czwartek, 29 września 2016

Codziennosc szkolno - przedszkolna + rekrutacja z koszmarow

Anula juz chyba drugi raz dopytuje, spiesze wiec doniesc, ze adaptacja Potworkow w placowkach edukacyjnych, zakonczyla sie sukcesem po okolo 1.5 tygodnia. Po tym czasie Nik z dnia na dzien przestal rano plakac. Bi wlasciwie zaadaptowala sie po kilku dniach, bowiem nawet teraz, po miesiacu, ma dni kiedy rano jeczy, ze nie chce zostac w szkole i woli jechac ze mna do pracy. ;)

Niemal zapomnialam, ze na poczatku roku odbywaly sie jakiekolwiek ryki i dobrze mi z tym. :D

A co sie dzialo ostatnio?

Druga polowa ostatniego tygodnia, byla dosc intensywna... W czwartek "kopnal" mnie zaszczyt, na ktory wcale nie mialam ochoty. ;) Mianowicie koledze z pracy wypadlo 3-dniowe szkolenie w Bostonie i akurat w jeden dzien, nie mial kto odebrac jego syna z przedszkola. Poniewaz biedacy zyja tak jak my, z rodzina daleko i brakiem zaufanych przyjaciol, poprosil mnie o odebranie malego. Zdziwilam sie troche, bo oprocz tego, ze pracujemy w jednym biurze i zapraszamy sie nawzajem na urodziny dzieciakow, to nie utrzymujemy blizszych kontaktow poza praca. Wredna jestem, ale powiem Wam, ze kompletnie nie mialam ochoty jechac po malego, tyle ze nie udalo mi sie znalezc zadnej wiarygodnej wymowki. ;) Ich miasteczko jest mi zupelnie nie po drodze i co gorsza, znajduje sie na uboczu i wioda do niego tylko male, drugorzedne drogi, w godzinach szczytu zapchane na maksa. Poza tym od dawna nie mialam pod opieka obcego dzieciaka, a od tamtego czasu przybylo mi odpowiedzialnosci oraz wyobrazni. ;) Mialam straszne filmy o tym, co moze sie temu malemu stac pod moja opieka! A najbardziej balam sie, ze ktos wjedzie w moje auto, podczas kiedy ja bede go przewozic! Wjedzie, to wjedzie, ale jakby tfu tfu cos sie chlopakowi stalo, to ja ponosze za niego odpowiedzialnosc!

Koniec koncow, jak zwykle panikowalam niepotrzebnie i na zapas. Przewiozlam malego bez szwanku z przedszkola do naszego domu, gdzie zarowno on, jak i Potworki, byli zachwyceni towarzystwem i cale popoludnie ganiali oraz wrzeszczeli niczym banda dzikusow po ogrodzie. A pies z nimi. Znaczy ganial, nie wrzeszczal. ;)

W piatek, Bi miala po lekcjach Back to school picnic. Na to wydarzenie tez zupelnie nie mialam ochoty. Po poludniu, szczegolnie w piatek, mam juz tylko ochote zrzucic biurowe ciuchy i klapnac na krzeslo. Nie bylo jednak takiej opcji. Po pierwsze, Bi ciagnela na piknik zaraz po odebraniu i odmowa skonczylby sie rykiem na cala szkole, a po drugie kupilam te nieszczesne chryzantemy, ktore do odebrania byly wlasnie na pikniku. No to poszlam. I wytrzymalam raptem pol godziny. ;) Nie znam nadal wiekszosci rodzicow z klasy Bi, a tych kilkoro, ktorych rozpoznaje, akurat nigdzie nie dojrzalam. Snulam sie wiec za Potworkami, ktore ruszyly szturmem na plac zabaw, a nastepnie na stoiska ze slodkosciami, ktore sprzedawaly przedsiebiorcze panie z Komitetu Rodzicielskiego. Po tym, jak moje dzieci pochlonely po dwie muffinki oraz czekoladowe ciastko na glowe, czym predzej zgarnelam ich do domu. A i tak cala droge sluchalam marudzenia, bo przeciez oni chcieli jeszcze sprobowac tych babeczek z kolorowa posypka! ;)

W sobote rano czekalismy na mechanika od lodowki, czego rezultat opisalam juz w poprzednim poscie. ;) W poludnie natomiast, jechalam z Bi na impreze urodzinowa kolezanki z klasy. Przyjecie w miejscu innym niz dotychczasowe sale zabaw, bowiem na farmie! Ktora zreszta dobrze znamy, bo jezdzimy na nia regularnie. ;)

Imprezka wyszla bardzo fajnie. Dzieciaki obeszly z pania prowadzaca cala farme, karmiac zwierzaki.


Nastepnie wszyscy (rodzice tez) wdrapali sie na woz z sianem ciagniety przez traktor i ruszyli na objazd po polach i lesie! Nie powiem, fajnie bylo, chociaz mialam ubrane legginsy, wiec siano powbijalo mi sie i poklulo w cztery litery. Przez reszte dnia co chwila drapalam sie po wiadomej czesci ciala. :)

(Pierwsza do wozu wladowala sie dzieciarnia)

Poza tym, cala przejazdzka strasznie mnie zmulila. Traktor wlokl sie w slimaczym tempie, a woz kolysal na boki, wiec kiedy wrocilismy na glowna czesc farmy, wcale nie mialam ochoty wysiadac. Chetnie zwinelabym sie w klebek na pachnacym sianku i uciela komara. :D

W sobotnie popoludnie zas, moj syn napedzil mi stracha jak jeszcze nigdy w zyciu! Naprawde, akcja z pogotowiem po poparzeniu czy rozcietej glowie, moze sie schowac!

Poszlam na przod domu, zeby podlac kwiatki, bo znow mielismy kilkanascie suchych dni. Nik pobiegl za mna. Ja podlewam, a on gada. A raczej pyta. A po co podlewam te kwiatki? A tamte po co? A te dalej tez bede podlewac? Zza domu przychodza M. oraz Bi. M. wzdycha "Ale tu chwastow..." i zabiera sie za wyrywanie. Koncze podlewac, po czym podnosze glowe i rozgladam sie. Gdzie Nik? - pytam. Nikt (znaczy M. ani Bi) nie wie. Ide za dom, sprawdzic, co gagatek porabia. Nie widze go. Wracam na przod, pytam juz troche nerwowo M., czy widzial, w ktora strone Mlodszy poszedl. Nie widzial, bo pochylony rwal chwasty. Wracam do tylu. Przeciez musi gdzies byc. Moze schowal sie za tujami? Moze pod wiata lub w szopce i jaja sobie robi? Nie ma go, nigdzie go nie ma! Biegiem wracam na przod, zeby sprawdzic w kacie miedzy domem a plotem, gdzie dzieciaki czesto szukaja zoledzi, w pedzie wykrzykuje do mijanego M., ze nie moge znalezc Kokusia. Tam tez go nie ma! Jestem juz bliska placzu. W glowie mam tysiace scenariuszy. Moze poszedl za szopke i w nasz lasek?! Moze przeszedl przez krzaki do sasiadow?! Moze (najgorsze) podszedl do drogi i ktos wciagnal go do samochodu?! Teraz juz oboje z M. oraz Bi, chodzimy po ogrodzie glosno go nawolujac. Mlody nie odpowiada, ani nie wybiega z kryjowki! Rzucamy sobie przerazone spojrzenia.

W koncu M. ma przeblysk rozsadku i zaglada do domu...

Jest! Siedzi na kibelku i robi kupe! :D

Boszzzzz... Jak wpadlam do domu, to myslalam, ze go zacaluje i nie wypuszcze z rak caly wieczor! :) Dawno sie tak nie przerazilam!

Kuzwa, nie do wiary jak szybko moze zniknac z oczu male dziecko! Od momentu, kiedy Nik zadawal mi pytania o podlewanie, do chwili kiedy sie za nim rozejrzalam, minelo moze kilkadziesiat sekund!

Po takich stresach, zrelaksowalismy sie przy ognisku, ha!


