piątek, 26 sierpnia 2016

Potworki i spotkania zapoznawcze :)

Mam dla Was sprawozdanie. ;)

Mamy za soba spotkania organizacyjne. W sumie oblecenie podstawowki oraz przedszkola, zajelo nam okolo 2 godzin, ale po powrocie do domu czulam sie, jakbym przebiegla maraton... ;)

(Czy musze pisac, ze Nik probowal zwedzic niebieskiego balona? :D)


Zachowanie Bi podlamalo mnie i zaalarmowalo. Weszlismy do jej klasy, przedstawilismy sie pani i po chwili wszystkie dzieci zostaly zaproszone do koleczka na dywanie. A moja cora myk! Przylgnela do mojej reki i uderzyla w placz. Za nic nie chciala usiasc obok dzieci! :/ Cale szczescie, ze w tym momencie weszla jedna z jej kolezanek z przedszkola ze swoja mama i tylko to przekonalo ja, zeby pojsc do koleczka. Nauczycielka przeczytala dzieciakom krotka ksiazeczke o pierwszym dniu w zerowce i nauczyla smiesznego wierszyka, gdzie kazde dziecko musialo po kolei brac do reki papierowe ciasteczko i powtorzyc kilka slow. Tu juz Bi sie rozruszala i powtorzyla swoja kwestie niemal bezblednie.


W klasie, oprocz tamtej kolezanki, jest jeszcze dwoch chlopcow z jej grupy przedszkolnej, mam wiec nadzieje, ze byl to tylko chwilowy kryzys i w poniedzialek obedzie sie juz bez placzu. Zobaczymy...

A jak moje wrazenia, jako rodzica?

Nauczycielka wydaje sie fajna. Energiczna, wzglednie mloda, ale posiada 24 lata doswiadczenia, wiec mysle, ze jest juz dobrze po 40stce. Nie wiem czy na spotkaniu zapoznawczym byly wszystkie dzieci, ale jesli tak, to jest ich niewiele, bo okolo 12. Podoba mi sie taka mala klasa...

Za to, jesli chodzi o organizacje, to tradycyjnie maja balagan. Powinnam chyba sie przyzwyczaic. ;) Powiadomilam nauczycielke, ze mimo iz Bi jest zapisana na swietlice, to w poniedzialek i wtorek w przyszlym tygodniu, bedzie odwieziona i odebrana przeze mnie od razu po lekcjach. Coz... Pani G. oznajmila, ze nie wystarczy powiadomic jej, musze rowniez zglosic to do sekretariatu... Poczlapalam wiec do biura, do ktorego, przy gromadzie nowych rodzicow z lista pytan, nie bylo wcale latwo sie przebic. A tam pani zdziwiona, odpowiada, ze przy zmianach w odbiorze/odprowadzaniu dziecka, trzeba zostawic pisemna notke nauczycielce. To wszystko.

Musze sie nauczyc, ze w tej szkole nic nie bedzie jasne ani proste. :D

Najwiekszym rozczarowaniem okazala sie zas wlasnie "swietlica". Spytalam sekretarke, gdzie sie ona znajduje, zeby pokazac ja zawczasu Bi i przygotowac, ze to tam bede ja rano zostawiac i stamtad ja odbierac. Hmmm... Okazuje sie, ze swietlica jako taka nie istnieje. :( Dzieci rano zostaja w stolowce szkolnej i tam tez sa odprowadzane po lekcjach. Tragedia! Dzis nie mialam na to czasu, ale musze pogadac z tymi ludzmi i spytac co te dzieci w tej stolowce wlasciwie robia?! Na stronie szkoly, pisza o opiece pozalekcyjnej, jako o calym programie, zajeciach, pomocy w odrabianiu lekcji... Jak oni zamierzaja to zorganizowac w pomieszczeniu, ktore spelnia jeszcze funkcje stolowki oraz sali konferencyjnej?! Kurna, nie podoba mi sie to. Ani troche. :/

Z tego wszystkiego, znow zapomnialam zapytac o te nieszczesne obiady... ;)

Aha, przejechalismy sie tez school bus'em i dla dzieciakow byl to zdecydowanie gwozdz programu. Szczegolnie Nik mial radoche, pokrzykiwal, popiskiwal wesolo, oczywiscie komentujac wszystko, co widzi. ;)

Potem przyszedl czas na przedszkole. Tutaj juz osobiscie mocno sie wynudzilam, bo znam panie, znam system oraz zasady. One zreszta znaja i nas. Nie mogly sie nadziwic jak Nik przez lato urosl (ja, widzaca go na codzien, nie zauwazam roznicy), przywitaly Bi przytulasami. Milo bylo, tylko M. ukradkiem ziewal. ;)


Nik byl bardzo dumny ze swojej szafki, obejrzal lazienke, a pozniej wsiakl w klocki i tyle bylo z zainteresowania nowym miejscem. Zobaczymy jak to bedzie w poniedzialek. ;)
Tutaj tez jest tylko kilkanascioro dzieci i to az na 4 panie... A w grupie conajmniej czworo dzieci z bylej grupy Bi, wiec bedzie sporo znajomych twarzy. :)

Tak to bylo dzisiaj. Powiedzialabym, ze pierwsze koty za ploty, ale mysle, ze to dopiero w poniedzialek. ;) A raczej we wtorek. Dopiero po pierwszym dniu, kiedy Potworki zostana w placowkach same, bede mogla powiedziec cos konkretnego o tym, jak to zniosly. ;)

A poki co, milego weekendu! :)

czwartek, 25 sierpnia 2016

Czwarta Rocznica, ale sa wazniejsze sprawy...

No tak.

Dzis stuknely nam 4 lata odkad przysiegalismy sobie milosc, wiernosc i tak dalej... przed Bogiem (bo przed urzednikiem to 5 lat wczesniej :D).



Czwarta rocznica zwana jest zdaje sie jedwabna, kwiatowa lub owocowa. A tymczasem...

...moze i mialabym kilka przemyslen co do naszego stazu malzenskiego oraz stylu zwiazku, ale akurat dzis, Rocznica wydaje sie malo istotnym wydarzeniem...

Dzis czuje juz stres przed kolejnymi kilkoma dniami, z pominieciem weekendu. Ktory zreszta mial byc spokojny i leniwy, a bedzie czesciowo w biegu, bowiem dostalismy zaproszenie na urodziny, na doslowna ostatnia chwile. Przyszlo poczta we wtorek, a przyjecie jest w sobote. Mocna przesada, wedlug mnie. Gdyby nie to, ze urodziny swietuja blizniaki mojej dobrej kolezanki, olalabym je i nawet nie silila sie na odpowiedz. Poniewaz jednak R. szczerze lubie, a i jej chlopaki sa fajni i dobrze ulozeni, no to idziemy...

Ale do brzegu...

W Stanach nie ma uroczystego rozpoczecia roku szkolnego. Nasz rozpoczyna sie w poniedzialek i sa to juz normalne zajecia. Podejrzewam oczywiscie, ze przez pierwsze kilka dni, nauczyciele pomalu wdrazaja zasady, wymagania, itd. Wszystko to jednak odbywa sie juz bez udzialu rodzicow (ci dostaja caly stos papierkow do wypelnienia oraz informacji do zapamietania). Zamiast apelu i przywitania, we wszystkich szkolach w naszym miescie (w innych jest chyba podobnie), w piatek (czyli jutro) sa spotkania zapoznawczo - organizacyjne. Wspominalam juz zreszta o tym. Na 9 rano jedziemy do podstawowki Bi, gdzie poznamy jej wychowawczynie, klase, przejedziemy sie autobusem szkolnym... Ja dodatkowo musze sie dowiedziec, gdzie znajduje sie swietlica oraz ile w koncu mam placic za te cholerne obiady. :/

Miedzy 11 a 13 zas, podjedziemy do Kokusiowego przedszkola. Nik zna w zasadzie to miejsce, w koncu caly zeszly rok odbieral ze mna Bi, teraz jednak idzie tam juz jako oficjalny przedszkolak. Pozna gromade swoich wychowawczyn oraz wybierze sobie szafke. Ja z kolei musze mu pokazac lazienke i wtluc do glowki, ze tam wlasnie ma sie zalatwiac, bo obawiam sie, ze ze stresu moze sie zaciac, nie poprosic i w rezultacie popuscic w gacie.

M. wzial pol dnia wolnego i pozornie jest git, bo moglabym jechac na kazde spotkanie z pojedynczym Potworkiem, tylko ze wczoraj przelotnie oznajmil cos w stylu, ze idzie z nami... Hmmm... Nie bardzo mam na to ochote (glownie, chcialam uniknac obydwu Potworkow rozpraszajacych sie nawzajem), ale z drugiej strony M., jesli chodzi o sprawy przedszkolno - szkolne, jest tak malo aktywnym rodzicem, ze nie chce mu tego otwarcie mowic, zeby go nie zniechecac. :D Trzymam po prostu kciuki, zeby mu sie jednak nie chcialo. ;)

Tak wygladaja plany na jutrzejszy dzien. To jednak pikus, idziemy tylko na krotko, poznac sie, poogladac, po czym wracamy do domu i cieszymy sie weekendem.
Glownym powodem moich rewolucji zoladkowych, jest nastepny tydzien...

Wzdrygam sie na mysl o ryku, o kurczowym trzymaniu sie moich spodni... O Bi jestem w sumie spokojna. Przynajmniej narazie, bo jesli nowa pani nie przypadnie jej jutro do gustu, moze byc nieciekawie... Mysle jednak, ze tak czy owak, kilka dni i przywyknie...
Nik jednak spedza mi sen z powiek... Mlodszy nadal na wzmianke o przedszkolu reaguje gwaltownym protestem, a zupelnie nie zdaje sobie sprawy, ze ono wlasnie nadeszlo... Boje sie ryku i krzykow, zebym go zabrala do domu. Boje sie, ze wroci mu zanoszenie sie od placzu az do omdlenia (tego chyba najbardziej). Ogolnie, mam pelne gacie... Przerabialam to rok temu i chociaz wiem, ze minie, to jakos nie czuje sie spokojniejsza...

Tak jak w zeszlym roku, wzielam na nastepny tydzien 3 dni wolnego. W poniedzialek i wtorek chce odbierac Nika w porze lunch'u. Potem chwile pobawimy sie w domu i na 15:15 trzeba bedzie jechac po Bi. Zawozic bede oboje rano okolo 8:30. W srode jednak chce zawiezc Bi troche wczesniej, na swietlice, zeby sie z nia zapoznala, bowiem normalnie stamtad bedzie szla na lekcje. I po lekcjach tez chce zeby poszla na chwile do swietlicy.
Dodatkowo, chce zeby Nik w srode juz zostal w przedszkolu na drzemke...
To bedzie taki dzien "przejsciowy".
A w czwartek juz niestety, powrot do kieratu. Na 7 rano Nik do przedszkola, Bi do swietlicy, ja do pracy, a odbior Potworkow dopiero po 16. :(

Czeka mnie ciezkie kilka dni (raczej tygodni)... Bede zdawac relacje na biezaco (mam nadzieje).

