszystko mi jedno, do ktorej klasy pojda. Troche szkoda, ze Bi nie bedzie z synami mojej kolezanki, ale podejrzewam, ze na froncie szkoly i tak dziewczynki i chlopcy trzymaja sie osobno. ;)

Nie dosc, ze Polska Szkola wkurza, to mam ostatnio kupe papierow do wypelniania (glownie zwiazanych ze szkola hamerykancka dla odmiany) oraz spraw do zalatwienia i irytuje sie niemozliwie kiedy napotykam problemy z komunikacja.
Niestety, czestym sprawca jest moj syn. W zeszlym tygodniu np., przyniosl do domu zadanie, w ktorym mial mu pomoc ktos dorosly. Patrze na date, a tam jak byk napisane, ze skonczony "projekt" trzeba przyniesc na 31 sierpnia! Jesli ktos sie pogubil, to zeszly szkolny tydzien to byl juz 4-7 wrzesien (3 wrzesnia bylo wolne)! :O Pytam syna dlaczego dopiero teraz przyniosl zadanie, a on mi mowi, ze mial je w zlym folderze w szkole! No tak, wybral sobie dwa foldery w odcieniach niebieskiego i teraz ma problemy z odroznieniem! :/
W kazdym razie, zadanie pozornie proste - stworzyc "Heart map". Na arkuszu papieru wycietym w ksztalcie serca, trzeba nakleic zdjecia ulubionych miejsc, rzeczy, czlonkow rodziny, slowem wszystkiego co dziecko lubi i czym sie interesuje. Rodzic mial te zdjecia podpisac, zeby uczen mogl skopiowac nazwy i slowa w swoich wlasnych wypracowaniach.
U mnie jednak nigdy prosto byc nie moze, bo w domu ani wiekszego arkuszu brystolu, ani tuszu w drukarce. :) Zanim pojechalam do sklepu po papier, zanim wybralam i podrukowalam (w pracy) zdjecia, minelo kilka dni. W koncu w poniedzialek wycinalam, kleilam i podpisywalam prawie do 22, ale skonczylam. Wyszlo calkiem ladnie.

Praca domowa rodzica :D

Rano pokazuje synowi gotowe "heart map", a on kwituje: "Ale to jest za duze. Inne dzieci mialy mniejsze...". Tlumacze, ze to nic, co za roznica, on bedzie mial troche wieksze. "Ale wszystkie dzieci maja mniejsze, bo pani nam te serca wyciela i dala. Wrrrr... A gdzie w takim razie jest twoje serce? "W szkole.". Zaczyna mi pulsowac zylka. A dlaczego go nie przyniosles do domu z instrukcja? "Bo mialem w zlym folderze, a potem na tym sercu cos namalowalem..."
Myslalam, ze cos mnie trafi! Nie dosc, ze przynosi zadanie tydzien pozniej, to okazuje sie, ze przyniosl jego polowe! Poswiecam wieczor, zeby to zrobic, a on mowi, ze to nie takie jak trzeba, bo za duze! Ma szczescie, ze jest nadal smarkaty i ze tak komicznie przygryza dolna warge kiedy sie frasuje, ale moglby nieco bardziej uwazac na to, co mowi Pani! ;)

Nik to jednak Nik. Bardziej chyba wkurzyl mnie sklep muzyczny.

Pisalam juz, ze Bi zaczyna w tym roku nauke gry na skrzypcach. Juz w pierwszym tygodniu szkoly nauczycielka zmierzyla jej ramie, zeby odpowiednio dobrac rozmiar instrumentu i przyslala liste sklepow muzycznych w okolicy. Na szczescie instrumentu nie trzeba kupowac (to wydatek rzedu $800), ale mozna wypozyczyc. Co lepsze, sklep muzyczny dostarcza skrzypce bezposrednio do szkoly, jednak to rodzic musi zalatwic wypozyczenie. Wybralam sklep jak najblizej nas, w razie gdyby trzeba bylo tam podjechac osobiscie. Wypelnilam formularz (interetowo), dostalam potwierdzenie, ze go otrzymali. Ok. Minal tydzien. Przyszedl list z grafikiem Bi (dzieciaki maja raz w tygodniu lekcje indywidualne i raz grupowe) i przypomnialam sobie, ze nadal nie otrzymalam ze sklepu muzycznego potwierdzenia, ze Bi zostaly przydzielone skrzypce! W mailu jest napisane, ze mozna sprawdzic swoje "zamowienie" na ich stronie. Ok, wchodze, loguje sie, a tam prosi o nr. konta. A ja zadnego konta nie otrzymalam! :/ Na probe wbijam numer pierwszego potwierdzenia. Wyskakuje okienko "prosba zostala wyslana" (request was submitted). I tyle. Czekam kolejny dzien, ale nadal nic nie moge sprawdzic. Nosz, tu sie wkur... rzylam! Nie lubie dzwonic, wole sprawy zalatwic mailowo, ale jak sie nie da, to sie nie da. Zlapalam za sluchawke. Dzwonie. Poczta glosowa. Prosze zostawic wiadomosc, a oni oddzwonia jak najszybciej. Nagrywam sie i czekam. Mija dzien, mija drugi. I ciiisza... W koncu dzwonie jeszcze raz. Tym razem ktos odbiera. Po pobraniu wszelkich danych zdziwienie, bo skrzypce Bi zostaly dostarczone do szkoly w zeszlym tygodniu. Taaak? Bo ja tu juz apopleksji dostaje, a wy nie odpowiadacie na zadna forme komunikacji!
Dla pewnosci puscilam jeszcze maila do nauczycielki Bi, zeby sprawdzic czy instrument rzeczywiscie dotarl. No, dotarl. Fajnie, ze wszystko dobrze sie skonczylo, ale czy to tak ciezko wyslac zawiadomienie? Jaki jest sens komunikacji przez strone internetowa, skoro niczego sie przez nia nie dowiem? Ech...

Dodatkowy dzien wolny w poniedzialek, ktory obiecalam sobie spedzic spokojnie (na tyle, na ile da sie przy Potworkach) tez dostarczyl mi niezapomnianych wrazen i to nie z tych pozytywnych. ;)

Siedze sobie na dole, czytam ksiazke, dzieci bawia sie (?) grzecznie u gory. Nagle podchodzi do mnie Nik z mina mocno zafrasowana i mowi: "Probuje otworzyc ten sejf, ale nie moge odgadnac kombinacji...".
Oh shit...
Musicie wiedziec, ze owszem, mamy w domu ognioodporny sejf. ;) Nie trzymamy w nim sztabek zlota ani drogocennej bizuterii, ale wazne dokumenty. Do jego otwarcia potrzebna jest kombinacja oraz klucz. Wykrecenie kombinacji to nie taki pikus, bowiem wyglada ona mniej wiecej tak: przekrec 4 razy w prawo i zatrzymaj sie na 56, przekrec 3 razy w lewo i zatrzymaj sie na 70, przekrec 2 razy w prawo i zatrzymaj sie na 13, przekrec w lewo i zatrzymaj sie na 45. Wystarczy, ze zawaha sie czlowiek na sekunde patrzac na cyferki, a maszyna odczyta to jako "stop" i sie nie otworzy. Kiedy kupilismy sejf, okazalo sie, ze o ile ja otwieralam go bez wiekszych problemow, o tyle M. za cholere nie mogl wykrecic kombinacji! :D Poniewaz do otwarcia potrzebny byl tez klucz, po otwarciu zakleilismy galke do wykrecania numeru tasma, zeby zatrzymac ja w miejscu.
Kiedy wiec Nik oznajmil nonszalancko, ze nie moze znalezc kombinacji, wystrzelilam jak z procy i pobieglam na gore, skaczac chyba co 4 schodek. Tak jak sie obawialam, sejf wyciagniety z czelusci szafy na przedpokoj, tasma zerwana, drzwiczki sie nie otwieraja! :O No pieknie! Myslalam, ze udusze malego dziada! Zostal odeslany do pokoju z obietnica szlabanu na deser, telewizje, tableta oraz rower. Wszystko co na poczekaniu wpadlo mi do glowy. :D Ja zas zaczelam akcje: otwarcie sejfu. Kluczyk mam zawsze przy peku kluczy do domu, wiec to nie problem. Gorzej z kombinacja, bo kto by ja tam pamietal. Sejf kupilismy przynajmniej 4 - 5 lat temu, zrobilismy zdjecie kartce z kombinacja i o niej zapomnielismy... Musialam wiec odszukac te zdjecie. Telefon mam nowy, wiec z miejsca go odpuscilam. Wlaczylam laptopa i zaczelam przegladac folder ze zdjeciami. Fotek kilkaset, ale cierpliwie przegladam. Nie ma. Zeszlam do piwnicy, gdzie mamy komputer stacjonarny. Ten ma dodatkowa pamiec, wiec wiedzialam, ze zdjecie kombinacji gdzies musi na nim byc. Wlasnie: gdzies. Ten zdjec ma kilkanascie tysiecy, a w dodatku to oprogramowanie Apple i zamiast przeleciec szybko "ikonki", musialam leciec fotka po fotce. Wyobrazacie to sobie?! Godzine mi to zajelo, ale znalazlam, ha! ;) Naogladalam sie przy okazji fotek kiedy Potworki byly jeszcze malusie i slodziusie i strasznie sie wzruszylam. ;)
Z kopia kombinacji w reku popedzilam dwa pietra wyzej i... za cholere nie moglam jej wykrecic! Zadzialaly chyba nerwy, bo z szesc razy krecilam od poczatku i nic. Pot mi po plecach splywal i zaczelam juz powaznie sie obawiac, ze M. ustawil inna kombinacje, ale w koncu... otworzyl sie! Jeeej!!! :)

Skoro juz drzwiczki stanely otworem, zagladnelam sobie z ciekawosci na nasze paszporty, a tam niespodzianka! Moj stracil waznosc w czerwcu! :) Bosko po prostu! Poniewaz cala rodzina (poza moim tata) jest w Polsce, to bardzo wazne abym mogla w kazdej chwili wsiasc w samolot i poleciec do Kraju. Do tego jednak potrzebny jest wazny paszport, wiec na dniach czeka mnie wyprawa na poczte, zeby wyrobic nowy.
Na cos sie jednak Kokusiowe brojenie przydalo... ;)

To jeszcze nie koniec przygod.
Wieczorem ide wziac prysznic. Lazienki w tym domu sa naprawde stare (lata 80-te) i wiedzielismy, ze bedziemy je wymieniac. Nie wiedzielismy jednak, ze tak predko. ;)
Zeby wziac prysznic, trzeba u nas puscic wode, po czym wcisnac przycisk. To zmienialo strumien wody z kranu na prysznic. Odkrecam wiec wode, naciskam przycisk, a on... wylatuje z dziurki jak z procy razem ze sprezynka, a z dziury mocnym strumieniem sika woda! Wrzasnelam i odruchowo zakrecilam wode. Na szczescie to przerwalo chlustanie wody z dziury pozostalej po przycisku, bo juz sie przerazilam, ze jakas rura poszla...
W kazdym razie, nawet przy guziku wcisnietym na maksa i zablokowanym na stale, woda leci tylko z kranu... :/ Poniewaz my praktycznie nigdy sie nie kapiemy, tylko bierzemy prysznice, chwilowo korzystamy z lazienki Potworkow... Na dniach trzeba sie jednak zabrac za remont naszej. Stwierdzilismy bowiem, ze jak juz mamy naprawiac zepsuta armature, mozemy rownie dobrze wyremontowac cala lazienke skoro i tak planowalismy to kiedys zrobic...

