czwartek, 20 kwietnia 2017

A Wielkanoc przeszla migusiem...

A jak miala zreszta przejsc, skoro tutaj to tylko jeden dzien... :(

Dziwnym jednak trafem, mimo ze nie przygotowywalam niemal nic, lodowka nadal jest pelna zarcia. Cuda, panie Dziejku. ;) Serio! Upieklam biala kielbase, ziemniaczki w czosnkowym maselku, zrobilam torcik nalesnikowy z wedzonym lososiem (pycha, swoja droga!) i upieklam sernik. Oraz rozmrozilam miche bigosu, lezakujacego w zamrazarniku od... Bozego Narodzenia. ;) M. ugotowal zupe, ale zamiast zurku zrobil pomidorowa, wiec na swiateczny stol nawet nie wyjechala. To wszystko. Do tego normalne, cotygodniowe zakupy i lodowka peka w szwach. Chyba trzeba zainwestowac w wieksza.
Tiaaa, jeszcze tej nie splacilismy... :/

Wbrew sytuacji w pracy, swiateczny dzien uplynal calkiem sympatycznie. Tak naprawde, otrzasnelam sie juz z poczatkowej rozpaczy. W czwartek i piatek dwa tygodnie temu, kiedy gruchnela wiadomosc, nie bylam nawet w stanie sie skupic. Czulam sie skolowana i rozzalona. Wtedy jednak oplakiwalam stara prace. Mimo, ze placili srednio, to jednak, poza regularnymi audytami, nie moglam sobie wymarzyc spokojniejszej posady. Szef zupelnie nie wtracal sie do mojej pracy. Miedzy kolega z biura oraz nasza asystentka, sami rozdzielalismy miedzy siebie zadania i wraz z "kierowniczkami" laboratorium, ustalalismy priorytety. Moglam wyjsc wczesniej kiedy chcialam, lub przyjsc pozniej. Bez problemu wziac wolne jesli ktores z Potworkow zachorowalo, co przy tutejszym braku porzadnej polityki prorodzinnej, wcale nie jest takie oczywiste... Po prostu, przy malych dzieciach taka praca to skarb i musialam oplakac swiadomosc, ze na takie warunki gdziekowiek indziej, bede musiala sobie od nowa zapracowac...

Dosc szybko jednak, stwierdzilam, ze trzeba isc naprzod. Az sama sobie sie dziwie, ze w tak krotkim czasie bylam gotowa zostawic za soba 11 lat zycia. Jest na to chyba jednak termin. Nazywa sie odpowiedzialnosc. Mam dwoje dzieci. Jestem odpowiedzialna za zapewnienie im odpowiedniego bytu. To dla nich potrzebuje stabilizacji i zaplecza finansowego. W tej chwili chodze do obecnej pracy bo nie moge sobie pozwolic na odejscie. Nadal mi placa, wiec staram sie byc choc troche produktywna, ale marnie mi to wychodzi. Po proostu, brak mi jakiejkolwiek motywacji. Brzydko mowiac, mam na ta firme wy**bane. Caly wysilek koncentruje na szukaniu nowej pracy. I najbardziej boje sie, ze wieki zajmie mi znalezienie czegos odpowiedniego... :(

Ale mialo byc o Swietach...

Z wiadomych powodow, atmosfery swiatecznej zupelnie w tym roku nie czulam... Dobrze, ze prezenty dla dzieci zamowilam/ kupilam duzo wczesniej. Sporo (jak na mnie) wczesniej, poszlam tez do spowiedzi. Chociaz to mialam wiec odhaczone... Dodatkowo, zeby choc troche oderwac mysli od pracy, tydzien przed Wielkanoca, zagonilam Potworki do sadzenia rzezuchy. "Zagonilam" to w sumie niewlasciwe slowo, bo oni sami az sie rwali do tego projektu. ;)


Reszta przygotowan lezala jednak odlogiem. Dopiero doslownie kilka dni przed Swietami, wyciagnelam kilka zajaczkow i ustawilam na szafkach. Stol w koncu przyozdobilam galazkami bazi z kolorowymi jajeczkami w Wielka Sobote...
Wzielam wolne w Wielki Piatek (bo moja firma normalnie tego dnia pracuje), zeby choc czesciowo uporac sie z przygotowaniami. I w koncu wyszorowalam tylko lazienke oraz upieklam sernik... Oraz spedzilam 20 minut w kolejce za wedlina w polskim sklepie. Normalnie jak za PRL...
A, no i jajca z Potworkami kolorowalismy. To znaczy, w tym roku moja rola ograniczyla sie do nalewania wody i pilnowania, zeby barwniki nie chlapaly na pol pokoju. ;) O tym, ze dzieciarnia miala frajde, niech zaswiadczy relacja fotograficzna:

(przed farbowaniem)

(jajca zanurzone...)

(...i gotowe!)

W sobote oczywiscie rano ze swieconka:

(Kokusiowy znak rozpoznawczy :D)

Nastepnie ostatnie zakupy, a potem rzucilam sie, choc niechetnie, w wir faktycznych przygotowan. W koncu, juz tradycyjnie, wszyscy zwalali sie do nas, trzeba wiec bylo posprzatac nieco dokladniej niz zwykle, no i pogotowac. Oraz pranie zrobic, bo uparlam sie, ze w niedziele nie chce juz robic NIC! Nawet kuchenke oraz zlew szorowalam o 23 wieczorem, bo wiedzialam, ze w wielkanocny poranek wstaniemy, popedzimy na msze, a potem wyglodniali jak wilki wpadniemy na sniadanie i nie bede miala czasu na sprzatanie. A ta kuchenka i ten zlew bedzie mnie przy kazdym spojrzeniu, draznic. Chyba tez z dziesiec razy, dziekowalam niebiosom za to, ze posiadam zmywarke. ;)
Na szczescie, po porannym chlodzie, pogoda zrobila sie naprawde piekna, wyrzucilam wiec malzonka z dzieciarnia na podworko, a sama zabralam sie za robote. :) Musze przyznac, ze nawet sprawnie mi to poszlo, chociaz paznokci juz nie pomalowalam. Moglam to zrobic gdzies okolo polnocy, ale spasowalam. Wolalam sie wyspac. ;)
W sobote wieczor, Potworki zrobily przy drzwiach "gniazdka" ze swoich szalikow, w ktorych Zajaczek mial zostawic prezenty. Ze swojej strony, planowalam pojsc pochowac dodatkowo w ogrodzie plastikowe jajeczka wypelnione slodyczami, naklejkami oraz innym dobrem, ale plany pokrzyzowal mi deszcz. Lunelo niewiadomo skad i odechcialo mi sie wedrowek po podworku.

W wielkanocny poranek, Potworki zerwaly sie zaraz po 6. ;) Przezylam jednak lekki szok, bo zamiast przyleciec do mnie i M. z wiescia, ze oto rozpoczynamy swietowanie, sami popedzili pod drzwi do swoich "gniazdek". Do sypialni, pod cieplutka koldre, dochodzily tylko radosne piski i podniecone okrzyki. Kiedy w koncu wstalam (myslac, ze beda potrzebowac pomocy w odpakowaniu prezentow) okazalo sie, ze Bi dorwala nozyczki i z grubsza poradzila sobie sama, rozpakowujac zarowno wlasny prezent, jak i brata. Ot, dorastaja Potwory. ;)

Pamietacie moze, ze Nik po Gwiazdce urzadzil ktoregos dnia placz, ze Mikolaj nie przyniosl mu kopary? Postanowilam naprawic blad Gwiazdora i koparke przyniosl Zajaczek (aka "Kloliczek", jak nazywa go Kokus).


Z Bi zas mialam zagwozdke. Minela faza na konie i Starsza aktualnie nie przezywa zadnej wiekszej fascynacji. Od czasu do czasu, gdzies w reklamie przewija sie jakas lalka i Bi wspomni, ze chcialaby ja dostac. I nawet o tym myslalam... tylko, ze ona nie bawi sie lalkami! Byl (bardzo) krotki okres, gdzie rzeczywiscie wyciagala domek dla lalek, wszystkie uzbierane Barbie oraz Barbio-podobne czupiradla oraz cala swoja "stadnine" i bawila sie w rodzine. Od dluzszego czasu jednak, domek stoi pusty, a lalki oraz koniki walaja sie po polkach nieuzywane. Postanowilam wiec postawic na cos, co Bi uwielbia, czyli prace plastyczne.


