piątek, 16 sierpnia 2019

Znowu tydzien, gdzie nie dzialo sie nic ekstremalnego, a jednak duzo :)

Tak sie te tygodnie przeplataja. Raz gdzies jedziemy i jest interesujaco, raz siedzimy w domu i sa... chcialam napisac "nudy", ale w sumie dzialo sie sporo, tylko, ze drobiazgow. Nic nie poradze, ze latem tydzien bez wyjazdu lub wycieczki, jest dla mnie tygodniem straconym. ;)

Wrocilismy z kempingu we wtorek okolo 18, wiec reszta wieczora to byl wyscig z czasem (bo nastepnego dnia mialo lac) zeby wypakowac wszystko co niezbedne z przyczepy, wykapac Potworki oraz siebie, no i przygotowac sie do powrotu w "kierat" nastepnego ranka. Ja zainaugurowalam powrot do domu rowniez wstawieniem jednego prania, ale na wiecej nie starczylo mi ani czasu, ani sil. :)

W srode po pracy wiec, najwazniejsze to bylo wstawic, wysuszyc (suszarka bebnowa to piekna rzecz :D), poskladac i poukladac w polkach kolejne ladunki prania. :) W miedzyczasie, na wyscigi z zapowiadanymi burzami, popedzilam z dziecmi do biblioteki, Potworki bowiem doszly do dnia 40 w swoim wyzwaniu na codzienne czytanie. Za ukonczenie 40, 50 oraz 60 dni, nie ma juz nagrod, a przynajmniej nie od razu i nie gwarantowanych. ;) Tym razem dzieci moga zakrecic "kolem".

Kolo "fortuny"

Kolory na kole oznaczaja ilosc kuponow - 1, 2 lub 3. Na kazdym kuponiku trzeba napisac imie oraz numer telefonu. Biblioteka ma 10 koszy z upominkami o roznej tematyce (widac je za Kokusiem, na szafce), a przy kazdym koszu sloik, do ktorego dzieciaki wrzucaja kupony. Moga wrzucic po jednym lub po kilka, do woli. Kiedy wyzwanie czytelnicze dobiegnie konca, panie bibliotekarki rozlosuja kosze pomiedzy dzieci. Troche wydaje mi sie to nie fair, bo dzieciaki jednak ambitnie czytaja kazdego dnia zdobywajac gwiazdki, a nagroda nie jest gwarantowana. Takie sa jednak zasady i coz robic...

Tegoroczne wyzwanie czytelnicze bylo w duchu kosmosu i planet, wiec Nik nie mogl sobie odmowic zdjecia z kartonowa makieta rakiety ;)

Fajne za to jest, ze biblioteka wysyla raporty z letniego czytania do szkol, wiec nie musze sporzadzac listy przeczytanych ksiazek. Odpowiadajac z gory na Wasze pytania: tak, hamerykancka szkola na poczatku kazdego roku szkolnego prosi dzieci o przyniesienie listy przeczytanych latem ksiazek. :O W naszym miasteczku (i zapewne wielu innych), co roku robiona jest tez wystawa ze zdjeciami dzieci oraz nauczycieli czytajacych w wakacje w roznych miejscach. Ja, wiedzac o tej tradycji, przezornie pstyknelam Potworkom fotki z ksiazkami podczas ktoregos kempingu. ;)
Potworki doszly do dnia 50 wyzwania czytelniczego w bibliotece. Niestety, wyzwanie konczy sie juz jutro, dalej wiec nie "dojda", bo zagapilam sie i zapisalam ich tydzien po rozpoczeciu wakacji. Ups... :D

W czwartek po pracy pedzilam na zlamanie karku do domu, bowiem chalupe nadal mialam nie do konca ogarnieta po powrocie z kempingu, a miala wpasc do mnie kolezanka. Znajoma przyjechala, Potworki polecialy do basenu z jej starsza corka, a ja wyciagnelam mlodszej wszystkie plastikowe pojemniki, ktore znalazlam w szafkach kuchennych. :D

Starszyzna w akcji ;)

Popilysmy kawke, zjadlysmy kawalek ciasta na tarasie i bylo bardzo fajnie. Dopiero na koniec nagle, w ciagu kilku minut zerwal sie straszny wiatr, zrobilo sie ciemno i po chwili zaczelo kropic. To niestety zmotywowalo kolezanke do "ucieczki" do domu. Bala sie ulewy, bo garaz ma niepolaczony z domem i nie chciala biec w deszczu z 11-miesiecznym malenstwem. :)

W piatek za to niespodziewanie wyladowalam na... pogotowiu. Spokojnie, nie ze soba. Z inna kolezanka. Kumpela miala tydzien wczesniej zabieg laparoskopowy, ale zamiast dochodzic do siebie, miala coraz silniejsze bole, w koncu dostala goraczki i jej lekarz, nie mogac za duzo zobaczyc na sprzecie w gabinecie, wyslal ja na pogotowie. Ja w tym czasie wyslalam jej smsa z rutynowym pytaniem jak sie czuje, po czym od wiadomosci do wiadomosci okazalo sie, ze jest sama (maz w pracy) i w szpitalu po przeciwnej stronie ulicy od mojej roboty. Pojechalam sprawdzic czy czegos jej nie potrzeba przywiezc, po czym... zostalam jako wsparcie duchowe. A na pogotowiu jak na pogotowiu. Najpierw 1.5 godziny w poczekalni. Potem pol godziny za zaslonka na sali, az konsylium zdecyduje sie, co z nia zrobic. Troche zmotywowalo ich to, ze kolezanka, ktora spodziewala sie tylko szybkiej wizyty u lekarza i nie wziela ze soba tabletek, zaczela wrecz wic sie z bolu. W koncu pobrali kilka fiolek krwi oraz probke moczu i podali prochy przeciwbolowe. Potem niestety 40 minut czekania na wyniki badan z krwi, kolejne pol godziny oczekiwania na tomograf, samo przeswietlenie 10 minut, po czym... godzina czekania na wyniki!!!! :O A na koniec okazalo sie, ze cos tam znalezli, ale do konca nie wiedza co, wiec... klada ja na oddzial!!! W miedzyczasie kumpeli padla komorka, wiec dzwonila do meza, cioci mowiacej po polsku, ktora miala kontakt z jej mama (ktora zostala z dziecmi) oraz przyjaciolki (bombardujacej ja smsami) z mojej. Jak przyjechalam do niej o 15, to wyszlam prawie o 20, tylko po to, zeby za pol godziny wrocic z ladowarka do komorki oraz prowiantem, bo stolowke szpitalna zamkneli, a kolezanka tego dnia jadla tylko sniadanie oraz kawalek chlebka bananowego, ktory zostal mi z pracy i ktorym ja bez zalu obdarowalam. ;)
Na szczescie wszystko dobrze sie skonczylo. Wdarlo sie jakies zapalenie, ale antybiotyk podzialal i w poniedzialek wypuscili ja do domu. ;)

Ktoregos dnia bylam tez swiadkiem stluczki i stwierdzam, ze po tym swiecie to jednak chodza (jezdza) idioci! Jakis gosc, z lewego pasa postanowil nagle zjechac sobie na parking po prawej stronie drogi! Szkopul w tym, ze prawym pasem obok niego jechalo inne auto. Nie wiem czy w ogole sie nie rozejrzal, czy stwierdzil, ze sie "przemknie"? Znacie to uczucie kiedy obserwujesz akcje niczym w zwolnionym tempie i nic nie mozesz zrobic? Tak wlasnie mialam. Patrzylam jak gosc z lewego pasa skreca sobie beztrosko w prawo, jak auto z prawego pasa usiluje odbic w bok, zaraz za nim auto z lewego (teraz juz w poprzek prawego pasa) tez odbija, ale sila rozpedu niesie obydwa auta prosto w kolizje. :) W koncu az tak mocno sie nie pukneli, bo to nie autostrada, predkosci nie byly zawrotne, a w momencie kolizji obaj juz hamowali... Ale nadal zastanawia mnie o czym myslal kretyn z lewego pasa? ;)

Co poza tym?