Wisienka na torcie tego szalonego dnia bylo kiedy M. zapalil swiatlo w naszej szafie, po czym... nie mogl go zgasic! :D Swiatlo to wlasciwie tylko zarowka, ktora zapala sie pociagajac za sznurek. Tak samo sie ja gasi. Coz, oboje ciagnelismy sznurek na wszystkie strony, a zarowka az ruszala sie na boki, ale nie gasla. :/ Balam sie ciagnac za mocno, zeby jej zupelnie nie wyrwac, a ze przy okazji lekko migotala, balam sie, ze wywale korki w calym domu. W koncu, chyba za piecdziesiatym pociagnieciem sznurka, zarowka... zgasla jak gdyby nigdy nic. ;) Westchnelam do M., ze moze lepiej nie zapalac swiatla w szafie, tylko polegac na swietle wpadajacym do niej z pokoju. Na to moj maz mruknal, ze jasne, tu nie bierz prysznica, tu nie zapalaj swiatla, nie da sie w tym domu normalnie zyc, bo to system pulapek na nieswiadoma osobe! :D

Jakby malo sie dzialo w tym tygodniu, to jeszcze w poniedzialek dostalam maila z klubu, w ktorym Potworki chodza na plywanie, ze zajecia zaczynaja sie... w TYM tygodniu! Dzieki wielkie za uprzedzenie! :/ Dobrze, ze w zeszlym tygodniu nadal panowaly upaly, wiec stroje oraz reczniki nadal po domu sie walaly i nie musialam przetrzasac czelusci szaf... Na szczescie w tej sesji jest mozliwosc zajec w srodku tygodnia. W ten sposob, Potworki w srode wyladowaly jeszcze na basenie! Jakis cud sie zadzial, bowiem w grupie o poziomie 2 znalazl sie chlopczyk i Nik widzac go zazadal przebrania w kapielowki i sam popedzil na lekcje! :)
Przy okazji trener Bi pochwalil, ze jest pod wrazeniem jej techniki, szczegolnie ze wzgledu na jej mlody wiek. Jesli chodzi o kraul na brzuchu oraz plecach, nie ma jej nic do zarzucenia. Teraz trenuja zabke, bo ten styl Bi  zaczela cwiczyc dopiero w poprzedniej sesji i musi nad nim jeszcze popracowac. Potem maja przejsc do stylu motylkowego.
Znow wrocila mysl, ze moze Bi bedzie chciala kontynuowac plywanie juz profesjonalnie. Jesli przejdzie do druzyny plywackiej i bedzie wygrywac wyscigi, w przyszlosci mozliwe, ze zalapie sie na jakies stypendium do college'u. ;)

W sobote czeka nas rozpoczecie roku w Polskiej Szkole. Moze byc ciekawie bo Nik nadal ryczy, ze nie chce... ;) Z tej okazji musialam Potworkom sprawic galowe stroje, bowiem w przemowieniu w zeszlym tygodniu panie zaznaczyly, ze takowe obowiazuja podczas uroczystosci szkolnych. A ze Nik nie posiadal dotychczas bialej koszuli (no dobra, ta ktora mu sprawilam, jest i tak w odcieniu kosci sloniowej ;P), a Bi granatowej spodniczki, to trzeba bylo ich zaopatrzyc. Nik patrzac na ciemno niebieskie spodenki oraz biala bluzke uznal, ze to mundurek i ucieszyl sie, ze "jego kuzyn tez taki ma!". Kuzyn mieszka w Anglii i faktycznie nosi mundurek, Nik za to swoj ubierze wylacznie na poczatek oraz zakonczenie roku szkolnego. :D

Dzieje sie wiec, moi panstwo, dzieje.  Chwilami nie nadazam i lapia mnie paniczne mysli, ze NA PEWNO o czyms zapomnialam! Jak na zlosc, w pracy tez zapieprz, od czego zupelnie odwyklam. ;)
Jak juz przyjdzie niedziela, to rozloze sobie koc na trawie (ma byc cieplo i slonecznie), uwale sie na nim i przeleze tak caly dzien! I niech mi wszyscy dadza swiety spokoj (taaa, na pewno...)! :D

wtorek, 11 września 2018

Chcesz rozmieszyc Pana Boga, powiedz mu o swoich planach

Kolejny 11 wrzesnia. Moj kolejny, prywatny dzien zaloby. Kto nie ma ochoty na smety, niech nie czyta...

To juz okolo 3 lata odkad stwierdzilismy z M., ze chcielibysmy dodac do naszej czworki kolejnego czlonka rodziny...
Poniewaz mamy nasze dwa Potworki, stwierdzilismy, ze nie bedziemy sie spinac, tylko odstawimy zabezpieczenia i zobaczymy jak szybko "zaskoczy".

Tak wtedy myslalam: nie "czy", tylko "kiedy"! Skoro mamy dwoje dzieci, a z Nikiem zaszlam w ciaze jak za dotknieciem czarodziejskiej rozdzki, bylam przekonana, ze luuuuzik, raz-dwa i bedzie trzecie. Wbrew naszym poczatkowym zalozeniom, zaczelam planowac, ze wlasciwie to fajnie byloby zajsc w tym miesiacu, zeby male urodzilo sie latem. Zamarzylo mi sie letnie dzieciatko, bo sama zawsze ubolewalam, ze moje urodziny przypadaja w listopadzie - takim ponurym, zimnym miesiacu.

Wydawalo sie, ze los sie do mnie usmiechnal. Na poczatku listopada zobaczylam na tescie dwie kreski. Idealnie! I niczym wymarzony prezent urodzinowy!
Jesli pamietacie, szczescie trwalo kilka dni. Ciaza biochemiczna...

Cos sie jednak zadzialo, wiec nie tracilam nadziei, ze to juz jakas reakcja. Tyle naczytalam sie o przypadkach, kiedy dziewczyny po ciazy biochemicznej zaraz zachodzily w "normalna" ciaze... Poza tym, stwierdzilam, ze jednak praktyczniej byloby urodzic w srodku roku szkolnego. W koncu tyle jest tutaj przypadkowych swiat i dni wolnych od szkoly, a siedzac na macierzynskim, nie musialabym martwic sie o opieke nad Potworkami.
Tak wtedy myslalam! Probowalam wyliczyc kiedy najlepiej zajsc, zeby urodzic w zaplanowanym miesiacu!
Zapomnialam tylko o tytulowym porzekadle... :(

Wydawalo sie, ze moja teoria dziala. Na poczatku stycznia okres znow mi sie spoznil. Tym razem odczekalam dobry tydzien, zeby upewnic sie, ze to nie znow biochemiczna. Po tym czasie umowilam sie do lekarza.
Poniewaz w Stanach pierwsza wizyta odbywa sie dopiero okolo 8 tygodnia, czekalam na nia ponad miesiac. I tu cios, rozpacz. Zarodek jest, akcji serca brak. Tabletki, wywolane poronienie, placz i bol.

To byl luty 2016.

Teraz dobiega juz konca 2018. Moje trzecie dziecko konczyloby wlasnie dwa latka...
Od tamtego czasu nie dzieje sie nic. Nie stosujemy zabezpieczen, wspolzyjemy regularnie. I cisza. Zero reakcji, nawet ciazy biochemicznej brak. Wyglada to tak, jakby po tamtym poronieniu moj organizm utracil zdolnosc zachodzenia w ciaze.
Rozmawialam o tym oczywiscie z moim ginem. Pocieszyl mnie, ze poki mam regularne miesiaczki, jest nadzieja. Jednak on nie specjalizuje sie w problemach z plodnoscia (choc cos zapewne o tym wie bo sam ma dwoje dzieci z in-vitro), wiec zaproponowal, ze moge udac sie na konsultacje do specjalistycznej kliniki.
Wiecie co? Nie chce mi sie. Czuje sie stara, zmeczona i zrezygnowana. Nie chce mi sie jezdzic na wizyty, nie chce w nieskonczonosc rozkladac nog przed lekarzami, zyc nadzieja. Nie chce wpadac w obsesje, odkrywac, ze moja jedyna pasja, jedynym marzeniem jest splodzenie kolejnego potomka... Zyc w zawieszeniu, niczego nie planowac, bo moze w tym miesiacu... Moze za miesiac... Moze za pol roku...
Mam prawie 40 lat i chce po prostu byc, szczegolnie dla Potworkow. Pogodzona ze soba i swiatem, szczesliwa. Zaakceptowac, ze to co mam (a mam naprawde duzo!) musi mi wystarczyc.
Tylko jak to zrobic? Jak zmusic serce do zamkniecia rozdzialu pt. "Trzecie"?

"Zycie w ciaglym poczuciu braku moze spowodowac, ze przestaniesz zauwazac to, co masz" (znalecione w sieci)

Przymuszam sie do mysli, ze zostaniemy "tylko" z Potworkami. Rozum podpowiada, ze to duzo. Wiele kobiet walczy o chociaz tyle. Racjonalizuje, ze roznica wieku miedzy Bi i Nikiem a potencjalnym trzecim robi sie tak duza, ze to bez sensu, ze to trzecie bedzie jak jedynak, ze to dziecko dla mnie, a nie rodzenstwo dla starszej dwojki...

Tak podpowiada rozum. Ale serce nadal nie moze sie z tym pogodzic...

Ostatnio u fryzjera spotkala mnie przykra sytuacja. Wiadomo, salon, grupa kobitek czekajacych az farba wgryzie sie we wlos, wiec nieuchronnie nawiazala sie konwersacja. I jakos zeszla na dzieci. Prym wiodla stara baba, na oko pod 70tke, taka z tych co to o wszystkim wiedza najlepiej. I ten babiszon zaczal po kolei jezdzic po kazdej z rozmowczyn, z ktorych jedna przyznala, ze ma dwoje dzieci, inna ze tylko jedno. Baba walnela przemowe, ze dzieci to najwiekszy skarb, ze im wiecej tym lepiej, ze najpiekniejszy obrazek to duza rodzina zasiadajaca do stolu, itd. Co ciekawe, sama ma tylko dwoje ("Moj pierwszy syn skonczyl medycyne, moj drugi syn ukonczyl Harvard/ Yale!"). Gadala i gadala, a w koncu nie wytrzymalam i wtracilam, ze "Wie pani, nie zawsze tak latwo jest zajsc w ciaze i ja utrzymac". Nie wiem co mnie podkusilo, bo babsztyl huknal:
"Latwo, wszystko jest latwo! Trudno jest sie tylko zdecydowac!"

