czwartek, 5 grudnia 2019

Indyk, Indyk i po indyku

Jak w tytule. Rowniez doslownie. ;) Niestety, hamerykancka tradycja sprawia, ze indyki mordowane sa w okolicach listopada wrecz masowo. W drodze na lodowisko, mijamy stadnine koni, na ktorej ktos odgrodzil maly wybieg i od dwoch miesiecy rosly tam sobie i tuczyly sie mlode indyczki. Ale kiedy jechalismy na ostatnie przed Swietem Dziekczynienia zajecia z lyzew, wszystkie "tajemniczo" zniknely. Nik jest jeszcze na tyle maly, ze nie skojarzyl, ale Bi poplakala sie nad losem ptaszysk. ;)

Jesli chodzi o samo Thanksgiving, to spedzilismy je bardzo milo, choc jak zwykle grono nasze bylo mocno okrojone, z zaledwie czworka doroslych i dwojka dzieci. Dzien wczesniej, w srode, dzieciaki konczyly dwie godziny wczesniej, wiec i ja wyszlam z pracy o 13, co dalo mi dodatkowe pare godzin na pichcenie. W czwartek od rana kontynuowalam i w rezultacie wyrobilam sie na tyle wczesnie, ze zdazylam sie jeszcze na spokojnie wykapac, nakryc do stolu i czekajac na gosci, posiedziec popijajac kawke. Tak to lubie. :)

Dzieciaki w szkole robily "indycze" opaski, ale Nik swoja gdzies posial...

Reszta weekendu byla niestety jednym z najgoszych dni wolnych jakie mialam w zyciu... W piatek wszystko sie ryplo. Obudzilam sie z takimi zawrotami, ze chodzilam przytrzymujac sie scian, a w koncu polozylam sie i zasnelam, bo nie bylam w stanie ani chodzic, ani siedziec, ani tym bardziej jesc, bo zbieralo mnie na wymioty. Dodatkowo samopoczucie psula mi swiadomosc, ze tego dnia myslelismy o skoczeniu na narty (w gory jakies 2 godziny od nas, bo tylko tam byly juz otwarte stoki ;P), ale w moim stanie nie dalabym rady zjechac nawet z oslej laczki. ;)
A kiedy po poludniu poczulam sie troche lepiej, otrzymalam kiepska wiadomosc i poprztykalam sie z mezem, choc nasza klotnia byla rezultatem mojej reakcji na te wiadomosc i zupelnie (dla mnie) niespodziewana. Reszta piatku i sobota uplynela nam wiec na cichych dniach. Najgorzej, ze w sobote swiat mi sie nadal lekko "bujal", wiec nie mialam ani energii, ani ochoty zeby wymyslac Potworkom jakies specjalne zajecia. Mieli miec rano trening na basenie, na ktory planowalam ich zabrac z racji braku Polskiej Szkoly, ale niestety pompa siadla, poziom chloru w wodzie siegal kosmosu i zajecia sie nie odbyly. A na naszym znajomym lodowisku trwal turniej hokeja i tura "wolnej" jazdy zostala odwolana. :/ Utknelismy wiec w domu i cale szczescie, ze M. pojechal sam z siebie na zakupy do Polakowa, a pozniej do marketu budowlanego, wiec przynajmniej mielismy od siebie nieco oddechu.
W niedziele wyjasnilismy sobie z malzonkiem to i owo, czy raczej ja wygarnelam mu, ze nawet jesli nie wie o co mi chodzi, nawet jesli uwaza, ze zachowuje sie niedorzecznie, to jego zadaniem jako meza jest wspierac, poklepac po plecach i powiedziec, ze bedzie dobrze, a nie "kopac lezacego" obrazaniem sie. Szczegolnie, ze moje piatkowe rozgoryczenie po otrzymaniu wiadomosci, kompletnie nie bylo kierowane w jego strone, a obrazil sie, bo... nie podobalo mu sie, ze bylam pelna zalu i nie rozumial dlaczego. :O
Chyba dotarlo, choc troche. ;)

W niedziele rano Potworki mialy trening (na innym basenie) skokow do wody. Dla Kokusia pierwszy. Najpierw zonk, bo kiedy przyjechalismy okazalo sie, ze ktos zapomnial otworzyc basen (znajduje sie on w czesci sportowej prywatnej szkoly), a ze byl dzien wolny od zajec, obaj trenerzy biegali jak w ukropie, probujac znalezc osobe posiadajaca elektroniczne karty otwierajace drzwi. Pol godziny poslizgu, ale w koncu weszlismy. W rezultacie, zajecia przesunely sie rowniez i zamiast byc w domu krotko po 11, bylismy prawie w poludnie, czyli polowa niedzieli sobie uciekla. ;)
Ogolnie fajnie bylo patrzec na cwiczenia. Bi skacze juz naprawde niezle. Prostuje sie niczym strzala i naprawde nie ma sie do czego przyczepic.

Bi skacze. Niestety, zamazana, bo skok byl za szybki :)

Nik skacze... na zabe. Niezgrabnie rozkraczony, ale najwazniejsze, ze sie nie boi. ;)

Zdjecie lekko zamazane, ale macie mniej wiecej porownanie :D

No i byl to jego pierwszy trening skokow (ich normalny basen jest za plytki i skakac do niego nie wolno), wiec nie ma co sie spodziewac cudow. ;)

I tak nam uplynal dlugi weekend.
Ktory niespodziewanie jeszcze nam sie przedluzyl... ;)

Ledwie zdazylismy wrocic po treningu w niedziele do domu, zaczal proszyc snieg. Idealnie na 1 grudnia. :) Juz od kilku dni wiadomosci trabily, ze nadchodzi wieeelka sniezyca i zeby sie przygotowac, ale nikt specjalnie sie tym nie przejmowal. Takie burze sniezne na poczatku sezonu sa zazwyczaj raczej slabiutkie, a prognozy z zapowiadanych 12 do 20 cm, przez 7 do 12 cm, przeszly w koncu do 2 do 7 cm. Nikt nie spodziewal sie wiec niewiadomo czego, szczegolnie, ze snieg caly dzien proszyl sobie leniwie, a pod wieczor temperatury sie podniosly powyzej zera i przeszedl w marznacy deszcz. W nocy mial przestac na kilka godzin padac zupelnie, a pozniej ponownie zaczac, ale ze z takimi prognozami ciezko jest cos przewidziec, szkoly uparcie milczaly. Przypominam, ze tutaj maja tendencje do zamykania szkol lub chociaz opoznienia rozpoczecia lekcji przy najmniejszych opadach sniegu. ;) W niedziele wieczorem tylko kilka college'ow oglosilo, ze nastepnego dnia beda zamknieci, czemu nie ma sie co dziwic, skoro wiekszosc studentow dojezdza do nich samochodami. Osobiscie nie znosze takiej niewiadomej, jako ze lubie przygotowac sobie co sie da, dzien wczesniej. Nasze miasteczko ma zwyczaj zawiadamiania rodzicow o zamknieciu pozno, niemal na "ostatnia chwile". Dobrym wskaznikiem sa wiec okoliczne miasteczka, ktore zazwyczaj oglaszaja zamkniecia juz wieczorem, zamiast jak nasze, nad ranem. Tym razem jednak, wszystkie milczaly jak zaklete, a ze sniezyca uparcie nie chciala sie rozkrecac, wiec uznalam, ze jednak lekcje sie odbeda. Przygotowalam ubrania, zrobilam kanapki, spakowalam przekaski do sniadaniowek, nastawilam budziki i poszlismy spac. Obudzilam sie o 4 nad ranem, kiedy M. wychodzil do pracy i sprawdzilam maile. Nadal nic. Tymczasem kiedy budzik zadzwonil o wpol do siodmej, znalazlam w skrzynce wiadomosc o zamknieciu, ktora przyszla o 5:10 nad ranem. To naprawde nie dalo sie wieczorem?! Nosz kurka na wacie! Wstalam, na paluszkach przeszlam po pokojach dzieci wylaczajac ich budziki, a potem wrocilam do blogiego lozka, ale co za tego, jak zasnac juz nie moglam. :/
Potworki wstaly zaraz po mnie, zdziwione, ze budziki nie zadzwonily. Zdziwienie szybko ustapilo radosci, ze nie ma szkoly. ;) I dopytywaniom kiedy, no kieeedy pojdziemy na podworko. :D
Jak dla mnie to zmkniecie bylo mocna przesada, bo spadlo doslownie kilkanascie cm sniegu i tam gdzie Potworki przejechaly na "duposlizgach" wytarly go miejscami do trawy.

Widac pasek sniegu wytartego do trawy, chociaz fakt, ze z tej strony, pod choinkami, zawsze jest tego sniegu mniej

Drogi, nawet nasza osiedlowa, byly calkiem niezle odsniezone, a temperatury lekko na plusie, co sprawialo, ze snieg na asfalcie niemal nie osiadal, choc do szuflowania byl koszmarnie ciezki. Odsniezylam frontowe wejscie oraz chodnik idacy wokol przodu domu az do podjazdu i miesnie od lopatki, przez pachwine, az do klatki piersiowej, czulam jeszcze nastepnego dnia. ;)

Widoczne na fotce hulajnogi sniezne mialy byc prezentami Mikolajkowymi, ale ze Matka Natura zeslala snieg troche wczesniej i niewiadomo kiedy znow nieco podesle, Potworki dostaly je juz w poniedzialek ;)

Krajobraz za oknem i fakt, ze nadszedl grudzien, natchnal mnie do wyciagniecia bozonarodzeniowych dekoracji i przyozdobienia domu. Tylko choinki brakuje, bo nie mozemy sie z M. zdecydowac czy chcemy zywa, czy sztuczna... ;)


Zagniotlam tez ciasto na pierniki, ale z braku czasu pieke je po 20 dziennie, czyli dwie blaszki. ;)


Zazwyczaj biore sie za nie dopiero, kiedy stoi juz choinka, tym razem jednak planuje wreczyc przyozdobione przez Potworki pierniczki paniom z Polskiej Szkoly. W sobote beda tam bowiem ostatni raz przez Swietami. W kolejny weekend Bi ma zawody, a potem bedzie juz przerwa swiateczna.

A snieg padal sobie dalej. Momentami mocniej, momentami ledwie proszyl, ale padal praktycznie caly dzien, dopiero poznym popoludniem przestal zupelnie i spodziewalismy sie, ze to juz koniec atrakcji.  ;)
Taaa... W okolicy kladzenia dzieci spac, chmury znow sypnely i to ostro. Ale, tak jak poprzedniego wieczora, szkoly milczaly, prognozy zapowiadaly okolo 40% szansy na snieg w nocy i ewentualnie jakies 5 cm... Przyszykowalam wiec jedzenie i ubrania, powlaczalam wylaczone rano budziki i poszlam spac.

Przed domem przez chwile znow mialam "Narnie" :)

I co? No, jajco. Sniegu niespodziewanie dowalilo jakies 30 cm i podobno pobilismy rekord na ilosc bialego puchu jak na poczatek sezonu.

Widok we wtorek rano z okna tarasowego

A szkoly znow zamkneli. :/ Wiadomosc przyszla ponownie o 5 nad ranem i kolejny raz przemykalam na palcach po pokojach, wylaczajac budziki. ;) A Potworki byly po prostu przeszczesliwe, choc zaczelo im sie juz w doopach przewracac od ilosci wolnego i nie dosc, ze klocily sie doslownie o wszystko, to jeszcze uparly sie, ze kolejnego dnia tez na peeewno nie bedzie szkoly i wstaly w srode w iscie wisielczych humorach. :D

Zanim jednak nastala sroda, byl caly, calutenki wtorek na zabawy w bialym puchu:

Fajnie, ze zaraz kolo domu mamy calkiem przyzwoite gorki do zjezdzania :)

Tarzanie sie w puchu rowniez bylo praktykowane :)

W nieudeptanych miejscach snieg siegal Mai brzucha, a to nie jest malutki piesek ;)

Tak wlasnie sobie minal "Indyczy" weekend, ktory z czterech dni, niespodziewanie przedluzyl sie w niemal tydzien. ;)

Na zakonczenie, swiateczne akcenty na znajomej stacji benzynowej :)

wtorek, 26 listopada 2019

Listopad pedzi jak szalony

Heeej, hej, Aniu! Pisze i pisze od zeszlego tygodnia i skonczyc nie moge... Dzieki za mobilizacje! ;)


Musze szybko zabrac sie i skonczyc kolejnego listopadowego posta. Jak nie zdaze w tym tygodniu, w nastepnym moze byc doopa, bowiem w czwartek wypada u nas Swieto Indyka Thanksgiving. Tydzien bedzie skrocony, a ze czesciowo pisze z pracy, wiec i pisanie bede miala skrocone. :)

Dopisek:
Nie zdazylam w zeszlym, ale wyrobilam sie w tym. ;)

