środa, 7 grudnia 2016

Mikolaje, Mikolajki i takie tam...

Do Swiat jeszcze prawie 3 tygodnie, ale w Potworkowie zrobilo sie niespodziewanie mikolajowo. :)

Jak pisalam ostatnio, nasz kosciol urzadzil doroczne przyjecie bozonarodzeniowe dla dzieci. Potworki wyczekiwaly go juz od dwoch tygodni, Bi odliczala dni w kalendarzu i na mysl, ze cos mialoby przeszkodzic w ich uczestnictwie w tym arcywaznym wydarzeniu, az cierplam. :) Jak to w zyciu bywa, a raczej w sezonie chorobowym, oczywiscie malo brakowalo, a nie pojechalibysmy, ale o tym pozniej. ;)

Zaliczylismy wiec przyjecie, a po drodze kilka(nascie) razy zalowalam, ze wyciagnelam M. z nami... Maz moj bowiem przed wyjsciem, a pozniej wiekszosc drogi jeczal, ze wolalby zostac w domu i odkurzyc oraz pomyc podlogi.

A ja zawsze chwale go, jaki to on rodzinny i w ogole... Tiaaa...

No, ale sama mialam sie z dwojka Potworkow pchac w te tlumy i scisk?! Mowy nie ma! ;) Nie posiadlam jeszcze zdolnosci rozdwojenia sie, ani nie dorobilam drugiej pary oczu w tylu glowy. :/ Juz trzeci rok z rzedu uczestniczymy w tym przyjeciu i w dwa poprzednie, bylo strasznie duzo dzieci, a wiec i rodzicow, w sali panowal scisk, a male berbecie ginely z oczu, kiedy oddalily sie dalej niz na metr... Spodziewajac sie czegos podobnego, twardo nakazalam M. jechac, czy mu sie to usmiecha, czy nie. Odkurzanie poczeka na lepszy czas. ;)

Okazalo sie jednak, ze moglam zostawic go spokojnie w domu i przynajmniej nie musialabym potem sama zasuwac z odkurzaczem. :/ Nasz kosciol dopadl bowiem jakis niz demograficzny. Najwyrazniej sporo dzieciakow z dwoch poprzednich lat bylo przy gornej granicy wiekowej (przyjecie jest dla dzieci do 10 lat), a wiec w tym roku juz sie nie zalapaly na impreze. Patrzac na zdjecia i porownujac je z zeszlym rokiem, wyglada, ze zabraklo tak z 1/3 dzieciarni, a to naprawde sporo.

W rezultacie, obszerna sala byla na tyle pustawa, ze moglam spokojnie zostawic Potworki przy zabawach i odejsc do stolika napic sie kawy. Wystarczylo sie lekko wychylic i mialam ich caly czas na oku.

Przy okazji wspominek z poprzednich lat, z westchnieniem stwierdzilam, ze dorastaja te dzieciaki...

Podczas pierwszego przyjecia, w ktorym wzielismy udzial, Bi miala 3.5 roku, a Nik 2. Bi nawlokla cukierkowy naszyjnik, chciala balonowego kwiatka, ale od malowania buzi uciekla z fochem, a od Mikolaja trzymala sie jak najdalej. Nik za to, znudzony, zajal sie glownie marudzeniem, a potem urzadzil awanture, bo dostal spychacz, zamiast ciezarowki. :D Zeby usiedli na dywanie z innymi dziecmi, rowniez ja musialam klapnac na podloge. ;)

Rok temu, Bi miala juz 4.5 roku, a Nik na dniach konczyl 3. Bi wziela udzial we wszystkich zabawach oraz dala sobie pomalowac buzie. Nik zabawy mial gdzies, ale dostal balonowy miecz, ktorym najpierw probowal stracac bombki z choinki, a potem dzgal inne dzieci, glownie siostre, po glowach. :D Oboje jednak grzecznie (dobra, Nikowi musialam zabrac miecz, bo nadal tracal nim wszystkich naokolo) usiedli na dywanie, a potem podeszli do Mikolaja po prezenty.

W tym roku, moge stwierdzic z satysfakcja, ze oba Potworki w pelni z przyjecia skorzystaly.


Oboje udekorowali ciasteczka, oboje nawlekli cukierkowe naszyjniki i oboje cierpliwie wystali w kolejce po balony.



Bi stworzyla jeszcze piankowa dekoracje bozonarodzeniowa, Nikowi nie starczylo czasu. Nik za do dal sobie pomalowac buzie, na... tygrysa!


Bi zas zazyczyla sobie spadajaca gwiazdke, ale na rece, nie na twarzy, bo ona chciala ja widziec. ;)

Tylko do Mikolaja podeszli sceptycznie i niezbyt chcieli pozowac przy odbieraniu prezentow.



Za to pod koniec przyjecia, jak gdyby nigdy nic, wgramolili mu sie na kolana do zdjecia.


I badz tu czlowieku madry. Mozliwe, ze wczesniej chcieli po prostu chwycic za paczki i ruszyc do ogladania upominkow, a tu matka im glowy zdjeciami zawraca. :D

A jak to sie stalo, ze prawie ominela nas taka zabawa?

Zadna to wielka zagadka. Po prostu, Mlodszy sie pochorowal. ;) W zasadzie to niewiadomo co mu bylo. W sobote rano wydal mi sie jakis cieplawy, chociaz za bardzo nie marudzil. To znaczy, nie bardziej niz zwykle. ;) Zlapalam za termometr, a tam juz 38.4! Noszzzzz... Na nic nie narzeka, nic go nie boli, nie smarcze, kaszlnie sobie od czasu do czasu (ale to pozostalosc po poprzedniej infekcji). Obstawiam jakiegos wirusa. Bi tez miewala kiedys takie goraczki bez innych objawow.

W kazdym razie, goraczka trzymala Kokusia przez cala sobote, sobotnia noc i niedzielny ranek. A tu przyjecie po poludniu! :/ Bi (gumowe ucho) uslyszala nasza rozmowe, ze moze trzeba zrezygnowac i uderzyla w placz. Co robic? Zabrac tylko ja? Nik bedzie ryczal. Zeby jeszcze byl naprawde powaznie chory... Ale zarowno po zbiciu, jak i z goraczka, Mlodszy biegal, bawil sie, szalal, zupelnie niczym zdrowe dziecko. Tylko apetytu nie mial.

Stwierdzilismy, ze jedziemy. W koncu to tylko dwie godziny zabawy. Mikolaj jest raz do roku, szkoda, zeby Nik musial zrezygnowac z takiej gratki, skoro czuje sie zupelnie dobrze...
Mlody bawil sie swietnie, ale po powrocie do domu, temperatura znow zaczela mu isc w gore. Podalam syrop przeciwgoraczkowy, z rezygnacja szykujac sie na pozostanie w domu kolejnego dnia i zabranie go do lekarza. Tymczasem, po popoludniowej dawce lekarstwa, temperatura pozostala juz w normie. Nie podrosla nawet do stanu podgoraczkowego... Ki diabel?

Teraz mam tylko nadzieje, ze Bi sie nie zarazila. Chociaz watpie, bo mamy srode i sie trzyma (tfu, tfu, byle nie przechwalic!). :)

*

Poza tym, w poniedzialek spadl nam pierwszy snieg! Drugi, jesli liczyc mokra breje z konca pazdziernika. ;) Tym razem jednak, opad byl zdecydowanie sniegiem, choc spadlo go zaledwie 2 cm i znikl jeszcze tego samego dnia. Co nie przeszkodzilo szkolom miec 90 min opoznienia. :O Kurcze, no! Wstaje rano, sprawdzam na telefonie maile. Nie ma nic. Spogladam za okno. Trawniki biale, ale drogi czarne. Dobra nasza. Zagladam jeszcze na wszelki wypadek na strone szkoly, a tam jak byk, wielkie ogloszenie o opoznieniu! Okazalo sie, ze moj telefon, jakims cudem, nie zaladowal nowych maili... :/

Pozytek z opoznienia byl chociaz taki, ze poniewaz Bi zaczynala dopiero o 10:15, wiedzac, ze za kilka godzin bialosc zniknie, pozwolilam Potworkom wyjsc na chwile na dwor, pocieszyc sie sniegiem. Szczegolnie, ze nie wiem kiedy znow go zobaczymy.


