wtorek, 20 listopada 2018

Z serii: w tym domu sie gada! + o listopadowych zaskoczeniach i Indyku

Kurcze, zbieralam material na tego posta i zbieralam, a kiedy teraz podjelam sie doszlifowania go i opublikowania, okazalo sie, ze niektore teksty sa z... wrzesnia! :O

Refleks mam niesamowity... ;)

*

Bi narzeka caly ranek, ze boli ja brzuch. Na poczatku to ignoruje (wiem, wiem, co ze mnie za matka ;P), ale kiedy praktycznie nie rusza sniadania, a potem zaczyna autentycznie plakac, zastanawiam sie czy moze nie zostawic jej w domu. Bi jednak, w przerwie miedzy plakaniem, szczebiocze do psa, zagaduje brata, itd. Tlumacze wiec, ze maja dzis w szkole zdjecia, a takze ma pierwsza lekcje skrzypiec. Zeby pojechala i zobaczyla czy brzuszek przestanie ja bolec. Jak cos, pielegniarka zadzwoni do mnie i po nia przyjade.
Telefon jednak nie zadzwonil. Pod wieczor zas jechalam na spotkania organizacyjne w klasach Potworkow. Przy okazji spytalam pania Bi jak Starsza czula sie rano, tlumaczac, ze w domu bolal ja brzuch. Nauczycielka zdziwiona odpowiedziala, ze Bi byla wesola i nie widac bylo, zeby cos jej dokuczalo.
Hmm... Po powrocie, pytam corke co jej bylo, ze rano plakala, ze zle sie czuje, ze brzuch boli, a potem w szkole nic sie nie dzialo? Bi najpierw marszczy czolo, najwyrazniej nie pamietajac, ze w ogole cos ja rano bolalo. Po chwili sobie przypomina.

Bi: "A! Jakos w autobusie przestalam o tym myslec. Czasami sie tak zdarza..."

Taaa... A matka spedzila dzien co chwila nerwowo zerkajac na telefon...


***

Nikowe przekrecenia:

"Kiedy sobie przypamietamy" [kiedy sobie przypomnimy]

O samochodziku z napedem: "To jest napendowane!"


***

Nik jezdzi na rowerze. Glownie po naszym pojezdzie, ale co chwila zawraca az na srodku ulicy. Upominam raz, upominam drugi... Kiedy Mlody przejezdza kolo mnie ze swistem po raz kolejny, znow wrzeszcze:

Ja: "Nik, nie wyjezdzaj na ulice!"
Nik (rzuca mi w przelocie): "Don't judge me!"

Co ma piernik do wiatraka? Nie wiem, ale i tak sie smialam. ;)


***

Nik rozmawia z dziadkami na Skypa. Tesciowa pyta go czy chce zeby babcia znow przyleciala na 3 miesiace. Najwyrazniej jednak Nik nie nacieszyl sie dziadkami, bo szybko odpowiada:

"Babcia przyjedzie na STO miesiacow!"


***

Dialog zaslyszany podczas ogladania domkow wrozek:


Nik (powatpiewajaco): "Are fairies even real?"
Bi (pewnie): "No, fairies do not exist. But Tooth Fairy is real!"

Taaa... Zaprzeczamy samym sobie... :D


***

M. uczy dzieci zmawiac "Zdrowas Mario". Bi szybko podlapuje tekst. Ktoregos wieczora chce sie pochwalic i recytuje to co pamieta, a pamieta calosc, choc niektore fragmenty sa dosc... oryginalne. ;)

Bi: "...I modl sie za nami grzeCZnymi, teraz i w godzine..."

I nie dala sobie przetlumaczyc, ze tam powinno byc "grzeSZnymi". :D


***

Podczas porannego czesania, Bi ponosi wyobraznia:
"A jak bede miala takie dlugie wlosy jak Roszpunka, to beda sie platac po calym domu. I nie bede mogla chodzic do szkoly, bo jak? Przeciez wszyscy by sie o nie potykali i zaczepialyby sie o krzesla..."
Nik (najwyrazniej z calego wywodu uslyszal tylko jedno i od razu uderza w placz): "It's not fair! Bi nie bedzie chodzic do szkoly, a ja musze!"

Tutaj wstawcie sobie moje westchnienie oraz przewrot oczami, bo ryczec o cos, co pozostanie tylko i wylacznie w sferze wyobrazni, to jedynie dziecko potrafi. ;)


***

Bi chwali sie Kokusiowi: "A ja dzis ide na basen, a ty nie-e!"
Ni (nie pozostaje dluzny): "A ja zostane w domu i bede sie bawic wszystkimi twoimi zabawkami!"

Wie, skubaniec, jak sie odgryzc! :)


***

W polskiej szkole, dzieci uczyly sie naszego hymnu. Zamiast jednak "Marsz, marsz Dabrowski", Nik uparcie spiewa:
"Marsz, marsz do Po-olski!"

:D


***

Nik biega, a wlasciwie niemal LATA po domu jak szaleniec. W biegu, rechoczac wesolo, mija mnie i wskazujac paluchem na samego siebie, oznajmia:
"Candy energy!"

Ano, ma racje. Takie akcje to tylko przy odpowiednio wysokim poziomie cukru we krwi. ;)


***

Cwiczymy pisownie wyrazow na dyktando. Bi ma napisac slowo "kolory".
Pisze: coroly

W jednym, krotkim wyrazie 3 bledy. To chyba jakis rekord. ;)


***

Teraz o listopadzie.
Napisalabym, ze listopad jaki jest, kazdy widzi, ale... nie byloby to zgodne z prawda. ;) W czwartek i piatek, listopad wygladal u nas bowiem jak... styczen! ;) Juz od kilku dni wczesniej, prognozy zapowiadaly snieg, co wyjatkowo jak na moja pesymistyczna nature, optymistycznie ignorowalam, twierdzac, ze no gdzie, SNIEG? W listopadzie?! Tiaaaa...
Cichutki glosik w glowie, przypominajacy, ze 7 lat temu mielismy pod koniec pazdziernika taka sniezyce, ze pradu zabraklo na 10 dni, skrupulatnie zadeptywalam i zakopywalam w ruchomych piaskach nie-pamieci. ;)
Jak zwykle oczywiscie, kiedy ja uparcie twierdzilam, ze sniegu spadna trzy platki na krzyz, to sypnelo nam jakies 30 cm! :O Jakby tego bylo malo, w nocy snieg przeszedl w marznacy deszcz i zrobila sie slizgawka.

Stan z godziny 21 w czwartek. Przez chwile znow mieszkalam w Narnii ;)

Spodziewalam sie, ze w piatek opoznia lekcje, ale zupelnie nie wierzylam, ze moga zamknac szkoly. A jednak. Nasze miasteczko bylo jednym w niewielu w Stanie, ktore zamknelo placowki edukacyjne na glucho. Dobrze, ze na wszelki wypadek wzielam troche papierow, wiec w piatek rano puscilam tylko maila, ze pracuje z domu i z rozkosza oddalam sie podziwianiu zimowego krajobrazu przez okno. ;)
Moja rozkosz nie trwala jednak dlugo, bo Potworki juz od switu, z nosami przyklejonymi do szyb, dopytywaly kiedy, no kieeedyyy pojdziemy na dwor. :) Sporo czasu zajelo mi skompletowanie ich zimowej garderoby, ktora nadal walala sie po roznorakich pudlach oraz siatkach umiejscowionych w najdziwniejszych zakamarkach domu. ;) W koncu jednak udalo mi sie odszukac i spodnie i buty i szaliki oraz rekawiczki. Kurtki na szczescie wyciagnelam juz tydzien wczesniej bo temperatury uparcie nie chca sie podnosic ponad 4 stopnie...

Snieg pomieszany z nadal opadajacymi liscmi :)

Czasem Maya gonila dzieciaki, a czasem uciekala przed rozpedzonymi "dupkami" z podkulonym ogonem ;)

Bi ulepila tego, calkiem sporego balwana samodzielnie i zajelo jej to raptem pol godziny. Aha, to jest balwan - dziewczyna i miala (bo juz stopniala) na imie Charlotte ;)

W sobote Potworki mialy niesamowita radoche, bowiem urzadzilam im wagary od polskiej szkoly. Troche gryzlo mnie sumienie, ale poniewaz Bi miala w niedziele pierwsze zawody plywackie, stwierdzilam, ze zamiast wkuwania polskich slowek, bardziej przyda jej sie troche dodatkowego plywania. Do konca wahalam sie co robic, ale w koncu jednak zabralam ja na sobotni trening, ktory zazwyczaj opuszcza ze wzgledu na wlasnie polska szkole...

Po poludniu zas, czekala na dzieciaki kolejna niespodzianka. Pojechalam bowiem z nimi do kolezanki. Z kolezanka jest troche smieszna sytuacja, bowiem kojarzylam ja z widzenia juz od wielu lat z... kosciola. U nas male dzieci to rzadkosc, wiec automatycznie rozpoznaje sie inne mlode rodziny. Poza tym jednak jakos nie bylo okazji sie blizej poznac. Mieszkamy w roznych miasteczkach, poza kosciolem nie bylo wiec wspolnego gruntu. Tymczasem, w polskiej szkole, synek J. trafil z Kokusiem do jednej klasy. Chlopcy, jako ze znaja sie z widzenia, z miejsca sie zaprzyjaznili i oboje od poczatku roku blagali o "play date". W koncu jakos udalo sie poskladac nasze grafiki tak, zeby sie spotkac. Bi uparla sie tez jechac i choc obawialam sie, ze sie wynudzi, okazalo sie, ze z wielka cierpliwoscia i werwa oddala sie zabawianiu 3-letniej coreczki J. Az dziw, ze to ta sama Bi, ktorej interakcja z Nikiem ogranicza sie zwykle do doprowadzania go do bialej goraczki... ;)

A w niedziele, tak jak pisalam, odbyly sie zawody. :)
Musze napisac, ze bylo to dosc ciekawe doswiadczenie, choc "po" mruknelam do M., ze to byly najdluzsze 3 godziny w moim zyciu... ;) Cale zawody to bylo bowiem glownie... czekanie. Wciagu tych trzech godzin, Bi miala trzy wyscigi, a pomiedzy nimi okolo 45 minut przerwy.
Ogolnie, zawody plywackie moge okreslic jako CHAOS! Startowalo mnostwo dzieciakow, w roznych kategoriach wiekowych i roznymi stylami, starsze poprzeplatane z mlodszymi i wyszedl z tego taki kogel mogel. Trenerow bylo troje, ale ogarnac taka gromade to nie jest prosta sprawa. Mimo, ze plywacy mieli w zalozeniu siedziec ze swoja druzyna, to najmlodsze dzieciaki szybko "uciekly" na trybuny, do rodzicow. A potem, kiedy przychodzila ich kolej, trenerzy chodzili wsrod tlumu, nawolujac. Zdarzylo sie tez, ze kilkoro dzieciakow ominelo swoj wyscig, bo sie zagapilo lub wyszlo do toalety, a trenerzy nie znalezli ich na czas. ;)

Przed wyscigami - mnie pewnie zjadalaby trema, ale Bi, jak widac, humor dopisywal. To jest wlasnie ten stroj kapielowy, ktory kosztowal fortune za kawalek poliestru ;)

Mam wrazenie, ze te najmlodsze maluchy, w tym wlasnie Bi, byly kiepsko zaopiekowane. Starsza startowala w trzech wyscigach i w prawie kazdym popelnila bledy, ktore zawazyly na jej wyniku, a ktore byly latwe do unikniecia, gdyby trenerzy stali przy tych maluchach i dawali im jeszcze pare wskazowek. Na przyklad, w pierwszym wyscigu - kraulem, Bi po wskoczeniu do wody, zamiast plynac, co chwila przystawala i rozgladala sie na boki. Potem powiedziala mi, ze nie byla pewna jakim stylem ma plynac. ;) Doplynela jako piata (na 6 dziewczynek w swojej kategorii wiekowej...). Poniewaz ja rowniez dopiero ucze sie co i jak, duzo pozniej odkrylam, ze przed wyscigami dzieci dostaja karteczki, na ktorych maja wyszczegolnione jakim maja plynac stylem, jaki dystans i na ktorej lini basenu. Potem juz sama to sprawdzalam i tlumaczylam Bi co ma robic. Mimo jednak wszystko, w drugim wyscigu - na plecach, w stylu, w ktorym na treningu jest jedna z lepszych, co chwila przystawala i patrzyla do tylu upewniajac sie, ze nie uderzy w scianke. A sama pamietam jeszcze z jej lekcji, ze kiedy widzi nad soba choragiewki, to znaczy ze ma jeszcze okolo 8 wyrzutow ramionami i potem musi wyciagnac obie rece do tylu i tak doplynac do brzegu... Naprawde, ktorys z trenerow mogl jej to przypomniec, choc i tak poszlo jej lepiej i doplynela jako trzecia.