Kciuki mile widziane...

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Z serii: w tym domu sie gada + kilka potworkowych "akcji"

Wlasciwie to powinnam byla zmienic tytul na "w tym domu Nik gada", bowiem wszystkie przytoczone tesciory naleza do Kokusia. Nie, zeby Bi zaniemowila czy cus. O nie, wrecz przeciwnie, gada chyba az w nadmiarze, tylko, ze glownie sa to roznorakie fochy oraz pretensje. Nie da sie ukryc, ze jakis ciezki okres przechodzi to dziecko tego lata... :/

Bi teskni za przedszkolem. Teskni za paniami oraz kolegami. A jednoczesnie wie juz, ze za tydzien nie wraca w znajome mury, tylko do strasznej (bo nieznanej) zerowki. Moge tylko wyobrazic sobie co sie dzieje w tej blond glowce, bo sama czuje sie lekko zestresowana... "Lekko", bo bardziej niepokoi mnie jak zareaguje na zmiany Nik (dla niego bedzie to naprawde kolosalny szok), ale troche jednak martwie sie i o Bi... Najwiekszy stres przezywa jednak ona, a ja nie moge w zaden sposob zapewnic jej, ze bedzie dobrze (o czym jestem przekonana).

"Ja robie, co ja lubie!!!"

Slyszymy od naszej corki kilka(nascie) razy dziennie. Pasuje jak ulal, bez wzgledu na to, czy matka akurat czegos zabrania, czy kaze cos zrobic. Ona robi, co ona lubi... :/ Coz... gdzies odreagowac musi...


Ekhem... Tego, wiec... Ponizej teksty Nika:

Jedziemy na basen. Poniewaz cale 25 min. drogi uplynelo na sluchaniu stereo z tylnego siedzenia: "A kieeedy dojedziemy? A juuuus jestesmy? A gdzie ten baaaseeen?", wiec kiedy w koncu wjechalismy na parking, z ulgi wyrwalo mi sie "No, wreszcie...". Z tylu natychmiast dalo sie slyszec glosik:
Nik: "To tutaj mieska ten basen?"

Nawet basen potrzebuje mieszkania. ;)


***

Nik gania z Maya. Po chwili zza sciany slysze krotki pisk psa. Wkraczam do akcji.
"Nik, co zrobiles Mai?!"
Nik (z paluchem w nosie, niepewnie): "Zlobilem jej ksywde..."
Matka: "To wiem! A jak zrobiles jej krzywde?"
Nik: "Nadepnalem jej na palce..."
O malo nie parsknelam z tych palcow...
Matka (stara sie wygladac srogo): "Dlaczego nadepnales jej na lapke?! Daj, ja Tobie nadepne na paluchy u nogi, chcesz zobaczyc jak to boli?"
Nik: "Nie chcem..."
Matka: "No to nie rob tak Mai, bo ja to tez boli!"
Nik (skruszony): "Obiecuje, ze bede ostlozniejsy z Maya..."
Idzie przytulic sie do Mai: "Pseplasam Maya, ze ci nadepnalem na lapke..."

Na niego nie da sie po prostu gniewac! ;)


***

Znow scenka z siersciuchem w roli glownej.

M. wsciekl sie na psa, ktory, w pogoni za wiewiorkami znow oderwal koncowke rynny i deszczowka, zamiast odplywac w ogrod, lala sie pod sam dom. Naindyczony, mruczy polglosem grozby pod adresem Mai, miedzy innymi, ze odda ja do schroniska.
Nik wspanialomyslnie bierze Majuche w obrone. Najpierw groznie wyciaga paluch w kierunku ojca, krzyczac:
"Nie! Takie nie sa zasady!".

Nastepnie podchodzi do mnie po wsparcie i oznajmia:
"Tata nie moze oddac Mai na jakies wysypisko!"


***

Moje dzieci trudno nazwac naprawde dwujezycznymi, szczegolnie Nika, ktory w jakichs 95% gada po polsku. Faktem jest jednak ze paplaja sobie, swobodnie wkrecajac angielskie wyrazy w polskie zdania. ;)

Nik (udaje pieska): "Dzisiaj jest skolny lok i piesek posedl do school"

Nik przytrzymuje mi siatkowe drzwi:
"I am stronger nis te dzwi!"


***

Nik marudzi, zebym go pokarmila. Ide, ale wzdycham ciezko: "Dziecko, ile ty masz lat...?"
Nik (bez wahania): "Dwadziescia!"

No. Mam nadzieje, ze kiedy moj syn rzeczywiscie osiagnie tak "zaawansowany" wiek, nie bedzie juz prosil mamusi, zeby go pokarmila zupka. :D


***

Uwaga! Tekst ostatni NIE dla wrazliwych!!! :D

Nik, zaciekawiony, kiedy podcieram mu tylek:
"Palufki cy slaka?"


***


Poza gadaniem, cieszymy sie ostatnimi, wakacyjnymi popoludniami oraz weekendami. Kiedy tylko sie da, basenujemy. We wlasnym, sflaczalym dmuchancu...


Lub nieco porzadniejszych zbiornikach...


Zbieramy marne bo marne, ale jakiestam plony z ogrodka.


Powstaja kolejne sloiki malosolnych.

(Dwa na raz, to moj tegoroczny rekord :/)

Na dzis machnelam faszerowana cukinie z wlasnej grzadki (szkoda, ze najwyrazniej ostatnia, wiecej nie rosnie :/). Dwa baklazany czekaja na przerobke w lodowce, dwa kolejne gotowe sa do zerwania.

A Potworki bawia sie i broja. Jak to Potworki. ;)

Kilka dni temu na przyklad, Nik pozazdroscil matce kwiatow i postanowil zalozyc wlasny ogrod. :)
A jak na wiosne sadzilam kwiatki w doniczkach, to nie mial najmniejszej ochoty pomagac...
W kazdym razie, ogrod Nika okazal sie dosc nieszablonowy, bowiem urzadzil go... na przyczepie ciezarowki! :D W tym celu nasypal na pake piachu z piaskownicy (niewazne, ze na tak jalowym podlozu nic sie nie utrzyma...), polozyl kilka kamykow, pozrywal glowki kwiatow (zbrodnia!), po czym powtykal je w piasek. O, tak to sie prezentowalo:

(Prawda, jaki ladny skalniaczek?)

Nie mozna mu w kazdym razie odmowic kreatywnosci! ;) Za to nastepnego dnia byla rozpacz, bowiem z kwiatkow zostaly nedzne, zwiedle smieciuchy...

Siostra oczywiscie pozazdroscila bratu ogrodka (a glownie chyba pstryknietego przez matke zdjecia). Poczatkowo usilowala sie wlaczyc w jego projekt, ale wobec stanowczego (i bardzo glosnego) prostestu Kokusia, obrazona skopiowala go w... misce. :D


Skoro juz mowa o zabawach w piasku, Potworki jakis czas temu olaly piaskownice. Moze powodem jest to, ze rodzice udzielaja ostrej reprymendy za kazdym razem, kiedy znajduja kupki owego piasku w przypadkowych miejscach w ogrodzie. A moze pokretna, dziecieca logika...
Albowiem...
Kolejnym odkryciem bylo, ze tam gdzie trawa zostala wypalona przez slonce (badz siuski siersciucha) i wydeptana, zostaja lyse placki niczego innego, jak wlasnie ziemi! A ze glebe mamy bardzo gliniasta, wiec zabawe maja Potwory tym lepsza... Kopia, leja wode, po czym grzebia w blocku obiema lapkami. A ja naprawde, no naprawde nie rozumiem, dlaczego nie moga sie w ten sposob bawic w piaskownicy?! Czym rozni sie ten piasek i tamten piasek?!
Dobra, chyba wiem czym. Ten w piaskownicy jest za czysty. ;) Wiekszosc z Was ma niezle pojecie jak Potworki wygladaja po takiej zabawie w blocie. Szczegolnie, ze latem nosza ubrania w raczej jasnych kolorach. W kazdym razie, producenci odplamiaczy byliby zachwyceni... :D
Zdjecia musialam robic cichcem az z tarasu, bo za kazdym razem kiedy podchodzilam z telefonem blizej, Potworki zaciekawione przerywaly zabawe i lecialy do mnie z pytaniem "A co robiiisz?".
A co matka moze robic? Pstryka zdjecia dzieciarni, oczywiscie. ;)


W kazdym razie, jak widac, Potwory grzebia na pozor zgodnie, bo kazde w osobnym grajdolku. Proby polaczenia sil w jednym miejscu, skonczyly sie ostra klotnia i z lopatka na glowie, wiec... ;)

Skoro mowa o wybrykach milusinskich, to ostatnio zmywajac naczynia, wylapalam katem oka jakis podejrzany ruch pod stolem w jadalni. Zrozumialam tyle, ze Nik dokarmia czyms Maye. W pierwszej chwili myslalam, ze byly to bananowe mini muffinki, ktore tego dnia Nik pochlanial niemal garsciami. Ruszylam z ochrzanem, bo po pierwsze, nie sadze, zeby muffinki byly odpowiedznim zarciem dla psa o slabym zoladku, a po drugie, badzmy szczerzy, nie po to pieklam je prawie do 23 (zaczelam po polozeniu dzieci spac), zeby teraz polowa zostala skonsumowana przez siersciucha!
Okazalo sie jednak, ze czesciowo sie pomylilam. Nik nie czestowal Mai ukochanymi muffinkami. Bylo gorzej... On dawal jej papilotki! A te durnowate, lakome stworzenie zjadalo je bez mrugniecia okiem! Naprawde rozumiem, ze pachnialy babeczkami, zapewne zostawalo tez na nich sporo okruchow... Ale naprawde, nie czuje psisko, ze przysmak ma dziwna, papierowa "wkladke"?! :D
Na szczescie efektow ubocznych konsumpcji celulozy, nie odnotowalam... ;)

Na tym nie koncza sie ostatnie, nikowe przypadki. Zeby jeszcze bardziej umilic matce zycie, moj prawie 4-latni syn, ostatnio sobie pierdnal (sorki jesli sie krzywicie, ale to dopiero poczatek, ostrzegam lojalnie :D). Niby baczek nic specjalnego, zdarza sie, matce zreszta tez. Tyle, ze ten kokusiowy okazal sie, hmmm... soczysty, ze to tak ujme. ;) W rezultacie, nie dosc, ze w gaciach mial pieknego "kleksa", nie dosc, ze wysmarowal sobie nim oba poldupki, to jeszcze sciagajac majty, rozsmarowal go na muszli klozetowej. Od zewnatrz. Ech... :/

A dzien wczesniej posikal sie w gacie. A dokladniej, to posikal gacie, spodenki, lydki, skarpetki oraz sandaly... :/

Poniewaz ten post zostal kompletnie zdominowany przez Nika, dodam jeszcze, ze syn moj jest bardzo przyjacielski.

