poniedziałek, 18 września 2017

Z serii: w tym domu sie gada!

Heh... Kliknelam niechcacy "opublikuj" zamiast "zapisz" i w ten sposob na blogu pojawil sie post - duch. Ale w koncu go dokonczylam i publikuje naprawde. :)

Bylo na smutno, to teraz przydaloby sie cos weselszego. W koncu moje zycie absolutnie nie jest smutne ani puste. Mam w domu dwie pary malych stopek, od rana przebiegajacych chalupe wzdluz, wszerz i po przekatnej. Smuce sie z powodu tego dziecka, ktorego nigdy nie bedzie, ale Bi oraz Nik skutecznie wywoluja usmiech. Apopleksje, frustracje oraz siwe wlosy tez, ale to temat na inne posty. ;)

*

Chyba powinnam zaczac nowy cykl, pt. "Gadki dzieci dwujezycznych".
Serio, czasem musze wygladac strasznie glupio, kiedy stoje z rozdziawiona buzia, mrugajac oczami, bo moja mozgownica nie daje rady tak szybko przeskoczyc z jednego jezyka na drugi. ;)

W naszym domu mozna mianowicie uslyszec, ze:

"Zawsze mam kredki inside my backpack" - Nik

albo:

"Cookies make you bekac!" - Bi

Tak, madrosci zyciowe szesciolatki tez sie znajda... ;)


A jak dziecko dwujezyczne jeszcze przekreci wyraz, to rodzicu szykuj sie na lamiglowke. Chwilke mi zajelo, zeby rozszyfrowac, ze:

indorable = adorable - ten "kwiatek" jest autorstwa Kokusia :)
[A "without" to nadal "about" i nie moge go oduczyc :D]

Zeby nie bylo, Bi tez namietnie przekreca wyrazy, tyle ze czesciej polskie. I tak, w slowniku Starszej, wzielam to "wezmelam".

Wiadomo przeciez, ze skoro czas przyszly brzmi "wezme", to przeszly powinien brzmiec "wezmelam", prawda? Logika to nie jest mocna strona jezyka polskiego. ;)


***

To teraz juz glownie humor slowno - sytuacyjny i (z malym wyjatkiem) wylacznie po polskiemu. :)

Nie pamietam juz nawet o co chodzilo, ale zapamietalam, ze Nik wypalil do M. wyniosle:
"No jak chcesz tato, ale mi to nie wyglada za dobrze..."


***

Bi przyglada sie psiej toalecie i nie omieszka skomentowac:

Bi: "Ona lize dupe swoim jezykiem!"
M. (natychmiast corke karci): "Bi, nie uzywaj takiego slownictwa!"
Bi (broni sie): "Jezyk to nie jest brzydkie slowo! [Taa... bo tacie napewno o jezyk chodzilo...] Tylko pupa!" [I jakos natychmiast "d" zmienilo sie na "p"...]
(pochyla sie do brata i chichoczac dodaje szeptem): "i sisia..."


***

Wzdycham: "Nik, zobacz jak nakruszyles!"
Nik (zupelnie niezrazony): "Bo ja jestem kruszacz!"


***

Kokus dostaje bure, ze znow nasikal w lozko. Nie tylko, ze nie okazuje skruchy, ale jeszcze ma pretensje do rodzicow:
"To wlozcie mi pieluche!"

Niemal pieciolatkowi! Niedoczekanie! :O


***

Nik: "Mamy taki maly problemik. We messed the play doh everywhere. Now we have to clean it up."
Matka: "Nom, przydaloby sie."
Nik (wzdycha ciezko): "Ale to jest takie meczace dla dzieci..."


***

Nik usiluje wlezc pod moja koldre. Bezskutecznie probuje przesunac moja noge, po czym wali matce "komplementem":
"Idz ty wielka grubasko"


***

Bi (patrzac na mnie z namyslem): "Fajnie jest byc mama?"

Odpowiedzialam, ze fajnie, oczywiscie. Nie wiem tylko czy to bylo zwykle pytanie, czy przytyk, ze moja postawa i zachowanie zolzy poddaja to w watpliwosc... :D


*

I to by bylo na tyle na poprawe humoru. Dluzszy, konkretniejszy post "sie pisze", ale dokonczenie go zajmie mi pewnie jeszcze dzien - dwa. :)

poniedziałek, 11 września 2017

Pamietam...

Nie zawsze...

Czasem w codziennym zabieganiu zapominam, nawet na kilka dni...

Predzej czy pozniej jednak, przypominam sobie... Odliczam...

Moje dziecko konczyloby roczek... Pewnie, tak jak jego rodzenstwo w tym wieku, chodziloby juz stabilnie, podejmujac pierwsze proby biegania... Pewnie nie mowiloby nic, poza jednym slowem na kazda okazje... Szczerzylo sie radosnie pokazujac pierwsze zabki... Pewnie mialoby blond kedziory i niebieskie oczy...

Pamietam... I nie wiem czy ten zal kiedys zmieni sie w akceptacje...

:(

PS. Moja szwagierka oglosila tydzien temu, ze spodziewa sie czwartego (!) dziecka. Usmiech, gratulacje, ale kiedy zgasl Skype, polaly sie lzy...

środa, 6 września 2017

Ostatni kemping w tym roku - czy moge sobie poplakac? :)

Teraz to juz naprawde czuje, ze rok szkolny sie zaczal i jesien przychodzi na dobre (raczej zle - deszcze, plucha, ziab - a fuj!). Wcale nie dlatego, ze w Polsce dzieciarnia wrocila do szkol oraz przedszkoli, tylko dlatego, ze ostatni letni dlugi weekend (a wraz z nim ostatni kemping) poszedl w zapomnienie. :( Poprzedni tydzien, mimo ze Potworki zaczely juz oficjalne zajecia w placowce edukacyjnej, wydawal sie takim dziwnym przerywnikiem pomiedzy wakacjami, a swiatecznym weekendem. Zreszta, podobno w czasach kiedy nasze pokolenie uczeszczalo do szkol, rok szkolny zaczynal sie w moich okolicach po Labor Day (tutejsze "swieto pracy")! Od jakiegos czasu jednak, poczatek szkoly przyspieszono, ale ze kazde miasteczko rzadzi sie swoimi prawami, wychodzi to zarzadom mniej lub bardziej bez sensu. ;)
No bo tak. Potworki zaczely w poniedzialek, 28-ego sierpnia. Chodzily do szkoly caly tydzien, wiec na upartego bylo to dosc logiczne. Z tego co jednak slysze, spora wiekszosc okolicznych miasteczek zaczynala w srode 30-ego, a corka kolezanki z mojej nowej pracy - nawet w czwartek, 31-ego! :O Czyli te biedne dzieci zmuszone byly zakonczyc wakacje po to, zeby isc do szkoly na dwa dni, po czym mialy 3-dniowy weekend! Gdzie tu sens, gdzie logika? Tym bardziej, ze hamerykancki system opieki nad dziecmi tez jest porypany i wiekszosc polkolonii oferowanych przez szkoly, zakonczyla sie w polowie sierpnia. Sporo rodzicow ratuje sie "obozami" oferowanymi na czas wakacji przez tutejsze zlobko-przedszkola (day cares). Nawet te jednak, konczyly opieke nad "szkolniakami" w tygodniu, kiedy wszystkie miasteczka w Stanie otwieraly placowki edukacyjne. To z kolei oznacza, ze czesc rodzicow zostala na 2-3 dni bez opieki nad dziecmi i zmuszona byla wziac wolne z wlasnych dni urlopowych...

Ale, zostawmy juz zalamujace szczegoly hamerykanckiego systemu szkolnego... ;) W tym roku, z racji tego, ze Potworki zostaly latem w domu z tata, zwisalo mi w sumie i powiewalo, kiedy zaczyna sie szkola. ;) Oprocz tego, ze 28 sierpien wydawal mi sie strasznie wczesnie i psychicznie zupelnie nie bylam na niego gotowa. ;)

Po pierwszym, oficjalnym tygodniu roku szkolnego moge stwierdzic, ze Bi, po rozklejeniu na poczatku roku, ladnie sie przystosowala do nowej Pani oraz klasy. Okazalo sie tez, ze jest z nia w klasie jeszcze jedna dziewczynka z zerowki. Co prawda Bi nigdy sie z nia specjalnie nie przyjaznila, ale zawsze to znajoma twarz i kolezanka wyraznie zyskala u Bi dodatkowe punkty. ;)

Kryzysik dopadl za to Kokusia... Ten dzielny skrzat, ktory pierwszego dnia pomaszerowal za pania z usmiechem, nagle, dnia czwartego, rozplakal sie rano domagajac sie, zeby tata odprowadzil go pod sama klase (co tutaj jest dopuszczalne na poczatku roku szkolnego, na szczescie). To samo bylo dnia piatego. Potem nastapil dlugi weekend i przyznaje, ze mialam obawy co bedzie po powrocie w szkolne mury. Na szczescie, we wtorek Nik pomaszerowal bez lez. Najpierw za raczke z siostra, a kiedy ona musiala skrecic w boczny korytarz do wlasnej klasy, Kokus poszedl juz sam. Mam nadzieje, ze tym razem odwaga juz mu zostanie na dobre. ;)

A tak przy okazji. Natchnelo mnie po przeczytaniu posta Iwosi, w ktorym zdradzila klase swojego synka. ;) Tak juz wsiaklam w tutejszy system (chociaz nadal czasem mnie zadziwia), ze zupelnie zapomnialam o polskich przydzialach klasowych - 1a, 2b, 3c, itd. ;) Ja np. cala podstawowke przechodzilam do klasy 1h - 8h. Wyz demograficzny sprawil, ze moj rocznik w naszej szkole (ogromnej swoja droga) porozdzielany zostal do klas od a do i! To jest 9 klas i w kazdej bylo okolo 30 dzieci! :O
Ale Polska to Polska, a Hameryka rzadzi sie innymi prawami. Tutaj klasy sa rozpoznawane po nazwisku nauczycielki. Zeby daleko nie szukac, Kokus jest w "Mrs. G.'s class", a Bi w "Mrs. Z.'s class". I tak, kontaktujac sie ze szkola, musze sie przedstawic, ze np. "dzwonie w sprawie Nika L., ktory jest w zerowkowej klasie pani G.". :) W szkole Potworkow ucza sie dzieci od zerowki po IV klase, a jest w niej okolo 500 uczniow, co daje srednio 25 nauczycielek (pana nie uswiadczylam). Na dodatek, Panie robia specjalizacje z danego poziomu i najczesciej maja ich kilka, np. nauczycielka Kokusia ma uprawnienia zeby uczyc zerowke, I, III oraz V klase. Nie jestem pewna czy nauczycielki maja jakis wplyw na to, ktora klase dostana, czy szkola dopasowuje ich specjalizacje do wlasnych potrzeb (podejrzewam, ze raczej to drugie), ale wspolczuje calej kadrze corocznego zapamietywania kto uczy ktory rocznik. :) Chociaz... moze te zmiany nie sa az tak czeste? W tym roku np. zerowki uczone sa przez te same panie co rok temu... Reszty kadry narazie nie rozpoznaje. :)