Pomyslalam, ze taaa... ty glupi babsztylu, co ty tam wiesz. I choc juz otwieralam usta, zeby cos odparowac, to w koncu nie powiedzialam nic...

wtorek, 4 września 2018

Dlugi weekend, czyli choroby wieku dzieciecego, ktore wykanczaja (nerwowo) doroslych

Jest taka choroba dotykajaca najczesciej dzieci ponizej 5 roku zycia. Starsze dzieciaki oraz dorosli rowniez moga sie zarazic, ale zdarza sie to znacznie rzadziej...
Nik ma 5 lat i 8 miesiecy, wiec powiedzmy, ze "zalapal" sie na ostatnia chwile. :D

Pochodzil sobie chlopak do szkoly cztery dni i juz w czwartek dostalam maila od wychowawczyni, ze po poludniu sie pokladal i wydawal jakis cieply. Jechalam po pracy do swojego lekarza, wiec puscilam wiadomosc do meza, zeby dziecku zmierzyl temperature.
38.1. A kuzwa taka mac. To sie do szkoly nachodzil. :(
Ale spokojnie. Upaly byly nieziemskie, w szkole klimatyzacji brak, moze po prostu go przegrzalo (chociaz udar cieplny to tez nic fajnego...).
Po powrocie do domu oceniam sytuacje. Dziecko z obnizona goraczka szaleje jak zdrowe. Wezly chlonne zdecydowanie powiekszone. A wiec nie przegrzanie. Kataru, kaszlu brak. Uszy nie bola. Zagladam w gardlo. Na podniebieniu jakies czerwone plamy, hmmm... Pod wieczor temperatura znow podchodzi pod 38 stopni. Na szczescie nie wyzej. Pobudka o 4:18 nad ranem. Dziecko gorace, ale temperatura "tylko" 37.8. Co robic, rano zostawilam syna z dziadkami (co za szczescie, ze jeszcze sa!), a sama wsadzilam Bi w szkolny autobus, po czym pojechalam do pracy i zaczelam dobijac sie (telefonicznie) do pediatry.
U lekarza, oprocz gardla, ktore wygladalo na "szkarlatynowe" (ale test okazal sie negatywny), odkrylismy z doktorkiem drobniutka wysypke na stopach mlodego delikwenta. W ten sposob padla diagnoza:

Bostonka.

Zawsze musi byc ten pierwszy raz. :D Tutaj to plaga zlobkow i przedszkoli, a takze mlodszych klas szkol podstawowych. Az dziw, ze oba Potworki przeszly przez przedszkole, pozniej zerowke, a Bi rowniez I Klase i zadne tego swinstwa wczesniej nie zlapalo...

Nik pochorowal sobie w piatek, po czym w sobote goraczka juz nie wrocila, dziecko szalalo i wrocil mu apetyt. Za to Bi zaczela narzekac na bol gardla... :/
Ludzilam sie, ze moze to tylko jej marudzenie z zazdrosci o uwage poswiecona bratu... Niestety, w niedziele rano zaczela byc jakas niewyrazna. W poludnie zaczela narzekac na zimno, a ze w domu mielismy 26 stopni, zmierzylam jej temperature. 38.5. Ech... Podalam slabszy srodek (odpowiednik paracetamolu), zmierzylam jeszcze raz po 1.5 godziny, a tam... 38.9. Rownie dobrze moglam podac jej soczek. :( Dalam ibuprofen i dopiero wtedy w koncu goraczka spadla, a Bi wstala z kanapy, na ktorej przysypiala i zaczela sie bawic. Idac spac temperature miala znow 37.6, ale to za malo, zeby podac jej lekarstwo. Poza tym mialam nadzieje, ze skoro Nikowi tak szybko przeszlo, to moze i Bi juz choroba odpusci. Niestety, zanim sama sie polozylam, zmierzylam jej na spiocha temperature, ktora pokazala 39.5 stopnia! :O

W ten wlasnie sposob, dzieki Potworkom zmarnowalismy ostatni letni dlugi weekend. :(
Od poczatku nie planowalismy zadnego dalszego wyjazdu, bowiem to koncowe dni tesciow w Hameryce, wiec M. chcial spedzic z nimi jak najwiecej czasu. Poniewaz jednak od niedzieli pogoda znow miala zrobic sie goraca i wilgotna (w piatek oraz sobote mielismy krotkie ochlodzenie), myslalam o zabraniu Potworkow nad ocean, bowiem to juz naprawde ostatki lata. No ale niestety... :(
W sobote, kiedy oba Potworki czuly sie w miare niezle, malzonek moj wraz z tata robili cos przy jego aucie. Rozlozyli sie z narzedziami na calym podjezdzie, blokujac mi tym samym wyjazd z garazu. Cos im tam przy okazji nie wychodzilo i po minie M. widzialam, ze poproszenie aby wyzbieral caly ten balagan i go przesunal, zaowocuje klotnia, wiec odpuscilam. Z braku mozliwosci jazdy gdziekolwiek autem, zabralam dzieciaki na przejazdzke rowerowa.

Proba selfie podczas odpoczynku na moscie - zupelnie nieudana ;)

Wystarczylo pol godziny abym obiecalam corce, ze wiecej nie biore jej ze soba. ;) Bede jezdzic z Kokusiem. Tyle marudzenia dawno sie nie nasluchalam.
"Dlaczego tak daleko?! Ona nie chce przejechac na druga strone drogi i pojechac na inna czesc szlaku! Ona chce juz wracac! Czemu nie przyjdziemy tu na piechote?! Bo ona nie chce jechac na rowerze, ona chce spacerowac z Maya!", itd.
Nie docieralo, ze to od poczatku miala byc przejazdzka, a nie spacer. Ze na piechote nie przeszlibysmy nawet polowy dystansu, ktory przejechalismy na rowerach. Ze i ja i Nik mielismy jeszcze mnostwo sil i ciekawosci co lezy dalej. Nie, ona uparla sie, zeby wracac i tak dlugo jeczala, az w koncu stwierdzilam, ze albo zawroce, albo udusze ja na miejscu. Wybralam to pierwsze. ;)

Na niedzielne popoludnie mielismy zaplanowanego pozegnalnego grilla dla tesciow oraz ciotki M., ktora wraca na stale do Polski. Nic wielkiego, ot zaprosilismy mojego tate oraz faceta owej ciotki (chociaz co to za "facet", skoro zostawia go bez skrupulow i wyjezdza na inny kontynent?). Poprzedniego wieczora upieklam sernik, tesciowa zrobila salatke jarzynowa, poza tym jakies zeberka, jakies kielbaski i impreza jak malowana. ;) Oczywiscie ciotka jak to ciotka, na przyjecie jak by nie bylo na swoja "czesc", spoznila sie prawie 2 godziny. ;)
Pomiedzy porannym kosciolem, aplikowaniem Bi lekow przeciwgoraczkowych, a popoludniowym spotkaniem, postanowilam jeszcze skoczyc na zakupy ubraniowe, zeby choc czesciowo zaopatrzyc Potworki w jesienno - zimowe ciuchy. Wrocilam ze stosem fatalaszkow, chociaz co do spodni Nika nie ludze sie, ze wytrzymaja zbyt dlugo. On srednio co miesiac ma przynajmniej dwie pary do wyrzucenia i wymiany, bo rwie je na kolanach w tempie ekspresowym. ;) Udalo mi sie jednak dostac pare niezlych rzeczy, a takze po fajnej kurtce jesiennej dla kazdego, wiec jestem zadowolona. :)

Poniedzialek zas to byla porazka. W zeszlym tygodniu, jak tylko prognozy pokazaly 34 stopnie i 70% wilgotnosci, pomyslalam - ocean! Pozniej, kiedy okazalo sie, ze Potworki "postanowily" akurat teraz sie rozchorowac, stwierdzilam, ze moze chociaz nasze pobliskie "brudne" jeziorko, jesli beda sie w miare dobrze czuli. ;) Lekarz dal zielone swiatlo na wycieczki, byle nie w duze, zamkniete skupiska dzieci. Niestety, w poniedzialek temperatura Bi byla niepewna. Caly dzien oscylowala wokol stanu podgoraczkowego. Po poludniu chwilowo spadla do normalnej, ale dziecko nadal bylo blade i odmawialo jedzenia. Nie chcialam z nia nigdzie jezdzic w obawie, ze nagle znow wroci jej goraczka, a ja bede pol godziny od domu. I tak utknelismy. Kiedy czula sie troche lepiej, Bi marudzila, ze chce na plac zabaw. Kiepski pomysl. ;) Umowmy sie, ze skapany w sloncu plac, przy 34 stopniach, to nie najlepsze miejsce na zabawe. Starsza jednak tego pojac nie chciala, wiec skonczylo sie placzem, tupaniem nogami oraz wyrzucaniem mi, ze ona jest chora, a ja jestem dla niej mean (= pol: wredna). :D
Koniec koncow, przy takim upale, caly dzien snulismy sie od kanapy w salonie do krzesel na tarasie oraz od cienia na patio po lozko u gory (niektorzy przeczekiwali gorac urzadzajac sobie sieste). :/ Kompletnie zmarnowany dzien... Tylko Potworkom, kiedy Bi spadla goraczka, pozwolilam wykapac sie w naszym basenie.

Na szczescie bostonka nie przeszkadza w wodnych kapielach...

Psikanie woda na odleglosc to niezla zabawa...

Najfajniej jednak pryska sie psa, ktory niezmordowanie wraca na bicze wodne :D

Niestety, wieczorem temperatura Starszej znow podskoczyla do 38.6. Cholerne wirusisko... :/

*

Zanim jednak choroby pokrzyzowaly nam wszelkie plany, w zeszlym tygodniu, pomimo rozpoczecia szkoly, nadal korzystalismy z lata. Jednego dnia byl taki upal, ze zabralam Potworki na pobliski duzy basen, zeby samej zanurzyc sie i poplywac.

Wielka woda ;)

Podwodne akrobacje Bi :D

Innego dnia M. wyszukal dla Nika w ogloszeniu wiekszy rower. Mimo, ze obecny kupilam mu rok temu, w tym okazal sie juz przymaly. To znaczy, pewnie rozmiarowo bylby jeszcze ok, ale dla spokojniejszego jezdzca, ktory nadal uzywa bocznych kolek. Nik na rowerze to istny szogun, ale z powodu malych kol (16 cali), zeby rozwinac pozadana predkosc, musial sie niezle napedalowac. Na naszych rodzinnych przejazdzkach najbardziej sie meczyl, bo pedalowal jak szalony, zeby nas przescignac (nie zebysmy mu na sile uciekali, po prostu na duzych kolach ledwie machnelismy nogami, a zostawialismy go daleko w tyle). A ze na ktoryms kempingu pokazal, ze potrafi swietnie jezdzic na rowerze Bi (oprocz schodzenia z niego, kiedy rozkwasil sobie nos upadajac, bo nie dosiega palcami do ziemi), wiec M. postanowil znalezc mu wiekszy pojazd juz w tym roku. Rower z kolami na 20 cali (taki ma Starsza)jest jeszcze za duzy, ale 18-nastki okazaly sie idealne. A ze przy okazji pojazd jest niebieski, to Nik jest w siodmym niebie. ;)

Nowa fura ;)

We wtorek (czyli dzis! :D), po dlugim weekendzie, Mlodszy pomaszerowal (pojechal school bus'em :D) juz do szkoly, za to Bi zostala z dziadkami. ;) Ciesze sie, ze jeszcze przez kilka dni ich mam, szczegolnie, ze tego samego dnia... szkoly znow zamkneli wczesniej z powodu upalu! ;)
Przy okazji okazalo sie, ze po czwartkowej zabawie z sasiadkami, Bi sprzedala wirusa dwom z nich. Nika trzymalam z daleka, ale Bi musiala juz wowczas zarazac, choc zadnych symptomow nie miala. :/ W niedziele rozlozylo najmlodsza sasiadeczke - 4-latke, a w poniedzialek jej siostre - kolezanke z klasy Bi. Epidemia na cala ulice (i pol szkoly zapewne)! ;) Niestety, ale przy goracu i wilgotnosci wszystkie bakterie oraz wirusy mnoza sie az milo...