W sobote Potworki zaproszone zostaly do najlepszego kolegi Kokusia z klasy. Kolega ma siostre blizniaczke i mlodszego o rok brata. Pisalam juz kiedys o tym, ze blizniaki znaja tez Bi, jako ze spedzili z nia rok w przedszkolu. Cala gromada zna sie wiec juz od 4 lat. Oni maja przy domu basen, wiec Potwory lecialy tam jak na skrzydlach. Zdjec niet, bo tym razem ja nie zostalam zaproszona, tylko dzieci. ;) M. troche panikowal, ze dzieciaki takie nie dopilnowane, ze za male i w ogole, ale w koncu odebralam ich calych i zdrowych. :)

Na wizyte u kumpla Nik zazyczyl sobie kolorowe pasemka :D

W czasie kiedy Potworki udzielaly sie towarzysko, mialam w koncu czas zajrzec do warzywnika od wyjazdu na kemping. A jak juz zajrzalam, to za glowe sie zlapalam! Ogorki wielkie jak... oszczedze Wam porownania... :D Do tego cukinie oraz masa pomidorow.


Polowe tego dobra oddalam tacie, ale i tak sporo nam zostalo, bo jeszcze czesc ogorkow mialam w lodowce z poprzednich zbiorow. Niestety ogorasy wyrosly takie gigantyczne, ze nie nadaja sie juz na malosolne. No serio, spojrzcie na tego delikwenta!

Ja wcale nie mam drobniutkich dloni! :)

Sam zajalby niemal caly sloik! ;) Na szczescie 3 sloje malosolnych zrobilam przed wyjazdem. Na nieszczescie, juz wszystko (jeden sloj poszedl dla taty) zjedzone. :D


W niedziele po kosciele czekaly nas zakupy spozywcze, co wykonczylo mnie tak, ze klapnelam na tarasie i nie chcialo mi sie ruszac. :) Na szczescie przyjechal tata, wiec mialam swietna wymowke zeby posiedziec popijajac kawke. Potworki wyplawily sie w basenie. Narzekali co prawda, ze woda strasznie zimna (noce zdecydowanie sie ochlodzily, wiec i z nimi woda), ale wyjsc nie chcieli, wiec wnioskuje, ze nie bylo tak zle. :D
Pod wieczor zaczelo mnie juz lekko nosic i lenistwo zaczelo wychodzic mi bokiem. Zaproponowalam rowery i... Bi oswiadczyla, ze nigdzie nie jedzie, ale zostala przeglosowana. ;) Niestety, calutka droge musielismy sluchac jej narzekania i pytan, kiedy wracamy, a gdy zdecydowalismy sie przedluzyc odrobine trase, zaczely sie juz otwarte ryki i szlochanie. Na koniec pojechalismy raptem 20 minut w jedna strone, czyli przejazdzka zajela nam niecala godzine, ale Bi tak nam krwi napsula, ze zamiast sie zrelaksowac, wszyscy wrocilismy podminowani. Nie ma jak rodzinna wycieczka. ;)

Takie wlasnie byly humory. Bi odwrocila sie tylkiem, a M. patrzyl gdzies w bok... ;)

Tylko Nik nie zrazal sie nastrojem rodziny i caly byl szczesliwy, ze znow porusza sie na swoim ukochanym jednosladzie ;)

Potworkom skonczyl sie wlasnie ostatni tydzien na polkoloniach. Dzis otrzymali ostatnie dyplomy.

Te sa sprzed 2 tygodni. Nik dostal nagrode dla "najbardziej towarzyskiej" osoby, a Starsza dla "panny syrenki". :D Bi marudzi, ze "dlaczego ona zawsze dostaje cos o plywaniu", ale nic nie poradze, ze to dziecko czuje sie w wodzie niczym uchatka i to WIDAC ;)

Troche smutno, bo po pierwsze, w ogolnym zarysie Potworki lubily to miejsce, a po drugie, wakacje sie nieodwolalnie koncza... Ale za to zaoszczedzimy ponad $400 tygodniowo (nie przesadzam - tyle kosztuja TYGODNIOWE polkolonie dla dwojki dzieci, a to akurat byla calkiem przystepna cena!), wiec finansowo wyjdzie nam to na dobre. ;)

Poza tym, ostatnio z Bi... polujemy! Na szczescie tylko z aparatami. :D Do naszego poidelka wiszacego na tarasie, zlatuja sie bowiem kolibry i probujemy lapac je na zdjeciach lub filmikach.

Nie wiem czy uda Wam sie cos tam dojrzec...

Niestety, bestie sa cholernie szybkie, a przy tym malutkie. Mimo, ze poidlo znajduje sie moze 2m od kuchennego okna, ciezko uchwycic je na zdjeciach, tym bardziej, ze kolibry maja zielonkawe grzbiety, a w tle sa ruszajace sie, zielone liscie drzew. :D Kilka ujec jednak cos tam zlapalo. ;) Bi ma na tablecie nawet przesliczny filmik, kiedy jeden z kolibrow krazyl wokol poidla i wracal do niego przez dobre dwie minuty. Zazwyczaj bowiem kazda "wizyta", to zaledwie kilkadziesia sekund. Ptaszki popija nektaru wody z cukrem i odlatuja, zeby za kilkanascie minut podleciec po kolejna dawke.