No i prosze. Mialo byc o kempingu, a wyszlo o szkole. Juz sie poprawiam. :)

Nie do wiary, ze udalo nam sie zaliczyc wszystkie 7 wypadow! Kiedy robilam rezerwacje, liczylam sie z tym, ze niektore moga nie dojsc do skutku. Ze albo ktos sie pochoruje, albo pogoda kompletnie sie rypnie, albo zdarzy sie cos innego, zupelnie nieprzewidzianego... Rzeczywiscie, musielismy zrezygnowac z kilku kempingow, ale po prostu zmienilismy miejsce, natomiast termin zostal ten sam. Pare razy wypady staly pod znakiem zapytania, np. kiedy okazalo sie, ze brakuje nam kogos do opieki nad psem, albo wtedy, kiedy sprzedalismy stara przyczepe i tylko kompletnym fartem udalo nam sie kupic nowa w ciagu kilku dni... Kosztowaly nas te sytuacje troche stresu, ale sie udalo! :)
Ostatni kemping byl chyba najmniej pewny ze wszystkich, z powodu przeziebienia Potworkow oraz nie do konca korzystnych prognoz pogody... Koniec koncow wiezlismy na wypad nadal lekko zasmarkane dzieci, a czy im to zaszkodzilo okaze sie za kilka dni. ;)

Jesli o pogode chodzi, to niestety tym razem tez postanowila splatac nam figla. Uwierzycie, ze na siedem wypadow, tylko jeden, jedyny raz jechalismy wiedzac, ze bedzie po prostu goraco i slonecznie? Tylko raz! I to nawet nie oficjalnie "latem", bo w pierwszej polowie czerwca, przed kalendarzowym koncem wiosny! We wszystkich pozostalych przypadkach, zawsze lapaly nas jakies opady, a pakowanie odziezy przyprawialo mnie o zgrzytanie zebow, bo na kazdy wypad potrzebowalam i klapkow i sandalow i adidasow i kaloszy. Oprocz tego, t-shirty i spodenki, dlugie spodnie i bluzy z dlugim rekawem, plaszcze przeciwdeszczowe, kurtki z kapturem, a oprocz tego reczniki plazowe, stroje i kapoki do plywania. ;) M. obserwujac moje pakowanie, pytal nieraz sarkastycznie czy jedziemy na 3 dni czy 3 tygodnie, a ja wychodzilam z zalozenia, ze przezorny zawsze ubezpieczony. ;) Niestety, takie mielismy w tym roku lato - kaprysne. :/

Musze jednak przyznac, ze i tak mielismy sporo szczescia, bo zazwyczaj deszcz padal albo w dzien wyjazdu, albo w ostatni dzien kempingu. W razie pierwszej opcji po prostu wolniej sie szykowalismy, zeby dojechac na miejsce poznym popoludniem, po deszczu (udalo sie tylko raz :D), a w razie drugiej, po prostu zbieralismy sie do wyjazdu wczesniej, tracac co prawda cenny czas wypoczynku, ale nie taplajac sie w blocie.

Szczescie jednak nie moglo nam dopisywac do konca i ostatni kemping okazal sie tym, ktorego sie najbardziej obawialam. Mianowicie, deszcz padal dnia drugiego, czyli ni w gruche, ni w pietruche. Ani przyjechac pozniej, ani wyjechac wczesniej. Coz bylo robic, trzeba bylo przeczekac. Co rowniez okazalo sie dobrym cwiczeniem cierpliwosci, bowiem padac zaczelo juz w nocy, a przestalo o 18 dnia nastepnego. Caaaalyyy, dluuugi dzien z ulewami, mzawka, mgla i wilgocia... :/

Oczywiscie takie siedzenie w przyczepce, nawet sporej, szybko odbilo sie na zachowaniu Potworkow, co zaowocowalo oddelegowaniem ich za kare na lozka. To z kolei wywolalo efekt zupelnie niespodziewany, mianowicie Nik, ktory obrazony zaciagnal swoje kotary, przytulnie umoszczony, zwyczajnie zasnal. ;) I przespal ponad dwie godziny tego deszczowego poranka! Atmosfera zrobila sie natychmiast znacznie lzejsza, bo Bi pozostawiona sama sobie bawila sie zupelnie spokojnie. A kiedy Nik w koncu wstal, wyciagnelam ciezka artylerie, czyli "zabawiacze". Nie wspomnialam bowiem, ze oprocz ubran na kazda pogode oraz trzy rozne pory roku, na wszystkie kempingi bralam wielka torbe kolorowanek, wycinanek, blokow, klejow oraz ksiazeczek do poczytania. I przez cale lato zastanawialam sie, po cholere ja to w sumie taszcze, bo nawet przy brzydszej pogodzie, Potworki wolaly wlozyc kalosze, plaszcze przeciwdeszczowe i jezdzic na rowerze, deszcz czy nie deszcz. ;) Az do ostatniego kempingu, kiedy w koncu moglam sobie pogratulowac przewidywalnosci. ;) Gry i kolorowanki pozwolily nam przetrwac kilka godzin zimna, bo po poludniu, pomimo ciaglego deszczu, zaczelo sie wyraznie ocieplac. W koncu Potworki mogly zalozyc kalosze oraz plaszcze i wyruszyc na zdobywanie kaluz. Niestety, mimo moich prosb, zeby po wodzie chodzili, nie biegali, bo nie mam ze soba calej szafy, szybko zdolali przemoczyc po 3 pary spodni, dwie pary skarpet oraz mankiety bluz. Okazalo sie przy okazji, ze jeden z kaloszy Bi nadaje sie tylko do kosza, bo przecieka i to tak, ze cala stope miala mokrusienka, a do reszty zdolali nalac sobie wody gora, bowiem juz po 10 minutach "zapomnieli" o moich prosbach. ;)

Podsumowujac, niedziele mielismy "mokra" i pierwszy raz, rozpalilismy ognisko juz przed 18, zeby rozwiesic przy ogniu mokre ciuchy. Alez to wszystko pieknie parowalo! :) A jedna skarpetka o maly wlos nie skonczylaby jako opal. ;)

(Za to pod wieczor, na niebie pokazala sie piekna tecza, ktora udalo mi sie niestety uchwycic dopiero kiedy znikala)

Mam tez nadzieje, ze nie "doprawilismy" Bi. Kiedy bowiem okazalo sie, ze wszystkie kalosze sa mokre, zmienilam dzieciom buty na adidasy, ktore jednak nie sa wodooporne. U Nika szybko udalo sie zauwazyc, ze je przemoczyl i adidasy zostaly postawione przy ogniu. Bi natomiast wydawaly sie ok. Nasz Starszy Potworek, zasiadl poltora metra od ogniska, jeczac ze parzy ja w buzie, jednoczesnie nakladajac kurtke i kaptur na glowe i marudzac, ze tak strasznie jej zimno i chce juz isc spac. Na propozycje, zeby przysunela sie blizej ognia (ja siedzialam przy samych kamieniach okalajacych ognisko), zawodzila, ze nie, bo goraco jej w twarz. W koncu M. mial dosc jej jekow i zabral ja do przyczepki do spania. I co sie okazalo?! Panna miala mokrusienkie skarpety i stopy az pomarszczone od wilgoci! Nic dziwnego, ze bylo jej zimno! Pytam sie dziecka (wydawalo mi sie, ze 6-latek to juz troche rozumu posiada), dlaczego nie powiedziala, ze ma mokre nogi?! A ona na to, ze myslala, ze przy ogniu jej wyschna... Tiaaa... Pewnie by i wyschly, gdyby panna laskawie usiadla blizej... Poltora metra od ogniska to mozna tylko sie podraznic z ciepelkiem, a nie zagrzac. A juz napewno nic sie nie wysuszy. Tu mozecie sobie wyobrazic moj przewrot oczami... ;)

Z ciekawszych "akcji", to okazalo sie, ze akumulatorek w naszej przyczepie jest do wyrzucenia. Tak rozladowany, ze juz sie nawet nie laduje. Oczywiscie kiedy to zauwazylismy? Kiedy zapasowy agregator padl (skonczyla sie benzyna), a swiatla w przyczepie zaczely migotac. :D Niestety, poprzedni wlasciciel prawdopodobnie zostawil akumulator na zime na dworze i tak go "zalatwil", bo to niemozliwe, zeby padl sobie, ot tak, w rocznej przyczepie... Na 4 wyjazdy z ta przyczepa, na dwoch kempingach mielismy podlaczenie do pradu, a raz jechalismy tylko na 2 dni i to przy lepszej pogodzie. Nie korzystalismy za bardzo ani z agregatora, ani z akumulatora w przyczepce... Teraz nadszedl kemping, gdzie juz pierwszego wieczora trzeba bylo wlaczyc ogrzewanie, bo temperatura gwaltownie spadla, podobnie jak nastepnego ranka. Poza tym, pol dnia spedzilismy w przyczepie palac swiatlo, do tego doszlo puszczanie wody, spuszczanie toalety, itd. Na wieczor chcielismy wlaczyc ogrzewanie kolejny raz, zeby osuszyc troche przyczepe, bo po calym dniu deszczu wszystko bylo wilgotne. Wtedy wlasnie skonczyla sie benzyna w agregatorze, a akumulator odmowil posluszenstwa po 15 minutach.  Coz, czlowiek uczy sie na bledach... ;)

Ostatni dzien spedzilismy wiec niemal jak na "prawdziwym" kempingu, bez ogrzewania czy swiatla. Smialam sie, ze mamy teraz namiot na kolkach. ;) Zeby spuscic wode w kibelku, trzeba bylo podlaczyc przyczepke do samochodu, a ten wlaczyc, zeby "puscic" troche elektrycznosci. ;) Najgorzej, ze bez pradu zaczela rowniez padac lodowka. Ta, co prawda, powinna isc na gaz, ale najwyrazniej na samym gazie chlodzi tylko tyle o ile, natomiast zamrazarnik nie mrozi kompletnie. :/ Poniewaz jednak i tak wracalismy po poludniu do domu, stwierdzilismy, ze zjemy co sie da, a reszte wyrzucimy, trudno.

Ostatnia juz niedogodnoscia minionego kempingu, byla ilosc os! Przyfruwaly calymi stadami, a ja spanikowana, przestrzegalam tylko raz po raz Potworki, ze zanim ubiora kask rowerowy, zeby dokladnie go obejrzaly. Nie mozna bylo spokojnie usiasc, bo zaraz przylatywaly i bezczelnie na ciebie siadaly, krazyly kolo wejscia do przyczepy, samochodu... Pelno ich bylo!. Nie zachowywaly sie agresywnie, ale ciagle balam sie, ze ktores z nas na jakas usiadzie, albo przycisnie... Najpierw myslelismy, ze przyciaga je smietnik sasiadow, ktorzy ustawili go dosc blisko naszej przyczepy. Sasiedzi jednak wyjechali zaraz pierwszego wieczora, a osy pozostaly. Dopiero ostatniego dnia udalo nam sie zlokalizowac ich gniazdo - zaraz po drugiej stronie drozki dojazdowej do naszej miejscowki. :/ Nic dziwnego, ze tyle ich bylo i cud naprawde, ze zadne z nas nie zostalo uzadlone...

