poniedziałek, 29 czerwca 2020

Areszt domowy tydzien #15 oraz zapomniane "urodziny"

Taka jestem w tym roku zakrecona, ze zapomnialam o waznej rocznicy!
13 czerwca moj blogasek skonczyl 8 lat! OSIEM!!!


Niesamowite, ze to juz taaaka kupa czasu... Ciekawe ile jeszcze pociagne, bo statystyki sa bezlitosne i z roku na rok pisze systematycznie coraz mniej. Tyle znajomych, fajnych blogow, wlasnie takich pamiatkowo - rodzinnych, poznikalo w miedzyczasie... Ile przetrwa moj? Na ile starczy mi weny? Poki co pisze, nawet nadal w miare regularnie, choc w minionym tygodniu dzialo sie na tyle duzo, ze mam poslizg w pisaniu. :)

Kolejny tydzien i kontynuacja upalow.
W poprzednia sobote M. wlazl z dzieciakami do basenu, bo nie dalo sie po prostu wytrzymac. Ja wlazlam w niedziele, ale tutaj nie bylo komu udokumentowac tego "wydarzenia". ;)

Biedny ojciec, jesli liczyl na relaks w basenie, to gorzko sie rozczarowal :)

W sobote tez Nik stracil kolejnego zeba, gorna prawa dwojke. Tym razem zab meczyl go juz tak bardzo, ze sam poprosil mnie o pomoc. Zaczelam wiec wyciagac co twardsze przekaski, zeby usunac upartego mleczaka. W koncu poddal sie na paluszkach, choc gryzienie ich tym konkretnym zebem wymagalo niezlej precyzji. ;)

Aktualny stan uzebienia. Nik ma naturalnie drobne zabki i nawet jego stale "lopaty", wcale nie sa zbyt lopatowate. :)

Balans zebowy Nika wynosi wiec 5 zebow stalych, jedna do polowy wyrznieta jedynke oraz dwie szczerby. :)

Poniedzialek to juz w ogole bylo temperaturowe apogeum. Kiedy rano wstaje, najpierw wylaczam klime i otwieram okna, zeby wpuscic do domu jednak troche swiezszego powietrza. Coz, tym razem powietrze bylo tak "swieze", ze juz o 10 rano, czym predzej okna pozamykalam i wlaczylam klimatyzacje z powrotem! :D Duchota byla niemozliwa. Temperatura w cieniu (!) doszla do 33 stopni, a wilgotnosc osiagnela 60%. Jak klime wlaczylam, to do godziny 18 chyba ani na moment sie nie zatrzymala. :)
Jak narazie byl to chyba najgoretszy dzien, choc caly czas temperatury dochodza do 30 stopni. Kiedy jednak wilgotnosc powietrza jest nizsza, nie jest to az tak odczuwalne. Przy okazji, po raz kolejny przekonalam sie, ze musze byc bardziej asertywna. Rano spotkala mnie niespodzianka, troche przyjemna, troche irytujaca. Nie wiem czy pamietacie, ale mialam tego dnia przeprowadzic druga czesc szkolenia dla Chinczykow. Rano wchodze na kompa, a tam... nic. Na poczatku bardzo sie nie przejelam i dalej poprawialam prezentacje. W koncu napisalam jednak do szefa, czy wieczorem mam uzyc tego samego linku co tydzien wczesniej. A ten odpowiada, ze ma tego dnia inny meeting i prezentacja jest odwolana!
No super, a moze by tak poinformowac "prezentera"?! :/
Czesciowo odetchnelam wiec z ulga, a czesciowo westchnelam, bo wolalabym miec to jednak za soba...
Poznym rankiem zadzwonila kolezanka, ktora byla u mnie w zeszlym tygodniu, spytala co porabiam i na bezczelnego oswiadczyla, ze dzieciaki chcialyby sie pochlapac w basenie i czy moga przyjechac. I tu wychodzi moj brak asertywnosci, bo kompletnie nie mialam ochoty na gosci, ale jednoczesnie przy braku wieczornej prezentacji w pracy, nie przychodzila mi do glowy zadna wymowka, zas klamac nie chcialam. Powiedzialam wymijajaco, ze pracuje, a ona: "A do ktorej?". Nosz kurna! Jakbym powiedziala, ze do 18, to pewnie stwierdzilaby, ze przyjedzie o 18:30! Uleglam wiec i powiedzialam, ze moze przyjechac o 14, ale ze na 17 jestesmy zaproszeni na urodzinowa "parade". Napisze Wam za moment, na czym to polega... ;)

Moj brak asertywnosci kopnal mnie zreszta w doope podwojnie. Po pierwsze mialam gosci, na ktorych wcale nie mialam ochoty, a po drugie, kolezanka w drodze do mnie odebrala wiadomosc, ze jedno z jej polaczen lotu do Polski zostalo odwolane. Pomijam fakt, ze prowadzac samochod odczytywala wiadomosci, ze swoja dwojka dzieci w pojezdzie! :O
Ale co robi w takiej sytuacji normalny czlowiek? Albo zawraca do domu i daje znac kolezance, ze jednak nie przyjedzie bo musi zadzwonic do lini lotniczych, albo dzwoni po powrocie do domu. Przynajmniej ja wybralabym jedna z tych opcji. Ale nie J.!!! Przyjechala i z 1.5 godziny, ktore u mnie spedzila, ponad godzine przewisiala na telefonie! Nie przesadzam, moze ostatnie 15 minut normalnie pogadalysmy. A wtedy juz do domu wrocil M. i platal sie pod nogami, dzieciaki sie wybawily i zaczely klocic i "takie" to bylo gadanie... :/ W miedzyczasie zas, nie majac innego wyjscia, ogarnialam dzieciaki, swoje i jej. Przebralam jej coreczke w stroj, poszlam z nia w ktoryms momencie do lazienki, itd. A musicie wiedziec, ze ta jej para to do usluchanych srednio nalezy. Syn robi co chce i nie reaguje na upomnienia, ale ze ma ADHD oraz Asepergera (w lekkim stopniu), to jakos przyzwyczailam sie, ze trzeba to ignorowac. Przeciez nie bede wrzeszczec na obcego dzieciaka, choc podejrzewam, patrzac na jego siostre, ze wina jest tu w duzym stopniu wychowanie... J. na kazdy wybryk syna, mowi tylko "No Myyysiu...". I tyle. Czasem mam ochote jej rzucic, zeby kurcze nie "mysiowala", tylko choc raz krzyknela albo dala mu kare... Jej coreczka ma 4.5 roku i wydaje sie slodka, ale to tez uparciuch jakich malo. Po wizycie w toalecie, pomoglam jej naciagnac na tylek mokry stroj kapielowy i mowie, ze jak chce wrocic do basenu, musi zalozyc plywaczki. Nie, ona juz nie musi. Powtarzam, ze bez plywaczkow nie idzie do wody. Nie, cos tam gada niewyraznie, ze mama jej pozwala bez. To ja z kolei, ze mama moze pozwala, ale ciocia mowi, ze musi i koniec. A ta spieprza mi przez ogrod w kierunku basenu!!! :O Dogonilam ja jak juz stala na drabince gotowa zeby skoczyc do wody. Przytrzymalam i mowie, ze albo plywaczki, albo ciotka ja z wody wyciaga. W koncu posluchala, uff... Ale co to za mala gadzina, kurde! :D Widze, ze u J. dyscyplina jest zerowa... Postanowila nie puszczac Malej w tym roku do zerowki choc rocznikowo juz moglaby isc (tutaj ida 5-latki), do przedszkola nie chodzi bo tata pracuje na druga zmiane, ale stwierdzam, ze przydalaby sie temu dzieciakowi jakas placowka, zeby nabralo nieco oglady i dyscypliny. ;) Poki co zapisana jest do oddzialu przedszkolnego w Polskiej Szkole, ale co to jest te 4 godziny raz w tygodniu...
Zreszta, moze czepiam sie, bo wkurzylam sie tym wproszeniem, a potem wiszeniem na telefonie... Nie wykluczam zreszta tego, ze J. specjalnie przyjechala, zeby ktos rzucil okiem na jej potomstwo, zeby w spokoju wykonac telefon...

A! Mialam Wam napisac o urodzinowej paradzie! Nie wiem jak to jest w Polsce, ale tutaj, z racji ze urodzin nikt raczej nadal nie wyprawia, ktos wymyslil, ze znajomi oraz krewni moga przeciez przejechac pod domem trabiac. Sporo osob zamawia tez straz pozarna, zeby przejechala ulica wyjac syrena. Jak dla mnie to troche bzdurne wykorzystywanie strazy, ale niech im bedzie. Zaluje, ze nie wpadlam na uczczenie urodzin Bi w ten sposob, bo ta caly czas przezywa, ze w tym roku nie miala przyjecia...
W kazdym razie, dostalismy zaproszenie na takie "przejazdowe" urodziny do najlepszego kumpla Nika ze szkoly oraz jego siostry - blizniaczki. Potworki przygotowaly plakaty z zyczeniami, Nik dla chlopca, Bi dla dziewczynki (ktora zna z przedszkola) i o 5 stawilismy sie na ich ulicy. A raczaj za zakretem, zeby solenizanci za szybko nas nie przyfilowali. ;) Niektore auta mialy przy lusterkach balony, w innych dzieci wychylaly sie z plakatami przez okna dachowe. ;) Pozwolilam Bi przesiasc sie na przednie siedzenie, zeby mogli z Nikiem wystawic swoje plakaty za okna. Oczywiscie byl foch, bo Nik tez chcial usiasc z przodu, nawet jesli bylo to na cale 2 minuty. :D Kiedy uslyszelismy syrene strazacka, ruszylismy pod ich dom, ale okazalo sie, ze straz przyjechala od drugiej strony. :D No ale nic, przejechalismy kawalkada, trabiac na calego, dzieciaki do siebie pomachaly i... tyle. ;) Cale "obchody". Glupio mi jedynie bylo, bo biorac udzial w czyms takim po raz pierwszy, nie wiedzialam czego sie spodziewac. Tymczasem kilka osob zatrzymalo sie, zeby wreczyc torby z prezentami! :O Coz, trudno, musztarda po obiedzie. Nastepnym razem bede lepiej wiedziec. A moje zaklopotanie najlepiej podsumowal Nik, stwierdzajac, ze "nic nie szkodzi, ze nie mielismy prezentu, bo oni i tak nie dawali goodie bags!". Jasne, nie ma nic za darmo. ;)

We wtorek w skrzynce znalazly sie niespodziewanie dwie blyszczace koperty zaadresowane do Nika oraz Bi. Okazalo sie, ze byly to... upominki z Polskiej Szkoly. Takie ni to szale, ni to apaszki, ktore mozna tez zwinac na ksztalt opaski i taka wersja podpasowala Potworkom najbardziej. ;)

Lata 80te normalnie :D

Rowniez we wtorek przyszedl email od trenera z druzyny plywackiej. Klub otwiera w lipcu zewnetrzny basen, mysla o wznowieniu treningow, ale chcieli sprawdzic ile osob jest zainteresowanych. Niestety, z maili, ktore odeslane byly do wszystkich, tylko ja oraz jeszcze jedna osoba odpisala na tak. Pogielo tych ludzi, czy co?! Dzieciaki siedza w domu ponad 3 miesiace! Nie chca przywrocic im choc czastki normalnosci?! Szczegolnie, ze treningi odbywalyby sie na zewnatrz! Fakt, ze czesc osob odpowiedzialo, ze chca wrocic do treningow od wrzesnia, ale mimo wszystko sie podlamalam, bo juz mialam nadzieje, ze wznowia treningi latem, a wyglada, ze bedzie wielka, okragla, doopa... :/
Troche wczesniej tego samego dnia, odkrylam na koprze szkodnika:

