wtorek, 21 marca 2017

Wiosna? Gdzie? ;)

Wedlug lokalnej stacji telewizyjnej, wczoraj o 6:29 rano, oficjalnie zawitala do nas wiosna. A ja bylam nawet na nogach i (juz) na tyle przytomna, zeby ja powitac. Szkoda tylko, ze o tym nie wiedzialam. :) Zreszta, badzmy szczerzy, wszedzie nadal lezy gruba warstwa sniegu, a termometr wskazywal -3 stopnie. Kawa na tarasie odpadala. Zachowam ten pomysl na pierwszy dzien lata. ;)

Za to pstryknelam dwa zdjecia. Tak wyglada "wiosna" na parkingu przed moja praca.

(Samotna wozidupka - przyjechalam pierwsza)

(Wybaczcie to marne swiatlo. Byla 7 rano, a my zmienilismy czas juz 1.5 tygodnia temu)

Niezbyt wiosennie, co? ;) Ale! Chociaz wokol mojego domu tez krajobrazy raczej zimowe, pierwszym, wiosennym kwiatkom wcale to nie przeszkadza. :)

(Hiacynty przetrwaly sniezyce bez najmniejszego uszczerbku)

Marzec mija sobie spokojnie, choc zaskakujaco szybko. Konca chorob nie widac. Nik w czwartek skonczyl brac antybiotyk na swojego paciorkowca, a w niedziele wieczor mial (tamtaramtam...) stan podgoraczkowy! :/ Pochlastac sie idzie... Ma przytkany nos i wczoraj zaczal pokaslywac, ale poza tym rozpiera go energia i strzela fochy jak zwykle, wiec licze, ze to tylko przeziebienie. W koncu caly poprzedni tydzien smarkal M., wiec prawdopodobnie podzielil sie wirusem z synkiem, jak na dobrego tatusia przystalo. ;)

Potworki chyba podswiadomie tez czekaja juz na wiosne. W piatek, kiedy podjechalismy pod dom, myslalam, ze rzuca sie na snieg, lezacy nadal w najlepsze na ogrodzie. Tymczasem przegral on walke o zainteresowanie dzieci z... kaluza. Wielka, blotnista kaluza, pozostaloscia po stopnialym w jednym miejscu sniegu. Nie ma sie co jednak dziwic, skoro takich "atrakcji" nie widzieli praktycznie cala zime, ktora, oprocz kilku sniezyc, byla bardzo ciepla (jak na zime) i baaardzo sucha.


Po chwili jednak, ruszyli w zaspy. Efektem byly kompletnie przemoczone nogi, bo miejscami snieg siegal powyzej brzegow kaloszy (na ktore sie uparli, kiedy powiedzialam, ze w sniegowcach absolutnie nie moga wejsc do kaluzy). :)


W sobote zaliczylam z Bi ponownie basen. Tu musze oddac sprawiedliwosc jej instruktorce, ktora tym razem nie tylko sie pojawila, ale nawet byla punktualnie. Szok! ;) A ja juz mysle o kolejnej sesji. Z obecnej zostaly zaledwie trzy zajecia. Mam nadzieje, ze instruktorka konsekwentnie bedzie sie juz zjawiac i na koniec wystawi zaswiadczenie, ze Bi moze przejsc na kolejny poziom. Moim zdaniem (porownujac Starsza z reszta grupy), powinna ona przeskoczyc od razu na poziom 3, ale to nie ode mnie zalezy... Na drugim poziomie Bi bedzie nadal beztrosko chlapac na wszystkie strony. Nie widze w tym wiekszego sensu... Dopiero na trzecim poziomie dzieci rzeczywiscie ucza sie plywac.
Poza tym, zastanawiam sie czy nie zapisac na plywanie Kokusia. Mlodszy co sobote urzadza ryk, ze on tez chce jechac. Nie wiem jednak czy zgralabym dwie lekcje na roznych poziomach czasowo. Siedziec tam pol godziny pomiedzy zajeciami mi sie nie chce, a do domu wracac mi sie nie oplaca. Nie bez znaczenia jest tez fakt, ze z Mlodszym najprawdopodobniej bede musiala wlezc do basenu. Nie wiem czy mam na to ochote. ;) No i kto w tym czasie popilnuje Bi?

A w niedziele, w koncu pojechalismy na moje wyczekane narty!!! :) Ledwo udalo mi sie z domu wyciagnac tego mojego meza - piecucha! Wymyslal sobie 26588756 wymowek i dodatkowych zajec, byle nie jechac. Az w ktoryms momencie zaproponowalam, ze pojade z sama Bi, a on niech zostanie z Nikiem, szczegolnie, ze mlodszy juz w niedziele rano, zaczal mowic jakby przez nos. Na to jednak Kokusio rozdarl sie jak zarzynany, ze on tez chce. I w koncu pojechalismy wszyscy. I fajnie bylo! :)
Wreszcie udalo mi sie dobrac ubior do pogody, nie jak ostatnio, kiedy po godzinie wszyscy sie roztapialismy, a Potworki jeczaly. ;) Tym razem bylo chlodniej, okolo 3 stopni na plusie i mialo byc pochmurnie, ale niespodziewanie wyszlo slonce, akurat w momencie kiedy udalo nam sie zaparkowac. Zanim wiec wbilismy Potworki oraz siebie w buty, szaliki, czapki, kaski, zanim doszlismy do kasy (sluchajac po drodze koncertu Nika, ktory znow ryczal, ze nie da rady i nie chce isc tak daleko - a udalo nam sie dorwac super miejsce zaraz w drugim rzedzie! :O), zanim kupilismy bilety i wreszcie zanim dociagnelismy marudzacego Nika oraz zadowolona Bi na stok dla poczatkujacych, oboje z M. bylismy juz solidnie upoceni. Moj maz tez wkurzony, bo przeciez wcale nie mial ochoty jechac. ;) Po chwili jednak okazalo sie, ze wieje bardzo zimny wiatr. Szczegolnie jadac wyciagiem hulal mi po nerkach az (nie)milo. ;) Jednak swetry pod kurtki byly dobrym pomyslem, no i chlod wiatru wyrownywal grzejace slonce. Bylo wiec idealnie. :)

A Potworki radzily sobie rewelacyjnie! Nik opanowal sztuke skrecania i choc wraz z plynnoscia rosnie brawura i kilka razy zaliczyl glebe, oboje z Bi mieli niezla frajde.

(Widzicie ta dume w pozie? :D)

(Nik nawet jadac na nartach nie przestaje gadac, stad otwarty buziol :D)

A zapierdzielali w dol niczym dwie wyscigowki! W ktoryms momencie powiedzialam Bi, ze moze juz jechac, a ja poprawie tylko paski od kijkow na nadgarstkach i zaraz ja dogonie. A zapomnij! Dogonilam, jasne - pod samym wyciagiem! :D Naprawde zalowalam, ze wykupilismy bilety tylko na gorke dla poczatkujacych, bo oba Potworki spokojnie nadaja sie juz na normalne, zielone szlaki. Ale to juz raczej za rok. Nasze lokalne stoki beda pomalu zamykane, a tluc sie z dziecmi minimum 2 godziny na polnoc, nie mam ochoty. Oboje po nartach sa wymordowani i cala droga powrotna, to jedno zawodzenie, ze zmeczeni, ze gdzie ten dom, ze oni chca juz wysiadac, itd. ;)
Ale czego sie nie robi dla takiego usmiechu:

 
 
Zegnam (niezbyt) wiosennie! Tzn. wczoraj i dzis bylo pieknie - slonce i 12 stopni na plusie. Ale dzis w nocy temperatura ma poleciec na leb na szyje i jutro mamy miec zaledwie -1 stopni. W dzien. Oraz wietrzysko. A w nocy -10! :O Zima chce udowodnic, ze nie powiedziala jeszcze ostatniego slowa. ;)

środa, 15 marca 2017

Misz masz ostatnich dni

Ostatnio pisalam w piatek, dzis jest sroda. Niby tylko 5 dni, a dzialo sie naprawde sporo...