W srode ide na spotkanie organizacyjne w Polskiej Szkole.
A! Zapomnialam napisac, ze dostalam od nich list z przydzialem klas i jestem wsciekla, bo mimo, ze w formularzu rejestracyjnym wpisalam Bi do II Klasy, a Nika do I, oni przydzielili ich rocznikowo i Bi ma isc do I Klasy, a Nik do zerowej (szkola przyjmuje dzieci wg. tradycyjnego polskiego rozdzialu - 7-latki do I klasy, 6-latki do zerowki). Wkurzona jestem niemozliwie, ale nie wiem gdzie uderzyc z reklamacja. Bi mysle, ze ta I Klasa by nie zaszkodzila, oprocz tego, ze w II zna troje dzieci i caly czas ma nadzieje, ze z ktoryms bedzie w klasie. Wyglada jedak, ze nie bedzie. :( Nik za to w Hamerykanckiej szkole juz czyta i pisze, wiec jesli ma w polskiej uczyc sie od nowa literek (a to robia wlasnie w zerowce), to zanudzi sie na smierc! Obawiam sie, ze zakumpluje sie z jakims kolega i z nudow bedzie gadal i rozrabial, pani bedzie go upominac i Mlodszy, ktory juz teraz upiera sie, ze nie chce chodzic do Polskiej Szkoly, w ogole zacznie odstawiac mi histerie w protescie. :/
Jestem wiec zla. To MI zalezalo, zeby Potworki chodzily do tej szkoly (M. uwaza, ze to im do niczego niepotrzebne), ale teraz coraz czesciej zaczynam miec watpliwosci.
Szkola ma dodatkowe kolka taneczne, teatralne oraz chorek i pomyslalam, ze Bi bylaby bardzo chetna na cos takiego. Ale nie bedzie chodzic, bo okazalo sie, ze nie dosc, ze musialabym ja dwa razy w tygodniu wozic na proby (chcialabym wiedziec dlaczego raz nie wystarczy?), to jeszcze za kolka zainteresowan trzeba dodatkowo zaplacic! Nie dosc, ze place $600 za szkole (nie mowiac o $75 wpisowego) oraz kolejne $70 za podreczniki, to jeszcze mam dodatkowo placic $100 za tance? Nie, dziekuje! :/
A! Kazda rodzina ma obowiazek odhaczenia 5-godzinnego dyzuru w szkole! Jesli ktos chce sie od dyzuru wymigac, musi... zaplacic (co za niespodzianka!) $100! Trzepia kase na kazdym kroku! :/

To chyba tyle z najnowszych wiesci. Mimo, ze ma byc zimno, deszczowo i paskudnie, czekam juz na kolejny weekend. Dzieki zydowskiemu swietu - Rosh Hashanah, bedzie on dlugi. Szkoly zamkniete, instytucja dziadkow wraca do Polski, a wiec matka zmuszona jest wziac dzien wolny. I wcale sobie nie krzywduje. ;)

Pa pa!!!

wtorek, 28 sierpnia 2018

Hej ho, hej ho, do SZKOLY by sie szlo! + dopisek


Szykuje sie rekordowo dlugi post z rekordowa iloscia zdjec, wiec mam nadzieje, ze gotowe jestescie na kolejnego tasiemca! ;)

Jak wspomnialam ostatnio, na zeszly czwartek umowilam Potworki na postrzyzyny. Tak sie cieszylam, ze ida razem, ze nie bede musiala dwa razy jezdzic (to 20 minut w jedna strone, a wiec 40 minut na same przejazdy). Tymczasem skonczylo sie tak, ze przeklinalam (w duchu) na czym swiat stoi.
Najpierw pani Gosia ostrzygla bowiem Nika. Mlodszy siedzial grzecznie i zachowywal sie ogolnie wzorowo.

Przed

Po

Przed

Po

Niestety, okazalo sie, ze na swoje strzyzenie Bi musi chwile zaczekac. W tym czasie Nik, zwolniony z fotela, zaczal odreagowywac 15 minut siedzenia bez ruchu. Wzielam Potworki poza salon (a znajduje sie on wewnatrz wiekszego budynku), a tam jak na zlosc remont. Pelno pylu, jakies deski, gwozdzie, narzedzia... Slowem, srodowisko dosc hazardowe dla dzieci. ;) Zanim pani Wiola zawolala Bi, Mlodszemu wyczerpal sie limit cierpliwosci. Kiedy siostra byla strzyzona, on snul sie (biegac zabronilam) po salonie, wdrapywal na krzesla (po podnozkach, co grozilo ich przewroceniem!), zagladal fryzjerkom do kantorka i zupelnie ignorowal moje upomnienia. Mam nadzieje, ze pani w szkole zyska wiekszy posluch niz matka... :/
W koncu jednak oba Potwory otrzymaly nowe, schludne fryzury, chociaz przyznaje, ze Nik o wiele bardziej podoba mi sie w dluzszych wloskach. :(
Tescie maja jednak zdanie odmienne. Tesciowa stwierdzila, ze w krotkich Nik wyglada na wyzszego, a tesc stwierdzil, ze gore powinien miec jeszcze krotsza.
Niedoczekanie... :/


 
Przed

 
Po

U gory widac, ze Bi miala juz wlosy niczym rusalka. ;) Niestety, czesto rano nie zdazylam jej uczesac, babci sie nie dala dotknac, sama nie dawala rady, a po calym dniu biegania z rozwiana grzywa, robily jej sie takie koltuny, ze kilka musialam zwyczajnie wyciac. :( Fryzjerka nie obciela jej zbyt duzo na dlugosc, fryzure lekko wycieniowala. Liczylam, ze lzejsze wlosy zacznal sie Bi skrecac, ale niestety nie. Najwyrazniej ma wlosy po mnie - ni to proste, ni to krecone, ni to nawet falowane. Robia co chca, a krotsze stercza na wszystkie strony. :D

Termin postrzyzyn trafil sie idealnie, bowiem kolejnego ranka w szkole Potworkow odbywal sie "dzien otwarty" (powinno byc "godzina otwarta" bo dokladnie tyle to trwalo :D), czyli spotkanie, kiedy dzieci moga poznac swoje wychowawczynie na ten rok i sprawdzic, z kim beda w klasie. W piatek o swicie, czyli o 9 rano, stawilam sie wiec z progenitura w szkole. Uznalam, ze lepiej najpierw bedzie "zaliczyc" klase Bi, poki Nik jeszcze sie nie znudzil i nie rozszalal. Wdrapalismy sie wiec na drugie pietro (ufff... szkola ma wysokie sufity, a wiec i wysoookie schody) i odszukalismy klase Starszej. Przedstawilam corke nauczycielce (sympatyczna, gdzies w moim wieku), a ta po krotkiej wymianie grzecznosci pokazala Bi stolik, gdzie gromada dzieciakow podpisywala i dekorowala paski, ktore beda oznaczaly ich biurka. Podchodze tam, obracam sie, a Bi zostala w tyle i patrzy spode lba! :D Oswiadczyla, ze ona tych dzieci nie zna i z nimi nie usiadzie!  Nie pomoglo tlumaczenie, ze tak, narazie ich nie zna, ale to beda przeciez jej nowi koledzy z klasy. Nie i juz. A pechowo, mimo, ze z imion na szafkach dowiedzialysmy sie, ze trafila do klasy z trzema kolezankami z poprzedniego roku, zadna z nich nie przyszla na te zapoznawcze spotkanie...
Postanowilam wiec zejsc do klasy Nika, a potem wrocic do Bi, w nadziei, ze zjawi sie ktos, kogo zna. W klasie Mlodszego przywital nas chaos, halas i tlumy, bowiem pomieszczenie polaczone jest z sasiednim szerokim korytarzem z lazienkami. Zrobil sie niezly tlok. ;) Wychowawczyni Nika jest bardzo... duza. ;) Nie to, ze gruba, o nie! Ale o glowe wyzsza ode mnie (a niska nie jestem) i postawna. Mam nadzieje, ze bedzie wzbudzac respekt, choc jednoczenie sprawila wrazenie przesympatycznej. :) Mlodszy wpadl na swojego ulubionego kumpla oraz jeszcze innego kolege z zerowki. Przy okazji okazalo sie, ze trafil do klasy z coreczka naszych dalszych znajomych, co mnie cieszy i mam nadzieje, ze bedzie pretekst, zeby sie czesciej widywac. ;) Nik mial juz wyznaczone biurko i konkretna liste zadan do wykonania: odnalezc swoj wieszak, wylozyc przybory do koszyka pod lawka (zadne z Potworkow nie ma miec piornika - wszystkie olowki/markery/kleje, itd. zostaja w pulpicie), a rzeczy, ktorymi bedzie sie dzielic cala klasa mialy trafic do odpowiednich kubelkow.

Starsza siostra nadzoruje prace ;)

Dzieci dostaly upominki w postaci notatnikow, rodzice plik dokumentow do przejrzenia oraz wypelnienia i mozna bylo isc. ;)
Wdrapalismy sie ponownie pietro wyzej do klasy Bi, a tam... pusto! ;) Pierwsza fala dzieci poszla, pojawialy sie tylko pojedyncze jednostki. Zadna nie byla jednak kolezanka Bi. ;) Teraz Starsza chetnie siadla do pustego biurka i udekorowala kartke z imieniem.  Przylaczyl sie do niej Nik i tez udekorowal kartke, choc nikt tego od niego nie wymagal. ;)


Nie obylo sie oczywiscie bez malej awantury ze strony Kokusia, bowiem Bi dostala od Pani w upominku (swoja droga to podchodzi pod przekupstwo :D) glow stick. Nie pomogly tlumaczenia , ze on dostal notatnik oraz ze kazda pani wybiera cos innego na prezencik dla swoich uczniow i nic nie da sie na to poradzic.
W sumie to mu sie nie dziwie. Gdzie tam notatnikowi do glow stick'a! :D

Po piatkowej godzince zapoznawczej, odwiozlam Potworki do domu do dziadkow, a sama popedzilam do pracy.
Na ostatni wakacyjny weekend uparlam sie jednak zabrac dzieciaki na jakas fajna wycieczke. Myslalam o oceanarium, o ktorym juz tu wspominalam, tymczasem sasiadka poddala mi lepszy pomysl, przypominajac o swietnym miejscu, w ktorym bylam kiedys tylko przelotem, jeszcze "przed dziecmi".
Jesli pamietacie, do oceanarium chcialam koniecznie jechac w najblizszym czasie, zeby zaliczyc wystawe na temat dinozaurow. Zapomnialam natomiast, ze mamy w naszym stanie caly park im poswiecony! :D Kiedy sasiadka mi o nim wspomniala, prawie pacnelam sie otwarta dlonia w czolo. Jak moglam zapomniec?! :D

Przed wejsciem wita nas taki Tyranozaur, w okularach przeciwslonecznych i z butelka Coca Coli - dla Potworkow bomba! :D

Pojechalismy i nawet M. sie z nami zabral. I potem zrzedzil, ze spodziewal sie czegos innego, lepszego, choc sam nie wiedzial tak naprawde czego. ;) Owszem, dla siebie tez nie wybralabym tego miejsca na rozrywke, ale szukalam atrakcji dla dzieci, nie rodzicow. Im sie podobalo i to bardzo, a to najwazniejsze. :)

To byla najwieksza gadzina w parku ;)






Czasem zamiast "dinusia", trafiala sie kosc odlew cementowy ;)



Takich parkow dinozaurow jest w Polsce, z tego co wiem, kilka. Nasz mial kilkadziesiat "okazow" dinozaurow rozrzuconych po lesie. Dawalo to przyjemny spacer rodem z Parku Jurajskiego. ;)

Przy sciezce w lesie, co jakis czas staly tabliczki proszace aby nie wdrapywac sie na dinozaury. Ten jednak (a raczej jego poza) to byla zbyt wielka pokusa. Chyba wszystkie przechodzace dzieci mialy zdjecia siedzac na jego grzbiecie :)

Jedne dinozaury widac bylo z daleka, inne pochowane byly wsrod roslinnosci i trzeba bylo sie dobrze przyjrzec, zeby je zauwazyc.

