sobota, 20 maja 2017

Wydarzenia mniej oraz bardziej wazne

Zbieram sie do tego posta juz tydzien i zebrac sie nie moge...

Mam zaleglosci w komentarzach, zarowno u Was, jak i u siebie. Przez ostatnie dwa tygodnie malo pracowalam, ale dni wolne bralam "na wyrywki": trzy dni tu, dwa dni tam, pojedynczy dzien kiedy indziej. Niestety, nie dane jest mi odpoczac pomiedzy jedna praca a druga, wiec chwytam co sie da. Planowalam wziac caly tydzien wolny, ale nowi pracodawcy nie zgodzili sie poczekac na mnie dodatkowe 7 dni, natomiast w starej pracy kolega mial juz zaplanowane wakacje i nie mialam sumienia zostawic szefa ze wszystkim samego... Moje przypadkowe dni wolne spedzalam wiec odgruzowujac chalupe i wydajac kase. ;)
Nienawidze zakupow (taka ze mnie nie-kobieta! :D), ale jedne ze spodni do pracy dorobily sie naderwanego zapiecia oraz niespieralnej plamki (kupilam je wracajac po macierzynskim z Nikiem, wiec dziwie sie, ze wytrzymaly tak dlugo), a w jesiennych butach obcasy doslownie sie rozpadly (kupilam jakies tanie g*wno, ale bardzo wygodne, cholera! :/)... Odkladalam zakupy i odkladalam, ale teraz dopadla mnie mysl, ze w nowej pracy nie bede miala juz takiej wolnosci, zeby urwac sie kiedy mam ochote i wypad do sklepow moze byc mocno utrudniony. Zacisnelam wiec zeby i ruszylam na "szoping". ;) A zeby miec z glowy to niewdzieczne zajecie na przynajmniej rok - dwa (serio, jak mam lazic, to wole to robic po parku niz galerii handlowej) przezornie zaopatrzylam sie w dwie nowe pary spodni oraz trzy pary butow. Powinno starczyc. :D Oczywiscie, po drodze nakupowalam mnostwo bluzeczek, klapeczkow, spodenek, itd. Potworkom i chyba zmowie zdrowaski przed kazdym otwarciem rachunku za karte kredytowa. ;)

W kazdym razie, nie pisalam 8 dni, a tu dzialo sie, a dzialo! ;)

W druga niedziele maja zaliczylismy tutejszy Dzien Matki. Musze przyznac, ze chociaz w zeszlym roku nauczycielka Bi w przedszkolu postarala sie znacznie bardziej, to i tak milo bylo dostac laurki od obojga dzieci. :)



Jak widac, mam odciski raczek Kokusia :*, a calosc jest zalaminowana, wiec bedzie pamiatka na dlugo. A na drugiej mozna odczytac, ze:

Mam 5 lat :D
Jestem dobra w pieczeniu babeczek
Kladac Kokusia do lozka mowie mu "dobranoc". :)
Torebke mam pelna... jajek (???)


Te wyzej sa od Bi. Kwiatek zrobiony jest z odciskow paluszkow, ale za bardzo tego nie widac. Za do z drugiej laurki mozna sie dowiedziec, ze Bi kocha, kiedy:

plywamy
czytamy
kupujemy lody
oraz ze kocha mnie, bo jestem jej mama. :D


Ktorejs nocy, zdarzyl sie u nas na podjezdzie wypadek, ktory (to az niesamowite) przespalam! :O Przy wjezdzie na podjazd, mamy z jednej strony spory glaz, po ktorym pnie sie ozdobne pnacze, rosna tulipany, krokusy, itd. Coz, kiedy tego ranka wyszlam z domu, zastalam taki widok:



Na zdjeciu trudno to moze zauwazyc, ale ten glaz normalnie jest po drugiej stronie (widac tam nawet ciemna dziure, gdzie normalnie lezy). Pnacze wyrwane z korzeniami, podobnie jak kilka cebulek tulipanow... Ech... Widac tam tez urwane plastiki z podwozia, bo M. (ktory widzial zajscie przez okno) zrelacjonowal, ze gosciu "zawiesil" sie autem na kamieniu. Cos tam sobie tez uszkodzil, bo plyn wyciekal mu spod spodu, ale zdolal powoli odjechac. Facet musial byc albo pijany albo na haju. Ciekawe jak daleko zajechal. ;) Podobno tez, wycofujac przewrocil jeden z naszych smietnikow i M. o czwartej nad ranem zbieral rozsypane smieci... Cudnie... Na szczescie, z pomoca sasiada, M. przesunal glaz na miejsce, a ja zasadzilam cebulki tulipanow z powrotem. Pnacze niestety mialo cale polamane korzenie i nie nadawalo sie do ponownego zasadzenia. :( Szkoda, bo ladnie ten kamien oplatalo. Bede musiala kupic nowa sadzonke...

Dodatkowo, udalo mi sie w miare szybko dostac nowa "Kalinke"! Amazon sie tym razem postaral! :)


Mielismy tez w domu wizyte potencjalnego "wlamywacza". Spokojnie, ten byl niewielki, puchaty i slodziutki. Chociaz i tak malo zawalu nie dostalam, kiedy uslyszalam dziwne skrobanie dochodzace z jednego z pokoi. Poszlam niepewnie zajrzec co sie dzieje i zastalam taki widok:


Glupiutkie stworzonko wspielo sie po siatce i uparcie probowalo wspinac dalej, po szybie. Niestety, lapki mu sie slizgaly i wisialo tam, nie chcac zejsc, ale nie mogac wdrapac sie wyzej. ;) Pukalam w szybe, ale maluch nie mial zamiaru zlazic. Trzymal sie uparcie brzegu okna.


Dopiero kiedy otworzylam okno i potrzasnelam siatka, wystraszyl sie i zeskoczyl w rododendrony ponizej. :)

Co jeszcze?

Potworki nadal, co sobota, szaleja na basenie.








(Nik szykuje sie do skoku)

Zostala jeszcze tylko jedna lekcja. Niesamowite, jak szybko minela ta sesja... Potem chyba zrobimy sobie wakacyjna przerwe, a do zajec wrocimy jesienia.

Pomogli tez przy sadzeniu nasion w warzywniku.





Fasolka i groszek nalezaly do nich! :)


(Matka zawsze musi wsadzic palucha w kadr, no musi... :/)

W tym czasie nawiedzily nas upaly, niestety (bo ja strasznie stesknilam sie za cieplem!) tylko na 3 dni. Dzis juz temperatura wrocila do normalnych dwudziestu kilku stopni... A tak fajnie bylo miec ich 36! ;)

Podczas ostatniego dnia upalow, w piatek, w szkole Bi odbylo sie zebranie, podczas ktorego zerowkowicze spiewali piosenke dla wszystkich uczniow oraz rodzicow.

 (Tutaj, jeszcze przed rozpoczeciem przedstawienia. Wierzcie mi, po chwili kazda pusta przestrzen zostala zapelniona spoconymi cialkami, mniejszymi lub wiekszymi...)

I tylko podczas tych 45 minut, stojac w nieklimatyzowanej sali gimnastycznej, otoczona duchota oraz innymi lepkimi od potu rodzicami, zamarzylam o nizszych temperaturach... ;)

Dni, w ktorych bylam w pracy, spedzilam czesciowo porzadkujac swoje biurko oraz pakujac osobiste rzeczy, nagromadzone przez lata. Niektore byly dosc... interesujace. ;) Jak na przyklad, seteczka wodki. ;)





Spedzila upchnieta w kat szuflady przynajmniej 7 lat (ile dokladnie, nawet nie pamietam). ;)
Aha, to nie tak, ze przynosilam do pracy alkohol i pociagalam w czasie gorszych dni. Podczas ktorejs z imprez w pracy, jeden z szefow rozdal je wszystkim pracownikom. Dziwicie sie jeszcze, ze smutno mi odchodzic? ;)

W koncu jednak, w piatek, nieuchronnie nadszedl ostatni dzien w starej pracy.





