wtorek, 14 stycznia 2020

Deszcz w tropikach czesc I

W sumie to nie w tropikach. W subtropikach, a wlasciwie to w obszarze zwrotnikowym wilgotnym morskim. A konkretnie to na poludniu Florydy, o! Tak chyba jest najprosciej i po ludzku! :D

Kiedy nadeszla jesien, a dni zrobily sie chlodniejsze i krotsze, normalna rzecza stalo sie, ze zaczelo nas swierzbic i coraz czesciej dyskutowalismy gdzie by tu "wyskoczyc" zeby zagrzac dupki i nalykac sie witaminki D. ;) Naszym pierwszym wyborem byl znowu okres "Indyka" oraz Karaiby, tym razem jednak za pozno zaczelismy sie rozgladac za rezerwacjami. Wiekszosc kurortow albo nie miala juz miejsc, albo ceny takie, ze prosze siadac. Z zalem porzucilismy ten termin i zaczelismy zastanawiac sie nad przerwa swiateczna. Niestety, tutaj rowniez nie wygladalo to zachecajaco. To bardzo popularny na podroze okres w roku i zeby zlapac fajna rezerwacje w cenie "do przelkniecia" (bo nie mowie nawet o korzystnej!), trzeba pewnie rozgladac sie w lipcu. ;) W zasadzie juz sobie odpuscilam i zaczelam przegladac potencjalne rezerwacje na narty w tym okresie... Ale okazalo sie, ze poniewaz to juz zima, te byly w podobnych cenach. Albo i wiekszych, bo na Karaibach rezerwacje "windowaly" przez ceny przelotow. Na narty zas myslalam o lokalnych stokach w Vermont, gdzie przejechalibysmy autem, a ceny byly tylko o frakcje nizsze. :O
I juz, juz szykowalismy sie na nudny, pracujacy okres miedzyswiateczny... kiedy M. rzucil propozycje, zeby zamiast na Karaiby, wybrac sie na Floryde. Tutaj niestety ceny przelotow rowniez okazaly sie skutecznie zniechecajace, wiec malzonek zmienil taktyke i zaproponowal wybranie sie... autem i przyczepka. ;)
Nawet to jednak latwe nie bylo. Ja bowiem chcialam gwarancje ciepla, wiec polnocna czesc owego stanu mnie nie satysfakcjonowala, zas kempingi w jego poludniowej czesci, okazaly sie zapelnione przez staruszkow, ktorzy tam "zimuja"! Serio! W naszych okolicach, na kazdym kempingu jest zaznaczone, ze rezerwacja moze byc na maksymalnie dwa tygodnie. Tam... przy cenniku od razu wyliczone sa znizki jesli zarezerwujesz miejsce na miesiac, na dwa, na wiecej niz trzy... Na wielu kempingach nie mieli juz wolnych miejscowek, lub wyskakiwala mi wiadomosc, ze w tym okresie mozliwa jest rezerwacja tylko na minimum 30 dni. :O I nie mowie tu o malych kempingach stanowych, ktore rzecz jasna byly pelniusienkie, ale o prywatnych, drogich polach kempingowych! Zrobienie rezerwacji kosztowalo mnie troche nerwow, bo dodatkowo wiele kempingow mialo wymagania co do wielkosci lub rasy psa (a Maye chcielismy wziac ze soba), wiec z miejsca odpadaly. Sporo czasu spedzilam na internecie oraz dzwoniac i dopytujac o szczegoly. Chcielismy od razu zjechac na wyspy (Florida Keys) na samym koniuszku Stanow, ale musielismy w koncu zatrzymac sie na 3 dni w Miami, bo zwyczajnie nie moglam znalezc wolnych miejsc. :/

Maly kompromis miedzy nami (mna i malzonkiem) rowniez byl konieczny, bo M. gotow byl wyjechac juz w sobote przed Swietami i spedzic tam dwa tygodnie. Nie powiem, kuszaca propozycja, ale poki Potworki sa wzglednie male, a moj tata mieszka nadal w Stanach, nie wyobrazam sobie spedzic Swiat wyjazdowo, bo wtedy w ogole ich nie czuc. Nawet spedziwszy Wigilie w domu, gdyby nie zdjecia, nie pamietalabym, ze w tym roku obchodzilismy Boze Narodzenie. Ja chcialam wyjechac w ogole po Bozym Narodzeniu (tutaj to tylko jeden dzien), 26-ego, ale M. uparl sie, zeby wyjechac juz w srode i miec jak najwiecej czasu na miejscu. W ten sposob do swietowania mielismy tylko Wigilie, a ze lodowka w kemperze jest malutka i wiedzialam, ze wiekszosci swiatecznych przysmakow nie damy rady ze soba zabrac, dlatego tez menu bylo tak ograniczone, jak napisalam w poprzednim poscie. ;)
A Bi i tak poryczala sie, kiedy powiedzialam jej, ze wyjezdzamy w Boze Narodzenie, bo ubzdurala sobie, ze Mikolaj ich z Kokusiem nie znajdzie i nie przyniesie prezentow! Dopiero kiedy przypomnialam jej, ze do nas Mikolaj przychodzi przeciez w Wigilie, uspokoila sie i zaczela cieszyc wyjazdem. ;) Potworki mialy wrocic do szkoly juz 2-ego stycznia, ale uznalismy, ze dwa dni ich nie zbawia i przedluzylismy im ferie swiateczne do 6-ego. Tutaj Trzech Kroli obchodzi sie w niedziele przed faktycznym swietem, wiec dzieciaki szly do szkoly juz w poniedzialek.

Czyli w srode, w Boze Narodzenie, wyruszylismy w droge. Chcielismy ruszyc przed poludniem, ale jak to z nami bywa, nie wyjechalismy az do 13:30. ;) Okazalo sie, ze wielki pickup M., ktory do ekonomicznych ogolnie nie nalezy, ciagnac przyczepe, palil jak smok. Musielismy tankowac doslownie co 4 godziny, wykorzystujac przy okazji te przerwy na siusiu, wyprostowanie nog oraz wyprowadzenie psa. :) Zaliczylismy caly przekroj publicznych toalet, od ladnych, czystych i pachnacych, przez srednie bez mydla czy z brudnym zlewem, az po takie, gdzie syf byl totalny, brak bylo papieru toaletowego, czlowiek siusial kucajac z nogami na sedesie i stal tak, zeby bron Boze niczego nie dotknac. :D Zuzylam pol butelki srodka dezynfekujacego do rak, bo czesto nawet nie bylo jak ich umyc. :D
Plan byl zeby nad ranem stanac i w zaleznosci od temperatury na zewnatrz, przespac sie albo w aucie albo w przyczepie. Kiedy jednak nadeszla magiczna godzina 3-4 nad ranem, M., ktory opil sie jak bak napojow energetycznych, stwierdzil, ze w ogole nie jest senny i jedzie dalej. Coz, jego wola, szczegolnie, ze proponowalam, ze troche poprowadze, ale mi nie dal. Potworki spaly miedzy przerwami na tankowanie jak susly, a ja przysypialam na 10-15 minut od czasu do czasu, wiec reszta nas sie nieco regenerowala.
Z temperatura tez byla dziwna sprawa. Spodziewalam sie, ze jadac na poludnie, bedzie ona pomalu, ale konsekwentnie rosla. Kiedy wyjezdzalismy bylo jakies 7 stopni i takiez pozostalo do wieczora. Nastepnie temperatura spadla do trzech, po czym po kilku godzinach podniosla sie znow do 8 i tak zostala praktycznie do rana, az nagle, w ciagu jakiejs godziny, podskoczyla do 16. Wtedy bylismy juz jednak na polnocy Florydy. Jadac glownie w nocy ciezko bylo tez zauwazyc zmieniajaca sie roslinnosc, ale udalo sie zaobserwowac, ze u nas trawa byla zoltawa i ledwie zywa, zas gdzies na wysokosci Virginii zrobila sie zielona i kwitly na niej mlecze. Floryda przywitala nas mgliscie i deszczowo, ale bylo zdecydowanie bujno i zielono. No i te palmy... Uwielbiam. :)

Z pogoda utrafilismy niestety... srednio. Floryda zwana jest powszechnie jako sunshine state, czyli "stan slonca". No coz, my te slonce mielismy bardzo skapo wydzielane, ale nie powinnam chyba narzekac, bo na wszystkie zaplanowane wycieczki, udawalo nam sie wstrzelic w okienko ladnej pogody. Poza tym, nawet kiedy padalo, bylo cieplo. Co ja pisze, bylo goraco! I duszno! Temperatura w dzien nie spadala ponizej 25 stopni (bez slonca, z nim dochodzila do 30stki), a w nocy ponizej 20. Przy 85% wilgotnosci powietrza bylo to ciezkie do zniesienia, szczegolnie kiedy wlasnie przyjechalo sie z zimowej krainy. :) Latem, na kempingach na naszej polnocy klimatyzacje wlaczamy malo kiedy. Zazwyczaj wystarczy pootwierac okna w przyczepie. Tam, klima chodzila praktycznie caly czas. ;)
Pogoda byla ogolnie kompletnie nieprzewidywalna. Potrafilo wyjsc slonce, zeby za 15 minut nagle sie zachmurzyc, lunac deszczem (ale takim, ze swiata nie bylo widac), a po dwoch minutach nagle sie kompletnie rozchmurzyc. I tak kilka razy nawet w ciagu godziny. :O A to miala byc najsuchsza pora roku tam! :D
Mielismy wiec troche pecha z pogoda, a dodatkowo pech dopadl mnie osobiscie, bowiem dostalam okres... w dniu wyjazdu! :O Myslalam, ze cos mnie trafi! Poprzedni przyszedl 3 dni wczesniej i tak marzylam sobie, ze jakby ten przyszedl rowniez wczesniej, to do wyjazdu akurat by sie skonczyl. Tia... Spoznil sie 3 dni i przyszedl idealnie na droge, a skonczyl sie dwa dni przed koncem naszych wakacji. Zlosliwosc rzeczy... w sumie niemartwych. ;)

Dojechalismy na pierwszy kemping, w Miami, w czwartek okolo poludnia i... wyspane i zadowolone Potwory z miejsca zazadaly zeby ich zabrac na basen! :D Na szczescie zaakceptowaly fakt, ze dopiero co dojechalismy, ze musimy wszystko rozlozyc i troche ogarnac, itd. Tego, ze oboje, a szczegolnie M., padamy na pysk, w ogole nie rozumieli. ;) Miejscowke mielismy malutka, ale za to nieco schowana pomiedzy zywoplotami, a wiec zapewniajaca troche prywatnosci.