Padlo na zestaw koralikow, ktore mozna ukladac we wzorek, a po ulozeniu spryskac woda, co sprawia, ze po wyschniciu paciorki lacza sie ze soba. Fajna sprawa. Bi na poczatku wsciekala sie, bo nie mogla trafic koralikami w odpowiednie miejsca i musiala pomagac sobie paluchem. Szybko jednak nabrala wprawy i teraz trzaska jeden wzorek za drugim w takim tempie, ze za kilka dni bede musiala dokupic koralikow. ;)

Z prezentow od Zajaczka, Potworki byly wiec bardzo zadowolone, ale juz po chwili podniesli larum, ze chca isc do ogrodu szukac jajek. K%$@#a! Jak wspomnialam wyzej, w sobotni wieczor padalo i nie chcialo mi sie wylazic i chowac ich w taka pogode. Moglam oczywiscie nastawic budzik na 4 rano i zrobic to zanim wszyscy powstaja, ale ten tego... Mowy nie ma. ;) Szybko wiec wcisnelam Potworkom, ze Zajaczkowi nie chcialo sie w deszczu biegac po ogrodzie (jak sie przyjrzec, to byla szczera prawda :D). Poza tym spieszylismy sie do kosciola i Potworki jakos to przelknely. Kiedy wrocilismy, chcialam jeszcze zrobic szybka sesje swiateczna w ogrodzie. Akurat wtedy jednak, Nik musial przypomniec sobie o tych pierdzielonych jajkach! :/ A ja, zniecierpliwiona, tez zle to rozegralam i rzucilam tylko, ze w ogrodzie nie ma zadnych jajek. W rezultacie, Nik sie rozplakal, a moje "piekne", wspolne z dziecmi zdjecie, jest wrecz klasyczne:


Jedno dziecko mruzy oko, drugie jest cale zaryczane, a matka nie dosc, ze wlos ma rozwiany w bynajmniej-nie-artystycznym nieladzie, to jeszcze stoi dziwacznie rozkraczona, bo do nogi ma uczepionego, malego, ryczacego focha. ;)

Wkoncu jednak, po swiatecznym sniadaniu, kiedy dzieci zajete byly dziadkiem oraz rozpakowywaniem (i pozeraniem) kolejnych slodyczy, udalo mi sie wymknac z domu i pochowac rzeczone jaja. Jesli jednak myslalam, ze teraz juz wszyscy beda zadowoleni z zycia oraz dobrej zabawy, to sie pomylilam. Bi bowiem wystrzelila z domu niczym strzala, zbierajac po drodze wszystkie napotkane jajka. Po doslownie minucie, Nik wybuchnal wiec placzem, ze on zadnego nie znajduje. Zaczelam wiec pokazywac mu "A zajrzyj za tamten krzaczek! A spojrz pod zjezdzalnie!", itd. Tu z kolei rozplakala sie Bi, ze pomagam Kokusiowi, a jej nie! O, matkoicorkojaciepiernicze!!! :D

Suma summarum jednak, wyzbierali wszystkie jaja.

(i znow ten jezyk... :D)

A lupami zgodnie sie podzielili i to bez mojej ingerencji! Wiem, powtarzam sie, ale normalnie dorastaja! ;)



Jak mozecie zobaczyc na zdjeciach, pogoda na Wielkanoc trafila nam sie po prostu wymarzona. Bylo prawie 30 stopni! Dla organizmow nieprzyzwyczajonych do takich temperatur po zimie, bylo wrecz za goraco! Planowalismy zabrac Potworki na plac zabaw po obiedzie, ale wyobrazilismy sobie stanie w szczerym polu bez sladu cienia (bo drzewa nie maja jeszcze lisci) i odpuscilismy. Bylo na tyle goraco, ze okolo poludnia nawet dzieci chcialy schowac sie w domu. Skonczylo sie na tym, ze M. ucial sobie drzemke, Bi oraz Nik zasiedli przed bajka, a ja klikajac w laptopie stwierdzilam, ze zaluje, ze nie mam nic do roboty, bo zwyczajnie zaczelo mi sie nudzic! :D

Lany Poniedzialek to tutaj oczywiscie dzien jak codzien, ale nie zamierzam tak latwo odpuscic naszym polskim tradycjom. Bylo chodniej niz w niedziele, ale i tak okolo 20 stopni, wreczylam wiec Potworkom pistoleciki na wode i dalam wolna reke. Spryskali najpierw mnie (zdrajcy!), ale co tam. Podobno to na szczescie, a tego akurat mi potrzeba. ;) Potem rzucili sie na psa.


Na koniec, Bi metodycznie zlala woda cala siebie, od buzi, przez bluzke, az po legginsy. Szczegolna uwage poswiecila swoim czterem literom, tworzac tam ogromna, mokra plame. ;)


I tak minely nasze Swieta. Migusiem, jak w tytule i naprawde nie wiem dlaczego wyszedl mi tasiemiec. Dawno tez tylu zdjec nie zalaczylam! ;)

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Dno i dwa metry mulu...

Dlaczego nie pisze, nie odpowiadam i nie komentuje? Bo mam dola.

Dlaczego mam dola? Bo trace prace...

Tak, tak. Dobrze przeczytalyscie...

Firma, w ktorej pracuje, bedzie zlikwidowana. :( Pisalam juz, ze nam to grozi w pazdzierniku (tutaj), wtedy jednak wszystko szybko ucichlo. Odbylo sie kilka rozmow gdzie zarzad zapewnial, ze nie przewiduje kolejnych zwolnien, a na rezultaty reorganizacji zarzadu, trzeba bedzie poczekac ze dwa lata minimum. Pozornie sytuacja sie unormowala i praca toczyla sie jak zawsze. Wszyscy odetchneli z ulga.

Tymczasem w poprzedni czwartek, doslownie kilka godzin po tym jak wrzucilam posta z codziennymi bzdurkami, glowny manager wezwal wszystkich i oznajmil, ze glowna siedziba "stracila cierpliwosc" (cokolwiek to ma znaczyc) i postanowila nas po prostu zamknac. Po pol roku!!!

Czuje sie jak ostatnia idiotka, ze nie zaczelam szukac nowej pracy juz w pazdzierniku! Bylabym o 6 miesiecy do przodu, a kto wie, moze i mialabym juz swieza posade! Ale zaufalam szefostwu, ktore zapewnialo, ze mamy czas, ze firma napewno ruszy, ze wszysko nadal jest ladnie - pieknie. No i mam za swoje... :(

W srode odwiedzili nas reprezentanci glownej siedziby, ktorzy teoretycznie mieli odpowiedziec nam na nurtujace nas pytania. To spotkanie to byla jednak jakas cholerna komedia! Dowiedzielismy sie, ze nasza firma nie pasuje do ich ogolnego planu biznesu. Ze przez ostatnie 6 lat usilowali nas jakos wpasowac, ale to bylo jak wkrecanie kwadratowej glowicy w okragly otwor (takiego porownania uzyli). Jedna z dziewczyn slusznie wytknela, ze nasze projekty sa takiego samego typu jak te, ktore wykonywalismy od zalozenia firmy. Wiedzieli czym sie zajmuje nasze laboratorium, po co wiec nas kupowali?! Wtedy im to pasowalo, chcieli kupic wlasnie takie laboratorium, z takimi projektami i z taka baza klientow. Co sie wiec zmienilo?! Na to nikt nie mial odpowiedzi. Odwidzialo im sie i tyle!

A teraz umywaja rece od jakiegokolwiek zabezpieczenia swoich, badz co badz, pracownikow... Przyjechali, zeby nam radosnie oznajmic, ze nasz glowny manager zaproponowal, ze jest chetny na odkupienie od nich tego laboratorium. Serio, na poczatku przemowy, cala trojka reprezentantow miala usmiechy na ustach i usilowala nam wmowic, ze powinnismy byc podekscytowani, tak jak oni!

No kuzwa!

Pewnie, ze oni sie ciesza! Jesli transakcja dojdzie do skutku, beda mogli umyc elegancko raczki i zostawic odpowiedzialnosc za reszte w rekach Pana M.! Dopiero kilka ostrzejszych komentarzy oraz trudnych pytan, na ktore wyraznie nie mieli ochoty odpowiadac, postawilo ich do pionu. Wiecej sie juz nie usmiechali. I dobrze. Mam nadzieje, ze choc troche im w piety poszlo...

Gdyby los zwyklego, szarego pracownika choc troche ich obchodzil, zaproponowaliby, ze jesli ktores z nas mialoby ochote przeniesc sie do Stanu Michigan, mamy zagwarantowane zatrudnienie w glownej siedzibie. Laboratorium to laboratorium, moze typ projektow troche sie rozni, ale schemat pracy jest ten sam. Dodatkowo, wiele firm pokrywa w takiej sytuacji koszty przeprowadzki. Podejrzewam, ze zaden z naszych pracownikow nie poszedlby na to, ale uwazam, ze choc tyle sa nam winni. I nawet nieszczery, ale bylby to mily gest z ich strony. Taka propozycja jednak nie padla. Zamiast tego bylo, rzucone od niechcenia, ze na ich stronie internetowej znajdziemy liste otwartych etatow. Jesli mamy ochote, mozemy zlozyc podanie. Oczywiscie gwarancji, ze zostaniemy przyjeci, nie daja.

Dodatkowo, nie uslyszelismy ani slowa przepraszam, ani wytlumaczenia, ani pocaluj mnie w doope. Mimo, ze nie dosc iz zamykaja nas, kiedy obiecali dac nam dwa lata, to jeszcze, wiem z kilku zrodel, ze przez ostatnie 6 lat, to oni posrednio przyczynili sie do tego, ze firma nie rozwijala sie i nie przynosila takich dochodow, na jakie liczyli! Sprawa jest skomplikowana i nie chce wdawac sie w szczegoly, ale serio, informuja nas, ze wina za zaistniala sytuacje nie lezy w zadnym z nas ani w tym, jak wykonujemy nasza prace, ale nie wydusza z siebie nawet glupiego, ze im przykro?!