To zdjecie zebyscie mialy obraz ich rozmiarow. Poidlo jest, jak widac, mniej wiecej wielkosci mojej dloni

W weekend mialysmy jednak spore szczescie, bo kilka kolibrow przylatywalo na zmiane. Czasem byl to piekny samczyk z czerwonym podgardlem, a czasem skromniej ubarwione samiczki. Skad wiem, ze bylo ich kilka? A stad, ze jeden przeganial drugiego! ;) Kolibry niestety nie potrafia sie dzielic i zawziecie bronia dostepu do cennego nektaru, mimo, ze w poidle jest go zdecydowanie za duzo zeby daly rade wszystko wypic. :)

Tutaj koliber jest od tylu. Mimo, ze ich grzbiety sa zielonkawe, piorka maja metaliczny polysk i na zdjeciach wygladaja niczym szare :/

I wiecie co? One cwierkaja! :) W starym domu poidlo mielismy gleboko w ogrodzie i nie bylo szans sie do niego zblizyc, wiec wczesniej nie mialam okazji ich uslyszec. Sa tak malenkie, ze to cwierkanie to takie bardziej popiskiwanie (dla mnie brzmi troche jak cmokanie), ale wyrazne. No i poruszaja sie tak niesamowicie, latajac do przodu, do tylu i unoszac sie w powietrzu bez ruchu, ze moglabym sterczec w oknie godzinami, przygladajac sie ich wyczynom. To chyba jedne z najwdzieczniejszych stworzen na swiecie. :)

U nas juz za tydzien szkola! Aaaaa!!! :O

niedziela, 11 sierpnia 2019

I znow dopisala pogoda, czyli kemping #4

Musze przyznac, ze mamy w tym roku niesamowite szczescie. Oprocz drugiego kempingu, ktory musielismy skrocic z powodu zapowiadanego, ulewnego deszczu, podczas wszystkich innych (poki co) udalo nam sie wstrzelic w ladna pogode. :) Nie inaczej bylo tym razem. W srodku zeszlego tygodnia popadalo i przyszlo lekkie ochlodzenie (28 stopni zamiast 32, hehe), a potem na sobote straszylo burzami. Nie bardzo bylo mi to w smak, bo w sobote czekalo nas ostatnie kilka godzin pakowania (to niesamowite ile zajmuje te kilka rundek po domu i gora - dol do przyczepy), a potem 3-godzinna jazda, ale co robic. Z pogoda nie wygrasz. ;) Okazalo sie jednak, ze burze sie poprzesuwaly i spakowalismy sie na sucho. Potem chmury oraz grzmoty gonily nas wieksza czesc drogi. Zaczelo w koncu padac. W ktoryms momencie lalo tak, ze swiata nie bylo widac i ludzie stawali na autostradzie (ryzykowne, ale co robic, kiedy nie widzisz nic na 2 m przed autem?). Ale zanim dojechalismy na miejsce, chmurzyska przesunely sie w innym kierunku i na kempingu przywitalo nas slonce. :) Reszta wyprawy uplynela przy pieknej pogodzie. Lepiej nie moglismy trafic.

Nasza miejscowka. Gdzie te tlumy?! ;)

Tym razem czekalo nas zupelnie inne doswiadczenie niz poprzednie dwa wyjazdy. Jechalismy w nieznane miejsce troche na polnoc w glab Stanu Nowy Jork. Droga czesciowo prowadzila przez lancuch gorski - Berkshires. Nie sa to Gory Skaliste, nie sa to nawet Tatry (nawet nie Sudety :D), ale sa dosc znane na poludniu Nowej Anglii i stanowia popularna miejscowke na narty zima. Najwyzszy szczyt ma okolo 1000 mnp, wiec nie powalaja wysokoscia, ale ja i tak namietnie pstrykalam widoki z autostrady. :)

Droga na kemping - pomalu wyjezdzamy z gor. Widac mokry asfalt, ale juz swieci slonce :)

A tu powrot - pomalu wspinamy sie w gore

Mijalismy najwyzej polozone miejsce na autostradzie I-90 na wschod od Poludniowej Dakoty. Jesli podskoczylyscie z podnieceniem, ostudze je - 1724 stopy to ledwie okolo 550 m npm. Zadna sensacja. ;)

Kemping byl w gestym lesie nad brzegiem jeziora. To "nad brzegiem" to troche na wyrost, bo choc z niektorych miejsc widac bylo wode, to pole kempingowe polozone bylo na wysokiej i stromej skarpie. Zejscie nad wode z tamtad to byloby samobojstwo i cieszylam sie, ze z dzieciakami wyladowalismy po przeciwnej stronie kempingu. ;) Juz widze jak Nik co chwila stalby nad brzegiem skarpy i probowal wspinaczki. :O

Kemping okazal sie malo popularny, bo choc w sobote naokolo pelno bylo ludzi, to w niedziele wiekszosc sie spakowala i wyjechala. Najwyrazniej byli to weekendowi biwakowicze. ;) Nagle zostalismy sami, bez widoku na inne przyczepy czy namioty jak okiem siegnac. Dobra, mocno przeszkadzaly w tym drzewa oraz krzaki, ale naprawde w bezposrednim sasiedztwie nie bylo nikogo! Zreszta, szybki rekonesans przekonal nas, ze cale pole kempingowe swiecilo pustkami. Z jednej strony fajnie, bo piekny, sloneczny las i cisza, z drugiej w nocy troche straszno... :D Tylko nasza przyczepa i cwierkanie ptaszkow.

Nasz prywatny kawalek lasu :)

Srodek lasu, ludzi brak, wiec ucieszylismy sie, kiedy pod wieczor jakis starszawy jegomosc zaparkowal przyczepa zaraz naprzeciwko nas. Nasza radosc nieco opadla kiedy wieczorem do pana przyjechali goscie i choc poczatkowo zachowywali sie poprawnie, to urzadzili glosna, pijacka awanture o... 1 nad ranem. :O Na szczescie byl to jednorazowy wybryk. ;)

Najwieksza atrakcja wyprawy bylo oczywiscie jezioro. Po lipcowych upalach woda byla w nim cieplutka i Potworki mogly z niej praktycznie nie wychodzic. Zreszta ja sama pluskalam sie z przyjemnoscia, co sporo mowi, bo normalnie straszny ze mnie zmarzluch. ;) Temperatury powietrza byly tam troche nizsze niz w domu, a do tego dosc mocno wialo, wiec jak sie czlowiek zanurzyl, to juz siedzial w wodzie do oporu. ;)

Nowe dmuchance tez zrobily furrore. Najlepsza zabawa byla oczywiscie kiedy tata udawal rekina i Potworki z dmuchancow zrzucal ;)

Dodatkowa atrakcja byly lawice malych rybek, ktore podplywaly smialo jak tylko czlowiek stanal bez ruchu i podgryzaly po nogach. Jedne, paradoksalnie wieksze, tylko lekko dotykaly, natomiast mniejsze, ktore byly narybkiem jakiejs drapieznej ryby (jeden z "tubylcow" powiedzial jakiej, ale zapomnialam ;P) laskotaly niczym stadko malenkich igielek.

Widzicie te ciemne "przecineczki" wokol nogi Bi? To wlasnie rybki :)

Byly tam dwa place zabaw. Jeden ogromny przy plazy i drugi, mniejszy, ale ciekawszy, kolo kempingu.

Mikroskopijny "park linowy" :D

Wszystko to sprawilo, ze Potworki juz dopytuja czy za rok tam wrocimy.
Czy tak bedzie? Zobaczymy, ale o obiekcjach pozniej.