Czy nie urocza? :D

Gasiennica imponujaca i bardzo ladna. To motyl o nazwie Eastern Swallowtail. Bardzo piekny i duzy. Ale w koprze tolerowac go nie bede. Wyrzucilam w las. Moze da sobie rade, w koncu w tym stadium gasiennica jest juz bardzo blisko przepotwarzenia. A jak nie, to trudno. ;)

W srode rano mialam co dwutygodniowa telekonferencje i poza najwazniejszym tematem - jak wyglada praca po powrocie do budynku (narazie laboranci pracuja na 50% w domu), jak to wszystko funkcjonuje, itd., znow pojawil sie temat wyplaty. Pewnie nie pamietacie, ale przy wczesniejszej rozmowie szef powiedzial, ze z otrzymanego dofinansowania, ma na zaplacenie nam do konca czerwca. Tymczasem (surprise, surprise!!!), w srode cos tam mamrotal, ze dostal wiadomosc, ze filia w Chinach potwierdzila, ze znow podejmie przelewy, ale (no zawsze musi byc jakies ale...) w Chinach maja jakies swieto, potem u nas jest swieto w sobote, wiec wyplata moze byc opozniona o jakis tydzien! :/ Znowu sie zaczyna! Ja w ogole nie kumam co swieta maja wspolnego z opoznieniami w wyplacie?! Przeciez teraz wszystkie przelewy odbywaja sie elektronicznie! No i co tym jego dofinansowaniem, z ktorego mial nam zaplacic? Pewnie chce sobie wziac do kieszeni... Powiem Wam, ze z jednej strony dobrze, ze rzad pomaga malym firmom sie utrzymac, z drugiej jednak, wielu szefow to niezle cwaniaczki. Szefostwo mojego taty zlozylo podanie o dofinansowanie, mimo, ze ich firma w zaden sposob nie ucierpiala i ani na moment nie zwolnila. Wrecz przeciwnie, maja roboty w pizdu. Zarzad firmy, w ktorej pracuje chrzestny Potworkow, posunal sie jeszcze dalej. Tam wszyscy byli na bezrobociu od marca. Zeby jednak firma mogla ubiegac sie o dofinansowanie, musiala pokazac, ze ma pracownikow do oplacenia. Zarzad wiec zatrudnil wszystkich z powrotem... na miesiac. Dostal zapomoge i wszystkich wyslal na bezrobocie ponownie. To dopiero jest skurwysynstwo! :/
No a u mnie te kwiatki co zwykle... :/
Paradoksalnie, tego samego dnia, musialam podjechac do biura. Kompletnie nie mialam ochoty, ale mus to mus, a zreszta to bylo na doslownie 40 minut. Pojechalam wiec trasa do pracy po raz pierwszy od ponad trzech miesiecy! Ale dziwnie sie czulam! :) Oczywiscie, wylazlam z auta, przeszlam przez parking, ktory doslownie topil sie w goracym sloncu, ja sama tez sie prawie roztopilam (w budynku klima zawsze pizdzi jak w Kieleckiem, wiec ubralam dlugie spodnie i balerinki), podeszlam sapiac pod drzwi i w tym momencie przypomnialo mi sie, ze... maseczke zostawilam w aucie! :D Z powrotem potruchtalam wiec do auta, z powrotem pod drzwi, a pozniej okazalo sie, ze moglam sobie darowac, bo choc na zewnatrz natknelam sie na dwie osoby, to w srodku nie zobaczylam zywego ducha. ;)

O pamiatkowym zdjeciu w maseczce na gebie, przypomnialam sobie juz wychodzac, strzelilam je w odbiciu szyby przy wyjsciu, stad taka, a nie inna jakosc ;)

Czwartkowy ranek (kiedy jeszcze ziewalam w lozku, probujac sie obudzic), przywital mnie brutalnym smsem od sasiadki: "niedzwiedz wywalil wam smieci". :O Okazalo sie, ze ich pies przeploszyl wlochatego szkodnika, kiedy wypuszczali go na siusiu. Niestety, szkody zostaly juz poczynione.
A ja to musialam zbierac... Nie dosc, ze smieci same w sobie to nic fajnego, to mamy upaly. Mozecie sobie wyobrazic jak to "pachnialo"... :/

Udusilabym golymi "recami" :/

A najlepsze, ze caly dzien wypatrywalam smieciarzy bojac sie, ze byli miedzy wizyta miska a moim sprzataniem, a ci oczywiscie nie przyjechali. Wieczorem zas, kiedy z M. rozmawialismy gdzie bedziemy upychac smieci przez kolejny tydzien, przypomnialo mi sie, ze przeciez byl czwartek, a u nas smieci zabieraja w... piatek! :D Jak to sie stalo, ze je wystawilismy? Niewiadomo, ktory z sasiadow sie pomylil, ale ktorys wystawil kubly dzien wczesniej, a za nim poszlo slepo przynajmniej trzech kolejnych, w tym M. :D
Tego dnia tez otrzymalismy pierwsza dobra wiadomosc zwiazana posrednio z koronawirusem. Otoz, gubernator naszego Stanu (laskawie) zezwolil na otwarcie szkol od wrzesnia w normalnym trybie, 5-dniowym, bez zadnych dziwnych grafikow. Oczywiscie stoliki w klasach maja byc maksymalnie od siebie odsuniete, a na buziach beda wymagane maseczki (z przerwami w ciagu dnia), ale kurcze, zeby odeslac Potworki z powrotem do szkoly, owinelabym ich nawet w folie babelkowa! :D Teraz tylko trzeba trzymac kciuki zeby nam nagle latem nie podskoczyly zachorowania, bo jeszcze decyzja zostanie cofnieta i dupa blada...;)
A poznym popoludniem zawitala do mnie kolejna kolezanka. Jedna jej corka jest z rocznika Nika, choc wlasciwie to o rok starsza, bo ona ze stycznia, a on z grudnia. ;) Druga zas ma 21 miesiecy. Mlodsza oczywiscie chciala koniecznie latac ze starszakami i niezle musialam nagimnastykowac sie z zabawkami, zeby ja czyms zajac, bo wrzeszczala ile sil w plucach. :D Starsza trojka pochlapala sie w basenie, ale potem niestety cos nie mogli znalezc wspolnej zabawy. Nik w koncu, swoim zwyczajem, wsiadl na rower, a dziewczyny snuly sie i E. co chwila przychodzila na skarge, ze Bi nie chce sie z nia bawic. Na to Bi, ze ona chce, ale E. nie chce sie bawic w to, co ona i tak trwaly wzajemne oskarzenia. ;) I choc bardzo cieszylam sie, ze znow widzialam sie z kolezanka, to jednak lekko odetchnelam z ulga, kiedy zabrala sie do domu. Moze troche "zdziczalam" podczas tej kwarantanny? ;)
W czwartek rowniez nasi sasiedzi obok wyjezdzali na przedluzony weekend, a dla nas zaczelo sie karmienie i w(y)puszczanie ich kotki. Sasiadka spytala mnie ktoregos dnia czy dzieciaki mialyby ochote to robic, a wiedzac, ze Potworki probuja te kotke zlapac za kazdym razem kiedy przemyka przez nasz ogrod, wiedzialam, ze dla nich to bedzie sama przyjemnosc. I jest, doslownie, sama przyjemnosc, bowiem to ja tego kota karmie, a oni spedzaja te 10 minut uparcie probujac zaglaskac go na smierc. ;)

Potworki wreszcie mogly "dorwac" Izzy, bo na ogrodzie zawsze im zwiewa :D

Na piatek szkola wyznaczyla odebranie pozostalych laptopow, tak, zeby kazde dziecko w domu mialo swoj. Koniecznie uparli sie, ze musza miec komputer szkolny, bo tam maja zaladowane specjalne programy i zabezpieczenia. Niech im bedzie, ciesze sie, ze w razie czego Bi nie bedzie brala mojego laptoka. Jedynie co, to gryze pazury, zeby nie sprawdzily sie ponure przewidywania szkoly. Laptopy zostaly bowiem rozdane, zeby dzieci mogly spokojnie sie uczyc "gdyby kiedys szkola musiala znow przejsc w tryb zdalny". O rety... Wole nawet o tym nie myslec. W mailu znalazla sie nawet propozycja, ze skoro dzieci beda mialy laptopy, to w dni zamkniete z powody sniezyc czy innych, skrajnych warunkow pogodowych, nauczyciele beda mogli prowadzic zajecia! Mam nadzieje, ze jednak do tego nie dojdzie, bo te tzw. "snow days", choc upierdliwe, dla dzieciakow sa jednak mila przerwa na beztroska zabawe w sniegu. Po co psuc to lekcjami? ;)
Jadac po odebranie, balam sie oczywiscie, ze powtorzy sie historia z odbierania rzeczy ze szkolnych szafek i znow bedziemy stac 40 minut w ogonku. Na szczescie tutaj poszlo wszystko duzo sprawniej. Podjechalismy do pana, ktory wzial od nas imie i nazwisko, przez krotkofalowke podal je dalej, podjechalismy pod kolejne stanowisko, wyniesli nam laptopa i mozna bylo wracac. Dwie minuty i po sprawie. :) A Bi jest oczywiscie przeszczesliwa, ze ma "swojego" laptopa i musze jej ciagle przypominac, ze laptop jest wlasnoscia szkoly i kiedys bedzie musiala go oddac, wiec lepiej niech na niego uwaza... ;)
W szkole poszlo nam wiec sprawnie, ale z bankiem juz sie nie udalo. Musialam podjechac wybrac gotowke, a ze byla to wieksza suma, to nie moglam skorzystac z bankomatu. Nie wiem jak jest obecnie w Polsce, ale u nas pojedyncze banki dopiero zaczynaja pomalu otwierac budynki. Nasz niestety nadal obsluguje klientow tylko przez "drive thru banking", czyli okienka, do ktorych podjezdza sie autem. Normalnie nie jest to wielkim problemem. Co mi w koncu za roznica czy stoje w ogonku w aucie czy w srodku. Irytacja zaczyna sie kiedy ktos ma do zalatwienia bardziej skomplikowana sprawe. W srodku maja kilka okienek, wiec kiedy jedna z obslugujacych osob "utknie" z jakims klientem, pracownicy przesylaja czekajacych do innego. Obsluga "samochodowa" ma tylko jedno okienko. Pechowo tez, filia banku najblizej naszego domu ma to fatalnie zorganizowane, bo czeka sie na takiej waziutkiej drozce, z krzakami po obu stronach. Normalnie jest wiecej miejsca i jesli czekanie sie przedluza, mozna wyjechac z kolejki i olac sprawe. Tutaj jak staniesz w ogonku, to koniec. I pechowo, przed nami byly "tylko" 3 auta, ale pierwsza osoba zalatwiala niewiadomo co, bo czekalismy 25 minut! A ona juz tam stala kiedy dojechalismy, ciekawe wiec ile czekaly dwa auta przed nami... W kazdym razie myslalam, ze jajko tam zniose i dobrze, ze kazalam Potworkom spakowac picie oraz gierki, spodziewajac sie dlugiego czekania pod szkola. O banku nawet nie myslalam... A tu taka niespodzianka!

W sobote musielismy pojechac i ustawic sie w kolejnej samochodowej kolejce, pojechalismy bowiem odebrac swiadectwa z Polskiej Szkoly.

