poniedziałek, 9 stycznia 2017

Skok w Nowy Rok zaczniemy od serii: w tym domu sie gada!

Tak, wiem, ze mamy juz 9 styczen i leci drugi tydzien Nowego Roku...

Z drugiej strony, karnawal w sumie dopiero sie zaczal (a dlugi on w tym roku, dluugi), wiec teoretycznie okres noworoczny trwa. ;)

Powod mojej nieobecnosci jest bardzo prozaiczny i przewidywany. Po swiatecznym lenistwie i dwoch dlugich weekendach pod rzad, w pracy zaczal sie Armagedon. Po prostu chwilami nie wiem jak sie nazywam i gubie sie w tym co mam zrobic na dzis, a co mialo byc "na wczoraj". Wlasciwie to wydaje sie, ze wszystko jest na wczoraj.. I dzisiaj tez wrzuce Wam tylko ulubiona serie, ktora kompletuje juz od okresu przedswiatecznego, oraz szybki skrot tego, co slychac. I pewnie odezwe sie dopiero gdzies w przyszlym tygodniu... :/

No to lecimy z koksem:

Nik (zainspirowany bajka "Shimmer and Shine"):
"Mama, zlobis mi magic carpet?"

Taaa, jasne, co to dla mnie... ;)


***

Po dwudniowej kuracji w domu spowodowanej gruzliczym kaszlem, oznajmiam Nikowi, ze nastepnego dnia idzie juz do przedszkola.
Nik: "Nie chce do pseckola!" (oho, zaczyna sie...)
Mama: "Cos Ty, nie tesknisz za swoimi kolegami?"
Nik: "Nie!"
Matka: "No trudno. Mama musi wracac do pracy, wiec Ty idziesz do przedszkola..."
Kokus mysli. Doslownie widze, jak trybiki w mozgu mu sie przesuwaja... W koncu:
Nik: "Ale tam mnie wypusca na dwol!"

Juz, skubany, podsluchal moja dyskusje z M. na temat wyslania dziecka do przedszkola i potencjalnego "doprawienia". ;)


***

Nik ryczy, ze chce isc na dwor, pobawic sie na sniegu.
Matka: "Nie mozesz kochanie, wiesz przeciez, ze masz chore uszko."
Nik: "Ale ja je zaklyje capkom!"
Matka (szuka poparcia w wyzszej instancji): "Nie synus, pamietasz, pan doktor powiedzial, ze dwa dni musisz zostac w domu."
Nik: "Ale tutaj nie ma pana doktola, ani zadnej pani doktol i mnie nie widza, wiec mogem isc!"

Aha. Jak kota nie ma, to myszy harcuja. Powiedzcie mi, kto uczy te dzieci cwaniakowac w tak mlodym wieku???


***

Nik wparowuje do lazienki kiedy akurat wyszlam spod prysznica i smaruje sie balsamem. Pytam czy musi wlazic tu akurat teraz? Na to Nik zupelnie niezrazony:
"Musialem splawdzic, cy jestes juz skoncona!"

Koniec ze mna! :D


***

Do ponizszego dialogu, musze dodac krotkie wytlumaczenie.
Otoz, kilka dni przed Swietami, Nik zaczal twierdzic, ze Mikolaj przyniesie mu koparke. Poniewaz wczesniej nic o koparce nie wspominal, a wszystkie prezenty zostaly dawno zakupione, zignorowalismy to.
Kilka dni po Swietach, Nik wstaje rano, wchodzi do salonu i zaczyna plakac. Biore synka na rece i dopytuje, co sie stalo. Musialo mu sie cos przysnic, bowiem wywiazal sie taki oto dialog:

Nik: "Bo Mikolaj psyniosl mi wielka kopalke i stala, o tam (pokazuje choinke), a telas jej nie ma!"
Matka: "Kochanie, Mikolaj nie przyniosl ci zadnej koparki..."
Nik (uparcie): "Ale ktos mi psyniosl wielka kopalke! Gdzie ona jest? Schowalas ja do piwnicy?"
Po czym wyrywa mi sie i leci w strone drzwi do rzeczonej piwnicy...
Tlumacze, ze musial miec sen o koparce i ani Mikolaj, ani nikt inny, napewno mu zadnej nie przyniosl...

Nik nadal szlocha mi w ramie, wiec zeby go troszke pocieszyc mowie, ze mozemy napisac list do Zajaczka Wielkanocnego i poprosic, zeby przyniosl mu koparke. Jesli jednak myslalam, ze uspokoi to synka, to sie pomylilam. Nik jest, po ojcu, realista mocno trzymajacym sie ziemi... ;)
Nik: "Ale klolicek jest za maly i nie da lady psyniesc mi takiej wielkiej kopaly!"


***

W naszym kosciele, wszyscy czlonkowie parafi otrzymuja imienne (i podatowane) koperty, do ktorych maja wkladac w odpowiednich dniach pieniazki przeznaczone na kolekte. Te koperty zbieraja panowie podczas mszy. Przy specjalnych okazjach, sa one czesto przyozdobione pieknymi rysunkami. Na Boze Narodzenie np., koperta otrzymala wizerunek Matki Boskiej i Dzieciatka.
Potworki, po wrzuceniu rzeczonej do koszyka, zawolaly na pol kosciola:
"Papa, Maryjo i Jezusku!!!"

Pomachali rowniez... ;)


***

W naszym kosciele, byl oczywiscie i zlobek, ktory Potworki po kazdej mszy musialy od nowa obejrzec.
Patrzac na niezbyt udana statuetke osiolka:
"Patrz, tam jest wolf!"

Musze oddac im sprawiedliwosc, ze ten osiol naprawde przypominal wilka. ;)


***

Nik przyniosl z przedszkola czerwona kokarde z papieru, posypana przy brzegach zielonym brokatem.
Mama: "A z jakiej to okazji?"
Nik (zdziwiony): "Z takiego red paper i takich sparklies"

Tosmy sie dogadali. :)


***

Co poza tym?

W kilku komentarzach wspominalam juz, ze tradycji stalo sie zadosc i Sylwestra spedzilismy w domu. ;) W dodatku, mimo, ze pod wspolnym dachem, spedzilismy go wlasciwie osobno. Malzonek moj, usilowal przykleic cos jakby specjalna gume, na czesc zderzaka ze swojego auta. Jak przystalo na mojego M. nie mogl zaakceptowac, ze mu nie wychodzi i dopiero przed sama polnoca przyznal sie do porazki. Za to humor spaczyl mu sie podwojnie: ze sie nie udalo i ze spedzil ostatni dzien Starego Roku walczac ze zderzakiem. Coz, tez bym sie pewnie wsciekla. ;)
Ja zas wczesniej wypilam kieliszeczek nalewki wisniowej z moim tata, ktory przyjechal zobaczyc sie z nami chociaz na chwilke w Sylwestra, wiec nastroj mialam dosc obojetny do mezowskich wybrykow. Podczas kiedy M. rzucal pod nosem lacina podworkowa, ja pilam kawe za kawa i skakalam po kanalach w tv. Nie bylo najgorzej. ;)
Poszlam spac zaraz po polnocy. M. mocowal sie ze zderzakiem do 2 nad ranem. Z tego co mi powiedzial, w koncu pomalowal problematyczna czesc czarna farba w spray'u. ;)

Za to Nowy Rok zaczal sie calkiem przyjemnie. Malzon, skruszony (ubzdural sobie, ze zepsul mi Sylwestra, chociaz razem tez bysmy pewnie siedzieli przed tv, wiec na jedno wyszlo) potulny byl jak baranek. Mielismy wolny rowniez poniedzialek, wiec pierwsze dwa dni Nowego Roku spedzilismy leniwie, rodzinnie, grajac z Potworkami w gry i generalnie lekko sie nudzac. Az do pracy chcialo sie wracac... ;) Mowia, ze jaki Nowy Rok, taki caly rok i oby sie sprawdzilo. Troche spokoju byloby bardzo mile widziane...