W tym samym dniu kiedy Polska swietowala Niepodleglosc i cieszyla sie dlugim weekendem, u nas byl Dzien Weteranow. W niektorych miastach szkoly byly zamkniete, ale w naszym nie tylko odbywaly sie (prawie) normalnie lekcje, ale jeszcze byly wywiadowki. :O Jedyna radosc dla dzieci (mlodszych, bo starsze moga miec juz powody zeby wywiadowki znielubic ;P), ze lekcje byly skrocone o dwie godziny. A owe szczescie i tak mieli dosc polowiczne, bo z powodu skroconych lekcji, zabrali im dluga przerwe. ;) Nie wiem bowiem czy juz nie pisalam, ale przypomne, ze lekcje trwaja u nas 6.5 godziny, ale w srodku dnia dzieciaki maja 20 minut na lunch i zaraz po lunchu 30 minut przerwy, w czasie ktorej smarkateria jest obowiazkowo wyganiana na dwor, no chyba ze na zewnatrz faktycznie pizga zlem. ;) Daje im to godzinna przerwe w srodku dnia, bo wiadomo, ze zanim sie zbiora i zejda do stolowki, a po przerwie wdrapia sie na pietro, rozbiora i usadowia znow w klasie, mija pewnie ponad godzina. No ale niestety, kiedy lekcje sa skrocone, nie maja tej dlugiej przerwy i oczywiscie sa niepocieszeni. ;)
Wracajac jednak do wywiadowek. Zapisy na nie pojawily sie juz dawno i na szczescie udalo mi sie wpisac u obu Potworkow na ten sam dzien, jedno zaraz po drugim. Oszczedzilo mi to jezdzenia dwa razy do szkoly i urywania sie z pracy lub czekania w szkole niewiadomo ile. ;) Jedynym utrudnieniem bylo to, ze Bi miala byc obecna na swojej wywiadowce, przez co musialam zrobic  maly objazd zeby zabrac ja z domu. Przyznam sie Wam tez szczerze, ze wcale mi sie nie podoba taka obecnosc dziecka, kiedy mam dyskutowac na temat jego wynikow w nauce. Hamerykanscy nauczyciele sa mocno nastawieni na pochwaly i mysle, ze przy dziecku nie odwaza sie nawet na konstruktywna krytyke, a mnie rowniez obecnoc Bi hamowala przed zapytaniem o kilka rzeczy.
Ogolnie rzecz biorac, nie ma sie jednak do czego przyczepic. Oba Potworki sa grzeczne, posluszne i kolezenskie (to zupelnie odwrotnie niz w domu!) i nie sprawiaja w szkole wiekszych problemow. Ucza sie tez calkiem dobrze. Oboje maja po kilka "N" (near), co oznacza, ze juz prawie opanowali jakies zagadnienia, ale jeszcze musza troche nad nimi popracowac, z wiekszosci jednak otrzymali "M", ktore oznaczaja, ze te czesc materialu juz maja opanowana. Bi ma rowniez "E" oznaczajace ze przewyzsza swojego rocznika w wymaganych zagadnieniach, ale to z plastyki i w-f'u, wiec w sumie slabo sie liczy. :D
Tak naprawde, jedynym powazniejszym problemem Starszej jest "spelling". To slynne, angielskie literowanie, to jest jej najslabszy punkt. Nawet fonetycznie, pisze tak, ze nie mozna sie doczytac. Nie pomaga to, ze Starsza zwyczajnie nie lubi pomalu gloskowac i poswiecic temu chwilki dluzej, co owocuje tekstami, ktore sa naprawde ciekawie napisane i ladnie rozbudowane, ale koszmarnie ciezkie do rozczytania. Oczywiscie proby poprawienia jej, koncza sie awantura, jak ostatnio, kiedy zamiast "who", napisala w wypracowaniu "how". Czytalam jej wypociny na glos i rzecz jasna, w odpowiednim miejscu wymawialam "hau". Dziecko na to przewraca oczami, ze przeciez to "hu". No to odpowiadam, ze tak pisze sie "how", a "who" zapisuje sie "w-h-o". Widze ze juz jest zla (ta dziewczyna nienawidzi nie miec racji :D), ale czytam dalej. Pechowo, w opowiadaniu Bi jest kilka miejsc z "who". Kiedy po raz kolejny czytam "hau", Bi zabiera mi kartke i stwierdza, ze ona sama przeczyta. Ok, niech bedzie... Starsza czyta, czyta, az dochodzi do newralgicznej czesci i sama wymawia wyraz jako... "HAU"! Wybucham smiechem i mowie triumfalnie, ze "Widzisz?! Sama tez przeczytalas "how"!!!". Tu juz Bi nie zdzierzyla i wypadla z jadalni ryczac w glos i tupiac nogami. :D
Nik na szczescie nie ma podobnych problemow. Ze wszystkim sobie radzi bez wiekszych potkniec. Jedyne nad czym musi popracowac, to koncentracja i zwolnienie tempa, robi bowiem bledy typowo niechlujne. W matematyce np. rozszyfrowuje zadanie z trescia, zaznacza, ze jest to zadanie na odejmowanie, wypisuje cyfry w slupku, wpisuje minus, po czym... dodaje! Normalnie czasem rece opadaja! :D Kiedy dostaje w lapki jego testy, tez nie wiem czy smiac sie czy plakac, bo wlasnie albo zamiast dodac odejmuje, albo rozwiazuje poprawnie, ale zaznacza nieprawidlowa odpowiedz (najczesciej testy sa na zasadzie wielokrotnego wyboru). No ewidentnie nie chce mu sie skupic i robi na odwal - odpieprz, byle szybko. ;) Za to w przeciwienstwie do siostry, swietnie pisze. Na tescie z zapisywania fonetycznego wyrazow, otrzymal 95%, gdzie do zaliczenia potrzebne bylo 80%.
Tak w ogole to czasem ciezko mi stwierdzic czy te moje Potworki sa bystre, czy nie. W Hameryce dzieci nie przygotowuja sie do testow w domu. Ba! Ja nawet nie wiem, ze mieli test, dopoki nie przyniosa do domu juz ocenionej pracy! :O Praca domowa ma pomoc utrwalic material, ale zadawane jest niewiele, a szkola wychodzi z zalozenia, ze wiekszosc wiedzy dzieciaki maja wyniesc z klasy. Juz gdzies, komus pisalam, ze szkola zatrudnia armie asystentow, korepetytorow, itd. ze wszelkich dziedzin. Nie wiem jak bedzie dalej, ale w szkole podstawowej nie widze powdu, zeby jakiekolwiek dziecko nie opanowalo wymaganego materialu, chyba ze maja faktycznie problemy psychologiczno - pedagogiczne. ;)

Starczy o szkole. :)
Pisalam jakis czas temu, ze troche na sile, zapisalismy Kokusia do druzyny plywackiej. Teraz chodzi juz na treningi od kilku tygodni i sam przyznaje, ze polubil druzyne. Podobnie jak siostra, lubi wode, dodatkowo oswoil sie z dzieciakami i widze, ze nawet niektore zagaduje (niesmialek ;P). Nad stylami nadal pracuje. Jeden z trenerow smieje sie, ze jego zabka jest "nie do konca legalna", ale nie przejmujemy sie tym za bardzo. Nik nie ma jeszcze skonczonych 7 lat i na zawody w tym roku i tak nie mialam zamiaru go zapisywac. Za to kraulem, choc nadal nieco "bije sie z woda", przesciga wiekszosc dzieciakow w zblizonym wieku, wiec widze dla niego przyszlosc w tym sporcie. ;) Poki co, najwazniejsze, ze mu sie podoba i chce plywac.

Wiem, zdjecie zamazane, ale obiekt byl w ruchu i to szybkim :D

Za to Bi przezywa jakis kryzys i marudzi ostatnio, ze nie chce jezdzic na treningi. To znaczy, nadal twierdzi, ze lubi plywanie i nie moze sie doczekac zawodow (seria zaczyna sie w grudniu), ale przed treningami marudzi. Tlumaczymy, ze jesli nie bedzie cwiczyc to wypadnie z formy i nie ma na zawodach szans na wstazke. Poki co, dziala...

Kompletnie wbrew woli dzieci, zapisalam ich natomiast na lyzwy. ;) No dobrze, kiedy ich zapisywalam to nie bylo w zasadzie "wbrew nim", bo zwyczajnie o tym nie wiedzieli. :D Zapisywalam ich juz we wrzesniu, a ze szczegolnie Nik czesto oprotestowuje nowe aktywnosci, wolalam oszczedzic sobie nerwow i zeby nie sluchac przez dwa miesiace, ze oni nie chca, nie beda, wstydza sie i co tam jeszcze mogli wymyslec.
O takich lekcjach jazdy na lyzwach, myslalam juz od dwoch lat, odkad pierwszy raz zabralismy Potworki na lodowisko. Sama kiedys zapisalam sie na podobne zajecia dla doroslych i pamietam, ze bardzo mi sie podobaly oraz sporo sie nauczylam. Jasne, nie zrobily one ze mnie lyzwiarki figurowej, ale na pewno pomogly zdobyc troche pewnosci siebie na lodzie. I pal licho, ze potem przez 10 lat na lyzwach nie jezdzilam i kiedy znow stanelam na lodowisku mialam miekkie kolana. ;)
W kazdym razie, tam gdzie jezdzilam z Potworkami regularnie juz w zeszlym roku, organizuja takie lekcje i sa one w dodatku (relatywnie) tanie jak barszcz. Niestety, przez to sa tez bardzo oblegane, tym bardziej, ze odbywaja sie tylko przez dwa dni w tygodniu, w dwoch przedzialach czasowych i tylko przez 5 tygodni, nie ma wiec wielu miejsc. Kiedy dwa lata temu pomyslalam o lekcjach dla Bi, bylo juz duzo za pozno. Wszystkie miejsca dawno byly zajete. Rok temu juz prawie - prawie mi sie udalo. Akurat bylo jedno wolne miejsce, szybko zabralam sie wiec za zamawianie, ale nie znalam systemu, a ze program oferowany jest przez departament rekreacji jednego z okolicznych miesteczek, musialam zalozyc tez u nich internetowe konto. Zanim sie zorientowalam co i jak, zanim wszystko pozakladalam, ostatnie wolne miejsce... zniknelo! Ale bylam zla! ;) Zalozenie konta mialo jednak zalete. Musialam podac kontakt mailowy, dzieki czemu ciagle dostaje powiadomienia i wiem kiedy otwieraja tam latem publiczny basen (to wielki kompleks rekreacyjny), kiedy pole golfowe, a kiedy lodowisko. Dostalam rowniez maila, ze zaczely sie zapisy na lekcje jazdy na lyzwach. Tym razem, nie czekajac, natychmiast Potworki zapisalam. ;)

Zanim jednak zaczely sie lekcje, otworzyli lodowisko. Kiedy Potworki o tym uslyszaly, dopytywaly sie codziennie kiedy pojedziemy. To tylko utwierdzilo mnie w tym, ze lekcje to dobry pomysl i zabralam ich na publiczna jazde, zeby przypomnieli sobie co nieco. Bawili sie swietnie i scigali kto pierwszy okrazy lodowisko. Wygral Nik, bo brak mu wyobrazni i jezdzi na wariata, co chwila zreszta wywijajac orla. ;) A zapis na lekcje przydal sie dodatkowo, bo zapisane dzieci wchodza podczas publicznej jazdy za darmo, ha! :D

Lyzwiaze ;)

Mimo ze bawili sie przednio, kiedy w koncu powiedzialam im o lekcjach, oba Potworki podniosly protest. Zwizualizujcie tu sobie moj przewrot oczami. ;) Zawarlam jednak z nimi umowe, ze pojada na dwie lekcje. Jesli po nich stwierdza, ze nie podoba im sie, nie maja frajdy, czy po prostu nie chca i juz, wypisze ich. Te lekcje to $50 na glowe, okolo 1/4 normalnych kosztow zajec sportowych. Jakos to przelkne. ;)
Pojechali i... poczatkowo oboje byli zachwyceni. W ich grupach jest sporo dzieci, ktore najwyrazniej nigdy nie staly na lodzie bez podporki. Bi cwiczyla tak jak panie uczyly, tuptajac pomalu przez lodowisko. ;) Nik zignorowal polecenia i jezdzil w kolko naokolo grupy, zachwycony tym, ze jest najlepszy. ;)

Tutaj widac, ze Nik juz dojechal do scianki, a reszta jego grupy nadal probuje przedostac sie przez lodowisko ;)

A potem wszystko sie polowicznie posypalo. Bi jakos tak pechowo upadla, ze przekrecilo ja w locie, a ze przez kitke kask miala odsuniety lekko na tyl glowy, wiec plasnela policzkiem o lod. Placzu bylo co niemiara i przez kolejny tydzien wygladala jakby ktos przywalil jej z piesci. ;) Jestem z niej bardzo dumna, bo pomimo tego, wrocila z powrotem na lod, choc juz do konca poruszala sie doslownie tiptopkami. ;)
A teraz najlepsze! Jadac na pierwsza lekcje, jakos nawiazala nam sie rozmowa o lyzwach, ze te wypozyczane sa okropnie niewygodne, itd. Powiedzialam Potworkom, ze jesli zobacze, ze naprawde uwielbiaja lyzwy i beda chcieli co tydzien na nich jezdzic, pomysle nad kupnem im wlasnych. Na to Bi, ze ona juz lyzwy uwielbia i zeby jej przekoniecznie kupic! ;) Potem nastapil pechowy upadek, placz i cala droge z powrotem slyszalam, ze lyzwy sa glupie, ze ona juz wiecej jezdzic nie bedzie i zeby ja z lekcji wypisac. Ewidentnie ktos sie zrazil. :D


No i sie nie wyrobilam. Jest piatek, a mi jeszcze co nieco zostalo do opisania. Ze juz o wgraniu i wrzuceniu zdjec nie wspomne... ;)

