czwartek, 23 lutego 2017

Weekend bialy (na sile) oraz leniuchowanie

Zupelnie ignorujac prognozy usilujace wmowic nam, ze mamy juz wiosne, ferie rozpoczelismy jak przystalo na przerwe zimowa: w sobote nartami, w niedziele sankami. Okazuje sie jednak, ze czasem warto przypatrzec sie pogodzie, szczegolnie kiedy ta zdaje sie zlosliwie chichotac i ignorowac pore roku... ;)





Nie dajcie sie zwiesc tym czarujacym usmiechom. Zdjecia zrobilam na samym poczatku wypadu. Potem bylo systematycznie coraz gorzej. Prognozy zapowiadaly 8 stopni na plusie, co juz wydalo nam sie duzo na narty, ale ze w tym roku zime mamy praktycznie zadna uznalismy, ze nie ma co grymasic, tylko brac co daja. Stwierdzilam, ze ubierzemy sie tak lekko jak sie da (wiadomo, ocieplane spodnie oraz kurtki na wypadek upadkow musza byc, tak samo jak kaski), a na stoku i tak bedzie chlodniej bo ciagnie tam od sniegu oraz lodu, dodac do tego wiaterek i damy rade.

I tu wlasnie, pogoda wywinela nam psikusa, bo nie dosc, ze swiecilo piekne slonce, to z +8 stopni, zrobilo sie +13. Jak poprzednim razem nie mozna bylo Potworkow sciagnac ze stoku po niemal 4 godzinach, tak teraz juz po dwoch, sami zaczeli jeczec, ze im goraco, ze sa zmeczeni i chca do domu. Takie buty... Nie pomoglo rozpiecie kurtek ani zdjecie czapek spod kaskow. W dodatku Kokus sie zbiesil i uparl, ze bedzie jezdzil "winda" (czyt. wyciagiem) tylko z mama. Niestety, Mlodego (obciazonego butami oraz nartami) trzeba podsadzic, na co matka, koordynujaca wlasne narty oraz kije, zwyczajnie nie ma sily. Oglaszala wiec veto, a syn reagowal rykiem. Wjezdzal wyciagiem z M., nie mial wyjscia, ale cala droge wyjac... W ogole, Nik zrobil sie ostatnio mocno "mamusiowy", ale to temat na kiedy indziej.

W kazdym razie, to byl bez dwoch zdan, najgorszy wypad na narty w tym roku, co nie rokuje za dobrze, zwazywszy, ze byl to dopiero trzeci. ;) Na sile dociagnelismy do niemal trzech godzin, po czym skapitulowalismy. W sumie sami bylismy juz upoceni i zrezygnowani marudzeniem potomstwa... Jesli nie zaliczymy jeszcze w tym roku gwaltownego spadku temperatur (a nic takiego nie zapowiadaja) to na narty trzeba bedzie sie wybrac gdzies na polnoc, cholercia...

W niedziele zas, postanowilismy, mimo rzucajacej klody pod nogi pogody, skorzystac z ostatkow sniegu i zabrac Potworki na sanki, na porzadna gorke. Nauczona dniem poprzednim, poszlam po rozum do glowy i nalozylam Potworkom kurtki wiosenne. Zabralam lekkie czapeczki, ktore jednak okazaly sie zbedne. Polowa gorki tonela w sloncu, snieg topnial i znow bylo niemal goraco. Za to Potworki tym razem bawily sie wybornie. Jakies, zapewne starsze, dzieci, skonstruowaly na gorce mala "skocznie" i wszystkie dzieciaki oczywiscie nakierowywaly swoje poddupniki wlasnie na nia. Rowniez nasze, ktore byly zdecydowanie najmlodszymi na gorce. ;)

(Bi udalo mi sie uchwycic "w locie", chociaz slabo to widac)

(Kokus wlasnie wyladowal :D)

Jakis obcy tatus, patrzac na Nika, zjezdzajacego z zawrotna predkoscia (zdecydowanie, choc przypadkiem, kupilam dzieciom poddupniki "wyscigowe"!) wraz z wyskokiem oraz trzykrotnym obrotem wokol wlasnej osi, skomentowal, ze to dziecko nie zna strachu. Coz, ja - matka tego dziecka, momentami az wzdrygalam sie i zamykalam oczy. ;)
Minely dwie godziny, Potworki doslownie ociekaly woda bo wszystko topnialo, ale nie mieli zamiaru konczyc zabawy! Wreszcie, prawie sila zaciagnelismy ich do auta, Nika tupiacego nogami i oglaszajacego wszem i wobec, ze nie idzie, nie lubi nas i nie bedzie jadl obiadu (to ostatnie dla dopieczenia rodzicom, bo obiad byl wczesniej...). :D

Zacheceni radoscia potomstwa oraz dluzszymi dniami, w poniedzialek po poludniu, kiedy M. wrocil z pracy, zabralismy Potworki na gorke jeszcze raz. Blad! Nie wzielam pod uwage roznicy temperatur pomiedzy poludniem, a godzina 16... Gorka, tonaca wiekszosc dnia w sloncu, po poludniu momentalnie pokryla sie warstwa lodu. Bi oraz Nik oczywiscie bawili sie przednio. Bylo strasznie slisko, a to w polaczeniu z potworkowymi szybkimi "jabluszkami" (nie wiem jak to nazywac, bo jabluszka to nie sa, ale tez nie klasyczne sanki), zaowocowalo nieuchronnie wypadkiem. Nika obrocilo, nie utrzymal rownowagi, przewrocil sie i zaryl buzia o ostry lod. Efekt? Rozdrapany lewy policzek. :( Oczywiscie nie zatrzymalo to Mlodego. Poplakal z minutke, po czym znow ruszyl na gorke. Niestety, cala byla tak oblodzona, ze aby wdrapac sie na szczyt, trzeba bylo isc zupelnie bokiem, na obrzezu kolczastych zarosli. Kokus jest malutki, wiec wlasciwie szedl przez zarosla. ;) Do kompletu ze szrama na lewym policzku, dodal sobie wiec zadrapania na nosie, brodzie i w poprzek prawego policzka. Wyglada jakby wdal sie w bojke z dzikim kocurem. :D

Wobec powyzszego, we wtorek wyprawy na gorke juz nie ryzykowalam. Wypuscilam Potworki na podworko, a oni rzucili sie oczywiscie na jedyne miejsce z wieksza kupa sniegu. Niedosyt maja biedaki po takiej beznadziejnej zimie... :( Najpierw chwycili za lopaty.


Potem przytaszczylam im z piwnicy stare saneczki. I okazalo sie, ze kiedy ma sie lat 4 i niespelna 6, nawet przy domu mozna sie swietnie bawic. :)

(Tak, gorka o wysokosci raptem metra, tez sie nada :P)


A matka, krazaca po ogrodzie, odkryla pierwsze zapowiedzi wiosny. Na ktora zreszta wcale nie mam ochoty. Tak jak Potworki, mam niedosyt zimy. ;)

(Moze trudno rozpoznac takie malenstwa - to kielkujace narcyzy)


No i coz... Jestem w kropce, jesli chodzi o reszte tygodnia... Mialam jak zwykle ambitne plany na te ferie i jak zwykle na planach sie skonczylo. ;)

Rozwazalam zabranie Potworkow do muzeum dla dzieci w pobliskim miasteczku. Samodzielna wyprawe szybko sobie odpuscilam, bowiem nawiedzila mnie natychmiastowa wizja, jak rozbiegaja sie w dwoch roznych kierunkach. Dziekuje, postoje. Wyjscie z M. rowniez odpada, bowiem muzeum czynne jest do 16, a on zajezdza do domu o 15:30. :/

Potem wpadlam na pomysl, zeby zabrac Potworki do jedynego w naszym Stanie, krytego aquaparku. Coz... Kiedy weszlam na ich strone, okazalo sie ze go zlikwidowali... :/

Kolejny pomysl? Skoro mamy, jakby nie bylo, ferie zimowe (czemu pogoda przeczy kompletnie), pomyslalam, ze zabiore dzieciaki na lodowisko. Weszlam na ich strone, zeby sprawdzic godziny i rzucil mi sie w oczy czerwony druk, ze w tygodniu, podczas publicznej jazdy, nie udostepniaja podporek dla poczatkujacych lyzwiarzy. Nosz, ku*wa... Na lyzwach umiem pojezdzic na tyle, zeby samej nie wywinac orla. Trzymanie za reke nawet jednego dziecka, to juz dla mnie wyzwanie. Trzymanie dwojki odpada kompletnie... :(

Na tym etapie, poddalam sie... Mamy czwartek... Moze pojade z dziecmi do biblioteki, chociaz co to za atrakcja... Zostaja okoliczne place zabaw i nasze wlasne podworko. Problem w tym, ze mamy miec dzis 17 (SIEDEMNASCIE!!!) stopni. Gdzieniegdzie leza nadal polacie topniejacego sniegu, wszedzie jest grzasko i blotniscie. A przy takich temperaturach, plus resztkach sniegu, zupelnie niewiadomo jak sie ubrac... :/

Poza tym, nadal nie wykonalam nic z pracy, ktora wzielam do domu. Bi zas, nie zaczela nawet odrabiac pracy domowej (zaleglej z zeszlego tygodnia...). Wstyd. ;) Im mniej mam zajec, tym wiekszego lenia dostaje i motywacja spada do zera...

