czwartek, 10 października 2019

Ostatni tydzien wrzesnia

Konczy sie drugi tydzien pazdziernika, a ja pisze post nadal o wrzesniu. Coz... ;)

Juz pazdziernik... No to teraz na dobre zaczyna sie najbardziej przeze mnie znienawidzona pora roku... Przyjda deszcze, zimno, kurtki, cieple buty, wczesne wieczory... Bleee... ;)

Pisze "przyjda", bo po chlodnym poczatku, wrzesien zdecydowanie nas rozpiescil pogodowo. Nawet kiedy dwa tygodnie temu kalendarz zlowieszczo oznajmil, ze zaczela sie jesien, pogoda wskazywala raczej na... lipiec. Oprocz nocy, bo te jednak mowily wyraznie, ze lato nieodwolanie odeszlo (kilka razy, jeszcze we wrzesniu, wlaczylo sie  nad ranem ogrzewanie! Teraz juz wlacza sie co noc). W dzien jednak temperatury przkraczaly najczesciej 25 kresek i choc przy takich skokach nie wiadomo bylo jak sie rano ubrac, to nie narzekalam. Lubie cieplo i choc wygladam juz pomalu sezonu narciarskiego (cos MUSI czlowiek sobie znalezc zeby nie dostac na powaznie jesiennej chandry ;P) to chcialabym takie temperatury zatrzymac jak najdluzej.

Ostatni tydzien wrzesnia minal nam zwyczajnie, biegiem pomiedzy domem, praca, a zajeciami Potworkow. W poniedzialek na treningu Bi, trener urzadzil dzieciakom mini wyscigi. Szkoda tylko, ze dzieci dobierane byly zupelnie przypadkowo, wiec ciezko bylo ocenic ich faktyczne umiejetnosci. Wedlug mnie, powinni mierzyc czas i dobierac scigajace sie trojki wedlug szybkosci. Ale niewazne. Nie bede trenerom mowic jak maja wykonywac swoja prace. ;)

Tu cwiczenia z deska :)

W kazdym razie w kazdym z trzech wyscigow, Bi doplynela pierwsza. Z tego jednak co obserwuje podczas zwyklego plywania (dzieciaki w kazdej linii mijaja sie i ustawiaja do przeplywania dlugosci basenu wedlug szybkosci, zeby na siebie nie wpadac) zazwyczaj jest druga lub trzecia. Calkiem wiec niezle. ;)

Nik na treningu tenisa znow mial dwojke dzieci w grupie, a to mu wystarcza zeby byc zupelnie usatyswakcjonowanym. Niestety, jest od pozostalej dwojki nieco starszy (a przynajmniej tak mi sie wydaje), co przeklada sie na umiejetnosci. Nik po prostu lepiej ustawia sie do odbijania, czesciej tez trafia rakieta w pilke. ;) Podejrzewam, ze w nieco starszej grupie mialby wieksza motywacje do wlozenia w trening troche wysilku, a tak to sobie olewa i skupia sie na wyglupach. ;)

Moze kiedys bedzie z niego tenisista... ;)

Tak w ogole, to stwierdzam, ze Nik potrzebowalby przynajmniej 3-godzinnego treningu. Jego trenerka dba o to, zeby dzieciaki byly w ciaglym ruchu. Urzadza mlodziezy cos na ksztalt toru przeszkod, albo kaze tym, ktore akurat czekaja w kolejce na cwiczenia serwu, robic pajacyki. Teoretycznie wiec, po godzinie takiej aktywnosci, Nik powinien byc wyrabany. Wiem, ze JA bym na pewno byla. ;) Tymczasem moj syn, kiedy ma stac, skacze w miejscu, albo obraca sie na wszystkie strony i wymachuje rakieta, az boje sie, ze ta wyleci mu z dloni i w cos (lub kogos) uderzy. :) Wychodzac do domu, obiega trzy razy stanowisko recepcji. W chalupie lata jak szalony w kolko po calym dole. Ogolnie rzecz biorac, cwiczenia zamiast go zmeczyc, to go nakrecaja. ;) Ostatnio, w akcie desperacji pogrozilam mu, ze jak wrocimy, bedzie musial przebiec 20 razy naokolo domu. Oczywiscie po powrocie syn sam mi o tym przypomnial i byl troche rozczarowany, kiedy powiedzialam, ze tylko zartowalam. ;)

Lekkiego stresika mialam przed czwartkowa lekcja plywania Kokusia. Dla przypomnienia, na pierwszej lekcji Nik urzadzil histerie, ze nie chce plywac, a na kolejna nie pojechal, bo byl zaziebiony. Na trzecia jechalam wiec w bojowym nastroju, ktorego nie poprawial fakt, ze Mlody w foteliku z tylu... ryczal, ze nie chce. :O
Tym razem jednak, rozczarowanie bylo pozytywne dla nas obojga. Liczna grupe z pierwszych zajec rozdzielono na dwie i Nik trafil do tej przeniesionej na wczesniejsza godzine. Jest mi to srednio na reke, bo kolejny dzien musze leciec z pracy z wywieszonym jezorem, zeby zdazyc na czas, ale zmiana zdecydowanie sie oplacila. W mniejszej grupce Nik wyraznie odzyskal rezon i na pierwszy rzut oka widac, ze plywanie sprawia mu radosc. Na kolejne zajecia polecial jak na skrzydlach. Poza tym zostaly juz tylko dwa. Na reszte jesieni i zimy planuje zawiesic jego lekcje, bo przy tendencji do zapalen ucha wole zeby na basen chodzil przy cieplejszej pogodzie.

Od razu widac, ze humor lapszy

Troszke jednak zaluje, bo Nik zaskoczyl mnie jeszcze czyms innym. Mlodszy mial codziennie lekcje plywania na polkoloniach, ale tych oczywiscie nie mialam jak podejrzec. W naszym przydomowym baseniku plywac sie nie da, a we wszystkich napotkanych latem zbiornikach wodnych, Nik wolal wyglupiac sie, skakac na glowke, itd. Tak wiec naprawde nie widzialam go plywajacego od wiosny. I wiecie co?! Skubaniec robi to naprawde calkiem niezle! Technika pozostawia co nieco do zyczenia, ale widac juz z grubsza odpowiedni styl. Co wazniejsze jednak, Nik plywa bardzo szybko! Bylam w prawdziwym szoku! Na moje oko spokojnie nadawalby sie do druzyny plywackiej, bo tam nadal cwicza z mlodszymi dziecmi odpowiednie style, ale coz, skoro nadal stanowczo odmawia... Moze kiedys mu sie odmieni. ;)

Wrzesien postanowilismy zakonczyc z przytupem i pojechalismy... na kemping! Tak, tak, dobrze czytacie, na KEMPING!!! :D

Moze pamietacie, ze planowalismy go na tydzien wczesniej? Mielismy wyjechac juz w czwartek i zostac az do soboty. Niestety, okazalo sie, ze w piatek koniecznie musialam byc w pracy, wiec z wielkim bolem (pogoda byla prawdziwie letnia, wrecz upalna) musielismy zrezygnowac. Prognozy na kolejny weekend byly poczatkowo niespojne, ale tym razem w pracy koniecznie musialam byc w czwartek, wiec piatek zostawal otwarty. Dodatkowo, w zwiazku z zydowskim swietem Rosh Hashanah, Potworki mialy poniedzialek wolny. Trzymalismy wiec reke na pulsie, sprawdzajac prognozy i ilosc wolnych miejsc na kempingu. ;) Ten bowiem, choc otwarty do polowy listopada, po sezonie wynajmuje tylko okolo 1/3 miejscowek. W koncu jednak wszystko sie wyklarowalo i wskoczylo na swoje miejsce. Pogoda wygladala obiecujaco, udalo mi sie zarezerwowac jedno z ostatnich miejsc i cali radosni, pojechalismy. Na zupelnym spontanie, robiac zakupy i pakujac sie na ostatnia chwile. ;) W piatek wzielismy pol dnia wolnego zeby kupic prowiant oraz zapakowac przyczepe i kiedy Potworki dojechaly ze szkoly, wsadzilismy ich praktycznie z miejsca do auta i wyruszylismy. :)

Niestety, 16:30 to juz srodek popoludniowych korkow i nasza jazda to byl prawdziwy koszmar. Wlasciwie to wiecej posuwalismy sie w korkach noga za noga, niz normalnie jechalismy. W ktoryms momencie zaczelam goraczkowo sprawdzac na stronie internetowej, do ktorej mozna sie meldowac, bo zaczelam sie powaznie niepokoic, ze nie dojedziemy przed zamknieciem biura. Mielismy jechac niecale 2.5 godziny byc na miejscu okolo 19 i cieszylismy sie, ze rozpakujemy sie przy wieczornej szarowce. Taaa... Jechalismy prawie 4 godziny i dojechalismy po 20, kiedy bylo juz kompletnie ciemno. :) Na kempingu latarni brak, wiec ustawilismy sie tyle o ile. Na szczescie kazda miejscowka ma tam asfaltowe miejsce na auto i kamper'a, wiec okazalo sie, ze przyczepa stoi w miare prosto i nie trzeba bylo jej poziomowac. W swietle latarki moglo to byc niezle wyzwanie. ;) Potem juz tylko M. rozpalil ognicho i rozpoczelismy leniuchowanie.

Sobota przywitala nas... prawie upalem. Temperatura osiagnela 26 stopni w cieniu! Bylo po prostu cudownie. Na kempingu rosna tylko powyginane od zimowych wichrow karlowate choinki, wiec przy pelnym sloncu i takich temperaturach, wydawalo sie, ze znow jest lato. ;) O tym, ze sezon sie skonczyl przypominal tylko zamkniety sklepik, pustki na plazy oraz to, ze w polowie kempingu nagle urywal sie rzad przyczep oraz kamperow i ukazywalo puste pole usiane skrzynkami z pradem i kranikami z woda. :)
Po kawie oraz sniadaniu, pierwszym przystankiem byl plac zabaw. Potworki oddaly sie szalenstwom, a ja siedzialam grzejac sie w sloncu i podziwialam latawce unoszace sie na wietrze. Jakis zapaleniec poprzyczepial kilkanascie latawcow do slupkow plota otaczajacego parking. :)


Po poludniu, kiedy temperatura osiagnela maksimum, a Potworki dopominaly sie doslownie co 10 minut, zabralam ich na plaze. Ciekawa sprawa, ze to M. chcial jechac na wlasnie ten kemping, to M. twierdzil, ze fajnie byloby jeszcze powdychac morskiego powietrza, a potem ani razu nie wybral sie z nami na plaze. Tzn. te morska, bo wieczorami szlismy na spacer na piaski nad rzeka i tam juz szedl...

Ach, jak ja kocham takie widoki!

W kazdym razie goraco, plaza, cieply piasek, wiec co z tego, ze samiutka koncowka wrzesnia. Ludzie ochoczo wlezli do wody, a z nich wziely przyklad Potworki.

(prawie) pazdziernik to czy lipiec? ;)

Dla mnie woda byla lodowata i zamoczylam tylko paluchy od jednej stopy (sprawdzajac temperature). Potworki wykrzykwaly, ze "Ooooo, ale ziiiimna!!!" i... i tak sie kapali. :D

Przybrzezny falochron byl chyba wieksza atrakcja niz piach i woda :)

Pod wieczor jak zwykle (na tym kempingu) wybralismy sie na spacer po odslonietym przed odplyw brzegu rzeki. Niezmiennie fascynuje mnie tam roznica miedzy odplywem i przyplywem. Rzeka przy kempingu uchodzi do zatoki (Gulf of Maine), ktora znana jest z duzych odplywow. W naszej lokalnej zatoczce, roznica miedzy przyplywem a odplywem to kilka stop, a w Baltyku, wiadomo, kilka cm, praktycznie niezauwazalna. Tu, na kempingu, to juz kilkadziesiat stop. Dlugie polacie odslonietego dna.

Normalnie widoczna w tle ciemna "wyspa" znajduje sie pod woda, jak rowniez teren, po ktorym spaceruje Bi z psiurem

Potworki, tak jak my, uwielbiaja spacery po nagle widocznych skalkach pokrytych muszlami, wodorostami oraz paklami. Nawet Maya tym razem dosc odwaznie truchtala po plyciutkiej wodzie. Trzeba jednak uwazac, bo kiedy nadchodzi przyplyw, poziom podnosi sie naprawde szybko. ;) Nie na tyle, zeby cie nagle zalac i utopic, ale wystarczajaco, zeby znienacka przemoczyc sandaly. ;)

Niedziela byla juz chlodniejsza. Bylo okolo 20 stopni, ale nadal piekne slonce. Potworki i ja nie moglismy wiec przepuscic plazy, tym bardziej, ze teraz to juz naprawde ostatni raz w tym roku, no chyba, ze wybierzemy sie gdzies na dalekie poludnie. Nie ukrywam, ze znow korca nas gorace Karaiby. ;)

Zegnaj na 9 miesiecy, piekny oceanie... :(

Poniewaz temperatura byla juz mniej "letnia", pozwolilam Potworkom pomoczyc nogi, ale zakazalam otwartej kapieli. I co? I jajco, bo w ktoryms momencie Bi Nika popchnela (ona twierdzi, ze go tylko "dotknela", ale mam to na filmiku i na "dotkniecie" to nie wyglada :D), a ten polecial jak dlugi prosto w nadplywajaca fale... :/
Matka zas zdarla sobie kolana, co nie przydazylo mi sie juz od wielu, wielu lat. Jak to sie stalo? Ano, pojechalam na przejazdzke rowerowa z dziecmi. Pojechalismy sciezka przez lasek, z tym, ze Nik wiedzial, gdzie jedzie (jechal tam wczesniej z M.), a ja nie bardzo. Pedzilam slepo za synem, ten w ktoryms momentu pojechal pod mala, ale dosc stroma gorke, a ja... nie dalam rady. Gorka "wyrosla" przede mna zza zakretu, nie zdazylam wiec nabrac rozpedu, zeby ja pokonac. W ostatniej chwili probowalam zeskoczyc z roweru, ale w rezultacie ten sie przewrocil i zaczal staczac z gorki, ciagnac mnie ze soba. Przeoralam sobie lewe kolano i bok prawej nogi. ;) Musialo to wygladac dosc powaznie, bo z gory Potworki dopytywaly czy wszystko ok, a potem co chwila pokazywaly mi (jakbym nie wiedziala), ze leci mi krew. Coz, tak bywa, jak jest sie ostatnia lamaga. ;)
Wieczorem temperatura zaczela dosc gwaltownie spadac, wiec cieplo ogniska bylo wybawieniem. Bi jak zwykle na kempingu wymiekla i domagala sie polozenia spac juz o 21. Dosc irytujace jest to, ze mowi jej czlowiek zeby szla spac jak tak bardzo chce, ale ona wtedy urzadza awanture, ze ktos przeciez musi dac jej buziaka i przytulaska i ona nie chce klasc sie sama. ;) Tym razem padlo na mnie, a kiedy wrocilam do ogniska, zastalam taki widok:

Ale po co isc spac do przyczepki, no po co?! ;)

Oba moje chlopaki, plus pies, spali sobie najlepsze przy ognisku. :D

Nie ma to jak cieplo plomieni, chociaz w przyczepie tez przeciez jest ogrzewanie :)

Mala przygode musielismy oczywiscie miec z nasza przyczepka. Kemping, na ktory pojechalismy, mial podlaczenia do pradu oraz wody, wiec nie oczekiwalismy zadnych wiekszych problemow. Sobota byla wrecz goraca, niedziela w miare ciepla, ale noce pod koniec wrzesnia byly juz porzadnie zimne, wiec ogrzewanie w przyczepce regularnie sie wlaczalo. Przyczepa podlaczona byla do pradu, ale ogrzewanie idzie na gaz i w nocy z niedzieli na poniedzialek nam go zabraklo! ;) Owszem, termostat sie wlaczal, ale z wywietrznikow lecialo zimne powietrze! :D Dobrze, ze mielismy zapasowa butle z gazem, ale M. musial w srodku lodowatej nocy wyjsc ja zmienic! Odrobiny pieprzu dodaje fakt, ze noca po kempingu grasuja skunksy (nasz worek na smieci "dorobil sie" wygryzionych dziur, z ktorych wypadaly papierki i inne odpadki, kiedy nioslam go do smietnika ;P), wiec lazenie po ciemku to spore ryzyko. ;)

Poniedzialek przywital nas juz chmurami oraz duzo nizszymi temperaturami. Bylo zaledwie 12 stopni i cieszylam sie, ze M. zmienil butle z gazem, bo ogrzewanie wlaczalo sie praktycznie co chwila. Na szczescie nie padalo, ale ze i tak mielismy sie tego dnia zbierac, po sniadaniu zaczelismy sie pakowac.