Bylismy tam od soboty do wtorku, a wiec 3 noce i choc ja znow czulam lekki niedosyt, to M. juz w poniedzialek dopytywal czy moze skrocic pobyt o jeden dzien i wrocic do domu. Mojemu mezowi to miejsce zdecydowanie srednio podpasowalo. ;) Na szczescie byl przeglosowany, bo po pierwsze Potworki byly zachwycone, a po drugie ja chcialam miec wiecej niz jeden calkowicie relaksujacy dzien, kiedy nie musze martwic sie o pakowanie i trase. Wlasciwie to niedziela tez nie byla tak do konca "luzna", bowiem M. uparl sie oczywiscie jechac do kosciola. Naprawde tesknie za kempingami dwa lata temu, kiedy na czas wyjazdu rezygnowalismy z mszy i cala niedziele mielismy swobodna. Niestety, rok temu tescie tak nagadali M. na ten temat, ze nie odpusci. Musi jechac do kosciola i koniec. Dla mnie to pol niedzieli zmarnowane, ale coz... :/
Kosciol jednak, a raczej kaplica, do ktorej trafilismy, byla... inna. Niby katolicka, wiec ogolny obrzadek ten sam, ale juz wystroj przypominal raczej pokoj z lawkami niz kosciol (sufit tak nisko, ze wyciagajac reke niemal moglam go dotknac, zaslony w oknach i te sprawy). Do tego nowoczesna, chrzescijanska muzyka, do ktorej jeden pan przygrywal na gitarze, drugi na keybordzie, a trzeci na... perkusji.

Troche bylo mi glupio, ale po prostu musialam pstryknac fote. Po lewej, na koncu, widac "orkiestre" ;)

Po prostu czad i nawet Potworki przez dluzsza chwile przygladaly sie jak zaczarowane, zamiast jak zwykla jeczec kiedy idziemy. :D A na koniec, przy Komunii, poza oplatkiem, serwowano... WINO!!! To M. ominal z daleka, bowiem serwowano je z jednego kielicha, przecierajac tylko brzeg serwetka po kazdej osobie. Bleee... A potem kazda mijajaca mnie osoba (siedzialam z samego brzegu) tak zionela tym winem, ze fuj! Ale doswiadczenie - niepowtarzalne! :D

Poza niedzielna "atrakcja", kemping spedzilismy, jak kazdy inny, czyli relaksujac sie na maksa! Matka i ojciec pili hektolitry kawy siedzac na turystycznych krzeselkach, a dzieciaki ganialy po lesie. Godzinami skakaly tez na skakankach, liczac ktore ile razy skoczy. I namawiajac na skoki MNIE. Jako jedyna potrafie bowiem skakac krzyzujac ramiona i skaczac przez "petelke". Potwory nie moga sie nadziwic i ciagle kaza sobie pokazywac jak sie to robi. Od powrotu minelo kilka dni, a moje nogi nadal czuja te skakanie. :D
Jezdzilismy tez na plac zabaw...

Zasiadla niczym kura na grzedzie i kazala sobie zrobic zdjecie :)

Nie wiem do czego mogly sluzyc owe konstrukcje, ale Nik uznal, ze beda idealnymi lezakami dla dziecka wymeczonego zabawa ;)

...oraz obowiazkowo nad jezioro...

Bi to urodzona modelka, Kokus w najlepszym wypadku sztywno pomacha ;)

...a wieczorami byly ogniska z nieodlacznymi s'morsami.

Fota z mamuska i nieodlaczna... skakanka. ;) Widzicie ten piach? To byla moja zmora. Nie dosc, ze piasek, to jeszcze permanentnie wilgotny (wysokie wody gruntowe). Nosil sie niesamowicie. Mimo chodnika przed wejsciem i wycieraczek na schodach, w kolko mylam w przyczepie podloge, a mop za kazdym razem byl doslownie czarny :/



Mniam, mniam, mniam

Nawet ja jakos przekonalam sie do ich smaku, za to M. kategorycznie odmawia. ;)

Dodatkowa atrakcja byla kreda do rysowania po chodniku (tutaj - asfalcie), a hitem staly sie stare, dobre klasy. Tylko, ze tradycyjne, z 9-cioma kwadratami szybko sie znudzily. Potworki dorysowywaly wiec kolejne i kolejne, az doszly do... 30. :D

Bi "lewituje" :D

Bi probowala jazdy na rolkach i choc szlo jej bardzo dobrze, to drugiego dnia wywalila sie, trzepnela rolkami o ziemie i stwierdzila, ze sa glupie i wiecej ich nie zalozy. ;)

Tu jeszcze usmiech, ale nie na dlugo... ;)

Skoro bylo tak fajnie i w ogole, cud, miod i malina, to dlaczego M. ma opory przed powrotem w te miejsce za rok? Pomijam fakt, ze moj malzonek ogolnie lubi jezdzic w coraz to nowe miejsca i jesli gdzies wraca, to znaczy, ze naprawde byl zachwycony. ;) Tutaj jednak, problemem bylo ogolne polozenie kempingu. Jak wspomnialam wczesniej, znajdowal sie on na skarpie nad jeziorem. Dodatkowo, byl po przeciwnej stronie jeziora od plazy, a poza nia, nie bylo zadnego, "dzikiego" dojscia nad wode, chyba, ze ktos lubi przedzierac sie przez geste krzaki. ;) Mimo, ze kemping byl juz kawalek poza gorami przez ktore musielismy przejechac, to tereny byly tam nadal mocno gorzyste. I niestety, caly teren kempingu, to byly spore pagorki i doliny i nawet na rowerze z przerzutkami mialam problem zeby podjechac pod niektore wzniesienia. Nie mowiac o Potworkach, ktore jezdza nadal na zwyklych rowerach. W polowie gorki musieli z rowerow zsiadac i je prowadzic, oczywiscie glosno narzekajac na swoj los. ;) A ze plaza znajdowala sie, jak wspomnialam, po przeciwnej stronie jeziora, to jadac glowna droga, trzeba je bylo niemal calkowicie okrazyc. Powrot zas bylby niemal caly czas pod gore i to ostro. My z M. moze i bysmy jezdzili rowerami. W koncu dobrze jest rozruszac nieco te stare kosci. Z dziecmi jednak ta opcja odpadala. ;)
Byl co prawda skrot, prowadzacy czesciowo przez kemping, a czesciowo sciezka wzdluz jeziora. Jezioro to mialo bowiem ksztalt litery 8 i w tym zwezeniu zbudowano mostek.

