piątek, 17 maja 2019

Myk

Kolejny tydzien sobie MYKnal (stad tytul). Niewiadomo kiedy, niewiadomo jak...

W zeszla sobote pojechalismy na kolejna Komunie. Tym razem mielismy farta, bowiem zarowno ceremonia, jak i przyjecie odbyly sie w naszym miasteczku, 10 minut od domu! :)
Zaprosili nas baaardzo dalecy znajomi. W zasadzie nawet trudno ich nazwac znajomymi. ;) Bylismy w lekkim szoku i kompletnie nie spodziewalismy sie tego zaproszenia, choc oczywiscie bylo nam bardzo milo, a ze rzadko mamy okazje do towarzyskich spotkan, chetnie je przyjelismy. No dobra, ja bylam bardziej chetna, bo M. to wilk samotnik, przez wielkie W. Mimo, ze akurat CI znajomi sa bardziej jego niz moi, do ostatniego momentu rozwazal wykrecenie sie od imprezy. ;) Moj maz pracuje z tata komunijnego chlopca, a dodatkowo tak sie w tym roku zdarzylo, ze jego mlodsza siostra jest w jednej klasie z Kokusiem. Solenizant (mozna go tak nazwac?) jest w II Klasie, tak jak Bi, ale rownoleglej. Starsza zna go z dlugiej przerwy (tutaj dzieci wypuszczane sa na boisko rocznikami) i mowi, ze to straszny lobuziak. ;)
Ja trafilam chyba najgorzej, bo widzialam te rodzine... trzeci raz w zyciu. :D

Poniewaz oba przyjecia komunijne byly wsrod zupelnie innego towarzystwa, wiec nie wysilalam sie na nowe kreacje i Potworki ubrane byly tak samo, jak tydzien wczesniej :D

Przyjecie komunijne juz po raz kolejny okazalo sie (jak ktos to okreslil pod poprzednim postem) malym weselem. ;) Nie wiem czy to ogolny trend, czy tylko w Stanach, ale zdecydowanie impreza byla z pompa. Odbyla sie w pieknym miejscu przystosowanym wlasnie do tego rodzaju wielkich przyjec. Znam je dobrze i z zainteresowaniem ogladalam jak prezentuje sie na wiosne, zwykle bowiem widywalam je zima. Moja poprzednia praca organizowala tam przez kilka lat pod rzad Christmas Party. :D
Kolejnym szczesciem byla pogoda. To az niesamowite. Wiosne mamy bardzo mokra. Pada i pada i nie moze przestac. Nawet jesli dzien jest w miare suchy, "musi" polac w nocy. Poprzednia Komunia byla zimna i deszczowa i tak wygladala wiekszosc tamtego tygodnia. Nie padalo tylko w srode (pamietam tylko dlatego, ze akurat w szkole Potworkow byl Art Show) i wlasnie w sobote.
Nie tylko bylo slonecznie, ale tez w poludnie zrobilo sie bardzo cieplo. Rano do kosciola wychodzilam w sweterku oraz plaszczu narzuconymi na sukienke, po poludniu mozna bylo wreszcie paradowac w samej kiecce. Oczywiscie dzieciarnia chetnie korzystala i biegala jak wsciekla po pieknie utrzymanych trawnikach i altankach, korzystajac z wielkiego terenu gdzie nie jezdzily auta. Oprocz tego, w sali bankietowej byl kacik z kolorowankami.


Pozniej zas pojawila sie pani malujaca buzie. Dziewczyna miala niesamowity talent, jej malowidla to byly male dziela sztuki, niestety kazde zajmowalo jej tez potworna ilosc czasu.


Bi miala szczescie bo pierwsza ja wyczaila i ustawila sie do malowania, ale Nik czekal godzine (!) na swoja kolej (a przed nim bylo moze z szescioro dzieci). Mowilam, zeby sie bawil a ja zawolam go jak kolejka sie zmniejszy, ale uparl sie czekac. Coz, jego wola. ;)


Ogolnie Potworki wybawily sie za wszystkie czasy. Bylo sporo dzieci, ale czesc byla duzo mlodsza i nie nadawala sie do wspolnej zabawy. A ze starszych, moje dzieciaki oraz mlodzi gospodarze znali sie najlepiej z racji, ze chodza do jednej szkoly. Nik i siostra solenizanta wlasciwie natychmiast ruszyli do wspolnej zabawy (czyli ganiania po sali ;P). Pozniej nieco niesmialo dolaczyla do nich Bi. W koncu Nik porzucil dziewczyny na rzecz mlodego gospodarza i zaczela sie gra w podchody: chlopcy na dziewczynki. Reszta starszych dzieci szybko dolaczyla i rozpoczeli gonitwe miedzy krzakami oraz drzewami, popisy akrobacji (gwiazdy, mostki, te sprawy). Zazdroszcze dzieciakom latwosci w nawiazywaniu znajomosci. Wystarczy 20 minut i zaraz ma sie kumpli do zabawy... Doroslemu potrzeba by bylo kilku dni. ;)
Byla tez pani wodzirej, ktora dwoila sie i troila, ale spora czesc towarzystwa byla starsza i niezbyt chetna do szalenstw na parkiecie. Nie pomagalo tez to, ze przyjecie bylo w samym srodku dnia, wiec nie bylo nawet nastroju do tancow. Po obiedzie wiekszosc gosci wolala z drinkiem w reku przeniesc sie na taras, szczegolnie, ze taka piekna pogoda to ostatnio rzadkosc...

Za to dzieci chetnie narzucily girlandy, przywdzialy okulary i tanczyly kaczuszki oraz... Macarene. Nik to bardziej probowal, bo brak mu wyczucia rytmu, ale wazne, ze sie nie wstydzil, bo z nim to nie takie oczywiste ;)

Miejsce bankietowe miescilo sie zaraz obok lubu Polo, wiec zanim odjechalismy, Potworki koniecznie chcialy podejsc papatrzec na koniki. Te oddzielone byly od ludzi podwojnym plotem (zapewne celowo), ale wydawaly sie bardzo ciekawskie i przyjazne. Wszystkie po kolei podchodzily do swoich plotkow spojrzec na nas i poparskac. :)


Tak jak ostatnio, stwierdzilismy z M., ze jakos optymistycznie podchodzimy do czasu przyjec. Komunia zaczynala sie o 10, wiec liczac, ze msza zajmie jakas godzine, uznalismy, ze gdzies o 14 powinnismy byc w domu. Tiaaa... Wrocilismy prawie o 16. :D Dodatkowo, akurat tego dnia uplywal termin oddania kilku ksiazek w bibliotece, a te zamykali o 17. Wpadlam wiec tylko do domu i nawet nie przebierajac sie z eleganckich ciuchow, chwycilam lektury, Potworki (ktore chcialy koniecznie jechac ze mna) i popedzilam do gmachu biblioteki. Na szczescie to tylko jakies 5 minut autem, ale na dobre wrocilam do domu dopiero o 17 i wtedy wreeeszcie zrzucilam sukienke i buty na obcasie. Co za ulga!!! :D

W niedziele pogoda byla juz taka jak zwykle ostatnio, czyli naprzemian padalo, lalo i mzylo. ;) Tego dnia wypadal jednak tutejszy Dzien Matki. W Hameryce, jak chyba w wiekszosc swiata, wypada on w druga niedziele maja. Ponury i deszczowy dzien rozjasnily mi wiec laurki oraz tuzin mokrych calusos od Potworkow. ;)
Od Bi :) Te "ludki" to oczywiscie ja i ona. Bardzo ciekawe jest, ze mimo, iz jestem zdecydowanie blondynka, Bi zawsze rysuje mi brazowe wlosy, tlumaczac, ze jej sa przeciez jasniejsze, wiec na obrazku tez musza sie odrozniac :D

W srodku. Nie wiem czy skads to przepisala, bo zyczenia sa napisane zadziwiajaco poprawnie. Bledy Bi zrobila tylko w "you're" oraz "world" ;)
 
Od Nika. Klasy I robily laurki w szkole i to widac ;)

Matki nadaja sie do przytulania ;) Na obrazku oczywiscie ja przytulajaca Kokusia przed spaniem :D

Jestem najlepsza. :D Nik ma awersje do rysowania, wiec tym bardziej doceniam wysilek wlozony w te laurke. A tak w ogole, to "mamusia" w Hameryce pisze sie "mommy" :D

Dodatkowo, mielismy tego dnia niechcieja jesli chodzi o gotowanie, wiec postanowilismy zamowic pizze. Skorzystalam z okazji i poza serowa (jedyny rodzaj tykany przez Potworki) zazyczylam sobie z okazji mojego swieta moja ulubiona - hawajska, czyli z szynka i ananasem. :)
I takie to bylo moje swietowanie. ;_) Kiedy czasem marudze M., ze moglby sie bardziej postarac poki Potworki sa male i same nic nie zaplanuja, on parska, ze przeciez nie jestem jego matka. No fakt. Nie jestem. Mimo wszystko moglby sprawic mi mala przyjemnosc i wykazac sie inicjatywa. Rozwazam zemste w postaci "zapomnienia" o przypomnieniu mu o Dniu Matki w Polsce. Bo o swiecie swojej matki tez nie pamieta. ;P

Z drobniejszych wydarzen minionego tygodnia, to pojawily sie kleszcze. W porazajacych ilosciach. Najgorsze, ze nie znajduje ich na psie, nie znajduje w ogrodzie, tylko napotykam je lazace sobie po domu. :O We wtorek np. podnioslam z podlogi w kuchni zabawke, a Nik skomentowal, ze jest na niej pajaczek. Patrze, a to zaden "pajaczek", tylko raczej "pajeczak", a konkretnie paskudny, plaski, obrzydliwy kleszcz. Ugh... Najohydniejsze stworzenia swiata. Juz wole komary, serio. :/
To byl wtorek, za to w czwartek naprawde napadla na nas jakas plaga. Spedzilismy popoludnie w ogrodzie, to fakt. W koncu bowiem przyszla sloneczna, ciepla wiosna i zal bylo nie skorzystac, szczegolnie, ze kolejnego dnia mialo znow padac. Ech... :/
W kazdym razie wieczorem wzielam Bi do kapieli. Po zabiegach pielegnacyjnych czesze jej wlosy, a katem oka widze ciemny punkt maszerujacy po podlodze. Przygladam sie blizej i... kleszcz!!! Prawdopodobnie byl na jej ubraniu i cale szczescie, ze prosto z podworka poszla do kapieli...
Tego samego wieczora, po wzieciu prysznica smaruje sie balsamem. Stawiam noge na klapie od kibla, patrze... i co maszeruje mi razno po lydce?! No kleszcz we wlasnej osobie! Cale szczescie, ze byl duzy i latwo zauwazalny, ale na swiezo ogolonej nodze nawet go nie czulam! Najgorsze, ze ja nie rozbieralam sie w lazience, wiec na mnie nie "przyjechal"! Prawdopodobnie przyniosl go M., ktory kapal sie wczesniej i przyznal, ze zdjal ubrania w lazience. No ale rozlazi nam sie to ohydztwo po calej chalupie i niewiadomo jak sie przed tym chronic, brrr... :/

Skoro juz o zyjatkach pisze, to dodam tez, ze od kilku dni mamy w domu mala awanturke... A wlasciwie to dzieci naprzemian placza, tupia nogami oraz prosza z oczami kota ze Shreka. ;)
Nie wiem czy pamietacie, ale ostatnio pisalam, ze klasa Kokusia ma "maskotki" w postaci rakow pustelnikow. Zastanawiam sie jaki byl sens zakladania tej hodowli, skoro raczki maja dopiero od kwietnia. Teraz zbliza sie czerwiec, koniec roku i nauczycielka szuka dla nich domu. Nie na wakacje (co byloby jeszcze zrozumiale), ale permanentnie! Coz, jak dla mnie, skoro sama je umiescila w klasie, teraz moze je sobie sama hodowac w domu. ;) Niestety, Nik oczywiscie strasznie chcialby miec raczka i zarazil swoim entuzjazmem siostre. Teraz obydwoje chodza i blagaja zebysmy sie z M. zgodzili.
Coz... Mimo, ze odpowiedz stanowczo brzmi "nie", to przyznaje, ze moglo byc gorzej. W zeszlym roku, klasa Bi miala... krocionogi. Ohyda. Co prawda dla nich nikt na koniec domu nie szukal. :D

Tymczasem w ogrodzie, Potworki lapia inne zyjatka. Glownie dzdzownice, ale czesto znajdzie sie i taka "perelka":

Salamandra :)

Juz ostatnim "wydarzeniem" jest to, ze Nik wrocil do lekcji plywania. Chce zeby przypomnial sobie jak poruszac sie w wodzie zanim zacznie polkolonie, na ktorych codziennie bedzie mial lekcje plywania. Poki co jest pelen entuzjazmu, ale widze, ze niestety sporo przez te przerwe zapomnial. Przed nia zaczynal juz lapac pomalu kraul, teraz powrocil do stylu "pieskiem". :D Na szczescie jego instruktor ma jeszcze 4 tygodnie zeby go "wyprowadzic". ;)

Wiem, zdjecie fatalne, wiec musicie uwierzyc mi na slowo, ze to zamazane to Nik wskakujacy do wody ;)


Hej! Chociaz raz obylo sie bez tasiemca! No to przy okazji, skoro dzis tak "krotko", wrzucam kilka teksciorow:

Nik wypelnia szkic obrazka farbkami w tubkach. Czarna farba okazala sie dosc rzadka i wystrzelila z tubki, robiac kleksa.
Nik (z podziwem): "Whoa! Black shooted out like a missile and filled it up for me!"

Gramatyka nadal lezy i kwiczy, ale i tak podziwiam skad on zna slowa takie jak "missile". ;)


***

"O Matko Boska!" wykrzykuje (nawet nie pamietam w jakiej sytuacji)
Kilka dni pozniej cos spada z impetem na ziemie, a zaskoczona Bi wola: "O matko wojska!!!"