Polalo sie sporo lez. Glownie moich, ale kilka dziewczyn tez pochlipalo. Nawet moj szef mial lzy w oczach. Jedenascie lat razem to jednak kupa czasu. :(

Jutro przyjecie urodzinowe Bi (znowu!) dla dzieciakow z klasy oraz znajomych. A od poniedzialku stawiam sie w nieznanym miejscu pracy. Idzie nowe... Czy lepsze, dopiero sie okaze...


Dobra, troche nadrobilam, przynajmniej u siebie... Niestety, z moja obecnoscia na wlasnym blogu oraz Waszych, bedzie tylko gorzej. Jak wiecie, zawsze pisalam glownie z pracy. Teraz przechodze do nowej, nie wiem jakie beda uklady, jacy ludzie... Najwazniejsze jednak, ze na poczatku trzeba sie jednak wykazac, zaimponowac wiedza oraz doswiadczeniem, ale tez i sporo nowosci przyswoic. Nie bedzie czasu na blogowanie. Natomiast w domu jakos nie mam do tego glowy. Przekonalam sie o tym w ostatnich dwoch tygodniach. W pracy zamykalam wszystkie sprawy i nie mialam zbyt duzo czasu na pisanie. A w domu, wieczorami, nie mam na to sily ani weny. Moze to tez kwestia przyzwyczajenia, w koncu malo kiedy wchodzilam na blogi tak pozno...

Nie moge wiec obiecac, ze poprawie frekwencje, ale obiecuje ze nadal bede Was czytac i odzywac sie w miare sil oraz mozliwosci.

Do przeczytania! :*

piątek, 12 maja 2017

A z praca to bylo tak...

Nie pisalam o pracy caly miesiac. Pora chyba zdac Wam relacje z tego, co w tym czasie dzialo sie na froncie zawodowym...

Wszystko co opisalam w poprzednich kilku postach, cala domowa bieganina, dziala sie jakby obok mnie. Cialo bylo, umysl niby tez, ale tylko polowicznie. Cala energie oraz mysli wkladalam w poszukiwania pracy. I w sumie nie spodziewalam sie, ze efekty moga byc tak szybkie... Wyslalam jakies kilkanascie podan i juz w drugim tygodniu poszukiwan dostalam zaproszenie na telefoniczna rozmowe o prace. Ta przeszlam spiewajaco i w kolejnym tygodniu stawilam sie na rozmowe osobiscie. I tu niestety rozczarowanie. Najpierw przelozyli rozmowe na inny dzien, bo jedna osoba miala byc w podrozy, a inna, z kadr, miala zajac sie rozliczeniami. Kiedy zas w koncu na rozmowe dotarlam, sama bylam tego dnia jakas rozkojarzona i wiem, ze poszlo mi srednio oraz firma okazala sie porazka. Mialam rozmawiac z czterema osobami. Tymczasem kiedy przybylam na miejsce, okazalo sie, ze jeden z managerow musial zajac sie jakas nagla sytuacja (co jeszcze jest zrozumiale), a kolejna osoba jest na urlopie! No ludzie! Nie wierze, ze kilka dni wczesniej nie wiedzieli, ze jedno z nich planuje wakacje! Totalny brak szacunku i przy okazji straszny balagan! Rozumiem, ze to ja staram sie o prace u  nich, ale ich jakies podstawy dobrego wychowania chyba tez obowiazuja? W kazdym razie, moze to dobrze, ze pracy w koncu nie dostalam. Zreszta, tak naprawde to nie wiem. Rozmowe o prace odbylam tylko z polowa osob, a na odchodnym powiedziano mi, ze w nastepnym tygodniu zadzwonia umowic mnie na spotkanie z pozostala dwojka. Tydzien minal i nie zadzwonili, wiec podejrzewam, ze znalezli lepszego kandydata, ale mozliwe tez ze maja taki burdel, ze odezwa sie za tydzien lub dwa. ;)

Ja w kazdym razie czekac nie zamierzam. W dniu bowiem, kiedy mialam rozmowe telefoniczna z nimi, otrzymalam zaproszenie na rozmowe kwalifikacyjna z innej firmy. Bardzo dziwne, nieformalne, ale to pozwolilo mi podjechac na luzie i bardziej z ciekawosci. ;) Sama rozmowa rowniez okazala sie bardziej pogawedka niz rozmowa kwalifikacyjna, ale o dziwo, dwa dni pozniej zaowocowala oferta pracy! Ktora odrzucilam. ;) Okazalo sie bowiem, ze laboratorium jest malutkie, istnieje dopiero od kilku lat i przerazil mnie powrot do miejsca, ktore tez moze zbankrutowac po roku - dwoch. Myslalam, ze tak skonczy sie ta historia, tymczasem manager z tego laboratorium odpowiedzial, ze jest zaskoczony iz odrzucam jego ("niesamowita") oferte. ;) W tym czasie czekalam na osobista rozmowe w tej innej firmie, wiec odpisalam facetowi, wypunktowujac szczegolowo to, co nie podoba mi sie w jego ofercie, a na koniec rzucilam propozycja pensji, ktora nawet mnie wydala sie grubo przesadzona. Glownie, zeby sie go pozbyc. ;) Poczatkowo odpowiedzial, ze zgadza sie na wszystkie moje warunki, ale co do pensji, podniosl sie tylko delikatnie. W takim razie odpowiedzialam, ze mam jeszcze inna rozmowe o prace i zastanowie sie nad jego oferta. Szczegolnie, ze w miedzy czasie odezwala sie kolezanka, ktora odeszla do innego laboratorium, zebym przeslala jej CV do przekazania bezposrednio do kadr.

Nawet nie wiedzialam, ze moze byc ze mnie taka twarda negocjatorka. ;) I normalnie zapewne dawno bym wymiekla, bojac sie, ze strace szanse. Tutaj jednak zupelnie mi na tej ofercie nie zalezalo, czekalam raczej na to, co wyniknie z dwoch pozostalych miejsc. Okazalo sie jednak, ze zimna krew sie oplaca, bo to malutkie laboratorium w koncu wrocilo z oferta, gdzie zaproponowali mi dokladnie tyle kasy, ile zazadalam, mimo ze sama uznalam, ze w zyciu tyle nie dostane. Co bylo robic, bylabym glupia, gdybym jej nie przyjela.
Oczywiscie pieniadze to nie wszystko, chociaz zycie ulatwiaja. Te laboratorium ma jednak jeszcze jedna zalete. Jest doslownie 3 minuty od szkoly Potworkow i niecale 10 minut od mojego domu (autem oczywiscie). Gdybym nie musiala po drodze odbierac dzieci, moglabym jezdzic na rowerze i pewnie nawet bym sie nie zmeczyla. :)

Troche martwie sie oczywiscie, ze oni tez padna, ale coz. Miejsce, w ktorym pracuje obecnie, przechodzi w nowe rece lub przestanie funkcjonowac za jakies 2 miesiace. Tamci mam nadzieje, ze przetrwaja jeszcze kilka lat. A jesli mam sie tym stresowac, to przynajmniej postresuje sie za duzo lepsze pieniadze. ;)
Stresa mam zreszta ogromnego, bo chociaz bede robic ogolnie to samo co tutaj, to moje nowe miejsce pracy zajmuje sie zupelnie czym innym. Sporo bede musiala sie wiec nauczyc. Poza tym, bede tam jedyna osoba odpowiedzialna za kontrole jakosci (czy jak to mozna przetlumaczyc), wiec wszystko zwiazane z przepisami bedzie na mojej glowie. Poczatki pewnie nie beda wesole, szczegolnie ze przychodze z miejsca, gdzie moja codzienna prace moge wykonywac z palcem w nosie i nawet sie szczegolnie nie skupiajac... ;)

W zeszly piatek zlozylam wypowiedzenie w obecnej pracy i niespodziewanie, glowny manager zaproponowal mi posade w swoim laboratorium, jesli je kupi. Coz, zmuszona bylam grzecznie odmowic. Po pierwsze zaoferowal mi "zaledwie" moja obecna pensje plus 10% bonus, a po drugie to wszystko na wodzie pisane, bo sam przyznal, ze sprzedaz jeszcze nie jest do konca zatwierdzona...
Poza tym jestem rozczarowana jego zachowaniem. Gdyby zaproponowal mi prace dwa tygodnie, czy nawet tydzien wczesniej, kto wie, moze wybralabym spokojna posade, ktora znam od podszewki, z fajnymi ludzmi, ktorych znam od lat. Jednak on czekal do ostatniej chwili... Mozliwe zreszta, ze ta jego oferta byla zupelnie nieszczera skoro zlozyl ja dopiero po moim wypowiedzeniu i dostalam ja tylko dlatego, ze chcial zachowac "twarz". Tak czy owak, za pozno...