Nikt nie robi tak bezsensownych zdjec, jak ja. Chlopaki sa i o nich mi glownie chodzilo, ale nie pomyslalam juz, zeby ujac przejscie posrodku jeziora. Zalapal sie tylko slupek od mostka... :/

Mozna bylo wiec przeciac kemping, a nastepnie jezioro niemal po srodku, wyjezdzajac zaraz przy plazy. Haczyk? Byl i haczyk, a jakze! ;) Znowu ta skarpa! Skrot biegl wlasnie przez nia, w jej stosunkowo lagodnej czesci, choc i tak sciezka biegla stromo w dol. Nasze nieustraszone chlopaki (tak, Nik tez!) zjezdzaly odwaznie w dol i to dosc szybko. Ja za drugim razem rowniez odwazylam sie zjechac, choc ostro hamujac i ze smiercia w oczach. :D Bi konsekwentnie prowadzila rower w dol, nawet nie probujac ujechac, a za to placzac, ze zostaje w tyle. ;P
Najwieksza wada owego skrotu bylo jednak to, ze w drodze powrotnej trzeba bylo rowery wtaszczyc ta stroma sciezka w gore. ;) M. jakos dawal rade wjechac (jego rower ma specjalne mechanizmy na jazde po takich terenach), smiejac sie ze swojej malzonki oraz potomstwa, ktorzy czerwoni, spoceni i sapiacy docierali w koncu na gore, potrzebujac potem kilku minut na zlapanie oddechu. :D

Pamietajac, ze zdjecia optycznie wyplaszczaja, musicie uwierzyc mi na slowo, ze tam bylo naprawde bardzo stromo! :)

Dodatkowo, jadac na rowerach nie bylo jak zabrac dmuchancow do zabawy, wiec zazwyczaj jednak bralismy auto. ;)
I wlasnie ten brak terenow do jazdy na rowerze chyba najbardziej uwieral M. Mnie zreszta nieco tez. W koncu rowery kupilismy glownie do jazdy po kempingach... A tu tereny byly jednak nieprzyjazne dwukolowcom. ;)

Ogolnie jednak wyjazd zaliczam na duuuzy plus, chociaz, czy ja kiedys bylam rozczarowana kempingiem? Nawet jesli pol wypadu pada, albo trzeba go skrocic, ja i tak jestem zadowolona z kilkudniowej zmiany scenerii. :)

Kokusiowi nie smakuje kolacja :D

Czekam juz na kolejny wypad. Szkoda, ze odbedzie sie on tydzien po rozpoczeciu roku szkolnego. To zawsze juz dodatkowy stres, bo i codziennosc zmienia sie mocno wraz z powrotem dzieci w szkolne mury...
Jeszcze tylko 2 tygodnie do rozpoczecia szkoly... Poza plecakami dla Potworkow, z wyprawki nadal nie mam NIC. ;P

piątek, 2 sierpnia 2019

Zapomniana rocznica i znow nudnawy tydzien

Ciekawsze tygodnie przeplataja sie z tymi zwyczajnymi, nudnymi, gdzie sensacja staje sie wypad po spozywke do sklepu. Czasem oddech jest mile widziany, innym razem zostaje niedosyt, ze znow tydzien smignal, a NIC ciekawego sie nie dzialo. ;)

Poprzedni tydzien byl wlasnie jednym z tych spokojnych az do bolu. Za to, zupelnie przypadkiem, patrzac w kalendarz, uswiadomilam sobie, ze w czerwcu minela kolejna rocznica zalozenia bloga! :)
Koncowka roku szkolnego byla tak szalona, ze kompletnie umknelo mi to, ze pierwszy dzien wakacji Potworkow byl jednoczesnie 7 rocznica bloga! :D
Jak tak wspominam, to te siedem lat bylo spokojnym, wrecz nudnym pisaniem. Moj blog to taki rodzinny pamietniczek, nie ma wiec szans wybic sie popularnoscia (nie zeby mi na tym zalezalo). Ani nie przyciaga trolli ani wielkich rzeszy czytelnikow. Czesc czytelniczek jest stala od niemal poczatku (dzieki dziewczyny! :*), a czesc pojawia sie i znika. Taki los zwyczajnych blogow, ale nie zamienilabym mojej pisaniny na nic innego.  Popularne blogi maja to do siebie, ze pojawia sie na nich stopniowo coraz wiecej recenzji produktow i juz po chwili taki, nieraz calkiem fajny, blog zmienia sie w jedna, wielka reklame... Smutne. Moj blog sponsorzy omijaja szerokim lukiem i zupelnie nie zaluje. Dzieki temu moge klepac o czym mi sie podoba i kiedy mi sie podoba i nie jestem jednym z pieciu blogow polecajacych TE SAME ksiazki, TE SAME gry, TE SAME produkty do pielegnacji, TE SAME dzieciece ubrania i TE SAME akcesoria. Sila rzeczy obracam sie glownie w kregu blogow o mlodszych dzieciakach i niesamowicie mnie irytuje, kiedy po raz trzeci tego samego dnia wpadam na post reklamujacy dokladnie ten sam produkt co inne blogerki. Ile mozna?! ;)
W kazdym razie, Sto Lat blogusiu! Oby nam sie dobrze wspolpracowalo kolejne wiele latek! :D


A poza tym, jak wspomnialam wyzej, nudnawo bylo ostatnio. :) Po straszliwych upalach, o ktorych pisalam ostatnio, nadeszlo zalamanie pogody. Jak w poprzedni poniedzialek po poludniu zaczelo padac, tak przestalo dopiero w nocy z wtorku na srode. Temperatura tez poszybowala w dol do ledwie 18 stopni. Z czelusci szaf musialam wygrzebac sweterek dla siebie i bluzy dla Potworkow. Na szczescie juz od srody slupek rteci zaczal opornie, ale jednak dzwigac sie w gore. ;) Dzieciaki znow wskoczyly do basenu, ktory jednak zdazyl sie porzadnie schlodzic i oboje wychodzili po 15 minutach szczekajac zebami. :D
Ostatnio malo kiedy bawia sie w basenie razem. Nik placze, ze Bi robi za duze fale i on boi sie, ze basen peknie... Bez komentarza... ;) Wychodzi, czeka az siostrze znudzi sie zabawa i dopiero potem sam zadowolony wchodzi do wody. Moj tata smieje sie, ze powinnismy miec dwa osobne baseny. Niedoczekanie... :)

Najpierw Bi...

Ogolnie to jest mi wsio ryba. Chca sie pluskac osobno, niech sie pluskaja osobno. Tyle tylko, ze przez nich to JA jestem udupiona na krzeselku, pilnujac zeby sie niechcacy nie podtopili. Wydaje sie to smieszne w wodzie, ktora siega Nikowi ledwie do pupki, ale licho nie spi. Juz kilka razy ktores skakalo prawie na glowke i wstawalo z placzem, ze walnelo sie w nos o dno. :O A gdyby tak uderzyli sie w glowe i stracili przytomnosc? Wole nie myslec...

Potem Niko...