Takze ten... Mamy w domu Jesus Pricematke wojska. :D


***

Potworki cierpia na brak samokontroli. Wiedza, ze w tygodniu tablety wolno im ogladac tylko godzinke wieczorem. Jesli jednak ktorys nieopatrznie zostanie na kanapie, nie ma mocnych, biora i ogladaja, a na reprymende odpowiadaja z niewinnym "Zapomnialam/em...". Wieczorem tablety sa wiec chowane na lodowke. Co ciekawe, Potworki moglyby z powodzeniem podstawic krzeslo i po nie siegnac, ale na zasadzie "co z oczu, to z serca", kiedy tabletow nie ma na widoku, to tak, jakby ich nie bylo. ;)
Czasem jednak schowam wieczorem jeden, ale drugi akurat sie laduje, zostawiam wiec az do pojscia spac i... zapominam.
Rano jest oczywiscie mala awanturka, bo Potwor pierwszy znajduje swoj tablet na kanapie i radosnie oddaje sie ogladaniu, zas Potwor drugi strzela focha. ;) Tlumacze wiec, ze po prostu zapomnialam schowac, a to wcale nie oznacza, ze mozna ogladac bajki. Tym razem padlo na Bi, ktora rzuca obrazona:

"A o moim czemu przypamietalas?"

przypamietalas - pamietalas ;)


***

Mimo moich protestow, zamiast ogladania tabletow, M. pozwala czasem dzieciom wieczorem pograc w gierki na swoim telefonie. Ja zadnych gier nie mam i nie zamierzam miec, ale M. chyba chce kandydowac na ojca roku. Dla mnie uzaleznienie od ekranu i gier zawsze gdzies tam sie czai i uwazam, ze im pozniej je w pelni odkryja, tym lepiej, ale na hmm... niekumatosc meza (:D) nic nie poradze... ;) W kazdym razie Potworki graja w wyscigi samochodowe, co oczywiscie uwielbiaja, szczegolnie Nik.
Pewnego razu przybiega do mnie podniecony i pokazuje mi gre, z ekscytacja instruujac i to niespodziewanie po polsku!

Nik: "I tam jest droga i taka... gapa i trzeba dodac duzo gazu zeby przejechac przez te gape!"

gapa = od angielskiego gap, czyli przerwa, dziura :D


To na dzisiaj juz koncze. Milego weekendosa! :*

czwartek, 9 maja 2019

Tasiemiec sam sie jakos napisal :)

Posty z poczatku maja jak zwykle zostaly zdominowane przez urodziny Bi (co zrozumiale), ale i przed nimi i zaraz "po" sporo sie dzialo.

Czesc z Was usmieje sie z akapitu, ktory zamierzam splodzic, czesc pewnie przewroci oczami. Jednym z waznych, potworkowych wydarzen z konca kwietnia, byla wizyta w... galerii! Mozecie sie smiac, tudziez wzruszac ramionami, ale ja naprawde nie pamietam kiedy ostatnio Potworki tam zawitaly! Ja sama galerii nie znosze niczym morowej zarazy i unikam za wszelka cene. W ogole, jesli o zakupy chodzi, co tylko moge zamawiam przez internet. Wole kilka razy odsylac i wymieniac niz lazic po sklepach. A dzieciaki zabieram na spacer do lasu lub na szlak rowerowy, a nie do galerii handlowej. ;) Pamietam, ze bylismy tam z malenka, kilkumiesieczna Bi kupic komputer. I mam wrazenie, ze na tej jednej wizycie sie skonczylo. Nawet ja sama w galerii bylam w ciagu ostatnich kilku lat tylko pare razy, kiedy juz naprawde musialam... ;) No i wlasnie w ostatni weekend kwietnia ponownie zostalam do tego zmuszona. Cholerny H&M bowiem za odeslanie produktu potraca sobie $6. Niby niewiele, ale ze (jak wspomnialam wczesniej) ogolnie duzo rzeczy zamawiam, a wiec czesto zdarza mi sie cos odeslac. Jakby tak zebrac te wszystkie kilka dolcow za przesylke, uzbieralaby sie niezla sumka. Za oddanie produktu bezposrednio w sklepie, nie placi sie juz nic, wiec czasem warto sie pofatygowac. ;)
Mialam wiec do oddania kiecke, ktora zamowilam z mysla o zaproszeniach na dwie Komunie w maju oraz buty Nika, ktore okazaly sie bublem (w pierwszej zamowionej parze nie swiecil jeden but, w drugiej, tym samym modelu - nie swiecily oba! :O). Sklep z ktorego je zamowilam, ma taka sama glupia polityke jak H&M. A ze znajdowal sie niemal naprzeciwko galerii, to korzystajac z tego, ze Potworki nie szly do Polskiej Szkoly (Bi miala pilna wizyte u dentysty) postanowilam zalatwic oba zwroty za jednym zamachem.
Sklep obuwniczy jak to sklep obuwniczy. Zero sensacji. Za to galeria... No to juz bylo wielkie WOW. :D Potwory malo oczoplasu nie dostaly. Gdzie ja chcialam jak najszybciej uciekac z tego przybytku, oni mogli tam pewnie zostac caly dzien. Bi oczywiscie wyczaila Build-a-Bear Workshop, ale stanowczo oznajmilam, ze nawet tam nie wchodze. ;) Choc najgorsza pokusa dla Potworkow okazaly sie... ruchome schody. Na jednym koncu galerii musieli wjechac i zjechac dwa razy, na drugim - trzy razy. W miedzyczasie musieli tez wjechac do gory winda, jakby inaczej. :D

Przejete Potworki niczym na kolejce gorskiej :D

Normalnie, biedne, dzikie dzieci, w lesie chowane. ;)
W kazdym razie galerie mamy zaliczona. Nie planuje tam wracac z dziecmi przez kolejne 8 lat. :D

Jak wspomnialam wczesniej, wizyta Potworkow w galerii trafila im sie jak slepej kurze ziarno tylko dlatego, ze Bi musiala isc tego dnia do dentysty. To byla sobota i normalnie byliby tego dnia w Polskiej Szkole. Do "zebologa" zmuszona zas bylam zabrac Starsza, bowiem ulamal jej sie kawalek trzonowca. :O Na szczescie zab mleczny, na nieszczescie jednak, trzonowce wypadaja dopiero w wieku 11-12 lat, troche wiec ten zab musi jeszcze Bi posluzyc. Nie bylo wiec wyjscia, trzeba go bylo zreperowac.
Niestety, zab ten mial juz spora plombe, a teraz dodatkowo pojawily sie w nim kolejne ubytki, z dwoch stron. :O Dlatego z jednej strony kawalek sie ulamal. Na szczescie Bi nie boli.
Wizyta u dentysty okazala sie zas kompletna klapa, choc po poprzednich doswiadczeniach powinnam byla sie domyslic, ze tak sie to skonczy. Ucieszylam sie bowiem, ze wizyte mamy wyjatkowo w sobote, ze nie musze zwalniac sie z pracy, itd. Tiaaa... Moja radosc okazala sie mocno przedwczesna. Zeba Bi obejrzala najpierw higienistka. Potem obejrzal go lekarz. Na koniec zas zrobili przeswietlenie, po czym oznajmili... zeby sie umowic juz konkretnie na naprawe! Wszystko zajelo 40 minut, a wyszlysmy z niczym! Zmarnowali moj czas, Potworki ominela Polska Szkola (nie zeby sobie bardzo krzywdowali), Nik kota dostawal z nudow i wszystko na nic! :/

Na pocieszenie oraz zeby ukoic nieco buzujace nerwy, postanowilam upiec w koncu ciasteczka, na ktore mieszanke kupilam sporo przed Wielkanoca. Zazwyczaj nie kupuje takich gotowych mieszanek, ale tym razem urzekla mnie uroda sloika, bowiem skladniki byly w nim ulozone warstwowo. Poza tym wystarczylo dodac jajko oraz maslo i juz Potworki mogly lepic kuleczki. Potem zas siedzieli z nosami przyklejonymi do szyby piekarnika i podziwiali jak kulki zmieniaja sie w ciasteczka. ;)

Taaa... Kiedy podjelam probe zrobienia im zdjecia z nosami przy szybie, jak na komende odwrocili sie i zaczeli pajacowac pozowac ;)

Pierwszy maja, kiedy Polska rozpoczynala wesolo majowke, u nas byl zwyklym, pracujacym dniem. W szkole Potworkow odbyly sie jednak tego dnia doroczne obchody May Day, starej, (chyba) brytyjskiej tradycji powitania wiosny. Jak w zeszlym roku bylo tego dnia potwornie goraco, tak tym razem trafil sie najzimniejszy dzien w tamtym tygodniu. A i tak mielismy farta, bo okazal sie jedynym bezdeszczowym. Jeszcze rano kropilo, ale potem litosciwie przestalo. I dobrze bo ja juz wzielam pol dnia wolnego zeby obejrzec popisy dzieciakow i gdyby impreze odwolali, bylabym bardzo zla. ;)
Wiosne w ogole mamy w tym roku beznadziejna. Same deszczowe dni przeplatane pojedynczymi slonecznymi. I jest potwornie zimno! Malo kiedy temperatura podnosi sie wyzej niz 13-14 kresek! :O Na obchodach May Day bylo jakies... 12. Na poczatku jeszcze az tak sie tego nie oczuwalo, ale w polowie wystepow zerwal sie lodowaty wiatr i nawet w kurtce bylo mi potwornie zimno. Z przerazeniem obserwowalam niektore dzieci, ubrane w krotkie rekawki i spodenki. Mlodziez miala byc ubrana w odpowiednie kolory (np. Klasy I na czerwono/ rozowo, Klasy II na niebiesko) ale sporo rozsadniejszych jednostek nalozylo na wierzch kurtki i w nosie mialo pasujaca kolorystyke. ;) Potworkom pod t-shirty w klasowym kolorze zalozylam bluzeczki na dlugi rekaw, ale po wystepie, Nik (ten Nik, ktory wiecznie chodzi spocony i mu za cieplo! :O) zalozyl kurteczke. Bi za to uparla sie siedziec w dwoch cieniutkich warstwach, mimo, ze miejsce mialam zaraz za jej klasa i kilka razy prosilam zeby ubrala kurtke. Na efekty nie trzeba bylo dlugo czekac, ale o tym pozniej. :/

Same wystepy oczywiscie wywolaly lzy wzruszenia. Troche bylo tez smiechu, bo I Klasy mialy taniec polegajacy glownie na odtanczeniu malego ukladu w parach, kazda po kolei. W kazdej klasie tych par bylo okolo 10, wiec sporo czasu dzieciaki spedzaly klaszczac, tupiac do rytmu oraz od czasu do czasu przegalopowujac naokolo swojej grupy, ale w zasadzie czekajac na swoja kolej. Dziewczynki staly w miare grzecznie, za to chlopcy odstawiali jakies wlasne tance, robili miny, gadali, przepychali sie, itd. Oczywiscie co chwila ktorys tez sie zagapil i inni musieli go szturchnac, zeby ruszyl w tan. ;)

Tancza I Klasy. Nik pierwszy od lewej w czerwonym :)

Byla tez chwila "grozy", kiedy dziewczynka w klasie Bi potknela sie o wlasne sznurowadla i wywinela orla. Az wstrzymalam oddech. Zaloze sie, ze gdyby przytrafilo sie to Bi, byloby po "ptokach" i z rykiem porzucilaby dalszy taniec. Jej kolezanka jednak dzielnie nalozyla buta z powrotem i dokonczyla uklad. Bylam pod wrazeniem! ;)

Tancza II Klasy (widac tylko klase Bi). Starsza mniej wiecej na srodku, w rozowych spodniach

Poza tym, juz tradycyjnie IV Klasy zatanczyly uklad z mieczami drewnianymi kijkami oraz owinely wstazki wokol majowego slupa.

Zawsze jestem pod wrazeniem jak im sie udaje z tych "mieczy" ulozyc gwiazde

Nie moge uwierzyc, ze juz za dwa lata to Bi bedzie owijac slup i zegnac te szkole na zawsze. W tym roku byla to corka mojej sasiadki, ktora choc przeciez dosc mala - 10letnia, wydaje mi sie taka dojrzala i powazna. Czas tak szybko leci!


Po wystepach Potworki strasznie chcialy wracac do domu ze mna. Szczerze, okropnie chcialo mi sie sikac, bylam tez przemarznieta do szpiku kosci i na mysl o wystawaniu przez pol godziny pod szkola czekajac na nich (wszystkie dzieci musialy wrocic do klas na sprawdzenie czy nikt sie nie zapodzial) az przeszly mnie ciarki. Niczym wyrodna matka kazalam im wiec wracac normalnie, autobusem. ;)

Maj jest ostatnim pelnym miesiacem roku szkolnego i szkola Potworkow jakby zaczela nadrabiac stracone miesiace. Nagle mamy May Day (to akurat doroczna impreza), Art Show, Ride Your Bike to School Day oraz aukcje dla doroslych, ktorej celem jest zbiorka dodatkowych funduszy na szkole. I to wszystko w ciagu dwoch tygodni! :O Dodatkowo, ten tydzien to Teacher Appreciation Week i z tej okazji rodzice z dwojki klasowej (tutaj to "dwojka", a nie "trojka" :D) zbierali kase oraz/lub materialy, bowiem nauczyciele mieli codziennie serwowany uroczysty lunch i codziennie dostawali upominki od podopiecznych. Nie wiem, jeden dzien by nie starczyl? :/ Szczegolnie, ze zaraz koniec roku i znow dostana prezenty, tym razem na pozegnanie...
Nie dosc, ze nagle w maju posypaly sie szkolne "imprezy", to jeszcze, po calym roku ciszy pod tym wzgledem, akurat w maju wystartowaly dwa ciekawe kluby. Caly rok dodatkowe zajecia pozalekcyjne byly albo interesujace tylko dla wybranych, np. klub matematyczny, brrr... albo przeznaczone dla najstarszych klas - III i IV. A w maju, jak na zlosc otworzyli dwa kolka w sam raz dla Potworkow - ogrodnicze oraz plastyczne. Pogadalam z dziecmi i oboje chcieli chodzic na... oba. W ten sposob, przez caly maj (tutaj takie dodatkowe zajecia trwaja zazwyczaj tylko od 4 do 6 tygodni) we wtorki oraz czwartki beda zostawac po szkole na swietlicy, po czym panie odstawia ich na odpowiednie kolko, a ja ich odbiore po pracy.