Nik rzecz jasna wrocil do domu z placzem juz po 10 minutach, bowiem zachcialo mu sie odsniezac grilla golymi raczkami. Przybiegl zawodzac zalosnie, ze lapki go bola. ;)

*

Poniewaz grudzien zaczal sie juz jakis czas temu, ktoregos pieknego dnia, pomyslalam, ze fajnie byloby zawiesic swiatelka na plotku. Sznur lampek znalazlam w piwnicy bez problemu, natomiast nie udalo mi sie zlokalizowac automatycznego wlacznika, ktory zapala lampki o zmierzchu i gasi po kilku godzinach. Poniewaz nie usmiecha mi sie wylazic na zewnatrz dwa razy kazdego wieczora, zeby lampki wlaczyc, a potem wylaczyc, a zostawienie ich wlaczonych 24/7 (wzorem sasiada) to marnotrawstwo pradu, poslalam na poszukiwania malzonka. Niestety i on wrocil z pustymi rekami, za to z pretensja, co ja tez z tym wlacznikiem uczynilam. Bo kurcze, nie mam nic lepszego do roboty, tylko chowac potrzebne akcesoria! :/ Niejasno mi sie teraz kojarzy, ze kiedy chowalismy swiatelka w styczniu, cos bylo z tym wlacznikiem nie tak, ale nie pamietam co... W kazdym razie, najprawdopodobniej wyladowal w koszu. M. zamowil nowy, ale nie przyszedl on okreslonego w mailu dnia. Kiedy minely dwa dni, a po wlaczniku nie bylo sladu, napisal do sprzedawcy. Ten, w odpowiedzi, zwrocil mu pieniadze. Bez slowa wyjasnienia... :/ M. zas, bez konsultacji ze mna, zamowil kolejny, zamiast po prostu podjechac po niego do najblizszego supermarketu... Ech... W ten sposob, do Swiat zostalo 2.5 tygodnia, a swiatelka nadal czekaja na podlaczenie. :( Dzis rano, Nik, wyjrzawszy przez okno, oswiadczyl z pretensja, ze "Wsyscy maja ozdoby, tylko my nie!". ;)

*

Zaliczylismy tez Mikolajki! :) Jakzeby inaczej?! Tubylcy robia wielkie oczy, bo nigdy o Mikolajkach nie slyszeli, ale co tam! My kontynuujemy polskie tradycje! :D

Dzien wczesniej, Potworki pieczolowicie postawily buty przy tylnych drzwiach, Bi upewnila sie, ze Mikolaj da rade dostac sie do srodka pomimo braku kominka, po czym poszli lulu. Rano, obudzily mnie podniecone szepty z dzieciecego pokoju, jeszcze zanim zadzwonil moj budzik. ;) Okazalo sie, ze Potworki zastanawialy sie, czy Mikolaj juz dotarl, ale troszke obawialy samotnej wedrowki przez nadal ciemnawy dom. :) W koncu przyszly do mojego lozka, z pytaniem czy "swiety" juz byl. Na moja rade, zeby poszli i sprawdzili, miny troche zrzedly, ale Bi szybko umyslila sobie, ze jest tam Majusia (tiaaa, najtchorzliwszy pies pod sloncem, hehe...), wiec ona sie nie boi.

Po chwili wrocili biegiem, krzyczac jedno przez drugie, ze byl, byl, sa prezenty! I z pytaniem, czy moga je otworzyc (!). Nie wiem, skad takie nagle oniesmielenie. ;)
Niestety, Nikowi mina nieco zrzedla, bowiem pamietajac, ze w grudniu czekaja nas jeszcze urodziny Nika oraz Swieta, na Mikolajki postawilam na prezenty, hmmm... praktyczne. No, moze nie do konca praktyczne, w koncu to nie majty, ale edukacyjne. Nik dostal alfabetyczne puzzle, a Bi takaz odmiane gry w "memory". O zalamce zwiazanej z ta gra za chwile, a narazie o fochu Nika, ktory oznajmil, ze on nie chcial takiego prezentu (a tymczasem uklada alfabet 3 razy dziennie...). Powiedzialam wiec, ze moze go polozyc z powrotem przy drzwiach. Napiszemy notke do Mikolaja, ze puzzle sie Kokusiowi nie podobaja i ten je zabierze.
"I psyniesie cos innego?" - pyta moj syn z nadzieja.

Cwaniak! :D

Kiedy stlamsilam ta nadzieje w zarodku, Nik wielce obrazony uznal, ze jednak puzzle sobie zostawi. ;)



Takie okazje niesamowicie mnie wzruszaja... Przypominaja mi wlasne dziecinstwo i ta niesamowita wiare w swiateczno - grudniowa magie. Szkoda, ze tak malym i niewinnym, cieszacym sie z najmniejszego drobiazgu i budzacym sie co rano z nieustajacym entuzjazmem, jest sie tylko przez krotki czas zycia... :( Mam nadzieje, ze uda mi sie zachowac Potworkowa ufnosc oraz wiare w to, ze swiat jest piekny i dobry, jeszcze chociaz przez kilka lat...

Teraz o grze Bi. To takie zwyczajne "memory", tylko nieco utrudnione, bo zamiast dopasowywac obrazki, trzeba dopasowac mala literke do duzej. Na pudelku zaznaczone, ze gra otrzymala jakas nagrode na jedna z najbardziej kreatywnych gier, czy cos w tym stylu. W sumie pomysl nieglupi, ale... Wlasnie, ALE.

Do kazdej literki przypisany jest obrazek z obiektem, badz zwierzatkiem, ktore zaczyna sie na dana litere. I wiecie, co jest na obrazkach z literka "K"? Rysunek KOTA! Caly alfabet jest anglojezyczny, zeby nie bylo watpliwosci... ;) A nawet kompletny laik wie, ze kot to po angielsku CAT! Pisane przez "C", a nie "K"!
Chyba pokusze sie o maila do dystrybutora (bo producent jest zapewne w Chinach) i zdrowo go przeklne. Skoro kupuje edukacyjne zabawki, robie to z mysla, zeby moje dziecko sie czegos nauczylo! Tymczasem tutaj nauczy sie, ze "cat", pisze sie "kat". :/

Niewykluczone, ze trafila mi sie podroba tej gry. Tylko, nawet podroba, moglaby byc gorszej jakosci, ale chociaz merytorycznie poprawna. :/

piątek, 2 grudnia 2016

Z serii: w tym domu sie gada! oraz rocznica slubu i inne watki

Od czego by tu...

Moze od Rocznicy?

W czwartek, 1 grudnia, minelo 9 lat odkad sobie (po raz pierwszy) z M. slubowalismy. Dziewiata Rocznica zwana jest podobno "generalska". Hmmm... Ciekawe, kto u nas jest tym generalem? :D

W kazdym razie, minelo sobie dziewiec latek. Czasem bywalo (i bywa) lepiej, czasem gorzej. Doczekalismy sie domu, psa oraz dwojki Potworkow. I tak trwamy. Razem. Nadal. Pomimo podobienstw charakterow oraz roznic swiatopogladowych. To chyba dobrze. :)

Kiedy wrocilam wczoraj do domu, czekala mnie niespodzianka. Wyslalam M. z pracy co prawda rocznicowego smsa, a on odpowiedzial, ale spodziewalam sie, ze na tym sie skonczy. Tymczasem malzonek powital mnie z bukietem kwiatow w dloni i nawet wiersz wyrecytowal! :)

Uwaga, uwaga! Dobrze, ze M. nie wie o moim blogu, bo by mnie pewnie zamordowal, ale MUSZE Wam wrzucic efekty wierszoklectwa mojego malzonka. Szkoda, zeby takie "arcydzielo" popadlo w niepamiec:

"W dniu naszego swieta,
Moja zono usmiechnieta,
Mam dla ciebie te ziele,
Zebys mnie kochala w kazda niedziele!"

Nie wiem, czy ulozyl kolejne wersy, bo kiedy doszedl do tej "niedzieli", oboje juz prawie sikalismy ze smiechu! :D

Na tym moge w sumie czesc "rocznicowa" zakonczyc. Jak to my, nigdzie sie z tej okazji nie wybieramy. Moj tata tradycyjnie nie podejmie sie opieki nad obojgiem Potworkow, a z nimi to zadne swietowanie... ;) Okazja bylaby idealna zeby sie wybrac na testowanie win w pobliskiej restauracji, ktorego jedna z organizatorek jest moja kolezanka i zostalismy zaproszeni na to wydarzenie... Ale coz, nie ma z kim zostawic Bi oraz Nika, a poza tym M. - domator, kreci nosem. :/ A sama nie pojade, bo kto mnie po takim testowaniu do domu odwiezie? ;)

A ja tak lubie winko... :(

Co jeszcze?

Zaraz po Thanksgiving uznalam, ze co prawda do 1 grudnia jeszcze kilka dni, ale skoro w ostatnim miesiacu roku mamy dosc napiety grafik, to spokojnie mozemy juz przystapic do swiatecznych przygotowan i tradycji. Zaczelismy od papierowych ozdob choinkowych, w ramach zajecia czyms Potworkow w czasie dlugiego weekendu. ;)

Narazie powstaly bombki:

(Nie patrzcie, blagam, na ten burdel w tle...)

Oraz ptaszki:


A takze lancuchy:
 

Planuje jeszcze ozdoby z masy solnej oraz oczywiscie domowe pierniczki. I przydaloby sie jakos rozciagnac grudniowe weekendy, bo inaczej nie wiem jak pogodze to z przedswiatecznymi porzadkami, Mikolajkowym balem w kosciele (to juz w ten weekend!) urodzinami Nika, kompletowaniem i wyslaniem paczki do Polski oraz zwykla codziennoscia... ;)

Musze pochwalic sie Wam tez przesylka, ktora otrzymalam kilka dni temu:


Mam, mam, mam "Kalinke"!!! Nie macie pojecia ile radosci sprawila mi ta niewielka paczuszka!!! A poczatkowo ile nerwow, bo szla az 11 dni! I to nie z Polski (to bym jeszcze zrozumiala), tylko ze Stanu Oregon. Znajduje sie on co prawda po przeciwnej stronie kontynentu, ale kurcze, szyciej by mi chyba zeszlo, gdybym osobiscie pojechala po ksiazke autem i wrocila. Juz zaczynalam podejrzewac, ze trafilam na oszustow i nie doczekam lektury! Na szczescie jednak przyszla!