A przyjaciol znajduje sobie dosc... nietypowych. Pieczolowicie np. zbiera z podlogi wlosy. A ze moje sa sredniej dlugosci, a Bi naprawde dlugie, wiec bez trudu znajduje jakis wyjatkowo ponetny egzemplarz. Chodzi potem po domu ze znaleziskiem w lapie (matka odruchowo chrzaka, bo juz widzi ten wlos w gardle), oznajmiajac: "To moj psyjaciel wlos!". Oczywiscie predzej czy pozniej psyjaciel wymyka mu sie z dloni i jest rozpacz. Krotka na szczescie, bo wystarczy rozejrzec sie po podlodze w lazience, a przyjaciol znajdzie sie natychmiast bez liku. ;)

Kolejnymi stalymi przyjaciolmi Kokusia sa gasiennice, ktore pieczolowicie zbieram z moich petuni. Caly czas pojawiaja sie kolejne i moje biedne kwiatki zupelnie przestaly juz kwitnac, bo gasiennice w pierwszej kolejnosci rzucaja sie na paczki. :/
Odbieglam jednak od tematu.
Zbieram wiec szkodniki z kwiatkow. Codziennie znajduje 2-3. Nie bardzo wiem co nimi robic. Pewnie powinnam po prostu rozdeptac, ale milosiernie wrzucam w chaszcze, darujac im zycie. Ostatnio jednak, zaczelam je dawac pod "opieke" Nikowi, ktory z pasja, dotychczas zarezerwowana dla wlosow, oznajmil, ze to sa jego psyjaciele i bedzie sie nimi opiekowal. "Podopieczni" zostaja ladowani na pake ciezarowki, pozbawionej chwilowo funkcji "ogrodu". ;) Niestety, przyjazn ta jest bardzo jednostronna, bowiem kokusiowi psyjaciele w nocy tajemniczo sie z ciezarowki ulatniaja. ;)

No dobrze. Bylo o wybrykach, bylo o obsesjach. To teraz bede chwalic. Z lekka nutka sarkazmu, oczywiscie. ;)

Moj syn wiec, w wieku 3 lat oraz 8 miesiecy, SAM zalozyl sobie sandaly! :D

Nie to, ze nie jestem dumna. Pewnie, ze jestem. Jak z kazdego, nowego osiagniecia moich dzieci. Tutaj nie wiem jednak, czy nie usiasc i nie zaplakac... ;) Nik ma prawie 4 lata. Potrafi od biedy ubrac majty oraz, z wielkim bolem, spodnie. Teraz potrafi zalozyc sandaly i to tylko dlatego, ze wystarczy do nich po prostu wsunac stopy. A i tak myla mu sie nogi. ;) Za kazdym razem, kiedy wspominam, ze Bi w tym wieku potrafila ubrac sie i rozebrac od stop do glow i zapiac zarowno zamek blyskawiczny jak i guziki, po prostu zalamuje rece. Chlopcy to naprawde inny gatunek... ;)

Co poza tym? Kolega z biura matki, sprzedal jej wirusa. Z drapiacym gardlem i cieknacym nosem, w miniony weekend nie nadawalam sie za bardzo na plaze czy basen. Zreszta, pogoda byla bardzo niestabilna. Goraco, ale pochmurno, duszno i caly czas straszylo burza. Ktora jednak przyszla dopiero w niedzielny wieczor.

W sobote utknelismy w domu. M. rano pojechal do pracy i jakos tak wyszlo. Zeby jednak nie marnowac calutkiego weekendu (wiadomo: sobota i niedziela bez wyjazdu, dniami straconymi!), w niedzielne popoludnie postanowilismy zaryzykowac zmokniecie i pojechalismy na farme. Ta sama, na ktora jezdzimy kilka razy w roku. Bi prosila, zeby na nia jechac juz od poczatku wakacji, ale juz kiedys chyba wspomnialam, ze tam nie ma praktycznie cienia, a przy ponad 30-stopniowych temperaturach, to raczej kiepska miejscowka. W koncu, w niedziele, co prawda slupek rteci pokazywal 28 stopni, ale slonce co chwila chowalo sie za chmury i uznalismy, ze teraz albo nigdy! ;)

Obawialam sie troche, ze w tym roku Bi okaze sie juz farma znudzona (byla tam w koncu w maju z grupa przedszkolna), a Nik niewystarczajaco zainteresowany. Rok temu (moze dlatego, ze bylismy tam kilka razy), dzieciaki w ktoryms momencie chodzily znudzone i nawet karmic zwierzat im sie bardzo nie chcialo. Obawialam sie powtorki...

Nic takiego!

Bi oraz Nik byli zachwyceni! Biegali, karmili co sie da (tylko lamy usilowaly nas opluc, wiec ominelismy je szerokim lukiem)...


...glaskali kucyki.


Nik w tym roku nawet odwazyl sie przejechac!


Mine mial co prawda niepewna, ale wytrzymal dzielnie dwie rundy wokol pastwiska. ;)

Bi, jako stary wyjadacz, nie tylko, ze siedziala pewnie, ale od czasu do czasu wykrzykiwala cicho cos w rodzaju "hee-haw!" i dziewczyna trzymajaca kuca smiala sie, ze jest prawdziwa kowbojka. ;)


Dzis zas mielismy lekki przedsmak jesieni. Takiej wczesnej. ;) Odpuscila wilgotnosc powietrza, a temperatura spadla do "chlodnych" 25 stopni. Do tego porywisty wiatr i w cieniu przechodzily mnie ciarki z zimna. Naprawde musze zastanowic sie nad przeprowadzke na Floryde. Poludniowa. ;)

wtorek, 16 sierpnia 2016

Co potrafi przedszkolak. "Swiadectwo" oraz pamiatki

Byla to koncowka lipca. Z blogiego wakacyjnego rozleniwienia, dosc brutalnie obudzil mnie email otrzymany z sekretariatu szkoly Bi. Informowal on, ze 26 sierpnia odbeda sie spotkania organizacyjne, natomiast 29 to oficjalny, pierwszy dzien szkoly.

Ze jak? Ze to juz?! :O

Przy okazji wkurzylam sie na brak organizacji oraz konkretnej informacji dla rodzicow nowych dzieci... W mailu bylo bowiem napisane, ze dla zerowkowych dzieci, spotkanie 26 sierpnia, to "school bus orientation". Napisalam wiec maila z zapytaniem czy spotkanie bedzie wylacznie na temat autobusowej etykiety? Bi w tym roku autobusem jezdzic nie bedzie, wiec nie widzialam sensu, zeby ciagnac ja na to "wydarzenie". Pani sekretarce zajelo dwa tygodnie, zeby odpowiedziec (zapewne nie jestem jedynym rodzicem piszacym do nich, ale gdyby od razu, rzetelnie o wszystkim informowali, tych maili mieliby znacznie mniej), ale w koncu doczekalam sie maila, gdzie napisala, ze nie, spotkanie bedzie rowniez zapoznaniem sie klasy z nauczycielem.

To nie mozna tak bylo od razu?

Dodatkowo, w mailu pani poganiala, zeby nie czekac z zapisaniem dziecka na swietlice do ostatniej chwili oraz zeby jak najszybciej wypisac formularz dla dzieci, ktore nie beda podrozowac szkolnym autobusem. W zeszlym tygodniu wydrukowalam sobie wszystkie te papierzyska, zeby je wypelnic, po czym... stwierdzilam, ze nie wiem jak mam je zwrocic. Czy moge odeslac mailem, przefaxowac? Czy musze popylac do sekretariatu osobiscie? Na to ostatnie nie mialam oczywiscie ochoty. Po pierwsze, po prostu mi sie nie chce, po drugie, sekretariat jest czynny do 15, musialabym wiec wyjsc specjalnie wczesniej z pracy... :/ Napisalam do pani sekretarki ponownie, a ona laskawie, po kilku dniach odpisala, ze owszem, mozna odeslac mailem badz faxem. Byla nawet na tyle pomocna, ze podala od razu numer faxu, wiec chociaz o to nie musialam sie osobno dopytywac. Ale znow: nie mozna tego napisac od razu w jednym mailu? :(

Do formularza potrzebnego do zapisania na swietlice, dolaczona jest kartka z lista obowiazkowych szczepien. Ale juz w formularzu, o szczepieniach nie ma ani slowa! I znow, nie mam pojecia czy potrzebne im zaswiadczenie od lekarza? Ale przeciez, zeby w ogole zapisac Bi do szkoly, musialam przyniesc zaswiadczenie od naszej pediatry z lista aktualnych badan oraz szczepien. To jak, swietlica wymaga swojej wlasnej kopi?! :/

A na koniec, juz pare miesiecy probuje sie dowiedziec jak mam placic za szkolna stolowke. Dotychczas slyszalam, ze wszystkiego dowiem sie blizej poczatku roku szkolnego. W koncu dzisiaj dostalam instrukcje, jak i gdzie zalozyc sobie konto, zeby wplacac pieniazki. Uprzejmie bylo tez dodane, ze moge wyslac do szkoly czeki lub gotowke, zeby ominac oplaty bankowe za przelew.
Tyle, ze nigdzie, ani w instrukcji, ani na stronie internetowej szkoly, nie ma napisane, ile te obiady wlasciwie kosztuja! Mowie Wam, ze szlag mnie w koncu trafi! :/ Czeka mnie kolejny mail do pani sekretarki. Ona mnie w koncu zablokuje. ;)

Balagan i niedoinformowanie jak jasna cholera... :(
Albo to ja taka nierozgarnieta. Czego nie wykluczam. ;)

Dla porownania, w sprawie przedszkola, zawsze moge napisac do administratorki z urzedu miasta, ktora nie tylko jest swietnie poinformowana, ale odpisuje zazwyczaj tego samego dnia! Mozna? Mozna!

Ale w sumie to ja nie o tym chcialam...

Juz za chwile, za momencik bede Was tu zanudzac opowiesciami o porannych rykach Potworkow... Na dzien dzisiejszy, Bi konsekwentnie wlacza syrene na wzmianke o zerowce. Nik nadal nie wykazuje wiekszego ogarniecia tematu, ale zapytany twierdzi, ze on jest "jesce" malym "chlopcykiem" i do przedszkola isc nie moze.

Takie buty... ;)

Tak przy okazji, to spotkanie zapoznawcze w zerowce Bi jest o 9 rano, a u Nika w przedszkolu miedzy 11 a 13, tego samego dnia. :/ W piatek, czyli musze specjalnie brac wolne z pracy, ech... Mam nadzieje, ze M. uda sie rowniez wziac wolne, zebym mogla skupic sie na ogarnieciu tematu z kazdym Potworkiem osobno... Z dwojka tez jakos bedzie, ale wiadomo, wtedy juz bede musiala miec oczy naokolo glowy i nie skupie sie jak powinnam. A szczegolnie na spotkaniu u Bi, bede musiala zapewne przyswoic sporo nowych informacji. W przedszkolu mam nadzieje, za bardzo sie przez te dwa miesiace nie zmienilo. ;)

Znow od brzegu odbilam...