Wlasciwie wyszlo to zupelnie spontanicznie. Jeszcze latem, M. ulozyl sobie schludny stosik drewna, oraz drugi - chrustu obok ogniska. Lato jednak przelecialo, a my jakos tego ogniska nie urzadzilismy. Do drewna za to dobraly sie w koncu Potworki na spolke z Maya i zgodnie rozwlekli patyki oraz wieksze szczapki po calym ogrodzie, po czym pies pogryzl niektore w drzazgi. :) W niedziele M. w koncu spojrzal na ogrod widzacymi oczyma i zaczal sie zzymac, ze wszystko rozpierniczone po trawniku. No coz, ten burdel nie zrobil sie w jeden dzien, a wczesniej jakos go nie zauwazal. ;) W kazdym razie rzucilam mu oczywista oczywistosc, zeby to w takim razie w koncu spalil. Popoludnie bezwietrzne, idealne na ognisko, czemu nie? M. przeszedl do czynu i tak, nie tylko posprzatalismy tyl ogrodu z niepotrzebnych patykow, ale i wygrzalismy tylki przy ogniu, upieklismy kielbaski, a wieczorem wrzucilismy w zar ziemniaki, ktore rodzice spalaszowali z wyrazami blogosci na twarzach, juz po polozeniu dzieci spac.

(Potworki za cholere nie chcialy ustawic sie do wspolnego zdjecia...)

Wczesniej zas, wszyscy rzucilismy sie na pieczone kielbaski, nawet Potworki! :)


W niedziele zas wieczorem, odbyly sie, kolejne juz, postrzyzyny Kokusia! Niestety, jak lubie go w dluzszych wloskach, tak musialam przyznac, ze ostatnio urosly juz za dlugie i zaczely wygladac byle jak.

(Przed - "Mieszko I" :D)

Pozostalo albo zacisnac zeby i wytrzymac az urosna duuuzo dluzsze, albo przystrzyc. Poniewaz nigdy nie zamierzalam hodowac nikowej czuprynki az do lopatek, z bolem matczynego serducha, zdecydowalam sie na podciecie. Musze napisac, ze to juz trzecie postrzyzyny i pomalu sie uodparniam. Zanim M. przystapil do akcji, mialam lekka kluche w gardle, ale szybko ja przelknelam. ;) M. uzyl najdluzszego ustawienia maszynki, ale i tak fryzura wyszla niemal "na zolnierza". Trudno, wlosy na szczescie odrastaja... ;)

(Po - zolnierz i tyle...)

Co jeszcze... Kurcze, znow wychodzi mi tasiemiec... :)

Zgodnie z przewidywaniami, dostalam wreszcie powiadomienie o zdjeciach szkolnych u Bi oraz wycieczce przedszkolnej u Nika. Kolejne wydatki, jeeee... ;)

Z ta wycieczka, podobnie jak rok temu, dobili mnie prosba, zeby towarzyszyc dziecku. Oraz zawiezc je i odwiezc swoim samochodem, oczywiscie. Naprawde, czy ja nie mam ciekawszych powodow, zeby brac dni wolne z pracy?! Wycieczka jest od 10 do 12:30, wiec teoretycznie moglabym wziac pol dnia wolnego... Teoria to jednak jedno, a praktyke poznalam rok temu. Autobus szkolny, majacy powiezc panie oraz maluchy, ktorych rodzice absolutnie nie mogli pojechac, spoznil sie. W rezultacie wszystko sie przesunelo. Potem tenze autobus pobladzil po drodze na farme i dojechal dobre pol godziny po wszystkich. Kolejny poslizg. W drodze powrotnej, oczywiscie wlokl sie tak, jak tylko szkolne autobusy moga sie wlec i do przedszkola dojechal pol godziny po reszcie rodzicow...  Kolejne opoznienie w dotarciu do pracy...
Podobny scenariusz przewiduje w tym roku, dlatego juz zawczasu planuje wziac caly dzien wolny, zamiast mowic szefowi, ze bede w pracy i potem nerwowo zerkac co chwila na zegarek...

Dostalam tez ze szkoly wiadomosc, lekko zaskakujaca, ale i napawajaca duma.  Nie pamietam, czy pisalam, ale na spotkaniu 7 wrzesnia, spytalam wychowawczynie Bi, kiedy zostanie przeprowadzona ewaluacja znajomosci jez. angielskiego Starszej. Ku mojemu zdziwieniu, nauczycielka odpowiedziala, ze testy juz sie odbyly, ale nie ma jeszcze wynikow. Minely sobie prawie 3 tygodnie i stwierdzilam, ze spytam o rezultaty, bo mialy byc przeslane rowniez do mnie, jako rodzica, a nadal nic nie dostalam. Wychowawczyni nic nie wiedziala. Ale juz nastepnego dnia, czyli we wtorek dostalam maila od pani, ktora zajmuje sie pomoca jezykowa dla dzieci dwujezycznych w szkole Bi. Okazuje sie, ze Bi sie na takowa pomoc nie zalapuje, bowiem zdobyta w tescie ilosc punktow, kwalifikuje ja jako dziecko mowiace plynnie po angielsku! ;) A przypominam, ze poszla rok temu do przedszkola, ze znajomoscia angielskiego niemal zerowa! :D

Zeby dorosly mogl lapac obce jezyki jak dzieci, ech... ;)

Na koniec, historyjka dotyczaca dla odmiany wylacznie rodzicow. A wlasciwie ojca, chociaz ja tez jestem, chcac nie chcac, w to zamieszana... Wszystko rozbija sie zas o biurokracje. Strasznie dziwnie jest po 13 latach zagranica, stanac oko w oko z polskim absurdem. ;)

Zaczelo sie od tego, ze M., poraz juz ktorys (stracilam rachube) zmienia prace. Przechodzi do wielkiej, miedzynarodowej korporacji. Jest juz po rozmowie o prace, dostal oficjalny dzien rozpoczecia. I wszystko super, tyle ze firma do ktorej przechodzi, ma potwornie szczegolowy plan rekrutacji. Oprocz normalnego sprawdzania czy nie byl karany, czy jest obywatelem (taki wymog na jego pozycje), przejscia testu na uzywki, musi dostarczyc caly plik innych dokumentow oraz zaswiadczen. Codziennie jego skrzynka mailowa zapchana jest kolejnymi papierami do wypelnienia i odeslania. Wkurzajace jest to niezmiernie, bowiem firma zatrudnia osobne agencje do niemal kazdego papierka. W rezultacie, niektore podstawowe informacje, jak edukacje, historie zatrudnienia, itp. M. musial wypisywac od poczatku juz w trzech roznych miejscach! Jedyna pociecha jest to, ze niemal wszystko wypelnia sie na stronie internetowej i jednym kliknieciem posyla gdzie trzeba...
Jestem w glebokim szoku. Pierwszy raz widze takie sprawdzanie przyszlego pracownika! ;) A ze moja znajomosc angielskiego, jest znacznie lepsza od M., do tlumaczenia wiekszosci papierow maz zaciaga mnie... W ten sposob, biore czynny udzial w rekrutacji malzonka i po tym, co widze, nawet gdyby ta korporacja pasowala do mojego wyksztalcenia, za Chiny Ludowe nie zlozylabym tam podania! ;)

To byla jednak amerykanska czesc biurokracji. Teraz pora na polska strone. ;)

Jak w ogole Polska zostala w to zamieszana, skoro mieszkamy zagranica? Ano, prosto. M. ukonczyl studia w Krakowie i taka informacje zapisal w podaniu o prace. Wiekszosc amerykanskich pracodawcow albo wierzy na slowo, albo wystarczy im transkrypt z oficjalnych agencji, tlumaczacych dyplomy oraz indeksy z calego swiata. Mnie na podstawie takiego transkryptu, przyjeto tutaj bez zadnego "ale" na studia magisterskie.