Spokoju psychiczno - emocjonalnego oczywiscie, bo np. miniony weekend byl calkiem aktywny, ale fizycznie, pozytywnie. :)

W sobote spadlo nam troche sniegu. To co pojawilo sie w polowie grudnia dawno stopnialo, wiec Potworki byly wniebowziete. Szczegolnie, ze Nik w koncu pozbyl sie upierdliwego kaszlu oraz nawracajacego kataru (odpukac!), wiec mogli poszalec oboje. Co prawda temperature mielismy okolo -4, wiec nie bardzo mialam ochote ruszac tylka z domu, ale jak moglabym odmowic Potworkom? Szczegolnie, ze zime mamy bardzo kaprysna i np. w czwartek (TEN czwartek!) ma byc +12! :O


(W tle przykryta na zime przyczepka, czekajaca na lepsza pogode :D)

Przezornie nalalam sobie goracej kawy do styropianowego kubka, a po jej wystygnieciu zdecydowalam sie zrobic przysluge mezowi i odsniezyc taras, ale w koncu, na rozgrzewke, zostalo mi juz tylko dreptanie po ogrodzie. I rzucanie kijka siersciuchowi, ktory niezmordowanie ryl pyskiem w sniegu. ;)


Do odsniezania tarasu natychmiast znalazla sie dwojka pomocnikow:


(Dobrze widzicie - miotla tez sie nada! :D)


(Bi chwycila "wlasciwy" sprzet)

(A Nik przypomnial sobie o wlasnej lopatce)

Po niemal godzinie zabawy, kiedy zarzadzilam odwrot w domowe pielesze, spotkalam sie oczywiscie z ostrym protestem. Bi polozyla sie na sniegu w gescie buntu i oznajmila, ze ona sie nigdzie nie wybiera. ;)


Wczoraj, zaraz po powrocie z kosciola, wpadlam tylko do domu, wysiusialam siebie oraz starsze dziecko, po czym chwycilam kluczyki, torbe z prezentem i popedzilam z Bi na urodziny jej kolegi z klasy. Przyjecie odbylo sie w bardzo fajnym miejscu, pelnym trampolin. Szkoda, ze wszystkie zdjecia, wyszly tak:


Jedyne co mi sie nie podobalo, to panujacy tam chaos. Przyzwyczailam sie chyba do tego, ze sale zabaw sa zamykane na czas przyjec dla osob z zewnatrz. Tutaj byly dwa przyjecia, plus niezliczona liczba przypadkowych dzieci oraz doroslych. Ciezko bylo sie polapac kto jest z kim...

Po powrocie z przyjecia, okazalo sie, ze nadgorliwy tatus, polozyl syna spac pol godziny wczesniej niz zwykle. A ja planowalam (tylko nie podzielilam sie "planami" z mezem...) zabrac Potworki po obiedzie na sanki! Z racji, ze Nik spal jak zabity i nie zapowiadalo sie, zeby mial wkrotce wstac, posiedzialm, wypilam kawe (wlasnie stwierdzilam, ze w kazdym akapicie "pije" kawe; to juz chyba nalog :D) i zabralam sama Bi. Najblizsza gorka jest za szkola Starszej, na jej "szczycie" miesci sie plac zabaw oraz boisko i z racji otwartego terenu niemozliwie tam wieje. Juz temperatura na termomentrze wskazywala -7, ale przy wietrze, odczuwalna oscylowala pewnie wokol -15. No strasznie zimno bylo! Jakis tatus, ktory rowniez przyjechal na sanki z corka, po okolo 15 minutach schronil sie w aucie, zostawiajac dziecko (na szczescie sporo starsze niz Bi) na gorce same. Ja wymieklam po okolo pol godzinie. Niestety, Bi nie - na haslo, ze czas wracac, rozpoczela negocjacje pt. "A ile razy jeszcze moge zjechac?". Stanelo na pieciu, liczylam skrupulatnie i nie pozwolilam na ani jeden zjazd wiecej. ;) W kazdym razie, dziecko bawilo sie przednio, o czym niech zaswiadczy to zdjecie:



A w nastepna niedziele, wyprawiamy w koncu urodziny Nika! Pomiedzy znajomymi, a przedszkolakami, przybycie potwierdzilo 13 (!) dzieci, wiec bedzie spora gromadka. Oczywiscie 6 delikwentow (mam na mysli rodzicow) sie nie odezwalo i niewiadomo czy beda czy nie... :/ Na wszelki wypadek bede musiala przygotowac zapasowe "goodie bags"...

Intensywny ten styczen jak narazie, ale moze druga polowa okaze sie spokojniejsza... :)

piątek, 30 grudnia 2016

Zegnamy rok 2016

Nie wiem jak Wy, ale ja zegnam go bez zalu...

To zdecydowanie nie byl dobry rok.
Jak napisalam jakis czas temu na jednym z blogow, nigdy nie porownam straty wczesnej ciazy, do utraty kogos, kogo zna sie juz i kocha, nigdy. Wedlug moich wlasnych kryteriow, nie zdarzyla sie wiec zadna tragedia...

Mimo wszystko jednak, strata ciazy na samym poczatku roku, polozyla sie cieniem na reszte miesiecy. Caly rok to nie tylko ciaza i jej strata. Nie powiem, bylo w nim wiele milych chwil. Nie zmienilo to jednak faktu, ze caly 2016 naznaczony byl smutkiem i co chwila wracalo przeswiadczenie, ze nie tak mial on wygladac. Mialo byc przeciez zupelnie inaczej. Nie mielismy jechac na zadne wakacje, bo nie podrozuje sie 18 godzin w zaawansowanej ciazy. Poczatek roku szkolnego Potworkow mialam przywitac z ogromnym brzuchem i opuchnietymi nogami. A jesien spedzic pielegnujac noworodka i odwozac i przywozac starsze dzieci ze szkoly i przedszkola...

Do tego dochodzi malo stabilna sytuacja w pracy, rowniez nie napawajaca optymizmem... Sygnaly z organizmu, ze i ze zdrowiem nie dzieje sie tak, jak powinno...

Pamietam z jaka nadzieja wkraczalam w 2016. Koncowka 2015 tez byla kiepska i z utesknieniem wyczekiwalam kolejnego roku. Nowego poczatku. Mialam tez chyba przeczucie, ze jestem w ciazy, choc wtedy nie moglam o tym jeszcze wiedziec. A jednak cos czulam i to chyba napawalo mnie takim pozytywnym nastawieniem...

A co czuje myslac o 2017?  

Strach.

Boje sie, zeby nie okazal sie jeszcze gorszy niz minione 12 miesiecy. Wiem, ze zawsze moze byc gorzej... I bardzo sie tego obawiam. Niczego sobie w roku 2017 nie obiecuje, nie mam zadnych postanowien, a cel tylko jeden: brac kazdy dzien z osobna i w miare mozliwosci cieszyc sie nim. Nie wybiegam mysla w przyszlosc, bo sie jej zwyczajnie boje...

Przepraszam, ze nie mam dla Was bardziej optymistycznego posta na zakonczenie Starego Roku. Nie pisze wesolego podsumowania ani nie snuje planow... Nie mam na to energii ani nastroju...



Wam Kochane, zycze wiec Wspanialego Nowego Roku!


A sama patrze w przyszlosc z niepokojem...

środa, 28 grudnia 2016

Ze co?! Juz po?!

Ech, no ja sie tak nie bawie! Trzy dni pod rzad chodzic spac po polnocy, na co? Zeby potem Swieta przelecialy sobie ot tak, jak z bicza trzasnal?! Gdzie tu sprawiedliwosc?! :D

Boze Narodzenie, pomimo kilku zgrzytow, minelo mi w tym roku spokojnie i rodzinnie. Tak jak powinno. Co prawda reszta rodziny (i nie tylko) robila wszystko, zeby popsuc ten sielankowy nastroj, ale zacisnelam zeby, wlaczylam wewnetrzny "zen" i choc wydarlam sie pare razy na Male Potwory, to potraktowalam to jak normalny element wychowania. Rozedrzec sie, przywolac do porzadku, kontynuowac dzien jak gdyby nigdy nic. Dziala. ;)

Troche trudniej z mezem i tu bylo juz baaardzo blisko, zeby Swieta uplynely pod znakiem cichych dni. Malzonkowi, w sama Wigilie, wlaczyl sie tryb pustelnika. Caly dzien chodzil i zrzedzil, ze po co te Swieta, po co to szykowanie, on nie lubi takich zjazdow, nie lubi gosci, on woli posiedziec na kanapie w dresach i podziurawionej koszulce. :/ Najeczal sie jakby przyjezdzalo do nas conajmniej trzydziesci osob, zamiast trzech... ;) Pare razy mialam szczera ochote kopnac go w cztery litery, bo to JA latalam jak kot z pecherzem usilujac ogarnac jako tako chalupe i to glownie JA przez dwa dni niemal nie wychodzilam z kuchni. Tyle, ze ja robilam to z (obledem w oczach, fakt) radoscia, a wkurzalo mnie tylko kiedy Potworki zawracaly mi gitare o pic, jesc, siusiu, kupe, zamiast uderzyc do ojca, ktory siedzial przed laptopem. Jak zwykle... :/ W koncu jednak usmazyl rybe i zrobil barszcz (utyskujac, ze co by nie dodawal, mu nie smakuje), wiec wybaczam...