Z zupelnie innej beczki, M dowiedzial sie, ze od 6 marca wraca na druga zmiane... Znow zaczna sie samotne wieczory z ogarnianiem dwojki malych Potworow... Z drugiej strony, juz zacieram lapki, ze M., majac kilka godzin samotnosci, odkurzy, ugotuje obiad, pojedzie na zakupy... Huhuhu! :D A braki we wzajemnym towarzystwie, bedziemy nadrabiac w weekendy. ;)
Wlasnie, M. stwierdzil, ze musimy nacieszyc sie "lozkowo" na zapas przeed tym 6 marca. Hahahaha, dowcipnis! ;)
Nie bez (finansowego) znaczenia jest tez fakt, ze przy M. pracujacym na druga zmiane, mozliwe ze latem uda sie nam wymieniac opieka nad Potworkami i obejdziemy sie bez opiekunki ani polkolonii... Malzonek pojedzie do pracy troche pozniej, ja pojade troche wczesniej i jakos sie to polaczy. Ale oczywiscie to sa tylko plany, bo tu potrzeba jeszcze zgody szefostwa. :)

Z innych wiesci, cale srodowe popoludnie oraz wieczor, poswiecilam na wyszukanie kolejnego kempingu na 4-dniowy weekend z poczatku lipca. Kierunek obralismy na polnoc Stanu Nowy Jork. Dla przecietnego czleka spoza Stanow, Nowy Jork to tylko miasto, ale to jest naprawde ogromny Stan, z pieknymi, gorzystymi terenami. Minus to fakt, ze maja kilkaset pol kempingowych, wiec jest w czym wybierac! :O Okolice, w ktorych znalazlam w koncu kemping, nazywane sa "wielkim kanionem wschodu". Zdjecia robia wrazenie, zobaczymy czy rzeczywistosc nie zawiedzie. ;) Mielismy tez farta, bo na dlugi weekend, na tym kempingu zostaly juz tylko dwa miejsca! ;)

Poza tym rozgladam sie za innymi datami, w ktorych moglibysmy pojechac. Chcielibysmy jezdzic co 2-3 tygodnie, bo kolo domu tez trzeba cos porobic. Napewno musimy juz zarezerwowac wyjazd na polowe czerwca, miedzy jednym dlugim weekendem, a drugim (gdzie juz mamy kempingi zaklepane), bo to stosunkowo niedlugo i wkrotce moze byc problem z miejscami. Potem trzeba pomyslec o wrzesniowym 3-dniowym weekendzie, bo w takie dni pola kempingowe zapelniaja sie blyskawicznie. No i zostaje reszta lipca oraz sierpien. Musimy pomyslec ile razy chcemy po prostu pojechac na weekend, a ile wziac dodatkowy dzien wolny i wypuscic sie gdzies dalej.

Jak widzicie wiec, z jednej strony mam niedosyt zimy, a z drugiej juz planuje lato. ;)

Co jeszcze? Potworki momentami doprowadzaja mnie do szewskiej pasji. ;) W poniedzialek bawili sie razem tak zgodnie, ze w szoku bylam i ze wzruszenia niemal lze uronilam. ;) Najwyrazniej jednak, jeden dzien wystarczyl im na nacieszenie sie soba, bo juz od wtorku daja do wiwatu. Sobie nawzajem i mnie przy okazji.
Siedza na ten przyklad na narozniku. Oczywiscie po tej samej stronie. Bi rozprostowuje nogi. I zaczyna sie ryk! "Bo ona mnie kopie nogami!". "Bo on mi nie daje wyprostowac nog!". Starsza nie polozy nog lekko na ukos, zeby nie dotykac brata, a on nie przesunie sie o te 5 cm w bok! A druga czesc naroznika stoi sobie pusta... :/ Na moja sugestie, zeby jedno sie tam przenioslo, oboje reaguja gromkim "NIEEEE!!!". Mialam ochote wziac pas i zdzielic po rowno, jedno i drugie. ;)

Albo pytam co chca na sniadanie. Nik decyduje sie blyskawicznie, Bi oswiadcza, ze nie jest jeszcze glodna i powie mi jak bedzie chciala cos przegryzc. Ok. Robie sniadanie synowi i korzystajac z chwili spokoju (Nik je, Bi rysuje), zaparzam sobie kawe. Siadam w koncu z kubkiem aromatycznego napoju, odpalam lapka i... w tym momencie Bi oswiadcza, ze akurat teraz, ona umiera doslownie z glodu i musi cos zjesc, ale to natychmiast...
Udusic i tyle. ;)

To by bylo na tyle. Wolne dni leca tak predko, ze gubie sie w tym, ktory mamy. ;) Ani sie obejrze, a bedzie poniedzialek i powrot do brutalnej rzeczywistosci... A mimo lekkiej nudy i ciaglych klotni Potworkow, calkiem fajnie tak posiedziec, pospac do 8 i polazic w pizamie do 10. ;)

piątek, 17 lutego 2017

Bialy weekend i Wale(w)tynki :)

Tak jak w tytule. Zima zapomniala o nas na caly styczen, ale w lutym postanowila nadrobic choc troche zaleglosci. Przynajmniej na tydzien. Szkoda, ze nie nastepny, kiedy Potworki beda mialy ferie. Wtedy akurat mamy miec powrot wiosny, a jak... :/

W kazdym razie, po czwartkowej sniezycy, w piatek w nocy znow popadalo. Tym razem raptem 2 cm. Bez sensacji... Bo ta ostatnia przyszla w niedziele, kiedy od samego ranka sypalo az milo. W raptem kilka godzin nawalilo ze 30 cm. Potworki przeszczesliwe. ;) Niestety, po poludniu nadszedl cieplejszy front i zamienil snieg w marznacy deszcz. Za zimny, zeby stopic to biale dobro lezace naokolo, ale mimo wszystko zrobilo sie dosc paskudnie. ;)

I w taka pogode malzonek moj musial odsniezac. Po czym okazalo sie, ze nasza odsniezarka wyzionela ducha. A konkretnie to poszla jedna, jedyna srubka, ale przez to polowa "slimaka" nabierajacego snieg sie nie kreci, wiec odsniezarka jest bezuzyteczna. Srubka jest oczywiscie do wymiany, M. nawet zapasowa posiada, tylko co z tego, skoro polowa tej ulamanej, utknela sobie gdzies gleboko. Przy zapadajacym zmroku, spadajacej temperaturze oraz marznacym deszczu, M. nie chcialo sie rozkladac calego mechanizmu na czesci pierwsze. Wolal pomachac szufla. ;) Przy czym okazalo sie, ze jego nieprzemakalna kurtka stracila ta nieprzemakalnosc kompletnie. Malzonek wrocil przemoczony do skory i ten tego... Bylam pewna, ze go rozlozy jakies chorobsko, ale minelo 5 dni, a on zdrowy. Ech, tylko pozazdroscic takiej odpornosci... ;)

Malzonek jednak malzonkiem, ale radosc dzieci z tej dlugo wyczekiwanej zimy - bezcenna. Nie wybralismy sie na narty bowiem ja nadal nie odzyskalam pelni sil po przebytej grypie (ile to cholerstwo sie ciagnie, pozostawie bez komentarza...). Nawet na wieksza gorke nie chcialo mi sie Potworkow ciagnac, bo wiedzialam, ze koniec koncow to ja musialabym raz za razem taszczyc na szczyt ich "poddupniki". Na szczescie, w zupelnosci wystarczyla im goreczka usypana przez M. za pomoca dzialajacej jeszcze w czwartek odsniezarki. ;)

Tu, zdjecia jeszcze z soboty, kiedy temperatury byly mocno plusowe, ale snieg na szczescie sie trzymal.


Nalozenie Potworkom wiosennych czapek bylo jednak bledem. Po 10 minutach byly przemoczone, a ja pedzilam do domu po cieplejsze, bo dzieciaki sie w zabawie nie pitola i doslownie w sniegu tarzaja. ;)


A tu juz niedziela. Sypalo, ze swiata nie bylo widac, ale ja lubie wlasnie taka zime. Bardzo zaluje, ze w nastepnym tygodniu ma byc tak cieplo (na srode zapowiadaja 15 stopni!), ze wszystko stopnieje... :(


A we wtorek mielismy Walentynki... Moj maz jest osoba zupelnie nieromantyczna, o czym pisalam juz nie raz, wiec Walentynek nie obchodzimy. Zreszta, nawet jakbysmy mogli opylic komus dzieci, zupelnie nie mialabym ochoty pchac sie do restauracji w jeden z najbardziej obleganych wieczorow w roku. Dziekuje, powodow do irytacji mam wystarczajaco na codzien. ;)
Nawet wiekszosc znanych mi Amerykanow, na wzmianke o Walentynkach reaguje przewroceniem oczu oraz wzruszeniem ramion. Moze to jednak wynikac z tego, ze znakomita wiekszosc moich hamerykanckich znajomych, jest juz dobrze po 30stce i od dawna w stalych zwiazkach. Nie maja wiec wiekszego parcia na romantyzm. ;)

Ale za to tutejsze szkoly oraz przedszkola, bardzo sobie to swieto upodobaly. W zeszlym roku, olalam Walentynki zupelnie. To byl czas, kiedy ronilam moje niedoszle, trzecie dziecko, nie czulam sie ani szczesliwa, ani tym bardziej zakochana i kompletnie nie mialam do tego glowy... Ale zapamietalam, ze zrobilo mi sie glupio, kiedy Bi wrocila z przedszkola ze stosem walentynkowych kartek, naklejek oraz cukierkow, a ja uswiadomilam sobie, ze ona sama nie przyniosla kolegom nic.