Od czego by tu zaczac... Pewnie najlepiej po prostu od poczatku. ;)

Sobota
Kolejne zajecia na basenie Bi. Mlodej jak zwykle sie podobalo, chociaz wedlug mnie temperature wody maja zdecydowanie za chlodna. Mimo, ze w pomieszczeniu goraco jak w saunie, za kazdym razem kiedy musiala sie wynurzyc i usiasc na brzegu, Bi trzesla sie jak osika.
Poza tym, cos kiepsko trafilysmy z instruktorka. O ile inni zawsze sa o odpowiedniej godzinie, o tyle nasza ostatnio spoznila sie 15 minut (tlumaczyla, ze szef podal jej zla godzine), a tym razem nie zjawila sie zupelnie. Co prawda w ciagu kilku minut znalazlo sie zastepstwo, ale nie wrozy to zbyt dobrze na przyszlosc... :/
Kolejny tez raz, przekonalam sie, ze amerykanskie i polskie rodzicielstwo, to dwa rozne swiaty. Mimo zalozonego czepka, wlosy Bi byly zmoczone do polowy glowy. Po odsaczeniu ich recznikiem, przystapilam wiec do suszenia suszarka. Bi po chwili oczywiscie miala dosc i znudzona marudzila, ze innym dzieciom nikt wlosow nie suszy. I rzeczywiscie, pozostale mamy, wycieraly corkom wlosy jako tako recznikiem (a dziewczynki te plywaly w ogole bez czepkow, wiec wlosy mialy kompletnie przemoczone!), nakladaly czapke na glowe i wychodzily! :O A musicie wiedziec, ze na dworze mielismy istna Arktyke - -6 stopni i wichure! W Polsce takie cos byloby nie do pomyslenia... ;)

Przez ta Syberie, ktora nawiedzila nas w kolejny weekend pod rzad, znow narty przeszly nam kolo nosa. Bylo tak zimno, ze po porannym wyjsciu na basen, nikomu nie chcialo sie wysciubiac nawet nosa na zewnatrz. Nawet na zakupy w Polakowie, M. pojechal sam, a ja i Potworki, grzalismy dupki w domu. Potworki co prawda wcale nie byly z tego zadowolone, bo bardzo chcialy wyjsc pobawic sie w resztce sniegu, ktora zostala z piatku. :)

Niedziela
A w niedziele mielismy zmiane czasu, ktora zupelnie wybila nas z rytmu. Zaspalismy na poranna msze, wiec pojechalismy na pozniejsza - po angielsku. Jak na codzien posluguje sie angielskim plynnie i bez problemu, tak podczas mszy bardziej zgaduje sens niz dokladnie rozumiem. Za duzo staroswieckich i typowo "biblijnych" zwrotow. ;)
Po mszy szybkie zakupy, ale do domu i tak zajechalismy dopiero po poludniu. A ze na 16 jechalismy na przyjecie urodzinowe, to narty poraz kolejny sobie odpuscilismy. Chlip! :(

Przyjecie zas, przez ktore ominelo nas szusowanie, okazalo sie niemal kompletnym niewypalem. "Niemal", bo Potworki chyba bawily sie calkiem niezle. Zabawa zorganizowana zostala w sali gimnastycznej przeznaczonej dla dzieci do 6 lat, chociaz jak na moj gust, to powinno byc maksymalnie do lat 4.

(Ladnie, kolorowo, ale wszystko malutkie...)

W dodatku, ciekawsze sprzety, jak np. trampoline, na czas zabawy wyniesiono. :/ Dmuchany zamek wlaczony zostal na moze pol godziny, po czym szybciutko zwiniety i schowany. A animatorka, ktora miala zorganizowac dzieciom zabawe, usiadla z nimi w koleczku dwa razy po doslownie kilka minut. Ledwo zdazylam pstryknac fotki. ;) Przez reszte czasu, jedne dzieci snuly sie z kata w kat, a inne lately jak dzikie po sali (to moje). Takze slabo, slabiutko... Reszta przyjecia to oczywiscie pizza i tort. Klasyk. :)

(Salka, w ktorej dzieci jadly miala wystroj mocno "kuchenny" :D)

Poniedzialek
Uplynal bez wiekszych sensacji, jesli nie liczyc tego, ze Bi znow dostala jako zadanie domowe napisanie tekstu. Nie lubie tych zadan, bo Bi pisze nonsens, ja niby nie mam jej pomagac a az mnie swierzbi i nie rozumiem po co dzieciom takie zaawansowane cwiczenia. :/ Tutejszy program szkolny na sile przyspiesza nauke czytania i pisania, ale robi to w zupelnie chaotyczny sposob. Widac to po pracach domowych Bi. Dostaje ona zarowno krotkie teksty do napisania (co wedlug mnie dla przecietnych 5-6-latkow jest dosc trudnym zadaniem), jak i cwiczenia poprawnego pisania liter oraz np. swojego nazwiska (ktore powinny byc przeprowadzone na poczatku roku, skoro teraz dzieci maja juz samodzielnie pisac)! Pomieszanie z poplataniem i nie wiem czy to wina nauczycielki czy wydzialu edukacji...

Poza tym, w  poniedzialek, wszystkie oczy zwrocone byly ku prognozom pogody. Na wtorek zapowiadano bowiem najwieksza burze sniezna w tym sezonie. Programy komputerowe przepowiadaly nawet 60 cm sniegu dla naszych okolic. Nie bardzo wierzac prognozom, na wszelki wypadek jednak zapakowalam sobie papiery do pracy w domu. Juz po poludniu dostalam maila, ze szkoly oraz przedszkola w naszym miasteczku beda we wtorek zamkniete. A pod wieczor przyszla kolejna informacja, ze governor naszego Stanu zarzadzil calkowity zakaz ruchu drogowego (oprocz odsniezarek oraz policji, karetek, itd.) od godziny 5 rano do 17 po poludniu. Tak, kolejny szok kulturowy dla kogos nieobeznanego z tutejszymi zwyczajami. ;) Taki zakaz zdarza sie niezmiernie rzadko (w ciagu moich 13 lat na emigracji, wczoraj byl to drugi raz), tylko podczas najgorszych sniezyc i ma na celu ulatwienie sluzbom oczyszczanie drog. Nie mniej, moj wychowany w Zakopanem maz, okropnie pomstowal na "hamerykanckich panikarzy". :D
A ja przynajmniej poszlam spac z bloga mysla, ze nigdzie nastepnego ranka nie jade, zamiast budzic sie o 6, wygladac przez okno i zastanawiac sie czy ryzykowac, czy nie. ;)

Wtorek
No coz, poczulam sie troche rozczarowana... Zamiast sniegu po doope, spadlo "skromnie", po kolana. :D Ale i tak po poludniu nie moglam otworzyc drzwi wyjsciowych... Snieg tak jakos zawiewal, ze najwieksza kumulacja znalazla sie na naszym tarasie, a przez niego wlasnie w(y)chodzimy do/z domu. :) Wbrew przewidywaniom panow "pogodynek", sztorm przesunal sie bardziej na zachod, czyli wglab ladu, wobec czego dostalo nam sie mniej sniegu, a na dodatek, po poludniu, ten ostatni przemieszal sie nieco z marznacym deszczem. To ubilo troche ta warstwe, ktora juz spadla i w dodatku sprawil, ze zrobil sie on potwornie ciezki. O czym mialam sie okazje przekonac, kiedy wyszlam z Potworkami (ktore od rana, z nosami przyklejonymi do szyb, dopytywaly kiedy pojdziemy na snieg) i postanowilam pomoc M., odsniezajac taras. Mamuniu, ale sie zasapalam! Taras mamy nieduzy, a ja odsniezalam go chyba na 4 tury! :D

(Bi "pomagala")

Nie mowiac juz o tym, ze kiedy wyszlismy pod wieczor drugi raz (tak, Potworki byly nieugiete), znow musialam go odsniezyc, a dzis rano ponownie byl pokryty warstwa sniegu. Sypalo bowiem calutenki dzien, od wczesnych godzin porannych, jakos do 20-21 wieczorem... Przy tym wialo i bylo raczej paskudnie, typowe zawieje i zamiecie. Pies po 15 minutach stal pod drzwiami czekajac na wpuszczenie do cieplego domu, ja chowalam sie pod wiata, tylko Potworki nie mialy dosc. ;)





                                                             (Aniolki, czy tez, jak kto woli, orzelki na sniegu)



Sroda
No i dzien dzisiejszy. Ku mojemu zaskoczeniu, szkoly pozostaly zamkniete kolejny dzien. Spodziewalam sie opoznienia, bo wiadomo, ze musza poodsniezac wszystkie school bus'y oraz parkingi, poczekac az drogi beda w miare przejezdne, itd. Ale zupelne zamkniecie?! To juz przesada, szczegolnie, ze chociaz nasza ulica byla rano nadal biala, to autostrady i bardziej ruchliwe drogi byly zupelnie przejezdne... Na szczescie M. zostal z Potworkami, ale ja, nie dosc, ze przyjechalam do pracy 2 godziny pozniej (bo obawialam sie o stan autostrad), to musialam wyjsc godzine wczesniej, zeby go wymienic...

Dodatkowe, popoludniowe godziny dobrze jednak wykorzystalam, bo stwierdzilam, ze skoro juz jestem w domu wczesniej, a wszystkie drogi juz prawie obeschly, moge zabrac Potworki na gorke. Okazalo sie jednak, ze pomysl byl tylko czesciowo dobry. Na pagorku wialo jak jasna cholera, a dzieciaki po kilku zjazdach porzucily poddupniki i stwierdzily, ze wieksza frajda jest wdrapywanie sie na ogromne gory sniegu i lodu, usypane przez odsniezarki. Ja - przeciwnie, nie widzialam w tym nic fajnego, za to balam sie, ze mi sie z tych pagorkow sturlaja prosto na male lepetyny. ;)

(Dopiero na zdjeciu zauwazylam, ze Bi czapka zjechala kompletnie na oczy :D)

(Z gorki na pazurki!)

