czwartek, 17 sierpnia 2017

Szkola po hamerykancku - kolejne zderzenie z rzeczywistoscia oraz z serii: w tym domu sie gada!

Na poczatku tygodnia myslalam, ze nie mam o czym pisac. Mialam tylko wrzucic pogadankowa serie i otrzepac raczki zadowolona ze spelnionego, cotygodniowego "obowiazku". ;) Jakos tak sie ostatnio sklada, ze posta pisze dla Was przez kilka dni i dopiero w czwartek przyspieszam, zeby skonczyc przed weekendem. Dlatego tez ostatnio nowe posty ukazuja sie niemal zawsze w piatek wieczorem. ;) Dzis co prawda jest czwartek, ale poniewaz przede mna 4-dniowy weekend, wiec w praktyce mam jakby piatek. I koncze dla Was posta kleconego od trzech dni. ;)

Ale do brzegu, jak mawia Klarka. :) Nie mialam tematow, dostarczyla je jednak skutecznie codziennosc. Niby zwykla, szara, ale zawsze dbajaca o powody do poskrobania sie po glowie oraz pomarudzenia. ;)

Smieszna seria tez bedzie, spokojnie. Ale najpierw musze sobie pozrzedzic. ;)

Zla jestem. A moze bardziej poddenerwowana i nieco zaniepokojona?
O co chodzi?
A o szkole Potworkow. Kolejny juz raz, amerykanski system szkolny, dal mi prztyczka w nos. :/

W koncu, po dlugim oczekiwaniu, w poniedzialek dostalam maila ze szkoly z przydzialem nauczycieli. Tego samego wieczora, moja komorka oraz skrzynka mailowa rozgrzane zostaly do czerwonosci od wiadomosci innych mam (dziewczynek), probujacych dowiedziec sie czy nasze dzieci beda nadal razem w klasie.

Dla mnie, przyzwyczajonej do polskiego systemu, gdzie spedzilam 8 lat z tymi samymi ludzmi, to jest szok. Juz coroczna zmiana nauczyciela wydala mi sie okrutna dla takich maluchow, a co dopiero zmiana kolegow! Dopiero jakies trzy tygodnie temu dowiedzialam sie, ze dzieci z roznych klas moga byc pomieszane, ale bylam przekonana, ze to beda jednostki... Tymczasem okazuje sie, ze to konkretna zmiana. Wszystkie piec klas wrzuconych do jednej puli i dzieci przypadkowo porozdzielane. Dla niesmialego (poza domem) dziecka, jak moje, to jest tragedia.
W tej chwili wiem, ze Bi bedzie w klasie z jedna dziewczynka z zeszlego roku. O chlopcach nie wiem nic, tak samo jak o czterech dziewczynkach, ktorych kontakty posialam po zmianie telefonu. Reszta kolezanek Bi, bedzie w innych klasach. :( Narazie nie mowie nic Bi, bo wiem, ze dla niej moze to byc cios, szczegolnie, ze jej ukochana kolezanka dostala inna nauczycielke. Ze swojej strony, z tej akurat zmiany sie ciesze, bo ta "psiapsiolka" Bi zawsze wydawala mi sie okropym malym tyranem, ktory bawil sie uczuciami Bi ("wczoraj sie z toba bawilam, ale dzisiaj juz cie nie lubie", itp).
Z drugiej strony, inna dziewczynka, na ktorej zalezalo mi, zeby nadal byla z Bi, bo nie tylko jest fajnym, madrym dzieckiem, ale tez zawsze swietnie mi sie gadalo z jej mama, niestety bedzie w innej klasie. :/

Poza tym, zastanawiam sie, jak te dzieciaki maja nawiazac dlugotrwale przyjaznie? Dzisiejszy swiat im tego nie ulatwia, dzieci nie spedzaja juz calych popoludni biegajac bez celu z malolatami z calego sasiedztwa, rodzice sa zabiegani i malo maja czasu na spotkania towarzyskie... Dodatkowo okazuje sie, ze szkola rowniez im to utrudnia, skoro ma gdzies przyjaznie nawiazane przez rok i rozdziela dzieci przypadkowo do roznych klas...
Pamietam, ze w dziecinstwie moi rodzice nie mieli generalnie znajomych z dziewczynkami w moim wieku, a kuzynki mieszkaly daleko. Dla mnie wiec, moja klasa w podstawowce, a pozniej w liceum, to byla taka mala spolecznosc. Bylam bardzo niesmiala i nieszczegolnie popularna, ale z tymi ludzmi, po tylu latach, czulam sie tak swobodnie, jak tylko moglam, zwazywszy na moja osobowosc. I przykro mi, ze moje dzieci nie beda mialy podobnego doswiadczenia... :(

A co do Nika, to bedzie w klasie zeszlorocznej nauczycielki Bi! I sama nie wiem czy sie cieszyc, czy wrecz przeciwnie... ;) Ta nauczycielka zawsze wydawala mi sie w miare (choc nie jakos super) sympatyczna, ale za to baaardzo wymagajaca. Mialam wrazenie, ze za duzo oczekuje od dzieci w zerowce. Nie wiem czy wezmie poprawke na mlody wiek Nika, ktory rozpoczynajac szkole bedzie mial 4 lata i 8 miesiecy, a w jego klasie znajdzie sie zapewne kilkoro 6-latkow... :/

Przy okazji dowiedzialam sie, ze najwyrazniej takie przydzielanie rodzenstwa do tych samych nauczycieli, to bardzo popularny proceder. Musze sobie wbic do glowy, zeby do nauczycielek Bi, chocby byly najgorsze, zawsze podlizywac sie, ile sie da, bo jest duza szansa, ze bede sie z nimi uzerac dwa lata pod rzad. ;)

Dostalam tez w koncu listy wyprawkowe. Lista Bi nie jest specjalnie dluga i wiekszosc rzeczy pokrywa sie z tym, co potrzebowala do zerowki, czyli olowki, kredki, gumki, itd. Roznica jest taka, ze wszystkie rzeczy w zeszlym roku byly zbierane do wspolnej, klasowej "puli", a w tym wszystko musi byc podpisane imieniem Bi. Musze tez kupic jej nozyczki, ktore rok temu zapewniala szkola oraz, co wzbudzilo moje zdziwienie, markery do tablicy sucho-sciernej, karteczki samoprzylepne "Post-its" oraz markery z cienka koncowka. Nie dlugopisy, tylko markery i to jakiejs wybranej firmy, nie najpopularniejsze "Sharpies". Czeka mnie troche szukania... :/


Najbardziej rozsmieszyl mnie pierwszy punkt na liscie - plecak. Przeciez sama bym nie wpadla na to, ze moje dziecko moze potrzebowac do szkoly plecaka! :D Za to zmartwilo mnie, ze mam nie kupowac Bi piornika, bo Pani bedzie je rozdawala. Ups... Ja juz Starszej piornik kupilam i to blyszczacy, w jednorozce. Oj, bedzie jej ciezko przelknac zamiane go na jakies plastikowe badziewie... ;)

A lista Nika? Identyczna jak Bi w zeszlym roku. Nawet dodatkowy zapas chusteczek czy plastikowych woreczkow, pamietam z jej listy. ;)


Milym gestem bylo, oprocz oficjalnego listu powitalnego do Nika, dodanie przez Pania G. krotkiego lisciku do Bi, w ktorym pisze, ze o niej pamieta, ze nie moze sie doczekac kiedy zobaczy ja w szkole i ze ma nadzieje iz Starsza miala mile wakacje. Bi byla wniebowzieta, a Nik sie obrazil, ze on nie dostal listu - sowy (taka papeteria). :)


No dobrze, teraz juz "smieszna seria".

Zauwazam na przescieradle Nika plamy. Wzdycham.
"A co to znowu za plamy...?"
Nik: "Ty to sie z nami masz!"
Matka (zrezygnowana): "Dokladnie. Co ja sie z Wami mam..."
Nik: "Bo my jestesmy tylko dzieci! Dzieci tak robia..."

Jasne, ze dzieci sie brudza. Niektore jednak, przyciagaja brud niczym magnes. Na przyklad pewne male Kokusie. ;)


***

Stopniowanie przymiotnikow w wersji Kokusiowej:

"Te slodkie beda slodkiejsze!"


***

Nik do Bi z "wow" w glosie:
"Widzialas tego wielkiego spajdera??? [od spider = pajak] Tam na deck [=taras] wszedl!"
Nagle jego glos zmienia sie z podnieconego na lobuzerski:
"I think he wants YOU!"

Mala szelma dobrze wie, ze Bi w tym roku zwiewa gdzie pieprz rosnie przed wszystkim, co ma wiecej niz 4 nogi! ;)


***

To w sumie malo smieszne:

Bi wkroczyla w wiek zagadnien o zyciu i smierci. Narazie (na szczescie) ograniczajacych sie do zwierzakow, choc dla mnie juz te rozmowy sa trudne. Nie mam ochoty o tym rozmawiac, choc wiem, ze to naturalna ciekawosc, staram sie wiec odpowiadac w miare szczerze. Pytania Bi zle jednak wplywaja na Nika, ktory jest bardzo wrazliwy na krzywde innych i potem ciezko go uspokoic, wiec ucinam podobne rozmowy tak szybko, jak sie da.
Ktoregos dnia Bi, zamiast jak zwykle kierowac swoja niezdrowa ciekawosc na ptaszki i wiewiorki w naszym ogrodzie, czy nieszczesna antylope rozszarpana przez lwy w filmie przyrodniczym,  pyta czy Maya kiedys umrze. Obok siedzi Nik, patrzacy szeroko otwartymi oczami, wiec niechetnie, ale potwierdzam, po czym szybko zapewniam, ze nasza psina bedzie z nami jeszcze dlugie lata (modlac sie w duchu, zebym miala racje).

Nie pomaga, Nik zaczyna plakac, rozpaczliwie wolajac, ze on nie chce zeby Majusia "umrzala".  A Bi, zupelnie ignorujac rozpacz brata, przekrzykujac jego placz, niewzruszona dalej drazy, dopytujac w jaki sposob Maya umrze i co z nia wtedy zrobimy. :/


***

W slowniku Nika, nie funkcjonuje slowo "dawno". Jezeli jakis czas nie widzial jakiejs zabawki, albo ksiazki (nawet jesli to kilka dni), na jej widok zawsze wykrzykuje:

"Ja nigdy jej nie czytalem/bawilem/widzialem/jechalem!!!" (dowolne skreslic).


***

Mam w zwyczaju mowic, ze "juz" cos robie, w sensie, ze juz za chwileczke, za moment. Na przyklad, dzieciaki jecza, ze sa glodne, a ja odpowiadam, ze "juz" im nakladam jedzenie, kiedy tak naprawde jeszcze koncze rozladowywanie zmywarki.
Bede jednak musiala zmienic to powiedzonko na cos innego, bo ostatnio Bi sledzi kazdy moj ruch i kiedy odpowiadam wymijajaco, ze "juz" cos robie, ta staje przede mna z rekoma pod boki i burzy sie:

"Mowilas, ze juz to zrobisz! A wcale nie robisz, tylko co innego!"

Proby zamiany "juz" na "zaraz" okazaly sie kiepskim pomyslem, bo:

"A ile to jest zaraz? To duzo czy malo? Pokaz mi na zegarku ile to jest!"


***

To sledzenie nie konczy sie niestety na wsluchiwaniu w kazde moje slowo (ciekawe, ze kiedy chce aby cos zrobila, nagle ma problemy ze sluchem... ;P). Ostatnio szykujac jej obowiazkowa, wieczorna miske owocow, jak zwykle podjadalam sobie, a tu jagodke, a tu winogronko, tam cwiartke jablka... Nagle jak nie huknie z salonu:

"Dlaczego nie robisz mi owockow?!"
"No przeciez wlasnie robie!" - oburzam sie.
"To ma byc robienie owockow?! Widzialam jak jadlas! Czemu jadlas moje winogronka?! Tak sie nie robi owockow dla twojej ukochanej coreczki!"

"Ukochana coreczka" ma wzrok sokola i sluch swistaka. I wysokie mniemanie o sobie. ;)


***

Bardzo czesto ostatnio, kiedy prosze o cos Nika, slysze:
"Nie muszem jak nie chcem!"

On zdecydowanie zbyt szybko lapie teksty siostry... ;)


***

Co sie dzieje poza tym? Potworki na rowerach jezdza. :)





Oraz plawia sie w basenie. Niemal codziennie, bo chociaz noce mamy tego lata chlodne, to w dzien temperatury spokojnie dochodza do 26-28 stopni. I chociaz woda uparcie nie chce sie zagrzewac, Potworkom zupelnie to nie przeszkadza. ;)


Coz, niech sie ciesza. Jesli wrzesien nie okaze sie wyjatkowo cieplym, to zostalo gora 3 tygodnie i trzeba bedzie spuscic wode, a basen wysuszyc i schowac na zime... Kilka dni temu, Bi (ktora polazla tam ze mna niewiadomo po co) odnalazla w piwnicy swoje narty i az zapiszczala ze szczescia, dopytujac kiedy znowu bedziemy jezdzic. Brrr... Lubie szusowanie, nawet bardzo, ale jednak mysl o sniegu i mrozie, pod koniec sierpnia, kiedy czlowiek chcialby jak najdluzej zachowac przy sobie lato, slonce, ciepelko... Nie, dziekuje. ;)

Stanowczo wole takie widoki :D

Jako ciekawostke dodam, ze pomimo iz Potworki nadal dla zabawy lubia nakladac do plywania kamizelki (szczegolnie Nik, co widac na powyzszych zdjeciach), to oboje zaczynaja plywac.