Pogoda niezbyt plazowa, ale Potworki i tak znalazly sobie rozrywke ;)

Kiedy w poludnie wyjezdzalismy, temperatura leniwie podniosla sie do 15 stopni, a za to w domu, 3 godziny na poludnie, bylo juz ich 20. ;) Za to wyjezdzajac dosc wczesnie i w dzien powszedni, ominely nas kompletnie korki. Przejechalismy gladko i choc raz ani razu nie stajac ani nie zwalniajac. Tak to mozna jechac! :D

W ten sposob, w pazdziernik wkroczylam z morskim piachem rozsypanym w przedpokoju i roznoszonym po calym domu, z zapachem slonej bryzy na recznikach, dymu z ogniska na bluzach oraz... spalonym czolem. I absolutnie nie narzekam. :)

czwartek, 26 września 2019

Zapalenie ucha #1 i inne wiesci roznorakiej tresci :)

Zaczne je chyba spisywac, liczyc i odmierzac przerwy pomiedzy...
Tak, moi Drodzy. Poprzedniego posta skonczylam, po niemal 2 tygodniach pisania po troszku, w czwartek. A w piatek nad ranem Nik wparowal mi do sypialni z placzem, ze boli go ucho! Dla przypomnienia, 4 dni wczesniej bylam z nim u lekarza, gdzie uszy mial sprawdzane i bylo w nich podobno czysto! :O
Najlepsze, ze, jesli pamietacie z poprzedniego posta, piatek to byl dzien kiedy absolutnie, koniecznie musialam byc w pracy. Sciagnelam wiec z pracy niezbyt zadowolonego M., zeby przejal syna i pojechal z nim do lekarza...
Pani doktor stwierdzila, ze ucho narazie jest tylko zaczerwienione, ale ze Nik ma tendencje do tych zapalen, przepisala antybiotyk. :(
A teraz, wyobrazcie sobie, ze w poniedzialek rano, czwartego dnia na antybiotyku, Nik rano pokazuje mi... wysypke w zgieciu prawego lokcia! :O Po poludniu okazalo sie, ze wysypka jest tez na brzuszku. Taka drobniutka, blado-rozowa "kaszka manna". I teraz: kie licho?! Reakcja na antybiotyk? Na cos innego? Jakas wirusowka??? Poki co obserwuje i czekam, bo poza tym nic zdaje sie mu nie dolegac, ale no po prostu niech mnie ktos zastrzeli!!! :/
Dopisuje: dwa dni pozniej, wysypka sama zniknela. Czort jeden wie, co to bylo. ;)

Z weselszych "przygod", to miedzy Potworkami a mna, rozwinal sie zwyczaj pisania do siebie liscikow i wsadzania ich do sniadaniowek. Takie tam "Milego dnia!" lub "Smacznego!". Ja oczywiscie zwijam sie ze smiechu czytajac karteczki od dzieciakow, z uroczymi bledami i przekreceniami.

U gory od Bi. Nawet bezblednie. ;) "Mam nadzieje, ze bedziesz miec wspanialy dzien, mama. Nie moge sie doczekac, zeby zobaczyc cie w domu, mama". I zaznaczone, zeby przewrocic na druga strone. Zauwazylyscie, ze pierwsze "mama" napisane jest polskimi literami? ;) A pod spodem karteluch od Nika - zwiezle i na temat. Po mesku :D

A tutaj druga strona lisciku od Bi. Tu juz pare bledow. Powinno byc: "write a message to me please. Start here" :D

Skrupulatnie robie im tez zdjecia. Bedzie kiedys fajna pamiatka. :)

Tu juz karteczka od Bi z innego dnia. Rowniez prawie bez bledu. Jedyne co, powinno byc "aN amazing day". ;)

Jak wiecie, Potworki maja w szkole lekcje gry na skrzypcach. Te z Was, ktore mialy kiedys przyjemnosc nauki gry na instrumencie wiedza, ze bardzo wazne jest regularne cwiczenie. Przy naszym grafiku, codzienne jest po prostu niemozliwe, bo uwazam, ze poza sportem oraz lekcjami, dziecku nalezy sie tez chociaz chwila swobody. Lubie jednak miec poukladany "grafik" i wiedziec, co ktorego dnia robimy, wiec ustalilam (tzn. oznajmilam Potworkom), ze niedziela i wtorek sa dniami, kiedy beda cwiczyc gre na skrzypcach. Tylko we wtorek bowiem nie maja po lekcjach innych zajec. W sobote spedzaja pol dnia w polskiej szkole, wiec po niej chce dac im swobode na nude i robienie co chca. W niedziele, poza poranna msza nie mamy zadnych obowiazkow, wiec tez moga poswiecic te 15 minut na gre. Poki co tylko Bi ma zadawane konkretne cwiczenia (Nik ma cwiczyc prawidlowe trzymanie smyczka) i oczywiscie nie przyjmuje tego lekko. ;) Juz przy pierwszej probie naklonienia jej do gry, uslyszalam, ze ona juz nie chce skrzypiec i mam ja wypisac. :O
O nie, nie... Nie bedzie tak lekko! ;) Po dlugiej awanturze, bowiem Bi oznajmila, ze jak ma cwiczyc, bedzie to robic na dole (ktory jest otwarty i nie mozna nawet zamknac sie w zadnym pomieszczeniu) i odmowila pojscia albo do swojego pokoju, albo do bawialni w piwnicy, zawarlysmy kompromis. Poszla cwiczyc do siebie, ale niestety musialam jej towarzyszyc... Bo naprawde nie mam nic innego do roboty... :/ No ale coz, poczlapalam ze Starsza do jej krolestwa i zaczela rzepolenie. Na poczatku brzmialo to tak, ze nie moglam wylapac zadnej melodii! Miala zagrac "D major scale" i moze gdybym miala choc odrobine wyksztalcenia muzycznego, wiedzialabym co to. A tak to Bi oswiadczyla zadowolona, ze skonczyla i byla wsciekla kiedy powiedzialam, ze sprawdze na YouTube, co to mialo w ogole byc. I wiecie co? To byla po prostu gama! :D Puscilam dziecku kilka filmikow, zeby popatrzyla i posluchala jak to ma brzmiec i kazalam sprobowac jeszcze raz. Oczywiscie Bi uderzyla w placz, ze ona nie umie, ze nie da rady, ze nie lubi skrzypiec i to jest za trudne... :/ Ale zagrala i pierwsza czesc wyszla jej tym razem bezblednie! Zachecona zaczela grac game w dol, ale pomylila sie i wkurzona na maksa, opuscila skrzypce. Nie rzucila nimi, ale puscila w dol z lekkim impetem, tak, ze uderzyly w dywan (dobrze, ze nie w drewniana podloge). I tu: PING!!! Poszla struna! :O Myslalam, ze Bi po prostu udusze!!! Po pierwsze, skrzypce wypozyczone, a po drugie bez struny nie ma oczywiscie jak cwiczyc! :/
Na szczescie nauczycielce udalo sie naprawic instrument bez problemu i podobno to sie dosc czesto zdarza... Hmmm... ;)

Poza skrzypcami, Potworki nadal cwicza plywanie i tenisa. To znaczy, chwilowo plywanie tylko Bi, bo Nik doleczal sie w zeszlym tygodniu z przeziebienia i basen mu odpuscilam. Cale szczescie zreszta, bo potem bym sie zastanawiala czy to nie przez to dostal zapalenia ucha. ;) Plywala tylko Bi, ale na szczescie szla z radoscia i tak jak przewidzialam, juz ma w grupie kolezanki. A taki byl placz, ze ona nikogo nie zna! ;)
Nik byl w srode na tenisie. Tydzien wczesniej, po pierwszym treningu, wyszedl zachwycony. A w zeszlym tygodniu nagle na haslo: tenis, wykrzywil sie, ze on nie chce juz grac bo jest sam w grupie! No trzymajcie mnie! Bardzo jasno dalam do zrozumienia smarkaczowi, zeby nawet nie zaczynal wymyslac. Plywanie nie, bo starsze dzieci, bo za duzo dzieci, bo Bog wie co... Teraz tenis nie, bo... nie ma dzieci?!
Cale szczescie, ze tego dnia do grupy dolaczyla dziewczynka i dodatkowo jakis chlopiec nadrabial stracone zajecia, wiec bylo ich troje.


Juz bowiem mialam wizje, ze Nik urzadza tym razem histerie na tenisie. :D

Co poza tym?
Maz maluje salon. Przypomne, ze mieszkamy w obecnym domu od lutego 2018 i w koncu, po poltora roku od przeprowadzki, salon zmienia kolor na docelowy! :D W koncu bede mogla wybrac zaslonki i jakies obrazy, YEAH!!! ;)
Z M. - pefekcjonsta, nic nie jest latwe, rzecz jasna. Mialo byc szybkie odswiezenie scian i juz, co juz samo w sobie nie jest ani szybkie, ani proste, bo jak wiecie, sciany w salonie mamy wysoookie. M. polozyl pierwsza warstwe farby na dwie sciany, po czym... stwierdzil, ze musi jednak zrobic cos z wybuleniami po gwozdziach! :O Dom 40-letni, drewaniany, wiec "pracuje" i gwozdzie powoduja okragle wypuklosci na scianach. Dla mnie moglyby one zostac, bo widac je tylko pod samym sufitem i w dodatku tylko pod pewnym katem i przy okreslonym kierunku swiatla. ;) Poza tym sa zupelnie niewidoczne. No, ale M. stwierdzil, ze nie ma mowy, on musi to poprawic, czyli zdrapac sciane w tym miejscu i zaszpachlowac powstala w ten sposob dziure. Problem w tym, ze takich wypuklosci naliczylismy na scianach kilkanascie, teraz wiec mam sciany salonu w kropki, a poza tym czekam na kolejna warstwe farby (orginalny braz niestety przebija) oraz pomalowanie reszty. ;)
No i nie chce nic M. mowic, ale kolor (ktory sama wybralam) nie za bardzo mi sie podoba. ;) Salon jest ciemny, wiec szukalam jakiegos jasnego koloru. Bialego nie chcialam, bo same wiecie, przy dzieciach oraz psie bialy kolor to jak strzelenie sobie w kolano. Reszta dolu pomalowana jest na odcienie szarosci, wiec i tu wybralam jasniutki szary. I chyba nieco przesadzilam z ta jasnoscia, bo teraz, kiedy patrze na sciany, nie widze szarosci w ogole! Sciany wydaja mi sie po prostu... brudne! :O

Tu porownanie starego koloru z nowym. Niestety, zdjecia nie oddaja faktycznego odcienia. Na niektorych wyglada on na niebieskawy. Na zywo powinien byc jasno szary, a wyglada jak brudna biel. :/ 
No, w zasadzie brudny kolor bialy robi sie szary, wiec chyba sie czepiam... ;)

Wielokrotnie pisalam, ze kiedy M. ma robote, to jakby ktos zalozyl mu klapki na oczy. Nie widzi nic, tylko robi, robi, robi. Nadszedl weekend, ktory, mimo koncowki wrzesnia, postanowil poudawac lato. Strasznie bylismy zli, bowiem mielismy na niego zaplanowany kemping (prognozy byly tak pomyslne, ze stwierdzilismy, ze trzeba korzystac i chcielismy zabrac dzieci ze szkoly i wyjechac juz w czwartek), a potem okazalo sie, ze w piatek musialam byc w pracy i trzeba go bylo odwolac. :( M. wpadl w wir malowania i byl nie do ruszenia z domu, ale tak po prostu "zmarnowac" taka wspaniala pogode?! Co prawda ogrod potrzebuje chwili uwagi i dom tez az prosi sie o porzadne posprzatanie, ale ze piekne, cieple dni sa juz policzone, postanowilam skorzystac. Odkad na Fejsie "polubilam" jakis festyn, teraz co i rusz wskakuja mi reklamy innych. Sporo z nich jest daleko, ponad 40 minut jazdy i nie chce mi sie tak daleko tluc, wpadl mi jednak w oko jeden w miasteczku, w ktorym kiedys, dawno temu, pracowalam. Wygladalo interesujaco, no i znacznie blizej - niecale 1/2 godziny jazdy. Pol soboty Potworki spedzily w Polskiej Szkole, ale kiedy przywiozlam ich do domu i zjedli obiad, byli rzecz jasna cali chetni zeby gdzies jechac. Moj drogi malzonek oczywiscie tylko przewrocil oczami na propozycje towarzyszenia nam, wiec zabralam Potworki i pojechalismy. :)
Na miejscu okazalo sie, ze "festyn" byl zupelnie inny od tych, ktore dotychczas nazywalam festynami. ;) Po pierwsze nie bylo na nim ani jednej karuzeli czy innej lunaparkowej atrakcji. A po drugie, co przyjelam z wielka ulga, wszystkie atrakcje wliczone byly w cene wstepu i mozna bylo placic karta, takze w budkach z jedzeniem. Zazwyczaj w takich miejscach musze ostroznie odliczac gotowke, a i tak zazwyczaj mi jej brakuje. Tym razem musialam dokupic wody, bo choc wzielam Potworkom picie, bylo tak goraco (a impreza w szczerym polu, niemal bez cienia), ze w godzine wszystko wypili i juz szykowalam sie, ze nic z tego bo w portfelu mialam echo, a tu niespodzianka. Zaplacilam bez problemu karta i dzieciaki zadowole mogly szalec dalej. Dlaczego na wszystkich festynach tak nie mozna?!