Nie wiem, czy wszystkie moje czytelniczki znaja Autorke? Wiekszosc chyba tak. A tym, ktore nie znaja, napomkne tylko, ze Asia jest wspaniala blogerka oraz swietna recenzentka i po prostu urocza osoba. Niestety, jej blog jest dostepny tylko dla zaproszonych, wiec nie podam linku. W kazdym razie, Asia wydala wlasnie kolejna ksiazke (druga czesc powyzszej)! Premiera pierwszej (ktora wlasnie otrzymalam) odbyla sie juz rok temu i strasznie wtedy zalowalam, ze nie mieszkam w Polsce. Zaraz polowalabym na nia w Empiku! A tak, naiwnie uznalam, ze poniewaz ksiazka jest debiutem Asi, naklad jej bedzie nieduzy i ciezko bedzie ja dostac. Nie chcialam angazowac nikogo w Polsce w poszukiwania i droga przesylke zagraniczna. Z poczuciem rozczarowania, wpisalam wiec sobie w zwoje mozgowe, zeby zapolowac na nia, kiedy bede w Polsce... Tymczasem, ponad tydzien temu, Asia napisala o premierze drugiej czesci "Kalinki", a mnie tknelo, zeby sprawdzic Amazon, na ktorym od lat zamawiam ksiazki. Bingo! Jest! A teraz dotarla do mnie, wlasciwie jest juz przeczytana (chlip...), a ja jestem madrzejsza i juz rozpoczelam "amazonskie" poszukiwania drugiej czesci. Narazie efektow brak. ;)

A ksiazke oczywiscie polecam z calego serca! Dawno juz tak nie parskalam smiechem! Oczywiscie, kiedy juz udalo mi sie wyrwac ja z lepkich lapek Potworkow, ktore nie wiedziec czemu, nie chcialy uwierzyc mi na slowo, ze tam nie ma obrazkow. :D


Teraz pora na to, co tygryski lubia najbardziej, czyli teksty i teksciory.

***

Mama: "Nik, co ty tam rysujesz?"
Nik: "Cos pieknego."

Skromnis! :D


***

Nik prosi, zeby zrobic mu samolocik:
"Mama, mozesz mnie przeleciec?"


***

Ponizej odrobina humoru sytuacyjnego:

Ktoregos dnia, po przybyciu do domu, tata odkryl, ze Nik pod spodniami swieci golymi czterema literami.
Musial uzyc sporej dawki perswazji, ale w koncu syn przyznal sie, ze w przedszkolu sobie soczysciej purknal, tworzac na bieliznie "kleksa".
Mlody gagatek, cichcem zdjal majteczki, ubral z powrotem spodnie jak gdyby nigdy nic, a brudna bielizne... upchnal za kibelek w przedszkolnej lazience. :D Panie nauczycielki nic nie zauwazyly...

Nastepnego dnia, matka odzyskala utracone przyodzienie, duszac sie ze smiechu nad sprytem niespelna 4-latka w zacieraniu sladow "przestepstwa". ;)


***

Po ciezkich zakupach, kiedy trzeba bylo sie baaardzo powstrzymywac, zeby nie strzelic Potworkom klapsow w tlocznym supermarkecie...

Tata: "Chyba musicie dostawac kare! Biegacie po sklepie i dzikujecie [ojcowskie slowotworstwo powala], jak jakies... jakies..." - zabraklo mu slow. ;)
Nik (podsuwa usluznie): "Labedzie!"


***

Upieklam czekoladowo - dyniowe muffinki. Nik zjada jedna po drugiej, bez opamietania, az w koncu mowie stop.

Po chwili, Mlodszy podchodzi i prosi: "Moge jesce jedna?"
Mama: "NIE, powiedzialam ci, ze juz wystarczajaco ich zjadles."
Nik patrzy, patrzy, mysli, po czym informuje stoicko: "No dobze, to jesce tylko jedna."

Nie mam zadnego autorytetu w tym domu... ;)


***

Nik marudzi (jak zwykle), ze nie chce owocow. W koncu, pokonana, wzdycham "Dobra, dam ci dzis taryfe ulgowa..."
Bi zdziwiona "Lycha bibowa? A co to takiego?"

Sluchaj uchem, a nie brzuchem, moje dziecko... ;)


***

A na koniec, pokaze Wam jeszcze, jak nauczyciele, od najmlodszych lat, dusza w zarodku dziecieca kreatywnosc oraz zapedy artystyczne. Z przymruzeniem oka, oczywiscie. ;)

Otoz, czescia codziennej pracy domowej Bi, jest pokolorowanie wszystkich obrazkow na kartkach. Czasem Starsza pyta mnie jakiego koloru jest to czy tamto, ale ogolnie zostawiam jej wolna reke, bo wiem ze lubi kolorowac, a nie chce zniechecac jej jakimis sztywnymi ramami. I tak ostatnio mamy coraz czesciej bunt przy odrabianiu lekcji... :/
Tym razem Bi nawet spytala mnie czy moze pokolorowac myszki w "rainbow" i machnelam reka, ze jasne, beda sliczne! I byly:


Niestety, mozecie rowniez przeczytac komentarz, ktory nauczycielka zostawila na sprawdzonej pracy. :/

Nie przeczytalam go Bi. Niech nadal sie zachwyca swoimi teczowymi gryzoniami i bawi kolorami oraz wzorami. ;)

wtorek, 29 listopada 2016

Otoczyly mnie indyki...

Nie, to nie przytyk dla mojej rodziny, tudziez kolegow z pracy! ;) To po prostu wstep do opowiesci o tygodniu "dziekczynnym", czyli naszych obchodach Thanksgiving.

Kiedys to bylo prosto... Poniewaz Indyk wypada zawsze w ostatni czwartek listopada i w wiekszosci firm jest dniem wolnym od pracy, zapraszalismy mojego tate (ciotka M. dolaczyla do tych obchodow dopiero kilka lat temu; wczesniej wolala umawiac sie ze znajomymi) i "swietowalismy", czyli siedzielismy, jedlismy oraz popijalismy winko. ;) Po pierwszym wspolnym Dniu Dziekczynienia, zgodnie stwierdzilismy, ze zadne z nas za indykiem nie przepada, serwowalismy wiec to, na co akurat naszla nas chetka. Czasem pieklismy kurczaki. Czasem robilam salatke, a drob olewalam. Czasem naszlo mnie na bigos. Zawsze jednak machnelam jakies ciasto, bo slodkosciami nikt przeciez nie pogardzi. No, ja w kazdym badz razie nie pogardze. ;)

Od kiedy jednak przyszly na swiat Potworki, a wlasciwie odkad troche podrosli, zaczynam czuc presje, zeby obchodzic Thanksgiving bardziej uroczyscie... W koncu to moi mali Amerykanie! ;) Malzonek moj moze sobie przewracac oczami i twierdzic, ze to zadne swieto, ciotka M. moze marudzic pod nosem, ze to nie jej swieto (w tym roku sobie odpuscila i cale szczescie, bo bylam w dosc wojowniczym nastroju i jeszcze bym ja wyprosila za drzwi...), ale dla Potworkow, tak jak dla wiekszosci Hamerykanow, bedzie to rownie wazne swieto, co Boze Narodzenie oraz Wielkanoc.

Dla dzieci wychowanych tutaj, obchody Thanksgiving beda zreszta najnaturalniejsze na swiecie... Poprawnosc polityczna sprawia, ze w placowkach edukacyjnych o zabawach wielkanocnych (np. poszukiwaniu jajek zorganizowanym rok temu przez przedszkole) mowi sie "Spring Games", a okres bozonarodzeniowy okresla jako "Winter Holidays". Malo kiedy paniom wymsknie sie normalnie "Easter" czy "Christmas"... Natomiast Thanksgiving obchodza wszyscy, bez wzgledu na wyznanie. Nie jest polaczone z zadna religia, nikogo wiec nie razi i szkoly oraz przedszkola z entuzjazmem z tego korzystaja. Przez cale trzy szkolne dni w zeszlym tygodniu, dzieciaki wycinaly, rysowaly, wyklejaly i sklejaly niezliczona ilosc indykow. :) I nie tylko. Uczyly sie rowniez, ze maja za co byc wdzieczne:


Oficjalne obchody "naszego" Thanksgiving, rozpoczelo spotkanie artystyczno - plastyczne w klasie Bi. Pisalam juz wczesniej, ze w zasadzie wybralam sie tam tylko dlatego, ze nie bylo mnie na paradzie przebierancow z okazji Halloween. Potem, na zdjeciach przeslanych przez nauczycielke, okazalo sie, ze bylam jednym z nielicznych rodzicow, ktorzy sie nie pojawili... Glupio mi sie zrobilo i chociaz w poniedzialek akurat przeziebienie rozkrecilo mi sie na dobre i marzylam zeby po prostu pojechac do pracy i klapnac za biurkiem, zacisnelam zeby i poczlapalam do szkoly. I cale szczescie, bo frekwencja znow dopisala. Wczesniej, wiele osob (lacznie ze mna) przewidywalo, ze jak tym razem sie wybiore, to nikogo nie bedzie. Nic z tych rzeczy! Z calej klasy, tylko jeden chlopczyk byl bez rodzica! :O A mina Bi na moj widok, wynagrodzila mi calkowicie to "poswiecenie". :)

Pomoglam wiec wykleic Bi opaske na glowe udajaca indyka.