Bi praktycznie od poczatku wakacji przeplywa pod woda. Co prawda jedna reka zatyka sobie nos, wiec nie wiem czy samo machanie nogami zalicza sie jako "plywanie", ale fakt, ze jakis tam odcinek przenurkuje. Potrafi jednak przeplynac tez kawalek na powierzchni, takim "rozpaczliwym" kraulem. ;)  Macha rekoma ze srednia koordynacja, zdecydowanie lepiej wychodzi jej kopanie odnozami, ale plynie. ;) To dobrze, bo po wakacjach planuje zapisac i jai i Nika znowu na basen. Bi bedzie teraz na III poziomie "juniors" czyli dzieci powyzej 5 lat i jest to poziom, na ktorym zaczyna sie juz faktyczna nauka plywania, bez pomocy unoszacych dziecko na powierzchni "gabek".

Kilka dni temu jednak, zupelnie zaskoczyl mnie Nik, kiedy przeplynal do mnie dlugosc naszego baseniku. Az kazalam mu ten wyczyn powtorzyc, zeby upewnic sie, ze nie podpiera sie dna. Wyglada jednak na to, ze autentycznie plynie! Styl ma, podobnie jak siostra, raczej "rozpaczliwy", ale hej! Ja zupelnie nie spodziewalam sie, ze Mlodszy moze w tym roku nauczyc sie utrzymywac na powierzchni, a tu prosze! Z drugiej strony, jazdy na rowerze bez bocznych kolek tez sie nie spodziewalam... Kokus zadziwia na kazdym kroku. ;) Oby w czytaniu i liczeniu rowniez odnosil takie sukcesy! ;)

Ale wracajac do plywania, kiedy wroci na zajecia na basenie, biedak bedzie bardzo rozczarowany, bowiem dostal "promocje" na II poziom przedszkolny. Jesli bedzie nadal przeskakiwal tak po poziomie, to czekaja go jeszcze trzy zanim instruktorzy pozwola mu sprobowac plywac bez "gabek". ;)


To by bylo na tyle. Czas wybyc na kolejny kemping, juhuu! Trzeba sie odstresowac przed rokiem szkolnym (to juz za tydzien z hakiem! A przeciez dopiero co byl czerwiec!!! :O). Pogoda niestety ma byc w kratke, ale trzymam kciuki, zeby nie lalo caly czas. Przelotne deszcze przez pierwsze dwa dni (tak zapowiadaja) jakos przezyjemy. ;)

Tradycyjnie juz, milego weekendu! :)

piątek, 11 sierpnia 2017

Kemping # 5, szkolne przygotowania oraz kiepskie wiesci siersciuchowe

Naprawde! Zaliczylismy juz piec wypadow! Jeszcze tylko dwa i oficjalnie konczymy sezon, chlip! :( No chyba, ze koncowka wrzesnia zaskoczy nas letnia pogoda i porwiemy sie na jakis spontaniczny wypadzik. Z nami nic nigdy nie wiadomo! ;)

Nasze wyprawy, oprocz oczywistej radosci z oderwania sie od szarej rzeczywistosci, stanowia tez swietny rekonesans. Wiemy juz, ze sa miejsca, do ktorych chetnie wrocimy, do innych zas... coz, mniej chetnie. ;)
To tylko maly zarcik, bo tak naprawde kazde z pol kempingowych, ktore odwiedzilismy mialo cos do zaoferowania, na kazdym milo spedzilismy czas. Po ostatnim wypadzie czulismy jednak zdecydowany niedosyt i wine za to ponosila nie tylko jego dlugosc. Fakt wybralismy sie zaledwie na weekend i mielismy wrazenie, ze dopiero co wszystko rozpakowalismy i rozlokowalismy, a juz trzeba bylo sie pakowac na droge powrotna. Przede wszystkim jednak, mielismy wrazenie, ze zupelnie nie skorzystalismy z mozliwosci pola kempingowego, na ktore trafilismy, a ktore bylo ogromne! Z powodu ograniczen czasowych (oraz pogodowych), zwiedzilismy tylko koleczko bezposrednio wokol naszej miejscowki oraz sasiednie. Ale to stanowilo doslownie 1/6 pola kempingowego, jak nie mniej! Zdecydowanie musimy tam wrocic, tym bardziej, ze caly park jest swietnie utrzymany, a wszystkie alejki wyasfaltowane. Warunki idealne dla spokojnych rowerzystow, jak ja. Zanim ktos prychnie pogardliwie dodam, ze dla milosnikow mocnych wrazen sa tez i sciezki rowerowe prowadzace przez las, na ktorych mozna zgubic protezy, a hemoroidy wolaja o pomste do nieba. Ale to zupelnie nie moja bajka... :D

(Znow trafilismy na pole kempingowe w lesie, ale to byl taki dziwny las. Drzewa, owszem, ale zadnego krzaczka, tylko otwarta przestrzen...)

W kazdym razie, wypad zaliczam do bardzo udanych, nawet pomimo tego, ze pogoda splatala nam malego psikusa. Niestety, na dzien wyjazdu - sobote, zapowiadali poranne, przelotne burze. Coz, pogodzilismy sie z tym, stwierdzilismy ze bedziemy pakowac sie pomalutku i wyjedziemy pozniej, zeby dojechac na miejsce juz po przejsciu frontu. Coz, plany planami, a zycie zyciem... Rano obudzila nas ulewa. Nie jakis tam maly deszczyk, ale prawdziwe oberwanie chmury, w dodatku z piorunami. :/ Kiedy wieksza chmura w koncu przeszla, zaczelismy pakowanie, co chwila przerywane przez mniejsze burze przechodzace uparcie nad nasza okolica. Zaladowanie dobytku (swoja droga to niesamowite ile klamotow potrzeba czlowiekowi na jedna noc!) zajelo wiec nam nieprzyzwoicie duzo czasu i zamiast o planowanej 11, wyjechalismy o 12:30. Niestety, nasze optymistyczne przewidywania, ze moze w takim razie ominie nas deszcz, okazaly sie mocno na wyrost... Dojechalismy, M. zdazyl odczepic i ustabilizowac kampera, wyrzucilam czesc akcesoriow na zewnatrz, malzonek pojechal po drzewo (z naszego zapasu, Potworki zerwaly przykrycie i zamoklo, ech...) i w tym momencie lunelo! Zadaszenie nie rozlozone, zamoklo wszystko co zdazylam wyjac z przyczepy... I niestety padalo sobie z krotkimi przerwami przez jakas godzine, a potem juz do wieczora chmurzylo sie i straszylo deszczem, wiec nie oddalalismy sie zbytnio od "bazy".

Co wiec porabialismy? Potworki glownie jezdzily na rowerach, a jak! A ja pomykalam za nimi na mojej niebieskiej rakiecie. Kilka razy M. pozyczyl sobie mojego jednosladowca i tez gonil dzieciarnie. Jezdzilismy na plac zabaw, ktory kemping mial ogromny.


Wieczorem zaliczylismy obowiazkowe pieczenie kielbasek na ogniu. W niedziele plywalam z Potworkami w kempingowym "stawie", ktory okazal sie bardziej malym jeziorkiem. Woda ciepla niemal jak zupa, w koncu warunki odpowiednie dla zmarzluchowatej matki! ;)

(Woda cieplutka, ale wial chlodny wiatr i po wyjsciu kazdy szczekal zebami)

Najmilsza chwila (oprocz wspomnianej kapieli)? Kiedy siedzialam przy ognisku z Bi na kolanach, podziwialysmy ksiezyc prawie-w-pelni, spiewalysmy sobie cichutko znane nam obu piosenki, a corka przytulila sie do mnie, mruczac, ze lubi tak sobie siedziec ze mna i spiewac. :)
Lubie to, ze podczas naszych wypadow Potworki praktycznie zapominaja o bajkach, telewizorze, technologii... Zamiast tego jest rower, woda i gry na swiezym powietrzu. Bywa to czasem uciazliwie, sklamalabym mowiac, ze nie. ;) Bywa, ze dzieciarnia sie z lekka nudzi, smeci, zeby rodzice wymyslili jakas zabawe, a rodzicom sie zwyczajnie nie chce... Coz, cos za cos... ;) W kazdym razie rower daje nowe mozliwosci, bo chociaz czasem ciezko znalezc aktywnosc, na ktora oba Potworki maja ochote i przy ktorej nie darlyby kotow, to kolejnego "koleczka" po okolicy nie odmowia nigdy. ;)

Minal wiec piaty kemping, a my odliczamy juz znow do nastepnego. Zacieramy przy tym raczki, a takze zmawiamy zdrowaski i odczyniamy uroki, zeby dopisala pogoda, bowiem wracamy nad ocean na cale 4 dni! To bedzie nasz drugi co do dlugosci wypad w tym roku (wiem, porywajaco... :D), a przy tym ostatni przed rozpoczeciem roku szkolnego, chcemy sie wiec maksymalnie zrelaksowac i wygrzac na sloneczku.

Szkola, no wlasnie... Dzisiaj juz 11-ty, a ja nadal czekam na oficjalne listy. Moje zniecierpliwienie pomalu zaczyna przeradzac sie w irytacje. Jak to jest, ze w innym miasteczku, mimo, ze rok szkolny zaczyna sie tam pozniej, listy mogli rozeslac juz ponad tydzien temu, a u nas nadal nic??? Czeka mnie najwyrazniej powtorka z zeszlego roku, kiedy na ostatnia chwile (urywajac sie z pracy) lecialam do sklepu i musialam przekopywac przemieszany i przebrany towar w poszukiwaniu folderow w konkretnych kolorach i segregatorow w okreslonym rozmiarze! A w tym roku bede miala w dodatku wszystko podwojne! Przynajmniej tak podejrzewam, bo nie sadze, zeby wyprawka dla I Klasy roznila sie az tak bardzo od tej dla zerowki. ;)
Przyszly za to Potworkowe plecaki:

(Znow postawilam na firme Skip Hop, bowiem bylam pod wrazeniem, ze zeszloroczny plecak Bi wytrzymal caly rok rzucania w szkole gdzie popadnie. W czerwcu byl tak brudny, ze wstyd, ale... caly! :O)

Mamy (to znaczy M. ma, bo to on, poki co, odwozi Potworki) poza tym mala zagwozdke, bowiem Bi zazyczyla sobie jezdzic w tym roku do szkoly autobusem. A Nik stanowczo zaprotestowal. ;) Jak dla mnie to wsio ryba, chce dziewczyna jezdzic school bus'em, niech jezdzi. To nawet wygodne, bo nie utyka sie w kolejce samochodow pod szkola, nie trzeba szukac miejsca parkingowego, a przy tym, kiedy jedno dziecko jest chore, moze siedziec spokojnie w cieplym domu, bo drugie zabierze autobus i juz. Pamietam z poprzedniego roku, jaka winna sie czulam kiedy musialam ciagnac ktores z Potworkow chore ze mna, bo musialam odwiezc siostre/brata. Nie mowiac juz o tym, ze od V Klasy, szkola Potworkow bedzie duzo dalej i odwozenie ich zupelnie nie po drodze. Moze lepiej wiec, zeby zawczasu przyzwyczaili sie do jazdy autobusem? Ale M. sie nie wiedziec czemu opiera... ;)

Do roku szkolnego zostaly jeszcze 2 tygodnie, a ja juz nie mysle niemal o niczym innym... :/

Oczywiscie codziennosc dostarcza tez innych tematow do zmartwien, a jak. Na ten przyklad, martwie sie o dach, bowiem zaczal on nam przeciekac. Nasz dom jest parterowy, z niskim, nieuzytkowym poddaszem. Po ktoryms kempingu zauwazylismy spora plame na suficie w kuchni. Usytuowana byla w takim miejscu, ze z poczatku westchnelismy, iz pewnie znowu wroble zatkaly odplyw rynny (co roku musza tam wic gniazda! :(). Niestety, M. wdrapal sie na drabine i rynny okazaly sie czyste... Wlazl wiec z kolei na poddasze, ale ze jest tam ciemnawo, a w dodatku akurat byl pogodny dzien, nic nie znalazl. Po kilkunastu dniach, po jednej z ulew, pojawily sie kolejne, tym razem mniejsze plamki. Wszystkie nad kuchnia. Czekalismy na wiekszy deszcz, podczas ktorego M. ponownie wdrapal sie na poddasze. To, co tam tym razem dostrzegl, przerazilo nas. Nie tylko przecieka sobie w jednym miejscu nad kuchnia (skad woda scieka w kilka miejsc, stad kilka, przypadkowo umiejscowionych plam), ale jeszcze kapie w kolejnym, nad salonem! Na podlodze poddasza jest gruba warstwa waty szklanej, wiec troche zajmie zanim i tam zacznie przeciekac, ale to tylko kwestia czasu zanim i na suficie w salonie pojawi sie plama.