W tym roku wiec, zakupilam upominki juz pod koniec stycznia, jak tylko wpadly mi one w oczy w supermarkecie. Poszlam w sumie na latwizne i kupilam kazdemu dziecku "gotowca", czyli mala paczuszke z mini kolorowanka, mini kredkami oraz naklejka. Niebieskie dla chlopcow, rozowe dla dziewczynek i juz. ;) A i tak, miedzy klasa Bi, a przedszkolem Nika (gdzie okazalo sie, ze obie grupy mialy swietowac razem), okazalo sie ze potrzebuje tych gotowcow... 46! :O Plus kartki dla pan nauczycielek...

A przed Walentynkami, trzeba bylo te drobiazgi podpisac. W poniedzialkowy wieczor, jadac autem do domu, plulam sobie w brode, bowiem planowalam przydusic do tego Potworki w weekend, ale mi sie zapomnialo...
Coz, trzeba bylo robic to na ostatnia chwile, a ja juz szykowalam sie na walke z Bi oraz Nikiem, ktorzy mogli miec zupelnie inne pomysly na mile spedzenie wieczora. Na szczescie, oboje podnieceni, ze dzieje sie cos innego niz codzien, z zapalem zabrali sie za podpisywanie. Bi dostala liste imion dzieci ze swojej klasy i poszlo jej bardzo sprawnie (jak juz znalazlam mazak, ktory pisal po blyszczacej, sliskiej folii ;P), za to Kokusiowi musialam pomoc, bo chociaz musial tylko podpisac sie swoim imieniem (panie prosily, zeby nie wpisywac imion adresatow zeby usprawnic proces dzielenia sie walentynkowymi upominkami) to jednak 28 walentynek dla dzieci, plus kilka dla nauczycielek, to troche duzo jak na 4-latka. Musze go jednak pochwalic, ze podpisywal sie w wiekszosci bez marudzenia. Szok, wiem! ;)

Z okazji Walentynek, w klasie Bi odbylo sie kolejne spotkanie dzieci z rodzicami.  Dzieciarnia mogla z tej okazji przyjsc do szkoly w pizamach, zeby poczuc sie bardziej przytulnie i domowo. ;)

(O, prosze, matka i jej "pizamowe" dziecko :D)

Tu zaznacze, ze pomysl ubrania do szkoly pizamy jest tutaj z jakiegos powodu bardzo popularny i praktykowany kilka razy do roku (Nik mial taki dzien w przedszkolu w grudniu, Bi miala tez 1 lutego ale z powodu grypy ja ominal), a mnie wydaje sie idiotyczny. Szczegolnie, ze rano mielismy 5 stopni na minusie... :/ Poza tym, dla mnie pizama to bardzo osobisty ciuch, niemal na rowni z bielizna i mysl o ubraniu jej w miejsce publiczne wydaje mi sie dosc, hmm... krepujaca. Ale coz, Bi z entuzjazmem podchwycila pomysl (i zdziwila, kiedy pod pizame kazalam jej ubrac majtki oraz podkoszulek :D), a okazalo sie, ze oprocz dwojki czy trojki "rebeliantow", reszta klasy rzeczywiscie stawila sie w pizamach oraz koszulach nocnych. ;)

W zalozeniu, rodzice mieli pograc z wlasnym dzieckiem w walentynkowe gry, poczytac ksiazeczki, itd. W praktyce, dzieciaki rzucily sie do wymiany walentynkowych kartek oraz drobiazgow, co zajelo im juz polowe z godziny przeznaczonej na czas z rodzicami. Pozniej rzeczywiscie wiekszosc dzieci rozsiadla sie z rodzicami na krzeslach oraz dywanie. Ale nie moja Bi. Ona byla bardziej zainteresowana przegladem swoich "walentynek" niz spedzeniem czasu z matka, ktora urwala sie z pracy specjalnie dla niej. :/ Ale na koniec, kiedy nauczycielka oglosila, ze pora pozegnac gosci, Bi rozplakala sie, zebym jeszcze nie jechala. I wez tu czlowieku, dogodz takiej... ;)

Powinnam byla zrobic zdjecie tego stosu walentynek, ktore Potworki przyniosly ze szkoly oraz przedszkola! Cala nasza wielka pufa zostala zawalona karteczkami, naklejkami, lizakami, zelkami i Bog wie czym jeszcze. :) A Bi oraz Nik, zupelnie jak nie moje egocentryczne Potworki, bardzo zgodnie sie tym wszystkim podzielili i powymieniali kiedy trafilo im sie cos, czego nie lubia. Szok #2! ;)

Wczorajszego wieczora zas, zabralam Potworki na zabawe dla dzieci, organizowana wraz z Polska Szkola przez moja dobra kolezanke. To juz chyba trzecia albo i czwarta taka zabawa, ale druga na ktorej bylismy. Poprzednim razem puszczona byla dlugometrazowa bajka, ale wiekszosc dzieci, znudzona, juz po pol godzinie biegala po sali i przeszkadzala innym. Tym razem organizatorki wpadly wiec na inny pomysl - puszczaly krotkie bajki (te z kolei byly raczej podroza sentymentalna dla rodzicow - "Bolek i Lolek", "Wilk i zajac", "Sasiedzi"), naprzemian z zumba dla dzieciakow i innymi grami ruchowymi. Sprawdzilo sie to znacznie lepiej, przynajmniej dla nieco starszych dzieci. I tak, Bi z zapalem dolaczyla do gier, ale Nik krazyl w kolko po sali. Nie chcial ani ogladac bajek, ani brac udzialu w zabawach. W koncu udalo mu sie dolaczyc do grupy lobuzow w jego wieku, ktorzy zajeci byli dzikim galopowaniem po sali, wlazeniem pod stoly, itd. Chlopaczyska i moj wsrod nich! :D Dopiero na sam koniec dolaczyl do tancow w koleczku.

(Przypomina mi to troche bale karnawalowe dla dzieci w Polsce, tylko bez przebran. Potworki stoja idealnie na wprost)

(Na koniec kazde dziecko dostalo po balonie. To dopiero byl szal! Czesc balonow nie przetrwala nawet pierwszych 5 minut! :D)

A tymczasem zabawa sie odbyla, Walentynki odeszly niemal w zapomnienie, za to w nastepnym tygodniu mamy dlugo wyczekane ferie zimowe (tutaj tylko tydzien)! Juz nie moge sie doczekac spania dluzszego niz do 6:50! Caly tydzien chodze jakas taka wymieta i zmaltretowana (to chyba polaczenie pogrypowego zmeczenia oraz okresu...) i odliczam tylko dni. ;) Oczywiscie mam nadzieje, ze szef zgodzi sie, zebym troche popracowala z domu i zaoszczedzila ze dwa dni urlopu, ale wiecie, praca z domu to nie to samo co siedziec 8 godzin w biurze. We wlasnej chalupie, moge pracowac nawet w pizamie! Toz to luksus! :)

Do napisania! Pewnie odezwe sie gdzies w przyszlym tygodniu i zdam sprawozdanie z naszego leniuchowania! ;)

czwartek, 9 lutego 2017

Jestesmy, zyjemy i siedzimy w domu (dzisiaj) :)

Potworki wrocily do szkoly/ przedszkola w poniedzialek. Moglam ich jeszcze przetrzymac, ale jak pisalam niedawno, tutaj nikt sie z dziecmi nie cacka i jak nie maja goraczki, to nawet zasmarkane i zaflegmione, oczekuje sie, ze stawia sie w placowce. Bi ostatni raz zagoraczkowala w piatek, Nik w sobote. Obojgu nadal zdarza sie zakaszlec, ale taki poinfekcyjny kaszel moze ich trzymac do dwoch tygodni (chyba, ze po drodze zlapia cos innego, hahaha - czarny humor), wiec w poniedzialek z ulga odstawilam ich w miejsca zdobywania wiedzy. ;)

Tym bardziej, ze sama jeszcze do pracy sie nie wybieralam, a chcialam posprzatac chalupe. Po tygodniu obecnosci Potworkow w domu, stan dywanow oraz podlog przedstawial klasyczna Sodome i Gomore. Czulam sie lepiej, wiec z ulga doprowadzilam je do stanu pozwalajacego przysiasc na podlodze bez grozby przyklejenia sie do... czegos... ;)

Coz... We wtorek zostalam pokarana za ta odrobine aktywnosci (oraz lazenie po swiezym powietrzu, zapewne) i grypa postanowila jeszcze przyatakowac. Ponownie dostalam goraczki, a kiedy ta spadla, dopadl mnie chyba najgorszy bol glowy w zyciu. W koncu, po odwiezieniu Potworkow do placowek edukacyjnych (ktore jak na zlosc mialy opoznienie spowodowane marznacym deszczem (nie przewracac oczami - po naszym podjezdzie mozna bylo spokojnie jezdzic na lyzwach), jak walnelam sie na kanape o 11 rano, tak nie wstalam z niej do 18. Potworki zdazyly wrocic z tata do domu, wcisnac sie kolo mnie, poskakac po moich biednych nogach, a ja lezalam i mialam wszystko w powazaniu. W koncu jednak bol glowy odpuscil, a w to miejsce pojawil sie ucisk na pecherz oraz ssanie w zoladku. Coz bylo robic, trzeba bylo sie zwlec... ;)

Od wczoraj czuje, ze (mam nadzieje) wracam do zdrowia. Mam przytkany nos, meczacy kaszel oraz boli mnie gardlo. Jestem tez nadal dosc oslabiona. Ogolnie czuje sie nadal jak przy wiekszym przeziebieniu, ale przynajmniej goraczka juz nie wraca... I oby tak zostalo. M. wspomnial cos o nartach w weekend, ale szczerze, to jakos sie na tych nartach nie widze. ;)

Wczoraj wrocilam tez do pracy. Nie bylo latwo, bo kaszel i zatkany nos mocno wkurzaja, ale dalam rade. Za to dzis... znow siedze w domu. ;) Na szczescie nie z powodu choroby, tylko sniezycy.