Ze mowa oraz czytanie "bardzo dobre", to ok. Ale z tym pisaniem, to bym nie przesadzala. Ja bym im dala dostateczny. Na szynach. :D

Matka tez dostala swiadectwo i to z paskiem, ha! Chyba szkola chciala udobruchac rodzicow, wscieklych, ze przez 3 miesiace musieli samodzielnie odbebniac z dzieciakami jezyk polski ;)

Musze przyznac, ze bylam milo zaskoczona. Przez dwa lata uczeszczania do niej Potworkow, moglabym ja okreslic bowiem w dwoch slowach - chaos i dezorganizacja. Tym razem jednak wszystko szlo dosc sprawnie, jak juz sie dostalo w ogonek na parkingu. Wczesniej bowiem auta podjezdzaly z dwoch roznych stron ulicy i choc z zalozenia powinny moze sie wymieniac - raz auto z jednej, raz z drugiej strony, to jak to Polacy, wielu wciskalo sie na chama. Pozniej jednak juz jechalo sie zygzaczkiem przez parking, az dojechalo sie pod zadaszenie, gdzie panie braly imiona i nazwiska i przybiegaly ze swiadectwami. Oczywiscie wesolo musialo byc, bo ja podaje pani klasy: IIa i Ic, a pani krzyczy do kolezanek: "IIc i Ia!". :D Potem podjezdzalo sie pod sznureczek nauczycielek, ktore obdarowywaly dzieci... plastikowymi jajeczkami. Dopiero w domu, kiedy Potworki otworzyly jajka, stalo sie jasne, ze przygotowane zostaly one na wielkanocne poszukiwanie jajek, ktore szkola co roku organizuje. :D
Aha, szkola wynajela tez pojazd z lodami, kazde dziecko dostalo kuponik i moglo wybrac sobie po lodzie. Potworki oczywiscie byly wniebowziete. :)

Bi zrobila jakas dziwna mine tutaj i wyglada na 13 lat... :D

Poniewaz bylo duszno i goraco, po rozdaniu swiadectw bylam umowiona z kolezankami w pobliskim parku. Potworki az podskakiwaly z podniecenia, bo nie tylko plac wodny, ale i plac zabaw, na ktorym nie byly od tyyylu miesiecy! ;)

Temperature wody mozecie sobie okreslic po tym zdjeciu :D

Albo po tym ;)

I jaka niespodzianka - moje Potwory ladnie i zgodnie bawily sie z dziecmi kolezanek, mimo, ze podczas ich odwiedzin u nas w domu, ciagle byly jakies niesnaski! Nie ma to jak neutralny teren. ;)

Siedza obok siebie niczym najlepsze psiapsioly, a jeszcze dwa dni wczesniej tylko na siebie skarzyly...

W sobotnie popoludnie, spadl tez w koncu porzadny deszcz. W tym tygodniu ma go zreszta nie brakowac i choc prognozy "obiecujace" duchote oraz burze kazdego popoludnia az do piatku, nie sa zbyt zachecajace, to wiem, ze ten deszcz jest baaardzo potrzebny. Po lagodnej, deszczowej zimie, zimnej i cholernie deszczowej wiosnie, czerwiec przyniosl straszliwa susze. Nie pamietam kiedy, przed sobota, ostatnio porzadnie popadalo. Trawa przestala rosnac, a za to zaczela zolknac. Kilka porzadnych ulew powinno przywrocic jej zycie.
Choc na prognozy nie do konca mozna liczyc. W niedziele po poludniu znow mialy przejsc burze z ulewnym deszczem, tymczasem zachmurzylo sie, pogrzmialo z daleka, ale nie spadla ani kropelka. :/

Obecny tydzien niesie ze soba spora doze stresu, ale i ekscytacji. Dzis wieczorem musze przeprowadzic czesc druga szkolenia dla Chinczykow, a jeden z szefow meczy mnie informacja o pewnej sytuacji w pracy, na ktora kompletnie nie mam wplywu, ani nie znam jej szczegolow.
Ale najwazniejsze to to, ze w czwartek wczesnie rano, wyruszamy na pierwszy w tym roku kemping! Aaaaa!!! Jestem kompletnie wybita z rytmu i nie wiem co pakowac! No i boje sie, ze w ostatniej chwili cos nam wyskoczy i nie pojedziemy! A ja juz TAK BARDZO musze sie stad wyrwac, choc na kilka dni!!!

piątek, 19 czerwca 2020

Areszt domowy tydzien #13 i 14

Po pierwsze, mam pytanie! Czy ktos sprawdzal jak ma wygladac ta nowa wersja bloggera? Latwa jest w obsludze, da sie w niej polapac? Boje sie probowac, zeby czegos permamentnie nie spiep*zyc. ;)

*

Weekend poprzedzajacy tydzien #13 zaczal sie potwornym upalem, wiec mlodziez juz poznym rankiem wskoczyla do basenu. :)


Po poludniu spotkala Bi gratka, bo pochlapac sie przyszly nasze sasiadki, w tym jej ukochana przyjaciolka. Szkoda tylko, ze tuz przed ich przyjsciem przeszla burza i powietrze gwaltownie sie ochlodzilo. Nie zeby to dzieciakom specjalnie przeszkadzalo oczywiscie, choc po wyjsciu, cala czworka zgodnie klekotala zebami... ;)

Dobrze, ze taki duzy ten basen :D

W poniedzialek, 8 czerwca, szkola Potworkow zorganizowala wirtualny Field Day, czyli Dzien Sportu. Co roku wszystkie podstawowki w naszym miescie maja taki dzionek gdzie zamiast lekcji, dzieci maja gry i zawody. Bi strasznie na niego zawsze czeka i bardzo byla rozczarowana, ze w tym roku gry mozemy sobie zorganizowac najwyzej w ogrodzie. Nik, nie lubiacy rywalizacji, byl calkiem zadowolony. ;)
Najfajniejsze i dla Potworkow i dla mnie bylo to, ze tego dnia panie nie przyslaly zadan. Nauczycielka Nika wyslala tabelke gdzie dzieci mogly zaznaczyc w jakich aktywnosciach wziely udzial, nauczycielka Bi tylko zyczyla im milej zabawy. ;) Lista aktywnosci byla dluuuga, od prostych jak pajacyki i przysiady, az po rzuty pilka do koszykowki, skoki w dal czy zabawe w zraszaczach do trawy. Oczywiscie wszystkie dzieci wybieraly sobie, co i ile kto chce zrobic. Oprocz typowych gier czy cwiczen, bylo kilka rodzajow "wyzwan". Potworkom, bez dwoch zdan, najbardziej podpasowalo "frozen t-shirt challenge", gdzie trzeba bylo zmoczyc koszulke, zlozyc ja w kostke i zamrozic. Potem dzieci mialy zmierzyc czas, w ktorym uda im sie te koszulke rozlozyc na tyle, zeby udalo sie ja ubrac. ;)
To ze dzieci nie mialy lekcji, nie oznaczalo oczywiscie, ze ja mialam rowniez wolne. Ilosc aktywnosci mielismy wiec dosc ograniczona. Potworki poskakaly na skakankach, Bi pokrecila hula hop, pobiegali na czas po stopniach, a potem wlaczylam im nasz zraszacz.

"photobomb" :D

Te radosc widac nawet z daleka ;)

Na te ostatnia zabawe, a pozniej chlapanie w basenie, przyszla mala sasiadka z naprzeciwka, a wraz z nia jej mama, mialam wiec i ja nieco towarzystwa. ;)
Zdjecia z wirtualnego Dnia Sportu mozna bylo przeslac nauczycielowi w-f'u (szkola Potworkow jest tak mala, ze jest tylko jeden), ten zas zmontowal je w filmik wyslany dla wszystkich rodzin. I fajnie, bo dzieciaki z wypiekami na twarzy ogladaly go, rozpoznajac na zdjeciach kolegow. ;)


W srode mialam kolejny co-dwutygodniowy meeting z praca. Dowiedzialam sie na nim, ze mam przeprowadzic szkolenie podobne do tego, ktore urzadzilam kolegom w lutym, ale dla ludzi z naszej "filii" (czy jak to zwal) z Chin (!). Przyznaje, ze niezbyt bylo mi to na reke, bo ogolnie nie znosze prezentacji szkolen, nawet telefonicznego zalatwiania spraw. No, niesmiala jestem i tam gdzie mam sie odezwac, wole schowac sie w kacik. ;) Nie za bardzo jednak mialam jak odmowic, wiec co bylo robic, zgodzilam sie...
Poza tym, moj szef dostal pomoc finansowa oferowana przez rzad dla malych firm i pomalu nadrobil wszystkie zalegle wyplaty. Napisalabym, ze "juppi!", ale na meetingu "pocieszyl" nas, ze ma jeszcze na dwie kolejne wyplaty, a potem ma nadzieje, ze beda juz przelewac pieniadze z oddzialu w Chnach. Przyznaje, ze wszystko mi opadlo... Czyli co, mam pewnosc wyplaty do konca czerwca, a potem znow co chwila beda zaleglosci i opoznienia?! Co ciekawe, nasza firma planuje za kilka miesiecy rozpoczac badania kliniczne, ktore kosztuja setki tysiecy dolarow! Jesli nie stac ich na placenie pensji 5 (pieciu!) pracownikom, jakim cudem bedzie ich stac na cos takiego?!
No ale mniejsza z tym. Moze wkurzam sie niepotrzebnie i na zapas...

Rowniez w srode znow przyszla pobawic sie z Bi jej najlepsza psiapsiolka wraz z siostra na doczepke. Dobrze, ze owa siostra, choc o rok mlodsza, calkiem niezle dogaduje sie z Kokusiem. Dzieciaki podzielily sie wiec na pary i czasem razem, a czasem osobno, ale w miare zgodnie sie bawily.


Glowna "zabawa" byl rzecz jasna basen, ale ze dziewczyny znow przyszly poznym popoludniem kiedy slonce znika znad basenu, dosc szybko wszyscy wylezli z wody szczekajac zebami. ;) Wyciagneli wiec wszystkie mozliwe zabawki ogrodowe i urzadzili tor przeszkod. Na szczescie po sobie posprzatali. :)

Czwartek, 11 czerwca byl pochmurny i deszczowy i pierwszy raz (i poki co ostatni) Potworki nie kapaly sie w basenie, ale byl jednoczesnie ostatnim dniem roku szkolnego. Nie moge uwierzyc, ze Nik idzie juz do III klasy, a Bi do IV, bedacej jednoczesnie ostatnia klasa w naszej podstawowce! A w sumie to niewiadomo jak bedzie wygladac szkola na jesien, wiec mozliwe jest, ze Potworki w ogole nie beda mialy zajec w swoim starym, znanym budynku... Smutno mi na sama mysl i mam nadzieje, ze do tego czasu rzad Stanu pozwoli na normalne otwarcie szkol na starych zasadach, moze z dodatkowa sterylizacja pomieszczen. Ktora to, badzmy szczerzy, kompletnie im nie zaszkodzi. ;)
Tego ostatniego dnia, klasa Bi miala tylko ostatnie, pozegnalne wirtualne spotkanie klasowe. Pozniej, jej nauczycielka objechala domy wszystkich uczniow, zostawiajac im drobne upominki. Udalo mi sie nawet strzelic jej fote z Bi. ;)

Wszystko z dystansu ;)

Niestety, nauczycieli klas II zdrowo porabalo, bo Nik dostal normalne, codzienne zadania! :O No ja cie krece! Ostatniego dnia, naprawde?! W kazdym razie, poza wirtualnym spotkaniem klasowym, powiedzialam Kokusiowi, ze nie musi nic z tych zadan robic. Sam z siebie poczytal jednak ksiazke, czym kompletnie mnie zaskoczyl. :)
Ostatniego dnia (pierwszego tez) dzieci w szkole Potworkow maja tzw. "clap-in ceremony", gdzie wszystkie klasy zbieraja sie przed szkola i po kolei wchodza, przedstawiane przez dyrektorke, w akompaniamencie oklaskow zebranych rodzicow. To bardzo fajna tradycja, ktora w tym roku im przepadla, nauczycielki przygotowaly wiec jej wirtualny odpowiednik. Zmontowaly filmik, w ktorym wszyscy nauczyciele oraz asystenci i inni pracownicy szkoly poskladali po zdaniu wiadomosc dla dzieciakow.