A poza szkolnymi atrakcjami, w maju byly urodziny Bi oraz mamy zaproszenie na dwie Komunie. Takze tego, ten miesiac mamy taki troszenku zalatany... :D

Za to pomalu konczy sie polska szkola... Potworkom "upieklo sie" w ostatni weekend kwietnia ze wzgledu na nieszczesnego dentyste Bi. Na poprzednich zajeciach byli, choc z ostrym marudzeniem Starszej. Na kolejne znow nie pojda bo jestesmy zaproszeni na Komunie znajomych. Potem zostana juz tylko jedne zajecia, ktore uplyna pod znakiem wystepow z okazji Dnia Matki i Ojca. Kolejny weekend to tutejsza majowka, wiec zajec nie bedzie. Nastepny zas to wycieczki klasowe z Polskiej Szkoly, na ktore jednak nie zdecydowalam sie Potworkow zapisac. A kolejny to juz zakonczenie roku szkolnego. Tak naprawde wiec, zostaly Potworkom tylko jedne zajecia. Oboje zarzekaja sie tez, ze w przyszlym roku nie chca chodzic, a nie wiedza, ze ja juz wzielam formy rejestracyjne na kolejny rok szkolny... :D

Za tym nie bede tesknic - odrabianie lekcji do Polskiej Szkoly to jedno wielkie narzekanie i placz ;)

Z tymi wystepami na Dzien Matki i Ojca, wyszla smieszna sytuacja. Otoz, juz od kwietnia, nauczycielki przypominaly o odpowiednich strojach na ten dzien. W przypadku klasy Bi, dla dziewczynek mialy byc czarne legginsy oraz czarne bluzeczki (szkola da im spodniczki), a dwie dziewczynki, ktore sie zglosily mialy ubrac stroj ksiezniczki. Zamowilam wiec Bi czarny stroj, bo przeciez ostatnio utrzymuje, ze ksiezniczek nie znosi, wiec nie mogla zglosic sie, zeby byc jedna z nich, tak? TAK? Jakos w zeszlym tygodniu cos mnie jednak tknelo i spytalam Starszej czy to przypadkiem nie ona zglosila sie na ksiezniczke? A moja corka, ze nie wie, ale kiedy cwicza uklad taneczny, to ona ma role ksiezniczki... :O W zeszla sobote upewnilam sie wiec u nauczycielki i zgadnijcie, kto sie faktycznie zglosil na te cholerna ksiezniczke?! No oczywiscie Bi!!! :D Pani wytlumaczyla, ze pytala kto ma stroj ksiezniczki i Bi zglosila sie, ze ma...
No ma. Stary, poplamiony i rozdarty stroj Elsy. :D Co bylo robic, wlazlam szybko na Amazon i Bi wybrala sobie kiecke. Chyba najbardziej rozowa i blyszczaca jaka mogla byc, ale trudno. I wybrala ja ta Bi, ktora ostatnio nie znosi ksiezniczek oraz koloru rozowego, hm... :D

To na czole Bi to resztka z malowania twarzy dnia poprzedniego :D

W miniona sobote, jak pisalam ostatnio, przyjechal moj tata oraz chrzestny Bi na przyjecie urodzinowe Starszej w gronie naszej mini-rodziny. Dla takiej garstki i skoro z powodu pracy obu panow (i Polskiej Szkoly Potworkow) zaprosilismy ich dopiero na 16:30, stwierdzilismy, ze nie ma co szykowac wystawnego obiadu. Wystarczy tort i kawa. Tort upieklam sama i jestem z siebie po prostu niemozliwie dumna! ;) Niestety, mimo, ze obiecalam go Bi, nie dalam rady przygotowac tortu sernikowego, ktory zrobilam na urodziny Kokusia. Po Swietach bowiem, w calym pierdzielonym Polakowie, nie ma masy sernikowej. No nie ma. W jeden weekend M. objechal wszysciutkie sklepy i wrocil z niczym. W zeszly piatek pojechalam ja, z nadzieja, ze moze mieli dostawy i masa przybyla z Polski. Tiaaaa... :/
Musialam zmienic wiec plan i upieklam torcik, ktory wyprobowalam juz na poprzednie urodziny Bi - oreo, ktory poprzednio wyszedl mi za suchy. ;) Musze sie pochwalic, ze biszkopt tak mi urosl, ze udalo sie przekroic go na 3 czesci zamiast dwoch. No i tym razem pamietalam, zeby go nasaczyc. Musze jednak zapamietac, zeby kolejny raz przygotowac go przynajmniej 1-2 dni wczesniej. Przelozylam go bowiem masa w dzien przyjecia i dla mnie za bardzo czuc bylo w niej smietanke. Musze pokombinowac z proporcjami. Mniej smietanki, wiecej soku z cytryny i powinno byc gucio. Chociaz juz dwa dni pozniej masa smakowala mocno cytrynowo, a smietanki w ogole nie wyczuwalam.
Tort moze nie wygladal porywajaco, ale (nawet pomimo tej smietanki) smakowal super. Goscie brali dokladke, co chyba jest najwiekszym komplementem. ;)


Od chrzestnego Potworki dostaly nowe sniadaniowki, ktore beda jak znalazl na letnie polkolonie oraz latarki, ktore mozna zalozyc na glowe lub kask od roweru. Juz widze ten szal na kempingach. :D
Oczywiscie maly foch ze strony Kokusia tez musial byc. O ile bowiem wujek potraktowal obydwoje jednakowo i kupil podwojny prezent, o tyle dziadek upiminek kupil tylko Bi (m.in. kolejna lala L.O.L!), a Nikowi dal same slodycze. Bardzo sie to wnukowi nie spodobalo. ;) Ogolnie jednak calkiem milo spedzilismy czas i nastroje byly nieco mniej grobowe niz podczas Wielkanocy. ;)

Poprzedni weekend w ogole byl szalony. W sobote rano Polska Szkola, a po poludniu przyjecie urodzinowe Bi, zas w niedziele... Komunia blizniakow mojej dobrej znajomej. Sprawy dodatkowo sie pokomplikowaly, kiedy po odstawieniu Potworkow do Polskiej Szkoly oraz zrobieniu zakupow, zdazylam wrocic do domu, rozpakowac siaty i zaczac ogarniac chalupe przed popoludniowymi goscmi, a znienacka zadzwonil telefon. Normalnie nie odbieram nieznanych polaczen, tym razem jednak jakos mialam przeczucie, ze powinnam. I dobrze, bo dzwonila nauczycielka Bi, ze Starsza placze od pol godziny, ze zle sie czuje i boli ja brzuch. :O No masz babo placek! Musialam rzucic to, co robilam i jechac ja odebrac. Po powrocie okazalo sie, ze ma stan podgoraczkowy, boli ja gardlo oraz brzuszek... Najbardziej zwariowany weekend od jakiegos czasu, to akurat teraz "wybrala" sobie chorowanie! :/ Chociaz, po tym jak przesiedziala w dwoch bluzeczkach w lodowatym wietrze na May Day, wcale sie nie dziwie... Podejrzewam, ze sie zwyczajnie przeziebila, chociaz nie wiem skad ten bol brzucha. Podejrzewam, ze po prostu nie miala apetytu, bo do dzis je slabo choc goraczka juz dawno zniknela i wrocila energia. W kazdym razie jeszcze w poniedzialek zostala w domu, bo z samego rana termometr pokazal 38.0. Zabralam ja do lekarza myslac o tym bolu gardla i podejrzewajac angine, ale okazalo sie, ze to tylko jakis wirus. Faktycznie, kolejnego dnia goraczka zniknela i juz nie wrocila.
W weekend mielismy za to dylemat co zrobic z planami. Postanowilismy w koncu sprawdzac temperature Bi, dawac cos na zbicie goraczki i podejmowac decyzje na biezaco. Po zbiciu stanu podgoraczkowego, Bi jednak bawila sie jak gdyby nigdy nic. W sobote wiec imprezka sie odbyla. Gorzej z Komunia w niedziele, ale stwierdzilismy, ze jesli Bi bedzie sie bardzo zle czula to najwyzej pojade sama z Kokusiem, z racji, ze rodzice komunijnych dzieci to bardziej moi znajomi niz M.

Na szczescie okazalo sie, ze w niedziele Bi nadal miala tylko stan podgoraczkowy i mimo, ze utrzymywala iz pobolewa ja brzuszek, to cos tam jadla. Trzeba jej bylo podsuwac pod nos przysmaki, ale jadla. Uznalismy wiec, ze jedziemy. I dobrze zrobilismy, bo impreza byla naprawde swietnie zorganizowana. Bylo cos fajnego i dla dzieci i doroslych, a nie zwykle siedzenie przy stolach.

Takie eleganckie Potwory! :D

Bylo mnostwo pysznego jedzenia. Gospodarze to Polacy, wiec bylo stoisko z domowymi wedlinami, chlebem i swoiskim maslem, a pozniej bufet, gdzie jedzenia bylo do wyboru do koloru, od pierogow az po shrimp scampi. ;) Na deser kilkanascie rodzajow ciast i ciasteczek oraz tort. Pozniej mial byc jeszcze barszcz z krokietami, bo okazalo sie, ze przyjecie trwalo do 21 (a wszystko zaczelo sie ceremonia w kosciele o 13:30...)! :O My zmylismy sie o 18:30, bo dzieciaki juz wymiekaly. ;) Byl D.J. (zreszta starszy syn gospodarzy), byl parkiet do tanczenia. Jedynie muzyka nie powalala, bo puszczal wylacznie polskie biesiadne piosenki oraz... disco polo. :O Coz, polska impreza, tak one tutaj zazwyczaj wygladaja... :D
Dla dzieciakow byla stacja z Polaroidem, gdzie mogly sobie porobic zdjecia oraz cala masa balonow, ktore oczywiscie byly hitem.


Pozniej zas pojawil sie... klaun, ktory zafundowal mlodziezy kilkugodzinne atrakcje: zabawy taneczne, malowanie twarzy, magiczne sztuczki oraz zwierzatka z balonow.

Bi zostala motylem, ktorego nie dala sobie przed snem zmyc, wobec czego kolejnego dnia chodzila z brudna buzia ;)

Naprawde bylam pod wrazeniem jak to wszystko bylo zorganizowane. Dzieciaki wybawily sie swietnie i jeszcze na koniec dostaly goody bags w podziekowaniu. :O Potworki naprawde wspaniale spedzily czas i jedyne co, to pod koniec po prostu byly wymordowane. A jak na zlosc byla to niedziela, wiec kolejnego dnia nie bylo opcji odespania i odpoczniecia. Dlatego, kiedy w poniedzialek rano okazalo sie, ze Bi ma goraczke, z ulga przyjelam pretekst zeby zostac z nia w domu. :D Tym bardziej, ze weekend byl tak zabiegany, ze w chalupie udalo mi sie zrobic tylko 1 pranie i byla zupelnie nieogarnieta... Mialam wiec czas, zeby nadrobic, choc "chora" panna skutecznie mi to utrudniala. Poza poranna lekka goraczka bowiem temperatura jej spadla, czula sie calkiem niezle i caly dzien jeczala, ze jej sie nudzi i chce isc na dwor. Taka to choroba... ;)

W goody bags dzieci dostaly zabawe w poszukiwaniu skarbow zatopionych w glinie. Dzien wolny Bi wykorzystala do odlupania swojej zdobyczy

Zeby zakonczyc juz tego tasiemca dodam tylko, ze w srode Potworki mialy w szkole Art Show (juz wyzej o tym napomknelam). Zeszloroczna pani od "sztuki" odeszla, maja nowa i da sie to niestety odczuc. Rok temu wiecej bylo wystawionych dzieciecych "arcydziel", a dodatkowo rozstawione byly stacje z olowkami i post-its. Mozna bylo przyczepic do obrazkow swoich (i nieswoich tez :D) dzieci karteczki, chwalac za efekt i wysilek.
W tym roku pani braklo najwyrazniej polotu. Wystawione bylo tylko po jednym dziele kazdego dziecka i nie dalo sie zamiescic zadnej pochwaly. :(

Dzielo Kokusia to ta sowa nad przejsciem :)

Dzieciaki mogly dla zabawy wziac udzial w scavenger's hunt, czyli poszukiwaniach roznych roznosci (wszystkie elementy znajdowaly sie na obrazkach uczniow). Niestety, my wpadlismy na Art Show tylko w biegu, bo zaczynal sie o 17, a na 17:45 Bi miala trening, na poszukiwania nie bylo wiec czasu. :/

Czyje TO dzielo, wiadomo... ;)

Jedyny z tego pozytek, ze tata w koncu mial okazje zobaczyc szkole dzieci od srodka. Chodza w koncu juz do niej ponad rok, a on jeszcze ani razu tam nie byl! :O
A pod klasa Kokusia strzelilam fote portretowi klasowych maskotek narysowanemu przez syna:

Calkiem udany :)

W tym roku maja... raki pustelniki! :D
W klasie Bi hoduja zas gasiennice, ktore planuja wypuscic na wolnosc kiedy przemienia sie w motyle. Teraz wiekszosc jest jednak w formie poczwarki, wiec sa malo interesujace i zdjecia nie robilam.

To tyle ostatnio. Duzo. Mam nadzieje, ze wybaczycie mi kolejnego, ekstremalnego tasiemca. :D

piątek, 3 maja 2019

Kiedy ma sie osiem lat... :)

Wiem, ze powtarzam sie w co ktoryms poscie, ale no, nie moge uwierzyc, ze moja corka ma juz 8 lat!!! MOJA! Bo ze inne dzieci w rodzinie oraz te znajome plus z blogowiska, sie "starzeja" to normalka. Lata mijaja (dlaczego tak szybko?!), a dzieciaki rosna. Taka kolej rzeczy, tak?