Tak wlasnie uplynely nam ostatnie dni. Bardzo zimowo. ;) Trzeba jednak korzystac, bo sezon dobiega konca. Poniewaz przez nastepne kilka dni w nocy maja byc mrozy, a w dzien temperatura tylko minimalnie na plusie, bialosc powinna utrzymac sie jeszcze z tydzien albo i dluzej. Moze wiec w weekend w koncu pojedziemy na moje wyczekane narty? ;) A moze i nie, bo M., ktory trzymal sie dzielnie calutka zime, na sam koniec polegl i zlapal katar... A wiecie jak to jest z facetami i przeziebieniem... ;)

piątek, 10 marca 2017

Z serii: W tym domu sie gada + kiedy zawodzi komunikacja :)

Zaczne moze od tej komunikacji. ;)

Moi rodzice mieszkaja na roznych kontynentach, ale rozmawiaja ze soba czesto. Przynajmniej kilka razy w tygodniu. Oczywiscie przekazujac sobie wszelkie wiesci o corkach i wnukach. Bardzo czesto wiec, moja matka wie co u nas slychac, zanim zdaze sama ja o tym poinformowac. Gorzej, kiedy komunikacja na lini Agata-Tata-Matka dziala na zasadzie zabawy w "gluchy telefon". :D

Przyklad? Pisalam w ostatnim piscie, ze Nik ma infekcje wywolana przez paciorkowce. Powiedzialam o tym tacie i nieszczesliwie opisalam mu tez, ze Mlodszy mial dosc nietypowe (choc czeste) objawy, typu biegunka i wysypka. W czwartek otrzymalam wiec telefon od zatroskanej rodzicielki, ze slyszala ona, ze Nik jest powaznie chory (!). Na moje zaskoczenie, odpowiedziala, ze ojciec mowil, ze wykryto u niego jakas pasozytnicza infekcje, amebe czy "cus". :D

Jak widzicie z bakterii mozna zrobic pasozyta, a z paciorkowca amebe. ;)

Nik tymczasem, mimo ze na antybiotyku, dorobil sie wczoraj cieknacego nochala oraz kaszlu. :( Oprocz paciorkowca, podlapal wiec tez gdzies wirusa. Mozliwe, ze ode mnie. Cudnie... :/

Tak na marginesie, to podjechalam w koncu do przychodni z moim upierdliwym przeziebieniem i powiedzialam, ze syn wyhodowal sobie paciorkowca i chce siebie tez pod tym katem zbadac. No coz... Paciorkowca nie mam, za to "doszukali sie", infekcji wirusowej gornych drog oddechowych. Rany Julek, od tygodnia smarcze i kaszle, naprawde, w zyciu bym na to nie wpadla! :D
Oprocz tego jednak, podobno jestem okazem zdrowia. ;)


Pora na gwozdz programu (czyt. posta), czyli teksty smieszne i... mniej smieszne. ;)


***

Nik wieczorem zakrada sie do salonu. Probuje zagonic go z powrotem do lozka, na co syn usiluje mnie wyminac w korytarzu, wolajac:

"Ale ja mam cos waznego do powiedzenia!"


***

Niedziela. Probujemy jak normalna rodzina wejsc do kosciola, ale mlodsze dziecko nam sie zbiesilo. Koniecznie chcialo wejsc do przybytku od przodu, a rodzice pokierowali sie do tylnego wejscia, co przyjelo glosnym i dobitnym protestem oraz tupaniem nogami. Po wejsciu, foch trwa w najlepsze (dobrze, ze ryki sie skonczyly :D). Po zdjeciu kurtki, "ukochany synus", zamachna sie odzieniem i trzepnal nim matke ile mial sil w rekach. Spuszcze na to zaslone milczenia... Chociaz nie, nie spuszcze. Mialam ochote natrzec smarkaczowi uszu. :D
To tyle gwoli wstepu.

Msza dobiega konca, a Nik zaskoczony rejestruje, ze ani mama ani tata nie ida do Komunii. M. tlumaczy mu, z braku lepszego wyrazenia, ze byl "niegrzeczny". Matka dodaje, ze wszyscy (w domysle rodzice) byli niegrzeczni, dlatego siedza w lawce.
Na to Kokus wola ze swietym oburzeniem:

"A ja bylem gzecny!"

Taaa... Po prostu maly aniolek... :D


***

Na jednym z przyjec urodzinowych, dzieci w "goodie bags" otrzymaly fajne male baczki, ktore zakrecone, potrafia krecic sie napraaawde dluuugi czas.
Nik z podziwem:

"Te baczki sa naprawde miracle! One sie wcale nie zatrzymujom!"


***

Nik prosi o wlaczenie bajki "Lwia straz", ang. "The lion guard".

"Mama, wlacz mi Lion garden!"


***

Z drugiego pokoju dochodzi mnie dialog dzieci, ktore odgrywaja zwykle, domowe scenki. Bi najwyrazniej jest mna, ale cos sie tu nie zgadza...

Bi: "Mama szykuje sie do wyjscia. Zaklada majtki, spodnie, wklada zeby i oko..." (!)

Jakbyscie nie wiedzialy, mam sztuczna szczeke i szklane oko! I dobrze, ze chociaz te majtki wlozylam... :D


***

przyparzylo - przypalilo [nawet nie pamietam, ktory z Potworkow jest autorem owego przekrecenia]


***

Bi przychodzi na skarge, twierdzac, ze Kokus ja uderzyl. Tata bierze syna na spytki i probuje wydobyc jego wersje wydarzen.  Syn patrzy na ojca twardo niczym na przesluchaniu i cedzi:

"Nic ci nie powiem!"


***

Bi poklocila sie z Kokusiem podczas gry w planszowke:

"Juz z toba nie gram!"
(Po chwili, dobitnie): "Jestem na ciebie zla! Nigdy w zyciu nie bylam na ciebie taka zla! Juz na mnie nie licz!"

Nie wiem, na co Kokus ma nie liczyc. Chyba na te kuksance i zlosliwosci. ;)


***

Nik: "Mamo mozesz mi ubrac te swietowe skalpetki?" [swietowe = swiateczne, czyli w reniferki]


***

Bi (w zabawie): "Zobaczymy czy ja jestem ladna kobieta..."

Odrobina skromnosci, zawsze dobrze widziana... ;)


***

Nik: "Mama, a jak bede duzy, to dalej bede mial takiego malego dyndusia?"
Ja (zastanawiajac sie czy nie odeslac go z tym pytaniem do ojca): "Mysle, ze jak bedziesz duzy, to twoj dyndus tez urosnie..."
Nik: "Ale ja nie chce miec duzego dyndusia! Beda sie ze mnie smiac!"

Myslicie, ze powinnam byla go zapewnic, ze raczej beda sie smiac jak mu NIE urosnie? ;)


***

Przyjechal moj tata. Bi zaciagnela dziadka do swojego pokoju, ale po chwili przyszla do kuchni sama.

Matka (strofuje dziecko): "Ej no, dziadek przyjechal do Ciebie, a ty zostawilas go samego?"
Bi: "Nik z nim zostal i pilnuje, zeby dziadek nic nie narobil."

Nawet niespelna 6-latka wie, ze dziadka trzeba zawsze miec na oku! :D


***

Potworki ganiaja po pokoju jak dwa wariaty
.
Bi (pogania brata): "Szybciej, szybciej!"
Nik (wymieka i sie zatrzymuje): "I'm out of power!"


***

A na koniec dopisze, ze zima zdecydowala sie wrocic. Przez weekend temperatury maja pozostac na minusie, a dodatkowo znow ma sie zerwac wichura (i kolejny raz narty przejda nam kolo nosa :/). Caly nastepny tydzien ma byc 1-2 stopnie na plusie. W dzien. W nocy zas solidne mrozy. A dzis dzieciaki dostaly w prezencie kolejny "snow day"! Sniezek proszy sobie od godzin nocnych, pomalutku, leniwie, ale caly czas.


Na drogach jednak nie osiada, wiec moim skromnym zdaniem, zamkneli szkoly mocno na wyrost. Ale coz, tej zimy dystrykt szkol zuzyl tylko jeden z pieciu dni przyslugujacych na sniezyce, wiec co sobie beda zalowac! ;) Dobrze, ze teraz, kiedy M. pracuje na noc, zostal z Potworkami, a ja moglam pojechac normalnie do pracy. Wyjsc musze co prawda 1.5 godziny wczesniej, zeby go wymienic, ale powiedzmy, ze w porownaniu z braniem calego dnia wolnego, to tylko drobna niedogodnosc. :)

Milego weekend!

wtorek, 7 marca 2017

Basen basenem, plany planami...

Jak to w zyciu bywa... Jak ma sie jakiekolwiek plany, to na bank zdarzy sie cos, zeby je, jesli nie pokrzyzowac, to w kazdym razie utrudnic... Chyba dlatego niezbyt lubie planowac ze zbyt duzym wyprzedzeniem... ;)

Lekcja plywania Bi odbyla sie na szczescie bez przeszkod. :) Wrazenia?


(Syrenka gotowa do skoku na glebiny)


Starsza zachwycona! Lekcje na tym poziomie trwaja tylko pol godziny, wiec Bi miala mocny niedosyt, mimo ze po tych 30 minutach machania konczynami, stekala gramolac sie do samochodu. ;)
Nie wiem jak beda wygladaly kolejne zajecia (sesje organizowane sa w trybie 6-tygodniowym, wiec zostalo ich juz tylko 5), wiem natomiast ze ten poziom ma na celu ogolne oswojenie dzieciakow z woda. Duzo sie wiec nie naucza. Co do Bi, to ona w sumie oswojona, po matce lubi sie chlapac. ;) Ale w grupie Starszej jest chlopiec, ktory wyglada jakby w zyciu w wodzie sie nie moczyl. Biedak, byl jak sparalizowany. ;) Problemem moglo byc to, ze basen ma na calej dlugosci jedna glebokosc, do okolo pach dla doroslego. Takie maluchy nie maja wiec szans dotknac dna. Cwicza caly czas na glebokiej wodzie z piankami (no nie wiem jak to inaczej nazwac) na plecach. Mysle, ze moze to wywolac strach.
Na I poziomie (bo na ten Bi zapisalam) jest tylko troje dzieci, co bardzo mi sie podoba. Trenerka moze kazdemu poswiecic sporo uwagi.