A potem jeszcze statuetke indora z przyspiewka. ;)


Nastepnie, kazdy z rodzicow mial poczytac swojemu dziecku ksiazeczke. To ostatnie bylo dosc dziwne, bo klasa nie jest ani zbyt duza, ani szczegolnie przytulna. Kazdy probowal znalezc nieco odosobniony kacik, czesc rodzicow przycupnela po turecku na dywanie, ale ogolnie przy takiej ilosci osob, w klasie panowal ciagly halas, szum i nastroju do czytania w ogole nie bylo... Nie mowiac juz, ze zadna z ksiazeczek nie miala tematyki Thanksgiving. ;) Mysle, ze to cale "zamieszanie" ma na celu promocje czytania dzieciom na glos. Mocno naciagane, wedlug mnie. Albo sie dzieciom czyta ksiazki, albo nie, a jesli rodzic tego nie lubi (jak moj M.) to takie przymuszanie w szkole napewno go do tego nie przekona. :)

Calosc trwala okolo godzinki, a potem zwyczajnie popedzilam do pracy, postraszyc kolegow glosem, ktory ledwie moglam z siebie wydobyc. ;)
Wtorek to byl dzien na pochrzakanie i posmarkanie "na spokojnie" w pracy. I nadgonienie zaleglosci, bo w srode bralam dzien wolny. Dobrze, ze pomimo zawalonych zatok i koszmarnej chrypy, wlasciwie czulam sie zaskakujaco dobrze. ;)

W srode, jak juz pisalam ostatnio, przeziebienie jakby zaczelo popuszczac, za to nawiedzily mnie "te" dni. ;) Poniewaz jednak juz wczesniej zadeklarowalam sie, ze przyjde na Harvest Feast w przedszkolu Kokusia oraz ze upieke na ta okazje dyniowe ciasteczka, a takze wzielam specjalnie dzien wolny, nie bylo mowy o leniuchowaniu.

W przedszkolu za to rozczarowanie. Mimo, ze panie zebraly obie grupy razem, rodzicow bylo moze 4-5. Jakos Bi ma szczescie trafiac do klas z bardziej zaangazowanymi mamusiami, bo pamietam, ze rok temu bylo sporo osob... Moglam wobec tego srode sobie darowac, ale ciesze sie, ze poszlam. Nik z duma oprowadzil mnie po salce, pokazywal wszystkie swoje "dziela", domagal sie, zebym usiadla obok niego przy stoliku, po prostu cieszyl sie, ze jestem. Po zjedzeniu, ruszylismy do poszczegolnych "stacji" z zabawami. Panie stanely na wysokosci zadania i wszystko bylo z indykiem lub pielgrzymami w tle. :)





 (Maly pielgrzym :D)

Nik przyniosl do domu nawet zalaminowana tacke z indykiem stworzonym za pomoca odciskow wlasnych raczek! Sliczna jest, wiec zatrzymalam ja na pamiatke. :)


Potem na chwilke do domu i zaraz musielismy pedzic po Bi, ktora w srode konczyla lekcje juz o 1:15. Tym razem nie posiala karteczki (pisalam w ogole, ze kiedys dala ja nie tej pani co trzeba i M. czekal pod szkola, tymczasem nauczycielka wyslala ja na swietlice? :D), wiec zostala odstawiona do wyjscia. Bi zawsze prosi czy moze isc na "parent pick-up", ale z racji naszej pracy, zwykle nie ma takiej mozliwosci. Musi isc na chwile na swietlice. Kiedy sie wiec przydarzy, Starsza jest wniebowzieta! Taka mala rzecz, a ile radosci! ;)

A pozniej, w koncu, moglam sie zabrac za pichcenie! ;) W sumie to nie nagotowalam sie jakos strasznie i rozlozylam to sobie na dwa dni, wiec tragedii nie bylo. Mielismy nawet indyka, chociaz tu akurat wyszla nasza gapowatowosc. To znaczy, ze ja jestem gapa, to wiedzialam od zawsze. Wiecznie czegos nie zauwaze, nie doczytam i potem wychodza cuda. Ale ze moj maz... :D W kazdym razie, na 5 doroslych i dwoje dzieci - niejadkow, nie potrzebowalismy niewiadomo jakiego indora. W sklepie znalezlismy wiec zamrozony pakunek, ksztaltem z grubsza przypominajacy indyczka, na ktorym napisane bylo "young turkey". Mlody, maly indyk, o to nam chodzilo, tak? Dopiero w domu, kiedy pakunek odtajal, doczytalismy calosc: "young turkey breast"! Okazalo sie, ze byly to nie tyle piersi indycze, ale caly kadlub, tylko bez nozek i skrzydelek. ;) Coz, upieklismy co mielismy, a M. stwierdzil, ze przynajmniej nie bedzie wyscigu o to, kto pierwszy zlapie udka (dla malzona najlepsza czesc ptaszyska). No i nie bylo. ;)

Oprocz indora zrobilam salatke oraz obowiazkowo upieklam slodkie ziemniaki. Za to z reszta mialam zagroske. Chcialabym na Thanksgiving gotowac cos bardziej "amerykanskiego" i tradycyjnego, a nie bigos z kielbasa i salatke warzywna... Kiedy pytalam znajomych Amerykanow, o ich ulubione danie na Thanksgiving, wiekszosc wspomniala o "green bean casserole". I chodzi mi ta zapiekanka po glowie juz od paru lat, ale... No wlasnie, ale... Po pierwsze, M. nie znosi ani fasoli, ani grochu. Nie ruszylby wiec tego dania. O Potworkach nie mowiac... Poza tym, spojrzalam na przepis na ta slynna zapiekanke i mina mi zrzedla. Wbrew "zdrowej" nazwie, tam nie ma nic swiezego! Fasolka z puszki, zupa - krem z pieczarek z puszki... Masakra! :D Znalazlam za to przepis na kabaczki (chyba "kabaczki"; nie mam pojecia jak po polsku nazywaja sie butternut squash oraz acorn squash...) zapiekane w parmezanie z czosnkiem. Wyszly przepyszne, polecam! ;)

Z ciastem sie nie wysililam, bo mialam kilka przejrzalych bananow, wrecz blagajacych, zeby cos z nich zrobic. Upieklam wiec chlebek bananowy w wersji dla "doroslych", czyli z orzechami oraz rodzynkami (Potworki jedza wylacznie "czysty", bez dodatkow :D). Upieklam tez dyniowe muffinki, ale dopiero w piatek, wiec w sumie sie nie liczy. ;) A ciotka M. doniosla dwie salatki i koniec koncow, wyzerke mielismy calkiem niezla.

A co zjadly Potworki? Bi skubnela kilka plasterkow slodkich ziemniakow, a Nik odrobine indyka. Bez komentarza... ;)

Poza tym, w samo Thanksgiving, Nika dopadla kompletna glupawka i faza na glupie miny. Probowalam Potworkom zrobic jakies ladne zdjecie na pamiatke. A gdzie tam. Wszystkie powychodzily tak:






I na tym chyba skoncze. Mam do opisania jeszcze kilka watkow, a jak, ale znow zblizam sie niebezpiecznie do "tasiemcowatej" dlugosci posta. Lepiej zostawie reszta na pozniej. :)

środa, 23 listopada 2016

Gobble, gobble, gobble!

Jesli ktos sie zastanawia co to za tytul, to tak wg. tubylcow brzmia odglosy wydawane przez indyki. ;)

Mialam sie odezwac w tym tygodniu, wiec sie odzywam, chociaz bedzie to raport bardzo skrocony, bowiem za niecala godzine pedze na "Harvest Feast" w przedszkolu Kokusia.

Jak wiecie zapewne, albo obilo Wam sie gdzies tam o uszy, jutro mamy tutaj Swieto Dziekczynienia, zwane powszechnie (wsrod Polakow) Indykiem. I caly tydzien jest temu swietu poniekad podporzadkowany. W poniedzialek rano, Bi miala w szkole tematyczne zajecia plastyczne, na ktore zostali zaproszeni rodzice, a Nik ma dzis wlasnie "uczte zbiorow" (w wolnym tlumaczeniu).