Zamiast tego, bezczelnie podkreslali, ze kupno laboratorium przez naszego managera, lezy w naszym najlepszym interesie i powinnismy go ze wszystkich sil wspierac!

A guzik!

Napisze Wam, jakie czekaja mnie perspektywy w obecnym miejscu.

Jesli firme zamkna, dostane jakas tam wyprawke pieniezna. Nie wiem nawet ile, bowiem oni sa wyraznie nastawieni na sprzedaz i nawet nie chcieli powiedziec (zaslaniajac sie niewiedza) jakie maja w tym zakresie przepisy. Jak na ironie, ta wersja wydarzen jest ta korzystniejsza. Pobieralabym swiadczenia, najpierw z wyprawki, potem z bezrobocia, a w tym czasie szukala nowej pracy. Oczywiscie strace ubezpieczenie zdrowotne, ale tu akurat moge po prostu przejsc na konto meza. Jedynym co mnie martwi przy tej opcji, to to, ze pracodawcy niechetnie patrza na luki w zatrudnieniu. Na CV lepiej wyglada ciaglosc pracy.

Druga opcja jest kupno laboratorium przez Pana M.
I tutaj wielka niewiadoma. Teoretycznie, moze on zwolnic 3/4 ludzi juz pierwszego dnia "rzadow". Albo przedstawic umowe o prace z cala lista zupelnie nowych obowiazkow. Podczas srodowego spotkania, powiedzial jasno, ze nie moze zagwarantowac, ze utrzyma pensje, ktore otrzymujemy teraz. Trzeba sie wiec liczyc z cieciem, a pisalam wielokrotnie, ze juz teraz zarabiam ponizej swoich kwalifikacji. Nie wiadomo tez, jak dlugo nowa firma utrzyma sie na rynku. Jesli bedzie sobie kiepsko radzic, Pan M. moze systematycznie zwalniac "niepotrzebnych" pracownikow. Osobiscie nigdy sie z nim za bardzo nie lubilam, wiec spodziewam sie, ze bylabym pierwsza "na wylocie". Poza tym, bedzie to powrot do malutkiej, rozwijajacej sie firmy, a wiec zero ubezpieczenia czy skladek emerytalnych. Ubezpieczenie zdrowotne, jak pisalam wyzej, moge wziac z firmy malzonka, ale skladki emerytalne? Zostana zawieszone na czas, az nowa firma bedzie w stanie je placic...
Do tego dochodzi fakt, ze pierwsze miesiace w nowej firmie beda bardzo stresujace. Wszyscy klienci, ktorzy nie wykrusza sie do tego czasu, przypedza na kontrole, zeby upewnic sie, ze jakosc pracy nie spadnie. A w takiej atmosferze spadnie na pewno. Wielu klientow wiec zrezygnuje, a za to z kolei poleca glowy. Wszystko to przy pakowaniu pudel i przeprowadzce, bo z tego co wiem, czynsz w tym budynku jest potwornie drogi, a Panu M. i tak nie bedzie na poczatek potrzeba tyle miejsca...

Od ponad tygodnia, szukam wiec pracy... Po 11 latach stabilizacji... Niestety, moja praca jest dosc "niszowa", co oznacza, ze na stanowisko z podobnym zakresem obowiazkow, nie mam zbyt duzych szans. Wysylam wiec aplikacje gdzie sie da, na kazdy wakant, ktory choc czesciowo przypomina to, czym sie zajmuje. Do laboratorium wolalabym narazie nie wracac, bo wiem juz czym taka praca "pachnie". Poza tym, spojrzmy prawdzie w oczy, ostatni raz trzymalam biurete w reku niemal 8 lat temu. Troche zajeloby zanim od nowa nabralabym wprawy...

Narazie cisza. Nie zebym spodziewala sie, ze w ciagu tygodnia ktos sie odezwie, chociaz z kazdym mijanym dniem narasta moja panika i jawia sie coraz to nowe czarne scenariusze.
A co, jesli nikt sie odezwie? Albo odezwa sie, ale ja kompletnie zestresuje sie i zatne w czasie rozmowy o prace? A co jesli bede musiala w koncu lapac cokolwiek wpadnie, za marne pieniadze i z kiepskimi warunkami, byle zarobic troche grosza? A jesli nie znajde nic, Pan M. mnie zwolni, posiedze na bezrobotnym, zasilek sie skonczy i co dalej? A co, a co, a co... Moge tak w nieskonczonosc...

Malzonek moj tez mi zycia nie ulatwia... On, jednostka ambitna, truje mi ciagle: "Tylko pamietaj, zebys nie brala byle czego, bo jak cie znam to w tej pracy zostaniesz juz do emerytury, wiec musisz znalezc cos dobrze platnego i blisko domu...". Tlumacze, ze aby przebierac, to musze najpierw posiadac jakis wybor, a narazie nikt nawet nie odpowiedzial na moja aplikacje, ale nie dociera... On tam wie swoje... :/

Trzymajcie wiec kciuki... Jesli bedzie sie cos ciekawego dzialo, na pewno o tym napisze. Jesli nie bede pisac nic, to blagam, nie pytajcie. Bedzie to bowiem pewnie oznaczac, ze nie ma odzewu, a ja bede wpadac w coraz glebszy dolek psychiczny...

piątek, 14 kwietnia 2017

Wesolych Swiat!!!

Nie mam czasu wpasc do kazdej z Was indywidualnie, skladam wiec zyczenia grupowe:


Wesolej Wielkanocy, Smacznego Jajka, Bogatego Zajaca oraz Mokrego Dyngusa,

zycza

Agata z Potworkami

czwartek, 6 kwietnia 2017

Tymczasem zaczal sie kwiecien...

I trzeba by to uczcic nowym postem. :)

Nie wiem jak u Was, ale do mnie wiosna nadal zaglada bardzo niesmialo... W zacienionym miejscu kolo domu, lezy nawet ostatnia, uparta kupka sniegu, pozostalosc po goreczce, ktora usypalam Potworkom do zjezdzania. :) Poza tym jednak, kwitna krokusy, zonkile maja juz naprawde pekate paczki, hiacynty tez powinny zakwitnac lada dzien. Tylko tulipanom zaszkodzila marcowa sniezyca. Te, ktore wowczas juz wykielkowaly, sa pogniecione i mizerne. Zobaczymy jednak, moze mnie zaskocza i zakwitna?

Tymczasem, tak jak pisalam ostatnio, w piatek zaliczylam wywiadowke u Kokusia. Przy okazji, zaliczylam rowniez podniesione cisnienie. Nie wiem juz sama, czy to ja jestem taka nerwowa, czy caly swiat sprzysiega sie przeciwko mnie? Gdzie sie nie rusze, tam musze sie wkurzyc. No, ale przeczytajcie dalej i powiedzcie same - nie wyszlybyscie z siebie?! ;)

Na szczescie, moj nerw nie mial nic wspolnego z Nikiem ani jego osiagnieciami edukacyjnymi. :) Po prostu, mimo, ze przyjechalam na czas, przyszlo mi czekac na rozmowe z nauczycielka ponad 20 minut! W ktoryms momencie mialam ochote wyjsc i zostawic tylko wiadomosc, ze umowie sie na inny dzien, ale pomyslalam, ze skoro juz tam jestem, chce odbebnic to spotkanie i miec je z glowy... Rodzice umawini byli na konkretna godzine, co 20 minut. Tymczasem, podczas kiedy ja nadal czekalam pod drzwiami, przyszli rodzice umowieni juz na kolejny przedzial czasowy! Dopiero kiedy osoba przede mna w koncu wylazla, zrozumialam co sie najprawdopodobniej stalo. Babsztyl, ktory ma w grupie Kokusia troje dzieci (blizniaki oraz mlodszego syna), umowil sie na te 20 minut, zeby obgadac cala trojke! No niestety, to tak nie dziala, bo o samym Niku rozmawialam z jego wychowawczynia dobre 15 minut! Ale, jakim trzeba byc egoista, zeby wiedzac, ze sprawozdanie na temat trojki dzieciakow troche potrwa, nie dosc, ze umowic sie na 20 minut, to potem (nawet nie sprawdzajac zapewne czasu i nie myslac o innych) spedzic tam ponad 40 minut! Nosz, k**wa! I ona dobrze wie, jak wygladaja takie wywiadowki, bo jej blizniaki chodzily w zeszlym roku do grupy z Bi! Tymczasem ja sterczalam na korytarzu, z jednym dzieckiem niecierpliwiacym sie i co chwila wygladajacym z drugiej sali z pytaniem czy juz porozmawialam z "Miss F.", a drugim kwitnacym na szkolnej swietlicy... :/ A babsztyl, wychodzac z sali, mruknal tylko "I'm sorry..." i czym predzej sie zmyl. Chociaz, tu sie nie dziwie, bo podejrzewam, ze moj wzrok w tym momencie zabijal... ;)