Moja ukochana mamusia takze probowala mi popsuc Swieta. W piatek mialam wolne, wiec postanowilam zadzwonic do siostry, z ktora zwykle ciezko mi sie zgadac. Duzo czesciej dzwonie do mamy, bo ona zwyczajnie zazwyczaj jest w domu. A siostra z mezem prowadza bujne zycie towarzyskie i ciezko ich zastac. Rozmawialam wiec z N. w najlepsze, a tu mamuska do niej dzwoni! Przyznala, ze ze mna rozmawia (durna, oj durna!), wiec zostalo mi przekazane, ze jestem swinia, bo zadzwonilam do siostry, a nie do matki i ze mam potem do niej zadzwonic. Pozniej jednak byla nieaktywna na Skypie, a na mojego smsa, otrzymalam potok wiadomosci z pretensjami i uzalaniem sie nad sama soba, ze jestem podla, ze nie traktuje jej jak matke, ze ona coraz czesciej zaluje, ze w ogole ma dzieci, itd. Nastepnego dnia, kiedy zadzwonilam szybko do siostry zlozyc jej rodzinie zyczenia, okazalo sie, ze mamuska klocila sie rownolegle rowniez z nia i odgrazala, ze nie przyjedzie na Wigilie. To zaowocowalo interwencja szwagra i obraza majestatu, ze siostra osmiela sie mieszac w to meza... Pozniej podobno matka napisala, ze juz miala przyjechac, ale ma jelitowke. A jakis czas pozniej, ze jednak przyjedzie, ale tylko na chwile... :D Ta kobieta powinna sie leczyc...

Na mojego smsa w Wigilie (ktora jest rowniez jej imieninami), ze chcialam jej zlozyc zyczenia, nie odpowiedziala. W niedziele, odpisala laskawie jednym slowem, ze "spi". Godzine pozniej dopisala: "chociaz wcale nie spie". Tym razem nie odpisalam ja, majac dosc jej wiecznych gierek i robienia z siebie ofiary. Ona jest szczesliwa tylko wtedy, kiedy jest w centrum uwagi. Tylko, ze ja juz od dawna skierowalam moja uwage w innym kierunku. Kiedys przejmowalam sie tym co mowi i robi, ranilo to moje uczucia, ale w koncu sie zdystansowalam i teraz czesciej jej zachowanie mnie smieszy. Troche mi jej nawet zal, bo sama nie widzi, ze im bardziej sie miota, wscieka, rzuca epitetami, albo przeciwnie, usiluje wzbudzic poczucie winy, tym bardziej powieksza sie dystans miedzy nami...

Wystarczy jednak o mojej mamusce. Ona sie juz nie zmieni, a ja cierpne tylko na mysl, ze kiedys przylece do Polski i bede musiala sie z nia uzerac osobiscie... Nawet jesli tylko przez kilka dni...

Mialo byc o naszych Swietach.

Jak pisalam w przedostatnim poscie, w zeszly wtorek zagniotlam wieczorem ciasto na pierniczki. Nastepnego wieczora, kiedy wrocilam z pracy, odbylo sie wiec wielkie pierniczenie! :) Obawialam sie, co wyjdzie z tych piernikow w zwiazku z dodaniem do ciasta x3 tyle maki, co w przepisie. W pamieci mam zeszloroczne, pozbawione korzennego zapachu i zupelnie niesmaczne. Niepotrzebnie sie jednak martwilam. Pierniki wyszly aromatyczne, wystarczy zblizyc sie do talerza, a w nozdrza uderza zapach przypraw, az slinka cieknie! Sa tez pyszne, choc tu powinnam chyba napisac "byly", bo rano na talerzu lezaly juz tylko 4 sztuki, a zanim wroce do domu, pewnie i ta resztka zniknie. ;) Wyszlo ich z przepisu bardzo duzo (to pewnie zaleta dodania wiekszej ilosci maki), ale ulatnialy sie w takim tempie, ze ani jednego w koncu nie powiesilam na choince. :)
Ten przepis zdecydowanie musze wydrukowac i zachowac, bo to najlepsze pierniczki, jakie dotychczas pieklam.

A wracajac do pierniczenia. Obydwa Potworki rzucily sie z zapalem do wykrawania piernikow, Bi nawet wlasnorecznie walkowala ciasto...


Az do momentu, kiedy pierwsza partia wyjechala z piekarnika i przestygla. Wtedy szybko przerzucili sie na konsumpcje, szczegolnie Nik, ktory chwytal jednego pierniczka za drugim tak, zeby miec po jednym w kazdej dloni. Wcinal i wzdychal "Mniaaam, jakie pysne te pielnicki!". :D



Podobnie sprawa miala sie z ich dekorowaniem. Po kilku piernikach, jak widac na ponizszym zdjeciu, Nik rozpoczal degustacje, bo "Musem splobowac jak smakuja z luklem!". ;)



Bi nie zjadala polukrowanych piernikow przy dekoracji. Ona po prostu wysysala lukier z tubek. Taaa, pierniczenie zdecydowanie bylo tym, co Potworki lubia najbardziej... ;)

Co jeszcze pamietam z przygotowan? W sumie niewiele konkretow, bo wszystko zlalo sie w jedna mase krojenia, mieszania, smakowania, itd...

Makowiec wyszedl mi z zakalcem, o! :/ Tak to bywa jak sie wykorzystuje nowy przepis bez uprzedniego wyprobowania... Juz podczas mieszania, kilka razy sprawdzalam czy napewno dalam wszystkiego jak trzeba, bo ciasta wyszlo dwa razy tyle, co masy makowej! I to ma byc makowiec?! Poza tym, moj piekarnik raczej slabo grzeje i zazwyczaj musze ciasta potrzymac w nim nieco dluzej. I tak, np. sernik piekl sie niemal dwa razy dluzej niz w przepisie! :O Tu jednak w miare latwo poznac. Nie dosc, ze przepis mi znany i wielokrotnie wyprobowywany, to widac po samym ciescie, ze nadal nie zabrazowilo sie po bokach, a srodek lekko bulgoce. Natomiast z makowcem juz trudniejsza sprawa. Na wierzchu ciemna masa makowa, wez tu poznaj czy wszystko upieczone? Dla pewnosci potrzymalam go 15 minut dluzej, ale efekt - zakalec. :( Co prawda tylko delikatny, a samo ciasto w smaku calkiem dobre, ale jednak bylam zla.

To nie koniec porazek kulinarnych... Jedna z salatek sledziowych przesolilam i to mocno... Jem ja uparcie po trochu, mocno przepijajc, ale wiekszosc raczej wyladuje w koszu...
A w te Swieta juz nie ciagnelo mnie az tak do sledzi, jak rok temu. W tym roku, przyssalam sie do skondensowanego mleka. :) Potrzebowalam go 6 lyzek do nieszczesnego makowca, a potem jak oblizalam lyzke, to wyzarlam pol puszki za jednym posiedzeniem. W koncu rozsadek zwyciezyl i zmusilam sie, zeby odlozyc puszke do lodowki, ale i tak pewnie w biodra mi pojdzie. ;)

Fajnie mi sie bigos gotowalo. Jak zaczelam go podlewac czerwonym winem, to zaczelam to winko sobie tez pociagac. I od razu, pomimo poznej pory, zmeczenie jakby mniejsze i nogi juz tak nie bolaly... ;)

W koncu nadszedl wieczor wigilijny i... Juz tradycyjnie, ciotka M. przyjechala ponad godzine pozniej... Kurcze, mowi sie takiej "16:30", a ona przyjezdza niemal o 18! Wszystkim jednak porzadnie burczalo w brzuchach, wiec poczekalismy godzinke i machnelismy na nia reka. Przelamalismy sie oplatkiem, zjedlismy barszcz, a wtedy zjechala wraz ze swoim przyjacielem. :/

Kolejnym przykrym elementem bylo to, ze facet ciotki M., bedacy rownoczesnie chrzestnym naszych dzieciakow, przyjechal podpity. Nie belkotal, nie zataczal sie, nawet alkoholem od niego nie zalatywalo (nie wiem jak to zamaskowal), ale gadal zupelnie bez sensu i w polowie Wigilii usnal na kanapie. :( Ciotka M. kilka razy wspominala, ze A. ma problem alkoholowy, ale ze ona sama jest dosc specyficzna osoba, myslelismy, ze przesadza. Poza tym, on dotychczas bardzo sie pilnowal i do nas zawsze przyjezdzal trzezwy. Albo wiec poczul sie juz zbyt swobodnie, albo jego problem sie poglebia. W kazdym razie az zal patrzec, bo to naprawde fajny chlop... :(

Poza tymi odchylami od normy, wieczor na szczescie uplynal spokojnie. Zjedlismy wieczerze, probujac wcisnac jej choc troche w Potworki. Skonczylo sie tym, ze Bi podjadla barszczu z uszkami, a Nik bez uszek (czyli samej wody) i podziubali nieco najzwyklejszej smazonej ryby w panierce. Coz, dobre i to. ;)

No i gwozdz programu, czyli prezenty!!! :D

Jak zwykle, wyszlam z dziecmi przed dom, zeby wypatrywaly Mikolaja. Reszcie jednak cos dlugo schodzilo, a Potworki byly bardzo niecierpliwe. Nik kilka razy zawracal w strone drzwi, mowiac, ze pojdzie sprawdzic czy Mikolaj moze juz przyszedl. Z trudem odwodzilam go od tego pomyslu, a jeszcze ktos wypuscil od tylu psa, ktory przybiegl do nas, po czym wrocil za dom. Potworki zaskoczone, chcialy z kolei pobiec za Maya, a tam przeciez moj tata oraz ciotka M., wyciagaja pakunki z aut! :) Oj, troche sie nagimnastykowalam, zeby utrzymac mlodziez na miejscu. ;)