***

Pod koniec maja zaczynam wiec nowa prace! Nawet bym nie przypuszczala, ze sprawy potocza sie tak szybko... Nie wiem czy jestem gotowa na tak gwaltowne zmiany! Myslalam, ze bede szukac i szukac, a tu druga rozmowa o prace zaowocowala posada! ;) Mam pietra jak cholera, bo w koncu nowe miejsce, nowi ludzie, po 11 latach... Jestem jednak duzo spokojniejsza niz podczas poszukiwan. Chwilowo czarna wizja bezrobocia oraz sprzedazy domu wpelzla gdzies glebiej w zakamarki mojego pesymistycznego umyslu (mysle, ze z moim charakterem nigdy zupelnie nie zniknie). Teraz denerwuje sie czy podolam nowym wyzwaniom, ale to juz zupelnie inna historia... :)

wtorek, 9 maja 2017

Co nowego, ciekawego?

Duzo. Jak na moje slabe nerwy, troche za duzo. Kiedy pod koniec marca pisalam o intensywnym kwietniu oraz maju, nie przypuszczalam, ze beda az tak intensywne. Kto by sie spodziewal, ze dojdzie mi jeszcze nerwowe przegladanie ofert pracy, wysylanie podan i bieganie na rozmowy kwalifikacyje? :/

O tym jednak kiedy indziej. Co poza tym?

Ogrod mi rozkwita. Po upalach, ktore nawiedzily nas w okolicach Wielkanocy, poczatek maja okazal sie zimny i deszczowy. Roslinom jednak zupelnie to nie przeszkadza. Wrecz przeciwnie, radza sobie znacznie lepiej niz podczas letniego goraca i suszy.
Wiekszosc wczesnowiosennych kwiatow juz przekwitla, ale trzyma sie nadal jakas pozna (i piekna!) odmiana tulipanow:


Zakwitla tez roslina, ktora kupilam w zeszlym roku na przecenie i nie bylam pewna czy przetrwa. Nie wiem jak nazywa sie po polsku, tutaj zwa ja Bleeding Hearts:


Poza tym, wczesnie jak na nas (zazwyczaj ociagamy sie do konca maja), ale posadzilismy juz wszystkie sadzonki warzyw. Niestety, nie pstryknelam zdjecia... Oraz, kolejne niestety, na dzisiejsza noc zapowiadaja przymrozki, wrrr... :/

Jak juz wspomnialam kilka razy, dzieciaki zaczely zajecia na basenie. Tak jak planowalam, oboje.

(Pierwszy trening Kokusia)

Nik podszedl do nowych zajec dosc nieufnie, a po pierwszej lekcji oswiadczyl, ze sie bal i juz nie chce tam wracac. ;) Matka przeklnela w duchu, bo wlasnie zaplacila za cala serie za oba Potworki, ale postanowila potraktowac ow komentarz jako probe zwrocenia na siebie uwagi. W czasie zajec, syn bowiem pokazywal cos zgola przeciwnego: usmiech mial od ucha do ucha i do kazdego cwiczenia zglaszal sie pierwszy. Tak jak rodzicielka podejrzewala, na kolejna lekcje pojechal z radoscia i entuzjazmem. :)

(Ciemno tam jak cholera, ale ta mala glowka przy drabince, to Nik)

W dodatku, Mlodszemu tak spodobaly sie zajecia sportowe, ze zachcialo mu sie jeszcze tenisa. Jak mozecie zauwazyc na zdjeciu u gory, po drugiej stronie okna sa korty. I co tydzien, Potworki przed i po plywaniu, maja okazje poobserwowac dzieciaki uczace sie gry w tenisa, co zaowocowalo prosba Kokusia. Coz, nie wszystko na raz. Poki co - basen. Potem sie zobaczy. Zreszta, w tym klubie, na lekcje tenisa przyjmuja dzieci od lat 6. Nik musi wiec poczekac. ;)

A Bi? Na wzmianke o basenie, az skacze ze szczescia. I radzi sobie coraz lepiej. Na kolejnym poziomie rzeczywiscie ucza sie coraz wiecej. To juz nie oswajanie sie z woda, tylko przygotowanie do prawdziwego plywania.


Jako ciekawostke dodam, ze zajecia w jej grupie prowadzi ta sama instruktorka, co w poprzedniej sesji. Ta, ktora notorycznie sie spozniala lub nie pojawiala. :) Musze jej jednak oddac sprawiedliwosc, ze na trzy zajecia, ktore Potworki dotychczas mialy, zjawila sie na oba i to punktualnie. Mozliwe, ze po prostu nie jest rannym ptaszkiem. Podobnie zreszta jak ja. ;) Na tym poziomie, dzieciaki maja zajecia o 9:45, co pozwala mi pochrapac do 8. Nie ukrywam, ze przyjmuje to z rozkosza. ;)

Zamowilam dla Bi przyjecie urodzinowe w sali zabaw. I tu sprawy sie pokomplikowaly przez jakas mamuske - idiotke, rodzicielke kolegi Bi. Wypisalam zaproszenia dla dzieci z klasy, Starsza rozdala je w szkole, a dzien pozniej otrzymalam telefon od tej kobiety. Okazalo sie, ze zarezerwowala przyjecie dla swojego syna w ten sam dzien, ale nie rozdala jeszcze zaproszen, bo stwierdzila, ze ma czas! Najlepsze, ze pyta sie mnie "A kiedy Bi ma urodziny? Bo moj syn 20ego (dzien przed przyjeciem). I co teraz?". No jak to, co teraz?! Przekladaj, kretynko! :D Spokojnie, na glos jej tak nie nazwalam, chociaz w myslach kilkakrotnie. Przeciez, kurna, skoro zaproszenia juz rozdalam, to nie moge teraz szukac kontaktu ze wszystkimi rodzicami z klasy i informowac, ze zmieniam date! Ona jeszcze nikogo nie zaprosila, wiec jest w o wiele lepszej sytuacji... Chociaz przez cala rozmowe mialam wrazenie, ze probuje delikatnie naciskac na mnie, zebym to JA przesunela przyjecie! No, niedoczekanie! Oswiadczyla w koncu, ze sprobuje, ale nastepnego dnia zadzwonila, ze najblizszy wolny termin maja na polowe czerwca, a to prawie miesiac po urodzinach jej synusia. Wiec ona zostawi termin tak, jak jest. Pominelam milczeniem to, ze sama organizowalam przyjecie mojemu synowi miesiac po urodzinach i jakos od tego nie umarl. Podejrzewam, ze kobieta wzdryga sie na mysl, ze jej syneczek moglby swietowac kilka tygodni po faktycznym swiecie. Och, biedaczek! :D Stwierdzilam, ze niech robi, co chce.
Tak jak przypuszczalam, "dzieki" tej idiotce, frekwencja na przyjeciu Bi raczej nie dopisze. Ona wyslala elektroniczne zaproszenia, mam wiec wglad w liste i widze, ze juz kilka osob, ktore odpisaly, ze nie beda na urodzinach Bi, zgodzily sie przyjsc na przyjecie jej syna. Wcale im sie nie dziwie, bo samej nie chcialoby mi sie spedzic polowy niedzieli, wozac dziecko z jednego przyjecia na drugie... Coz, trudno. Moze tym razem nie bede musiala doplacac za dodatkowe dzieci? ;) A jak sie uda, to za rok jej syna na pewno nie zaprosze... Chociaz, w sumie to nie wina dziecka, ze ma durna matke...