Czesc wiadomosci od nauczycielki Nika

Czesc od nauczycielki Bi

Nastepnie po kolei przedstawiano roczniki i nauczycielki danych klas klaskaly. Przyznaje, ze ogladajac ten filmik, "spocily" mi sie oczy. Szkola Potworkow ma naprawde fantastyczna kadre. :)

Klaszcze pani Kokusia...

Klaszcze pani Bi :)

W niedziele niespodziewanie zjawil sie na kawe dziadek, nie widziany od urodzin Bi na poczatku maja. :O Dzieciaki przeszczesliwe, choc moj tata, kompletnie niereformowalny czlowiek przywiozl im fajne, duze kolo do plywania, tyle, ze... jedno!

Wlasnie sie ucieszylam, ze do siatki na zabawki z basenu zmiescily mi sie wszystkie poza jedna, to dzieciaki dostaja cos takiego... :)

Jeszcze sie nie nauczyl, ze o kazda jedna rzecz jest wojna... Albo po prostu ma to w powazaniu, bo to nie on musi wysluchiwac awantur. ;)
W kazdym razie fajnie bylo znow go zobaczyc i pogadac na zywo.

Kolejny poniedzialek przyniosl niezbyt mila niespodzianke. Pamietacie, ze mialam przeprowadzic szkolenie dla pracownikow z Chin? Rozmowa w poprzednia srode skonczyla sie na tym, ze moj szef oznajmil iz ustali kiedy je zorganizowac. No i super, spodziewalam sie jednak, ze bede o terminie uprzedzona troche szybciej niz kilka godzin wczesniej... Tak, dobrze czytacie. O 9:30 rano otrzymalam maila od szefa, ze chce zebym przeprowadzila szkolenie o 20:30 tego samego dnia! :O Po prostu spadlam z krzesla! Reszte dnia spedzilam zestresowana, biegajac od kibla po komputer, gdzie napredce edytowalam moja prezentacje z lutego, dopasowujac ja do potrzeb innej, badz co badz, kadry.
No nie mogl mi osiol wyslac maila w piatek?! :/
Koniec koncow jakos szkolenie przeprowadzilam, choc dobre 10 minut zmarnowalam probujac polapac sie w zoomie. Potworki nie musialy uzywac go do szkoly, wiec nie mialam (nie)przyjemnosci poslugiwac sie nim wczesniej. Jakos to w koncu ogarnelam, choc ludzi w Chinach kompletnie nie moglam zrozumiec. Nie dosc, ze ich angielski jest, przy dobrych wiatrach, "lamany", to na lini bylo straszne echo. Zreszta, dla mnie to lepiej, bo przynajmniej nie zadawali pytan. :D
Za to we wtorek, kiedy emocje i stres opadly, poczulam sie niczym kompletna detka i zrobilam sobie wolne, sprawdzajac tylko maile od czasu do czasu. ;)

A! W poniedzialek przyszly tez "raporty" szkolne Potworkow. Napisalam w cudzyslowiu, byly one bowiem zupelnie inne od normalnych szkolnych raportow. Zamiast wynikow w nauce, nauczycielki zaznaczaly w jakim stopniu oceniaja pewnosc, ze uczen zrobil postepy. Jak dla mnie byla to wiec ocena aktywnosci ucznia w czasie nauczania zdalnego.

"swiadectwo" Bi

"swiadectwo" Kokusia :)

Jak widac, nauczycielka Nika ocenika swoja pewnosc ze poczynil postepy wyzej niz nauczycielka Bi. Jedynym wyjatkiem bylo tu pisanie (oraz skrzypce, ale te ocenia nauczycielka instrumentu), czemu sie wcale nie dziwie, bo sukcesem bylo jesli Mlodszy napisal wiecej niz 3 zdania na raz. ;) Oczywiscie Bi strzelila focha, ze jej nauczycielka ocenila swoja pewnosc, ze Starsza zrobila postepy "tylko" jako zadowalajaca. :D Na nic moje tlumaczenia, ze to nie sa oceny dla niej, tylko okreslenie stopnia pracy na lekcjach, a poza tym, pani Kokusia oceniala w ciemno, bowiem nie raz pisalam, ze Mlodszy praktycznie nic nie musial odsylac, nie wiem wiec na jakiej podstawie ona cokolwiek mogla ocenic... Bi byla oburzona i koniec. ;)

W srode niespodziewanie napisala do mnie sasiadka, pytajac czy dzieciaki nie chca przyjsc pobawic sie z jej dziewczynami. No ba! ;) Polecieli jak na skrzydlach, a ja zyskalam ponad godzinke dla siebie. Powinnam w sumie napisac dla "siebie", bo w ciagu tej godziny poskladalam wysuszone pranie i wstawilam gulasz. Relaks przykladnej pani domu. ;)

Bardzo zadowolone Potworki u sasiadek

Troche wczesniej tego samego dnia, Nik utracil kolejnego zeba! Lewa gorna dwojka nie wytrzymala wafelka od loda. :D Co ciekawe, prawa zdawala sie mocniej kiwac, ale jednak przeciwna poleciala pierwsza.

Buzia usiana piegami, guz na czole, szczerby w uzebieniu - moj caly Niko <3

Nik przeszczesliwy wsadzil zeba pod poduszke dla Zebowej Wrozki, a "wrozka" nerwowo musiala poszukiwac drobniakow, bo przeciez od 3 miesiecy nie rusza sie z domu, wiec nie ma potrzeby noszenia w portfelu gotowki. ;) Dobrze, ze tata mial pare groszy. :)

Czwartek 18 czerwca, przejdzie do kwarantannowej historii, bo po raz pierwszy od koronawirusowych zamkniec i ograniczen, przyjechala do mnie na kawe kolezanka! :D Powiem Wam szczerze, ze az mi dziwnie bylo. Fajnie bylo pogadac, chociaz troche glupio mi bylo ciagle wyganiac dzieciaki z domu. Kolezanka chyba pomyslala, ze jestem nawiedzona, ale po prostu sama nie wiem co myslec o tej cholernej pandemii. Z sasiadami pomalu zaczynamy wyluzowywac, dzieciaki sie razem bawia, ale wszyscy zgodnie trzymaja je na dworze, na wszelki wypadek. A kolezanka jest Polka i chyba ma zupelnie inne poglady na te cala sytuacje. Z jej opowiesci wnioskuje, ze jak tylko otworzyli wszystkie sklepy, to ona non stop lata i szuka wyprzedazy, spotykaja sie z nasza wspolna kolezanka i to w domu, bo obie mieszkaja w condominiach, czyli jakby domkach szeregowych, ale tylko z malym balkonikiem, bez ogrodu. A obojga mezowie normalnie pracuja, wiec jakies tam ryzyko zarazenia jest. Ledwie otworzyli bary, ona juz pedzi na spotkanie z ludzmi z jej pracy... No po prostu pandemie ma w du powazaniu. ;) Ja, mimo ze kompletnie nie wierze, ze ten caly wirus jest az tak zarazliwy jak go opisuja, to jednak wole chuchac na zimne, zeby nie musiec sobie potem nic wyrzucac.
Ale przyznaje, ze kumpele fajnie bylo znow zobaczyc. Taki powiew normalnosci. ;)
Zdjec z wizyty nie mam, ale mam inne. Tego samego dnia, dzieciaki marudzily juz od rana, a raczej juz od dwoch dni, ale w czwartek marudzenie osiagnelo apogeum. Wiedzac, ze po poludniu mialam miec kolezanke, probowalam uporac sie z praca na ten dzien, zeby wiec zyskac chwile spokoju obiecalam Potworkom, ze jak beda grzeczni, kiedy skoncze, zrobimy obiecane glutki. ;)

Tu jeszcze etap mieszania kleju z woda i barwnikiem

I zrobilismy! Pierwszy raz sie na to porwalam i okazalo sie to proste jak drut. Niestety, do mikstury Bi dodalam troche za duzo roztworu boraksu i glutek slabo sie rozciaga, a za to latwo rwie. Starsza ze swoim charakterkiem oczywiscie uzrzedzila sie przez pol godziny, ze to moja wina, bo ona mowila, zeby wiecej juz nie dawac, ze dlaczego ja jej nigdy nie slucham, ze nienawidzi swojego glutka i w ogole. W koncu, zirytowana, oswiadczylam, zeby wyrzucila gluta do kosza i ze wiecej go robic nie bedzie skoro nie potrafi docenic, ze matka pozwala jej na takie zabawy. Naprawde mnie wkurzyla, bo niestety Bi ma taka "przyware", ze nie wie, kiedy sie za przeproszeniem, przymknac. Jak jest zla, to gada do upadlego, wykloca sie, zawsze musi miec ostatnie slowo. A tym razem od dwoch dni slyszalam ciagle, ze chca robic slime, nie moglam sie od nich opedzic, potem caly blat w kuchni mialam uswiniony w zaschnietym kleju, a ta pyskuje, bo glut jej sie slabo rozciaga! No wezcie mnie trzymajcie! :/

Gdybym wiedziala, ze az tyle wyjdzie tego gluta, podzielilabym przepis przez polowe ;)

Z innych spraw, to malowanie kuchni idzie do przodu, choc przez perfekcjonizm mojego meza, posuwa sie w slimaczym tempie. M. po prostu musi to cos poprawic, tam cos przeszlifowac i pociagnac pedzlem raz jeszcze... Do tego nagle przyszly upaly z wysoka wilgotnosci powietrza i farba zwyczajnie jakos dziwnie zasycha. Zostaja jakby babelki... A ze tych szafek troche mamy, to wszystko trwa w nieskonczonosc. Kilka drzwiczek juz jednak zawislo (ale mysle, ze teraz juz pokaze Wam po prostu efekt koncowy) i... no nie jest to moja wizja. Zaluje, ze nie uparlam sie, zeby M. zostawil te szafki w spokoju kiedy poczatkowy pomysl z bejca nie wyszedl. Teraz bedzie, mysle ze ladnie, ale to nie "to". Mezowi tego jednak nie powiem, bo i tak przeklina te robote (na ktora sam sie napalil). Po prostu, kiedy skonczymy lazienki oraz taras i patio (pewnie w przyszlym roku, ech...) podejme temat gruntownego remontu calusienkiej kuchni...