No nie! Moje dzieci zupelnie nie podlegaja tym regulom! Dopiero przeciez karmilam piersia malutkie, cieplutkie cialka. Dopiero co pociesznie dreptali i slodko seplenili. Dopiero co do przedszkola poslalam najpierw jedno, potem drugie. A tu po wakacjach Bi ma juz isc do III klasy, a Nik do II? TRZECIEJ i DRUGEJ!!!
O nie, nie. Ja sie tak nie bawie moi panstwo. Za mloda jestem na takie "stare" dzieciaki. ;)

Coz... dociera to do mnie, czy nie, Bi skonczyla 8 lat...
Jaka jest osmioletnia (nie)Mala Dama?

To, ze uparta i charakterna to wiadomo, bo ten watek powtarza sie w niemal kazdym poscie. ;)

Urodzinowa fota przed wyjsciem do szkoly :)

Pomalu, krok po kroku zaczyna sie sama "oporzadzac". O tym, ze scieli swoje lozko i sklada pizamke pisalam juz przy podsumowaniu polrocza, w listopadzie. Oczywiscie to nadal nie jest regula i zdarza jej sie tego nie zrobic, nie z braku czasu, lecz zwyczajnego lenistwa. ;) Poza tym, podczas niedawnych ferii wiosennych, zaczela robic sobie sama sniadanie. Nik mial wowczas szkarlatyne i rano spal duzo dluzej niz zwykle, ja zas odsypialam nocne wstawanie do niego. Bi budzila sie okolo 6:30, jak zwykle, wiec szybko robila sie glodna. Na szczescie jest juz na tyle duza, ze zamiast przyjsc i mnie obudzic, stwierdzila, ze zrobi sobie proste sniadanie sama. Chociaz to "proste", u nas w domu wcale takie proste nie jest. Bi postanowila zrobic sobie bowiem chrupki z mlekiem. Tylko, ze chrupki sa na najwyzszej polce , mleko wysoko w drzwiach lodowki w niemal 4-litrowej, ciezkiej butelce, a dodatkowo mikrofala zawieszona nad kuchenka. Takie proste sniadanie wymaga wiec balansowania raz za razem na krzesle i przesuwania go z jednej czesci kuchni, do drugiej. Jakos jednak Bi wyciagnela z lodowki mleko, nalala troche do miseczki (i to bez rozlewania naokolo!), podgrzala je w mikrofali, po czym sciagnela z polki chrupki (tu krzeslo nie wystarczy, musiala stanac na blat). A jaka byla z siebie dumna, kiedy opowiadala mi, ze sama, samiusienka przygotowala sobie sniadanie! Ja oczywiscie bylam rownie dumna z corki. ;) I nie zmieni tego faktu to, ze odkad szkola zaczela sie od nowa, Bi porzucila ten zwyczaj. :D
Od jakiegos czasu myje tez sobie rano zeby. To znaczy, wczesniej tez myla, ale laczylo sie to z awantura. Po prostu musialam sila ja wysylac do lazienki, a Bi szla tupiac nogami i ryczac, ze "to najgorszy dzien w jej zyciu!". :D Zeby sobie i jej oszczedzic porannych wrzaskow, czesto odpuszczalam. Zdarzaly sie tez dni, kiedy nie moglismy sie rano wyrobic i rowniez zeby zostawaly nieumyte. Bi jednak dorasta, a wraz z nia rowniez jej kolezanki. Ostatnio wspomniala cos, ze jej najlepsza kolezanka smiala sie, ze brzydko jej pachnie z buzi. I to byl przelomowy punkt. Od tego czasu Bi sama pamieta o umyciu zebow, a jesli przypomne jej ja, idzie bez szemrania. ;)
Skoro juz o "dorastaniu" mowa, to zauwazylam ze musze jej czesciej myc wlosy. Jeszcze klika miesiecy temu, wlasciwie wystarczylo je umyc raz w tygodniu, a wygladaly swiezo i ladnie. Teraz niestety juz po 2-3 dniach nabieraja brzydkiego zapachu i zaczynaja sie przetluszczac... Jeszcze troche a moja mala dziewczynka zacznie sie pocic pod pachami! :O

Skoro pisze o zmianach fizycznych, to dodam, ze bilans stalych zebow to 8. Poki co nic nowego sie nie kiwa. ;) Za to jedna z gornych jedynek jest wyraznie przekrzywiona i wystaje do przodu, wiec za jakis czas zapewne czeka Bi aparat ortodontyczny. :/
Niestety, bilans przypadl nam w tym roku na... lipiec, wiec jeszcze dlugo nie bede znala aktualnych wymiarow Bi. Jest jednak jedna z najwyzszych dziewczynek w klasie. Jej najlepsza kolezanka i ona sa identycznego wzrostu i bylyby najwyzsze w klasie, gdyby nie trafily do niej dwie inne "kolubryny". Troche brzydkie okreslenie, ale bardzo akuratne. Jedna z tych dziewczynek jest tylko troche wyzsza, ale za to sporo "szersza", wiec robi wrazenie duzo wiekszej, a druga, choc nadwagi nie ma, jest po prostu ogromna! Wyglada spokojnie na 10-11 lat i goruje nad wszystkimi II-klasistami, choc z tego co udalo mi sie dowiedziec, nie "kiblowala" i ma, jak wiekszosc, 8 lat. Jest po prostu... wielka. :D

Wracajac do Bi, jest ona prawdziwa Dama. Uwielbia sukienki. Nie tylko u siebie, chociaz az piszczy ze szczescia jesli przygotuje jej do ubrania kiecke. Gdyby to od niej zalezalo chyba nosilaby same sukienusie. Na szczescie nadal bez szemrania ubiera to, co jej przygotuje poprzedniego wieczora. Podobnie jak u siebie, zachwyca sie sukienkami kazdej napotkanej kobiety, a kiedy ja sama zaloze kiecuche (raz na ruski sok), kaze mi sie okrecac naokolo, podziwiajac kreacje. Poza sukienkami, ma wyrazna slabosc do blyskotek. Naszyjniki, bransoletki, pierscionki, kocha wszystkie, byle odpowiednio blyszczaly. Zakladam, ze nie bedzie jak jej matka, ktora zapomniala o kolczykach na tak dlugo, ze dziurki jej zarosly... :D
Dopomina sie ostatnio malowania paznokci. Kiedys, raz uleglam i teraz mi zyc nie daje. ;) Tym razem jednak twardo odmawiam i obiecuje, ze w wakacje pomalujemy sobie obie pazurki u nog. ;) Panna strzela focha, ale uwazam, ze takie mlode paznokietki lakier moze szybko zniszczyc, wiec sie nie daje. :)
Jak napisalam wyzej, Bi poki co tylko 2 czy 3 razy uparla sie, zeby samej wybrac sobie ubrania. Poza tym ubiera to, co jej przygotuje i sie nie buntuje. Natomiast upiera sie przy wyborze fryzury i tu mam problem. Bi bowiem ma ostatnio obsesje na punkcie opasek i rozpuszczonych wlosow. A tutaj, w tej wspanialej Hameryce, wcale pod tym wzgledem nie jest lepiej niz w Polsce i co roku pielegniarka szkolna wysyla ostrzezenia przed... wszami. Wszyscy zas, ktorzy maja dzieci, a w szczegolnosci dlugowlose dziewczynki wiedza, ze w taka rozpuszczona grzywe najlatwiej zlapac rozne takie, milutkie stworzonka. :/ Dosc czesto wiec, nasze poranne klotnie sa o wlosy. Przeciez zawsze musi byc powod do wrzaskow...

Mimo uwielbienia dla kiecek oraz bizuterii, Bi zaliczyla w ostatnich miesiacach zwrot o 180 stopni i twierdzi, ze nie znosi ksiezniczek! :O Zrozpaczona jest wiec, bo skoro jeszcze do niedawna Elsa byla zdecydowanym faworytem, w jej garderobie az roi sie od postaci z Krainy Lodu. Posiada nawet kalosze oraz parasol z wizerunkiem Elsy i Anny. I choc nie buntuje sie, kiedy ma ubrac ktoras z bluzek z tej serii, to zawsze czuje sie w obowiazku mi wytknac: "Mama, ale pamietasz, ze ja nie lubie ksiezniczek?". Ostatnio chcialam Potworkom wypozyczyc z biblioteki "Moane" (ktora w Polsce idiotycznie zostala zmieniona na Vaiane) bo tej bajki jeszcze nie widzieli. I co? Bi ostro zaprotestowala (mimo, ze probowalam przekonac ja, ze Moana to jest malo "ksiezniczkowa) i wybrala... Boba Budowniczego! :D

Dosc zaskakujaco, ta uwielbiajaca sukienki oraz blyskotki "dama", na podworku najbardziej lubi bawic sie... w blotku. Nabiera do starej podstawki pod donice piachu, dolewa wody i zaczyna grzebac. REKOMA. Czasem dorzuci jakies listki lub kwiatki, bo blocko ma sluzyc za... zupe. :D Brzydcy rodzice nigdy nie sprawili dziecku zabawkowej kuchenki i mamy za swoje. Teraz "gotuje" w plenerze. ;)
Jesli akurat nie grzebie w blocie, szuka dzdzownic. Na moje nieszczescie ostatnio deszczu ci u nas dostatek, a wiec dzdzownice wylaza na powierzchnie wrecz masowo. A Bi wraz z sasiadka zbieraja je pieczolowicie do wiaderek z ziemia i tworza hodowle. Dosc czesto Bi podstawia mi tez pod nos jakis mniej czy bardziej oslizgly egzemplarz, zachecajac, zebym go... poglaskala. :O Dziekuje, postoje. Chociaz pamietam, ze bedac w wieku Bi, tez mialam do dzdzownic slabosc. Dosc szybko jednak przerzucilam sie na winniczki. :D
Po takich zabawach mozecie sie tylko domyslic jak wygladaja jej paznokcie. Nie moge ich doczyscic... ;)

W domu najchetniej bawi sie lalkami Barbie i kemperem. Cale szczescie, bo w ktoryms momencie wielki, rozowy kemper lezal w piwnicy i sie kurzyl, a ja zaczynalam zalowac wydanych na niego prawie $100. ;) Jeszcze kilka miesiecy temu Bi namietnie ukladala wlasne konstrukcje z Lego, od kilku tygodni jednak, klocki szurnela w kat pokoju i przerzucila sie na Barbie, ktorych, niewiadomo kiedy, nazbierala jej sie niezla kolekcja. W minionych latach bowiem, pomimo, ze Bi lalkami sie niemal nie bawila, dostawala je prawie na kazda okazje (nie od rodzicow, zeby nie bylo :D). Walaly sie po polkach, pudlach z zabawkami, rozczochrane i wymiete, ale w koncu doczekaly sie swojej ery. ;) Teraz, uczesne i przebrane, odgrywaja role mam, siostr oraz corek. ;) Na urodziny zas Bi zazyczyla sobie wyczajona w reklamach Barbie z sikajacymy oraz robiacymi kupki pieskami (dlaczego nie jestem zaskoczona? :D) oraz... Kena. Wyrazila bowiem niedawno zal, ze jej lalki to same mamusie, a nie ma zadnego taty. Co bylo, robic, znalazl sie i tata. Biedny Ken musi teraz obskoczyc caly ten harem. :D
Na topie sa tez niezawodne laleczki LOL, choc one rowniez dolaczyly w poczet corek Barbie. :)

Bi spedza wiec godziny odgrywajac rodzinne scenki lalkami, ale za to praktycznie przestala rysowac. Gdzie kiedys smarowala jeden obrazek za drugim, wycinala, kleila i spinala "dziela" zszywaczem, teraz jedyne co robi z papierem, to wypisuje tajne lisciki do swojej psiapsiolki. ;)

Jesli chodzi o osiagniecia szkolne, to widze niesamowita poprawe w jej czytaniu. Owszem, jeszcze troche zacina sie i przekreca, ale w porownaniu z poczatkiem roku, to niebo a ziemia.
Za to konczy chyba przygode ze skrzypcami. Niestety, nie pasuje pannie wymog regularnych cwiczen i twierdzi, ze w III klasie nie chce juz miec zajec z gry na instrumencie. Nie to nie, nie bede jej przymuszac, choc troche mi szkoda...
Polska Szkola nadal jest nielubiana. ;) Mimo, ze calkiem sporo dzieje sie w niej atrakcji, Bi twierdzi, ze nie chce juz do niej chodzic w przyszlym roku. To znaczy, chodzilaby chetnie, ale na same dni z dodatkowymi imprezami. ;)

Nadal za to chetnie plywa. Miala chwilowy kryzys, gdzie marudzila, ze nie chce plywac, za to woli wrocic do gimnastyki. Udalo mi sie jednak przekonac ja, ze w plywaniu jest naprawde dobra, a jak je przerwie to pozniej trudno bedzie jej znow wrocic do formy. Nie wiem ile z tego zrozumiala, ale przestala jojczec przed treningami. ;) Co prawda teraz w parade zaczyna nam wchodzic... pogoda. Mimo, ze ogolnie wiosne mamy zimna i deszczowa, to jednak zrobilo sie na tyle cieplej i dluzej jasno, ze Bi czesto marudzi, ze zamiast jechac na trening woli pobiegac po podworku...
W druzynie maja jednak nowa trenerke, taki powiew swiezosci. ;) Zaczela z lekka "przekupywac" dzieciaki lizakami w nagrode za wysilek i co ktorys trening organizuje im mini zawody. Tu musze bardzo Bi pochwalic, bo wygrywa raz za razem. Kraulem z jedna z dziewczynek ida leb w leb i wygrywa doslownie o 2-3 sekundy:

Tu widac, ze Bi juz sie wynurzyla, a jej "przeciwniczki" wlasnie doplywaja do scianki

Zas stylem na plecach zazwyczaj zostawia inne dzieciaki daleko w tyle.

Troche slabo widac, ale mozna dojrzec, ze Starsza juz czeka przy sciance, a dwoje pozostalych dzieci dopiero pomalu doplywa. ;)

Tylko plynac zabka, czesto przegrywa ze swoja przyjaciolka, ktora rzeczywiscie w tym stylu jest niesamowicie szybka. :)

W czwartek, juz tradycyjnie zdmuchnela swieczki na upieczonych przeze mnie dzien wczesniej babeczkach.