Udalo mi sie uchwycic poczatek wyscigu. Bi zakreslilam Wam koleczkiem. :)

Przy ostatnim wyscigu zawinili po czesci trenerzy, po czesci Bi, a po czesci ja sama. Nie wiem dlaczego, ale tu Bi nie startowala z blokow, tylko z przeciwleglego brzegu. Kiedy zabrzmial gwizdek na przygotowanie sie do startu, Bi stala i patrzyla co robia inne dzieci. Kiedy wiec kilka sekund pozniej burknal bzyczek oznaczajacy poczatek wyscigu, wszystkie dziewczynki wskoczyly do wody, a Bi dopiero zakladala gogle! :D Przyznaje, ze pieknie nadrobila stracony czas i doplynela czwarta (na 8 plywaczek), ale gdyby nie zmarnowala tych cennych sekund, mogla byc jedna z pierwszych. I tu znowu - trenerzy powinni stac na poczatku wyscigu i wczesniej ostrzec ja, zeby byla gotowa. A zla na siebie jestem, bo akurat ten wyscig chcialam nagrac i odeszlam na druga strone basenu. Gdybym stala blizej sama bym podpowiedziala Bi zeby szykowala sie do skoku, a nie rozgladala na boki. ;)

Tu kilka sekund przed tym feralnym wyscigiem. Widac, ze niektore dziewczyny juz sa elegancko przyszykowane do skoku w wode, a Bi dopiero niepewnie schodzi na brzeg basenu...

Coz... Jak to mowia, pierwsze sliwki robaczywki... Oficjalne wyniki beda za kilka dni. Obawiam sie, ze w ostatnim wyscigu Bi bedzie zdyskwalifikowana, bowiem przegladajac filmik zauwazylam, ze konczac, zlapala scianke jedna reka. W zabce zas i stylu motylkowym, konczac trzeba zlapac sie brzegu obiema rekoma w idealnie tym samym czasie... :/
Bywa i tak. Na zawodach w zeszlym tygodniu chyba w polowie wyscigow plywacy z "naszej" druzyny zostali zdyskwalifikowani. :D Nastepne zawody sa w polowie grudnia. Zostalo wiec troche czasu, zeby popracowac nad tym czy owym. ;)

Poki co, jak zreszta powiedzialam M. kiedy wsiedlismy po zawodach do auta, mozna przeniesc uwage z wyscigow, na swieto Dziekczynienia, zwane potocznie Indykiem. ;) To juz w ten czwartek!

Dla moich hamerykanckich czytelnikow pisze wiec juz teraz, bo potem nie bedzie czasu:

Happy Thanksgiving!!! Gobble, gobble!!! ;)


środa, 14 listopada 2018

O Diwali, starzeniu sie, szkolnych sprawach i innych...

W zeszla srode postarzalam sie o kolejny rok. Pocieszajace jest, ze "kodu" jeszcze nie zmienilam, choc juz blisko, bliziutko... ;) Ale i tak wlasna rubryka mnie poraza. Na oswiadczenie Bi, ze musimy w tort wsadzic tyle swieczek ile mam lat, odparlam ponuro, ze lepiej nie, bo wlaczy sie czujnik na dym. ;) Zreszta i tak nie mialam osobnego przyjecia, nawet w skromnym gronie naszej czworki. Tort byl wiec tylko wspolny - dla mojego taty, M. oraz mnie i zjedzony tydzien wczesniej, jak pisalam juz w poprzednim poscie. A dzien urodzin spedzilam czesciowo w pracy, a czesciowo na basenie, przygladajac sie najpierw lekcji Nika, a potem treningowi Bi. Ot, zycie matki. :)

Zeby nie bylo jednak az tak beznadziejnie, to rano, na nocnym stoliku czekala na mnie karteczka od meza. ;)


A pod karteczka, taka niespodzianka!


Postaral sie chlopina, no. :) Szkoda tylko, ze nie spytal o rade, bo wtedy powiedzialabym mu bez wahania, zeby kupil mi nowy flakonik ukochanego Armani Code. Temu zapachowi jestem wierna juz ponad 10 lat. :) Zostala mi juz tylko jedna czwarta buteleczki, wiec nowa bylaby jak najbardziej pozadana. Tymczasem nowy zapach... no ladny jest... ale to nie TO. :D Coz, skonczy pewnie jak Lacoste, ktory dostalalam dobrych kilka lat temu od taty (tak dawno, ze nawet dobrze nie pamietam) na Gwiazdke. Tato kupil go po zasiegnieciu rady mojej mamy, ktora niestety ma zupelnie inny gust "zapachowy". Psikam sie nim od czasu do czasu z poczucia obowiazku, ale zuzylam moze 1/5. ;) Poza tym, moj malzonek nie zwraca uwagi na subtelna roznice pomiedzy "eau de toilette" a "eau de parfum". Kupil to pierwsze, a wiec juz godzine po psiknieciu, nic na sobie nie czuje. No, ale jak to mowia, darowanemu koniowi... :D

Zanim jednak dopadla mnie "starosc", byl wtorek. A we wtorek, z okazji dnia wyborow (tutaj zawsze jest on w pierwszy wtorek listopada), Potworki mialy wolne w szkole. Poniewaz jednak moje dni urlopu topnieja niczy sniegi w marcu, a wiadomo, ze do konca roku ktos sie na bank (tfu, tfu!) pochoruje, tudziez spadnie snieg i zamkna szkoly (a smiejcie sie - u nas dzis w nocy ma byc -6 stopni!), wiec tym razem wolne wzial M.
Ja za to zabralam wieczorem Potworki na kolejne przyjecie organizowane przez naszych sasiadow. Nie wiem juz sama czy to taka przypadkowa kumulacja, czy oni naprawde tak bardzo lubia spotkania towarzyskie... ;) Tym razem pretekstem bylo hinduskie swieto Diwali, ktore przypadalo co prawda w srode, ale sasiadka, korzystajac z zamkniecia szkol, rowniez wziela wolne i urzadzila przyjecie we wtorek wieczorem.
Z tego co mi wytlumaczono (wujka googla nie mialam ochoty pytac), Diwali jest swietem swiatla oraz czesciowo zmarlych i jest najhuczniej obchodzonym swietem. Cos jak dla nas Boze Narodzenie. ;)

Poniewaz dzien wczesniej niedzwiedz przemaszerowal sobie jak gdyby nigdy nic kilka domow dalej kiedy czekalismy rano na szkolny autobus (:O), a przyjecie zaczynalo sie juz po zmroku, nie ryzykowalam i podjechalam ten kawaleczek autem. A i tak mialam pelne gacie, bowiem zaparkowalam na naszej uliczce, ale do sasiadow trzeba wejsc dluuugim podjazdem, otoczonym szpalerem wysokich tui. Nie ma tam zadnej lampy, ciemno jest jak w dupie pod koszula i czulam panike na mysl co bym zrobila gdyby niedzwiedz akurat szedl sobie tym szpalerem tui w przeciwnym kierunku? ;)
W kazdym razie kiedy juz na nie bezpiecznie doszlismy, spotkanie uwazam za bardzo udane. Az szkoda, ze M. wolal zostac w domu i malowac lazienke. Party pooper :D Przyszla gromadka dzieciakow i tym razem nawet dwoch chlopcow, ktorych Nik kojarzy z autobusu, wiec mial towarzystwo. A dziewczynek byla w ogole gromada, Bi nie byla wiec absolutnie pokrzywdzona.

To tylko czesc maloletniej gromady. Reszta rozpierzchla sie po chalupie i nie zwabily ich nawet babeczki ;)

Ja opchalam sie pysznego hinduskiego jedzenia, pogadalam z innymi mamuskami (oprocz gospodarza byl jeszcze tylko jeden mezczyzna - najwyrazniej wiekszosc mezow to takie odludki jak moj M.) i cieszylam sie, ze jednak pojechalam. Tego dnia bylo bowiem paskudnie, wiec mimo ze to po sasiedzku, to nie chcialo mi sie wychodzic i szukalam wymowki, zeby zostac w domu. Nawet Potworki uprzedzilam, ze przyjecie jest pozno, wiec jesli na nie pojdziemy, nie beda mieli wieczorem czasu na zwyczajowe bajki na tabletach. ;) Czesc mnie miala nadzieje, ze dzieciaki zakrzykna, ze wola tablety i na zadna impreze nie ida, a druga czesc wolala ich po prostu uprzedzic, zeby potem nie bylo placzu i tupania nogami. ;) Niestety - stety, dzieciaki zgodnie oznajmily, ze wola zabawe z kolegami niz elektronike (co chyba jest dobrym znakiem), wiec nie pozostalo mi nic innego jak zmusic sie do wyjscia z cieplutkiego domu na deszcz i wichure. ;)

Sasiedzi zapalili tradycyjne swiatelka przy oltarzyku...

Oltarzyk prowizoryczny, urzadzony... na kuchennym blacie :D

Dzieciaki bawily sie sztucznymi ogniami...

Nik byl nimi szczegolnie zachwycony. Po chwili bral juz po 2-3 na raz, bo przy jednym ogien byl dla niego za maly. ;)

Bi byla ostrozniejsza, ale i tak miala radoche

A na koniec, z racji, ze pogoda zrobila nam laske i przestalo padac, sasiad odpalil nawet fajerwerki.


Dzieciarnia miala wiec zabawe nie z tej ziemi, a i ja wyszlam z usmiechem na twarzy. Taki cieply, choc listopadowy, wieczor. :) Na odchodne dostalam jeszcze sliczny swieczniczek z tradycyjnymi zdobieniami.

Drobiazg, ale jaki mily gest

W piatek otrzymalam raporty postepow Potworkow po niecalych 3 miesiacach roku szkolnego. Hameryka jest sto lat za murzynami. Nie ma tu elektronicznych dziennikow, nie ma zreszta ani ocen, ani punktow, dotychczas nie mialam wiec pojecia jak sobie radza, oprocz obserwacji poczynionych podczas odrabiania lekcji. Raporty, jak pisze co roku, to sa szczegolowe opisy poszczegolnych umiejetnosci. "Ocenami" sa below expectation (ponizej oczekiwanego poziomu), near expectation (blisko oczekiwanego poziomu), meets expectation (wykazuje odpowiedni poziom) oraz exceeds expectation (przekracza wymagany poziom). Coz... Kryteria sa jakie sa, ale to below expectation oraz near expectation to dla mnie taki pic na wode fotomontaz. W koncu "near" oznacza, ze dziecko jednak jest ponizej wymagnego poziomu, tak samo jak "below". Wiem, ze sie czepiam i zapewne below uzywane jest w przypadku naprawde duzych brakow, ale nie moge sie oprzec obawie, ze hamerykanscy nauczyciele, przy ich podejsciu nastawionym na zachety oraz pozytywy, uzywaja tego "near" zeby po prostu ladniej brzmialo. :D
W kazdym razie, na cala liste, Nik ma tylko 4 "near expectation", zas Bi 3. Jestem dosc zaskoczona, bo obydwoje mieszcza sie w "widelkach" jesli chodzi o czytanie (tutaj nie ma below, near, meets i exceeds; jest konkretny poziom) ale na najnizszym poziomie. Tymczasem dla mnie Nik czyta rewelacyjnie! Wiem, ze Bi z czytaniem ma naprawde spory problem, ale chyba dotychczas nie wiedzialam, jak duzy. Porownujac Potworki, spokojnie wystawilabym Nikowi najwyzszy poziom! :) Oczywiscie tu duze znaczenie ma tez charakter nauczycielki. Bi ma mloda, sympatyczna pania, Nikowi trafila sie starsza, ktora uczyla w dodatku wczesniej drugie klasy, wiec moze miec zawyzone wymagania.
Niespodzianka bylo za to zaznaczenie, ze Bi przekracza poziom drugiej klasy w dodawaniu i odejmowaniu! Coz, zawsze powtarzam, ze to matematyczna zyleta. :D