OK, pisze dalej. Kiedy skoncze, to skoncze. ;)
Ze wgrywaniem filmikow tez mam ostatnio problem. Zdjecia (odpukac!) poki co wgrywam bez wiekszych przeszkod, ale za to filmow moj telefon nie chce przesylac. Zaczyna proces, a pod koniec wyskakuje mi informacja, ze telefon jest nieosiagalny. I doopa. Poczatkowo pomagalo odlaczenie i ponowne podlaczenie srajfona, ale w ktoryms momencie przestal wysylac filmiki kompletnie. Myslalam moze ze w moim laptoku, ktory ma juz swoje lata, wyczerpuje sie pamiec. Sprobowalam jednak wgrac filmy na komputer w pracy. Poczatkowo przesylalo, a po chwili zaczelo wywalac te sama wiadomosc. Problem jest wiec albo z moim srajfonem, albo z kabelkiem. Sklaniam sie raczej ku srajfonowi, bo ostatnio tez zawiesza mu sie internet. Przestaje wladowywac strony, musze go zresetowac i wtedy przez 1-2 dni chodzi ok. Po czym znow go szlag trafia... Niestety, tak samo zachowywal sie moj poprzedni telefon zanim wyzional ducha... :(

Wrocmy jednak jeszcze do lyzew. Jak wspomnialam, dzieciaki zapisane na lekcje, maja darmowy wstep na publiczna jazde. Poniewaz nie mielismy zadnych planow na kolejna niedziele, spytalam Potworki czy maja ochote jechac. Nik az podskoczyl ze szczescia, Bi sie troche opierala. Kiedy jednak oswiadczylam, ze zostanie w domu nie oznacza, ze bedzie mogla spedzic 1.5 godziny na tablecie, z lekkim fochem, ale pojechala. ;) W weekendy Potworki maja niemal nieograniczony dostep do tabletow, pilnujemy jednak z M., zeby robili sobie regularne przerwy, co zawsze przymowane jest przez Potworki z fochem. :)
Nik jezdzi jak szaleniec, doslownie. Od czasu do czasu sie wywali, po czym wstaje i pedzi dalej. Cale nogi ma posiniaczone, bo nadal jest cieplo, a on sie bardzo poci, na lodowisko ubieram go wiec dosc lekko. Nie ma izolacji w postaci grubych, zimowych spodni oraz kurtki, wiec upadek na lod musi skonczyc sie siniakami. Najwazniejsze jednak, ze zupelnie go one nie wzruszaja. ;)

Nasza domorosla "drama queen" musiala pokazac, jak bardzo sie boi ;)

A Bi? Coz, po upadku na pierwszej lekcji, Bi cofnela sie do poziomu sprzed 2 lat. Jezdzila caly czas podtrzymujac sie scianki. Wprawdzie jechala dosc szybko i plynnie, ale caly czas z reka na scianie i przy najmniejszej utracie rownowagi, wykrzywiala buzie w wyrazie paniki. ;)

Przy takim podejsciu obawialam sie, co bedzie przed kolejna lekcja. Spodziewalam sie mocnego protestu ze strony Staszej i wlasciwie to szykowalam sie na wypisanie jej z zajec. I tu sie zdziwilam, bo Bi pojechala na nie bez szemrania, a wrecz z radoscia. Radzila tez sobie bardzo dobrze. Gdzie Nik w zasadzie ma w nosie polecenia instruktorek i jezdzi sobie w kolko po lodzie, tam Bi karnie stara sie wykonywac cwiczenia. Jedyne co, to uparla sie ubrac kominiarke, ktora kupilam jej z mysla o jezdzie na nartach w mrozie i zimnie. Oswiadczyla, ze jesli znow upadnie, woli miec zaslonieta buzie i z ta logika nie chcialam sie klocic. ;)

O prosze - nawet noge poslusznie zadzierala do gory, mimo, ze wymaga to dobrej rownowagi i stabilnosci.

Na usprawiedliwienie Nika dodam, ze wedlug wieku i faktu, ze nigdy nie mial formalnych lekcji, przydzielono go na poziom 1. Patrzac jednak na jego wyczyny, stwiedzam, ze powinien spokojnie zostac przeniesiony na poziom 2 albo i 3. ;)

Nikowi brak wyzwan nie przeszkadza. Liczy sie, ze moze pedzic przez lod bez ograniczen ;)

W kazdym razie, z drugich zajec oba Potworki wyszly zachwycone, a co najwazniejsze, Bi odzyskala chyba nieco pewnosci siebie. ;)


No to mamy poniedzialek. Trzy dni przed Indykiem. Moze zdaze... :D

Opisac chcialam jeszcze w sumie tylko jedno wydarzenie. Poltora tygodnia temu Potworki mialy dlugo wyczekiwane Boo Bash w szkole, czyli zabawe... Halloweenowa. Tak, tak, caly swiat zdazyl juz o Halloween zapomniec, nawet w Polsce Kosciol przestal chyba grzmiec o tym, jaka to demonizacja mlodziezy, a dzieciaki w naszej szkole dopiero doczekaly sie zabawy. ;) Impreza miala sie odbyc pod koniec pazdziernika, ale z powodu grasujacej z naszych okolicach odmiany zapalenia mozgu (EEE) przenoszonej przez komary, organizatorzy zdecydowali sie przeniesc ja na polowe listopada, kiedy latajacy krwiopijcy wyziona juz ducha. ;) Dzieciaki oczywiscie namarudzily sie strasznie, ale tak naprawde powinni sie cieszyc, bo nawet w Hameryce, Halloween bywa kontrowersyjne i w wielu szkolach zabaw nie ma. Gdyby Potworki chodzily nadal do starej, nie tylko nie mialyby imprezy, ale klasom powyzej zerowki nie wolno sie bylo nawet przebierac. Tego ten, maja wiec szczescie, ze zmienili szkole, a i tak byl placz kiedy wykreslilam Boo Bash z pazdziernikowego kalendarza. ;)
Wreszcie sie jednak doczekali. Impreza w ich opinii byla nadzwyczaj udana. Przebrali sie kolejny raz w swoje kostiumy, choc Bi zalozyla jednak zeszlorocznego jednorozca zamiast tegorocznego "nietoperza". ;) Nazbierali kupe cukierkow na "trunk-or-treat". Dla nieuswiadomionych, "trunk-or-treat" to odmiania lazenia po cukierki, gdzie dzieci chodza od auta do auta (od "trunk" - bagaznik) zamiast od domu do domu. Kazda klasa ze szkoly dzieci miala wlasny, udekorowany samochod. Mam jednak wrazenie, ze w zeszlym roku dekoracje byly jakies bardziej kreatywne. W tym wiekszosc byla po prostu... straszna. Kosciotrupy, zombie i te sprawy. Auto klasy Kokusia bylo jednym z zaledwie kilku, ktore byly inne. Panie z dwojki klasowej udekorowaly je w emotikonki. ;)

Przed autem klasowym Kokusia :)

Oprocz tego, mozna bylo "kupic" napoje, przekaski, itd. Dlaczego w cudzyslowiu, wyjasnie pozniej. Klasy IV, ktore sa ostatnimi w naszej szkole, w przyczepie od ciezarowki urzadzily "dom strachow". Bylo coroczne wielkie ognicho oraz przejazdzki wozem z sianem.
A czego zabraklo matce? ;)
Ciepla! Impreza urzadzona prawie miesiac po wlasciwym terminie, a na dodatek trafila na pierwsze powazne ochlodzenie. Kurna jak bylo zimno! Przed wyjsciem uwalczylam sie z Potworkami o ubrania, bo oni oczywiscie chcieli wyeksponowac kostiumy, a ja nie chcialam, zeby ktorekolwiek nabawilo sie zapalenia pluc. Przebrania mieli cieple, polarowe, wiec w koncu dalam im pod spod bluzki na dlugi rekaw, a na wierzch kazalam ubrac puchowe kamizelki. Przed wyjsciem byl o to foch i obraza majestatu ("przeciez jest cieplo!"), a po jakims czasie sami szczekali zebami i jeczeli, ze im zimno. Ale do domu wczesniej ruszyc nie chcieli. ;)
Poza tym - organizacja! Impreza miala na celu zebranie pieniazkow na szkole. Ok, cel szczytny. Juz kilka tygodni wczesniej mozna bylo zamowic kupony na przekaski oraz przejazdzke wozem z sianem. I teraz dochodzimy do sedna. Wyjasnie dlaczego wczesniej napisalam, ze jedzenie i picie mozna bylo "kupic", w cudzyslowiu. Tak bowiem napisano na formie, ktora trzeba bylo wypelnic w celu wczesniejszego zakupu kuponow. Zakupilam wiec zapas kuponikow, zeby nie biegac w te i we wte. A potem na imprezie Potworki zazyczyly sobie goracej czekolady na rozgrzewke. Idziemy do stanowiska, wyciagam kupony, a panie usmiechaja sie, ze to za darmo. Apple cider? Za darmo. Popcorn? Za darmo. Na calej tej imprezie, jedynym miejscem, w ktorym potrzebowalam zaplacic kuponami, byla przejazdzka wozem z sianem!

Woz odpowiednio udekorowany i oswietlony

Dla odmiany, za "Dom Strachow" urzadzony przez IV klasy, trzeba bylo zaplacic osobno! Dochod z niego przeznaczony byl czysto na ostatnie klasy i dobrze, ze akurat mialam przy sobie troche gotowki, bo wpadlismy na sasiadow, ktorzy tak jak ja, byli na to nieprzygotowani i przyszlo mi zaplacic za czworke dzieciakow. A ostatecznie zostalo mi kilka kuponow zakupionych wczesniej, nie bylo bowiem gdzie ich wykorzystac! I nie chodzi o pieniadze, bo kazdy kosztowal $1 wiec nie majatek, ale o zasade. Mam wrazenie, ze zostalam naciagnieta, bo gdybym wczesniej wiedziala, ze przkaski byly za darmo, kupilabym kupony tylko na przejazdzke wozem i czesc. ;)

Najwazniejsze jednak, ze Potworki dobrze sie bawily, chociaz do auta wrocilismy narzekajac cala trojka, ze nie czujemy palcow u nog, tak bylo zimno! :O Oczywiscie kiedy probowalam zaciagnac nas przed ognisko, dzieciaki natychmiast podnosily krzyk, ze im za goraco i tyle z zagrzania. ;)

Przy okazji widac, ze Nik "wpadl pod kosiarke", czyli tata przejechal mu po glowie maszynka ;)

Balam sie, ze skonczy sie przeziebieniem, ale minal ponad tydzien i jakos (tfu, tfu!!!) sie trzymamy, na szczescie... ;)

Poza tym, pomalu szykujemy sie do sezonu zimowego. Bi doczekala sie nowych butow narciarskich, bowiem stare juz w zeszlym roku byly "na styk" i nie wiem czy jej narzekania na bol nog nie byly efektem przyciasnego obuwia, choc ona zapewniala, ze przyciasne nie bylo...

Podobno wygodne... Okaze sie po pierwszych kilku godzinach na stoku... :D

Nowych butow doczekal sie rowniez M. Pozazdroscil mi zeszlorocznego zakupu i mojego nim zachwytu. ;) Poczatkowo siegnal po te sama marke, okazuje sie jednak, ze dla niego moje buty sa za "gietkie". Ja kupilam typowe dla delikatnej jazdy bez szalenstw, on potrzebuje sztywne buciory dla profesjonalistow pokonujacych czarne szlaki. ;)
Jestesmy wiec obkupieni. Bi dostala tez nowe narty, bo w starych wiazania nie miescily wiekszych butow (i szczerze obawiam sie, ze skonczy sie panika, bo wiadomo, ze im dluzsze deski, tym trudniej nimi manewrowac...), a oba Potworki dostaly kijki, bo w zeszlym roku ciagle pozyczaly nasze, zeby sie podciagnac, czy przesunac w kolejce do wyciagu. ;)

I tu czas zakonczyc, bo zrobil sie wtorek wieczor! ;)

Happy Turkey Day!!! :)



piątek, 15 listopada 2019

Porazki kulinarne i zycie towarzyskie

Kurz po urodzinach opadl... Ciagle nie moge sie przyzwyczaic, ze jestem teraz "ryczaca 40stka". Kiedys juz pisalam, ze dla mnie moi rodzice zatrzymali sie na 45 latach, wiec nagle mam byc niemal ich rowiesniczka?! ;)
Jesli o rodzicach mowa, to nie moge uwierzyc, ze kiedy oni mieli 40 lat, ja konczylam 18. Miec czterdziestke i pelnoletnie dziecko... Niesamowite... Nie wyobrazam sobie teraz dyskutowac z nastolatka wyzsza ode mnie, ktora wedle wszelkich kruczkow jest w dodatku dorosla i ma te same prawa co ja. :O Zreszta, moja mlodsza siostra miala wowczas lat 12 i takiej wielkiej panny tez nie wyobrazam sobie miec. :D

Poza tym urodziny jak urodziny. Nie dosc, ze same w sobie przygnebiajace, to...
Moj maz zapomnial... :( Bylo mi bardzo przykro, bo nie dosc, ze urodziny, to jeszcze takie wazne, przelomowe... Zaparlam sie ze mu nie przypomne i zastanawialam sie kiedy samemu mu cos "kliknie". Kliknelo nastepnego ranka. M. nie ma zupelnie pamieci do dat i rocznic i okazalo sie, ze liczyl na to, ze Facebook mu przypomni. :O Tymczasem w ten dzien akurat na niego nie zajrzal, dopiero kolejnego dnia. ;) Przepraszal oczywiscie zarliwie i kiedy wrocilam z pracy, wreczyli mi z Potworkami kwiatka i wlasnorecznie wypisana kartke, ale niesmak pozostal. Minal tydzien, a mi nadal jest przykro... Nie mowiac juz o tym, ze kwiatek przekwitnie i (znajac mnie) padnie, mimo ze doniczkowy), a ja chcialabym cos bardziej "pamiatkowego". Na 40 urodziny M. zamowilam mu obraz powiekszony ze zdjecia z Potworkami, ze specjalna dedykacja. Musze chyba sama sobie zamowic cos podobnego, bo moj malzonek na to nie wpadnie... :/