(W takich wlasnie okolicznosciach przyrody, przyszlo nam spedzic czwartek)

Nawiedzil nas najwiekszy w tym sezonie sztorm sniegowy, szkoly zamkneli na glucho i utknelam z Potworkami w domu. Na szczescie, przewidzialam taka ewentualnosc i korzystajac z powrotu do pracy, przyszykowalam sobie dokumenty na dzis, zeby popracowac z domu. To znaczy, pracowac to bede jak Potworki pojda spac. Poki co, karmie, rozdzielam klocacych sie malolatow, rozdaje kary oraz nagrody i zastanawiam sie jak M. wjedzie na nasz podjazd, skoro plugi usypaly przy wjezdzie kupe sniegu siegajaca skrzynki... ;)

A, no i na snieg dzieci wyprowadzilam. Poki jakos sie trzymaja w zdrowiu, niech korzystaja. :)



Musze jednak przyznac, ze warunki pozostawialy wiele do zyczenia. Nie jest zbyt zimno, bo -2, ale wichura urywa glowe, snieg sypie w oczy i ogolnie jest nieprzyjemnie. A rano grzmialo i blyskalo! Przy sniezycy, wyobrazacie sobie takie cuda?! ;)



W kazdym razie wytrzymalam na zewnatrz moze z 10 minut, po czym schronilam sie pod wiata. A Potworki wymiekly po pol godzinie i zazadaly wpuszczenia do domu. Ciekawe czy beda chcieli pojsc pomoc ojcu odsniezac? ;)

piątek, 3 lutego 2017

Wiesci z placu boju

Melduje, ze na posterunku bez zmian. A raczej gorzej, bo epidemia obejmuje kolejnych czlonkow rodziny. Konkretnie, matke objela. Ojciec narazie sie trzyma, chociaz podejrzewam, ze to kwestia czasu. ;)

Najgorzej, ze Potworki nadal bez zmian. :( Bi przyprawila mnie o zawal, kiedy wczoraj o 23 sprawdzilam jej na spiocha temperature, a tam 39.7! Prawie 40 stopni! :/ A kiedy szla spac o 20, miala 36.8. W niecale trzy godziny tak sie podniosla!
I tak kilka razy dziennie. Po zbiciu, temperatura trzyma sie przez chwile na znosnym poziomie, po czym zupelnie nagle szybuje w gore...

Nik trzyma sie nieco lepiej, choc i jemu zdarzylo sie dobic kilka razy do 39 stopni. :/ Nie wiem czy pomogla tu szczepionka przeciw grypie, czy to przypadek, ale Kokus naprawde przechodzi to chorobsko duzo lepiej niz siostra. Chociaz, jak typowy chlop (i typowo dla siebie) marudzi i zali sie gorzej niz Bi. ;)

No i ja. Wczorajszej nocy prawie nie spalam. Po szokujacej goraczce Bi, wstawalam co 15 minut i macalam jej glowe, czy robi sie chlodniejsza. W koncu, po polnocy goraczka zaczela jej spadac, a ja sie polozylam na dobre. Za to o 2:30, obudzily mnie dreszcze i uczucie niemozliwego zimna. Plakac mi sie chcialo na mysl o wyjsciu spod koldry, ale wiedzialam, ze bez tabletek bedzie jeszcze gorzej. Zmusilam sie do wstania, opatulilam szlafrokiem i szczekajac zebami pomaszerowalam do kuchni. Bylo mi tak lodowato, ze mialam ochote wskoczyc z powrotem pod koldre w szlafroku, a na stopy wsunac grube skarpety... Po chwili jednak poczulam przyplyw blogiego ciepelka. Zeby po kolejnej moze godzinie obudzic sie kompletnie zlana potem i duszaca sie z goraca. Pierdzielone chorobsko! :/

Potem kilka godzinek snu, po czym Potworki radosnie zaanonsowaly poczatek kolejnego dnia. Chore czy nie, moje dzieci i tak dzien zaczynaja przed 7. :(

Z powodu temperatury Bi z zeszlej nocy, zadzwonilam rano do lekarza. W koncu dla Starszej to juz piaty dzien wysokiej goraczki. Zastanawialam sie czy nie pora zeby lekarka spojrzala na nia jeszcze raz fachowym okiem. Nasza pediatra niestety ma wolne, ale polaczono mnie z pielegniarka. Okazuje sie, ze oni licza goraczke w odstepach 24-godzinnych. Z jej wyliczen wyniklo wiec, ze Bi, ktora zagoraczkowala w poniedzialek, wlasnie skonczyla czwarta dobe goraczki. Przy grypie, piec "dob" goraczki jest normalne. Jak nie minie jej do niedzieli, mamy sie zglosic. Okazuje sie, ze w nadchodzaca niedziele, maja w naszej przychodni pediatrycznej dyzury. Cale szczescie, choc mam cichutenka nadzieje, ze nie bedziemy musieli z nich korzystac.
A ja odetchnelam z ulga, ze nie musze dzis nigdzie jechac, bo przy dreszczach, bolach nadgarstkow i ogolnym rozbiciu, jedyne na co mam ochote to drzemka pod kocem. Ale nawet z tym, musze poczekac na powrot M. :(

Tak czy owak, moj powrot do pracy w poniedzialek, stoi pod znakiem zapytania. Bi powinna przestac goraczkowac do niedzieli, ale Nik, ktory zaczal chorowanie po niej, moze nadal miec napady goraczki...
No i zostaje jeszcze ja. Kolega, ktory przechorowal grype wczesniej, powiedzial, ze od lekarza dowiedzial sie, ze czlowiek zaraza przez tydzien od poczatku symptomow. To by oznaczalo, ze musze zostac w domu do czwartku!!! Kurcze, z jednej strony szkoda mi urlopu, ale z drugiej, jesli wroce w okresie zarazania, w pracy mnie znienawidza! Zreszta, nie dziwie sie, bo sama czesto psiocze na zasmarkanych i wypluwajacych sobie pluca kaszlem kolegow... Zmusza ich do tego jednak polityka pracy, o ktorej pisalam w poprzednim poscie. I tak, ja mam fajnego szefa i moge poprzegladac papiery w domu, ale co maja zrobic laboranci? Nie puszcza probek w domu... :/

Pozostaje mi przejechac sie do kliniki. Niech wezma wymaz z nosa i sprawdza, czy to autentycznie grypa, czy cos bardzo grype przypominajace... Ja to nie grypsko, wracam do pracy jak tylko poczuje sie lepiej!

Pozdrawiam chorobowo! ;)

wtorek, 31 stycznia 2017

Troche o nartach, troche o regulaminie pracy i sporo o grypie (ostrzezenie: tasiemiec)

Tytul chyba mowi sam za siebie? ;)

Fajny dzien spedzilismy w niedziele. :) Jak pisalam ostatnio, M. podniecony faktem, ze jego potomstwo pokochalo narciarstwo, zaczal intensywnie przegladac ogloszenia o sprzedazy uzywanego sprzetu oraz Amazon, eBay, itp. W ciagu kilku dni udalo mu sie wynalezc uzywane narty dla obu Potworkow, a zamowione buty rowniez przyszly zaskakujaco szybko i w ten sposob, w sobotnie popoludnie oboje mieli juz prawie skompletowany sprzet. Zostal tylko kask dla Bi, ktory ma przyjsc w czwartek. :)

Nie bylo wiec na co czekac. W niedzielny pozny ranek, zebralismy wszystkie toboly (sprzet narciarski dla 4 osob zgromadzony w kuchni wygladal jakbysmy wyjezdzali na dlugie wakacje, a nie na kilkugodzinny wypad na stok :D) i pojechalismy.


(Nik nie mial ochoty na pozowanie i uparcie odwracal lub pochylal glowe)

Tu mala dygresja. Juz od rana, Bi byla jakas taka niewyrazna. Goraczki nie miala, ale widac bylo, ze cos ja meczy... Jednak, poniewaz cala sobote rozmawialismy o tym, ze nastepnego dnia jedziemy na narty, na haslo, ze chyba trzeba bedzie wypad przelozyc, oba Potworki podniosly wielki lament. Niezbyt rozsadnie pewnie, ale po chwili negocjacji, wyrzutow dzieci, ze przeciez obiecalismy, stwierdzilismy, ze dobra, jedziemy.