W zeszla srode bylam u dosc dawno nie widzianej kolezaki, ktora posiada przy domu basen i zaprosila dzieciaki na plywansko z jej blizniakami. Zdjec nie mam, bo telefon zostal na tarasie kiedy my obie zasiadlysmy na laweczce i gadajac obserwowalysmy czy dzieciaki sie nie topia. ;) Na szczescie dla nas (bo laweczka nieprzyjemnie wrzynala sie w cztery litery ;P) u nich tez woda mocno sie schlodzila i smarkateria dosc szybko porzucila basen na rzecz hustawek, nawet pomimo "interesujacej" zabawy wymyslonej przez meza mojej kumpeli. Mianowicie T. odkrecil zjezdzalnie, ktora byla w zestawie z hustawkami i sznurkiem przymocowal ja do zwyklej, rozkladanej drabinki. Konstrukcje postawil nad brzegiem basenu i oto dzieci mialy domowej roboty zjezdzalnie do wody! Polak potrafi. :D Dzieciaki oczywiscie zabawe mialy przednia, czego nie mozna powiedziec o autorze owego wynalazku. Poniewaz konstrukcja byla mocno chybotliwa, zmuszony byl stac i ja przytrzymywac tak dlugo, az dzieciakom znudzilo sie zjezdzanie. ;)

W sobote rano zabralam Potworki do kina na Krola Lwa. Wiedzialam, ze spodoba sie on Bi, ktora oglada namietnie nawet zwykle filmy przyrodnicze, gdzie zwierzaki sie pozeraja nawzajem. :/ Kiedy czasem kaze jej przelaczyc, bo Nik z kolei zaczyna przy takich scenach plakac i zatykac uszy, corka rzuca mi obrazona: "Mama, this is nature!". Ciekawe, ze jak na naszych oczach pies sasiadow skonsumowal piskle rudzika, ktore wypadlo z gniazda, to juz nie interesowalo ja, ze to "natura" i szlochala pol wieczora. :D

Zaleta seansu o 9:30 rano byla niemal pusta sala kinowa :D

Wracajac do Krola Lwa. Wiedzialam, ze Bi bedzie sie podobal, natomiast martwilam sie o reakcje Nika. Ogladal on co prawda animowana wersje w samolocie wracajac z wakacji, ale jednak film z "prawdziwymi" zwierzetami to troche co innego. Na szczescie oboje wyszli zachwyceni, wykrzykujac, ze taki swietny byl ten film i ze chca zobaczyc go jeszcze raz! O rany... Mi tez film sie podobal, nawet bardzo. Zapomnialam juz jaka to piekna opowiesc. No ale, co za duzo, to niezdrowo. Teraz dopytuja kiedy wyjdzie na DVD. ;)

Bi nie mogla sobie odpuscic foty z bohaterami ;)

Tak w ogole to ze wzruszeniem uswiadomilam sobie, ze sama bylam w kinie na animowanej wersji, te wiele lat temu. Ile moglam miec lat? Moze 13? Wiem, ze bylam juz w gornej granicy wiekowej kiedy jeszcze oglada sie bajki. A teraz, te wiele lat pozniej, zabralam na (prawie) ten sam film moje wlasne Potworki. :)

Po kinie popedzilismy na zlamanie karku do biblioteki (zeby zdazyc przed zamknieciem), bowiem Potworki dotarly do 30 dnia swojego wyzwania czytelniczego. :) Tym razem mogli wybrac sobie po ksiazce, wiec oczywiscie spedzilismy chyba 15 minut przy regale, bo mlodziez nie mogla sie zdecydowac. ;)

W koncu i tak wybrali "pewniaki", czyli ksiazki z serii, ktore znaja i lubia :)

Tak w ogole to jestem bardzo dumna, ze dzieciaki dotarly az tu. Jakos tak sie utarlo, ze przy wieczornym czytaniu, oni zaczynaja rozdzial, a potem kontynuuje juz ja. Zasada jest, ze maja przeczytac przynajmniej pol strony. Wiem, ze to nieduzo, ale pol stronicy codziennie to zawsze cos. Przyznaje sie bez bicia, ze bywaja wieczory, kiedy klade Potworki pozniej niz zwykle, albo mam cos pilnego do zrobienia i albo zaczynam czytac im na szybko sama, albo wrecz mowie, ze dzis nie czytamy, bo jest za pozno. W kazdym razie, dzieciaki same przypominaja mi, ze "Mama, JA musze poczytac!", a Bi ostatnio przechodzi sama siebie i zamiast wymaganej pol strony, czyta 2-3. Nieraz w myslach zgrzytam zebami, bo Starsza czyta powoooliii, a ja wiem, ze czas ucieka mi przez palce, ale ze nadal robi to slabo jak na 8-latke i przyda jej sie praktyka, gryze sie w jezyk, wciskam na twarz usmiech i chwale oraz zachecam jak moge. ;) No i jestem dumna, ze ona chce czytac dluzej sama z siebie, bez przymuszania. :)

Warzywnik rozkrecil sie z ogorkami oraz cukinia. Codziennie przynosze po garstce pierwszych oraz kilka sztuk drugiej.

Spokojnie, dwie sztuki zerwane byly kilka dni wczesniej. Az tak cukinie nie szaleja ;)

W czwartek rano zerwalam pierwsze dojrzewajace pomidory. Za to sezon na groszek wyraznie dobiega konca. Coraz mniej jest straczkow, a te, ktore pozostaly, czesto usychaja zanim zdaza sie dobrze rozwinac. Moze to byc oczywiscie tez wina ogorkow, ktorym skonczyly sie tyczki, wiec zaczely piac sie po sasiadach, czyli wlasnie grochu. ;)

Potworki tak dlugo prosily, marudzily i jeczaly, ze zgodzilam sie w koncu zafarbowac im wlosy. Akurat wakacje, wiec dobra pora na takie wariactwa. ;)
Spokojnie, kupilam tylko cos na ksztalt kredek swiecowych, zeby pomalowac kilka pasemek. Zmywa sie jak marzenie. :)

Kolory nudne, ale takie sobie Bi wybrala ;)

Okazuje sie jednak, ze ladnie maluje po prostych, gladkich wloach. Warkocz bylo juz duzo trudniej zamalowac, a po rozpuszczonych wlosach kredki w ogole nie chca malowac. No i cale szczescie, ze z Potworkow takie blondasy. Na ciemnych wlosach tych kolorow w ogole nie byloby widac. ;)

Od niedzieli powrocila na kilka dni fala potwornych upalow. To znaczy, "potworne" sa dla wiekszosci narodu. Ja akurat lubie ciepelko, no i mam klime i w domu i w pracy, wiec nie narzekam. Wole takie lato, niz chlodne i deszczowe. ;)
W kazdym razie, Potworki w weekend plawily sie w basenie do oporu. Nie ma jak troche wody. Ja niestety dostalam okres, a szkoda, bo sama mialam ochote sie pomoczyc. No trudno. ;)

Wody dla ochlody!

W poniedzialek odwiedzilam kumpele, ktora wyciagnela dzieciakom cos na ksztalt brodzika psikajacego woda.