 
Ot i cala miejscowka. Po lewej, zaraz poza rama zdjecia, zaczynal sie zywoplot odradzajacy nas od kolejnej przyczepy. A nad nasza - palma kokosowa. Dobrze, ze owoce niedojrzale, bo jakby ktorys spadl na przyczepke, moglby narobic szkod ;)

Niestety, ta "prywatnosc" sprawiala, ze malo kiedy dochodzilo tam slonce, a przy ciaglych deszczach, kompletnie nic nie schlo. Wszystko bylo obrzydliwie wilgotne - posciel, ubrania w szafach, papier toaletowy, ksiazki... Mialam wrazenie, ze cala przyczepa nam sie rozpulchni od wszechobecnej wilgoci!
Ale co ja bede narzekac! I tak bylo bosko! :D Nie macie pojecia (no, niektore z Was moga miec) jakie to bylo cudowne uczucie zrzucic zimowa kurtke, bluze, adidasy i przebrac sie w koszulke, spodenki oraz sandaly na cale 9 dni! W grudniu! ;) Jadac w te rejony pierwszy raz o tej porze roku i nie wiedzac czego sie konkretnie spodziewac, spakowalam po kilka par dlugich spodni oraz bluzek z dlugimi rekawami z mysla o wieczorach. W koncu u nas, nawet latem, najczesciej po upalnym dniu, wieczory sa duzo chlodniejsze... No i kiedys, dawno temu, bylam na Florydzie na "Indyka", tylko troche wyzej na polnoc i pechowo trafilam na jakies ochlodzenie, gdzie w nocy temperatury spadaly do 15 stopni i bylo zwyczajnie chlodno. Tym razem jednak odziez z dlugimi nogawkami/ rekawkami, okazala sie zbedna. Po jednej parze przydaly sie na droge powrotna. Reszta przyjechala nieruszona do domu. Podobnie jak skarpety, ktorych zadne z nas nie zalozylo podczas wakacji ani razu. Nawet kiedy padalo, bylo tak cieplo, ze fajniej chodzilo sie w samych sandalach. :)

Kiedy nieco ogarnelismy nasza miejscowke, ruszylismy na zwiedzanie kempingu, ktory byl raczej  niewielki i ciasny, ale zupelnie nam to nie przeszkadzalo.

Widzicie te chmurzyska? Taka aure mielismy niestety przez wiekszosc czasu :/

Mial plac zabaw, usiany byl drzewami palmowymi oraz posiadal basen. ;)

Nie odpuscili i juz pierwszego popoludnia musieli wskoczyc do wody ;)

A co najwazniejsze, kazde miejsce mialo podlaczenie do pradu, wody oraz sciekow. Mozna bylo puszczac klime do oporu, oraz kapac sie bez obaw, ze zapelnimy zbiornik w przyczepie. Mialam sie okazje przekonac (zanim M. podlaczyl przyczepe do odplywu), ze szybki prysznic dla obu Potworkow oznaczal pelen zbiornik na "szara wode". Dla nieswiadomych, przyczepa kempingowa posiada bowiem 3 zbiorniki: jeden na czysta wode, jeden na "szara" wode, czyli z odplywu zlewow i wanny oraz jeden na "czarna" wode, czyli na to, co spuszczone zostalo w kibelku. ;)

Poniewaz w Miami bylismy tylko 3 dni (a raczej 2 i dwie polowki), wiec nie zwazajac na pogode, realizowalismy plan wycieczek. Potworki byly niby zadowolone, a jednak kilka razy wyrazily rozczarowanie, ze wyjezdzamy z kempingu rano, wracamy po zmroku, a oni nie moga sie spokojnie wykapac w basenie. A my, starzy ignoranci, ludzilismy sie, ze dzieci chcialyby cos zobaczyc i czegos doswiadczyc, phi... ;) Kolejny raz mamy dowod, ze dzieciakom (no, przynajmniej moim), na urlopie wystarczy do szczescia basen, ewentualnie plaza. Bylyby zupelnie szczesliwe spedzajac cale dnie w wodzie...
Matka i ojciec jednak lubia tez gdzies pojechac i cos zobaczyc, wiec wymyslilismy dwie wycieczki, dopasowane do zainteresowan mlodszej mlodziezy szkolnej, oczywiscie. ;)

Zaraz kolejnego dnia po przyjezdzie, w piatek, mimo ze nadal nie doszlismy do siebie do konca po podrozy, wybralismy sie do zoo w Miami. Napisze Wam od razu, ze zoo jak zoo, bylo ok, mialo zwierzaki, ale coz... pupy nie urywa. ;) Nie wiem w sumie czego sie spodziewalismy, ale efektu wow nie bylo. Mi bardziej juz podobalo sie mniejsze zoo w sasiednim od naszego Stanie. Zeby dzieciaki mialy wieksza frajde, kupilismy drozsze bilety, ktore upowaznialy do darmowego przejazdu na karuzelach. Te okazaly sie byc jedna sztuka. :O Dodatkowo, moglismy do oporu jezdzic kolejka, ktora na wysokim torze, okrazala cale zoo. Mialam nadzieje, ze pozwoli nam to dojrzec zwierzaki, ktorych nie dostrzeglismy, tu musze bowiem przyznac, ze wybiegi zoo mialo bardzo duze. Dla zwierzakow fajnie, dla zwiedzajacych gorzej, bo naprawde sporo "eksponatow", schowanych bylo za pagorkami czy skalkami. Przejazd kolejka okazal sie jednak calkowitym rozczarowaniem. Przedzierala sie ona glownie przez krzaki, a z samego zoo, mozna bylo dostrzec tylko zaplecze i budynki gospodarcze. Czasem minal jakis zwierzak zamkniety w mniejszej klatce, zapewne dla kwarantanny czy czegos w tym stylu. Podsumowujac, kolejka moze byc fajna sprawa zeby przejechac z jednego konca zoo na drugi i dac odpoczac nogom, ale jako swoisty pojazd "safari" zupelnie sie nie sprawdzila. ;)
Tak w ogole, kiedy wyjezdzalismy rano z kempingu, swiecilo slonce. Mimo, ze bylismy teoretycznie w Miami, to jest to miasto tak rozlegle, z taka siecia autostrad, ze dojazd do zoo zajal nam 45 minut. Na miejscu wysmarowalismy sie kremem z fitrem bo polnocne z nas bialasy (:D) i stanelismy w dlugasnej kolejce. Dwadziescia minut pozniej, juz z biletami, zatrzymalismy sie obok zagrody flamingow, ktore z niewiadomych powodow staly sie ulubiencami Bi, przeszlismy przez bramki, ruszylismy na zwiedzanie... i lunal deszcz! ;)

Bi stanowczo odmowila zabrania swojej czapki z Elsa, wiec caly pobyt paradowala, niczym dama, w kapeluszu ;)

Ludzie rzucili sie zeby szukac schronienia. Pod bardziej rozlozyste palmy czy inne krzaki, jakies daszki, stragany z przekaskami lub pamiatkami... Ulewa trwala kilka minut, a pozostala mzawka kolejne 15. Potem... wyszlo slonce i tak juz zostalo do konca zwiedzania. Ale kiedy wrocilismy na kemping, wszystko bylo doszczetnie zmoczone, wlaczajac w to reczniki, ktore rano wystawilam na slonce do wyschniecia, ech... Tam musialo padac duzo czesciej niz w oddalonym o niecala godzine zoo...

A co ciekawego widzielismy?

Jak to w zoo. Bi dostrzegla swoje ulubione zwierze, ktore niestety ulokowalo sie dosc daleko i z tylkiem w kierunku gosci.

To zaznaczone czarnym kolkiem to tygrys, jakby slabo bylo widac :D

Ale przynajmniej bylo, bo jak wspomnialam wyzej, wielu zwierzakow, w tym szympansow, surykatek, likaonow i hien nie udalo sie zobaczyc w ogole. ;)
Byly slonie, przed ktorymi widniala tabliczka ostrzegajaca, ze lubia rzucac przedmiotami w turystow i maja niezlego cela. ;)

Na szczescie zadne z nas niczym nie oberwalo ;)

Byly nosorozce, zebry, lwy, orangutany (z ktorych tylko jakis ciekawski maluch pokazal sie z daleka), zyrafy, krokodyle, lamparty i wiele, wiele innych. Jak Floryda, to nie moglo sie obyc bez zdjecia na krokodylu. ;)

Spokojnie, to tylko rzezba ;)

Po parku biegalo luzem mnostwo egzotycznych ptakow.

Te byly naprawde piekne i calkiem spore

Jeden wzruszyl mnie szczegolnie. :)

Bociek! Poczulam sie niczym chlopaki z "Seksmisji"! :D

Tutaj jest to naprawde "egzotyczny" gatunek, bowiem bociany nie wystepuja naturalnie w Hameryce. ;) Za to po sciezkach przemykala szybko naturalna fauna owego Stanu:

Kokus jako jedyny odwazny zblizyl sie do "potwora" (to najzwyklejsza iguana) ;P

Park mial tez calkiem fajne miejsce z wodnymi psikawkami (Potworki nie skorzystaly, bo nie mialy strojow, ale podejrzewam, ze w pelni lata jest to zbawienie) oraz ciekawy plac zabaw.