Taka mala rzecz, a tyle radosci. :) Imprezka z dziadkiem oraz chrzestnym jutro, a wieksza, dla dzieci, niestety dopiero w czerwcu, bo matka jak zwykle obudzila sie tak pozno, ze w maju albo nie mieli terminow, albo jedyne wolne godziny byly o... 9 rano! :O

czwartek, 2 maja 2019

Kolejne urodziny...

Mojej coreczki! :)

Juz-nie-taka-mala Dama skonczyla dzis 8 (OSIEM!!!) lat!



Sto Lat moja wspaniala Dziewczynko! Kocham Cie nieziemsko i jestem niesamowicie dumna z tego, jaka jestes osobka, nawet jesli jak nikt potrafisz doprowadzic mnie do apopleksji! :D

Kolor czcionki w zyczeniach nieprzypadkowy. Bi ostatnio krzywi sie na rozowy i utrzymuje, ze jej ulubione kolory to zolty i zielony. :)


P.S. Nie wiem czy uda mi sie dzis skonczyc posta o osmioletniej Bi, choc juz bardzo, bardzo malo mu brakuje... Moze uda mi sie go dokonczyc i wrzucic wieczorem... Poki co, tylko wzmianka, bo takiej okazji nie mozna przeciez pominac cisza na blogu! ;)

piątek, 26 kwietnia 2019

A te Swieta to w ogole byly? ;)

Zaczynam pisac w poniedzialek. Tutaj to juz dzien jak codzien, dzieci sa wiec w szkole, a ja w pracy, bleee... I strasznie zazdroszcze Wam w Polsce kolejnego dnia wolnego! ;)

W miare jak lata plyna, coraz mniej mi sie chce szykowac czegokolwiek na Wielkanoc. Moze i jest ona najwazniejszym Swietem chrzescijanskim, ale przez to, ze tutaj to tylko jeden dzien, przygotowania zajmuja wiecej czasu niz samo swietowanie. Dobra, w sumie to zawsze tak jest, ale w tym wypadku te proporcje sa naprawde kompletnie zachwiane. ;) Bez sensu. Mysle, ze dopoki Potworki sa male, a moj tata w Stanach, bede sie jeszcze wysilac na choc namiastke tradycji. Kiedy jednak tata, tak jak planuje, wroci na stale do Polski, a Potworki beda za duze, zeby wierzyc nadal w Zajaczka Wielkanocnego, mysle, ze sobie odpuszcze i te niedziele spedzimy jak kazda inna. Ewentualnie polaczymy ja z jakims wyjazdem. ;)
Tym razem i tak bylam chyba najbardziej nie-przygotowana od lat. Ostatnio w pracy mamy zapieprz i zamiast wychodzic normalnie o 16 - 16:15, od dwoch tygodni wychodze dzien w dzien przed 17. Oczywiscie w domu wtedy nie wiadomo w co rece wlozyc, wiec ogarnia sie tylko biezace sprawy. Treningi Bi dwa razy w tygodniu dodatkowo wszystko komplikuja. W zeszly piatek planowalam wiec wziac pol dnia wolnego (niestety w pracy musialam sie pojawic), zeby choc troche nadgonic wielkanocne przygotowania. Mialam wyjsc o 12, wyszlam prawie o 13. :/ W domu ledwie zdazylam przebrac sie w dresy i wstawic jajka do ugotowania na pisanki, a zadzwonil telefon, ze papiery, ktore mielismy podpisac w poniedzialek, trzeba podpisac juz "dzis". Co bylo robic, musialam szybko naciagnac na siebie cos porzadniejszego i wrocic do pracy. Cale szczescie, ze prace mam 10 minut od domu i ze M. mial tego dnia wolne, wiec nie musialam martwic sie o Potworki, ktore nie mialy lekcji. No, ale bylam zla, nie ukrywam... W dodatku, kiedy dojechalam do pracy, podpisalam i zeskanowalam co trzeba, szef mial akurat telekonferencje. Mialam wracac do domu i wielkanocnych przygotowan, ale stwierdzilam, ze co, jesli z owej telekonferencji wyniknie, ze bede musiala jeszcze cos pilnie podpisac? Postanowilam poczekac az szef skonczy. Jak na zlosc gadal niemal godzine, a ja siedzialam jak na szpilkach. :/ W koncu jednak skonczyl i oswiadczyl, ze nie, nic juz ode mnie tego dnia nie potrzebuje. Eeeeech...

W rezultacie, wszystkie moje ambitne plany sie jeb ryply. ;) A konkretnie to musialam je mocno zweryfikowac.
Po pierwsze - goscie spedzaja czas na dole, wiec tam odkurzylam i umylam podlogi oraz wyszorowalam zlew w lazience oraz kibel. U gory odkurzylam i stwierdzilam, ze podloge oraz lazienki umyje jak zdaze. Nie zdazylam. :D
Po drugie - plany piekarniczo - kuchenne ograniczylam do niezbednego minimum. Odpuscilam sobie dodatkowa salatke, zapiekane ziemniaczki oraz trzecie ciasto. ;)

W piatek udalo mi sie upiec marmurowa babke oraz zapeklowac mieso i pozniej rowniez wstawic je do piekarnika. No i Potworki pomalowaly jajca. ;)

Podekscytowanie jest! :D

Kokus cieszy sie nieco spokojniej...

I gotowe! Tak, w Wielki Piatek bylo TAK cieplo, ale niestety to byl ostatni taki dzien... :(

W sobote rano Bi miala normalnie trening, a ze kiedy nie ma Polskiej Szkoly staram sie ja zabierac na dodatkowe plywanie, wiec pojechalysmy. Pozniej trzeba bylo przygotowac koszyczki (bo przeciez Potworki musza miec kazde swoj!) i jechac na swiecenie. Dodatkowo akurat tego dnia mijal termin oddania kilku ksiazek w bibliotece. Mielismy tam zajechac prosto z kosciola, ale oczywiscie ja kiedys zapomne wlasnej glowy, wiec ksiazek nie wzielam. Musialam wrocic do domu i jechac jeszcze raz. Niezawodne Potworki oczywiscie koniecznie musialy zabrac sie ze mna. Zwykle nie mam nic przeciwko, tym razem jednak stalam nad nimi i poganialam, bo zrobilo sie popoludnie, a ja z dalszymi przygotowaniami bylam daleko w lesie. Na szczescie wbrew zapowiadanym prognozom, Wielka Sobota byla dosc ciepla choc pochmurna i deszczowa. W przerwie miedzy mzawka a ulewa, M. udalo sie zabrac Potworki na krotki spacer, a ja moglam w spokoju ogarnac podlogi.

Sasiedzkie widoki

Poza tym pieklam kolejna babke, zapiekalam biala kielbase, kroilam salatke, a w przerwach dla rozrywki wstawilam, wrzucilam do suszarki oraz poskladalam i pochowalam trzy prania. ;)
Od kilku dni mowa byla, ze zurek gotuje M., a potem kolega bardzo byl zdziwiony kiedy okolo 18 zapytalam czy w ogole zamierza sie za niego zabrac czy mam go dolozyc do mojej listy? ;)

W koncu nadszedl wieczor i Potworki podniecone poszly dosc wczesnie, jak na nich, spac. Zmeczona bowiem ciaglym sluchaniem, ze tak straaasznie nie moga sie doczekac, powiedzialam im, ze im szybciej sie poloza, tym szybciej przyjdzie niedziela. :D Choc raz mnie w czyms posluchali...
Kiedy upewnilam sie, ze zasneli, wyszlam do ogrodu pochowac nieszczesne jajka. Naprawde pluje sobie w brode, ze w ogole zaczelam te tradycje. Teraz juz bede musiala ja kultywowac az Potwory przestana wierzyc w Zajaca, Mikolaja i reszte magicznej ferajny. ;) Nie dosc, ze zawsze nakombinuje sie co w te jaja wlozyc bo nie chce zapychac ich samymi slodyczami, to jeszcze przeraza mnie samo chowanie. Lazac z latarka po ogrodzie caly czas mam ciarki, rozgladam sie nerwowo i nasluchuje szelestu w krzakach. To nie na moje nerwy, serio! Pocieszam sie, ze jeszcze moze ze dwa lata i chociaz to mi odpadnie. Owszem, zniknie jakas czastka magii, ale za to ja przestane przezywac coroczna traume. Pies, ktorego zabieram dla podniesienia morale, oczywiscie zamiast trzymac sie mnie, stoi na tarasie z mina "a lez se w te krzaki, ja wole sie trzymac z daleka". W sumie nieglupie stworzenie. :D

Nastepnego ranka Bi obudzila mnie o... 5:30 rano! Myslalam, ze ja udusze! Przylazla do sypialni, zeby oznajmic mi, ze chyba widzi przy drzwiach jakies prezenty. Zdziwiona panujaca ciemnoscia spojrzalam na zegarek i gdybym nie lezala w lozku, niechybnie padlabym z szoku! Dodajmy do tego, ze polozylam sie po polnocy i mozecie sobie wyobrazic jaki mialam humorek. ;) Pogonilam panne z powrotem do lozka, ale nie na dlugo. Zaraz po 6 wstali juz oboje z Nikiem (nie wiem na pewno, ale nie zdziwilabym sie gdyby Bi go obudzila), ale zamiast isc otwierac prezenty, znow przylezli do naszej sypialni, zeby zwierzyc sie, ze widza upominki w swoich "gniazdkach" (u mnie w domu i kontynuuje te tradycje u siebie, Zajaczek zostawial upominki w gniazdach ulozonych z zawinietych w kolko szalikow lub apaszek). Dopiero kiedy oboje z M. wymruczelismy ze my spimy i zeby sobie robili co chca, poszli na dol. Potem juz dochodzily mnie tylko strzepki rozmow oraz klotni, a kiedy zeszlam na dol godzine pozniej, znalazlam istna rozpierduche:

Od razu widac, ze poranek Potwory mialy udany ;)

Niestety, jeden prezent kompletnie sie nie udal. Nikowi zamarzyl sie robocik z serii Hexbug i zamowilam mu pajaka. Niestety, kiedy Mlodszy zachwycony go rozpakowal, okazalo sie, ze... nie dziala. :( Nie wiadomo czy pajak czy pilot nie laczy, ale srednio raz na godzine urzadzenie przekrecalo glowe i probowalo zrobic krok. Poza tym mozna bylo dusic guziczki do rozpeku a pajak ani drgnal. :(
Strasznie zal mi bylo Kokusia, bo chlopak naprawde ma pecha. Samochod, ktory dostal na urodziny, po 3 dniach sie zepsul. Dron zawisl na drzewie (na szczescie udalo sie go odzyskac i poki co, tfu tfu, dziala). Ostatnio kupilam Potworkom nowe adidasy i oboje zazyczyli sobie takie swiecace kiedy sie tupnie. Bi przyszly, przymierzyla, wszystko super. Nik swoje przymierzyl, nie pasuja. Niby o numer wieksze, a cisna go gdzies w palce i co zrobisz... W dodatku czubki mialy zrobione z czegos tak twardego (moze to wlasnie bylo problemem), ze nijak nie moglam sprawdzic gdzie Nik ma paluszki. Coz, oddalam, zamowilam inna pare. Przyszly, Mlodszy przymierza, pasuja, wszyscy sie ciesza, az przyjrzalam sie jak Nik maszeruje po domu. Jeden adidas swieci, drugi nie! No szlag by to trafil! :/
A teraz na dokladke ten pajak... Jakos wszystko dla Bi dziala bez zarzutu, chociaz tu chyba klania sie to, ze Starsza lubuje sie w zupelnie innego typu zabawkach. Na Wielkanoc zazyczyla sobie np. Scruff a Luv (nie wiem nawet czy dobrze napisalam) czyli maskotke, ktora przychodzi w formie kulki i dopiero po zamoczeniu rozwija sie w zwierzatko. Takie cos, podobnie jak uwielbiane Barbie i laleczki L.O.L po prostu nie maja jak sie popsuc! :D

W kazdym razie mlodszy byl niepocieszony, ale na cale szczescie do jajek wlozylam im jeszcze kilka malutkich robocikow z tej serii. Te dzialaja bez awarii, ale za to kiedy jezdza wygladaja niczym karaluchy i jakos tak odruchowo sie wzdryguje. :D Niestety skubance sa tez szybkie i juz kilka razy trzeba bylo odsuwac meble, bo ktorys utknal w jakims zakamarku a jeden czy drugi Potwor ryczy. ;)

Sniadanie wielkanocne uplynelo w calkiem przyjemnej atmosferze, chociaz chrzestny dzieciakow nadal nie moze sie otrzasnac po wyjezdzie ciotki M.