Woda prosto z weza byla oczywiscie lodowata, wiec pomimo upalu, Bi dosc szybko sie poddala, a Nik przebiegl przez wode raz i stwierdzil, ze mu starczy. Ciekawe, ze 3-letniej coreczce kolezanki, zimno zupelnie nie przeszkadzalo... :D

Ta mina mowi sama za siebie! :D

Reszta tygodnia uplywa na panice, bowiem, jak napisalam wyzej, ogorki i cukinie obrodzily i musze je na "cos" przerobic i to jak najszybciej, bowiem w weekend wyjezdzamy na 4 dni.
Tak! W koncu nadeszla pora na kolejny kemping! Doczekalam sie! Oby pogoda dopisala, bo prognozy zmieniaja sie jak w kalejdoskopie i co chwila strasza deszczem. ;)
Poki co zrobilam leczo, ale 4 cukinie oddaje tacie. Bedzie mial warzywa ze swojkiego ogrodka, a przy okazji jakis pomysl na obiady, bo zawsze narzeka, ze w kolko je to samo. ;) A dzis, poza pakowaniem, musze jeszcze zaprawic ogorki na malosolne. Wyjda pewnie ze cztery sloiki, wiec czesc sie na bank ukisi. :D

A! Skoro znow nie splodzilam tasiemca, wrzucam dwa teksiory Kokusia:

Wkladam bidon syna do plastikowej wkladki przy foteliku samochodowym. Wzdycham ciezko, bo wkladka jakas plytka i boje sie, ze butla wyleci i rozleje wode po calym samochodzie... Nik rozglada sie i dostrzega wglebienia na butelki/ kubki miedzy siedzeniami z tylu.
"Mama, z tej strony sa... sa... glebokiej!"

glebokiej = glebsze :D

*

Tym razem dialog Potworkow w jezyku angielskim. Jedziemy autem. Dzieciaki z nudow czytaja nazwy mijanych ulic. Nagle Bi wykrzykuje:
"One street's name is Cookie Street!"
Nik: "Yum! I would eat this street then!"

Zainteresowana krzykami oraz podnieceniem dzieciarni, zerkam na tabliczke z nazwa ulicy, a tam: Cooke St.
Coz, blisko, ale nie do konca to samo... :D

*

Zostaly nam juz tylko 3 tygodnie wakacji. :O Nie zebym odliczala, absolutnie... Najlepsze jest, ze listy przyborow dostalam juz pod koniec czerwca, cieszylam sie, ze w tym roku przyszly tak wczesnie, ze bede mogla wszystko pokupowac wczesniej... i mamy sierpien, a ja kupilam wielkie, okragle NIC. Brawo ja. ;)

sobota, 27 lipca 2019

W minionym tygodniu, dla odmiany, dzialo sie sporo

Rownowaga w przyrodzie musi zostac zachowana. Jak w poprzednim tygodniu nie dzialo sie niemal nic, tak kolejny nadrabial zaleglosci. ;)

We wtorek poznym popoludniem, wpadla do mnie kumpela. My sobie pogadalysmy, a jej starsza corka pobawila sie z moimi Potworkami. Przy okazji mialam okazje potrzymac sobie jej mlodsza pocieche - 9-miesieczne malenstwo. Ta mala to marzenie kazdego rodzica. Spokojna, usmiechnieta, denerwowac zaczela sie dopiero kiedy przyszla pora na mleko. ;) No i ciagle usilowala sciagnac ciotce okulary. Raz sie udalo. Okulary przezyly. :D
Starszaki za to wskoczyly radosnie do basenu, bo upaly w zeszlym tygodniu byly niemilosierne...


Nasz gosc jednak dosc szybko wymiekl, a za nia poszla solidarnie Bi. Nik zostal w wodzie sam, bo stwierdzil, ze nie ma sie z kim bawic. Dziewczyny to wyraznie nie jest dla niego towarzystwo. ;)

W srode za to znienacka... wymieniono nam tarasowe drzwi oraz kuchenne okno! Nooo... nie bylo to moze tak do konca niespodziewane, bo zaliczke zaplacilismy juz w czerwcu... Potem jednak facet, ktory mial nam to zrobic, polecial do Polski i sluch po nim zaginal. Wiedzielismy, ze leci na 3 tygodnie, ale kiedy one minely, a po gosciu nadal ani widu ani slychu, zaczelismy sie lekko niecierpliwic. Na szczescie ta sama ekipa w starym domu wymienila nam dach, wiedzielismy wiec, ze to nie zadni oszusci. ;) W koncu, we wtorek wieczorem, facet znienacka zadzwonil do M. i poprosil, zeby mu zostawic klucz w jakims miejscu, bo chce nastepnego dnia przyjechac i wymienic. :O Nie bardzo mi sie usmiechalo zostawiac klucz pod donica i w dodtatku badz co badz obcej osobie, ale coz bylo robic... Spodziewalismy sie, ze przyjedzie po poludniu, zeby jeszcze zahaczyc o powrot M. z pracy i dostac reszte kasy. A gdzie tam! Kiedy moj malzonek zjechal do domu i drzwi i okno byly juz wymienione, stare zabrane i tylko smietniki zostaly zapelnione kartonami oraz izolacja.

Stare

Nowe

I z zewnatrz:

Stare

Nowe

Przyznaje, ze jestem zachwycona ta zmiana! Niby zwyczajna rzecz, zadna sensacja, ale ile radosci! :) Okno jak okno, malo zauwazam roznice, oprocz tego, ze wszystko tak ladnie przez nie widac. W starym bowiem, w jednej polowie puscila uszczelka miedzy dwiema szybkami, okno zaszlo mgla i tak juz zostalo. Daloby sie to naprawic oczywiscie, ale przy okazji okno bylo stare i potwornie nieszczelne. Zima na parapecie trzymalismy recznik, bo wiatr hulal przez nie az (nie)milo! Do tego mialo ciemno brazowe ramy (jak wszystkie okna w tym domu), a ze wymienialismy tarasowe drzwi, to zmienilismy je tak przy okazji, zeby pasowalo. ;)

Z drzwiami byl podobny problem co z oknem. Zima nie mozna sie bylo do nich zblizyc, tak przepuszczaly ziab. Poza tym, te kolka, czy po czym one sie tam przesuwaja, sie wyrobily i przeskakiwaly, walac i wprawiajac cale szyny w wibracje. Tylko czekalam az zacznal nam pekac kafle przy drzwiach. :/ Dodatkowo siatka przesuwala sie nierowno i co chwila utykala. Nieraz wpadla mi jakas mucha czy komar, bo szarpalam sie z siatka, a tymczasem "zwierzyniec" korzystal z otwartych wrot. ;)
Nowymi drzwiami jestem po prostu zachwycona! Nie dosc, ze otwieraja sie gladko i cichutko, to jeszcze ta kratka dodaje im stylu! Moim skromnym zdaniem, oczywiscie. ;) Przy starych drzwiach zastanawialam sie czy dodac jakas zaslone, zaluzje, cokolwiek zeby je "upiekszyc". Nowe sa piekne same w sobie. :D

W srode pojechalam rowniez do biblioteki, odebrac z dzieciakami nagrody za czytanie. Juz wczesniej dostali duperelki za 10 dni czytania (naklejki, plastikowe bransoletki i tym podobne), tym razem przyszedl czas na dzien 20. Dostali po plecaku na wypozyczane ksiazki oraz mogli wybrac sobie po jednej ksiazce, w ktorej na pamiatke pani umiescila naklejke z ich imionami i nazwiskami, upamietniajac, ze brali udzial w wyzwaniu na letnie czytanie w roku 2019. :)