Najwieksza jego zaleta byly "zagle" dajace nieco cienia :)

Niektore sciezki przypominaly dzungle:

Uwielbiam takie klimaty ;)

Widzielismy tez "krewniakow", ktorzy dali niezly popis rozwalajac kartonowe pudlo w pokazie sil. ;)

Nik do dzis chodzi po domu na czworaka i podpierajac sie na dloniach zlozonych w piastki ;)

Nasze drozsze bilety upowaznialy nas do nakarmienia jednego z wybranych zwierzat: nosorozca, zyrafy lub papuzek. Potworki wybraly zyrafy, ktore dostawaly... najzwyklejsza salate. ;)

Kazdy czlek dostawal zawrotne 4 liscie salaty. Moze to i dobrze, bo zyraf bylo raptem kilka, a ludzi przez caly dzien zapewne dobrych kilka setek. A w koncu nawet zoladek takiej zyrafy musi miec swoj limit :D

Przezycie bylo dla dzieciakow nie do opisania. :)

Tradycyjnie juz, Bi byla znacznie bardziej podekscytowana :)

Ta "slicznotka" (lub slicznotek ;P) zgodzila sie mi zapozowac. :D


Mnie w zoo najbardziej bawily swiateczne akcenty. ;) Byly pingwinki:

Piekna, "zimowa" sceneria... :D

Balwanki:



Fakt, ze tylko TAKIEGO balwana da sie tam postawic ;)



A nawet Mikolaj z reniferkami.


Czy Mikolaj nie pasuje tu jak ulal? ;)



To wszystko przy upale i pocie splywajacym po dupce. :D

A po powrocie na kemping, zachmurzylo sie i rozpadalo. I tak do wieczora... Dobrze, ze ogniska i tak palic nie wolno bylo, a dni zima sa krotsze. Nie tak jak na polnocy, bo slonce zachodzilo okolo 17:30, a wiec okolo godziny pozniej, ale jednak nie bylo tak zal zamykac sie w przyczepce. Przezornie, zeby jakos zajac Potworkom dlugie wieczory, wzielam laptoka oraz stos plyt (internetu nie bylo i dobrze). Naogladali sie bajek i filmow za wszystkie czasy. ;)

Kolejny dzien powital nas pochmurno i burzowo. W poprzednich dwoch dniach, pomiedzy ulewami wychodzilo slonce, czasem nawet na dluzej. ;) W poswiateczna sobote niebo zaciagniete bylo po horyzont i naprzemian lalo i mzylo. A my zaplanowalismy na ten dzien wycieczke do Everglades National Park, czyli parku narodowego, bedacego unikatowym, ogromnym mokradlem, zajmujacym niemal caly poludniowy koniuszek Florydy i bedacy oaza i dla wielu gatunkow zwierzat, w tym aligatorow. To wlasnie je najbardziej chcielismy pokazac Potworkom, nie w zoo, lecz na wolnosci, plywajace swobodnie w naturalnym srodowisku. Po debatach stwierdzilismy, ze pojedziemy. Do celu mielismy ponownie okolo 40 minut jazdy, a ze pogoda zmieniala sie w poprzednie dwa dni niczym w kalejdoskopie, mielismy nadzieje, ze moze jednak sie rozpogodzi. Zabralismy dzieciaki do miejsca, w ktorym sami bylismy jako mlode malzenstwo, 11 lat temu. :D Przylecielismy wtedy na Floryde raptem na 2.5 dnia i odwiedzilismy m.in. wlasnie ten park. Kiedy dojechalismy na miejsce tym razem, okazalo sie, ze NIC sie nie zmienilo! :D Ten sam budynek, ta sama przystan dla lodzi. Roznilo sie tylko tym, ze wowczas bylo goraco i slonecznie, a teraz lalo jak z cebra. ;) Niestety, pogoda za cholere nie chciala sie poprawiac. Co gorsza, mielismy pecha i tuz przed nami dojechaly dwa autokary, ktore przywiozly na wycieczke ludzi ze statku pasazerskiego. Nie dosc wiec, ze padalo, to jeszcze w kolejkach stalo kilkaset osob. :O
Rozwazylismy powrot na kemping. Rozwazylismy zostanie tylko na pokazie i rezygnacje z przeplyniecia lodka. Popatrzylismy jednak na ludzi, ktorzy przyjechawszy prosto z rejsu, gdzie nie spodziewali sie raczej wycieczek w deszczu, owijali sie czymkolwiek, nawet plastikowymi torbami ze sklepow, w rozmiarze XXL. :O My bylismy zaopatrzeni zarowno w kurtki przeciwdeszczowe, jak i w parasole. Poza tym przyjechalismy spory kawalek, a nastepnego dnia ruszalismy na kolejny kemping, skad na Everglades bedziemy miec 3-krotna odleglosc, nie wiadomo kiedy znow wrocimy w te strony... Dodatkowo Potworki oprotestowaly potencjalny powrot, twierdzac, ze oni chca zobaczyc aligatora (:D) i uznalismy, ze raz kozie smierc, zostajemy. :)
Potem tylko 20 minut czekania w kolejce po bilety i godzinka (nie zebym liczyla... ;P) juz w konkretnej kolejeczce do atrakcji i moglismy wsiadac do lodzi. ;) Sama lodz byla juz nie lada atrakcja, bo nie byla to zwykla lodeczka z motorem, tylko tzw. airboat, czyli miala z tylu ogromny wiatrak pchajacy ja do przodu.

Potworki przed tylem "naszej" lodzi. Widac wiatrak i krzeselko kierowcy. Dzieciaki jeszcze w plaszczach przeciwdeszczowych, ktore na szczescie za chwile mogli spokojnie zdjac

Takie lodzie na Everglades sa bardzo popularne, bo wiekszosc mokradla, poza glownymi rzekami jest dosc plytka i bardzo zarosnieta. Nazywa sie ja czasem river of grass, czyli "rzeka traw". Normalna lodz w wiekszosci miejsc po prostu utknelaby z zapchanym motorem. A tak, lodki, pchane przez wiatraki, slizgaja sie po trawie jak po lodowisku. :) Fajna przygoda, szczegolnie, ze nasz kierowca stanowczo nie zalowal przyspieszenia, a w dodatku robil gwaltowne zwroty, wiec lodz przechylala sie na boki, a woda pryskala na pasazerow. Jedyna wada byly decybele - taki wiatrak jest jednak bardzo glosny, a my siedzielismy bezposrednio przed nim. Wraz z biletami, dostaje sie na szczescie zatyczki do uszu. :D

Nik dodatkowo przytykal uszy, a Bi trzyma aparat w pogotowiu. Te polaroidy to byl szal wsrod swiatecznych prezentow, ktory przeszedl w rozpacz, bowiem zdjecia robi kiepskie, szczegolnie w jasnym swietle na zewnatrz :/

Szalona jazda po mokradle to tylko jedna czesc atrakcji. W wielu miejscach nasz kierowca wylaczal wiatrak, lodz plynela sobie spokojnie wraz z pradem, a facet snul opowiesc o geologii, florze oraz faunie Everglades, ktora jest naprawde unikatowa i nie dziwota, ze miejsce to zostalo parkiem narodowym. No a poza tym, wypatrywalismy zwierzat. Kierowca na samym poczatku uprzedzil, ze poniewaz trafilismy na deszczowy, chlodniejszy dzien, zwierzaki sa raczej pochowane i szanse na znalezienie ich sa utrudnione. Wszyscy oczywiscie wypatrywali aligatorow. ;) Na szczescie te sa mocno terytorialne, wiec kierowcy lodzi wiedza gdzie mniej wiecej ich szukac i nazywaja je po imieniu. My mielismy szczescie, bo dwa (samiec i samica, podobno dwa samce nie plywalyby tak zgodnie) przeplynely przy samej lodce!

Takie tam... okazy :D

A! Jeszcze pare slow o pogodzie. Jak pisalam, kiedy dojechalismy na miejsce, lalo jak z cebra. Zreszta padalo od rana. Napisalam jednak na poczatku, ze w tym pechu z pogoda na urlopie, mielismy tez sporo szczescia, bo slonce trafialo nam sie jak slepej kurze ziarno akurat wtedy, kiedy najbardziej go potrzebowalismy. Tak bylo i tym razem. Przyjechalismy na miejsce - lalo. Stalam w kolejce za biletami - jakby ktos odkrecil weza ogrodowego. Stanelam w kolejce do lodzi - padalo. Czekanie bylo jednak dluuugie. M. strasznie psioczyl, ze akurat musiala nam sie trafic wycieczka z rejsu, ale chociaz czekanie, szczegolnie ze znudzonymi dziecmi, bylo wkurzajace, to okazalo sie zbawienne. Gdybysmy przyjechali w spokojny dzien, jak nic plynelibysmy lodzia w deszczu, woda chlastala by nas po twarzach, wszyskie zwierzaki bylyby pochowane, a my marzylibysmy tylko o powrocie do bazy. ;) Tymczasem, w czasie naszego dlugasneeego czekania, stopniowo przestalo padac, kiedy plynelismy lodzia zmoczyla nas krotka mzawka, a po chwili slonce zaczelo sie przebijac przez chmury. Zanim doplynelismy z powrotem, przygrzewalo juz az milo. Dzieki temu chyba tamte dwa aligatory wyplynely z ukrycia. Zapewne chcialy zgromadzic troche energii slonecznej...
Po powrocie do bazy, dalsza czesc atrakcji. Wszyscy przeszli na "arene", gdzie facet opowiadal i pokazywal aligatory oraz krokodyle. Od 3-letnich maluchow:

Maluszek, malutenki po prostu... ;)

Po takie "troche" starsze. Przekonywal przy tym, ze florydzkie aligatory przyzwyczajone sa do polowania na mala zwierzyne i przed ludzmi raczej uciekaja, niz atakuja.