Wezwany fachowiec potwierdzil to, co sami juz wywnioskowalismy, czyli ze nasz dach po prostu jest juz na tyle stary (chociaz wyglada niezle), ze nie trzyma, po prostu. Nie jest uszkodzony, zwyczajnie ta "papa" (tutaj raczej nie uzywa sie dachowki), po latach stracila nieprzemakalnosc... :(

W tej chwili mamy juz wycene i ekipa ma wymienic dach pod koniec miesiaca (na takim malym domku to kwestia jednego dnia). Trzymam kciuki, zeby tak rzeczywiscie bylo, bo wiadomo jak to bywa z fachowcami, a wymiana dachu to cos, czego M. sam nie zrobi, chociaz pewnie chetnie by sprobowal. ;)
Tylko, ze cale lato cieszylismy sie, ze Potworki siedza z tata, ze nie musimy placic ani za polkolonie, ani za opiekunke... Nawet wplacilismy troche kasy na konto oszczednosciowe. Niestety, to co zaoszczedzilismy, pojdzie na dach. :/

Poza tym, od wczoraj doszedl mi kolejny przykry temat do zmartwienia i rozmyslan. Dziekuje, moglabym sie spokojnie obyc bez... :(
M. zabral nasza Majuche do weterynarza. Niby rutynowa wizyta, tylko po to, zeby dostac tabletki na pasozyty. Nie wiem jak jest w Polsce, ale tutaj nie wydadza tabletek bez zbadania czy pies nie ma "heartworms", czyli nicieni zagniezdzajacych sie w sercu psa. Przy okazji wet przeprowadza tez podstawowe badania, osluchuje, zaglada w uszy, pysk itd. No i u Mai wyszlo, ze ma... tamtaramtam... szmery w sercu! Myslalam, ze z krzesla spadne, kiedy dostalam smsa od M.! Podobno wetka byla zdziwiona, ze nie wykryto tego rok temu! Rok temu jak rok temu, ale jezeli to wada wrodzona (jak twierdzi wet), to w ogole powinna byla byc wykryta duzo wczesniej! Przeciez my jezdzimy do tej samej kliniki odkad Maya byla szczeniakiem! Pies ma 3.5 roku i teraz odkryli szmery??? Moga sie one pojawic tez wlasnie od nicieni, o ktorych napisalam wyzej, ale ich podobno Maya nie ma. No wiec skad??? Mozecie sobie wyobrazic, ze humor mialam spaczony juz na reszte dnia! Stanela mi przed oczami nasza poprzednia suczka, ktora musielismy uspic w wieku zaledwie 5 lat! Majucha miala z nami zostac na dlugie lata, a tu takie cos!

Oczywiscie panikuje (jak to ja) troche na wyrost, bo szmer jest ledwie slyszalny. Weterynarze mierza je w skali od 1 do 6, a u Mai wetka napisala, ze jest on 1/2 - 1, czyli slabiutki. Trzymam sie nadziei, ze Potworki rozrabialy w gabinecie i pani weterynarz sie przeslyszalo...

No ale, to jakies fatum, w zeszlym roku borelioza, w tym szmery w sercu! :(

Zeby nie konczyc na smutniaka, pochwale meza, ze nie tylko postawil plotek, ale natychmiast zabral sie za malowanie:

(Asystent)

Oczywiscie w asyscie Nika. ;) Jak przystalo na chlopca, kiedy tylko M. robi cos na dworze, niewazne czy to malowanie, koszenie trawy, rabanie drzewa czy mycie auta - Kokus nie odstepuje go nawet na krok. Patrzy, pomaga gdzie da rade... I nieustannie nawija. Komentuje, dopytuje, powtarza i wykrzykuje slowa zachwytu. Dziecko - katarynka. Tatusiowi niepotrzebne jest radio, syn z powodzeniem je zastapi. Zreszta, muzyki nawet nie byloby slychac ponad gadulstwem Mlodszego. ;)

Napisze Wam tez jaka zabawe wymyslily sobie ostatnio Potworki, a w sumie to ja wymyslilam...

Otoz, "rabatke" obok szopki w tym roku zostawilam sama sobie. No, nie mam czasu tam pielic i juz. Wiosna kwitly tam male, biale "gwiazdki", zwane tutaj Gwiazdami Betlejemskimi, pozniej Klematis, a potem to wszystko rowno zaroslo i sama nie wiem czy jeszcze cos tam powinno kwitnac. ;)
W kazdym razie, ktoregos dnia podlewajac warzywnik rozejrzalam sie i co widze?! Oset! Wielgachny, zaczynajacy juz kwitnac oset!

(Czy nie piekny? :D)

Z jednej strony zalamalam sie, ze takie to wielkie (skad?! Jak??!!), ale z drugiej az podskoczylam z radosci! Osty bowiem, mimo, ze ani to piekne, ani pozyteczne, przywolaly zapamietane obrazy z dziecinstwa, z wakacyjnych wizyt u dziadkow! Mnostwo ich roslo bowiem poza ogrodem mojej podketrzynskiej babci! Namietnie sie nimi z kuzynem obrzucalismy i taki, brzydki w sumie oset, po 30 latach urosl w moich oczach do rangi cieplego wspomnienia z dziecinstwa! ;)
Poza tym, nie wiedzialam nawet, ze one rosna w Hameryce, wiec dostalam mila niespodzianke, bo nie tylko rosna, ale w moim wlasnym ogrodzie, ha!

Ale mialo byc o Potworkach... Zerwalam dwie "kulki", stanowiace kwiaty ostu i na zachete rzucilam nimi w koszulki dzieci. Osty nie zawiodly, zawisly na t-shirtach. A Potworki az westchnely z zachwytu i zabraly sie za obrzucanie ostem czego popadnie, zeby zobaczyc czy sie przyczepia! Dobra godzine mialam ich z glowy, zrobilam w spokoju leczo z cukini i jeszcze sie posmialam z ich eksperymentow! ;)

Mowie Wam, niepotrzebne sa zabawki za stosik dukatow, nie. Wystarczy zwykly chwascior! :D

Buzka i juz tradycyjnie - milego weekendu! :)

piątek, 4 sierpnia 2017

Z serii: w tym domu sie gada! I troche sierpniowego ogrodu

No i nadszedl sierpien...

Kiedys, kiedy jeszcze sama sie uczylam, sierpien byl dla mnie nadal miesiacem wakacyjnym. Taki dluuugi sie wydawal, tyle jeszcze slonca (w Polsce na wybrzezu?! Hahaha!!!), zabawy, wolnosci... Kiedy poszlam na studia, to juz w ogole. :) Po sierpniu pozostawal jeszcze przeciez caly miesiac na bimbanie (oprocz pierwszego roku, kiedy na wrzesien zostal mi egzamin w sesji poprawkowej, bleee...). ;)

A teraz?

Teraz z lekkim przerazeniem patrze w kalendarz... U nas (w sensie w naszym miasteczku, bo kazde ma swoj grafik) szkola zaczyna sie tydzien wczesniej niz w Polsce, wiec za zaledwie 3 tygodnie (toz to juz zaraz!), Potworki beda mialy spotkania zapoznawcze, a za 3 tygodnie i 3 dni rozpoczna sie juz normalne zajecia... :O

We wtorek zamowilam dzieciom nowe plecaki z pasujacymi sniadaniowkami oraz po parze nowych adidasow do szkoly, bo te kupione wiosna nadaja sie juz tylko na ogrod przy domu. ;) Poczatki wyprawki szkolnej. ;) Gdzies w nastepnym tygodniu dostane pewnie listy z informacja, ktore nauczycielki beda uczyly Potworki (tutaj zmieniaja sie co roku) oraz konkretnymi "wyprawkami". W Hameryce nie ma tego duzo, bo szkola zapewnia podreczniki oraz cwiczenia, ale zawsze sa jakies kredki, kleje, segregatory, foldery, itp.

Tymczasem zas, w tym roku zamiescilam chyba "az" jeden lub dwa posty ze zdjeciami z ogrodu. Napisalabym, ze czas nadrobic zaleglosci, ale prawda jest taka, ze nie ma sie czym chwalic... :( Moze to wina bardzo zimnej wiosny oraz chlodnego (jak na tutejsze klimaty) i mokrego lata? A moze, zgodnie z powiedzeniem "panskie oko konia tuczy", wine ponosi to, ze moja uwage oraz energie pochlania poznawanie nowej pracy oraz kempingi? W koncu czytalam juz nie raz i nie dwa, ze do roslinek tez trzeba gadac... Zawsze uznawalam to za bzdure, ale teraz jestem gotowa rzeczywiscie cos im powiedziec. Konkretnie, to wygarnac, ze albo sie ogarna (w sensie urosna) albo wykopie i zamienie w kompostownik, o! ;)

Ogrod prezentuje sie w tym roku fatalnie. Pomijam ilosc chwastow, bo to moja i tylko moja wina, ale poza tym wlasciwie wszystkiemu moglabym cos zarzucic. Porzeczki mialy owocow raptem 4-5 (i to tylko jeden krzak!), ale w sumie ich prawo, bo sa nadal dosc male. Maliny troche owocowaly, ale slabiutko. Jerzyny w tym roku nawet nie zakwitly! Bee balm, ktory o tej porze jest zwykle w pelnym rozkwicie i przyciaga kolibry, w tym roku ledwie ciagnie. Ze zwyklej gestwiny kwiatow wyrosly tylko 4 badylki, a w dodatku jak normalnie kwiaty siegaja mi pasa, to w tym roku maja okolo 20 cm! Cholera jasnista, no!

Cos tam kwitnie, np. floksy, ktorych mam jednak bladziuchna i skromna odmiane.


Kwitly tez lilie. Nie tak pieknie jak Martusi, ale kwitly. Teraz zostaly juz tylko biale.


Mila niespodzianke sprawila mi za to hortensja zasadzona 3 lata temu. Nigdy wczesniej nie kwitla i jeszcze w zeszlym roku grozilam jej, ze ja wykopie. Jak widac podzialalo, bo w tym roku nie tylko zakwitla, ale tez zaskoczyla kolorem.


Spodziewalam sie bowiem zwyklego bladego rozu lub niebieskosci (wiedzialyscie, ze to zalezy od pH gleby?), a tymczasem kwiaty maja taki piekny gleboki odcien ciemnego rozu (fioletu?) z niebieskim srodkiem. Piekne!

Warzywnik to w tym roku porazka kompletna. Calosciowo prezentuje sie tak:


Wyglada to nie najgorzej, dopoki czlowiek sie blizej nie przyjrzy. Ten gaszcz po prawej to cukinie i tylko one radza sobie tak naprawde swietnie. Mam juz zapas cukini faszerowanej, po weekendzie chce zrobic leczo i pomrozic na zimowe miesiace.
Poza tym, rozczarowanie. O, np. pomidory. Widzalyscie takie krzaczki - nie krzaczki?


Pare lysych badyli i tyle. Jest kilka pomidorkow, ale slabo rosna i podejrzewam, ze zamiast dojrzec, w koncu zgnija. :( Baklazany sa wieksze o moze 2 liscie niz kiedy je sadzilam i nie kwitna...
Groszek i fasolka na pierwszy rzut oka wygladaja ok, ale w zeszlym roku pamietam, ze co zerwalam troche straczkow, to wypuszczaly nowe kwiatki i za chwile mialam kolejny zbior. W tym roku, po zerwaniu, kwiaty juz sie nie pojawily, a groszek dodatkowo zaczal usychac. :(


 Najgorzej jednak radza sobie ogorki. Wypuscily "prawdziwe" liscie i odrobine urosly. Ale nie puszczaja "wasow", nie ploza sie, ani nie rosna na tyczkach!

(Moze tez byc cos z gleba w tym miejscu, bo na zdjeciu widac, ze nawet chwasty tam za bardzo nie rosna...)

Gdzie ten ogorkowy gaszcz, ktory mialam rok temu, sie pytam?! Koper mam gotowy do zerwania na malosolne, a nie mam ogorkow!!! Bede musiala w koncu kupic, bo co robic... :(

Wszystko juz lepiej sobie radzilo w zeszlym roku, nawet pomimo swistaka! W tym roku zwierza brak, ze to jest plaga... mszyc. I moze to one robia takie spustoszenie... Na groszku rezyduja cale szarancze tych szkodnikow. :/ W ogole pelno ich wszedzie. Kwiaty moge spryskac, ale co z warzywami? Tych psikac chemikaliami nie chce... W tym roku juz chyba za pozno, ale za rok musze pomyslec o biedronkach. Podobno mozna je zamowic przez internet i wypuscic w ogrodzie. Nie jestem pewna jak to dziala, ale musze poczytac... Moze cos zaradza na te plage...

Z innych wydarzen, to M. w koncu postawil nowy plot wzdluz podjazdu. Odkladal to polowe lata, a jak sie w koncu wzial, to skonczyl w 5 dni i to pracujac tylko po 2-3 godziny dziennie, bo na wiecej Potworki mu nie pozwalaja. ;)

A ja mam moja wlasna "blyskawice"! ;)
Nie tylko nowy rower, ale moj pierwszy "goral", jesli nie liczyc M. :D Ktory to zrywal boki ze smiechu, ze zmiane przerzutek to ja znam tylko z teorii. ;) Ale co mam zrobic, skoro ich nigdy nie mialam?! Jako nastolatka jezdzilam na starym, starutenkim rowerze bez przerzutek i z oponami lysymi jak kolano. Co chwila odkrecal sie tez jeden z pedalow. :/ Potem zaczal bez przerwy spadac lancuch. Kiedy jednak napomknelam rodzicom, ze chcialabym nowy rower, stwierdzili, ze do niczego nie jest mi on potrzebny. :( Jezdzilam wiec na moim staruszku az go po prostu "zajezdzilam" i moja rowerowa przygoda skonczyla sie jakies 20 lat temu, kiedy rowery gorskie akurat zaczely szturmem zdobywac rynek...