W poniedzialek, po zajeciach u Bi, pojechalam po prostu pozniej do pracy, dzisiaj natomiast zmuszona bylam wziac wolne. "Uczta" w przedszkolu jest bowiem o 11 rano, natomiast Bi konczy lekcje juz o 13:15. A zarowno swietlica, jak i przedszkole zamykaja punkt 15. Wszystko po to, aby ludziska mogli spokojnie przygotowac sie, tudziez dojechac, na to nawazniejsze swieto rodzinne w Hameryce. Poniewaz chcialam wziac udzial w przyjeciu u Kokusia (na ktore zanioslam dyniowe ciasteczka, pyyycha!), a M. nie da rady wyjsc z pracy wczesniej, zeby do 15 dojechac po Potworki, wzielam caly dzien wolny i juz. ;)

Poza tym, chora jestem. Zarazilam sie od Potworkow, smarcze sobie oraz kaszle i trzecia noc pod rzad spie snem mocno przerywanym, bo co chwila musze wydmuchac nos. Pora idealna na przeziebienie - kilka dni przed Indykiem, na ktorego oczywiscie moj tato oraz ciotka M. i jej facet, przyjada do nas. :/ Co jednak robic - co nas nie zabije, to nas wzmocni. A, zeby bylo jeszcze weselej, to dzis rano okres dostalam! :D Smarki, kaszel, miesiaczka, plus pieczenie, krojenie i stanie nad kuchenka... Zalamka, ale moze na Boze Narodzenie bede miala wiecej szczescia... Znaczy, pewnie bede miala okres, bo tak to wychodzi z kalendarza, ale moze chociaz bez przeziebienia w pakiecie. ;)

I tu musze Was zostawic. Obiecuje bardziej szczegolowy raport z imprez szkolno/przedszkolnych w nastepnym tygodniu. Zostawiam Was zas z obrazkiem, idealnie podsumowujacym moje podejscie do wszechobecnych dekoracji oraz muzyki bozonarodzeniowej przed 1 grudnia. A w kazdym razie przed Swietem Dziekczynienia. ;)






Happy Thanksgiving! Gobble-gobble!!! :D

piątek, 18 listopada 2016

Pochwalila sie, ze ma wiecej czasu na blogowanie...

...i zniknela! :D

Zapomnialam o blogowym chochliku. Tym co lata, podczytuje i tylko czyha, zeby sie czyms pochwalic. A wtedy bec! Zlosliwie chichoczac, daje czlowiekowi po doopsku! ;)

Napisalam, ze teraz, kiedy M. pracuje na druga zmiane, mam wieczorami czas na pisanie i odpisywanie?! Napisalam!

Nooo, to jeszcze w tym samym tygodniu, M. dostal wiadomosc, ze przenosza go na reszte szkolenia na pierwsza! :D Czyli gdzies do okolo konca stycznia, znow mam chlopa w domu wieczorami. A ze jednoczesnie w pracy mamy lekuchny zapieprz (coroczna goraczka, bo wszyscy chca pozamykac projekty przed koncem roku), to blogowanie lezy i kwiczy...

Nawiasem mowiac, nowa praca M. zaczyna mnie z lekka wpieniac... Malzonek moj mial pracowac na druga zmiane przynajmniej przez 5-6 miesiecy. Tymczasem po zaledwie trzech tygodniach, przenosza go na pierwsza! Samo w sobie jest to w sumie pozytywne, ale mogliby o tym uprzedzic nieco wczesniej. M. dostal zas powiadomienie w czwartek wieczorem, ze od poniedzialku ma sie stawic na 6:30 rano.
W zwiazku z tym, postawil mnie w niezrecznej sytuacji. W piatek musialam bowiem powiadomic szefa, ze od nastepnego tygodnia przesuwam swoja prace o 2 godziny, zeby moc zawozic dzieci do szkoly nadal na "normalna" godzine, bez porannej swietlicy. Ponadto, w ten sam poniedzialek, musialam od razu przyjechac do pracy spozniona, bowiem Bi miala wizyte u dentysty, na ktora mial ja zabrac M., ale z wiadomych powodow nie mogl. Do tego doszly wywiadowki w podstawowce oraz przedszkolu zaraz kolejnego dnia, we wtorek, na ktore musialam wyjsc z pracy wczesniej (akurat o tym, szefa uprzedzilam juz tydzien wczesniej). A zeby bylo jeszcze smieszniej, M. we wtorek dostal powiadomienie, ze w srode musi stawic sie na szkolenie dla wszystkich "nowych", a ze w kadrach nadal figuruje jako drugozmianowiec, wiec wyznaczyli mu godziny wieczorne. Oznaczalo to, ze aby wyrobic sie z odebraniem dzieci z placowek, musialam puscic szefowi wieczornego smsa na ostatnia chwile, ze nastepnego dnia pracuje znow w innych godzinach! No przeciez szalu mozna dostac! Moje szefostwo naprawde jest cierpliwe oraz tolerancyjne, ale bez przesady... :/

A tymczasem nadal nie wiemy (i pewnie nie dowiemy sie do ostatniego dnia), jak sytuacja bedzie wygladac, kiedy M. zakonczy 3-miesieczne szkolenie. Czy przeniosa go na druga zmiane na kilka miesiecy? Czy zostawia na pierwszej, skoro juz tam jest? Wielka niewiadoma... A ja nienawidze takich naglych zmian i zwrotow akcji! Juz pomalu przyzwyczajalam sie do wieczornej pracy M. Powoli lapalam rytm z Potworkami oraz domowymi obowiazkami. No i masz, musze sobie rzeczywistosc organizowac od poczatku...

A moje nowe godziny pracy nie odpowiadaja mi kompletnie... Poniewaz podstawowki zaczynaja tu lekcje dopiero o 8:45, wiec po odwiezieniu najpierw Nika, a potem Bi do szkoly, do pracy dojezdzam na 9. Powinnam wiec zostac do 17:30, ale zeby skrocic sobie choc troche godziny, nie biore przerwy na lunch, wychodze wiec rowno o 17. W domu jestem po okolo 20 minutach (na szczescie nie mieszkam zbyt daleko; niektorzy u mnie w pracy dojezdzaja ponad godzine). Po poznym obiedzie oraz odrobieniu lekcji z Bi, zostaje naprawde niewiele czasu na wspolna, rodzinna zabawe. Nie mowiac juz o domowych obowiazkach...
Czego sie jednak nie robi dla Potworkow... Moglam znow zawozic ich na 7 rano, ale nie chcialam im odbierac porannego snu, spokojnego sniadania w domu i chwili zabawy... A poniewaz M. wychodzi z pracy o 15, a Bi konczy lekcje o 15:15, wiec tata przyjezdza po nia doslownie 5-10 minut pozniej, po czym razem jada po Kokusia. Dla dzieci jest to wiec sytuacja idealna...

Dobra. Dalam ujscie irytacji (PMS nie pomaga...), teraz moge wspomniec o paru innych rzeczach.

Co wiec slychac? Glownie grzmiacy kaszel, tudziez pokaslywanie, smarkanie i takie tam... Po nieszczesnych urodzinach, o ktorych pisalam (przed)ostatnio, gdzie Bi latala po podworku z nogami zakrytymi tylko cieniutka warstewka poliestrowej sukienczyny, zaczela sie u nas fala przeziebien. I pewnie sobie troche potrwa... Starsza najpierw zachrypla. Potem dostala kaszlu z bonusem w postaci smarkow. Kaszel miala momentami bardzo brzydki, wieczorem brzmial mi prawie-prawie krtaniowo i wybieralam sie z nia do pediatry, po czym... zniknal. W ciagu jednego dnia. :O Obecnie Bi jest jeszcze tylko leciutko "przytkana". Za to rozkaszlal sie Nik... Ten jak juz zacznie, to katastrofa. Najpierw, przez prawie tydzien, pokaslywal sobie od czasu do czasu. Wlasciwie wydawalo mi sie, ze mu po prostu przejdzie, az tu 3 dni temu, puscilo mu z nosa niczym z Niagary, kaszel zrobil sie mokry i paskudny, doszedl wieczorny stan podgoraczkowy, bezsenne noce, bo katar oddychac nie da i mamy "sliczne", rozwiniete przeziebienie... :/

Najgorsze z tego wszystkiego, ze jestem sama w biurze (kolege wywialo na szkolenie), zapieprz jak cholera, M. pokomplikowalo sie w pracy (bo mial do cholery, przeciez pracowac wieczorem!) i chocbym pekla, nie moge Nika zostawic w domu... :( Na szczescie w dzien, po Kokusiu w ogole nie znac choroby, oprocz smarkow cieknacych z nochala. Bawi sie, biega, szaleje, niczym najzdrowsze dziecko swiata... Ale boje sie, zeby mi go w przedszkolu nie doprawili, bo trudno zeby dla jednego dziecka zostawali w srodku. Co prawda w dzien jest cieplo (okolo 15 stopni), ale wietrznie...

I czuje, ze i mnie drapie w gardle, lepetyna jak we mgle i "cos" mnie bierze... :(

Czekam na przymrozki, ktore maja przyjsc w koncu w przyszlym tygodniu. Niech wybija (albo chociaz wprawia w stan uspienia) to cale dziadostwo, ktore fruwa w powietrzu...