Ten akurat widoczny byl jak na dloni ;)

Co jakis czas byly tez male budki, do ktorych mozna bylo wlozyc rece, pomacac i zgadywac co to za przedmiot. Czasem bylo to jajo dinozaura, czasem pileczka golfowa (przyrownana do wielkosci mozgu Stegozaura bodajze), a czasem... szyszka. ;) Z tylu gablotka byla oszklona, mozna wiec bylo zajrzec i zobaczyc, czy sie zgadlo. :)
Jeden z dinozaurow, schowany w jaskini, dzialal na czujnik. Kiedy ktos wchodzil, jaszczur sie stroszyl, ryczal, syczal i psikal woda.

To przeswietlone po lewej to Starsza ;)

Bi wchodzila tam kilka razy "prowokujac" gada, Nik stanal przed wejsciem zatykajac uszy. Potem tlumaczyl, ze nie wszedl, bo bylo tam za glosno. :D

Bi przy swoim ulubionym Pterodaktylu, a w tle Nik stojacy przed jaskinia z ryczacym gadem. Ani razu nie wszedl do srodka! :D

Oprocz posagow dinozaurow, park posiada dino-labirynt, ktory jednak sobie odpuscilismy bo M. nie chcialo sie bladzic (mimo, ze nad labiryntem goruje wieza, z ktorej mozna kogos pokierowac), a ja mam klaustrofobie i na mysl o wejsciu pomiedzy wysokie sciany, zrobilo mi sie goraco. ;) Na terenie calego parku znajduje sie rowniez dmuchany zamek do skakania...

Oprocz nazwy mial w sumie z dinozaurami niewiele wspolnego ;)

Bardzo fajny, duzy plac zabaw...

Tu kawalek placu. Oprocz lukow trzymajacych cala konstrukcje, wszystkie inne czesci byly ruchome - albo na linach, albo sprezynach. Sama mialam ochote sie pobawic ;)

Malpi gaj (chyba tak to sie nazywa?)...


Splash pad, czyli teren z fontannami (matka dala... pupy, bo zapomniala o nim i nie wziela Potworkom strojow :( )...

Na tym zdjeciu ukrywa sie Bi ;)

Oraz budka z niezdrowymi przekaskami i lodami. ;) Ogolnie miejsce spore. Mozna tam spedzic wiekszosc dnia pozwalajac dzieciom bawic sie do woli, ale nie jest az tak wielkie, zeby przytlaczalo.

Widok na malpi gaj oraz plac zabaw z drugiej strony jeziora

Dla dzieci super sprawa, tym bardziej, ze ktos pomyslal o dodatkowym nabiciu kabzy i zaraz obok, w osobnych budynkach, znajduje sie stacja archeologiczna dla najmlodszych. Za dodatkowa oplata moga tam przesiewac "zloto", wykopywac z piasku kamienie szlachetne (:D), odkrywac skamienieliny, przeciac kamienie, zeby zobaczyc w srodku jak sie formowaly i... zapomnialam juz co jeszcze. :)
Na pewno bede chciala kiedys wrocic w to miejsce na caly dzien i tym razem bez M., tylko z Potworkami. W sobote dojechalismy tam po poludniu i po zaliczeniu parku dinozaurow, dzieciaki byly juz niezle wymordowane i marudne. Niestety, zmeczony byl rowniez ich szanowny tatus, ktory szosty dzien pod rzad wstal o 4 nad ranem. Sama usiadlabym z Potworkami zeby cos zjedli i odpoczeli, a potem mogliby zaliczyc jeszcze kilka zabaw. Miejsce to znajduje sie od nas prawie godzine jazdy (i to autostrada, wiec mimo, ze jedzie sie szybko, to spora odleglosc), wiec jak juz sie tam dojechalo, to fajnie byloby dobrze wykorzystac ten czas, a nie uciekac po 2 godzinach. Nie mowiac juz o tym, ze za nasza czworke zaplacilismy ponad $100, wiec warto by bylo maksymalnie wykorzystac wydane pieniadze. Ale coz, obaj panowie wymiekali (Bi jest wytrzymalsza), wiec zabralismy sie do domu...

Na niedziele nie planowalam zadnych atrakcji. Nie chcialam przeciazac Potworkow przed pierwszym dniem szkoly. Jakos jednak samo tak wyszlo, ze niedziela okazala sie dosc towarzyska.

Od poczatku wakacji pisala do mnie nowa wlascicielka naszego dawnego domku, zapraszajac na kawe. Podejrzewam, ze chciala sie strasznie pochwalic zmianami. ;) Tak sie jednak pechowo zdarzalo, ze za kazdym razem albo wyjezdzalismy na kemping, albo mielismy juz jakies plany. Az wkoncu na ta niedziele planow zabraklo, pani A. znow przyslala zaproszenie i pojechalismy. :)
Przyznaje, ze nasza stara chalupka przeszla spora metamorfoze. Nowi wlasciciele zmienili caly siding, z tylu nad tarasem dobudowali daszek, dodali barierki do frontowych schodkow, w srodku wycyklinowali podlogi, przemalowali wszystkie sciany i wymienili kuchnie. Nawet zainstalowali klimatyzacje! ;) Zrobil sie sliczny maly domeczek, o ktorym zawsze marzylam mieszkajac tam, ale wiecznie szkoda nam bylo kasy na gruntowne remonty. ;)
Jednak mieszkac bym tam znow nie chciala. :) Po pierwsze, siedzac w jadalni przytlaczal mnie brak przestrzeni. ;) Po drugie, juz po wyjsciu na dwor, stalismy jeszcze chwile przed domem, wypatrzyli nas sasiedzi z naprzeciwka, przyszli sie przywitac i w efekcie stalismy tak chyba jeszcze z godzine. A ulica przejezdzal jeden motor za drugim! :D I jak wzruszona bylam ogladajac "nasz" domek, tak juz po chwili przypomnialam sobie jak bardzo nie znosilam tej ruchliwej ulicy przed nim! ;) Nawet w niedzielny poranek nie mozna bylo zaznac ciszy!

Po poludniu zas, zabralismy tesciow oraz mojego tate na chinszczyzne. Wybralismy chyba najgorsza jej forme, bowiem bufet. ;) Przy Potworkach to jednak najlepszy wybor, bo sami moga wybrac sobie to, co chca zjesc. Przynajmniej obywa sie wiec bez jekow, ze tego nie lubia, tamtego nie rusza, itd. ;)
I musze przyznac, ze bardzo pozytywnie mnie zaskoczyli. Ostatnio w tym miejscu zjedli chyba tylko i wylacznie troche galaretki. Tym razem Nik pojadl troche kurczaka, ale glownie wpierdzielil talerz brokulow, a Bi probowala tego i owego i nawet posmakowaly jej moje krewetki! Malo nie poplakalam sie ze wzruszenia. ;)
Tesciowie dosc mocno sie opierali przed tym wypadem, ale ich przymusilismy. ;) Za tydzien wylatuja, a nigdzie z nami nie byli! Nie chca jezdzic na wycieczki, nie chca wychodzic do restauracji... Tesc najbardziej lubi spacery wokol osiedla, a tesciowa... Coz, ona z nami nie chce, ale kiedy bierze ja gdzies ciotka M., to chetnie. Wychodza z tego nieraz smieszno - idiotyczne dialogi. Kiedy bylismy na kempingu, tesciowa pojechala na sniadanie z ciotka i jej facetem. Opowiadala potem M., ze wow, tyle tego bylo, ze takie ciekawe, nietypowe dania, ze zapakowali sobie reszte na wynos takie wielkie porcje i ze w ogole super miejsce. No to M., ze jak takie porcje, to ciekawe ile kosztowaly. Tesciowa na to (niczym najwieksza znawczyni), ze "E nie, to raczej drogie nie bylo!" M. dodaje, ze skoro takie fajne miejsce i dobre jedzenie, ze skoro jej sie podobalo, to w ktorys weekend pojedziemy wszyscy razem. A tesciowa "Nie, no cos ty, szkoda pieniedzy na cos takiego, co to, nie da sie w domu przygotowac sniadania?".
To w koncu takie dobre jedzenie i fajne miejsce, czy totalnie szkoda kasy? :D

W kazdym razie na chinszczyzne pojechali, pojedli czegos innego niz domowe, tradycyjnie "polskie" zarcie i chyba im sie podobalo. ;)
Najbardziej zachwycone byly jednak Potworki i to wcale nie jedzeniem. Bylam w kilku takich chinskich bufetach i w niemal kazdym maja sadzawke ze zlotymi rybkami. Takimi niezle spasionymi, pokaznymi karasiami. ;) Kiedy wiec wszyscy pojedli, Potworki ublagaly po kilka monet do automatu, zeby kupic po garstce karmy dla zarlocznych rybsk. I zaloze sie, ze dla nich byla to najlepsza czesc wyjscia. Lepsza nawet niz kolorowe lody na deser! :D

Zlote rybki wielkosci sporego karpia :D

A w drodze powrotnej nieopatrznie polozylam torebke na tylnym siedzeniu auta. Nik wyjal cichcem moj telefon i popstrykal kupe filmikow oraz zdjec mojej glowy. ;)


W poniedzialek zas nadeszla TA chwila. Potworki pomaszerowaly do szkoly.

Pamiatkowe zdjecie MUSI byc! ;)

W tym roku rowniez jezdza autobusem, ale pierwszego dnia, poniewaz wszystkie klasy zbieraly sie pod szkola na uroczystosc rozpoczecia roku, zawiozlam ich autem. Po czym okazalo sie, ze klasy 0-1 ustawialy sie po jednej stronie boiska, a klasy 2-4 po drugiej, wiec biegalam od Kokusia do Bi i z powrotem.