Wracajac do koncowki jeszcze poprzedniego tygodnia. U nas 1 listopada to dzien jak codzien, ja maszerowalam wiec do pracy, a Potworki do szkoly. Tego dnia mieli tzw. Fancy Friday. Zwykle organizowano go zima, ale z jakiegos powodu w tym roku wypadl duzo wczesniej. Co to wiec takiego? ;) Otoz Fancy Friday to dzien (zawsze piatek, zgodnie z nazwa), kiedy dzieci jedza lunch na stolach przykrytych bialymi obrusami i przystrojonych wazonikami z kwiatkami oraz swieczkami (na baterie). Te, ktore chca, moga sie tez elegancko ubrac. Bi na to oczywiscie jak na lato, a Kokusiowi przygotowalam koszule i muche spodziewajac sie protestu, ale ku mojemu zaskoczeniu ubral je z entuzjazmem i jeszcze wesolo pozowal do zdjecia. ;)

Elegancja Francja ;)

W poprzedni weekend w koncu i my zmienilismy czas, ale musze sie pozalic, ze tym razem doznalam rozczarowania. Zazwyczaj wyczekuje zmiany czasu na zimowy niczym kania dzdzu, marzac o pobudce przy swietle poranka. Kiedy bowiem jest ciemno, wylaczam budzik i mimo najszczerszych checi, podkladajac pod glowe ramiona, albo wrecz podnoszac sie i opierajac lepetyne o zaglowek lozka, czesto-gesto zasypiam... Niestety, w tym roku (chyba naprawde sie starzeje) mimo pobudki ze sloncem swiecacym mi prosto w twarz, dalej chodze jak snieta ryba. ;) A moze to wlasnie o to slonce chodzi? Jestem bowiem calkowicie oslepiona, nie moge otworzyc oczu i wstaje z lozka zaslaniajac sie reka i mruzac patrzalki. ;) Proby przymkniecia zaluzji spelzaja na niczym, moj malzonek bowiem lubi rano (a wstajeo 3:30, czyli dla normalnego czlowieka w srodku nocy) popatrzec sobie przez okno i zawsze, zawsze zpomina tych zaluzji z powrotem przymknac. ;)
Po poludniu oczywiscie wydaje mi sie, ze jest o wiele pozniej niz faktycznie, chodze ziewajaca i zla. Ale kiedy poloze juz Potwory spac i ogarne co musze na dole, zasiadam przed lapkiem i... wraca mi zycie. Tym bardziej, ze teraz taki fajny okres przed nami - Mikolajki, swieta, urodziny Nika. Zaczynam pomalu kompletowac prezenty, zapisywac pomysly na liste i w rezultacie kolejny wieczor koncze o polnocy i rano nie moge sie zwlec z lozka... Ot, zycie "sowy". ;)

Moje urodziny wypadaja jako ostatnie z "trojcy", czyli mnie, M. (ktory swietuje w Halloween) oraz mojego taty (z koncowki pazdziernika). Zawsze w okolicy urodzin mojego malzonka, z racji, ze sa posrodku, staram sie upiec wiec cos tortopodobnego i zaprosic Dziadka na przyjecie naszym malym gronie. Tak zrobilam tez i tym razem. Zaprosilam tate na pierwsza niedziele listopada, a w sobote zabralam sie za ciacho. Tym razem wybralam cos zwane "truskawkowa chmurka", jako ze wydalo mi sie efektowne, ale w miare proste. :D
I proste faktycznie bylo, ale za to dosc czasochlonne. Nie dosc, ze galaretka musiala stezec, to jeszcze cholerna beza piecze sie 1.5 godziny i najlepiej zostawic ja w piekarniku do wystygniecia! :O
Przy okazji musze ponarzekac na autorow przepisow, ktorzy nie dodaja czasem waznych informacji. Ciacho faktycznie robilo wrazenie:

Pycha!

Co z tego, skoro ta biala czesc to byl krem na bazie bitej smietany, ktory przy krojeniu po prostu rozciapywal sie na nozu, talerzu i reszcie ciasta?! Katastrofa!
Lubie piec, ale niestety jestem wlasciwie piekarniczym laikiem, uczacym sie metoda prob i bledow. Jesli w przepisie nie jest zapisana jakas podpowiedz, sama nie wpadne na to, ze cos mi tu nie gra. Moja matka przez cale moje dziecinstwo piekla rzadko i tylko 3 rodzaje ciast: strucle z jablkami, ciasto ze sliwkami i metrowca. Tego ostatniego tlukla na wszystkie swieta oraz uroczystosci rodzinne, do tego stopnia, ze od kiedy "poszlam na swoje", ani razu go jeszcze nie upieklam i na sama mysl zoladek zawija mi sie w petelke. :D Jakis czas temu matka powiedziala mi z ekscytacja w glosie, ze ma przepis na sernik, ktory "zawsze wychodzi". No coz, prychnelam tylko, bo od lat pieke serniki wg. dwoch przepisow i zawsze mi one wychodza... ;)
Ale wracajac do mojej urodzinowej klapy. No, moze nie klapy, bo ciasto smakowalo naprawde oblednie, a ze na talerzu nie wygladalo juz tak elegancko? Coz, jego przeznaczeniem bylo pozarcie, a smakosze nie narzekali na jego walory estetyczne. :D W kazdym razie, krem zrobilam wg. przepisu, ktory mowil wyraznie, zeby ubic smietane i do ubitej dodac mascarpone. I tak zrobilam, spodziewajac sie, ze serek wystarczajaco utwardzi krem. Czesciowo sie to zreszta zgadzalo, ale jednak przy krojeniu sie calkowicie rozplywal. Dopiero pozniej, szukajac zrodla porazki doczytalam, ze ciasto powinno stac przynajmniej 8 godzin w lodowce, czego w przepisie nie bylo, oraz ze wypada do kremu dodac albo zelatyne, albo "smietan-fix" czy jakos tak. Tej informacji w przepisie rowniez brakowalo...
Trudno. Pierwsze sliwki - robaczywki jak to sie mowi. Nastepnym razem bede juz madrzejsza. ;)

Pierwszy tydzien listopada uplynal spokojnie i bardzo "rutynowo", poza wtorkiem, ktory Potworki mialy wolny od szkoly. Dlaczego? A dlatego, ze byly wybory. :/ W niektorych szkolach rozsiadly sie komisje wyborcze, a w innych (zeby chyba przypadkiem komus nie przyszlo do glowy poprowadzic normalnie lekcji) odbyly sie szkolenia nauczycieli. Naprawde, Hameryka powinna wziac przyklad z Polski i zorganizowac wybory w niedziele. Da sie? Da!
Poniewaz jednak tutaj sie nie nie da, zmuszona bylam wziac prace do domu i zajac sie potomstwem. Zeby jednak nie byl to taki nudny, leniwy dzien w pizamach (choc takim tez nikt by raczej nie pogardzil), postanowilam zaprosic do siebie dwie kumpele. Dziewczyny sie chetnie stawily, a z nimi ich dzieciaki, wiec nasza chalupa zostala na dwie godziny doslownie przewrocona do gory nogami. Razem dzieciakow bylo szescioro. W tym czworka w wieku "Potworkowym" (dokladnie, bo Nik byl najmlodszy, a Bi najstarsza, zas miedzy nimi jest, jak wiecie, tylko 1.5 roku), a do tego prawie 4-latka i roczniak. Wariactwo! Mlodziezy wlaczyl sie instynkt stadny, wiec najlepsza zabawa okazalo sie biaganie gora - dol i dzikie wrzaski. M., ktory w miedzyczasie wrocil z pracy, pokrecil sie 15 minut, po czym stwierdzil, ze to nie na jego nerwy i zmyl sie na silownie. :D
Nasze rozmowy byly mocno przerywane klotniami i uspokajaniem rozbrykanej smarkaterii, ale i tak fajnie bylo sobie posiedziec przy kawce i ciescie, ktore okazalo sie moja kolejna piekarnicza porazka w ciagu 4 dni. ;) Zamarzyla mi sie bowiem szarlotka z budyniem. Znalazlam przepis, ktory wydawal sie obiecujacy. Niestety, jak na moj smak, jablek bylo za malo, i zamiast je kroic w kawalki, lepsze bylyby starte. Budyn zas wyszedl za gesty (w przepisie bylo zeby uzyc mniej mleka) i bylo go za duzo. Rezultat smakowal dla mnie jak budyn zapiekany w ciescie. Zdecydowanie do poprawy i dobrze, ze mialam jeszcze reszte tej "truskawkowej chmurki", a jedna z dziewczyn przyniosla serniczek, bo inaczej musialybysmy zadowolic sie do kawy kupnymi kruchymi ciasteczkami. ;)

Tydzien zakonczylismy rowniez towarzysko, bo w sobote w koncu udalo mi sie zmowic z sasiadka na "play date" dzieciakow. Mialam kupe domowej roboty, chalupa wolala o pomste do nieba, wiec poczatkowo mialam tylko odstawic Potworki i potem po nich wrocic, ale sasiadka tak goraco namawiala na kawe, ze zostalam na... dwie godziny! :O Fajnie sie siedzialo, a ze tak umawialysmy sie na te kawe od wakacji (a mamy listopad!), ze i tak nie starczylo nam czasu zeby sie dobrze nagadac. Dzieciaki oczywiscie biegaly po domu jak swirniete, wiec zmeczony po calym tygodniu Nik, na koniec wygladal juz zalosnie jak kupka nieszczescia. ;)

Nawet na usmiech sil nie starczylo ;)

A na koniec dorzucam dwa Kokusiowe teksciory zapamietane z przygotowania do Pasowania na Ucznia w Polskiej Szkole. :)

***

Podczas pasowania, dzieci musialy wyrecytowac wierszyk "Kto ty jestes?". Podczas nauki, M. pyta syna podstepnie:

"A ty to jestes Amerykanin czy Polak?"
Kokus (mysli przez chwile): "Umm... Polak!"
M. (smiejac sie): "Taaak? A gdzie sie urodziles?"
Kokus (znowu mysli, myyysliii): "Polskiej ziemi!"

Niezgodnie z prawda i nie do konca gramatycznie, ale przynajmniej widac (slychac), ze ta znielubiana polska szkola procentuje. ;)

*

W przeddzien pasowania, Kokus dopytuje czy przyjde i zostane na poczestunku. Odpowiadam, ze oczywiscie, ze przeciez nie moglabym przegapic takiej waznej uroczystosci!

Kokus: "Good, you'll sit next to me!" [dobrze, usiadziesz obok mnie]
Ja: "E, mysle, ze bedziesz wolal siasc z kolegami."
Kokus: "No, I want to sit with you! Because mommy is more important than friends!" [Nie, chce usiasc z toba! Bo mama jest wazniejsza niz koledzy!]

No i jak go tu nie kochac!
Ciekawe czy za kolejne 7 lat bedzie uwazal tak samo? ;) Wtedy wazniejsi moga juz byc kumple, albo (o zgrozo!) jakas dziwczyna! :O

***

I na tym czas zakonczyc, bo tego, calkiem krotkiego przeciez, posta i tak pisalam po trochu 4 dni. ;)

czwartek, 7 listopada 2019

Troche codziennosci i okragle urodziny

Znow troche sie podzialo i znow czasu jest malo na pisanie, komentowanie i odpisywanie. Za chwile w pracy powinno zwolnic, wiec niby go przybedzie... Z drugiej jednak strony, nawet jesli jest malo pracy, to biedny pracownik nadal musi przed szefem sprawiac wrazenie "zajetego", zeby temu ostatniemu przypadkiem nie przyszlo do glowy, ze ktos niepotrzebnie zajmuje etat... Takze, mniej pracy nie zawsze jest wprost proporcjonalne do ilosci czasu na obijanie sie. ;)

Co wiec ciekawego robily Potworki, a z nimi i ja, ostatnimi czasy?