Tak naprawde to klikam posta, poniewaz wraz z mailem z sekretariatu, uswiadomilam sobie, ze nadal nie napisalam maila o koncowym "swiadectwie" Bi oraz pamiatkach przedszkolnych... Tak sie ucieszylam z "wakacji" i chwilowej przerwy od bieganiny, ze odkladalam maila na pozniej... i jeszcze pozniej... az tu zaraz kolejny rok szkolny sie zacznie! ;)

W kazdym razie, jednego z ostatnich dni w przedszkolu, w szafce Bi znalazlam koperte zawierajaca koncowe "swiadectwo", czy raport. Jak zwal, tak zwal, wiecie o co biega. ;) Podobnie jak w styczniu, skladalo sie ono z krotkiego opisu postepow, tego nad czym warto popracowac przez wakacje (jaja chyba sobie robia :D) oraz szczegolowych zadan przedszkolaka wraz z wynikami. Znowu, do kazdego "zadania", dziecko moglo otrzymac wynik (level) od L1 do L4, wraz dopiskiem "master" lub "emerging". "Master" oznacza, ze dziecko opanowalo dane zadanie na konkretnym poziomie i jest w jego wykonywaniu na tym poziomie konsekwentne. Natomiast "emerging" wskazuje, ze przedszkolak zaczyna wykonywac zadania na danym poziomie, ale czasem jeszcze spada do poziomu nizej. ;)

Wybaczcie ten szczegolowy opis amerykanskiego oceniania. To tak bardziej dla mnie, zebym w razie czego, nie musiala wracac po informacje do stycznia. ;)

Jak wiec wypadla Bi w drugim polroczu (w stosunku do polrocza pierwszego)?

Wydaje mi sie, ze swietnie, ale jako matce, przyznaje sobie prawo do bycia subiektywna. ;)

Na 30 zadan/zdolnosci, ktore powinno posiadac dziecko w jej wieku, w osiemnastu Bi jest na poziomie L4, czyli najwyzszym, a w jedenastu na L3. Od stycznia, w dwudziestu zadaniach Bi zrobila postepy, w tym w trzech przeskoczyla od razu o dwa poziomy. W jednym przypadku Bi pozostala na tym samym poziomie (L2) - w dociekliwosci, czy jak tam mozna przetlumaczyc angielskie inquiry. ;) Moze byc to rezultat tego, ze jej znajomosc angielskiego nadal nie jest doskonala, ale troche to tez wynik osobowosci. Bi po prostu nie jest zbyt dociekliwym dzieckiem. To Nik jest u nas w domu krolem slynnych: "A dlaczeeego? A cooo to? A pooo co?". ;) Bi jest ostrozna, a przy tym ambitna. Nie lubi przyznac, ze czegos nie wie i nie znosi wrecz bycia poprawiana. :)

Co ciekawe, w przypadku jednej "zdolnosci", Bi spadla o poziom. Pamietacie jej poziom L1 z rozwiazywania konfliktow, na ktorym znalazla sie w styczniu? No... to nie tutaj. :D Akurat w rozwiazywaniu konfliktow, Bi podskoczyla o dwa poziomy. Teraz nie tylko nie uderza juz w placz, ale aktywnie rozwiazuje problem, uzywajac wskazowek nauczyciela. ;)

Gdzie wiec Bi spadla o poziom? Hmm... Dosc zaskakujaco, w poslugiwaniu sie ksiazeczkami. Bi po prostu zapomniala, ze czyta sie od lewej do prawej i z gory na dol (to bylby poziom L4 i na nim Bi byla w styczniu). ;) Sama nie wiem co o tym myslec... W koncu w domu malo kiedy pokazuje jej w jakim kierunku czytam, wiec nie mam pojecia skad wiedziala to wczesniej, a sama, jak wiadomo, czytac nie potrafi. ;) Podejrzewam, ze strzelala i raz trafila, raz nie. ;) Rozumie jednak, ze ksiazeczki zawieraja cala, rozbudowana historyjke, a to poziom L3. :)

Tak wyglada "swiadectwo". Poza nim, w ostatni dzien, dostalismy teczke z roznorakimi pracami plastycznymi Bi, oraz zdjeciami z zajec, wraz z opisami nauczycielki. Zdjecia te obrazuja poszczegolne zadania i ich wykonanie i pomagaly pani oznaczyc na jakim poziomie Bi sie znajduje. Bardzo fajna pamiatka! ;)

Ponizej prezentuje Wam niewielka czastke Bibusiowej galerii. Podejrzewam, ze te "arcydziela" sa wspaniale wylacznie dla stuknietej mamuski (czyt. mnie), ale co tam. W koncu caly ten blog, to pamiatka dla MNIE. ;)

Tak prezentowala sie ksiazeczka, w ktora panie wpiely niektore prace:


Bi pochwalila sie, ze sama udekorowala okladke. ;)

Poniezej, to musi byc chyba jedna z pierwszych prac, bo widze, ze napisy odrysowywane mocno drzaca reka. ;) Obecnie Bi radzi sobie znacznie lepiej.


Opowiastka, o ktorej mowa, to oczywiscie "Zlotowlosa i trzy niedzwiadki", a rysunek przedstawia tytulowa panne, choc bez zlotych lokow. ;)

Przez caly rok w przedszkolu, Bi konsekwentnie twierdzila, ze kiedy dorosnie, zostanie jezdzcem konnym. Znalazlo to odzwierciedlenie w jednej z prac:


To oczywiscie autoportret mego dziecka oraz konik. Napis na samej gorze, podejrzewam, ze mial przedstawic FARM, bo w koncu tylko tam Bi widuje konie. ;)

Ponizej interesujacy obrazek oraz ciekawy wglad w zycie mojego dziecka. Okazuje sie, ze gdyby mogla sie znalezc gdziekolwiek w calym wszechswiecie, pojechalaby samochodem na przyjecie do kolezanki. Napis mial brzmiec Suki's Party (Suki to byla ulubiona kolezanka Bi), ale nawet mnie, obeznanej z pisownia Bi, zajelo kilka sekund, zeby go rozszyfrowac:


Coz, nie wymagajmy zbyt wiele od 4-latki. A obrazek przedstawia rzeczona impreze. ;)

Najwyrazniej ulubiona czynnoscia w przedszkolu, bylo ogladanie kwiatkow:


Poza tym, moja corka umie udawac, ze jest wozem strazackim. Nie, nie strazakiem, WOZEM strazackim:


A ponizej juz przyklad, jak panie dokumentowaly na jakim poziomie jest dziecko:


Jak widac, Bi potrafi ukladac sekwencje (tutaj: zwierzaki, od najmniejszego, do najwiekszego), po czym je (slownie) opisac.

A tu, potrafi "zaprojektowac" konstrukcje, po czym ja zbudowac:


Mlody architekt rosnie. ;)

Tutaj zas, odzwierciedlenie w zabawie, przeczytanej bajki:


Polskiego tytulu bajki nie pamietam, ale opowiada o trzech kozkach probujacych przejsc przez most pilnowany przez strasznego trolla, ktory z kolei probowal je pozrec na sniadanie. ;) Nie mam pojecia co mial przedstawiac nabazgrolony przez Bi "obrazek", ale na zdjeciu mamy Bi oraz zbudowany przez nia most z kozkami. Dla wzmocnienia konstrukcji, troll podpiera most glowa, ale najwazniejsze, ze wszystko sie trzyma kupy. ;)

A na koniec, skoro nadal nie mam szczegolowej listy wyprawkowej, zajelam sie kupieniem tego, co moglam:

(Wybaczcie tlo. Zdjecia robilam w pieknych okolicznosciach naszej piwnicy, poniewaz plecaki schowane sa tam przed ciekawskimi oczami Potworkow :D)

Oba plecaki z wyprobowanej juz przez nas firmy Skip Hop. Plecak przedszkolny Bi, mimo pastelowych kolorow, przetrwal caly rok szkolny, licze wiec, ze i te przetrwaja. Bi potrzebowala w tym roku juz nieco wiekszego plecaka, ktory pomiesci foldery formatu A4. Poczatkowo sadzilam, ze sprawie Bi plecak z ukochana Kraina Lodu, ale wszystkie byly ogromne i dosc, hmm... tandetne. ;)

Mam nadzieje, ze Potworki beda zadowolone z matczynego wyboru (to niespodzianka, wiec jeszcze plecakow nie widzieli). ;)

A poki co, zmykam, bo roboty mam w chu albo i wiecej. Posta znowu pisalam kilka dni. ;)

czwartek, 11 sierpnia 2016

Jak wrocic z wakacji i sie zalamac, czyli co slychac w ogrodzie

Dzis z zupelnie innej beczki, czyli nie o Potworkach i nie o basenach. ;)

Post ten "pisze" dla Was od miesiaca. ;) Chodzi mi on po glowie i gra w duszy odkad wrocilam z urlopu, ale jakos nie moglam przysiasc, skupic sie i skonczyc...

Pamietacie kokusiowego "skulcybyka" z przedostatniego posta o gadaniu Potworkow? Jesli cofniecie sie do tamtego dialogu, przeczytacie, ze "skurczybykiem" okreslil zwierzaka, ktory obgryza nasze warzywa.

No wlasnie...

 Juz pierwszego dnia po wyjezdzie, ciotka M., ktora opiekowala sie Maya, wspomniala przez telefon, ze cos nam zzera warzywa. Wtedy, daleko od domu, podnieceni poczatkiem urlopu i pieknym miejscem do ktorego trafilismy, stwierdzilismy, ze martwic bedziemy sie PO wakacjach.

Coz... Pierwszy dzien po powrocie, to bylo brutalne zderzenie z rzeczywistoscia. Nie tylko polnoc przywitala nas chlodem, nie tylko przed nami byla perspektywa powrotu do pracy juz nastepnego dnia, ale jeszcze stan warzywnika doslownie zalamywal.

Na zdjeciach nie bedzie tego dobrze widac, bo zrobilam je przed wypieleniem (a chwasty niezle zaszalaly podczas naszej nieobecnosci...), ale wszystkie pnace sie pedy ogorkow zostaly zerwane i obgryzione...

(Jak sie przyjrzec, widac zaschniete na sznurku "wasy", po ktorych ogorasy sie wczesniej piely)

Z fasolki pozostaly badyle niemal pozbawione lisci.


Koperek "skoszony" niemal do samej ziemi.


Liscie buraczkow cale przeorane, ale to juz robota slimakow...


Groszek, ktory przed naszym urlopem pial sie radosnie po sznurkach, teraz poobrywany i smetnie plozacy sie po ziemi...