Uciekaja czy nie, ja wolalabym raczej nie spotkac zadnego oko w oko ;)

Widac to bylo zreszta na przykladzie jego "kolezanki", ktora co prawda syczala ostrzegawczo i otwierala paszcze, ale caly czas probowala go ominac i wrocic do zagrody z sadzawka, z ktorej to facet wyciagnal ja wczesniej... za ogon. :O
Po pokazie, za dodatkowa oplata, kazdy mogl zrobic sobie zdjecie z tym mlodszym aligatorkiem. My z M. mamy juz takie zdjecia sprzed 11 lat, poza tym zal bylo mi malucha przekladanego z rak do rak, wiec odpuscilismy, ale Potworkom nie pozalowalismy.

Spokojnie, to z tylu to nie jest zywe! ;)

Oboje byli niesamowicie ucieszeni, szczegolnie Bi, ktora gadzina wrecz zachwycila. :D

"Mamusiu, on byl taki slodki i mieciutki!". Tiaaa... Niech by poczekala ze 3 lata, zobaczylaby jakie "to" slodkie urosnie :D

Potem pozostalo juz tylko pokrecic sie po terenie, poogladac aligatory wygrzewajace sie w zagrodach na sloncu, kupic pamiatki (dla rodzicow magnes, dla dzieci duperele w stylu dlugopisow z aligatorami) i mozna bylo ruszyc z powrotem. W tamtym miejscu jest tez kafejka gdzie mozna kupic m.in. kanapke z ogonem aligatora, ale sie nie skusilismy. Jedlismy poprzednim razem i moge Wam napisac, ze aligator smakuje jak kurczak, tylko bardziej gumiasty i zalatujacy blotem. ;)

Poniewaz byl to juz nasz ostatni dzien w Miami, wieczorem postanowilismy wybrac sie nad ocean. Jak napisalam gdzies wyzej, miasto to jest po prostu ogromne, a siec autostrad poraza. Gdzie sie nie ruszalismy, to sie gubilismy. Nie pomoglo, ze trwaja tam rozlegle remonty, wiec linie sa poblokowane i caly system jest pozmieniany. Nawigacja nie nadaza za zmianami i po kilku dniach przywyklismy sie juz, ze np. odtrzega przed poborem oplat za przejazd autostrada, ja wyciagalam ze schowka czujnik, ktory upowaznia do przejazdu (mozna go przyczepic do szyby, ale nie w aucie M. - dluga historia), a tymczasem skanerow na horyzoncie ani widu ani slychu. Kiedy jechalismy do zoo, nawigacja kazala nam wziac zjazd # 16. Coz, okazalo sie, ze po tej stronie autostrady zjazdu o takim numerze nie bylo. :D Musial byc tam kiedys, ale go zlikwidowano, natomiast nawigacja nie podazyla za "duchem czasow". ;)
Podobnie, jadac nad ocean, ktory na mapie wydawal sie byc tuz-tuz, a w nawigacji pokazalo ponad 1/2 godziny jazdy, mielismy wziac zjazd, gdzie bylo kilka lini, a kiedy juz sie go wzielo, poznikaly oznaczenia i zamiast w centrum, wyladowalismy... na lotnisku. :O Tam, wiadomo, korek, tlok, bo ludzie odwoza krewnych, odbieraja krewnych, samochody, busy, autobusy... Koszmar i 20 minut w plecy. Kiedy dojechalismy w koncu na plaze, bylo juz po zachodzie slonca, a doslownie 10 minut pozniej straznik podjechal, zeby powiedziec, ze zamykaja. :/ Probowalismy porobic zdjecia pieknego, wzburzonego oceanu, ale mimo, ze mial on ladny, niebieski kolor, to przy niewystarczajacej ilosci swiatla, zupelnie nie wyszedl on na zdjeciach.

Potworki i tak byly zachwycone wiatrem i ogromnymi falami

A kolejnego dnia wyruszylismy jeszcze dalej w kierunku poludniowym... Ale to juz osobna historia. :)

CDN

środa, 8 stycznia 2020

Chyba najbardziej luzackie Swieta odkad poszlam "na swoje"

Witam Moje Drogie w Nowym Roku! Nie przepadam specjalnie za podsumowywaniami Starego, moze dlatego, ze jako ksiazkowa pesymistka zauwazam czesciej te gorsze strony, a nie lepsze... A 2019 byl... kiepski. Pierwszy kwartal zaznaczyl sie kolejna stracona ciaza, ostatni biochemiczna. W dodatku dopadla mnie w koncu cholerna 40stka i choc po drodze zdarzylo sie wiele milych chwil oraz odbylismy mnostwo fajnych wycieczek, to ciesze sie, ze tamten rok sie juz skonczyl. I, z wrodzonym sobie "optymizmem",  drze cala aby ten nowy nie byl gorszy. Nic nie poradze, im jestem starsza, tym wieksza jestem fatalistka. Juz od dawna nie cieszy mnie uplyw czasu,  a nowy rok nie jest dla mnie "czysta kartka" i nowym poczatkiem, lecz swiadectwem jak ten czas zapieprza coraz szybciej. I zamiast cieszyc sie chwilami z bliskimi i tym, ze nadal ich przy sobie mam, przeraza mnie, ze zycie jest tak potwornie kruche i nie wiem ile czasu nam pozostalo.

Tak wiec tego... Nie jestem ostatnio w zbyt kolorowym nastroju, choc zyje jak codzien i chyba tego po mnie nie widac. Czasem nawet ja sama sie zapomne i odczuwam zwyczajna radosc z chwili... Zeby wiec zyczenia noworoczne, ktore z zalozenia powinny przeciez byc pozytywne i cieple, nie byly tak ponure, wrzucam Wam obrazek skopiowany bezczelnie z "internetow". ;)


Urocze, prawda? :D

W tytule napisalam o Swietach bez spiny. Jak spedzilismy wiec Boze Narodzenie?

Swieta byly... luzackie, po prostu nie da sie tego lepiej okreslic. Wiele osob pisalo lub pisze, ze spedzilo je bez spinania sie i presji, ale tak jak my, spedzil je chyba malo kto (oczywiscie wsrod osob, ktore Boze Narodzenie w ogole obchodza). U nas ogolnie zazwyczaj jest spokojnie, bo mamy ledwie 6 osob na Wigilii (bylo 7 zanim ciotka M. wrocila do Polski), ale w tym roku pobilam wszelkie rekordy. Nie robilam gruntownych porzadkow. Posprzatalam jak zwykle, czyli odgruzowalam po lepkach. Zadnego mycia okien czy sprzatania w szafach (choc przydaloby sie). Upieklam sernik oraz chlebek bananowy (w pierwszy dzien Swiat, wiec chyba sie nie liczy ;P) i to byl moj caly wklad. Maz moj usmazyl rybe oraz "ugotowal" barszcz. W cudzyslowiu, bowiem, mimo, ze dalam mu liste zakupow, kupil barszcz w kartoniku oraz koncentrat, a o burakach... zapomnial. :O Zorientowalismy sie dopiero w Wigilie, wiec trzeba bylo wszystkie te sztucznosci rozcienczyc woda oraz doprawic i jakos sie zjadlo. Nawet smaczne bylo. ;) Do tego kupne uszka, (rowniez kupne) koreczki sledziowe oraz gotowa mieszanka salatkowa. I to byla nasza Wigilia. Tak naprawde zaprosilismy mojego tate oraz chrzestnego Potworkow tylko dla dzieci, zeby podtrzymac choc troche te swiateczna magie i otoczke.
Nie myslcie jednak, ze to jakis bunt i rezygnacja ze Swiat czy z tradycji, co to, to nie! Po prostu tak wyszlo, a dlaczego napisze pozniej. Teraz chce opisac troche te nasza namiastke Swiat, zeby cos zostalo na pamiatke.

Skonczylam ostatnio na przedswiatecznym piatku.
Weekend uplynal spokojnie. Troche odgruzowywalam chalupe, a troche juz nie pamietam co robilam. ;) W sobote zabralam Potworki na trening na basenie. Wyjatkowo, Bi sie nie chcialo, ale Nik pojechal chetnie i jego entuzjazm chyba udzielil sie siostrze. ;) W niedziele zas, pojechalam z dzieciakami na lyzwy.

Zaskoczona jestem, ze w tle widac jeszcze troche sniegu. Teraz nie pozostalo po nim ani sladu, zas temperatury mamy niemal wiosenne...

Tu nie chcialo sie mi, ale wiedzialam, ze przez kolejne 2 tygodnie (teraz okazalo sie, ze przez 3) Potworki nie beda mialy okazji zalozyc lyzew, wiec sie zmusilam. No i dla zabicia czasu. ;)
W poniedzialek siedzialam w domu bo szkoly byly juz zamkniete, ale poznym popoludniem ponownie zabralam Potworki na trening na basenie. Tu protestowali juz oboje, ale bylam nieugieta. ;) Chcialam wreczyc trenerom drobne upominki z okazji Swiat. Chlopaki wpisali sie juz jako staly element w nasza codziennosc, a przy tym raczej kokosow jako trenerzy nie zarabiaja. Chcialam okazac im wiec choc odrobinke wdziecznosci za cierpliwosc i wsparcie okazywane tej bandzie malych potworow (i nie mam tu na mysli wylacznie wlasnych). I ciesze sie, ze to zrobilam, bo trenerzy byli wyraznie mile zaskoczeni, a z calej grupy poczatkujacych zauwazylam tylko jeszcze jedna mame rozdajaca im upominki. Potworki zas tez skorzystaly, bo z okazji ostatniego treningu przed Swietami, zamiast cwiczyc style, dzieciaki mialy gry i zabawy w wodzie. :)

Cala poczatkujaca banda slucha zasad gry ;)