W kazdym razie, kiedy juz przelknelam wku*wa i nadeszla moja kolej, odbylam calkiem przyjemna pogawedke z wychowawczynia Nika. Tak jak przypuszczalam, nie dowiedzialam sie niczego specjalnie odkrywczego, ale i tak milo bylo uslyszec, ze mam bardzo bystre dziecko i ze we wszystkich testach przeprowadzanych przez pania, wyniki wypadaja idealnie dla jego grupy wiekowej. Nik zna wiekszosc alfabetu, zarowno male jak i duze litery i potrafi podac przyklady wyrazow zaczynajacych sie na dana literke. Tu pani spytala czy cwiczymy to w domu, a ja zrobilam wielkie oczy, bo Nik najwyrazniej nieswiadomie zapamietuje to, co uslyszy kiedy cwicze takie rzeczy z Bi. ;) Mlodszy rozpoznaje tez podobno cyfry i tu rowniez jestem w szoku. ;) Najwazniejsze jednak, ze Nik wyszedl ze swojej wewnetrznej skorupki. Wychowawczyni mowila, ze na poczatku roku byl troche niesmialy, ale teraz bierze aktywnie udzial w zajeciach, opisuje szczegolowo swoje prace plastyczne oraz zabawy i potrafi przyjsc poprosic o pomoc lub poskarzyc sie jesli ktorys z kolegow mu dokucza. ;)

Dla mnie, najwazniejsza kwestia bylo oczywiscie to, czy wedlug nauczycielki Nik jest gotowy zeby isc od wrzesnia do zerowki. Na szczescie, Pani F. nie widzi przeciwskazan. Tak naprawde, Kokus znajduje sie w takim punkcie, ze ktora droge obierzemy, bedzie ona niosla ze soba okreslone korzysci. Jesli zostanie kolejny rok w przedszkolu, zdobedzie wiecej pewnosci siebie oraz bedzie mial kolejny rok na pocwiczenie motoryki malej, ktora baaardzo sie poprawila, ale nadal pozostawia troche do zyczenia. Z drugiej strony, przez kolejny rok Kokus powtarzalby praktycznie to samo, czego uczyl sie w tym. Jesli zas pojdzie do zerowki, bedzie najprawdopodobniej najmlodszy w klasie, chociaz ani intelektualnie ani fizycznie nie bedzie zbytnio "odstawal". Za to bedzie uczyl sie nowych rzeczy, dalej sie rozwijal...
Coraz mniej czasu mamy z M. na ostateczna decyzje, ale na dzien dzisiejszy sklaniam sie, zeby poslac go jednak do szkoly. Mam wrazenie, ze kolejny rok w przedszkolu da mu niewiele, a Nik ma naprawde spory potencjal. Niech go rozwija. ;)

Pierwszy weekend kwietnia rozpoczelismy przedostatnia lekcja plywania Bi. Tak glupio jest to tutaj urzadzone, ze zajecia odbywaja sie w 6-tygodniowych sesjach. Druga sesja "zimowa" wlasnie sie konczy, a Bi jest niepocieszona. Na szczescie, 22-iego zaczyna sie pierwsza sesja wiosenna, na ktora planuje zapisac zarowno ja, jak i Nika. ;)
Trenerka Bi, juz tradycyjnie sie nie zjawila. Naprawde, mam nadzieje, ze na kolejnym poziomie ktos inny bedzie instruktorem! ;) Tym razem zastepca byl mlody chlopak i mam wrazenie, ze cale zajecia byly duzo ciekawsze. Zamiast chlapania w te i we wte w pogoni za zabawkami, dzieciaki sporo cwiczyly plywanie na plecach, oswajali sie z zanurzaniem glowy pod wode, a na koniec mogli do wody nawet kilka razy wskoczyc. :)

(Strasznie ciemno na tym basenie, zdjecia wychodza marne...)

Przy okazji, spytalam czy zapisujac Bi na kolejna sesje, moge zapisac ja na wyzszy poziom. Moge. :) Cale szczescie, bo Bi naprawde jest gotowa, zeby uczyc sie podstawowych stylow plywackich. Z woda jest calkowicie oswojona. W sumie to byla od pierwszych zajec. ;)

Po poludniu zas, zabralam Potworki na urodziny kolegi z klasy Nika. Musialam wziac ze soba Bi, bowiem M. szedl do pracy, ale ze przyjecie odbywalo sie w domu, mysle ze nikomu nie robilo to roznicy. Ale i tak wczesniej spytalam, oczywiscie. ;)
Dzieciarnia ganiala w piwnicy wykonczonej na pokoj zabaw, a rodzice siedzieli w salonie i to byla zdecydowanie najgorsza czesc przyjecia. Jak ja nie lubie byc tak sadzana oko w oko z ludzmi, ktorych praktycznie nie znam i zmuszona do nawiazania cywilizowanej rozmowy! ;) Na szczescie wiekszosc z nas ma dzieci w tej samej grupie przedszkolnej, a kilka dodatkowo ich starsze rodzenstwo w szkole Bi. Znalazlo sie wiec troche wspolnych tematow.
Odebralam nawet pewne korzysci z tej rozmowy. :) Przede wszystkim, odetchnelam z ulga w zwiazku z trudnosciami, ktore Bi ma z czytaniem. Inne mamy potwierdzily to, co sama podejrzewalam, ale co innego sie domyslac, a co innego uslyszec to od innych rodzicow. Nasze miasteczko jest drugie lub trzecie w naszym Stanie, jesli chodzi o wyniki w nauce. I to nie bierze sie z niczego. Szkoly od poczatku maja wysokie wymagania. Wszystkie matki na tym przyjeciu, ktore maja juz dzieci w wieku szkolnym przyznaly, ze kazde z nich na tym czy innym etapie mialo z czyms problem. Jedne z matematyka, inne, tak jak Bi, z czytaniem. Praktycznie kazde dostalo "zaproszenie" na wakacyjny "oboz korepetycyjny".
Odetchnelam wiec, nabrawszy pewnosci, ze to nie Bi ma problem, a ja sama niczego nie zaniedbalam, tylko szkola ma nieco odrealnione wymagania... ;)

W niedziele zas, mielismy jechac po kosciele na sniadanie do remizy strazackiej i... zapomnielismy! :/ Kolejna szansa powtorzy sie dopiero za rok niestety... Troche mi szkoda ze wzgledu na Potworki, ale na szczescie oni o tych planach nie wiedzieli, wiec nie czuja rozczarowania. ;)
Za to oficjalnie zainaugurowalismy pore roku, kiedy caly dzien spedza sie w ogrodzie! W koncu, po marcowym ochlodzeniu, temperatura doszla do 14 stopni i bylo naprawde pieknie! W porownaniu z tym "latem", o ktorym pisza polskie blogi, te kilkanascie stopni moze nie powala, ale ze w marcu zaliczylismy powrot zimy, to ocieplenie na poczatku kwietnia jest calkiem przyjemna odmiana. ;) Potworki do domu przyszly tylko w porze obiadu oraz pod wieczor, juz na kapiel, bajki oraz kolacje. Poza tym, calutki dzien ganiali po podworku! :) A ja pol dnia sprzatalam psie kupy nagromadzone przez zime... :/ Na szczesie jednak, chyba w koncu udalo mi sie uprzatnac wszystkie. Teraz juz pozostalo zbierac biezaca produkcje. ;)

Poniedzialek za to, zupelnie nie byl "moim" dniem... Pisalam wyzej cos o kupie? Chyba sobie wykrakalam... Pierwsze co zastalam po wejsciu do domu, to... smrodek. Maja zwalila gigantyczna i w dodatku luzna "niespodzianke" w swojej klatce! Myslalam, ze ja udusze! Szczegolnie, ze caly dzien biegala po podworku z M. W klatce wyladowala na raptem 3 godziny i zdazyla sie ze*rac! Sorki za slownictwo... W sumie, znacznie gorsze epitety cisnely mi sie na usta kiedy to sprzatalam. ;) Cale jej poslanie poszlo prosto do kosza, a ja musialam wyszorowac plastikowa podkladke, na ktora czesc "niespodzianki" wyciekla oraz zrobic porzadny przeciag w chalupie... :/
Przemiany materii dalsza czesc. Doslownie godzine pozniej, Nik sobie pierdnal w gacie, ale tak, ze nie dosc ze zrobil w nich "kleksa", to jeszcze rozmazal to sobie po calym tylku... Normalnie dzien KUPY!!! :/
A na koniec, mieso na meatloaf (nie wiem jak to przetlumaczyc...), ktore wyjelam w niedziele po poludniu z zamrazarki i wsadzilam do lodowki zeby odtajalo, w poniedzialkowy wieczor okazalo sie nadal zmrozone na kosc! :/
A, i okres dostalam. Trzy dni wczesniej, zeby mnie chyba jeszcze bardziej dobic. Taaa, zdecydowanie poniedzialek to nie byl dzien, ktory tygryski lubia najbardziej... ;)