Jako, ze dojechal pierwszy ze swojej klasy, Nika kopnal zaszczyt trzymania tabliczki ;)

Potworki byly rzecz jasna podekscytowane, a ja chcialam pokazac, ze dla mnie ich pojscie do kolejnej klasy rowniez jest wazne, wiec staralam sie byc po trochu i z jednym i z drugim. A po drodze witalam sie ze znajomymi mamusiami, ktorych zreszta nie znam za duzo po zaledwie 6 miesiacach uczeszczania dzieci do obecnej szkoly. ;)

Bi z ukochana psiapsolka. Szkoda, ze nie moge jej Wam pokazac, bo to naprawde sliczna dziewczynka

Tak na marginesie, wiadomo ze roznie w zyciu bywa, ale zamierzam z Potworkami jezdzic na te poczatki roku, albo wysylac M. az beda na tyle duzi, ze sami kaza mi przestac. ;) Niby nie trzeba, a takze nie kazdy ma mozliwosc i niektorzy wysylaja dzieci autobusem, po czym zapewne jada do pracy. W ten sposob na boisku pojawilo sie mnostwo samotnych dzieciakow, chodzacych niesmialo w tlumie rodzicow, nauczycieli i innych dzieci, krepujac sie kogos spytac gdzie isc. Niektore plakaly... No serce sie krajalo. Nawet Nik i Bi byli zdenerwowani, a przeciez przyjechalam z nimi i pomoglam znalezc ich wychowawczynie. Juz nowe nauczycielki oraz koledzy to stres, a co dopiero jak wysiada sie z autobusu i trzeba najpierw odnalezc sie w tlumie! Tym bardziej, ze to jeszcze takie maluchy, a nie wszystkie przyszly na piatkowe spotkanie zapoznawcze! Podeszlam z Bi do jej pani, a tam akurat krecil sie chlopczyk z buzia w podkowke. Dobrze, ze panie sa najwyrazniej wyczulone na takie samotne dzieciaki, wiec pyta go:
"Czesc, znalazles swoja klase?"
Chlopiec zaprzecza krecac glowa.
"A wiesz, w ktorej jestes klasie?"
"W drugiej."
"A pamietasz jak sie nazywa twoja nauczycielka?"
"Nie."
"Ok, a jak masz na imie? Moze tak dojdziemy do tego, kto jest Twoja nauczycielka..."

Na szczescie okazalo sie, ze chlopiec przypadkiem trafil na swoja wychowawczynie, ale byl tak zdenerwowany i zdezorientowany, ze zamiast sie ucieszyc, patrzyl na pania zupelnie rozkojarzonym wzrokiem. ;)

Wracajac do poczatku roku, pisalam juz kilkakrotnie, ze w Hameryce nie ma takich uroczystych rozpoczec z apelem, jak w Polsce. W starej szkole bylo tylko krotkie przemowienie dyrektorki, przywitanie uczniow oraz rodzicow i dzieciaki wchodzily do srodka. W tej szkole bylo to troche bardziej rozwleczone, ale i tak skromniutko w porownaniu z Polandia. ;)
Jak na zlosc, po zeszlotygodniowym ochlodzeniu, na sam poczatek roku, lato uderzylo fala goraca. Mamy po 36 stopni (odczuwalne 39 :O), a wilgotnosc dochodzi do 80%. W poniedzialek przed 9 rano temperatura byla jeszcze znosna - 26 stopni, ale przy takiej wilgoci, w sloncu bylo po prostu paskudnie... Jak to pierwszego dnia, panowal chaos. Autobusy sie pospoznialy, a na niektore ulice podobno nie dojechaly wcale. Zbiorka wiec solidnie sie opoznila. Dopiero zas kiedy zebraly sie wszystkie dzieci, rozpoczela sie cala ceremonia. W tym momencie czolo, plecy oraz kark mialam juz mokre... ;) Dyrektorka uprzedzila, ze z powodu warunkow pogodowych skroci przemowienie do minimum, ale i tak chwile gadala, witajac rodzicow, dzieci i kierujac kilka osobnych slow do IV klas, ktore sa ostatnimi w tej szkole. Nastepnie grupa Scout'ow (cos jak nasze Zuchy) wciagnela uroczyscie flage i wszyscy wyrecytowali przysiege.


Od ulicy do wejscia do szkoly prowadzi dlugi, prosty chodnik. Na koniec kazda klasa byla przedstawiana (po nazwisku nauczycielki) i musiala przejsc tym chodnikiem, a stojacy po obu stronach rodzice klaskali i pstrykali zdjecia. Tylko czerwonego dywanu brakowalo. :D

Nik, jako "trzymacz" tabliczki, wprowadzil swoja klase do szkoly

Bi jako gwiazda czuje sie niczym ryba w wodzie ;)

Na tym uroczystosci sie skonczyly, ale po tej godzince w sloncu oraz wilgoci, bylam po prostu zlana potem, pod pachami mialam mokro (a fuj!) i gdyby nie to, ze za pol godziny mialam meeting w pracy, pojechalabym najpierw do domu wziac szybki prysznic! ;)

Po szkole jednak nadal czuc u nas lato... Upaly sa nieziemskie, wiec Potworki co popoludnie plawia sie w basenie. ;)


A ja jestem zalamana, bo juz pierwszego dnia przyniesli prace domowa! Serio! PIERWSZEGO dnia! Niby nic powaznego... Bi miala przeczytac domownikom wierszyk (osoby sluchajace mialy sie podpisac) oraz narysowac obrazek przedstawiajacy jej ulubione przedmioty. Nik zas mial przyniesc trzy rzeczy przypominajace mu o wakacjach (i zapamietac, ktora rzecz o czym mu przypomina, zeby moc o tym potem napisac). Proste. Nie zajelo to zadnemu wiecej niz 15 minut. Ale macie pojecie ile kosztowalo mnie zagonienie ich do tego?!
To byl koszmar! Oboje jeczeli, ze dlaczego musza odrabiac lekcje, a Nik zwyczajnie uciekal nie chcac nawet sluchac polecenia... Oni nadal sa w wakacyjnej rzeczywistosci! Myslalam, ze przynajmniej pierwszy tydzien obedzie sie bez pracy domowej, a tu taki klops! Te panie mocno pogielo! :/
Drugiego dnia Nik pracy domowej nie mial, ale Bi - owszem. :( Dodatkowo wieczorem, kiedy dogonilo ja zmeczenie calym dniem, wlaczyla marudzenie, ze jej partnerem w matematyce jest Elijah (jedno z moich ulubionych imion!), a on nie byl rok temu jej kolega, a teraz jest i ona go nie lubi i nie chce byc w nim z nim w parze, itd.

A jutro lekcje koncza sie wczesniej z powodu... upalu. Jak nie urok to sraczka, jak nie sniezyca, to heat wave... :D Na usprawiedliwienie dodam, ze szkoly nie posiadaja klimatyzacji, wiec temperatury moga sie tam robic naprawde nieznosne. A ze poki co mam jeszcze na miejscu dziadkow, nie musze sie urywac z pracy, zeby wczesniej odebrac dzieci, wiec mi to zwisa i powiewa. Niech nawet zamknal szkoly na caly dzien. Prosze bardzo. ;)

Tak wiec ten tego... Rok szkolny ze wszystkimi wzlotami oraz upadkami, uwazam za oficjalnie otwarty... :D

Przed weekendem juz raczej nic nie opublikuje, wiec juz teraz zycze powodzenia polskim uczniom, ktorzy zaczynaja rok szkolny w poniedzialek! Szczegolnie wielkie kciuki bede trzymac za tych debiutujacych: Lile Martusi, Juniora Ineski, Blanke Brytusi, Oliwke Martusi #2 oraz Malego, synka Ptaka Nakrecacza! Jesli kogos pominelam, przepraszam! Jest po 23 wieczorem, a o tej porze nie mysle juz zbyt wydajnie... ;)

My akurat w poniedzialek mamy swieto i wolne od pracy, ale wieczorem na pewno siade, zeby poczytac co i jak! ;)
Buzka!

DOPISEK:

Wlasnie sobie przypomnielismy z M., ze w sobote minela nam kolejna rocznica slubu koscielnego. Szosta - cukrowa. Coz... Ostatnio az tak slodko miedzy nami nie jest, wiec nic dziwnego, ze wyleciala nam z glow. A poza tym za duzo sie dzieje. Kto by tam myslal o rocznicach! :D

wtorek, 21 sierpnia 2018

Nadszedl ostatni tydzien wakacji...

Fajnie byloby spozytkowac go jakos przyjemniej, ale ze oboje z M. pracujemy, to sie nie da niestety... W dodatku przyszlo chwilowe ochlodzenie, ktore ma potrwac do srody, a w powietrzu czuc nadchodzaca jesien i chyba przez to JA czuje sie jakas taka zamulona i nieszczesliwa (i jednoczesnie zla jak osa!). W poniedzialek rano, w domu byly 24 stopnie, a mi bylo chlodno! :O Szok termiczny normalnie! ;)

W tym tygodniu Potworki czekaja postrzyzyny. Udalo mi sie umowic oboje na niemal te sama godzine, co jest moim malym sukcesem logistycznym. ;) Potworki maja bowiem swoje ulubione fryzjerki (dwie rozne!) i najpierw umowilam Bi, po czym kilka dni pozniej stwierdzilam, ze Nik tez jest zarosniety, grzywka niemal w oczach, wlosy zakrywaja mu uszy i przed szkola fajnie byloby zrobic z tym porzadek. Zadzwonilam do jego fryzjerki i na szczesnie udalo jej sie wcisnac Mlodego tylko 20 minut wczesniej niz siostre. Obie panie pracuja w jednym salonie, wiec najpierw poczekam z Bi, potem z Nikiem, a potem... nie wiem, moze pojedziemy na lody? ;)

W piatek dzieci maja spotkania zapoznawcze w szkole. Przekonamy sie, ktorzy z ulubionych kolegow/kolezanek trafili z Potworkami do klas w tym roku. ;) Z nieoficjalnych zrodel wiem, ze Nik najprawdopodobniej bedzie w klasie ze swoim najukochanszym kolega, co - nie ukrywam - oznacza wielkie ufff dla mnie. Mlodszy przez wakacje przelknal i zaakceptowal fakt, ze idzie do I klasy, ale nadal przezywa, ze oznacza to rozstanie ze znajomymi dziecmi. Wolalabym uniknac lez w oczach i kurczowego trzymania sie moich spodni pierwszego dnia, totez jestem szczesliwa, ze chociaz ten jeden kolega JEST. :D
Bi wyraza pewnosc, ze bedzie z trzema ulubionymi kolezankami, ale jakos nie panikuje na moje delikatne sugestie, ze moga jednak nie trafic razem do klasy, nie rwie wlosow z glowy i nie wpada w bezdenna otchlan rozpaczy. Zobaczymy jednak co bedzie w poniedzialek, kiedy rok szkolny oficjalnie sie zacznie... ;)

No, ale to, co bedzie sie dzialo w tym tygodniu, opisze Wam nastepnym razem. ;) Poki co mam do nadrobienia koncowke minionego tygodnia. ;)

Po pierwsze: w zeszly czwartek, 16 sierpnia, Bi wypadla druga gorna jedynka! Nie wiem ktora z nas (w sensie ja czy Bi) odczula wieksza ulge... ;) Ta cholera bujala sie i bujala przynajmniej pol roku! To szosty mleczak, ktory wypadl Bi w przeciagu 14 miesiecy. O ile pierwsze 5 wylatywalo jeden po drugim, to ten naprawde dal na siebie czekac! Bi sie niecierpliwila, bo wiadomo, Wrozka Zebuszka rozdaje kase, zas ja, bo dosc mialam pytan kiedy, kiedy i jeszcze raz kiedy wypadnie. ;) Bi marudzila, ze nie moze nia gryzc, czesto - gesto jeczala podczas mycia zebow i wiecznie dopytywala ile jeszcze czasu zanim w koncu wyleci. Nie wiem, czy ja wygladam na biuro informacji? ;) Na moje sugestie, zeby ruszala zeba palcem czy jezykiem to szybciej sie go pozbedzie, Starsza przybierala bolesnie - spanikowana mine i piszczala: "Ale to bedzie bolalo!".
Na to pozostawalo mi tylko wzruszyc ramionami. Niech nie rusza jak nie chce. Kiedys uparte zebisko i tak musi wypasc.
"Ale kieeeedy?!". I tak w kolko. ;)

Jestem wielka fanka takich szczerbatych usmiechow! ;)

W koncu jednak jedynka wypadla. Zebowa Wrozka podlozyla kase, dziecko szczesliwe, ale wieczorem zlapalo sie za policzek podczas kolacji! Jak na haslo, obie gorne dwojki, ktore lekko ruszaja sie od pewnego czasu, zaczely sie mocniej kolysac, a wiec C.D.N. :D

Zanim jednak jedynka zdecydowala sie na "wyskoczenie", przyszly listy ze szkoly. Zaadresowane elegancko do Bi oraz Nika. Takie listy to tutaj (a przynajmniej w naszym miasteczku) tradycja. Nauczycielki przedstawiaja sie jako tegoroczne wychowawczynie, pisza pare slow o sobie, czasem zalaczaja zdjecia. Przypominaja o czytaniu w czasie wakacji (rychlo w czas!), o liscie wyprawkowej, itd.