Ten tydzien zakonczyl sie niespodziewanie bardzo towarzystko. O tym, ze w czwartek mialam z wizyta kolezanke, juz pisalam. A w piatek rano niespodziewanie napisala do mnie sasiadka, z ktora nie mam jakich specjalnie bliskich kontaktow, ale to fajna babka, a przy tym maja chalupe z basenem. A ze nadeszla fala upalow z wilgocia, napisala czy Potworki nie chca przyjsc poplywac. Heh, wiadomo, ze nie trzeba ich dwa razy prosic! :D

TAKI basen miec, ech... ;)

Poplywali, ponurkowali z synkiem sasiadki, a potem poszlismy do domu, zeby szybko cos zjesc, bo 1.5 godziny pozniej przyjezdzal do Kokusia kolega. W koncu! Po 3 miesiacach bez-kolegowego zycia, napisalam do mamy jednego z jego ulubionych kolegow, czy nie chcialby przyjechac. Okazalo sie, ze chcialby. I dzien ustalilysmy wlasnie na piatek, nie spodziewalam sie bowiem zaproszenia od sasiadki. :) Nik podniecony wypatrywal kolegi przez pol godziny, najpierw patrzac przez okno, potem sterczac przy skrzynce na listy. ;) W koncu sie jednak doczekal i... pierwsze co, to wskoczyli oczywiscie do basenu. ;)

Lobuziaki ;)

Przy okazji, obserwowalam roznice miedzy dziewczynkami i chlopcami. Poniewaz Bi snula sie znudzona za chlopakami, napisalam do sasiadki z naprzeciwka, czy jej mlodsza nie chce przyjsc sie pobawic. Oczywiscie chciala. ;) Dziewczynki plawily sie w wodzie leniwie, cos tam do siebie gadajac, a chlopaki? Jakies chlapanie, kopanie, zapasy, itd. Balam sie ich spuszczac z oczu, bo co i rusz jeden drugiego wciagali pod wode i balam sie, ze sie potopia. Najwiekszym szokiem bylo dla mnie oczywiscie to, ze Nik to przeciez takie spokojne dziecko, a tu z kolega szaleje jak... chlopaczysko. W takich chwilach dociera do mnie, ze faktycznie mam syna. :D

*
To co, w Polsce jeszcze tydzien nauczania zdalnego i laba? ;)

czwartek, 11 czerwca 2020

7 i pol dla Kokusia

Kolejne pol roku za nami i w srode Nik skonczyl rowno 7 i pol lat...
Alez ten czas zapieprza. Ani sie obejrze, a zamiast 40stki, bede miala 60tke na karku. ;)

Ale nie o mnie mialo byc, tylko o moim (Naj)mlodszym. :)


Mam wrazenie, ze podczas tego siedzenia w domu, Nik sie bardzo uspokoil. W sensie, ze skonczyly sie "zabawy" w wojownika ninja i ataki na matke z zaskoczenia. Chyba brak towarzystwa chlopakow, dobrze na niego wplywa. :) Zamiast tego, Nik sie bardzo czesto przytula, daje calusy i wyznaje, ze mame (tate tez) tak bardzo, bardzo kocha. Slodkie to jest niesamowicie i juz teraz wiem, ze ciezko bedzie zostawic tego pieszczocha, wyslac go do szkoly i wrocic do pracy.

Areszt domowy dobrze wiec wplynal na emocje Nika, natomiast fatalnie na "wyniki" w nauce. Napisalam w cudzyslowiu, bo nikt tego nie ocenia. Ciekawa jestem, co nauczyciele wpisza w raporcie na zakonczenie roku... Widze jednak po tym, co robi w domu, ze szczegolnie pisanie, idzie mu fatalnie. Nie, ze pisze z bledami, bo Mlodszy ogolnie jest calkiem niezly w "spelling", ale nigdy pisac nie lubil, wiec robi na odwal - odpieprz. W szkole, nauczycielka oraz obecnosc innych dzieci mocno go mobilizowala, czesto pracowali w grupach, itd. Przynosil ze szkoly teksty na kilka stron. Teraz jest cud, jesli zapisze polowe strony i to wielkimi bukwami. Niestety, kompletnie nie potrafie na niego wplynac... :/
Poleciala mu tez w dol pewnosc siebie i tego nie moge odzalowac. Nik zawsze byl raczej niesmialy, ale jakos dawal rade w klasie funkcjonowac. Teraz widze niestety, ze jak ma sie wypowiedziec, to wygania z pokoju mnie oraz Bi i nagrywa filmiki polglosem. Kiedy na codziennych spotkaniach klasowych maja przeczytac napisany przez siebie tekst,  Nik pisze cichcem wiadomosc nauczycielce, po czym czeka az wszystkie inne dzieci sie rozlacza i dopiero czyta tekst pani. :(

Poza tym, Kokus teskni nieco za kolegami. Niestety, tylko za dwoma. Dlaczego niestety? Bowiem akurat ci dwaj nie wykazuja zainteresowania spotkaniem. Jeden mieszka jakos dwa osiedla dalej i regularnie przejezdza rowerem z mama oraz rodzenstwem przed naszym domem. Niestety, nawet sie nie zatrzymuja, mimo, ze Nik goni za nimi na wlasnym rowerze, co mowi mi wyraznie, ze rodzice nie maja ochoty na spotkania towarzyskie. Zreszta, akurat ten konkretny chlopiec ma siostre blizniaczke, oraz dwoch mlodszych braci. Jest ich wiec w domu cala gromada i zapewne wieksze towarzystwo nie jest im potrzebne.
Mama kolejnego ulubionego kolegi zawsze wrecz zameczala mnie smsami o wspolna zabawe. A teraz ciiisza, czyli podejrzewam, ze jest jedna z tych przezywajacych kwarantanne. Ale moze tym razem napisze do niej pierwsza i zobaczymy.
Mamy jednak na naszym osiedlu innego kolege z klasy Nika. Chlopiec wydaje sie sympatyczny, byl na urodzinach Kokusia, ale ten uparl sie, ze nie, on z K. nie bedzie sie bawil. On chce H. albo A. I koniec... :/ 

Nik nadal kocha swoj rower miloscia ogromna. Oczywiscie po prostym nie da sie jechac, wiec szuka najwiekszych wertepow, wystajacych korzeni drzew, glazow, itd., albo zjezdza na zlamanie karku ze schodow biegnacych od frontu domu, do podjazdu. Jego rower ma reme BMX'a, wiec niby rower "wyczynowy", ale ze jest to w sumie pojazd dzieciecy, wiec zwyczajnie nie wytrzymuje takiej jazdy. Cos w nim rzezi i klekocze, a opony mial zdarte prawie do szmaty pod warstwa gumy. ;) Te ostatnie M. mu w koncu wymienil, ale pytanie ile ogolnie rower jeszcze przezyje? ;) Poza Mlodszym, nasza trojka ma rowery gorskie z przerzutkami i Nik tez jeczy o przerzutki, jednoczesnie jednak nie chce rozstac sie ze swoim staruszkiem. ;) Najchetniej mialby dwa i ja, widzac jak bardzo kocha on jazde, sklonna bylabym mu sprawic drugi rower, ale M. nie chce nawet o tym slyszec. :/

Oprocz rowera, Nik, podobnie jak siostra, uwielbia wode. W koncu szaleje w basenie na rowni z Bi. Do zeszlego roku zawsze ona wariowala, a on podchodzil troche ostrozniej. Rok temu dochodzilo nawet do tego, ze chlapali sie osobno, bo Nik wolal poczekac az Bi sie wyszaleje i dopiero wchodzil, zeby samemu sie pobawic. Nie wiem, czy pomogl klub plywacki i Nik nabral nieco pewnosci siebie w wodzie, czy tegoroczny basen jest wiekszy, wiec Mlodszy ma wiecej przestrzeni dla siebie... A moze chodzi o to, ze basen z rama jest stabilniejszy? Rok temu bowiem Nik czasem sie krzywil, ze boi sie kapac z Bi, bo ona tak szaleje, ze on mysli, ze basen peknie! I faktycznie, tamten gietki basenik wyginal sie na wszystkie strony. Moje proby przekonania Mlodszego, ze basenowi nic nie bedzie, nie przynosily efektu.
Jakakolwiek jest tego przyczyna, w tym roku Nik chlapie sie razem z Bi i nie narzeka, dorownuje jej tez szalenstwami. :)

Czego Nik za to nie lubi, to brudzic raczek, oj nie! Bi moglaby spedzic pol dnia nalewajac wody do wiaderka z piaskiem i potem ciapac w tym namietnie lapkami. Nik nigdy sie w ten sposob nie bawi. Podobnie, kiedy szukaja "zyjatek". Wezmie do reki dzdzownice lub salamandre, owszem, jesli ktos mu ja poda. Jesli ma sam cos "zlapac", to w zyciu. :)

Panicznie boi sie os, co przedklada sie na strach przed wszystkimi latajacymi owadami. Na nic tlumaczenia, ze pszczola uzadli go tylko jesli ja przycisnie, a trzmiele to w ogole takie lagodne "misiaki". Nawet jesli przeleci kolo niego mucha, Nik zastyga w bezruchu i wybucha placzem, lub uczepia sie kurczowo najblizej stojacej osoby. Najdziwniejsze, ze jedynym, co dotychczas kiedykolwiek go uzarlo, to komary. Nigdy nie byl uzadlony, wiec nie wiem skad ta panika. Nie pamietam tez az tak ekstremalnych reakcji z zeszlego roku. Teraz Nik potrafi wrocic do domu, zamiast przez taras, przy ktorego schodach dosc czesto kraza osy, garazem, bo tam raczej nic nie lata. ;)

Ma stale dolne jedynki oraz dwojki oraz gorna lewa jedynke. Prawa gorna jedynka w koncu, po miesiacach oczekiwania, sie przebila i moze Nik utraci w koncu szczerbe w usmiechu. Nie na dlugo jednak, bo obie gorne dwojki juz sie lekko kiwaja. ;)

Wesoly szczerbol :)

piątek, 5 czerwca 2020

Areszt domowy tydzien #12, czyli basen, troche szkoly oraz jeszcze basen ;)

Tak, tak! Rok szkolny wreszcie dobiega konca! Jeszcze tylko 4 dni, z czego dwa beda skrocone. Dodatkowo, w poniedzialek dzieci maja miec wirtualny Field Day, czyli cos na ksztalt Dnia Sportu, nie oczekuje wiec zadnych powazniejszych zadan. W zasadzie juz w tym tygodniu wielu nauczycieli luzuje. Nie ma nowych zadan z hiszpanskiego, ani instrumentu (zreszta, skrzypce oddalismy we wtorek do szkoly), z muzyki byla do zrobienia tylko ankieta, a z plastyki prosba, zeby zostawic komentarze na wirtualnej galerii szkoly. Ja sie ciesze, Nik sie cieszy, M. w sumie zwisa i powiewa i tylko Bi placze, ze bedzie tesknic za kolegami. ;)

Wreszcie skonczy sie przeszkadzanie mi co 10 minut, bo costam. Z drugiej strony, obawiam sie, ze bedzie problem z halasem. Bawiace sie Potworki, to dzieci wrzeszczace, piszczace i tupiace. Zeby miec wzgledny spokoj do pracy, bede musiala chyba zezwolic na czas na tabletach, jednoczesnie nie chce jednak, zeby spedzali calych dni gapiac sie w ekrany. Poki pracuje z domu, a oni nie sa na polkoloniach, bede musiala chyba zrobic grafik codziennego czytania oraz zadan w cwiczeniach. A co! Pomiedzy marcem i czerwcem nauczyli sie niewiele nowych rzeczy, troche nauki przez wakacje im nie zaszkodzi. ;)
Ale to za tydzien. Poki co, jeszcze choc troche tej "szkoly" maja. ;)

Miniony weekend uplynal pod znakiem basenu. Jak juz Potworki maja w ogrodzie wode, to wiadomo, ze nie popuszcza. ;) O ile w sobote bylo goraco - 27 stopni, a w sloncu pewnie 30, to w niedziele wial lodowaty wicher, a temperatury na sloneczku moooze dochodzily do 20 stopni.