Pogoda byla piekna, slonko swiecilo, temperatura lekko na plusie, ale przyznaje, ze jezdzilo sie srednio. Zostalismy z Potworkami na niewielkim stoku dla poczatkujacych. Nie tylko, ze sztuczny snieg to mini granulki lodu, ale na gorce dla nowicjuszy, byl on poprzepychany przez wiecznie hamujacych i wywracajacych sie narciarzy. Ze o snowboardzistach nie wspomne. ;) Narty slizgaly sie i jednoczesnie utykaly w zaspach. ;)


 (Bi pedzi z gorki na pazurki)

Jak to z Kokusiem bywa, w drodze z parkingu na stok i z powrotem, sluchalismy zawodzenia. ;) Nie bylismy nigdy wewnatrz budynku i nie wiedzielismy czy mozna sie tam przebrac. Po chwilowej obserwacji, stwierdzilismy, ze 99% ludzi zmienia buty juz na parkingu i postanowilismy zrobic to samo. Dodatkowo, wreczylismy Potworkom ich wlasne narty do niesienia. A co! Niech sie wprawiaja! ;) W kazdym razie, Nikowi bardzo sie to nie spodobalo. Chodzenie w butach narciarskich to nie lada wyzwanie, dodatkowo obciazenie w postaci nart i Mlodszy cala droge (moze ze 100m) zawodzil, ze on nie chce, ze nie da rady i zebysmy na niego poczekali, bo zostawal ciagle w tyle. Bi maszerowala dzielnie bez slowa skargi, za to jej brat dotarl w koncu do wejscia na stok zaryczany i usmarkany. Typowe! Z Kokusiem nigdy nie ma latwo! ;)

Za to wracajac ze stoku, Nik najpierw podniosl larum, ze on chce jeszcze jezdzic, a kiedy w koncu zaakceptowal fakt, ze to koniec, zaczal ryczec, ze bola go nozki. Tym razem nieslismy z M. narty Potworkow (oraz swoje), w dodatku sami mielismy buty narciarskie na nogach, nie bylo wiec mozliwosci, zeby Mlodszego poniesc. Coz, trudno. Jakos szedl. Ryczal ale tuptal pomalu do przodu. Tacy z nas wyrodni rodzice. ;)

Trzeba mu jednak oddac sprawiedliwosc, ze na samym stoku, jak juz na niego dotarl, sprawowal sie wspaniale. Zjezdzal z gorki rechoczac wesolo i mruczac do siebie cos w stylu "Ziuuuuu!!!". :D Poza tym, jak na takiego malucha (szkolki przyjmuja dzieci od 4 lat, czyli Nik sie ledwie zalapal), radzil sobie rewelacyjnie! Pieknie ustawial nogi do "plugu" i zjezdzal skokami, czyli prostowal nogi, rozpedzal sie troche, po czym robil plug i wyhamowywal. Troche pomagala mu jakby "gumka" na narty (zwana edgie wedgie :D) ktora mu zakupilam. Widac ja na pierwszym zdjeciu, takie pomaranczowe "cos" zaczepione o czubki nart. Jesli macie w domu poczatkujacego narciarza, polecam. Trzymaja narty razem i nie pozwalaja im sie rozjechac, dzieki czemu nawet takiemu malolatowi jak Nik, latwiej jest przyjac pozycje plugu. :)

W kazdym razie, po powrocie do domu, Bi zaczela sie pokladac i ogolnie byla jakas taka "nieswoja", ale poniewaz termometr uparcie pokazywal 36.8 stopni, uznalam z nadzieja, ze moze jest po prostu zmeczona.
Niestety! Poniedzialkowy poranek rozwial watpliwosci. Wystarczylo, ze dotknelam jej czola, a wiedzialam, ze ma goraczke. Termometr tylko to potwierdzil - 38.1. :( Caly dzien temperatura utrzymywala sie na takim mniej wiecej poziomie. Po podaniu lekarstwa spadala do stanu podgoraczkowego, po czym znow sie podnosila. Za to w nocy Bi zbudzila sie rozpalona jak piec - 39.4 stopnie! :(
Mialam nadzieje, ze to jakis chwilowy wirus, ze 1-2 dni i przejdzie, ale sie pomylilam. Zeby bylo "weselej", we wtorek rano Bi obudzila sie chwilowo bez goraczki, za to Nik (ktorego w poniedzialek zawiozlam jeszcze normalnie do przedszkola) wstal podejrzanie cieply. Na poczatku nie bylo to nic sensacyjnego - ot, 37.3, ale do 11 rano juz zrobilo sie 38.1 stopni. Tyle samo wyniosla temperatura Bi, ktorej zmierzylam ja bardziej kontrolnie, bo Starsza byla nadal dosc zwawa i otrzymalam niemila niespodzianke... Poza tym oba Potworki kaszla jak starzy palacze... I lekko kapie im z malych noskow.

Poniewaz poprawa u Bi we wtorkowy ranek okazala sie chwilowa, zadzwonilam do pediatry, czy nie udaloby sie wcisnac Potworkow gdzies pomiedzy innymi pacjentami. Na szczescie daloby sie. ;) Okazalo sie, ze u Bi rozwinela sie piekna grypa, lub cos bardzo grype przypominajacego. :( Konkretnie stwierdzaja to przez badanie wymazu z nosa, ale lekarka stwierdzila, ze pobranie takowego wymazu jest dosc nieprzyjemne i nie chce meczyc Bi. A wszystkie objawy wskazuja wlasnie na grype...
Liczylam, ze szczepienie, ktore otrzymal Nik, uchroni go przed zarazeniem, ale zaczynam stwierdzac, ze to jednak typ grypy nie objety szczepionka... Mlodszy przechodzi chorobe moze minimalnie lagodniej, bo np. dzis (wtorek), Bi potrzebowala kolejnej dawki leku przeciwbolowego juz po poludniu, a Nikowi temperatura podskoczyla dopiero na wieczor. Ale z kolei wzrosla mu ona gwaltowniej i wyzej niz siostrze... Poza tym Nik zaczal miec symptomy dwa dni po Bi, wiec mozliwe, ze choroba sie u niego dopiero rozwija (oby nie!!!). :(

Przy okazji nadmienie, ze moj bezposredni przelozony jest najfajniejszym szefem pod sloncem! :) Kiedy napisalam mu po wizycie u lekarza, ze musze, (wg. zalecen pediatry) zatrzymac Bi w domu do jutra, albo i czwartku jesli bedzie to konieczne, sam zaproponowal, ze moze mi podwiezc papiery, zebym mogla popracowac z domu i zachowac choc czesc urlopu. Jestem mu niezmiernie wdzieczna, bo pod koniec miesieca czeka mnie tydzien siedzenia w domu z Potworkami (ferie), do tego obecna choroba i z moich obliczen wyniklo, ze zostana mi 2 dni. I to tylko jesli po drodze nie wypadnie kolejna choroba albo "snow day".

Od razu uprzedze pytania i sprostuje, ze nie, nie ma tu zwolnien lekarskich na dzieci. Na siebie zreszta tez nie. To znaczy, mozna oczywiscie zostac w domu, jesli nie jest sie juz w stanie zwlec z lozka, ale odbywa sie to albo kosztem urlopu, albo potraceniem dni wolnych z pensji. Fajna polityka, zeby wymusic od pracownikow frekwencje. ;)
U mnie w pracy urlop jest naliczany po trochu co miesiac, w ilosci dni odpowiedniej do stazu pracy. Ja dostaje 2.5 dnia. Niby wiec nie jest zle. Teraz zostalyby mi 2 dni (to juz z dodaniem tych, ktore dostane w lutym), a potem pomalutku te dni urlopowe sie posklada. Byloby fajnie, tyle ze po drodze na pewno znow przydarzy sie jakas choroba, nie wykluczam wspomnianych wyzej "snow days" (w koncu jeszcze troche zimy zostalo), a w kwietniu Potworki maja tygodniowe ferie wiosenne, wiec znow jestem 5 dni w plecy. Zalamka... :/

Dlatego jestem bardzo wdzieczna, ze moj szef oraz dwojka kolegow, wspomagani moimi telefonicznymi instrukcjami, pozbierali te dokumenty, ktore moge przejrzec bez dostepu do przepisow i wewnetrznych plikow, zapakowali je w pudlo i nadali ups'em do mojego domu. Powinnam dostac je jutro (sroda) z rana. ;) Inna sprawa, ze nie wiem jak uda mi sie pracowac z Potworkami jeczacymi i urzadzajacymi harmider przy boku, ale jakos musze to ogarnac. W najgorszym wypadku bede nanosic poprawki w nocy. ;)

I mam nadzieje, ze nie zapesze, bo cos mnie zaczyna drapac w gardle oraz laskotac w nosie i boje sie, ze jestem nastepna w kolejce po grype. W koncu od 2 dni siedze z jednym, a potem z dwojka dzieci, ktore nie krepuja sie kaszlec i kichac mi prosto w twarz. :(

Jutro (w srode) w naszej szkole podstawowej odbywaja sie pierwsze zajecia dla dzieci wybierajacych sie w tym roku do zerowki. Mialam isc z Kokusiem, ale jesli nie dozna on gwaltownego ozdrowienia, trzeba bedzie sobie odpuscic... :(

Jeszcze jednym minusem choroby (oprocz chorobska, ktore jest meczace same w sobie), jest fakt, ze dzis, poraz pierwszy od poczatku miesiaca, spadlo troche sniegu. Niewiele, raptem moze 15 cm, ale to taka rzadkosc w tym roku, ze az zal, ze Potworki nie skorzystaja... Oczywiscie, jak to bywa, caly miesiac dzieciaki w miare zdrowe, to w prognozach cisza. Jak sie pochorowali, to sypnelo. Siedze trzy albo i cztery dni w domu z chorymi dziecmi, nosa nie wysuwam dalej niz wymaga to wypuszczenie psa na siusiu, to musialo sypac akurat jak jechalam z dziecmi do lekarza. Ot, taki moj los... ;)

Czy sa pozytywy grypy? Jak sie czlowiek zastanowi, to znajdzie. ;)
Potworki padly dzis wieczorem o 18:45. Przed 19 dzieci juz spaly, czaicie???? To nie zdarzylo sie odkad wyrosli z niemowlectwa, a nawet wtedy bylo rzadkoscia. Zupelnie nie wiedzialam co zrobic z taka iloscia wolnego, wieczornego czasu! W dodatku, moj organizm ma najwyrazniej wbudowany czujnik, ktory wyczuwa ile juz "relaksuje" sie po polozeniu Potworkow spac. Zazwyczaj oczy zaczynaja mi sie zamykac okolo 22:30. Dzisiaj juz o 20 zaczelam ziewac raz za razem. ;)

A z innej beczki, skoro juz pisze i nie wiem kiedy mi sie to znowu "przydarzy", to nadmienie, ze moj syn zaczal mowic (prawie) jak czlowiek! ;) Kilka dni temu moje malo umuzykalnione ucho wylapalo, ze Nik zaczal poprawnie wymwiac "sz", "cz" oraz "rz". W koncu przedszkole jest "przeczkolem", a nie "pseckolem", kaczka to "kaczka", a nie "kacka", krzeslo stalo sie "krzeslem" zamiast "ksesla", itd. Lista jest dluga. Tylko prawdziwe, polskie "R" jeszcze Kokusiowi nie wychodzi, wiec np. straszny ewoluowalo ze "stlasny" na "stlaszny". Zawsze to postep. ;)
A ja, jak zwykle przy podobnych dzieciecych "przelomach", z jednej strony czuje ogromna dume (i ulge, bo troche mnie przedluzajace sie seplenienie Mlodszego martwilo), a z drugiej smutek, ze moj maluszek kolejnym kroczkiem przyblizyl sie ku doroslosci... ;)

Trzymajcie kciuki, zeby Potworki w miare szybko sie z chorobska otrzasnely, zeby ominelo ono rodzicow i zeby snieg utrzymal sie dluzej niz 3-4 dni! ;) I zeby Potworki pozwolily mi nie zawiesc zaufania szefa i w spokoju popracowac!