Po otrzymaniu raportow, zaraz w poniedzialek czekaly mnie wywiadowki. Udalo mi sie umowic u obu nauczycielek tego samego dnia, musialam tylko poczekac 20 minut miedzy jedna wywiadowka, a druga. Uklad idealny. Nie musialam zwalniac sie z pracy dwa dni pod rzad i jeszcze moglam poczytac chwile ksiazke. ;)
Czy dowiedzialam sie czegos ciekawego? Chyba nie. ;) Czy uslyszalam cos, czego wczesniej nie wiedzialam? Tylko to, ze Nik bardzo dobrze radzi sobie z matematyka. :) No prosze, prosze... Ja mialam kompletnie inne wrazenie, patrzac jak podczas odrabiania lekcji probuje liczyc na palcach i nie zawsze mu wychodzi. ;)
Ogolnie, panie potwierdzily tylko to, co widac na raportach, czyli ze Potworki radza sobie bardzo dobrze. Nik nie ma zadnej piety achillesowej, musi tylko zaczac rozwijac temat, kiedy pisze opowiadanie. Ta moja gadula bowiem, ktorej buzia sie nie zamyka, ma tendencje do opisywania zdarzenia w jednym zdaniu i to maksymalnie 5-wyrazowym. ;) Poza tym, wychowawczyni jest jednak zachwycona tym, jak przyjacielskim i wrazliwym jest chlopczykiem. Oraz wygadanym. :) Podczas indywidualnej pracy z nim, sprawdzajac czy Nik rozumie czytany tekst, pani zapisywala jego komentarze, z ktorych boki mozna bylo zrywac! :D Znam to zreszta z autopsji, bo Nik zywo komentuje kiedy wieczorem czytam mu do snu. Znaczy to jednak, ze slucha, a o to wlasnie chodzi. ;)

Bi podciagnela sie z czytaniem. W kazdym razie zalapuje sie na poziom wymagany w pierwszym semestrze II klasy. ;) Teraz przyszla kolej na podciagniecie pisania, bo to jest rowniez tragiczne (to moje slowa, nie wychowawczyni :D). Pisalam juz kilka razy, ze Nik, chociaz pisze rowniez z bledami, to jednak fonetycznie tak zapisuje wyrazy, ze udaje mi sie odgadnac, co poeta mial na mysli. U Bi nie daje rady, bo nie tylko, ze gloski sie nie zgadzaja, to jeszcze brakuje samoglosek. Na przyklad slowo surprise, u Bi moze wygladac jak "sprs". I wez czlowieku sie domysl. :D Wychowawczyni jednak przekazala, ze Bi ma z nia indywidualne cwiczenia, a dodatkowo pracuje z inna pania. Ma wiec sporo pomocy dostosowanej do jej potrzeb. To jedna z tych rzeczy, ktore podobaja mi sie w amerykanskiej szkole. Mimo narzekan na dziury w budzecie, szkoly zatrudniaja cala armie pedagogow, pomocy, specjalistow od poszczegolnych dziedzin i Bog wie kogo jeszcze. Odpowiedzialnosc za nauczenie lub podciagniecie uczniow w tym czy owym, nie spoczywa wiec wylacznie na barkach wychowawcow, ktorzy musza ogarnac 20 uczniow. Wierze wiec, ze Bi bedzie jeszcze pisac idealnie lub prawie idealnie. Moze nie w tym roku, ale kiedys na pewno. ;)

A pomiedzy otrzymaniem raportow, a wywiadowkami, byl weekend.
W niedziele odbyl sie dodatkowy trening dla druzyny plywackiej ze skokow do wody. Klub, do ktorego chodza Potworki, ma bowiem mniejszy i plytszy basen, bez slupkow startowych. A skok ze slupka jest waznym elementem kazdego wyscigu. Dzieci moga startowac rowniez z wody, ale te skaczace automatycznie beda mialy przewage. Dlatego tez klub zorganizowal dodatkowe treningi na pelnowymiarowym basenie)
Pojechalysmy wiec w niedzielny poranek do eleganckiej prywatnej szkoly dla dziewczat z internatem, mieszczacej sie dwa miasteczka dalej. ;) Szkola malowniczo polozona, wlasne centrum sportowe, wlasna stadnina koni, ale na basenie: pieknym, nowiutkim, nowoczesnym, bylo... zimno! To znaczy, moze nie do konca lodowato, ale przyzwyczajona jestem, ze na "naszym" basenie jest tak goraco, ze po pol godzinie siedzenia tam, mam wypieki na twarzy i spocone pachy (wiem, fuj). Ale dla dzieciakow wychodzacych z wody, to bardzo dobrze. Nie zmarzna. Tutaj, siedzac w cienkiej, bawelnianej bluzeczce, bylo mi... w sam raz. Po prostu. Nie bylo mi chlodno, ale absolutnie nie bylo mi rowniez goraco. A mokre dzieci stojace i czekajace na swoja kolej zeby skoczyc do wody, staly przykurczone i trzesace sie z zimna! :O I modle sie, zeby Bi sie po tym treningu nie pochorowala... :(

Pomijajac jednak temperature, musze znowu pochwalic Bi. To byl jej pierwszy trening na tamtym basenie, wiec na poczatek przezyla szok, ze ma on ponad dwa metry glebokosci. Przyznaje, ze i ja bylam lekko zdenerwowana, bo choc ufam umiejetnosciom Bi, to wiem, ze potrzebuje ona od czasu do czasu odpoczac. Tam nie miala takiej mozliwosci, dopoki nie doplynela do brzegu. Jak zwykle jednak martwilam sie na zapas, bowiem Bi nie tylko bez problemu wyplywala na powierzchnie oraz doplywala do brzegu, ale jeszcze na koniec urzadzily sobie z kolezanka "podwodny taniec", czyli zanurzaly sie i korzystajac z tego, ze do dna mialy daleko, a w goglach widzialy sie nawzajem, wyczynialy jakies wygibasy pod woda. ;)

Wracajac do treningu i chwalenia (:D). Bi naprawde poradzila sobie swietnie jak na pierwszy raz. Podziwiam ja, bo slupki startowe sa lekko pochylone, a dzieciaki przed startem musza jeszcze sklonic sie do przodu i zlapac za ich brzeg. Sama pewnie spanikowalabym, ze poslizgne sie i wlece do basenu glowa w dol (choc o to w sumie chodzi, tylko z wieksza gracja ;P). Pierwsze probne skoki dzieciaki wykonaly "na zabe", czesto plaskajac o wode brzuchem, hihi... Bi juz po chwili skakala elegancko glowa oraz rekoma w wode.

Nie wiem, czy na tym zdjeciu bedzie cokolwiek widac. Rodzice siedzieli po przeciwnej stronie basenu i mimo maksymalnego zblizenia, zdjecia wyszly niewyrazne :(

Jeszcze nog do konca nie prostuje i nie laczy razem, jeszcze nie wyglada to tak gladko jak powinno, ale z grupy poczatkujacych to ja trener wybral, zeby pokazala innym jak maja ukladac cialo. Moj maly delfinek. ;) Dla porownania, sporo dzieci juz do konca skakalo niezgrabnie rozkraczonych. :D Brawa jednak, ze w ogole mialy odwage skoczyc, bo na pierwszym treningu (ktory Bi ominal) podobno kilkoro trenerka musiala niemal zepchnac ze slupka. :D

Po treningu pojechalam do sklepu sportowego, zeby kupic Bi w koncu stroj druzyny. Wybrali je strasznie brzydkie, czarne z czerwonymi ramowkami, ale coz, o gustach sie nie dyskutuje... ;) Cena wywolawcza tego "cudu" sprawila, ze sie zakrztusilam - $76! Po znizce dla druzyny i (podobno) przecenie wyniosla $55! O matko i corko! Mam nadzieje, ze Bi z niego za szybko nie wyrosnie... :D

W sobote, oprocz polskiej szkoly nie dzialo sie nic specjalnego, jesli nie liczyc, ze... padal snieg! Dobrze czytacie: SNIEG! Odwiozlam Potworki do szkoly, zrobilam zakupy i usilowalam nadgonic odkurzanie, kiedy wrocil z pracy M. i oznajmil, ze pada. Snieg. Najpierw prychnelam, ze tak, na pewno, ale odruchowo zerknelam za okno i sie z lekka zdziwilam. :D Co prawda bylo na tyle cieplo, ze nie osiadal na ziemi i padal zbyt malo gesty, zeby go ujac na zdjeciu, ale pare platkow utrzymalo sie przez chwile na tarasowym krzesle. Prosze:


Nie, to nie smieci, ani nie popiol z ogniska. To najprawdziwszy snieg. Pierwszy tej zimy jesieni. ;)

Ten tydzien, oprocz poniedzialku, powinien minac juz spokojniej. Pomijajac wywiadowki, w poniedzialek Bi miala rowniez trening, wiec wpadlam do domu, szybko wcisnelam w siebie obiad i popedzilam z nia na basen. Podobny bieg czeka mnie dzisiaj, kiedy Bi znow plywa, a dodatkowo lekcje ma Nik. Poza tym, na szczescie zadnych innych zajec w tym tygodniu ni ma. Za to w sobote bedziemy musieli jechac do kosciola na wieczorna msze, bowiem w niedziele rano Bi ma pierwsze ZAWODY. :O Jesli sie nie pochoruje po tym cholernym treningu w miniona niedziele rzecz jasna... :/

Tak czy owak, trzymajcie kciuki. Zeby sie nie pochorowala, zeby nie spanikowala i zeby zajela niezle miejsce, choc tu nie wiem jak duze sa jej szanse. ;)

czwartek, 8 listopada 2018

Kiedy jakis post ma priotytet, robia sie powazne zaleglosci na blogu

Z racji, ze poprzedni tydzien uplynal mi na klepaniu polrocznego podsumowania Bi, mam do nadrobienia ponad tydzien. A dzialo sie, dzialo! ;)

Po pierwsze, odbylo sie w koncu Pasowanie na Ucznia w polskiej szkole. Wystepy okazaly sie naprawde udane. Szkoda tylko, ze scena byla oswietlona, a reszta sali ciemna, wiec moj telefon sie buntowal i nie ustawial ostrosci. :( Jakies tam foty na pamiatke jednak pstryknelam.

Najpierw wystepowali zerowkowicze. Musze przyznac, ze bardzo fajnie sie prezentowali w ciemnych spodniach/ spodniczkach oraz bialych koszulach. I chociaz po ustawieniu ich w rzadku, operatorzy dosc dlugo pracowali nad oswietleniem oraz naglosnieniem (czemu nie zrobili tego wczesniej???) i maluchy zdazyly sie znudzic i zaczac wiercic, to grzecznie staly na miejscach.

Czy nie fajne berbecie? ;)

Nik byl troche stremowany, patrzyl niesmialo, ale usmiechal sie leciutko, wiec chyba traumy nie bylo. Byla za to pretensja, bo wystepowaly tylko zerowki oraz pierwszaki. Ci ostatni mieli pozniej w klasach poczestunek, a zerowkowicze... nic. ;) Kokus uznal, ze to bardzo niesprawiedliwe i nie pocieszalo go zupelnie, ze za rok bedzie jego pasowanie, a wtedy i on bedzie mial mala imprezke. ;)

W kazdym razie zerowki wyrecytowaly wierszyk, zaspiewaly piosenke, widownia gromko zaklaskala i przyszla pora na "gwiazdy", czyli Pierwszakow. ;)
Psioczylam na dwa warkoczyki ze wstazeczkami, ale musze przyznac, ze dziewczynki w identycznych fyzurkach, jednakowych szkolnych spodniczkach i bialo - czerwonym kwiatku we wlosach oraz chlopcy z czerwonymi wstazkami pod szyja, wygladali bardzo fajnie jako grupa. Wiele mam zaczesalo corkom wlosy w eleganckie warkocze dobierane albo klosy. Coz, dla mnie o 7 rano i w biegu, nawet te zwykle dwa warkocze to bylo czasowe wyzwanie. :D

Bi z dwiema ulubionymi kolezankami

Pierwszaki zatanczyly poloneza i o dziwo nikt sie nie potknal, nikt na siebie nie wpadl i nikt sie nie pomylil. Caly taniec wyszedl bezblednie. :) Pechowo klasa Bi wchodzila na scene jako ostatnia, a jeszcze u nich jest o 6 wiecej dziewczynek niz chlopcow i te 3 pary dziewuszek dali na sam koniec. Bi wyladowala w ostatniej parze, a pozniej jej klasa stala w ostatnim szeregu, wiec w tancu "migala" mi tylko od czasu do czasu, a podczas reszty wystepow nie widzialam jej wcale, choc ona twierdzi, ze specjalnie stawala na palcach, zebym mogla ja dostrzec. ;) Szkoda, bo pomimo wczesniejszych nerwow, Bi calego poloneza przetanczyla z usmiechem na buzi. Ponownie zobaczylam ja dopiero podczas wlasciwego pasowania, bowiem starsze uczennice wyprowadzaly dzieci na srodek czworkami.

Wiem, slabo widac, ale wlasnie Bi z trzema kolezankami wychodzi na srodek

Niestety, w kluczowym momencie Bi zostala zaslonieta przez stojaca obok kolezanke, wiec pasowania corki nie widzialam, choc je slyszalam, bo pani dyrektor miala mikrofon. ;)

A tu wlasciwy moment. Niestety, glowa widoczna z brzegu to NIE glowa Bi, choc mozna sie pomylic :D

Wszystkie dzieciaki dostaly na pamiatke koszulki z logo szkoly i ustawily sie do grupowego zdjecia, po czym przeszly do klas na poczestunek.