Oprocz jednak tych kilku "drobnych" niedogodnosci, fajnie spedzilismy czas. Szczegolnie dnia ostatniego, kiedy niebo w koncu zrobilo sie bezchmurne, a temperatura laskawie podniosla do 24 stopni.
Nasza miejscowka wypadla tym razem swietnie. Po pierwsze, bardzo malowniczo:

(W cieniu pod swierkami. Pieknie, ale auto tak pokryte bylo plamami z zywicy, ze M. szorowal je z ku*wa na ustach :D)

A po drugie, chociaz nie widac tego na zdjeciu, zaraz za nami byla wielka laka, po ktorej Potworki hasaly jak szalone zajace. ;)

Co wieczor ognisko, z pieczonymi kielbaskami (ktore mowiac szczerze, po calym sezonie juz nam sie przejadly)...

(Tu widac Bi - zmarzlucha)

...i mnostwo jazdy na rowerach. Na tym polu kempingowym bylismy juz miesiac temu, wowczas jednak M. nie mial jeszcze swojego roweru. A ze kemping ten jest ogromny (prawie 700 miejscowek!), wiec sama z Potworkami balam sie zapuszczac zbyt daleko. Teraz, kiedy i M. posiada swojego jednoslada, wyruszylismy na dluzsze wycieczki. Matko! Juz zapomnialam jakie tereny mozna pokonac na rowerze! Idac piechota szli bysmy i szli, a i tak pewnie nie zaliczylibysmy nawet 1/4 terenu, ktory udalo nam sie zobaczyc. ;)

Oczywiscie nawet tak przyjemna rzecz jak rodzinna przejazdzka, nie mogla sie obyc bez lekkiej frustracji. Pisalam juz, ze Nik jazde na rowerze uwielbia. Normalnie, gdyby dalo rade, dupka przyroslaby mu do siodelka. Tymczasem podczas naszych przejazdzek, to jemu pierwszemu wlaczalo sie marudzenie. Zaczynaly sie jeki, ze on juz jest zmeczony, ze nogi go bola, itd. I to zaledwie po 15 minutach, gdzie normalnie krazy na rowerze po kempingu przez caly dzien i jakos go to nie meczy... Ile sie dalo, Mlodszego zachecalismy, pocieszalismy, w koncu juz tylko ignorowalismy. Po jakims czasie jednak, marudzenie przechodzilo w wycie i z westchnieniem obieralismy kierunek powrotny... Wracamy na nasza miejscowke, zsiadamy z rowerow, a Nik oznajmia "To ja ide sie przejechac.". Myslalam, ze udusze malego dziada! :D Bylam wsciekla, bo naprawde fajnie sie jezdzilo, a poza tym przy okazji zaznaczalismy z M. na mapie miejscowki, na ktorych chcielibysmy zatrzymac sie za rok. Musielismy przerwac ze wzgledu na marudzenie malego gamonia, a kiedy wrocilismy on oznajmia, ze teraz bedzie jezdzil! A takiego! Kazalam mu siadac na krzeselku i odpoczywac skoro tak strasznie bolaly go nogi! ;)
Spokojnie, po kilku minutach wypuscilam go z "aresztu", jak juz mi zlosc przeszla... :D

W poniedzialek Potworkom udalo sie nawet pochlapac w jeziorze. Szkoda, ze w porownaniu z miesiac temu, woda jednak sie schlodzila (dziekujemy Matce Naturze za wczesniejsze podeslanie lodowatych nocy! :/) i mimo, ze wbilam sie w stroj i zamoczylam az do czterech liter, stwierdzilam, ze jednak z plywania nici... ;) Koniec koncow zreszta, plywala tylko najwytrzymalsza z naszej czworki - Bi, ktorej nie powstrzymuja arktyczne temperatury. Nawet Nik, chodzil, chlapal sie, ale caly sie w koncu nie zamoczyl...


I tak, moi drodzy, zakonczylismy sezon biwakowy. Co prawda M. wypatruje tesknie jakiegos ocieplenia w drugiej polowie wrzesnia, ale narazie nic takiego sie nie zapowiada... A nocne temperatury spadajace do 7-8 stopni nie zachecaja do nocowania poza domem.

A jutro mija 14 lat odkad wyruszylam z Ojczyzny aby zapuscic korzenie w zupelnie innej czesci Swiata. :)

Na zakonczenie, zdjecie - klasyk z podrozy na kemping:

Potworki spia jak zabite, za to w kadr "wlazla" mi Maya. ;)

środa, 30 sierpnia 2017

Rozpoczyna sie szkola, nadchodzi jesien...

Po czym poznac, ze idzie jesien? Noce robia sie lodowate, kwitnie hibiskus, zaczyna sie szkola, panstwo L. maja rocznice slubu, a do ich domu wprowadzaja sie hordy pajakow. ;)

Serio! Pajaki laza po scianach, uciekaja nam spod nog, tudziez spod kolder (zdarzylo sie M.), a przy kazdym odkurzaniu, wciagam przynajmniej kilka pajeczyn wraz z "wlascicielami". Rekordem jest kiedy wieczorem pozmywam recznie jakies naczynia, a rano znajduje zaczepione na nich pajecze niteczki. :/
Wychowalam sie na przesadach, ze zabicie pajaka sprowadza deszcz, a pajeczyna w domu przynosi szczescie. W takim razie moj dom powinien tym szczesciem wrecz tryskac, bo ilosc 8-nogich wizytorow, przechodzi najsmielsze wyobrazenia! ;) W kazdym razie, dotychczas pajakom darowalam zycie, staralam sie ignorowac albo wynosic na zewnatrz. W tym roku jednak, dzieciaki mialy kilka razy opuchniecia na ramionach, kostkach, a Kokus (jesli pamietacie) nawet na czole i wszystko wskazuje na to, ze byly to ukaszenia pajakow. Mialoby to sens, bo najwieksza koncentracja tych "biegajacych", bez pajeczyn, zdaje sie byc w pokoju dzieciakow, a ze M. znalazl jednego na przescieradle, szybko spierdzielajacego pod poduszke, mamy dowod, ze wlaza nam do lozek (bleee...) i tam zapewne pokasane zostaly Potworki. Wypowiedzialam wiec wojne, nie biore jencow i wszystko co ma osiem nog, traktuje bezlitosnie kapciem. ;)

Nie moge jednak oprzec sie przeczuciu, ze ta "inwazja" oznacza wszesniejsze nadejscie jesieni. Szczegolnie, ze i inne znaki na niebie i ziemi na to wskazuja... Na przyklad, wspomniany wyzej hibiskus. Odmiana, ktora posiadam, zazwyczaj zaczynala kwitnac pod koniec sierpnia lub na poczatku wrzesnia. W tym roku pierwsze kwiaty pojawily sie juz na poczatku sierpnia. Kiedy je zobaczylam az mnie cos w dolku scisnelo i pomyslalam, ze oho! Bedzie wczesna jesien. Po czym szybko wyrzucilam ta mysl z glowy, bo tfu, tfu, czego jak czego, ale jesieni to nie znosze z pasja! ;)
Poza tym, cykady w tym roku odezwaly sie wyjatkowo pozno i bardzo szybko umilkly. Mamy dopiero koniec sierpnia, a juz ich nie slychac. :( Nie mowiac juz o tym, ze lato zupelnie nagle postanowilo uciec. I tak nie bylo w tym roku zbyt gorace, ale zeby pod koniec sierpnia temperatury w nocy spadaly do 11-12 stopni (z piatku na sobote ma byc 8...)?! Tego jeszcze nie grali... I chociaz jeszcze tydzien temu mielismy niemal 30 stopni, to teraz w dzien temperatura dochodzi ledwie do 22 i prognozy nie zapowiadaja poprawy... :(

Oczywiscie gwaltowny spadek temperatur nie mogl zostac bez efektu w Potworkowie, wiec moi drodzy, mamy pierwsze od kilku miesiecy przeziebienie! :/ Nik zaczal smarczec idealnie na pierwszy dzien szkoly... A zeby bylo "fajniej", nadchodzacy weekend jest u nas dlugi, 3-dniowy i mamy zaplanowany kemping, ktory jednak z powodu niedyspozycji Mlodszego, stoi pod znakiem zapytania. Tym bardziej, ze prognozy zmieniaja sie niczym w kalejdoskopie i trudno przewidziec jaka bedzie pogoda... Kuzwa... :/

No coz... Bedzie co ma byc...

Jak wspomnialam wyzej, w zeszly piatek rocznice mielismy. Slubu koscielnego (to wazne, bo "cywilnie" staz mamy dwa razy taki). Piata - drewniana. Jakos tak malo romantycznie to brzmi i nie dziwota, ze o niej zapomnialam. ;)
Ale i tak bylo mi wstyd. Poraz pierwszy w ciagu naszych 10 lat zwiazku, rocznica zupelnie wyleciala mi z glowy! To znaczy pamietalam o niej az do kilku dni przed. A potem okazalo sie, ze piatek mielismy na wariackich papierach i cos tak "prozaicznego" jak rocznica slubu, ulecialo w niepamiec. Znaczy, wyslalam mezowi sms'a o 23, bo przypomnialam sobie o niej kladac sie spac. :D

Co takiego dzialo sie w zeszly piatek, zapytacie?

Mialam dzien wolny. I postanowilam wykorzystac go na maksa. Tiaaaa... A tak naprawde, to troche przypadkiem wyszlo mi to zabieganie... ;)
Wolne z pracy bralam poniewaz Potworki mialy w szkole spotkania zapoznawcze. A ze ich szkola nie moze nic zrobic logicznie i dogodnie dla rodzicow, to Nik mial je od 9-10:30, a Bi od 13-14. Przeciez zorganizowanie ich jedno po drugim, zeby czlowiek mogl lepiej sobie zorganizowac dzien, uwlaszczaloby godnosci pan sekretarek, ktore zapewne ustalaly grafik... :/
W kazdym razie, te dwie i pol godziny przerwy, postanowilam wykorzystac na zakupy szkolne, ktore nadal lezaly odlogiem. I wszystko byloby cacy, gdyby nie fakt, ze kolega ze starej pracy mial przyjechac po poludniu z synkiem, zeby nasze dzieciaki mogly sie pobawic, a dzien wczesniej dodatkowo obudzili sie panowie od dachu i zadzwonili do malzonka mego, czy oni nie mogliby przypadkiem przyjechac go wymienic nastepnego dnia! I jak normalnie lataloby mi kolo nosa kiedy ten dach wymieniaja, tak akurat ten piatek nie pasowal mi za cholere i myslalam, ze M. udusze, kiedy napisal mi, ze sie zgodzil! :/

Moj piatek wygladal wiec tak, ze na spotkanie Nika szykowalismy sie w niemal calkowitych ciemnosciach, bowiem panowie zaslonili wszystkie okna, zeby ich niechcacy nie stluc. Nastepnie musielismy sie wymykac pod plachtami, przez krzaczory przy samym domu, zeby nic nam nie spadlo na lepetyny, bo panowie akurat zwalali stary dach. Podobnie wygladal powrot. Szybka przekaska dla Potworkow i znow wymykanie sie pod plachta, zeby jechac na zakupy. Kupowanie szkolnej wyprawki to oczywiscie mordega, bo wszystko pomieszane, przebrane, pogniecione i gdzieniegdzie poobrywane. Pracownicy sklepu zostawili sobie chyba sprzatanie na czas, kiedy szkola sie zacznie i wszystkie przybory beda mogly spokojnie wyladowac w magazynie... W dodatku mialam "asyste" jeczacych Potworkow, ktore natychmiast namierzyly kilka "przydasiow" i zaczelo sie: "Kup, kup, kup, kup, kup, kup...". :/ Na liste przyborow nie mam co narzekac, bo nie bylo tego zbyt wiele. Zgrzyt zebow wywolal tylko "solidny, niebieski, plastikowy, dwu-kieszonkowy folder" z  listy Nika. Najwyrazniej plastikowe, niebieskie foldery sa bardzo popularne, bo ich zwyczajnie zabraklo.