W koncu jednak wpuszczono nas na powrot do domu, tradycycjnie wcisnieto Potworkom bajeczke, ze Mikolaj wpadl tylko, podrzucil prezenty i musial jechac dalej i sie zaczelo! ;) Ilosc pakunkow, paczek i prezentow, najlepiej oddaja chyba te zdjecia:









Przez jakis czas, slychac bylo tylko radosne piski i podniecone okrzyki dziatwy oraz smiechy doroslych obserwujacych ich reakcje. ;)

Wnioski z prezentow? Lepiej isc w konkret, a nie ilosc. ;) Dla Potworkow, kazdy "wiekszy" prezent, czy to puzzle, czy to klocki, czy zabawka, okazaly sie hitem. Natomiast duperelki w rodzaju naklejek, gumek do wlosow (to Bi), breloczkow czy innych drobiazgow, obejrzeli i odlozyli na bok. Podobnie z prezentami praktycznymi. Nowe kubki oraz plyny do mycia, juz po chwili lezaly zapomniane. Bi obejrzala z zainteresowaniem skarpetki oraz czapke (kobieta, to lubi fatalaszki), Nik nawet na nie nie spojrzal. ;)

Za to, zupelnie niespodziewanie, Bi jest zachwycona otrzymanym kalendarzem. Nawet nie wiem, ktory to "Mikolaj" jej go sprezentowal, ale to byl strzal w dziesiatke! Bi od dawna zamecza mnie pytaniami: a kiedy beda moje urodziny, a urodziny Kokusia, a kiedy mamy wolne w szkole, itd. Teraz bede mogla wszystko pozaznaczac w jej wlasnym kalendarzu i bedzie mogla sama sobie to sledzic i liczyc dni. ;)

Potworki dostaly tez po zestawie puzzli oraz klockow Lego. Myslalam, ze takie prezenty zajma ich na dluzsza chwile, ale sie nieco rozczarowalam. To znaczy, zajeli sie, owszem, tyle, ze potrzebowali mojej asysty przy ukladaniu.


(To jedyny zestaw, ktory Nik samodzielnie ulozyl)

Przy zestawie Lego Nika, bylam na to przygotowana, bo to jego pierwszy i mimo, ze Mikolaj - mama kupil Lego Juniors, ktore niby jest od 4 lat, to jednak dla mojego czterolatka to nieco wyzsza szkola jazdy. Chociaz, po kilku dniach, samochodzik potrafi juz sobie czesciowo rozebrac i zlozyc z powrotem. Postep wiec jest. Nie dziwie sie tez Bi, ze potrzebowala pomocy z puzzlami. Dostala je oznaczone dla grupy wiekowej 6+. Ma juz 5.5 lat i radzi sobie z puzzlami swietnie, wiec myslalam, ze ulozy je z palcem w nosie. Tymczasem okazaly sie byc pastelowe, przysypane jakby brokatem i w rezultacie kolory sie miejscami mocno rozmywaja. Nawet ja, zawolana do pomocy, troche sie nastekalam i naskrobalam po czuprynie... Ale ja ogolnie jestem nie-puzzlowa. ;)

Spedzilam wiec wieksza czesc Wigilii oraz sporo Pierwszego Dnia Swiat, ukladajac Lego oraz puzzle. Powrot do przeszlosci, normalnie! :D
Z Lego, Bi potrzebowala mnie glownie do wsparcia psychicznego oraz okazjonalnej poprawki, ale uparcie nie chciala sama ukladac. Mysle, ze zadzialala rywalizacja o uwage rodzica. Nikowi musialam pomoc, sam by sobie nie poradzil, wiec Bi nie mogla byc przeciez gorsza. ;) Obydwa zestawy, Bi oraz Nika, byly podzielone na 3 czesci, ukladalam wiec naprzemian: pierwsza partie Nika, pierwsza Bi, druga partie Nika, druga Bi, itd. O ile Kokusiowe, prostsze, szly szybko, o tyle Bi... Ojacieniemoge! Taki wyszedl malutki, raczej niepozorny zameczek, a tyle czasu zajelo ukladanie!



Glownie dlatego, ze Bi kazdy klocuszek dokladala z namaszczeniem, sprawdzajac dokladnie instrukcje. A ze zestaw rowniez jest od 6 roku zycia, wiec wymagal on od niej sporego skupienia. Koniec koncow, poradzilaby sobie sama, tylko... nie chciala... :/ Wymusila za to, zebym przy niej kolkiem siedziala. A ze Swieta, gotowac nie musialam, sprzatac tez nie, czasu jakby wiecej, to siedzialam (i ukradkiem ziewalam z nudow, ale czego sie dla corki nie zrobi)... ;)

O! A wiecie jaki prezent okazal sie moim hitem?! I to nawet nie moj prezent, tylko jeden z otrzymanych przez Bi. ;) Gra logiczna, o taka:

Polega ona na dopasowywaniu trojwymiarowych czesci tak, zeby zapelnic wszystkie otworki i zeby zaden element nie wystawal. Mozliwych jest 120 kombinacji, od najprostszych, gdzie wpasowac trzeba tylko 3 elementy, az do poziomu "wizard", gdzie do dopasowania zostaje ich 8. :) Fajne jest tez, ze w ksiazeczce jest klucz rozwiazan, jak w koncu natrafie na kombinacje, ktorej za cholere nie bede mogla rozwiazac. Najczesciej mam tylko po kilka minut na gre, wiec doszlam dopiero do trzydziestej ktorejs i "trzaskam" je bez wiekszych problemow, ale pomalu robi sie coraz trudniej. W kazdym razie, wciaga cholerstwo niesamowicie! :D

A poza tym, jak to po Swietach. Nadal mamy cala lodowke zarcia i irytuje tylko to, ze wiekszosci z tego, Potworki nie rusza. Mimo wiec zapelnionej lodowki, trzeba im gotowac obiady, bo inaczej beda sie zywic wylacznie kanapeczkami i chrupkami do mleka. :/ Ja za to jem az za chetnie. Ciesze sie, ze od wtorku jestem juz w pracy, bo wczesniej chodzilam z brzuchem jak bania. Ale oczywiscie, jak tylko wzdecie troche zeszlo, czlapalam do kuchni. Tu salatka, tam kutia, tu jeszcze jakis serniczek. Bigos nadal stoi nietkniety, tyle mamy innych resztek. I tak czlowiek je, idzie do toalety, pusci pare baczkow (no sorki, ale taka jest prawda!) i znowu je. W pracy przynajmniej jestem odcieta od lodowki. ;) A i tak juz zastanawiam sie, co przyszykowac na Sylwestra. Ktorego spedzamy jak zwykle w domu, ale pewnie wieczorem wpadnie moj tato, no i samemu tez fajnie jest miec jakies zarelko na seans filmowy. :)

A, jeszcze zalamujace wiesci z frontu chorobowego na sam koniec. W poniedzialek rano, Nik przyjal ostatnia dawke antybiotyku, przepisanego na zapalenie ucha. Tego samego dnia, wieczorem, zaczal smarkac. Rece opadaja... :( Dobrze, ze chociaz akurat dzieciaki maja ferie swiateczne i siedza w domu. Moze do wtorku mu przejdzie. Taaa... "przejdzie" na reszte rodziny. :/

piątek, 23 grudnia 2016

Wszystkiego Dobrego!!!

Poniewaz watpie, zeby jutro ktos (lacznie ze mna) tu jeszcze zajrzal, zyczenia skladam Wam juz dzis.


Zdrowych, Pogodnych Swiat Bozego Narodzenia

zycza Potworki! :)






Do przeczytania po Swietach! Uciekam do przygotowan, ktore zreszta dopiero rozpoczynam. Zaczelam wczoraj od bigosu, ktory nawet nie jest na Wigilie, tylko na I Dzien Swiat. ;) W efekcie na jutro nic jeszcze nie mam, za to cala chalupa posmiarduje mi kapucha, a fuuuj! :D

środa, 21 grudnia 2016

O Swietach z chorobskami i panika w tle oraz pierwszym (wiekszym) sniegu

Dlaczego z panika, chyba nie musze wyjasniac? ;) Jesli nadal sie zastanawiacie, to do Wigilii zostaly niecale 3 dni, a ja dopiero ruszam z przygotowaniami...
Moje swiateczne porzadki, ograniczyly sie do wyszorowania skrzydel wiatraka z kuchennego zyrandola oraz ozdobnej polki w jadalni, ktora znajduje sie wysoko, a wiec poza bezposrednim zasiegiem wzroku. Bezkarnie zbiera wiec kurz, a ja rownie bezkarnie udaje, ze tego nie widze. ;) Raz do roku, jednak sumienie gryzie mnie na tyle, zeby zetrzec ta polcentymetrowa warstwe kurzu...