Do przeczytania! :)

wtorek, 24 stycznia 2017

Jeszcze o Kokusiu oraz o tym co Potworki w weekend porabialy :)

Chwalic sie bede, a co! Matka jestem, wolno mi! ;)

W piatek, tak jak pisalam, dostalam raport postepow Kokusia pod katem gotowosci szkolnej, a raczej zerowkowej. Pani zapomniala do raportu dolaczyc opis, ale wygrzebalam w piwnicy ten, dolaczony do zeszlorocznego "swiadectwa" Bi i sobie poczytalam. ;)
Jak wspominalam wczesniej, raport ten mial byc jednym z decydujacych elementow, w dylemacie poslania Nika do szkoly lub przetrzymania go w przedszkolu o kolejny rok.
Dla przypomnienia, nauczyciele oceniaja tu 30 zadan badz zdolnosci (ciezko okreslic co to tak naprawde jest) i do kazdego przypisuja poziom (level) na jakim jest dziecko, od L1 do L4. Dodatkowo, do kazdego poziomu przypisane jest "E" - od emerging (czyli dziecko dopiero zaczyna wykonywac zadanie na danym poziomie) lub "M" - od mastered (gdzie dziecko wykonuje zadanie konsekwentnie na tym poziomie).

Ogolnie, wyniki raportu sa tylko orientacyjne, ale okresla sie, ze dziecko, ktore wykonuje wiekszosc zadan na poziomie L3 lub wyzszym, poradzi sobie spokojnie w zerowce. Wyniki Kokusia, wskazuja wyraznie, ze jest gotow na szkole. :) Na 30 zadan bowiem, 18 wykonuje na poziomie L3, a 10 nawet na poziomie L4. Tylko dwa zadania ma na poziomie L2, ale nie jestem zaskoczona, bo dotycza one pisania, a wiem ze Mlodszy musi jeszcze popracowac nad motoryka mala. Tak czy owak, mamy dopiero styczen. Kokusia czeka jeszcze 5 miesiecy w przedszkolu, a przez wakacje tez mu zupelnie nie odpuscimy i bedziemy pracowac nad miesniami reki.

Z ciekawosci wyciagnelam tez raport Bi z zeszlego roku. Wiem, to porownywanie dzieci! Karygodne! Ale nie moglam sie oprzec... ;) W kazdym razie, chociaz Bi rok temu w styczniu byla od Kokusia sporo starsza (Nik ma 4 lata, 1 miesiac, ona miala 4 lata, 8 miesiecy), to wyniki miala nieco nizsze. Nik radzi wiec sobie rewelacyjnie!
No dobra, troche moze to byc subiektywnosc nauczycielki. ;) Wychowawczyni Bi byla duzo starsza i mam wrazenie, ze surowsza. Nik ma mloda, sympatyczna pania. Moze i stad te wysokie noty. Wole jednak myslec, ze mam bystre dziecko, a co bede se zalowac! ;)

Jakby chcial mnie dodatkowo przekonac, Nik w poniedzialek rano narysowal auto i oznajmil, ze ten rysunek bedzie wspolny - moj oraz jego. I zeby wszystko bylo jasne, podpisal go - "Nicholas", a obok dodal "MOM".

(Rozczochrany i dumny autor uparl sie pozowac z wlasnym dzielem. "MOM" zaznaczylam Wam strzalka, bo nieco ginie w bazgrolach :D)

Kopara mi opadla! Pisownie wlasnego imienia, tluka Nikowi w przedszkolu do glowy od poczatku roku i Mlodszy pisze je juz od jakiegos czasu, tylko zazwyczaj mu sie nie chce. ;) Tutaj nie jestem wiec zaskoczona. Ale "mom" (dla niezorientowanych, tak hamerykanckie dzieci pisza "mama" - "mom", nie "mum", jak w Wielkiej Brytani)! Nie mam pojecia gdzie sie go nauczyl! Jasne, to prosciutkie slowko, ale dla 4-latka to wcale nie taka latwa sprawa. A Nik je napisal sam (no, troche koslawo...) i z wlasnej woli. A ja o malo nie peklam z dumy! ;)

To jak juz chwale syna, dodam pare zdan na temat szczepien. Wczoraj musialam bowiem wyjsc z pracy wczesniej, zeby zabrac Nika do lekarza. Pewnie nie pamietacie, ale w grudniu, podczas bilansu 4-latka, Kokus mial powiekszone wezly, a w drogach oddechowych gralo mu az milo i lekarka szczepienia odroczyla. I cale szczescie, bo zaraz nastepnego wieczora, Nikowi wylazlo zapalenie ucha...
Pojechalismy wiec wczoraj kolejny raz. Troche obawialam sie reakcji Mlodszego, bo chociaz od 4 miesiaca zycia u lekarza zachowuje sie wzorowo, a w pazdzierniku, podczas szczepienia przeciw grypie tez nawet nie jeknal, ale nic nie wiadomo, w koncu to uklucie. ;)
Jak zwykle, martwilam sie niepotrzebnie, bo Nik nawet sie nie wzdrygnal, nic! Az zapytalam czy w ogole cos poczul i odpowiedzial, ze nie. :D Jakies magiczne igly maja, czy co?

Przy okazji, wyszlam na matke histeryczke. ;) Teoretycznie bowiem, Nik powinien byl dostac dwa wklucia, z czego kazde to szczepionka skojarzona przeciw kilku chorobom. A oprocz tego dowiedzialam sie, ze powinien dostac druga dawke szczepionki przeciw grypie. Poniewaz jednak Mlodszemu nadal do konca nie przeszedl katar, a dodatkowo, moze to moja wyobraznia, ale mialam wrazenie, ze ma lekka chrypke, stanowczo zaprotestowalam przeciw az takiej dawce. Szczegolnie, ze od wrzesnia, Nik praktycznie caly czas smarcze albo kaszle, albo jedno i drugie i ciezko wylapac kiedy jedna infekcja mu sie konczy, a kiedy wchodzi w nastepna... Dodatkowo, Mlodszemu zdarza sie goraczkowac po szczepieniach. :( Natomiast szczepionke przeciw grypie zupelnie odrzucilam. Lekarka popatrzyla na mnie troche jak na wariatke, osluchala i obejrzala Kokusia, po czym oznajmila, ze nie widzi przeciwskazan do szczepien. Dodatkowo zaczela przekonywac, ze bez drugiej dawki, szczepionka przeciw grypie bedzie bezuzyteczna i za rok Nik bedzie musial znow przyjac dwie dawki.
He he, o nastepnym roku nawet nie mysle, bowiem Nik idzie do zerowki, a w szkolach szczepionka przeciw grypie nie jest juz wymagana (ufff...)! W tym roku zmuszona bylam zgodzic sie na ta jedna dawke tylko po to, zeby zaspokoic wymagania przedszkola... Co do reszty, poniewaz okazuje sie, ze pozostale dwie szczepionki niestety wymagane sa przed rozpoczeciem szkoly, a lekarka zapewniala, ze Mlodszy ma resztke kataru i to wszystko, zgodzilam sie na kompromis. Nik dostal jedno wklucie, zawierajace szczepionki przeciw polio, tezcowi, krztuscowi i dyfterytowi. Po kolejne wklucie (odra, swinka, rozyczka) zglosimy sie w okolicach kwietnia - maja, przed oficjalna rejestracja do szkoly. Mam nadzieje, ze poniewaz bedzie to juz wiosna, Mlodszy wreszcie wykuruje sie na dobre...
Lubie nasza pediatre, ale tym razem wygladala na lekko poirytowana. ;) No trudno, to ja tu jestem rodzicem i ja podejmuje decyzje dotyczace mojego dziecka. Zeby byla jasnosc, nie jestem przeciwniczka szczepien (oprocz tych na grype, ktore sa wg. mnie bez sensu), ale zdecydowanie podchodze do nich ostroznie. To ja znam moje dziecko i wiem kiedy nie jest w 100% soba, a co do Nika mialam watpliwosci.