Poza tym, mlodsze dziecko wpadlo nam pod kosiarke. Spokojnie, tylko w przenosni! ;) M. wzial sie za strzyzenie w pelnym sloncu, zle widzial, ale zanim pomyslal zeby przeniesc sie w cien porobil na glowie Nika pare "zebow". Kiedy zaczal je wyrownywac, okazalo sie, ze ostrzygl syna prawie na "pale".


No coz, to tylko wlosy. Odrosna. ;)

W miniona niedziele, Bi swietowala swoje 6 urodziny kolejny, drugi juz raz. :) Tym razem zebralo sie nasze miniaturowe grono rodzinne, zeby uczcic rocznice narodzin Starszej. A szanowny rodziciel (nie rodzicielKA, nie!) postanowil samodzielnie upiec corce tort! :O Coz, kiedy wspomnial o "torcie", wyobrazilam sobie cos zupelnie innego - biszkopta przekladanego masa i udekorowanego masa cukrowa. Tymczasem "tort" smakowal troche jak sernik (choc nie bylo w nim ani grama twarogu) i polany zostal galaretka. Trzeba jednak przyznac, ze zrobil furore! Kazdy z gosci wszamal po dwa kawalki (jednen gosc nawet trzy), oboje z M. dopchnelismy wieczorem i w dwa dni po ciescie nie zostalo ani sladu. ;)
A Bi i jej domowy torcik, prezentowali sie tak:


Dostala tez niezwykly prezent urodzinowy od... samej siebie, o czym napisalam w dopisku pod poprzednim postem. Otoz, w niedziele przy sniadaniu, oznajmila, ze zabolal ja zab kiedy ugryzla rogala. Poniewaz Bi lubi dramatyzowac o byle bzdurke, nie przejelam sie szczegolnie. Chwilke jednak pozniej, kiedy czesalam jej wlosy, Starsza wrocila do tematu i pokazala mi zeba, ktory ja zabolal. Hmmm... no taki jakby lekko przekrzywiony, a Bi zabki miala zawsze prosciutkie... Popycham go delikatnie paznokciem... Wyraznie sie rusza! Narazie delikatnie, ale to tylko kwestia czasu az rozbuja sie porzadnie i w koncu wypadnie! Lepiej teraz miec zawsze w portfelu w pogotowiu jakiegos dolarka dla Wrozki - Zebuszki. :D

A ja, kolejny juz raz w mojej 6-letniej karierze matki, poczulam uklucie zalu. Ciesze sie razem z Bi z tego ruszajacego zabka, bo wiem jak bardzo na to czekala... A jednoczesnie jest mi jakos tak rzewnie... Wypadajace mleczaki to kolejny krok, dalszy etap dorastania. A ono nastepuje stanowczo za szybko...
Chcialabym choc na chwilke zatrzymac czas, nacieszyc sie Potworkami, takimi, jakimi sa teraz... Nie da sie, cholera, no nie da...

Przy okazji ruszajacego sie zeba Bi, awanture urzadzil Nik. Ze on tez chce, oczywiscie... A ja, przytulalam placzacego synka, usmiechajac sie jednoczesnie do mysli, ze chociaz on jest nadal moim maluszkiem. Przynajmniej tymczasowo... ;)

Zapomnialam tez dopisac (sorki dla tych z Was, ktore czytaly posta we wtorek), ze w poniedzialek oficjalnie zapisalam Nika do zerowki... Moje malenstwo... Przyznac jednak trzeba, ze Mlodszy swietnie tam pasuje. Juz na wstepie, przybil piatke "odzwiernemu", a kiedy przyszedl czas, zeby isc z paniami do klasy, ustawil sie pierwszy w szeregu (umawiane bylo 5-6 dzieci na ta sama godzine) i pomaszerowal nawet sie nie ogladajac.
Dla przypomnienia, w zeszlym roku, Bi rozplakala sie, kiedy miala isc do klasy i pani musiala ja wziac za reke, bo sama nie poszlaby za zadne skarby. ;)
Kiedy Nik wrocil, pochwalilam prace, ktore wykonal pod okiem nauczycielek oraz dyskretnie zerknelam na kartki innych dzieci. Wiecie, nadal troche mnie gryzie to poslanie go do zerowki w tym roku... ;) Na szczescie nie zauwazylam, zeby jego rysunki w jakikolwiek sposob "odstawaly", a i wzrostem zupelnie sie nie wyroznial.
A kiedy panie ocenialy "gotowosc" mego syna, ja zrobilam koleczko pomiedzy dyrektorka, sekretarka oraz szkolna pielegniarka, rozdajac kazdej odpowiednie dokumenty. 

Klamka wiec zapadla. Od wrzesnia bede miala dwoje "szkolniakow" w domu. Przed nami (kolejny) nowy etap... :)

czwartek, 4 maja 2017

To jaka jest 6-letnia Bi? + dopisek

Sliczna, wiadomo. ;)

Oprocz tego jest tez ciekawa swiata, dopytujaca, drazaca glebiej, naciskajaca, nie poddajaca sie, az czasem mam ochote wrzasnac "Na Boga, dosc juz tych pytan, ja naprawde nie znam odpowiedzi!". :D Od pytan o pojawianie sie dzieci oraz narodziny zwierzatek (wiosna zdecydowanie sprzyja takim zagadnieniom), przeszlysmy do trudniejszych, o pojawianie sie dnia, nocy oraz faz ksiezyca. O ile tu matka wybrnela bez (chyba) wiekszego potkniecia, to kiedy zaczynaja padac pytania o prace telewizora czy pralki, juz wymiekam. Usiluje odsylac Bi z takimi pytaniami do ojca, tlumaczac, ze technicznie jej matka jest zdolna - inaczej, ale corka upiera sie, ze mama wie i koniec. Przeciez mama wie wszystko. Ehem... ;)

Z niemowlecia i malego dziecka, ktore nie za bardzo lubilo pieszczotki, tulenie oraz calowanie, Bi wyrosla na straszliwie przytulasna dziewczynke. Nie wiem czy to taka faza, czy tak rozwinal jej sie charakter, czy tez przechodzi obecnie jakies trudnosci emocjonalne. W kazdym razie ciagle tuli sie i domaga calusow. Bardzo to mile, owszem, choc bywa meczace, np. kiedy akurat myje zlew, albo odkurzam, a dziecko uwiesza sie na mnie, dopraszajac akurat teraz, zaraz, natychmiast, buziaka. ;)

W dodatku, czesto wystarczy spojrzec na nia "krzywo", a natychmiast dopytuje czy sie na nia przypadkiem nie gniewam. Czasem jest to az komiczne, bo marszcze brwi w skupieniu myjac jej zeby, lub ochrzaniam Nika, a Bi wyskakuje ze swoim "Jestes na mnie zla?". Bywa, ze nie wiem zupelnie o co jej chodzi i musze wyjasniac co takiego powiedzialam lub jaka mine zrobilam, ze dziecko uznalo, iz trzeba sprawdzic czy czegos nie przeskrobalo. ;)
Jest oczywiscie i druga strona medalu. Kiedy Bi naprawde nabroi i ja skarce, najczesciej nastepuje foch i obraza. Zazwyczaj Starsza krzyzuje ramiona na piersi, patrzy spode lba i oznajmia, ze bedzie robic to na co ma ochote, a ja mam sie nie odzywac. Albo, niczym nastolatka, maszeruje do swojego pokoju tupiac donosnie nogami i zatrzaskuje z hukiem drzwi. Tudziez, zupelnie po dzieciecemu, ryczy tak glosno na ile pozwala jej sila pluc, rzucajac sie na podloge i kopiac w nia pietami. ;) Zdecydowanie, charakterek to ona ma. Na szczescie tylko w domu, bo ze szkoly (odpukac!) nie otrzymuje zadnych sygnalow, ze pokazuje rozki i tam. ;)