Tak jak pisalam, atrakcje, jak na festyn byly dosc... nietypowe, ale dla Potworkow miejsce bylo zdecydowanie hitem. :)
Byly gokarty napedzane sila wlasnych nog.

Wiatr we wlosach :D

Bylo miejsce do wspinania po ogromnych oponach.

Nie wiem z jakiego pojazdu byly te opony, bo nawet dla traktora chyba sa za duze...

Byly bale siana do wspinaczki.

Biedne, miejskie dzieci mialy okazje pokluc sobie dupki sianem :D

Byly zjezdzalnie zrobione z ogromnych plastikowych rur.

To bylo niczym zjezdzanie po tarce i Bi narzekala potem, ze pupa ja boli ;)

Byl dmuchaniec do skakania.

Tu wpuszczali dzieciarnie grupkami, pewnie, zeby sie nie pozabijali ;)

Byla przejazdzka wozem z sianem ciagnietym przez traktor.

Na zdjeciu akurat traktora nie widac, wiec musicie mi uwierzyc na slowo ;)

Bylo pole z dyniami, z ktorego kazde dziecko moglo sobie wybrac dynke.

Pole oszukane bo dynie wcale tam nie rosly, tylko zostaly rozrzucone! ;)

Byl tez labirynt w polu kukurydzy.

Bi lubuje sie ostatnio w dramatycznych minach ;)

Nik koniecznie chcial go przejsc, ale kiedy weszlismy i sciezka rozwidlila sie raz, drugi, trzeci i czwarty, postanowilam jednak zawrocic, poki jeszcze bylismy na tyle blisko, ze slychac bylo traktor i ludzi i mozna bylo kierowac sie glosami. ;) I cale szczescie, bo nawet wracajac ta sama droga, kilka razy trafilismy w slepy zaulek, a dopiero wieczorem spojrzalam na otrzymana przy wejsciu na festyn mapke labiryntu i okazal sie on ogromny!

Labirynt z lotu ptaka. Niesamowity, co?

Calosc to okolo 2 km! :O Mi w dodatku przyszedl na mysl horror "Dzieci kukurydzy" i w ogole chcialam z tamtad jak najszybciej uciekac! :D
Byl tez malutki labirynt zbudowany z bali siana, ale ten siegal mi pasa i nawet Potworkom wystawaly ponad niego glowy, wiec przeszli go... na czworaka! :D
Co i rusz staly roznorakie figury zrobione z wypchanych sloma materialow.

Kowbojka i "przystojniak" ;)

Chyba jedyna atrakcja, z ktorej Potworki nie skorzystaly, byla przejazdzka wagonikami zrobionymi z metalowych beczek, ciagnietych przez traktor. Za to najwiekszym faworytem Potworkow, do ktorego wracali dwa razy, byl ten plac zabaw.

"Zwyczajny" plac?

Z pozoru plac jak plac. Domek, drabinki, zjezdzalnie, ot tyle. Co wiec sprawialo, ze dzieciaki lgnely do niego jak muchy? Tajemnica byl "piasek", ktorym wysypane bylo dno. Przypatrzcie sie dobrze: to nie piach, to... kukurydza! :D

Jesc kukurydzy, nie jedza, ale wytarzac sie, czemu nie? :D

Potworki, podobnie jak wiekszosc malolatow, byly zachwycone! Tarzaly sie w tej kukurydzy, zakopywaly, itd. Taka prosta rzecz, a ile radosci. ;)

Jak na plazy :D

Na sam koniec zabawy poszlismy wybrac po dynii. I tu stwierdzam, ze Potwory sa po swojej matce - kompletnie niezdecydowane. Nik jeszcze jako tako. Zajelo mu z 15 minut zeby wybrac dynie o odpowiedniej wadze (miala byc jak najmniejsza i najlzejsza ;P), ale jak juz wybral, to zostal przy swoim wyborze. Bi za to wybierala, przebierala, juz ktoras miala, ale jednak ja odkladala i szukala innej, juz szlismy do wyjscia, a ona jeszcze upatrzyla jakas ladniejsza. ;) Jej dynia miala byc idealnie okragla i bez zadnego zadrapania czy wgniecenia. Powodzenia w znalezieniu takiego idealu. ;) Chyba z 40 minut tam krazylismy, az w koncu niemal sila wyciagnelam ja do bramy. :D

W koncu wybrali dynie...

Ten festyn ma byc otwarty co weekend az do poczatku listopada, wiec mozliwe, ze wybierzemy sie na niego jeszcze raz. Po obejrzeniu zdjeci oraz filmikow i zobaczeniu ile Potworki mialy frajdy, M. - laskawca stwierdzil, ze moze nawet pojedzie z nami. :D

Na niedzielne popoludnie zostalam zaproszona na "babskie" spotkanie do kolezanki. Troche bylam zla, bo pogoda znow przepiekna, prawdziwe lato na koniec wrzesnia i wolalabym spedzic dzien gdzies na lonie natury z dzieciakami. Zaproszenie dostalam jednak juz po odwolaniu kempingu, wiedzialam wiec, ze weekend mam teoretycznie wolny i przyjelam je zanim zastanowilam sie nad konsekwencjami. ;)
Potworki zostawaly tym razem z tata, wiec zeby miec pewnosc, ze spedza choc troche czasu na swiezym powietrzu (balam sie, ze M., zajety malowaniem, da im tablety i beda sie w nie gapic cale popoludnie...), po kosciele zabralam ich na plac zabaw przy szkole.


Przy okazji przezylam lekki szok, bowiem bylismy tam samiutcy. Niedziela, 11 rano, wiec wcale nie tak wczesnie, obok szkoly spore osiedle domkow szeregowych, w ktorych wiem, ze mieszkaja dzieci. I co? Poza nami ani jednego malolata! Trudno sie mowi.


Potworkom w sumie brak towarzystwa nie przeszkadzal, wrecz przeciwnie. Zazwyczaj korzystaja z tego placu na dlugiej przerwie i podejrzewam, ze wtedy jest walka o kazda hustawke i kolejka do zjezdzalni. A tak, mieli wszystko dla siebie. ;)

Niestety, dlugo na placu nie zabawilismy, bo musialam odwiezc dzieciaki do domu, dac im obiad, po czym popedzilam do kolezanki. Zorganizowala ona bowiem pokaz... Thermomix'a. Znany on jest w Polsce od wielu lat, ale do Stanow dotarl dopiero jakies 2 lata temu i nie za bardzo zdobywa popularnosc. Wiecie, Amerykanie generalnie wola sie stolowac poza domem, a obiady domowe to tylko cos extra szybkiego. Nic dziwnego, ze taka machina srednio ich interesuje. ;) Mowiac szczerze, po obejrzeniu tego "cuda techniki" mnie tez nie interesuje. ;) A przynajmniej nie za taka cene. Prezentowany model byl najnowszym na rynku, wyszedl 2 miesiace temu i kosztuje, bagatela, $1500! :O
Moze to byl blad prezenterki, moze ominela mnie ciekawsza czesc, nie wiem? Na pewno babka kiepsko sie zorganizowala. Po pierwsze przyjechala spozniona, co dla mnie jest bardzo nieprofesjonalne. Co prawda ma wiarygodna wymowke, bo jechala z naprawde daleka i utknela w korkach, ale serio, kazdy wie, ze jesli ma sie do przejechania Nowy Jork, to od razu lepiej doliczyc sobie godzine jazdy. Ona spoznila sie ponad pol godziny. Potem pokazywala co tez ta maszynka potrafi, bez jakiejs logicznej kolejnosci. Spedzilam tam 3 godziny, a zobaczylam tylko przyrzadzenie lemoniady, musu owocowego, masla oraz poczatek chalki, bo kobita marnowala czas gadajac i skaczac po ustawieniach maszyny. W dodatku, kiedy ciasto na chalke zostalo wymieszane, ona oznajmila, ze teraz bedzie ono musialo rosnac... godzine! To wlasnie w tym momencie skapitulowalam, podziekowalam za pokaz i zaproszenie i ucieklam do domu. Serio?! Baba przyjezdza spozniona, przywozi ze soba dzieciaki, ktore co chwila zawracaja jej tylek (jak to dzieci), a potem, skoro wie, ze ciasto musi jej wyrosnac, zamiast zaczac od niego, zajmuje sie lemoniada i deserem?! Moja druga kolezanka zostala do konca i pisala, ze caly pokaz trwal od 14:30 do 20 wieczorem! No bez przesady zebym miala zmarnowac cale popoludnie oraz wieczor bo ktos nie umie sobie zorganizowac pracy. Podobno to samo bylo pozniej z innym daniem, do ktorego trzeba bylo ugotowac ryz i za niego niewiasta tez zabrala sie na koncu... Nie mowiac juz, ze moja kolezanka, u ktorej owy pokaz sie odbyl rowniez dala plamy, bo jako gospodyni miala zakupic wszystkie skladniki, a tymczasem, kiedy przyszlo do robienia tej nieszczesnej chalki, okazalo sie, ze nie ma... maki. Kolejne 15 minut zmarnowane, kiedy laska latala po sasiadach probujac ja pozyczyc. :/
Tak jak mowie... Bylam na jakiejs polowie pokazu i to co zobaczylam kompletnie zniechecilo mnie do zakupu. Owszem, lemoniada i mus owocowy byly smaczne. To jednak zalezy od proporcji i skladnikow, a nie sprzetu. Ten mial zas oszczedzac czas i ulatwiac gotowanie, a ja widzialam cos wrecz przeciwnego. Ten sam efekt moge osiagnac uzywajac stojacego miksera, blendera oraz krajalnicy do warzyw. Jedyna zaleta, jaka w tej chwili widze, to ze mozna miec jedna maszynke zamiast trzech, zajmujacych miejsce w szafie. Stojacy mikser mam, blender mam, brakuje mi tylko krajalnicy, nawet gdybym jednak kupila wszystkie trzy z "gornej polki" i tak prawdopodobnie nie kosztowalyby mnie tyle kasy co to "cudenko". Thermomixowi mowie zdecydowane nie. :D

I tak minal nam przedostatni tydzien wrzesnia. Jak widac po dlugosci posta - troche sie dzialo, ale bez szalu. :D
Milego weekendu!

czwartek, 19 września 2019

Szkolna (i nie tylko) rzeczywistosc

Slyszalam, ze do Polski przyszla jesien? Czy to juz nieaktualne wiesci? ;)
U nas, poki co, zazwyczaj w dzien jeszcze letnio, czyli 22 - 24 stopnie, ale noce, a przez to i ranki, sa juz lodowate. Potworki ubieraja krotkie spodenki, ale wychodzac na autobus, na koszulki narzucaja bluzy, a i tak czesto narzekaja, ze im chlodno. Taka zdradliwa pogoda... Jednoczesnie w niemal kazdym tygodniu trafia sie jeden dzien, kiedy jest ponad 30 stopni i 70% wilgotnosci i trzeba wlaczyc wieczorem klime bo nie da sie spac. Zupelnie jakby lato chcialo zawolac: "Hola, ja nie powiedzialem jeszcze ostatniego slowa!". :D Z tego miedzy innymi powodu, nie schowalismy jeszcze basenu, choc jak narazie Potworkom udalo sie w nim wykapac tylko raz, dwa tygodnie temu. :)

 4 wrzesien. Tak niedawno, a wydaje sie jakby wieki temu...

Narzekali, ze woda zimna, ale wyjsc i tak nie chcieli. I nie wiem czy to ta woda, czy fakt, ze na kempingu wszyscy nieco przemarzlismy, czy to po prostu wina szkolnych wirusow, ale wlasnie zmagamy sie z pierwszym, po-letnim przeziebieniem. O losie...
Zaczelo sie od Bi i jak to z Potworkami bywa, ona pokaszlala dwa dni, po czym przekazala wirusa bratu i... wyzdrowiala. Nik w poprzedni piatek nie tylko byl wyraznie przytkany, ale jeszcze mial stan podgoraczkowy. Przez weekend stan podgoraczkowy zniknal, ale przytkany nos pozostal. Potem wydawalo sie, ze pomalu jest coraz lepiej, az do... kolejnego piatku, kiedy Nik wrocil ze szkoly skrzypiac niczym stary gramofon, narzekajac, ze gardlo go boli i nie moze przelykac. Powrocil tez stan podgoraczkowy. :(
Poniewaz Mlodszy "wybral sobie" rozchorowanie sie prosto na weekend (typowe!), przez kolejne dwa dni staralismy sie mu ulzyc na roznorakie domowe sposoby. W ruch poszly wszystkie posiadane syropki oraz plukanie gardla sola, do czego tylko tata daje rade Kokusia przymusic. ;) Niestety, nasze wysilki przynosily marne rezultaty. W niedziele popoludniu Nik doslownie stracil glos i mogl mowic tylko szeptem. Przez caly weekend malo tez co jadl, bowiem nie bardzo mogl przelykac. :(
Co bylo robic? Czwarty tydzien szkoly rozpoczelam wzieciem wolnego z pracy i zabraniem Mlodszego do lekarza, powaznie zaczelam bowiem podejrzewac angine, choc na moje oko to Nik troche sie za dobrze, jak na nia, czul i goraczka byla za niska. Oprocz bowiem narzekania na bol gardla, Nik biegal, bawil sie i szalal z siostra jak zawsze (tylko gadac jak nakrecony przestal ;P). No, ale zawsze lepiej sprawdzic. U lekarza niestety - stety, padl werdykt: wirus. Stety, bo wiadomo, wirusowa choroba zazwyczaj jest lzejsza niz bakteryjna, a niestety, bo na bakteryjna przepisza antybiotyk i wiem, ze nastepnego dnia po dziecku nie bedzie znac choroby. Zeby nie bylo, absolutnie nie jestem fanka antybiotykow i ciesze sie, ze dotychczas trafiamy na pediatrow, ktorzy nie przepisuja ich niczym cukierkow, ale czasem chcialoby sie po prostu podac choremu malolatowi cos konkretnego. W Polsce na byle g**no dostaje sie cala liste syropkow, pastylek, itp. A tutaj? Dla dzieci jest kilka substancji sprzedawanych bez recepty, wszystkie z praktycznie tym samym skladem i w dodatku taka sama dawka dla 6-latka oraz 12-latka! Czy Wam tez nie wydaje sie to podejrzane? Przeciez taki 12-latek jest dwa razy wiekszy! W kazdym razie, oprocz tych podejrzanych "lekow", ktore dla mnie sa zwyklym plecebo, maja tez syropki, ktorych sklad to praktycznie roztwor miodu. Dziekuje, mam miodek od znajomego pszczelarza i juz wole dziecku podac lyzeczke takiego swojskiego.
I to wszystko.
Zalecenia od lekarza to podawac srodek na zbicie goraczki jesli trzeba, syrop przeciwbolowy, zeby Kokusiowi lepiej sie przelykalo i... czekac az przejdzie. :/