(Ten czarny "drag" to nie meska rama, tylko takie specjalne cos, zeby dalo sie go zawiesic na bagazniku auta)

A teraz mam nowiutenki pojazd, ha! I w koncu nadaze za Potworkami na kempingach! To zreszta bylo glowna motywacja do zakupu, chociaz o powrocie do jazdy na rowerach gadalismy z malzonkiem juz od kilku lat. Gdyby jednak Potworki nie nauczyly sie nagle jezdzic na dwoch kolach, pewnie bysmy zwlekali, zwlekali i w koncu machneli reka. ;)
W kazdym razie, teraz juz mi dzieciarnia nie ucieknie! ;)

A na koniec zostawiam Was ze smieszna seria. ;)

Nik (stoicko, wskazujac na moja gabeczke do rozprowadzania cieni do oczu):
"A ja tym czasem mazam po blacie"

Wiem. To ja zmywam smugi... Dotychczas mialam nadzieje, ze tylko mu ta gabeczka spadala przypadkiem z puzderka, ale sam rozwial watpliwosci... :/


***

Nik (patrzac na mnie nakladajaca tusz do rzes):
"A co to jest to czarne?"
Matka: "To jest maskara, takie cos, zeby rzesy byly ciemne. Dorosle kobiety tego uzywaja"
Nik: "Zeby byc piekne?"
Matka: "Uhm..."
Nik (prycha pogardliwie): "To nie dla chlopakow!"


***

Potworki poraz pierwszy w zyciu dostaly po czekoladowej kulce Lindt'a. Patrza podejrzliwie, kontempluja (normalnie jakbym im pomidora do reki wlozyla!), ale w koncu wsadzaja je do buzi, po czym mrucza chorem z zachwytem:
"MMMHHYYY MMMMM"


***

Kokusiowe angielskie slowotworstwo:

long mowder - lawn mower (kosiarka)
about = without (cyt. "Bede teraz plywal about kamizelki!"). No nie moge, nie moge mu przetlumaczyc! :D

Bi tymczasem slowka without uzywa poprawnie, co nie przeszkadza jej serwowac mi kwiatki w stylu:
"Teraz I'm going to swim without mojej kamizelki!" 

Jakby sie ktos zastanawial, to tak, Potworki maja obsesje na punkcie swoich kapokow do plywania. Zakladaja je nawet do naszego basenu, w ktorym wody jest ledwie za moje kolano. ;) 


***

Po obejrzeniu filmu przyrodniczego:
Nik: "A czemu nie chcesz, zeby nas cos zjadlo?" (dziecieca ciekawosc bywa dosc... makabryczna...)
Matka: "Przeciez wtedy by was nie bylo, a ja was kocham i chce zebyscie byli!"
Nik: "Ale wtedy bylby spokoj w domu!

Co prawda, to prawda. ;)


***

Ulubiona ostatnio odpowiedz Nika na moje pretensje/zazalenia w stylu "Nik, dlaczego papierek lezy na ziemi, a nie w koszu? Dlaczego autka rozrzucone sa po calym pokoju? Dlaczego pociales kartke w paski i wszystkie strzepki zostaly na dywanie?". Itd., macie mniej wiecej obraz.
Nik: "Bo ja jestem gagatek!"

No. I co mu zrobisz? ;)


***

Z rozmowek koscielnych.

Nik (wskazujac sufit): "A Bozia jest tam u gory?"
Matka: "Bozia jest wszedzie i patrzy na nas"
Tak sie sklada, ze w naszym kosciele, na suficie wymalowane sa portrety roznych Swietych.
Nik (nadal wpatrzony w sufit): "O, tak! Tam sa te Bozie i one wszystkie na nas patrza!"


***

Matka rano postanawia wygarnac synowi nocna zmiane poscieli:
"Nik, dlaczego ty nadal sikasz w lozko? Ile mozna, co???"
Nik (oburzony): "Przeciez wczoraj nie!" [w sensie, ze wczoraj sie nie posikal]
Matka: "Jak to nie? Mama cie przeciez przebierala!"
Nik (marszczy czolo myslac): "Nie pamietam..."
Matka: "A nie widzisz, ze masz ubrana zupelnie inna pizamke, bo tamta zasikales?"
Nik: "Aaaaa..." [i szelmowski usmiech...]


***

Potworki zapalaly miloscia do serialu "Bylo sobie zycie". Ciesze sie, bo to naprawde madra bajka, a przy tym sama mam do niej sentyment, jako ze byla jedna z moich ulubionych w pozniejszym dziecinstwie.
W kazdym razie, cieszylam sie z tej Potworkowej sympatii, ale tez i dziwilam, bo bajka jednak jest trudna. Nie sadzilam, zeby dzieciaki w wieku Bi oraz Nika, wyniosly z niej jakas konkretna wiedze.
No i sie zdziwilam. ;)
Ktoregos dnia Nik zadrasnal sie w reke. Po zwyczajowym pozalowaniu dziecka i podmuchania (ledwie widocznej) ranki, Nik spytal:
"A czy moje platki sobie z tym poradza?"

W pierwszej chwili zupelnie nie wiedzialam o co mu chodzi. Nik jednak (troche rozczarowany moja ignorancja), zaczal tlumaczyc, ze przeciez widzial w bajce, ze w jego krewce sa takie platki. Wtedy, w koncu niekumata matka domyslila sie, ze Kokusiowi chodzilo o plYtki krwi! Przyznaje, ze zadziwil mnie wiedza. :O


***

Milego weekendu! My znow kempingujemy! ;)

czwartek, 27 lipca 2017

Kemping # 4 - spiekota, ciasnota, deszcz i skunksy. I niedzwiadek w bonusie. :)

Cos z mini - wakacjami nad oceanem, mamy pecha. :) Podobnie jak podczas dlugiego, majowego weekendu, z trzech dni, pierwszy byl piekny, drugi niezly, ale trzeciego nastapilo takie zalamanie pogody, ze nic, tylko zbierac sie do domu wczesniej. :/
Dobra, no bylo troche cieplej, przyznaje (w sobote nawet duuuzo cieplej). W koncu koniec lipca, to nie koncowka maja. ;)

Caly tydzien sledzilam prognozy i chociaz ta na niedziele zmienila sie na korzysc, to poniedzialkowa, ktora w sobote obiecujaco pokazala "tylko" calkowite zachmurzenie (ale sucho!), w niedziele przeskoczyla na powrot w faze "deszcz" i to solidny. I ani moje zaklinania, ani piekne, rozgwiezdzone niebo w niedzielny wieczor, tego nie zmienily. :( Na dodatek, mimo, ze prognozy obiecywaly chociaz te 20 stopni, to tych, w samo poludnie bylo zaledwie 14!

Co nie zmienia faktu, ze dwa dni slonca wystarczyly, zeby cala nasza czworka wrocila spalona niczym frytki. A raczej, z nasza karnacja, niczym raczki. ;)
I to znow wina pogody. ;) W niedziele bylo slonecznie, ale wial lodowaty wicher. Na zewnatrz wybor byl prosty - albo siedziec w cieniu w bluzie, albo wygrzewac kosci w sloncu. My wybralismy slonko i mamy za swoje. ;) Smarowalam siebie i dzieciaki kremem z filtrem, nie myslcie sobie, ze nie. Najwyrazniej jednak niewystarczajaco czesto. Bylismy nad samym oceanem, a tam, legendy prawia, ze nawet wiatr opala. ;) Nie trzeba bylo wylegiwania na plazy, zeby sie spiec. Nastepnym razem (bo wracamy tam za miesiac) ustawie sobie przypominajke w telefonie i bede dokladac warstwe kremu rowniutko co dwie godziny, o! :)

Jak ogolne wrazenia? Coz... troche mieszane. Mimo, ze na lato marzyl mi sie wlasnie kemping przy plazy (jako wychowanka Trojmiasta, nie wyobrazam sobie wakacji bez morza/ oceanu), chyba rozpiescily mnie troche kempingi w lesie. Drzewa, krzaczory, daja jednak odrobine prywatnosci oraz cienia. Natomiast obydwa nasze nadmorskie kempingi, to praktycznie puste pola. W dodatku, na ostatnim kempingu wyznaczone miejsca byly naprawde malutkie. Praktycznie przyczepka na przyczepce i kazdy zaglada kazdemu w okienka.

(Tak wygladalo nasze miejsce. Stol piknikowy to chyba standard na wiekszosci pol kempingowych. To dodatkowo oferowalo "piecyki" na ognisko oraz grille. Z naszego nawet nie skorzystalismy...)

(Na tym zdjeciu jeszcze lepiej widac brak prywatnosci...)

Nie wiem czy tak akurat trafilismy, bo pamietam nasze nadbaltyckie lasy ciagnace sie do samych wydm, czy w tutejszym klimacie lasow nad samym oceanem po prostu nie ma?

W kazdym razie srednio mi sie to podobalo, ale pole kempingowe wyrownuje te braki podlaczeniem do pradu oraz wody. Wiekszosc bowiem kempingow, nie oferuje takich wygod. Sama przyczepka posiada malutki akumulatorek, ktory jednak starcza tylko na to, zeby zapalic w srodku swiatlo oraz wlaczyc pompe do wody. I to zapewne tylko na pare godzin. Zeby zagrzac cos w mikrofalowce albo podlaczyc klimatyzacje, trzeba taszczyc ze soba agregator.

("Kontakty" do pradu w formie latarenek, dawaly wieczorem i w nocy fajny efekt. Tutaj widac tez dobrze, jak blisko siebie byly poszczegolne miejscowki)

Jesli o wode chodzi, to zazwyczaj trzeba albo napelnic zbiornik w domu, albo przy jednym z publicznych kranikow na polu kempingowym. Laczy sie to ze sprawdzaniem jej poziomu w czasie pobytu. Jesli zabraknie, pozostaje albo przyniesienie jej z ujec wody w butelkach, albo podjechanie przyczepa, co jednak jest upierdliwe, bo podlaczanie jej do auta, podczepianie wszystkich zabezpieczen, itd. troche trwa. Potem objechac, napelnic wode, wrocic i znowu wszystko odlaczac? Bez sensu...

Posiadanie wiec podlaczenia do pradu oraz wody dla samych siebie, na miejscu, bylo bardzo wygodne. :) Co prawda okazalo sie, ze nasz kranik jest zepsuty, ale uczynni ludzie z boku, pozwolili podpiac sie pod ich weza. :) Podlaczenie pod prad dzialalo na szczescie bez zarzutu. Pierwszego bowiem dnia zajechalismy w taki upal, ze bez klimy w przyczepce nie daloby sie wytrzymac...

Pomimo calkowitego braku prywatnosci, bawilismy sie niezle. Doslownie minutke piechota mielismy do malutkiej plazy, ktora okazala sie byc przy ujsciu sporej rzeki (Merrimack River). Woda byla lodowata, ale poniewaz byla to rzeka, brakowalo w niej fal, wiec Potworki mogly sie w miare bezpiecznie pochlapac.

(Nad rzeka)

Co ciekawe, poniewaz rzeka laczyla sie z oceanem doslownie z pol km dalej, w tym miejscu dzialaly na nia plywy. Po poludniu woda nagle zaczynala dziwnie chlupotac, po czym szybko jej ubywalo. Zaczynal sie odplyw, odslaniajacy przybrzezne skalki, miedzy ktorymi zostawaly male bajorka, w ktorych dzieciaki lapaly meduzy oraz kraby.

(Odplyw. W tle widac dzieciarnie "na lowach")


Kiedy poszlo sie w drugim kierunku, przeszlo przez kemping oraz parking publiczny dla odwiedzajacych Park Stanowy, dochodzilo sie do faktycznej plazy, nad oceanem. Plaza piekna, piasek czysciutki choc nie tak bialy jak na poludniu kraju (oraz w Polsce). Swoja droga, ciekawe od czego to zalezy?

(Tutaj piach byl akurat mokry, a wiec jeszcze ciemniejszy. Ale na gorze jest kawalek suchego i widac, ze choc jasny, to nie taki drobny i bielusienki...)

Woda... No coz, tak samo lodowata jak w rzece. Ani ja, ani M. nie mielismy ochoty na kapiel, ale Potworkow nikt nie zatrzyma. ;)

("Morsy" :D)

Tutaj niestety byly juz fale, co z lekka mnie przerazalo. Poniewaz M. padl na koc i nie zamierzal sie z niego ruszac, pilnowanie szalonych dzieci przypadlo w udziale mnie. Mi z kolei dretwialy z zimna nogi i odmowilam wejscia glebiej niz do polowy lydek. Potworki zas, spragnione najwyrazniej mocnych wrazen, wlazily glebiej i glebiej. Dobra, wchodzily gdzies do kolan. :) Tylko, ze kiedy przeszla fala, malemu Nikowi woda siegala niemal do pasa. Przywolywalam wiec Potworki na plycizne, co wywolywalo fochy oraz tupanie nogami. Trudno. :)

Jesli nie wedrowalismy po plazach, lazilismy na plac zabaw, albo po prostu spacerowalismy po kempingu. To znaczy ja oraz M., bo Potworki jezdzily rowerami. A przynajmniej Nik, bo po pierwszych kilku razach, Bi stwierdzila, ze woli prowadzic psa na smyczy niz jezdzic na jednosladzie. ;) Nic dziwnego, ze po dwoch dniach Starsza nadal miala problemy z ruszaniem, a Nik jezdzil po najwiekszych wertepach i wolajac "Mama, chcesz zobaczyc moj trick?!", popisywal sie pedalowaniem z dupka uniesiona w powietrzu, nad siodelko. Nie zdziwie sie, jesli na kolejnym wyjezdzie nauczy sie jezdzic bez trzymania kierownicy! :D
Bi wolala wspinac sie na drzewa. ;)


Nie zabraklo tez mocnych wrazen. Jednego wieczora, podczas spaceru, Maya zweszyla skunksy, szarpnela sie na smyczy, ktora wypadla Bi z reki. Bi z krzykiem ruszyla lapac smycz, zobaczyla skunksy i z jeszcze wiekszym wrzaskiem ruszyla w moja strone. Dobiegajac, potknela sie i wywrocila zdzierajac oba kolana i nadgarstek. W miedzy czasie, do Mai oraz skunksow podbiegl M., ktoremu udalo sie schwytac niesfornego psiura! Cale zajscie trwalo doslownie kilkanascie sekund, w czasie ktorych udalo mi sie zlapac i przytrzymac Nika, zeby i on tam nie podbiegal! Juz widzialam oczami wyobrazni jak skunksy opryskuja Maye, Bi oraz mojego meza i zastanawialam sie, jak do cholery, to z nich zmyc bedac na kempingu i zograniczonym dostepem do sklepow i specjalnych srodkow czytosci...