Uwielbia zajecia na basenie. Pedzi na nie jak na skrzydlach. Zwykle, przy ciagle zmieniajacej sie pogodzie, ciezko wyegzekwowac od niej zalozenie kamizelki lub bluzy (przeciez cieplo jest, mamo!). Wystarczy jednak ostrzec, ze jesli sie przeziebi to nie pojedzie na basen, a wierzchnia odziez natychmiast laduje tam, gdzie powinna. ;)
Na zajeciach radzi sobie zdecydowanie najlepiej w swojej grupie. Musze tu wtracic sprawiedliwie, ze Bi trafila do grupy od 5 lat wzwyz. Pozostala dwojka dzieciakow jest mlodsza, wlasnie okolo 5-letnia, stad moze koordynacja nieco gorsza i wiekszy strach. Bi skacze do wody i plywa niczym maly delfinek. Oczywiscie nadal z gabkami utrzymujacymi ja na powierzchni. ;)

Kolejnym hobby Bi sa, o czym juz wielokrotnie wspominalam, prace plastyczne. Przyznaje, ze od dluzszego czasu zaniedbalam pod tym wzgledem dzieciaki. Nie mam ani weny, ani checi. Na szczescie, od czego sa przedszkole oraz szkola? ;) A i w domu, majac pod reka papier, nozyczki, klej oraz mazaki, Bi sama znajduje ujscie dla swojej pasji. Czasem cos jej wyjdzie lepiej, czasem gorzej, ale wszystkie prace, nawet te niedokonczone sa dla niej cenne i nie da nic wyrzucic. Mnie z kolei do szewskiej pasji doprowadzaja walajace sie wszedzie karteczki, powycinane tajemnicze ksztalty niewiadomego przeznaczenia, posklejane szkielety kolejnego "dziela" i po cichu, wieczorem, je utylizuje. Zgodnie z "czego oczy nie widza, tego sercu nie zal", Bi nigdy nawet nie zauwaza, ze kolejny "rozbabrany" i niedokonczony projekt magicznie "uciekl" w srodku nocy. ;)

Poza basenem oraz "sztuka", w zyciu Bi dosc gwaltownie i z hukiem pojawila sie kolejna fascynacja - ksiezniczki Disney'a. Pod wplywem kolezanek z klasy oraz naszego wspolnego wyjscia na Piekna i Bestie, w jej blond glowce cos kliknelo (a moze to po prostu taki wiek) i od kilku tygodni codziennie walcze z jekami, zeby wlaczyc kolejna bajke. Niewazna praca domowa, niewazne podworko, ona chce ogladac Alladyna czy inna Spiaca Krolewne. ;) Na topie jest tez Elena z Avaloru. Bi przeprosila sie nawet z Jej Wysokoscia Zosia, ktorej do niedawna nie trawila.
Najmniej zadowolony z obecnego stanu rzeczy jest Nik, ktory jak na chlopca przystalo, ksiezniczki ma w nosie i stanowczo domaga sie wlaczenia czegos odmiennego. ;)

W szkole Bi radzi sobie, z tego co wiem, dobrze.
Dostalam ostatnio do wgladu dzienniczek tego, czego ucza sie na hiszpanskim. Odpytalam Bi z wymienionych slowek i zwrotow i cos tam nawet pamietala. Nie wszystko, wiadomo, bo ucza sie tylko przez konwersacje oraz piosenki, ale calkiem sporo.
Znakomicie radzi sobie z matematyka. Szczeka mi opada, kiedy sprawnie przelicza piatkami, dziesiatkami i dodaje (odejmowania narazie nie wprowadzaja) w obrebie setki. Zdecydowanie, mozg tatusia - inzyniera. ;)
Matka ma sklonnosci bardziej humanistyczne i najwyrazniej nie przekazalam tych genow corce. ;) Bi nadal kuleje z czytaniem. Niestety, troche jest w tym mojej winy. Pochlonieta frustracja w obecnej pracy i wkladajaca cala energie w poszukiwania nowej, zaniedbalam cwiczenia czytania z dzieckiem. Kiedy w poprzedni weekend w koncu do tego przysiadlysmy, skonczylo sie to mega frustracja Bi. Te wyrazy, ktore zna na pamiec, czyta bez problemu. Ale kiedy trzeba zlozyc w fonetyczna kupe nieznany wyraz, chocby najprostszy, bez skomplikowanej czy niejednoznacznej wymowy, jak np. "from", Bi sie zacina. Zlosci sie, jeczy, lzy naplywaja jej do oczu i tak naprawde nawet nie probuje. Wpada w taka bezglosna histerie i wtedy rzeczywiscie nie jest nawet w stanie sobie przypomniec jakie dzwieki wydaja poszczegolne literki, choc zwykle wie to doskonale. ;) Jedyna na to rada jest cwiczyc, cwiczyc, cwiczyc, wiem, choc mi rowniez ciezko zachowac spokoj kiedy dziecko zamiast literowac, miota sie wsciekle po kanapie. Zachecam, motywuje jak umiem, ale daleka jeszcze przed nami droga...

Danych "technicznych" nie znam, bo bilans Bi ma wyznaczony dopiero na poczatek czerwca. Dopisze, jak nie zapomne. :)

Przyjecie urodzinowe dla naszej miniaturowej rodziny w osobach dziadka, ciocio-babci oraz chrzestnego, odbedzie sie w niedziele. Przyjecie dla dzieciakow zas, dopiero za dwa tygodnie. Bi, sprawdzajaca dokladnie wszystkie daty w kalendarzu, byla niepocieszona faktem, ze jej urodziny wypadaja w srodku tygodnia i nie moze miec imprezy wtedy. Postanowilam wiec urzadzic jej choc namiastke przyjecia i wracajac do domu, kupilam gigantyczna muffinke (czekoladowa z czekolada, o rany!). Bi wetknela w nia 6 swieczek i chociaz zdmuchnela je w obecnosci tylko matki oraz brata, okazalo sie, ze to w zupelnosci wystarczylo, a dziecko bylo wniebowziete, ze "swietuje" w faktycznym dniu urodzin.


Z tym dmuchaniem swieczek tez mialam przygody, jakze by inaczej. ;) Najpierw, zapalilam dwie swieczki i... skonczylo mi sie paliwo w zapalniczce! Zaczelam goraczkowo szukac innej, zapalek, czegokolwiek, ale przekopalam wszystkie kuchenne szuflady i nic! Dobrze, ze Bi przypomniala sobie, ze byla kiedys z tata w sklepie i kupili taka wielka zapalniczke do grilla. Dziecko pamietalo nawet dokladnie, na ktorej polce M. ja polozyl! :O Dopiero po zapaleniu swieczek, pomyslalam, ze moglam przeciez odpalic jedna od drugiej. Pfff... Blondynka! :D

Kiedy juz rozwiazal sie problem ze swieczkami i chcialam zrobic Bi zdjecie z jej urodzinowa muffinka, okazalo sie, ze wyczerpala mi sie pamiec w telefonie! Nosz kurna! Zanim udalo mi sie wybrac kilka fotek do wykasowania, zanim pozniej srajfon sie zresetowal (bo na poczatku kamera sie zawiesila), dwie swieczki, zapalone na samym poczatku, stopily sie niemal do polowy! :D

Szkola rowniez stanela na wysokosci zadania. Okazalo sie, ze Bi miala spiewane "Happy Birthday" cale trzy razy: na glownych zajeciach, na hiszpanskim oraz na muzyce. Full wypas, a dziecko zachwycone cala, skupiona na sobie, uwaga. ;)

To tyle o Bi - szesciolatce. Niedlugo pewnie pojawia sie pierwsze wpisy o wypadajacych mleczakach, na co Starsza bardzo czeka. Narazie jednak zaden nawet sie nie "kiwa". ;)

Dopisek:

No prosze. Dopiero co napisalam, ze niedlugo pewnie zaczne pisac o wypadajacych zebach mlecznych, a dzis rano (niedziela) Bi odkryla pierwszy ruszajacy sie zabek. Dolna jedynka szykuje sie do wymiany. :)

wtorek, 2 maja 2017

Rocznica narodzin

Obudzilam sie dzisiaj obok istoty idealnej.