Z jednego krzaczka jagod zostaly nedzne resztki.


 Z drugiego tylko ziejaca w ziemi dziura. :/



Troche zajelo nam znalezienie winowajcy takiego stanu rzeczy... A podejrzanych byla cala rzesza. Normalnie obwinilabym kroliki, szczegolnie ze futrzasty "przestepca" wykopywal sobie przejscie pod plotkiem, tyle, ze tych w tym roku w ogole nie widzialam. Wiewiorki oraz chipmunk'i tez byly na liscie, ale te sa niewielkie i nie wyobrazam sobie, zeby zerwaly z tyczki caly ped ogorka. Nie mowiac juz o tym, ze nie bawilyby sie w podkopy, tylko przeskakiwaly przez siatke. Przez chwile zlapalismy falszywy trop, kiedy na jednym z krzaczkow ogorkow, znalazlam to:


"To" wyglada moze niepozornie na zdjeciu, ale mialo okolo 10 cm dlugosci, a grube bylo na 2 cm (w najszerszym miejscu)! W zyciu nie widzialam takiej gasiennicy! Niewiele owadow mnie obrzydza, ale tego nie moglam dotknac, nawet przez rekawiczki... Wzielam potworkowa lopatke, ktora podwazylam stworzenie i stracilam do wiaderka. A i tak az mi sie zbieralo na mdlosci. ;) Doszlam do wniosku, ze jesli jest ich w warzywniku wiecej, to nie dziwota, ze wyglada on jak wyglada. Mimo jednak intensywnej inspekcji oraz zagladania pod prawie kazdy listek (ktorych wcale znowu tak wiele nie zostalo), wydawalo sie, ze gigantyczna gasiennica byla tylko jedna... Poza tym, znowu, gasiennice nie zerwalyby ogorkow z ich tyczek...

Odchodzac od tematu, gasiennica skonczyla dosc tragicznie... Nie zamierzalismy wypuszczac jej z powrotem do ogrodu, oczywiscie. Ja mialam zamiar spryskac ja srodkiem na owady, M. spuscic w kiblu. Niestety, w miare "szybka" smierc nam nie wyszla, bowiem Nik oswiadczyl, ze to jego "psyjaciel" i nie pozwolil nam jej ruszyc. Nosil ja ze soba w wiaderku caly dzien i byl zachwycony kiedy nastepnego ranka nadal w nim tkwila (zapomnielismy dyskretnie pozbyc sie intruza, kiedy Nik zasnal). Chcial ja nawet zabrac do kosciola i troche zajelo nam wyperswadowanie mu tego pomyslu... ;) Kolejnego dnia w wiaderku, gasiennica jednak juz nie przezyla...
Sporo czasu spedzilam z wujkiem Google'm, zeby dowiedziec sie, CO to wlasciwie bylo, a raczej ktory motyl lub cma produkuje takie egzemplarze. Nic jednak nie znalazlam. Wyglada to na jakis wybryk natury. ;)

Wracajac do ogrodu. Wiecej gigantycznych gasiennic nie zarejstrowalam, slimaka namierzylam raptem jednego (chociaz wiem, ze musi ich byc wiecej), a warzywnik wygladal coraz gorzej. Na poczatku zjadane byly tylko swiezutkie, soczyste nowe pedy ogorkow i cukini.


Te jakos sobie jednak radzily, wypuszczaly nowe liscie w miejsce tych zjedzonych i nadal kwitly. Uznalam, ze jakos przelkne strate fasolki oraz groszku, bo te wygladaly na konczace zywota, byle reszta warzyw dala jako takie plony...

Niestety, nasz szkodnik przerzucil sie na swieze warzywka.

(Jednego dnia, cukienie wygladaly tak)

(Kolejnego tak. Trzeciego, nie bylo nawet co zbierac. Chyba posmakowalo :/)

(Smakowaly tez baklazany)

A my w koncu namierzylismy dziada, kiedy dojrzelismy go spierdzielajacego wlasnie z warzywnika. Moje Drogie, przedstawiam Wam: Swistak amerykanski!


Duzy gryzon, spokrewniony z wiewiorkami, ale sporo od nich wiekszy. I prawdziwa, okazuje sie, plaga, jesli namierza ogrod warzywny... :/
Niestety, z jakiegos powodu, swistaki nie boja sie zbytnio ludzi... Nawet "nasz", kiedy zauwazylam go w warzywniku, wychodzilam na taras, krzyczalam, gwizdalam, tylko stawal bez ruchu, nasluchujac. Dopiero, kiedy wyraznie bieglam w kierunku ogrodu (albo wypuszczalam psa), uciekal pod szopke. Niestety, takie ploszenie nie dawalo zadnych efektow. Szkodnik konsekwentnie wracal.

Wypowiedzielismy draniowi wojne.

Kupilismy spray'e z odstraszaczem. Podzialaly na 3 dni... :/
Potem kupilismy klatke. Przetrzepalam internet w poszukiwaniu najlepszej przynety. Poswiecilam kilka (i tak juz nadgryzionych) cukinii oraz baklazanow (tylko dwie cukinie udalo mi sie zerwac zanim zostaly pozarte). Z bolem serca oraz tesknym burczeniem zoladkow, wpakowalismy nawet do klatki kawalki swiezego melona, ktory podobno jest najlepsza przyneta... Niestety, swistak okazal sie dla nas za sprytny... Klatke omijal, ale nadal konsekwentnie doprowadzal warzywnik do ruiny... My zas lapalismy cala rzesze jego glupszych kuzynow...

(Widzicie w jakim skupieniu przyglada sie "wiezniowi" Nik? :D)

Tak, to wiewiorka... Wiekszosc udalo nam sie wypuscic, tylko jedna nie przezyla calego dnia w klatce, kiedy chwycila sie podczas naszego pobytu w pracy. Maz moj wyrzucil ja w las, nieopatrznie mowiac Nikowi, ze wiewiorka spi. Mialam z nim przez kilka dni niezla przeprawe, kiedy co chwila probowal pojsc popatrzec na "spiacego" wiewiora... :/

Ponad dwa tygodnie zastawialismy klatke, liczac na to, ze cholernik w koncu sie zlapie i wywieziemy go kilkadziesiat kilometrow od domu, na lake przy pracy M...
W koncu jednak musielismy przyznac sie do kleski. Swistak smial nam sie w nos, a warzywa wlasciwie dogorywaly... Szczegolnie ogorki, ktore poobrywane, pozbawione mlodych pedow lezaly nedznie na ziemi. Na fasolke oraz groszek w ogole balam sie spojrzec. Wlasciwie to kazde kontrolne zagladniecie do warzywnika doprowadzalo mnie niemal do lez. Nawet zdjec nie mam, bo wlasciwie spisalam go na straty...

Kilku kolegow z pracy M., ktorzy mieli (nie)szczescie zmagac sie ze swistakami w ogrodzie, poradzilo nam, zeby w tym roku odpuscic sobie warzywnik i sprobowac dziada zlapac na jesien, kiedy bedzie malo swiezego pozywienia i jest szansa, ze pojdzie na przynete. Kiedy jednak siedlismy i podliczylismy ile pieniedzy poszlo na ziemie, kompost, sadzonki, nasiona, oraz ile czasu i energii juz poswiecilismy, M. na przekopanie, ja na sadzenie i pielegancje, zalamalismy sie. Skazac to wszystko na pozarcie przez jakiegos cholernego szkodnika?!

Teraz... niektore z Was moga nas potepic, ale... postanowilismy nie odpuscic tak latwo. Skoro nie udalo sie zlapac go zywcem, postanowilismy rozsypac trutke... Nie jestem zwolennikiem mordowania, jak by nie patrzec, niewinnych stworzen, ja nawet malo co pryskam w ogrodzie, ale tu chodzilo o byc albo nie byc mojego warzywnika...

Stresa mialam jak cholera. Ponuro przepowiadalam M., ze wytrujemy pol lasu, chociaz tak naprawde najbardziej balam sie, ze trutki nazre sie Maya. Co prawda, "niewidzialny plot" nie pozwala jej zapuszczac sie az pod nasz lasek, ale wiadomo, licho nie spi. Ktos zapomni zalozyc jej obroze, albo wyczerpia sie w niej baterie i nieszczescie gotowe... :O

Suma summarum.

Od rozsypania trutki, swistaka nie zarejstrowalismy. Mialabym nadzieje, ze po prostu przeniosl sie do sasiadow, ale mysle, ze pasie sie teraz na lakach w innym swiecie...
Szkoda mi go troche, ale za to moj warzywnik pomalu odzywa. Fasolka odzyskala liscie, kwitnie i pojawily sie pierwsze straczki. Baklazany rosna na potege. Groszek wybujal i codziennie zrywamy coraz wiecej straczkow z soczystym groszkiem, ktory polubil nawet Nik. Koperek odrasta. Ogorki nadal nie pna sie jak powinny, ale wypuszczaja boczne pedy, dzielnie kwitna i produkuja ogorki. Udalo mi sie zakisic dwa pierwsze sloiki.


Nie bedzie tylu ogorkow, ilu oczekiwalabym z 20 krzaczkow, ale jeszcze ze 2-3 sloiki powinny wyjsc. Najgorzej, o dziwo, ma sie cukinia, ktora w zeszlym roku rosla mi jak szalona. Niby odrosly jej liscie. Niby kwitnie. Ale rosnie tylko jedna, mala cukinka. Nie wiem, czy juz za pozno w sezonie?

Tak sie maja sprawy warzywnikowe. Pozostal niesmak z powodu otrucia zwierza, zamiast humanitarnego wywiezienia, ale skoro zlapac sie nie dal...