Malwinka w komentarzach pod ostatnim postem pytala o szkole, wiec prosze bardzo, bylo o szkole i rozsiewanych przez nia chorobskach! ;)

A poza chorobami, to moi drodzy, szkola w sumie dopiero sie zaczela, a ja juz jestem nia zmeczona. Zreszta nawet Potworki pytaja co rano, czy jest wolne. ;) I na tym mozna w sumie skonczyc (ale wiadomo, ze nie skoncze). :)

Drugi tydzien nie przyniosl wiekszych fajerwerkow. Potworki lekko zszokowane zmiana rutyny pytaly tylko dlaczego teraz tak malo moga biegac po podworku. Korcilo mnie zeby im odpowiedziec, ze to dlatego, ze maja debilne panie zadajace prace domowa juz od pierwszego dnia, ale ugryzlam sie w jezyk. ;) Taka jest jednak prawda, ze Potworki wracaja ze szkoly pol godziny pozniej niz z polkolonii, potem cos zjesc (a szczegolnie Nik je dluuugo), odrobic lekcje i na ganianie po ogrodzie zostaje jakas godzinka. To znaczy "zostawala", bo w trzecim tygodniu doszly dodatkowe zajecia i w taki poniedzialek np., dla Bi nie ma czasu na swobodne ganianie, w srode dla obojga jest mocno ukrocone, a w czwartek skrocone tylko dla Kokusia. Ale o zajeciach pozalekcyjnych pozniej.

Najwiekszym "dramacikiem" jak dotychczas, sa lekcje gry na skrzypcach, a raczej poszukiwania instrumentu i skrajne nieogarniecie zyciowe Kokusia. Wiecie, te hamerykanckie szkoly wymagaja od dzieci samodzielnosci oraz pilnowania siebie i swoich rzeczy juz od zerowki, gdzie zaczynajac ja, wiele dzieci nie ma jeszcze pieciu lat. Rodzice nie sa wpuszczani do szkoly, chyba ze jako wolontariusze, wiec nie maja szans zeby czegokolwiek przypilnowac. :/ Nik ma teraz niespelna 7 lat i niestety trzeba jeszcze za nim biegac i w kolko mu o wszystkim przypominac. Zreszta, Bi ma 8 i prawie pol i jest niewiele lepsza. Np., zaraz w drugim tygodniu szkoly, oba Potwory wrocily pewnego, pieknego dnia bez bidonow oraz pojemnikow na przekaski, a Bi dodatkowo bez foldera na prace domowa. Co prawda zapewniala mnie, ze Pani kazala im foldery zostawic bo nie bylo nic zadane (oprocz czytania, bo to maja codziennie), ale nastepnego dnia znalazlam w nim formularz do wypelnienia, z data wlasnie tego "zapomnianego" dnia, wiec mam wrazenie, ze dziecko mnie robi w bambuko. ;) A Nik bidonu zapomnial dwa dni pod rzad i juz zaczynalam spisywac go na straty, ale kolejnego dnia jakims cudem dotarl on do domu. :)
Wracajac jednak do skrzypiec, bo odplynelam nieco od brzegu. Byly juz zmiany instrumentu na ostatnia chwile. Teraz fajnie byloby ten instrument sprowadzic do szkoly i domu. Formularze z wymaganymi rozmiarami skrzypiec przyszly juz w pierwszym tygodniu szkoly. Jeszcze przed dlugim weekendem weszlam na strone wypozyczalni i zamowilam obie pary. Dostalam potwierdzenie, dostalam rachunek za wypozyczenie oraz potencjalne zniszczenie ($200 za sztuke, auc!), po czym przyszla sroda kiedy obydwa Potworki mialy pierwsze lekcje gry. Po powrocie do domu pytam dzieci gdzie ich skrzypce, a oni na to, ze ich nie bylo. Hmmm... Nastepnego dnia, w czwartek, Bi miala lekcje grupowe. Znow wrocila do domu twierdzac, ze jej skrzypiec nie ma w szkole. W piatek rozpoczelam wiec akcje "dodzwonic sie do wypozyczalni". Juz rok temu bowiem sie przekonalam, ze ciezko tam kogos zlapac. Najczesciej automatycznie przelaczaja cie na zostawienie wiadomosci, ale potem i tak nie oddzwaniaja. Postanowilam wiec nie bawic sie w prosby o kontakt, tylko dzwonic az do skutku. Mialam szczescie, bo dodzwonilam sie za trzecim podejsciem. ;) A tam mily pan oznajmia, ze instrumenty zostaly dostarczone w poprzednia srode lub czwartek. :O Jeszcze kazalam mu upewnic sie, ze szkola i miasto sie zgadza, bowiem, zeby nie bylo za latwo, w naszym Stanie sa dwie szkoly o tej samej nazwie, ale w dwoch roznych miasteczkach. :D
W kazdym razie, po powrocie do domu okazalo sie, ze Bi swoje skrzypce znalazla (chociaz nie miala lekcji gry) i przyniosla do domu. Pytam Nika, gdzie sa jego, a on znow twierdzi, ze ich nie bylo. Dla scislosci, wszystkie instrumenty trzymane sa na specjalnych polkach naprzeciwko sali muzycznej. Pytam wiec syna czy sprawdzal polki. "I feel like it's not there" - taka odpowiedz otrzymalam. Jemu wydaje sie, ze ich nie ma! :O Ale sprawdzales? Nie. O ludzie! :D
To byl piatek, wiec przez weekend nic nie dalo sie zrobic. W poniedzialek rano przypomnialam synowi przynajmniej 5 razy, ze ma poszukac instrumentu. Ostatni raz jeszcze mu to krzyknelam kiedy wsiadal do autobusu. Po powrocie z pracy, pierwsze co, to pytam syna o skrzypce. Nie ma. A szukales? Troche. Co to znaczy troche? Sprawdziles polke z instrumentami, czy nie?! Troche sprawdzilem.
Trzymajcie mnie, bo zwariuje! :D
Kolejny dzien, wtorek. Znow przypominam o poszukaniu skrzypiec, bez wiekszej juz nadziei. W srode mialam isc na spotkanie organizacyjne z nauczycielkami, wiec stwierdzilam, ze sama przeszukam cala polke, skoro moj syn nie potrafi. Po powrocie do domu po poludniu pytam, czy znalazl, ale Nik twiedzi, ze tym razem przeszukal z nasza sasiadka (ktora poszukiwala swojej altowki) calusienka polke i jego skrzypiec nie bylo. Wzdycham tylko, ze kolejnego dnia, po spotkaniu z nauczycielkami, pojde sama sprawdzic. Syn przekonuje mnie, ze on naprawde sprawdzil cala polke. Sama juz nie wiedzac komu wierzyc, stwierdzilam, ze zanim zadzwonie do wypozyczalni i zrobie awanture i zanim sama rozpoczne poszukiwania, napisze jeszcze raz do nauczycielki muzyki, ktora jest odpowiedzialna za program "smyczkowy" (strings program). Wieczorem wiec siadlam i walczac ze zmeczeniem, sklecilam maila tlumaczac, ze Nik juz 1.5 tygodnia "szuka" swojego instrumentu, ze wypozyczalnia twierdzi, ze go dostarczyla i czy mozliwe, ze skrzypce sa gdzies w sali muzycznej, albo ze jakis inny "Nicholas" wzial instrument mojego Kokusia nie patrzac na nazwisko, itd.
A teraz zakonczenie!
Maila wyslalam we wtorek wieczorem. W srode rano otrzymalam odpowiedz, ze nauczycielki muzyki (jest ich 3) beda mialy oczy szeroko otwarte i na pewno instrument sie znajdzie. Wracam z pracy, a Nik z duma pokazuje mi odnalezione cudem skrzypce! Okazalo sie, ze znalazla je Bi i ze byly... na polce z instrumentami!
Kurtyna. :D

Janko muzykant :)

Takie to byly przeboje ze skrzypcami. Podejrzewam, ze nie ostatnie, bo jestem pewna, ze Nik jeszcze nie raz i nie dwa skrzypiec zapomni. ;)

W sobote, pomiedzy drugim a trzecim tygodniem szkoly, znow trzeba bylo odwiedzic biblioteke, bowiem otrzymalam maila przypominajacego o oddaniu ksiazek, no i stosik lektur zaczal sie nieco kurczyc. ;) Celowo pojechalismy troszke pozniej, zeby Potworki zalapaly sie na jazde na mechanicznym koniu, ktory uruchamiany jest zaledwie raz dziennie na godzine.

Nik na tym koniku jeszcze jako tako wyglada, ale Bi wydaje sie ogromna i boje sie o maszyne :D

Musze cos zrobic z tymi wizytami w bibliotece, bo Potworki coraz czesciej, zamiast szukac ksiazek, wsiakaja w gry komputerowe. Gry niby edukacyjne, no ale nie z tym kojarzy mi sie biblioteka. W miniona sobote to ja buszowalam wsrod regalow przynoszac Potworkom coraz to inne potencjalne tytuly, a oni siedzieli z nosami w ekranach. Ojjj, tak to nie bedzie. ;) Gwoli scislosci, Potworki nadal darza ksiazki spora dawka milosci. Bi czesto zaszywa sie z ksiazka na kanapie, Nik umila sobie czytaniem jazde autobusem szkolnym, oboje uwielbiaja nasza wspolna wieczorna lekture... Ale w bibliotece komputery ciagna ich jak magnes, moze dlatego, ze w domu nie maja zadnych gier. ;)

Nik tak pochloniety gra, ze nawet glowy nie odwrocil...

A w sobote Bi otrzymala kolejnego jednoslada. ;)
Mialam nadzieje, ze rower, ktory dostala od dziadka dwa lata temu, posluzy jej jeszcze z rok - dwa. I moze i by posluzyl, chociaz przyznaje, ze dziadek dostal go juz uzywanego, a Bi oraz kempingi, kiedy rowery stoja po kilka dni na zewnatrz, nieraz podczas kiepskiej pogody, jeszcze go dobily. Pojazd jest dosc ciezki jak na dzieciecy rower, w wielu miejscach mocno pordzewial, no i siodelko peklo i ostry plastik wbijal sie Bi w dupke. Oczywiscie, daloby sie jeszcze cos z tym zrobic. Siodelko mozna bylo wymienic, albo kupic nakladke. Rdze oczyscic, lancuch nasmarowac, itd. Tylko, po pierwsze, ten pojazd to juz byl starszawy grat, a po drugie, po minionym lecie, kiedy Bi jeczala przy kazdej gorce, M. uparl sie, zeby poszukac jej pojazdu z przerzutkami. Osobiscie jestem nastawiona dosc sceptycznie, bowiem Bi jest ogolnie mekola. Jedziemy na rowery - jeczy. Idziemy na przechadzke - jeczy. Zima jezdzilismy na nartach - wszyscy zadowoleni, Bi... jeczy. :D Nie jestem wiec pewna, czy nowy rower na dluzsza mete cos zalatwi. ;)
W kazdym razie, jak M. sie na cos uprze, to dopnie swego. Szukal oczywiscie okazji z uzywanymi rowerami dzieciecymi, bo mam nadzieje, ze za dwa lata, na Komunie, sprawimy dzieciakom po normalnym, porzadnym "goralu". Poki co, sa jeszcze mali, szybko rosna, wiec nie ma co zbyt duzo inwestowac w pojazdy.
I wlasnie w sobote dopisalo nam szczescie. Pojechalismy obejrzec pojazd, ktory z grubsza jest wielkosci starego, ale ma przerzutki! :) Wiekszego nie ma co Bi narazie kupowac, bo to panikara, na zbyt duzym rowerze znow nie chcialaby jezdzic, zreszta taka wielkosc spokojnie starczy jej jeszcze na nastepny rok (siodelko oraz kierownica ra regulowane), chyba, ze nagle wyskoczy 20 cm w gore. ;)

Bi wykrzykuje co chwila, ze jej rower ma taki piekny kolor, choc do niedawna zapewniala, ze ona nienawidzi rozowego ;)

A skoro Starsza doczekala sie nowego roweru, trzeba go bylo wyprobowac! ;) W niedziele przyjechal jak zwykle moj tata i chetny byl na przejazdzke. Tym razem urzadzilismy sobie naprawde dluuuga wyprawe. Pojechalismy trasa rowerowa do skrzyzowania z ulica, do ktorego zwykle dojezdzamy. Zamiast jednak zawrocic albo dalej jechac sciezka rowerowa, zjechalismy wzdluz ulicy w dol i dojechalismy do parku, w ktorym ostatnio bylysmy, tego z placem zabaw i skatepark'iem.

A tam znowu pustki...

Dalismy Kokusiowi moment w skatepark'u, po czym ruszylismy boczna trasa, ktora wydawalo sie powinna prowadzic przez pola, tymczasem niespodziewanie pojechala przez las i wdluz rzeki.