Ogromne oczy ocienione dlugimi, ciemnymi rzesami. Maly, prosty nosek. Slicznie wykrojone usteczka. Plowe wlosy opadajace do pasa...

Jak parze takich przecietniakow jak ja oraz M., udalo sie stworzyc cos tak perfekcyjnego? ;)

Moj wyczekany, wymodlony cud.

Moja coreczka konczy dzis szesc lat.

S.Z.E.S.C!

Spelnienia Marzen, Kochana! :*

czwartek, 20 kwietnia 2017

A Wielkanoc przeszla migusiem...

A jak miala zreszta przejsc, skoro tutaj to tylko jeden dzien... :(

Dziwnym jednak trafem, mimo ze nie przygotowywalam niemal nic, lodowka nadal jest pelna zarcia. Cuda, panie Dziejku. ;) Serio! Upieklam biala kielbase, ziemniaczki w czosnkowym maselku, zrobilam torcik nalesnikowy z wedzonym lososiem (pycha, swoja droga!) i upieklam sernik. Oraz rozmrozilam miche bigosu, lezakujacego w zamrazarniku od... Bozego Narodzenia. ;) M. ugotowal zupe, ale zamiast zurku zrobil pomidorowa, wiec na swiateczny stol nawet nie wyjechala. To wszystko. Do tego normalne, cotygodniowe zakupy i lodowka peka w szwach. Chyba trzeba zainwestowac w wieksza.
Tiaaa, jeszcze tej nie splacilismy... :/

Wbrew sytuacji w pracy, swiateczny dzien uplynal calkiem sympatycznie. Tak naprawde, otrzasnelam sie juz z poczatkowej rozpaczy. W czwartek i piatek dwa tygodnie temu, kiedy gruchnela wiadomosc, nie bylam nawet w stanie sie skupic. Czulam sie skolowana i rozzalona. Wtedy jednak oplakiwalam stara prace. Mimo, ze placili srednio, to jednak, poza regularnymi audytami, nie moglam sobie wymarzyc spokojniejszej posady. Szef zupelnie nie wtracal sie do mojej pracy. Miedzy kolega z biura oraz nasza asystentka, sami rozdzielalismy miedzy siebie zadania i wraz z "kierowniczkami" laboratorium, ustalalismy priorytety. Moglam wyjsc wczesniej kiedy chcialam, lub przyjsc pozniej. Bez problemu wziac wolne jesli ktores z Potworkow zachorowalo, co przy tutejszym braku porzadnej polityki prorodzinnej, wcale nie jest takie oczywiste... Po prostu, przy malych dzieciach taka praca to skarb i musialam oplakac swiadomosc, ze na takie warunki gdziekowiek indziej, bede musiala sobie od nowa zapracowac...

Dosc szybko jednak, stwierdzilam, ze trzeba isc naprzod. Az sama sobie sie dziwie, ze w tak krotkim czasie bylam gotowa zostawic za soba 11 lat zycia. Jest na to chyba jednak termin. Nazywa sie odpowiedzialnosc. Mam dwoje dzieci. Jestem odpowiedzialna za zapewnienie im odpowiedniego bytu. To dla nich potrzebuje stabilizacji i zaplecza finansowego. W tej chwili chodze do obecnej pracy bo nie moge sobie pozwolic na odejscie. Nadal mi placa, wiec staram sie byc choc troche produktywna, ale marnie mi to wychodzi. Po proostu, brak mi jakiejkolwiek motywacji. Brzydko mowiac, mam na ta firme wy**bane. Caly wysilek koncentruje na szukaniu nowej pracy. I najbardziej boje sie, ze wieki zajmie mi znalezienie czegos odpowiedniego... :(

Ale mialo byc o Swietach...

Z wiadomych powodow, atmosfery swiatecznej zupelnie w tym roku nie czulam... Dobrze, ze prezenty dla dzieci zamowilam/ kupilam duzo wczesniej. Sporo (jak na mnie) wczesniej, poszlam tez do spowiedzi. Chociaz to mialam wiec odhaczone... Dodatkowo, zeby choc troche oderwac mysli od pracy, tydzien przed Wielkanoca, zagonilam Potworki do sadzenia rzezuchy. "Zagonilam" to w sumie niewlasciwe slowo, bo oni sami az sie rwali do tego projektu. ;)


Reszta przygotowan lezala jednak odlogiem. Dopiero doslownie kilka dni przed Swietami, wyciagnelam kilka zajaczkow i ustawilam na szafkach. Stol w koncu przyozdobilam galazkami bazi z kolorowymi jajeczkami w Wielka Sobote...
Wzielam wolne w Wielki Piatek (bo moja firma normalnie tego dnia pracuje), zeby choc czesciowo uporac sie z przygotowaniami. I w koncu wyszorowalam tylko lazienke oraz upieklam sernik... Oraz spedzilam 20 minut w kolejce za wedlina w polskim sklepie. Normalnie jak za PRL...
A, no i jajca z Potworkami kolorowalismy. To znaczy, w tym roku moja rola ograniczyla sie do nalewania wody i pilnowania, zeby barwniki nie chlapaly na pol pokoju. ;) O tym, ze dzieciarnia miala frajde, niech zaswiadczy relacja fotograficzna:


(przed farbowaniem)

(jajca zanurzone...)


(...i gotowe!)

W sobote oczywiscie rano ze swieconka:


(Kokusiowy znak rozpoznawczy :D)

Nastepnie ostatnie zakupy, a potem rzucilam sie, choc niechetnie, w wir faktycznych przygotowan. W koncu, juz tradycyjnie, wszyscy zwalali sie do nas, trzeba wiec bylo posprzatac nieco dokladniej niz zwykle, no i pogotowac. Oraz pranie zrobic, bo uparlam sie, ze w niedziele nie chce juz robic NIC! Nawet kuchenke oraz zlew szorowalam o 23 wieczorem, bo wiedzialam, ze w wielkanocny poranek wstaniemy, popedzimy na msze, a potem wyglodniali jak wilki wpadniemy na sniadanie i nie bede miala czasu na sprzatanie. A ta kuchenka i ten zlew bedzie mnie przy kazdym spojrzeniu, draznic. Chyba tez z dziesiec razy, dziekowalam niebiosom za to, ze posiadam zmywarke. ;)
Na szczescie, po porannym chlodzie, pogoda zrobila sie naprawde piekna, wyrzucilam wiec malzonka z dzieciarnia na podworko, a sama zabralam sie za robote. :) Musze przyznac, ze nawet sprawnie mi to poszlo, chociaz paznokci juz nie pomalowalam. Moglam to zrobic gdzies okolo polnocy, ale spasowalam. Wolalam sie wyspac. ;)
W sobote wieczor, Potworki zrobily przy drzwiach "gniazdka" ze swoich szalikow, w ktorych Zajaczek mial zostawic prezenty. Ze swojej strony, planowalam pojsc pochowac dodatkowo w ogrodzie plastikowe jajeczka wypelnione slodyczami, naklejkami oraz innym dobrem, ale plany pokrzyzowal mi deszcz. Lunelo niewiadomo skad i odechcialo mi sie wedrowek po podworku.

W wielkanocny poranek, Potworki zerwaly sie zaraz po 6. ;) Przezylam jednak lekki szok, bo zamiast przyleciec do mnie i M. z wiescia, ze oto rozpoczynamy swietowanie, sami popedzili pod drzwi do swoich "gniazdek". Do sypialni, pod cieplutka koldre, dochodzily tylko radosne piski i podniecone okrzyki. Kiedy w koncu wstalam (myslac, ze beda potrzebowac pomocy w odpakowaniu prezentow) okazalo sie, ze Bi dorwala nozyczki i z grubsza poradzila sobie sama, rozpakowujac zarowno wlasny prezent, jak i brata. Ot, dorastaja Potwory. ;)

Pamietacie moze, ze Nik po Gwiazdce urzadzil ktoregos dnia placz, ze Mikolaj nie przyniosl mu kopary? Postanowilam naprawic blad Gwiazdora i koparke przyniosl Zajaczek (aka "Kloliczek", jak nazywa go Kokus).