Ogolnie,  w tym roku w ogrodzie jakas plaga. Najpierw swistak oraz gasiennice - giganty. Czerwone zuki nadal pozeraja mi lilie, a najczesciej wystarczylo je raz, dwa razy spryskac i po sprawie... Inwazyjne, japonskie zuki, zjadaja mi krzaczki malin. A na dokladke, mam myszy w samochodzie! Tak, dobrze przeczytalyscie: w samochodzie! W ktoryms momencie wszedzie bylo pelno "bobkow", pogryzione plastiki... Dokladnie odkurzylam auto (wiadomo, Potworki smieca i krusza, wiec gryzonie mialy pewnie uczte), wyczyscilam wszystkie gumowo - plastikowe czesci. Teraz slady (czyt. odchody), pojawiaja sie w znacznie mniejszej ilosci, ale codziennie znajduje 1-2 kupki... :/ Chyba bede musiala zastawic pulapki we wlasnym samochodzie... :(

czwartek, 4 sierpnia 2016

Z serii: w tym domu sie gada, nieco codziennosci oraz pierwsze razy poraz kolejny :)

Dzis dla odmiany tylko dwa dialogi, ale za to dlugie. Tak bardziej na pamiatke dla mnie, ale moze i Wy usmiechniecie sie na dzieciece okreslenia i dociekliwosc. ;)


Nik: "A cy pieskowi wypadaja z bzuska jajka?"
Chwile zajmuje mi wyluskanie jakiegos sensu z kokusiowego pytania...
Matka: "Nie, pieski nie skladaja jajek. Szczeniaczki sie rodza."
Teraz z kolei blagam w myslach, zeby to wystarczylo. Naprawde nie jestem gotowa na wglebianie sie w szczegoly... ;)
Nik: "A kiedy Maya bedzie miala sceniacki?"
Lo matko! Maya akurat jest wysterylizowana, wiec odpowiedz brzmi "nigdy" (chyba, ze wet spartaczyl sprawe), ale czy chce to tlumaczyc trzylatkowi? Jasne, ze nie chce.
Matka: "Maja to piesek - dziewczynka. Zeby byly szczeniaczki, potrzebny jest jeszcze piesek - chlopczyk."
I znow: blagam, nie pytaj o szczegoly... :D
Nik: "To musimy go kupic!"
Ha! No jasne, tylko kolejnego psa tu brakowalo!
Matka: "Eeee, ale mama i tata wcale nie chca miec szczeniakow. Ze szczeniaczkami jest baaardzo duzo pracy..."
W tym momencie Bi uznala za stosowne sie wtracic.
Bi: "Ja sie bede opiekowac szczeniaczkami!"
Szukam jakiegos logicznego argumentu, zeby w koncu odczepili sie od tego tematu...
Matka: "Ale wiesz, one robia ciagle siusiu i kupy na podloge i trzeba to sprzatac. Chcesz zbierac kupy po pieskach?"
Bi milczy.

Tak podejrzewalam... :D


***

Kilka dni pozniej ucieklam od domowego zgielku na taras, ale juz po kilku minutach wyniuchal mnie tam Nik, ktory bez pardonu wgramolil mi sie na kolana i swoim zwyczajem, zaczal nawijac. ;) Nie pamietam juz jak, ale w swoim monologu nagle zapedzil sie do tematu wzrostu.

Nik: "Bede duzy as do nieba!"
Szukam w myslach skad wzielo mu sie takie skojarzenie...
Matka (znalazlam!): "Jak w tej bajeczce Pororo?"
Nik: "Nieee, Mike the Knight!"
Cos tam ta bajke kojarze, ale mam wrazenie, ze Potworki wieki cale jej nie ogladaly...
Matka: "O, tam tez byl ktos taki wielki?"
Nik: "Tak, Evie!"
Evie to siostra - czarownica tytulowego malego rycerza, to tak zebyscie mialy pojecie kto zacz... ;)
Matka: "To jak urosniesz, bedziesz takim rycerzem jak Mike?"
Nik: "Nieee..."
Matka: "A dlaczego nie?"
Nik: "Bo tu nie ma klulowej..." [sorki za ta fonetyke...]
To rzeczywiscie powazna sprawa... Matka rzuca sie, zeby ratowac synowe rycerstwo...
Matka: "Ja moge byc krolowa!"
Nik: "Nie, ty nie mozes."
Kurcze, czy mnie czegos brakuje?! :D
Matka: "Aaaa, mama sie nie nadaje, co? Za stara jestem pewnie na krolowa..."
No kurczaki, mlode to powinny byc stereotypowe ksiezniczki, ale krolowa matka moze miec te trzydziesci kilka lat, nie?!
Nik: "Nie jestes stala!"
Co za ulga! ;)
Matka: "Nie? A jaka jestem?"
Nik: "Nowa!"
Nowa? Mloda? A co mi tam, byle data waznosci byla odlegla... :D
Nik (dodaje przymilnie): "I ladna!"

Co za czarus!!! :D

***
Ktorytedy - ktoredy (wg. Nika)
Najdluzszejsze - najdluzsze (wg. Bi)

***

Poza gadaniem, Potwory broja ostatnio jak jasna cholera! Nie moge ich upilnowac, tym bardziej, ze kiedy wracamy do domu, Bi oznajmia, ze ona chce sie bawic w domu, a Nik uderza w ryk, ze chce zostac na dworze... Co robic? Kraze w kolko, usilujac kontrolowac i jedno i drugie.

Z marnym skutkiem. Kilka dni temu, oboje chcieli malowac farbkami, tyle, ze Nik przy stole na tarasie, a Bi przy ich malym stoliczku w jadalni...
Przez chwile ladnie malowali, ja nawet zaczelam rozladowywac naczynia ze zmywarki (mialam widok na Nika z kuchennego okna, a Bi zaraz za soba). Spogladam na Nika, a on moczy w farbie paluchy. Pomyslalam, ze chce pomalowac paluszkami. Nawet sie ucieszylam, bo Nik do niedawna zupelnie nie mial zaciecia do prac plastycznych, a jak lekko przybrudzil raczki, natychmiast lecial po szmatke. Tiaaa, ja naiwna... Patrze wzruszona na syna samodzielnie zapewniajacego sobie zajecia z integracji sensorycznej... A on przyglada sie brudnym paluchom z zainteresowaniem, po czym... zaczyna je pieczolowicie oblizywac! Aaaa!!!

Wypadlam na taras z ochrzanem oraz sciereczka do wytarcia rak... Jeden kryzys zazegnany, ufff...

Wchodze do domu, sprawdzic co porabia Bi.

Nie zjada farby w kazdym razie... Za to wymyslila sobie technike malowania, gdzie przejezdzajac po pedzlu paluszkiem, rozpryskuje farbe po kartce. Z jednej strony podziwiam kreatywnosc swojego dziecka, ale z drugiej... Kurna, oprocz kartki, caly stolik oraz podloga naokolo sa pokryte rozprysnieta farba!

Za nic majac wysilek artysty, wreczam corce mokra szmatke i kaze powycierac mebel oraz podloge... ;)

A zeby nie bylo, ze moja pieciolatka juz nie wsadza wszystkiego do buzi i nie smakuje, to ktoregos razu na basenie, przylapalam jak siedzac w wodzie lize jego scianke! Bleee... :/

Zapomnialam tez wczesniej dopisac, ze dwa tygodnie temu, kiedy w sobote rano polegiwalam sobie ziewajac w lozku, Bi pomalowala sobie paznokcie. Markerem. CZARNYM. Dopiero 2-3 dni temu, w koncu sie domyly. ;)

Taka to codziennosc z Potworami... :)

W poprzedni weekend bylismy na kolejnym basenie. Tym razem polecil go moj kolega z pracy i okazal sie byc strzalem w 10! Miejsce to przeszlo gruntowny remont kilka lat temu, wiec jest ladne i czysciutkie. Co prawda brodzik maja malenki, ale za to, w przeciwienstwie do innych, odwiedzonych przez nas w tym roku miejsc, w duzym basenie pozwala sie dzieciom plywac w kolach, rekawkach, kamizelkach czy co tam ze soba maja. Ktorych to nawet tym razem nie zabralam, bowiem po kilku miejscach, gdzie spotkalam sie ze stanowczym protestem ze strony obslugi, uznalam, ze to widocznie ogolnostanowe zarzadzenie... A tu guzik, zalezy po prostu od miejsca. Potworki byly niepocieszone, ze nie mialy na czym plywac w wiekszym basenie, ale nic straconego, bo jeszcze tam wrocimy. Przynajmniej taka mam nadzieje... ;)


(Nie pytajcie mnie, co Potworki robia na tym zdjeciu, ale wygladaja, jakby byli na koncercie rocka)


(A tu juz Bi, ze swoja "pacyfka"...)

Baseny znajduja sie w parku i zaraz obok nich miesci sie plac zabaw, ktoremu Potworki nie mogly oczywiscie przepuscic. ;) W sumie plac zabaw, jak plac zabaw, nie bylo w nim nic specjalnego. Oprocz dinusia, ktory sluzyl chyba wylacznie za ozdobe, a ktorego Bi postanowila potraktowac jako kucyka. ;)




A co do tytulowych pierwszych razow, to w niedziele zabralam Bi do kina! Wybralysmy sie na Epoke Lodowcowa, bowiem Potworki uwielbiaja wszystkie poprzednie cztery czesci i pomyslalam, ze na pierwszy raz fajnie, zeby obejrzala cos ze znanymi bohaterami. No coz... ;) Z calego wypadu, Bi najbardziej podobal sie popcorn oraz siedzenia (w naszym kinie zainstalowali wielkie, wygodne, rozkladane fotele!). Poza tym bylo za glosno, za zimno (z tym rzeczywiscie przesadzili), w polowie filmu musiala koniecznie wyjsc siusiu, a potem to juz dopytywala kiedy koniec... Wniosek? Szybko tego nie powtorzymy. :D


(Chcialam jej pstryknac fote przy plakacie z "Epoki", ale nie mieli :/)

A w jeszcze poprzedni weekend, po wejsciu do domu z ogrodu, zaobserwowalam taki drzemkowo - kokusiowy freestyle:


:D

piątek, 29 lipca 2016

Po-urlopowa rzeczywistosc w pigulce, czyli o kilku(nastu) ostatnich dniach

Ech...

Kiedy zaczynalam tego posta, mial byc raczej optymistyczny, z lekkim moze zrzedzeniem na zlosliwosc rzeczy martwych i inne drobne upierdliwosci... Jak to jednak mowia: "Nigdy nie jest tak zle, zeby nie moglo byc gorzej". Stalo sie wiec "gorzej". :/ To bylo do przewidzenia...

Ale o szczegolach na koniec. Co Wam bede psuc posta... ;)

Jak wiec pamietacie (albo i nie), wczesnym rankiem, 10 lipca, zajechalismy pod wlasna chalupke. Polnoc przywitala nas akurat mzawka i dwudziestostopniowym "chlodem". Zaraz jednak nastepnego dnia, Matka Natura zaczela nas upewniac, ze mamy nadal lato, a tamto to byla tylko chwilowa anomalia. Minely ponad dwa tygodnie od powrotu, a my mamy ponad 30-stopniowe upaly. Praktycznie codziennie. Na szczescie wilgotnosc powietrza czasem odpuszcza i jak dotychczas, klime na noc musielismy wlaczyc tylko ze trzy razy. Przez reszte dni, otwarte okno w sypialni, w zupelnosci wystarczalo.