Bi zamiast akrobacji rowerowych, woli robic przewroty ;)

Miejscami sciezka rozszerzala sie i schodzila az do wody tworzac miniaturowe dzikie plaze. Mimo, ze upalu absolutnie nie bylo, w jednym miejscu widzielismy grupe nastoletnich chlopcow, skaczacych z linki zawieszonej na drzewie do wody. Zaluje, ze nie zrobilam zdjecia. :) W koncu dotarlismy do polanki gdzie ustawione byly dlugie lodzie i domyslilismy sie, ze tam trenuje zaloga wioslarzy z lokalnego high school. Podejrzewamy, ze sciezka prowadzi gdzies dalej poza to miejsce, ale ze i tak dojechalismy dosc daleko, a jeszcze trzeba bylo wrocic do domu, wiec niechetnie zawrocilimy. Niestety, M. wybral inna sciezke i wszyscy pojechalismy za nim, zeby sie nie pogubic. Sciezka okazala sie prowadzic przez lasek, wiec nie udalo mi sie pstryknac zdjec rzeki (mialam zatrzymac sie w drodze powrotnej, no i klops). Kiedy w koncu wyjechalismy na otwarty teren, okazalo sie, ze dotarlismy do tego samego parku, z ktorego wyjechalismy, ale odbilismy sporo w prawo. Droga powrotna prowadzila obok placu zabaw, ktoremu Potworki oczywiscie nie mogly przepuscic. ;)

Niezmordowani :D

Dopiero, kiedy uswiadomilam im, ze czeka nas jeszcze droga do domu, niechetnie wsiedli znow na rowery.
Powiem Wam tylko, ze ta przejazdzke faktycznie odczulismy. Po powrocie, wszyscy (lacznie z dziecmi) padlismy jak konie po westernie. ;) Po schodach ledwie sie wdrapywalam przez reszte dnia. ;)

A potem zaczal sie trzeci tydzien szkoly i grafik nam sie niespodziewnie napial do granic wytrzymalosci. ;) W skrocie, w poniedzialki i srody Bi ma treningi druzyny plywackiej, rowniez w srody Nik ma trening tenisa, a w czwartki Mlodszy ma lekcje plywania. Poczatkowo chcialam je ustawic na poniedzialek, kiedy Bi ma trening, zeby nie jezdzic kolejnego dnia, ale okazalo sie, ze tego dnia nie ma lekcji na jego poziomie. W ten sposob zostal czwartek, a jedynymi "spokojnymi" dniami pozostaly wtorki oraz piatki. Co zaraz sie zmieni, bo w sobote zaczela sie polska szkola, wiec piatek wieczorem przepadnie na odrabianiu lekcji... :/

W srode w ogole latalam jak kot z pecherzem, bowiem po pracy (z ktorej wyszlam 15 minut wczesniej) musialam doslownie pedzic do domu, do ktorego wpadalam tylko zgarnac towarzystwo, po czym pedzilismy do klubu, gdzie maja zajecia. Oczywiscie latwiej by bylo gdyby to M. ich zawozil, a ja odbierala. Moglabym wtedy wyjsc z pracy o normalnej porze i nie jechac na wariata. Niestety, moj maz uwaza, ze Potworkom dodatkowe zajecia nie sa do niczego potrzebne, a skoro ich pozapisywalam, to teraz mam sobie ich wozic. :/
Zreszta, poza tym pospiechem na poczatku, nie jest zle. Oboje zaczynaja o 16:30 i problem mam tylko z dojechaniem na czas, zeby zawiezc ich na zajecia. Prosilam M., zeby dal im tylko szybka przekaske i zeby byli gotowi do wyjscia, tymczasem on zrobil im... jajecznice i kiedy przyjechalam oboje nie zjedli nawet polowy, a Starsza nie miala ubranego stroju. :/
Bi konczy trening o 17:15, mam wiec czas zeby pomoc jej sie przebrac zanim Nik skonczy swoj o 17:30. A ze do domu mamy dwie minutki, wiec jestesmy z powrotem dosc wczesnie. :)
W zeszla srode mialam jednak dodatkowe opoznienie, bowiem na 18 w szkole Potworkow zaczynaly sie spotkania z nauczycielkami. Wpadlam wiec, na szybkiego sie odswiezylam, bo byl to jeden z tych 30-stopniowych dni i juz mnie nie bylo. ;)
Spotkania jak to spotkania. Robia je co roku i tak naprawde to praktycznie za kazdym razem mowia to samo. Jezdze na nie tylko, zeby pokazac nauczycielkom, ze interesuje sie edukacja swojego potomstwa. ;) Tym razem rowniez nie dowiedzialam sie niczego porywajacego. ;)

Potworki przyjely zajecia dodatkowe z umiarkowanym entuzjazmem. A konkretnie to Bi urzadzila karczemna awanture na pierwszym treningu. Okazalo sie bowiem, ze w czasie wakacji wiekszosc dzieci z jej grupy zostala przeniesiona z "poczatkujacej" na "srednio - zaaawansowana". Podejrzewam, ze dlatego, ze przybylo im sporo dzieciakow do tej pierwszej. W kazdym razie Bi zobaczyla wiekszosc obcych twarzy, odwrocila sie tylem, zalozyla rece na piersi i oswiadczyla, ze ona tych dzieci nie zna i nie bedzie z nimi plywac! :O Oczywiscie odparowalam na to, ze oczywiscie, ze bedzie plywac, bo nie przyjechala na spotkanie towarzyskie, tylko na trening, a poza tym, po kilku zajeciach te dzieci juz nie beda obce. ;) Starsza stala tam tupiac nogami i ze lzami wscieklosci w oczach dobra chwile. Przyszedl jeden trener, przyszedl drugi, przyszla babka, ktora odpowiedzialna jest za program plywacki. Wszyscy powtarzali, ze super, ze wrocila, zeby wskakiwala do wody, ze w grupie sa nadal znajome dzieci tylko tego dnia jakos sie spozniaja (potem okazalo sie, ze byly, tylko Bi ich nie rozpoznala). Starsza stala tam 20 minut, a ja zastanawialam sie jak ja zmusic do wejscia do wody, wiedzialam bowiem, ze jak juz do niej wejdzie, obudzi sie w niej milosc do tego sportu. No bez jaj, przeciez Bi uwielbia wode! W koncu, wkurzona, podeszlam do niej i oznajmilam, ze jezeli nie zacznie w tej chwili plywac, to straci codzienny przywilej na tableta oraz slodycze do konca tygodnia. Dopiero wtedy, Bi, nadal wsciekla, weszla do basenu.
I co? I mialam racje! Nie minelo kilka minut, a widzialam jak Bi cala sie rozluznia, jak zaczyna krecic sie w kolko, nurkowac i  koncu usmiechac! Przeciez to jest nasza rodzinna "ryba", jak zwie ja dziadek! :)

Na kolejny trening pojechala juz z szerokim usmiechem ;)

Niestety, to nie byla moja ostatnia bitwa o plywanie... W czwartek swoja lekcje mial Nik i po kilku minutach wyszedl z basenu, rozryczal sie i odmowil ponownego wejscia do wody. I nie moglam wydusic z niego, o co mu chodzilo... Co sie dzieje? On sie boi. Ale czego sie boisz, co sie stalo? Nie wiem, po prostu sie boje. To samo dziecko, ktore bez strachu nurkuje na glebokosci 3 m i ktore skacze z kladki na glowke! Minal tydzien, a ja nadal nie wiem, co bylo przyczyna tej histerii, choc mam kilka teorii. Po pierwsze, trafila mu sie bardzo duza grupa. Dziewiecioro dzieci na jedna instruktorke, to troche przesada. Potem okazalo sie, ze jakies dzieci nadrabialy stracone zajecia, inne przyszly z nizszego poziomu, zeby sprawdzic czy poradza sobie na tym i zrobila sie gromada. Niektore dzieciaki wygladaly na troche starsze i moze Nik sie ich wystraszyl? Poza tym, matka - sklerotyczka, zapomniala spakowac jego gogli, a moje dzieci uwazaja, ze bez gogli nie da sie plywac i juz. ;) A trzecia teoria na Kokusiowa histerie jest to, ze juz kolejnego dnia ponownie rozlozyl go wirus. Podejrzewam, ze w czwartek juz go cos "bralo", mysle, ze nie czul sie do konca dobrze i moze stad ta afera... Jedno jest pewne, az sie wzdrygam na mysl o kolejnych zajeciach. Niestety, w tym tygodniu Nik nadal jest jeszcze lekko zasmarkany i kaszlacy, wiec na basen go nie wezme, a taka przerwa nie zrobi mu za dobrze... :/

Za to srodowa lekcja tenisa przebiegla duuuzo lepiej! Ogolnie Nik jest zachwycony i gdyby mogl, spalby z rakieta.

Zdjecie robione przez szybe i odbija sie w nim balustrada trybun ;)

Moj kochany maz sarkastycznie mruczy, ze wybralam sobie najdrozszy sport z mozliwych, problem tylko w tym, ze ja go wcale nie wybieralam. Po prostu od dwoch lat namawialam Kokusia na jakakolwiek aktywnosc, ale on uparcie nie chcial niczego sprobowac. Najbardziej widzialam go na pilce noznej. W koncu to poniekad rodzinna tradycja, ale Mlodszy uparcie odmawial. Nie chcial tez sprobowac ani baseball'u ani koszykowki. Nawet gimnastyke mu proponowalam, bowiem w grupie, do ktorej uczeszczala Bi, bylo dwoch chlopcow. Nie i juz. Na basen zapisalam go bez pytania, bo znajomosc plywania jest po prostu potrzebna, a przy tym idealna na prawidlowa postawe, ale jesli pamietacie, Nik od poczatku raz na jakis czas urzadza histerie, odmawia plywania i wlasciwie to nikt nie wie dlaczego. Kiedy wiec oznajmil, ze "moge" zapisac go na tenisa (w ktorego gral na polkoloniach) podskoczylam radosnie i czym predzej popedzilam to zrobic. Reka lekko mi zadrzala przy cenniku, ale co tam. Najwazniejsze, ze dziecko zachwycone, a poki co macha sobie rakieta raz w tygodniu i cena jest do przelkniecia (z tylko lekka grozba zadlawienia :D). Co prawda malzonek burczy co bedzie jak trenerka powie, ze przydaloby sie wiecej, ale nie wybiegam az tak daleko w przyszlosc. Poki co, ciesze sie, ze Nik z wlasnej woli zainteresowal sie jakims sportem. ;)

A skoro juz o Kokusiu pisze, to 9 wrzesnia wypadl mu kolejny zab. Ruszalo mu sie ich naraz az 3, ale co ciekawe, zamiast najpierw pozbyc sie gornych jedynek, szczeka mlodszego eksmitowala... dolna dwojke. ;) Mlodszemu tak naprawde wsio ryba, byle by kasa od Wrozki Zebuszki sie zgadzala. :D

W miniona sobote rozpoczal sie rok szkolny w polskiej szkole. Musze przyznac, jak od miesiaca na wspomnenie o niej Potworki urzadzaly ostry protest, tak kiedy przyszlo co do czego, pojechaly juz pokornie jak cielatka. A moze to bylo pogodzenie z losem? ;)
Nik ponownie mial szczescie i trafila mu sie bardzo sympatyczna Pani, wiec chociaz o to jestem spokojna. O nauczycielce Bi slyszalam dosc niepokojace opinie, ale kiedy juz ja poznalam, stwierdzam, ze jest ok. Przynajmniej pierwsze wrazenie zrobila poztywne. ;) Potem juz tylko wyskoczyc ze stowki za podreczniki (normalnie rozboj w bialy dzien!), pogadac chwile ze znajomymi i mozna bylo zabierac dzieciaki do domu.

Przed Polska Szkola... czyli budynkiem liceum najblizszego wiekszego miasta. ;) Bylam jedna z niewielu matek, ktore ubraly dzieciaki na galowo. A w zeszlym roku bez przerwy o tym przypominano...

Okazalo sie, ze Polska Szkole przeniesli w tym roku w inna czesc budynku. Fajnie, bo wszystko miesci sie na jednym pietrze, a niefajnie, bo sale Potworkow zostaly umieszczone po przeciwnych stronach tego pietra. Tak czy owak czeka mnie wiec bieg z jednego konca labiryntu korytarzy do drugiego. Coz, przynajmniej nie musze latac gora dol po schodach, jak w zeszlym roku. ;)

Po poczatku roku w Polskiej Szkole, reszta soboty byla do naszej dyspozycji, ale bylo tak ponuro, pochmurno i wilgotno, ze korcilo nas, zeby rozpalic w kominku i pogrzac dupki. Normalnie jesien, Panie Dziejku! Na szczescie, mimo dosc ponurej aury, temperatura skoczyla w gore i zrobilo sie nieco przyjemniej, to znaczy duszno i parno, ale za to cieplo. ;) Postanowilam wiec wyciagnac rodzinke na przejazdzke rowerowa do biblioteki. Juz jakis czas temu wyczailam, ze zamiast jechac naokolo glownymi ulicami, mozna przeciac osiedla i dojechac do niej od tylu. Pisalam juz kiedys, ze kilka sasiednich osiedli ma takie "laczniki" dla ruchu pieszego i rowerowego. Wydrukowalam wiec mapke i ruszylismy na wyprawe, ktora zajela nam... 6 minut! :D To jest normalnie szok, bo tyle zajmuje jazda do biblioteki samochodem, kiedy trzeba te kilka osiedli objechac naokolo. W kazdym razie, teraz nie ma mowy zebym latem, wiosna i jesienia (taka wczesna) jechala do biblioteki inaczej niz na jednosladzie! ;)

A! I jeszcze w sobote maz wykonczyl mi podloge w szafie! ;) M. jest "robotny", ale dosc czesto ogrania go (nie)chec do prac kolodomowych jak z tego zartu, ze "przeciez pamietam i nie trzeba mi przypominac co pol roku!". Od poltora roku wiec, kilka takich "wykonczeniowek" po przeprowadzce, lezy odlogiem i w koncu nabraly mocy urzedowej. Na pierwszy rzut poszly malenkie kafelki wykanczajace przestrzen miedzy blatem a wiekszymi kaflami na scianie. To jednak byl naprawde drobiazg i nawet M. stwiedzil pozniej, ze nie wie, dlaczego az tyle mu zajelo wziecie sie za to. Ja tez nie wiem. :D
Nastepnie wzial sie w koncu za szafe! ;) Kiedy po przeprowadzce wymienial podloge w naszej sypialni, stwierdzil, ze wymieni ja tez w szafie, mimo, ze mowilam mu, ze do szaf nikt nie zaglada i moga tam byc stare panele. Nie, moj maz - perfekcjonista, musi miec wszystko pasujace. :/ Kiedy skonczyl sypialnie, okazalo sie, ze zabraklo paneli na pokrycie calej podlogi w szafie i... tak minelo 1.5 roku i M. dopiero teraz zabral sie za ich zamowienie i skonczenie. Przez ten czas dreptalismy tam po takiej gabce, ktora kladzie sie pod panelami. Na szczescie w koncu mam jednak podloge i w szafie, a co lepsze, moglam do niej przeniesc moja szafke z bielizna, ktora dotychczas kwitla u Kokusia. ;)

To teraz juz z takich "drobiazgow" zostalo przybic i pomalowac listwy podlogowe w sypialni, pomalowac salon (w koncu bede mogla wybrac jakies obrazy i zaslonki!) oraz wyrownac, zaszpachlowac i przeleciec farba sciane w kuchni, rozkuta przy probie wcisniecia lodowki we wneke. Co prawda M. obiecal mi, ze wyremontuje dwie pozostale lazienki, ale cos mu zapal opadl i teraz twierdzi, ze lazienki to w przyszlym roku. Moze. :D

W niedziele Mlodszy niemal zupelnie stracil glos, poniewaz jednak bylo bardzo cieplo, a Nik poza tym biegal, bawil sie i rozrabial jak zwykle, postanowilam wyciagnac malzonka na maly festyn. Odbywal sie on teoretycznie w sasiednim miasteczku, ale ze mieszkamy na pograniczu, wiec w praktyce mielismy na niego jakies 3 minutki autem. Mialam ochote pojechac rowerem, ale niestety nie prowadzi tam ani sciezka rowerowa, ani nie ma chodnikow. :O Do tego nie bylam pewna czy potem bedzie gdzie tymi rowerami zaparkowac, wiec zrezygnowalam. Tymczasem okazalo sie, ze parking byl pod znajdujaca sie w poblizu szkola, ktora ma stojaki na rowery, wiec akurat z tym problemu by nie bylo. :D Coz, moze w przyszlym roku.
Jesli w ogole jeszcze kiedys sie na ten festyn wybierzemy, bo wiekszosc karuzel i atrakcji byla taka sama jak na festynie, ktory odbyl sie w naszym miasteczku w lipcu! :D Te zas inne, wszystkie byly z rodzaju krecacych sie w kolo i jeszcze kazdy wagonik wokol wlasnej osi! W koncu Potworki przejechaly sie na prawie wszystkich.