Grupowe zdjecie to byl CHAOS :)

Pisalam, ze zglosilam sie, ze przyniose babeczki? Chyba pisalam... Do zadania podeszlam ambitnie i nie tylko, ze je przynioslam, ale tez i sama upieklam (a wiekszosc mam przyniosla "gotowce")! ;) Siegnelam po sprawdzony wielokrotnie przepis na babeczki bananowe z maslanka. Kiedy pieke je dla dzieciakow, wymieniam orzechy z przepisu (Potworki ich nie lubia) na czekoladowe kropelki. Balam sie, ze kiedy zalezy mi zeby wyszly, to beda zakalce, ale na szczescie sie udaly. ;) Poniewaz pieklam je na szkolna imprezke, poszlam o krok dalej i postanowilam udekorowac, co zwykle sobie odpuszczam. Kremy jednak kupilam gotowe. Az tak zaangazowana to nie jestem. ;) Nie posiadam tez profesjonalnego zestawu do dekoracji, ale na szczescie plastikowy woreczek z ucietym rogiem zalatwil sprawe. Zanim dopasowalam wielkosc otworu do gestosci kremu, kilka babeczek udekorowalam nieco krzywo, ale na szczescie posypka zdzialala cuda i wygladaly niemal jak kupne! ;)

Bardzo bylam z siebie dumna ;)

Nieskromnie dodam tez, ze byly hitem i dobrze, ze przynioslam ich o kilka wiecej niz liczba dzieci w klasie, bo niektore bez skrepowania siegaly po dwie. :D A Bi z duma biegala od kolezanki do kolezanki, chwalac sie, ze "To moja mama piekla te babeczki!".
Musze sie chyba bardziej udzielac w zyciu szkolnym, skoro mojemu dziecku tak sie to podoba. Zartuje. Nie za bardzo mnie to kreci. :D

To nie byl dla mnie koniec pieczenia na tamten weekend. Na niedziele zaprosilismy mojego tate na torta. Senior rodziny ma urodziny pod koniec pazdziernika, M. ostatniego dnia miesiaca, a ja na poczatku listopada. Poniewaz nie mamy tu rodziny, wiec zeby nie urzadzac mini-imprez 3 weekendy pod rzad, zawsze zapraszamy tate na tort w okolicach urodzin M., czyli mniej wiecej po srodku. :)
Lubie piec, ale zazwyczaj wybieram przepisy gdzie trzeba wrzucic wszystkie skladniki do miski, ewentualnie dwoch, wymieszac, przelac do formy i gotowe. ;) Nie pieke ciast przekladanych warstwami, bo jestem leniwa i zwyczajnie nie chce mi sie babrac pol dnia w kremach. A moj maz wiecznie wspomina tego ambasadora pieczonego regularnie przez swoja mame... :D
Jesli chodzi o pieczenie tortow, jestem w ogole kompletna amatorka. Pierwszy, ktory w zyciu upieklam, to byl torcik oreo na tegoroczne urodziny Bi. Tym razem wyszukalam inny, w miare latwy przepis. Niestety, nie znajac sie, a bojac eksperymentowac, trzymalam sie scisle przepisu. A ten nie mowil nic o nasaczaniu biszkoptow! I choc przelecialo mi to przez mysl, to kremy byly na tyle "mokre", ze pomyslalam, ze skoro nic nie jest napisane, to moze ciasto samo nimi przejdzie. Taaa... ;) Juz po fakcie i M. i tata wymadrzali sie, ze przeciez biszkopty zawsze sie nasacza. Hmmm... Tato w zyciu nie upiekl nawet kurczaka w piekarniku, a co dopiero ciasta, a M. jeden raz upiekl "tort", ktory okazal sie sernikiem na zimno. Ale kiedy trzeba komus dogadac, to sa najmadrzejsi. ;)
W kazdym razie kremy w moim torciku byly "serowe". Jeden, jasny, wyszedl tak pyszny, ze mialam ochote zjesc go lyzka, zamiast klasc na biszkopt. Drugi, z dodatkiem kakao juz mi az tak nie smakowal, choc tez byl niezly. Na przyszlosc musze chlapnac do niego czegos, co doda mu wyrazistosci.
I tu mam pytanie! Te z Was, ktore pieka wlasne torty (a wiem, ze jest Was tu wiele) - czym nasaczacie biszkopty i co dajecie do kremow, zeby nie byly mdle? Moja S.P. Babcia zawsze dawala wodke, ale ze planuje zrobic do tego torcika kolejne podejscie na urodziny Nika, to nie wiem czy wypada potem podac dzieciom takiego nasaczonego procentami ciacha? :D
Moj malzonek podpowiada, ze jego mama zawsze robila ciemny krem z alkoholem, a jasny kokosowy, ale na mysl o tym kokosie gula mi podeszla do gardla... Moj jasny krem wyszedl taki pyszny, a on chce mi go popsuc jakims kokosem, bo jego mamusia tak robila. Zdrada, normalnie zdrada... ;)

W kazdym razie, poza suchawym biszkoptem, torcik wyszedl bardzo smaczny. Nawet Bi zjadla kawalek ze smakiem. Nik za to wyzarl galaretke, a reszte rozdziubal widelczykiem i zostawil. Ale on jest strasznie wybredny jesli chodzi o slodycze, wiec nie ma co sie dziwic... ;)

Tort byl zarabisty i nikt nie przekona mnie, ze nie do konca! ;)

W zeszlym tygodniu, najwazniejszym (dla dzieci) chyba dniem, do ktorego Potworki odliczaly w kalendarzu, bylo Halloween. :) Wlasciwie to stwierdzam, ze Nik jest jeszcze na tyle maly, ze bez Bi raczej zapomnialby ze cos takiego istnieje. Gdybysmy nadal mieszkali w starym domu, Halloween by przyszlo i przeszlo, a on nawet by sie nie zorientowal. Bi to jednak juz inna para kaloszy. Orientuje sie w kalendarzu i jesli na cos czeka, to pilnuje tego, sprawdza i odlicza. A na Halloween zdecydowanie czekala. Caly miesiac. :)
W koncu nadeszlo. Z tej okazji nawet treningi druzyny plywackiej zostaly odwolane, bowiem wiadomo bylo, ze zjawi sie garstka dzieci, jezeli w ogole. ;) Lekcji plywania niestety nie odwolano, pojechalam wiec z Kokusiem, a po powrocie, juz w progu przywitala nas przebierajaca nozkami i podskakujaca Bi, dopytujac sie kiedy wreszcie idziemy po cukierki. Zaczelam pomagac Potworkom przebierac sie w stroje, a w miedzy czasie co chwila rozlegal sie dzwonek do drzwi. To potegowalo oczywiscie niecierpliwosc Bi oraz Nika, ktorzy po chwili juz biegali po prostu bez celu krzyczac, ze chca isc. I to zanim jeszcze wrzucili w siebie cukier, wiec wiecie... :D

Potwory ruszaja na lowy :D

No i ruszylismy. Mielismy wielkie szczescie, ze akurat tego dnia przyszlo ocieplenie. Mielismy 16 stopni, nie trzeba bylo sie wiec strasznie opatulac. Gdybym kazala Potworkom ubrac na wierzch kurtki, mysle, ze skonczyloby sie awantura i nie wiem, czy w ogole wyszlibysmy z domu. :D Kostium Bi (jednorozec) to jednoczesciowa, polarowa pizama, wiec wystarczyla jej pod spod bluzka. Nikowy stroj (transformers) to z kolei cieniutki poliester, ale z cieplejsza bluza pod spodem i czapka na glowie (bo wlosy mial jeszcze wilgotne po basenie) tez bylo mu cieplo. Ja w jesiennej kurtce za to zasapalam sie i spocilam, bowiem Potworki ruszyly od domu do domu doslownie biegiem! :D
Wydawalo mi sie, ze mieszkamy w malutkiej dzielnicy. No wlasnie, "wydawalo" to kluczowe slowo. ;) Poltorej godziny wedrowalismy od drzwi do drzwi i calej nie przeszlismy... Juz po chwili biegania, Potworki nieco zwolnily. Domy sa tu spore i ogrody duze, a wiec odleglosci miedzy nimi tez dosc znaczne. Dodatkowo, wejscie do zadnego domu nie znajduje sie zaraz przy ulicy. Wrecz przeciwnie, do kazdego trzeba podejsc, a ze cala dzielnica polozona jest na zboczu wzgorza, uliczki pna sie w gore, podobnie jak wiekszosc podjazdow. Praktycznie od razu zrezygnowalam z podchodzenia z Potworkami do samych drzwi. Stawalam na poczatku podjazdu i patrzylam jak stukaja, wolaja "Trick or treat", po czym biegna z lupem z powrotem. ;)
Stwierdzam, ze mieszkamy po prostu w raju dla spragnionej darmowych cukierkow smarkaterii. Na siec uliczek, ktore udalo nam sie przejsc, tylko dwa domy byly zupelnie ciemne, a w trzech nikt nie otworzyl drzwi. W reszcie ludziska rozdawali slodycze z checia i entuzjazmem. Niektorzy sami byli poprzebierani, jak rowniez ich czworonozne pupile. ;) Tylko w jednym z domow pan rozdawal dzieciom... jablka. Nik odwrocil sie na piecie oznajmiajac, ze nie lubi, ale wiekszosc dzieci nie pogardzila nawet jabluszkiem. :)

Tego samego dnia, jeszcze w pracy, kolezanka opowiadala, ze widziala postulaty, zeby Halloween zmienic w swieto ruchome, odbywajace sie w ostatnia sobote pazdziernika. Razem smialysmy sie, ze tradycja, ze bzdury, ze ale wymyslaja... Po 1.5 godziny lazenia jednak, kiedy nogi w doope mi wlazily, stwierdzilam, ze moze to wcale nie taki glupi pomysl. ;) Ja nawet nie podchodzilam pod wszystkie drzwi tak jak Potworki, wiec jacy zmeczeni musieli byc oni?! Oczywiscie glod cukru silniejszy jest niz bol nog, bo chociaz pod koniec Nik zaczal wymiekac i jeczec, ze pic mu sie chce i ze nie ma sily, to na haslo, ze moge zaprowadzic go do domu i isc dalej z Bi (ktora dosc nadal nie miala), nagle wykrzesal rezerwy energii i przeszedl jeszcze dzielnie ostatnia uliczke. :D
Dobrze, ze chociaz nauczyciele, przewidujac takie szalenstwo, nie zadali Potworkom pracy domowej...

A do naszych drzwi dzieciaki pukaly jeszcze o 20:30, ale wtedy byly to juz hordy nastolatkow rownych ze mna, ktorym strach bylo otwierac i ktorych mialam ochote zapytac, czy nie sa przypadkiem za starzy na takie zabawy. ;)

Kolejnego dnia nie dane bylo mi odpoczac, bowiem u nas 1 listopada to normalny, pracujacy dzien. Wyladowalam wiec w robocie, a poniewaz dla Kosciola to jednak swieto, M. nie mogl odpuscic sobie wieczornej mszy. Na 19 jechalismy wiec jeszcze do kosciola, ale z mszy, z racji zmeczenia calym dniem, nie wynioslam nic. Bez sensu ona byla, no ale czego sie dla meza nie robi... :/
A przed msza jeszcze poszlam z Potworkami do sasiadow. Byl to bowiem wlasciwy dzien urodzin psiapsiolki Bi, na ktorej urodzinach bylismy tydzien wczesniej. Tak, to te urodziny na zewnatrz w pazdzierniku... ;) W kazdym razie sasiedzi sa chyba lekko nawiedzeni, bo oprocz sporego przyjecia, jeszcze we wlasciwy dzien urodzin uparli sie zrobic corce male spotkanie dla ulubionych kolezanek. Tym razem u siebie w domu.