Po pierwsze, w ogrodzie trzeba bylo ruszyc z porzadkami przed-zimowymi. Ociagalam sie z tym i ociagalam, bo poczatek jesieni byl zmienny i temperatury co i rusz skakaly w gore. To z kolei sprawialo, ze ogrodowa i doniczkowa roslinnosc wcale nie miala zamiaru "padac". Petunie w wiszacej doniczce przy frontowych drzwiach oraz te w doniczkach na tarasie, nadal kwitna w najlepsze. W zeszly weekend jednak w koncu przyszly nocne przymrozki, wiec duzo dluzszego zycia im nie wroze. ;) W warzywniku rosnie sobie nadal marchewka, szczypior (ten lada dzien tez powinien uschnac) oraz pietruszka. Tydzien temu nawet baklazany rosly jeszcze zielone i kwitnace, ale ze nie mialy szans wydac owocow, a wszystko inne padlo, M. po prostu scial je do ziemi... Skosil rowniez moje kosmosy, ktore nadal pieknie kwitly. Niestety, M. nie podziela mojej do nich milosci, bo rozrosly sie niesamowicie i wyzsze byly o ponad glowe ode mnie. I pomyslec, ze to te same kwiaty, o ktore martwilam sie, ze nie zakwitna! :O
Zanim warzywnik zostal zrownany z ziemia, zerwalam garsc pomidorow, ktore jeszcze zdazyly wyrosnac:

Jakies pomysly na zielone pomidory? ;)

Niestety, zdjecie jest z 26 pazdziernika, a pomidory nadal wygladaja tak samo. M. przewiduje, ze juz nie dojrzeja, ale poki nie gnija, trzymam je na poludniowym oknie, z nadzieja, ze jednak cos z nich bedzie. ;)

W tym tygodniu pracownicy z miasta maja tez przejechac i zebrac liscie, wiec tydzien temu cale sasiedztwo rozbrzmiewalo odglosem dmuchaw. U nas rowniez M. spedzil cale sobotnie popoludnie (nie przesadzam - od 11:30 kiedy wrocil z pracy, do 18:30, kiedy zrobilo sie ciemno) dmuchajac cale to "dobro" zrzucone przez drzewa. Potworki chetnie pomagaly grabiami:

Calkiem niezle im szlo :)

Podejrzewam, ze lubia to robic teraz, kiedy zupelnie nie musza. Za 4-5 lat zazadaja zaplaty. ;)

W ostatni weekend pazdziernika, wyjatkowo wczesnie w tym roku, nasi hinduscy sasiedzi zaprosili nas na obchody swieta Diwali. Piszac "nas" mam na mysli cala nasza rodzinke, ale M. oczywiscie nie poszedl. :/ Juz sama nie wiem, co mam z tym moim chlopem robic... Rok temu mial wymowke, bo urobiony byl po lokcie przy remoncie lazienki. W tym roku wymowki brak, wiec powiedzial (przynajmniej szczerze), ze mu sie nie chce, ze jest zmeczony bo wstal o 4 nad ranem i nie lubi hinduskiego zarcia. Wszystko zrozumiale, ale ja potem swiece za niego oczami, przepraszajac i tlumaczac (czyt. wymyslajac) dlaczego nie przyszedl. :/
W kazdym razie, nawet bez M., spotkanie bylo bardzo przyjemne. Poza mna i jeszcze jeszcze jedna Amerykanska para, byli sami Hindusi. :) A, w sumie nie, bo jedno malzenstwo bylo ze Sri Lanki, ale "wygladem" zupelnie nie odbiegali od reszty. ;)
Moja sasiadka probowala mnie oraz druga Amerykanke troche "dopasowac", wiec obie otrzymalysmy kropki na czola oraz szarfy. ;)

Ja to oczywiscie jedyna blondynka na zdjeciu ;)

Dzieciaki ganialy po calym, wielkim domu jak szalency, jedzac tylko suchy, bialy ryz. Ze Potworki wzgardzily czymkolwiek innym, to sie nie dziwie, ale ze te wszystkie male Hindusy? ;) Najwyrazniej tak samo, jak moje dzieci nie znosza polskiego zarcia (poza schabowymi ;P), tak i ich dzieciarnia musi dorosnac do smaku curry. :D
Ja za to obzarlam sie jak swinka i przyplacilam impreze niestrawnoscia. Ale warto bylo. :)
Pod koniec przyjecia, tak jak rok temu, gospodarze puscili dla dzieciakow fajerwerki oraz zapalili zimne ognie.

Huk, dym i iskry. Niektore, mlodsze dzieci, schowaly sie w garazu :D

Osobiscie bawilam sie wiec przednio, Potwory wyszalaly sie za wszystkie czasy, a kiedy wrocilismy o 21:30 do domu, okazalo sie, ze tata... spi na kanapie w salonie. :D


Od kilku tygodni "urabialismy" tez Kokusia, zeby dolaczyl do druzyny plywackiej, poki jeszcze Bi jest na poziomie podstawowym. W planach jest bowiem powolne namawianie jej, zeby przeszla moze jednak na wyzszy poziom. Jesli nie teraz, to moze od kolejnego "sezonu", ktory zaczyna sie w polowie lutego. ;)
Wracajac jednak do Nika. Mialam zawiesic jego zajecia na basenie az do wiosny, zeby uniknac zapalen ucha i straconych lekcji. Lekcje plywania odbywaja sie bowiem na zasadzie 6-tygodniowych sesji. Z ostatniej, przez kemping i choroby, Nik byl na... 3 zajeciach! :/ Wkurzylam sie wiec i uznalam, ze nie ma co go dalej zapisywac, az minie sezon chorobowy. ;)
Jak to jednak zwykle bywa, plany planami, a zycie zyciem. Oboje z M. poczynilismy obserwacje, ze Mlodszy niesamowicie rozwinal sie plywacko. Pisalam juz kiedys, ze nad stylem musi jeszcze popracowac, ale podczas lekcji przescigal wszystkie dzieciaki. Szkoda by bylo zeby przez zime wyszedl z wprawy, a tak niechybnie by sie stalo. Dodatkowo, martwie sie postura Kokusia. Wiele razy pisalam, ze dla mnie on sie wyraznie garbi, mimo, ze tutejsi pediatrzy zupelnie nie zwracaja na to uwagi. A jaki jest najlepszy sport dla miesni plecow? Plywanie oczywiscie! Postanowilam porozmawiac wiec z trenerami Bi, czy by Mlodszego nie wcisnac do poczatkujacej grupy druzyny. Maja oni tam kilkoro dzieci 6-, a nawet i jedno 5-letnie, pracuja wiec z nimi troche osobno, cwiczac style. Nik zupelnie od nich nie odstaje, a wrecz przeciwnie, radzi sobie lepiej niz niektorzy. Dodatkowo, duzyna plywacka dziala calorocznie i placi sie za nia stala sume niewiele wieksza niz lekcje, wiec nawet jesli przydarzy sie choroba, jest to bardziej oplacalne niz strata polowy sesji...
Oczywiscie nasze rozumowanie to jedno, a checi (lub ich brak) Kokusia to drugie. ;) Mlodszy zaparl sie, ze on nie chce i koniec. Na pytania dlaczego nie chce, dukal swoja zwykla wymowke: on sie boi. Tym razem chociaz jednak tlumaczyl jasno, ze boi sie bo w grupie jest duzo dzieci, a on bedzie nowy i beda dla niego wredni. Przekonywalismy, ze nikt nie bedzie mial nawet czasu byc niemily, bo treningi to ma byc plywanie, a nie zabawa i ze tam jest kupa takich malych dzieciakow jak on. Probowalam wlaczyc Starsza w zachete, pytajac: "Bi, w druzynie sa same fajne chlopaki, nie?", na co moja "niezawodna" corka odpowiedziala, ze ona w sumie nie wie, bo trzyma sie tylko z dziewczynami. :D
Dzieki, dziecko, wielkie dzieki za pomoc... ;)
W koncu jednak prosba i grozba, udalo sie przekonac Nika, zeby chociaz sprobowal. Pojechal ze mna na trening Bi i... 40 minut krecil sie wokol nie mogac przemoc sie, zeby wejsc do wody, poplakujac cichutko w rekaw (az zal mi biedaka bylo...) i marudzac, ze on chce, ale sie boi, ale jak nie sprobuje, to tata bedzie na niego zly... ;)
W koncu wszedl na ostatnie 5 minut! :O Cos tam poplywal, obiecal trenerowi, ze przyjedzie na nastepne zajecia, podobnie oznajmil z duma tacie kiedy wrocil do domu, ale kilka dni pozniej oswiadczyl, ze nie, jednak nie chce. Po prostu wziac i udusic dziada! ;) Na kolejne zajecia namowilam wiec M., zeby jechal z nami, bo moze jego Nik poslucha i wejdzie do wody na dluzej niz 5 minut. Tata niechetnie, ale jednak pojechal, po czym okazalo sie, ze zupelnie nie byl potrzebny... Nik bez problemu wskoczyl do wody i trenowal z dzieciakami cale 45 minut.
Obecnie przestal protestowac i wydaje sie, ze druzyna plywacka sprawia mu przyjemnosc... Od czasu do czasu ma lekki kryzys. Tak jak przed ostatnim treningiem, kiedy nagle rozryczal sie, ze "sa jakies nowe dzieci!". A te "nowe dzieci" to byla jedna dziewczynka! Ktora zreszta w druzynie jest od poczatku roku szkolnego, tylko miala najwyrazniej przerwe. Dziewcze jest co prawda sporo starsze, ale jest dosc pulchne i plywa slabiutko. Styl ma kiepski, ale tez nie wykazuje ani entuzjazmu, ani kondycji, bo co chwila staje, poprawia gogle, trzyma sie tez na uboczu w stosunku do innych dzieci...
Nik z kolei, podobnie jak siostra, lubi wode i moim skromnym zdaniem, ma naturalny dryg do plywania. Rozmawialam z jednym z trenerow i nawet go chwalil. Co prawda style ma nadal dosc "niedbale", ale za to ma "power'a". Niektore dzieciaki sa dobre technicznie, ale ledwie miela wode ramionami i nogami. Nik za to idzie jak burza. :D Te dziewczynke, ktorej sie tak "wystraszyl", wyprzedzil zaraz na pierwszej dlugosci basenu. Kiedy cwiczyli kraul, zostawil w tyle kolejne trzy dzieciaki. :)

Aha! Skoro juz o Kokusiu pisze, to dzien przed Halloween stracil kolejnego zeba! Nie wiem tylko dlaczego, zamiast pozbywac sie gornych jedynek, Nik pozbyl sie kolejnej dolnej dwojki... ;) W kazdym razie, z tym zebem wynikla smieszna sytuacja. Juz od kilku dni zab trzymal sie doslownie na ostatnim wlosku. Mlody ciagle jeczal, ze go boli, ze nie moze gryzc, ze to, ze siamto... Proponowalam mu, ze przywiaze zab do klamki i zamkne drzwi, ale nie wiedziec czemu, nie za bardzo mu sie ten pomysl spodobal. ;P W koncu M. mial juz dosc jego marudzenia. Poprosil syna, zeby pokazal palcem jak mu sie ten zab kiwa, po czym: PAC! Popchnal lekko raczke Kokusia i zab wylecial! :D Nik sie najpierw poplakal (bo "boli i krew mu leci"), zeby po kilku minutach smiac sie z ulgi takim histerycznym, lekko nawiedzonym smiechem. ;) A potem oczywiscie byla wielka radosc z kasy of Wrozki Zebuszki.

Kolejna szczerba do kolekcji :)

Pozniej przyszlo Halloween... Pogoda tego dnia byla rozhisteryzowana zupelnie jak Kokus poprzedniego wieczora. :) Zrobilo sie 20 stopni, ale za to pizdzilo jak w Kieleckim i co chwila padal przelotny deszcz. Pomimo ciepla, pogoda kompletnie nie zachecala do wyjscia, ale wiadomo, ze Potworki nie odpuscily.

Przynajmniej nie musieli zakladac kurtek na kostiumy ;)

Gdyby do wiatru oraz deszczu, bylo jeszcze zimno, moze poszlibysmy tylko do paru domow na krzyz i wrocili do domu. Ale, ze bylo cieplo, Potworki uzbrojone w parasole i plaszcze przeciwdeszczowe, ruszyly na lowy w asyscie kolezanek. Myslelismy z rodzicami owych dziewczynek, ze dla nas bedzie to relaksujacy, choc mokry spacerek. Taaa... Bi wraz ze starsza sasiadka, pedzily od domu do domu, zupelnie nie zwazajac, ze nawierzchnia jest pokryta mokrymi, sliskimi liscmi. Mlodsza sasiadka (lat prawie 6) ciagle plakala bo zostawala w tyle, wiec jedno z jej rodzicow musialo z nia podchodzic do drzwi, a Nik uparcie odlaczal sie od naszej grupki i szedl za jakimis, znanymi ze szkoly chlopcami. :O W rezultacie, moja "konwersacja" ograniczala sie do: "Zwolnij!", "Uwazaj, jest slisko!", "Gdzie jest Nik?!", "Nie biegaj!", "A gdzie Nik?!", "Spokojnie, bo sie poslizgniesz!", "Nik, ile razy mam powtarzac, ze masz isc z nami!!!".

Tak lecieli, ze wszystkie foty wyszly zamazane ;)

I tak w kolko... Zanim oskarzycie mnie o nadopiekunczosc przypomne, ze bylo ciemno, nasze osiedle jest na gorce, wiec podjazdy tez sa pod dosc stromym katem, bylo slisko i padal deszcz. ;) Wyszlismy z domu o 18, wrocilismy o 19:20, przeszlismy pol sasiedztwa i choc bylam mniej zmeczona niz rok temu, to za to bylam mokra i z ulga schronilam sie w suchutkiej chalupie. Dziaciakow lazilo duzo mniej, bo minelismy tylko kilka mniejszych grupek i po powrocie do domu nikt juz do naszych drzwi nie zastukal (a mi zostaly 3 wielkie torby slodyczy!)... Zreszta, wtedy juz wiatr zerwal sie naprawde mocny, pogoda zrobila sie burzowa i nie dziwota.

Nasza mala grupka. Po minie i wlosach Bi mozna zobaczyc, ze porzadnie wialo

Potworki uzbieraly polowe sporych toreb z cukierkami i nie mozna ich teraz od nich oderwac. A ja co wieczor podbieram im po kilka z zapasow, zeby je szybciej uszczuplic i zanosze do pracy. ;)

Mialabym jeszcze kilka watkow do opisania z zeszlego tygodnia, ale zakoncze aktualnym (choc troche powiazany jest z zeszlym tygodniem, ale o tym za momencik).

Dzis skonczylam oficjalnie 40 lat.