Z Bi zas mialam zagwozdke. Minela faza na konie i Starsza aktualnie nie przezywa zadnej wiekszej fascynacji. Od czasu do czasu, gdzies w reklamie przewija sie jakas lalka i Bi wspomni, ze chcialaby ja dostac. I nawet o tym myslalam... tylko, ze ona nie bawi sie lalkami! Byl (bardzo) krotki okres, gdzie rzeczywiscie wyciagala domek dla lalek, wszystkie uzbierane Barbie oraz Barbio-podobne czupiradla oraz cala swoja "stadnine" i bawila sie w rodzine. Od dluzszego czasu jednak, domek stoi pusty, a lalki oraz koniki walaja sie po polkach nieuzywane. Postanowilam wiec postawic na cos, co Bi uwielbia, czyli prace plastyczne.



Padlo na zestaw koralikow, ktore mozna ukladac we wzorek, a po ulozeniu spryskac woda, co sprawia, ze po wyschniciu paciorki lacza sie ze soba. Fajna sprawa. Bi na poczatku wsciekala sie, bo nie mogla trafic koralikami w odpowiednie miejsca i musiala pomagac sobie paluchem. Szybko jednak nabrala wprawy i teraz trzaska jeden wzorek za drugim w takim tempie, ze za kilka dni bede musiala dokupic koralikow. ;)

Z prezentow od Zajaczka, Potworki byly wiec bardzo zadowolone, ale juz po chwili podniesli larum, ze chca isc do ogrodu szukac jajek. K%$@#a! Jak wspomnialam wyzej, w sobotni wieczor padalo i nie chcialo mi sie wylazic i chowac ich w taka pogode. Moglam oczywiscie nastawic budzik na 4 rano i zrobic to zanim wszyscy powstaja, ale ten tego... Mowy nie ma. ;) Szybko wiec wcisnelam Potworkom, ze Zajaczkowi nie chcialo sie w deszczu biegac po ogrodzie (jak sie przyjrzec, to byla szczera prawda :D). Poza tym spieszylismy sie do kosciola i Potworki jakos to przelknely. Kiedy wrocilismy, chcialam jeszcze zrobic szybka sesje swiateczna w ogrodzie. Akurat wtedy jednak, Nik musial przypomniec sobie o tych pierdzielonych jajkach! :/ A ja, zniecierpliwiona, tez zle to rozegralam i rzucilam tylko, ze w ogrodzie nie ma zadnych jajek. W rezultacie, Nik sie rozplakal, a moje "piekne", wspolne z dziecmi zdjecie, jest wrecz klasyczne:



Jedno dziecko mruzy oko, drugie jest cale zaryczane, a matka nie dosc, ze wlos ma rozwiany w bynajmniej-nie-artystycznym nieladzie, to jeszcze stoi dziwacznie rozkraczona, bo do nogi ma uczepionego, malego, ryczacego focha. ;)

Wkoncu jednak, po swiatecznym sniadaniu, kiedy dzieci zajete byly dziadkiem oraz rozpakowywaniem (i pozeraniem) kolejnych slodyczy, udalo mi sie wymknac z domu i pochowac rzeczone jaja. Jesli jednak myslalam, ze teraz juz wszyscy beda zadowoleni z zycia oraz dobrej zabawy, to sie pomylilam. Bi bowiem wystrzelila z domu niczym strzala, zbierajac po drodze wszystkie napotkane jajka. Po doslownie minucie, Nik wybuchnal wiec placzem, ze on zadnego nie znajduje. Zaczelam wiec pokazywac mu "A zajrzyj za tamten krzaczek! A spojrz pod zjezdzalnie!", itd. Tu z kolei rozplakala sie Bi, ze pomagam Kokusiowi, a jej nie! O, matkoicorkojaciepiernicze!!! :D

Suma summarum jednak, wyzbierali wszystkie jaja.


(i znow ten jezyk... :D)

A lupami zgodnie sie podzielili i to bez mojej ingerencji! Wiem, powtarzam sie, ale normalnie dorastaja! ;)





Jak mozecie zobaczyc na zdjeciach, pogoda na Wielkanoc trafila nam sie po prostu wymarzona. Bylo prawie 30 stopni! Dla organizmow nieprzyzwyczajonych do takich temperatur po zimie, bylo wrecz za goraco! Planowalismy zabrac Potworki na plac zabaw po obiedzie, ale wyobrazilismy sobie stanie w szczerym polu bez sladu cienia (bo drzewa nie maja jeszcze lisci) i odpuscilismy. Bylo na tyle goraco, ze okolo poludnia nawet dzieci chcialy schowac sie w domu. Skonczylo sie na tym, ze M. ucial sobie drzemke, Bi oraz Nik zasiedli przed bajka, a ja klikajac w laptopie stwierdzilam, ze zaluje, ze nie mam nic do roboty, bo zwyczajnie zaczelo mi sie nudzic! :D

Lany Poniedzialek to tutaj oczywiscie dzien jak codzien, ale nie zamierzam tak latwo odpuscic naszym polskim tradycjom. Bylo chodniej niz w niedziele, ale i tak okolo 20 stopni, wreczylam wiec Potworkom pistoleciki na wode i dalam wolna reke. Spryskali najpierw mnie (zdrajcy!), ale co tam. Podobno to na szczescie, a tego akurat mi potrzeba. ;) Potem rzucili sie na psa.


Na koniec, Bi metodycznie zlala woda cala siebie, od buzi, przez bluzke, az po legginsy. Szczegolna uwage poswiecila swoim czterem literom, tworzac tam ogromna, mokra plame. ;)



I tak minely nasze Swieta. Migusiem, jak w tytule i naprawde nie wiem dlaczego wyszedl mi tasiemiec. Dawno tez tylu zdjec nie zalaczylam! ;)

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Dno i dwa metry mulu...

Dlaczego nie pisze, nie odpowiadam i nie komentuje? Bo mam dola.

Dlaczego mam dola? Bo trace prace...

Tak, tak. Dobrze przeczytalyscie...

Firma, w ktorej pracuje, bedzie zlikwidowana. :( Pisalam juz, ze nam to grozi w pazdzierniku (tutaj), wtedy jednak wszystko szybko ucichlo. Odbylo sie kilka rozmow gdzie zarzad zapewnial, ze nie przewiduje kolejnych zwolnien, a na rezultaty reorganizacji zarzadu, trzeba bedzie poczekac ze dwa lata minimum. Pozornie sytuacja sie unormowala i praca toczyla sie jak zawsze. Wszyscy odetchneli z ulga.

Tymczasem w poprzedni czwartek, doslownie kilka godzin po tym jak wrzucilam posta z codziennymi bzdurkami, glowny manager wezwal wszystkich i oznajmil, ze glowna siedziba "stracila cierpliwosc" (cokolwiek to ma znaczyc) i postanowila nas po prostu zamknac. Po pol roku!!!

Czuje sie jak ostatnia idiotka, ze nie zaczelam szukac nowej pracy juz w pazdzierniku! Bylabym o 6 miesiecy do przodu, a kto wie, moze i mialabym juz swieza posade! Ale zaufalam szefostwu, ktore zapewnialo, ze mamy czas, ze firma napewno ruszy, ze wszysko nadal jest ladnie - pieknie. No i mam za swoje... :(

W srode odwiedzili nas reprezentanci glownej siedziby, ktorzy teoretycznie mieli odpowiedziec nam na nurtujace nas pytania. To spotkanie to byla jednak jakas cholerna komedia! Dowiedzielismy sie, ze nasza firma nie pasuje do ich ogolnego planu biznesu. Ze przez ostatnie 6 lat usilowali nas jakos wpasowac, ale to bylo jak wkrecanie kwadratowej glowicy w okragly otwor (takiego porownania uzyli). Jedna z dziewczyn slusznie wytknela, ze nasze projekty sa takiego samego typu jak te, ktore wykonywalismy od zalozenia firmy. Wiedzieli czym sie zajmuje nasze laboratorium, po co wiec nas kupowali?! Wtedy im to pasowalo, chcieli kupic wlasnie takie laboratorium, z takimi projektami i z taka baza klientow. Co sie wiec zmienilo?! Na to nikt nie mial odpowiedzi. Odwidzialo im sie i tyle!