Poczatkowo wszystkim udzielil sie nastroj A. i poza pajacowaniem Bi, atmosfera byla dosc... grobowa. A moze po prostu byli glodni? ;)

W szoku jestem i zastanawiam sie jakich czarow uzyla stara w koncu baba (ona jest juz po 60-tce!) zeby tak omotac o 12 lat mlodszego faceta?! Wyjechala prawie 8 miesiecy temu, a on nadal wyraznie nie jest soba, chodzi przybity, a rozmawiaja na skypie codziennie. W niedziele pokazal nam zdjecie stolu, na ktorym postawil dwa nakrycia i zegnajac sie powiedzial, ze jedzie do domu i symbolicznie, przez skypa podziela sie z J. jajkiem. :O Byloby to nawet dosc wzruszajace, gdyby nie bylo tragiczne w tym samym czasie... A ta stara jedza (no nie lubie jej, nic nie poradze :D) w dodatku na sile narzuca sie temu biednemu chlopu zamiast dac mu spokoj i pozwolic rozpoczac nowe zycie. Teraz kreci, ze chce na wakacje przyleciec do Stanow. Jak, pytam sie?! Przypominam, ze ona byla tu nielegalnie, przesiedziala wize i jesli jest gdzies w systemie, to w zyciu nie dostanie kolejnej! Ale najlepsze, ze oczywistym jest pytanie "Jak to chce przyleciec? A zlozyla juz podanie o wize?". W koncu mamy prawie maj i wakacje za pasem... Z tego co A. wie, nie zlozyla. Moi tesciowie, ktorzy z ta kobieta regularnie rozmawiaja nic w ogole nie wiedza o jej planach przylotu... Wniosek? Kreci tego chlopa rowno, najwyrazniej zeby za wszelka cene utrzymac z nim kontakt. Po co? Nikt nie wie...
Normalnie tragikomedia w trzech aktach... ;)

Ale wracajac do swietowania. Calkiem bylo milo, chociaz Potworki dawaly do wiwatu i chociaz chcialam utrzymac swiateczna atmosfere, to zmuszona bylam porzadnie huknac na jedno i drugie. Dzieciaki wyrosly w koncu na tyle, ze przynajmniej zjedza cos ze sniadania. Co prawda tylko jajko oraz chlebek z maselkiem, ewentualnie szyneczka, ale nie badzmy  drobiazgowi. ;) Za to usilnie probuja zwrocic na siebie uwage, a robia to w cholernie irytujacy sposob. Nie jestem wielka zwolenniczka powiedzenia, ze dzieci i ryby glosu nie maja, ani ze kiedy dorosli mowia, dzieciarnia ma byc cicho. Za to wyznaje zasade wzajemnego szacunku oraz nie przerywania sobie nawzajem. Walczymy o to na codzien, bowiem Potworki rutynowo, podczas naszych rozmow, staja przede mna i potrzasajac za ramie dopytuja gdzie jest jakas zabawka lub wyglaszaja niesmiertelne: "Mamomamomamomamomamomamo!!!!!". NIGDY nie staja grzecznie obok i nie czekaja zeby cos wtracic. Podczas sniadania jednak przeszli samych siebie. Kiedy my z M. probowalismy podjac rozmowe z A., ktorego nie widzielismy kilka miesiecy oraz z moim tata, Potworki znudzone przezuwaniem i dorosla konwersacja, zaczely... spiewac! Nie bardzo glosno, ale wystarczajaco, zeby denerwowac. Oczywiscie kazde wlasna melodie, zeby jeszcze bardziej dopiec. Kiedy probowalismy ich zignorowac i rozmawiac troche glosniej, oni rowniez podnosili glosy. I zeby to raz! Po upomnieniu milkli na kilka sekund, po czym znow zaczynali duet. I tak w kolko, az w koncu zebrali solidny opierdziel i przestali, ale atmosfera juz sie skwasila. :/
I rozumiem, ze to dzieciaki, ze sie nudzili, ze nie mogli sie juz doczekac szukania jajek w ogrodzie, ale to bylo tylko pol godzinki sniadania i oczekuje juz troche lepszego zachowania od prawie 8-latki (bo na Kokusia moge jeszcze przymknac oko).

W ogole od jakiegos czasu toczymy walke o dobre maniery. Fakt, ze sami tu zawinilismy, szczegolnie ja, przyznaje sie bez bicia, jako ta bardziej poblazliwa. Potworki maja temperament, rozpiera ich energia i w rezultacie czesto zachowuja sie niewlasciwie. I to co wypada jeszcze od biedy 6-letniemu Nikowi, juz 8-letniej Bi zwyczajnie nie przystoi. Na to, ze w chwilach zlosci klapie tylkiem na ziemie i kopie w nia nogami, raczej dlugo nic nie poradze. Moge najwyzej wysmiac, ze zachowuje sie jak 3-letnia coreczka kolezanki (i tak nie pomaga). Podobnie, nie zmienie, ze kiedy Bi jest zla, ryczy ile sil w plucach. Nie dla niej cichutkie szlochanie, o nie! Cala ulica musi slyszec, ze Starsza zostala (w jej mniemaniu) niesprawiedliwie potraktowana. Tu w gre wchodzi charakter i dopoki Bi sama nie stwierdzi, ze jej wstyd rzucac sie na ziemie i drzec, nic nie zdzialam. Sa jednak miejsca i czas, gdzie chcialabym, zeby nabrala troche oglady. Przyklad? Moja niemal 8-letnia corka, nadal podczas posilkow wstaje od stolu, wedruje po domu, bawi sie z psem, nagle akurat musi siusiu, kupe czy cos tam jeszcze (zdarza sie, wiem, ale przy kazdym posilku to juz za wiele). Poki jest glodna, je. Ale kiedy po doslownie kilku kesach zaspokoi pierwszy glod, zaczyna wedrowki ludow. Nik tez, ale tak jak pisalam, na niego jeszcze mozna przymknac oko, choc tez dostaje bure. Jak nas to wkurza! Wstaja, bawia sie, caly czas trzeba ich upominac, przypominac, wolac z powrotem do stolu, karcic, a posilek trwa godzine albo i dluzej!
Albo kosciol. Tutaj to ksiazke mozna napisac. Wierca sie, gadaja, podpowiadaja sobie rozwiazania z parafialnych gazetek dla dzieci, zamiast na siedzeniu siedza na klecznikach... I rozumiem, ze np. podczas mszy na niedziele palmowa mieli dosc. Jakby nie patrzec msza byla duzo dluzsza niz zwykle i nawet ja ukradkiem ziewalam. Ale w sobote bylismy na swieceniu jajek. Tu duzo zalezy od parafii, ale u nas to jest doslownie 10 minut. Stawia sie koszyki na oltarzu, ksiadz szybko przypomina tradycje oraz symbole pokarmow, kropi je woda swiecona i czesc. Mozna isc do domu. Przyjechalismy wiec jak zwykle na swiecenie. Ksiadz wszedl, zaczal ceremonie, a Bi juz szepcze oburzona: "Mamo, ale mowilas, ze tylko sie przezegnamy i jedziemy do domu!" Odpowiadam szeptem, ze nic takiego nie mowilam, tylko, ze tego dnia bedzie krociutko i zeby byla cicho, bo przeszkadza. Oczywiscie Bi nie da sobie nic wytlumaczyc, wiec juz prawie na caly glos sie kloci: "Ale nie, ale mama! Mama! Przeciez mowilas...!" Tu wtracil sie M. i ostrzej skarcil corke, ktora reszte swiecenia (moze 2 minutki) przesiedziala czerwona i ze lzami zlosci w oczach. A ja z przerazeniem stwierdzam, ze to dziecko za rok ma isc do Komunii! Z taka dojrzaloscia to nie wiem czy nie warto by jej przetrzymac... :/

No, ale mialo byc o Swietach a nie problemach wychowawczych. :D

Kiedy w koncu wszyscy (dorosli) sie najedli, podalam desery oraz kawe i na szybko ogarnelam stos naczyn w zlewie. Wtedy wreszcie zabralam Potworki, ku ich nieopisanej radosci, pozbierac jajka w ogrodzie.

Po deszczu dnia poprzedniego oraz wielkanocnego poranka, zmuszona bylam "popsuc" eleganckie stroje Potworkow... kaloszami :D

Radosc szybko zmienila sie w foch ze strony Kokusia. Niestety, Bi jest znacznie szybsza i chyba bardziej spostrzegawcza. 

Bi biegala, a Nik chodzil spacerkiem z nosem na kwinte ;)

Zeby cos znalezc, musial na jajo prawie nadepnac :D

Gdzie ona nazbierala pelniusienki koszyk, tam Nik zapelnil go ledwie do polowy. A ja mu jeszcze pomagalam! Kiedy Bi byla odwrocona tylem, pokazywalam Nikowi gdzie leza jajka. Beze mnie mialby 3 na krzyz! :D

Do zdjecia Nik wykrzesal z siebie cien usmiechu :D

Nie pomoglo tez, ze szukanie to tylko zabawa, a potem i tak sie po rowno wszystkim podziela. I tak skonczylo sie fochem. Kolejny nastapil przy dzieleniu sie lupami. Gdzie Bi uczciwie wszystko dzielila na pol, tam Nik sie zbiesil. Akurat pechowo jemu trafily sie oba jajka z malutkimi zestawami Lego. Oczywiste bylo, ze seria City jest dla niego, a Friends dla Bi. Podobnie, jemu trafilo sie malutkie Poly Pocket, przeznaczone dla Starszej. I co? Nie odda i juz! Bo to ON znalazl te jajka! Nie pomagaja tlumaczenia, ze dzielimy sie po rowno, ze inne drobiazgi Bi juz sprawiedliwie rozdzielila... Nie i juz. W koncu musialam interweniowac. Skonczylo sie rykiem i tekstem, ze nie jestem dobra mama... Coz, przezyje. ;) A za rok rozwaze zainwestowanie w dwa zestawy jajek - jeden niebieski, drugi rozowy, zeby kazdy wiedzial ktore sa dla kogo. ;)

To byl dopiero poczatek otwierania zdobyczy...

Poniewaz natura kocha rownowage, przy obiedzie padlo na Bi, zeby urzadzic scene. Zaden z naszych gosci na nim nie zostal i troche bylo mi przykro, bo specjalnie zrobilam pieczen, a M. zurek. Myslelismy, ze panowie przyjada na pozne sniadanie, potem posiedzimy, pogadamy i w koncu podamy obiad. Niestety, zostalismy sami, ale moze to lepiej, bo takiej awantury przy jedzeniu dawno nie mielismy. Potwory to wybredniaki, ale zurek jedli juz wczesniej i nie pamietam, zeby ktoremus az tak wybitnie nie smakowal. Bi spojrzala tylko do talerza, zobaczyla w zupie jajko (ktore normalnie bardzo lubi!) i momentalnie wybuchla placzem, ze dlaczego jajko w zupie, ze ona nie chciala, itd. Probowalam mitygowac, przypomnialam jej, ze wczesniej jadla juz zurek i jej smakowal, ze jajka przeciez tez lubi... Taaa... Ty se mow, a ja zdrow. Bi wpadla w taka histerie, ze przestala w ogole reagowac na to, co do niej mowimy. W kolko powtarzala, ze to ble, gross, disgusting oraz ze to jest jej "worst day EVER!". Na poczatku sie smialismy, ale kiedy minelo pol godziny, godzina, a panna nadal wrzeszczy (na caly glos, a jakze, dziwne, ze nie zachrypla) w koncu wysyczalam zla, ze jesli to taki okropny dzien, to zeby oddala w tej chwili prezenty od Zajaczka oraz te z jajek. Skoro nie docenia tego, co ma, to widocznie upominki nie sa jej potrzebne. To dalo jej troche do myslenia i odpuscila nieco dramatyzowanie, choc nie do konca. Zupy jednak nie zjadla. Nie pomogl "ban" na tableta oraz slodycze. Nic innego tego dnia juz do jedzenia nie dostala, ale i tak zurkiem wzgardzila. Kolejnego dnia przeszla jednak sama siebie. Zeby odzyskac pozwolenie na wieczorna sesje z tabletem powiedziala M., ze jednak zupe zje, po czym...cichcem wylala ja do zlewu. Na jej nieszczescie M. domyslil sie, co zrobila, ale ona bezczelnie zaprzeczala idac w zaparte. No i tym razem doigrala sie porzadnie bo dostala kare na tableta oraz slodycze do konca tygodnia. Bez odwolania, chociaz nie wiem, czy tata w koncu nie zmieknie. ;) Czego bowiem M. nie lubi najbardziej, to klamstwa.

Takie to byly Swieta. Pelne dramatow mniejszych lub wiekszych. ;)

Skoro juz pisze, to przy okazji dodam, ze mamy zmartwienie z Maya. :(
Zaczelo sie jeszcze przed Swietami, ale ostatnio nie chcialam jeszcze tego dodawac do tasiemca. Z niewiadomych powodow Maya zaczela sie posikiwac. Nie to, ze nie daje rady trzymac. Ona robi to mimowolnie. Pierwszy raz zauwazylismy, kiedy spala rozwalona na podlodze w kuchni, a przy ogonie wyrosla spora kaluza moczu. Kiedy M. zaskoczony zawolal jej imie i sie zerwala, wystrzelila kolejna struzka! Tego dnia pies latal jak szalony po podworku i cos sobie zrobil w lape, co zreszta spotyka Maje dosc czesto. Kuleje dzien, dwa, po czym jej przechodzi. Tym razem jednak wrecz ciagnela lape za soba, co w polaczeniu z mimowolnym popuszczaniem, przerazilo mnie, ze cos sobie powaznie uszkodzila. :O Pozniej musielismy wyjsc z domu, a ze bylo cieplo, zostawilismy psa na tarasie. Po powrocie znalezlismy kolejna mala "kaluze".
Po tych dwoch razach wszysto jakos sie jednak ustabilizowalo. Wiekszych kaluz moczu nie zauwazylismy, chociaz kiedy Maya wstaje z poslania dosc czesto widze na nim mokre plamki, jednak duzo mniejsze niz te pierwsze dwa razy. Po kilku dniach przestala kulec, je, pije i zalatwia sie normalnie i wlasciwie wydaje sie zupelnie zdrowa. Poczytalam troche o tym, co to moze byc i prognozy nie sa zbyt optymistyczne. Moze to byc uszkodzenie nerwu odpowiedzialnego za zamykanie ujscia pecherza. W takim przypadku niestety nic juz nie mozna zrobic, ewentualnie zakladac psu pieluche. :/ Druga mozliwoscia sa zmiany hormonalne, podobno czeste u wysterylizowanych suk. Tylko, ze Maya miala zabieg 4 lata temu! Czy to mozliwe, ze taki skutek uboczny pojawilby sie dopiero teraz? W takim wypadku mozliwe jest podawanie hormonow. Podaje sie je jednak juz do konca zycia psa i trzeba sie liczyc z ich efektami ubocznymi. :(
U weta jeszcze nie bylam. Poki co, doraznie wyciagnelismy niemowlece bramki i kiedy wychodzimy z domu blokujemy Mai wyjscie z kuchni i korytarza, ktore wylozone sa kafelkami, wiec latwe do zmycia. Siersciuch bowiem zawsze podczas naszej nieobecnosci spi na dywanie w salonie. Dywan zas jest... bialy. Zniose kudly, zniose brud, ale plam oraz smrodku moczu juz nie wytrzymam. Niestety pies zostal skazany na banicje, ale tylko kiedy nas nie ma. :)

A na koniec dodam, ze we wtorek zrobilam, zgodnie z wytycznymi, ciazowy test, zeby potwierdzic, ze poziom hormonow spadl jak trzeba. I chyba po raz pierwszy w zyciu ucieszylam sie, widzac negatywny wynik. To znaczy, "ucieszylam sie" to zle wyrazenie. Odczulam ulge, ze zamknelam temat. Przynajmniej ten etap zostal zakonczony, nawet jesli nie o takim zakonczeniu marzylam.