Impreza

Nik tez dostal zaproszenie, ze tak powiem, rykoszetem, bo ulubionym kolega Anani na pewno nie jest. ;) Ale ze zaproszona byla Bi, to zaprosili i Nika. Ktorego zreszta probowalam zniechecic opowiadajac, ze beda same dziewczyny, ale go nie przekonalam. W sumie, trudno sie dziwic. Sa dzieciaki, jest pizza oraz babeczki, to jak tu zrezygnowac?! No hello matka!!! :D Okazalo sie jednak, ze Nik skumal sie z mlodsza siostra solenizantki. Wszystkie prawie dziewczyny byly w wieku Bi, a wiec starsze i razem ganialy po domu. Kokus za to zaszyl sie w kacie z o rok mlodsza od siebie Anika i razem grali w gry na tablecie. Oczywiscie starsze dziewczyny szybko to podlapaly spiewajac, ze "Nik and Anika, sitting in a tree, K-I-S-S-I-N-G". Jak przeliterujecie "kissing" (po angielsku oczywiscie) okaze sie, ze to taka dziecieca, wkurzajaca rymowanka. Mala siostra solenizantki zupelnie sobie nic z dokuczania nie robila, ale Nik az sie poplakal... Ochrzanilam zdrowo Bi, ale watpie, ze cos dotarlo... :/
Kiedy jednak na pozegnanie gospodarze pstrykali dzieciom grupowe zdjecie, Anika uparla sie zeby usiasc obok Nika, a on tez nie protestowal. Slodziaki. ;)

W piatek w koncu moglam wieczorem odpoczac.
Czyli odrabialam z Potworkami lekcje do polskiej szkoly, haha. Na szczescie tym razem jakos malo mieli zadane. Za to na te sobote - olaboga! Bi ma chyba 5 stron z cwiczen, nauczyc sie czytanki oraz pisania z pamieci zaznaczonych slow, bowiem czeka ja... dyktando! :O Zalamalam sie, kiedy to przeczytalam... Nauczyciele w polskiej szkole rzeczywiscie powaznie podchodza do zadania nauczenia dziatwy jezyka ojcow. Tyle, ze to ci ojcowie (i matki) wlasnie, siedza i tluka potomstwu do glowy polskie slowka... :(

Ostatnia sobota i niedziela byly jednym z tych weekendow, gdzie poza polska szkola nie mielismy zadnych planow, wydawalo sie wiec, ze bedzie tyyyle czasu, a koniec koncow dwa dni uciekly niewiadomo gdzie i kiedy. Serio! W sobote odkurzylam chalupe oraz umylam podlogi oraz wstawilam 3 ladunki prania. W niedziele, po kosciele pojechalismy do sklepu po kolejne duperele lazienkowe, wiec troche czasu tam ucieklo. Potem, choc raz udajac dobra zone, zabralam sie za gotowanie grochowki. No, jakos ostatnio za mna chodzila. ;) W miedzyczasie zas szukalam przepisu pozwalajacego na zuzycie reszty masy twarogowej. Kupilam jej bowiem cale kilogramowe wiaderko do torta, a okazalo sie, ze krem potrzebowal tylko 300 g. Na sernik zostalo tego za malo, ale wyszukalam przepis na babeczki sernikowe. I wiecie co? To byl HIT! Smakowaly i mi i mojemu tacie - sernikozercy i nawet M., ktory kiedy je pieklam krecil nosem, ze dlaczego nie moglam upiec jakiejs "normalnej" babki na oleju, tylko znowu wymyslam babeczki. ;) Potworki oczywiscie podziubaly, podlubaly i chociaz oboje oswiadczyli, ze dobre, to polowe zostawili. Ale i tak, z 12 babeczek upieczonych wczesnym popoludniem, do wieczora zostala... jedna. ;) Mysle, ze to o czyms swiadczy.

Samotny niedobitek ;)

Jak wspomnialam wyzej, bylismy w markecie budowlanym po pare pierdol do lazienki. Z ulga moge napisac, ze w koncu projekt dobiega konca! Wreszcie!!! Z prac wymagajacych wiekszego wysilku zostalo wstawienie drzwi prysznicowych, poza tym to juz wykonczeniowki.

Tak prezentuje sie kabina - tu jeszcze przed polozeniem fugi i zainstalowaniem baterii

Po takie pierdoly, jak obramowania do brodzika oraz kafelkow wlasnie pojechalismy. Niestety nadal nie wybralismy nowego lustra, wiec czeka nas kolejna wycieczka. Ale teraz juz jest naprawde blizej konca niz dalej.
Zamiast paskudnej, starej i obdrapanej szafki, jest nowa, zgrabna i nowoczesna:

Nowa szafka

Nie moge uwierzyc, ze az tyle czasu to M. zajelo, ale oczywiscie pracowal glownie w weekendy oraz wieczorami po pracy, kiedy zanim dobrze zaczal dzialac, to juz musial konczyc... Bylo tez kilka tygodni, gdzie cos schlo, albo czegos brakowalo a nie bylo czasu jechac do sklepu i projekt stal w miejscu. Tak to jest jak sie robi cos samemu, a nie wynajmuje ekipy. Oszczedza sie sporo kasy, poza tym wie sie, ze na pewno wszystko jest zrobione z uwaga i dokladnie, ale zajmuje to duuuzo wiecej czasu. Za dwa tygodnie mamy Thanksgiving i M. twierdzi, ze przed nim chcialby skonczyc. Ciekawe, czy mu sie uda... ;)

Skoro juz o mowa o fachowcach i ich pracy, to dwa domy od nas, cos robia. Codziennie rano kiedy czekam na autobus dzieci, podjezdza auto ze sprzetem, wysiada z niego grupka panow i... ci panowie stoja, pija kawe, pala papieroska... Pewnego dnia zaczelysmy z sasiadka rozmowe na temat tego, co moga porabiac owi fachowcy. Kilka tygodni temu bowiem wymieniali kawalek dachu oraz obicie komina. Teraz jednak nie widac, zeby robili cokolwiek na zewnatrz. W kazdym razie stwierdzilam, ze cos tam na pewno robia, ale w sumie to nie wiem, bo widze ich chwile rano, a jak wracam o 16:30 to juz ich nie ma. Na to moja sasiadka zaczela sie smiac, ze ona czesto jedzie do pracy dopiero na 10 rano i oni nadal tak stoja pod domem, a jak wraca po 15 to juz odjezdzaja! :D
Tak to jest z tymi fachowcami i ich "praca". Wole juz chyba jak moj M. dlubie po trochu przez 2 miesiace. Przynajmniej wiem dokladnie co i kiedy robi... ;)

Ogromny dylemat mielismy z kolorem scian. Poczatkowo chcielismy zostawic ten, ktorym juz byly pomalowane. Poniewaz jednak M. musial gdzieniegdzie sciany poprawic i wyrownac, zostaly biale placki. Okazalo sie niestety, ze choc poprzedni wlasciciele zostawili kilkanascie puszek z roznymi farbami, to akurat tej nie. :/ Pojechalismy wiec do marketu ponownie, poszukujac koloru. Zgodni bylismy tylko w tym, ze nie mogl sie zlewac z kaflami, odpadaly wiec wszelkie brazy i szrosci. W ktoryms momencie M. wyciagna palety w odcieniach... fioletu! :O Oczywiscie Bi szybko podlapala, ze jej sie taki kolor bardzo podoba. :D
Dawno, dawno temu, sama wybralam fiolet do lazienki taty, kiedy urzadzal sie w swoim domu. ;) Teraz jednak liliowy ani fiolkowy zupelnie mi nie lezal i po dlugich debatach, stwierdzilismy, ze moze zielonkawy?
No i jest. M. narzeka, ze za zimny, a ja... sama wybralam ten odcien, ale tez nie podoba mi sie on w 100%. Nie mam jednak pomyslu na inny, wiec zostaje. ;)
Odcien jest taki... mietowy, choc ciezko bylo go dobrze oddac na zdjeciu:



Na wiekszych pustych miejscach zawiesi sie obrazki, na oknie zaslonke i bedzie ladnie. Przynajmniej taka mam nadzieje. ;)

Co jeszcze...

Organizacja (a raczej jej brak) w druzynie plywackiej Bi wkurza mnie niemilosiernie... Wielokrotnie pisalam juz o szkole codziennej oraz polskiej, ze nic nie dziala mi tak bardzo na nerwy, jak brak informacji... Kiedy z obiema szkolami wszystko w miare sie wyklarowalo, to zachcialo mi sie zapisac corke do druzyny plywackiej. I zaczelo sie od nowa...
Dostalam maila z lista zawodow tej jesieni i zimy. Ok, ale sa tam tylko daty, natomiast brak adresow oraz godzin. Pierwsze zawody sa juz w te sobote, ale te odpuszczamy, bo musialabym na nie pedzic z Bi zaraz po polskiej szkole, a to wydaje mi sie troche za duzo jak na jeden dzien. W koncu, we wtorek dostalam kolejnego maila z adresem basenu. Ktory to moze jednak ulec zmianie! Konkretna, potwierdzona lokalizacje podadza... w piatek, dzien przed zawodami!
Oprocz braku informacji, drugie miejsce we wkurzaniu mnie, zajmuja informacje podawane na ostatnia chwile, wiec slyszalnie zazgrzytalam zebami, kiedy to przeczytalam. ;)

Poza tym, informacje rozsylane sa czesciowo przez koordynatorke z klubu gdzie Potworki maja plywanie, a czesciowo przez glownego trenera (ktory malo kiedy kogokolwiek trenuje i w ogole jest dosc enigmatyczna postacia). Na liste kontaktow tego ostatniego nie mialam jeszcze przyjemnosci trafic, wiec ominela mnie np. lista do zapisow na zawody. :/
Koordynatorka mojego maila ma, ale co z tego, kiedy przykladowo w zeszly piatek wyslala wiadomosc do rodzicow, ze w niedziele ma sie odbyc dodatkowy trening ze skokow do wody i ta wiadomosc jakos do mnie nigdy nie dotarla. O treningu dowiedzialam sie 20 minut przed startem i  to tylko dlatego, ze mama kolezanki Bi napisala do mnie z pytaniem czy tam bedziemy. No niestety, NIE bylismy, bo znajdowalismy sie 40 minut drogi od basenu (innego niz nasz staly), w ktorym trening sie odbywal. :/

Zreszta, nawet kiedy informacje otrzymuje, czesto sa one tylko czesciowe. Dla przykladu, w jednym z maili napisane bylo, ze jesli opuscilo sie przymiarke klubowych strojow, zeby zglosic sie do sklepu sportowego, skad klub je zamawia. Poniewaz na treningi dzieciaki maja ubrane zwykle stroje, uznalam, ze stroje klubowe wymagane sa na zawody. Napisalam do koordynatorki czy dzieciaki musza miec wtedy specjalne stroje, bo nie wiem kiedy Bi bedzie miala swoj, a ona odpowiedziala, ze nie, na zawody nie sa one potrzebne... Ok, to wobec tego na jaka to specjalna okazje sa one wymagane?! Bo skoro robia specjalne przymiarki lub prosza zeby je samemu zamowic, to robia to w jakims celu? Przynajmniej tak podpowiada logika. Wyslalam do koordynatorki - Stephanie, kolejnego maila z zapytaniem o celowosc klubowych strojow, ale poki co, nie doczekalam sie odpowiedzi. Narazie stroju Bi nie zamawiam, bo okazuje sie, ze kosztuje on okolo $60! Myslalam, ze sie przewroce! Dopiero co zamowilam Bi nowy stroj na treningi (bo z wakacyjnego pomalu robi sie szmatka), zaplacilam za niego $25 i juz tyle wydawalo mi sie sporo za taki maly kawalek materialu. Ale placic prawie 3 razy wiecej?! Poki co czekam na odpowiedz Stephanie, bo skoro klubowy stroj nie jest wymagany ani na treningi, ani na zawody, nie widze powodu zeby wydawac takiej kasy ot, tak sobie. ;)

W tym tygodniu rowniez sporo sie dzieje, ale mysle, ze zostawie go juz sobie na kolejny raz. W kazdym razie czekam juz na Swieto Dziekczynienia i 4-dniowy weekend jak na zbawienie... ;)

piątek, 2 listopada 2018

Jestem siedem. Siedem i pol.