Plecak przypomina bardziej worek na obuwie, ale co tam ;)

I pamiatkowa naklejka

W czwartek i piatek robilam po pracy zakupy w Polakowie oraz hamerykackim supermarkecie. Jesli robie je w obu sklepach tego samego dnia, to schodzi mi ponad 2 godziny, lubie wiec sobie rozlozyc to niewdzieczne zadanie na dwa dni. Wlasciwie to jeszcze bardziej lubie do Polakowa wyslac M. po pracy w sobote, tym razem jednak i polski chleb i szynki skonczyly sie niespodziewanie juz w srode i chcac nie chcac musialam ruszyc na zakupy w tygodniu. ;)

A potem nadeszla sobota i fala najgoretszych upalow w tym roku. Temperatura przekraczala 40 stopni, a wilgotnosc osiagnela 70%. Bez klimatyzacji mozna bylo po prostu zdechnac. ;)
M. juz tradycyjnie w sobote pracowal, wiec zostalam sama na placu boju. Mimo protestow malzonka, ktory przestrzegal mnie, "ze jeszcze cos sie stanie, ze jeszcze nie dopilnuje ktoregos z dzieci, ze po co, ze przeciez maja basen przy domu, ze, ze i jeszcze raz ze..." (Iwosiu, masz racje, z mojego meza robi sie niemozliwa maruda!) postanowilam zabrac Potworki rano nad ocean. To tylko godzinka od nas. Oczywiscie autostrada i przy predkosci 120 kmh. ;)

Wariaciuncia :)

Plaza najblizej nas to wlasciwie zatoka, wiec ocean okazal sie w miare cieply, ale za to plaski niemal niczym tafla lustra.

Z braku innych mozliwosci, na poczatku wozili na deskach... Barbie, ktore Bi przywiozla ze soba ;)

Potwory rozczarowane bo marzyly im sie fale (Bi nawet w ktoryms momencie zaczela jeczec, ze chce do domu :O), ale na szczescie byl akurat odplyw i kawalek od brzegu utworzyla sie plycizna. Chcac nie chcac, nerwowo zerkajac na dobytek pozostawiony na brzegu, spedzilam polowe czasu z Potworami na tym kawalku plytszej wody, gdzie mozna bylo dostrzec rybki, raki pustelniki, a jak sie mialo szczescie, to nawet kraby.

Tutaj jeszcze jestesmy spory kawalek od plycizny. Jak widac trzeba odejsc dosc daleko od plazy

Znalezlismy taaakieeego kraba! To raczka Kokusia, dla lepszego oddania skali :D

W koncu jednak poziom wody zaczal sie podnosic i trzeba bylo sie ewakuowac na brzeg, zeby nie byc zmuszonym potem do plyniecia. ;) Nawet podczas odplywu bowiem, glebsza woda, ktora trzeba bylo przejsc zeby dotrzec do plycizny, siegala mi dupki. Podczas przyplywu spokojnie miala szanse zakryc mi glowe. :)

Podczas przyplywu zaczelo sie robic tez cos na ksztalt fal ;)

W miedzyczasie dostalam sms'a od sasiadki, z ktora nie znam sie az tak dobrze, ale ze jest szczesliwa posiadaczka basenu kolo domu, to zaprosila do siebie polowe sasiedztwa na wspolna ochlode w wodzie. :) Rzecz jasna M. nie poszedl, bo po co. Ja troche bylam zmeczona poranna plaza, ale stwierdzilam, ze taka okazja moze sie dlugo nie powtorzyc, a Potwory byly oczywiscie cale chetne, wiec pomaszerowalismy. Na szczescie to na tyle blisko, ze dzieciaki poszly juz ubrane w stroje. Bylo tez tak goraco, ze reczniki okazaly sie zupelnie nieprzydatne. Potworki nawet nie chcialy slyszec o wytarciu sie, wolaly zeby stroje schly bezposrednio na nich. ;)
Basen okazal sie rewelacja.

Bi z przyjaciolka - sasiadka

Dzieciaki jeden za drugim skakaly do wody, przescigajac sie w najdurniejszych pozach. Tu prym wiodl nikt inny jak Nik, ktory skakal robiac w powietrzu obrot i wpadajac do wody plecami. :D

Tu Nik wlasnie wpada do wody ;)

Potem jeden z obecnych tatusiow wymyslil zabawe, gdzie dzieciaki skakaly do wody, a on im w tym samym czasie rzucal pilke. Ich zadaniem bylo zlapanie jej w locie. Troche biedakowi wspolczulam, bo zaczal te gre z jednym synem, po chwili dolaczyl drugi, a za moment mial juz ogonek 8-miorga malolatow, ktorzy ustawili sie do skokow. Bita godzine stal w basenie i rzucal pilke raz za razem! :D

A po powrocie do domu, Potworki wskoczyly jeszcze do naszego basenu. W koncu malo mieli wody jak na jeden dzien... ;)


W niedziele po poludniu, wpadla za to inna sasiadka ze swoimi dwiema dziewczynkami, w tym ukochana przyjaciolka Bi. Rozlozylam dzieciakom zjezdzalnie i cala czworka biegala od zjezdzalni, ktora, podlaczona do weza, tryskala lodowata woda, do basenu, ktory po 3 dniach ekstremalnych temperatur nagrzal sie niczym zupa. ;)

Nie patrzcie na panoszace sie na trawie chwasty. Od tamtego dnia M. zdazyl juz skosic, przysiegam! :D

Wieczorne sasiedzkie chlapansko ;)

Tymczasem wakacje mijaja w takim tempie, ze nie nadazam. U nas juz za 4 tygodnie poczatek roku szkolnego. I dobra, niby cztery tygodnie to kupa czasu, ale ja nadal nie wiem kiedy zlecialo poprzednie szesc! :D
Wiem za to juz teraz, ze bede tesknic za tym czasem. Niby codziennie chodze do pracy, niby dzieciaki praktycznie kazdego dnia sa na polkoloniach, ale czas jakos tak inaczej plynie. Nadal pedzi, ale spokojniej, bez ciaglej nerwowki i biegu z jednego miejsca w drugie. Stwierdzam tez, ze wstawanie o 7:30 dobrze mi sluzy. Chodze spac duzo pozniej niz w roku szkolnym (ostatnio czesto grubo po polnocy), a wstaje w miare wyspana. "W miare", bo taki spioch jak ja musialby spac po 12 godzin zeby poczuc dosyt. ;) Kiedy wstawalam o 6:45, to nawet jesli teoretycznie spalam dluzej i tak czulam sie niedospana i zla. No i rano mam teraz jakos wiecej czasu. Na przygotowanie siebie i dzieci mam poltorej godziny. W roku szkolnym mialam godzine i 20 minut i ledwie wyrabialam na zakretach. Teraz mam tylko 10 minut wiecej, a jest czas na rozladowanie zmywarki, wysiorbanie paru lyczkow kawy i posmarowanie dzieciakow kremem z filtrem. Niepojete. Ten wakacyjny czas jest rozciagliwy niczym lycra. ;)