Sobota byla naprawde piekna

Poczatkowo na pytania o wode odpowiedzialam, ze absolutnie nie, ale tak dlugo chodzili za mna i jeczeli, ze w koncu machnelam reka. Powiedzialam, ze jak dadza rade sie zamoczyc, moga sie pochlapac.
No ba, oni by nie dali rady?! Co prawda wyjscie z wody zaowocowalo gesia skorka i szczekajacymi zebami, ale i tak zabawe mieli przednia. ;)
Aha, w niedziele Nik doczekal sie postrzyzyn, ale specjalnych zdjec "przed" i "po" brak, za to Bi zrobila matce "manicure". :)


W poniedzialek byl oczywiscie Dzien Dziecka. Tutaj sie go nie obchodzi, ale zawsze cos im z tej okazji dawalam. Tak sobie to zapamietali, ze juz od kilku tygodni dopominali sie, czy cos dostana. Najlepsze, ze w tym roku kompletnie tego nie planowalam, bo przez to siedzenie w domu, co chwila cos dla nich zamawiam, szczegolnie stosy nowych ksiazek. Liczylam, ze nie beda pamietac, szczegolnie, ze skonczyla sie Polska Szkola, w ktorej zawsze o takich wydarzeniach przypominali, a tu zonk. ;) Co bylo robic. Bi od jakiegos czasu marzyla o hula hop, a Nikowi polamaly sie raczki od skakanki, wiec pomyslalam, ze to bedzie dobra okazja na nowe. Niestety, przy zamowieniu pokazalo mi jakies kosmiczne daty dostarczenia, grubo po Dniu Dziecka. Zaczelam wiec szukac czegos innego. Bi uwielbia plesc bransoletki z kordonka i juz od jakiegos czasu mialam upatrzony dla niej zestaw z "trzymadlem". Wkurza mnie bowiem, ze przykleja nitki tasma klejaca do stolow (i to w jadalni i salonie, no przeciez nie u siebie...), ale potem zamiast skonczyc bransoletke, to owo "dzielo" majta mi sie po stole tygodniami. Teraz przynajmniej ma urzadzenie ze specjalnym haczukiem oraz szuflada na kordonek. Nikowi zas kupilam auto zdalnie sterowane, ktore mial jeszcze na liscie do Mikolaja, a ktorego wowczas mu nie kupilam.
A potem, oczywiscie, wszystko przyszlo jeszcze przed Dniem Dziecka, Potwory dostaly po dwa prezenty, a M. musial sobie pozrzedzic, ze ich rozpieszczam. ;)

We wtorek pojechalismy odebrac reszte szkolnych rzeczy Potworkow. Przyznaje, ze zupelnie inaczej to sobie wyobrazalam i ze wzgledu na dzieciaki nawet czekalam na ten dzien. Wiedzialam, ze nie wpuszcza wszystkich rodzicow na raz do szkoly, spodziewalam sie wiec, ze beda umawiac kazda rodzine na osobna godzine. Zreszta cos takiego mignelo mi w ktoryms mailu.
Tiaaa...Nie bylo mowy zeby w ogole osobiscie wejsc do szkoly, czy chociaz podejsc do jej drzwi! Kazda rodzina miala podjechac samochodem i wszystko odbierali i rozdawali przez okno auta. Przy pierwszym stanowisku rejestrowali imiona dzieci, przy drugim oddawalo sie instrumenty, ksiazki z biblioteki oraz inne szkolne wyposazenie, a przy trzecim dostawalo sie torbe z rzeczami dzieci. Rodziny mialy sie stawic w przedzialach czasowych ustalonych alfabetycznie. Niby wszystko szlo calkiem sprawnie, ale naczekalismy sie, ze hej, choc tu klania sie to, ze przestrzeganie zasad zawsze kopnie cie w tylek. ;) Kiedy dostalam maila o odbiorze rzeczy, zalaczona byla w nim jasna mapka, ze kolejka aut, ustawia sie wzdluz ulicy, przy ktorej znajduje sie szkola. Kiedy wiec dojechalam na miejsce, ale znalazlam sie na uliczce prostopadlej do tej "szkolnej", grzecznie skrecilam i pojechalam na koniec kolejki. A potem, kuzwa, okazalo sie, ze prawie wszystkie inne auta, ktore przyjechaly z tamtej strony, wciskaly sie w kolejke! W rezultacie wszystko zajelo nam cholerne 40 minut, z czego wiekszosc czasu poruszalismy sie noga za noga w sznureczku. Nik w tylu jojczal na calego, a kiedy pozwolilam mu odpiac sie z pasow, lazil po calym tyle auta, wdrapywal sie miedzy przednie siedzenia, itd. :/
Mimo wszystko jednak, byla to jakas forma odmiany od nudnej, utartej codziennosci, wiec nie narzekam. To co mnie najbardziej wnerwilo, to ze w kilku poprzednich mailach informowano, ze wraz z rzeczami pozostalymi z wyprawek dzieci, beda tez rozdawac laptopy. W naszym miasteczku, kazde dziecko ma w szkole swojego laptopa, na ktorym czesto pracuje. Kiedy w marcu zamkneli szkoly, rozdawali te komputery, ale tylko po jednym na rodzine. My wzielismy go dla Nika i teraz myslalam, ze dostaniemy kolejny, dla Bi. Chcialabym zeby juz zostawila mojego starego laptoka w spokoju. Niestety, zostalam poinformowana, ze w prawie laptopow beda sie kontaktowac w kolejnych tygodniach. Czyli trzeba bedzie kolejny raz odstac swoje w kolejce... :/ Tylko po chusteczke dzieciom laptop w czasie wakacji?! :/

Niestety, obawiam sie, ze to przygotowanie do kontynuacji zdalnego nauczania w kolejnym roku szkolnym... :( Wydzial oswiaty naszego miasteczka pisze otwarcie, ze nie wie, w jakiej formie szkola bedzie otwarta na jesien i czy w ogole zostanie otwarta. Duzo bedzie zalezec od decyzji gubernatora naszego Stanu. To on podejmie ostateczna decyzje, co do otwarcia szkol. Slyszalam juz o planach zajec dwuzmianowych (dla Polakow to zadna nowosc, ale tutaj wszystkie dzieci chodza do danej szkoly w tych samych godzinach), zajec tylko w ograniczone dni w tygodniu, itd. Innym pomyslem jest, zeby uczniow starszych, czyli w Middle School oraz High School wyslac na nauczanie zdalne na stale, a maluchy rozdzielic po klasach w zwolnionych w ten sposob budynkach... Zadna z tych opcji nie jest idealna, ale kolezanka - nauczycielka "pocieszyla" mnie, ze u niej w szkole mowa jest o mozliwosci zamkniecie placowek az do stycznia, kiedy na rynek ma szanse wejsc szczepionka! Po prostu mnie zmrozilo i mam nadzieje, ze to po prostu plotka, ktorej nikt powaznie nie traktuje. Po pierwsze, nie wiadomo, czy szczepionka w ogole wejdzie na rynek. Po drugie, nie sadze, zeby byli w stanie wprowadzic ja obowiazkowo (osobiscie nie planuje szczepic ani siebie, ani dzieci). Po trzecie, w styczniu to bedziemy w samym srodku sezonu grypowego, wiec zaloze sie, ze szkoly i tak by sie nie otworzyly w tym czasie...
No coz... Staram sie nie nakrecac. Przypominam sobie, ze do wrzesnia zostaly 3 miesiace, podczas ktorych wiele moze sie zmienic. Za kazdym razem jednak, kiedy o tym mysle, po prostu zoladek zawiazuje mi sie w supel ze stresu... :(

Poza tym, po 3 dniach kiedy w dzien bylo raptem po 17-18 stopni, a w nocy nawet 8 (ogrzewanie sie nad ranem wlaczalo!), znienacka przyszly upaly po ponad 30 stopni. Nie powiem, ze wzgledu na Potworkowy basen, nawet sie ciesze, ale z drugiej strony, takie skoki mnie wykanczaja. Jeszcze jak na zlosc, pierwszy dzien tych upalow zbiegl sie w czasie z drugim dniem okresu. Oczywiscie zlosliwa bestia przyszla wczesniej i akurat drugi dzien byl tym najgoretszym, gdzie w sloncu mielismy chyba ze 35 stopni, wiec pollezalam na tarsie pod parasolem i zdychalam. Nawet Bi okazala zrozumienie, kiedy powiedzialam, ze zle sie czuje, wiec nawet mowy nie ma zeby zapraszac jej kolezanke z wizyta. Od kilku dni slyszalam bowiem w kolko, ze kiedy A. moze przyjsc i kiedy A. moze przyjsc. Tego dnia musialam chyba jednak nawet wygladac "slabo", bo Bi nie nalegala.
Przy okazji, pisalam juz Marcie, ale napisze i tu, sobie na pamiatke (ku przestrodze?), jak mnie corka podsumowala. Wiecie, ten PMS wyjatkowo dal mi sie we znaki. Jesli sama po sobie widzialam, ze zachowuje sie kompletnie irracjonalnie, to cos musialo byc na rzeczy. ;) Po prostu chodzilam cala rozstrzesiona i mialam ochote tylko naprzemian plakac, albo wrzeszczec. Pare razy zauwazylam, ze widzialnie trzesly mi sie rece, wlasciwie bez powodu. Po prostu jeden klebek nerwow i hormonow. Ciezko byc kobieta... ;)
W kazdym razie, ktoregos dnia Bi stwierdzila, ze "mama, ty to jestec albo taka bardzo, bardzo mila, albo straaasznie niemila. Nigdy nie jestes posrodku". :D
Pieknie, zaraz wyjdzie, ze matka ma chorobe dwubiegunowa. ;)

Poza tym, wkurzeni ciaglym blotem wokol basenu, bo plachta pod spodem nie zakrywala do konca ziemii, a Potworki przy zabawie chlapaly, zastanawialismy sie, czym wylozyc te odkryte rogi.

Tak bylo wczesniej, choc fota nie oddaje tego ciaglego syfu i blocka

W przyszlym roku mam nadzieje, ze M. wylozy ten kwadrat plytami albo kamieniem i zrobi takie jakby patio. W tym, jako rozwiazanie "na szybkiego", zdecydowalismy sie wysypac tam kore. Decyzji tej pozalowalam juz kolejnego dnia, bowiem Potworki co chwila wylaza z basenu po kolejne zabawki, a wlazac z powrotem, nanosza kore do wody. Ja zas dorobie sie w koncu moze bicepsow, bo pol dnia spedzam wylawiajac z wody liscie, podtopione owady, oraz wyzej wspomniana kore. ;)

Tak wyglada teraz - troche schludniej. Po prawej miejsce na ognisko, ktore teraz przywalone jest kupa wyrwanych chwastow. Jak wyschna, sie je spali. A po lewej moj warzywnik, w ktorym wszystko rosnie jak glupie ;)

Proby pokrycia szafek kuchennych gotowa bejca z lakierem okazaly sie kompletna porazka. Na powierzchni zostawaly ni to bable, ni to jakies farfocle. Ch*j to wie w sumie, co to bylo, ale wygladalo strasznie. ;) Na wyszlifowanej do surowego drewna desce przy wyschnieciu znikalo, na lekko tylko zmatowionych szafkach, zostawalo. Podobno winne moga byc nawet chemikalia uzywane do czyszczenia szafek. :O Ja bylam za potraktowaniem ich jak schody - bejca + warstwa lakieru. Niestety, M. mi nie dal nic zrobic, a sam sie nie palil, a za to zrzedzil ile sie dalo. W koncu wkurzona powiedzialam, zeby zawiesil drzwiczki z powrotem i lepiej zajal sie lazienkami. ;) I to wywolalo efekt, choc nie dokladnie taki, o jaki mi chodzilo. Ja bowiem naprawde wolalabym, zeby M. wyremontowal najpierw lazienki. Niestety, moj maz broni sie przed tym jak moze, oswiadczyl wiec, ze on bedzie malowal szafki, ale... farba, nie bejca. I zebym wybrala kolor. Wszystko mi opadlo, bo zupelnie nie tak wyobrazalam sobie nasza kuchnie. Juz widzialam ja w pieknym wisniowym drewnie, a tu moj malzonek wymysla sobie cos kompletnie innego!