 (Cala grupa ;p)

W kazdym razie, Bi po wyjsciu z basenu dopytywala dlaczego tak krotko, a kilkanascie minut ktore spedzilysmy w klubie zeby ochlonac, spedzila z nosem przy szybie (z widokiem na basen), dopytujac dlaczego te inne dzieci moga dalej plywac, a ona musiala wyjsc. Oczywiscie "te dzieci" mialy zajecia na pozniejsza godzine. ;) W niedziele zas dopytywala dlaczego "dzis" nie moze jechac na basen. Gdyby mogla, jezdzilaby najwyrazniej codziennie. ;)

Teraz wrazenia matki. Hmmm... Matka jest narzekalska, wiec znalazla sobie powod do marudzenia. Zalamal mnie stan calego budynku. Zwie sie on szumnie "klubem fitnesu", chociaz tak naprawde sklada sie z basenu (oraz jacuzzi), kortow tenisowych oraz malutkiej silowni z kilkoma rowerkami oraz biezniami. Co ciekawe, jest tam tez przedszkole, a latem organizowane sa polkolonie sportowe. W kazdym razie, miejsce to czasy swietnosci ma dawno za soba, a ostatni remont datowany jest zapewne na 15 lat temu. Jak nie wczesniej. ;) Wydaje sie czysto, nie powiem, ale wszedzie widac slady intensywnego zuzycia. Czegos innego spodziewalam sie po naszym miasteczku, ktore jest jednym z porzadniejszych (i drozszych) w naszym Stanie...
Tak to bywa jak sie zapisuje dziecko w ciemno, bazujac na zdjeciach w internecie. ;)
Druga sprawa, ktora mnie zaskoczyla, byli instruktorzy. Wszyscy podobno maja kurs ratownikow, itd., ale kurcze, srednia wieku wsrod nich to jakies 18 lat. Staro sie poczulam... ;) To jednak tylko moje osobiste uprzedzenia, nie pozwalajace z czystym sumieniem powierzyc moich dzieci w rece kogos, kto ma mniej niz 30 lat. A moze to juz zazdrosc, ze oni wszyscy mlodzi, zgrabni, jedrni, a ja...? :D

Tyle o plywaniu. ;)

Jak pisalam ostatnio, marzyl mi sie wypad na narty w ten weekend. Czuje wewnetrzna presje, ze to juz ostatni dzwonek, lada moment wszystkie stoki w poblizu beda zamykac i tyle z szusowania! A ja i M. jezdzilismy tak naprawde tylko trzy razy, bo za pierwszym oddalismy Potworki do szkolki, a sami obserwowalismy... (Pomijam dyplomatycznie fakt, ze slimaczenie sie za Potworkami "plugiem", trudno w ogole nazwac jazda :D)

Niestety, pogoda w tym roku popada w skrajnosci. Jak decyduje sie na wiosne, to zahacza o lato. Jak zsyla zime, to konkretna. W sobote, nie dosc, ze temperatura oscylowala wokol -5 stopni, to wicher glowy urywal i przenikal na wskros, nawet przez puchowe kurtki. Ja nadal doleczam sie z przeziebienia, a poza tym wyobrazilismy sobie jeki Potworkow, tym razem, ze im zimno i wieje w buzie. Stwierdzilismy, ze lepiej pogrzac dupki w domu, a na narty wybrac sie w niedziele po kosciele. Ja, jak to ja, ponuro stwierdzilam, ze w niedziele na bank ktores z nas sie pochoruje i gdybym wiedziala, ugryzlabym sie w jezor, zamiast krakac! :)
W niedziele bowiem, wrocilismy z kosciola, zaczelismy pomalutku przygotowywac sie do nart, a moja uwage przykulo zachowanie Mlodszego Potworka. Dziecko, ktore najchetniej gania po domu w bieliznie, skacze po sofie i nawija bez przerwy, teraz polozylo sie na kanapie, przykrylo kocem i ogladalo bajki. Niemal bez slowa. Oho, cos jest na rzeczy... ;) Czolo cieplawe, chociaz bez tragedii, ale termometr bezlitosny - 38.1. :(

No i tyle mielismy z nart... :( Kolejny dowod, ze z dziecmi lepiej nie robic zadnych planow, zadnych! Najpierw wpadlam na pomysl, zeby jechac z sama Bi, ktora podniosla placz, ze ona chce na narty. Niestety, jednoczesnie larum podniosl Nik, ze on chce zostac z mama, wrrr... Zaproponowalam malzonkowi, zeby w takim razie on jechal z Bi, ale oczywiscie nie chcialo mu sie. :/ Nie powiem, ze przyjelam to spokojnie. Wrecz przeciwnie, bylam wsciekla jak osa! W koncu, zeby troche rozladowac napieta atmosfere, pojechalam na zakupy. Potworki ostatnio rwa na kolanach jedna pare portek za druga. Nik w dodatku sie wyciagnal i nagle kilka par ma nad kostke, co wyglada tylez komicznie, co tragicznie za razem. ;) Niestety, z zakupow wrocilam podwojnie rozczarowana, bowiem wszedzie powchodzily juz kolekcje wiosenno - letnie i dostanie dlugich spodni graniczy z cudem. Wszystko przebrane, brakujace rozmiary, itd. :/

A z Kokusiem w koncu dzis (wtorek) wyladowalismy u lekarza... Symptomy mial w sumie lagodne i niejednoznaczne, ale ze zebralo ich sie kilka naraz, wolalam je skonsultowac. I dobrze, bo (wbrew ponurym przewidywaniom malzonka, ktoremu nie chcialo sie fatygowac do przychodni) tym razem nie uslyszelismy diagnozy - "wirus, powinno przejsc samo".
Dawno o kupie nie bylo, wiec teraz od kupy zaczne. ;) Bo tak sie zreszta wszystko zaczelo. Od zeszlego czwartku, Mlodszy ma rozwolnienie. Nie jakies straszne, ale jednak. W niedziele lekka goraczka. W poniedzielek rano bez goraczki, ale wieczorem 37.7. Nik brzmial jakby mial lekko przytkany nos, stracil apetyt... A we wtorek rano, dostalam telefon od M., ze Mlodszy dorobil sie wysypki. Przerazilam sie nie na zarty, bo to juz troche za duzo na jeden raz!!!
Po wizycie u pediatry, okazalo sie, ze Kokus zafundowal sobie strep throat. Nie wiem jak to przetlumaczyc z angielskiego na nasz, ale jest to infekcja gardla wywolana przez bakterie streptococcus, czyli pospolitego paciorkowca. ;) Okazuje sie, ze ten rodzaj paciorkowca, mimo ze glownie powoduje okropny bol gardla (chociaz na to Kokus sie akurat za bardzo nie skarzyl), moze wywolac tez biegunke i wysypke. Nik ma po prostu wszystkie mozliwe objawy, pelna palete. ;) Witamy wiec kolejny antybiotyk tej (jeszcze) zimy...

A ja zastanawiam sie czy nie pojechac do lekarza ze soba. Moje przeziebienie pomalu jakby puszczalo, ale nie dosc, ze ciagnie sie juz tydzien, to jeszcze mam przy nim dosc nietypowy bol gardla. Nie swedzenie, nie drapanie, ale od czasu do czasu uczucie, jakbym probowala polknac kaktusa. ;) Okropny bol, az sie wzdrygam. Kiedy przydarzyl mi sie pierwszy raz, M. myslal, ze sie czyms zadlawilam... :D Obawiam sie, ze moglam sie zarazic od syna. Albo on ode mnie, bo w sumie ja zaczelam...

Jak wiec widzicie, sezon chorobowy w Potworkowie trwa i ma sie dobrze. ;) Ale, zeby nie konczyc samym narzekaniem, to sie pochwale otrzymana dzisiaj przesylka. I to niespodziewana, bo status na Amazonie nadal uparcie twierdzi, ze firma wysylkowa (czyt. Poczta Polska) dostala zawiadomienie o planowanej przesylce, ale nadal na nia czeka! :D

(Niespodziewanka w skrzynce :D)

piątek, 3 marca 2017

Ferie sie skonczyly, zaczal sie marzec...

Nie do wiary... Marzec juz... Niby prawie wiosna, a wlasnie zaliczamy powrot zimy. Przynajmniej temperaturowo, bo sniegu nie zapowiadaja. Za to jutro slupek rteci nie ma sie podniesc powyzej -5 stopni (w dzien!). Brrr... ;)

Wrocmy jednak na moment do koncowki ferii. Niespodziewanie okazala sie ona calkiem towarzyska. W piatek wpadla kolezanka z blizniakami o rok starszymi od Bi. Umawialysmy sie od srody i stracilam juz nadzieje, ze uda jej sie przyjechac, ale jednak! Szkoda, ze tylko na dwie godziny, bo dzieciaki pieknie sie bawily (czyt. roznosily chalupe w drzazgi), a my nie moglysmy sie nagadac. Kiedy wyjezdzali, jej chlopaki jeczeli, ze nie chca do domu, a Potworki dopytywaly sie, kiedy znow przyjada. Mam nadzieje, ze niedlugo, chociaz z R. jestesmy obie zalatanymi, pracujacymi matkami i mimo najlepszych checi, widujemy sie srednio 4 razy do roku. A mieszkamy 20 min. od siebie. Wiem, tragedia...