Poznym wieczorem upieklam serniczek, bo czego jak czego, ale bez sernika Bozego Narodzenia sobie nie wyobrazam. Jest dla mnie rownie wazny co barszcz, ryba i pierniki. ;) No i jest to ciasto, ktore u nas znika blyskawicznie, bo przepada moj tato, ja sama oraz Bi. Tylko Nik nie tyka. :)
Kiedy cale towarzystwo w koncu padlo, zajelam sie pakowaniem prezentow. Zabraklo mi papieru do pakowania i musialam uzyc torebek, co bylo mi kompletnie nie na reke, bowiem mialam co do paczek pewien plan. Musialam uzyc spinacza, co okazalo sie problematyczne przy grubych, ozdobnych torebkach. Cholera by to wziela. :D  Potem mialam problem, gdzie pochowac wszystkie paczki i torby. W starym domu mielismy wielka piwnice, do ktorej dzieciaki praktycznie nie wchodzily, ktora w dodatku miala wielkie polki az po sufit i mozna bylo tam bez problemu cokolwiek schowac przed ciekawskim wzrokiem. W obecnym domu piwnica jest mala, bo polowe zajmuje garaz. Dodatkowo jest podzielona na dwa pokoje - jeden z telewizorem i zabawkami, a drugi przeznaczony wlasnie na graciarnie. Problem w tym, ze jest ona naprawde mala, ma niewiele polek i praktycznie zero schowkow, drzwi sie nie zamykaja, a Potwory juz dawno wyczaily, ze mozna tam znalezc rozne interesujace rzeczy schowane przez rodzicow. Mialam wiec niezla zagwozdke gdzie schowac sterte paczek i torebek z wyraznym, swiatecznym akcentem. ;) W koncu wszystko pochowalam w plastikowe kubly i zastawilam prowizorycznie pudlami, choc zeszlo mi do polnocy. ;)

Caly wigilijny dzien zlecial szybko, z Nikiem dopytujacym kiedy w koncu przyjda goscie i Mikolaj. Marudzil strasznie, ze kiedy, no kiedy i kieeedy.
Teraz wyjasnie Wam, dlaczego tak skrzetnie pakowalam paczki oraz zszywalam torebki. Otoz, nie wiem skad, ale Nik zaczyna miec spore watpliwosci co do Mikolaja. Nie Bi - starsza, tylko ten maluch. A zaczelo sie juz ze dwa lata temu, kiedy mial raptem 5 lat i powinien wszystkie basnie i legendy lykac bez mrugniecia okiem. ;) Nik to, na szczescie, choc w tym wzgledzie chyba na pecha, bystre dziecko, przenikliwe i szybko laczace fakty. Od urodzenia dzieciakow robilismy to tak, ze wychodzilam z Potworkami na dwor lub, jak rok temu, kiedy zmogla mnie jelitowka, do drugiego pokoju, wypatrywac czy Mikolaj nie leci w saniach, a w tym czasie M. oraz moj tata i A., wybiegali do samochodu (tudziez piwnicy) po prezenty, podkladali je pod choinke i wolali, zeby sie pospieszyc, bo Mikolaj wlasnie sie pojawil. Oczywiscie zanim dzieciaki wbiegly po schodach, okazywalo sie, ze gosc w czerwonym kubraku juz musial leciec dalej. ;) Niestety, wszyscy podkladajacy traktowali to zawsze jak dobra zabawe, nie silac sie zupelnie na zachowanie dyskrecji czy wzglednej ciszy. Potwory slyszaly wiec trzaskanie drzwi wejsciowych oraz samochodowych, tupot nog i podniecone glosy i smiechy. Ktoregos roku w dodatku, ktos wypuscil psa, ktory przylecial do nas, po czym polecial za dom, gdzie reszta wlasnie przynosila upominki z aut. Nik pobiegl za Maya i choc natychmiast go zlapalam i odciagnelam, to cos musial przyuwazyc i skojarzyc fakty, bo od tego czasu zadawal mase niewygodnych pytan. Od oczywistego: "Czy ten Mikolaj naprawde istnieje?", poparte dodanym ze zmarszczonym czolem: "Tell me the truth!" [powiedz mi prawde!], az po: "A dlaczego nie mozemy na Mikolaja czekac w pokoju, ze wszystkimi?" "A moge sie cichutko zakrasc zeby zobaczyc Mikolaja?", "A czemu nie?", "To ja szybko wybiegne i mnie nie zlapiesz!". :O Te pytania oraz grozby, ze on i tak wpadnie znienacka do domu zeby tego Mikolaja przydybac, wracaly nie tylko w okolicy Swiat, ale przez caly rok. Stwierdzilam, ze ciezko bedzie mi ciagnac dluzej te farse i postanowilam zmienic taktyke. Polecilam tacie oraz chrzestnemu dzieci, zeby przyniesli paczki po prostu do domu i powiedzieli, ze Mikolaj je u nich zostawil. Nasze postanowilam "zalatwic" inaczej, sciagajac zreszta pomysl od niektorych z Was. ;)

W koncu pojawil sie wujek z torebkami z prezentami i... tu dopiero Mlodszy strzelil focha, kiedy postawilam je pod choinka i zabronilam ruszac. Mimo, ze pilnowalam i odganialam jak moglam, Potwory krazyly wokol tych paczek i usilowaly zagladac do srodka. Przewidzialam taki scenariusz... teraz juz wiecie dlaczego nasze spielam zszywaczem. :D

Pomimo permanentnego wigilijnego focha, Nik zgodzil sie jednak zapozowac pod choinka ;)

Musze tez nadmienic, ze A. zjawil sie niespodziewanie godzine wczesniej (nie wiem co mu strzelilo do glowy), kiedy jeszcze bez makijazu i w szlafroku po prysznicu, nakrywalam do stolu. :O Rzucilysmy sie z Bi do gory wciagnac przygotowane kiecki i umalowac oko (to ja, Bi nie ;P), przymusilam tez nadal obrazonego Kokusia do zalozenia koszuli. Pojawienie sie wujka oraz pierwszych prezentow stalo sie jednak korzystna dla mnie dywersja i moglam wprowadzic wlasny plan prezentowy w zycie. Wymknelam sie cichutko do piwnicy i popedzilam zeby powyciagac pochowane prezenty. Tym razem postanowilam bowiem podrzucic je bezposrednio pod drzwi. W tym celu musialam okrazyc caly dom i to od tylu, balam sie bowiem, ze jesli pojde frontem, ktos przyfiluje mnie przez jedno z okien. ;) Przy drzwiach tez mamy waskie okienko i cale szczescie, ze zadne z Potworkow tamtedy akurat nie przechodzilo. Jesli jednak ktos z sasiadow przypadkiem patrzyl przez okno, musial miec niezly ubaw ze mnie wdrapujacej sie pod gore z boku domu, kiedy nogi slizgaly mi sie na reszcie zmrozonego sniegu. ;) Zeszlo mi na 3 tury, balam sie bowiem, ze albo upuszcze ktorys pakunek na mokry grunt, albo wywine orla w obcislej spodniczce i ponczochach! ;) Kiedy juz wszystkie prezenty znalazly sie pod drzwiami, rozwazylam zadzwonienie do drzwi i umkniecie. W koncu jednak sobie odpuscilam, bo: 1) balam sie, ze albo ktos mnie zauwazy, uciekajaca wokol tui, albo tam fikne koziolka, 2) chcialam sie upewnic, ze Potwory nie otworza prezentow, a nie ufalam M., ze ich powstrzyma, bowiem przez wczesniejszy przyjazd A. nie udalo mi sie wtajemniczyc go w moj plan, 3) gdyby M. dzieci nie powstrzymal, bardzo chcialam byc przy rozpakowywaniu prezentow.
W koncu wrocilam do domu i czekalam az ktores z Potworkow wyjrzy przez okienko i samo zauwazy prezenty. A oni, chociaz caly dzien snuli sie od okien do drzwi, teraz przestali. Dopiero kiedy przyjechal moj tata i zawolalam, ze dziadek w koncu sie zjawil, polecieli do drzwi. Padlam ze smiechu na ich zszokowane miny! Nie przewidzialam tylko jednego scenariusza. Nik oczywiscie chcial jak najszybciej wziac paczki do domu i obrazil sie, kiedy powiedzialam, ze do wieczerzy te rowniez laduja pod choinka.

Natomiast Bi... Rozplakala sie, ze paczki musza zostac na zewnatrz, bo moze Mikolaj je tylko tam zostawil, zeby pozniej wrzucic przez komin albo przyniesc w nocy (klaniaja sie opowiesci amerykanskich kolegow), a jak je wezmiemy to obrazi sie i zabierze prezenty!

Takiej reakcji to sie nie spodziewalam! :D

Troche mi zajelo przekonanie jej, ze skoro Mikolaj zostawil paczki pod drzwiami, to po prostu nie mial czasu wejsc, ale na pewno sa dla nas i juz ich nie zabierze. Na to Bi pyta dlaczego nie zadzwonil dzwonkiem i nie zostawil paczek pod samymi drzwiami, tylko z boku?
Wlasnie, dlaczego? :D Dlatego, ze matka nie chciala zblizac sie za bardzo do szyby, ale dziecko wiedziec tego nie musi. ;) Tu na szczescie przyszedl mi nieswiadomie z pomoca Nik stwierdzajac, ze pewnie Mikolaj nie chcial zeby paczki sie przewrocily przy otwieraniu drzwi sztormowych, ktore otwiera sie na zewnatrz. ;)
W koncu zawarlysmy kompromis, ze paczki wniesiemy do domu po wieczerzy, zeby dac Mikolajowi ewentualny czas na ich zabranie.
Heh, dopiero bylby placz gdyby zniknely, a zlosliwy chochlik podpowiadal mi, zebym zrobila dzieciakom takiego psikusa. :D
Na szczescie teraz bylismy juz w komplecie, pozostalo wiec tylko zasiadniecie do stolu, przelkniecie malego co nieco i Potwory mogly wniesc reszte pakunkow i otworzyc upragnione prezenty. Jedzenie oczywiscie slabo im wchodzilo i zamiast konsumowac, chodzily wokol czworki doroslych dopytujac czy mozemy juz przejsc do salonu w celu rozdania prezentow. ;)