Poza tym, w miniony weekend, w koncu kupilismy i ubralismy choinke, Alleluja! W zeszlym roku, ubieranie cala rodzina, skonczylo sie mocnym uszczupleniem naszych bombkowych zapasow. W tym roku poczekalismy wiec az Potwory odplyna w objecia Morfeusza i sami sie za to zabralismy. Nie chcialo mi sie jak cholera, ale jak juz zaczelismy, to poszlo calkiem sprawnie. Za to miny dzieciakow kiedy w niedzielny poranek weszly do salonu i zobaczyly ubrane drzewko - bezcenne! :)

W koncu przyszedl tez wlacznik swiatelek, a wiec zawiesilismy lampki na plotku przed domem. Jak to ze swiatelkami bywa oczywiscie, jeden sznur okazal sie nie palic i poszedl do kosza, reszte wiec musielismy jako tako dosztukowac. Lampki wisza wiec w sekwencji: zolte, niebiesko - biale, zolte. :) M. zrzedzi, ze wies tanczy i spiewa, ale kiedy podjezdzam wieczorem pod dom i tak serducho mi sie raduje. :)

Zakupy swiateczno - spozywcze mam z grubsza porobione. To znaczy, myslalam, ze mam je skompletowane. Pomimo jednak listy sporzadzonej pieczolowicie z kilkudniowym wyprzedzeniem, okazalo sie, ze zapomnialam o kilku waznych artykulach, m.in. o... uszkach (w zyciu nie lepilam uszek i nie zamierzam na starosc zaczynac :D)! A buraki udalo mi sie dostac tylko 3 i to niewielkie, stanowczo za malo na barszcz + salatke. Czas na powtorke z rozrywki bede miec dopiero w piatek i juz zaciskam zeby na mysl o korkach oraz tlumach w sklepie. No coz, jak sie ma skleroze, to potem trzeba sie nabiegac...

Paczka do Polski spakowana, ale kiedy znajde chwile, zeby ja wyslac... nie wiem. Moze po Swietach? ;) Nie nie, serio to mam nadzieje, ze M. ktoregos dnia po pracy podjedzie i wysle obie - swoja oraz moja. :)

Wczoraj zagniotlam ciasto na pierniki. Juz tradycyjnie, przepis podawal 2.5 szklanki maki, a ja musialam dodac jakies 5-6, zeby moc je w ogole zagniesc rekami. Wczesniej bylo tak wodniste, ze mieszalam lyzka... Dzisiaj wiec planuje pierniczyc z Potworkami. ;)

Reportuje rowniez brak upominku dla nauczycielki Bi. :/
I tym razem nie moja skleroza zawinila, a nierzetelnosc internetowego sprzedawcy. Prezent zamowilam juz 9 grudnia, myslac, ze ma mnostwo czasu na dojscie. Trzynastego grudnia otrzymalam powiadomienie, ze paczka zostala wyslana, ale po zerknieciu na tracking number (nie wiem jak to sie zwie po polsku) okazalo sie, ze FedEx dopiero dostal powiadomienie, ze bedzie mial przesylke do przetransportowania. To jest zupelnie normalne, wiec poczatkowo sie nie przejelam. Przesylka miala dojsc miedzy 15 a 20 grudnia, ale kiedy zrobil sie 19sty, a link na stronie FedEx'u nadal twierdzil, ze czekaja na paczke od sprzedawcy, napisalam do nich. I magicznie, 19ego przesylka dotarla wreszcie do firmy transportowej. ;) Czyli co? Sprzedawcy sie zapomnialo! Tyle, ze teraz juz troche pozno. Poniewaz w piatek jest ostatni dzien szkoly, upominek potrzebuje najpozniej w czwartek, co tez sprzedawcy wytlumaczylam w mailu. Niestety, wg. FedEx'u, przewidywany dzien dostarczenia to piatek, a to juz za pozno (glupio jakos wreczyc upominek swiateczny po Nowym Roku), nie mowiac juz, ze powinnam byla go otrzymac wczoraj! Czekam jeszcze, bo czasem firma transportowa potrafi dostarczyc przesylke wczesniej, ale nie licze za bardzo na cud. Jesli nie zjawi sie do czwartku, to po dojsciu, natychmiast ja odesle, a sprzedawcy wystawie taka opinie, ze mu w piety pojdzie. Tym bardziej, ze po moim mailu, wyslal po prostu paczke, a nie raczyl nawet odpisac. Ani przepraszam, ani pocaluj mnie w doope. :/
A tymczasem, w czwartek czeka mnie szukanie jakiegos upominku dla Mrs. G. na ostatnia chwile...

Zeby jeszcze dolac oliwy do ognia, okres dostalam trzy (!) dni wczesniej! :/ Z jednej strony fajnie, bo do Swiat to bedzie juz koncowka, a wiec fizycznie bede sie czula lepiej i wkurw moze bedzie mniejszy... ;) Ale ogolnie, to kto chce dostawac wczesniej okres, no kto?! :/

Z lepszych wiesci, w niedziele zmobilizowalm sie w koncu i przy okazji oddawania ksiazki do biblioteki (zamknietej, ale w naszej mozna ksiazki oddawac przez wsuniecie ich w takie waskie okienko), pojechalam kawalek dalej i zamowilam w koncu Nikowi przyjecie urodzinowe w sali zabaw. Tym samym, dolozylam sobie pracy przed samymi Swietami, bo chcialam wreczyc zaproszenia przynajmniej 3 tygodnie wczesniej, ale na przeszkodzie stanela mi przerwa swiateczna. :/ Za to po Nowym Roku, do imprezy zostana niecale 2 tygodnie (wyznaczona na 15 stycznia), a to troche pozno na rozdawanie zaproszen. Chce je wiec powkladac dzieciakom do szafek jeszcze w tym tygodniu... Czeka mnie wiec wieczorne wypisywanie... Boje sie tylko, ze przez Swieta i przerwe w przedszkolu, rodzice pozapominaja, pogubia zaproszenia, itd. ;)

A skoro juz o Niku mowa, to glownie jego mam na mysli w tytulowych chorobach... Jak moze pamietacie, w zeszlym tygodniu zatrzymalam go w domu we wtorek i srode i spodziewalam sie, ze spokojnie wystarczy mu to na dojscie do siebie. W czwartek rano, bylismy na bilansie 4-latka, ktory nie wykazal nic, poza resztkami infekcji z poczatku tygodnia.
Za to w piatek wieczorem, jakos po 19, Mlodszy ni z tego, ni z owego, zaczal trzymac sie za ucho i ryczec, ze go boli! K*&&%$$%!!! Nasza klinika pediatryczna dawno zamknieta, co robic?! Moja pierwsza mysla bylo, zeby podac mu srodek przeciwbolowy, przeczekac do rana i wtedy zabrac go do pediatry. Nik jednak plakal coraz czesciej i glosniej i wizja "przeczekiwania" zaczynala wygladac malo zachecajaco. ;) Dodatkowo, na nastepny ranek zapowiadali sniezyce, a sniezyca w Hameryce oznacza kompletny paraliz drog. Kto wiec wie, czy klinike w ogole otworza... W koncu, a bylo juz po 20, zapakowalismy Potworki do auta i w droge do dyzurujacej przychodni. Tam szybka diagnoza - zapalenie ucha i recepta na antybiotyk. Z tym antybiotykiem tez sie "pobujalismy", bo okazuje sie, ze dostac wieczorem amoksycykline (nie wiem czy dobrze tlumacze na polski), najpowszechniejszy dzieciecy antybiotyk, to nie lada sztuka. Podejrzewam ze problem stanowi to, ze dla dzieci sprzedawana jest ona w formie zawiesiny, ktora trzeba najpierw rozrobic. A przeciez wlanie okreslonej ilosci wody do buteleczki i kilkukrotne potrzasniecie w celu rozpuszczenia proszku, to ciezka praca jest. :/ W pierwszej aptece pani powiedziala, ze nie maja i beda mieli dopiero w poniedzialek. Przypominam, ze to najpopularniejszy antybiotyk, a nie jakies cudo produkowane na zamowienie! W kolejnej aptece uslyszalam, ze zamykaja za 10 minut i nie zdaza zrobic. No ludzie, przeciez to nie jest kilkugodzinna procedura! :/ W trzeciej aptece spiewka ta sama, tyle, ze tym razem zamykali za minute... Tam w koncu przyszlo mi do glowy zapytac, gdzie jest najblizsza calodobowa apteka. Okazalo sie, ze jest to ta, z ktorej zazwyczaj korzystam, najblizsza naszego domu! :D Tam w koncu wyrobili mi ten cholerny antybiotyk, chociaz jakims cudem zajelo im to az 20 minut! :/ Tym sposobem, do domu dojechalismy okolo 21:30. Wnieslismy wyjace (bo rozbudzone po samochodowej drzemce) Potwory do domu, podalismy Nikowi pierwsza dawke antybiotyku i zapakowalismy ich do lozek, bez mycia. ;)

I cale szczescie, ze jednak zdecydowalismy sie zabrac Nika do lekarza w piatkowy wieczor, bo w sobote rano obudzila nas biel. Snieg zaczal padac w nocy i nadal sypal sobie w najlepsze.