Ale nie korporacja zatrudniajaca M., o nie! Oni wynajeli agencje, znajdujaca sie, co ciekawe, w Niemczech, gdzie pracuje Polka, ktorej zadaniem jest sprawdzenie autentycznosci wyksztalcenia mojego meza. Wystarczajaco zagmatwane? ;)

Czekajcie, bo to nie koniec! ;)

Owa pani, majaca na imie Teresa, zadzwonila do dziekanatu i napotkala oczywiscie mur. Nie udziela jej zadnych informacji bez upowaznienia. Podejrzewam, ze agencja potrzebuje tylko potwierdzenia, ze taka a taka osoba, studiowala na tym wydziale w latach takich a takich i w roku takim a takim uzyskala tytul magistra inzyniera. Ale panie w dziekanacie nic nie powiedza i koniec. Do tego momentu w zasadzie wszystko rozumiem, ochrona danych osobowych, itd. Potem jednak zaczynaja sie schody. M. wstal o 3:30 nad ranem, zeby przy 6-godzinnej roznicy czasu, zlapac odpowiednia pania z dziekanatu wystarczajaco wczesnie. W swojej naiwnosci myslal, ze rozmowa telefoniczna zalatwi sprawe. ;) Pani zas poinformowala go uprzejmie, ze potrzebuje od niego odrecznie napisanego upowaznienia. Przyslanego poczta. Nie, nie moze byc wydrukowane na komputerze. I nie, absolutnie nie moze byc przeslane mailem ani faxem. Nie, nie, nie! Ma byc ODRECZNIE napisane i przyslane POCZTA!

Czy dziekanaty w Polsce zapomnialy, ze mamy XXI wiek?! :D

A najlepsze, ze owa pani Tereska, zadzwonila do M. dzis rano (kiedy szykowal sie juz do wyslania napredce skleconego upowaznienia), ze na uczelni M. pozmienialy sie wydzialy oraz ich adresy i ona podala mu zly adres dziekanatu oraz imie niewlasciwej pani odpowiedzialnej za udzielenie informacji! ;)

Kiedy M. przeszedl pomyslnie rozmowe o prace, date jej rozpoczecia podano mu z 5-tygodniowym wyprzedzeniem. Wtedy szczeki nam opadly, ze tak pozno, ale teraz zastanawiamy sie czy te piec tygodni wystarczy na zebranie wszystkich potrzebnych zaswiadczen! :)

wtorek, 27 września 2016

A saga lodowkowa trwa w najlepsze...

Opowiesci koszmarnej tresci, z lodowka w tle, ciag dalszy. :)

Zostawilam Was w momencie, kiedy czekalismy na mechanika ze sklepu, zeby przyjechal i sprawdzil nasz nowiutenki nabytek. Po niemal dwoch tygodniach, doczekalismy sie. Pan przyjechal, popatrzyl, oswiadczyl, ze dziurka, w ktora "dzyndzel" z panela powinien wskoczyc, jest za duza, dlatego opada on w dol. Usterka fabryczna, nie do naprawy. Wypisal raport (z wlasnej woli dodal, ze lodowka glosno chodzi, chociaz akurat przy nim, rzeczony sprzet, jak na zlosc, szumial sobie cichutko), polecil zadzwonic do sklepu, zeby zalatwic wymiane i pojechal...

Ja pedzilam z Bi na przyjecie urodzinowe, wiec zadzwonil M. i udalo mu sie zalatwic dostarczenie nowej lodowki na wtorek (czyli dzis :D).

Tutaj chcialabym dodac "i zyli dlugo i szczesliwie, a lodowka chodzila bez usterek przez kolejne 20 lat".

Aaaa... Przepraszam, to nie ta bajka. :D

Na poczatek, tradycyjnie, okienko dostarczenia nowego sprzetu, podane przez pania z obslugi klienta, wynosilo miedzy godzina 12 a 16. Poniewaz zadne z nas nie mialo ochoty brac polowy dnia wolnego tylko po to, zeby czekac na lodowke, M. ustalil, ze dostarczyciele zadzwonia do niego okolo pol godziny przed dotarciem do nas, zeby zdazyl dojechac z pracy. Tak samo zrobil poprzednim razem i obylo sie bez problemow.
Tym razem jednak, dostarczyciele zadzwonili do niego, ze sa juz pod naszym domem! Na pytanie M. dlaczego nie zadzwonili wczesniej, jak bylo umowione, ze teraz beda musieli poczekac az dojedzie z pracy, odpowiedzieli, ze nie beda czekac ani minuty. Hmm... Nie z M. te numery. ;) Zadzwonil natychmiast do biura obslugi, wytlumaczyl sytuacje, a pani odpowiedziala, ze oczywiscie iz poczekaja, nie ma problemu. ;)

Teraz najlepsze.

M. w koncu dojechal, wszedl do domu, zeby wyjac wszystko ze starej - nowej lodowki, w czasie kiedy panowie wyciagali nowa - nowa, z wozu dostawczego. Po chwili wolaja mojego malzonka. Kiedy odpakowali lodowke z pudla, tasmy oraz styropianu, okazalo sie, ze cala jest poobijana i porysowana! Nosz, kuuuufffa... :(

Biezaca sytuacja wyglada wiec tak, ze panowie zabrali nowa - nowa lodowke, zeby w magazynie zrobic dochodzenie co sie z nia stalo. A do nas ma zadzwonic ktos ze sklepu, zeby umowic sie na dostarczenie kolejnej, juz trzeciej... ;)

Ze swojej strony, zastanawiamy sie, czy nie zadzwonic tam osobiscie i nie poprosic o zmiane modelu lodowki, bo ten jednak jest jakis pechowy...

A mnie meczy uporczywa mysl, czy panowie dostarczajacy nowa - nowa lodowke, sami jej "przypadkiem" nie upuscili i nie potraktowali mlotkiem, wsciekli, ze musza czekac na M. :D

czwartek, 22 września 2016

A zycie plynie dalej...

Pomilczalam, posmucilam sie, ale coz... Jak to czesto czytam na blogach: trzeba sie podniesc, otrzepac kolana, poprawic korone i zasuwac dalej...

Potocznie mowiac, zycie plynie sobie jak zwykle. Przez ten (ponad) tydzien (to ja az tyle nie pisalam?!) tez nie stalo w miejscu, bieglo, spieszylo sie, niewiadomo dokad... A moze to ja sie spieszylam? Lapalam kazda okazje, zeby zajac sie czyms, zapchac mysli. Siedzialam do pozna, zeby potem pasc na lozko i natychmiast odplynac, bez snow. Bo bezczynnosc rozbudza mysli, a tych chcialam za wszelka cene uniknac...


Z ciekawych wiesci zeszlego tygodnia, zmienilismy lodowke. Chyba w letnich klimatach, delektowaniu sie sloncem i goracem, nie pisalam, ze nasza stara szlag trafil? Jakos w polowie lipca, zamrazarnik przestal mrozic. Przez jakis czas udawal lodowke, troche chlodzil, po czym siadl zupelnie. M., nasz domorosly mechanik, zabral sie za wymiane takiej czy innej czesci, pozniej kolejnych. Problem w tym, ze zastanawianie sie, co tu moglo sie popsuc, po czym szukanie odpowiedniej czesci, zamawianie, czekanie na dostarczenie, itd. trwa w nieskonczonosc... Tymczasem my zylismy z sama lodowka. Nic nie mozna bylo pomrozic na zapas, o kupieniu pojemnika lodow na umilenie dusznych, letnich wieczorow nie wspominajac... W koncu jednak lodowka tez nie wytrzymala i rowniez padla. M. pozyczyl od kolegi malutka, turystyczna i dalej cierpliwie glowil sie, co moglo sie popsuc.
Ile zmiesci sie w takiej lodowkowej miniaturce, nie musze chyba opisywac. W kazdym razie odpoczelam od gotowania, bo nie bylo tam nawet miejsca na przechowywanie potrzebnych produktow. Przez dwa tygodnie zywilismy sie glownie pizza, frytkami i chinszczyzna na wynos. W kazdym razie Potworki byly szczesliwe. ;)

W koncu M. rozlozyl bezradnie rece i zdobyl numer prawdziwego mechanika. Po tym jednak, jak ow jegomosc przez trzy dni zwodzil nas, ze zadzwoni, przyjedzie, oddzwoni, po czym nie dzwonil, nie przyjezdzal, a oddzwanial po 22, zeby powiedziec, ze moooze przyjedzie nastepnego dnia jesli bedzie mial czas, stwierdzilam, ze mam dosc. W koncu, do cholery, dwa tygodnie juz zylismy z miniaturka lodowki, do ktorej nie miescil sie nawet tygodniowy zapas mleka (tak, Potworki to mlekopijcy). W niedziele, po kosciele, ruszylismy do sklepu, po czym po dlugim ogladaniu, porownywaniu i jekach, ze "tyle kaaasyyy? O rany..." wybralismy nowa lodowke. Niewielka (ale nie miniaturowa! :D), zgrabniutka, moze nie najtansza, ale w cenie, ktora jakos przelknelismy. Wykupilismy tez tym razem gwarancje na 5 lat, skoro poprzednia zdechla po okolo 4 latach uzytkowania... ;)

Najlepsze, ze tego samego wieczora, grubo po 21, znienacka stawil sie na naszym progu pan mechanik we wlasnej osobie! I wygladal na rozczarowanego, ze zarobek przeszedl mu kolo nosa. ;) Sorry Batory, trzeba bylo gadac konkretniej wczesniej i wywiazywac sie z obietnic...