Kiedy w koncu wnosilam z Potworkami prezenty spod drzwi, wynikla smieszna sytuacja. Klarko, usmiejesz sie, jak to przeczytasz, bo sama pisalas niedawno o czyms podobnym. ;) Otoz, dzieciarnia oczywiscie nie mogla sie powstrzymac, zeby sprawdzic dla kogo jest kazda z paczek, odczytywaly wiec karteczki z imionami. Spostrzegawcze male bestie szybko zauwazyly, ze brakuje prezentu dla dziadka. A mnie az zmrozilo, bo przeciez upominek dla mojego taty wlasnorecznie pakowalam! I nie byl on malutki, bo dziadek dostal spore, portretowe zdjecia Potworkow oprawione w rame, wiec jego torba byla jedna z najwiekszych! :O Teraz pytanie - gdzie ja te torbe wsadzilam, ze zapomnialam o niej przy przenoszeniu prezentow pod drzwi?!
Rzucilam sie do piwnicy i zaczelam przewalac pudla. Na szczescie prezent zlokalizowalam w miare szybko. Schowal sie, skubaniec, w plastikowym kuble na ozdoby swiateczne. Zostalo w nim pare rzeczy, ktorych w koncu nie wyjelam, wiec w czerwono - srebrnej torebce ladnie sie zakamuflowal. :D Teraz problem, jak podlozyc do cichcem pod choinke. Na szczescie Potwory wyglupialy sie z dziadkiem i korzystajac z lekkiego zamieszania i smiechow, udalo mi sie postawic torbe przy drzewku. Pozniej oczywiscie Nik zauwazyl, ze tej torby wczesniej nie bylo i cos tam mruczal pod nosem, ale ze byla to juz pora rozdawania prezentow, olal to szybko i zapomnial. :) Z tym cholernym prezentem w ogole mialam pecha, bo kiedy Potwory wreczaly upominki, okazalo sie, ze brakuje na niej karteczki z imieniem! A wiem, ze ja przyklejalam i jeszcze wyciagajac schowany prezent upewnilam sie, ze jest dla taty, martwiac sie, ze jeszcze o jakiejs paczce zapomnialam! Potem jednak nioslam go z piwnicy po ciemku, zgasilam bowiem swiatlo na schodach, zeby Potworki nie zorientowaly sie, gdzie jestem. I gdzies po drodze musialam zahaczyc i karteczke odkleic. Do dzis jej jednak nie znalazlam. Ja oczywiscie wiedzialam dla kogo jest paczka, wiec przy rozdawaniu prezentow polecilam Kokusiowi wreczyc ja dziadkowi, na co oczywiscie uslyszalam zdziwione "A skad wiesz, ze to dla dziadzia?". :D Na szczescie, nie mogac sie juz doczekac otworzenia wlasnych pakunkow, nie zwrocil uwagi na moja odpowiedz, ze "po prostu wiem". ;)

Potwory w roli "Mikolajow" rozdajacych podarunki ;)

Nie mam ani jednego wyraznego zdjecia z tej chwili :D

Pozniej nastapilo normalne wariactwo, kiedy Potwory rozrywaly z entuzjazmem papier i odkrywaly kolejne cuda! ;) Kolejny juz rok wyglada na to, ze byly bardzo grzeczne, choc ja mialabym nieco odmienne zdanie na ten temat. :) Nikowi trafily sie dwa zdalnie sterowane auta, z ktorych jedno w dodatku moze bez uszczerbku przejezdzac przez wode oraz (rowniez zdalnie sterowana)... lodz podwodna! :D Furore zrobila tez "Moja wlasna wielka paczka zelkow!!!". :D
Bi dostala interaktywnego pieska i wymarzona lalke - American Girl Doll. O takiej lalce marzy predzej czy pozniej kazda amerykanska dziewczynka i Bi nie jest tu wyjatkiem, choc oprocz Barbie, za lalkami ogolnie nie szaleje. Lalki te sa dostepne w calej gamie kolorow skory oraz tekstury i odcienia wlosow, tak, zeby kazda dziewczynka znalazla jak najbardziej podobna do siebie. Ja tez wybralam dla Bi dlugowlosa blondynke i choc szkoda bylo mi takiej kasy za cos, co wedlug mnie jest niczym specjalnym ($150 za duza, ale jednk tylko lalke), to przelknelam to jakos. ;) Moja (juz nie taka) mala coreczka konczy w tym roku 9 lat, wiec jak dlugo bedzie sie jeszcze interesowac lalkami? Raczej niedlugo, wiec niech sie cieszy. ;)

Kolejne zdjecie niewyrazne, ale szalona radosc widac i bez ostrosci ;)

Zreszta, alternatywa byl punkt drugi z listy do Mikolaja, a bylo to... PonyCycle! :O Mozecie wyguglowac co to zacz, ale w wielkim skrocie to pluszowy kon, cos jak niegdysiejsze konie na biegunach, tyle, ze zamiast biegunow ma kolka i pod wplywem podskakiwania dziecka, porusza sie do przodu. W kazdym razie, ta "sensacja" w rozmiarze zdolnym udzwignac Bi, kosztuje, bagatelka, okolo $400, a wyglada dla mnie na taki "pic na wode, fotomontaz". No nie wierze, ze porusza sie to jakosc sprawnie i watpie, zeby Bi zbyt czesto na tym jezdzila po naszych wertepach, zas na dom ustrojstwo jest stanowczo za duze. Uznalam, ze raczej przelkne juz tez 150 dolcow za lalke. ;) A Bi, choc brak konika zauwazyla, a jakze, to jednak lalke pokochala miloscia natychmiastowa. A ze dokupilam jej jeszcze ubranko na zmiane, hulajnoge oraz zestaw identycznych pizamek - dla Bi oraz dla lalki (ktora otrzymala imie Sophia ;P), to w ogole jest pelnia szczescia. ;)

Reszta Wigilii uplynela na dzikiej jezdzie jednego z Kokusiowych aut oraz skladaniu do kupy drugiego, bo okazalo sie, ze to zadanie przeroslo 7-latka. Lodz podwodna musiala jeszcze poczekac na swoj czas. ;)
A! Pstryknelismy sobie nasze doroczne rodzinne zdjecie i wyobrazcie sobie, ze moj malzonek polecial specjalnie przebrac koszule! Choc raz nie bedzie w dziurawym t-shircie! :D

Ha! Calkiem przyzwoicie wyszlo! A Potwory co roku wyzsze... :O

Jak na takie male grono, talerzy oraz talerzykow uzbieral sie caly zlew, wiec jak co roku, podziekowalam losowi za zmywarke w domu. ;) A kiedy tata oraz A. pojechali, klapnelam na kanape, cieszylam sie, ze choc raz nie przyplacilam Swiat wzdeciem i czekalam na pasterke. W tym roku bowiem wiedzielismy, ze nie damy rady pojechac na msze w 1 dzien Swiat, postanowilismy wiec zbrac Potwory na pasterke. Na szczescie w pobliskim kosciele maja taka wczesniejsza, na 22. A i tak Nik zasnal w czasie mszy. :D Zreszta, nie tylko on. Zaobserwowalam kilkoro innych malolatow, pochrapujacych w szalik lub podpierajacy zwisajaca glowe reka, ktora co chwila gwaltownie opadala. ;) A msza byla naprawde piekna, uroczysta, chociaz po angielsku. Zreszta, na Boze Narodzenie jest wiele pieknych, anglojezycznych utworow, takich prawdziwych koled, ktorych w radiu, kochajacym niesmiertelne Last Christmas, sie nie uslyszy.
Po takim wieczorze pelnym wrazen, Potwory pomaszerowaly prosto do lozek. Nawet mycie zebow im odpuscilam. ;) M., ktory rano byl jeszcze w pracy, wiec wstal o 3:30, rowniez padl, a ja jeszcze chwile poczekalam, zeby upewnic sie, ze nikt juz nie wstanie na siusiu, piciu czy co tam jeszcze i zapakowalam dodatkowe drobiazgi do skarpet wiszacych na kominku. Rok temu zrobilam to troche dla jaj, ale w tym dzieciaki juz tego oczekiwaly, wiec nie chcialam ich zawiesc. Zreszta, dostali tylko pare drobiazgow, jak szczoteczki do zebow na baterie, po malej maskotce i troche slodyczy. Nic specjalnego, ze dla nich to radosc nie z tej ziemi. :)

Mialam pisac dalej o przerwie miedzyswiatecznej, ale opowiesc Wigilijna wyszla mi niespodziewanie dluga (a mam wrazenie, ze nic takiego sie nie dzialo i moglabym ja podsumowac w kilku zdaniach!), wiec poki co koncze.