Spadlo w koncu jakies 20-30 cm. A drogowcy (zapewne ze wzgledu na to, ze byl to weekend) nie wyjechali na drogi az do 13 po poludniu, kiedy przestalo padac! :/

Oczywiscie, od samiutkiego ranka towarzyszyly nam ryki Potworkow, domagajacych sie wyjscia na dwor. Niestety, lekarz powiedzial, zeby Nika przez weekend zatrzymac w domu. Nie bylo mowy, zeby go wypuscic na snieg, tym bardziej, ze od tygodnia towarzysza nam arktyczne temperatury i -12 stopni rano stalo sie norma.
Od dzisiaj zas, czyli pierwszego dnia zimy, zapowiadaja ocieplenie, jak na ironie! :)

W kazdym razie, cale szczescie, ze Nik nadal (opornie bo opornie, ale jednak) kladzie sie na drzemke. Poczekalam tylko az zasnie, po czym sruuu, okutalam Bi w nieprzemakalne spodnie i reszte sniegowych akcesoriow i wypuscilam przeszczesliwe dziecko na snieg! ;)



Kiedy kupowalam Bi czapke oraz spodnie, nie mialam pojecia, ze to bedzie TAKI roz! W kazdym razie, widac ja z daleka. :)

(Orzelki na sniegu to obowiazkowy punkt programu)

(Ale najwieksza frajda to oczywiscie obsypywanie sniegiem psa)

Nik oczywiscie glupi nie jest, wiec po wstaniu z drzemki, zobaczyl porozwieszane do przeschniecia ciuchy i uderzyl w placz, ze Bi byla na sniegu i on tez chce! Cale szczescie, ze pamiec 4-latka bywa ulotna i juz nastepnego dnia zupelnie przestal o tym wspominac. ;)

A! W piatek wzielam pol dnia wolnego, bo Bi miala w szkole zajecia plastyczne oraz czytanie (znowu!) z rodzicami. :)





Zrobilysmy, miedzy innymi, taka balwankowa girlande:



Tak wlasnie wygladaja moje ostatnie, przedswiateczne dni. Jak zwykle zalatane, bo jeszcze wizyta u dentysty z Kokusiem wypadla mi we wtorek (ale o tym kiedy indziej), jak zwykle z nerwowka. I tak juz pewnie bedzie do Wigilii. A jeszcze dodatkowo wczoraj po poludniu glos zaczelam tracic. Czuje sie dobrze, gardlo mnie nie boli, a tu znienacka skrzecze jak zaba... Mam nadzieje, ze to tylko efekt suchego powietrza, bo chorob wlasnych oraz rodziny mam juz po dziurki w nosie. :/

piątek, 16 grudnia 2016

Dumna matka pisze slodkiego do wyrzygu posta o swoim Czterolatku :)

Powtorze sie: to jest po prostu niemozliwe. Moje malenstwo, moje mlodsze dziecko, skonczylo 4 lata! Dopiero co pelzal po pokoju, dopiero byl slodkim, pucatym berbeciem, rozdajacym mokre calusy...

A teraz? Teraz zniknal gdzies dzidziusiowy, wystajacy bebenek. Nik wyszczuplal i wyciagnal sie. Jest miniaturka takiego... chlopaczyska. ;) To juz nie maluszek...

Na szczescie, to "chlopaczysko" nadal lubi wgramolic sie na matke, oplesc ja odnozami niczym niedzwiadek, glowke polozyc na ramieniu i mocno sie przytulic. Kocham te momenty. Zamykam oczy i wydaje mi sie, ze znow tule malenstwo. Tylko ciezar troche wiekszy... ;)

Niestety, ten przytulasny chlopczyk, nadal jest potwornym malkontentem. I przechera. Zapytaj Nika, czy chce to czy tamto, a pierwsza odpowiedz brzmi "nie". A raczej "Hhhyyy!", bo Kokus nie odpowiada, tylko burczy obrazony. Odpowiedz jest taka sama, bez wzgledu na to, czy rzeczywiscie czegos nie chce, czy wlasnie chce. ;)
Nawet na poranne kakao, ukochany napoj, reaguje burknieciem i nie uniesieniem nawet paluszka w celu wziecia kubka. Do niedawna jeszcze przekonywalam, dopytywalam czy napewno nie chce, przekonana, ze to taka faza i ze przejdzie. Udobruchany proszeniem Kokus, laskawie kiwal blond glowka i bral niekapek... Ostatnio jednak, to ciagle jeczenie i zaprzeczanie, nawet jesli naprawde czegos chce, zaczelo budzic we mnie zle... Moze wplynal na to PMS, ale kiedy podaje mu kubek, a on strzela focha, doslownie czuje jak zylka na skroni zaczyna mi pulsowac. ;) Odstawiam wtedy kubek na stol i... powinnam wsadzic zatyczki w uszy, bo jasnie hrabia wlacza syrene. Bo on przeciez, tak naprawde, chcial to piep**one kakao! :/ Za pozno. Teraz musi sam ruszyc dupke z kanapy i sam je sobie wziac.
Ha! Musze przyznac, ze odczuwam wtedy niezdrowa satysfakcje! Powinnam byla sie zawziac juz dawno temu! ;)

Przyklad z kakao jest naprostszy, bo zdarza sie KAZDEGO ranka! Mowie Wam, czasem pier*olca mozna dostac! Takich scenek mamy codziennie multum... :/ I zupelnie nie wiem, skad mu sie to bierze. Moge bowiem zrozumiec ryk, kiedy kaze mu pozbierac autka z podlogi. Albo wymuszanie jakiegos przywileju za pomoca tupania nogami. Ale przekorne odmawianie czegos, na co tak naprawde MA ochote? Niepojete... ;)

Pozostaje liczyc na to, ze kiedys z tego wyrosnie. ;)

Jesli jednak pominac przekorne fochy, Kokus to urocze dziecko.

Jest niemozliwie wygadany. Przy tym, ma sluch niczym swistak i swietna pamiec. Trzeba bardzo pilnowac, co sie przy nim mowi, bo predzej czy pozniej na bank to powtorzy. ;) Dobre strony pamieci to to, ze w mig zapamietuje wierszyki oraz piosenki z przedszkola. Mam nadzieje, ze kiedys ulatwi mu to nauke w szkole... Musze jednak zaznaczyc, ze fenomenalnie rozwinieta ma tylko pamiec sluchowa. Zazwyczaj dolacza do mnie i Bi, kiedy cwiczymy litery oraz wyrazy do szkoly. Spodziewalam sie, ze zacznie zapamietywac je predzej niz siostra, ale jednak nie. Nik nie jest wzrokowcem. Najwyrazniej mali mezczyzni musza do tego dorosnac. ;)

Skoro juz o nauce mowa, to Nik pomalutku zaczyna zapamietywac literki. Narazie pamieta tylko A, B, C, D, jakies tam przypadkowe litery ze srodka alfabetu oraz pierwsza swojego imienia - N, ale to juz jakis poczatek. :)
Pisze nadal wylacznie swoje imie i to bardzo koslawo, czesto zapominajac o niektorych literach:


"Brawo" dla rodzicow za nadanie mu takiego dlugiego imienia. ;)
W ogole brak mu zaciecia do pisania, ktore posiada Bi. Trzeba jednak przyznac, ze kiedy sie skupi i przypilnuje sie go, zeby poprawnie chwycil olowek, nawet mu to wychodzi. ;) Nie mniej, jesli rzeczywiscie zdecydujemy sie poslac go do zerowki od wrzesnia (nie moge uwierzyc, ze pisze "zerowka" w kontekscie mojego 4-latka!), czeka nas duzo pracy nad motoryka mala... Chociaz pewne postepy juz widac. Np. po glowonogach, ktore Nik zaczal rysowac jakies 3 miesiace temu, teraz pojawily sie auta.