Juz. Kolejna dekada zycia przeszla. Najbardziej chyba przerazajace jest to, ze byla to najszybsza z tych 4 przezytych. Dopiero co konczylam lat 30 i czulam sie taaaka stara, a teraz juz cztery dychy za mna... ;) Czy kolejna tez tak przeleci? Mam nadzieje, ze nie...
Jak sie czuje jako czterdziestolatka? Coz... marnie. Pomijam to, ze gardlo i glowa mnie boli i chyba lapie jakies swinstwo, ale czuje sie tez zle psychicznie. Wracaja te same demony, ktore dreczyly mnie rowne 10 lat temu, a myslalam, ze na dobre sie od nich uwolnilam... Konczac 30 lat, mialam meza, mielismy domek i brakowalo nam tylko dziecka. Juz ponad 2 lata sie staralismy i nic. Plakalam, bo czulam sie stara, mialam wrazenie, ze czas ucieka, a tego najwazniejszego ciagle nie mialam. W dodatku, moja mlodsza o 6 lat siostra, wlasnie urodzila corke. Potem jednak urodzily sie Potworki, zycie nabralo rumiencow (z wysilku i tempa ;P) i przez pare lat czulam sie tak po prostu spelniona i szczesliwa. Myslalam, ze konczac lat 40, bede wzruszac ramionami, ze co z tego? Czterdziesci to nadal nie tak duzo. Nadal ma sie sily i energie zeby cieszyc sie zyciem. Cialo nadal jest w miare szczuple, sprawne, zmarszczek ciagle malo, siwych wlosow praktycznie zero (bycie blondynka pomaga)... Na co tu narzekac?
Niestety, 40 lat to jest bardzo duzo, kiedy pragnie sie zostac jeszcze raz matka.
Zycie zatoczylo dla mnie kolo i tak jak konczac lat 30, rozpaczalam, ze nie moge zajsc w ciaze, tak konczac 40 rozpaczam, bo zadna z ostatnich moich ciaz, nie zostala ze mna. Los najwyrazniej jeszcze chce mi sie zasmiac w nos, bo termin ostatniej ciazy, tej straconej wiosna tego roku, przypadalby rowniutko na 1 listopada! Co za ironia! I co za beznadzieja, bo moglabym sie wlasnie, na czterdzieste urodziny, wybierac na porodowke! To bylby jeden z najlepszych prezentow w zyciu! Ale nie... Zostal tylko gorzki posmak...
Zeby jeszcze mi psychicznie dokopac, okres pod koniec wrzesnia spoznil mi sie prawie 2 tygodnie. Zrobilam oczywiscie test, ktory byl rzecz jasna pozytywny. Kreska bladziutka, ledwie widoczna, ale byla. Byla, ale sie zmyla, chcialo by sie rzec, bo 4 dni po tescie dostalam okres. Bardzo dlugi (prawie 10 dni) i obfity, wiec wiem na pewno, ze "cos" sie zdarzylo. Biochemiczna.
Bilans ostatnich 4 lat wynosi wiec dwie ciaze biochemiczne i dwie obumarle... Z takim rachunkiem wkraczam w kolejna dekade zycia. Oczywiscie teraz jest sporo latwiej, bo sa Potworki, ktore rozswietlaja kazdy dzien i dzieki ktorym malo mam czasu na rozmyslania, ale gdzies tam, w glebi, pozostalo rozczarowanie i poczucie niesprawiedliwosci...


No to tak:

Happy (?) Birthday to ME...

sobota, 2 listopada 2019

Osiem i pol

I juz. Kolejne polrocze przelecialo i oto Bi znow postarzala sie o 6 miesiecy. Oczywiscie ona sama jest tym zachwycona, bo od kilku tygodni dopytywala kiedy bedzie miala lat osiem i POL. To przeciez taaaka roznica... Osiem i pol to juz prawie dziewiec, nie? ;)


Coz moge napisac o mojej Malej Damie... Duzo sie od maja w sumie nie zmienilo.

Ostatnio (na urodziny Bi) pisalam, ze znow zaczela bawic sie Barbie. Potem na jakis czas poszly w odstawke i corka oznajmila mi ktoregos dnia, ze chce kamper oraz wszystkie lalki Barbie oddac kolezance. Bo jej sie znudzily i ona na pewno nie bedzie sie juz nimi bawic. Strasznie mnie tym zaskoczyla, bo przeciez dopiero co bawila sie nimi non stop, a na urodziny zazyczyla sobie kolejna lalke oraz Kena. Zaproponowalam wiec, ze mozemy lalki oraz kamper na jakis czas zniesc do bawialni w piwnicy? Ktora powinna zreszta zmienic nazwe, bo Potwory wcale sie tam nie bawia! ;) Potem, jesli przez kilka miesiecy faktycznie nie bedzie sie Barbie bawic, pomyslimy o oddaniu. Bi ze swoim ciezkim charakterkiem, urzadzila rzecz jasna awanture, ze jej nie slucham! Ze jak ona mowi, ze nie bedzie sie juz nimi bawic, to znaczy ze nie bedzie, a ja jej nie wierze! ;) Strasznie oburzona byla i skonczylo sie na ryku oraz tupaniu nogami... Tutaj bylam jednak nieugieta. Absolutnie nie zgodzilam sie na oddanie zabawek. Znioslam caly ten burdelik na dol, a Bi patrzyla spode lba i wyla, jakby ja ktos krzywdzil. A chodzilo tylko o to, ze uslyszala "nie" co do swojego pomyslu... Mowie Wam, nie wiem jak damy sobie z M. rade kiedy ta panna osiagnie wiek nastoletni. ;)
W kazdym razie mialam racje (no przeciez! :D). Nie minely dwa tygodnie, a Bi przytaszczyla kamper oraz wszystkie lalki Barbie oraz ich corki i krewniaczki z powrotem na gore. I znow bawi sie nimi praktycznie codziennie... ;)

Kiedy nie bawi sie Barbie, ostatnio plecie bransoletki z gumek. To jakis szal wsrod dzieciakow. Nie tylko dziewczynek, bo i Nik przyniosl kilka ze szkoly. Niektore sa plecione bardzo prosto, inne to naprawde skomplikowane twory. Bi tak dlugo wiercila mi dziure w brzuchu, az kupilam jej maly zestawik do zaplatania. Oczywiscie musialam kupic drugi zestaw dla Kokusia, wiec teraz razem siedza przy miniaturowych "krosnach" i zaplataja bizuterie dla siebie i kolegow. ;)

W maju napisalam tez, ze Bi nie chce grac na skrzypcach i chyba obie odpuszcze. Poki co jednak, skrzypce zostaja. Rozmawialam bowiem z sasiadka, ktora ma nieco starsza corke i okazuje sie, ze szkola, do ktorej Bi pojdzie w V klasie, wymaga, zeby dziecko uczylo sie muzyki. Obowiazkowo uczniowie musza sie zapisac albo do choru, albo orkiestry albo zespolu muzycznego (na czym ten ostatni polega, to nie wiem). Kazda znajomosc nut i muzyki sie wiec przydaje. Dlatego oznajmilam Bi, ze skoro juz chwycila troche znajomosci skrzypiec, to rozsadnie bedzie to kontynuuowac. Na poczatku starsza sie awanturowala, jesli pamietacie zazadala zmiany instrumentu na wiolonczele, itd. Okazuje sie jednak, ze wszystkie te fochy i awantury, Bi nakreca ze swoja przyjaciolka. Co ktoras wpadnie na jakis pomysl, to druga zaraz podchwytuje, a potem my - matki rozmawiamy ze soba i wychodzi szydlo z worka. :) To kolezanka Bi chciala zmienic instrument, wiec Bi oczywiscie tez. Mama kolezanki zdolala ja przekonac zeby zostala przy skrzypcach, to i Bi urzadzila placz, ze jednak wiolonczeli nie chce. ;) Oszalec mozna!

Wyraz skupienia :D

Zaliczyla krotki kryzys na poczatku riku, bo okazalo sie, ze przez wakacje zapomniala praktycznie wszystko, czego sie nauczyla. Pomalu jednak, posilkujac sie filmikami z YouTube oraz instrukcja z ksiazek, przypomnialysmy sobie gre i teraz widze, ze zaczyna jej to sprawiac przyjemnosc. Patrze na nieudolne proby Kokusia, porownuje i naprawde jeden rok to przepasc! Bi gra duzo czysciej, rzadziej najezdza na dwie struny na raz i bez problemu mozna wysluchac melodie. Oczywiscie, jak to Bi, kiedy sie pomyli, strasznie sie wscieka. Na szczescie ambitny z niej egzemplarz i probuje nieraz kilka razy, nawet kiedy mowie jej, ze jedna pomylka jest ok i moze juz skonczyc. Nie, cwiczy az do skutku. Czasem zazdroszcze jej uporu. ;)

Jak pisalam juz nie raz, Bi to mala "sroczka". Wszelka bizuteria, czy to prawdziwa, czy plastikowa, jest na czasie. Chyba tez dlatego tak sobie upodobala te gumkowe bransoletki. Wreszcie nie musi sie ograniczac, tylko plecie jedna za druga i nosi wszystkie na raz! ;)
Juz kilka razy pytala czy moze przekluc uszy. Tutaj jednak jestem ostrozna. Bi jest zdecydowanie wystarczajaco duza na kolczyki, co do tego nie mam watpliwosci. Zniecheca mnie tylko histeryczne usposobienie Starszej. Ja przeklulam uszy juz bedac na studiach i pamietam, ze choc samo przeklucie to byla sekunda, potem jednak malzowiny byly gorace, tkliwe i lekko spuchniete, a dziurki bolaly przez wiele dni. Otwarcie opowiedzialam o tym Bi, ktora wybuchla placzem i oskarzyla mnie, ze specjalnie ja strasze. ;) Nie strasze, chce tylko zeby byla przygotowana, bo nie mam ochoty wysluchiwac histerii, ze uszy ja bola, po fakcie, kiedy jedynym co mozna zrobic, to zacisnac zeby i przetrzymac. ;)

Aktualna wielka miloscia sa (nadal) jednorozce. Bi przyjmie absolutnie wszystko: ciuchy, akcesoria, przybory szkolne, zabawki, byle mialo wizerunek ulubionego zwierza. Zreszta Starsza ogolnie lubi zwierzaki. Namietnie oglada filmy przyrodnicze i wszystkie wypozyczane przez nia z biblioteki ksiazki sa rowniez o zwierzetach, czy to edukacyjne pozycje, czy czysta fikcja. Poza jednorozcami, jej ulubionymi zwierzakami sa konie (czemu nie jestem zaskoczona... ;P) oraz wielkie koty, szczegolnie tygrysy.
Skoro juz o zwierzetach mowa, to Bi uwielbia Maye! Z wzajemnoscia zreszta. Wstaje rano ja, pies nawet oka nie otworzy. Wstaje Nik, Maya dalej spi w najlepsze. Wstanie Bi, a siesciuch natychmiast sie zrywa i biegnie witac! :O Niewdzieczna zaraza! W koncu to ja karmie te cholere! ;) No tak, ja karmie, ale Bi ogolnie poswieca Mai najwiecej czasu z calej rodziny. Ciagle przy psie siedzi, glaszcze, przytula, powtarza, ze Maya to najlepszy pies pod sloncem, to i pies odwdziecza sie miloscia. :) Dla kontrastu, w codziennym zabieganiu, osobiscie przypominam sobie zeby poglaskac psa srednio raz na dwa dni. Wstyd! ;)

Nadal jest w druzynie plywackiej, choc po wakacyjnej labie nie miala zbytniej ochoty wracac. Na zajeciach tydzien temu trener podszedl zeby porozmawiac i powiedziec, ze Bi powinna przejsc juz do grupy srednio-zaawansowanej. W poczatkujacej wyprzedza wiekszosc dzieciakow. Niestety, Bi sie opiera. Na wyzszym poziomie jest sporo wiekszych dzieci (11-12 letnich, a nawet starszych) i podobno sie boi (nie wiem czego, bo nikt tam nikomu nie dokucza, zreszta jak cos, to rodzice siedza zaraz obok). W dodatku, na cala grupe przypadaja zaledwie 4 dziewczynki, co dla Bi jest dodatkowa tragedia. ;) Wiem, ze trener chce na wyzszy poziom wyslac jeszcze 2 lub 3 dziewoje z obecnej grupy Bi, wiec moze to pomoze to ja przekonac. Poki co zaparla sie i nie chce, a ja zastanawiam sie czy jest sens ja przenosic, skoro tu czuje sie dobrze. Za rok - dwa, sama pewnie bedzie chciala opuscic grupe, w ktorej jest wiekszosc maluchow. Zreszta, wydaje mi sie, ze nie ma wielkiej roznicy. I tu na treningach plywaja w te i we wte i tu. A na zawodach i tak dzieciaki sa rozdzielane pod wzgledem wieku, a nie poziomu. Jedyna roznica jest to, ze grupa srednio zaawansowana ma dodatkowy trening w tygodniu. Planuje pogadac jeszcze z trenerami czy jest jakas zaleta w przeniesieniu jej, o ktorej nie pomyslalam. Jesli nie, to raczej zostawie ja do nastepnego roku.