W sobote przyjechala bez zapowiedzi ciotka M., czym oczywiscie mnie wkurzyla, bo nie dosc, ze chalupa nieodkurzona, a zlew pelen garow (a ona to pedantka przez wielkie P!), to jeszcze akurat siadlam do pracy, za ktora w koncu wzielam sie w piatek i w sobote mialam zamiar skonczyc... No coz, prokrastynacja to moje drugie imie i to w sumie nie wina ciotki, ze musialam sie z tym uporac do poniedzialku (zeby wykazac w robocie, ze rzeczywiscie cos zrobilam, hehe), ale czy tak trudno przedzwonic i uprzedzic o wizycie? Naprawde...

Ferie zas zakonczylismy przyjeciem urodzinowym blizniakow z klasy Nika, na ktore to zabralam syna...

 (Jesli zdjecie wydaje sie Wam znajome - tak, rodzice z klasy Nika lubia rutyne i wszyscy urzadzaja przyjecia w tej samej sali zabaw :D)


...oraz cotygodniowa, obowiazkowa wizyta dziadka. Na nude, przez te ostatnie kilka dni, nie narzekalismy, czego sie wczesniej obawialam. :)


Poza tym korzystalismy z najdziwniejszej pogody jaka kiedykolwiek mialam okazje doswiadczyc. W czwartek, slupek rteci poszybowal do 17 stopni. Po powrocie z pracy M., zabralismy Potworki na plac zabaw. Zbieralo sie juz na wieczor i zaczelo ochladzac, wiec ubralam dzieciom kamizelki, ale okolicznosci przyrody (doslownie!) mnie powalily:



Tak to wygladalo. Dzieciaki ubrane jak na srodek wiosny, a na peryferiach placu, snieg lezal nadal calkiem gruba warstwa. W tle mozecie podziwiac gorke, z ktorej Potworki zjezdzaly jeszcze trzy dni wczesniej. ;) Nik oczywiscie olal plac zabaw i uparcie wracal w miejsce ze sniegiem, grzebiac w nim butami, ktore absolutnie nie sa przystosowane na snieg. W koncu Bi wdepnela w kaluze (jedna, jedyna na placu i to niezbyt duza!) i trzeba bylo sie zbierac (Potworki w ryk!)...

Piatek jednak przebil wszystko! Mielismy 22 stopnie! To juz nie wiosna, to lato! Na poczatku, podejrzliwie porownujac date w kalendarzu z termometrem, ubralam zarowno sobie, jak i dzieciom bluzy.

(Mount Everest naszego ogrodu)


Juz po chwili jednak, bluzy wyladowaly w domu.  Jak mnie jest goraco, to znaczy, ze inni sie doslownie gotuja... ;)

(Krotkie rekawki w lutym...)

Kalosze ubralam Potworkom ze wzgledu na odsloniete spod sniegu, psie "miny" (latwiej je splukac niz adidasy), ale okazalo sie, ze mialam nosa. Bi i Nik wlezli w ostatnia kupe sniegu, ktora pozostala w ogrodzie. Kopali, robili babki, slowem, bawili sie tak, jak nie bawili sie w piaskownicy od dwoch lat. Tyle, ze zamiast piachu, mieli snieg. ;)

A w sobote pozegnalismy oficjalnie choinke:

(zegnalismy ja goraco i zarliwie! :D)

Poza tym, spora czesc zeszlego tygodnia, spedzilam przegladajac i rezerwujac kempingi. W ten sposob, mamy je juz zaklepane wszystkie, ta-da! ;) W sumie, miedzy koncowka maja, a pierwszym weekendem wrzesnia, zabieramy przyczepke w trase 7 razy. Z tego dwa to beda tylko krotkie, weekendowe wypady. Reszta, to juz wyjazdy na 3-4 dni. Trzy razy wyjezdzamy w gorzyste tereny Stanu Nowy Jork, raz nad nasza lokalna "zatoczke", a trzy nad otwarty ocean. Szkoda tylko, ze wylacznie na pierwszy wypad jedziemy z grupa znajomych. Reszta, to beda juz samotne wyprawy... Ale coz, do takich jestesmy przyzwyczajeni i generalnie dobrze sie bawimy w swoim towarzystwie, wiec nie ma co narzekac. ;)

Powrot do pracy przyszedl lagodnie. Po tygodniu w domu, wlasciwie juz mialam ochote wrocic. Dodatkowo, idealnie na powrot trafil sie lagodny, powolny tydzien, szefa dwa dni nie bylo, a w jeden wyszedl wczesniej, wiec moglam sie na spokojnie od nowa wdrozyc. :)

W pracy wiec wzgledny spokoj, za to miniony tydzien ogolnie byl troche zalatany. Na szczescie nie kazdego dnia. Najgorsza byla sroda. Po pracy wpadlam tylko do domu, przepakowalam torebke i popedzilismy do kosciola na nabozenstwo popielcowe. Z tego ostatniego zas, pognalam (doslownie bo msza skonczyla sie na ostatnia chwile) do podstawowki, na spotkanie zapoznawcze dla dzieci idacych do zerowki.
Nie pamietam czy pisalam, ale pierwsze odbylo sie na samiutkim poczatku lutego, akurat kiedy Potworki mialy grype, wiec nas ominelo. Otrzymalam nawet telefon z sekretariatu, zeby przypomniec mi o tych spotkaniach! :O Tym razem nie bylo wiec wymowek. Na szczescie zostalo juz tylko jedno, w kwietniu. Dla dzieci sa one przydatne, bowiem sa one rozdzielane na grupy i ida z nauczycielkami na zajecia do klas. Maja wiec szanse poznac zarowno wychowawczynie, jak i klasy zerowkowe. Dla nowych rodzicow moga tez byc przydatne, bowiem opisuja program oraz funkcjonowanie szkoly. Natomiast ja sie wynudzilam za wszystkie czasy. Najwyrazniej co roku wykorzystywane sa te same materialy, bo prezentacja, ktorej wysluchalam nie roznila sie niczym od tej, ktora obejrzalam rok temu, przy okazji wdrazania w zerowke Bi. :D
Biedny Nik czul sie troche zdezorientowany i pytal mnie potem z niepokojem, czy jak wstanie rano nastepnego dnia, bedzie musial isc do zerowki. Biedactwo... ;) Uspokoilam, ze wraca narazie do swojego starego, dobrego przedszkola.

W czwartek dla odmiany, musialam wziac pol dnia wolnego, zeby uczestniczyc w kolejnym spotkaniu dzieci z rodzicami, w klasie Bi. Tu zwizualizujcie sobie, prosze, przewrot oczami. :) Tym razem, spotkanie bylo z okazji urodzin Dr. Seuss'a. Dla niezorientowanych, ow Dr. Seuss jest autorem kilku rymowanych ksiazek dla najmlodszych. Nie wiem czy w Polsce sa znane. Ja ogolnie ich nie lubie, bo sa takimi lamancami jezykowymi, nazwy sa bez sensu, byle brzmialy smiesznie i sie rymowaly. Potworki zreszta tez nie lubia. ;) Tutaj to jednak wielki klasyk i nie znac Dr. Seuss'a to obciach. ;)
Z tej okazji, dzieci tworzyly kapelusze najbardziej znanej postaci spod piora Dr. Seuss'a - Kota w Kapeluszu. Klasyczny kapelusz a'la "Cat in the Hat" jest w bialo-czerwone paski:


 Wychowawczyni zostawila jednak dzieciom dowolnosc. Ten wykonany przez Bi, prezentowal sie tak:

(Kwiatki oraz motylki, jakby inaczej ;P)

Jesli juz jestem przy szkole,  to pokaze Wam mala probke pisaniny Bi. Przypomne, ze dzieci ucza sie tu na poczatku pisac fonetycznie, a w angielskim to nie taka prosta sprawa. Wiekszosc tekstow Bi to glownie nonsens, gdzie czasem po pierwszej literce mozna sie domyslic co autor mial na mysli. ;) Czasem trafia sie jednak perelki, jak ta laurka:


Z kolejnych rzeczy wartych zanotowania, a przy okazji potworkowych "pierwszych razow", zapisalam Bi na lekcje plywania! Juz od jakiegos czasu nosilam sie z zamiarem zapisania jej na jakies zajecia, nie moglam tylko zdecydowac na co. Rok temu, kiedy Bi szalala za konmi, myslalam o jezdzie konnej. Potem jednak Starsza o koniach zapomniala, wiec machnelam na ten pomysl reka. Chodzila mi tez po glowie gimnastyka artystyczna, ktora jest tu dosc popularna. I chyba ze wzgledu na ta popularnosc, jakos nie moglam sie zdecydowac. Poza tym, Bi jakos mi do gimnastyczki nie pasuje. Nie jest ani drobna, ani lekka, ani tez szczegolnie gietka. Bardziej pasowalaby juz do pilki noznej, ktora wsrod dziewczynek (!) jest tutaj rowniez bardzo popularna, ale tu z kolei wlacza mi sie niechec do tego sportu, nabyta w czasie dorastania z tata - pilkarzem. ;)