Raczki nabieraja wiec wprawy, a koordynacja oko - mozg, sie poprawia. Oby tak dalej. :)

Nik jest bardzo uczuciowy i wrazliwy na krzywde innych. Kiedy komus jest smutno, albo cos go zaboli, pierwszy przybiega, zeby przytulic i pocalowac. Czasem M. straci cierpliwosc i mruknie, ze idzie sobie z domu, a wtedy Nik natychmiast uderza w placz i przykleja sie do ojcowskiej nogi, szlochajac, ze bedzie sie o tatusia "maltwic".
Jest tez raczej ugodowy i dzieli sie chetniej niz starsza siostra.
Bardzo lubi male dzieci i zaglada z zachwytem do kazdego wozka czy nosidelka. :)

Z jedzeniem nadal mamy problem. To znaczy, Nik jest zdecydowanie miesozerca i klopsika, schabowego czy gulaszyk - owszem, zje, ale warzywa, a juz w szczegolnosci owoce - a bron cie panie Boze! Warzywa jeszcze mu sie przemyci w zupach, ktore o dziwo generalnie lubi. Ale owocow nie ruszy. Zje banana, ale to maksymalnie raz na kilka dni... Jakis czas temu zaczelismy mu rozne owoce miksowac i wciskac w niego doslownie chociaz po kilka lyzeczek.
Pomysl nieglupi, tylko ze zbieglo sie to jakos z poczatkiem przedszkola. A mlodszy zaczal miewac luzne, wodniste stolce (sorki! :D) Nie biegunki, bo nie goni go kilka razy dziennie, tylko takie... rzadkie kupy. Dodatkowo, poniewaz stolec luzny, Kokus zaczal popuszczac przy niemal kazdym pierdnieciu. Najpierw zrzucilismy to na karb stresu zwiazanego z poczatkiem przedszkola. Po jakims czasie okazalo sie jednak, Nik w przedszkolu doskonale sie odnalazl, a tymczasem praktycznie codziennie wracal do domu z pobrudzonymi gaciami i dodatkowo trzeba mu bylo je zmieniac jeszcze kilka razy wieczorem.
W koncu uznalismy, ze tak nie moze byc i trzeba cos z tym zrobic. Poniewaz jemy wszystko to samo i Nikowi tez nie zmienilismy diety z dnia na dzien, za potencjalnego winowajce uznalismy owoce. Albo Kokus ma na cos uczulenie (chociaz przy rozszerzaniu diety w niemowlectwie niczego nie wylapalismy), albo to nadmiar blonnika czy inne licho. Nik bowiem ogolnie ma tendencje do miekkich kup. Zawsze sa baaardzo dlugie, ale cienkie. Nigdy w zyciu nie mial zatwardzenia.
W kazdym razie odstawilismy owoce ponad tydzien temu i odpukac, problemy z kupami, rzeczywiscie znikly. Podobnie jak "opierdziane" majty. Teraz czeka nas mozolne wprowadzanie po jednym rodzaju owocu, zeby znalezc to, co go ewentualnie uczula. Czyli mamy powrot do rozszerzania diety, jeeej! :D

Odpieluchowanie stanelo narazie w martwym punkcie. To znaczy, w dzien (poza powyzszymi "kupowymi" wpadkami) jest w pelni odpieluchowany, nawet na dluzsze wyjscia. Na noc zdecydowanie jednak potrzebuje pieluchomajtek. Po nocy pampers wazy chyba ze 2 kg. ;)
Jesli o drzemke chodzi, to tu jest roznie. Czasem budzi sie z suchutkimi pieluchomajtami, a czasem sa zasikane. I nie ma znaczenia czy wysiusia sie przed snem, czy nie. Na wszelki wypadek, w domu zawsze zakladamy mu pampka na drzemke. W przedszkolu oczywiscie tego nie robia i czasem (nieczesto, ale jednak sie zdarza) M. odbiera go wraz z reklamowka zasikanych rzeczy...
Poza tym, Mlodszy zaczyna z drzemki wyrastac. Panie w przedszkolu twierdza, ze coraz ciezej mu zasnac, a czasem nie zasypia wcale, tylko bawi sie na lezaczku. W weekendy zas, Nik zaczal sie przeciw drzemce buntowac. Zazwyczaj udaje sie go przekonac, zeby sie polozyl, a wtedy potrafi przespac nawet 3 godziny. Coraz czesciej jednak zdarza mu sie marudzic, ze nie chce, nie jest zmeczony, itd. A przyznaje, ze ja i M., bardzo samolubnie lubimy jak chociaz jedno dziecko, choc na chwile, zasnie. Dom od razu wydaje sie cichszy i spokojniejszy. ;) Uparcie wiec kladziemy Mlodszego, ale widac, ze nieuchronnie, era drzemek bedzie w naszym domu pomalu odchodzic w zapomnienie. Chlip...

Z odpieluchowaniem nie ruszylismy wiec w ciagu polrocza naprzod ani o cal, ale za to duzo sie zmienilo jesli chodzi o samodzielnosc Kokusia. W tej chwili potrafi sie samodzielnie zarowno rozebrac, jak i ubrac, od stop do glow. Ma troche problemow ze skarpetkami, ktore uparcie wchodza na stopy krzywo oraz z podkoszulka, bo tu wszystkie dziury wygladaja najwyrazniej jednakowo i niewiadomo, ktora jest na glowe, a ktore na ramie. ;) Kupilam mu tez nieopatrznie dosc sztywne adidaski, porzadne, skorzane, ale niestety dosc trudno wcisnac je na noge. Poza tym sobie radzi. Nauczyl sie zakladac kurtke wyrzutem przez glowe, a w jesiennej potrafil nawet zapiac sobie zamek blyskawiczny. Zimowa jest dluzsza i pekata, Nik ma problem, zeby zlapac za zamek, wiec buntuje sie i koniec koncow robie to ja. No coz... ;)

Jak wspomnialam we wczesniejszych postach, w czwartek mielismy bilans 4-latka.

Ogolnie nic specjalnego na nim nie wyszlo, poza tym, ze nadal dochodzi do siebie po ostatniej infekcji. Wezly ma powiekszone i w drogach oddechowych slychac zalegajaca wydzieline. Szczepienia przesuniete na styczen. Poza tym, wszystko wydaje sie ok. Badanie sluchu, gdzie Nik mial podnosic reke kiedy uslyszy pipczenie, wyszlo w porzadku. Mlodszy poslusznie skakal, stawal na jednej nodze, wymienial kolory, zwierzatka w ksiazce, itd.

Aktualne dane techniczne:

Wzrost: 104.1 cm
Waga: 17.7 kg

Jesli chodzi o wzrost, to idzie w gore stalym tempem i utrzymuje sie miedzy 50 a 75 centylem. Przytyl zas rowniutko kilogram, co jest nieco ponizej normy. Poniewaz jednak rok temu przybral wiecej niz "powinien", a w tym roku mniej, w skali dwoch lat sie to wyrownalo i Nik osiagnal wage przecietna, po prostu. :)
Za to jest o niemal 4 cm. nizszy niz siostra w tym samym wieku i prawie kg lzejszy. Dotychczas Potworki szly rownym tempem, ale jak widac, zaczynaja dochodzic do glosu indywidualne roznice... :)

I chyba na tym skoncze, bo chociaz moglabym o moich dzieciach pisac i pisac, zanudze Was tu na smierc. ;)

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Troche o urodzinach, troche kulinarnie, troche domowo, plus "z serii: w tym domu sie gada"

W zalozeniu mialam nie pisac az do bilansu Kokusia, czyli do czwartku - piatku. Nie sadzilam, zebym miala czas skrobnac cos wczesniej...

Jak to jednak w zyciu bywa, nic nigdy nie dzieje sie tak, jak czlowiek przewiduje. Jestem wiec w domu... A powinnam byc w pracy. Moj swiezo upieczony 4-latek potrzebuje dodatkowej troski.

Tak naprawde, Nik pokasluje juz od okolo miesiaca. Raz mocniejszy, raz slabszy, ale kaszel jest. Po tym jak rok temu kaszlal bite 3 miesiece, a wizyty u pediatry konczyly sie diagnoza: wirus i brakiem jakiegokolwiek leczenia, w tym roku pokaslywanie Mlodszego i okazjonalne smarki, skutecznie ignorowalam.
Jednak w sobotnia noc, tylko Bi spala snem sprawiedliwego, natomiast reszta rodziny spala slabo i na raty, bowiem Kokusia wyrywal ze snu upierdliwy, suchy kaszel, a wyrwany ze snu Kokus, to Kokus zly. Zaczynal wiec ryczec, co z kolei budzilo matke i ojca... Ktorzy bezskutecznie starali sie dziecku nieco ulzyc... Nastepnie, w niedziele, kaszel nie pozwolil Nikowi zasnac na drzemke. Po dniu bez drzemki, polaczonym z wieczornymi obchodami urodzin, spodziewalam sie, ze Mlodszy padnie wykonczony i przespi cala noc, z kaszlem czy bez. Nic bardziej mylnego! Pod wieczor Kokusiowi puscilo sie z nosa, a kaszel zrobil sie dla odmiany mokry, odrywajacy. To niby dobry znak, tyle ze Nikowi tyle tego zalegalo, ze probujac odkaszlnac, zrywalo go na wymioty, az w koncu autentycznie sie porzygal. :/

A dzis, od samego ranka, Nikowi leci z nosa doslownie Niagara, a dodatkowo kicha raz za razem, kaszle za to mniej. Goraczki brak, humor dopisuje, energia rozpiera, wiec najwyrazniej to po prostu wyjatkowo paskudne przeziebienie. Mimo jednak, ze wg. tutejszych placowek edukacyjnych, smarki i kaszel to nie powod do pozostania w domu, wzielam wolne. Na szczescie w przedszkolu jeszcze sie az tak nie czepiaja frekwencji. ;)
Dobrze sie sklada, ze akurat w czwartek mamy bilans. Przy okazji pediatra obejrzy Nika i oslucha. Ale szczepienia, ktore mial otrzymac, raczej bede musiala przelozyc na pozniejszy termin. Chyba, ze Mlodszy doswiadczy naprawde gwaltownego ozdrowienia. ;)