Nie wiem tez, czy to przez to, ze zamowilismy dostarczenie lodowki na 13ego (to byl najwczesniejszy termin), czy jestesmy po prostu pechowi, ale gwarancja juz sie przydaje. Krotko po dostarczeniu nowego sprzetu (niestety juz po odjezdzie ekipy dostawczej), po odklejeniu wszystkich tasm, styropianu i zabezpieczen, okazalo sie, ze tylna czesc panela w "suficie" lodowki opada w dol. Wyglada to troche jak zawias, ktory musi "wskoczyc" w odpowiednie miejsce, zeby trzymac, ale brakuje zaczepu. M. probowal go wepchnac do srodka, ale opada z powrotem. Gdyby byl to tylko problem "kosmetyczny", jakos bym to przelknela. Niestety, na tym panelu umocowany jest czujnik temperatury, a po jego opadnieciu, z tylu tworzy sie szpara przez ktora widac wyraznie styropianowa izolacje. Taka szpara przy samym czujniku, to chyba kiepska sprawa...
Drugi problem, to poziom glosnosci lodowki. Moze jestesmy rozpieszczeni, ale w starej czasem musielismy przytknac ucho, zeby uslyszec czy chodzi. Nowa buczy jak traktor! No, moze z tym traktorem przesadzilam, ale chodzi jak 20-letnia lodowka mojego taty! Slychac ja na drugim koncu domu!

W zeszla srode, spedzilam wiec ponad 40 minut na telefonie (w pracy!), probujac zalatwic kogos, kto przyjdzie i spojrzy na nasz nowy nabytek fachowym okiem. Cale szczescie, ze mialam spokojniejszy dzien i moglam sobie pozwolic na wiszenie na sluchawce... Wiecie jak to jest. Dzwonie do sklepu, wklikuje kilka numerkow, o ktore prosi mnie automatyczna sekretarka. Po czym radosny glos informuje mnie, ze czas oczekiwania, zeby ktos odebral to okolo 10 min. Czekam wiec i czekam, slucham idiotycznej muzyczki. W koncu ktos odbiera, dobra moja! Tlumacze panu o co chodzi, po czym on... przelacza mnie gdzie indziej! Znow musze wcisnac pare numerkow, po czym zostaje z idiotyczna muzyczka przy uchu! Tym razem, litosciwie, pani odbiera juz po kilkudziesieciu sekundach. Od poczatku wyluszczam, z czym dzwonie. Pani klepie, dopytuje, potwierdza imie, adres oraz numer telefonu, dopytuje poraz kolejny o ktory panel chodzi (jakby mialo to znaczenie...) po czym przeprasza, ale musi na chwile zawiesic moje polaczenie, zeby porozumiec sie z mechanikami! No trudno. Czekam. I czekam. Jeszcze troszke czekania. Oczywiscie przy akompaniamencie idiotycznej muzyczki. O matko i corko! Kiedy bylam juz prawie gotowa trzasnac telefonem o sciane, ponownie sie laczy. Czy to koniec? A nie! Bo musi mnie przelaczyc dalej - tym razem juz konkretnie do pana mechanika! W tym momecie nie wytrzymalam i wysyczalam pytanie, z iloma osobami musze jeszcze rozmawiac, zeby w koncu ktos przyjechal naprawic mi lodowke?! No serio, 40 minut, z czego moze 5 to byla rozmowa z zywa osoba, skutecznie nadwyrezylo moja cierpliwosc! W kazdym razie, pani, nieco sploszona, zapewnila, ze pan mechanik to juz ostatnie ogniwo. Na szczescie tez, tym razem obylo sie bez sluchania muzyczki. Wyglada, jakby ograniczyli sie do przekazania sluchawki. ;) Musialam poraz juz trzeci wyluszczyc z czym dzwonie, ale w koncu umowilam sie na naprawe. A ze musialam na nia czekac prawie 2 tygodnie, to juz inna sprawa... Wiwat komunikacja! :)

Jakby malo bylo kosztownych sprzetow domowego uzytku, stwierdzam, ze szkola w Hameryce tez daje po kieszeni... I to szkola publiczna, nie zadna prywatna! Juz ostrzegalam kolege, ktory posyla syna do zerowki w przyszlym roku. ;)

Musze przyznac sprawiedliwie, ze poczatkowa wyprawka sama w sobie, byla minimalna. Plecak, pojemniki na drugie sniadanie, wiadome sprawy. Ksiazki zapewnia szkola (na spotkaniu 7 wrzesnia, okazalo sie, ze Bi ma jednak dwa podreczniki: do matematyki oraz nauki liter i pisania). Poza tym rodzice kupuja foldery, kredki, kleje, olowki i tego typu duperelki. Do przedszkola, poza ubraniami na zmiane oraz przescieradlem i kocykiem do spania, rodzic nie kupuje nic.

Przynajmniej teoretycznie. ;)

Zaczyna sie bowiem rok szkolny... I na dzien dobry, w przedszkolu, na spotkaniu zapoznawczym, obok informacji oraz ulotek, panie postawily koszyk z "wish garden". Czyli kwiatki wyciete z kolorowego papieru i na patyczkach wetkniete w gabke. A na kazdym kwiatku karteczka z potrzebnymi przyborami lub akcesoriami. Musze przyznac, ze schludnie to im wyszlo i nienachalnie, nic na sile, ale... moj syn do tego przedszkola chodzi, wiec czuje sie zobligowana cos kupic. Wybieram chlopieca bielizne, myslac, ze moj osobisty Potworek moze jej potrzebowac dosc regularnie. I nie pomylilam sie... ;)
W szkole Bi zas, juz w drugim tygodniu odbylo sie wspomniane wyzej spotkanie, na temat programu nauczania. Pierwsza czesc odbywala sie z nauczycielem danej klasy. Wychowawczyni Bi polozyla na stoliku rozpiske dni i godzin dostepnych na wywiadowke (tak, mam juz date i godzine wywiadowki, ktora odbedzie sie w listopadzie! :D), zeby kazdy rodzic mogl wybrac cos dla siebie, zas obok, na karteczkach rozlozyla karteczki z "wish list". I znow, niby nikt mnie nie zmusza, ale czulam sie zobowiazana cos wybrac. Wzielam karteczke proszaca o ciastoline. ;)
Oprocz tego, w szkole Bi istnieje preznie dzialajacy Komitet Rodzicielski (tutaj jest on ogolnoszkolny, a nie klasowy). Nie do konca jestem pewna na czym polega jego praca, ale podobno maja organizowac upominki dla nauczycieli, sponsorowac dzieciom wycieczki, itd. Jakos sceptycznie podchodze do tego "sponsorowania", ale zobaczymy... W kazdym razie, Komitet skads kase musi brac, bierze ja wiec od rodzicow (ktorych dzieciom ma potem "sponsorowac" zajecia, hmmm... :D). Ale znow, dyskretnie i bez nacisku... Z racji tego, ze zaczyna sie jesien, Komitet urzadzil sprzedaz chryzantem, bali siana oraz miodu. W cenach takich, ze w sklepie w zyciu tyle bym za to nie zaplacila. Ale... poraz juz trzeci, Bi chodzi do tej szkoly, wiec znow czuje wewnetrzny nacisk, zeby jednak choc symbolicznie wlaczyc sie w akcje... Zamowilam dwie chryzantemy, ktore chce postawic na frontowych schodkach.
Dodatkowo, takie zamowienie zawiera "haczyk". ;) Zakupione produkty bowiem, beda do odebrania na festynie z okazji rozpoczecia roku szkolnego, ktory odbedzie sie jutro. A na takiej imprezie, oczywiscie bedzie w pierony atrakcji oraz drobiazgow i przekasek, ktore rowniez posluza zbiorce pieniedzy na szkole, a rodzicom skutecznie wyplucza portfel z gotowki. ;)
Na koniec zas, zarowno z przedszkola oraz szkoly, dostalam katalogi ksiazek do zamowienia. Niby zamowienie prywatne, ksiazki domowe a nie podreczniki, ale do kazdego dolaczona karteczka od nauczycielki, ze kazdy zakup pomaga im zbierac punkty na ksiazki do klasy. No i wez tu z czystym sumieniem nie zamow, skoro to o klasy moich dzieci chodzi! ;) W dodatku ceny bardzo atrakcyjne, a ze i ja i Potworki nie potrafimy powiedziec ksiazkom nie, wiec zamowilam. Po dwie na lepka. ;)

I tak kasa plynie wartko i ucieka z portfela... M. naprzemian przewraca oczami i krzywi sie, a ja, choc tez sie krzywie, czuje sie zobowiazana poniekad do tych wydatkow i zastanawiam sie tylko, kiedy te ciagle prosby o kolejne zakupy, w koncu przestana wyskakiwac jak grzyby po deszczu...