No dobrze, nachwalilam sie Kokusia, ponarzekalam na sluzbe zdrowia, to teraz pokaze Wam co robilismy w weekend. A konkretnie, co robily Potworki. Wypadlo nam to bowiem jakos tak spontanicznie, bez przygotowania i rodzice spasowali. ;)

A gdzie bylismy?! Na nartach! ;)

Najblizszy stok mamy doslownie 20 minut drogi od domu, a poza tym tak sie sklada, ze widac jego czubek w drodze powrotnej z kosciola, bo to tamte okolice. W niedziele rano, kiedy wracalismy z w/w przybytku, wpadla mi wiec w oko daleka biel stokow narciarskich i napomknelam, ze moze sie wybierzemy? Potworki akurat mniej wiecej zdrowe (poza upierdliwymi resztkami kataru), nie mamy zadnych przyjec urodzinowych do odhaczenia (a w lutym bedziemy je miec dwa weekendy pod rzad :/), jak nie teraz to kiedy? ;) M. dosc mocno sie opieral, bowiem wyszlo slonce i nagle zrobilo sie... +10 stopni! Dowiedzialam sie, ze chyba oszalalam, zeby w taka pogode ciagnac na narty. Jak jednak wbilam juz sobie ten pomysl do glowy, to nie mialam zamiaru tak latwo zrezygnowac. ;) Poniewaz w zamysle mialam zapisanie dzieci do szkolki narciarskiej, stwierdzilam, ze moge z nimi pojechac sama. Poradze sobie przeciez z wbiciem ich w buty oraz narty, a potem i tak oddam pod skrzydla instruktorow, nie musze za nimi ganiac. ;) M. jednak wzielo na ambicje kiedy oswiadczylam, ze moze zostac w domu i w koncu wybralismy sie cala rodzina. :)

Warunki zastalismy, hmm... gorzej niz srednie. Stok jest sztucznie nasniezany, ale poniewaz wiekszosc stycznia byla duzo cieplejsza niz przecietnie i nawet w nocy nie bylo ostatnio przymrozkow (tak, taka wiosne mamy tej zimy!), wiec snieg byl mokry i sliski. Dla dzieci, uczacych sie jazdy na "oslej laczce" nie mialo to znaczenia, ale my odpuscilismy. I dobrze, bo w ciagu godziny kiedy Potworki cwiczyly, patrol zwiozl ze stoku jedna osobe z "uszkodzona" noga, a chwile pozniej wyruszyl po nastepna... :O

Troche obawialam sie, jak Mlodszy Potworek zareaguje na propozycje sportu zimowego. ;) Bi obejrzala swoje filmiki sprzed dwoch lat i byla cala podniecona, natomiast Nik zupelnie nie wiedzial o co kaman. ;) Na widok stokow zrobil wielkie oczy i oswiadczyl, ze chce zjechac z "tej" gorki (pokazujac na najbardziej stroma, khem, khem...). Na nasze tlumaczenia, ze zacznie od mniejszej, bo musi najpierw nauczyc sie jezdzic, strzelil focha. ;)
Po wyplukaniu sie z kasy, wypozyczeniu sprzetu oraz wbiciu dzieci w sztywne buciory, ruszylismy pod czesc stoku wyznaczona jako szkolka. Tu zaczely dopadac mnie coraz wieksze watpliwosci, bo Nik zaczal przebakiwac, ze sie boi. Na moje zapewnienia, ze jesli nie chce, to nie musi uczyc sie jazdy, zapewnial ze mimo wszystko chce. Aby po chwili znow pisnac, ze ma stracha. I tak w kolko...

(Na szczescie slonce zaszlo za chmury, ale i tak bylo na tyle cieplo, ze czapki wlozylam Potworkom dopiero przed sama lekcja)

Oboje z Bi poszli jednak grzecznie za instruktorami... aby po doslownie 5 minutach, jeden z nich przyprowadzil Nika z powrotem. Juz myslalam, ze spelnil sie czarny scenariusz i Mlodszemu sie odwidzialo, ale na szczescie okazalo sie, ze to tylko przerwa na siusiu. :D Jak fajnie jest zabrac do toalety dziecko okutane w nieprzemakalne spodnie na szelkach, gruba kurtke i drepczace w sztywnych, narciarskich buciorach, wiedza tylko ci, ktorzy mieli "przyjemnosc" przeprowadzic taka akcje. Najwazniejsze jednak, ze zdazylismy, bo sadzac po "produkcji" Nikowi naprawde sie chcialo. ;)

("Gwiazdy" czekaja na instrukcje. Niestety, rodzice musieli stac poza ogrodzeniem, za daleko na porzadne zdjecia. Przyblizylam je nieco, ale i tak sa niewyrazne :/)

Reszta zajec uplynela juz bez awarii. ;)
Mimo zaledwie 1.5 roku miedzy Potworkami, widac jednak wyraznie roznice w kontroli miesni i ruchow. Bi w mig polapala sie jak ustawiac nogi w "plug" (zwany tutaj pizza), hamowac za pomoca tegoz, a pod koniec godzinnej lekcji podejmowala juz proby skrecania i wychodzilo jej to srednio tylko dlatego, ze osla laczka byla za plaska. Tam trzeba bylo sie wysilic, zeby choc troche sie rozpedzic, a zakret podczas stania w miejscu jest mocno utrudniony. ;)

(Widzicie ten "spad"?! :D)

Mlodszy... Coz, Mlodszy uparcie zjezdzal "na kreche" i zasmiewal sie do rozpuku kiedy instruktor lapal go w locie. ;) Trzeba oddac mu sprawiedliwosc, ze widac bylo iz stara sie cos tam pracowac nogami, ale w wieku 4 lat, brak mu po prostu kontroli nad miesniami. ;)


Najwazniejsze jednak, ze oba Potworki mialy frajde i chcialy jeszcze. ;) No i ze udalo mi sie wyciagnac z domu chlopa, ktory kiedys zapalony (i bardzo dobry!) narciarz, teraz zamienil sie w piecucha. Tata tez podlapal bakcyla i juz szuka po internecie uzywanych nart dla dzieciakow (buty kupimy im raczej nowe, bo nie sa duzo drozsze od uzywanych), bowiem ceny wypozyczenia zwalaja z nog. ;) My mamy wlasne narty oraz buty, teraz trzeba oporzadzic dzieciaki, skoro maja ochote na kolejne lekcje. Mam tylko nadzieje, ze nikt sie nie pochoruje (odpukac!) i skorzystamy ze sprzetu jeszcze przynajmniej kilka razy w tym sezonie. :)

środa, 18 stycznia 2017

Tymczasem u Kokusia...

A nie pisalam, ze odezwe sie dopiero w tym tygodniu? Co gorsza, to zapewne bedzie znow jedyny post na ten tydzien... W pracy nadal zapieprz i choc widac swiatelko w tunelu, to narazie jest ono dosc odlegle. Ale mam nadzieje, ze jeszcze tydzien - dwa i pomalu zwolni ta karuzela...

Ale wracajac do tytulu...

Ukonczenie 4 lat stalo sie dla Nika jakas tajemnicza granica, gdzie nagle jego zycie "nabralo rumiencow", ze sie tak symbolicznie wyraze. ;) Dotychczas Kokus byl takim slodkim, rodzinnym beniaminkiem, kochanym, rozpieszczanym, ale odsunietym nieco od pozarodzinnych atrakcji. ;) Tak naprawde, Kokus do niedawna nie mial ani wlasnych kolegow, ani swoich "spraw".

Tymczasem, jako przedszkolak, zaczal stawac sie pomalu pelnoprawnym czlonkiem spoleczenstwa. Oczywiscie wszystko na poziomie 4-latka. ;) Ma kolegow, ktorych Bi nie zna. Siostrze jest dosc ciezko sie z tym pogodzic, bo dotychczas lubila z wyzszoscia wypominac bratu, ze jej kumpelki robia to czy tamto, a on ich nie zna i to nie sa jego kolezanki. ;) Rowniez, dotychczas tylko Bi dostawala zaproszenia na przyjecia urodzinowe do kolegow z placowek edukacyjnych. I jeszcze kilka spraw by sie uzbieralo, w ktorych tylko Bi miala przyjemnosc uczestniczyc. O, chociazby fakt, ze Bi juz nart sprobowala (co prawda 2 lata temu, ale zawsze :D), a Nik stoku na oczy nie widzial! ;)

Wszystko jednak pomalu sie zmienia i dzis troche o pierwszych razach Kokusia. Czesc juz doswiadczyl, czesc szykuje sie w najblizszym czasie.

Po pierwsze, podczas goraczki przedswiateczno - noworocznej nie bylo jakos okazji napisac o tym czegos wiecej, ale 20 grudnia, Nik zaliczyl swoja pierwsza wizyte u dentysty. Tylko rutynowa kontrole, ale i tak niepokoilam sie, jak sie zachowa. Niepotrzebnie, bo Mlodszy spisal sie na medal. Otwieral buzie kiedy trzeba, plukal kiedy trzeba, wybieral smaki pasty oraz fluoru, a na koniec naklejki oraz nagrode ze "skrzyni skarbow". ;) Mnie, jako matke, bardziej interesowal stan uzebienia syna, ale tu tez nie bylo zastrzezen. Wszystkie zabki idealne, ufff... Nadal mam traumatyczne wspomnienia z leczenia ubytkow Bi. ;) Co ciekawe, dowiedzialam sie tez ze zabki Nika sa bardzo dobrze wyszorowane (sprawdzaja to smarujac zeby specjalna farba, ktora po wyplukaniu ust zostawia mniej lub bardziej wyrazny nalot). Zaskoczylo mnie to, bowiem Nik umyl zeby przed wizyta samodzielnie, spodziewalam sie wiec raczej komentarzy, ze gdzieniegdzie sa niedomyte. ;)
Jedynym "problemem" bylo wyciagniecie potem Nika z poczekalni pelnej zabawek, PlayStation oraz tv z bajkami. ;)

Po drugie, musze sie pochwalic, ze w zeszlym tygodniu, Nik zostal w przedszkolu "Gwiazda Tygodnia"!