Te karuzele chyba zle zainstalowano, bowiem krzeselka krecily sie... do tylu! Rzyg... :/

Ominely tylko jedna, ktora wirowala tak szybko, ze balam sie, ze puszcze pawika od samego patrzenia. ;P Potem juz okupowaly naprzemian maly labirynt oraz wielka zjezdzalnie.

Taka prosta zabawa, a dla Potworkow zawsze najwieksza atrakcja :)

Oczywiscie obie atrakcje byly na przeciwnych koncach terenu, wiec biegalismy sobie w te i we wte. Poniewaz jednak kupilam Potworkom po bransoletce upowazniajacej do jazdy na karuzelach ile sie chce, chcialam maksymalnie wykorzystac atrakcje. I tak jak wczesniej na festynie w naszym miasteczku, nie mieli bransoletek a chcieli jezdzic i jezdzic az skonczyla mi sie kasa na bileciki, tak tutaj jak na zlosc Nik byl chetny jezdzic dluzej, ale z Bi, jej zas na jednej z karuzel zrobilo sie wyraznie niedobrze (wcale sie nie dziwie) i oswiadczyla, ze chce tylko wate cukrowa (czyli chyba az tak jej nie mdlilo ;P) i do domu. Z trudem przekonalam ja, ze a moze jeszcze raz zjezdzalnia? A moze jeszcze tor przeszkod? ;)

Nik przejechal sie jeszcze taka "dzidziorkowa" karuzela i cieszyl sie, ze jedzie "Tomkiem" ;)

W koncu jednak oboje zgodnie oswiadczyli, ze bylo fajnie, co najwazniejsze. Rodzicom bylo mniej fajnie, snuli sie w sumie znudzeni, a matka w dodatku zjarala sobie czolo. ;)


I choc post byl w sumie wesoly, skoncze go na zupelnie inna (smutna) nute. Jedenastego wrzesnia minela rocznica planowanego terminu porodu mojej ciazy utraconej w 2016 roku. Wlasnie planowalabym trzecie urodziny jakiegos brzdaca. :(
Tak, nadal pamietam, nadal boli...
(*)

W srode po raz pierwszy Potworki zalozyly do szkoly dlugie spodnie, bo ranek przywital nas 8-mioma stopniami... Swiatlo pada juz pod innym katem. Inaczej skrzy sie poranna rosa na trawie. Niektore drzewa zaczynaja zmieniac kolory. Do naszego (ciagle rozlozonego) basenu, co chwila z pluskiem wpadaja zoledzie. Idzie jesien, nieublagalnie. A mi jest smutno...

Zeby jeszcze pogorszyc mi nastroj, w nadchodzacy weekend ma byc goraco (ech ta zmienna pogoda!) i planowalismy jeszcze jeden kemping zanim trzeba bedzie w koncu zabezpieczyc przyczepe na zime, ale jak to bywa, akurat w ten piatek mamy miec kociol w pracy i musze byc na miejscu. :(

poniedziałek, 9 września 2019

Troche o pierwszym tygodniu szkoly i duzo o dlugim weekendzie

W Polsce minal pierwszy tydzien roku szkolnego, ale nam zlecial juz drugi i po trosze wpadlismy w rutyne. Oczywiscie ta "rutyna" byla dotychczas taka polowiczna, bo Potworki nie zaczely ani zajec pozalekcyjnych ani Polskiej Szkoly. Z czego zreszta sie ciesze, bo przynajmniej mieli pierwsze 2 tygodnie zeby wdrozyc sie w szkolna codziennosc, zanim dojda kolejne obowiazki. Jednak zaczyna sie wlasnie trzeci tydzien szkoly, w ktorym dochodza wszyskie zajecia, wiec dotychczasowa rutyna sie rypnie i bedziemy sie przyzwyczajac do nowej od poczatku. ;)

Wracajac jednak do pierwszego tygodnia szkoly. Nie dzialo sie w nim zbyt duzo, choc w porownaniu z czasem polkolonii, kiedy popoludnia byly leniwe i tylko dla nas, wraz z rozpoczeciem roku szkolnego, musialy przyjsc zmiany. :)
A najwieksza zmiana i dla Potworkow i dla mnie jest to, ze obie ich nauczycielki, juz od pierwszego dnia zaczely wyznaczac prace domowa! :O Nosz, kurna! Mialam nadzieje, ze chociaz pierwszy tydzien sobie odpuszcza... Oczywiscie zdaje sobie sprawe, ze te pierwsze zadania sa tak samo dla dzieci, jak i rodzicow. Podejrzewam, ze nauczycielki troche "badaja teren", ktorzy rodzice sprawdzaja co dzieci maja zadane i ktorzy dzieciom pomagaja i kontroluja jak praca domowa jest wykonana, itd. Dodatkowo, kilka przyslanych do domu kartek bylo konkretnie do mnie. Znaczy sie, do "rodzica", ale ze M. paluszkiem nie kiwnie przy szkolnych sprawach, wszystko "ze szkoly" wpada automatycznie w moje lapki. ;) I tak, musialam wypisac bzdurne ankiety, przysylane co roku, w ktorych mialam okreslic "mocne" strony mojego dziecka, jego "slabe" strony, wspomniec co chcialabym zeby dziecko osiagnelo w danym roku, itd. Zawsze to samo...

Wroce na chwile do samego rozpoczecia roku.

Pierwsza wersje tego zdjecia juz widzalyscie. To jest druga. Kiedys robilam ich 5-6 i nie moglam wybrac, ktore najladniejsze. Teraz szybko, jedno na schodach, drugie przed kwiatami i dziekuje, jak wyjda, tak wyjda :D

Wielokrotnie juz wspominalam, ze tutaj nie ma uroczystych rozpoczec (ani zakonczen) roku. W naszej szkole pani dyrektor wyglasza krotkie przemowienie, grupa dzieci na ksztalt naszych polskich Zuchow wciaga na maszt flage, wszyscy wyglaszaja przysiege, po czym dyrektorka wywoluje po kolei wszystkie klasy od zerowki po IV (wywoluje po imieniu wychowawcy, tak tutaj odrozniaja klasy).

Nik z ulubionym kumplem :)

Dzieci wchodza do szkoly w akompaniamencie oklaskow rodzicow, nauczycieli oraz innych uczniow (slyszalam narzekania jakiejs dziewczynki, ze juz ja rece bola :D).

Bi ze swoja, ukochana juz od pierwszej klasy, psiapsiolka. Chociaz w tym roku dziewczyny oswiadczyly, ze nie sa juz BFF (best friends forever), tylko po prostu BF (best friends) ;)

Zazwyczaj ida chodnikiem prostopadlym do wejscia, co daje rodzicom dobra pozycje na pstrykniecie pamiatkowej foty. W tym roku niestety latem remonotwano elewacje szkoly i trawnik przed glownym wejsciem jest strasznie poorany i pokryty blotem od maszynerii.

Mialam szczescie stac nieco z boku w stosunku do Nika, wiec udalo mi sie uchwycic chociaz profil

Dzieci wchodzily wiec tylnym wejsciem, a rodzicow ustawiono z tylu, widzieli wiec jedynie plecy swoich pociech. ;)

U Bi moglam podziwiac tylko plecak :)

I tyle, to cale rozpoczecie. Reszta dnia uplywa juz dzieciakom na poznawaniu nowych kolegow oraz nauczycielki i wdrazanie sie w plan dnia. Skromnie, ale nie bede narzekac. Kolezanka z sasiedniego miasteczka opowiadala bowiem, ze u nich nie ma w ogole rozpoczecia, ani wczesniejszego poznania wychowawcy. Dzieci przychodza do szkoly pierwszego dnia, rodzic moze podejsc i przedstawic sie, zostac 15 minut zeby pomoc dziecku znalezc swoja lawke i szafke, po czym... wyganiany jest z klasy bo musza zaczac sie normalne zajecia. :O
W kazdym razie Potworki byly bardzo szczesliwe ujrzawszy swoich najlepszych przyjaciol. Nik i jego kumpel nawet sie usciskali, choc widzieli sie latem, wiec raczej az tak sie za soba nie stesknili. ;) Dla Kokusia w tym momencie przestalam wlasciwie istniec i tylko z obowiazku krazylam miedzy jednym Potworkiem, a drugim, dzieci bowiem ustawione byly w rzedach klasami i w dodatku rocznikami, Bi stala wiec od Nika w sporej odleglosci. Starsza za to uwieszala sie na mnie za kazdym razem kiedy podchodzilam z kolei do niej i gdyby  mogla, pewnie przymusilaby mnie, zebym usiadla z nia w jednej lawce. ;)

Poza codzienna praca domowa oraz nudnymi ankietami, pierwszy tydzien szkoly uplynal spokojnie, poza lekkim podniesieniem cisnienia, kiedy przyszly przypomnienia o wynajmie instrumentow smyczkowych. Otoz, nie pamietam czy pisalam, ale juz pod koniec maja, pierwszaki mialy sie okreslic czy chca uczyc sie gry na instrumencie w II klasie i jesli chca, to na jakim. Duzego wyboru w naszym miescie nie ma, bo albo skrzypce, albo altowka albo wiolonczela. Niestety, z jakiegos powodu szkoly (podstawowe) w naszym miescie upatrzyly sobie instrumenty smyczkowe. :)
Do brzegu. W maju Nik uparl sie na... wiolonczele. :D Musze przyznac, ze kompletnie nie byla mi ona w smak. Oczami wyobrazni widzialam malego Kokusia taszczacego ogromny futeral do autobusu szkolnego i z powrotem. Probowalam rowniez przekonac samego zainteresowanego, ze moze cos mniejszego, ze dlaczego akurat wiolonczela, ze to-to bedzie wieksze od niego (co oczywiscie jest gruba przesada, bo wielkosc instrumentow dobierana jest do rozmiarow muzykanta), itd. Nik byl nieugiety. On chce wiolonczele i koniec. W koncu machnelam reka i stwierdzilam, ze to w koncu on bedzie uczyl sie gry, wiec niech uczy sie na wybranym przez siebie instrumencie. W tym czasie zreszta toczylam batalie z Bi, ktora po roku gry na skrzypcach oswiadczyla, ze albo zmieni na wiolonczele (obsesja jakas, czy co?!) albo nie chce w ogole dalej uczyc sie gry. :O Kiedy moje argumenty spelzly na niczym, wymienilam kilkanascie maili z jej nauczycielka, ktora stanowczo odradzala zmiane instrumentu, bo dziecko bedzie musialo sie go wlasciwie uczyc od nowa. W koncu stanelo na tym, ze owa pani, ktora byla tylko na zastepstwie, miala przekazac informacje o zmianie stalej nauczycielce muzyki Bi. Tymczasem podczas wakacji Bi sie odmienilo i stwierdzila, ze jednak chce dalej grac na skrzypcach! Na szczescie (bo juz szykowalam sie na pelnego skruchy maila, ze jednak zmiany instrumentu nie bedzie) komunikacja miedzy nauczycielkami gdzies po drodze zawiodla i  Starsza dostala kartke z potrzebnym rozmiarem... skrzypiec! :D
Wrocmy jednak na chwile do Kokusia. Jak wspomnialam wyzej, ten mlody czlowiek uparl sie jak ten osiolek, ze chce wiolonczele i koniec. Przyniosl wiec ze szkoly zawiadomienie o potrzebnym rozmiarze, po czym oznajmia, ze... tak, mozecie sie domyslic... on jednak chce skrzypce! :O Tu juz nie wytrzymalam i dostal solidna zje*ke, bo serio, czasem nie wytrzymuje nerwowo z tymi moimi Potworami! Jedno sie awanturuje, ja pisze cale eseje do nauczycielki, po czym dzieciak... zmienia zdanie! I teraz mam pisac do tej samej kobiety, ze drugie z moich dzieci tez ma problemy z podejmowaniem decyzji?! Toz ona pomysli sobie, ze u nas w domu dzieci rzadza i robia, co chca! Para poszla mi uszami, ale po wscieklej wedrowce w te i z powrotem po kuchni (dziwne, ze sciezki w kaflach nie wytarlam ;P), polaczonej ze zrzedzeniem oraz intensywnym mysleniem, uznalam, ze ok, napisze do nauczycielki w sprawie zmiany tej cholernej wiolonczeli na bardziej poreczne skrzypce. W koncu sama w maju przekonywalam Kokusia, ze wiolonczela to kiepski pomysl. Na szczescie, poniewaz lekcje gry sie jeszcze nie rozpoczely, tym razem pani nie widziala problemu ze zmiana. Teraz czekam na potwierdzenie wynajmu z firmy wypozyczajacej instrumenty, bo ci, juz tradycyjnie, mieli przyslac potwierdzenie, a poki co nic nie przyslali... :/

Pierwszy tydzien szkoly zakonczyl sie z przytupem, bo... dlugim weekendem! ;) Podobno kiedys dzieci w naszym Stanie zawsze zaczynaly szkole po tym wlasnie, ostatnim letnim dlugim weekendzie, co, wedlug mnie, ma znacznie wiecej sensu. Obecnie tylko pojedyncze miasteczka zaczynaja po nim, a wiekszosc powrot do szkoly ma wyznaczony na gdzies w ostatni tydzien sierpnia. Ciesze sie przynajmniej, ze Potworki szly do szkoly pelne 5 dni zanim nadszedl dlugi weekend. Sa bowiem w naszym Stanie miasteczka, gdzie dzieciaki ida w czwartek i piatek, a potem maja znow 3 dni wolne. Bez sensu! :O