Udalo mi sie wyprawic do szkoly Bi, bez tlumaczenia, dlaczego jej brat zostaje w domu. Po prostu nic jej nie powiedzialam, a ona nie zorientowala sie, ze nie zabieram plecaka ani poscieli Kokusia. Skapnie sie jednak, jak wroci do domu i na bank bedzie ryk. ;)
Swoja droga, chetnie zostawilabym w domu i Bi. Starsza jest co prawda zdrowa, ale mi nie chcialo sie z domu nosa wysciubiac. ;) W nocy padal snieg, ktory nad ranem przeszedl w deszcz. W rezultacie wszedzie lezy mokra, lodowata breja (szkoly znow mialy opoznienie o 1.5 godziny!), jest szaro, mokro, zimno, bleeee... I na taka pogode musialam ciagnac podziebionego Nika, bo nie mam komu zlecic odwiezienia Starszej do szkoly. Za rok, zdecydowanie musze zapisac oboje na autobus. Najlepszy sposob, zeby moc wyslac do szkoly tylko jedno dziecko. ;)

Siedze wiec w domu i usiluje ogarnac troche bajzel po wczorajszych urodzinach. Na szczescie, po poczatkowym buncie, udalo mi sie przekonac syna do polozenia sie na drzemke. Nie wiem tylko ile pospi, skoro w pozycji horyzontalnej co chwila odzywa mu sie kaszel. :( A ja chcialabym zrobic czystki w zabawkach... Mimo, ze urodziny byly tylko w gronie rodzinnym, Mlody zdecydowanie sie oblowil i co ciekawe, kazdy z otrzymanych prezentow jest hiciorem. ;) Poczawszy od wielkiej smieciary, o ktorej Nik gadal juz od wakacji:



 Az do ogromniastego zestawu narzedzi.


 (Bob Budowniczy :p)

Najwiekszym hitem, okazal sie jednak prezent od dziadka (szok, bo dziadek zazwyczaj srednio trafia)! ;) Jest nim zdalnie sterowane auto, ktore ma (podobno) mozliwosc wykonywania sztuczek w stylu wirowania na jednym kole.


(Nie smiejcie sie z tych wszystkich zdjec - Nik sam dopraszal sie sesji :D)

Podobno, poniewaz dziadek nie zauwazyl chyba, ze zabawka jest od 6 lat wzwyz i 4-latek w zyciu nie da rady odpowiednio ustawic auta i poruszyc galkami pilota tak, zeby auto wykonalo jakis trik. Zreszta, ide o zaklad, ze i 6-latek by sobie nie poradzil, bo ja sama probowalam i moge sprawic, zeby auto krecilo sie w miejscu, ale zmusic je, zeby wirowalo na jednym kole, za cholere nie potrafie (pomimo instrukcji). ;)
To wszystko jest jednak niewazne. Najwazniejsze, ze Nik auto uwielbia tak, ze zdolal wyczerpac w nim baterie jednego wieczora. ;)

A urodziny, jak urodziny... Dziadek przyjechal w miare punktualnie, ciotka M. i jej facet za to, z ponad godzinnym spoznieniem... :/ Ten babsztyl jest niereformowalny... Nawet na nasze przytyki, tylko sie smieje, ze juz dawno powinni bylismy przywyknac... Serio, gdyby to nie byla jedna z dwoch czlonkow rodziny, ktora mamy na miejscu, dawno przestalabym ja zapraszac na jakiekolwiek uroczystosci...
A poza tym posiedzielismy, pogadalismy, dzieciaki poszalaly z nowymi zabawkami i pojadly slodyczy. Mlodszy zdmuchnal swieczki i tyle z imprezy. ;)


Ale wracajac do zabawek... Nik podostawal prezenty, a Bi trafilo sie oczywiscie pare "nagrod pocieszenia"... Dom wiec tonie w zabawkach jezcze bardziej niz przed tygodniem. A juz wtedy czlowiek non stop sie o cos potykal... ;) A chcialabym jeszcze wyprawic Nikowi przyjecie w sali zabaw z dzieciakami w przedszkola i znajomych. No i Swieta ida... Rany, ile przybedzie dupereli... Dlatego juz wczoraj wieczorem, uzbieralam kilka zabawek (ktorymi Potworki wcale lub malo sie bawia) z jednego pokoju i wynioslam do piwnicy. Chcialam tez przejrzec auta oraz lalki z pokoju dzieci, a takze ich polke z ksiazkami. Wiem, ze jest tam kilka pozycji typowo niemowlecych, ktorych i tak juz dawno nie czytamy. A przyda sie troche miejsca na kolejne lektury. ;)

Teraz pora na dawke humoru:

Jedziemy do szkoly/ przedszkola w sniezny poranek.
Nik: "Musimy jechac sybko!"
Bi: "Nie, nie mozemy, bo sie poslizgniemy i przyjedzie policja i da mamie... eeee... medal!"

Medal za wariacka jazde! Genialnie! ;)


***

Prowadze (znow) auto. Kierowca przede mna, wpycha sie na chama na moj pas. Naciskam hamulec, warczac pod nosem (za glosno):
"Nie mogles poczekac, co? Ty glupi baranie!"
Na efekty nie musialam dlugo czekac...
Nik: "Mama, a dlacego Ty zawsze mowis na inne samochody "balany"?
Bi: "Albo osioly?"

Hehe, nie na samochody, dzieci, nie na samochody... ;)


***

Mlodszy od rana jeczy, marudzi, wymusza i smeci.
Matka (ktora ma mocno dosc): "Nik, ile mozna mekolic?! Ja juz nie moge tego sluchac!"
Nik: "Postalam sie przestac..."

Jesli nawet sie staral, to nieskutecznie. ;)


***

Babcia i dziadek pytaja Kokusia, ile ma lat.
Nik pokazuje im 4 paluszki.
Babcia: "To ile to jest?"
Nik (szybko przelicza): "Four!"
Wtracam: "A po polsku?"
Nik: "Dziesiec!"


***

Nik usiluje operowac swoim nowym autem. Pojazd dla nieco starszych dzieci, wiec kiepsko mu idzie. W koncu zadowolony stwierdza:
"Jus sie naucylem tego dziadostwa!"


***

Chwile pozniej zostawia auto i lapie za inna zabawke. Przypominam mu, zeby wylaczyl samochod oraz pilota, bo maja swiatelka i szybko wyczerpuja im sie baterie. Nik rozglada sie po pokoju.
"A gdzie ja polozylem pilota?"
Mama (prycha pod nosem): "No ja tego nie wiem..."
Nik (z rezygnacja wznosi oczy ku gorze): "I znowu szukanie..."


***

A na koniec, czesc kulinarna posta. Rzadko kiedy wrzucam tu odkryte przepisy, ale tym razem musze Wam cos zarekomendowac! :)
Przed urodzinami Nika, zastanawialam sie co podac gosciom. Zaprosilismy nasza mini - rodzinke na 17, wiec wiadomo, ze obiad odpadal. Poczatkowo pomyslalam, ze tort i kawa/ herbata wystarcza, ale im dluzej sie zastanawialam, tym bardziej sklanialam sie ku jakiejs przekasce. Poniewaz dopiero co pichcilam na Thanksgiving, a za 2 tygodnie czeka mnie maraton kuchenny na Swieta, wiec nie mialam ochoty na nic wymyslnego. Az w koncu mnie olsnilo! Muffiny z lososiem i koperkiem! Na ten przepis trafilam juz jakis czas temu, ale jakos nie mialam okazji go wyprobowac. Niedawno wpadl mi on ponownie w rece, a poniewaz to przekaska rybna, zakodowalam sobie, zeby wrocic do niego w okolicach Wigilii. Lubie jednak wyprobowywac wczesniej nowe przepisy, wiec i tym razem, stwierdzilam, ze upieke dwie pieczenie na jednym ogniu. Wyprobuje recepture i bede miala czym poczestowac gosci na urodzinach! Ha! ;)


Dziewczyny, jesli gdzies tam wpadl Wam w oko podobny przepis, nie wahajcie sie! Muffiny wyszly przepyszne! Dobra, meska czesc podeszla dosc sceptycznie, moj tato stwierdzil, ze smakuja jakos dziwnie, jakby ryba (a mowilam wyraznie, ze sa z lo-so-siem!), ale to faceci, co oni tam wiedza?! ;) Zarowno ja, jak i ciotka M. sie na te muffiny rzucilysmy! Zdecydowanie robie je na Wigilie! Najwyzej jak goscie je zbojkotuja, zjem je sama, o! :D

I na tym koncze obecnego tasiemca. Teraz to juz naprawde odezwe sie po bilnasie Nika. ;)