Haha, wiem kiedy! W czerwcu, na koniec roku szkolnego! :D

PS. Wykrakalam. Mialam juz konczyc i publikowac posta, kiedy dostalam szereg maili ze szkoly oraz przedszkola. :D

Po pierwsze, jutro w przedszkolu, beda robic dzieciom zdjecia. Co prawda zamowienie odbitek nie jest obowiazkowe, ale to fajna pamiatka, wiec wiadomo, ze zamowie. Konkretnych informacji ze szkoly Bi na temat zdjec klasowych jeszcze nie otrzymalam, ale wiem, ze odbeda sie w pierwszym tygodniu pazdziernika. I wiadomo, ze rowniez zamowie odbitki . ;)
Po drugie, panie z przedszkola wyslaly maila z prosba o kolejne "donacje" drobiazgow do klasy, w sensie kredy do rysowania po chodniku, woreczkow foliowych, itp.
Po trzecie, Bi ma wycieczke szkolna pod koniec pazdziernika. Kolejny wydatek. Z przedszkola jeszcze nie dostalam wiadomosci, ale z zeszlego roku pamietam, ze mieli wyprawe na farme w mniej wiecej tym samym czasie, wiec pewnie na dniach otrzymam powiadomienie...
Po czwarte, w szkole Bi organizuja szereg atrakcji pozalekcyjnych. Za tydzien ma przyjechac obwozne planetarium i urzadzic pokaz na temat gwiazd oraz planet. W pazdzierniku zas, ma sie odbyc szereg zajec z naukowymi eksperymentami. Oczywiscie wszystko dostosowane poziomem do najmlodszych. Moglabym oczywiscie Bi nie zapisywac, ale wszystkie dodatkowe atrakcje odbywaja sie w porze, kiedy siedzi na swietlicy (ekhem... w stolowce). I tak mam wyrzuty sumienia, ze musi na nia chodzic z samego ranka, a potem jeszcze po lekcjach... :( Niech wiec choc raz w tygodniu ma ten czas umilony przyjemnymi i rozwijajacymi zajeciami... :)

A ze ojciec nie wyrobi z nadgodzinami, zeby na to wszystko zarobic, to juz inna bajka... :D

Raczej juz nie odezwe sie wiecej w tym tygodniu, wiec, z okazji pierwszego dnia jesieni, zostawiam Was z czastka jesiennego ogrodu:



sobota, 10 września 2016

To nie bedzie wesoly post...


Jesli ktoras z Was ujrzala w spisie blogow miniaturke zdjecia i z usmiechem spieszy sie, zeby pogratulowac, wstrzymajcie sie...

To nie bedzie wesoly wpis. Nie bedzie szczesliwego zakonczenia.

Na jutro, na 11 wrzesnia mialabym termin porodu, ktory w pierwszej radosci wyliczylam sobie w internetowym kalendarzu.
Tak, mialabym, bowiem to dziecko zostalo ze mna tylko przez chwilke. Zamiast w cieple ramiona mamy, narodzilo sie w zimna muszle klozetowa...

Zdjecie testu to jedyne, co moge Wam pokazac. Mam jeszcze zamazana fotke z pierwszego USG, ale nie wstawie go tu, bo to byloby niczym wstawienie zdjecia z nieboszczykiem w trumnie.

Pamietacie? Zima napisalam Wam, ze dzieje sie u nas zle, ale wowczas nie chcialam o tym pisac. Wlasciwie to nadal nie wiem, czy chce. Nie wiem czy tego posta opublikuje. Nie wiem, czy po jakims czasie go nie usune...

Dziekuje tym z Was, ktore odezwaly sie na maila i byly ze mna w tym smutnym czasie. Bez Was, nie wiem, jak dalabym sobie rade, szczegolnie, ze oprocz M. nikt o tym nie wiedzial i nadal nie wie. Nie powiedzialam ani matce, ani siostrze, wiec bez Waszego wsparcia, nie poradzilabym sobie z wszystkimi emocjami...

Dzieki Dziewczyny! :*

Jak czesc w Was moze sie domysla, a czesc wie, jakos tak rok temu uznalismy z M., ze chcielibysmy powiekszyc nasza rodzine o kolejnego potomka. Niestety, szczescie nam nie sprzyja. Najpierw, w listopadzie, zaliczylam ciaze biochemiczna, o ktorej juz tu pisalam. Dwa miesiace pozniej, myslelismy, ze szczescie zapukalo nam do drzwi. Okres mialam dostac zaraz po Nowym Roku - 3 stycznia. Kiedy nadszedl 6-ty, a miesiaczka nadal sie nie pokazala, dodatkowo doszedl wstret do kawy, test byl tylko formalnoscia. Ja po prostu wiedzialam.

Tak jak przypuszczalam, pozytywny wynik pokazal sie niemal natychmiast. Nauczona jednak wczesniejsza, biochemiczna ciaza, odczekalam jeszcze tydzien zanim zadzwonilam, zeby umowic sie do lekarza. Niestety, tutaj umawiaja na pierwsza wizyte pozno - dopiero w 7-8 tygodniu. Zaczelo sie wiec czekanie.

Staralam sie uzbroic w cierpliwosc, ale praktycznie od poczatku, towarzyszyl mi paniczny strach. Chyba nawet w ciazy z Bi, tak sie nie balam. Zupelnie, jakbym cos przeczuwala. Kazde uczucie wilgoci na bieliznie, sprawialo ze pedzilam do najblizszej lazienki, sprawdzic co sie dzieje. Kolor sluzu ogladalam ze wszystkich stron i pod swiatlo, zeby upewnic sie, ze nie ma tam nawet cienia rozu lub czerwieni. Piersi obmacywalam po kilkanascie razy dziennie, zeby upewnic sie, ze nadal bola.
I bolaly jeszcze dlugo po smutnym zakonczeniu; na tyle mi sie to zdalo... :(

Balam sie tak bardzo, ze chociaz dotychczas nie bylam specjalnie gleboko wierzaca, zaczelam zmawiac nowenne pompejanska w intencji malenstwa. Modlitwa wyciszala i uspokajala, pomagala...

Coz... w swietle tego, jak sie to skonczylo, jak myslicie ile zostalo mi z tej wiary w boska pomoc?

Doczekalam w koncu wizyty u lekarza. I tu zaczyna sie koszmar...

Wedlug daty ostatniej miesiaczki, bylam w 8 tygodniu. Tymczasem zarodek byl wielkosci 6-tygodniowego, z dziwnie pomarszczonym pecherzykiem. Akcji serca brak. Lekarz pocieszal, ze moze maluch jest mlodszy niz wynika to z dat. Moze serce jeszcze sie pojawi. Martwil go tylko nieregularny ksztalt pecherzyka. Mimo napietego grafiku, wcisnal mnie na wizyte tydzien pozniej, zeby upewnic sie, co sie dzieje.
Wyszlam stamtad z placzem. Ja wiedzialam, co sie dzieje. Tak jak czulam, ze jestem w ciazy, tak tym razem natychmiast wiedzialam, ze tego dziecka nie bedzie.