Dla nas, dlugi weekend nie moze oznaczac nic innego jak kolejny kemping, oczywiscie! Juz ostatni w tym roku, chlip, chlip... :(
Znowu ruszylismy w nieznane i znowu w gore Stanu Nowy Jork. Przez wiekszosc trasy jechalismy tak, jak poprzednio, ale ostatnia godzine, zamiast piac sie nadal na polnoc, odbilismy na zachod. Ostatnio trafilismy raczej srednio, tym razem adrenalina byla wiec wysoka, bo nie wiedzielismy jak wszystko bedzie wygladalo. Poczatki byly stresujace, ale na szczescie pozniej wszystko potoczylo sie wedlug powiedzenia "pierwsze sliwki robaczywki". :)
Zeby przedluzyc sobie jeszcze ten dlugi weekend, postanowilismy wyruszyc juz w piatek. Mimo oczywistej zalety (wiecej pelnych dni relaksu!), ma to spora wade. Bierzemy pol dnia wolnego z pracy, a wiec zaczynamy pakowac sie pozno i co za tym idzie, dojezdzamy na miejsce dopiero pod wieczor. Jak jeszcze po drodze wpadniemy w korki, docieramy na kemping z trudem lapiac ostatnie swiatlo dzienne na rozlozenie obozowiska. ;) W zeszly piatek pakowanie szlo nam calkiem sprawnie, ale i tak, kiedy o 14 Potworki dojechaly autobusem ze szkoly (konczyli 2 godziny wczesniej) nadal mielismy troche rzeczy do upchniecia na pace auta M., a ja dodatkowo chcialam wrzucic szybko do zmywarki ich kubki oraz pojemniki na lunch, zeby wszystko bylo gotowe na wtorkowy powrot do szkoly i pracy. Wyjechalismy wiec dopiero okolo 15, a na miejscu bylismy po 18. Na dzien dobry przywitalo nas "biuro" kempingu, ktore przypominalo... budke. Bardzo mala budke. Taka doslownie 1.5m na 2m. Jedna osoba w okienku rejestrowala gosci, a tych byla spora kolejka, bo wiadomo - dlugi weekend i mnostwo ludu ucieka w plener.
Przy okazji, niektorzy ludzie nie maja wyobrazni. Kiedy podeszlam do "budki", zdziwilo mnie auto, ktore zaparkowane bylo na srodku, zaraz przy okienku. Dla scislosci, po obu stronach "biura" byly uliczki wjazdowa oraz wyjazdowa z pola kempingowego, miejsca parkingowe byly zas kawalek dalej, z boku. Ten samochod stal sobie w martwym pukcie przed samiutkim okienkiem obslugujacym gosci. Ci zas stali, nerwowo popatrujac na siebie i zerkajac na zegarki i telefony. Ja bylam ktoras z kolei, ale szybko zorientowalam sie, ze przy okienku stal sobie starszawy jegomosc, ktory, kompletnie ignorujac fakt, ze za nim stoi juz kilkanascie osob, podjal rozmowe z pracownikami kempingu, pytajac o droge we wszelakie miejsca, proszac o mapki, instrukcje, opinie i Bog wie, co jeszcze. Krotko mowiac, marnowal czas wszystkich naokolo i wkurzal innych biwakowiczow, ktorzy zerkali na siebie przewracajac oczami i marzyli zeby sie w koncu zameldowac i rozlozyc na swojej miejscowce. W koncu, z tego auta zaparkowanego na srodku wyskoczyla starsza dama, dziarskim krokiem podeszla do okienka z pytaniem dlaczego tak dlugo, po czym szybko oceniwszy sytuacje, zaczela ostro ochrzaniac malzonka, zeby przestal juz gadac, ze czy nie widzi, ze ludzie czekaja, zeby sie stamtad zabieral i przy okazji ze zaparkowal auto na samym srodku. Wczesniej bylam juz lekko poirytowana czekaniem, ale teraz az mi sie zrobilo goscia zal! :D Potem juz poszlo sprawnie, zameldowalam nas, ale kiedy dotarlismy na nasza miejscowke, okazalo sie, ze przyczepa sie na niej nie miesci! :O to znaczy, przyczepa moze by i wlazla, ale drozka przed nia byla za waska, wjazd blokowaly po bokach drzewa, a na wprost ustawione byly trzy wielkie namioty. M. zostal wiec zupelnie pozbawiony pola do manewru, bo auto z przyczepa nie moglo sie "zlozyc" pod takim katem. Probowal z jednej strony, z drugiej strony i za kazdym razem przyczepa wjezdzala w drzewo. Gdyby nie bylo tych namiotow naprzeciwko, moglby wyjechac na lake i wycofac idealnie na wprost, ale przeciez nie bedziemy prosic ludzi o przeniesienie wszystkich maneli bo my nie mozemy wjechac. :/ Z dusza na ramieniu wrocilam do budy biura, wytlumaczylam sytuacje i spytalam czy nie ma innego miejsca, gdzie moglibysmy sie zatrzymac. Szczerze, to mialam juz wizje ponad 3-godzinnego powrotu do domu przy akompaniamencie ryku Potworkow, bo byl przeciez dlugi weekend, a wiec wiekszosc pola kampingowego byla zajeta. Na szczescie jednak znalezli dla nas inna miejscowke. Hurra! Przez te ceregiele zrobilo sie oczywiscie tak pozno, ze ledwie zdazylismy sie rozlozyc, a zapadl zmrok, ale od tego momentu caly weekend uplynal juz naprawde swietnie. :)

Przez sama zmiane miejsca, wyszlismy wlasciwie na lepsze. Nigdy nie bylismy na tym kempingu, wiec kiedy robilam rezerwacje, wybralam miejscowke bazujac na bliskosci jednego z placow zabaw, ktory byl tuz obok. Uznalam po prostu, ze Potworki beda sie cieszyc (wszystko dla tych dzieci; zeby to jeszcze docenily! :D). Okazalo sie jednak, ze miejsce to bylo w lasku, otoczone zewszad drzewami i nie wiem, czy w ogole dochodzilo tam slonce. Co bylo nie bez znaczenia, bowiem temperatury byly tam sporo nizsze niz w domu. Nowe miejsce otoczone bylo wysokimi krzakami, ktore zapewnialy prywatnosc, ale jednoczesnie praktycznie nie bylo tam wielkich i gestych drzew, wiec przez wiekszosc dnia swiecilo slonce. W ogole ta czesc kempingu byla bardzo fajnie urzadzona. Jadac droga, praktycznie nie widzialo sie zadnych biwakowiczow, dopoki nie bylo sie bezposrednio przed wjazdem na ich miejsce. Gdzieniegdzie wystawal kawalek auta lub widac bylo unoszacy sie z ogniska dym. I tyle.

To byl widok, kiedy przejezdzalo sie przez te czesc kempingu :)

Kazdy mial na wlasnosc mala, zielona zatoczke. :)

Bi postanowila "zapozowac" ;)

Robiac rezerwacje na kempingi, zawsze biore pod uwage dwie rzeczy: ma byc jakas woda (obojetnie czy basen, jezioro czy ocean) oraz plac zabaw. Czyli dwie rzeczy, ktore zapewnia choc troche rozrywki Potworkom.

Ten byl nad samym jeziorem, chociaz fota zrobiona od strony parkingu :)

Ten kemping mial nawet dwa place zabaw (co za luksus! :D) i jezioro, spelnial wiec obydwa warunki, ale dodatkowo i calkiem niespodziewanie, zapewnial tez kilka bonusowych atrakcji! ;)
Te "atrakcje" mialy swoja cene niestety... na szczescie nie pieniezna. Zaplacilismy za nie bolem uszu, ale o tym pozniej. ;)

Jak napisalam wyzej, w piatek mielismy tylko tyle czasu, zeby rozbic obozowisko, posiedziec przy ogniu, zjesc kolacje oraz s'mores'a na deser i pojsc spac.

Potworzaki wcinaja s'morsiaki :)

Za to w sobote od rana zaczelismy odkrywanie okolicy, ktora okazala sie bardzo ciekawa. Pierwszy punkt "programu" zauwazylismy juz jadac dzien wczesniej przy drodze na kemping. Droga prowadzi wzdluz skarpy, z ktorej rozciaga sie widok na cala, rozlegla doline ponizej.

Widzicie te widoki?! :O

Wrazenie niesamowite! I adrenalina, bo od przepasci, ludzi oddziela tylko niski murek. Caly czas trzeba bylo pilnowac Nika, ktory, zadny lepszego widoku, podjal probe wdrapania sie na niego i potem juz mu nie ufalismy na tyle, zeby choc na sekunde spuscic go z oczu. ;)

Za cwiercdolarowke, mozna bylo przez minutke przyblizyc sobie widoki

Mapa, na ktorej naszkicowane byly glowne szczyty widoczne w oddali i wieksze punkty w dolinie, pozwalala zorientowac sie, jak niesamowicie daleko mozna bylo siegnac wzrokiem. Znajdowalismy sie na plaskowyzu o wysokosci okolo 360 mnp. Po lewej widac bylo gory Adirondacks, na wprost kilka szczytow gorzystego Stanu Vermont, a po prawej najwyzszy szczyt Stanu Massachussetts. Tak, bylismy okolo godziny jazdy od miejsca, w ktorym lacza sie trzy Stany. :)

W dole widok byl idealny na piekna chalupe z basenem :)

Przy okazji wyjasnilo sie, dlaczego bylo tam tak pieronsko zimno. ;) Nie dosc, ze bylismy troche dalej na polnoc, to jeszcze wyzej nad poziomem morza! Temperatury w dzien ledwie dochodzily do 20 stopni, a w nocy spadaly do 8-10. Ja lazilam prawie caly czas w bluzie, a wieczorem siedzialam niemal w ognisku. ;)

Nawet Maya (z nieodlaczna pilka), wieczorami lezala tuz przy palenisku. Ktokolwiek je zreszta zaprojektowal, powinien dostac kopa w 4 litery! przez to, ze jest tak wysoko, zeby sie zagrzac, trzeba doslownie stac nad nim! :/

Wracajac jednak do soboty. Wzdluz trasy widokowej ustawione byly tablice informujace o zwierzetach zamieszkujacych park oraz troche o historii tego miejsca. Z nich dowiedzielismy sie o interesujacym szlaku idacym nizej wzdluz skarpy i postanowilismy go znalezc. Chwycilam wiec mapke i wrocilismy na kemping zjesc cos zeby miec sile na wedrowki. :) Niestety, zadne z nas nie doczytalo jak nazywa sie owy szlak, ktory nas interesowal, wiec troche bladzilismy, zapedzajac sie na drugi koniec parku i trafiajac nawet na ludziskow przygotowujacych sie do karkolomnej wspinaczki po skarpie. Szkoda, ze dla alpinistow przygotowane bylo osobne wejscie, a caly teren ogrodzony byl wysokim plotem, nie moglismy wiec podejrzec ich w akcji. :)
W kazdym razie, zniecheceni, stwierdzilismy, ze skoro nie mozemy znalezc tego jednego szlaku, ktory mial miec po drodze jaskinie, poszukamy wiec szlaku z wodospadami, ktory wedlug mapki mial znajdowac sie zaraz kolo centrum informacyjnego. I calkiem przypadkiem trafilismy na miejsce, o ktore nam chodzilo! ;) Tu musze dodac, ze Potworki wypatrzyly przy parkingu fajny plac zabaw i Bi wlasciwie odmowila wedrowki, jeczac, a potem ryczac, ze ona chce sie pobawic, ze nogi ja bola (ale w zabawie na placu jakos by jej to nie przeszkadzalo) i ma dosc chodzenia (ktore tak naprawde dopiero zaczelismy). Typowe wymuszanie. Ignorujac wycie, ruszylismy sciezka wzdluz skarpy, zeby uniknac skrecenia w ktorys z bocznych szlakow. Od przepasci oddzielal nas plot, ale Bi, nakrecona wlasnym rykiem, zaczela histeryzowac, ze spadniemy, na pewno spadniemy i ona sie tak strasznie boi! :D Doszlismy w koncu do schodow prowadzacych w dol miedzy skalami, a z tamtad do metalowych schodkow, prowadzacych juz na wlasciwy szlak.

Widzicie te mine Bi? A to byl dopiero poczatek... :D

Od razu nas zachwycil, bowiem wil sie wzdluz skalnej sciany i oferowal zapierajace dech w piersiach widoki na formacje tworzone z wapiennych skal. Szlak nazywa sie Indian Ladder Trail, czyli w wolnym tlumaczeniu "szlak indianskiej drabiny" i ma prawie 6 km. Szczerze, to kiedy nim szlismy, wydawal sie duzo krotszy, nie dalabym mu tych szesciu kilosow. ;)

Chociaz jedno zadowolone...

Jest latwy, bo niemal plaski (poza schodami na obu jego koncach) i nawet z dzieciakami przeszlismy go w niecala godzine. Ktorej nawet sie nie czulo, bo za kazdym zakretem czaily sie niesamowite widoki na skaly i glazy. :)

To byl chyba najbardziej charakterystyczny punktcalego szlaku. Taka plytka, ale szeroka jaskinia, czy raczej wyzlobienie w skalach

Niestety, podziwianie krajobrazu psula nam Bi, ktora kontynuowala wycie, tym razem o to, ze na pewno jakis glaz na nas spadnie, albo zlecimy w przepasc, ze ona sie strasznie boi i chce wrocic!

Nawet matka sie na fote zalapala ;)

Swoja droga, to dziwie sie, ze w tym kraju, gdzie wszystkich o wszystko sadza, nie bylo lepszych zabezpieczen. Miejscami od sciezki wystarczylo zrobic krok, zeby spasc w dol zbocza, ktore opadalo pod zabojczym katem.Tylko w kilku miejscach postawiono barierki lub murek, a reszta byla otwarta niczym zacheta dla samobojcow. ;) I nie tylko samobojcow, bo widzac ludzi pozujacych do zdjec na samym brzegu sciezki, zastanawialam sie czy nie brak im wyobrazni, kiedy wystarczy sie potknac aby sturlac sie w dol.
Po drodze mialy byc wodospady, ale ze w tym roku lato bylo zdacydowanie suche, a lipiec w dodatku bardzo goracy, zostaly z nich doslownie struzki wody, ktore ciezko bylo nawet zlapac na zdjeciu, choc usilnie probowalam. ;)

Na tle tego ciemnego kamienia mozna dojrzec spadajace krople ;)

Za to w dwoch miejscach ze skaly wytryskiwaly podziemne zrodelka.