Tak Bi okresla swoj wiek. :D Oczywiscie wine za to ponosi doslowne tlumaczenie z angielskiego: "I'm seven and a half". ;)


A ja po prostu nie nadazam. Tak jak moi rodzice zatrzymali sie dla mnie na 45ciu latach, tak o Bi ciagle mysle jako o 6-latce. A przeciez ona za pol roku skonczy juz lat 8! :O

Stan stalego uzebienia to na dzien dzisiejszy dolne jedynki i dwojki oraz gorne jedynki (no, jedna jest nadal ledwie widoczna). Na miejscu jednej gornej dwojki jest luka, a druga - nadal mleczna, kiwa sie, ale uparcie trzyma.
Jesli o cechach fizycznych mowa, to ostatnio strasznie niszcza sie jej wlosy. Mysle, ze wine za to ponosi glownie basen, ale latem przeciez tez plywala na basenie publicznym, naszym przydomowym, a oprocz tego w jeziorze oraz oceanie. Nie bylo zbiornika wodnego, ktoremu Bi by przepuscila. ;) Dodatkowo, cale prawie lato miala lekcje plywania. A wlosy sie trzymaly. Ostatnio zas zauwazylam, ze sa potwornie sztywne i szorstkie. No i poranne rozczesywanie to koszmar. Doszlo do tego, ze na noc zwiazuje jej kudelki w luzny warkocz, zeby choc czesciowo ulatwic czesanie. Do tego odzywka, a na basenie obowiazkowo czepek. Cale lato Bi plywala bez czepka i nie wiem czy to TO nie spowodowalo fatalnej kondycji jej wlosow. A ze przed Komunia wolalabym nie poddawac ich jakims drastycznym cieciom, to trzeba o nie zadbac. ;)

Niestety, wagi nie posiadam, wiec nie wiem ile Bi obecnie wazy. Nadal jest "nabita". Chyba juz po prostu ma taka budowe, ze musialaby sie glodzic, zeby zostac chuderlakiem. Wcale nie je niewiadomo ile, ma mnostwo ruchu, ale cialka tez jej nie brakuje. ;)
Nasza nascienna miarka, ktora pieczolowicie przewiozlam ze starego domu, nadal nie znalazla ostatecznego miejsca do przyczepienia, wiec nie wiem tez ile Bi urosla od ostatniego bilansu, w czerwcu. Coz, mieszkamy tu w koncu "dopiero" 8 miesiecy... :D

Odpukac w niemalowane, chyba nareszcie w pelni zaaklimatyzowala sie w nowej klasie i przy nowej pani. Wywiadowki mamy w polowie miesiaca, wiec dopiero wtedy dowiem sie od wychowawczyni czegos konkretnego. W kazdym razie (odpukac!) od dluzszego czasu nie zdarzylo mi sie otrzymac telefonu od pani, ze Bi nie chce wejsc do klasy lub placze bez powodu w ciagu lekcji.
Starsza nadal jest matematyczna "zyleta" i prace domowe z tego przedmiotu odrabia sama. Wrecz wscieka sie, ze mam ich nie sprawdzac, bo przeciez pani sprawdzi. Ja zas wiem, ze czesto Bi w pospiechu "gubi" cyferki, upieram sie wiec rzucic okiem. Zreszta, nie chce zeby wygladalo to jakbym zupelnie olewala lekcje corki, a jesli zostawie niepoprawione bledy to takie wlasnie bedzie wrazenie. Atmosfera przy odrabianiu jest wiec goraca. ;)
W tym roku bardzo malo maja zadawanego do domu pisania, ale nawet z tej odrobiny widze, ze Bi nadal ma z tym problem. Czytanie rowniez dalej kuleje. Obawiam sie, ze wkrotce mlodszy o 1.5 roku Nik bedzie czytal lepiej od niej... :/ Nie moge jednak powiedziec, ze nie widze postepu. Ten, owszem, jest. Pomalu, swoim tempem, idzie wiec Bi do przodu... A ja czuje wyrzuty sumienia, bo wracajac do domu o 16:30, pomiedzy lekcjami, jedzeniem oraz chociaz czesciowym ogarnianiem chaosu w pokojach, mam naprawde malo czasu na pocwiczenie z nia czegokolwiek dodatkowego. A nie chce odbierac jej tej chwili oddechu na zabawe. Tym bardziej, ze teraz w poniedzialki oraz srody, wieczory mamy dodatkowo skrocone przez basen.
Weekendy oczywiscie rzadza sie swoimi prawami. W soboty rano Potworki maja polska szkole, wiec po poludniu chce im dac zupelna swobode. Niech odpoczna po calym tygodniu. W niedziele zas, zazwyczaj dopiero pod wieczor przypomina mi sie, ze Bi musi jeszcze pocwiczyc choc chwilke skrzypce, bo nastepnego dnia ma lekcje. ;)

Skrzypaczka ;) Nie wiem dlaczego nauczycielka pozwala dzieciakom trzymac skrzypce w taki dziwny sposob. Moze po prostu stabilniej trzymaja sie wowczas ramienia?

I choc mentalnie czesto biczuje sie z powodu tego ciaglego biegu, to przeciez wiem, ze u nas i tak nie jest najgorzej. Znam rodziny, gdzie rodzice pracuja, a dzieci maja codziennie jakies zajecia. Czasem nawet po dwa rozne kolka zainteresowan jednego popoludnia. Kiedy te dzieci odrabiaja lekcje i cwicza czytanie? O ktorej klada sie spac?
Z Bi tez jest dodatkowy problem, ze to kaczerbicha. Nik, kiedy wolam, zeby przyszedl pocwiczyc ze mna to i owo, grzecznie (choc bez entuzjazmu) idzie. Bi od razu robi awanture. Rzuca sie, ze a dlaczego, ze ona nie chce, nagle jest straaasznie zmeczona, a ja jestem najgorsza matka swiata. ;) Zamiast siasc i popracowac przez 15 minut, ona marudzi przez pol godziny. Przyznaje, ze kiedy mam gorszy dzien, na jej bunt zylka zaczyna mi pulsowac i konczy sie ostra awantura...

Ogolnie, jesli o szkole chodzi, Bi idzie po najlzejszej lini oporu. Dla przykladu, w zadaniach domowych czesto Potworki maja trudniejsza czesc, zaznaczona jako "challenge". Nik zawsze upiera sie, zeby ta czesc zrobic, nawet jesli za cholere jej nie kuma (niestety, nie ma on zmyslu matematycznego siostry). Nie wazne, ze zadanie rozwiazuje praktycznie JA, niewazne, ze czasem mamy zabiegany wieczor i (niezbyt pedagogicznie) mowie mu, zeby dal sobie spokoj. Nie, on chce je zrobic i koniec. A Bi? Nie, bo to jest dodatkowe, wiec ona nie musi. Nawet kiedy juz na oko widze,ze zadanie to bedzie dla niej pestka. "Nie, pani mowi ze nie trzeba, wiec ona nie bedzie robic". To w skrocie podejscie mojej corki. Ciekawe, ze ogolnie jest ambitna, w sensie, nie znosi sie mylic i byc poprawiana. Ale jesli chodzi o lekcje, to nie wlozy w nie ani grama wiecej wysilku, niz jest to absolutnie konieczne. ;)

 Dosc zaskakujacym jest to, ze Bi, mimo ze czyta slabo, lubi to robic sama dla siebie. Cwiczenie czytania z mama to oczywiscie wielkie NIE, ale dla samej siebie? Prosze bardzo. Niestety, w swoim uwielbieniu dla serii ksiazek o zwierzetach, wybiera czesto lekture duzo trudniejsza niz dla II klasy. Jedna z jej ulubionych serii znalazlysmy np. w dziale dla klas IV. Najwazniejsze jednak, ze jej to nie zniecheca, chociaz zastanawiam sie ile ona z tych ksiazek tak naprade wynosi. ;)

Jesli juz mowa o szkole, to nie mozna nie wspomniec o tej polskiej. Coz... do niej Bi ma poki co stosunek, hmm... ambiwalentny. Zreszta, zmienia sie on z tygodnia na tydzien. Niestety, Bi jest juz na tyle duza, ze zdaje sobie sprawe, ze polska szkola zabiera jej czesc weekendu. Zawsze kiedy odbieram Potworki, pyta mnie co robilam w czasie, kiedy oni uczyli sie polskiego. Zupelnie jakby zazdrosna byla, ze oni musza isc do szkoly, a ja mam wolne. Odpowiadam wiec ostroznie (i zgodnie z prawda), ze robilam zakupy, wstawialam pranie, odkurzalam, itd. Nic fajnego. ;) Amerykanscy koledzy tez dokladaja swoje trzy grosze. Ktorys z chlopcow uslyszal jak Bi mowi o polskiej szkole do swojej nauczycielki. Szybko podchwycil temat i z drugim kolega zaczeli jej dokuczac, ze oni w sobote rano to jada na lody i do kina, a ona musi do szkoly, hehehe. Wredni gowniarze. :/ Bi poplakala sie, kiedy mi to opowiadala, bo nalozylo sie to dodatkowo na stres przed wystepem z okazji pasowania na ucznia. Jakbym dorwala malych skurczybykow, to pourywalabym im puste lebki. Tym bardziej, ze wiem, ze mowili to zlosliwie, bo wiekszosc amerykanskich dzieciakow w soboty rano ma zajecia sportowe. Malo ktore maja wolne weekendy.
Kiedy odbieram Bi z polskiej szkoly, zawsze jest jednak zadowolona, sciska kolezanki na pozegnanie i nagle okazuje sie, ze lubi tam chodzic. Czyli jej odczucia zmieniaja sie jak choragiewka na wietrze. ;) Ze swojej strony opowiadam jej, ze w tej szkole tez nie bedzie samej nauki. W grudniu beda mieli wizyte Mikolaja, Wigilie oraz akademie swiateczna, w styczniu bal karnawalowy, na Wielkanoc beda szukac jajek, a poczatek czerwca to same wycieczki klasowe w rozne, fajne miejsca. Mam nadzieje, ze te atrakcje pomoga w przyszlosci Bi sie obronic i odpyskowac dokuczajacym kolegom. ;)

Bi przed pasowaniem na ucznia - spodniczka pozyczona ze szkoly

Ku mojemu kolejnemu zaskoczeniu, ostatnio Bi przestala niemal zupelnie rysowac. A myslalam, ze porozwalane wszedzie kartki, mazaki oraz kredki, to juz zawsze bedzie nieodlaczny element wystroju naszego domu. ;) Nie pamietam juz kiedy ostatnio przyniosla mi jakis obrazek. Nawet laurke dla dziadka na urodziny, ktora zreszta sama uparla sie narysowac, naszkicowala tylko byle jak olowkiem. Na moje pytanie dlaczego nie wlozy w nia troche wiecej serca, obruszyla sie, ze przeciez ona sie tak starala! Taaaa... :/
Jej nowa miloscia sa klocki Lego. Pol pokoju ma nimi zasypane, a ona siedzi i uklada. Konstruuje cale apartamenty, posiadlosci wrecz i dorabia do nich scenariusze. :)

Kolejna miloscia jest tez oczywiscie basen. To nie do wiary jak ona kocha plywac! Najwieksza kara jest napomknienie, ze bedzie musiala opuscic trening. Nawet nie wspominam jej, ze co tydzien omija ja sobotni, bo zaraz zakrzyknelaby, ze woli jechac na basen zamiast do polskiej szkoly. ;)
Na poczatku listopada sa pierwsze zawody, nie wiem jednak czy Bi w nich wystartuje. Wtedy bedzie cwiczyc z grupa zaledwie 3 tygodnie. Nie chce jej zniechecac ewentualna przegrana. Porozmawiam najpierw z jej trenerem i zobacze jak on sie na to zapatruje.

Bi jest strasznym nerwusem. O byle bzdure wpada we wscieklosc. Czasem nie nadazam za jej emocjami, czasem doprowadzaja mnie one do szalu, ale faktem jest, ze wystarczy ulamek sekundy zeby w jej oczach pojawily sie lzy zlosci i zeby az zapowietrzala sie z furii. Taki maly przykladzik. Jakis czas temu uznalam, ze dosc juz uslugiwania potomstwu. Niech i oni naucza sie troche dbac o porzadek wokol siebie oraz pilnowania obowiazkow. Nic spektakularnego na poczatek, ot musza znosic po sobie talerze oraz kubki po posilku, odkladac na miejsce buty (zamiast rzucac byle gdzie w korytarzu), zanosic do sypialni pizamki itp. I powiem Wam, ze widac od razu, ze rozpiescilismy Potworki okropnie, bowiem te drobne czynnosci generuja w najlepszym wypadku przewrot oczami, a w najgorszym foch lub awanture. Jesli o Bi chodzi, to uznalam tez, ze II klasa zobowiazuje i oznajmilam, ze po odrobieniu lekcji, musi sama spakowac kartki do foldera, a ten wsadzic do plecaka. Od poczatku kariery szkolnej Potworkow robilam to ja i potem mamy takie "kwiatki", ze kiedy Nik nie przyniosl pracy domowej, powiedzial Pani, ze mama zapomniala mu jej spakowac. Pieknie. :D
Taka niby pierdola, a od poczatku roku co jakis czas powtarza sie o nia awantura. Mam wrazenie, ze to swoisty pokaz sily. Bi czeka az trafi mi sie slabszy dzien i dla swietego spokoju zrobie to za nia. Poki co sie nie daje. ;)
Oprocz tych drobiazgow, Starsza sama z wlasnej woli zaczela scielic swoje lozko, a pizamke skladac w kostke. I wszystko super, tylko moja Dama uznala, ze nalezy jej sie z tego tytulu jakis specjalny poklask (zawsze ja chwale, zeby nie bylo). Kiedy pewnego popoludnia zawolalam ja i wskazalam porzucone na stole, nie spakowane lekcje, Bi natychmiast wpadla w furie i krzyknela, ze to ja mam je spakowac.
No niedoczekanie...
Spokojnie oswiadczylam, ze to sa jej lekcje i jest na tyle duza, zeby pamietac o ich pakowaniu. Na to Bi ze lzami wscieklosci rzucila mi, ze "Ja wszystko rano robie, to po poludniu ty masz wszystko robic!" I wygarnela, ze ona zanosi talerz oraz kubek po sniadaniu i scieli swoje lozko! Biedactwo, przepracowane jest. ;)
Odpowiedzialam, ze to ladnie, ze dba o porzadek, ale to nie ma nic wspolnego z lekcjami. To jej praca domowa i to ona ma ja sobie schowac do plecaka. Bi zapiera sie, ze nie spakuje. Ja wzruszam ramionami, ze wobec tego pojdzie do szkoly bez odrobionej lekcji. Bi mieknie, ale probuje jeszcze negocjowac, ze "To ja spakuje kartke do foldera, ale ty wlozysz folder do plecaka". Brzydka mama nie ustepuje i w koncu, po 10 minutach awanturowania sie, Bi w koncu pakuje swoje lekcje. Niestety, co kilka dni cos w nia wstepuje i rozkreca afere od nowa.