Wczoraj zas, bylam na kolejnym "zerowkowym" spotkaniu w podstawowce. To juz ostatnie przed oficjalna rejestracja. Poniewaz M. pracuje teraz na druga zmiane, a moj tato jest akurat w Polsce, zmuszona bylam zabrac ze soba rowniez Bi. Na szczescie ona jest malo klopotliwa towarzyszka. Wziela sobie torebeczke pelna mazakow, kolorowanke i dziecka nie bylo. ;) Bardziej obawialam sie jak Nik zareaguje na to, ze siostra zostaje ze mna w stolowce, a on musi isc z obcymi dziecmi oraz panmi do innej sali. Na szczescie obylo sie bez scen. Co prawda najpierw probowal isc za wychowawczynia Bi (a przydzielony byl do innej grupy), czyli jedyna pania, ktora zna, ale kiedy nakierowalam go do prawidlowej nauczycielki, poszedl nawet sie nie odwracajac. ;)

Martwilam sie o zachowanie Mlodszego, tymczasem to Starsza urzadzila scene. Na koniec spotkania bowiem, kiedy rodzice zeszli juz do salek odebrac dzieci, dostali kartke z lista roznych miejsc w szkole, gdzie wywieszone byly rysunki misiow. Zadaniem rodzin bylo wpisac ile misiow jest wydrukowanych w danym miejscu. Po odnalezieniu wszystkich obrazkow, dzieci mialy wrocic do stolowki, gdzie w nagrode otrzymywaly malego misia oraz ksiazeczke. Szkopul w tym, ze cale spotkanie oraz zabawa, robione bylo z mysla o dzieciach przygotowujacych sie do zerowki. Nik otrzymal wiec maskotke oraz misia, a Bi nie. I zaczal sie foch! Tupanie nogami, lzy w oczach oraz powtarzanie, ze to niesprawiedliwe! Az jej nauczycielka to zauwazyla i podeszla spytac co sie stalo. Tlumaczylam Bi, ze ona rok temu, podczas tych spotkan, tez dostala maskotke. W efekcie musialam przekopac caly dom w poszukiwaniu cholernej malpki, ktora wowczas otrzymal Potwor Starszy... ;) Na szczescie w poszukiwaniach pomogl mi Nik (Bi siedziala obrazona na caly swiat) i to on zlokalizowal nieszczesna zabawke...

I tak, pomalutku plynie czas... Mimo, ze jego uplyw (a raczej tempo) mnie przeraza, to z ulga odhaczam kolejne kwietniowe "daty do zapamietania". I usiluje wryc sobie biezace zadania do wykonania w pamiec, ktora mam dobra, ale bardzo krotka. ;)
Aktualnie, musze dzis przysiasc i przygotowac "menu" na Wielkanoc, po czym sporzadzic liste zakupow. Planuje bowiem niecnie wyslac malzonka do Polakowa. A co, moze uda mi sie uniknac przedswiatecznych tlumow. ;) Musze tez zapamietac, ze jutro Kokus ma przyjsc do przedszkola ubrany na zolto lub zielono, bo maja jakies przedstawienie. W sobote zas bedzie jazda bez trzymanki, bo po zajeciach na basenie, wpadne do domu na raptem godzinke, po czym bede musiala zgarnac Potworki i pedzic na przyjecie urodzinowe. Kto, do jasnej ciasnej, urzadza imprezy na 11:30 rano, sie pytam??? ;) Toz to, w weekend, niemal skoro swit!!! :D

W tym tygodniu juz sie raczej nie odezwe, wiec zycze milego (i spokojnego!) weekendosa! :*

piątek, 31 marca 2017

Tasiemcowato o wywiadowkach, weekendzie, codziennosci...

A wiecie, ze za dwa tygodnie z hakiem Wielkanoc?! Ja niby mam date zakodowana w mozgownicy, a dopiero wczoraj dotarlo do mnie, ze to juz zaraz! :O Nie mam zupelnie planu na swiateczne sniadanie ani obiad (bo ciotka M. oraz chrzestny Potworkow raczej wpadna po poludniu), nie mam upominkow dla dzieci od "Zajaczka", nie mam farbek do jajek. Nie mam nawet wolnego Wielkiego Piatku. ;) To jednak nie problem, bo planuje wziac pol dnia wolnego i juz. Jakos sie to ogarnie. :) Dzieciaki beda mialy tydzien przed Swietami wolne (ferie wiosenne). M. sie nimi zajmie rano, a ja bede wychodzic z pracy wczesniej. Wieczory beda wiec dluzsze na porzadki oraz pichcenie.

A tymczasem (borem-lasem) juz ponad tydzien temu zaliczylam druga (i ostatnia) wywiadowke w szkole Bi. Otrzymalam rowniez kolejny raport (znaczy ten sam, tylko z "ocenami" dodanymi za drugi semester :D). Tym razem pstryknelam fotke jego glownej czesci. Moze dzieki temu latwiej bedzie Wam zrozumiec o czym pisze i dlaczego zawsze ciezko mi okreslic, czy wypisana lista to "zdolnosci" czy "zadania", bo zdecydowanie nie sa to przedmioty. :)


Z dwoch niewidocznych stron, pierwsza to krotkie, opisowe sprawozdanie postepow dziecka, napisane przez wychowawczynie. Na ostatniej stronie zas sa "oceny" oraz opisy postepow od dodatkowych nauczycielek: w-fu, plastyki oraz muzyki. Tylko od nauczycielki hiszpanskiego jak narazie nie dostalam zadnego sprawozdania.
Rok szkolny podzielony jest tu na 3 semestry, co widac w rubryczkach. Obecny raport jest za semester drugi, trwajacy od polowy listopada, a wiec dwa okienka w kazdym rzedzie maja oceny. Mozna porownac sobie czy dziecko zrobilo postepy, czy stoi w miejscu. Trzecie okienka sa puste. To miejsce na wyniki koncowe, ktore przyznane zostana w czerwcu. Jak widac, narazie nie ma takich typowych ocen (nawet nie wiem od ktorej klasy one wchodza), tylko B (od below, czyli ponizej), N (od near, czyli blisko), M (od meets, kiedy dziecko wykazuje poziom wymagany dla tej klasy oraz semestru) oraz E (exceeds, kiedy dziecko przewyzsza poziom dla danej klasy). O tych "ocenach" juz chyba wczesniej pisalam. :) Nie zrobilam zdjecia ostatniej strony raportu, wiec jako ciekawostke dodam tylko, ze Bi, E (exceeds) otrzymala na drugi semester tylko z plastyki oraz muzyki. Typowe. ;)

Wlasciwie to tym razem niewiele z tej wywiadowki wynioslam. Nauczycielka miala 20 min dla kazdego rodzica, mowila wiec szybko i polowa uleciala mi z glowy jak tylko wyszlam z klasy. ;) Na poczatku, Bi zaprezentowala swoje zdolnosci czytelnicze, ale bylo oczywiste, ze ksiazeczke ta czytala juz wczesniej i to zapewne pare razy. Nie wiem wiec czemu mialo sluzyc to przedstawienie. ;) Poza tym, nauczycielka przeprowadza z dziecmi testy, glownie z rozpoznawania glosek oraz wpisywania odpowiednich liter w puste miejsca wyrazow. Z jednego z podobnych testow Bi otrzymala prawie maksymalna ilosc punktow, z innego ponad polowe, wiec chyba zle nie jest. Niestety, wg. wychowawczyni, Bi powinna juz lepiej czytac. Dziwne mi sie to wydalo, bowiem na samym poczatku wywiadowki, Starsza plynnie przeczytala podana ksiazeczke, a po chwili slysze, ze czyta slabo. :D Chodzi jednak o to, ze pod koniec drugiego semestru (w pierwszym sie tego nie ocenia), stopien umiejetnosci czytania ocenia sie na C, D lub E. Tak naprawde chodzi tu o poziom ksiazeczek. Bi potrafi przeczytac proste teksty z maksymalnie dwoma zdaniami na strone, gdzie czesc wyrazow zna na pamiec, a reszty moze domyslic sie z obrazkow. To jest wlasnie poziom C. Wychowawczyni chcialaby jednak, zeby potrafila ona przeczytac juz ksiazeczki z dluzszym tekstem, gdzie dziecko musi probowac fonetycznie odczytac wyraz. Na tym poziomie Bi raczej jeszcze dlugo nie bedzie. ;)

W kazdym razie, Bi dostala "zaproszenie" na 3-tygodniowy "oboz" wakacyjny, zeby podciagnac to czytanie. ;) Tak naprawde to rodzaj polkoloni, bo zajecia beda sie odbywac od poniedz. do piatku od 8:15 to 12:15. A ja mam zagwozdke. Oboz kosztuje grosze, wiec chcialabym Bi tam poslac, czemu nie? Napewno jej to nie zaszkodzi, a moze pomoc. M. moglby ja zawozic i odbierac. Tylko, ze u M. w pracy wszystko zmienia sie tak gwaltownie, ze niewiadomo czy zostanie do wakacji na drugiej zmianie... A formularz informujacy czy zapisuje dziecko, czy nie, musze wyslac do 7 kwietnia... Bi, poniewaz potrzebuje pomocy, ma miejsce zaklepane, ale podobno jest dluga lista oczekujacych, gdzie rodzice po prostu chca poslac dziecko na dodatkowe zajecia latem, dlatego szkole zalezy na szybkiej odpowiedzi. Dla mnie to niepojete, zeby psuc dziecku wakacje w ten sposob, ale to temat na inny czas... ;)
Mysle, ze Bi zapisze, a jak cos sie zmieni i nie bedzie mogla uczeszczac na te zajecia, to najwyzej zrezygnujemy i stracimy po prostu ta fortune w formie $25. ;)

Poki jednak co, postanowilam nie marnowac czasu i skoro tutejsza szkola ma az takiego hopla na punkcie czytania, ze wysyla na niejako korepetycje moje niespelna 6-letnie dziecko, zaczelam cwiczyc z Bi czytanie w domu. Wczesniej zupelnie nie wydawalo mi sie to konieczne. Teraz jednak zamowilam serie ksiazeczek, narazie na poziomie, na ktorym jest Bi. I czytamy. Codziennie przynajmniej dwie. Na szczescie Potworki sa od malego obeznane z ksiazkami. Bi sama sie do czytania rwie i chce wiecej i wiecej. Mam nadzieje, ze kiedy oslucha sie z tymi najprostszymi tekstami i zacznie rozpoznawac lepiej fonetyke, za 2-3 miesiace przejdziemy na kolejny poziom.