Nik przy takim wlasnie zrodelku

Pomimo rykow Bi, udalo nam sie przejsc caly szlak bez przeszkod i spadajacych glazow. :) Na samym koncu czekaly na nas jeszcze bardziej karkolomne schodki niz na poczatku oraz wyjasnienie nazwy szlaku. Otoz, ponad 100 lat temu, na trase mozna sie bylo dostac po drabince idacej pionowo w dol wzdluz litej skaly. Coz... ciesze sie, ze jednak zejscie nieco unowoczesniono, bo zoladek zaciskal mi sie w supel kiedy spogladalam w dol ze schodkow. Na drabinke za cholere bym nie weszla. :D
Wiele tras spacerowo - rowerowych w tym parku tworzylo petle, gdzie wracalo sie do punktu wyjscia, ale niestety nie ten. Szedl on w lini prostej, wiec kiedy znow znalezlismy sie na gorze, musielismy przejsc niemal ten sam szlak, tylko gora. ;) Miejscami moglismy podziwiac z gory miejsca, ktorymi przed momentem przechodzilismy oraz naocznie przekonac sie, dlaczego z wodospadow nie leci woda.

Strumyk? :D

W jednym strumieniu zostaly praktycznie tylko kaluze, drugi wyschniety na pieprz! :) A po powrocie na parking trzeba bylo dotrzymac obietnicy i pozwolic Potworkom wyhasac sie na placu zabaw. ;)

Oni nadal maja sile na szalenstwa! :O

Po powrocie na kemping, kiedy juz pozwolilismy nogom troche odpoczac, uznalismy, ze jesli dzieciaki maja pochlapac sie w jeziorze, to tego dnia, nastepnego mialo byc bowiem niemal caly czas pochmurnie. Podjechalismy na rowerach na plaze, ale nawet Bi miala problem z zanurzeniem. Woda byla calkiem ciepla (sprawdzilam!), ale za to na dworze bylo ledwie 20 stopni i wial chlodny wiatr. W koncu jednak obydwoje zamoczyli sie oraz pochlapali i... nie wiem czy to nie dlatego teraz oboje sa podziebieni. :D

Brrr ;)

W kazdym razie w jeziora wyszli trzesac sie jak dwie galaretki i jak zazwyczaj wracaja w strojach na kemping gdzie sie na spokojnie przebieraja, tak tutaj musialam ich pozaslaniac recznikami i przebrac na miejscu, bo zeby doslownie im lataly.
Poznym popoludniem Bi odmowila jakiejkolwiek aktywnosci, podobnie jak M., ktory zalegl na lozku w przyczepie, za to ja i Nik postanowilismy wycisnac z tego dnia, ile sie da i z mapa w reku, ruszylismy na wyprawe. Najpierw wybadalismy szlak przy kempingu prowadzacy przez las. Bylo juz jednak pozno, w lesie panowal mrok i szczerze mowiac mialam lekkiego cykora. ;) Nie wiedzac ile zajmie nam przejechanie trasy, zarzadzilam odwot, obiecujac jednoczesnie Nikowi, ze wrocimy tam rano z tata. Pojechalismy za to w innym kierunku, gdzie mapa pokazywala szlak wiodacy do zabytkowej szkoly. Tutaj troche pokrazylismy, bo znalezlismy parking, znalezlismy droge, ale szlaku nie moglismy poczatkowo znalezc. W koncu wyczail go Nik i okazalo sie, ze "szlak" to paseczek wykoszonej laki, wijacy sie wsrod pol! :D

Zolty "szlak". Kolor calkiem akuratny, bo wokol zlocila sie Nawloc :)

Pojechalismy kawaleczek, ale po calodziennej aktywnosci nogi juz solidnie nas bolaly, a po skoszonej trawie i koniczynie jechalo sie bardzo ciezko. Kolejny szlak trafil na liste "na nastepny dzien". :) Potem juz tylko dwie godzinki przy ogniu i wszyscy padlismy z ulga do lozek. Osobiscie balam sie, ze po takiej aktywnosci, kolejnego dnia nie bede mogla sie ruszyc i wzorem M. zalegne na lozku, a Potworki rozniosa nasze obozowisko. ;)

Na szczescie, kolejnego dnia jakos udalo sie zwlec z wyrka i pomimo pochmurnego nieba, ruszylismy ponownie odkrywac okolice. Na pierwszy rzut poszedl szlak prowadzacy przez las, ktory znalazlam dzien wczesniej z Kokusiem. Okazal sie on bardzo ciekawy na jazde rowerami - krety, z mostkami, waziutkimi sciezynkami przez krzaki oraz blotnistymi kaluzami, ktore trzeba bylo ostroznie omijac.


Tak sie jechalo! :D



Ja, M. oraz Nik bawilismy sie przednio, a Bi... znow ryczala!  :D Tym razem, ze nogi ja bola i juz nie moze... (przewrot oczami). Wada trasy okazala sie jej dlugosc, czy raczej "krotkosc" - przejazd calosci zajal nam moze 15 minut. :D Chlopaki ruszyli wiec na runde numer 2, a ja, choc tez mialam ochote, solidarnie zostalam z corka. Ech...

Tymczasem po poludniu, ta sama Starsza, ktora dnia poprzedniego ryczala cala droge kiedy szlismy wzdluz skalek, oswiadczyla, ze chcialaby pojsc tam jeszcze raz! :O Warunkiem bylo, ze chciala koniecznie zabrac Maye. Widze to dziecko w przyszlosci jako jedno z tych ludzi, ktorzy zabieraja ze soba do samolotu pieski, kotki, fretki, itp. jako "emotional support animal". :D Poniewaz poprzedniego dnia widzielismy kilka psow, wiec wiedzielismy, ze wolno je tam przyprowadzac, a dodatkowo Mi tez nalezal sie porzadny spacer, uznalismy, ze czemu by nie przejsc sie tamtedy jeszcze raz. Widoki byly naprawde piekne, a niewiadomo kiedy i czy w ogole jeszcze tam kiedys wrocimy.

"Grotolaz" ;)

Poszlismy wiec kolejny raz, ale ze trase juz znalismy i nie zatrzymywalismy sie co chwila dla podziwiania skal, wiec przeszlismy ja duzo szybciej.

Jak widac, kolejnego dnia Bi miala juz zupelnie inna mine ;)

Po wdrapaniu sie ponownie w gore, uznalismy, ze przejdziemy sie szlakiem po drugiej stronie parku. Zmierzajac w tamta strone, odkrylismy, ze ktos mial swietny pomysl i z boku mieszczacego sie na pagorku centrum informcyjnego, umiescil spora zjezdzalnie. Nawet M. skusil sie na zjazd, a Potworki w ogole wbiegly na gore i zjechaly kilka razy. :)


Kiedy doszlismy do poczatku zaplanowanego szlaku, w zamierzeniu mielismy dojsc tylko do drugiego wodospadu, ktory (wedlug mapy) mial znajdowac sie calkiem blisko punktu wyjscia. Liczylam na to, ze moze po tej stronie woda bedzie plynac bardziej wartko i uda nam sie zobaczyc cos faktycznie przypominajacego wodospad. Niestety, tutaj rowniez susza dala sie we znaki i choc widzielismy miejsca, gdzie wiosna mogly plynac kaskady wody, tutaj jednak woda tylko kapala. Nie bedac pewnym jednak czy to "to" miejsce, parlismy dalej, az doszlismy do rozwidlenia szlaku i okazalo sie, ze doszlismy duzo dalej niz planowalismy. :) A skoro juz tam dotarlismy, postanowilismy zrobic koleczko i wrocic okrezna droga. To spotkalo sie z radoscia Kokusia (przygoda!) oraz... tak, tak, rykiem Bi. Znowu cala droge histeryzowala, ze sie boi i chce wracac, nawet kiedy powiedzielismy jej ze przeszlismy juz ponad polowe i powrot zajmie nam dwa razy dluzej. Nawet wowczas ona koniecznie chciala zawrocic. Najwyrazniej to co znajome, bylo dla niej bezpieczniejsze. ;) Tym razem nie pomagala nawet obecnosc Mai. Pies za to wybornie sie przydal, bo mimo dlugiego spaceru ciagnal jak durny, wiec wspaniale pomagal wspinac sie pod gorke, pod ktora piela sie polowa szlaku. ;) Zapomnialam tez chyba dodac, ze cala trasa prowadzila przez las, a ze bylo pochmurno, ten robil sie momentami bardzo mroczny, co nie poprawialo samopoczucia Starszej. ;) Przyznaje tez, ze w ktoryms momencie sama lekko spanikowalam i spogladalam na mape, przekrecajac ja na wszystkie strony. Doszlismy bowiem do rozwidlenia, gdzie w jedna strone prowadzil szlak czerwony, a w druga niebieski. Wedlug mapy zas, mielismy pojsc polaczeniem szlaku czerwonego, niebieskiego oraz zoltego! I co teraz?! Tylko strzalka pokazujaca kierunek na jakis punkt widokowy pozwolila nam stwierdzic, ze my musimy jednak isc w przeciwnym kierunku, chociaz mialam juz wizje bladzenia po lesie do wieczora, albo i w nocy... Tak, jestem mistrzem paniki i Bi ma to, niestety, po mnie. ;) Okazalo sie jednak, ze po prostu ktos ch*jowo oznaczyl szlaki, bo kilkanascie metrow dalej w las, na drzewie widnialy juz jasno wszystkie 3 kolory oznaczajace trase, ktora chcielismy isc. :)
Tutaj ciezko bylo policzyc calosc trasy, bo skladala sie z kilku laczonych szlakow, ale pi razy oko wyliczylam, ze przeszlismy jakies 8 kilometrow. Do tego dodac 6 na trasie ze skalkami i dzienna norme mielismy przekroczona chyba 10-krotnie. ;) Dzieciaki nie chcialy juz nawet na plac zabaw, a Maya po powrocie na kemping wlazla do swojej "budy" z mina "odczepcie sie juz ode mnie" i poszla spac na dobra godzine. :D
My rowniez klaplismy na krzeselka i dogorywalismy przez dluzsza chwile. Pod wieczor jednak, kiedy nogi troche odpoczely, postanowilam podjac jeszcze raz prowadzaca przez laki trase do tej zabytkowej szkoly, takiej naprawde rodem z "Domku na prerii". To byl naprawde krociutki szlak, a strasznie mnie ta szkola ciekawila. Takich jednosalowych szkolek utrzymanych jako muzea jest w Stanach sporo. W miasteczku sasiednim do naszego jest jedna, ale mimo, ze przejezdzam kolo niej dosc czesto, to nigdy nie mam czasu sie zatrzymac. Teraz mialam okazje podjechac do innej. Poniewaz na nastepny dzien zapowiadali opady deszczu, stwierdzilam, ze zostawienie tego na "jutro" to ryzyko i jade dzis. :) Nik na haslo "przejazdzka rowerem" zerwal sie oczywiscie na rowne nogi, M. niezbyt entuzjastycznie, ale postanowil tez sie przejechac. Tylko Bi podniosla larum, ze nie chce i czemu my ciagle musimy gdzies jezdzic. To bylo jednak do przewidzenia. ;) Przecielismy kemping i wyjechalismy na parking otoczony lakami. Pisalam wczesniej, ze strasznie ciezko jedzie sie po skoszonej trawie i nie wiem kto w ogole nazwal taki skoszony pasek "szlakiem".  :) Pojechalismy wiec troche naokolo po zwirowej drodze, a lake przecielismy w ostatniej chwili. Zajelo to doslownie kilka minut, ale te kilka minut minelo przy ciaglych protestach i rykach Bi. Mowie Wam, na tym kempingu Starsza doprowadzala nas doslownie do bialej goraczki. W koncu jednak dotarlismy do otoczonej drzewami szkolki i... zgadnijce komu sie ona najbardziej podobala? Poza mna oczywiscie, bo ja ogolnie lubie muzea i starocie? No wlasnie Bi!

Zdjecie zrobione przez okno, a wyglada jakbym stala w srodku. :) Widac lawki, biurko nauczycielki, a na srodku piec majacy zapewnic cieplo uczniom w zimie. Oprocz tego pomieszczenia, byl jeszcze przedsionek i... to cala szkola :)

Muzeum otwarte jest tylko dla szkolnych wycieczek i niektorych miejscowych uroczystosci, wiec moglismy zajrzec tylko przez okna, a Starsza nagle ozyla, z zachwytem podziwiala misternie skonstruowane laweczki i dopytywala o kazdy szczegol. To zainteresowanie, plus fakt, ze droga powrotna prowadzila delikatnie w dol, sprawilo, ze litosciwie przestala marudzic. A oba Potwory mialy jeszcze sile na zabawe na kempingowym placu zabaw. :)

Bardzo sie ciesze, ze te dwa pelne dni wycisnelismy niczym cytrynke, bowiem juz w nocy obudzil mnie odglos padajacego deszczu. Kolejny ranek nie byl niestety lepszy. Naprzemian lalo i kropilo. Potworki marudne i z rozpierajaca ich energia, wiec wyciagnelam schowane na czarna godzine kreatywne zestawy.

Deszczowy poranek na kempingu

To zajelo ich na tyle, ze dali mi spokojnie zjesc sniadanie i sie ogarnac oraz pozwolili nam - doroslym zaczac sie pakowac. Prognozy pokazywaly bowiem jasno, ze mialo padac gdzies do godziny 1 po poludniu, a tego dnia i tak musielismy wracac do domu. M. zaczal wiec lapac "okienka", kiedy deszcz padal nieco mniej i podlaczac i ladowac wszystko na pake lub do przyczepy. Ja zajelam sie ogarnianiem srodka, bo na droge blaty musza byc puste. Pewnie nie wiecie, ale taka przyczepa podczas drogi strasznie "skacze" na wybojach, duzo bardziej niz auto, wiec wszystko zostawione na wierzchu lata po calej przyczepie i moze wyrzadzic sporo szkod.
A kiedy okolo poludnia bylismy juz praktycznie gotowi do drogi, nagle, w ciagu kilku minut przestalo padac i wyszlo slonce! :O Typowa pogoda Nowej Anglii, choc nie wiem nawet czy polnoc Stanu Nowy Jork jeszcze sie do Nowej Anglii zalicza. :)
Niestety, mielismy juz niemal wszystko spakowane, rowery przypiete, dodatkowo nawet na placu zabaw byloby mokro, uznalismy wiec, ze nie ma sensu zostawac na sile dluzej. I choc szkoda mi bylo tych dodatkowych kilku godzin, to przynajmniej choc raz dojechalismy do domu na tyle wczesnie, ze na spokojnie rozpakowalam przyczepe, ogarnelam pranie, wykapalam Potworki i siebie i obylo sie bez zwyczajowego, po-kempingowego wyscigu z czasem. :)

I tak minal nam pierwszy tydzien szkoly. Teraz musze jeszcze dodac zdjecia i zanim skoncze posta bedzie pewnie polowa trzeciego. :D
Wyrobilam sie jednak troche szybciej, bo skonczylam juz w poniedzialek. No, wtorek polskiego czasu... ;)