Jak widac, wyhodowalam sobie "Ksiezniczke". ;) Czas juz chyba na pierwsze regularne obowiazki domowe i drobne kieszonkowe (o ktore Bi dusi mnie juz jakis czas). Szczegolnie, ze...

Bi jest okropna materialistka. Nie zna jeszcze dokladnie wartosci pieniadza, ale lubi ciulac dolarki w skarbonce. Latem malowala kamyki oraz muszle i jakis cudem wycyganila od Nika jego wszystkie zaskorniaki bawiac sie w sklep. :D
Za to wydawac swojej kaski juz nie bardzo lubi. ;) Co chwila wyskakuje z prosba o kupno tego czy tamtego. Zaczela tworzyc liste dla Mikolaja i ta lista, moi drodzy, dluga jest, ze prosze siadac. W szkole maja kiermasz ksiazek i tu rowniez Bi spisala liste pozycji, ktora w sumie dala "skromna" cene $100. I jak normalnie na ksiazki nie zaluje, to tu postawilam weto. Lista Bi bowiem zawierala chyba ze 3 pamietniki oraz kilka bezwartosciowych pozycji, atrakcyjnych dla dzieci tylko ze wzgledu na dolaczone do nich bzdurne zabaweczki. Kiedy "ucielam" jej fundusze i powiedzialam, ze musi wybrac z listy tylko kilka pozycji, obrazona oswiadczyla, ze kupi sobie z wlasnych pieniedzy. Tutaj jednak odezwalo sie rodzinne (od strony tatusia, hehe) skapstwo. Bi pytala ile bedzie musiala wylozyc z wlasnych pieniedzy zeby kupic sobie 4, potem 3, a w koncu 2 ksiazki, ale tak ciezko bylo jej rozstac sie z kazdym uciulanym dolarkiem, ze wreszcie z westchnieniem oznajmila, ze kupi sobie... jedna. :D

Takie to zycie z siedmiolatka. Pyskate to, awanturnicze, ale jednoczesnie nadal straszliwie przytulasne. Kiedy rano widzi nadjezdzajacy autobus, natychmiast az przytupuje, wyciagajac ramiona i wolajac "Mama, huggie!!!" I nie moge jej od siebie odkleic az autobus zatrzyma sie i otworzy drzwi. Wtedy jeszcze konieczne sa ze trzy buziaki i w koncu wsiada do wehikulu. ;) Podobnie wygladaja nasze wieczorne pozegnania. Nik laskawie przyjmie buziaka i odpowie, ze tez kocha, po czym odwraca sie na bok i daje znac, ze wlasciwie to mozesz sobie juz matka isc. Bi trzeba kilkanascie razy przytulic, wycalowac, w dodatku wlasnie wtedy zazwyczaj bierze ja na wspominki tego, co dzialo sie przez caly dzien, a po szkolnych opowiesciach rytual buziakow i przytulaskow trzeba przeciez odegrac od nowa. Co wieczor zegnamy sie jakbysmy mialy nie widziec sie przez miesiac, a nie przez kilka godzin. ;)

I wiecie co? Co wieczor tak sie wlasnie czuje. :)

czwartek, 25 października 2018

Jeden z tych weekendow, po ktorych czuje sie jak przecisnieta przez wyzymaczke

Babie nie dogodzisz... Jak sie malo dzieje, to narzeka na nudy. Jak dzieje sie duzo, to jeczy, ze z niczym nie nadaza. :D Ale fakt, ze weekend zlecial mi tak ekspresowo, ze wlasciwie to go nie poczulam i bardzo sie zdziwilam kiedy nagle z piatku zrobil sie poniedzialek. ;)

W piatek odbyl sie tak bardzo wyczekany przez Potworki Boo Bash.
Wnioski? Impreza fajna dla dzieciakow, ale za rok musze zciagnac meza, czy mu sie to podoba, czy nie. Zabawa zaczynala sie o 18, czyli dosc pozno. W rezultacie, nie minela godzina, a na przyszkolnym terenie zrobilo sie zupelnie ciemno. Owszem bylo gigantyczne ognisko oraz kilka latarni, ale przy tlumie ludzi okazaly sie one raczej przeklenstwem. Powodowaly niesamowicie mylace cienie. Przy gromadzie dzieciakow biegajacych we wszystkich kierunkach i dlugich cieniach padajacych z kilku kierunkow, nie moglam sie dopatrzec Potworkow. Po prostu mienilo mi sie w oczach i nie bylam w stanie ich rozpoznac dopoki nie znalezli sie jakies 3 metry ode mnie. Po tym jak "zgubilam" ich trzeci raz, kategorycznie zakazalam im sie ode mnie oddalac. Bi nie trzeba bylo tego dwa razy powtarzac. Dala mi reke i przeciskalysmy sie miedzy ludzmi razem. Nik okazal sie jednak (juz po raz kolejny) dzikim dzieckiem. Co chwila odbiegal, robil slalomy i koleczka wokol ludzi, itd. Na szczescie znam go na tyle, ze zanim gdziec wyprysnal, najczesciej zdazylam zlapac go za kaptur i osadzic w miejscu. ;)
Na koniec jednak wpadlismy na sasiadow, a przy okazji rodzicow ukochanej psiapsiolki Bi. Zadzialal instynkt stadny i Starsza zaczela szalec ze swoja kolezanka,

Wesole stadko urwisow ;)

Nik po chwili znalazl sobie zabawe w rzucanie swiecacego naszyjnika w ciemnosci (odbiegajac oczywiscie coraz dalej) i znow czulam, ze przydaloby mi sie kilka dodatkowych galek ocznych wokol glowy. ;)
Zdecydowanie, w przyszlym roku biore M. Niech tatus tez popilnuje progenitury. ;)

Poza ta "malutka" niedogodnoscia, impreza jednak wypadla naprawde super. Jestem pod wrazeniem kreatywnosci niektorych klasowych rodzicow. Auta byly udekorowane naprawde pomyslowo. Niektore zbyt "strasznie" jak na moj gust (dla maluchow z podstawowki - nasza szkola ma klasy od 0 do IV), ale nie moge odmowic im polotu. Byl "dyspenser do gum" z klasy Nika, ktory okazal sie chyba najskromniej udekorowanym autem.

Bi byla przebrana za "pizamowa" wersje jednorozca, co lepiej widac na pierwszym zdjeciu, a Nim to Bumblebee z Transformers'ow. Niestety mial kurtke, wiec ciezko dostrzec reszte kostiumu

Rodzice z klasy Bi za to odwalili kawal niesamowitej roboty, bo dekoracja rzeczywiscie przypominala statek piracki. Posiadala maszt z zaglem oraz poklad prowadzacy z kartonowej "rufy" do auta przyozdobionego troche jak jaskinia z kufrem zlota. Byly i dwie czaszki. Szkieletu nie dojrzalam. ;) Przybytku pilnowaly dwie "piratki", zapewne starsze corki autorki dekoracji. Podejrzewam, ze cala rodzina jest wielkimi fanami Piratow z Karaibow. ;)


Poza tym bylo auto, ktorego bagaznik przypominal rafe koralowa, byl samochod udekorowany na gre Candy Land, bylo tez inne, gdzie miska z cukierkami stala przy kratach zainstalowanych w polowie bagaznika sporego SUV'a. Za kratami siedzial facet przebrany za wilkolaka i lapal dzieciaki za rece kiedy probowaly brac slodycze, warczac zlowrogo. :D Inny facet (ktorego kojarze z widzenia; chyba mieszka na naszym osiedlu) z wozu dostawczego urzadzil caly "zamek strachu". ;)
Ogolnie, Amerykanie bardzo lubia takie przebieranki i potrafia wykazac sie naprawde spora przedsiebiorczoscia i kreatywnoscia, a Halloween to chyba ich ulubiony temat. ;)

Impreza nie polegala jednak wylacznie na zbieraniu cukierkow (choc dzieciom glownie o to chodzilo, przynajmniej moim ;P). Jak pisalam wczesniej, bylo ogromne ognisko, ktore jednak sluzylo tylko zagrzaniu sie i oswietleniu. A szkoda, bo chetnie upieklabym kielbaske. ;)


Mozna bylo kupic popcorn, kawe, pizze, hot-dogi i tym podobne przekaski. Byly tez przejazdzki wozem z sianem. Niestety, poniewaz woz byl oswietlony, dla lepszego efektu zaczeli nim jedzic dopiero w momencie, kiedy juz wychodzilismy. Za to wrazenie robil niesamowite! Potworki troche sie buntowaly bo chcialy sie przejechac, ale ze byla to juz prawie ich pora spania i byly wymeczone po calym dniu oraz imprezce, udalo mi sie zgarnac ich do domu bez wiekszej awantury. Zreszta, najwazniejsze dla nich bylo to, ze uzbierali caly stosik slodyczy. ;) Impreza trwala do 20:30, my wyszlismy okolo godziny wczesniej. Niestety, nastepnego dnia czekala Potworki polska szkola, wiec nie chcialam ich przemeczac.

Potworki i maskotka szkoly - Rocky

W sobote rano w polskiej szkole problem - nie ma kolezanki Bi. Starsza rozglada sie i widze juz, ze mine ma... kiepska. ;) Moze zreszta przeszlaby nad tym do porzadku dziennego. Niestety, rodzice zebrali sie przy liscie przekasek do przyniesienia w ramach poczestunku dla dzieci po Pasowaniu na Ucznia (to juz w te sobote). Zatrzymalam sie i ja, zeby po chwili miec przyklejonego do boku, zarycznego i usmarkanego "rzepa", blagajacego, zebym nie szla... Przykro bylo mi zostawiac Bi w takim stanie, ale jakos udalo sie ja nieco uspokoic i wyjsc. Cale zakupy jednak wracalam do niej myslami, zastanawiajac sie, jak jej mija czas.
Jak zwykle, ja sie zamartwialam, a Bi, kiedy po nia przyjechalam, na powitanie oznajmila, ze "Moja przyjaciolka dzis nie przyszla, ale mam juz nowa!". :D

Wiedzialam, ze niedziele bede miala zabiegana, wiec reszta soboty minela mi na probach nadgonienia sprzatania, prania i tym podobnych "atrakcji". M. za to zrobil sobie dzien lenia i zamiast dalej dlubac w lazience, przespal dwie godziny po poludniu. :/

W niedziele w samo poludnie jechalam z Potworkami na przyjecie urodzinowe, ale najpierw wracajac z kosciola rano, zupelnie spontanicznie zajechalismy do sklepu sportowego popatrzec na buty narciarskie. Musze przyznac, ze obsluga byla super. Pan buty mi zapinal, odpinal i pomagal wcisnac na smrodliwe giry. Az glupio mi bylo (i modlilam sie, zeby jednak zaden smrodek sie nie unosil), bo pan byl mlody i calkiem przystojny. ;) Przy okazji wiem juz chyba dlaczego moje stare buty sprawialy mi tyle problemow. Kupilismy je z M. za duze! Bralismy pierwsze lepsze, praktycznie bez przymierzania, kierujac sie tez tym, ze przeciez na nodze bedzie gruba skarpeta. Teraz, kiedy moja stope profesjonalnie zmierzono, okazuje sie, ze powinnam miec o numer mniejsze! Dziwie sie, ze moj malzonek, taki swietny narciarz, nie wiedzial jak dobierac buty. Zrobil tym samym krzywde i mi i sobie, bo wzial taki sam model butow (tylko meskie) i tez okazaly sie niewygodne. Gdyby nie to, ze po pierwszych dwoch sezonach zrobilismy sobie kilka lat przerwy, juz dawno tamte buciory wyladowalyby w smieciach.