(Kompletnie tego na zdjeciu nie widac, ale na gwiezdzie napisane jest "Star of the Week")

Niestety, nie napisze Wam za co otrzymuje sie tak zaszczytny tytul, bo tego zwyczajnie nie wiem. ;) Ciagle zapominam spytac nauczycielki, a Kokus nie potrafi mi tego wytlumaczyc. W kazdym razie co tydzien, tytul otrzymywany jest przez inne dziecko. Oprocz "medalu", dzieciaki maja przypinane odznaki na swoich szafkach. Widzialam, ze od poczatku roku kilkoro dzieci zostalo "Star of the Week" juz kilkakrotnie, nawet zaczelo mi sie przykro robic, ze Nik dotychczas nie dostal nominacji (bo ze jest najfajniejszy, najlepszy i w ogole, to przeciez powszechnie wiadomo :D)... A tu prosze, doczekalam sie! ;)

Po trzecie, w koncu Nik doczekal sie prawdziwego przyjecia urodzinowego!
Bi zrobilismy wieksza imprezke na Roczek, na trzecie oraz czwarte urodziny, ale Nik, jak przystalo na drugie, "pokrzywdzone" dziecko, dotychczas swietowal rocznice narodzin tylko w towarzystwie rodzicow, siostry, dziadka, ciocio-babci oraz chrzestnego. Nie moge powiedziec, zeby szczegolnie narzekal na taka niesprawiedliwosc, ale uznalam, ze 4 lata to juz odpowiedni wiek, zeby naprawde swietowac. Zawzielam sie wiec, ze nie dam sie grudniowemu wariactwu i nie odpuszcze! Co prawda imprezke zamowilam z premedytacja na styczen, ale zarezerwowac ja trzeba bylo jeszcze przed Swietami. A i tak wybor dat i godzin byl juz mocno ograniczony. :O
O samej imprezie jednak na koniec posta, bo tu czeka mnie troche wiecej pisaniny (i chce dorzucic kilka zdjec)... :)

Po czwarte, 1 lutego zaczynaja sie w naszym miasteczku, spotkania zapoznawcze dla rodzicow oraz dzieci zaczynajacych od wrzesnia zerowke. Mimo, ze Nik dopiero co skonczyl 4 lata, rocznikowo jednak ma juz piec i  oficjalnie figuruje na liscie dzieci "zerowkowych". Co prawda na podjecie ostatecznej decyzji mamy czas do maja (a tak naprawde nawet pozniej mozemy w ostatniej chwili zmienic zdanie, tyle, ze czekaloby nas duuuzo bieganiny oraz papierologii), ale na wszelki wypadek postanowilam uczeszczac z Nikiem na te spotkania. Tym bardziej, ze zaczynam przekonywac sie, ze Mlodszy moze byc rzeczywiscie na zerowke gotowy. Np. piszac podsumowanie czterolatka w grudniu napisalam, ze Nik rozpoznaje niektore litery alfabetu. Otoz, w ciagu miesiaca, Kokus nagle zaczal ukladac swoje alfabetyczne puzzle praktycznie samodzielnie! Rozpoznaje wiekszosc liter, co wiecej zaczyna rozpoznawac jakie wydaja one dzwieki (a pamietajcie, ze w angielskim to nie jest takie oczywiste), poznaje tez wiekszosc cyfr od 1 do 10. Tak naprawde to musimy tylko nadal pracowac nad motoryka mala (na szczescie mamy na to jeszcze 8 miesiecy), ale jesli chodzi o wiedze i umiejetnosci, to Nik spokojnie powinien byc do wrzesnia gotowy na rozpoczecie "kindergarten". Chociaz moze nie powinnam pisac hop, zanim nie przeskocze, bowiem...

Po piate, w piatek (:D) powinnam otrzymac pierwszy, oficjalny raport postepow Kokusia. Wtedy bede widziala konkretnie, jak moje obserwacje przekladaja sie na umiejetnosci sprawdzane przez nauczycielki. Z raportow Bi z zeszlego roku pamietam, ze wszystkie te umiejetnosci sprawdzane byly wlasnie pod katem gotowosci do zerowki, wiec bede miala wszystko czarno na bialym. Gorzej jak okaze sie, ze Nik zupelnie sobie nie radzi... ;)

A po szoste, mam nadzieje, ze uda nam sie w tym roku zabrac Nika na wspomniane wyzej narty. Oraz lyzwy. Wszystko zalezy od pogody i humorow tatusia... Od pogody, bo od ponad tygodnia mamy wiosne! Temperatury na plusie, sniegu zero. Kolega z pracy byl w miniony weekend na jednym z naszych lokalnych stokow, i twierdzi, ze warunki sa beznadziejne. Potrzebujemy temperatury choc troche blizej zera i sporo naturalnego puchu. A w prognozach ciiisza...
Z lyzwami nie jestesmy na szczescie uzaleznieni od Matki Natury. Ale za to M. jest Zima cholernie ciezko wyciagnac z domu... A sama dwojki nie ogarne, niewazne czy to stok czy lodowisko...

To teraz cos wiecej o przyjeciu urodzinowym. :)

Jak wiecie, mieszkamy daleko od rodziny i nie mamy na miejscu maloletniego kuzynostwa. Nie posiadamy rowniez zbyt wielkiej grupy znajomych. Aby wiec zorganizowac Potworkom prawdziwy "kinderball", nie ma wyjscia, trzeba zaprosic dzieciaki ze szkoly/przedszkola. U Bi w szkole panuje zasada, ze albo zaprasza sie wszystkie dzieci z klasy, albo zaproszenia trzeba dostarczyc poza placowka. U Kokusia takich ograniczen nie ma, ale kiedy probowalam podpytac Synka, z kim sie najbardziej kumpluje, nie potrafil wybrac. Co bylo robic? Zaprosilam wszystkie dzieciaki, spodziewajac sie, ze moze polowa przyjdzie. Hahahaha!!! Z powodu przerwy swiatecznej, powsuwalam dzieciom zaproszenia do szafek z ponad 3-tygodniowym wyprzedzeniem. I zaczelam sie martwic, ze przyjdzie ich 2-3, bo po dwoch tygodniach tyle dostalam odpowiedzi! :O A potem zaczely splywac w takim tempie, ze zrobilam sobie liste w telefonie, zeby sie nie pogubic... ;) W poniedzialek poprzedzajacy impreze, mialam potwierdzonych 13 dzieci (plus Potworki), w piatek juz 17. Koniec koncow, dzieci bylo... TAMTARAMTAM! Dwadziescia dwoje!!! :O Z calej grupy przedszkolnej, tylko 4 dzieci nie przyszlo (z czego trojka to rodzenstwo). Do tego ta garstka dzieci znajomych, ktora mamy i zrobila sie gromada, ze ho ho!

Co podnioslo mi z lekka cisnienie, to zachowanie niektorych rodzicow . Dwoje nie odpowiedzialo na zaproszenie w ogole. O ile jedna dziewczynka sie rzeczywiscie nie pojawila, o tyle druga mama nie tylko jednak przyszla ze swoimi blizniakami, ale przyprowadzila dodatkowo starsza corke! Inna para rowniez przyszla ze starszym dzieckiem! Naprawde rozumiem, ze czasem nie ma wyjscia, ale ja do cholery place za impreze "od lepka"! Zapraszajac licze sie oczywiscie z tym, ze ktos moze nie miec wyjscia i przyprowadzi ze soba starsze/mlodsze dziecko, ale do jasnej ciasnej, wolalabym byc o tym uprzedzona! Jedna mama, odpowiadajac na zaproszenie, zapytala czy moze przyprowadzic drugiego synka. To ja rozumiem!
Dobrze, ze po trosze spodziewalam sie takiej sytuacji i przygotowalam nadprogramowe "favors" czyli upominki dla malych gosci. Na szczescie dla wszystkich starczylo i nawet jedna zostala dla Bi. Inaczej bylaby niepocieszona, bo obiecalam jej, ze te, ktore sie "ostana", beda jej. :D

Oprocz tych niewielkich zgrzytow z dobrymi manierami pewnych doroslych, przyjecie w pelni sie udalo. Dzieciaki dobrze sie bawily, a Kokus zachwycony byl cala, skupiona na sobie uwaga. Wlozyl korone, zasiadl na tronie i upajal sie swoim dniem. ;)


(Krol Kokus Pierwszy :D)

Tort byl paskudny (nie znosze tych amerykanskich ciast i slodkich polew), ale tu nie o smak, a o styl chodzilo. ;)


Dzieciarnia wyszalala sie na dmuchancach...


(Nie mam pojecia jak to sie stalo, bo fotke robilam w pospiechu zanim smarkateria "ucieknie", ale na zdjeciu grupowym jest "tylko" 16 dzieci. :P)

...potem pozarla pizze...



(Siostra odmowila zajecia miejsca obok solenizanta i usiadla po drugiej stronie salki)

...zaspiewala "Sto Lat"... A przepraszam, to nie ten kraj... ;) Zaspiewali wiec Happy Birthday, Nik zdmuchnal swieczke...



...wszyscy pojedli slodkiego paskudztwa zwanego tortem... I po imprezie! :)

Rozpakowywanie prezentow w domu, to byl istny szal! Przy takiej ilosci dzieci, mozecie sobie wyobrazic ile przybylo nam pojazdow! :O Jestem wdzieczna, ze kilkoro osob podarowalo Nikowi ksiazeczki, gry oraz "gift cards".  Teraz musze jeszcze powypisywac "thank you cards" i czekamy do maja, na urodziny Bi. Jak dobrze, ze nie musze organizowac przyjec urodzinowych co miesiac... :D

Do przeczytania! :*