W kazdym razie, stanelo na plywaniu, ktore chodzilo mi po glowie juz od zeszlego lata. Bi nie chciala juz tak naprawde bawic sie w brodziku dla maluchow. Prosila, zeby brac ja do duzego basenu, ale tam z kolei czesto musiala stac przy samej sciance, zeby dotykac dna. Bez znajomosci plywania, trzymala sie kurczowo mnie albo M. i bala nawet porzadnie machnac rekami, zeby przeplynac choc krok. Widac bylo, ze bardzo chce, ale sie boi, a ja nie umialam nia pokierowac, choc probowalam. M., nieoceniony przy nauce jazdy na nartach, w ogole odpada, bo za woda generalnie nie przepada. ;) A jak moze pamietacie, na publicznych basenach, nie pozwalaja tutaj dzieciom uzywac ani plywaczkow, ani dmuchanych kol. Idiotyzm! Oddaje wiec Bi pod skrzydla profesjonalistow. Mam nadzieje, ze do wakacji nauczy sie przeplynac choc kawalek i bedzie mogla w pelni skorzystac z basenow. A przy okazji, plywanie to swietny trening calego ciala. Dobrze jej zrobi.
Pierwsza lekcja w sobote rano. Napewno zdam relacje. :)

A na koniec, bardzo, bardzo chcialabym pojechac jutro na narty! Tymczasem zlapalo mnie jakies parszywe przeziebienie i nie odpuszcza! :( Gdyby bylo w miare cieplo, olalabym smarki oraz kaszel, pojechala i juz! Ale mamy miec -6 stopni! :O Boje sie, ze na nartach, nawet cieplo ubrana, zalatwilabym sobie zapalenie oskrzeli. Dodatkowo, Bi moze byc zmeczona po basenie (moje dziecko zmeczone?! O czym ja w ogole pisze?!) Narty stoja wiec pod znakiem zapytania, a szkoda bo to moze byc ostatnia szansa. :(

czwartek, 23 lutego 2017

Weekend bialy (na sile) oraz leniuchowanie

Zupelnie ignorujac prognozy usilujace wmowic nam, ze mamy juz wiosne, ferie rozpoczelismy jak przystalo na przerwe zimowa: w sobote nartami, w niedziele sankami. Okazuje sie jednak, ze czasem warto przypatrzec sie pogodzie, szczegolnie kiedy ta zdaje sie zlosliwie chichotac i ignorowac pore roku... ;)







Nie dajcie sie zwiesc tym czarujacym usmiechom. Zdjecia zrobilam na samym poczatku wypadu. Potem bylo systematycznie coraz gorzej. Prognozy zapowiadaly 8 stopni na plusie, co juz wydalo nam sie duzo na narty, ale ze w tym roku zime mamy praktycznie zadna uznalismy, ze nie ma co grymasic, tylko brac co daja. Stwierdzilam, ze ubierzemy sie tak lekko jak sie da (wiadomo, ocieplane spodnie oraz kurtki na wypadek upadkow musza byc, tak samo jak kaski), a na stoku i tak bedzie chlodniej bo ciagnie tam od sniegu oraz lodu, dodac do tego wiaterek i damy rade.

I tu wlasnie, pogoda wywinela nam psikusa, bo nie dosc, ze swiecilo piekne slonce, to z +8 stopni, zrobilo sie +13. Jak poprzednim razem nie mozna bylo Potworkow sciagnac ze stoku po niemal 4 godzinach, tak teraz juz po dwoch, sami zaczeli jeczec, ze im goraco, ze sa zmeczeni i chca do domu. Takie buty... Nie pomoglo rozpiecie kurtek ani zdjecie czapek spod kaskow. W dodatku Kokus sie zbiesil i uparl, ze bedzie jezdzil "winda" (czyt. wyciagiem) tylko z mama. Niestety, Mlodego (obciazonego butami oraz nartami) trzeba podsadzic, na co matka, koordynujaca wlasne narty oraz kije, zwyczajnie nie ma sily. Oglaszala wiec veto, a syn reagowal rykiem. Wjezdzal wyciagiem z M., nie mial wyjscia, ale cala droge wyjac... W ogole, Nik zrobil sie ostatnio mocno "mamusiowy", ale to temat na kiedy indziej.

W kazdym razie, to byl bez dwoch zdan, najgorszy wypad na narty w tym roku, co nie rokuje za dobrze, zwazywszy, ze byl to dopiero trzeci. ;) Na sile dociagnelismy do niemal trzech godzin, po czym skapitulowalismy. W sumie sami bylismy juz upoceni i zrezygnowani marudzeniem potomstwa... Jesli nie zaliczymy jeszcze w tym roku gwaltownego spadku temperatur (a nic takiego nie zapowiadaja) to na narty trzeba bedzie sie wybrac gdzies na polnoc, cholercia...

W niedziele zas, postanowilismy, mimo rzucajacej klody pod nogi pogody, skorzystac z ostatkow sniegu i zabrac Potworki na sanki, na porzadna gorke. Nauczona dniem poprzednim, poszlam po rozum do glowy i nalozylam Potworkom kurtki wiosenne. Zabralam lekkie czapeczki, ktore jednak okazaly sie zbedne. Polowa gorki tonela w sloncu, snieg topnial i znow bylo niemal goraco. Za to Potworki tym razem bawily sie wybornie. Jakies, zapewne starsze, dzieci, skonstruowaly na gorce mala "skocznie" i wszystkie dzieciaki oczywiscie nakierowywaly swoje poddupniki wlasnie na nia. Rowniez nasze, ktore byly zdecydowanie najmlodszymi na gorce. ;)

(Bi udalo mi sie uchwycic "w locie", chociaz slabo to widac)

(Kokus wlasnie wyladowal :D)

Jakis obcy tatus, patrzac na Nika, zjezdzajacego z zawrotna predkoscia (zdecydowanie, choc przypadkiem, kupilam dzieciom poddupniki "wyscigowe"!) wraz z wyskokiem oraz trzykrotnym obrotem wokol wlasnej osi, skomentowal, ze to dziecko nie zna strachu. Coz, ja - matka tego dziecka, momentami az wzdrygalam sie i zamykalam oczy. ;)
Minely dwie godziny, Potworki doslownie ociekaly woda bo wszystko topnialo, ale nie mieli zamiaru konczyc zabawy! Wreszcie, prawie sila zaciagnelismy ich do auta, Nika tupiacego nogami i oglaszajacego wszem i wobec, ze nie idzie, nie lubi nas i nie bedzie jadl obiadu (to ostatnie dla dopieczenia rodzicom, bo obiad byl wczesniej...). :D

Zacheceni radoscia potomstwa oraz dluzszymi dniami, w poniedzialek po poludniu, kiedy M. wrocil z pracy, zabralismy Potworki na gorke jeszcze raz. Blad! Nie wzielam pod uwage roznicy temperatur pomiedzy poludniem, a godzina 16... Gorka, tonaca wiekszosc dnia w sloncu, po poludniu momentalnie pokryla sie warstwa lodu. Bi oraz Nik oczywiscie bawili sie przednio. Bylo strasznie slisko, a to w polaczeniu z potworkowymi szybkimi "jabluszkami" (nie wiem jak to nazywac, bo jabluszka to nie sa, ale tez nie klasyczne sanki), zaowocowalo nieuchronnie wypadkiem. Nika obrocilo, nie utrzymal rownowagi, przewrocil sie i zaryl buzia o ostry lod. Efekt? Rozdrapany lewy policzek. :( Oczywiscie nie zatrzymalo to Mlodego. Poplakal z minutke, po czym znow ruszyl na gorke. Niestety, cala byla tak oblodzona, ze aby wdrapac sie na szczyt, trzeba bylo isc zupelnie bokiem, na obrzezu kolczastych zarosli. Kokus jest malutki, wiec wlasciwie szedl przez zarosla. ;) Do kompletu ze szrama na lewym policzku, dodal sobie wiec zadrapania na nosie, brodzie i w poprzek prawego policzka. Wyglada jakby wdal sie w bojke z dzikim kocurem. :D

Wobec powyzszego, we wtorek wyprawy na gorke juz nie ryzykowalam. Wypuscilam Potworki na podworko, a oni rzucili sie oczywiscie na jedyne miejsce z wieksza kupa sniegu. Niedosyt maja biedaki po takiej beznadziejnej zimie... :( Najpierw chwycili za lopaty.