(Prawie cala (brak tylko nieszczesnego, niebieskiego foldera) wyprawka dla dwojga dzieci)

Nawiasem mowiac, w drugim sklepie, do ktorego pojechalam w niedziele (na ostatnia chwile, wiem), mieli kupe niebieskich folderow, ale papierowych, a plastikowy dostalam dopiero w trzecim. Co prawda zrobiony byl z dosc gietkiego plastiku i "solidnie" to nie wygladal, ale jest plastikowy? Jest. Jest niebieski? Jest. Ma dwie kieszonki? Ma. No wiec musi wystarczyc. ;)

Ale wracajac do piatku. Wyprawkowe zakupy byly robione na wyscigi, bo po pierwsze musielismy zdazyc na spotkanie zapoznawcze Bi, a po drugie, chcielismy jeszcze przywiezc robotnikom od dachu pizze na lunch. :) Wrocilismy do domu, sama z Potworkami tez chwycilam po kawalku pizzy i popedzilam z nimi znowu do szkoly. Po powrocie chwila oddechu i zaraz wpadl moj stary kolega. ;) To ten kumpel, z ktorym dzielilam kiedys biuro, wiec dzien w dzien buzie nam sie nie zamykaly. Teraz, po 3 miesiacach, nie moglismy sie nagadac! ;) Otrzymalam spora dawke wiesci ze starej pracy (gdzie sprzedaz przesunela sie na pazdziernik/listopad), pogadalismy o wakacjach, dzieciakach (jego synek tez zaczyna zerowke), Potworki z malym T. poszalaly w basenie i poganialy po ogrodzie, a jak w koncu goscie pojechali, to matka padla na kanape i miala ochote po prostu pojsc spac. O godzinie 17. ;)

W tym wszystkim, jestem pod niesamowitym wrazeniem panow od dachu. Pierwszy raz widzialam, zeby ktos uwijal sie w takim tempie! Kiedy wlasciciel firmy powiedzial, ze skoncza w jeden dzien, bylam sceptyczna. No bo jak? Zerwac stary dach, polozyc nowy i posprzatac naokolo, w ciagu jednego dnia??? Coz... Oni to wszystko skonczyli w SZESC godzin! Wiem, ze nasz dom jest niewielki, ma wiec tez maly, prosty dach, ale mimo wszystko... Przyjechalo szesciu chlopa i pracowali w takim tempie, ze smialam sie do M., ze gdyby to na mnie padlo, zeszlabym na zawal w ciagu godziny! ;) Przyjechali o 8 rano, do 13 mielismy juz nowy dach, a oni tylko konczyli sprzatanie. Kolega, ktoremu napisalam przepraszajacego sms'a, ze mam plac budowy kolo domu, po przyjezdzie spytal zdziwiony gdzie ta "budowa"? ;)

A nowy dach? Jest tego samego koloru co stary i gdyby nie to, ze w miejscu pod drzewem nie rosnie na nim mech, nie widzialabym zadnej roznicy. ;)


A jak Potworkowe spotkania zapoznawcze, zapytacie?
A nawet jak nie zapytacie, to i tak napisze, dla siebie na pamiatke. ;)

Dwa lata oraz rok temu, pisalam Wam szczegolowe relacje z pierwszych kilku dni. Mialam na to czas, bo bralam kilka dni wolnego i chyba tez nieco bardziej to rozpoczecie szkoly przezywalam. ;) W koncu dwa lata temu moje pierwsze dziecko zaczynalo przedszkole, a rok temu w ogole byl pierwszy raz, razy dwa. ;)
W tym roku jestem juz starym "wyjadaczem" poczatkow roku i chociaz troche sie obawialam jak Potworki przyjma zmiany (bo nawet Bi trafila przeciez do praktycznie nowej klasy), to przewazala jednak egocentryczna niechec, ze znow zaczyna sie szalenstwo... Poza tym, pierwszy raz od dwoch lat, na poczatku roku szkolnego normalnie pracuje, wiec i czasu na pisanie mam mniej. Troche szkoda, bo teraz fajnie sie czyta tamte stare zapiski. ;)

W kazdym razie, spotkania zapoznawcze przebiegly spokojnie. Na kazdym, Potworki mialy tzw. "scavenger hunt", czyli dostaly liste przedmiotow oraz miejsc do poszukania w klasie, zeby sie zorientowac troche w przestrzeni. :) Bi poznala swoja wychowawczynie, Nik swojej nie spotkal, bo tego dnia odwozila ona syna do college'u. Oficjalnie jednak Kokus zna ja z zeszlego roku, kiedy uczyla ona Bi, wiec duzo nie stracil. Przejechalismy sie tez zoltym school bus'em i  tu zaskoczenie, bo Bi nadal jest chetna zeby do szkoly jezdzic (i wracac) autobusem, ale Nik, ktory normalnie uwielbia wszelkie pojazdy - nie. ;)

(Kokus przy swojej szafeczce. Tutaj nie ma polskiej tradycji "znaczkow". Juz od przedszkola, dzieci maja rozpoznawac swoje imie. A te wiszace torebki sa na ksiazki z biblioteki, o czym zreszta nie wiedzialam. Bi musiala mnie oswiecic. :p)

Podczas spotkan zapoznawczych, okazalo sie tez, ze Bi dostala sie do klasy z jedna, jedyna kolezanka z zerowki. :( Natomiast Nikowi "poszczescilo" sie jeszcze slabiej. Do jego klasy chodzi tylko jedna dziewczynka z przedszkola i to taka, ktora Nikowi najwyrazniej zwisa i powiewa. ;)

(A tu juz Bi siedzaca w swojej lawce. Nie wiem jak bedzie w starszych klasach, ale narazie laweczki maja poustawiane czworkami, tak ze dzieci siedza w grupach. Bi byla przeszczesliwa, bo jej kolezanka z zerowki bedzie siedziec po przekatnej, ale w tej samej grupie)

W poniedzialek zas, Potworki zaliczyly juz pierwszy oficjalny dzien zajec. :) Na tabliczce napisane jest, ze Kokus ma 4 i pol roku, ale to zaokraglenie. Rozpoczynajac nauke w szkole, Mlodszy mial dokladnie 4 lata, 8 miesiecy, 2 tygodnie i 4 dni. ;)

(Nie, Kokus nie jest smutny. Szczerzyl sie wrecz groteskowo i M. skomentowal, zeby lepiej sie nie usmiechal, stad ta mina ;p)

Podniecone, lecialy do szkoly jak na skrzydlach. Nik nie dal mi nawet poniesc swojego plecaka, ktory, wypelniony wyprawka, byl okropnie ciezki dla takiego malucha. Ja zas cieszylam sie, ze M. pojechal z nami, bowiem zbiorka byla pod szkola, klasami. Pierwszego dnia 90% rodzicow odwozilo swoje dzieci, nawet jesli normalnie jezdza autobusem. Zreszta, czesto nawet za tymi, ktore przyjechaly school bus'ami, przypedzili rodzice. ;) Tlok i chaos byly wiec okropne i choc zerowki staly zaraz obok I Klas, to nie bylo szans, zebym z jednego miejsca widziala i Bi i Nika. Musialabym biegac od jednego do drugiego. A tak... tez pobiegalam, ale tylko troszke i dlatego ze sama chcialam zyczyc milego dnia obojgu... ;) Cieszylam sie jednak, ze kazde ma przy sobie caly czas przynajmniej jednego rodzica.

Jak Potworki przyjely powrot do szkoly?

Nik z usmiechem na buzi i pokojnie. Az zaskoczona bylam, bo spodziewalam sie jakiegos kryzysiku, tym bardziej, ze zaden z jego kolegow nie dostal sie do tej samej klasy. Tymczasem Mlodszy pozegnal sie z rodzicami bez stresu i poszedl grzecznie za pania.

(Kokus na szczescie zupelnie nie wyroznia sie wzrostem w tlumie innych maluszkow)

Tymczasem, niespodziewanie rozkleila sie Bi, ktora miala przeciez przy sobie kolezanke z zeszlego roku!

(Tu jeszcze radosc)

Scenariusz odbyl sie podobnie jak rok temu. Najpierw dzielny usmiech, radosne podniecenie, a po kilkunastu mintach (niestety, zbiorka troche trwala) nagle lzy w oczach i buzia w podkowke... :( Korzystajac z tego, ze pani gromadzila dzieci troche blizej siebie do policzenia, czym predzej sie pozegnalismy i ulotnili, zanim dziecko zdazylo sie solidnie rozplakac. ;)

Po powrocie, Bi wybiegla ze szkoly z okrzykiem, ze I Klasa jest "terrific", a Nik zdezorientowany nie chcial opowiadac o szkole nic. Nie ma sie jednak co martwic, taka gadula dlugo nie pomilczy. Pare dni i bede miala szczegolowe sprawozdanie z tego, co dzialo sie w zerowce. :)

(Dzieci wypuszczane sa rocznikowo, od najstarszych klas, po najmlodsze, pierwsza wyleciala wiec Bi)


(A chwilke pozniej wyszedl nieco oszolomiony wrazeniami Nik)

Pod wieczor zas, Bi zaczela marudzic, ze pierwsza klasa jest nudna, bo ona w ogole nie miala czasu sie pobawic. ;) Cooooz... Moze powinnam ja pocieszyc, ze szkola jest niestety ogolnie nudna, ale ze zostalo jej juz "tylko" jakies 17 lat edukacji (jesli pojdzie na wyzsze studia)? :D

Drugiego dnia zostali rano grzecznie, choc M. musial odprowadzic ich pod klasy. Ciekawe ile to potrwa, bo po jakims czasie, tutaj mozna dziecko przyprowadzic tylko do wejsciowego korytarza. No i gdzie sie podziala odwaga Bi, ktora jeszcze w piatek przekonywala, ze ona koniecznie chce jezdzic autobusem? :D

środa, 23 sierpnia 2017

Zegnaj slonko, plazo, oceanie!

Troche dramatyzuje, bo gdybysmy sie uparli, to jednodniowa wycieczke na plaze, na pewno udalby sie gdzies wcisnac... Niestety, pragmatyzm bierze gore i wiem, ze nie da rady. Mamy jeden wolny weekend, a na nastepny znowu wyjezdzamy. Pozniej zas bedzie juz niemal polowa wrzesnia i letnia pogoda pojdzie sie bujac.
Nieee, najprawdopodobniej byl to nasz ostatni spacer w slonym wietrze w tym roku...Buuu...