Co jeszcze?

Jak napisalam wyzej (chociaz informacja mogla latwo umknac w natloku zrzedzenia), na wywiadowkach bylam. Udalo mi sie obie ustawic zaraz po sobie w ten sam dzien, wiec wystarczylo jednokrotne urwanie sie z pracy. ;) Zupelnie wspaniale byc oczywiscie nie moze, wiec wywiadowki wypadly mi w taka ulewe, ze zmoklam jak kura! Mialam nieprzemakalna kurtke, ale spodnie doslownie przykleily mi sie do nog, a w trzewikach chlupotalo! ;) To trzeba miec pecha! Nie padalo 2 tygodnie, w tym tygodniu trafil sie jeden deszczowy i to akurat musial byc TEN dzien! Jak na zlosc! ;)

A czego ciekawego dowiedzialam sie na wywiadowkach?

U Bi wlasciwie niczego konkretnego. Poniewaz pierwsza wywiadowka wypada w zaledwie trzecim miesiacu roku szkolnego, trudno wylapac jakies spektakularne postepy. Nauczycielka powiedziala jednak, ze widzi, iz po poczatkowej traumie, Bi ladnie przystosowala sie do zerowki. Mnie samej, Starsza bodajze wczoraj, rowniez oznajmila, ze bardzo lubi swoja szkole. Oby tak dalej! ;)

Zaczela nawet sama chodzic do swojej klasy. Musicie bowiem wiedziec, ze w hamerykanckich szkolach, mimo, ze dzieci trzymane sa wedlug mnie raczej pod kloszem, a w kazdym razie pilnie nadzorowane, w niektorych sytuacjach jednak stawiaja na samodzielnosc. Albo chca trzymac rodzicow jak najdalej od szkoly i jej wewnetrznych sprawek. Nie wykluczam takiej opcji. ;)

W kazdym razie, wiekszosc dzieci dojezdza slynnymi, zoltymi autobusami szkolnymi. Dzieci wysiadaja pod szkola, wchodza osobnym, bocznym wejsciem i... co sie dalej dzieje, nie mam pojecia. W autobusie jada dzieci z calej okolicy, nie sa podzielone na klasy ani grupy wiekowe. Wysiada wiec gromada kajtkow w wieku od 5 do 10 lat, kilka pan pilnuje, zeby weszli do szkoly, zamiast rozbiec sie po okolicy, ale jak potem sa te dzieci rozlokowane po klasach, zeby zadne sie nie zgubilo, to nie mam pojecia. Szczegolnie zerowiaczki, 5-latki, toz to sa nadal maluszki!

A dzieci odprowadzane/odwozone przez rodzicow? Jesli odprowadza sie dziecko na swietlice, jest luz. Parkujesz, wchodzisz, podpisujesz liste obecnosci, wychodzisz. Jesli jednak odwozi sie dzieci tuz przed rozpoczeciem zajec, jest cyrk, o czym mialam sie okazje przekonac w tym tygodniu. Najpierw, nie ma gdzie zaparkowac. Musicie wiedziec, ze na ilosc dzieci, szkola Bi ma beznadziejnie maly parking. W dodatku, parking dla rodzicow miesci sie ZA szkola, a zeby tam dotrzec, nalezy przejechac przed glownym wejsciem. Przed nim zas, stoi juz dluga kolejka aut, bowiem wiekszosc odwozonych dzieci, po prostu wysiada i wchodzi do szkoly sama. Jest nawet odzwierny, ktory otwiera dzieciakom drzwi auta i pogania tych opieszalych! :D No, ale nie ma narazie mowy, zeby Bi mi sama wysiadla i poszla. Musze zaparkowac i wprowadzic ja do szkoly. Po znalezieniu w koncu miejsca parkingowego, wchodze wiec ze Starsza do budynku. Na poczatku roku, moglam wpisac sie na liste, chwycic plakietke wizytora i odprowadzic ja do klasy. Niestety, teraz juz nie wolno. Panie, niczym kobiece wersje Cerbera pilnuja i na pytanie, odpowiadaja z wyzszoscia, ze no jak to, rok szkolny juz sie dawno zaczal, ona musi isc sama!

Kuzwa, 5-latka i to w dodatku strachliwa!

Przyznaje jednak, ze i tak mam szczescie. Kolezanka (mieszkajaca w innym miasteczku) poslala bowiem synka do szkoly tutaj dosc nietypowej, bowiem mieszczacej klasy od przedszkola po liceum. Jej maly poszedl do przedszkola. I wiecie, ze ona, oprocz spotkania organizacyjnego, ani razu nie byla jeszcze w srodku szkoly swojego dziecka?! Od poczatku roku, nauczycielka otwiera drzwi auta, bierze malego (wtedy ryczacego i wierzgajacego) za raczke i wprowadza do budynku. Rodzice nie moga nawet wejsc do srodka! Synek kolezanki ma 3 latka! :O Dla mnie to szok...

Ja na szczescie, moge Bi chociaz zaprowadzic do srodka. Jesli akurat nie ma na horyzoncie zadnej kolezanki, Starsza idzie dluuugim korytarzem i co piec krokow odwraca sie i mi macha. ;) Musze tam tkwic, az w koncu zniknie za rogiem. Boze bron, zebym odwrocila sie i wyszla! Bi jeszcze na samym koncu rozglada sie i wspina na paluszki, zeby zobaczyc w tlumie czubek mojej glowy i machajaca reke! :D
Jesli jednak wpadnie na kumpele z klasy, sama wyrywa mi z reki plecak i idzie nie ogladajac sie za siebie. ;)

Wracajac do wywiadowki.

Kilka dni przed nia, dostalam raport postepow mojego dziecka. Wyglada on podobnie jak ten przedszkolny, tylko kryteria i system ocen jest troche inny. Nie ma zreszta typowych ocen (tutaj od A do E), okresla sie tylko czy dziecko reprezentuje poziom dla danej klasy (tu: zerowki). W wiekszosci, Bi juz jest na wymaganym poziomie (M od Meets). W kilku umiejetnosciach jest blisko (N od Near). Znalazly sie tez 3-4, w ktorych jest ponizej wymaganego poziomu (B od Below). Te ostatnie, wszystkie zwiazane sa z formuowaniem zdan oraz gramatyka. Mozliwie, ze klania sie dwujezycznosc, ale nauczycielka przyznala, ze i jej 7-letnie dziecko rowniez potwornie znieksztalca zdania, wiec jest to chyba po prostu kwestia rozwojowa. Natomiast tylko w jednej, jedynej dziedzinie, Bi jest na poziomie wyzszym niz przewidziany dla zerowkowicza (E od Exceed). Jest to... "plastyka" (Art)! Dzis rano wpadlam tez na jej nauczycielke plastyki (powinnam to chyba raczej nazywac "sztuka") i nasluchalam sie komplementow, jakie to moje dziecko jest zdolne i z jakim entuzjazmem pracuje, same ochy i achy! Nie powiem, milo mi sie zrobilo. ;)

Widze, ze nauka czytania prowadzona jest tu inaczej niz pamietam z wlasnych szkolnych poczatkow. Pamietam, ze w Polsce, dzieci uczyly sie liter malych i duzych, potem dosc szybko zaczynaly laczyc je w wyrazy i pomalu jakos tu szlo. Tutaj, Bi nadal cwiczy znajomosc malych oraz duzych liter, tyle, ze cwicza wszystkie naraz. To musi sie strasznie dzieciakom mylic! W dodatku, oprocz pisania i rozpoznawania alfabetu, ucza sie fonetyki kazdej litery, bo wiadomo, ze w angielskim wiekszosc brzmi zupelnie inaczej. A dodatkowo, co tydzien ucza sie kolejnego "snap word", czyli prostego wyrazu, ktory maja w tekscie rozpoznawac odruchowo, bez literowania. Czyli maja tez element czytania globalnego...
Oprocz liter oraz czytania, dzieci ucza sie tez cyferek i maja wprowadzane poczatki dodawania oraz odejmowania (narazie +/- 1). Ogolnie, mam wrazenie, ze nauczycielka Bi, pedzi z programem na zlamanie karku. Najwyrazniej jednak, nie doceniam wlasnego dziecka, albo odzywa sie Matka Kwoka, bo mi glowa puchnie od nadmiaru informacji, ktora powinno posiadac moje dziecko, natomiast Starsza calkiem niezle sie w tym odnajduje. ;)

To tyle o Bi. Teraz pora na Kokusia.