Ech, mowie Wam, nie spodziewalam sie, ze czeka mnie to juz w tym roku... ;) Pamietam jak dzis cwiczenie czytania z moimi dawnymi podopiecznymi. A teraz przyszla kolej na moja wlasna corke. Tyle, ze tamte panny zaczynaly nauke czytania w wieku 7 lat, w pierwszej klasie i bronily sie przed nia rekami i nogami. Ile bylo przy tym placzu i negocjacji, tylko ja i one wiemy. ;) Bi ma lat zaledwie 5, jest w zerowce, ale bardzo CHCE czytac. Chociaz tyle...

Ponizej przedstawiam probke pisania Starszej. Na to nie ma az takiego nacisku, chociaz cwicza w szkole duzo. Efektem jest np. ponizsze "dzielo".


Te zamazania, to nasze nazwisko, ktore Bi umiescila przy kazdym z czlonkow rodziny. :) Ponizej naszych imion, mozecie podziwiac tekst: "I like you family. Best family ever". Jak widac, fonetyka nadal lezy i kwiczy. ;) Klania sie tez chyba to, ze Bi ma bardzo niedbala wymowe. Sama mamrocze byle jak, wiec ciezko jej wysluchac jaka gloska powinna byc w danym wyrazie. :)

Dzis zas, czeka mnie wywiadowka u Nika. Tutaj raport bedzie dopiero na koniec roku, ale ciekawa jestem czego sie dowiem o mlodszym gagatku. Jezeli dowiem sie czegokolwiek, bowiem, juz tradycyjnie, otrzymalam formularz do wypelnenia przed wywiadowka. Pytania sa w stylu "Jestem dumna z tego jak moje dziecko..." lub "Moje dziecko potrzebuje popracowac nad...". :D Coz, moge wypelnic, tylko ze to sa rzeczy ktorych ja chcialabym dowiedziec sie od nauczycielki, a nie odwrotnie. Dobrze wiem, co moje dziecko potrafi, a z czym zmaga sie w domu. Bardziej interesuje mnie, jak radzi sobie w przedszkolu. W przyszlym tygodniu napewno zdam relacje, czy dowiedzialam sie czegos odkrywczego. ;)


Ajajaj, juz sie robi tasiemiec, a tu jeszcze tyle watkow do podzielenia sie zostalo! :)


W poprzedni weekend mielismy okazje zasmakowac oslawionej, angielskiej pogody. ;) Od piatku po wtorek, chmurzylo sie, padalo, mzylo i  tak na zmiane.  W dodatku slupek rteci uparcie utykal na maksymalnie pieciu stopniach. Paskudnie bylo i juz. ;)  Zastanawiajac sie co poczac w weekend z dziatwa, przy tak malo zachecajacej aurze, jak pisalam w poprzednim poscie, pod wplywem impulsu zakupilam bilety na "Piekna i Bestie".
To jednak na niedziele, a co poczac w sobote? Rano oczywiscie basen z Bi, ale co dalej? Mnie przy takiej pogodzie zawsze ciazy glowa, a Potworki nie dosc, ze znudzone, sa chyba meteopatami po matce, wiec klocili sie, wrzeszczeli i przepychali jak malo kiedy...
W koncu maz rzucil haslo, na ktore z watpliwosciami, ale przystalam i wybralismy sie do przybytku niezdrowego zarcia, potocznie zwanego Mac'iem. :) Na szczescie jezdzimy tam tak "czesto", ze Potworkom to miejsce nie kojarzy sie zupelnie z jedzeniem. Mimo tego, kupilismy im po zestawie dla dzieci, bo po zobaczeniu w gablotce zabawek, nie odpusciliby. ;)
A z czym przede wszystkim kojarzy sie moim dzieciom McDonald's? Z malpim gajem! ;) W biegu chwytali gryzek czegokolwiek lub lyczek picia i juz ich nie bylo. Nawet zdjecia ostrego nie dalo sie zrobic. ;)


Chociaz jest na nim gwozdz programu, czyli gigantyczna zjazdzalnia. To byl wlasnie cel naszego wyjscia. Miejsce, gdzie w brzydka pogode dzieciaki moga sie wyszalec i to za darmo. ;)

Wracajac do "Pieknej i Bestii". Nie wiem ile z Was wybiera sie na ten film, ile juz moze bylo? Bi wspominala mi o nim jeszcze przed premiera i obiecalam, ze pojdziemy. To niesamowite, ze wplyw rowiesnikow dziala juz w tak mlodym wieku. Bez kolezanek z klasy, Bi nie wiedzialaby nawet, ze jakis film wchodzi do kin. Pomijajac jednak nagabywania corki, przyznaje, ze ja sama mialam na niego ochote. ;) Mimo, ze kiedy wersja animowana wchodzila do kin, bylam zdecydowanie przy gornej granicy wiekowej kiedy jeszcze interesuje sie kreskowkami, z miejsca zakochalam sie w tej historii. Poza tym mam duzo sympatii dla odtworczyni glownej roli w wersji filmowej, ze wzgledu na jej wieloletni staz jako Hermione Granger ("Harry Potter", dla niewtajemniczonych). ;)
Planowalam co prawda wybrac sie na dlugo po premierze, kiedy tabuny ludziskow znikna z kin. Przyszedl jednak weekend z paskudna pogoda, a dodatkowo uswiadomilam sobie, ze kolejne trzy mamy zajete i stwierdzilam, ze czemu by w sumie nie wybrac sie wczesniej? Jedyna trudnoscia okazalo sie zakupienie dwoch biletow  z miejscami obok siebie, ale sie udalo. ;)
W sumie to fajnie miec corke, z ktora mozna sie wybrac na takie "babskie" filmy. M. na wzmianke tylko pogardliwie prychnal. Co prawda przynajmniej dwie kolezanki z pracy (bezdzietne) poszly na seans z mezami i ci ostatni podobno nie narzekali, wiec moze tylko moj pozuje na takiego maczo? ;) Wzielabym do kina tez i Kokusia, ale nie ludze sie, ze przez dwie godziny wysiedzi w miejscu i w ciszy. ;)

W kazdym razie poszlysmy, zobaczylysmy i czuje... nie, nie do konca bym to nazwala rozczarowaniem. ;) Film wizualnie jest przepiekny, bez dwoch zdan. Niby wiem, ze zamek, las i cala pozostala sceneria to makiety, ale az szkoda, naprawde, bo pieknie im to wyszlo. ;) Fabule znalam juz wczesniej, wiec tutaj wiedzialam czego sie spodziewac. Co wiec mi nie podpasowalo (tak juz mam, ze zawsze cos mi nie podpasuje ;p)?
Na poczatek piosenki. Omatkoicorkojaciepitole, ilez mozna spiewac?! Juz w oryginale bylo tego za duzo, a tutaj, zamiast obciac, jeszcze dodali! ;) Polowe filmu aktorzy spiewaja, no dajcie spokoj! Juz widze, ze raczej nigdy nie zostane fanka opery... ;)
Poza tym, w Polsce zapewne film jest dubbingowany, ja zas ogladalam go w orginale. Wiekszosc aktorow to Brytyjczycy, wiec momentami mialam problem ze zrozumieniem akcentu. Kwestii "zegara" (nie proscie mnie o prawidlowe zapisanie jego imienia) bardziej sie domyslalam. ;) Do tego, aktor podkladajacy glos za Lumiere (swiecznik, jakby kto nie wiedzial), a ktory wiem, ze nazywa sie Ewan McGregor (chociaz dla mnie na zawsze pozostanie Obi-wan Kenobi, po jego roli w Gwiezdnych Wojnach :D) mowil z koszmarnym, udawanym, francuskim akcentem. ;) Tu jednak musze wybaczyc tworcom, bo to nie ich wina, ze nie mam wystaczajaco muzykalnego ucha, do plynnego wylapywania obcych akcentow. ;) Tylko, cholera, malo maja amerykanskich aktorow?! Cale Hollywood czeka, a oni sciagaja Anglikow, no! :D
A na koniec, kiedy aktorzy odtanczyli (oraz odspiewali) juz swoje i pojawily sie napisy koncowe, naszla mnie mysl, ze wszystko ladnie-pieknie, maja zyc dlugo i szczesliwie, bla bla bla... A tak naprawde, za pare lat znudzony Ksiaze wroci do swoich starych nawykow i zacznie zdradzac malzonke na prawo i lewo. Ona zas, zateskni za jego potezniejsza, "zwierzeca" wersja, zamiast uglaskanego ksieciula i ucieknie w ramiona takiego Gaston'a. I tyle z pieknej basni...
Zycie juz dawno oduczylo mnie romantyzmu, a na jego miejsce wpoilo brutalny realizm (szczegolnie jesli chodzi o zwiazki) i niechybnie sie starzeje... :D