Co tu duzo pisac: pieknie bylo i tyle! :)

Przegladam zdjecia i nie moge uwierzyc, ze jeszcze w poniedzialek tam bylismy! I ze 4 dni mogly tak szybko "smignac"...

To byl taki fantastyczny, rodzinny czas. Nie liczac wiecznego, Kokusiowego marudzenia: tego nie lubie, tamtego nie chce, nie lubie Bibi, nie lubie mamy, juz nie lubie rodzicow, zjadlbym cos, nie chce jajka, chce chipsy, nie chce isc na plaze, jednak chce isc na plaze, jestem zmeczony, nie chce drzemki itd. Po prostu kwintesencja Nika. ;)

Jesli zapomniec o tych drobnych niedogodnosciach osobowosci Potworka Mlodszego, bylo idealnie. ;) Bez zmartwien, bez sprzeczek (oprocz tych dzieciecych), na szczescie bez chorob, bo ta wizja wisi nade mna od pierwszego wyjazdu, kiedy Nik obudzil sie ostatniego dnia z goraczka...). Malym zgrzytem bylo dostanie przeze mnie okresu trzeciego dnia, ale jakos to przelknelam, szczegolnie, ze temperatura wody zupelnie nie zachecala (rodzicow, bo Potworki to morsy) do kapieli. Nigdzie nie jezdzilismy, nic nie zwiedzilismy, za to dobrze wypoczelismy i zresetowalismy sie. A nawet udalo sie wyspac, bo wymeczone calodziennym bieganiem na swiezym powietrzu, niekonczaca sie jazda na rowerze, plywaniem w rzece oraz oceanie, wspinaniem na drzewa, wariactwami na placu zabaw, a na koniec siedzeniem do pozna przy ognisku Potworki, spaly do 8:30! Normalnie zrywaja sie przed 7, wiec mozecie sobie wyobrazic nasza radosc. ;)

Tak wlasnie mijaly nam dni. Rano sniadanie, obowiazkowa kawa, rowerowy wypad na plac zabaw, polaczony z objazdem czesci pola kempingowego, powrot, przekaska, wypad na jedna z plaz, lunch, druga kawa dla rodzicow, wycieczka rowerowa, podwieczorny wypad na druga plaze, jakies wspinanko na drzewa (tu juz same Potworki, bez udzialu rodzicow :D), gra w pilke i w koncu ognisko i pieczone kielbaski.

Kazdy dzien wygladal w sumie tak samo i pewnie szybko by nam sie znudzilo, gdyby nie fakt, ze tych dni bylo tylko cztery. A wlasciwie trzy, bo w piatek dojechalismy dopiero o 16, a w dodatku tego dnia pogoda byla kiepska. Naprzemian padalo, kropilo, mzylo. Pol godziny przerwy i od nowa... :/ Nawet podczas wieczornego ogniska zaczelo nagle kropic, musielismy szybko wszystko zbierac ze stolu piknikowego, ale na szczescie szybko przeszlo. Bylo cieplo (a raczej parno i duszno), ale jednak cale popoludnie spedzilismy pod zadaszeniem przyczepki. To znaczy my - rodzice, bowiem Potworki zaopatrzone w przezornie zabrane przez matke kalosze oraz plaszcze przeciwdeszczowe, odkrywaly nasza "uliczke" na rowerach. ;)
Musze jednak przyznac, ze z pogoda i tak nam sie udala, prognozy zapowiadaly bowiem przelotne deszcze na piatek oraz sobote. Ta druga, mimo, ze pol dnia sie chmurzylo i na pole kempingowe wpelzala zimna mgla znad oceanu, okazala sie jednak sucha. A po poludniu wyszlo w koncu slonce i w jednej chwili zrobilo sie goraco. :) Reszta przedluzonego weekendu, to juz bylo slonce i upal, czyli idealnie na nadmorski wypad! Mimo goraca, caly czas bylo czuc orzezwiajaca (ale nie zimna) bryze znad oceanu. Jak dla mnie - warunki idealne!

Jakies ciekawsze spostrzezenia?

Potworki nauczyly sie jezdzic rowerami trzymajac kierownice jedna reka. Zaczal oczywiscie Nik, ktory robi to nonszalancko, zeby nie powiedziec luzacko. ;)


Jedzie, drapie sie po szyi lub trzyma jakiegos kija i elegancko steruje druga reka. Siostra gorsza byc nie mogla i szybko tez zalapala, chociaz (czego nie widac na zdjeciu) robi to tylko po kilka sekund i zaraz nerwowo lapie za kierownice. Coz, Bi zawsze byla ostrozniejsza. Ale fote kazala sobie strzelic. ;)



Z Nika w ogole jest milosnik mocnych wrazen. Ktoregos dnia zaobserwowalam rodzinke z dziecmi troche starszymi od naszych, jadacych rowerami sciezka prowadzaca do lasku. Pomyslalam, ze moze to byc fajna odmiana po prostych, rownych i nagrzanych asfaltowych drozkach pola kempingowego. Zarzadzilam wiec wycieczke rowerowa. Niestety, okazalo sie, ze sciezynka prowadzaca przez las jest waziutka, kreta, miejscami stroma i ogolnie niebezpieczna. Bi jechala mocno spanikowana, a i ja wyjechalam w koncu z tego lasu solidnie spocona i to bynajmniej nie z goraca. ;) I Starsza i ja, mialysmy dosc adrenaliny i zaglosowalysmy, zeby wracac na kemping, natomiast Nik wybuchl placzem, ze on chce przejechac przez las jeszcze raz! ;)

Za kilka lat spokojnie widze syna robiacego jakies wygibasy na BMXie czy deskorolce. Na kempingu, obok publicznych lazienek, zrobiony byly dosc szerokie, ale niskie murko - laweczki dla czekajacych w kolejce. Kiedy nie bylo chetnych na korzystanie z przybytku, kilkoro chlopcow urzadzilo tam sobie miniaturowy "skate park". Ja - matka, patrzylam na ich skoki z przerazeniem i widzialam polamane kosci oraz wstrzasnienia mozgu. Moj syn za to, regularnie zatrzymywal sie aby popatrzec i stwierdzal z podziwem: "Wow, this boy is so COOL!". Ekhem... Juz widze z jaka ekipa bedzie sie zadawal za kilka lat... ;)

Poza tym, Potworki wyraznie sa juz spragnione towarzystwa innego niz swoje. ;) Od pierwszego dnia rozgladali sie po sasiednich miejscowkach z pytaniem czy sa tu jakies dzieci. Jak na zlosc, dzieci bylo wyjatkowo malo, prym wiedli staruszkowie. ;) Wiem, ze w niektorych Stanach zaczal sie juz rok szkolny i mozliwe, ze to bylo przyczyna. A jesli juz dzieciaki byly, to starsze. Nik byl na tyle zdesperowany, ze podchodzil do niemal kazdego chlopca z pytaniem: "Would you like to be my friend?". Niestety, potencjalni koledzy zupelnie ignorowali Mlodszego. ;) Dopiero przedostatniego dnia Potworkom sie poszczescilo i Bi zakumplowala sie z jakas przypadkowa dziewczynka na plazy, a do ludzi z przyczepki obok przyjechal 4-letni bratanek, wiec i Nik dorwal kolege.
Przy okazji, moglam poobserwowac jak roznia sie miedzy soba zabawy dzieci roznych plci. Bi i jej kolezanka, na zmiane kapaly sie w rzece i tworzyly jakies budowle z piachu. Nik i jego kumpel? Czyste szalenstwo! Bieganie, rzucanie zabawkami, wyscigi, turlanie w piachu - oto zabawy chlopcow. ;)

Oprocz tego, odkrylismy sposob na odstresowanie naszego nerwowego psiura. Sposob banalnie prosty i az wstyd, ze wczesniej o tym nie pomyslelismy. Otoz... wystarczy Maye spuscic ze smyczy! W regulaminie wszystkich kempingow jest jak byk, ze pies ma byc zawsze uwiazany, wiec sie do tego stosowalismy. Dopoki nie zauwazylismy, ze wiekszosc ludzi naokolo zupelnie to ignoruje. Wlasciwie to nawet nie pamietam dokladnie dlaczego M. odpial Mai smycz, ale wraz z wolnoscia, wrocil nasz normalny pies! Nagle siersciuch zaczal jesc, pic i sie zalatwiac! A ja mialam ochote palnac sie w leb, ze wczesniej o tym nie pomyslalam! W koncu Maya w domu biega wiekszosc czasu swobodnie po ogrodzie. Spacer na smyczy to dla niej tylko rozrywka. Ona nienauczona jest, ze idac na smyczy mozna sie tez po drodze wysikac, czy tez zalatwic grubsza sprawe...
W kazdym razie, wiemy juz jak umilic kemping takze naszemu smierdziuchowi! Tym bardziej, ze Maya grzecznie przy nas siedziala i choc w domu ma zapedy Jasia Wedrowniczka, tam zupelnie sie od nas nie oddalala. Co prawda jakis babsztyl uznal za stosowne zatrzymac auto kolo nas i upomniec, ze pies powinien byc na smyczy, ale nie bedziemy sie przejmowac stara, wredna zolza. ;)

Na koniec zostawie Was jeszcze z kilkoma zdjeciami.

(Nasza miejscowka - trafilo nam sie nawet DRZEWO! :D)


(Wieczor przy ognisku - wybaczcie prosze moj typowo "polski" styl. Wiem, wiem, skarpetki plus sandaly... Nic nie poradze, ze strasznie marzna mi giry! ;P)




W sobote wieczor, idealnie nad naszym ogniskiem, mielismy widok na pokaz fajerwerkow. Az szkoda, ze Potworki poszly juz spac...





Potworki szalaly w oceanie. W wodzie, w ktorej stojac po kostki, ja oraz M. wytrzymywalismy maksymalnie kilkanascie minut. ;)




Oni mogli tak szalec godzine i nawet nie klekotaly im zeby. ;)




Ale najlepsza zabawa i tak byla w blocku po odplywie:




Ktory na tej plazy jest po prostu masywny. Zobaczcie same:





A jak nie nad oceanem, Potworki szalaly nad rzeka. Ktora temperatury miala rownie nieprzyjemne, co oczywiscie na Bi oraz Niku nie zrobilo zadnego wrazenia. ;)





Na ta nadrzeczna plaze mozna bylo przyprowadzac psy, z czego tez skorzystalismy jednego z wieczorow:

(Nie bez trudu, ale udalo sie wciagnac siersciucha do wody)


Tu z kolei, odplyw odkrywal malownicze skalki:


A dwa wieczory pod rzad, puszczalismy w niebo piekne latarenki, unoszace sie pod wplywem powietrza nagrzanego plomieniem:

(Zdjecie marne, ale za ciemno bylo)

Nie mialam pojecia, ze one sa takie wielkie! Nasze mialy prawie metr wysokosci! Slicznie to wygladalo, kiedy unosily sie w gore! Niestety, drugiego wieczora, kiedy udalo nam sie puscic zaledwie druga, podjechal policjant (nie wiem czy patrolowal okolice, czy ktos po niego zadzwonil...) i zartobliwie upomnial nas, ze ma nadzieje, ze to byla ostatnia, bowiem sa one nielegalne... :( Nie mialam o tym pojecia, a na pomysl puszczenia wlasnych wpadlam, bo poprzednim (oraz tym) razem, co wieczor ktos puszczal je od strony plazy! :( My wypuszczalismy je w strone mokradel, wydawalo sie w bezpiecznym miejscu, ale jak widac, juz ktos sie doczepil. Dobrze, ze mandatu nie dostalismy... :/

I tu Was juz zostawiam...
Dla nas, zaczyna sie szkolne szalenstwo. W piatek mamy spotkania zapoznawcze w szkole Potworkow. Musze tez w koncu wybrac sie na zakupy wyprawkowe, bo w koncu bedzie tak, ze polowy rzeczy nie dostane... :/ A od poniedzialku juz poczatek roku szkolnego. Boszzzz... Zupelnie nie jestem na to gotowa... Podchodze to niego chyba z wieksza niechecia niz kiedy sama bylam uczennica... :D

czwartek, 17 sierpnia 2017

Szkola po hamerykancku - kolejne zderzenie z rzeczywistoscia oraz z serii: w tym domu sie gada!