Potem przytaszczylam im z piwnicy stare saneczki. I okazalo sie, ze kiedy ma sie lat 4 i niespelna 6, nawet przy domu mozna sie swietnie bawic. :)

(Tak, gorka o wysokosci raptem metra, tez sie nada :P)


A matka, krazaca po ogrodzie, odkryla pierwsze zapowiedzi wiosny. Na ktora zreszta wcale nie mam ochoty. Tak jak Potworki, mam niedosyt zimy. ;)

(Moze trudno rozpoznac takie malenstwa - to kielkujace narcyzy)


No i coz... Jestem w kropce, jesli chodzi o reszte tygodnia... Mialam jak zwykle ambitne plany na te ferie i jak zwykle na planach sie skonczylo. ;)

Rozwazalam zabranie Potworkow do muzeum dla dzieci w pobliskim miasteczku. Samodzielna wyprawe szybko sobie odpuscilam, bowiem nawiedzila mnie natychmiastowa wizja, jak rozbiegaja sie w dwoch roznych kierunkach. Dziekuje, postoje. Wyjscie z M. rowniez odpada, bowiem muzeum czynne jest do 16, a on zajezdza do domu o 15:30. :/

Potem wpadlam na pomysl, zeby zabrac Potworki do jedynego w naszym Stanie, krytego aquaparku. Coz... Kiedy weszlam na ich strone, okazalo sie ze go zlikwidowali... :/

Kolejny pomysl? Skoro mamy, jakby nie bylo, ferie zimowe (czemu pogoda przeczy kompletnie), pomyslalam, ze zabiore dzieciaki na lodowisko. Weszlam na ich strone, zeby sprawdzic godziny i rzucil mi sie w oczy czerwony druk, ze w tygodniu, podczas publicznej jazdy, nie udostepniaja podporek dla poczatkujacych lyzwiarzy. Nosz, ku*wa... Na lyzwach umiem pojezdzic na tyle, zeby samej nie wywinac orla. Trzymanie za reke nawet jednego dziecka, to juz dla mnie wyzwanie. Trzymanie dwojki odpada kompletnie... :(

Na tym etapie, poddalam sie... Mamy czwartek... Moze pojade z dziecmi do biblioteki, chociaz co to za atrakcja... Zostaja okoliczne place zabaw i nasze wlasne podworko. Problem w tym, ze mamy miec dzis 17 (SIEDEMNASCIE!!!) stopni. Gdzieniegdzie leza nadal polacie topniejacego sniegu, wszedzie jest grzasko i blotniscie. A przy takich temperaturach, plus resztkach sniegu, zupelnie niewiadomo jak sie ubrac... :/

Poza tym, nadal nie wykonalam nic z pracy, ktora wzielam do domu. Bi zas, nie zaczela nawet odrabiac pracy domowej (zaleglej z zeszlego tygodnia...). Wstyd. ;) Im mniej mam zajec, tym wiekszego lenia dostaje i motywacja spada do zera...

Z zupelnie innej beczki, M dowiedzial sie, ze od 6 marca wraca na druga zmiane... Znow zaczna sie samotne wieczory z ogarnianiem dwojki malych Potworow... Z drugiej strony, juz zacieram lapki, ze M., majac kilka godzin samotnosci, odkurzy, ugotuje obiad, pojedzie na zakupy... Huhuhu! :D A braki we wzajemnym towarzystwie, bedziemy nadrabiac w weekendy. ;)
Wlasnie, M. stwierdzil, ze musimy nacieszyc sie "lozkowo" na zapas przeed tym 6 marca. Hahahaha, dowcipnis! ;)
Nie bez (finansowego) znaczenia jest tez fakt, ze przy M. pracujacym na druga zmiane, mozliwe ze latem uda sie nam wymieniac opieka nad Potworkami i obejdziemy sie bez opiekunki ani polkolonii... Malzonek pojedzie do pracy troche pozniej, ja pojade troche wczesniej i jakos sie to polaczy. Ale oczywiscie to sa tylko plany, bo tu potrzeba jeszcze zgody szefostwa. :)

Z innych wiesci, cale srodowe popoludnie oraz wieczor, poswiecilam na wyszukanie kolejnego kempingu na 4-dniowy weekend z poczatku lipca. Kierunek obralismy na polnoc Stanu Nowy Jork. Dla przecietnego czleka spoza Stanow, Nowy Jork to tylko miasto, ale to jest naprawde ogromny Stan, z pieknymi, gorzystymi terenami. Minus to fakt, ze maja kilkaset pol kempingowych, wiec jest w czym wybierac! :O Okolice, w ktorych znalazlam w koncu kemping, nazywane sa "wielkim kanionem wschodu". Zdjecia robia wrazenie, zobaczymy czy rzeczywistosc nie zawiedzie. ;) Mielismy tez farta, bo na dlugi weekend, na tym kempingu zostaly juz tylko dwa miejsca! ;)

Poza tym rozgladam sie za innymi datami, w ktorych moglibysmy pojechac. Chcielibysmy jezdzic co 2-3 tygodnie, bo kolo domu tez trzeba cos porobic. Napewno musimy juz zarezerwowac wyjazd na polowe czerwca, miedzy jednym dlugim weekendem, a drugim (gdzie juz mamy kempingi zaklepane), bo to stosunkowo niedlugo i wkrotce moze byc problem z miejscami. Potem trzeba pomyslec o wrzesniowym 3-dniowym weekendzie, bo w takie dni pola kempingowe zapelniaja sie blyskawicznie. No i zostaje reszta lipca oraz sierpien. Musimy pomyslec ile razy chcemy po prostu pojechac na weekend, a ile wziac dodatkowy dzien wolny i wypuscic sie gdzies dalej.

Jak widzicie wiec, z jednej strony mam niedosyt zimy, a z drugiej juz planuje lato. ;)

Co jeszcze? Potworki momentami doprowadzaja mnie do szewskiej pasji. ;) W poniedzialek bawili sie razem tak zgodnie, ze w szoku bylam i ze wzruszenia niemal lze uronilam. ;) Najwyrazniej jednak, jeden dzien wystarczyl im na nacieszenie sie soba, bo juz od wtorku daja do wiwatu. Sobie nawzajem i mnie przy okazji.
Siedza na ten przyklad na narozniku. Oczywiscie po tej samej stronie. Bi rozprostowuje nogi. I zaczyna sie ryk! "Bo ona mnie kopie nogami!". "Bo on mi nie daje wyprostowac nog!". Starsza nie polozy nog lekko na ukos, zeby nie dotykac brata, a on nie przesunie sie o te 5 cm w bok! A druga czesc naroznika stoi sobie pusta... :/ Na moja sugestie, zeby jedno sie tam przenioslo, oboje reaguja gromkim "NIEEEE!!!". Mialam ochote wziac pas i zdzielic po rowno, jedno i drugie. ;)

Albo pytam co chca na sniadanie. Nik decyduje sie blyskawicznie, Bi oswiadcza, ze nie jest jeszcze glodna i powie mi jak bedzie chciala cos przegryzc. Ok. Robie sniadanie synowi i korzystajac z chwili spokoju (Nik je, Bi rysuje), zaparzam sobie kawe. Siadam w koncu z kubkiem aromatycznego napoju, odpalam lapka i... w tym momencie Bi oswiadcza, ze akurat teraz, ona umiera doslownie z glodu i musi cos zjesc, ale to natychmiast...
Udusic i tyle. ;)

To by bylo na tyle. Wolne dni leca tak predko, ze gubie sie w tym, ktory mamy. ;) Ani sie obejrze, a bedzie poniedzialek i powrot do brutalnej rzeczywistosci... A mimo lekkiej nudy i ciaglych klotni Potworkow, calkiem fajnie tak posiedziec, pospac do 8 i polazic w pizamie do 10. ;)

piątek, 17 lutego 2017

Bialy weekend i Wale(w)tynki :)

Tak jak w tytule. Zima zapomniala o nas na caly styczen, ale w lutym postanowila nadrobic choc troche zaleglosci. Przynajmniej na tydzien. Szkoda, ze nie nastepny, kiedy Potworki beda mialy ferie. Wtedy akurat mamy miec powrot wiosny, a jak... :/

W kazdym razie, po czwartkowej sniezycy, w piatek w nocy znow popadalo. Tym razem raptem 2 cm. Bez sensacji... Bo ta ostatnia przyszla w niedziele, kiedy od samego ranka sypalo az milo. W raptem kilka godzin nawalilo ze 30 cm. Potworki przeszczesliwe. ;) Niestety, po poludniu nadszedl cieplejszy front i zamienil snieg w marznacy deszcz. Za zimny, zeby stopic to biale dobro lezace naokolo, ale mimo wszystko zrobilo sie dosc paskudnie. ;)

I w taka pogode malzonek moj musial odsniezac. Po czym okazalo sie, ze nasza odsniezarka wyzionela ducha. A konkretnie to poszla jedna, jedyna srubka, ale przez to polowa "slimaka" nabierajacego snieg sie nie kreci, wiec odsniezarka jest bezuzyteczna. Srubka jest oczywiscie do wymiany, M. nawet zapasowa posiada, tylko co z tego, skoro polowa tej ulamanej, utknela sobie gdzies gleboko. Przy zapadajacym zmroku, spadajacej temperaturze oraz marznacym deszczu, M. nie chcialo sie rozkladac calego mechanizmu na czesci pierwsze. Wolal pomachac szufla. ;) Przy czym okazalo sie, ze jego nieprzemakalna kurtka stracila ta nieprzemakalnosc kompletnie. Malzonek wrocil przemoczony do skory i ten tego... Bylam pewna, ze go rozlozy jakies chorobsko, ale minelo 5 dni, a on zdrowy. Ech, tylko pozazdroscic takiej odpornosci... ;)

Malzonek jednak malzonkiem, ale radosc dzieci z tej dlugo wyczekiwanej zimy - bezcenna. Nie wybralismy sie na narty bowiem ja nadal nie odzyskalam pelni sil po przebytej grypie (ile to cholerstwo sie ciagnie, pozostawie bez komentarza...). Nawet na wieksza gorke nie chcialo mi sie Potworkow ciagnac, bo wiedzialam, ze koniec koncow to ja musialabym raz za razem taszczyc na szczyt ich "poddupniki". Na szczescie, w zupelnosci wystarczyla im goreczka usypana przez M. za pomoca dzialajacej jeszcze w czwartek odsniezarki. ;)

Tu, zdjecia jeszcze z soboty, kiedy temperatury byly mocno plusowe, ale snieg na szczescie sie trzymal.