Zwiastun. Poki co musialam wyjac wszystkie kubki, lampki, miseczki, pojemniczki, itd., a takze cala jedna szafke roznych przekasek i bardziej niz "jak to bedzie wygladac" przeraza mnie mysl, ze potem bede musiala to wszystko od nowa ukladac na polkach. :D

Coz, po lekkich, ekhem... perturbacjach, z fochem, ale wybralam kolor i mozecie liczyc na to, ze pokaze Wam efekty. ;)

Na pozegnanie zostawiam Was z moimi iryskami. Te piekne, wielkie i zolte niestety wszystki przygiely sie do ziemi. Na szczescie te fioletowe sa sliczne i kwitna cala masa. :)


Milego weekendu!

piątek, 29 maja 2020

Areszt domowy tydzien 11, czyli dlugi weekend i krotki tydzien

Z perspektywy czasu, choc nadal troche zaluje, dobrze chyba sie stalo, ze anulowali nam kemping na dlugi weekend. Za pogoda ciezko nadazyc i z prognoz, ze sobota miala byc pochmurna z odrobina deszczu, zrobila sie cala deszczowa sobota, plus deszczowy poniedzialek w bonusie. ;) Tylko niedziela byla przepiekna. Cale trzy dni byly jednak, nawet z deszczem, cieple, wiec odrobina zalu pozostala...
Zeby mnie jeszcze dobic, po anulowaniu kempingu na ten dlugi weekend, wstepnie ustalilismy z M., ze zarezerwujemy cos na czerwiec. Tym bardziej, ze kolejny kemping mamy dopiero na poczatek lipca, a nie wiadomo czy dojdzie on w ogole do skutku... Niestety, w gre wchodza tylko kempingi prywatne, bo stanowe maja blokade rezerwacji do odwolania, mimo, ze teoretycznie powinny gdzies w czerwcu sie otworzyc. Widocznie jednak wola przetrzymac rezerwacje, zamiast potem oddawac kase setkom ludzi... W kazdym razie, pro forma wspominam M. o rezerwacji na czerwiec, a moj malzonek, ze szkoda mu dnia wolnego brac! :O Bo myslelismy zeby wziac piatek lub poniedzialek i wyjechac na przedluzony weekend...
Pewnie... On sobie jezdzi codziennie do pracy, raz w tygodniu na zakupy... A ja z Potworkami zaraz rzygac bedziemy naszym osiedlem. No kuzwa, ciagle te same widoki! Nie zrozumcie mnie zle, ciesze sie, ze mam mozliwosc opiekowania sie dziecmi skoro szkoly zamkneli na glucho, jeszcze bardziej ciesze sie z domu z ogrodem oraz tym, ze u nas caly czas mozna bylo swobodnie lazic na spacery lub jechac na przejazdzki rowerowe... Ale jesli pamietacie, przed cala epidemia prowadzilam dosc aktywny tryb zycia. Nie dosc, ze tygodniowy grafik byl wypelniony po brzegi, to weekend bez jakiejs wycieczki czy atrakcji, byl dla mnie weekendem straconym. A teraz juz jedenasty tydzien siedze na tylku i zaczyna mnie on po prostu swierzbic... :/
No ale coz... Sama przyczepy nie podepne i nie pojade...
Na pocieszenie upieklam sobie szarlotke z bezowa pianka. ;)

Moj maz po raz kolejny zarobil pare negatywnych punktow, bo oswiadczyl, ze przez te pianke jest za slodka i woli zwykla szarlotke :/

Skoro nigdzie nie wyjechalismy, co wiec porabialismy w trakcie dlugiego weekendu?

Powinnam chyba sprostowac, ze ja oraz Potworki nigdzie nie wyjechalismy, bo M. ujezdzil sie za wszystkie czasy. ;)
Po pierwsze, jakos na jesien, silny wiatr przewrocil stojacy na tarasie stolik z parasolem. Szklo w stoliku peklo, a trzonek parasola zlamal sie na pol. :O M. chcial dokupic nowy stolik oraz parasol, ale ja, idac za ciosem, uparlam sie, zeby wymienic tez krzesla. Oczywiscie moj praktyczny maz z wezem w kieszeni protestowal, ze przeciez one sa calkiem dobre... Tiaaa... Krzesla, ktore przywiezlismy jeszcze ze starego domu (a tam mielismy je juz pare lat), gdzieniegdzie pordzewiale, z odbarwiona i wygladajaca na brudna plastikowa siatka... Nie mowiac juz o tym, ze byly strasznie niewygodne. Niewyprofilowane, a siatka po chwili sprawiala, ze cala doopa dretwiala. Juz rok temu bylo mi wstyd kiedy musialam posadzic na nich zaproszone kolezanki, ale ciagle slyszalam argument, ze sa calkiem dobre. Dwa lata temu nie bylo mowy o wymianie, bo mielismy cale lato tesciow, a oni sa jeszcze gorsi. No przeciez po co wymieniac cos, co jeszcze trzyma sie kupy?! Niewazne jak wyglada, ale nie rozpadlo sie, c'nie? Moj tesc zreszta slynie z reperowania na sile starych gratow. Jak ulamal mi sie trzonek do siatki, ktora wylawialam syf z basenu dzieci, tesc skleil obie czesci tasma. Taka siatka kosztuje kilka, w porywach kilkanascie dolcow, ale nawet nie bylo mowy zeby tesciowi przetlumaczyc, ze szkoda jego wysilku... Trzonek sklejony tasma wytrzymal kolejne kilka dni... Kiedy dwie czesci sie nieuchronnie rozpadly, tesc... skrecil je srubkami... :D Poniewaz siatka co chwila byla moczona w wodzie, srubka zardzewiala i zaczela wypadac, a trzonek ponownie sie rozpadac! Tesc cierpliwie, cale lato latal i skrecal cholerny uchwyt, nawet nie chcac sluchac, ze lepiej wyrzucic siatke i kupic nowa! :D
Ale odplynelam daleko od brzegu! :D
W kazdym razie, w koncu tupnelam noga i powiedzialam, ze nie ma mowy zeby M. kupowal jakis przypadkowy stol i zebysmy uzywali starych, niewygodnych i zniszczonych krzesel i zeby wszystko wygladalo jak pozbierane z "wystawek" uzywanych rzeczy! ;) Niestety, jak juz "ustalilismy", ze kupujemy nowy zestaw, wywiazal sie kolejny konflikt. Ja chcialam typowo wypoczynkowy, z "kanapa", fotelami, poduchami, stolikiem kawowym, itd. A moj maz zaparl sie, ze on chce miec zestaw "jadalny"! :O Nosz kuchnia! Zebysmy my jeszcze na tarasie faktycznie jedli! Moj tesc namietnie jadal posilki na tarasie i kiedy mamy gosci czasem rozkladamy tam jedzenie. Poza tym jednak przyznaje, ze nie lubie jesc na dworze. Trzeba ciagle pilnowac zarelka, odganiac muchy oraz osy, wszystko dokladnie przykrywac i oslaniac... I tak naprawde, poza tymi wyjatkami wymienionymi wyzej, my nie jadamy na tarasie, najwyzej czasem lody. I nie mam pojecia dlaczego moj maz sie upadl na taki zestaw (ale podejrzewam, ze mamusia i tatus maja z tym cos wspolnego, bo jak wspomnialam, tesc kazdy posilek jadal na dworze), ale bronil go zaciekle, a ze ja, odkad zrobilo sie cieplej, siedzialam na tarasie na starych krzeslach, bez stolika i bez oslony parasola, w koncu skapitulowalam. Niech juz kupuje co chce, byle juz w koncu miec cos na tym tarasie... M. pojechal wiec po stol oraz krzesla i w koncu mozna tam wygodnie usiasc. Musimy tylko jeszcze dokupic skrzynie na poduchy, bo poki co znosze je co wieczor do piwnicy i troche mnie to irytuje. ;)

Spokojnie, poduch jest wystarczajaco na wszystkie krzesla, ale przez to, ze nosze je gora - dol, wyciagam wylko po 4, dla nas ;)

A zestaw "wypoczynkowy" kiedys i tak sobie kupie. Marzy mi sie taki kacik na patio ponizej tarasu, ale to dopiero za rok - dwa, kiedy zarowno taras, jak i patio poddamy lekkiemu remoncikowi. ;)

Po drugie, postanowilam sprawic Potworkom nowy basen. W zasadzie to nie mialam wyjscia, bo rok temu, nasz stary basenik, ktory pieczolowicie latalam zeby wytrzymal jeszcze troche, M., twierdzac, ze jest stary, odbarwiony, itd., wywalil (podczas mojej nieobecnosci) do kosza! :O To prawda, ze basen swoje odsluzyl, przez chemikalia sie nieco odbarwil na dnie, a z gornego, dmuchanego kolka schodzilo powietrze, ale ogolnie jeszcze by starczyl. Chodzilo przeciez tylko o to, zeby Potwory mialy w upaly gdzie sie schlodzic i wyszalec... Ale nie, mojemu mezowi nie chcialo sie go umyc i zlozyc, wiec wywalil i czesc (mimo, ze juz zaczelam go sama myc, tylko z racji napietego grafiku, robilam to po truchu i z doskoku). :/
Kiedy w tym roku zaczelam napomykac o nowym basenie, M. w ogole zaprotestowal, ze "a po co?!". Nie potrzeba, przeciez i tak wiekszosc sierpnia spedzimy w Polsce, ze basen zajmuje tyyyle miejsca w ogrodzie, ze przeciez moglaby tam rosnac trawa... Trawa! ktorej M. nie znosi kosic i czasem w koncu wyciaga kosiarke kiedy ja zaczne juz regularnie zrzedzic, ze trawsko po kolana i kleszcze laza! A teraz mu szkoda zajmowac trawy... Trzymajcie mnie! :/
Na poczatku jeszcze zaczelam sie zastanawiac, czy nie ma racji. Troche mnie przekonywal argument Polski. W koncu z rozkladaniem, a szczegolnie pozniejszym czyszczeniem i skladaniem takiego basenu jest troche zachodu. Niestety na taki "permanentny" chyba nigdy nie uda mi sie malzonka namowic... W kazdym razie juz sama zastanawialam sie czy moze faktycznie odpuscic. Potem jednak Stan oglosil, ze wszystkie plaze nad jeziorami zamkniete sa do odwolania, a na plaze nad oceanem wpuszczaja tylko okreslona ilosc osob i trzeba by wyjechac z domu chyba o 6 rano, zeby sie zalapac... W dodatku, publiczne baseny podbno maja pootwierac dopiero pod koniec czerwca, a wiele (w tym ten najblizej od naszego domu) oglosilo, ze nie otworzy sie w tym roku w ogole... :(
Jak wiecie, Potworki kochaja wode, wiec stwierdzilam, ze o nie! Siedza zamknieci w domu ponad dwa miesiace! Tesknia za kolegami, za szkola, w ktorej ciagle przeciez dzialo sie cos fajnego, za treningami plywackimi, Nik za karate... Nie moge ich pozbawic tej jedynej odrobiny uciechy latem! Odkad tylko zrobilo sie troche cieplej, dopytuja kiedy rozlozymy basen, a ja mialabym im oznajmic, ze w tym roku go nie bedzie?! Nie ma mowy! Poza tym, nadal niewiadomo czy Polska w ogole wypali...
Mimo protestow M., oswiadczylam wiec, ze kupuje dzieciom basen czy mu sie to podoba, czy nie. ;) I... mina mi zrzedla... Chyba przez to, ze wlasnie wszystko jest teraz pozamykane, ceny takich zwyklych basenow, dmuchanych lub ze stelazem, poszly w gore jak jasna cholera! Troche zwatpilam, kiedy okazalo sie, ze basen, ktory jeszcze rok temu mozna bylo kupic za okolo $200, teraz kosztuje... $900! :O I tu, niespodziewanie, na ratunek przyszedl... maz. :D Pogodzony z mysla, ze basen jednak w tym roku stanie na ogrodzie, sam zaczal szukac okazyjnych cen. I znalazl za polowe, tylko ze basen... ogromny. Srednica ponad 4 metrow! :O Stary mial 3.5, wiec niby roznica nie taka duza, ale jest. M. stwierdzil, ze nie da sie tak po prostu ustawic basenu na wczesniejszym miejscu, bo teren opada delikatnie w dol w strone drzew, a wyrownany obszar jest za maly. Myslalam, ze tak jak przy starym basenie, podkopie troche trawy i powiekszy po prostu tamte "lyse" kolko na ogrodzie. Ale nie, nie M.! Moj maz jest przeciez cholernym perfekcjonista! Oczywiscie ma to wiele zalet, m.in. dzieki temu wszystkie domowe remonty przeprowadza baaardzo dokladnie i zrobione sa na tip top. Ale niestety, to wszystko trwa... Tak bylo i tym razem. Myslalam, ze kwestia kupna i ustawienia basenu to jeden dzien, nagrzanie wody kolejny i na trzeci Potworki beda sie pluskac. Tiaaa... M. postanowil przygotowac specjalnie oczyszczony i wyrownany teren pod basen. Ogrodzil go i zaczal poziomowac.