Zupelnie nagle, w drugim polroczu II klasy, niesamowicie poprawilo sie czytanie Bi i tak juz zostalo. Nie ma juz zadnego problemu z przeczytaniem zadania, ksiazki, czy napisu mijanego po drodze. Oczywiscie samo czytanie to jedno, ale zrozumienie tego, co sie czyta, to juz inna para kaloszy. ;) I tak jak z rozwiazywaniem zadan z matematyki Bi nie ma problemu, tak zadania z trescia czasem ja przerastaja. Niestety, zadania robia sie coraz bardziej skomplikowane. Ostatnio sa one kilkustopniowe, gdzie do jednego tekstu jest kilka osobnych pytan i czasem zamiast automatycznego liczenia, trzeba uzyc zdrowego rozsadku. Wlasnie w poniedzialek tlumaczylam Bi kilka razy, ze skoro ma policzyc ile RAZEM kosztuje drukarka i komputer, to musi dodac ich ceny (ktore miala juz podane w zadaniu!). A ona uparcie dodawala do ceny drukarki, roznice pomiedzy cena komputera i drukarki (ktora policzyla przed chwila). A to dlatego, ze we wczesniejszych zadaniach musiala wlasnie uzyc cyfry policzonej w pierwszej czesci, do rozwiazania czesci drugiej. I Bi szla slepo tym tropem, zamiast pomyslec. Oczywiscie kiedy zwrocilam jej uwage, ze zrobila blad, wybuchla placzem, ze ona wie, ze rozwiazala dobrze, bo to ona chodzi do szkoly i wie jak robia to na lekcjach i ze nie obchodzi jej jesli zle zrobi to na tescie, bo i tak zawsze ma przynajmniej jedno zadanie zle. Im bardziej usilowalam tlumaczyc dlaczego rozwiazala zadanie zle, tym bardziej sie zacinala. W koncu odpuscilam. Moze jak nauczycielka zwroci jej uwage, to uwierzy. Taki to charakterek. ;)

Jestem tez zachwycona tym, jak Bi pisze. Nie mowia tu oczywiscie o angielskim "spelling", bo to... hmmm, lezy i kwiczy. Nie wiem tez jak bedzie w przyszlosci, kiedy przyjdzie jej pisac referaty na zadany temat. Poki co cwicza pisanie opowiadan z odpowiednim wstepem, rozwinieciem oraz zakonczeniem, na podstawie wymyslonych historyjek. I tu musze Starsza pochwalic za niesamowita wyobraznie, ladunek emocjonalny w opowiadaniu (co dodaje mu energii i ekscytacji) oraz porzadek w hierarchii wydarzen. Nie ma tu pisania bez ladu i skladu, powtarzania kilka razy tego samego i niedokonczonych watkow. Jest za to ciekawa historia, ktorej nawet M. wysluchuje z zainteresowaniem. A musicie wiedziec, ze M. nie lubi czytac, wiec sluchania wypocin Potworkow tez zazwyczaj nie trawi. ;)

Na koniec, to juz wiecie z poprzednich postow, ale dopisze zeby miec w konkretnym miejscu, Bi ma strasznie slabe zeby. Psuja sie jeden za drugim. Co gorsza, wiekszosc ubytkow ma miedzy zebami, co wychodzi albo kiedy dziura jest juz pokazna, albo na zdjeciu rentgenowskim. Obecnie stosujemy juz nici dentystyczne, plyn do plukania, a nowa dentystka przepisala dodatkowo paste na recepte, z wieksza zawartoscia fluoru. I juz sami nie wiemy co jeszcze mozemy zrobic... Dodatkowo zalamaly nas zeby psujace sie pod plombami. Dwa juz nowa dentystka poprawila. Dwa nastepne zrobi w styczniu, bowiem w tym roku ubezpieczenie nie pokryje juz kolejnych napraw. :/

I tak wyglada codziennosc z ta mala "cholera". ;)

Niesamowite jak jedno zdjecie potrafi oddac osobowosc :)

Bi jest naprawde fantastyczna dziewczynka, jest bardzo uczuciowa, chetnie sie przytula, daje buziaki i widac, ze tego potrzebuje. Chce byc kochana i akceptowana. Wiele z cech, ktore doprowadzaja mnie czasem do apopleksji, kiedys wyjdzie jej na dobre. Ten jej upor, niezlomnosc, przekonanie o swojej racji - trudne sa to cechy, ale zdecydowanie przydaja sie w zyciu. A, ze Bi jest przy tym bardzo emocjonalna osoba i czy cieszy sie, zlosci, czy smuci, robi to doslownie cala soba, to bywa niestety glosna i wkurzajaca dla otoczenia. Licze, ze z czasem nauczy sie troche panowac nad soba... :D

sobota, 26 października 2019

A czas sobie plynal i nadal plynie...

Pomiedzy naszym ostatnim kempingiem, dentystycznymi przygodami oraz minionym tygodniem, zycie plynelo sobie normalnym torem, choc jakos tak poza mna. Dopiero kiedy zab Bi zostal wyrwany i emocje opadly, nagle okazalo sie, ze mam mnostwo niepozalatwianych spraw. Niestety, kiedy cos mnie martwi, wszystko inne spada na boczny tor, no chyba, ze wrecz "krzyczy" o uwage.
Jesli chodzi o dokumenty, skladki oraz upowaznienia szkolne, zawsze mam wszystko dopiete na czas i na ostatni guzik. Nie w tym roku... Skladki dla dwojki klasowej u obu Potworkow zbierane byly od koncowki wrzesnia. Ja wyslalam czeki w minionym tygodniu. Podobnie z zakupem biletow na impreze Halloweenowa w szkole. Dobrze, ze zostala przesunieta, bo zupelnie nie mialam do niej glowy. Czesne za pierwszy semestr Polskiej Szkoly zaplacilam tydzien po czasie. A na koniec przypomnialam sobie, ze nie zaplacilam jeszcze zawrotnej sumy $5, ktore zbierala nauczycielka Bi. Brawo ja. :/

W zasadzie, poza goscmi, ktorych mialam na dlugi weekend oraz pasowaniem na ucznia Kokusia, mam wrazenie, ze kompletnie nic sie nie dzialo, ale kiedy posilkuje sie zdjeciami, okazuje sie, ze jednak. I to sporo. ;)
No to od poczatku...

W ktorys piatek, jeszcze przed akcja z zebem Bi, kiedy czekalam na szkolny autobus, zaczepila mnie  sasiadka, ktora mieszka w nastepnym, zaraz obok naszego, domu i spytala czy dzieciaki nie pokarmilyby przez weekend jej kota, bowiem wyjezdzala do siostry. Psa zabierala ze soba, ale stwierdzila, ze targac jeszcze kotke, to za duzo, szczegolnie, ze ich kot jest wychodzacy i kocha wolnosc (a podroz dodatkowo zawierala przeplyniecie promem). Moje dzieciaki oczywiscie na to jak na lato, ale za male sa jednak troche zeby opiekowac sie samodzielnie czyims zwierzakiem.

"Nasz" tymczasowo kot :)

Otworzyc drzwi balkonowe rano i zamknac je wieczorem - tak. Ale po pierwsze, Bi nie dala rady otworzyc puszki z jedzeniem. Po drugie, oboje mieli zapedy, zeby myszkowac sasiadce po szafkach i pokojach. ;) Nik w ogole byl zainteresowany wylacznie zwiedzaniem cudzego domu oraz glaskaniem i sciskaniem kotka. Nic dziwnego, ze rano ten pryskal na dwor jak tylko uchylilo sie drzwi na taras! :D Szlam wiec z nimi, pilnowalam zeby czegos nie narobili, a w "podziece" musialam wyrzucic znalezionego na dywaniku, juz mocno "sztywnego" chipmunk'a. Fuuuj... ;) Potworki zas dostaly od sasiadki w podziece "gift cards" na $15 kazde. Za cos, co wykonalam glownie ja! Nie ma sprawiedliwosci na tym swiecie... ;)

Tamten weekend okazal sie pochmurno - deszczowy, wiec poranne oraz wieczorne wizyty "u kota" byly calkiem mila i bezproblemowa odskocznia, szczegolnie w sobote, kiedy utknelismy w domu. W niedziele na szczescie bylo "tylko" pochmurno az do poznego popoludnia, a dodatkowo zerwal sie cieply wiatr i nagle zrobilo 18 stopni. Mogloby byc slonecznie, ale ciesze sie, ze chociaz bylo sucho. Tego bowiem dnia, mielismy bilety do pobliskiego klubu, gdzie jak co roku zorganizowano wystawe domkow dla wrozek i krasnoludkow w lesie. Tym razem udalo mi sie nawet namowic M., zeby poszedl z nami, sukces! ;)

Jak co roku, maszyna z bankami dostarczyla rozrywki :)

Domki nie rozczarowaly. Jak rok temu sporo bylo zwyczajnego kiczu, tak tym razem wystawionych bylo wiele miniaturowych dziel sztuki. Nawet Potworki zachwycaly sie malenkimi laweczkami czy hustawkami. :)

Zrobiona z patyczkow prawdziwa miniaturka domku. Nie pstryknelam zdjecia tylu, ale mial balkonik z balustradka i inne detale

Dobra, Nik po polgodzinie juz jeczal, ze mu sie nudzi i pic mu sie chce (a, ze bylo chlodno, nie wzielam wody), ale Bi przeszla cala trase z zachwytem na buzi.

Tu kolejny domeczek, ten z mchem zamiast strzechy :)

Na koniec, w wyznaczonym miejscu dzieci mogly skonstruowac swoj wlasny domek. Juz tradycyjnie, Nik sie nie skusil, ale Bi chetnie uzbierala garsc "darow natury" i ulozyla w cos na ksztalt ogrodka.


A kiedy w koncu udalo nam sie zlokalizowac wode do picia i Nik przestal marudzic, cala wycieczka przerodzila sie w przyjemny spacer. Pisalam juz chyba rok temu, ze ten caly teren jest klubem, do ktorego trzeba miec czlonkostwo. Wszystko jest pieknie utrzymane, a przy tym na tyle rozlegle, ze mozna tam spokojnie spedzic caly dzien.

To tylko skraweczek calego terenu...

My zahaczylismy jeszcze o dwa place zabaw (jakby inaczej) oraz boisko do siatkowki. Nawet tata sie rozruszal i podjal z dzieciakami gre.


A potem zaczelo kropic i trzeba bylo sie ewakuowac. ;)

Kolejny tydzien to byl poczatek problemow z zebami, na weekend jednak, jak juz wspomnialam w poprzednim poscie, mialam gosci. I to nie byle jakich, bo az z Montrealu w Kanadzie (a czesciowo az z Polski)! Jechali oni zwiedzac Nowy Jork, a w drodze powrotnej postanowili odbic nieco w bok i zajechac do nas. Ci ludzie, to moi znajomi jeszcze z Polski. Pracowalam u nich jako opiekunka ich corek, ktore, kiedy zaczynalam, byly niemal idealnie w wieku Potworkow. :) I wlasnie teraz jedna z moich dawnych podopiecznych przyjechala z mezem oraz swoimi rodzicami (moimi dawnymi pracodawcami), ktorzy przylecieli z wizyta z Polski. ;)

Spotkanie po latach :)

Przy okazji musze naskarzyc na meza, ktory przed przyjazdem gosci napsul mi krwi jak malo kiedy. Wiecie, ta wizyta spadla nam na glowe przypadkowo. Ot, moja dawna podopieczna - K., napisala, ze jej rodzice przylatuja, ze chca z mezem zabrac ich do Nowego Jorku i odwiedzic nas przy okazji. Ostatnio byli u nas 6 lat temu (!), a my, choc obiecujemy, ze odwiedzimy ich kiedys w Montrealu, jakos nie mozemy sie wybrac. Zanim jej jednak odpowiadzialam, lojalnie skonsultowalam sie z mezem, ktory jak wiecie, nie nalezy do towarzyskich. On zas kompletnie mnie zaskoczyl, kiedy stwierdzil, ze czemu nie, niech przyjada. Im blizej bylo jednak ich przyjazdu, tym bardziej marudzil. A, ze on lubi spokojne weekendy w gaciach i na kanapie. A, ze to obcy ludzie. A, ze on sobie wynajmie pokoj w hotelu i moge ich goscic do woli. Oliwy do ognia dodal fakt, ze K. napisala, ze chca zostac u nad dwie noce. Tu juz w ogole M. sie zbiesil i oswiadczyl, ze nie odda obcym ludziom swojej sypialni. :O A oddac ja musielismy bo inaczej bysmy sie nie pomiescili. Tu juz sie wkurzylam i  przypomnialam mezowi, ze to sa tylko dwie noce, a ja musialam oddac tesciom, ktorzy dla mnie tez sa obcymi ludzmi, sypialnie na 3 miesiace! To skutecznie odbralo mu argument, choc probowal udowodnic, ze to co innego, bo to przeciez jego rodzice (no jasne)... Potem jednak wynikla sprawa z zebem Bi i oboje bylismy tak zestresowani, ze w sobote wlasciwie, gdyby wypadalo, napisalabym gosciom, ze zmienily nam sie plany i zeby omineli nasz dom z daleka. ;)
Goscie jednak przyjechali, ale na szczescie okazali sie bezproblemowi. Jedynym "problemem" bylo polozenie ich spac. Dodatkowe 4 osoby to jednak sporo, kiedy nie ma sie oficjalnego pokoju "goscinnego", a kanapa w salonie nie rozklada sie do spania... Po skrobaniu sie po glowie i kombinowaniu z rozna aranzacja, w koncu w naszej sypialni spali moi dawni pracodawcy, a w pokoju Kokusia (ktorego lozko sie rozklada) moja podopieczna z mezem. Ja spalam w pokoju Bi na jej lozku, a obok na dmuchanym materacu Nik. M. wraz z Bi przeniesli sie do piwnicy, do bawalni dzieci. Bi spala na rozkladanej wersalce (szkoda, ze za waskiej na dwie osoby), a M. na drugim dmuchanym materacu. :)
Druga zagroska zwiazana z goscmi, bylo co z nimi robic w naszym sennym miasteczku. Przyjechali w sobote o 23, wiec na szczescie tego dnia wypilismy tylko herbatke przy ciescie i czas byl sie klasc. A i tak w lozkach wyladowalismy o 2 nad ranem. ;) W niedziele wiec wszyscy zwlekli sie z lozek dosc pozno, a po leniwym sniadaniu goscie poprosili zeby pokazac im droge do polskiego kosciola. W koncu M. ich po prostu zawiozl, a potem poprosili czy nie zabralby ich do polskich sklepow. Okazalo sie, ze moja podopieczna miala w Montrealu polskie sklepy, ale je pozamykano, cieszyla sie wiec, ze ma okazje kupic troche rodzimych produktow. :) A po ich powrocie i po obiedzie, korzystajac z pieknej pogody, zabralismy naszych gosci do... muzeum. ;)