Nalozenie Potworkom wiosennych czapek bylo jednak bledem. Po 10 minutach byly przemoczone, a ja pedzilam do domu po cieplejsze, bo dzieciaki sie w zabawie nie pitola i doslownie w sniegu tarzaja. ;)


A tu juz niedziela. Sypalo, ze swiata nie bylo widac, ale ja lubie wlasnie taka zime. Bardzo zaluje, ze w nastepnym tygodniu ma byc tak cieplo (na srode zapowiadaja 15 stopni!), ze wszystko stopnieje... :(


A we wtorek mielismy Walentynki... Moj maz jest osoba zupelnie nieromantyczna, o czym pisalam juz nie raz, wiec Walentynek nie obchodzimy. Zreszta, nawet jakbysmy mogli opylic komus dzieci, zupelnie nie mialabym ochoty pchac sie do restauracji w jeden z najbardziej obleganych wieczorow w roku. Dziekuje, powodow do irytacji mam wystarczajaco na codzien. ;)
Nawet wiekszosc znanych mi Amerykanow, na wzmianke o Walentynkach reaguje przewroceniem oczu oraz wzruszeniem ramion. Moze to jednak wynikac z tego, ze znakomita wiekszosc moich hamerykanckich znajomych, jest juz dobrze po 30stce i od dawna w stalych zwiazkach. Nie maja wiec wiekszego parcia na romantyzm. ;)

Ale za to tutejsze szkoly oraz przedszkola, bardzo sobie to swieto upodobaly. W zeszlym roku, olalam Walentynki zupelnie. To byl czas, kiedy ronilam moje niedoszle, trzecie dziecko, nie czulam sie ani szczesliwa, ani tym bardziej zakochana i kompletnie nie mialam do tego glowy... Ale zapamietalam, ze zrobilo mi sie glupio, kiedy Bi wrocila z przedszkola ze stosem walentynkowych kartek, naklejek oraz cukierkow, a ja uswiadomilam sobie, ze ona sama nie przyniosla kolegom nic.

W tym roku wiec, zakupilam upominki juz pod koniec stycznia, jak tylko wpadly mi one w oczy w supermarkecie. Poszlam w sumie na latwizne i kupilam kazdemu dziecku "gotowca", czyli mala paczuszke z mini kolorowanka, mini kredkami oraz naklejka. Niebieskie dla chlopcow, rozowe dla dziewczynek i juz. ;) A i tak, miedzy klasa Bi, a przedszkolem Nika (gdzie okazalo sie, ze obie grupy mialy swietowac razem), okazalo sie ze potrzebuje tych gotowcow... 46! :O Plus kartki dla pan nauczycielek...

A przed Walentynkami, trzeba bylo te drobiazgi podpisac. W poniedzialkowy wieczor, jadac autem do domu, plulam sobie w brode, bowiem planowalam przydusic do tego Potworki w weekend, ale mi sie zapomnialo...
Coz, trzeba bylo robic to na ostatnia chwile, a ja juz szykowalam sie na walke z Bi oraz Nikiem, ktorzy mogli miec zupelnie inne pomysly na mile spedzenie wieczora. Na szczescie, oboje podnieceni, ze dzieje sie cos innego niz codzien, z zapalem zabrali sie za podpisywanie. Bi dostala liste imion dzieci ze swojej klasy i poszlo jej bardzo sprawnie (jak juz znalazlam mazak, ktory pisal po blyszczacej, sliskiej folii ;P), za to Kokusiowi musialam pomoc, bo chociaz musial tylko podpisac sie swoim imieniem (panie prosily, zeby nie wpisywac imion adresatow zeby usprawnic proces dzielenia sie walentynkowymi upominkami) to jednak 28 walentynek dla dzieci, plus kilka dla nauczycielek, to troche duzo jak na 4-latka. Musze go jednak pochwalic, ze podpisywal sie w wiekszosci bez marudzenia. Szok, wiem! ;)

Z okazji Walentynek, w klasie Bi odbylo sie kolejne spotkanie dzieci z rodzicami.  Dzieciarnia mogla z tej okazji przyjsc do szkoly w pizamach, zeby poczuc sie bardziej przytulnie i domowo. ;)


(O, prosze, matka i jej "pizamowe" dziecko :D)

Tu zaznacze, ze pomysl ubrania do szkoly pizamy jest tutaj z jakiegos powodu bardzo popularny i praktykowany kilka razy do roku (Nik mial taki dzien w przedszkolu w grudniu, Bi miala tez 1 lutego ale z powodu grypy ja ominal), a mnie wydaje sie idiotyczny. Szczegolnie, ze rano mielismy 5 stopni na minusie... :/ Poza tym, dla mnie pizama to bardzo osobisty ciuch, niemal na rowni z bielizna i mysl o ubraniu jej w miejsce publiczne wydaje mi sie dosc, hmm... krepujaca. Ale coz, Bi z entuzjazmem podchwycila pomysl (i zdziwila, kiedy pod pizame kazalam jej ubrac majtki oraz podkoszulek :D), a okazalo sie, ze oprocz dwojki czy trojki "rebeliantow", reszta klasy rzeczywiscie stawila sie w pizamach oraz koszulach nocnych. ;)

W zalozeniu, rodzice mieli pograc z wlasnym dzieckiem w walentynkowe gry, poczytac ksiazeczki, itd. W praktyce, dzieciaki rzucily sie do wymiany walentynkowych kartek oraz drobiazgow, co zajelo im juz polowe z godziny przeznaczonej na czas z rodzicami. Pozniej rzeczywiscie wiekszosc dzieci rozsiadla sie z rodzicami na krzeslach oraz dywanie. Ale nie moja Bi. Ona byla bardziej zainteresowana przegladem swoich "walentynek" niz spedzeniem czasu z matka, ktora urwala sie z pracy specjalnie dla niej. :/ Ale na koniec, kiedy nauczycielka oglosila, ze pora pozegnac gosci, Bi rozplakala sie, zebym jeszcze nie jechala. I wez tu czlowieku, dogodz takiej... ;)

Powinnam byla zrobic zdjecie tego stosu walentynek, ktore Potworki przyniosly ze szkoly oraz przedszkola! Cala nasza wielka pufa zostala zawalona karteczkami, naklejkami, lizakami, zelkami i Bog wie czym jeszcze. :) A Bi oraz Nik, zupelnie jak nie moje egocentryczne Potworki, bardzo zgodnie sie tym wszystkim podzielili i powymieniali kiedy trafilo im sie cos, czego nie lubia. Szok #2! ;)

Wczorajszego wieczora zas, zabralam Potworki na zabawe dla dzieci, organizowana wraz z Polska Szkola przez moja dobra kolezanke. To juz chyba trzecia albo i czwarta taka zabawa, ale druga na ktorej bylismy. Poprzednim razem puszczona byla dlugometrazowa bajka, ale wiekszosc dzieci, znudzona, juz po pol godzinie biegala po sali i przeszkadzala innym. Tym razem organizatorki wpadly wiec na inny pomysl - puszczaly krotkie bajki (te z kolei byly raczej podroza sentymentalna dla rodzicow - "Bolek i Lolek", "Wilk i zajac", "Sasiedzi"), naprzemian z zumba dla dzieciakow i innymi grami ruchowymi. Sprawdzilo sie to znacznie lepiej, przynajmniej dla nieco starszych dzieci. I tak, Bi z zapalem dolaczyla do gier, ale Nik krazyl w kolko po sali. Nie chcial ani ogladac bajek, ani brac udzialu w zabawach. W koncu udalo mu sie dolaczyc do grupy lobuzow w jego wieku, ktorzy zajeci byli dzikim galopowaniem po sali, wlazeniem pod stoly, itd. Chlopaczyska i moj wsrod nich! :D Dopiero na sam koniec dolaczyl do tancow w koleczku.

(Przypomina mi to troche bale karnawalowe dla dzieci w Polsce, tylko bez przebran. Potworki stoja idealnie na wprost)

(Na koniec kazde dziecko dostalo po balonie. To dopiero byl szal! Czesc balonow nie przetrwala nawet pierwszych 5 minut! :D)

A tymczasem zabawa sie odbyla, Walentynki odeszly niemal w zapomnienie, za to w nastepnym tygodniu mamy dlugo wyczekane ferie zimowe (tutaj tylko tydzien)! Juz nie moge sie doczekac spania dluzszego niz do 6:50! Caly tydzien chodze jakas taka wymieta i zmaltretowana (to chyba polaczenie pogrypowego zmeczenia oraz okresu...) i odliczam tylko dni. ;) Oczywiscie mam nadzieje, ze szef zgodzi sie, zebym troche popracowala z domu i zaoszczedzila ze dwa dni urlopu, ale wiecie, praca z domu to nie to samo co siedziec 8 godzin w biurze. We wlasnej chalupie, moge pracowac nawet w pizamie! Toz to luksus! :)

Do napisania! Pewnie odezwe sie gdzies w przyszlym tygodniu i zdam sprawozdanie z naszego leniuchowania! ;)