Na szczescie kempingowe skunksy byly tak oswojone z obecnoscia ludzi oraz psow, ze poszly spokojnym truchtem w krzaki i wydawaly sie zupelnie niewzruszone zamieszaniem... ;)

Nie zartuje z tym "oswojeniem". Ten skurczybyk przeszedl sobie doslownie 3 m od nas, kiedy siedzielismy wieczorem przy ognisku! :O
 
(Sorki, ze zdjecie niewyrazne, ale ciemno bylo)

Tak przy okazji, mala dygresja. Wiecie jak smierdzi skunks i dlaczego ludzie (oraz zwierzeta) omijaja je z daleka? Wiele osob z Polski na nasze opowiesci o "strasznym smrodzie", wzrusza ramionami. Jesli ktos nie mial (nie)przyjemnisci zetknac sie z tym, badz co badz, ladnym zwierzatkiem, moze rzeczywiscie uznac sceny z filmow oraz kreskowek, za grubo przesadzone. Moja mama, bedac w Stanach, kiedy kiedys "wskazalam" jej: "Czujesz? Skunks!", wyrazila oburzenie, ze przeciez to wcale nie skunks! To nawet nie pachnie jak zwierze! A, no wlasnie... Pomijam fakt, ze poklocilam sie z matka (poraz 244889987), ze wymadrza sie na tematy, o ktorych nie ma pojecia. Zapytalam jednak, jak wg. niej smierdzi skunks? No jak to, jak? Kupa!

Moi drodzy, wlasnie NIE! Wielu osobom sie wydaje, ze jak zwierze, to musi smrodzic po zwierzecemu, najczesciej odchodami. A smrod skunksa (ktory nota bene "psika" cuchnaca ciecza tylko w obliczu zagrozenia) to wcale NIE smrodek kupy! :D To paskudny, ostry, chemiczny odor, powodujacy lzawienie oczu i zatykajacy dech w piersiach! Trudno go przyrownac do jakiegokolwiek smrodu, to jest jedyne w swoim rodzaju! ;) Zeby oddac troche potwornosc tego odoru dodam, ze psy, te nasze kochane, ale uparte i nieraz glupawe pupile, nawet bolesnie poklute przez jezozwierza (taaa... te "milusie" stworzenia tez tu wystepuja), kiedy ow jezozwierz pojawi sie w ogrodzie kolejny raz, one znow do niego podleca (i ponownie skoncza z iglami w pysku...).
Natomiast pies raz opryskany przez skunksa, juz zawsze na jego widok bedzie zwiewal gdzie pieprz rosnie! ;)

Najgorszy problem ze smrodem skunksa jest jednak taki, ze tego odoru nie mozna zmyc! Nawet po kilkukrotnym prysznicu, nadal czuc smrodek. We wlosy wchodzi ze zdwojona sila. Jesli skunks opryska psa, to juz w ogole koszmar, bo z siersci jest potwornie trudno to domyc... W sklepach mozna dostac specjalne srodki, podobno dobrze dziala tez... sos pomidorowy, ale mimo wszystko zapaszek zostaje "na pamiatke" na kilka dni. ;)

Czy ktos dziwi sie teraz, ze z "lekka" spanikowalam na widok skunksow i juz w myslach zastanawialam sie jak my sie, do cholery, domyjemy??? Na szczescie jednak, wszystko dobrze sie skonczylo. :)

A przy okazji, skoro o psach mowa, zapytacie jak pierwszy kemping zniosla Maya? ;)

No wlasnie, nie za dobrze. :( Znowu poczulam wscieklosc na mojego tate oraz ciotke M., bo wg. mnie o wiele lepiej byloby jej we wlasnym domu. Nawet kiedy nas chwilowo nie ma, to jednak caly dom jest przesiakniety naszym zapachem. Napewno byloby jej tam latwiej niz, nawet z nami, ale w obcym miejscu...
Maya byla potwornie zestresowana. Niby cieszyla sie do nas, chetnie chodzila na spacery, ale przez dwa dni nie tknela jedzenia. Ba! Ona nie jadla nawet trzeciego dnia, kiedy wrocilismy do domu! Pomimo goraca pierwszego dnia i ciepla drugiego, praktycznie nie pila. Najgorsze jednak, ze zupelnie przestala sie zalatwiac! To, ze nie robila dwojeczki, az tak mnie nie martwilo. Skoro nie jadla, to nie miala moze z czego. Ale ona przestala sikac! Zalatwila sie w sobote rano, przed wyjazdem, a potem nic! Przy przyczepce uwiazana byla na dlugiej smyczy, miala wiec sporo swobody. Poza tym praktycznie caly czas lazilismy, biorac ja oczywiscie ze soba. Miala mnostwo okazji, zeby zrobic co trzeba, przeciez ile mozna trzymac... No, mozna... Maya wysikala sie dopiero w niedzielny wieczor, kiedy chyba juz po prostu nie wytrzymala. A potem znowu nic, az do poniedzialkowego popoludnia, kiedy wrocilismy do domu...

Szkoda mi jej bylo strasznie, bo kazdy przeciez zna ten dyskomfort, kiedy musisz do lazienki, ale wstrzymujesz. A ona tak trzymala przez niemal 2 dni! :( Naprawde, lepiej byloby jej we wlasnym domu i wlasnym ogrodzie... Ale dzieki "kochanej" rodzince, na ktora nie ma co liczyc, pies bedzie narazany na regularny stres... Mam tylko nadzieje, ze nic nie stanie sie z jej nerkami od takiego wstrzymywania... :/ I ze z czasem przyzwyczai sie do wyjazdow i zmiany srodowiska od czasu do czasu...

A na koniec zdjecie, ktore zrobil ktos z innej firmy z budynku, w ktorym pracuje.

(Sadzac po rozmiarze, to jeszcze mlody "okaz". Podejrzewam, ze to jego pierwszy samodzielny sezon i moze dlatego placze sie przy siedzibach ludzi bo latwiej mu tu znalezc jedzenie. Ale... on kiedys urosnie niestety... :/)

Podobno ukazalo sie ono na stronce akademii medycznej, do ktorej nasz budynek formalnie nalezy. Artykul ostrzegal studentow, zeby zachowali ostroznosc przyjezdzajac do laboratoriow w tej lokalizacji i w miare mozliwosci trzymali sie z daleka.

Super, a co z ludzmi, ktorzy tu pracuja??? :/

czwartek, 20 lipca 2017

O rowerach i kilku watkach drugoplanowych :)

Za nami niewyjazdowy weekend (rychlo w czas pisze! Za dzien zaczyna sie kolejny! :D), a wiec zwyczajny, chociaz nie nudny i niezbyt spokojny. ;)

Uplynal on M. pod znakiem "walki" z nowa przyczepa, a mi na sprzataniu chalupy oraz ganianiu za Potworkami. :)

Jesli o przyczepe chodzi, to (odpukac!) chyba juz wszystko w niej "gra i bucy", jak to mawia moj maz. Przyszedl materac na lozko (taki wygodny, ze chyba na lato sie tam przeniose! Albo i na reszte roku, w koncu ogrzewanie jest, o!), przyszla pompa, ktora M. wymienil i dziala jak zloto.
Troche strachu napedzil nam hak w aucie, a raczej (nie wiem jak to sie profesjonalnie nazywa) dziura, do ktorej hak sie przymocowuje. Nie wiem czy wiecie (ja nie wiedzialam), ale mimo, ze przyczepa jest duzo lzejsza od auta, to jednak nacisk na hak powoduje, ze tyl zawieszenia sie obniza, a samochod "staje deba". Widac to na nadkolach. Szpara z przodu robi sie duzo wieksza niz z tylu. Zeby to wyrownac, do haka przyczepia sie specjalne stabilizatory i podkreca sruby. Nowa przyczepa jest troche ciezsza od starej i wymaga tez wiekszego haka, wiec potrzeba bylo znacznie wiecej podkrecania i kombinowania. Kiedy samochod w koncu stanal prosto, okazalo sie, ze wlasnie ta dziura od haka jest pod ukosem. M. nie mogl sobie za Chiny przypomniec czy tak to powinno wygladac, a przekopanie internetu nie dalo odpowiedzi. Stanela nam przed oczami wizja albo odwolania wyjazdu (a w zyciu! :D), albo wypozyczenia innego auta, zdolnego pociagnac nasza przyczepe podczas gdy auto M. bedzie naprawiane. Malzonek moj podjechal jednak do serwisu, a tam, na szczescie, stwierdzili, ze wszystko jest w jak najlepszym porzadku. :)

Podczas gdy M. walczyl z hakami oraz zawieszeniem, ja pilnowalam Potworkow, ktore szlifowaly jazde na rowerach. Moj maz potrzebowal bowiem plaskiego i rownego terenu, zeby wszystko ustawic, a parking pod przedszkolem Kokusia nadawal sie do tego jak ulal. ;) Rozlegla, asfaltowa przestrzen byla tez idealna do jazdy na dwukolowcach. Jedyne, na co moglam narzekac, to upal. Wiecie, slonce, okolo 28 stopni, nagrzana nawierzchnia oddajaca cieplo... No, zdechnac mozna bylo. ;)

Tego samego dnia przypomnialo mi sie, ze dziadek (aka moj tata) od roku trzyma dla Bi wiekszy rower, ktory dostal od kogos znajomego. Uznalismy wiec, ze pora, zeby Potworki przesiadly sie na wiekszy sprzet. Musicie bowiem wiedziec, ze o ile Bi wygladala jeszcze na swoim rowerze jako tako (chociaz juz prawie uderzala kolanami w kierownice przy pedalowaniu), to Nik na swoim maluszku prezentowal sie niemal karykaturalnie. ;)

(Potworki na starych rowerach. Nik ustawil sie przodem i w dodatku zgarbil, ale widac troche, ze jest biedak przygiety i skurczony. Za to Bi nogi ma juz wyraznie za dlugie na swoj rowerek)


Przywiozlam wiec nowy sprzet dla Bi, a Nikowi M. obnizyl siodelko oraz kierownice w starym rowerku siostry. Pierwsze proby ujechania, dla obu Potworkow zakonczyly sie fiaskiem. ;) Wiecie jak to jest przesiasc sie na nowy rower. Sprzet wyzszy, trzeba od nowa przyzwyczaic sie do manewrowania wieksza waga oraz gabarytami, na co Potworki ewidentnie nie byly przygotowane. Pod domem mamy za malo miejsca, zeby mogli sie porzadnie "rozbujac" i chwycic rownowage, wiec wzielismy ich ponownie na parking pod przedszkolem.

(Bi i jej nowy rumak. Gebusia czerwona, bo goraco bylo niemozebnie. :D A w tle nasz malowniczy, rozpadajacy sie plotek, ktory M. "naprawia" od wiosny :/)

O ile Bi byla zdeterminowana, zeby nauczyc sie jezdzic na nowym, pieknym rowerze, o tyle Nik urzadzil taka histerie, jakiej dawno nie widzielismy! Najpierw uparl sie, ze chce wziac swoj stary, malutki rowerek, a kiedy stanowczo odmowilismy, rozryczal sie tak, ze az sie zanosil. Pozna pora tez nie pomagala, bo Mlodszy byl zwyczajnie zmeczony, a wiecie jaki nastroj maja zmeczone maluchy... ;) W kazdym razie, Nik cala droge doslownie WYL! Wyl rowniez na miejscu, kiedy Bi podejmowala juz proby jazdy. Wyl mi na rekach kilka minut, zanim przekonalam go, zeby tylko sprobowal, a ja bede go trzymac tak samo jak podczas nauki jazdy na starym rowerku. I na pewno go nie puszcze. :)
W koncu sie uspokoil, wsiadl na rower, ja podtrzymalam go zeby chwycil pierwsza rownowage i co? I Mody pomknal jak strzala! :D Az musialam za nim krzyknac, zeby zwolnil, bo przyzwyczajony, ze na mniejszym rowerku musial pedalowac jak szalony zeby nabrac jakiejs sensownej predkosci, to samo robil i tu. ;)

(I prosze! Juz jedzie i to z usmiechem! A na drugim planie, Bi nadal "walczy")

Po chwili juz sam ruszal, czego nie mozna bylo powiedziec o Bi, ktora, choc pierwsza rwala sie do jazdy, jest bardziej bojazliwa i jeszcze dwa dni pozniej walczyla z grawitacja oraz wlasna wscieklizna. ;)
Najwiekszy zas popis rozczarowania i frustracji, dala w niedziele rano, kiedy dziadek przyjechal popatrzec jak wnuczka radzi sobie na prezencie od niego. No coz... Wnuczka sprobowala ruszyc raz i drugi, ale nie dosc, ze podjazd krotki, nie dosc, ze brat placze sie pod kolami, to jeszcze zadzialala chec "szpanu". Krotko mowiac, kompletnie jej nie wychodzilo, az w koncu piep**nela rowerem o ziemie i poszla do domu ryczac, tupiac nogami i trzaskajac drzwiami. Ma sie ten charakterek! :D

Po poludniu tego samego dnia, M. chcial jeszcze raz sprawdzic wszystkie zaczepy w przyczepie, znowu wzielismy wiec Potworki zeby sobie pojezdzily.