Na poczatku tygodnia myslalam, ze nie mam o czym pisac. Mialam tylko wrzucic pogadankowa serie i otrzepac raczki zadowolona ze spelnionego, cotygodniowego "obowiazku". ;) Jakos tak sie ostatnio sklada, ze posta pisze dla Was przez kilka dni i dopiero w czwartek przyspieszam, zeby skonczyc przed weekendem. Dlatego tez ostatnio nowe posty ukazuja sie niemal zawsze w piatek wieczorem. ;) Dzis co prawda jest czwartek, ale poniewaz przede mna 4-dniowy weekend, wiec w praktyce mam jakby piatek. I koncze dla Was posta kleconego od trzech dni. ;)

Ale do brzegu, jak mawia Klarka. :) Nie mialam tematow, dostarczyla je jednak skutecznie codziennosc. Niby zwykla, szara, ale zawsze dbajaca o powody do poskrobania sie po glowie oraz pomarudzenia. ;)

Smieszna seria tez bedzie, spokojnie. Ale najpierw musze sobie pozrzedzic. ;)

Zla jestem. A moze bardziej poddenerwowana i nieco zaniepokojona?
O co chodzi?
A o szkole Potworkow. Kolejny juz raz, amerykanski system szkolny, dal mi prztyczka w nos. :/

W koncu, po dlugim oczekiwaniu, w poniedzialek dostalam maila ze szkoly z przydzialem nauczycieli. Tego samego wieczora, moja komorka oraz skrzynka mailowa rozgrzane zostaly do czerwonosci od wiadomosci innych mam (dziewczynek), probujacych dowiedziec sie czy nasze dzieci beda nadal razem w klasie.

Dla mnie, przyzwyczajonej do polskiego systemu, gdzie spedzilam 8 lat z tymi samymi ludzmi, to jest szok. Juz coroczna zmiana nauczyciela wydala mi sie okrutna dla takich maluchow, a co dopiero zmiana kolegow! Dopiero jakies trzy tygodnie temu dowiedzialam sie, ze dzieci z roznych klas moga byc pomieszane, ale bylam przekonana, ze to beda jednostki... Tymczasem okazuje sie, ze to konkretna zmiana. Wszystkie piec klas wrzuconych do jednej puli i dzieci przypadkowo porozdzielane. Dla niesmialego (poza domem) dziecka, jak moje, to jest tragedia.
W tej chwili wiem, ze Bi bedzie w klasie z jedna dziewczynka z zeszlego roku. O chlopcach nie wiem nic, tak samo jak o czterech dziewczynkach, ktorych kontakty posialam po zmianie telefonu. Reszta kolezanek Bi, bedzie w innych klasach. :( Narazie nie mowie nic Bi, bo wiem, ze dla niej moze to byc cios, szczegolnie, ze jej ukochana kolezanka dostala inna nauczycielke. Ze swojej strony, z tej akurat zmiany sie ciesze, bo ta "psiapsiolka" Bi zawsze wydawala mi sie okropym malym tyranem, ktory bawil sie uczuciami Bi ("wczoraj sie z toba bawilam, ale dzisiaj juz cie nie lubie", itp).
Z drugiej strony, inna dziewczynka, na ktorej zalezalo mi, zeby nadal byla z Bi, bo nie tylko jest fajnym, madrym dzieckiem, ale tez zawsze swietnie mi sie gadalo z jej mama, niestety bedzie w innej klasie. :/

Poza tym, zastanawiam sie, jak te dzieciaki maja nawiazac dlugotrwale przyjaznie? Dzisiejszy swiat im tego nie ulatwia, dzieci nie spedzaja juz calych popoludni biegajac bez celu z malolatami z calego sasiedztwa, rodzice sa zabiegani i malo maja czasu na spotkania towarzyskie... Dodatkowo okazuje sie, ze szkola rowniez im to utrudnia, skoro ma gdzies przyjaznie nawiazane przez rok i rozdziela dzieci przypadkowo do roznych klas...
Pamietam, ze w dziecinstwie moi rodzice nie mieli generalnie znajomych z dziewczynkami w moim wieku, a kuzynki mieszkaly daleko. Dla mnie wiec, moja klasa w podstawowce, a pozniej w liceum, to byla taka mala spolecznosc. Bylam bardzo niesmiala i nieszczegolnie popularna, ale z tymi ludzmi, po tylu latach, czulam sie tak swobodnie, jak tylko moglam, zwazywszy na moja osobowosc. I przykro mi, ze moje dzieci nie beda mialy podobnego doswiadczenia... :(

A co do Nika, to bedzie w klasie zeszlorocznej nauczycielki Bi! I sama nie wiem czy sie cieszyc, czy wrecz przeciwnie... ;) Ta nauczycielka zawsze wydawala mi sie w miare (choc nie jakos super) sympatyczna, ale za to baaardzo wymagajaca. Mialam wrazenie, ze za duzo oczekuje od dzieci w zerowce. Nie wiem czy wezmie poprawke na mlody wiek Nika, ktory rozpoczynajac szkole bedzie mial 4 lata i 8 miesiecy, a w jego klasie znajdzie sie zapewne kilkoro 6-latkow... :/

Przy okazji dowiedzialam sie, ze najwyrazniej takie przydzielanie rodzenstwa do tych samych nauczycieli, to bardzo popularny proceder. Musze sobie wbic do glowy, zeby do nauczycielek Bi, chocby byly najgorsze, zawsze podlizywac sie, ile sie da, bo jest duza szansa, ze bede sie z nimi uzerac dwa lata pod rzad. ;)

Dostalam tez w koncu listy wyprawkowe. Lista Bi nie jest specjalnie dluga i wiekszosc rzeczy pokrywa sie z tym, co potrzebowala do zerowki, czyli olowki, kredki, gumki, itd. Roznica jest taka, ze wszystkie rzeczy w zeszlym roku byly zbierane do wspolnej, klasowej "puli", a w tym wszystko musi byc podpisane imieniem Bi. Musze tez kupic jej nozyczki, ktore rok temu zapewniala szkola oraz, co wzbudzilo moje zdziwienie, markery do tablicy sucho-sciernej, karteczki samoprzylepne "Post-its" oraz markery z cienka koncowka. Nie dlugopisy, tylko markery i to jakiejs wybranej firmy, nie najpopularniejsze "Sharpies". Czeka mnie troche szukania... :/


Najbardziej rozsmieszyl mnie pierwszy punkt na liscie - plecak. Przeciez sama bym nie wpadla na to, ze moje dziecko moze potrzebowac do szkoly plecaka! :D Za to zmartwilo mnie, ze mam nie kupowac Bi piornika, bo Pani bedzie je rozdawala. Ups... Ja juz Starszej piornik kupilam i to blyszczacy, w jednorozce. Oj, bedzie jej ciezko przelknac zamiane go na jakies plastikowe badziewie... ;)

A lista Nika? Identyczna jak Bi w zeszlym roku. Nawet dodatkowy zapas chusteczek czy plastikowych woreczkow, pamietam z jej listy. ;)


Milym gestem bylo, oprocz oficjalnego listu powitalnego do Nika, dodanie przez Pania G. krotkiego lisciku do Bi, w ktorym pisze, ze o niej pamieta, ze nie moze sie doczekac kiedy zobaczy ja w szkole i ze ma nadzieje iz Starsza miala mile wakacje. Bi byla wniebowzieta, a Nik sie obrazil, ze on nie dostal listu - sowy (taka papeteria). :)


No dobrze, teraz juz "smieszna seria".

Zauwazam na przescieradle Nika plamy. Wzdycham.
"A co to znowu za plamy...?"
Nik: "Ty to sie z nami masz!"
Matka (zrezygnowana): "Dokladnie. Co ja sie z Wami mam..."
Nik: "Bo my jestesmy tylko dzieci! Dzieci tak robia..."

Jasne, ze dzieci sie brudza. Niektore jednak, przyciagaja brud niczym magnes. Na przyklad pewne male Kokusie. ;)


***

Stopniowanie przymiotnikow w wersji Kokusiowej:

"Te slodkie beda slodkiejsze!"


***

Nik do Bi z "wow" w glosie:
"Widzialas tego wielkiego spajdera??? [od spider = pajak] Tam na deck [=taras] wszedl!"
Nagle jego glos zmienia sie z podnieconego na lobuzerski:
"I think he wants YOU!"

Mala szelma dobrze wie, ze Bi w tym roku zwiewa gdzie pieprz rosnie przed wszystkim, co ma wiecej niz 4 nogi! ;)


***

To w sumie malo smieszne:

Bi wkroczyla w wiek zagadnien o zyciu i smierci. Narazie (na szczescie) ograniczajacych sie do zwierzakow, choc dla mnie juz te rozmowy sa trudne. Nie mam ochoty o tym rozmawiac, choc wiem, ze to naturalna ciekawosc, staram sie wiec odpowiadac w miare szczerze. Pytania Bi zle jednak wplywaja na Nika, ktory jest bardzo wrazliwy na krzywde innych i potem ciezko go uspokoic, wiec ucinam podobne rozmowy tak szybko, jak sie da.
Ktoregos dnia Bi, zamiast jak zwykle kierowac swoja niezdrowa ciekawosc na ptaszki i wiewiorki w naszym ogrodzie, czy nieszczesna antylope rozszarpana przez lwy w filmie przyrodniczym,  pyta czy Maya kiedys umrze. Obok siedzi Nik, patrzacy szeroko otwartymi oczami, wiec niechetnie, ale potwierdzam, po czym szybko zapewniam, ze nasza psina bedzie z nami jeszcze dlugie lata (modlac sie w duchu, zebym miala racje).

Nie pomaga, Nik zaczyna plakac, rozpaczliwie wolajac, ze on nie chce zeby Majusia "umrzala".  A Bi, zupelnie ignorujac rozpacz brata, przekrzykujac jego placz, niewzruszona dalej drazy, dopytujac w jaki sposob Maya umrze i co z nia wtedy zrobimy. :/


***

W slowniku Nika, nie funkcjonuje slowo "dawno". Jezeli jakis czas nie widzial jakiejs zabawki, albo ksiazki (nawet jesli to kilka dni), na jej widok zawsze wykrzykuje:

"Ja nigdy jej nie czytalem/bawilem/widzialem/jechalem!!!" (dowolne skreslic).