Jak dla mnie, to nadal jest tam sporo trawy ;)

I tu zonk, bo nasza "gleba" to w zasadzie kamienista glina. Po kazdym ruchu lopata czy grabiami, na wierzchu pojawialy sie kolejne kamienie. I kolejne... I kolejne... Ile ja sie w przeciagu 5 dni uzbieralam kamoli, to tylko ja wiem. ;) Poczatkowo M. planowal dowiezc specjalnego, oczyszczonego piasku, okazalo sie jednak, ze zaden z okolicznych sklepow go nie ma. :O Zwirownia niedaleko domu zas, otwarta jest w godzinach pracy M., a w weekendy nieczynna. Jakze by inaczej. ;) Zaoferowalam oczywiscie, ze podjade i zamowie nam piachu z dowozem, ale M. uznal, ze nie powierzy takiego arcywaznego zadania babie. ;)
W ten sposob bujalismy sie z basenem caly dlugi weekend i dalej. Oczywiscie kiedy mitygowalam M., zeby nie przesadzal, ze nie wierze ze ludzie przygotowuja teren pod basen niczym budowe fundamentow pod dom, fukal na mnie, ze go poganiam i jak zwykle chce szybko i byle jak. Tylko wiecie, to nie on po 20 razy dziennie slyszal "kieeedyyy tata ustawi w koncu ten baaaaseeeen?". Bo Potworki, jak zwykle zadawaly te pytanie mi, zamiast pytac M, do ktorego ich zreszta odsylalam. ;)
Na koniec basen stanal na dobre dopiero w czwartek, a w piatek skonczylam napuszczac do niego wody.

Czasem rozmiar ma znaczenie :D

Poza tym, dlugi weekend nieoczekiwanie skonczyl sie calkiem towarzysko. Mam wrazenie, ze Amerykanie to straszne cielaki i strachajdupy i boja sie wlasnego cienia, a juz na pewno niewidzialnego wirusa. Na szczescie, pomalu chyba do czesci zaczyna docierac, ze ryzyko wcale nie jest az takie ogromne. Nasi sasiedzi, rodzice ukochanej przyjaciolki Bi, ulegli w koncu blaganiom starszej corki i zaprosili Potworki do zabawy w poniedzialek. Bylam przygotowana, zeby dzieciaki tam zostawic, ale ze sasiadka zaproponowala kawe, to zostalam. Siedzialysmy oczywiscie dosc oddalone od siebie, ale przynajmniej nie mialysmy maseczek. :D A dzieciaki byly przeszczesliwe, no moze poza Nikiem, ktory jojczal, ze on chce sie pobawic z ktoryms ze swoich kolegow. Niestety, z mamami jego kumpli nie mam tak bliskich kontaktow i od zadnych nie mam wiesci, ani tym bardziej zaproszen do wspolnej zabawy. Wlasciwie to mama jednego z nich wraz z przychowkiem (maja 4 dzieci) przejezdzaja regularnie przed naszym domem, ale nawet sie nie zatrzymuja, tylko machaja, wiec wnioskuje, ze nie maja ochoty na kontakty...
W kazdym razie Potworki pobawily sie z sasiadkami, wlezli nawet do basenu choc nie bylo jakiegos wielkiego ciepla i to chyba byl dla nich najfajniejszy dzien odkad zamkneli szkoly...

Banda :)

A kiedy w koncu dzisiaj, stanal nasz basen, nie bylo mowy, zeby Potworki utrzymac z dala od niego. Kompletnie nie planowalam tego dnia dla nich plywania, mimo, ze przy 24 stopniach i 80% wilgotnosci, czlowiek czul sie jak w saunie, mimo, ze bylo pochmurno. Woda, swiezo napuszczona, byla jednak lodowata. Potwory jednak uparcie wokol basenu krazyly, chlapaly sie nawzajem, Nik zachwycony puszczal lodz podwodna, ktora ostatnio bawil sie na Florydzie, a na koniec zaczeli zamaczac glowy...

Boszzz... Jaki on byl szczesliwy! :D

No to SIUP! :D

Wtedy machnelam reka i stwierdzilam, ze moze jak wejda i zobacza jak zimna jest ta woda, odpuszcza. Nie docenilam jednak Bi. Weszla i choc na poczatku zeby jej lataly, uparcie plywala, wskakiwala, biegala, itd.

Kto powiedzial, ze dzieci nie lataja? ;)

Nik... spedzil 15 minut probujac sie zamoczyc, a kiedy w koncu wszedl, niczym w klubie "morsow", przeplynal raz wokol basenu i czym predzej z niego uciekl. :D

Z takich codziennych spraw jeszcze, to w ogrodzie wszystko rosnie i rozkwita jak szalone, cieszac oko. Ciesze sie, mimo wszystko, ze mam tej wiosny czas na ogladanie, dotykanie, wachanie... Takze na pielenie i pryskanie, bo szkodniki sie panosza, ale to juz takie mniej przyjemne obowiazki. ;)

Konwalie zaczely juz przekwitac...

Za to rozkwitaja irysy :)

Czy ktos wie, co to? Piekne jest, ale nie potrafie odszukac nazwy. Kwiaty sa dosc duze, o srednicy 4-5 cm

Rododendron zakwitl mi w tym roku tylko jeden :(

Azalia nie chciala sie sfotografowac sama. ;) Mam jeszcze odmiane bladorozowa, niemal biala

Pojawila sie tez nowa zwierzyna, na szczescie tym razem w postaci... wegetarianskiej. ;)

Krolik. Pojawiaja sie w ogrodzie dwa. Czyli za chwile moze ich byc dziesiec ;)

W koncu udalo mi sie strzelic fote kolibrowi, choc za szybki jest, zeby wyszla ostra :)

Maly stres przezylam z kolejna wyplata. Kiedy w poniedzialek nic nie wplynelo, we wtorek odszukalam login i haslo do strony, gdzie moge sprawdzic oraz wydrukowac swoje czeki. Oczywiscie tak dawno tam nie zagladalam, ze najpierw musialam odnalezc od nowa strone, bo zmienili jej nazwe, a potem resetowac haslo. W koncu jednak weszlam, a tam jak byk stoi, ze mam czek z 25 maja! :O No to gdzie sa moje pieniadze?! Napisalam do kolezanki czy ona dostala i czy moze szef cos mowil na ten temat (oni maja jakis chinski komunikator). Kolezanka odpisala, ze ona dostala wyplate, ale we wtorek. No ok, to czekam. Kiedy jednak do konca dnia nic nie wplynelo, mialam juz wizje, ze teraz moj bank ma jakies problemy, albo ktos mi sie wlamal na konto i podbiera kase. Wiem, paranoja mi sie juz wlaczyla. :D Na szczescie kasa wplynela kolejnego dnia, ale skad te dwudniowe opoznienie, to nie wiem.

Na koniec zostawilam zdarzenie najmniej przyjemne. Zastanawialam sie, czy w ogole o tym pisac, ale ze, jak wiecie, pisze tu o tych fajnych aspektach macierzynstwa, ale takze o tych... mniej fajnych, uznalam, ze nie ma co pomijac tego milczeniem. Potworki rosna i ich "wybryki" beda sie pomalu robic coraz powazniejsze, taka naturalna kolej rzeczy...
Wszyscy czytajacy bloga wiedza, ze Bi ma ciezki charakter. Zawsze powtarzam, ze ojjj... bedzie sie dzialo kiedy ta panna stanie sie nastolatka... Dotychczas jednak ze szkoly wszystkie opinie dostawalam bardzo pozytywne. Coz, jak widac, dobra passa sie skonczyla. ;)
W czwartek po poludniu otrzymalam maila od nauczycielki plastyki. Kiedy go przeczytalam, zrobilo mi sie goraco ze wstydu i jednoczesnie mnie zmrozilo, ze mowa o moim dziecku... Otoz, odkad szkola przeszla na nauczanie zdalne, dzieciaki dostaja raz w tygodniu zadanie plastyczne do wykonania. Nic wielkiego, nikt nie patrzy czy zrobili to ladnie, czy na odwal-odpieprz. Bi, ktora zawsze lubila plastyke, z jakiegos powodu takiej jej formy nie znosi. Zadanie jednak jest zadaniem, wiec pilnowalam, zeby miala je zrobione, nawet jesli bylo to byle jak. Narysowane obrazki wrzuca sie w formie filmikow, opisujac co przedstawiaja. Mozna tez skomentowac czyjas prace. Ktoregos dnia jednak, Bi miala jeden ze swoich humorkow, kiedy bez powodu burczy na wszystkich wokol siebie. Zazwyczaj obrywa sie najbardziej Nikowi, tym razem jednak znalazla sobie inne "ofiary". Okazalo sie, ze zostawila nieprzyjemne komentarze pod pracami innych dzieci! Ktorys rodzic je zobaczyl i zaalarmowal nauczycielke, ktora z kolei je usunela i napisala do mnie, zeby przypomniec Bi, ze takie zachowanie nie bedzie tolerowane i przypomniec zlota zasade, ze jesli nie ma sie nic milego do powiedzenia, powinno sie trzymac buzie na klodke...

Nie macie pojecia, jak mi bylo wstyd za moje dziecko! Nigdy (dotychczas, bo pewnie wszystko przede mna) az tak sie nie wstydzilam za jej zachowanie! Moja corka, mala przeciez jeszcze, zaledwie 9-letnia, stala sie internetowym trollem! :O

W kazdym razie odbylysmy powazna rozmowe. Najgorsze, ze Bi sama nie wie dlaczego zostawila tamte komentarze. Nie chcialo jej sie robic plastyki, byla zla, bo wiedziala, ze jej nie odpuszcze, miala przy tym gorszy dzien, wiec "wyzyla" sie na bogu ducha winnych dzieciakach... Oczywiscie takich, z ktorymi sie nie zna, cwaniara jedna... Pod koniec naszej rozmowy sama wydawala sie zawstydzona, wiec mam nadzieje, ze to bedzie dobra nauczka na przyszlosc... Na wszelki wypadek jednak, od tamtego dnia, sprawdzam sktupulatnie wszystko co zamieszcza na stronie szkoly...
Nie jestem tez pewna czy dobrze to rozegralam, czy powinnam byla ja ukarac... Poki co, chcialam bardziej, zeby zrozumiala, ze to co zrobila jest zle i chyba po mojej minie i po tym ze zamiast na nia nawrzeszczec, wzielam ja na rozmowe do osobnego pokoju, dotarlo, ze mowimy o powaznym przewinieniu... Ale sama nie wiem. To jest dla mnie nadal niezbadane terytorium rodzicielstwa...

No wiec tak... Jak to w zyciu, czasem wzloty, czasem upadki...

Trzymajcie sie moje Drogie. Milego weekendu! :)