Kiepski to byl pomysl. Moze bylo to zmeczenie po dlugiej, dwukrotnej jezdzie dzien wczesniej, moze mial na to wplyw upal, ale Potworkom zdecydowanie nie szlo. Nik co prawda zapierdzielal jak wariat, jeszcze cieszac sie sam do siebie "Pedze jak blyskawica!", ale okazalo sie, ze brak mu wyczucia odleglosci oraz przestrzeni. ;)
Mimo, ze mieli mnostwo miejsca, uparcie okrazali z Bi auto M. z przyczepka. W koncu dreszczyk emocji musi byc! Na efekty nie trzeba bylo dlugo czekac. :/ Nik za ostro wzial zakret i rabnal prosto w zderzak przyczepy! Na szczescie, jedyna strata bylo przednie swiatelko w rowerku. Przywalil w nie z takim impetem, ze poszlo w drzazgi... :/

Chwile pozniej, Bi stracila rownowage (na szczescie przy ruszaniu, a nie w pelnym pedzie), wywalila sie i zdarla kolano o asfalt. Zdarla sporo, ale tylko powierzchownie. Polecialy ze dwie kropelki krwi, ktore nawet nie splynely z kolana. M. ma w aucie apteczke, wiec szybko jej to kolano opatrzylam i przykleilam plasterek. Ale swoje Mloda musiala odryczec, a potem odsiedziec w aucie dobre pol godziny, bo "kolano ja boli i nawet nie moze stanac prosto". ;)

Wisienka na torcie bylo zas wjechanie Kokusia w auto taty. Tym razem wygladalo to dosc niebezpiecznie, bo Nik nie zna strachu i pedzi na zlamanie karku. Juz widzac jak bierze luk, wiedzialam, ze sie nie wyrobi, zdazylam krzyknac ostrzegawczo "Kokus uwaaa..." i Mlody przywalil w samochod! :( Auto M. jest wysokie, wiec maly Nik uderzyl glownie barkiem oraz ramieniem w opone i ma obtarcie, ale glowa trafil juz w nadkole. Jestem wdzieczna losowi, ze w Hameryce wymaga sie, zeby dzieci jezdzily w kaskach, bo choc samego uderzenia dokladnie nie widzialam (bylam z drugiej strony auta), to ta czesc kasku, ktora Nik normalnie ma na czole, teraz mial na czubku glowy. Musial wiec niezle przywalic lepetyna... :/

Na szczescie tylko tak sie to skonczylo, ale i tak zabieralam dzieci w koncu do domu z niewyslowiona ulga... ;)

Skoro Nik nauczyl sie jezdzic na rowerze i  to tak wczesnie, pomyslalam, ze zasluzyl na nowy pojazd. Bi dostala od nas rowerek na trzecie urodziny, a rok pozniej hulajnoge. Kokus, poki co, musial zadowolic sie sprzetem po siostrze albo po dzieciakach znajomych, obitym i pordzewialym. Od kilku dni jezdzil na rowerze Bi, ktory dostalismy kiedys od kogos juz uzywany. Nie dosc, ze rower jest koloru ciemnego rozu, to jeszcze opony oraz siodelko ma biale, a to ostatnie dodatkowo poszarpane po bokach.
Co prawda moj tata twierdzil, ze ten roz to wcale nie roz, a M. proponowal, ze przemaluje rower na czarno (:D), ale sie uparlam. Nik "odziedziczyl" po Bi kolyske, lozeczko, dwa foteliki samochodowe, dwa wozki, a na koniec dwa rowerki. Jak narazie, jedynym sprzetem, ktory kupilismy tylko dla niego, byl automatyczny bujak, ktory ratowal nam psychike przez pierwszych kilka miesiecy jego zycia. No, cos mu sie po tych niemal 5 latach nalezy, prawda?! ;)
Uparta matka zamowila wiec synowi nowa "blyskawice". Chcialam niebieska, ale nie bylo nic ladnego w rozsadnej cenie. Szukalam bowiem czegos tanszego, majac w pamieci, ze za jakies dwa lata, Nik, podobnie jak Bi teraz, bedzie musial sie przesiasc na wiekszy model.
Stanelo na zoltym. Dokupilam mu przy okazji "nozke", zeby mogl rower elegancko stawiac oraz koszyk, poniewaz Nik jest urodzonym zbieraczem i z kazdej przechadzki przynosi kupe "skarbow". :)
A "blyskawica" prezentuje sie calkiem niezle. ;)

(Ojcu, po polgodzinnej walce z pedalami (podobno gwinty byly nierowne) udalo sie zlozyc sprzet, ku wielkiej radosci syna)


Poza tym, ostatnie upalne dni (wczoraj stuknelo 36 stopni, a czujnik mamy w cieniu!) uplywaja Potworkom na plawieniu sie w basenie.

(Sama radosc :D)

Dla mnie woda nadal jest za zimna na zamoczenie, zajmuje sie wiec wylawianiem smieci, podtopionego robactwa oraz sprawdzaniem jakosci i dodawaniem chemikaliow. Zazwyczaj i tak sie przy tym nieco zachlapie, wiec lacze przyjemne z pozytecznym. ;)

Od wczoraj (sroda) jednak, musialam pomalu spiac dupke i zaczac pakowanie na wyjazd. A wlasciwie to przygotowania do pakowania, bowiem zaczelam od prania. W koncu, zeby sie pakowac, trzeba miec najpierw zapas czystych gaci i nie tylko. ;) Chce tez wyszorowac lazienke oraz kuchnie i odkurzyc, zeby nie wracac do kompletnego syfu. Bardzo przejmowac sie jednak nie bede, bo i tak przywieziemy ze soba pewnie kupe piachu z plazy. ;) A w piatek juz bede pakowac wszystko oprocz jedzenia i najpotrzebniejszych kosmetykow...
Na to pole kempingowe mozemy sie zjawic "juz" o 13 po poludniu, a mamy okolo 3 godzin jazdy, wiec chcielibysmy wyjechac pomiedzy 9 a 10 rano. W sobote rano, nie bedzie wiec zbyt duzo czasu na pakowanie. Znajac jednak zycie, wyjedziemy o 11. :D

Co jeszcze z ciekawszych wydarzen?

Pamietacie jak niedawno napisalam, ze z jednego kempingu musielismy zrezygnowac, bowiem nie mozna miec tam psow? W srode cos mnie tknelo i zaczelam dokladnie sprawdzac pozostale rezerwacje. Okazalo sie, ze mialam nosa! Musze odwolac rezerwacje w kolejnym. Tym razem "winowajca" nie jest Maya, lecz... nowa przyczepka! Jest za dluga. Wszystkie miejsca kempingowe maja wyznaczone miejsca i najwyrazniej w niektorych, sa one dosc ciasne... Stara przyczepa wjechalibysmy z palcem w nosie, nowa jest za dluga o troche ponad metr. :/

Poza tym, od czasu do czasu, olsniewa mnie, ze posiadam w domu syna. ;) Mam po prostu wrazenie, ze mali chlopcy miewaja pomysly, ktore rzadko przychodza do glowy dziewczynkom. O czym mowa? Nik stal sie ostatnio milosnikiem robactwa. Lapie takie male cmy i przynosi mi je, trzymajac za skrzydelka i okreslajac je w dodatku mianem swoich "przyjaciol". Niestety, troche zajmuje przekonanie go, ze "przyjaciele" lepiej beda sie jednak czuli na wolnosci, zamiast w domu, kiedy w dodatku ktos blokuje im skrzydlo.


Mozna by to nawet uznac za nieco wzruszajace, szczegolnie, ze Nik w koncu swoich wiezniow wypuszcza, gdyby nie to, ze wiekszosc z nich raczej tego nie przezywa... Poczatkowo myslalam, ze Nikowi udaje sie znalezc jakies polzywe egzemplaze na ogrodzie (ktorych nie brakuje). Pierwszej cmie bowiem, wyraznie brakowalo kilku nozek. :( Niestety, kilka dni pozniej bylam naocznym swiadkiem tego, w  jaki sposob Nik swoich "podopiecznych" lapie. :/
Otoz, kiedy Kokus wypatrzy odpowiedniego "przyjaciela", podbiega i calkiem celnie "pac!" trzepie wen raczka. Po czym zbiera z ziemi ogluszona (i zapewne polamana) ofiare. Zaiste, bardzo po przyjacielsku... :/
Namietnie tez obserwuje mrowki oraz dzdzownice. Z tymi na szczescie nie probuje sie blizej zaprzyjaznic. Narazie...

Na koniec, poniewaz moje zycie zawsze musi zawierac nieco zupelnie niepotrzebnego pieprzu, we wtorek, kolezanka z pracy widziala na parkingu pod naszym budynkiem, nic innego, tylko niedzwiedzia! NIEDZWIEDZIA!!! A co gorsza, kiedy poszla zdac relacje do zarzadu budynku (zeby ostrzec ludzi przed nowym "sasiadem"), facet machnal wymijajaco reka i dodal, ze o tak, wiele innych osob widzialo go w ciagu minionego tygodnia! Ktos zauwazyl go w krzakach, ktos widzial jak przebiega przez parking, komus innemu zajrzal nawet przez okno do biura! :O
Pomyslec, ze odkad pogoda zrobila sie cieplejsza, codziennie podczas lunchu chodzilam sobie wokol budynku! Z tylu rzeczywiscie zaraz za parkingiem zaczynaja sie chaszcze, a glebiej las, usiany pojedynczymi domami tu o owdzie! Coz, na tyl budynku juz nie pojde za nic w swiecie! Pozostaje jednak ten maly problemik, ze niedzwiedz byl widziany z przodu! Aaaaa!!! :(
Najgorzej, ze nikt nie wydaje sie zbytnio przejety i nikt nie zamierza z tym nic zrobic. Ze swojej strony napisalam maila do Departamentu Ochrony Przyrody naszego Stanu (maja do tego specjalna stronke), zeby opisac gdzie i kiedy kolezanka widziala "miska", z zaznaczeniem, ze osobnik najwyrazniej niezbyt boi sie ludzi i samochodow, a to juz powod do obaw.
Ze swojej strony czuje sie mocno spanikowana. Nie dosc, ze kiedy przyjezdzam na 7 rano, moje auto jest zazwyczaj jednym z zaledwie trzech na parkingu i wokol panuje pustka, to jeszcze mieszkam doslownie 5 minut od pracy! Co to dla takiego niedzwiedzia przejsc te 3 km w okolice mojej chalupy???

Ugh... Mam nadzieje, ze dziad przeniesie sie glebiej w las... :/
A poki co, czekam na wyjazd, dluzszy weekend, plaze... I trzymam kciuki za poprawe prognoz. Po tym pieknym tygodniu, na niedziele zapowiadaja zalamanie pogody... Normalka, ze skoro jedziemy nad ocean, to prognozy pokazuja od niedzieli deszcz i spadek temperatury o jakies 10 stopni... :(

piątek, 14 lipca 2017

Nie powiem, zebym sie nudzila ;)

W Potworkowie sie dzieje. Na szczescie to takie zwykle, codzienne "dzianie" i choc troche klopotow i niepokojow jest (zgrzytania zebami tez), to oby tylko takie mnie w zyciu spotykaly. Tym bardziej, ze te niepokoje rownowazone sa przez nieco radosci, "podniety" oraz dumy. :)

Wakacje mijaja nam stanowczo za szybko. Kiedy czeka sie na kolejne wyjazdy, tygodnie mijaja jak szalone. Wlasnie sobie uswiadomilam, ze zostal tydzien do kolejnego wyjazdu, a kiedy z niego wrocimy bedzie juz koncowka lipca! Az zaczelam przegladac na Amazonie plecaki, bo przedszkolny Nika jest do szkoly za maly, a stary szkolny Bi po roku byl tak brudny, ze nadawal sie wylacznie do wyrzucenia. Nic jednak poki co nie kupilam, bo troche czasu jednak mamy. :)

Jak sie okazalo, z poprzedniego kempingu Bi przywiozla sobie cos wiecej niz umiejetnosc jazdy na rowerze bez bocznych kolek, chociaz zdobywanie tej umiejetnosci bezposrenio sie do pamiatki przyczynilo... :/
Otoz, Starsza przyznala, ze w czasie ktoregos z okrazen pola kempingowego, stracila rownowage, nie wyhamowala i wjechala w krzaki. Coz, zdarza sie nawet najlepszym. :D Nie ma co panikowac, prawda? Niestety, w Hameryce to NIEprawda... Bi miala pecha i najwyrazniej wjechala w Poison Ivy albo inne trujaca paskudztwo. :( Na szczescie zahaczyla o nia tylko  plecami. Mimo, ze byla w ubraniu, to jakis uparty listek musial pechowo wslizgnac sie miedzy t-shirt a spodenki. Najpierw wygladalo to na zadrapanie i babelki, troche jak ugryzienia komara. Nawet skomentowalam, ze strasznie Bi pozarly. Niestety, bable zamiast znikac, przez kilka dni sie rozrastaly, az w jednym miejscu urosly w wielka, jednolita, czerwona i swedzaca plame. :(

(Zdjecie troche przeswietlone, tak naprawde plama jest nieco ciemniejsza, a zaznaczam, ze wyglada duzo lepiej niz 2-3 dni temu! :/)

Teraz juz pomalutku plama zasycha, ale po moim wlasnym doswiadczeniu z Poison Ivy wiem, ze moze potrwac jeszcze nawet 2-3 tygodnie zanim zejdzie zupelnie. Mowie Wam, niemal teskno mi za nasza pospolita pokrzywa (tutaj tez wystepuje, ale duzo rzadziej), choc w dziecinstwie do smiechu mi nie bylo jak wsadzilam w nia lape. ;)

Coz... Plama Bi juz schodzi, czego nie mozna powiedziec o Nikowej opuchliznie. Nie, Nik nie wlazl solidarnie w trujace chaszcze. :) Nika cos ugryzlo. W czolo! We wtorek wrocilam z pracy i pierwsze co, to rzucilo mi sie w oczy "limo" na czole mlodszego. Myslalam, ze gdzies sie walnal, ale okazalo sie, ze zasnal w samochodzie kiedy skads z tata wracali, wiec maz moj zaparkowal pod drzewem, otworzyl wszystkie okna i pozwolil mu sie zdrzemnac. Jakis owad musial mu przejsc po buzi, Nik ja potarl, a owad ugryzl/uzadlil. :( Ale jak! W srode rano Mlodszy wstal i poskarzyl sie, ze oko nie chce mu sie otwierac. Spokojnie, tak naprawde sie otwiera, ale opuchlizna rozprzestrzenila sie na luk brwiowy co sprawia, ze Nikowi opada powieka. :(

(To zdjecie z czwartku. Opuchlizna pomalu schodzi. Na zdjeciu nie wyglada to najgorzej, chociaz widac, ze oko po prawej jest nieco mniejsze...)