***

Mam w zwyczaju mowic, ze "juz" cos robie, w sensie, ze juz za chwileczke, za moment. Na przyklad, dzieciaki jecza, ze sa glodne, a ja odpowiadam, ze "juz" im nakladam jedzenie, kiedy tak naprawde jeszcze koncze rozladowywanie zmywarki.
Bede jednak musiala zmienic to powiedzonko na cos innego, bo ostatnio Bi sledzi kazdy moj ruch i kiedy odpowiadam wymijajaco, ze "juz" cos robie, ta staje przede mna z rekoma pod boki i burzy sie:

"Mowilas, ze juz to zrobisz! A wcale nie robisz, tylko co innego!"

Proby zamiany "juz" na "zaraz" okazaly sie kiepskim pomyslem, bo:

"A ile to jest zaraz? To duzo czy malo? Pokaz mi na zegarku ile to jest!"


***

To sledzenie nie konczy sie niestety na wsluchiwaniu w kazde moje slowo (ciekawe, ze kiedy chce aby cos zrobila, nagle ma problemy ze sluchem... ;P). Ostatnio szykujac jej obowiazkowa, wieczorna miske owocow, jak zwykle podjadalam sobie, a tu jagodke, a tu winogronko, tam cwiartke jablka... Nagle jak nie huknie z salonu:

"Dlaczego nie robisz mi owockow?!"
"No przeciez wlasnie robie!" - oburzam sie.
"To ma byc robienie owockow?! Widzialam jak jadlas! Czemu jadlas moje winogronka?! Tak sie nie robi owockow dla twojej ukochanej coreczki!"

"Ukochana coreczka" ma wzrok sokola i sluch swistaka. I wysokie mniemanie o sobie. ;)


***

Bardzo czesto ostatnio, kiedy prosze o cos Nika, slysze:
"Nie muszem jak nie chcem!"

On zdecydowanie zbyt szybko lapie teksty siostry... ;)


***

Co sie dzieje poza tym? Potworki na rowerach jezdza. :)





Oraz plawia sie w basenie. Niemal codziennie, bo chociaz noce mamy tego lata chlodne, to w dzien temperatury spokojnie dochodza do 26-28 stopni. I chociaz woda uparcie nie chce sie zagrzewac, Potworkom zupelnie to nie przeszkadza. ;)


Coz, niech sie ciesza. Jesli wrzesien nie okaze sie wyjatkowo cieplym, to zostalo gora 3 tygodnie i trzeba bedzie spuscic wode, a basen wysuszyc i schowac na zime... Kilka dni temu, Bi (ktora polazla tam ze mna niewiadomo po co) odnalazla w piwnicy swoje narty i az zapiszczala ze szczescia, dopytujac kiedy znowu bedziemy jezdzic. Brrr... Lubie szusowanie, nawet bardzo, ale jednak mysl o sniegu i mrozie, pod koniec sierpnia, kiedy czlowiek chcialby jak najdluzej zachowac przy sobie lato, slonce, ciepelko... Nie, dziekuje. ;)

Stanowczo wole takie widoki :D

Jako ciekawostke dodam, ze pomimo iz Potworki nadal dla zabawy lubia nakladac do plywania kamizelki (szczegolnie Nik, co widac na powyzszych zdjeciach), to oboje zaczynaja plywac.

Bi praktycznie od poczatku wakacji przeplywa pod woda. Co prawda jedna reka zatyka sobie nos, wiec nie wiem czy samo machanie nogami zalicza sie jako "plywanie", ale fakt, ze jakis tam odcinek przenurkuje. Potrafi jednak przeplynac tez kawalek na powierzchni, takim "rozpaczliwym" kraulem. ;)  Macha rekoma ze srednia koordynacja, zdecydowanie lepiej wychodzi jej kopanie odnozami, ale plynie. ;) To dobrze, bo po wakacjach planuje zapisac i jai i Nika znowu na basen. Bi bedzie teraz na III poziomie "juniors" czyli dzieci powyzej 5 lat i jest to poziom, na ktorym zaczyna sie juz faktyczna nauka plywania, bez pomocy unoszacych dziecko na powierzchni "gabek".

Kilka dni temu jednak, zupelnie zaskoczyl mnie Nik, kiedy przeplynal do mnie dlugosc naszego baseniku. Az kazalam mu ten wyczyn powtorzyc, zeby upewnic sie, ze nie podpiera sie dna. Wyglada jednak na to, ze autentycznie plynie! Styl ma, podobnie jak siostra, raczej "rozpaczliwy", ale hej! Ja zupelnie nie spodziewalam sie, ze Mlodszy moze w tym roku nauczyc sie utrzymywac na powierzchni, a tu prosze! Z drugiej strony, jazdy na rowerze bez bocznych kolek tez sie nie spodziewalam... Kokus zadziwia na kazdym kroku. ;) Oby w czytaniu i liczeniu rowniez odnosil takie sukcesy! ;)

Ale wracajac do plywania, kiedy wroci na zajecia na basenie, biedak bedzie bardzo rozczarowany, bowiem dostal "promocje" na II poziom przedszkolny. Jesli bedzie nadal przeskakiwal tak po poziomie, to czekaja go jeszcze trzy zanim instruktorzy pozwola mu sprobowac plywac bez "gabek". ;)


To by bylo na tyle. Czas wybyc na kolejny kemping, juhuu! Trzeba sie odstresowac przed rokiem szkolnym (to juz za tydzien z hakiem! A przeciez dopiero co byl czerwiec!!! :O). Pogoda niestety ma byc w kratke, ale trzymam kciuki, zeby nie lalo caly czas. Przelotne deszcze przez pierwsze dwa dni (tak zapowiadaja) jakos przezyjemy. ;)

Tradycyjnie juz, milego weekendu! :)

piątek, 11 sierpnia 2017

Kemping # 5, szkolne przygotowania oraz kiepskie wiesci siersciuchowe

Naprawde! Zaliczylismy juz piec wypadow! Jeszcze tylko dwa i oficjalnie konczymy sezon, chlip! :( No chyba, ze koncowka wrzesnia zaskoczy nas letnia pogoda i porwiemy sie na jakis spontaniczny wypadzik. Z nami nic nigdy nie wiadomo! ;)

Nasze wyprawy, oprocz oczywistej radosci z oderwania sie od szarej rzeczywistosci, stanowia tez swietny rekonesans. Wiemy juz, ze sa miejsca, do ktorych chetnie wrocimy, do innych zas... coz, mniej chetnie. ;)
To tylko maly zarcik, bo tak naprawde kazde z pol kempingowych, ktore odwiedzilismy mialo cos do zaoferowania, na kazdym milo spedzilismy czas. Po ostatnim wypadzie czulismy jednak zdecydowany niedosyt i wine za to ponosila nie tylko jego dlugosc. Fakt wybralismy sie zaledwie na weekend i mielismy wrazenie, ze dopiero co wszystko rozpakowalismy i rozlokowalismy, a juz trzeba bylo sie pakowac na droge powrotna. Przede wszystkim jednak, mielismy wrazenie, ze zupelnie nie skorzystalismy z mozliwosci pola kempingowego, na ktore trafilismy, a ktore bylo ogromne! Z powodu ograniczen czasowych (oraz pogodowych), zwiedzilismy tylko koleczko bezposrednio wokol naszej miejscowki oraz sasiednie. Ale to stanowilo doslownie 1/6 pola kempingowego, jak nie mniej! Zdecydowanie musimy tam wrocic, tym bardziej, ze caly park jest swietnie utrzymany, a wszystkie alejki wyasfaltowane. Warunki idealne dla spokojnych rowerzystow, jak ja. Zanim ktos prychnie pogardliwie dodam, ze dla milosnikow mocnych wrazen sa tez i sciezki rowerowe prowadzace przez las, na ktorych mozna zgubic protezy, a hemoroidy wolaja o pomste do nieba. Ale to zupelnie nie moja bajka... :D

(Znow trafilismy na pole kempingowe w lesie, ale to byl taki dziwny las. Drzewa, owszem, ale zadnego krzaczka, tylko otwarta przestrzen...)

W kazdym razie, wypad zaliczam do bardzo udanych, nawet pomimo tego, ze pogoda splatala nam malego psikusa. Niestety, na dzien wyjazdu - sobote, zapowiadali poranne, przelotne burze. Coz, pogodzilismy sie z tym, stwierdzilismy ze bedziemy pakowac sie pomalutku i wyjedziemy pozniej, zeby dojechac na miejsce juz po przejsciu frontu. Coz, plany planami, a zycie zyciem... Rano obudzila nas ulewa. Nie jakis tam maly deszczyk, ale prawdziwe oberwanie chmury, w dodatku z piorunami. :/ Kiedy wieksza chmura w koncu przeszla, zaczelismy pakowanie, co chwila przerywane przez mniejsze burze przechodzace uparcie nad nasza okolica. Zaladowanie dobytku (swoja droga to niesamowite ile klamotow potrzeba czlowiekowi na jedna noc!) zajelo wiec nam nieprzyzwoicie duzo czasu i zamiast o planowanej 11, wyjechalismy o 12:30. Niestety, nasze optymistyczne przewidywania, ze moze w takim razie ominie nas deszcz, okazaly sie mocno na wyrost... Dojechalismy, M. zdazyl odczepic i ustabilizowac kampera, wyrzucilam czesc akcesoriow na zewnatrz, malzonek pojechal po drzewo (z naszego zapasu, Potworki zerwaly przykrycie i zamoklo, ech...) i w tym momencie lunelo! Zadaszenie nie rozlozone, zamoklo wszystko co zdazylam wyjac z przyczepy... I niestety padalo sobie z krotkimi przerwami przez jakas godzine, a potem juz do wieczora chmurzylo sie i straszylo deszczem, wiec nie oddalalismy sie zbytnio od "bazy".

Co wiec porabialismy? Potworki glownie jezdzily na rowerach, a jak! A ja pomykalam za nimi na mojej niebieskiej rakiecie. Kilka razy M. pozyczyl sobie mojego jednosladowca i tez gonil dzieciarnie. Jezdzilismy na plac zabaw, ktory kemping mial ogromny.