Chalupa rodem z "Przeminelo z Wiatrem"

Ale nie takiego zwyklego. Pisalam juz o nim, bo z Potworkami bylam tam juz nie raz. Ponad 100 lat temu, bogata kobieta z Nowego Jorku postanowila zalozyc tu sobie letnia posiadlosc z farma, na pokaz dla innych bogaczy. Poniewaz umarla bezdzietnie, po roznych perturbacjach, posiadlosc zostala odkupiona przez miasto i zamieniona w muzeum. W domu jest galeria obrazow, strojow z XIX wieku oraz poczatku XX i roznorakich cennych bibelotow, zas tereny wokol, do zmierzchu sa otwarte dla publiki. To naprawde piekne, rozlegle miejsce na spacer. Wszyscy dziarsko ruszylismy sciezkami oraz szlakami, a ze wzielismy ze soba Maye, to i pies skorzystal. :)


Wieczorem zas urzadzilismy sobie ognisko z pieczona kielbaska. Nasi goscie - mieszczuchy, zachwycali sie, ze mozemy sobie tak codziennie siedziec wieczorami przy ognisku, a my musielismy ze wstydem przyznac, ze w tym roku robimy to pierwszy raz. :D Coz, zazwyczaj przy ognisku siedzimy na kempingach, wiec bedac w domu zupelnie za tym nie tesknimy... ;)


A poniedzialek smignal juz w okamgnieniu. Rano musialam jechac z Bi do dentysty, a goscie stwierdzili w takim razie, ze pojda pobiegac, a Nik moze z nimi pojechac na rowerze. Taka "zdrowa" grupa mi sie trafila! Duzo warzyw, malo miesa, sport i te sprawy... ;) Nie chcieli nawet zjesc sniadania twierdzac, ze oni nigdy z rana nie jedza. Wyjechalam z domu o 10 rano, a wrocilam prawie w poludnie. Jadac, mowilam Bi, ze boje sie, ze nasi goscie siedza i przymieraja glodem. Tymczasem oni jeszcze nie wrocili z biegania! :O Potem wszyscy po kolei brali prysznic, jeden z gosci uparl sie ze zrobi sniadanie "po ichniemu", zeby mnie odciazyc, wiec koniec koncow zjedlismy posilek (dla nich sniadanie, dla mnie obiad...) prawie o 2 po poludniu! ;) A potem, jakby malo mieli ruchu, stwierdzili, ze trzeba spalic kalorie i udalismy sie na spacer! :O W ktorego polowie zawrocilismy, bo ktos przytomnie spojrzal na zegarek i zauwazyl, ze dochodzila 15 godzina, a oni chcieli o 16 wyjechac!
W Koncu wyjechali o 17 i w domu zrobilo sie nagle cicho i pusto. Nic to jednak. Najwyrazniej wroca, przynajmniej zgodnie z przesadami, bo zostawili u nas okulary i bluzke... :D

Kolejny tydzien to byly zebowe przygody, ktore opisalam w poprzednim poscie, nie bede sie wiec powtarzac. Napisze tylko, ufff... przetrwalam, choc to jeszcze nie koniec. Trzeba przeciez Bi wszystkie te niedoleczone dziurawce naprawic.

A skoro o zebach mowa, Kokusiowi zaczel sie ruszac kolejny mleczak. Kolejna dolna dwojka, tym razem lewa! Gorne jedynki trzymaja sie uparcie i zawziecie... Co ciekawe, w miejscu prawej dolnej dwojki, ktora wypadla na poczatku wrzesnia, nadal nie wyrzyna sie nowy zab. :O

Po stresach z wyrwaniem zeba Bi, przyszedl weekend, bardzo wazny dla Kokusia. W sobote zostal mianowicie pasowany na ucznia w Polskiej Szkole! Dla mnie oznaczalo to kwitniecie w kuchni niemal do polnocy, obiecalam bowiem Nikowi, ze upieke babeczki. Nie bardzo mialam ochote, bowiem po opadnieciu kurzu po wyjezdzie gosci oraz wyrwaniu zebiska Starszej, poczulam sie po prostu potwornie zmeczona. Ale coz... rok temu upieklam i udekorowalam je dla Bi, wiec jak moglabym odmowic synkowi? ;) Tym bardziej, ze on te bananowe muffinki po prostu uwielbia.

No to upieklam!

Samo pasowanie bylo niemal identyczne jak zeszloroczne Bi. Dziewczynki byly w takich samych czerwonych spodniczkach i kokardach we wlosach, a chlopcy w bialych koszulach z czerwonymi wstazkami pod szyja. I tez zatanczyli na scenie uroczystego Poloneza, a mi sie lezka w oku krecila.

Tancuja pierwszaki. Zdjecie "wyrwane" z filmiku nagranego z daleka, dlatego takie niewyrazne, ale przynajmniej nie musialam za bardzo "cenzurowac" :)

Tak jak przy "Marszu Dabrowskiego". Zadna ze mnie wielka patriotka, ale kiedy jest sie na obczyznie i te znajome i wazne melodie sa raczej niespotykane, coz... potrafia poruszyc struny. :)
Roznica miedzy pasowaniem Bi, a Nika bylo, ze Starsza miala je raz, podczas ogolnoszkolnego apelu, a Nika rozbili czesciowo na dwie uroczystosci. Z samego rana bylo pasowanie "wlasciwe", dla rodzicow. Dzieciaki zatanczyly Poloneza, zaspiewaly kilka piosenek, w tym moja ulubiona "Jestemy Polka i Polakiem" (;P), a potem czworkami podchodzily do pani dyrektor, ktora tekturowym olowkiem oficjalnie ich "pasowala".

Udalo mi sie uchwycic moment pasowania Kokusia, szkoda tylko, ze zamknal oczy. Moze myslal, ze dyrektorka go tym olowkiem zdzieli? :D

Pozniej jeszcze piosenka na zakonczenie i czas byl na poczestunek.

Ale najpierw pamiatkowe zdjecia grupowe :)

Dzieciarnia rzucila sie na slodkosci i owoce, ale dlugo nie dane im bylo swietowac, bo niecala godzine pozniej zaczynal sie ogolnoszkolny apel. I dopiero przy okazji imprezy, dowiedzialam sie, ze podczas tego apelu pierwszoklasisci mieli jeszcze raz zatanczyc Poloneza i zaspiewac piosenke. Niestety, rano dzieciaki w sumie tanczyly i staly na scenie ponad godzine, byly wiec dosc zmeczone, wiec kiedy dowiedzialy sie, ze znow czeka ich tanczenie, dla niektorych okazalo sie to za duzo. W tym dla mojego Kokusia, ktory uczepil sie mojej nogi z placzem, ze nie chce, nie ma sily, ze ma niewygodne buty, itd. ;) Przekonywalam go, ze tym razem nie beda tyle stali, tylko zatancza, zaspiewaja i usiada, ale nie przestawal zawodzic. Dopiero kiedy pierwszaki ustawily sie w parach i zobaczyl, ze nikt inny nie placze, zrobilo mu sie chyba wstyd i potulnie zostal z dziecmi z klasy. Potem zadnych scen juz nie odnotowalam. ;)
Ogolnie pasowanie bylo piekne, uroczyste i wzruszajace, ale dwa apele dla tych maluchow, to jednak troche przesada...

W niedziele bylo pochmurno, zanosilo sie na deszcz, ale ze temperaturowo nie wygladalo tak zle, postanowilam zabrac Potworki na malutki event zorganizowany przez muzeum naszego miasteczka. Przy okazji zajrzalam do rzeczonego "muzeum", bo nigdy wczesniej w nim nie bylam. Okazalo sie, ze to malusienki, jednopokojowy budyneczek, wcisniety obok wielkiej stacji strazy pozarnej. Przejezdzalam tamtedy setki razy i zawsze rzucala mi sie w oczy stacja, muzeum nigdy. :D I jak na takie skromniutkie miejsce, zorganizowali calkiem fajna imprezke. Zabytkowy autobusik przewozil ludzi po centrum naszej "wiochy". ;) Bus prawie 100 lat temu wozil ludzi z naszego miasteczka do stolicy Stanu. Teraz zajmuje to okolo pol godziny. Wtedy - godzine i 15 minut. Taka ciekawostka. :)

Potworki przed busikiem. Podobno za czasow jego "swietnosci", okna nie mialy szyb. Caly byl otwarty. Nie wyobrazam sobie jezdzenia nim zima... ;)

W polowie drogi mozna bylo wysiasc i wstapic do parku miejskiego. Dla mnie byla to kolejna nowosc. Brame parku widac troche z ulicy, ale jest tak usytuowana, ze zawsze myslalam, ze to taki zabytek, bo za nim widzialam tylko gaszcz i zadnej sciezki. Tym razem jednak w opisie "imprezy" zaznaczono wyraznie, ze w owym parku miala byc umieszczona karuzela. Dosc niesmialo wiec wysiedlismy z Potworkami i ruszylismy w strone "zieleni". Ku naszemu zaskoczeniu, po przekroczeniu bramy, odkrylismy, ze jest tam sciezka! Nasz "miejski park" jednak malo ma wspolnego z parkiem. Nie ma pieknie utrzymanych szlakow spacerowych oraz laweczek. Jest to po prostu maly lasek, sciezki sa kamieniste, nierowne, pna sie to w gore to w dol, a w niektorych miejscach, na przykrytych liscmi kamolach, mozna latwo zwichnac kostke. ;)

Byl i strumien - wspaniale zrodlo uciechy dla najmlodszych... ;)

Nie mniej miejsce jest bardzo urokliwe i mysle, ze bedzie swietne na spacer z psem jesli najdzie nas chec na porzucenie prostej jak drut i przez to dosc nudnej, trasy rowerowej. :) I znow kawalek historii. Otoz, niegdys owy park byl centrum zycia towarzyskiego dla mieszkancow naszego miasteczka. Mial utrzymane sciezki, polanki na piknik oraz... basen publiczny. Zawsze utyskuje, ze wszystkie okoliczne miasteczka maja publiczne baseny (z potezna znizka dla mieszkancow), a nasze nie... No to wlasnie sie dowiedzialam, ze nasze tez mialo, ale zamkneli go jakies 15 lat temu. :( Teraz po basenie zostala tylko rowna polana... W jeszcze dawniejszych czasach niz basen, w parku tym znajdowala sie piekna, staroswiecka karuzela. I zeby uczcic tamte czasy, na zeszla niedziele wypozyczono wlasnie taka, udajaca zabytek karuzele, z ktorej Potworki musialy koniecznie skorzystac.

Poniewaz cala impreza byla darmowa, na karuzeli mozna bylo jezdzic do oporu :)

Czyli podsumujac, zwiedzilismy muzeum, przejechalismy sie zabytkowym busem, posluchalismy nieco o historii naszego miasteczka, Potworki pojezdzily na karuzeli, poganialy po lesie, a Nik zjadl jeszcze hot-doga. Byly tez lody, ale tych nie pozwolilam dzieciakom jesc ze wzgledu na niska temperature. Aha! przed muzeum rozdawano rowniez slodycze oraz wode. I to wszystko za darmo! :) Chetne osoby mogly przyniesc artykuly spozywcze do "food pantry" w naszym miescie. Zupelnie nie wiem jak to przetlumaczyc na polski. Nie pamietam tez, czy w Polsce tez funkcjonuje cos takiego. Food pantry to miejsce, gdzie ludzie lub organizacje pobieraja i przechowuja donacje w postaci zywnosci (lub pieniazki na nia przeznaczone). Zywnosc ta (oraz produkty higieniczne, kosmetyki, itd.) jest potem czesto rozdzielana na paczki przekazywane potrzebujacym rodzinom. W naszym miasteczku funkcjonuje jednak na zasadzie "sklepu". Rodziny zakwalifikowane do takiej pomocy, moga w okreslone dni miesiaca przyjsc i wybrac sobie produkty, ktore sa im potrzebne.
W kazdym razie cel szczytny, a i czas przyjemnie spedzony! :) W momencie, kiedy wracalam z Potworkami do auta, zaczelo kropic, wstrzelilismy sie wiec idealnie. :)

A na koniec, w zwiazku z tym, ze pazdziernik dobiega konca, Potworki sa juz gotowe na Halloween:

Nik wymyslil, ze chce byc... tygrysem szablozebnym. Dzieki Bogu za postac Diego z "Epoki Lodowcowej". Inaczej musialabym kupic kostium tygrysa i sama doszywac kly. ;) Bi zapragnela zostac... nietoperzem. Ale nie takim normalnym "gackiem", tylko bardziej dziewczeca jego wersja. Po obejrzeniu kilku wynalezionych przeze mnie propozycji, wybrala ten :)

Buzki! :)