Tutaj na szczescie spokojnie. Przedszkole, ktore rok temu mnie przerazalo i wydawalo sie nakladac na "biedne maluszki" wymagania nie do osiagniecia, teraz widzi mi sie, jako oaza spokoju. ;) Dzieci poznaja jedna literke tygodniowo i zajecia koncentruja sie wokol niej. Cwicza odrysowywanie tej litery, szukaja przedmiotow na ta litere sie zaczynajacych, robia tematyczne prace plastyczne, itd. Oprocz tego, cwicza pisanie swojego imienia. I Nik, moje malenstwo, potrafi juz je napisac! A przypominam, ze jego pelne imie to Nicholas, wiec ani krotkie, ani latwe. Czasem zapomni mu sie literka, czasem jakas doda, ogolnie wychodzi mu to mocno koslawo, ale kurcze, on nie ma jeszcze 4 lat! Ja tam jestem pod wrazeniem! ;)

Poza tym, wywiadowka potwierdzila to, co sama o Niku wiedzialam. Mlodszy nadal ma problem z motoryka mala. Mimo poprawiania, caly czas zle trzyma kredki. Na samej gorze, wykrzywiajac reke do srodka i w dodatku trzymajac ja w powietrzu. To jest tez powodem koslawych liter oraz rysunkow. Mam nadzieje, ze ciagle trucie i przypominanie zaowocuje w koncu i Mlodszemu prawidlowy chwyt wejdzie w krew. :)
Poza tym, Kokus jest bardzo empatyczny i przyjacielski, co w tym wieku jest rzadko spotykane. Podobno kazdy dzien zaczyna od sprawdzenia czy wszyscy jego koledzy maja sie z kim bawic i dopiero wtedy dolacza do ktorejs grupki. :) Pieknie dzieli sie zabawkami (hmm... w domu tego nie uswiadczysz), ma swietna wyobraznie i wspaniale odgrywa cale scenki przy zabawie. Jest grzeczny, zawsze slucha pani, nawet kiedy ta wola go do cwiczen, za ktorymi nie przepada. Podchodzi poslusznie i daje z siebie wszystko. ;)
Ogolnie, widac, ze jest slodkim ulubiencem pani i wcale sie nie dziwie... :D Zapytalam tez o jego angielski, choc w sumie odpowiedz juz znalam. Pani tylko potwierdzila, ze gdyby nie wiedziala, nawet by nie zauwazyla, ze Nik jest dzieckiem dwujezycznym. :)

A pisalam juz kiedys, ze takie wywiadowki, zarowno w przedszkolu, jak i w szkole, to spotkania indywidualne? Wczesniej dostaje sie liste z godzinami i nalezy na ktoras sie wpisac. W przypadku Bi, nauczycielka wywiesila liste juz na spotkaniu organizacyjnym, na poczatku wrzesnia. Potem jeszcze dwa razy dostalam od niej karteczke z przypomnieniem o dniu oraz godzinie spotkania.
Ogolnie bardzo podoba mi sie taki system. Przy mojej, chorobliwej wrecz, niesmialosci raczej nie osmielilabym sie zaczepic pani z pytaniami o moje dziecko, przy innych rodzicach. Poza tym, publiczne wychwalanie jednych dzieci, przy jednoczesnej krytyce innych, musi byc okropne dla rodzicow tych drugich... Tutaj, moge spokojnie, na osobnosci wysluchac nad czym moje potomstwo musi popracowac, a w czym jest dobre. Nie ma porownywania z reszta klasy.


Z innej beczki, zaliczylam z Bi przeglad uzebienia. Niestety, w ostatnim trzonowcu po prawej stronie, robi jej sie dziurka. Nastepna, cholera! :/ Na szczescie, dentystka ocenila, ze narazie jest bardzo plytka. Zdecydowala sie zostawic ja w spokoju do nastepnej kontroli (a ja odetchnelam z ulga). Jesli za pol roku widac bedzie, ze sie powieksza, trzeba bedzie zeba leczyc. Jesli nie bedzie zmian, nadal ja zostawi.
Za to, zupelnie niespodziewanie, uslyszalam, ze dolne siekacze, zaczynaja sie Bi lekko ruszac! Ja jestem w szoku (to juz?!), a ona oczywiscie juz nie moze sie doczekac Wrozki Zebuszki. :D

I to na tyle z lini frontu. I tak znow splodzilam tasiemca... Postaram sie odezwac w przyszlym tygodniu, ale nic nie gwarantuje, bo od czwartku mamy dlugi weekend (Indyk!), srode tez biore wolna, a wiec w pracy bede tylko 2 dni, a ilosc papierzyskow nie maleje...

Milego weekendu!

czwartek, 10 listopada 2016

Z serii: w tym domu sie gada!

Jak zwykle, przedstawiam dialogi mniej lub bardziej bezsensowne. Raczej bardziej. :D


***

Na poczatek, perelki dzieci dwujezycznych:

Nik (koloruje auta): "Te inne beda w different coloras."
Bi: "Let's sit on the kanapas!"


***

Bi prosi o pomoc w naostrzeniu olowka:
"Mamo, mozesz mi to wystrzepic?"


***

O potedze literatury nad mediami

Nik, w jajku z niespodzianka, wylosowal Minionka, ktorego z uporem nazywa... Muminkiem. ;)


***

O byciu na bakier z dykcja


Potworki ogladaja lozko pietrowe w przyczepce:
Bi: "Potrzebuje bajerke, zeby nie spasc!"
Nik: "Ja tes pocebuje balielke!"



***

O trudnosciach z meska bielizna

Bi przyglada sie bratu podczas ubierania. Po chwili biegnie na skarge:
"Mamo, a Kokus ubral majtki, ze dwa paski sa z przodu! A dwa paski musza byc przeciez z tylu!"

Dla niezorientowanych, te "paski" to obszycie kieszonki z dziurka, na "dyndusia". Wyglada to tak:


Bi pomylilo sie z wlasnymi rajstopami, gdzie tluke jej do znudzenia, ze "jeden pasek z przodu, dwa z tylu..." :D


***

Gramy w domino. Bi ma jakas zla passe i przegrywa raz za razem. Kiedy w koncu udaje jej sie wygrac (dobra, troche jej "pomoglam" :D), Nik zarzuca jej lapki na szyje z okrzykiem:
"Wiedzialem, ze ci sie uda! Wiezylem w ciebie!"

I nie przeszkadzalo mu, ze sam przegral! A nie pisalam, ze to jest przekochane dziecko? :)


***

Syn moj przyglada mi sie krytycznie:
"Mama, wygladasz jak stala baba!"
Parskam smiechem i mrucze z ironia: "Oooo, dziekuje ci synku..."
Bi, slyszac moj ton, szybko dodaje sprostowanie:
"Wcale nie wygladasz jak stara baba! Wygladasz jak... mama!"
  
Tego dnia az pstryknelam fote swojej "kreacji", zeby popatrzec  czy rzeczywiscie prezentuje sie ona az TAK beznadziejnie... ;)



Wedlug mnie, jest zwyczajnie. Bez szalu moze, ale napewno nie "postarzajaco". ;)


***

Ponizszy dialog nie jest wlasciwie smieszny, ale mocno mnie zadziwil, wiec przytaczam.

Bi (wskazuje na niebo): "A co to jest?"
Matka: "Przeciez wiesz, ze to ksiezyc." Po czym dodaje, juz bardziej do siebie: "Tylko teraz nie jest okragly, bo juz po pelni..."
Bi: "A mozemy zobaczyc taka kulke Earth?"
Matka (zaskoczona): "Nieee, planeta Ziemia jest ogromna, a my na niej stoimy, wiec nie mozemy zobaczyc jej jako kulki."
Bi (niestrudzenie docieka): "A jakbysmy stanely na Moon, to bysmy mogly zobaczyc kulke Earth?"
Matka (z opadnieta kopara): "Tak, wtedy bylybysmy daleko od Ziemi i byloby ja widac jako planete."

KTOS uczyl moje dziecko astronomii i to nie bylam ja!


***

 Na koniec, mam dla Was pytanie:

Kiedy w kosciele, Potworki spiewaja (czyt. dra sie wnieboglosy): "Alleluja! ALLELUJAAAA!!!", dawno po ucichnieciu organisty oraz organow, powinnam  to zaliczyc jeszcze do modlitwy, czy juz do przeszkadzania innym wiernym? :D


***

Poza tym, kupilam Potworkom pasujace szlafroczki, bowiem Bi narzekala, ze po kapieli jej zimno. Szkoda tylko, ze stanowczo odmowili wspolnego zdjecia... ;)






Jesien w pelni, wiec staram sie robic z dzieciakami jakies tematyczne prace plastyczne... Ostatnio np. wykonali kolorowe jesienne drzewka:


(Pomysl nie mojego autorstwa, od razu uprzedzam, zgapiony od Asi! :D)

Jak to z Potworkami bywa, nawet przy takiej, pozornie przyjemnej czynnosci, nie obylo sie bez wku*wa dla matki. Nawycinalam sie bowiem jak glupia tych kwadracikow, Bi rzecz jasna rzucila sie ochoczo do pracy, natomiast Nik rozpoczal jeki. On nie umie, nie da "lady", ktos musi mu pomoc. I tak w kolko... Smecil, marudzil, ale nie poszedl sie bawic... Po 40 minutach takiego mekolenia, wkurzona rzucilam mu, ze przeciez to ma byc zabawa, przeciez nikt go nie zmusza i niech juz przestanie jeczec i pojdzie bawic sie autami. I co robi moj syn? Dopiero WTEDY przysiada do zadania! :D
I koncowy efekt prezentowal sie calkiem przyzwoicie:




A teraz zostawiam Was na przedluzony weekend. U nas 11-ego jest Veterans Day, szkoly zamkniete, a wiec biore pol dnia wolnego. Wczesniejsze rozpoczecie weekendu, to jest to! ;)

poniedziałek, 7 listopada 2016

O urodzinach, szalonej pogodzie i kilku innych sprawach

O czyich urodzinach mowa? Moich! ;) Szacowna autorka tegoz bloga, postarzala sie niestety o kolejny rok. Dzisiaj, konkretnie. ;) Poki jednak zostalo mi pare wiosen do zmiany kodu na 4, nie rozpaczam. Ot, kolejne urodziny do odhaczenia w zyciorysie.