Tydzien pozniej wrocilam juz tylko po wyrok. Zarodek zatrzymal sie w rozwoju w 6 tygodniu. Nawet nie wiem czy serce choc raz mu zabilo... A koszmar trwal nadal, bowiem moje cialo uparcie trzymalo sie tej ciazy - nie ciazy. Nadal bolaly piersi, nadal nie smakowala mi kawa. Nawet nie plamilam. Lekarz odradzal zabieg, przepisal tabletki, zebym mogla przejsc poronienie na spokojnie, w domu. Szczescie w nieszczesciu, nastepny tydzien bralam wolny ze wzgledu na ferie zimowe w przedszkolu Bi, nie musialam martwic sie wiec o tlumaczenie w pracy, dlaczego potrzebuje nagle urlopu.

Tego co przeszlam fizycznie, nie bede Wam szczegolowo opisywac. Jestem jednak wdzieczna lekarzowi, ze wraz ze srodkami poronnymi, przepisal silne tabletki przeciwbolowe. Bez nich, przez pierwsze kilka dni, nie bylabym w stanie wstac z lozka. A "oczyszczalam sie" (co za paskudne wyrazenie) w sumie 5 (tak: piec!) tygodni...

Poniewaz nie zdecydowalam sie na zabieg, nigdy nie dowiem sie napewno, co bylo przyczyna. Lekarz wspomnial, ze powodem mogl byc moj wiek i to, ze komorki jajowe juz nie sa takiej jakosci, jak u mlodki. Moze... W koncu w ciaze z Nikiem zaszlam cale 4 lata wczesniej.

Fizycznie w koncu doszlam do siebie. Gorzej z psychika. Sprawy nie ulatwil fakt, ze dwa dni po feralnej wizycie u lekarza, kolezanka z pracy oglosila radosna nowine... Moj termin porodu wypadalby 1.5 miesiaca po jej. Ona urodzila nieco wczesniej i obecnie cieszy sie niemal 2-miesieczna coreczka. Ja rodzilabym lada dzien...

Musze o tym zapomniec... Na codzien udaje mi sie calkiem niezle. Pomagaja oczywiscie Potworki, skutecznie zapelniajace moje mysli i rece. Wole nie wyobrazac sobie, jak przezylabym to wszystko, gdyby byla to moja pierwsza ciaza... W codziennym zabieganiu, szczegolnie teraz przy (przed)szkolnych stresach, chwilami zupelnie o tym zapominam. Jednak kazde ogloszenie ciazy wsrod znajomych (cale szczescie, ze mam ich tak niewielu) oraz na czytanych blogach (a tu z kolei ostatnio jakas ciazowa epidemia...) powoduje uklucie zalu, ze trzeciego Potworka nie bedzie... Przynajmniej nie w najblizszym czasie...

Nadal nie potrafie o tym mowic.
Pisac tez nie. Splakalam sie jak bobr...

środa, 7 września 2016

Z serii: w tym domu sie gada + szkola + weekendowe atrakcje = tasiemiec :)

Zaczne od gadul. Najmlodszy daje czadu. Nawet panie w przedszkolu, majace z nim do czynienia raptem tydzien, wczoraj, po moim pytaniu o delikwenta, odpowiedzialy, ze "jakis cichy dzis byl". Znaczy, ze niewiele mowil. Czy napewno jest zdrowy? ;)


***

Nik pokazujac na 3-osobowa rodzinke, z mamusia o poteznych (delikatnie mowiac) gabarytach:
"A cemu oni tam wsyscy siedza z ta gluba baba?"

No fakt, ze na takiej laweczce nasza czworka siedziala calkiem swobodnie, natomiast tamta trojka byla mocno scisnieta. W takich chwilach jednak, ciesze sie, ze Potworki mowia nadal glownie po polsku. :D


***

Tata reperuje pekniecia w asfalcie. Poleca Bi, zeby uwazala i nie stawala na miejsca ze swiezym asfaltem. Po chwili zauwaza, ze podeszwa sandala corki, ma czarna plame.
M.: "Bi, dlaczego stanelas na to miejsce, skoro wyraznie powiedzialem ci, zebys uwazala?!"
Bi: "Ale tato, ja jestem tylko dzieckiem..."

Juz podsluchala kiedy ja lub M. strofowalismy siebie nawzajem, zeby za duzo od Potworkow nie wymagac, bo to sa "tylko dzieci". ;)


***

Odbieram Nika z przedszkola.
"Mamo, bawilismy sie w instruction!"
"Instruction?" - jakam sie troche zdezorientowana.
"Taaak! Budowalismy dloge"
"Aaaa... Construction!"


***

Wychodzac z przedszkola, pytam Nika czy powie ladnie pani do widzenia.
Nik: "Bye Miss Teacher!"

Dla jasnosci. Nauczycielka Kokusia to Miss Ferri. Ale coz, tytul zobowiazuje. :)


***

Sobota. Nik przylazi rano do matki, wylegujacej sie jeszcze w lozku. Przytulamy sie, laskoczemy, az moj syn pyta, zaskoczony:
"Mama, nie jestes zla?"
Matka (rownie zaskoczona): "Nieee... A dlaczego mam byc zla?"
Nik (nie ustepuje): "Psecies ty zawse jestes zla!"
No pieknie... Moj syn robi ze mnie jakas wredna zolze... ;)
Matka: "No cos ty, nie jestem zawsze zla..."
Nik (uparcie): "Jestes. Zawsze jestes zla, jak cie budze..."

No tak. Matka to spioch. Po pobudce, najlepiej sie do mnie nie odzywac przynajmniej przez pol godziny. ;)


***

Nik, opowiada co robil w przedszkolu:
"Pani splawdzala cy umiem napisac Nicholas, ale niewiele z tego wyslo"

Nie ma to, jak byc szczerym ze samym soba. ;)


***

Nik codziennie znosi do domu stosy obrazkow narysowanych przez panie. Pytam wiec syna, kiedy sam mi cos narysuje?
Nik: "Jesce nie wiem. Musem tloche podlosnac."


***

Na froncie przedszkolno - szkolnym nadal przezywamy wzloty oraz upadki. ;)

Tak jak przypuszczalam, dlugi weekend wplynal kiepsko, ale tylko na Kokusia. Wczorajszego poranka, ryczal, ze nie chce do przedszkola juz w aucie... :/ Szlochajac wszedl do przedszkola, placzacego wprowadzilam go do sali i tak tez musialam go zostawic. Przez okno widzialam tylko pozniej, jak pani wyciera mu chusteczkami lezki (i zapewne smarki ;P)... :(
Bi za to zostala bez problemu. Usiadla przy stoliku, wyciagnela platki oraz mleko i zabrala sie za szykowanie sobie sniadania.

Dzisiaj, spodziewalam sie wiec kolejnych protestow ze strony syna. Tymczasem to Bi tulila sie do mnie zdecydowanie za dlugo, marudzac, ze nie chce zostac w szkole, tylko jechac ze mna... :/ W koncu jednak zostala. Bez placzu, chociaz tez bez radosci...
A Nik?
Ten zaskoczyl mnie kompletnie! Wczoraj po odebraniu, wspomnial cos, ze:
"A jutlo jus nie bendem plakal!".
Przytaknelam mu, w myslach dodajac, ze tak tak, pozyjemy, zobaczymy... Tymczasem, nie wiem jakim cudem, ale Nik dotrzymal slowa! Nie wygladal moze na zbyt szczesliwego, czy nawet zadowolonego, ale dzis rano nie uronil ani lezki!

Chwilowo jestem wiec calkiem dumna z obojga (w koncu mamy dopiero poczatek drugiego tygodnia roku szkolnego, a oni adaptuja sie calkiem niezle), chociaz odetchne z ulga dopiero, jesli dobra passa potrwa do konca tygodnia i po weekendzie tez sie nic sie nie zmieni...