Okazalo sie niestety, ze nawet z odpowiednim rozmiarem, kupno butow dla mnie to mordega. Jak nie uwiera mnie cos w stope, to potwornie bola golenie (mimo tego, ze but ma 2 cm gabki). W niedziele rano, pomiedzy kosciolem a przyjeciem urodzinowym mialam niewiele czasu, ale zapisalam sobie dwa modele, ktore moje delikatusne nogi w miare tolerowaly. ;)
Po powrocie z urodzin pojechalismy do innego sklepu, ktory z zalozenia mial byc wiekszy i z lepszym wyborem, a okazalo sie, ze modeli butow mial tyle, co kotek naplakal. Dodatkowo, w tych sklepach panuje normalny "seksizm"! ;) Butow meskich maja 2-3 razy wiecej niz damskich! No bez jaj, ja sie nie zgadzam! :)
W kazdym razie tu tez przymierzylam kilka par. Niestety, pan nie byl tak pomocny jak w pierszym sklepie i buty zapinac musialam sama. Przy okazji przypomnialam sobie, ze zapiecie butow narciarskich to juz gimnastyka sama w sobie. Jeszcze czlowiek dobrze na stok nie wejdzie, a juz jest caly spocony. ;)
Tutaj znalazlam tylko jedna pare wzglednie dla mnie wygodna i pan bardzo byl rozczarowany, ze jej nie wzielam. Ale hola! Po pierwsze, mam na liscie dwie pary z poprzedniego sklepu. Po drugie, wyczailam jeszcze dwa sklepy z narciarskimi akcesoriami w poblizu naszego domu i zamierzam je nawiedzic. ;) A po trzecie, nie spodobalo mi sie, kiedy na moje napomkniecie, ze nawet w tych najwygodniejszych butach, nadal bola mnie golenie, pan odpowiedzial, ze widocznie to jest cos, do czego bede musiala sie przyzwyczaic. Tyle, ze ja przed moimi obecnymi, niefortunnymi butami, mialam dwie pary i w zadnej golenie mnie nie bolaly. Czyli istnieja takie buty i zamierzam ich poszukac. Tak latwo sie nie poddam. Pana mialam ochote trzepnac w lepetyne i zobaczyc, czy sie przyzwyczai do bolu. ;)

Po powrocie do domu, z rozpedu wyciagnelam buty narciarskie Potworkow i tak jak sie obawialam,  Kokusiowe sa za male... Bi na szczescie nadal pasuja. Oprocz naszych, musimy wiec tez poszukac butow Mlodszemu. Nart nie chcialo mi sie wyciagac z pokrowcow, ale podejrzewam, ze bedzie podobnie. Dwa lata temu narty Bi byly na nia nieco za dlugie (chociaz i tak swietnie sobie z nimi radzila). Teraz pewnie beda w sam raz. Nika byly "na styk", wiec teraz beda juz raczej przymale. Najmlodszy czlonek rodziny sie w tym roku oblowi w sprzet. ;)

Tak jak wspomnialam wyzej, sam srodek dnia w niedziele spedzilismy na przyjeciu urodzinowym. Urodziny obchodzily corki sasiadow i jak na codzien sa to najmilsi ludzie pod sloncem, tak tym razem mialam ochote ich udusic. Kto, powtarzam: KTO organizuje przyjecie urodzinowe na zewnatrz pod koniec pazdziernika?! Latem, ok. We wrzesniu jeszcze tez jest raczej cieplo. Ale pazdziernik to juz jest loteria. Moze sie okazac calkiem cieplo (ale upalow juz nie bedzie na pewno), a moze byc jak ostatnio. Akurat dzien przyjecia byl najzimniejszym dniem w zeszlym  tygodniu. Bylo w miare slonecznie, ale tylko 7 stopni, a do tego wial lodowaty, urywajacy glowy wicher. Czesc gosci przyszla w zimowych kurtkach i czapach. Ja mialam jesienna, ale pod spod ubralam gruby, welniany sweter. Potworkow nie wiedzialam jak ubrac, ale w koncu stwierdzilam, ze przeciez beda szalec z dziecmi, wiec ubralam im tylko podkoszulki pod bluzki, a poza tym jesienne kurtki oraz czapki. A i tak w ktoryms momencie patrze, a Bi zdjela kurtke, zdjela czapke i wrecza mi je ze spokojem. I byla bardzo zla kiedy kazalam jej ubrac wszystko z powrotem. ;)

Wracajac do organizacji przyjecia. Bylam swiadoma, ze odbedzie sie ono na polu mini-golfa.


Wiedzialam jednak, ze jest tam tez mala kawiarnia i spodziewalam sie, ze na poczestunek przejdziemy do srodka. A guzik! CALE przyjecie odbylo sie na dworze!

Jakie fajowe przyjecie w kurtkach i czapach... :/

Zeby bylo zabawniej, kiedy dzieciaki zmachane gra w golfa przybiegly do stolikow, czekala na nie... lemoniada z lodem. Potem byla pizza (choc jedna rzecz ciepla), a na deser (oprocz torta) dzieci dostaly... LODY! Myslalam, ze sie przewroce! W taka pogode naprawde bardziej do picia pasowalaby goraca czekolada, a na poczestunek cos na cieplo... Dodatkowo, tortem okazala sie tarta z owocami i to prosto z lodowki, bowiem owoce nadal byly zamrozone. Po tym co zobaczylam, zaczynam sie zastanawiac czy moi sasiedzi sa do konca normalni... Cale przyjecie bowiem, organizacja oraz poczestunkiem pasowaloby mi gdzies do lipca, a nie pazdziernika... Chyba uwielbiaja takie letnie przyjecia urodzinowe w plenerze i uznali, ze taki drobny fakt, ze obie corki maja z listopada, ich nie powstrzyma. :)

Niestety, za glupote i to niestety nie wlasna, placimy juz od kilku dni. Juz w zeszly piatek i mnie i dzieciaki cos "bralo". Dzieciaki pokaslywaly, mnie krecilo w nosie. A po wspanialym przyjeciu, przeziebienie rozbestwilo sie juz na dobre. Matka stracila glos. W poniedzialek skrzeczalam jak zaba. W srode juz mowilam prawie normalnie, ale za to puscilo mi sie z nosa. Nik kaszle upierdliwymi napadami trwajacymi po godzine lub dluzej. Bi trzyma sie najlepiej, ma tylko lekki katar i od czasu do czasu odkaszlnie.
M., ktory na przyjeciu nie byl, doprawil sie sam. A raczej doprawila go lazienka. Caly zeszly tydzien bowiem docinal i kladl kafle. A maszyna do ciecia podlaczona jest do wody, ktora pryska na wszystkie strony. Z kazdego przeciecia kafla, M. wychodzil przemoczony. A bedac soba, oczywiscie mial w nosie moje rady, zeby przebrac sie w suche rzeczy. Chodzil taki mokry do domu, na podworko, z cieplego, na zimne i oczywiscie na efekty dlugo nie musial czekac. Choc mi sie wydaje, ze nasze domowe wirusowisko tez mialo tu swoj wklad, bo maz, tak jak ja, stracil na jeden dzien glos, a poza tym ma lekki katar i suchy kaszel. Czyli kubek w kubek jak reszta domownikow.
Walczymy wiec z przeziebieniem cala czworka. Poki co na szczescie bez goraczki. Nie moge mowic a innych, ale dla mnie to chorobsko jest bardziej wkurzajace niz uciazliwe. Przez trzy dni sobie skrzeczalam, teraz od czasu do czasu odkaszlne i wysiakam nos. Da sie przezyc. ;)

W poniedzialek Bi zaczela treningi z druzyna plywacka. Przyznam, ze mialam ogromny dylemat czy ja puscic, ale ze goraczki nie miala, dodatkowo to byly jej pierwsze zajecia, a na wspomnienie, ze moze lepiej poczekac az wyzdrowieje, wybuchla placzem, wiec uleglam. I na szczescie (tfu, tfu) nie wyglada, zeby jej to zaszkodzilo.

To w rozowym czepku to Bi. Nie dalam rady strzelic jej lepszego zdjecia. Ona byla w ciaglym ruchu, a ja za szyba bo na basenie mozna zdechnac z goraca, wiec wychodze. ;)

Musze z duma napisac, ze juz na pierwszych zajeciach widac bylo, ze Bi to urodzona plywaczka. Tamte dzieciaki cwicza juz 1.5 miesiaca, wiec Starsza odstaje od nich kondycyjnie i czesciej musi sie zatrzymac, zeby odpoczac. Ale technicznie i co wazniejsze, szybkosciowo, jest jedna z lepszych. Szczegolnie stylem na plecach, bije wiele dzieci na glowe. Jeden z trenerow bardzo ja chwalil. Zobaczymy jak pojda kolejne treningi i pierwsze zawody. Bi jest ambitna i obawiam sie, ze przegrana szybko ja zniecheci. ;)

W srode zaczela sie rowniez kolejna sesja lekcji plywania. Kiedys miedzy kazda bylo 1-2 tygodni przerwy, teraz widze, ze leca jedna za druga. Powoduje to niestety lekki (mocny?) balagan. Na przyklad, kiedy tydzien temu Nik konczyl sesje, instruktorka powiedziala mi, ze spokojnie moze przejsc na poziom 3/4. Mamie jego kolegi z grupy zas, ze dadza go na poziom 3, zeby dwaj kumple mogli byc razem, ale jak sobie nie da rady, to cofna go na poziom 2. Tymczasem, kiedy w srode przyszlismy na zajecia, okazalo sie, ze kolega Nika trafil na poziom 4, zas Nika przydzielili do grupy o poziomie 3. A przeciez instruktorka (pechowo akurat jej nie bylo) wyraznie mowila, ze Nik radzi sobie lepiej, wiec jakim cudem trafil na nizszy poziom? I moze byloby wszystko jedno, ale pechowo w grupie, do ktorej przydzielony byl Nik, byly dzieci sporo starsze. Jedna z nich byla corka naszej sasiadki, prawie 10-latka, a drugim chlopiec, ktory wygladal na jeszcze starszego. Kiedy zaprowadzilam Nika do jego grupy, ten rozplakal sie, ze on nie chce byc z takimi duzymi dziecmi i chce byc ze swoim kumplem. Na szczescie instruktor poziomu 4 juz zauwazyl, ze chlopcy sie znaja i zgodzil sie Nika "przygarnac". ;)
Inna sprawa, ze teraz Nik jest w grupie ze swoim kolega oraz druga corka sasiadki, ktora zna oczywiscie z podworka. Obawiam sie wiec, ze zamiast cwiczyc plywanie, beda sobie robic jaja. Na szczescie instruktor (ktory zreszta w poprzedniej sesji uczyl Bi) jest nieco starszy niz reszta, ktora wyglada na dzieciaki z College'u i mimo ogolnie milej aparycji, potrafi trzymac dyscypline. ;)

W sobote w koncu ma sie odbyc Pasowanie na Ucznia w polskiej szkole. Z tej okazji Pani Bi napisala do rodzicow, zeby dzieci byly ubrane na galowo, a do tego zeby dziewczynki mialy wlosy uczesane w dwa warkocze z czerwonymi wstazeczkami. Zabila mnie! :D Kto teraz zawiazuje corkom warkoczyki wstazkami?! Takie cos kojarze ze starych, czarno - bialych zdjec mojej mamy oraz cioc jako malych dziewczynek! Czesciowo mnie to rozsmieszylo, a czesciowo wkurzylo, bo znow doslownie kilka dni przez wydarzeniem czekala mnie wyprawa do sklepu. Po wstazki! Na szczescie przypomnialo mi sie, ze w pudle roznych przydasiow mam cos czerwonego. To co znalazlam to bardziej tasiemka, ktora kupilam do czegos na Boze Narodzenie kilka lat temu, ale jest dosc szeroka i co najwazniejsze - czerwona. Bez problemu uda wstazke. :D

A Bi niestety znow sie denerwuje. Nie wiem co z tym dzieckiem w tym roku sie dzieje. Bez oporow wystapila na przedstawieniu konczacym przedszkole. Nie miala problemu w prezentacjami na zakonczenie zerowki oraz pierwszej klasy. A teraz zjada ja trema przed zaspiewaniem kilku piosenek i zatanczeniem poloneza? I to w grupie! Nikt nie kaze jej przeciez wystepowac samotnie!

W kazdym razie czekam na sobote z na w pol  ciekawoscia i na w pol stresem. Obawiam sie znow kurczowego trzymaniai blagania zebym jej nie zostawiala... No i zglosilam sie do upieczenia babeczek. Planuje zrobic bananowe na maslance, ktore zawsze wychodza. Chociaz zaloze sie, ze jak na zlosc teraz wyjda z zakalcem albo twarde niczym cegly. :D