Wieczorem zaliczylismy obowiazkowe pieczenie kielbasek na ogniu. W niedziele plywalam z Potworkami w kempingowym "stawie", ktory okazal sie bardziej malym jeziorkiem. Woda ciepla niemal jak zupa, w koncu warunki odpowiednie dla zmarzluchowatej matki! ;)

(Woda cieplutka, ale wial chlodny wiatr i po wyjsciu kazdy szczekal zebami)

Najmilsza chwila (oprocz wspomnianej kapieli)? Kiedy siedzialam przy ognisku z Bi na kolanach, podziwialysmy ksiezyc prawie-w-pelni, spiewalysmy sobie cichutko znane nam obu piosenki, a corka przytulila sie do mnie, mruczac, ze lubi tak sobie siedziec ze mna i spiewac. :)
Lubie to, ze podczas naszych wypadow Potworki praktycznie zapominaja o bajkach, telewizorze, technologii... Zamiast tego jest rower, woda i gry na swiezym powietrzu. Bywa to czasem uciazliwie, sklamalabym mowiac, ze nie. ;) Bywa, ze dzieciarnia sie z lekka nudzi, smeci, zeby rodzice wymyslili jakas zabawe, a rodzicom sie zwyczajnie nie chce... Coz, cos za cos... ;) W kazdym razie rower daje nowe mozliwosci, bo chociaz czasem ciezko znalezc aktywnosc, na ktora oba Potworki maja ochote i przy ktorej nie darlyby kotow, to kolejnego "koleczka" po okolicy nie odmowia nigdy. ;)

Minal wiec piaty kemping, a my odliczamy juz znow do nastepnego. Zacieramy przy tym raczki, a takze zmawiamy zdrowaski i odczyniamy uroki, zeby dopisala pogoda, bowiem wracamy nad ocean na cale 4 dni! To bedzie nasz drugi co do dlugosci wypad w tym roku (wiem, porywajaco... :D), a przy tym ostatni przed rozpoczeciem roku szkolnego, chcemy sie wiec maksymalnie zrelaksowac i wygrzac na sloneczku.

Szkola, no wlasnie... Dzisiaj juz 11-ty, a ja nadal czekam na oficjalne listy. Moje zniecierpliwienie pomalu zaczyna przeradzac sie w irytacje. Jak to jest, ze w innym miasteczku, mimo, ze rok szkolny zaczyna sie tam pozniej, listy mogli rozeslac juz ponad tydzien temu, a u nas nadal nic??? Czeka mnie najwyrazniej powtorka z zeszlego roku, kiedy na ostatnia chwile (urywajac sie z pracy) lecialam do sklepu i musialam przekopywac przemieszany i przebrany towar w poszukiwaniu folderow w konkretnych kolorach i segregatorow w okreslonym rozmiarze! A w tym roku bede miala w dodatku wszystko podwojne! Przynajmniej tak podejrzewam, bo nie sadze, zeby wyprawka dla I Klasy roznila sie az tak bardzo od tej dla zerowki. ;)
Przyszly za to Potworkowe plecaki:

(Znow postawilam na firme Skip Hop, bowiem bylam pod wrazeniem, ze zeszloroczny plecak Bi wytrzymal caly rok rzucania w szkole gdzie popadnie. W czerwcu byl tak brudny, ze wstyd, ale... caly! :O)

Mamy (to znaczy M. ma, bo to on, poki co, odwozi Potworki) poza tym mala zagwozdke, bowiem Bi zazyczyla sobie jezdzic w tym roku do szkoly autobusem. A Nik stanowczo zaprotestowal. ;) Jak dla mnie to wsio ryba, chce dziewczyna jezdzic school bus'em, niech jezdzi. To nawet wygodne, bo nie utyka sie w kolejce samochodow pod szkola, nie trzeba szukac miejsca parkingowego, a przy tym, kiedy jedno dziecko jest chore, moze siedziec spokojnie w cieplym domu, bo drugie zabierze autobus i juz. Pamietam z poprzedniego roku, jaka winna sie czulam kiedy musialam ciagnac ktores z Potworkow chore ze mna, bo musialam odwiezc siostre/brata. Nie mowiac juz o tym, ze od V Klasy, szkola Potworkow bedzie duzo dalej i odwozenie ich zupelnie nie po drodze. Moze lepiej wiec, zeby zawczasu przyzwyczaili sie do jazdy autobusem? Ale M. sie nie wiedziec czemu opiera... ;)

Do roku szkolnego zostaly jeszcze 2 tygodnie, a ja juz nie mysle niemal o niczym innym... :/

Oczywiscie codziennosc dostarcza tez innych tematow do zmartwien, a jak. Na ten przyklad, martwie sie o dach, bowiem zaczal on nam przeciekac. Nasz dom jest parterowy, z niskim, nieuzytkowym poddaszem. Po ktoryms kempingu zauwazylismy spora plame na suficie w kuchni. Usytuowana byla w takim miejscu, ze z poczatku westchnelismy, iz pewnie znowu wroble zatkaly odplyw rynny (co roku musza tam wic gniazda! :(). Niestety, M. wdrapal sie na drabine i rynny okazaly sie czyste... Wlazl wiec z kolei na poddasze, ale ze jest tam ciemnawo, a w dodatku akurat byl pogodny dzien, nic nie znalazl. Po kilkunastu dniach, po jednej z ulew, pojawily sie kolejne, tym razem mniejsze plamki. Wszystkie nad kuchnia. Czekalismy na wiekszy deszcz, podczas ktorego M. ponownie wdrapal sie na poddasze. To, co tam tym razem dostrzegl, przerazilo nas. Nie tylko przecieka sobie w jednym miejscu nad kuchnia (skad woda scieka w kilka miejsc, stad kilka, przypadkowo umiejscowionych plam), ale jeszcze kapie w kolejnym, nad salonem! Na podlodze poddasza jest gruba warstwa waty szklanej, wiec troche zajmie zanim i tam zacznie przeciekac, ale to tylko kwestia czasu zanim i na suficie w salonie pojawi sie plama.

Wezwany fachowiec potwierdzil to, co sami juz wywnioskowalismy, czyli ze nasz dach po prostu jest juz na tyle stary (chociaz wyglada niezle), ze nie trzyma, po prostu. Nie jest uszkodzony, zwyczajnie ta "papa" (tutaj raczej nie uzywa sie dachowki), po latach stracila nieprzemakalnosc... :(

W tej chwili mamy juz wycene i ekipa ma wymienic dach pod koniec miesiaca (na takim malym domku to kwestia jednego dnia). Trzymam kciuki, zeby tak rzeczywiscie bylo, bo wiadomo jak to bywa z fachowcami, a wymiana dachu to cos, czego M. sam nie zrobi, chociaz pewnie chetnie by sprobowal. ;)
Tylko, ze cale lato cieszylismy sie, ze Potworki siedza z tata, ze nie musimy placic ani za polkolonie, ani za opiekunke... Nawet wplacilismy troche kasy na konto oszczednosciowe. Niestety, to co zaoszczedzilismy, pojdzie na dach. :/

Poza tym, od wczoraj doszedl mi kolejny przykry temat do zmartwienia i rozmyslan. Dziekuje, moglabym sie spokojnie obyc bez... :(
M. zabral nasza Majuche do weterynarza. Niby rutynowa wizyta, tylko po to, zeby dostac tabletki na pasozyty. Nie wiem jak jest w Polsce, ale tutaj nie wydadza tabletek bez zbadania czy pies nie ma "heartworms", czyli nicieni zagniezdzajacych sie w sercu psa. Przy okazji wet przeprowadza tez podstawowe badania, osluchuje, zaglada w uszy, pysk itd. No i u Mai wyszlo, ze ma... tamtaramtam... szmery w sercu! Myslalam, ze z krzesla spadne, kiedy dostalam smsa od M.! Podobno wetka byla zdziwiona, ze nie wykryto tego rok temu! Rok temu jak rok temu, ale jezeli to wada wrodzona (jak twierdzi wet), to w ogole powinna byla byc wykryta duzo wczesniej! Przeciez my jezdzimy do tej samej kliniki odkad Maya byla szczeniakiem! Pies ma 3.5 roku i teraz odkryli szmery??? Moga sie one pojawic tez wlasnie od nicieni, o ktorych napisalam wyzej, ale ich podobno Maya nie ma. No wiec skad??? Mozecie sobie wyobrazic, ze humor mialam spaczony juz na reszte dnia! Stanela mi przed oczami nasza poprzednia suczka, ktora musielismy uspic w wieku zaledwie 5 lat! Majucha miala z nami zostac na dlugie lata, a tu takie cos!

Oczywiscie panikuje (jak to ja) troche na wyrost, bo szmer jest ledwie slyszalny. Weterynarze mierza je w skali od 1 do 6, a u Mai wetka napisala, ze jest on 1/2 - 1, czyli slabiutki. Trzymam sie nadziei, ze Potworki rozrabialy w gabinecie i pani weterynarz sie przeslyszalo...

No ale, to jakies fatum, w zeszlym roku borelioza, w tym szmery w sercu! :(

Zeby nie konczyc na smutniaka, pochwale meza, ze nie tylko postawil plotek, ale natychmiast zabral sie za malowanie:

(Asystent)

Oczywiscie w asyscie Nika. ;) Jak przystalo na chlopca, kiedy tylko M. robi cos na dworze, niewazne czy to malowanie, koszenie trawy, rabanie drzewa czy mycie auta - Kokus nie odstepuje go nawet na krok. Patrzy, pomaga gdzie da rade... I nieustannie nawija. Komentuje, dopytuje, powtarza i wykrzykuje slowa zachwytu. Dziecko - katarynka. Tatusiowi niepotrzebne jest radio, syn z powodzeniem je zastapi. Zreszta, muzyki nawet nie byloby slychac ponad gadulstwem Mlodszego. ;)

Napisze Wam tez jaka zabawe wymyslily sobie ostatnio Potworki, a w sumie to ja wymyslilam...

Otoz, "rabatke" obok szopki w tym roku zostawilam sama sobie. No, nie mam czasu tam pielic i juz. Wiosna kwitly tam male, biale "gwiazdki", zwane tutaj Gwiazdami Betlejemskimi, pozniej Klematis, a potem to wszystko rowno zaroslo i sama nie wiem czy jeszcze cos tam powinno kwitnac. ;)
W kazdym razie, ktoregos dnia podlewajac warzywnik rozejrzalam sie i co widze?! Oset! Wielgachny, zaczynajacy juz kwitnac oset!

(Czy nie piekny? :D)

Z jednej strony zalamalam sie, ze takie to wielkie (skad?! Jak??!!), ale z drugiej az podskoczylam z radosci! Osty bowiem, mimo, ze ani to piekne, ani pozyteczne, przywolaly zapamietane obrazy z dziecinstwa, z wakacyjnych wizyt u dziadkow! Mnostwo ich roslo bowiem poza ogrodem mojej podketrzynskiej babci! Namietnie sie nimi z kuzynem obrzucalismy i taki, brzydki w sumie oset, po 30 latach urosl w moich oczach do rangi cieplego wspomnienia z dziecinstwa! ;)
Poza tym, nie wiedzialam nawet, ze one rosna w Hameryce, wiec dostalam mila niespodzianke, bo nie tylko rosna, ale w moim wlasnym ogrodzie, ha!

Ale mialo byc o Potworkach... Zerwalam dwie "kulki", stanowiace kwiaty ostu i na zachete rzucilam nimi w koszulki dzieci. Osty nie zawiodly, zawisly na t-shirtach. A Potworki az westchnely z zachwytu i zabraly sie za obrzucanie ostem czego popadnie, zeby zobaczyc czy sie przyczepia! Dobra godzine mialam ich z glowy, zrobilam w spokoju leczo z cukini i jeszcze sie posmialam z ich eksperymentow! ;)

Mowie Wam, niepotrzebne sa zabawki za stosik dukatow, nie. Wystarczy zwykly chwascior! :D

Buzka i juz tradycyjnie - milego weekendu! :)