Na zakonczenie dodam tylko maciupenka zapowiedz tego, o czym bedzie kolejny post.
Ciekawi Was dlaczego nie moglismy pojechac do kosciola w 1 dzien Swiat oraz co robilam pomiedzy lyzwami, treningami oraz niklymi przygotwaniami do swiat? Napisze tylko, ze sie... pakowalam!
Zaraz w Boze Narodzenie, ruszalismy bowiem w droge! ;)

sobota, 21 grudnia 2019

Codzienno - szkolno - pogodowe wspominki i dygresje, czyli ostatni post przed Swietami

Post potwornie dlugi, bo mimo, ze zaczelam od jednego, opisalam w koncu calutkie dwa tygodnie. Ale za to najprawdopodobniej odezwe sie dopiero w nastepnym roku (haha), wiec prosze mi wybaczyc. ;) Mam tez nadzieje, ze doczytacie do konca (bo na koncu sa zyczenia :D). W razie czego, po prostu zjedzcie na sam dol strony i przeczytajcie tylko je. ;)

*

Skonczylam na szalonym pierwszym (pelnym) weekendzie grudnia. Jak wspomnialam ostatnio, kolejne dni byly duzo spokojniejsze, caly tydzien jednak uplynal pod znakiem zmian w grafiku. ;)

W poniedzialek jeszcze normalnie, szkola, praca, trening druzyny plywackiej. Po szkole czas na zjedzenie obiadu, potem odrabianie lekcji. Pedem na trening, a po treningu juz godzina 19, czyli pora na kolcje i do spania. Zwyczanie poniedzialkowo. :)

We wtorek rano urwalam sie z pracy i popedzilam do szkolnej biblioteki. Tym razem przypadla kolej klasy Bi. Szkoda, ze jej wizyta w bibliotece przypada na takie glupie godziny poranne, ze musze wymykac sie z pracy krotko po przyjsciu do niej. Na dluzsza mete nie widze w tym sensu, a bardziej utrapienie, wiec raczej od nowego roku dam sobie spokoj. Radosc w oczach Potworkow kiedy widza mnie w szkole, jest bezcenna, ale w pracy tez nie moge za bardzo przeginac. ;)

W srodku dnia bilam sie z myslami, bo straaasznie nie mialam ochoty na gromade "dzikich" dzieci w domu, a z drugiej strony Bi i jej przyjaciolka prosily od kilku tygodni o playdate. Teraz psiapiolka z rodzina miala wyjechac do Indii na 3 tygodnie (to nasi sasiedzi - Hindusi), wiec dziewczyny nie beda sie widziec niemal do polowy stycznia. Wtorek to jedyny poza piatkiem dzien, kiedy Potworki nie maja zajec pozalekcyjnych, wiec pomyslalam, ze "teraz albo nigdy". W koncu napisalam do sasiadki zapraszajac ja na kawe, a dziewczyny na zabawe, czesciowo majac nadzieje, ze odpisze mi, ze sa zajeci. :D
Niestety - stety, sasiadka odpisala, ze przed wyjazdem ma mnostwo spraw do zalatwienia, ale corki moze podrzucic opiekunka. ;) M., slyszac, ze wieczorem bedziemy miec gromadke piszczacych dziewczynek, plus Kokusia, ktory do cichych tez nie nalezy, zmyl sie na silownie i zostalam na placu boju sama. ;) Co zreszta ma dobre strony, bo sama mam duuuzo wiecej cierpliwosci do biegajacych i wrzeszczacych dzieci.
Nie przewidzialam jednak jednego. Mianowicie, mimo ze Nik ogolnie lubi nasze sasiadki, poczul sie urazony i rozgoryczony, ze w jego urodziny przyszly kolezanki Bi, a nie jego koledzy. I w sumie mial racje, choc ja zapraszajac je, zupelnie nie myslalam o odwiedzinach w kontekscie urodzin Kokusia. Wstyd, matka!
Dzien wczesniej specjalnie upieklam dla Nika brownie, o ktore prosil juz od jakiegos czasu, wiec zaprosilam wszystkie dzieciaki do stolu, wsadzilam w kawalek swieczke, dziewczyny zaintonowaly Happy Birthday to You i chyba ta chwila uwagi pocieszyla Kokusia, bo potem juz nie zglaszal pretensji. ;)

Nik zdmuchuje swieczke po raz pierwszy... ;)

A jak juz udalo mi sie zebrac dzieciaki przy stole, to w ramach nieco spokojniejszej aktywnosci, wyciagnelam upieczone wczesniej ciasteczka, lukier w tubkach oraz posypki i dalam im wolna reke w dekorowaniu. ;)

Nik i A. co chwila scigali sie do miseczki z ta sama posypka, a Bi oraz Mniejsza A. dekorowaly w spokoju i skupieniu ;)

Te opaski z uszkami Potworki dostaly rok temu w hotelu z parkiem wodnym i caly czas sa ich ulubiona dekoracja glowy :)

W srode oraz czwartek pracowalam krocej bowiem dzieciaki konczyly dwie godziny wczesniej z powodu szkolen dla nauczycieli. Traf jednak chcial, ze we wtorek w nocy znow sypnelo sniegiem. Cos sniezny ten grudzien w tym roku...
W kazdym razie tym razem przechodzacy front byl slaby, a temperatury okolo 0, wiec nie zapowiadano niewiadomo jakiego kataklizmu. Wiedzac, ze lekcje juz byly skrocone, zakladalam, ze albo zaczna o normalnej porze, albo szkole po prostu zamkna. Tiaaa... Opoznili rozpoczecie lekcji o dwie godziny, a ze dzieciaki konczyly juz o 13:15, to pojechaly do szkoly na zawrotne 2.5 godziny! A ja na tylez samo do pracy, co bylo bez sensu, ale sklaniajac sie raczej ku normalnemu dniowi (tylko skroconemu), nie spakowalam sobie zadnych papierow do przejrzenia. Inaczej napisalabym po prostu, ze pracuje z domu. Podejrzewam jednak, ze wiem dlaczego szkole opoznili, zamiast zamknac zupelnie. Jak wspomnialam, lekcje konczyly sie wczesniej ze wzgledu na szkolenia dla nauczycieli. I jestem przekonana, ze o te szkolenia sie rozeszlo. Gdyby zamkneli szkoly kompletnie z powodu zlych warunkow na drogach, musieliby szkolenie przelozyc na inny dzien. Mysle, ze za wszelka cene chcieli tego uniknac. Nie przewidzialam tego, trudno. To byl w kazdym razie, jeden z moich najkrotszych pracujacych dni. Mialam wrazenie, ze tylko weszlam do biura i wyszlam. :)

Ta magiczna sceneria to... lasek okalajacy parking pod moja praca :D

Na skroconych lekcjach bardzo skorzystaly Potworki. Kupa sniegu, ktora spadla zaraz po Thanksgiving, zdazyla zostac zmyta przez ocieplenie i deszcz, ale dzieki swiezemu opadowi znow mogli szalec na bialym puchu. Nik nawet pytal, czy moze z naszej przydomowej gorki zjezdzac na nartach. Zrezygnowal dopiero jak powiedzialam, ze ja nie orczyk i go wciagac pod gore nie bede. ;) Za to w ruch poszly "dupki" oraz skutery.

Taka zima to ja rozumiem! ;)

Nie mowiac juz o tym, ze sroda oraz czwartek to sa dni, kiedy wpadaja tylko do domu zeby cos na szybko przelknac, po czym ja przylatuje z pracy i z marszu pakuje ich do auta i zabieram na basen (sroda) lub lyzwy (czwartek). Tym razem mieli czas zeby wrocic do domu, zjesc spokojnie obiad, pobawic sie na sniegu, odrobic lekcje i dopiero wyruszalismy z domu.

Z niewiadomego powodu, Potworki, z gorki po drugiej stronie domu, pod choinkam, przeniosly sie na te ponizej podjazdu, mimo, ze jest wyraznie krotsza

Niestety, spokojniejszy tryb dnia haniebnie Potworki rozleniwia i jakos tak utarlo sie, ze jak nie maja szkoly, nie jezdza tez na dodatkowe zajecia. W srode Nik tez urzadzil awanture, twierdzac, ze nie powinni jechac na plywanie, ale tym razem tupnelam noga. Bi miala miec w sobote zawody i kolejny trening byl jak najbardziej pozadany. ;)

W czwartek lekcje znow byly skrocone, ale chociaz zaczely sie o normalnej porze. Myslalam, ze wymigam sie od wolontariatu w bibliotece, ale zapytalam bibliotekarki (glupia ja! :D) jak to sie odbywa w krotsze dni. Okazalo sie, ze kiedy lekcje sa skrocone, caly grafik jest "uciety" do pol godziny. Zajecia w bibliotece odbywaly sie wiec o 10 minut krocej i zaczynaly o 12:15 zamiast o 13:05. Coz bylo robic. Szefa na szczescie nadal nie bylo, wiec wyszlam z pracy w poludnie, pojechalam do szkoly, a potem juz prosto do domu czekac na Potworki. ;)
Dzieciarnia przyjechala i po zjedzeniu obiadu poleciala oczywiscie na snieg.

Widzicie te lwia grzywe na glowie Bi? Dzien wczesniej, po kapieli kazalo sobie zaplesc warkoczyki ;)

Poznym popoludniem mieli lyzwy i tu o dziwo wcale nie protestowali! ;)

Bi cwiczy hamowanie...

A Nik jazde na jednej nodze ;)

Tego dnia przyszedl mroz i choc nie byl jakis ogromny, ot - 2, to stojac przy lodowisku, od ktorego ciagnelo az milo, mimo zimowej kurtki, rekawiczek oraz kaptura na glowie, przemarzlam do szpiku kosci. Pare minut kiedy dzieciaki oddawaly wypozyczone lyzwy i przebieraly sie w buty, nic mi nie daly, dalej cala sie trzeslam! A oni, jak zwykle, chcieli jeszcze chwile podziwiac trening hokeistow! :O Coz, dalam im cale dwie minuty na podziwianie zawodnikow zapierniczajacych po lodzie ile sil w nogach. Do domu mamy prawie 20 minut, w samochodzie ogrzewanie na maksa, a jak dojechalam nadal mialam wrazenie, ze nie czuje palcow u nog. ;) Cala reszte wieczora zajelo mi zeby sie znow zagrzac...

W piatek juz dzieciaki poszly do szkoly, a ja do pracy, na caly dzien. Wreszcie! :D Wieczor uplynal spokojnie i leniwie, bo kolejnego dnia Potworki nie szly do Polskiej Szkoly. W sobote rano bowiem, odbyly sie... pierwsze zawody plywackie w tym roku!

Bi z najlepsza kolezanka z druzyny

To znaczy, pierwsze dla Bi, bo tak naprawde to drugie. ;) Tydzien wczesniej byla inauguracja sezonu, ale ze tego akurat dnia byl Mikolaj w Polskiej Szkole, a pozniej zabawa bozonarodzeniowa w kosciele, wiec nie bylo mowy, zeby zamiast tego ciagnac Bi na zawody. Nie wybaczylaby mi tego. :D

Jak poszlo Bi? Hmmm... Trudno powiedziec w sumie. ;)

Chodzi o to, ze z przeciwnej druzyny, tylko 16 osob zglosilo sie na zawody i to glownie z najstarszych wiekowo grup. Z druzyny Bi, jej grupa wiekowa miala wiec dwie sztafety (jedna roznymi stylami, druga kraulem) ale dziewczyny plynely po prostu na czas, bo nie mialy przeciwniczek.