Wyglada jakby sie z kims pobil, tylko ze nie ma siniaka lecz lekkie zaczerwienienie... ;) Nie wiem co za mutanty lataja nam po ogrodzie, pierwszy raz sie z czyms takim spotkalam... Na komara nie wyglada, za duza gula. Gdyby uzadlila go osa czy pszczola, wylby z bolu (przezylam to, to wiem), tymczasem Mlodszy narzekal tylko na swedzenie. Glosuje za pajakiem. :/

To niestety nie koniec rodzinnych przypadkow. W niedziele matka wypierdzielila sie na schodkach z tarasu, ktore wczesniej pomoczyly Potworki wracajac po chlapaniu w basenie. Na szczescie to tylko 3 stopnie, ale wygladalo na tyle niebezpiecznie, ze M. az podbiegl przerazony, a ja zdolalam wydusic, zeby mnie nie dotykal. Z bolu mowic nie moglam, bowiem walnelam lokciem w schodek, prad przeszedl mi przez cale ramie i nie moglam nim ruszac. ;) Okazalo sie jednak, ze lokiec i tak ucierpial najmniej. Obilam plecy i chociaz nic na nich nie widze, to bola mnie przy zakladaniu stanika. Najgorzej ucierpiala jednak doopa, ktora zjechalam po krawedziach dwoch stopni. Mam na prawym posladku "piekny" fioletowo - granatowy siniak wielkosci calkiem dorodnego jablka... ;)

(Sorki za fote moich 4 liter! Normalnie w zyciu bym Was czyms takim nie uraczyla, ale pomyslalam, ze ktos moze stwierdzic, ze przesadzam kiedy pisze, ze doopa boli mnie przy siedzeniu. Otoz, nie przesadzam... :D)

A zeby bylo smieszniej (choc mi chwilowo nie do smiechu bo siedziec nie moge), w srode, mimo ze wydawalo mi sie, ze jestem ostrozna, znow wywinelam orla na tych schodkach! Tym razem plecy jakos ocalaly, lokciem tylko lekko przydzwonilam w schodek, za to "poprawilam" siniaka na doopie, ktory to dopiero co troche przestal bolec. A ze trafilam kantem schodka nieco nizej, to go sobie jeszcze powiekszylam... :/

***

Z przyjemniejszych wydarzen, odkrylismy, ze Bi ruszaja sie trzy zeby naraz! Pozostala dolna jedynka oraz obie gorne. Niedlugo bedziemy miec w domu niezlego szczerbola, a Wrozka Zebuszka niech juz lepiej zacznie oszczedzac. ;)

Skoro o zebach mowa, to Nik zaliczyl kolejna kontrole u dentysty. Kontrola jak kontrola, Nik akurat ma uzebienie w stanie idealnym, chociaz on sam marzy o wypadajacych zebach, jak u siostry. :) Usmialam sie jednak z entuzjazmu, z jakim Nik podchodzil do wizyty w gabinecie. Dla mnie, jako dziecka, wizyta u dentysty to byla trauma, a tu prosze. Nik przez 3 dni odliczal i zloscil sie, ze czas tak wolno leci. ;) W poniedzialek wstal i natychmiast zaczal rozprawiac, ze dostanie nowa szczoteczke, nowa paste i wybierze sobie naklejki oraz sticky hand (taka gumowa lapka pokryta jakby klejem, ktora przykleja sie do gladkich powierzchni). Napalil sie na ta "sticky hand" jak szczerbaty na suchara, a ja staralam sie go przygotowac na to, ze w dentystycznej skrzyni nagrod, moze jej nie byc. ;) Mlodszy nawet nie chcial tego sluchac, ale na szczescie "lapka" byla. Nawet druga znalazla sie dla Bi. Uff... :)
Swoja droga, to niesamowite, ze Nik po pol roku nadal pamietal, ze wlasnie ta duperelke wybral sobie u dentysty ostatnio. Szczegolnie, ze zabawka szybko zostala oklejona brudem oraz wlosami i w ciagu kilku dni wyladowala w koszu. ;)

Poza tym, musze pochwalic Kokusia! Mlodszy Potworek, moj malutki syneczek, umie jezdzic na rowerze na dwoch kolkach! :)
Pisalam ostatnio, ze na kempingu, kiedy Bi uczyla sie jezdzic, M. odkrecil kolka boczne rowniez Nikowi. Ten zas odpychal sie nogami i swietnie balansowal, ale pedalowac za cholere nie chcial. Przekonywalismy, podtrzymywalismy, na nic. Nie i nie, on sie boi, on nie chce, on woli po swojemu. Odpuscilismy, bo stwierdzilam, ze w koncu ma czas na takie akrobacje. Okazalo sie jednak, ze kiedy zostawilo sie Nikowi wolna reke, sam pomyslal, przekalkulowal i w koncu poprosil, zeby mu pomoc. We wtorek podtrzymywalam go, zeby zrobil pierwsze kolko pedalami, a potem juz je-chal! Tak jak myslalam, swietnie trzymal rownowage, potrafil nawet zahamowac, jedynie z ruszaniem mial problem. Zaledwie dzien pozniej cwiczyl juz i to!
Czy musze dodawac, ze jestem dumna jak paw?! Moj 4.5-letni syn jezdzi na rowerze na dwoch kolach! Kto by sie spodziewal! :)

Co jeszcze?

Oprocz basenu, rowerow i kempingow (oraz pracy, sprzatania, prania i gotowania, bleee...), lato uplywa nam tez na nauce. Czy raczej moich probach cwiczenia z Potworkami tego czy owego, choc przyznaje, ze z systematycznoscia leze. Bardzo bym nie chciala, zeby Bi zapomniala przez wakacje jak sie rozszyfrowuje wyrazy po gloskach, a Nik zeby jego postepy w motoryce malej poszly w las. Dusze wiec Bi o czytanie ksiazek, a Nikowi kupilam cwiczenia z zadaniami do wyciecia i przyklejenia odpowiednich elementow. Czy musze dodawac, ze przy naszych "lekcjach" slysze wylacznie jeeeeki? ;) Normalka, ze to co sprawia trudnosc, jest nielubiane. Limit Bi to jak narazie 4 zdania! :/ Trzy jeszcze jakos ida, Starsza czyta wyrazy ktore zna, inne stara sie rozszyfrowac. Ale ostatnie zdanie to zazwyczaj juz droga przez meke. Bi zlosci sie, mekoli, tarza po kanapie z frustracja, co oczywiscie irytuje mnie, bo ilez mozna powtarzac, ze to juz ostatnie zdanie, jeszcze trzy wyrazy (z ktorych jeden znasz), dasz rade, skup sie, zaraz bedzie koniec, itd... :/

Nik za to fatalnie operuje nozyczkami. Wiecie jak sie prawidlowo trzyma nozyczki? Otoz moj syn wykreca dlon do srodka i tnie kompletnie druga strona tego narzedzia! Nie wiem jak mu tak wygodnie i dziwie sie, ze w ogole jest w stanie cokolwiek w ten sposob wyciac... Ale moje poprawianie konczy sie oczywiscie wscieklizna i cale zadanie oczywiscie lezy i kwiczy. Odpuszczam wiec. To z Nikiem czasem najlepsza taktyka. Dac mu wolna reke i czekac az sam do czegos dorosnie. Nie wiem czemu z tymi nieszczesnymi nozyczkami ma takie problemy. Zaczelam z nim bowiem cwiczyc "snap words" (wyrazy, ktore dziecko ma znac na pamiec, bez literowania) z zerowkowej listy i calkiem niezle mu "wchodza". Nawet kiedy za zadanie ma je przepisac kilka razy, nie ma problemu. Tylko cwiczenia z nozyczkami mu nie odpowiadaja. Kariery krawca mu nie wroze. ;)

***

Poworki korzystaja wiec z lata ile wlezie, ale cos od zycia nalezy sie tez i rodzicom. :) A rodzice, jak to rodzice, kiedy ma sie niemal 40 lat, chlapanie w basenie nie wystarczy. ;)
Odbylismy z M. cala serie rozmow, kalkulacji, dyskusji, troche zmienialismy zdanie (glownie ja, bo to ja jestem ta niezdecydowana w naszym zwiazku) w jedna czy druga strone, ale koniec koncow postanowilismy sprzedac nasza stara (stara??? Zaliczylismy nia zaledwie 3 wyjazdy! :D) przyczepke i kupic wieksza.
Powody naszej decyzji sa dwa: troche mielismy dosc lozka w tamtej przyczepce, a troche zmusily nas do tego okolicznosci. O tych "okolicznosciach" za moment. Najpierw o lozku.

Wiekszosc przyczepek ma duze, podwojne lozko jako staly element wyposazenia. Nasza nie miala. Trzeba bylo obnizyc stol i z poduszek w oparciach ulozyc "materac". Problem w tym, ze poduszki, choc teoretycznie jednej wielkosci, jednak troche sie roznily, jedna byla bardziej ugneciona, inna mniej, w rezultacie tworzac nierownosci, ktore sprawialy, ze nie dosc ze czlowiek turlal sie uparcie na jedna czy druga strone, to jeszcze budzil z bolem plecow. Kto spal kiedykolwiek na kiepskim materacu, ten wie. To jednak bylam w stanie przelknac i upieralam sie, ze chce "wycisnac" z naszej przyczepy chociaz ten jeden sezon. No przeciez dopiero co ja kupilismy! :/

To teraz bedzie o "okolicznosciach", a raczej calej sytuacji, ktora sprawila, ze szala przechylila sie jednak na kupno nowej przyczepy...

Otoz, podczas ostatniego wyjazdu wynikla przykra sprawa zwiazana z opieka nad naszym psem. Potwierdza sie, ze z rodzina najlepiej na zdjeciu, a na ta (i tak praktycznie nie istniejaca), ktora mamy na miejscu, nie mamy co liczyc.

Zazwyczaj kiedy wyjezdzalismy, nasza suczka opiekowala sie ciotka M. Ona sama zawsze twierdzila, ze sprawia jej to przyjemnosc, a przy okazji zawsze "wprowadzala" sie do naszego domu, cieszac sie ogrodem i zielenia, z racji, ze na codzien mieszka w ciasnym mieszkanku na 2 pietrze.

Tu musze nadmienic, ze ciotka M. to osoba bardzo "specyficzna". W skrocie, stara panna (niby ma faceta, ale to taki zwiazek - niezwiazek, poza tym czesto stwierdzam, ze "stara panna" to stan umyslu :D) o dominujacym charakterku, posiadajaca dwa koty i dokarmiajaca cala gromade bezpanskich. O tym jej "dokarmianiu" mozna ksiazki pisac. Zima rozklada na murkach gazety zeby kotkom dupki nie marzly w oczekiwaniu az wyjdzie z miskami, a swojego faceta przymusila do sklecenia kilku schronow na ksztalt "cieplarni", tylko mniejszych. Co wiecej, ona do tych "schronow" ciagnie przedluzaczami prad i wsadza grzalki kiedy jest mroz! Czaicie? Pomijam juz, ze to straszne ryzyko pozaru, ale kto wstawia grzalki do "domkow" dla bezpanskich kotow???
Wybaczcie ten przydlugawy opis, ale konieczny jest, zebyscie zrozumialy z jaka osoba mamy do czynienia...
No, ma swira (kota) kobieta i nie moze przezyc, ze kiedy wychodzimy z domu, Maya zamykana jest w klatce. Nie przyjmuje do wiadomosci, ze nam tez zupelnie sie to nie podoba, ale ze Maya ma straszne zapedy destrukcyjne, uznalismy, ze nie mamy wyjscia. Poza tym, nie wiem jak jest w Polsce, ale tutaj takie klatki to normalny element wyposazenia dla psow i nikt nawet nie zwraca na to uwagi, a my i tak kupilismy klatke wielkosciowo przeznaczona dla labradora badz wilczura, a nie dla sredniej wielkosci rasy. Nie, wedlug slow ciotuni, my sie nad psem znecamy i nie powinnismy posiadac zwierzat... :/

Od jakiegos czasu dusila nas, zebysmy ogrodzili wiate na samochody siatka i zrobili do niej odsuwana brame (aby mozna bylo nadal wjezdzac autem), zeby podczas naszej nieobecnosci sluzyla jako wybieg dla Mai! Przyznaje, ze szczeki nam opadly, ale poczatkowo, z grzecznosci, mowilismy ze sie zastanowimy. W koncu dom oraz dzialka naleza do nas i to nasza decyzja jak je zagospodarujemy.
Nasz ogrod to moze nie szczyt stylu i elegancji, w tym roku w ogole jest zarosniety i zaniedbany, a ta wiata to watpliwa ozdoba, ale nie potrzebuje jej "upiekszac" dodatkowo jakas dziwna konstrukcja z siatki! W koncu jednak, przed ostatnim wyjazdem, ciotka zadzwonila do M. spytac, czy "juz" ogrodzil wiate siatka. Tak jakby to bylo oczywiste, ze to zrobimy, skoro ona sugeruje! :/ Kobieta jest przyzwyczajona do niepodzielnych rzadow, jej facet robi wszystko dokladnie pod jej dyktando, wiec nawet jej pewnie nie przyszlo do glowy, ze ktos moze nie zastosowac sie do jej wskazowek. Kiedy wiec M. stanowczo powiedzial, ze nie zamierzamy nic takiego robic, a pies teraz, kiedy M. pracuje na druga zmiane ma naprawde dobrze (bo w klatce nie siedzi w ogole), wsciekla powtorzyla, ze niektorzy ludzie nie powinni miec zwierzat i rzucila sluchawka! :/

Jesli o mnie chodzi to krzyzyk jej na droge. Moze sie juz nie odezwac, plakac nie bede. I tak toleruje ja wylacznie dlatego, ze to ciotka M. i zeby Potworki mialy choc namiastke dalszej rodziny...