Tymczasem, dzis wieczorem wybieram sie na spotkanie w szkole Bi, na temat programu nauczania. Najpierw osobno kazda klasa z nauczycielem, a nastepnie odbedzie sie prezentacja dla wszystkich klas w stolowce (swietlicy? :D). W zasadzie program nauczania mam w dosc glebokim powazaniu, bo Bi jest w zerowce, a (przynajmniej tutaj) to nadal glownie zabawa. Wszystko, czego sie ucza, jest w formie gier, wierszykow, obrazkow do kolorowania, itd. I chociaz wiem, ze oczekuje sie, ze na koniec roku szkolnego, dzieci beda zaczynaly czytac proste teksty, to jesli Bi sie "wylamie" i czytac sie nadal nie nauczy, absolutnie nie bede panikowac... Na spotkanie ide glownie po to, zeby zamienic kilka slow z wychowawczynia corki, bo ze wzgledu na godziny pracy, kompletnie sie z nia rozmijam. Ciekawa jestem jednak, jak Starsza radzi sobie w grupie oraz czy nauczycielka zauwaza jakies braki w jej angielskim. Oczekiwalam bowiem, ze na poczatku roku, przeprowadza z Bi testy, zeby sprawdzic jej znajomosc jezyka i w razie czego, zapewnia jej dodatkowe zajecia z ESL (English as a Second Language). Nic takiego sie jednak nie wydarzylo (a przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo). Przekonalam sie juz jednak, ze w tej szkole o wszystko trzeba sie dopytac, wiec moze to ja, jako rodzic musze zglosic, ze chce zeby moje dziecko podeszlo do takowych testow? Nie wiem, ale sie dowiem. ;)

Poza tym, szkola zaczela sie na dobre, ale pomiedzy pracowitymi dniami w srodku tygodnia, sa krotkie przerywniki na oddech, zwane weekendami. ;) A te mamy ostatnio, moze nie intensywne, ale staramy sie, zeby byly choc troche interesujace. A czasem ktos postara sie o atrakcje dla Potworkow za nas, tak jak w poprzedni weekend, kiedy znienacka (no, prawie) wyladowalismy na przyjeciu urodzinowym. Mimo, ze zaproszenie dostalismy na ostatnia chwile, zdecydowalam, ze idziemy i nie zalowalam. Miejsce, do ktorego trafilismy, jest nowiutkie. Nigdy wczesniej o nim nie slyszalam.


Oczywiscie, wiekszosc to typowe dmuchance, wieksze i mniejsze, ale bylo tam tez kilka atrakcji dla nieco starszych dzieci (z ktorych skwapliwie korzystali rowniez dorosli ;P). Basen z piankowymi kwadratami to fajna sprawa, ale akurat nie dla doroslych. Wlazlam tam, sama juz nie pamietam po co, za Kokusiem i utknelam! :D Niemal 60 kg, to jednak sporo, zeby wygramolic sie z zapadajacych sie pianek. Czulam sie, jakbym uwiezla w bagienku. ;)



Najciekawsza dla starszych dzieci, okazala sie jednak skocznia oraz zjezdzalnia, z ktorych wpadalo sie na miekkie i zapadajace sie gabki, pokryte plachta (strasznie zaluje, ze nie mam zdjecia). Bi musialam pomagac sie stamtad wygramolic, natomiast Nik utykal kompletnie i wolal o ratunek. Co nie przeszkadzalo mu, po wyciagnieciu, gramolic sie na skocznie kolejny raz. ;)
W kazdym razie, przyjecie zaliczam na plus, a ze udalo mi sie przy okazji w koncu pogadac z kumpela i umowic na spotkanie w srodku tygodnia (zaliczone!), to plus nawet podwojny. ;)

Miniony weekend, jak juz wspominalam, mielismy dluzszy, 3-dniowy. Mialam wielka nadzieje na ostatnie w tym sezonie plazowanie, ale pogoda, niezmiennie od kilku lat, wlasnie na te kilka dni, robi psikusa. Z trzech dni, w dwa mialo padac. Koniec koncow wszystko przesuwalo sie i zmienialo w takim tempie, ze nie dalo sie niczego zaplanowac. I wlasciwie bylo wiecej slonca niz chmur, a deszcz nie spadl w ogole! ;) Bylo jednak na tyle chlodno (dobra, cieplo, ale nie upalnie :D), ze z plazy zrezygnowalismy.
Co jednak robic z wieksza iloscia czasu, zeby czlowiek nie czul, ze zmarnowal dlugi weekend? Juz od dawna chodzilo za mna odwiedzenie miejsca w sasiednim Stanie, okolo godziny od nas, zwanego Konserwatorium Motyli. Czyli po prostu sporego pomieszczenia, gdzie motyle z calego swiata lataja sobie swobodnie, a ludzie sobie miedzy nimi spaceruja lub siadaja na laweczkach i pozwalaja owadom na sobie usiasc. Potworki mialy tego lata faze na motyle, ganialy je po calym ogrodzie, probujac przekonac niesforne insekty, zeby usiadly im na dlonie (jakos zaden nie chcial ;P), wiec pomyslalam, ze moze im sie spodobac. A ze pogoda nadal straszyla deszczem, wiec pojechalismy.

Ogolnie wrazenia mam pozytywne, chociaz miejsce jest duzo mniejsze niz sie spodziewalam. Jedna z pracownic powiedziala jednak, ze lata tam okolo 4 tys. motyli i rzeczywiscie otaczaly nas ze wszystkich stron. Duze, male, pomaranczowe, niebieskie, przezroczyste, roznokolorowe, do wyboru, do koloru. W tle leciala relaksacyjna muzyka przypominajaca mi cos odpowiedniego do jogi badz medytacji i zapewne spedzilibysmy tam sympatyczna, spokojna godzine, gdyby nie Potworki...
A rozeszlo sie o to, ze motylki siadaly na mame i tate, natomiast na dzieci nie chcialy i koniec. Co sie jednak dziwic, skoro Potworki caly czas sie ruszaly. Bi ma dlugie wlosy i machala kitka na wszystkie strony, a Nik w ogole nie usiadl spokojnie ani na 5 sekund. Co do rodzicow, to nawet nie musieli sie starac, a zostawali obsiadani ze wszystkich stron.


Matka ma nawet fote (niestety na mezowskim telefonie), gdzie motyl siedzi jej na okularach i za cholere nie daje sie zdmuchnac. :D Ktos mi kiedys powiedzial, ze jesli usiadzie na tobie motyl, to odlatujac zabierze ze soba wszystkie smutki. Po zeszlej sobocie nie powinnam sie chyba smucic przez kolejnych kilka lat, bo motylki pozabieraly zgryzot na zapas. ;)



Niestety, nie pomagalo, ze owady pozwalaly dzieciom ogladac je z tak bliska, ze prawie dotykaly je nosami.


Nie chcialy na Potworki usiasc, wiec Bi oraz Nik marudzili, jeczeli, w koncu oboje otwarcie sie rozplakali (a uparcie odmawiali usiadniecia bez ruchu) i uznalismy z M., ze czas na ewakuacje.

Ewakuacja, tiaaa... Wyjscie prowadzilo obowiazkowo przez sklep z pamiatkami, gdzie Potwory urzadzily taka scene, ze wszyscy ludzie sie za nami ogladali. ;) Ryczaly, tupaly nogami, Bi wyla, ze ona musi, koniecznie musi kupic cos, co bedzie jej przypominac o motylkach. Uch... Bardzo niepedagogicznie, ale w koncu machnelismy reka, ze dobra, niech sobie wybiora po jednej rzeczy. Po czym spedzilismy w cholernym sklepie kolejne 20 min., bo Potwory nie mogly sie zdecydowac, czy wola maskotke, magnes, kolorowanke, gumowego robala, sprezynke, czy cos innego z setek dupereli. :( Koniec koncow, kazde wzielo po pieczatce z... rybka. To tyle z przypominania im o motylkach. Nie musze chyba tez dodawac, ze po powrocie do domu, pieczatki zostaly rzucone w pudlo z zabawkami i tyle je widzielismy? ;)

W kazdym razie, kiedy w koncu stamtad wyszlismy, M. wysyczal tylko, ze taka nagrode dostaje sie za probe sprawienia dzieciom frajdy. Pozostalo mi, jak raz, w pelni zgodzic sie z malzonkiem. ;) Z tego wszystkiego, nie zatrzymalismy sie w "Yankee Vilage", ktora mielismy po drodze do autostrady. Cala ta "wioska" to tak naprawde kompleks budyneczkow ze sklepami ze slynnymi swieczkami, pamiatkami (tylko nie to!) oraz dekoracjami. Podobno caly rok maja tam ruszajace sie, oswietlone wystawy i myslalam, ze moga sie one spodobac Potworkom, ale po cyrku, ktory odstawili w motylarni, mruknelam tylko do M., zeby nigdzie sie juz nie zatrzymywal. Spadamy do domu, odpoczac po "relaksie" z dziecmi u boku. ;)