Koncze pisac w piatek. Takie mam tempo! :D Przez ten czas Swieta odeszly w niepamiec rowniez w Polsce i zdazyl dojsc nowy pajak Kokusia, ktory na szczescie dziala. Placze nam sie wiec teraz pod nogami pomaranczowa "tarantula", ktora jest jakims wybrykiem natury bowiem posiada tylko 6 nog. ;) A rzezucha, ktora wlasnie ladnie wyrosla i wybujala... padla. Wrocilam wczoraj z pracy i cala tacka ususzona. Kie licho?! Jedyne co przychodzi mi do glowy, ze uprazylo ja przez szybe slonce. Druga tacka ma sie jednak dobrze, hmmm...

No. To teraz juz naprawde koniec. Mialo byc o Wielkanocy a wyszly, jak zwykle, zale i jakies przypadkowe smety. Jak to u mnie... Mam nadzieje, ze nie zanudzilam Was na smierc...

sobota, 20 kwietnia 2019

Dwa weekendy pelne wrazen, a pomiedzy nimi malo pozytywny tydzien

Cos mi ostatnio nie po drodze z blogiem. Napisalabym, ze nie mam czasu, ze w pracy zapieprz, ze w domu kociol i niby to wszystko prawda... ale po namysle stwierdzilam, ze przeciez w zeszlym tygodniu Potwory mialy ferie wiosenne i trzy dni spedzilam z nimi w domu. Czyli jednak az tak zalatana to nie bylam, a jednak czas kompletnie przelecial mi przez palce... Nie mam wiec zadnego usprawiedliwienia dla ciszy na blogu, poza pospolitym niechciejem. ;)

A co dzialo sie od ostatniego posta? W weekendy dzialo sie sporo, a w tygodniu niby napiecie bylo, ale to bardziej nerwowka niz faktyczne aktywnosci...

Po pierwsze, z boku domu scielismy caly zagajnik drzew. Lubie drzewa wokol domu i bronie sie przed ich scinaniem, ale tym razem jest to faktycznie zmiana na lepsze. Dzieki temu bedzie duzo wiecej swiatla z tylu ogrodu, co bardzo mnie cieszy. Obserwujac w zeszlym roku pozycje slonca wzgledem mojego planowanego warzywnika stwierdzilam, ze istnieje ryzyko iz plony beda zadne, bowiem slonce dochodzilo w te czesc tylko na jakies 3 godziny dziennie. Teraz powinno swiecic od dosc wczesnego ranka, az po pozne popoludnie, kiedy niestety nieuchronnie przesuwa sie za dom.
Po scieciu zostala straszna pustka obok szopki oraz caly stos belek, konarow i ogolnie wielkich kawalow drewna, ktore ktos (czyt. M.) musi porabac na mniejsze kawalki i poukladac (tu moze zlituje sie i mu pomoge :P) do suszenia. Beda jak znalazl na kempingi i letnie ogniska przy domu.

Taki tam stosik ;)

Na ostatnie przed wiosenna przerwa zajecia w Polskiej Szkole, Potworki popedzily jak na skrzydlach. Dlaczego? Dlatego, ze dla klas 0 - III, szkola organizowala tego dnia egg hunt. To tutejsza tradycja, ze wszedzie naokolo organizowane jest dla dzieciakow takie "polowanie na jajka" na mniejsza lub wieksza skale. Ja sama, jesli pamietacie, chowam dla Potworkow jajka w ogrodzie na wielkanocne poszukiwania. ;) W Polskiej Szkole pomysl troche slabo wypalil bowiem podobno zazwyczaj takie jajeczne polowanie odbywa sie na boisku do pilki noznej, naprzeciwko szkoly. Tym razem jednak pogoda pokrzyzowala plany. Dzien wczesniej spadl ulewny deszcz i boisko bylo grzaskie i blotniste. "Polowanie" odbylo sie zatem na sali gimnastycznej, ale sadze ze dzieciakom bylo wsio ryba. Byle nazbierac jak najwiecej wypelnionych slodyczami jajek. Potworki zebraly prawie pelne koszyki i byly wniebowziete. :)

Poza tym, Potworniccy zostali zapisani na polkolonie w pobliskim klubie, tam gdzie Bi trenuje z duzyna plywacka. Co prawda nie wiadomo jeszcze co z moja praca (jak pisalam kiedys, teraz zaczynaja sie "wazyc" losy firmy, a maj - czerwiec beda decydujace i moze sie nagle okazac, ze w wakacje bede bezrobotna), ale bojac sie, ze zabraknie miejsc, wolelismy zaklepac je Potworkom wczesniej. Nie trzeba bylo wplacac zadnego zadatku, wiec tym bardziej nic nie stalo na przeszkodzie. Polkolonie mozna z czystym sumieniem nazwac "sportowymi", bowiem oprocz normalnych zajec plastycznych, gotowania, placu zabaw, itp., miejsce to ma sale gimnastyczna przeznaczona dla dzieciakow, a ze miesci sie przy popularnej sieci silowni (a dawnego fitness klubu), dodatkowo (pol)kolonisci beda mieli codzinnie trening tenisa, lekcje plywania oraz czas na "wolne" zabawy w wodzie. Maja zarowno korty jak i basen kryte oraz na swiezym powietrzu, wiec zajecia odbeda sie bez wzgledu na pogode. Jak dla mnie, rewelacja. :) I mam nadzieje, ze Potwory beda wracac codziennie do domu niezle wymordowane. ;)

Na te same polkolonie zapisana jest najlepsza kolezanka Bi, wiec Starsza jest przeszczesliwa i juz nie moze sie doczekac. Nik natomiast, jak to Nik. Placze, ze nie chce, bo nie bedzie tam mial kolegow. Zupelnie nie pociesza go fakt, ze jest spora szansa, ze zapisani zostana jacys jego koledzy, jesli nie z klasy, to chociaz ze szkoly, a poza tym, jako przyjacielskie stworzenie, raz dwa znajdzie kumpla...

Zeby zapoznac choc troche dzieciaki z miejscem gdzie spedza prawdopodobnie wiekszosc wakacji, w poprzednia niedziele zabralismy je na zorganizowany przez klub dzien otwarty. Korzystajac ze zblizajacych sie Swiat, zorganizowane zostalo tam "polowanie na jajka" (dzien po "polowaniu" w Polskiej Szkole"; toniemy teraz w plastikowych jajeczkach! :O), a dodatkowo "moonlight tennis" ("tenis w swietle ksiezyca", nazwa tyle ciekawa co nie do konca adekwatna, ale o tym pozniej) oraz czas wolny na basenie.
Przyznaje, ze sama pojechalam z ciekawoscia. Chodze tam z Potworkami na lekcje plywania od ponad 2 lat, a nie wiedzialam, ze maja cala dziecieca sekcje! To znaczy, wiedzialam niby, ze klub ma swoje przedszkole, a takze ze zapewnia opieke nad dziecmi dla rodzicow korzystajacych z silowni, ale nie mialam pojecia, w ktorej czesci budynku sie to wszystko sie znajduje.

Pojechalam wiec na "zwiady'. ;) Ogolnie, dla nas, miejsce jest wprost wymarzone. Nie dosc, ze beda to polkolonie sportowe, to jeszcze klub znajduje sie po drodze do pracy zarowno dla mnie jak i M. oraz jest doslownie 2 minuty autem od naszego domu! Gdyby nie to, ze przy drodze nie ma chodnikow, moznaby smialo chodzic piechota albo jezdzic rowerem. :)
Najpierw odbylo sie szukanie jajek. Dzieciaki byly podzielone na grupy wiekowe, ale i tak Potworki okazaly sie byc najstarszymi w swojej grupie. Troche zalowalam, ze nie ma wiecej dzieci w wieku zblizonym do ich, bo liczylam, ze moze poznaja jakichs innych przyszlych kolonistow. No coz, nie udalo sie, ale bycie najstarszym ma tez swoje zalety. Mimo ze tutaj jajka byly naprawde pochowane, a nie po prostu rozsypane na podlodze, Potwory zdecydowanie sie oblowily.

Pedzi Nik...

Widzialam inne dzieci (te bedace na tyle duze zeby rozumiec ducha rywalizacji) zagladajace z zazdroscia do ich koszykow. ;)

Pedzi i przejeta rusalka z rozwianym wlosem. ;)

Poza tym dzieciaki mogly sie pobawic na sali gimnastycznej, ktora najwyrazniej sluzy tez jako sala zabaw oraz serwowano do oporu przekaski, popcorn i wode. Zyc nie umierac jesli ma sie mniej niz 10 lat. ;)

Nik dorwal rowerek, co prawda trzykolowy, ale za to ogromny :)

Nastepnie mielismy isc na basen, ale pomyslalam, ze jesli wpuszcze Potworki do wody to moge miec spory problem zeby ich potem z niej wyciagnac. Do tego doliczyc czas wycierania oraz suszenia wlosow Bi i balam sie, ze nie zdazymy na sesje tenisa. Zdecydowalam wiec, ze najpierw zaliczymy "moonlight tennis". ;) Potworki kochajace wode cos tam burczaly pod nosem, ale poszly i... okazalo sie, ze to rewelacja! Swiatlo "ksiezyca" stanowily niebieskie lampy jakie czasem maja na dyskotekach, powodujace, ze wszystkie jasne kolory zdaja sie swiecic. :) W rezultacie biala bluzeczka Kokusia i moje skarpetki swiecily niczym odblaski, pileczki tenisowe zdawaly sie swiecic w ciemnosci i pacholki ustawione dla porzadku rowniez dawaly lekkie swiatlo. Potwory bawily sie swietnie mimo, ze bylo to ich pierwsze zetkniecie z tenisem.

Zdjecia niestety slabe bo, nie uwierzycie... ciemno bylo! :D

Dobra zabawa skonczyla sie jednak w momencie kiedy Bi potknela sie w ciemnosci i wywalila. Nic jej sie nie stalo, kolano miala tylko lekko zaczerwienione ale nawet skory nie zdarla. Jednak oswiadczyla, ze dosc ma zabawy i chce juz isc. ;)

Tutaj celuje Bi ;)

Zanieslismy wiec koszyki z uzbieranymi jajkami do auta, zgarnelismy stroje kapielowe i ruszylismy na basen. Potwory szalaly, po jakims czasie przyszedl M. (ktory niby z nami byl, a jednak nie byl, bo w czasie kiedy ja pilnowalam dzieci, on cwiczyl na silowni) i wszystko wydawalo sie w jak najlepszym porzadku. Do czasu. W jednej chwili Nik skakal do wody, plywal "pieskiem" i skarzyl sie, ze Bi machnela noga i go kopnela, a w kolejnej wyszedl z wody dzwoniac zebami i proszac zeby jechac do domu bo mu zimno.

Tu jeszcze radosne szalenstwa

Zaalarmowalo mnie to ale tylko lekko. Woda jest w tym basenie przystosowana do intensywnych cwiczen, czyli dla takiego zmarzlucha jak ja, zimna. Za zimna. Tyle, ze wczesniej jeszcze sie nie zdarzylo zeby Potworkom zrobilo sie w niej chlodno. Tym razem Nik mial jednak dluzsza przerwe w plywaniu, bo jak pamietacie, wypisalam go z lekcji ze wzgledu na nawracajace zapalenia ucha. Moja pierwsza mysla bylo wiec, ze odzwyczail sie od temperatury wody, ktora tam maja. Kiedy jednak Mlody nawet owiniety recznikiem nie przestawal sie trzasc, zarzadzilam odwrot. I tak szaleli tam dobre 40 minut.