Zaraz po urlopie zostalismy rzuceni na gleboka wode, bo juz nastepnego dnia ruszalismy dzielnie (choc bez entuzjazmu) do pracy. I wlasciwie dzien za dniem mija zazwyczaj bez jakichs szalonych ekscesow, szczegolnie, ze u M. w firmie wykruszyla sie czesc zalogi, a to oznacza, ze maz moj "tlucze" nadgodziny jak szalony. Nie z wlasnego wyboru niestety. Konsekwencja tego jest to, ze czuje sie "udupiona", bo przy Potworkach naprawde mam wrazenie, ze niczego nie moge dokonac spokojnie i bez przerw. Nawet glupie rozladowanie i ponowne zaladowanie zmywarki odbywa sie na raty, bo "Mamo siku! Mamo zlobilem kupe! Mamo, a moge bajke? Mamo jestem glodny!", itd. A jak Potwory zaczna sie klocic i przepychac, to juz w ogole caly zapal do prac okolodomowych moge sobie w tylek wsadzic. :/
Nasze popoludnia wygladaja wiec zazwyczaj tak, ze zajezdzam z Potworami pod dom, wypuszczamy psa, dzieciarnia przebiera sie w stroje i wskakuje do basenu. To jest moj czas na relaks, poniewaz siadam w cieniu bzu i katem oka zerkajac czy Potworki sie nawzajem nie podtopuja, relaksuje sie przy wscieklym bzyczeniu cykad (one sa naprawde glosne!). Potem szybko wytrzec potomstwo, nakarmic, bo po zabawie w wodzie robia sie glodni, podlac ogrod, ktory ledwie zipie w ciaglych upalach... Zazwyczaj w tym czasie do domu zjezdza M., a pozniej to juz wyscig z czasem, bo kolacja, wieczorna toaleta, ksiazeczki, buziaczki i spac. Hehe, tak, spac, napewno... Wtedy wlasnie najczesciej zabieram sie za konczenie obiadu na dzien nastepny, albo zmywam te naczynia, ktore nie nadaja sie do zmywarki. Albo wstawiam jakies zapomniane pranie, itp. Najczesciej schodzi mi do 22, a potem zastanawiam sie, czy posiedziec przy kompie, czy lepiej sie wyspac. A jeszcze maz mruga do mnie niedwuznacznie i zachecajaco. ;)

Troche wiecej dzieje sie w weekendy.

O, np. poprzedni zaowocowal cichymi dniami miedzy mna i M... To ci sensacja! ;) Pomilczelismy sobie do srody i co ciekawe, jak kiedys zawsze mnie to meczylo, gryzlo i smucilo, tak tym razem spedzilam sobie calkiem spokojne 4 dni i w ogole mnie to nie obeszlo. Albo dorastam, albo mi przestaje zalezec. ;) A moze to rezultat tego, ze tym razem naprawde nie wiedzialam o co moj maz wybuchl? Nie czulam sie ani grama winna, wiec zylam sobie jak gdyby nigdy nic i nawet cieszylam sie, ze malzonek nie ciagnie mnie do "lozka". ;) Za to w srode przyszedl z kwiatkami na przeprosiny i przyznal, ze w niedziele tak naprawde sam nie wiedzial o co mu chodzi. Czyli, dziewczyny, mamy kolejny dowod, ze faceci tez maja PMS'a! Ten meski jest jeszcze gorszy, bo calkowicie nieprzewidywalny. Pojawic sie moze dowolnego dnia miesiaca! ;)

W kazdym razie, doprowadziwszy sprawy malzenskie do jako takiego porzadku, kolejny weekend moglismy spedzic juz przyjemniej. ;) Szczegolnie, ze okazal sie byc dosc intensywny.

Przewidujac, ze sobota moze obfitowac w jazdy (autem) przelajowe na czas, chaos oraz zmeczenie, powinnismy moze odpuscic sobie w piatek, klapnac na krzeselkach ogrodowych i zajac sie robieniem niczego. Ale nie, nie my! ;) No dobra, nie JA, bo to ja wyszlam z inicjatywa, zeby ruszyc sie z domu. W sumie to pokonal mnie 34-stopniowy upal i chcialam zafundowac Potworkom chwile chlodzenia z elementami frajdy. Wybralismy sie wiec do znajomego parku, o ktorym pisalam juz rok temu, w ktorym znajduje sie tzw. "splash pad", czyli system fontann i innych urzadzen psikajacych woda. Juz pod koniec zeszlego sezonu, Nik osmielil sie wbiegac w lodowata wode, wiec uznalam, ze w tym roku spokojnie powinien szalec.

(Fontanny dzialaja na czujnik. W tle mozecie zobaczyc chlopca "pocierajacego" slupek, gdzie znajduje sie sensor)

I nie pomylilam sie co do syna, natomiast kompletnie zaskoczyla mnie corka...

(I prosze - woda znow mocniej tryska!)

Bi najpierw dziarsko wkroczyla w strumienie wody, ale juz po kilku minutach przyszla smetnie do mnie oraz M., siedzacych obok na laweczce, oznajmiajac, ze jej zimno. ZIMNO, rozumiecie?! Na dworze ponad 30 stopni, slonce prazy, a moja pieciolatka narzeka na zimno! Nie powiem, woda w tych fontannach rzeczywiscie jest jak z gorskiego strumienia, ale wiem tez, ze dzieci inaczej odczuwaja temperature. Jako smarkula chlapalam sie z siostra oraz kuzynostwem w rzekach oraz lodowatym Baltyku, matki sila wyciagaly nas z wody kiedy mielismy sine usta, ale nigdy nie pamietam zeby bylo mi zimno! ;) Wlasciwie to zmartwilo mnie marudzenie Bi, bo bylam pewna, ze bedzie chora, ale minelo kilka dni i zadne przeziebienie sie nie objawilo, wiec chyba po prostu mam w domu zmarzlucha. Po mamusi zreszta. ;)
Poza tym jednak, wypad srednio nam sie udal. Mimo, ze do parku dojechalismy pozno i nie bylo juz tlumow, jednak najpierw starszy chlopiec wpadl na Nika, przewracajac go oczywiscie, a chwile pozniej Bi oraz jakis inny chlopczyk, zderzyli sie glowami... Zaowocowalo to tym, ze matka, choc zupelnie nie byla na to przygotowana ani ubrana, musiala przebiegac z dziecmi przez fontanny, a te kurczowo trzymaly sie jej rak. Coz, przynajmniej sie schlodzilam. ;)

W sobote za to nie wyrabialam, jak to sie mowi, na zakretach... Przed poludniem usilowalam szybko troche ogarnac chalupe oraz wstawic pranie, przy okazji nadzorujac napelnianie baseniku, ktory przezornie wyszorowalam dzien wczesniej. A wszystko przy Potworkach jeczacych od rana: "A kieeedyyy...", wiedzieli bowiem, ze po poludniu jedziemy na przyjecie urodzinowe. M. zajmowal sie swoimi, "meskimi" sprawami i zupelnie nie byl pomocny, choc pewnie nie powinnam miec mu tego za zle, bo wlasciwie to cos tam dlubal, cos tam stukal, cos naprawial... Napomkne tylko, ze nasze domowe sprzety robia nam ostatnio na zlosc i zamrazarnik chlodzi tylko do "lodowkowej" temperatury, zapchala sie rura z odkurzacza, nie dziala swiatlo nad pralka i suszarka w piwnicy oraz poszla uszczelka w kraniku na zewnatrz. Malzonek moj na brak pracy w domu narzekac wiec nie moze... ;)

W kazdym razie, przyjecie urodzinowe odbylo sie w tym samym miejscu co wiekszosc, na ktorych dotychczas bylismy - czyli w sali z wielkimi dmuchancami.

(Wszystkie grupowe zdjecia robione sa zawsze przed tym samym dmuchancem :D)

Troche kijowo jak na letnia impreze, poniewaz jednak bylo niemozliwie goraco (jak codzien ostatnio), moze to i dobrze. Tam przynajmniej byla klimatyzacja. ;) Potwory sie wyszalaly. Nawet Nik tym razem ruszyl natychmiast dzielnie do zabawy, bez kurczowego trzymania sie mamusi. Dorasta mi chlopak. ;) I nie pozostal, jak podczas ostatniego przyjecia, na jedynej, najmniejszej zjezdzalni, ale zaliczyl niemal wszystkie. Odwazyl sie nawet wejsc (za siostra) na najwieksza, polaczona z torem przeszkod. Tam jednak sie najwyrazniej pogubil. Widzac, ze cos dlugo nie zjezdza, poslalam za nim Bi, ktora w miedzy czasie zdazyla juz wyjsc ze srodka. Po chwili jednak Nik wylonil sie z tej samej strony z ktorej wszedl (a wyjscie znajduje sie po przeciwnej) z panika w oczach. ;) Nie plakal, a to najwazniejsze. Ale juz tam wiecej nie wszedl. :D

Poza tym, jak zwykle. Bi nie ugryzla nawet pizzy, a z torta zjadla tylko polewe. Nik zjadl kilka kesow pizzy, a z torta troche suchego ciasta. ;)


Oboje na szczescie byli zadowoleni z duperelkow otrzymanych w "favor bags". Ja tez, poniewaz w kazdej znalazl sie tylko jeden cukierek. ;)

Myslalam, ze po niemal godzinnym skakaniu na dmuchancach, Potworki padna mi w aucie, ale zapomnij. Zbytnio byli przejeci inspekcja swoich "favors". A po dojechaniu do domu, mieli jeszcze sile chlapac sie w basenie! ;)



W sobotni wieczor nastapil zas kolejny, rodzicielski "pierwszy raz". ;) A mianowicie, mielismy odstawic Bi na nocleg u dziadka. A pisze w czasie niedokonanym, poniewaz "nocleg" nie do konca wyszedl. ;) A bylo to tak:

Dziadek byl u nas w czwartkowe popoludnie i tradycyjnie zapytal Bi, kiedy w koncu kiedys przyjedzie do niego na weekend. Bi zas, ktora do niedawna na podobne propozycje reagowala stanowczym protestem, tym razem wyrazila entuzjazm. Ustalilismy wiec, ze jesli zadna ze stron nie zmieni zdania, odstawimy Bi do dziadka w sobotnie popoludnie. Alez sie Starsza cieszyla! Przez kolejne dni, co chwila powtarzala, ze jedzie do dziadka na dwa dni! Niewazne, ze nie liczac nocy, mialo to byc okolo 3 godzin jednego dnia i moze ze 4 nastepnego. Dla niej to byly dwa dni i koniec. :D

W kazdym razie zadzwonilam jeszcze do dziadka w piatek wieczorem, zadzwonilam w sobote. Bi byla podekscytowana, dziadek troche poddenerwowany, ale nadal chetny. ;) Tak jak sie umawialismy wiec, podrzucilismy Bi do mojego taty okolo 6 wieczorem, a sami pomknelismy na zakupy z tylko jednym dzieckiem! :D

Na jedna noc mielismy dla Bi tobolow jak na tydzien, bowiem zawinelam jej posciel, do plecaka zapakowalam ubrania na nastepny dzien oraz szczotke do wlosow i ulubiony kubek. Zabralam nawet mleko (ktorego moj tata nie pija) oraz troche kakao, zeby mogla zaczac dzien tak jak w domu. ;) Potem okazalo sie, ze zapomnialam o szczoteczce do zebow (no co, ja tez bylam przejeta :D), ale stwierdzilam, ze najwyzej Bi bedzie miala "dzien dziecka". ;) Sama Bi zas zabrala caly plecak i dodatkowa torbe zabawek. :D