A tak poza tym, kwiecien czeka mnie intensywny. Jutro urodziny kolegi z klasy Nika, w niedziele sniadanie w remizie strazackiej, w srode kolejne spotkanie "zerowkowe". Nastepnie kolejne urodziny, tym razem coreczki mojej kolezanki z pracy. Potem ferie wiosenne Potworkow, ktore tez namieszaja w grafiku, Wielkanoc (tutaj to tylko 1 dzien, wiec nawet nie odpoczne...), dwudniowy audyt w pracy, ktory mam poprowadzic... Pod koniec miesiaca, Kokus ma tez zalegle szczepienia, niezbedne przy zapisie do zerowki. Do tego, rozpoczela sie rekrutacja do polskiej szkoly, a klub, gdzie Bi chodzi na basen, zaczal rejestracje na sesje wiosenna, na ktora chce zapisac oboje Potworkow. Co prawda i basen i polska szkola, to kwestia wypelnienia formularza oraz uiszczenia oplaty, ale mimo wszystko ten formularz oraz czek trzeba wypisac i jeszcze doslac/dowiezc w odpowiednie miejsce, itd. Gdzies w ten szalony kwiecien, chcialabym tez wcisnac zamowienie Bi przyjecia, ktore chce urzadzic w miare blisko jej faktycznych urodzin, czyli na poczatek maja. Druga polowa kwietnia to tez czas, zeby przekopac ogrodek warzywny i zaczac sadzic. Oraz czas na poprzesadzanie innych roslin... A po drodze pewnie wyskoczy jeszcze setka innych, nieplanowanych spraw...

Czy mozna gdzies kupic pare deko sil oraz energii? Przydalyby sie... :D

Milego weekendu!

poniedziałek, 27 marca 2017

Z serii: w tym domu sie gada!

Bi: "Mamo, a wiesz, w nocy nic mi sie nie snilo. Ale to dobrze, bo ja zawsze mam zle sny i one potem nie chca wyjsc z mojej glowy."

Sny uparte. Po wlascicielce. Ktora ich zreszta nigdy nie pamieta. :)


***

Nik przyglada sie Bi rozkladajacej jakas edukacyjna gre.

"Czy mozemy sie learn that together?"


***

Siedze na tronie. Po chwili Nik dobija sie do drzwi.
"Mama, jestes in there?!"
Poirytowana, odpowiadam: "Nie, wyszlam przez okno i zwialam z domu..."
Nik nie pojmuje ironii. Wsuwa glowe do lazienki i mimo, ze mnie widzi, dopytuje: "Ale jestes?"
Matka (zgryzliwie): "Skoro odpowiadam, to przeciez jestem..."
Nik (zupelnie niezrazony, wyjasnia rzeczowo): "Bo ja chce siusiu..."

No tak. Matka nie ma prawa do malego sam-na-sam, nawet na kiblu... :/


***

Kolejna scena lazienkowa.
Ranek. Maluje oczy. Tym razem na klopie siedzi Nik. W tle slychac echo bajki, dochodzace z tv w salonie.
Zamykam pudeleczko cieni do powiek z kliknieciem. Syn marszczy brwi i ochrzania swoja rodzicielke:

"Nie halasuj tak, bo ja probuje sluchac bajki!"

Pieknie. Wolnosci bronia we wlasnym domu... ;)


***

Ostatnio wylapane Nikowe przekrecenie:

ublaj [ubraj] - ubierz


***

Na nartach, w kolejce do wyciagu, Bi prosi o pozyczenie kijka, bo ciagle zeslizguje sie do tylu. Daje jej kijek, ale Starsza zaczyna wymachiwac nim naokolo, straszyc szpikulcem Nika, itd. Prosze, zeby przestala. Prosze raz, drugi, trzeci, w koncu kijek zabieram. Bi obrusza sie nie na zarty. Czas na wyciagu wykorzystuje, zeby wytlumaczyc, ze po pierwsze mogla komus zrobic krzywde, a po drugie zupelnie ignorowala moje prosby o zaprzestanie glupiej zabawy. Bi milczy jak zakleta. Ze dwa razy wjezdzamy wyciagiem, a potem zjezdzamy z gorki, a corka nadal rzuca mi tylko obrazone spojrzenia.
W koncu, zmeczona fochami, pytam jak dlugo zamierza sie jeszcze dasac?

"Jeszcze dwa razy wjedziemy do gory, a potem zjedziemy i juz nie bede na ciebie zla"

Najwyrazniej nawet foch ma odgorne granice czasowe. ;)


***

Podjezdzamy pod dom. Potworki marudza, ze chca pobawic sie w moim aucie. Poniewaz takie zabawy koncza sie zawsze poprzyciskanymi wszystkimi mozliwymi guzikami, zapalonymi lampkami, ze juz nie wspomne o sladach butow na absolutnie kazdej powierzchni, stanowczo odmawiam, a pelne rozczarowania jeki, kwituje:

"Jak dorosniecie i bedziecie mieli wlasne auta, to sobie bedziecie w nich siedziec do woli"

Potworki rozgladaja sie po podjezdzie: "Ale gdzie nasze auta beda staly? Tu nie ma miejsca!"
Matka (usmiecha sie pod nosem): "Oooo, jakos sie pomiescimy..." (w myslach: na auta sami sobie bedziecie musieli zarobic, a kiedy to nastapi, raczej juz w domu rodzinnym mieszkac nie bedziecie).

Bi: "Ale one musza byc pod daszkiem, zeby deszcz na nie nie padal!"

Dzieci roszcza sobie prawo do wszystkiego. Mojego telefonu, laptoka, kremu, blyszczyka i okazuje sie, wiaty na samochod! ;)


***

Wiedzialam, ze predzej czy pozniej ktores z Potworkow zada mi pytanie w stylu "skad biora sie dzieci", a jednak nie odrobilam tej rodzicielskiej lekcji i zostalam wzieta z zaskoczenia...

Bi: "Mamo, a jak bylismy tacy malutcy, w twoim brzuszku, to jak my z tego brzuszka wyszlismy?"

Niestety, moja ogolnikowa odpowiedz, ze pan doktor pomogl ich wyjac, nie wystarczyla. Bi koniecznie chciala sie dowiedziec "Ale jak?!", a matka, coz, stchorzyla... ;) nawet nie pamietam co dokladnie odpowiedzialam, ale w zasadzie szybko zmienilam temat. Musze sie doedukowac. ;)


***

Bi przechodzi ostatnio, rozwojowo chyba nieco opozniona, faze pytan. O wszystko. Caly czas pyta, glowkuje, analizuje, po czym znowu pyta. Najgorzej, ze oczekuje tylko jednej, oczywistej odpowiedzi, a wszelkie niuanse kwituje fochem. Albo stwierdzeniem, ze wie lepiej. To po co pyta?! :D Z jakiegos tez powodu, to mnie upodobala sobie jako adresata. ;)
Jedziemy sobie ktoregos dnia autem i z tylnego siedzenia pada pytanie:
"Mamo, a czy auta sa ciezkie?"
Matka: "Tak, auta to ciezkie, potezne maszyny."
Bi: (zaczyna sie zastanawiac) "A czy auta sa ciezsze niz krzaczory?"
Matka: "No tak, jakby samochod najechal na krzaki, napewno by je zgniotl."
Bi (drazy dalej): "A od drzew?"
Matka: "Czy auta sa ciezsze od drzew? Hmmm, to zalezy od wielkosci drzewa oraz auta... Samochod jest ciezszy od malych drzewek, ale wielkie drzewa moga byc od niego ciezsze..."
Bi (nie ustepuje): "No, a to drzewo, o tam! Jest ciezsze od auta?"
Matka (wzdycha): "Tamta wiegachna sosna? Tak, raczej jest ciezsza od auta."
Bi (nie zamierza konczyc sledztwa): "A czy auta sa ciezsze od dinozaurow?"

Zastrzelcie mnie! Az mi sie cisnie na usta: sprecyzuj marke i model samochodu oraz gatunek dinozaura! :D


***

Zastanawiajac sie co poczac z deszczowym, zimnym weekendem, pod wplywem impulsu zakupilam bilety na "Piekna i Bestie". Nawiasem mowiac, zeby kupic bilety, trzeba miec, poki co, sporo szczescia. Kupowalam je w piatek. Na sobote zostaly juz tylko jakies pojedyncze miejsca, a na niedziele udalo mi sie chwycic ostatnia pare miejsc obok siebie! :O
W kazdym razie, w sobote rano, wracajac z Bi z zajec na basenie, ucieszona powiedzialam Starszej, ze mam dla niej niespodzianke. Po czym wyjasnilam, ze kupilam bilety i nastepnego dnia pojedziemy zobaczyc bajke. Musicie zas wiedziec, ze Bi dopytywala sie o to caly tydzien, bo wyglada, ze wszystkie jej kolezanki juz widzialy lub ida na ten film. Myslicie, ze Mloda sie ucieszyla? A gdzie tam, odebralam ochrzan:

Bi: "Mamo, o niespodziance mowi sie, kiedy sie juz tam jedzie!"