Jak to u nas bywa, nawet cos tak przyziemnego wywolalo zazdrosc oraz sprzeczke. Nika list od nowej wychowawczyni malo obszedl. Przymusilam go w sumie, zeby usiadl i go wysluchal. Ale kiedy dostrzegl, ze list Bi zawiera rowniez naklejke, strzelil focha. "No bo dlaczego on nie ma?! A przeciez tez chce!"
No tragedia, mowie Wam... ;)
Zeby to jeszcze byla jakas super naklejka, nie wiem, np. z postaciami z bajek! Tymczasem ona zawierala az imie Bi. To w ramach przygotowan do pierwszego dnia. Wiadomo, ze zajmie kilka dni zanim nauczycielka zapamieta imiona wszystkich gagatkow w klasie. ;)
Jak widac mozna sie obrazic nawet o taka pierdole. :D

Pod koniec zeszlego tygodnia, zebralam sie tez w koncu zeby urzadzic Potworkom pokazowa lekcje biologii. ;)
Juz od jakiegos czasu obserwuje kaluze przy mojej pracy. Nie mozna owego zbiornika nazwac inaczej, bowiem ma okolo metra na metr i glebokosc maksymalnie 10 cm. Kaluza ta jest jednak niezwykla, bowiem nie wysycha! Wokol budynku musza byc wysokie wody gruntowe. Nie widze innego wyjasnienia dlaczego w czasie upalnego lata takie malenkie bajorko pozostaje napelnione. Po kazdym deszczu takich mini zbiornikow robi sie wokol parkingu wiecej. Wedlug wszelkich praw fizyki, powinny wyschnac w ciagu kilku godzin, a jednak trzymaja sie kilka dni. Dwie zas nie wysychaja w ogole. Ta konkretna zwrocila jednak moja uwage, bowiem kiedy obok niej przechodzilam, katem oka zaobserowalam ruch. Pochylilam sie sprawdzic co takiego moze plywac w zwyklej, wydawaloby sie, kaluzy... Nic nie poradze, ze chociaz moja kariera zawodowa poszla w nieco innym kierunku, to w takich sytuacjach odzywa sie we mnie biolog, ktory chce sprawdzic, poznac, obserwowac... ;)
Kijanki! Jakas zdesperowana (albo szalona) zaba musiala w tym bajorku (a kilkanascie metrow dalej ma autentyczny maly staw!) zlozyc jajeczka! Niesamowite, ze cos sie z nich wyklulo i przetrwalo...
Od tamtego czasu przy kazdym spacerze w czasie lunchu zachodzilam sprawdzic jak sie maja. Niektore padly ofiara jakichs drapieznych podwodnych robali, ktore (az niemozliwe) rowniez zalegly sie w kaluzy. Wygladaja mi na larwy wazek, ale ze mistrzem entomologii nigdy nie bylam, moge sie mylic. ;) Kilka kijanek jednak zylo i mialo sie dobrze. A ja zaczelam zastanawiac sie jak pokazac je Potworkom. Wielokrotnie bowiem podczas spacerow widywalismy kijanki w mijanych jeziorkach i stawach, dzieciaki zawsze jednak zalowaly, ze nie moga im sie przyjrzec z bliska.
W koncu wpadlam na pomysl, zeby pozyczyc Nikowa siateczke oraz plastikowy pojemnik na robaki (niezbednik kazdego chlopca, hihi...) i sprobowac kilka wylowic.
Sporo czasu sie do tego przymierzalam. Na parkingu co chwila ktos idzie do samochodu, ktos przyjezdza, odjezdza... Glupio jakos mi bylo kucac przy kaluzy i lowic kijanki. ;) W koncu jednak zauwazylam, ze niektorym wyrastaja lapki. Wiedzialam wiec, ze to tylko kwestia czasu az wyrosna na zabki i wyniosa sie z kaluzy. W zeszlym tygodniu wybralam sie wiec na lowy! ;)

Oto jest Wojtek! :)

Coz... Przeszlo kolo mnie kilka osob. Podejrzewam, ze wzieli mnie za wariatke, ale co tam. :D Wazne, ze moja misja zakonczyla sie powodzeniem! Co prawda udalo mi sie zlapac tylko jedna kijanke (szybkie sa skubance!), a reszta pochowala sie wsrod trawy zarastajacej czesciowo kaluze, ale lepszy rydz niz nic. Kijanke, ktora nazwalam Wojtkiem (:D) przywiozlam triumfalnie do domu, a Potworki byly oczywiscie zachwycone mogac obejrzec ja z bliska. Kilka razy co prawda Wojtek ladowal na lodowce, bo dzieciarnia klocila sie kto bedzie na niego patrzec i szarpala pojemnikiem tak, ze woda wraz z kijanka chlustala na wszystkie strony. Balam sie, ze stworzenie wyzionie ducha ze stresu. ;) Jakos na szczescie dotrwalo do dnia nastepnego, kiedy to, ku rozczarowaniu potomstwa, odwiozlam Wojtka do znajomej kaluzy i rodzenstwa. ;)

A potem nadszedl weekend. Caly tydzien w napieciu sledzilismy prognozy, ktore jak zwykle tego lata zmienialy sie niczym w kalejdoskopie. Deszcz, czesciowe zachmurzenie, burze rano, burze po poludniu, przelotne burze... Pelen pakiet. Sprawdzalam pogode trzy razy dziennie i trzy razy otrzymywalam inna odpowiedz. ;)
W koncu stwierdzilismy, ze skoro i tak ciezko jest cokolwiek przewidziec, to raz kozie smierc! Wyszlismy w piatek wczesniej z pracy, zapakowalismy wszystko co trzeba i juz o 14:30 wyruszylismy... na kemping! ;)

Tak jak ostatnio, korzystajac z obecnosci tesciow a wiec opieki nad psem, wybralismy kemping w naszym Stanie. Swoja droga nie rozumiem tego. We wszystkich Stanach naokolo albo mozna miec zwierzeta, albo sa wydzielone czesci kempingu, gdzie ich obecnosc jest dozwolona. W naszym Stanie zas, sa zaledwie DWA kempingi, na ktorym mozna miec psa (lub kota)! I to takie w srodku lasu, bez jeziora, rzeki czy nawet placu zabaw, ktore przy dzieciach sa dla mnie niezbedne. :/
Tym razem ponownie wyladowalismy nad oceanem, a raczej nasza zatoczka. Kemping znajdowal sie przy plazy, ktora jest niezaprzeczalnie moja ulubiona w naszym Stanie. Niewielka, ale z pieknym bialym piaskiem i czysta woda. Wiazalam wiec spore nadzieje z polem kempingowym i... niestety troche sie rozczarowalam... ;)
Pole bylo niewielkie, ale to nie problem. Bylo cicho i niemal kameralnie. Miejsca kempingowe byly bardzo zroznicowane. Jedne bardziej przestronne, inne mniej, jedne na trawie, inne na piachu, jedne na lace, inne schowane w lesie. Kiedy rezerowalam wyjazd, chwycilam ostatnie wolne miejsce, zreszta, nigdy tam nie bedac, nie wiedzialam czego szukac. Trafila nam sie miejscowka calkowicie zalesiona, w cieniu i praktycznie bez trawy.

Cienista miejscowka

Na poczatku zupelnie nam to nie przeszkadzalo. Wielokrotnie juz spedzalismy kemping w lesie. Tym razem jednak, ten las okazal sie przeklenstwem. Po pierwsze, komary ciely niemilosiernie, nawet w srodku dnia. Po drugie, mielismy miedzy krzakami przeswit z widokiem na sasiednie miejsca na lace. Wieczorem, tam bylo jeszcze zupelnie jasno, a u nas zapadal juz zmrok i trzeba bylo zapalic lampe. Po trzecie, pierwsze dwa dni bylo goraco i panowala wysoka wilgotnosc. O ile na plazy i w innych czesciach kempingu pojawiala sie lekka bryza, na naszym miejscu powietrze doslownie stalo... Bylo duszno, wlosy lepily sie do czola i wszystko bylo wilgotne.
Podobnie, z soboty na niedziele temperatura gwaltownie spadla. Rano, przy naszej przyczepce las trzymal nieprzyjemne zimno. W dlugich spodniach i bluzach wybralismy sie na spacer po plazy i poczulismy sie jak idioci, bowiem wszedzie poza lasem bylo juz bardzo cieplo! :) Na plazy ludzie siedzieli w strojach i kapali sie w wodzie. A tu zajezdzamy my, w spodniach dresowych (bluzy szybko zdjelismy), a Potworki w dodatku w kaloszach. :D