Wszystko wydawalo sie pod kontrola. Zadzwonilam do mojego taty "tylko" dwa razy. Nawet Bi dostalam do telefonu, a ona wydawala sie wesola i nadal powtarzala, ze chce zostac u dziadka dwa dni. Ostatni raz rozmawialam z nia tuz po 20 i opowiadala, ze zaraz kladzie sie spac. Az dostalam lekki ochrzan od mojego taty, ktory stwierdzil, ze jestem nadopiekuncza. Kto, ja?! No coz, moje "malenstwo" mialo poraz pierwszy nocowac poza domem, to chyba naturalne, ze sie martwilam! :D

Hmmm... Martwilam sie, ale niepotrzebnie... Jakies pol godziny po moim ostatnim telefonie, zadzwonil moj tato, ze Bi ma kryzys i chce wracac do domu! Tak sie skonczyla wielka przygoda z dwoma dniami u dziadka... :D

Mimo wszystko warto bylo sprobowac, a ja wyrobilam sobie przy okazji kilka wnioskow. Po pierwsze, moje dziecko nie jest jeszcze gotowe na nocleg bez mamy, ale to oczywiste. ;) Po drugie, strasznie dziwnie bylo miec przez wieczor tylko jedno dziecko! Nagle slyszalam dokladnie co Nik do mnie mowi, a i on sam byl znacznie spokojniejszy i cichszy. Pozbyl sie rywalki z domu, wiec teraz rodzice tylko przy nim skakali, nie mial sie wiec o co awanturowac. ;) Poza tym, oboje z M. czulismy sie zdezorientowani i uparcie czegos nam brakowalo, poswiecalismy wiec Nikowi chyba wiecej uwagi niz normalnie poswiecamy dwojce. :D Kiedy wiec Bi wpadla do domu, rzucilysmy sie sobie w ramiona z taka radoscia, ze M. stwierdzil, ze wygladamy, jakbysmy sie miesiac nie widzialy. No, ja tak sie wlasnie czulam! Niby codziennie zostawiam Bi u opiekunki na 9 godzin, ale zostawic ja gdzies na noc, to juz zupelnie inna para kaloszy. ;)

Niedziela uplynela glownie pod znakiem poszukiwania chrzanu. Wspomnialam juz rok temu, ze kwitnacy koper, potrzebny do kiszenia ogorkow, jest tu praktycznie nie do dostania. Nie wiedzialam jednak, ze i chrzan jest takim warzywnym "bialym krukiem". ;) A potrzebny byl mi pilnie, bowiem ogorki przechowywane w lodowce wrecz blagaly juz o zamienienie ich na malosolne! :) Myslalam, ze bez problemu dostane go w supermarkecie, do ktorego pojechalismy w piatek, nota bene slynacego z ekologicznych warzyw. Nie dostalam. Sprobowalam wiec w Polakowie, choc tutaj nadzieje mialam nikla. Tak jak podejrzewalam, pudlo... Kiedy wiec Nik padl na drzemke, zabralam sie z nieodlaczna Bi do innego supermarketu. W tym akurat dostalam korzen chrzanu rok temu, wiec jechalam praktycznie na pewniaka. I... dostalam, ale ostatnia sztuke! Co sie dzieje?! Czy w tym roku modne sa jakies wystawne dania z duza iloscia chrzanu?! :D

Za to wracajac z zakupow, z cennym korzeniem chrzanu w plastikowej torbie, zajechalysmy pod jeden z publicznych basenow. Chcialam z ciekawosci spytac, czy nie-mieszkancy tamtego miasteczka, moga z niego korzystac. Kiedy bowiem ostatnio szukalam basenu, gdzie moglabym w te upaly zabrac Potworki, okazalo sie, ze sporo miast wymaga pokazania dowodu zameldowania! :O A nasze miasteczko, publicznego basenu nie posiada, szlag! Trzeba wykupywac czlonkostwo w tzw. "country club", co wydaje mi sie pieniedzmi (sporymi) wyrzuconymi w bloto, skoro wybiore sie z dzieciarnia poplywac raptem kilka razy i to tylko latem... Na basenie, do ktorego zajechalysmy okazalo sie jednak, ze takich problemow nie robia. Korzystac moze kazdy, kto zaplaci wejsciowke (nie mylic "publiczny" z darmowym :D).
I potem plulam sobie w brode, bowiem Bi urzadzila o ten basen taka awanture, ze sciany domu drzaly! Uparla sie koniecznie, ze chce teraz, zaraz, natychmiast, a tymczasem akurat kiedy tam zajechalysmy za chwile zamykali na popoludniowa przerwe, a wieczorne godziny zaczynaja sie niemal w porze potworkowej kolacji, wiec odpadaja.

Tak sie zlozylo, ze przez kolejne dni, albo taty w domu nie bylo dostatecznie wczesnie, albo zanosilo sie na burze, wiec o basenie nie bylo mowy, choc codziennie temat powracal w jeczeniu i fochach Bi.
W koncu, w srode, wymusilam na M. obietnice, ze wyjdzie z pracy wczesniej i pojedziemy (musicie wiedziec, ze choc nie znosi basenow, uparl sie, zeby jechac z nami). Pojechalismy jednak w inne miejsce, rekomendowane przez kolege taty. Coz... Nie wiem kiedy ten kolega ostatnio tam byl, ale ja dawno nie widzialam takiego syfu! Pordzewiale szafki w przebieralniach, prysznice zaraz obok toalet cuchnacych az na zewnatrz moczem... Zreszta, nawet jeden koniec basenu zalatywal niewiadomo czemu siuskami. Do tego odpryskujaca farba z dna basenu drapiaca stopy. Jednym slowem ohyda... Na domiar zlego brak brodzika, a w najplytszym miejscu woda siegajaca Nikowi niemal do ramion. Nie powiem, Potworkom spodobalo sie brodzenie w glebokiej wodzie, ale ja niemal dostawalam zawalu kiedy co i rusz probowali wbiegac jeszcze glebiej. M., ktory uparl sie zeby jechac z nami i to w to, konkretne miejsce, w koncu nawet nie wszedl do wody. :/

W czwartek po pracy, wzielam wiec dzieciaki sama i pojechalam z nimi na basen, ktory odwiedzilysmy z Bi w niedziele. Luuudzie, no niebo a ziemia! Nie dosc, ze znacznie czysciej, to wstep kosztuje 1/3 ceny tamtego dla doroslych, a dzieci do lat 6 wchodza za darmo! I jest brodzik, ha! ktory zreszta poznym popoludniem byl zupelnie pusty, Potworki mialy go calego dla siebie! ;)

(caly basen pusty - co za luksus!)

Oczywiscie idealnie byc nie moze i Potworki jeczaly przez wiekszosc czasu, ze oni chca do "duzego" basenu. Ten jednak okazal sie byc o wiele za gleboki, bo nawet na najplytszym krancu, woda siegala Bi do podbrodka. Brodzik za to byl nieco za plytki, zeby Potworki naprawde dobrze sie w nim bawily...

(W najglebszym miejscu woda siegala Bi do szyi - pod warunkiem, ze usiadla ;P)

(W najplytszym nawet Nik musial sie mocno rozplaszczyc, zeby zamoczyc sie po brode :D)

Mam nadzieje, ze uda nam sie jeszcze porzadnie pokorzystac z lata i skoczyc nad jezioro/ocean, gdzie Bi oraz Nik beda mogli przebywac na glebokosci, ktora najbardziej im odpowiada. ;)
Mi tam brodzik pasowal. Nie musialam az tak pilnowac Potwornickich, wystarczyla leniwa obserwacja z miejscowki na brzegu baseniku. Jeszcze kawa w reku i byloby idealnie. ;)

Zanim jednak zaczelismy wycieczki po okolicznych basenach, poniedzialek okazal sie... interesujacy... ;) W czasie weekendu, w pracy nastapila awaria w dostawie pradu, a generator, ktory mamy na wypadek takich okazji, przegrzal sie i padl. ;) Przez pierwsze dwie godziny siedzielismy przy slabych, awaryjnych swiatlach, ktos przyniosl kawe oraz paczki z Dunkin' Donuts i czekalismy na rozwoj sytuacji. Po jakims czasie, czesc z nas rozeszla sie, zeby w swietle padajacym z okiem, pracowac nad czyms, co nie wymagalo komputera. Wbrew pozorom, to wcale nielatwe zadanie w dzisiejszych czasach! :) Ja mialam juz zaplanowana wizyte u weterynarza z Maja, wiec i tak wychodzilam wczesniej, ale dowiedzialam sie, ze w oczekiwaniu na naprawe, wszyscy zostali zaproszeni na lunch sponsorowany przez firme, a potem puszczeni do domu, kiedy okazalo sie, ze ta sie przedluza. Ze mnie to ominelo! Przynajmniej jednak nie musialam sobie potracic urlopu za wczesniejsze wyjscie, skoro i tak wszyscy skorzystali z przywileju urwania sie z pracy przed czasem! ;)

Tu niestety pozytywna czesc posta sie konczy, bowiem u weterynarza otrzymalam przykre wiesci. Pojechalam tam z rutynowa wizyta, potrzebowalam bowiem recepte na comiesieczne tabletki dla Mai przeciw robakom. Zeby mi ja wydac, kliniki wymagaja, zeby raz do roku zrobic badanie krwi czy pies nie ma nicieni w sercu (heartworms). Wetka spytala czy chce, zeby przy okazji zrobili badanie na 3 choroby przenoszone przez kleszcze i stwierdzilam, ze czemu nie, warto sprawdzic. Teraz mam troche mieszane uczucia, bo z jednej strony wolalabym bloga nieswiadomosc, ale z drugiej, chorobe nalezy leczyc... W badaniu krwi wyszlo bowiem, ze Maya ma borelioze! :( Niewiadomo czy to swieza infekcja, czy stara, a tym bardziej zaskakujaca, ze pilnujemy comiesiecznego polewania Frontline i nigdy nie zauwazylismy na niej przyczepionego kleszcza! Lazace, owszem, ale nigdy przyssanego...

Teraz mam psiaka na silnym antybiotyku przez miesiac. Jesli jednak jest to stara infekcja, mozliwe, ze przeleczenie nic nie da. Poza tym, podobno nawet po wyleczeniu, badanie krwi bedzie jeszcze przez dlugi czas wykazywac dodatni wynik na borelioze. Nie bede wiec wiedziec czy Maya jest wyleczona przez kilka lat... A ostatnim (chociaz najmniejszym w tej sytuacji) zmartwieniem jest to, ze ten siersciuch ma ogolnie slaby zoladek i niewiadomo jak zniesie kuracje antybiotykowa. Moze byc "wesolo"...

Same wiec widzicie, ze na nude nie narzekam... Mialam Wam opisac dwa tygodnie w "pigulce", czyli w zalozeniu "skrocie", a znow wyszedl mi tasiemiec... ;)