Po takiej sobocie, w niedziele sily starczylo nam tylko na cotygodniowa wyprawe do kosciola, a pozniej na zakupy spozywcze... Dobrze, ze po poludniu przyjechal dziadek, zeby poratowac nieco humor wnuczat. ;)

Pozostal jeszcze poniedzialek. Wstalismy w chlodny, pochmurny ranek i trzeba bylo zrobic cos z dzieciarnia, doslownie odbijajaca sie od scian z nadmiaru energii. ;) Pogoda nadal straszyla deszczem, a ze mielismy znizkowe kupony na zabawe w jednym z "dmuchancowych" miejsc, w ktorym organizuje sie przyjecia urodzinowe, postanowilismy je wiec wykorzystac. Po dojechaniu na miejsce, okazalo sie oczywiscie, ze poniewaz bylo to swieto, kupony sa w ten dzien niewazne. ;) Trudno, Potworki szczesliwe rzucily sie w wir zabawy, a my klapnelismy na laweczkach, siorbiac poranna kawe. ;) Spedzilismy tam niemal cale dwie godziny, a Potwory nadal nie mialy dosyc! Ok, Bi przychodzila sie napic troche czesciej niz na poczatku, ale Nik, pomimo wlosow przyklejonych od potu do czola, nadal podskakiwal niczym mala, kauczukowa pileczka, w oczekiwaniu na swoja kolej na zjazd. Po takim jednak czasie, w szumie dmuchncow, muzyce w tle oraz wrzaskach i piskach dzieciarni, matka oraz ojciec nabawili sie potwornego bolu glowy. ;) Niestety, rozkaz wymarszu, skonczyl sie niczym innym, tylko rykiem Kokusia. Mlodszy, wymordowany, glodny, a przy tym odczuwajacy juz pore drzemki, dal popis swoich mozliwosci wokalnych. ;) Kolejne wspaniale wyjscie z dziecmi... Dobrze, ze tym razem chociaz Bi zachowala sie poprawnie.

A masochistyczni rodzice, zabrali jeszcze dzieci tego samego popoludnia na lody, prawdopodobnie ostatnie w tym sezonie. Musze jednak przyznac, ze przynajmniej tym razem, obylo sie bez scen, chociaz Nik musial podniesc nam cisnienie, uparcie grzebiac w nieuzywanych donicach, pelnych petow oraz innego syfu... :/

Tak z grubsza wygladaja weekendy z Potworami. Czy ktos sie teraz dziwi, ze w poniedzialek (no, w tym tygodniu we wtorek) pedze do pracy jak na skrzydlach? ;)

piątek, 2 września 2016

Dzien Piaty: wzloty i upadki

Ufff... Dobrnelismy do piatku... Co za szczescie, ze jeszcze 8 godzin (no, wlasciwie to juz tylko 2!) i bedziemy miec 3 dni na regeneracje oraz zebranie sil na kolejny tydzien stresu. ;)

Nik rano bez zmian. A wlasciwie to zmiana jest tyle, ze na gorsze, o! Synek moj "malutki", zaczal bowiem plakac jeszcze w domu, zanim nawet zaczelismy sie szykowac do wyjscia! :O I tak mu juz niestety zostalo. Poplakiwal w domu, poplakiwal w drodze, poplakiwal idac przez parking, a po wejsciu do sali juz rozryczal sie na dobre... :( I takiego, szlochajacego, musialam go niestety zostawic...

Czuje sie zreszta troche jak wyrodna matka, bo placz Nika nie rusza mnie juz tak, jak rok temu wycie Bi. W zeszlym roku, nieraz mialam ochote rozplakac sie razem z corka... Pare razy malo mi brakowalo. ;) Teraz jednak znam przedszkole, znam panie, wiem ze Kokus jest w dobrych rekach i jestem pewna, ze z czasem pokocha przedszkole tak, jak siostra. Musi tylko przyzwyczaic sie do nowej sytuacji. Wprowadzam wiec syna do salki, podpisuje liste, podprowadzam Nika do okna, po czym jak wzorowa (czy tez wyrodna) matka, caluje w czolko i predko, ciagnac Bi za reke, wychodze. ;)

Dzisiaj rano za to, zaskoczyla mnie (negatywnie) Bi! Po wczorajszym, spokojnym pozegnaniu, dzis znow sie do mnie kleila, domagala kilku(nastu) buziakow, przytulasow, przybijania piatek, itd. Ewidentnie miala problem z rozstaniem, lzy w oczach i buzie w podkowke... Zupelnie sie tego nie spodziewalam po czwartkowym przelomie! :/

Coz, zwale to na piatek i zmeczenie materialu... :D

A o 11 rano, otrzymalam telefon z przedszkola. Az mi serce stanelo, bo wyobrazilam sobie tysiace wypadkow i przypadkow, ktore mogly spotkac mego syna. Ewentualnie widzialam go juz z naglym atakiem goraczki, ktorej rano nie mial, ale wiadomo jak to jest z dziecmi...

Coz... Jak zwykle zagalopowalam sie nieco w matczynej wyobrazni... Nic takiego sie nie stalo... Po prostu Kokusio zrobil dwojeczke. W gacie... :/ Tak, tak, moj prawie 4-latek! Noszzzz... W kazdym razie panie zawrocily mi gitare pytaniem, czy chce jego majteczki oraz spodenki wziac do wyprania, czy maja je wyrzucic. Podobno byly w paskudnym stanie... Nie wiem, usiadl na tym czy co? :/ Bleee...

czwartek, 1 września 2016

Dzien Czwarty: polowa kryzysu za nami?

Niemozliwe, jak szybko zmienia sie sytuacja w tym tygodniu! Normalnie zyciowo - szkolny kalejdoskop! ;)

Dzis rano, na froncie przedszkolnym bez zmian. W drodze z parkingu jeszcze udalo mi sie Kokusia zagadac, wiec nie szlochal mi cala droge. Pomogla lekka mzawka i parasol z "Tomkiem". :)
Niestety, po wejsciu do budynku, Nik wybuchl regularnym placzem i tak mu juz zostalo... :( Na szczescie, pozwolil sie postawic pod oknem, z ktorego z zalozenia ma mi pomachac. W praktyce macham i przesylam caluski ja, a dziecko patrzy i ryczy... :/ Stal tam biedaczek grzecznie, bez biegniecia za mna i wyrywania sie paniom...

Nastepnie przyszla kolej Bi. Po drodze z przedszkola do auta, spytalam (bez wiekszej nadziei) czy moze chociaz ona nie bedzie dzis plakac? Na to moje dziecko, ze "jeszcze sie zastanowi". :D

Podjechalysmy jednak pod szkole, zaprowadzilam ja do stolowki swietlicy, podprowadzilam do malej Alexandry, a moje dziecko spokojnie oswiadczylo, ze chce porysowac. I zostalo, bez wrzaskow i placzu, ha!

Oby juz chociaz jej tak pozostalo, bo Nik poplacze pewnie jeszcze jakis czas... :/


Po poludniu, w przedszkolu panie zdaly relacje, ze Kokus szybko przestal rano plakac i przez reszte dnia zachowywal sie juz wzorowo. A na tablicy zawisl nawet jego rysunek - glowonog! Jestem w szoku, bo w domu nikowe obrazki to tylko kilka kleksow albo kresek. Nic konkretnego. A po 4 dniach w przedszkolu prosze - moj syn potrafi narysowac autoportret! :O

Bi rowniez odebralam ze szkoly z usmiechem na buzi. Ktory zreszta szybko zostal zastapiony fochem, kiedy odmowilam pojscia na plac zabaw. ;) No serio, pierwszy dzien w pracy po kilkudniowej przerwie przyplacilam bolem glowy i piekacymi oczami... Nie ma mowy, zebym jeszcze miala sluchac wrzaskow kilkudziesieciu wiekszych i mniejszych potworow. :D

Jutro ostatni dzien pierwszego tygodnia. A potem czeka nas 3-dniowy weekend, juhuuu!!! Ktory Nikowi zapewne wcale nie wyjdzie na dobre. :/ Ale tym bede sie juz martwic we wtorek. ;)