Pozostal jednak problem co zrobic z Maya podczas naszych wyjazdow.

Poprosilam mojego tate. Tata mieszka niecale 10 minut drogi od nas, wiec nie musi zbyt daleko jezdzic, a podjechanie dwa razy dziennie do psa, wypuszczenie go na siusiu, danie swiezej wody, karmy itd. nie zajmuje az tyle czasu.
Wiem oczywiscie, ze tata pracuje, ale w gre wchodzilo tylko popoludnie w sobote, niedziela, poniedzialek, wtorek (ktory byl tu swietem wolnym od pracy) oraz sroda rano. Tylko dwa dni byly pracujace, a z tego w jednym potrzebowalismy zeby podjechal tylko z rana, bo wieczorem wracalismy. Nie wydawalo mi sie ze to az takie obciazenie...

Niestety, przeliczylam sie. Dzwonilam do taty co wieczor spytac jak sobie radzi, jak Maya, itd. I juz w poniedzialek uslyszalam bardzo nieprzyjemny wyklad na swoj oraz M. temat. M.in. ze dla niego przyjechanie do nas to 1.5 godziny z glowy, dwa razy dziennie daje 3 godziny, a to juz pol dnia, ze on ma swoje zycie, ze mamy sie zastanowic czy chcemy sobie jezdzic, czy posiadac psa, itd.
Nie opisze Wam, jak przykro mi sie zrobilo. Ja nie prosilam ojca, zeby przyjezdzal za kazdym razem na 1.5 godziny. Wrecz przeciwnie, podkreslalam, zeby sie nie klopotal, zeby tylko Maye wypuscil na "zalatwienie sie", dal wode, jedzenie i tyle. Ze to tylko 3 pelne dni i dwie polowki. Nic jej nie bedzie... On sam na siebie nalozyl obowiazek rzucania psu patyka przez godzine (Maya moze tak biegac w nieskonczonosc), a potem ma pretensje...
Po chwilowym smutku, ze nawet na ojca nie mam co liczyc, przyszla jednak zlosc. Kurna, czy ja naprawde prosilam o tak wiele?! Cale dziecinstwo pamietam, ze z mama i siostra, opiekowalysmy sie psami znajomych, wyprowadzalysmy psy sasiadow, karmilysmy im koty i rybki! Nie bylysmy rodzina tylko znajomymi, a nie robilysmy z tego zadnego problemu! Bo przeciez niemal kazdy posiada jakies zwierzatko, ale nie oznacza to, ze trzeba sie zamknac z tym zwierzakiem w czterech scianach i juz nigdzie nie wyjezdzac! No bez przesady! Ale dla mojego ojca to bylo za duzo! I zrozumialabym gdyby musial jechac do nas pol godziny. Ale on mieszka w sasiednim miasteczku, niecale 10 minut drogi! :/

Zaprawde powiadam Wam, z rodzina najlepiej na zdjeciu. ;)
Albo, nie wiem, moze to ja jestem dziwna i mam wygorowane oczekiwania? Powiedzcie?

W kazdym razie, po wysluchaniu jak to mojemu tacie ciezko i jacy to my jestesmy nieodpowiedzialni, zazgrzytalam zebami i stwierdzilam, ze wiecej go nie poprosze! Siadlam wiec z wydrukami naszych rezerwacji i zaczelam glowkowac.
Kiedy rezerwowalam kempingi, staralam sie wybierac takie, na ktorych mozna miec zwierzeta. Nie majac jednak w tej materii zadnego doswiadczenia, nie wiedzialam, ze wiekszosc pol kempingowych zezwala na zwierzaki tylko w okreslonych czesciach, a na stronie do robienia rezerwacji nie bylo to jasno zaznaczone. Dopiero kiedy wydrukowalam potwierdzenia, zaznaczone bylo, ze akurat na tej miejscowce, zwierzeta sa niedozwolone. Wtedy jednak az tak bardzo sie nie przejelam, bo przeciez ciotka M. zawsze zapewniala, ze dla niej to sama radosc... :/

Teraz jednak, kiedy sprawy z opieka nad psem sie pokomplikowaly, spojrzalam na potwierdzenia rezerwacji na nasze pozostale 4 kempingi. Musze przyznac, ze mialam wiecej szczescia niz rozumu, bo jak na 3 poprzednie, ani jedna miejscowka nie byla "pet - friendly", tak na 4 pozostale az 3 pozwalaja na obecnosc psow! :) Z ostatnim wyjazdem mi sie niestety nie poszczescilo, bo te pole kempingowe nie zezwala na obecnosc zwierzat w ogole. :/ Bedziemy musieli odwolac rezerwacje i albo znalezc cos w innym miejscu, albo nigdzie juz nie wyjezdzac. Szkoda jednak by bylo, bo to bedzie ostatni letni dlugi weekend. :)
A do pozostalych trzech miejsc bede jeszcze dzwonic i dopytywac, zeby potem nie miec przykrych niespodzianek. ;)

I tu dochodzimy ponownie do kwestii przyczepki. W naszej starej, nie dosc ze lozko niewygodne, to jeszcze zupelnie nie bylo miejsca na psa! To znaczy, miejsce by sie znalazlo, ale wtedy kompletnie nie byloby gdzie stanac. Nasz pies to niestety nie jamnik czy inna chihuahua. ;)
Kwestia lozka i zwiazanego z nim przerywanego snu, wyplywala w kazdej rozmowie o kolejnych wyjazdach, wiec brak opieki nad Maya byl ta kropla, ktora przelala czare. Stwierdzilismy, ze szukamy czegos wiekszego! W poszukiwaniach bylismy ograniczeni dosc waska brama pod domem oraz maksymalnym ciezarem, ktory moze ciagnac auto M. Oprocz tego, koniecznie chcielismy, zeby przyczepa miala pietrowe lozko, aby Potworki nie musialy spac razem (co laczyloby sie oczywiscie z wzajemnym rozpychaniem, kopaniem i klotniami), dosc szybko wiec poszukiwania zawezilismy do kilku modeli.
Moim warunkiem bylo jednak, zeby najpierw znalezc kupca na stara przyczepke. Jestem pragmatyczna az do bolu, nie lubie szastac pieniedzmi, a poza tym mialam ciarki na mysl o dwoch "klamotach" stojacych na moim ogrodzie. ;) Mialam tez obawy, ze na to "malenstwo" nie bedzie zbyt wielu chetnych. A tu niespodzianka! W 3 dni znalezli sie kupcy, dajacy nam w dodatku wiecej pieniedzy niz spodziewalismy sie, ze za nia wezmiemy! Para ta od kilku lat jezdzila pod namiot, az wkoncu poczuli ze dosc maja 2-godzinnego rozkladania, porannego rozpalania ogniska zeby sie rozgrzac i ogolnej niewygody. :)

To byla zeszla sobota, a nas dopadla panika. Mamy kolejny wyjazd za 2 tygodnie (teraz juz za tydzien), a tymczasem zostajemy bez przyczepy! Aaaaaa!!! ;)

Podobnie jednak jak ze sprzedaza, mielismy sporo szczescia z kupnem. Obejrzelismy nowiutka przyczepke u dilera, za ktora jednak wolali jak za zboze w zwiazku z kilkoma dodatkowymi (i bezsensownymi) akcesoriami. M. juz rozwazal jazde do innych dilerow w Stanie New Jersey lub Nowy Jork, oddalonych od nas o jakies 3 godziny, ale majacych znacznie przystepniejsze ceny...
Traf jednak chcial, ze znalazl prywatne ogloszenie o sprzedazy przyczepy, w miasteczku oddalonym od nas o 15 minut jazdy. Facet sprzedawal zaledwie roczna przyczepe po bardzo okazyjnej cenie. Az troche glupio mi bylo, bo my jeszcze nieco wytargowalismy, a potem sie okazalo ze ow czlowiek wyprzedaje sporo swojego dobytku, bo sie rozwodzi. :( I to w kiepskim stylu, bo np musielismy poczekac kilka dni na zapasowe klucze do przyczepki, bowiem zostaly w jego dawnym domu, do ktorego jemu nie wolno sie zblizac bez oficjalnej zgody bylej malzonki (nakaz sadowy)... Poczulam sie troche jakbym zerowala na czyims nieszczesciu, bo facet mogl spokojnie wystawic przyczepke za duzo wyzsza cene, a wystawil ja tylko za tyle, ile mu jeszcze zostalo do splaty w banku. :(

W kazdym razie, juz od poniedzialku, stoi nam na ogrodzie nowe cudo.

(Nowy wakacyjny domek jest dluzszy od starego o niecale 2 m)

Zeby nie bylo za pieknie, "cudo" okazalo sie miec zepsuta pompe. ;) Na szczescie M. zamowil nowa i twierdzi, ze bez problemu wymieni. Oby. :/
Oprocz tego, musielismy kupic nowy materac na lozko, bo go nie bylo. Sprzedajacy twierdzil, ze kupili z ex nowy, bo oryginalny byl niewygodny. A przy rozwodzie jego "byla" go zabrala. :/

(Powojne lozko, oh yeah!)

Mnie zas dziwi, ze zabrala sam materac zamiast calej przyczepki. ;)
Przyczepa ma duza lodowke, osobny zamrazarnik oraz nawet piekarnik! :O
Na zdjeciu wyzej, niemal w lewym gornym rogu, widac tez kawalek ekranu. Facetowi zainstalowano na zamowienie tv oraz DVD! Bi juz dopytuje czy bedziemy ogladac bajki, ale mowy nie ma! Nawet na deszczowe dni, wole zabrac planszowki, puzzle, kredki, itd. Podczas tych wyjazdow chce spedzac czas z dziecmi, tak naprawde spedzac go razem, a nie gapic sie w telewizor! :/

(Widok na lewo od wejscia. Widac wbudowana lodowko - zamrazarke, a w glebi pietrowe lozko)

Po prawej stronie od wejscia jest podwojne lozko, a na wprost - kuchnia, skladajaca sie w sumie tylko z kuchenki, podwojnego zlewu oraz lodowki. Nie ma niestety zadnej powierzchni gdzie mozna by chociaz kanapke posmarowac. :/ Na szczescie, po przeciwnej stronie jest stolik jadalniany, gdzie mozna to zrobic. Zlew ma tez specjalne pokrywy, wiec mysle, ze jedna jego polowe przeznacze wlasnie na taka powierzchnie "robocza".

("Jadalnia")

Tutaj stolik oraz siedzenia rowniez skladaja sie w pojedyncze lozko. Moze kiedys z niego skrzystamy, jesli ktores z Potworkow zaprosi na wyjazd kumpla. Narazie cieszymy sie, ze nie musimy rano szybko skladac lozka, zeby mozna bylo w ogole usiasc przy stole. ;)

(lazienka)

W lazience jest wiecej szafek oraz polek, chociaz sa w sumie zbedne.

(Miedzy lazienka a pietrowym lozkiem, schowana jest spora szafa)

Ogolnie przyczepa jest sporo wieksza niz poprzednia i co najwazniejsze, obok duzego lozka lub przy wejsciu, jest wystarczajaco miejsca, zeby mogl polozyc sie tam pies, nawet takie "bydle" jak Maya. :)

Jest jeszcze jedna rzecz, ktora najbardziej cieszy M. Nie widac tego zbyt dobrze na zdjeciach, ale oba lozka pietrowe posiadaja zaslonki, ktore mozna zasunac dla prywatnosci. Wokol duzego lozka zas, idzie kotara podwieszona na suficie (cos na ksztalt zaslon wokol lozek w szpitalach), ktora rowniez mozna zasunac. M. juz sie cieszy na swobodne bzykanko. :D

No i jak to jest, ze wydaje mi sie, ze mam tylko pare rzeczy do wspomnienia, a potem wychodzi tasiemiec??? ;)

Milego weekendu!