Moj blad, moj blad... ;)


***

Juz po seansie. Wychodzac z kina, zagaduje Bi czy film jej sie podobal. Dwie godziny to jednak na nia sporo i pod koniec juz mocno sie wiercila. Potwierdza jednak, ze tak, podobalo jej sie. Dopytuje wiec dalej, ktory moment jej sie najbardziej podobal?

Bi: "Jak tanczyli."
Matka (drazy nadal): "Aha, ale jak Belle tanczyla z bestia, czy na koniec z ksieciem?"
Bi: "Z ksieciem, bo nie mial wtedy bosych stop."

Coz, na wielkie, wlochate nogi bestii, raczej butow nie szyja. :D


***

To by bylo na tyle. Mam nadzieje, ze Potworki wywolaly choc cien usmiechu. :)

wtorek, 21 marca 2017

Wiosna? Gdzie? ;)

Wedlug lokalnej stacji telewizyjnej, wczoraj o 6:29 rano, oficjalnie zawitala do nas wiosna. A ja bylam nawet na nogach i (juz) na tyle przytomna, zeby ja powitac. Szkoda tylko, ze o tym nie wiedzialam. :) Zreszta, badzmy szczerzy, wszedzie nadal lezy gruba warstwa sniegu, a termometr wskazywal -3 stopnie. Kawa na tarasie odpadala. Zachowam ten pomysl na pierwszy dzien lata. ;)

Za to pstryknelam dwa zdjecia. Tak wyglada "wiosna" na parkingu przed moja praca.

(Samotna wozidupka - przyjechalam pierwsza)

(Wybaczcie to marne swiatlo. Byla 7 rano, a my zmienilismy czas juz 1.5 tygodnia temu)

Niezbyt wiosennie, co? ;) Ale! Chociaz wokol mojego domu tez krajobrazy raczej zimowe, pierwszym, wiosennym kwiatkom wcale to nie przeszkadza. :)

(Hiacynty przetrwaly sniezyce bez najmniejszego uszczerbku)

Marzec mija sobie spokojnie, choc zaskakujaco szybko. Konca chorob nie widac. Nik w czwartek skonczyl brac antybiotyk na swojego paciorkowca, a w niedziele wieczor mial (tamtaramtam...) stan podgoraczkowy! :/ Pochlastac sie idzie... Ma przytkany nos i wczoraj zaczal pokaslywac, ale poza tym rozpiera go energia i strzela fochy jak zwykle, wiec licze, ze to tylko przeziebienie. W koncu caly poprzedni tydzien smarkal M., wiec prawdopodobnie podzielil sie wirusem z synkiem, jak na dobrego tatusia przystalo. ;)

Potworki chyba podswiadomie tez czekaja juz na wiosne. W piatek, kiedy podjechalismy pod dom, myslalam, ze rzuca sie na snieg, lezacy nadal w najlepsze na ogrodzie. Tymczasem przegral on walke o zainteresowanie dzieci z... kaluza. Wielka, blotnista kaluza, pozostaloscia po stopnialym w jednym miejscu sniegu. Nie ma sie co jednak dziwic, skoro takich "atrakcji" nie widzieli praktycznie cala zime, ktora, oprocz kilku sniezyc, byla bardzo ciepla (jak na zime) i baaardzo sucha.


Po chwili jednak, ruszyli w zaspy. Efektem byly kompletnie przemoczone nogi, bo miejscami snieg siegal powyzej brzegow kaloszy (na ktore sie uparli, kiedy powiedzialam, ze w sniegowcach absolutnie nie moga wejsc do kaluzy). :)


W sobote zaliczylam z Bi ponownie basen. Tu musze oddac sprawiedliwosc jej instruktorce, ktora tym razem nie tylko sie pojawila, ale nawet byla punktualnie. Szok! ;) A ja juz mysle o kolejnej sesji. Z obecnej zostaly zaledwie trzy zajecia. Mam nadzieje, ze instruktorka konsekwentnie bedzie sie juz zjawiac i na koniec wystawi zaswiadczenie, ze Bi moze przejsc na kolejny poziom. Moim zdaniem (porownujac Starsza z reszta grupy), powinna ona przeskoczyc od razu na poziom 3, ale to nie ode mnie zalezy... Na drugim poziomie Bi bedzie nadal beztrosko chlapac na wszystkie strony. Nie widze w tym wiekszego sensu... Dopiero na trzecim poziomie dzieci rzeczywiscie ucza sie plywac.
Poza tym, zastanawiam sie czy nie zapisac na plywanie Kokusia. Mlodszy co sobote urzadza ryk, ze on tez chce jechac. Nie wiem jednak czy zgralabym dwie lekcje na roznych poziomach czasowo. Siedziec tam pol godziny pomiedzy zajeciami mi sie nie chce, a do domu wracac mi sie nie oplaca. Nie bez znaczenia jest tez fakt, ze z Mlodszym najprawdopodobniej bede musiala wlezc do basenu. Nie wiem czy mam na to ochote. ;) No i kto w tym czasie popilnuje Bi?

A w niedziele, w koncu pojechalismy na moje wyczekane narty!!! :) Ledwo udalo mi sie z domu wyciagnac tego mojego meza - piecucha! Wymyslal sobie 26588756 wymowek i dodatkowych zajec, byle nie jechac. Az w ktoryms momencie zaproponowalam, ze pojade z sama Bi, a on niech zostanie z Nikiem, szczegolnie, ze mlodszy juz w niedziele rano, zaczal mowic jakby przez nos. Na to jednak Kokusio rozdarl sie jak zarzynany, ze on tez chce. I w koncu pojechalismy wszyscy. I fajnie bylo! :)
Wreszcie udalo mi sie dobrac ubior do pogody, nie jak ostatnio, kiedy po godzinie wszyscy sie roztapialismy, a Potworki jeczaly. ;) Tym razem bylo chlodniej, okolo 3 stopni na plusie i mialo byc pochmurnie, ale niespodziewanie wyszlo slonce, akurat w momencie kiedy udalo nam sie zaparkowac. Zanim wiec wbilismy Potworki oraz siebie w buty, szaliki, czapki, kaski, zanim doszlismy do kasy (sluchajac po drodze koncertu Nika, ktory znow ryczal, ze nie da rady i nie chce isc tak daleko - a udalo nam sie dorwac super miejsce zaraz w drugim rzedzie! :O), zanim kupilismy bilety i wreszcie zanim dociagnelismy marudzacego Nika oraz zadowolona Bi na stok dla poczatkujacych, oboje z M. bylismy juz solidnie upoceni. Moj maz tez wkurzony, bo przeciez wcale nie mial ochoty jechac. ;) Po chwili jednak okazalo sie, ze wieje bardzo zimny wiatr. Szczegolnie jadac wyciagiem hulal mi po nerkach az (nie)milo. ;) Jednak swetry pod kurtki byly dobrym pomyslem, no i chlod wiatru wyrownywal grzejace slonce. Bylo wiec idealnie. :)

A Potworki radzily sobie rewelacyjnie! Nik opanowal sztuke skrecania i choc wraz z plynnoscia rosnie brawura i kilka razy zaliczyl glebe, oboje z Bi mieli niezla frajde.

(Widzicie ta dume w pozie? :D)

(Nik nawet jadac na nartach nie przestaje gadac, stad otwarty buziol :D)

A zapierdzielali w dol niczym dwie wyscigowki! W ktoryms momencie powiedzialam Bi, ze moze juz jechac, a ja poprawie tylko paski od kijkow na nadgarstkach i zaraz ja dogonie. A zapomnij! Dogonilam, jasne - pod samym wyciagiem! :D Naprawde zalowalam, ze wykupilismy bilety tylko na gorke dla poczatkujacych, bo oba Potworki spokojnie nadaja sie juz na normalne, zielone szlaki. Ale to juz raczej za rok. Nasze lokalne stoki beda pomalu zamykane, a tluc sie z dziecmi minimum 2 godziny na polnoc, nie mam ochoty. Oboje po nartach sa wymordowani i cala droga powrotna, to jedno zawodzenie, ze zmeczeni, ze gdzie ten dom, ze oni chca juz wysiadac, itd. ;)
Ale czego sie nie robi dla takiego usmiechu:

 
 
Zegnam (niezbyt) wiosennie! Tzn. wczoraj i dzis bylo pieknie - slonce i 12 stopni na plusie. Ale dzis w nocy temperatura ma poleciec na leb na szyje i jutro mamy miec zaledwie -1 stopni. W dzien. Oraz wietrzysko. A w nocy -10! :O Zima chce udowodnic, ze nie powiedziala jeszcze ostatniego slowa. ;)