W domu niestety, termometr pokazal u Kokusia 37.3. Bylo juz jednak kilka razy wczesniej, ze Bi i Nik mieli stany podgoraczkowe, ktore utrzymaly sie dzien, dwa, po czym same przechodzily. Ani ja, ani M. szczegolnie sie wiec nie przejelismy. Dopytywalam kilka razy czy na pewno nie boli Kokusia ucho (wiadomo :D), ale kiedy uparcie zaprzeczal, wzruszylam ramionami. Jakis wirus. Przejdzie.
Kolejnego dnia, w poniedzialek, zaczelam miec pierwsze watpliwosci. Nik nie mial wysokiej goraczki, oscylowala w okolicach 38.2 kresek, ale Mlodszy byl wyraznie nieswoj. Nie szalal jak zwykle, pokladal sie, a kiedy goraczka sie podnosila, caly sie trzasl od dreszczy. Mial przy tym podpuchniete oczy, a wieczorem wyrazne wypieki na buzi. Goraczka, choc niezbyt wysoka, tez byla dziwna. Nie dawala sie kompletnie zbic. Dopiero podane w tym samym czasie dwa rozne srodki przeciwgoraczkowe, zbijaly ja do konca. Pojedynczy srodek dawal tyle, ze spadala do stanu podgoraczkowego. Dopiero pozniej doczytalam, ze to dosc charakterystyczne. Kiedy goraczka nieco opadala, Nik lekko odzywal, probowal sie bawic, ale widac bylo, ze to nie jest to samo, pelne energii dziecko. Poza goraczka, skarzyl sie, ze gardlo boli go przy przelykaniu sliny. Zajrzalam - czerwone. Tyle, ze czerwone gardlo to jeszcze zadna wielka wskazowka... Mimo to, chcialam zabrac Nika do lekarza juz w poniedzialek. Powstrzymal mnie M. uparcie twierdzac, ze to jakis wirus i za 2-3 dni przejdzie. Ja mialam watpliwosci. Martwilo mnie, ze nawet kiedy zbijam Nikowi goraczke, ten wyraznie kiepsko sie czuje i najchetniej caly czas by polegiwal. No ale fakt, ze mnostwo razy pedzilam z Potworkami do lekarza zeby uslyszec: "Wirus. Czekac i wrocic jakby goraczka nie spadla za 3 dni lub pojawily sie dodatkowe objawy". Wbrew wlasnemu instynktowi wiec, cala spieta czekalam.
We wtorek rano Nik przyszedl nad ranem do mojego lozka skarzac sie, ze tak strasznie chce mu sie pic, a kubek na stoliku nocnym ma pusty. Przynioslam mu wiecej wody, po czym pomacalam glowe (przez 3 dni robilam to wrecz obsesyjnie, az Nik zaczal sie ode mnie odganiac :P). Rozpalony jak piec. Tym razem temperatura skoczyla az do 39.2. Reszte nocy spedzil ze mna w lozku. A rano... okazalo sie, ze caly pokryty jest drobniutka wysypka, zas policzki oraz uszy ma jednolicie zarozowione. Jedno spojrzenie i wiedzialam juz z czym mamy do czynienia. Widzialam juz taka wysypke, do tego bol gardla i nie potrzebowalam nawet lekarza. Umowilam sie jednak na wizyte bowiem potrzebowalam antybiotyku. ;)
Nik mial szkarlatyne.
Dla nieswiadomych, szkarlatyne wywoluja paciorkowce, pokrewne tych, ktore wywoluja angine. I angina jest czesto pierwsza diagnoza, zanim pojawi sie wysypka. Gdybym zabrala Nika do lekarza w poniedzialek, zapewne to bym wlasnie uslyszala. Jest to zreszta niewazne bo i jedno i drugie leczy sie antybiotykiem. :)
To jest niesamowite - 3 dawki i Nik wyraznie odzyl. Zeszla mu tez opuchlizna z oczu oraz zaczerwienienie buzi. Kolejne dwie dawki i wysypka praktycznie zniknela, a dziecko zaczelo szalec jakby nigdy nic mu nie dolegalo. ;) Szkoda, ze to juz bodajze trzeci antybiotyk Nika od wczesnej zimy, ale jak mus to mus. :/

Niestety, choroba Nika pokrzyzowala mi zupelnie plany. Jak gdzies wyzej wspomnialam, Potworki mialy w zeszlym tygodniu tygodniowe ferie wiosenne. Ja wzielam wolne w pon., wt. i sr., a M. w czw. i pt. Na "moje" dni porobilam (mentalnie) mnostwo planow. Wyszukalam dwa muzea do odwiedzenia, chcialam zabrac dzieciaki do kina, umowilam sie z kolezanka... i na planach sie skonczylo. W poniedzialek i wtorek Nik naprawde zle sie czul i jego aktywnosc ograniczala sie do godziny, po ktorej musial sie polozyc. W srode bylo mu juz wyraznie lepiej, ale nadal nie odzyskal do konca sil. Tak naprawde dopiero w czwartek byl w pelni soba, ale wtedy ja musialam wrocic do pracy. Potworki zostaly z M., ktory zabral ich... do warsztatu, przyciemnic okna w aucie. Nie ma jak ferie z tatusiem... ;)
Nik jak Nik. On akurat faktycznie potrzebowal tego czasu zeby wyzdrowiec i dobrze sie zlozylo, ze akurat mieli wolne w szkole. Strasznie mi jednak zal Bi, ktora byla zdrowa i mogla fajnie z tego czasu skorzystac a utknela w domu z chorym bratem...

Zamiast jezdzic na wycieczki, wyciagnelam wiec zachomikowane przybory do zabaw techniczno - plastycznych. Potworki uwielbiaja tego typu zajecia. Na pierwszy rzut poszly witraze na okna do samodzielnego wykonania. Nika byly nieco prostsze i zrobil je wszystkie w jeden dzien.

Kiedy goraczka spadala Nik nawet sie bawil...

Bi swoj nadal konczy. ;)

W syrence brakuje juz tylko pojedynczych elementow, ale Bi stracila zainteresowanie... :/

Nastepnego dnia, kiedy czekalismy w aptece na wymieszanie antybiotyku, Nik wyczail takie dziwne cos. Ja pierwszy raz to widzialam, Nik oczywiscie ogladal wczesniej na niezawodnym YouTube. ;) Ogolnie zabawa polega na wylozeniu bryly w miske (lub na podworku, bo smieci to-to jak cholera) i za pomoca specjalnego narzedzia rozlupywaniu po trochu gliny, wylaniajac kolejne czesci figurki (pirat - kosciotrup, brrr...) oraz skrzynie ze "skarbem".

Tu widac jak zapuchnieta i czerwona byla buzia Kokusia

Po skonczeniu mozna poskladac figurke do kupy (swoja Nik predko wsadzil na dno skrzyni z zabawkami, twierdzac, ze sie jej... boi :D), a do skrzyni nalac wody w celu rozpuszczenia musujacego proszku zaslaniajacego "skarb". U Nika skarbem okazal sie srebrny sygnet, a Mlody rozczarwany byl, ze nie zloty. ;) Owy sygnet zgubil juz dzien pozniej. :D
W koncu wyciagnelam tez nieco bardziej "tematyczne" materialy i Potworki sklecily z pianki ramke do zdjec z zajaczkiem, wieszadelko w ksztalcie koszyczka oraz domek w ksztalcie jaja.

Nastepny dzien i po Kokusiu juz w ogole nie znac choroby ;)

Wszystko bylo super do czasu, kiedy zaczeli skladac do kupy domki. Okazalo sie, ze te ledwie sie trzymaja bowiem pianka jest elastyczna i wysuwa sie z otworkow. Zlosci bylo co nie miara, ale w koncu domki zostaly skonczone i baaardzo ostroznie zaniesione w docelowe miejsca. Kokusiowy dolaczyl do ozdob na kominku. ;)

Jesli juz mowa o ozdobach, to kupilam tez wiosenny wieniec na frontowe drzwi, a takze nie moglam oprzec sie bratkom w wiszacej donicy. ;)

Moje wience zawsze slabiutko widac przez te szybe :(

Kominek tez zyskal nowa, Wielkanocna odslone ;)


Pomalu zakwitaja nam tez w ogrodzie wiosenne kwiatki. Mam wrazenie, ze jakis strasznie pozno i nie wiem zupelnie dlaczego.

Pierwsze krokusy zawsze ciesza oko :)

Przejezdzalam kolo starego domu i widzialam, ze tam zasadzone przeze mnie hiacynty sa juz w pelnym rozkwicie. A u mnie? Paki maja nadal mocno scisniete przy lodydze. Minie jeszcze dobrych kilka dni zanim zakwitna. Zauwazylam tez z zaskoczeniem (bo nie pamietalam tego z zeszlego roku), ze tutaj nie mam zadnych zonkili! Sa krokusy, widze kielkujace tulipany, a zonkila ani jednego! Jesli znow nie umknie to mojej pamieci, na jesien bede musiala wkopac cebulki.

W sobote wrocil w koncu z Polski moj tata. Pisze "w koncu", ale tak naprawde to te 3 tygodnie smignely mi nie wiem kiedy i wlasciwie to zupelnie nie odczulam jego nieobecnosci. Powrot mial zas tata taki, ze stwierdzil, ze zaczyna wierzyc w pechowego 13-ego. ;)
Zaczelo sie od tego, ze w Gdansku byly przymrozki i samolot opoznili bowiem musial byc odmrozony. Tu jednak wielkiej szkody nie bylo, oprocz lekkiego zniecierpliwienia. Potem bylo jednak coraz gorzej. Samolot z Niemiec do Chicago musieli wymienic, bo pierwszy podstawiony mial jakas usterke. Mialo to zajac okolo godziny, zajelo ponad dwie. W rezultacie uciekl tacie samolot z Chicago do naszego Stanu (lecial jakims szalonym polaczeniem, z dwiema przesiadkami). Nastepnie kolejka do odprawy imigracyjnej byla tak dlugasna, ze uciekl mu kolejny samolot do domu! W koncu zalapal sie na trzeci, ten jednak byl 3 godziny pozniej. W rezultacie zamiast wyladowac o 17 z groszami, wyladowal... o 21:50.
Dla nas oznaczalo to siedzenie cale popoludnie jak na szpilkach, bowiem mielismy odebrac go z lotniska. Pogoda byla piekna, staralismy sie porobic troche porzadkow w ogrodzie, poza tym planowalismy isc do przedswiatecznej spowiedzi, tymczasem ciagle odbieralam coraz to nowe wiadomosci od taty.

Jakby malo bylo kredy do rysowania po asfalcie, kupilam Potworkom specjalne farby do tych samych celow, ktore okazaly sie wielkim hitem dla Bi

Nik okazal sie zas ogromnym pomocnikiem w pracach okolodomowych. To dziecko uwielbia wprost grabic i jezdzic taczka! :D

Najpierw, ze spoznil sie samolot. Nie wiadomo ktory, gdzie, czy przyleci dzis czy juz sie nie zalapie? ;) Na sms'y nie odpowiada, telefonu nie odbiera. I wez tu sie czegos dowiedz. W koncu telefon z wiescia, ze stoi w kolejce do odprawy w Chicago i nie wie, czy zdazy na nastepny samolot do naszego Stanu. Poltorej godziny pozniej znow polaczenie, ze nie, jednak nie zdazyl i czeka na kolejny. W koncu dotarl szczesliwie choc bez bagazu (ten dowiezli dopiero nastepnego wieczora) i tylko Potworki byly rozczarowane, bo nie pojechaly po dziadzia na lotnisko. Niestety, ale godzina prawie 22 to stanowczo dla nich za pozno, tym bardziej, ze czekal nas intensywny kolejny dzien.

Wlasnie. Ale za to niedziela... chcialoby sie zaspiewac. ;) Niedziela byla szalona.
Rano msza, jak zwykle. Nastepnie wpadlismy tylko do domu, Potworki migusiem sie przebraly i popedzilismy na urodziny naszego malego sasiada, a przy okazji kumpla Nika z autobusu. Urodziny odbyly sie w znanej tutaj sieci Chuck E. Cheese. Potwory wybawily sie przednio, bowiem cala sala zabaw to automaty, ktore po grze "wypluwaja" karneciki z punktami.

To byla bardzo fajna paralotnia, unoszaca sie w gore kiedy dzieciaki pedalowaly :)

Te karneciki zbiera sie i na koniec mozna za zebrane punkty wybrac sobie nagrode. Nie dosc wiec, ze dzieciaki napchaly sie pizzy oraz torta, nie dosc, ze dostaly goodie bags, to jeeeszcze polecialy podniecone po nagrode.

Pizza! :D

Tu, nie obylo sie oczywiscie bez Kokusiowego focha, choc sam jest sobie winien. Bi bowiem podeszla do gier ambitnie i skupila sie na zebraniu jak tajwiekszej ilosci karnetow. A Nik? On gral glownie w gry, ktore najbardziej mu sie podobaly, czyli wyscigi samochodow. Sek w tym, ze z jakiegos powodu, akurat te gry nie wydawaly karnetow. Raz za razem przypominalam mu, ze bedzie mial malo karnecikow, zeby sprobowal tez innych gier, ale bez rezultatu. Skonczylo sie tak, ze Bi miala karnetow blisko 200, a Nik... 43. :D I potem byla obraza majestatu, kiedy siostra wybrala sobie porzadna nagrode, a jemu starczylo raptem na zelka w ksztalcie pierscienia. ;)

Po imprezie wrocilismy do domu, ale tylko na 2 godziny. W czasie ktorych... przyjechal moj tata! Nie powiem, cieszylam sie, ze znow go widze, w koncu nie bylo go trzy tygodnie... Tego dnia jednak, jego wizyta zupelnie nie byla mi na reke. Usilowalam ugoscic go i pogadac, jednoczesnie wstawiajac pranie, rozladowujac zmywarke, itd.
Po dwoch godzinach zas... popedzilam na kolejna impreze, dla odmiany z samym Kokusiem! :O Normalnie w zyciu nie zgodzilabym sie na dwie imprezy jednego dnia. Tym razem jednak obaj chlopcy byli na urodzinach Kokusia, a do tego jeden jest naszym sasiadem, a drugi oprocz tego, ze chodzi z Kokusiem do klasy, to jest w druzynie plywackiej z Bi i znam jego rodzicow. Nie byli to wiec jacys przypadkowi koledzy z klasy, ktorych sie wczesniej na oczy nie widzialo. Po prostu wypadalo jechac.

Ulubione automaty Kokusia ;)

A zeby sobie jeszcze dolozyc, druga impreza skonczyla sie o 18, a po niej pojechalam jeszcze z Nikiem do spowiedzi, bo sala zabaw znajdowala sie 15 minut od naszego kosciola, w ktorym wlasnie o tej godzinie zaczynala sie przedswiateczna spowiedz.

Kiedy o 19 w koooncu wrocilam do domu, mialam ochote walnac sie prosto do lozka, a tu jeszcze trzeba bylo wykapac dzieciarnie, przygotowac ubrania i jedzenie na kolejny dzien, itd. ;) Ale czego sie nie robi dla potomstwa. Nik chyba z piecdziesiat razy dziekowal mi, ze pozwolilam mu jechac na obydwa przyjecia. ;) Na drugim byla wiekszosc chlopcow z jego klasy oraz kilku dodatkowych. Mozecie sobie wyobrazic bande chyba dziesieciu 6-7 latkow, latajacych jak wsciekli w te i we wte.

Banda. ;) To z tylu, w czerwonej masce, to Nik

Glowna atrakcja bylo laser tag, wiec w ogole byla to impreza - marzenie dla kazdego malego chlopca. Nik juz teraz, 8 miesiecy wczesniej, prosi mnie, zebym urzadzila mu urodziny w tym samym miejscu. :D

No. Zdazylam akurat skonczyc na czas, zeby zlozyc Wam zyczenia.

Wesolych Swiat!!! 
Smacznego Jajka, Mokrego Dyngusa oraz Pamietnych Chwil w Gronie Rodzinnym!!!