Za to pogoda, tak jak ostatnio, sprawila nam mila niespodzianke. Pewnie, ze moglo byc lepiej, ale i tak mielismy duzo wiecej slonca i mniej deszczu niz w domu. W sobote po poludniu, moj tata zadzwonil, pekajac ze smiechu i pytajac ironicznie czy siedzimy na plazy. I bardzo sie zdziwil, kiedy mu powiedzialam, ze wtedy akurat nie, ale juz dwa razy tego dnia - owszem, plazowalismy. ;)
W domu burze przechodzily cale piatkowe popoludnie oraz wiekszosc soboty. A na kempingu padalo glownie w nocy. Jedyna ulewa, ktora zlapala nas w dzien i to z zaskoczenia, nadeszla w sobote poznym popoludniem. Wybralismy sie na msze do pobliskiego kosciola. Kiedy wyjezdzalismy, slonce przebijalo sie przez chmury. Za to przed 18, gdy wyszlismy przed kosciol, blyskalo, grzmialo i lalo tak, ze swiata nie bylo widac! Chwile debatowalismy czy przeczekac burze w kosciele, ale ze nie wiedzielismy ile ona potrwa (w koncu raporty z domu donosily, ze padalo tam praktycznie caly dzien...), stwierdzilismy, ze trudno, przebiegniemy do auta. Oczywiscie zadne z nas nie mialo parasola. ;) Pechowo, parking byl pelen i samochod zostawilismy kawalek dalej, przy ulicy. Nie bylo tam chodnikow, czekal nas wiec dziki bieg w ulewie, przez mokra trawe, przez ulice i znow po trawie do auta. Kiedy zdyszana, mokra i trzesaca sie z zimna, dobieglam do auta, pomacalam sie kontrolnie po kieszeni i wpadlam w panike - nie mam telefonu! Podczas biegu trzymalam za reke Nika, wiec nie pilnowalam jednoczesnie kieszeni! :/ Mimo zalewajacego mi oczy deszczu, musialam wrocic i to wolniej ta sama trasa i sprobowac go odnalezc. Znalazlam go w koncu lezacego w rwacym potoku, ktory zrobil sie z brzegu ulicy. Musial mi wypasc, kiedy przeskakiwalam glebsza kaluze.
Przyznaje, ze mialam wiecej szczescia niz rozumu. ;) Po pierwsze, przy takiej pogodzie, moglam tam krazyc pol godziny i go nie znalezc. Po drugie, gdyby wypadl na srodku ulicy, jakies auto na bank by po nim przejechalo i byloby po telefonie. A po trzecie, mimo, ze przelezal pare minut w kilku cm wody, dziala (odpukac!) bez zarzutu! Slyszalam wczesniej, ze iPhone 8 jest wodoodporny i moge to potwierdzic na wlasnym przykladzie! :D
Po powrocie na kemping okazalo sie, ze dalismy... pupy. ;) Kiedy wyjezdzalismy, pogoda byla nadal ladna, wiec ani nie otwieralismy zadaszenia od przyczepy, ani nic nie pochowalismy. Znalezlismy wiec wszystko: lezaki, rowery, stroje oraz reczniki (wywieszone do wysuszenia, haha), mokre i zbryzgane blotem! :/
Po jakiejs godzinie przestalo padac i M. przystapil do rozpalania ogniska. Drewno mielismy na szczescie suche, schowane na pace jego auta, ale w powietrzu bylo tak wilgotno, ze malzonek troche sie nameczyl, zeby je rozpalic. Kiedy w koncu sie udalo, probowalam porozwieszac wokol niego wszystkie nasze mokre rzeczy, ale nic to nie dalo. To, co odwrocone bylo w strone ognia wysychalo, ale kiedy obracalam je, zeby wysuszyc druga strone, tamta schla, a pierwsza nasiakala ponownie wilgocia. ;) Krzesla turystyczne, zrobione z wodoodpornego materialu, przeschly dosc szybko na tyle, ze mozna bylo na nich usiasc, ale ubrania dosuszylam dopiero w domu. :D

Poza ta jedna ulewa, padalo tylko w piatek w nocy i w niedziele nad ranem. Bylo potwornie wilgotno i nic nie schlo, ale przez wiekszosc trzech dni niebo bylo tylko czesciowo zachmurzone, co chwila przebijalo slonce i co najwazniejsze, bylo cieplo! :)

Na plaze wybralismy sie w piatek natychmiast po rozlozeniu naszej bazy. ;) Kemping z przyczepka wydaje sie prosty oraz wygodny i w porownaniu z namiotem taki jest, ale mimo wszystko nie jest to tak, ze stawia sie przyczepe i koniec. Trzeba ja jeszcze wypoziomowac, inaczej moze sie okazac, ze wszystko zsuwa sie ze stolu i polek, a maz turla sie na lozku w twoja strone i nad ranem spi wlasciwie na tobie. ;) Potem odczepic auto, rozlozyc dywan przed wejsciem, zeby nie wnosic syfu do srodka (i tak sie wnosi), powyciagac rowery, krzesla, owinac stol piknikowy i lawki cerata i w koncu mozna cieszyc sie natura. ;)
Jak tylko rozlozylismy wszystkie manele, ruszylismy wiec na plaze. I tutaj chyba spotkalo nas najwieksze rozczarowanie na tym kempingu. Plaza, jak wspominalam, jest moja ulubiona, ale dojazd do niej... Trzeba bylo przejechac kawal przez las, a potem jeszcze przez publiczne parkingi. Poprzednie pole kempingowe mialo prywatna plaze dla pola kempingowego, ale tutaj nie bylo tego luksusu. ;) Na rowerze przejazd zajmowal okolo 10 minut. Wspolczuje ludziom, ktorzy chodzili na piechote. Niby to nie tak strasznie daleko, ale jak wspomnialam na poczatku posta, dopadlo mnie jakies zmeczenie, przesilenie poznoletnie, czy "cus". ;) Przeciez tydzien wczesniej, przejechalismy prawie 14 km w 1.5 godziny, a ja w dodatku mialam okres i nic mi nie dolegalo. A tu, 10 minut i to po plaskim terenie, a nogi nieraz mi dokuczaly... Zreszta, dzieciaki tez czesto marudzily, ze nie maja sil, wiec to nie tylko ja taka zdechla bylam. Moze to cos w nadmorskim powietrzu, chociaz w poniedzialek rano idac przez parking do pracy, tez ledwie powloczylam nogami. No ale tutaj nie ma sie co dziwic, w koncu kto lubi poniedzialki? ;)
W kazdym razie plaza nadal byla piekna, a Potworki z zapalem rzucily sie do prawdziwego wyprobowywania swoich boogie boards. ;)

Pozowanie dla matki ;)

Bi nawet niezle "lapala" fale

Surfujemy szorujemy... po dnie :D

W sobote z rana bylo bardzo cieplo i wilgotno, ale pochmurno. Nawet troche mzylo, wiec zabralam Potworki sprawdzic, co ciekawego funduje "nature center" znajdujace sie na kempingu. Okazalo sie, ze to bardzo przyjemne miejsce. Wszedzie staly akwaria oraz terraria, w ktorych znajdowali sie przedstawiciele lokalnej nadmorskiej fauny. W jednym pokoiku znajdowal sie tez kacik artystyczny, pelen kolorowanek, wycinanek, kredek oraz mazakow. Centrum w sobotni poranek okazalo sie zbawieniem. Zamiast nudzic sie w przyczepce i marudzic, ze chca gdzies isc i cos robic, Nik stworzyl kolorowa rybke (Dory ;P) z wycinanki, a Bi uczyla sie zaplatac bransoletke. A potem nagle zauwazylam, ze slonce przebija sie przez chmury, wiec czym predzej polecielismy, zeby zgarnac po drodze tatusia i wybrac sie na przejazdzke. ;)

Mapa Parku Stanowego wyraznie wskazywala, ze znajduja sie na nim szlaki spacerowe. Myslelismy, ze moze nawet uda sie na nie wjechac rowerami. Obiecywalam sobie przyjemna przejazdzke wsrod mokradel... Niestety, nie bylo u kogo zasiegnac informacji, a sami, mimo szczerych checi, szlakow nie znalezlismy. Chyba ze byly nimi mijane lesne sciezynki, zupelnie nie oznakowane... :/
Pojechalismy za to droga do pawilonu gorujacego nad plaza. droga okazala sie meczaca, bowiem prowadzila niemal caly czas pod gore. Ale za to widoki z niej! Zdjecia zupelnie ich nie oddaja...


Z pawilonu zjechalismy polazic po widocznych na zjeciu skalkach, od ktorych Park ma zreszta swoja nazwe. ;) Pasace sie na lace obok ogromne stada gesi, okazaly sie dla Nika pokusa nie do przezwyciezenia. Jedzil pokrzykujac za nimi niczym kowboy na rowerze zamiast konia. ;)


Na skalkach szukalismy co tez odplyw zostawil po sobie w jeziorkach utworzonych w skalnych zaglebieniach. Tym razem zostwil tylko jedna rybke, ktora sprytnie chowala sie w wodorostach. ;)


Przy okazji, czy Wasze dzieci tez tak puszczaja uwagi mimo uszu? Przed wejsciem na skalki, ostrzeglam Potworki, ze w nocy padalo, a ciemne skaly nad sama woda pokryte sa glonami i pieronsko sliskie. Bi grzecznie trzymala sie mnie i M., natomiast Nik co chwila odchodzil na ciemne glazy. Efekt? Ze dwa razy wywinal takiego orla, ze mamy szczescie iz nie rozwalil lepetyny o jakis kamien!


Powtarzam jeszcze raz: idz z nami, po suchych, jasnych kamieniach. Widze, ze chce zejsc na nizsze glazy nad sama woda, a te pokryte sa zielonym szlamem. Mowie: "Tam nie idz, widzisz, ze te kamienie sa sliskie!". Jeszcze nie dokonczylam zdania, a on juz jest na dole! Oczywiscie dwa kroki i LUP! Lezy! I patrzy wielce zdziwiony, ze jak to sie stalo?! :O

Lubie takie wedrowki, ale odetchnelam z ulga, kiedy wrocilismy na upstrzona gesimi odchodami lake. :D

W sobote po poludniu, zanim nadeszla zupelnie niespodziewana burza z ulewa, pieknie sie rozpogodzilo i wybralismy sie ponownie na plaze. Potworki znow usilowaly "surfowac".

Nie ten kierunek, kolego! :D


Pstryknelam im tez obowiazkowe zdjecie wakacyjnego czytania, o ktore szkola oraz nauczyciele prosili juz przynajmniej 4 razy. ;)



Taaa... Miny i pozy baaardzo naturalne. Ale co poradze, skoro kiedy naprawde cwicza czytanie, Potworki maja miny nie nadajace sie do publikacji. A juz napewno nie do szkolnej galerii, majacej promowac czytanie wsrod najmlodszych. :D

W niedziele, jak wspomnialam wyzej, obudzila nas wilgoc oraz ziab. M. gotow byl spakowac sie i wracac do domu. Bylam gotowa przyznac mu racje. Prawie. Ale, ze szkoda mi bylo wyjezdzac z samego rana, a i Potworki, zimno czy wilgoc, bawily sie przednio, uznalam, ze przejade sie jeszcze raz nad ocean, zeby przejsc sie jego brzegiem. Kto wie czy go jeszcze w tym roku zobacze? ;)
Pojechalismy wiec cala rodzina i odkrylismy, ze poza kempingowym lasem, wszedzie jest cieplo, a nad woda ludzie plazuja na calego. Mimo wiec chmur, wrocilismy do przyczepki, Potworki przebraly sie w stroje i wrocilismy jeszcze ostatni raz nad ocean. Dzieciaki podejrzaly jakiegos chlopca jak rzuca boogie board na nadplywajace na brzeg fale, po czym wskakuje na nia i przejezdza kawalek. Sami zapragneli tak "surfowac" i zabrali sie do cwiczen. Bi dosc szybko porzucila zabawe, ale Nik zlapal bakcyla i tak dlugo cwiczyl, az pod koniec zaczelo mu nawet czesciowo wychodzic. A w kazdym razie nie wykladal sie jak dlugi przy kazdej probie. ;)

Bi jest ciezka i szybko zapadala sie w piach ;)

Iiiiii... CHLUP! :D

Kiedy w koncu wyszlo mu to niemal idealnie, zdjecie mam oczywiscie tylem... :/

Dosc szybko pieknie sie rozpogodzilo i az szkoda mi bylo oglaszac koniec zabawy. Zreszta, Potworki ostro to oprotestowaly... Coz bylo jednak robic. Nastepnego dnia szlismy juz z M. do pracy, wiec chcielismy wrocic do domu na tyle wczesnie, zeby jeszcze sie rozpakowac, wstawic pranie, itd.

A powrot, coz, klasyk: :D








Tak zakonczyl sie, mozliwe, ze ostatni kemping w tym roku. Zadnego kolejnego nie mamy zarezerwowanego, wiec jesli gdzies wyskoczymy, to bedzie zupelny spontan. Poki co jednak, tematem #1 w naszym domu, jest nadchodzacy poczatek szkoly. :)

Do przeczytania! :)