A teraz umywaja rece od jakiegokolwiek zabezpieczenia swoich, badz co badz, pracownikow... Przyjechali, zeby nam radosnie oznajmic, ze nasz glowny manager zaproponowal, ze jest chetny na odkupienie od nich tego laboratorium. Serio, na poczatku przemowy, cala trojka reprezentantow miala usmiechy na ustach i usilowala nam wmowic, ze powinnismy byc podekscytowani, tak jak oni!

No kuzwa!

Pewnie, ze oni sie ciesza! Jesli transakcja dojdzie do skutku, beda mogli umyc elegancko raczki i zostawic odpowiedzialnosc za reszte w rekach Pana M.! Dopiero kilka ostrzejszych komentarzy oraz trudnych pytan, na ktore wyraznie nie mieli ochoty odpowiadac, postawilo ich do pionu. Wiecej sie juz nie usmiechali. I dobrze. Mam nadzieje, ze choc troche im w piety poszlo...

Gdyby los zwyklego, szarego pracownika choc troche ich obchodzil, zaproponowaliby, ze jesli ktores z nas mialoby ochote przeniesc sie do Stanu Michigan, mamy zagwarantowane zatrudnienie w glownej siedzibie. Laboratorium to laboratorium, moze typ projektow troche sie rozni, ale schemat pracy jest ten sam. Dodatkowo, wiele firm pokrywa w takiej sytuacji koszty przeprowadzki. Podejrzewam, ze zaden z naszych pracownikow nie poszedlby na to, ale uwazam, ze choc tyle sa nam winni. I nawet nieszczery, ale bylby to mily gest z ich strony. Taka propozycja jednak nie padla. Zamiast tego bylo, rzucone od niechcenia, ze na ich stronie internetowej znajdziemy liste otwartych etatow. Jesli mamy ochote, mozemy zlozyc podanie. Oczywiscie gwarancji, ze zostaniemy przyjeci, nie daja.

Dodatkowo, nie uslyszelismy ani slowa przepraszam, ani wytlumaczenia, ani pocaluj mnie w doope. Mimo, ze nie dosc iz zamykaja nas, kiedy obiecali dac nam dwa lata, to jeszcze, wiem z kilku zrodel, ze przez ostatnie 6 lat, to oni posrednio przyczynili sie do tego, ze firma nie rozwijala sie i nie przynosila takich dochodow, na jakie liczyli! Sprawa jest skomplikowana i nie chce wdawac sie w szczegoly, ale serio, informuja nas, ze wina za zaistniala sytuacje nie lezy w zadnym z nas ani w tym, jak wykonujemy nasza prace, ale nie wydusza z siebie nawet glupiego, ze im przykro?!

Zamiast tego, bezczelnie podkreslali, ze kupno laboratorium przez naszego managera, lezy w naszym najlepszym interesie i powinnismy go ze wszystkich sil wspierac!

A guzik!

Napisze Wam, jakie czekaja mnie perspektywy w obecnym miejscu.

Jesli firme zamkna, dostane jakas tam wyprawke pieniezna. Nie wiem nawet ile, bowiem oni sa wyraznie nastawieni na sprzedaz i nawet nie chcieli powiedziec (zaslaniajac sie niewiedza) jakie maja w tym zakresie przepisy. Jak na ironie, ta wersja wydarzen jest ta korzystniejsza. Pobieralabym swiadczenia, najpierw z wyprawki, potem z bezrobocia, a w tym czasie szukala nowej pracy. Oczywiscie strace ubezpieczenie zdrowotne, ale tu akurat moge po prostu przejsc na konto meza. Jedynym co mnie martwi przy tej opcji, to to, ze pracodawcy niechetnie patrza na luki w zatrudnieniu. Na CV lepiej wyglada ciaglosc pracy.

Druga opcja jest kupno laboratorium przez Pana M.
I tutaj wielka niewiadoma. Teoretycznie, moze on zwolnic 3/4 ludzi juz pierwszego dnia "rzadow". Albo przedstawic umowe o prace z cala lista zupelnie nowych obowiazkow. Podczas srodowego spotkania, powiedzial jasno, ze nie moze zagwarantowac, ze utrzyma pensje, ktore otrzymujemy teraz. Trzeba sie wiec liczyc z cieciem, a pisalam wielokrotnie, ze juz teraz zarabiam ponizej swoich kwalifikacji. Nie wiadomo tez, jak dlugo nowa firma utrzyma sie na rynku. Jesli bedzie sobie kiepsko radzic, Pan M. moze systematycznie zwalniac "niepotrzebnych" pracownikow. Osobiscie nigdy sie z nim za bardzo nie lubilam, wiec spodziewam sie, ze bylabym pierwsza "na wylocie". Poza tym, bedzie to powrot do malutkiej, rozwijajacej sie firmy, a wiec zero ubezpieczenia czy skladek emerytalnych. Ubezpieczenie zdrowotne, jak pisalam wyzej, moge wziac z firmy malzonka, ale skladki emerytalne? Zostana zawieszone na czas, az nowa firma bedzie w stanie je placic...
Do tego dochodzi fakt, ze pierwsze miesiace w nowej firmie beda bardzo stresujace. Wszyscy klienci, ktorzy nie wykrusza sie do tego czasu, przypedza na kontrole, zeby upewnic sie, ze jakosc pracy nie spadnie. A w takiej atmosferze spadnie na pewno. Wielu klientow wiec zrezygnuje, a za to z kolei poleca glowy. Wszystko to przy pakowaniu pudel i przeprowadzce, bo z tego co wiem, czynsz w tym budynku jest potwornie drogi, a Panu M. i tak nie bedzie na poczatek potrzeba tyle miejsca...

Od ponad tygodnia, szukam wiec pracy... Po 11 latach stabilizacji... Niestety, moja praca jest dosc "niszowa", co oznacza, ze na stanowisko z podobnym zakresem obowiazkow, nie mam zbyt duzych szans. Wysylam wiec aplikacje gdzie sie da, na kazdy wakant, ktory choc czesciowo przypomina to, czym sie zajmuje. Do laboratorium wolalabym narazie nie wracac, bo wiem juz czym taka praca "pachnie". Poza tym, spojrzmy prawdzie w oczy, ostatni raz trzymalam biurete w reku niemal 8 lat temu. Troche zajeloby zanim od nowa nabralabym wprawy...

Narazie cisza. Nie zebym spodziewala sie, ze w ciagu tygodnia ktos sie odezwie, chociaz z kazdym mijanym dniem narasta moja panika i jawia sie coraz to nowe czarne scenariusze.
A co, jesli nikt sie odezwie? Albo odezwa sie, ale ja kompletnie zestresuje sie i zatne w czasie rozmowy o prace? A co jesli bede musiala w koncu lapac cokolwiek wpadnie, za marne pieniadze i z kiepskimi warunkami, byle zarobic troche grosza? A jesli nie znajde nic, Pan M. mnie zwolni, posiedze na bezrobotnym, zasilek sie skonczy i co dalej? A co, a co, a co... Moge tak w nieskonczonosc...

Malzonek moj tez mi zycia nie ulatwia... On, jednostka ambitna, truje mi ciagle: "Tylko pamietaj, zebys nie brala byle czego, bo jak cie znam to w tej pracy zostaniesz juz do emerytury, wiec musisz znalezc cos dobrze platnego i blisko domu...". Tlumacze, ze aby przebierac, to musze najpierw posiadac jakis wybor, a narazie nikt nawet nie odpowiedzial na moja aplikacje, ale nie dociera... On tam wie swoje... :/

Trzymajcie wiec kciuki... Jesli bedzie sie cos ciekawego dzialo, na pewno o tym napisze. Jesli nie bede pisac nic, to blagam, nie pytajcie. Bedzie to bowiem pewnie oznaczac, ze nie ma odzewu, a ja bede wpadac w coraz glebszy dolek psychiczny...