W tym roku, zrobilismy nawet to, co od kilku lat sobie odpuszczalismy - swietowalismy! Nooo... poniekad, bo trudno to nawet nazwac impreza... Poniewaz moj tato ma urodziny 23 pazdziernika, M. 31, a ja 7 listopada, kupilismy torcik i zaprosilismy ojca i tescia (w jednej osobie) w okolicy urodzin malzonka mego, poniewaz wypadaja po srodku. Nawet swieczki dmuchalismy, a co! ;) Potworki byly lekko zdezorientowane, bo dotychczas takie "atrakcje" byly zarezerwowane wylacznie dla nich, a tu szok! Dorosli tez maja urodziny! ;) A swieczki oczywiscie obowiazkowo pomagali nam zdmuchiwac. Tatusiowe zdmuchneli nawet calkowicie samodzielnie, bo M. tylko przewrocil oczami na propozycje. Party pooper. :D

To tyle o urodzinach. Nie ma sie o czym rozpisywac. ;)

Teraz o pogodzie. Ktora tego roku jest po prostu szalona! Nie wiem, czy pamietacie, ale w dzien wycieczki Kokusia, 19-ego pazdziernika, mielismy upal, 27 stopni! Potem pogoda przypomniala sobie, ze hola, hola, przeciez mamy jesien! Temperatury gwaltownie spadly, w nocy pojawily sie przymrozki, ale w dzien bylo calkiem przyjemnie. Tymczasem, 8 dni po ataku upalow, przyszedl lekki przymrozek, ktory niespodziewanie utrzymal sie w dzien i spadl nam, pierwszy tego roku, snieg!

Potworki byly zachwycone! Najpierw dokumentnie przemoczyly adidasy, uparcie depczac po szkolno - przedszkolnych trawnikach. Rano nie ubralam im sniegowcow, bo temperatura miala sie podniesc i spodziewalam sie deszczu... Zreszta, utrzymywala sie okolo +1 stopnia, a snieg byl wlasciwie mokra breja, wiec buty sniegowe bylyby mocno na wyrost. Po powrocie do domu, pozwolilam dzieciakom pobawic sie na sniegu, a oni byli bardzo rozczarowani, kiedy zamiast kurtek zimowych i nieprzemakalnych spodni, podalam im kalosze oraz parasolki. Niestety, akurat wtedy, snieg zaczal przechodzic w deszcz. :D






Snieg spadl w poprzedni czwartek. Tymczasem w minionym tygodniu, w srode oraz czwartek, mielismy... 21 stopni! :D Matka Natura ma w tym roku nie lada problem z podjeciem decyzji czy mamy wlasciwie jesien, lato, czy moze zime. ;)

Ale, poza pogodowymi anomaliami, mamy zazwyczaj piekna, sloneczna, kolorowa jesien. No dobra, nadal utrzymuje, ze to moja najmniej ulubiona pora roku, ale za to Potworki ja lubia. M. znow udmuchal wielka kupe lisci w jednej czesci ogrodu i dzieciarnia sobie poszalala.






Wyciagalam potem strzepki lisci z kapturow, wlosow i wszelkich kurtkowych zakamarkow. ;) Nawet nasz siersciuch znalazl wygodne miejsce do obgryzania patyka. ;)


O czym tu jeszcze...

A! Nie wiem czy zauwazylyscie, ale troche mnie jakby wiecej w blogosferze. ;) Czesciej zostawiam slad u Was, szybciej odpowiadam na komentarze... To dzieki M., a raczej jego drugiej zmianie. Siedze wieczorami sama, a po polozeniu Potworkow spac oraz przygotowaniu lunch'ow na nastepny dzien, zazwyczaj mam jakies pol godziny zanim oczy zaczna mi sie same zamykac. ;) Siadam wiec z laptokiem i klepie w klawiature. I chociaz brakuje mi towarzystwa wieczorami (nie mowiac juz o tym, ze podskakuje nerwowo na kazdy podejrzany odglos czy szmer), to wiem, ze to tylko tymczasowa sytuacja, wiec ciesze sie tym dodatkowym blogowaniem. A jednoczesnie staram za bardzo nie przywiazywac. ;)

W tym tygodniu jednak, nie wiem jak to bedzie. Moj grafik okazal sie lekko szalony. Tak naprawde tylko dzis pracowalam "normalnie", ale nawet w ta normalnosc wkradla sie rozmowa z kandydatka na stanowisko administratorki... Niby tylko pol godziny, ale juz cos, o czym musialam pamietac, zerkac na zegarek, a przez to skupienie na pracy szlag trafil. Jutro i w piatek, biore po pol dnia wolnego, poniewaz szkoly sa zamkniete (wybory oraz Dzien Weteranow), wiec musze wymienic M. przy Potworkach. A w srode i czwartek mamy audyt, ktory musze poprowadzic. A zeby bylo jeszcze "weselej", musze rowniez przygotowac krotka prezentacje dla klienta. :/
Jestem wiec dosc zestresowana. A jak jestem zestresowana, to mam rozstroj zoladka, ale za to nie mam weny. ;)

Poza tym, "wisze" Wam zdjecia wnetrza przyczepki... Od razu uprzedzam, ze zadnych luksusow tam nie ma (chociaz dla mnie wlasny kibelek na kempingu to juz namiastka luksusu), ale jesli ktos nigdy nie widzial wnetrza takiego "kampera" i jest ciekaw, prosze bardzo.

Na jednym z koncow przyczepy, po prawej od wejscia, miesci sie kacik jadalniany, na noc rozkladany w malzenskie loze:

 (Wybaczcie burdel. Ten szary ksztalt na stole, to zwinieta plachta, ktora mamy przykryc przyczepe na zime. Strasznie ciezka, dlatego jej nie ruszalam)

Obok, naprzeciw wejscia, jest mini kuchnia:


Na drugim koncu przyczepki, mini lazieneczka:


A na lewo od lazienki, na tej samej scianie co wejscie, ulokowana jest miejscowka Potworkow:


(Oczywiscie do wakacji jeszcze kupa czasu, a my juz mamy klotnie o to, kto spi na dole, a kto u gory...)

I to tyle. Jesli uznamy, ze podoba nam sie taki sposob spedzania wakacji, za kilka lat moze zainwestujemy w cos wiekszego. Tyle, ze najpierw, M. musiaby sprawic sobie mocniejsze auto, bo jego Toyotka czegos duzo wiekszego nie pociagnie! O mojej wozidupce (tez Toyocie zreszta) nie mowiac... :D

Z innych ciekawszych wydarzen, to zaliczylam kolejne przyjecie urodzinowe z Bi... Tym razem cos innego, bowiem rodzice solenizantki zorganizowali je w stylu "ksiezniczkowym" we wlasnym domu. Zatrudnili nawet animatorke, ktora przebrana za Belle z Pieknej i Bestii, zorganizowala pannom "krolewskie" zabawy...


Coz... Ciesze sie, ze wzielam w tym udzial, bowiem przekonalam sie, ze nie ma to jak sala zabaw. ;) Pogadalam troche z innymi rodzicami, ale ogolnie wynudzilam sie jak mops. Bi, mimo, ze otoczona byla kolezankami z klasy, zjadla trema i odmowila udzialu w "ksiezniczkowych" grach. Ale zdjeciem z animatorka nie pogardzila. ;)



Poza godzina spedzona z "Belle", wszystkie male ksiezniczki roznosila wrecz energia. Z braku miejsca w piwnicy domu, gdzie odbylo sie przyjecie, wypadly na podworko. Zaden z rodzicow jakos nie protestowal, wiec bylo mi glupio trzymac Bi sama w srodku... Temperatury okolo 10 stopni i lodowate wichrzysko, dziewczynki w cieniutkich sukienusiach (wszystkie mialy kurtki, ale co z tego, skoro nogi gole) i na efekty nie trzeba bylo dlugo czekac. Moja wlasna, prywatna "Elsa" dzis ciaga nosem i chrypi... :/

A na koniec, napisze Wam cos odkrywczego: ida Swieta! :D Skad wiem, ze ida? Bowiem swiateczne akcenty pojawiaja sie wszedzie niczym grzyby po deszczu. Np. tak wygladaja kubki na kawe, na naszej ulubionej stacji:


Papatki! Odezwe sie moze w czwartek po poludniu, lub w piatek, kiedy opadna po-audytowe emocje! ;)