Bi plynie stylem motylkowym, a trenerzy bacznie obserwuja. ;) To byla jedna ze sztafet polaczona z innymi, stad te dwie chlopiece glowy plynace w przeciwnym kierunku :D

Poza tym Bi wygrala dwa pierwsze miejsca stylami: na plecach na 25 metrow oraz kraulem na 50 metrow. Plynela jednak przeciwko dziewczynkom ze swojej druzyny, a w tej chwili, w swojej grupie wiekowej, jest zdecydowanie najszybsza. Dwie bardzo szybkie dziewczynki z zeszlego roku odeszly z druzyny (jedna sie przeprowadzila, co sie stalo z druga, nie wiem), a ze Bi nadal nie ukonczyla 9 lat, wiec ciagle sciga sie w grupie 8 i ponizej. A oprocz niej, w tej grupie wiekowej zostala jeszcze tylko jedna 8-latka, a poza tym 7- i 6-latka. Takie maluchy nie maja z Bi szans. ;) Jestem wiec oczywiscie bardzo z Bi dumna, ale nie bede sie oszukiwac i wiem, ze to byly bardzo latwe wygrane. Prawdziwy test bylby przeciwko dziewczynkom z innej druzyny, gdzie tez mogly byc szybkie zawodniczki.

Cale szczescie, poniewaz tak malo bylo zawodnikow z drugiej druzyny, wiele wyscigow mlodszych grup laczono, wiec zamiast kwitnac 4 godziny na basenie, bylismy tam 2.5. Znow bowiem Bi plynela w wyscigu #1, potem #25, #34 i... #61 (na 68), czyli praktycznie na samym koncu. Przygotowywalam sie wiec na duuugie czekanie, a tu niespodzianka! Wszystko poszlo bardzo sprawnie. :)
Cale szczescie, tego bowiem dnia musialam upiec Kokusiowego torta na nasze male, rodzinne przyjecie. Postanowilam bowiem nie popelnic ostatniego bledu i wstawic tort do lodowki na cala noc. ;) Tym razem nie pieklam tej "truskawkowej chmurki", bo Nik nie lubi owocow w galarecie, postanowilam wiec upiec cos, co moooze tknie. Pomieszalam dwa przepisy, bo przelozylam biszkopt masami sernikowymi, ciemna i jasna, a na wierzch dalam warstwe bitej smietany. Tym razem jednak dodalam do niej zelatyny, no i tort siedzial w lodowce calutka noc oraz wiekszosc kolejnego dnia. I moze to zadzialalo, a moze po prostu fakt, ze warstwa bitej smietany byla nie za gruba, bo tym razem nic sie nie rozciapywalo. ;) Nie bardzo wiedzac co zrobic z gora tortu, postanowilam wyprobowac jadalne, dekoracyjne oplatki. Mialam spory problem ze znalezieniem okraglego oplatka z czyms, co Nik lubi, w koncu padlo wiec na Krola Lwa. ;) Musze tez zainwestowac w profesjonalny zestaw do dekoracji, bo z przecietym foliowym woreczkiem za duzo nie poszalalam. :D

Dzielo sztuki cukierniczej to nie jest, ale i tak jestem z siebie dumna :)

Chrzestny Potworkow niestety rozchorowal sie i nie przyjechal, jedynym gosciem byl wiec dziadek. Nik poczatkowo byl rozczarowany, ale kiedy dostal ogromna ciezarowke przewozaca w dodatku kilka pojazdow budowlanych, oczy zrobily mu sie okragle z wrazenia i zapomnial o nieobecnosci wujka. ;)

Nik zdmuchuje swieczke po raz drugi :)

Zaspiewalismy Sto Lat, zjedlismy tort (nawet solenizant sie skusil!) i tyle ze swietowania. Nikowi chyba jednak ograniczone towarzystwo nie przeszkadza. Chodzi mu tylko o chwilke uwagi skupionej wylacznie na nim. Co nie zdaza sie czesto, skoro zazwyczaj stoi w cieniu glosniejszej i bardziej ekspresywnej siostry. ;) Oczywiscie o imprezie dla kolegow tez co chwila wspomina, ale poki co nic nie mam zarezerwowanego...

Obecny tydzien mial byc juz spokojny, bez zmian w grafiku i niespodzianek, poza bilansem 7-latka Kokusia w piatek. Mial minac miedzy praca, szkola (dla mnie wizytami w tamtejszej bibliotece), basenem i lyzwami. Czyli jak zwykle. Ostatni tydzien przed przerwa swiateczna, ostatni wysilek przed dluzszym odpoczynkiem. :)
Grudzien jednak w tym roku naprawdę obfituje w snieg i na noc z poniedzialku na wtorek znow zapowiadano opady. Mialo sie zaczac od sniegu, przejsc w marznacy deszcz, po czym znowu w snieg. Prognozy od kilku dni miotaly sie na wszystkie strony, przewidujac 5 cm sniegu, skaczac nagle do 20 cm, zeby wrocic znow do ledwie kilku cm. Czyli nikt nic nie wie. Typowe. ;) I nie wiedzial, bo jednak samego sniegu spadla tylko delikatna warstewka na sam koniec. Caly wtorek padal zas... No wlasnie, ch*j wie, co to bylo. Nie byl to klasyczny marznacy deszcz, bo nie zamarzal w warstwe lodu na powierzchniach. Nie byl to tez zwykly snieg. Spadaly kuleczki, ktore pokrywaly wszystko biala warstwa i byly szorstkie, nie slizgaly sie! To znaczy nie pod butami, bo drogi byly jednak podobno w kiepskim stanie. Z tego co udalo mi sie doczytac, byl to deszcz lodowy (wbrew pozorom to zupelnie co innego niz marznacy deszcz ;P).
Wystarczy meteorologii. :) W kazdym razie, jak to czesto w Hameryce bywa, szkoly zamknieto. Swoja droga to zastanawiam sie, co osoby odpowiedzialne za te decyzje sobie wlasciwie mysla. Wedlug prawa bowiem, dni szkolnych musi byc 180. Koniec roku jest zawsze wstepnie zaznaczony jako cos zupelnie nierealnego, jak np. 5 czerwca. Wiadomo bowiem, ze prawie zawsze bedzie kilka dni, gdzie szkoly beda zamkniete z powodu sniegu lub jakiejs awarii.
Oczywiscie ludzie robia plany na urlop i nikt nie chce dzieciakow trzymac w szkole dluzej niz do polowy czerwca. Tymczasem z doswiadczenia juz widze, ze na poczatku sezonu, decyzje o zamknieciu podejmowane sa lekko i niefrasobliwie. Za to w lutym i marcu (ktory zazwyczaj bywa bardziej sniezny niz miesiac go poprzedzajacy) ktos budzi sie, ze okurwajegomac! Szkola bedzie czynna zaraz do 20 czerwca! I zaczynaja utrzymywac lekcje, nawet kiedy naprawde wypadaloby je odwolac, bo warunki na drogach sa straszne.
Po tej przydlugiej dygresji, dochodze do sedna. Mamy dopiero grudzien, a szkoly byly juz zamkniete 3 dni! O ile drugi dzien (wtorek po dlugim weekendzie z okazji Thanksgiving) rzeczywiscie sypnal sniegiem solidnie, a i ten w tym tygodniu, z opadem powodujacym na drogach "szklanke" mial uzasadnienie, tak ten pierwszy (poniedzialek po Thanksgiving, kiedy zreszta wiele okolicznych miasteczek mialo normanie lekcje), byl zupelnie niepotrzebny, bo posypalo tylko troche i plugi w mig sie z tym uporaly. Zero logiki. A potem w marcu sypnie sniegiem po kolana, a lekcje tylko opoznia o 2 godziny, chocby autobusy musialy sie przedzierac przez zaspy. :/

Pomarudzilam na tutejszy system, moge pisac dalej. :)
Tym razem bylam przygotowana na mozliwosc zamkniecia, wyslalam sobie na prywatnego maila papiery, rano wiec spokojnie napisalam, ze pracuje z domu i zajelam sie... rozdzielaniem potomstwa. Nie wiem, co w nich ostatnio wstepuje, ale dokuczaja sobie caly czas, dogryzaja, uskuteczniaja zlosliwosci, czasem dojdzie nawet do rekoczynow... Zauwazylam ten trend w okolicach Indyka i wtedy winilam za to 6 dni spedzonych caly czas razem. Ale potem wrocili do szkoly, a ich zachowanie wzgledem siebie nie zmienia sie ani o jote. :/ A tu przed nami przerwa swiateczna i dwa tygodnie razem. :O
Ja oszaleje, a juz na pewno osiwieje. :D

Wracajac do wtorku, ktory nieuchronnie spedzilam z Potworkami zamknieta w chalupie. No dobra, nie doslownie zamknieta, ale kto by przy takiej pogodzie wysciubial nos z domu?! Przynajmniej ominelo mnie urywanie sie do szkolnej biblioteki pol godziny po przyjezdzie do pracy. ;)
Musze przyznac, ze poczatkowo nawet mnie taki leniwy dzien ucieszyl. Na spokojnie rozladowalam zmywarke i zaladowalam ja z powrotem. Na spokojnie wstawilam zupe pomidorowa. Na spokojnie zmienilam posciel... Niestety, po poczatkowej euforii, ze nie ma szkoly oraz chwilowej grzecznej zabawie, Potworki wrocily do tego, co im ostatnio wychodzi najlepiej, czyli do klotni! Mitygowalam, tlumaczylam, rozdzielalam do osobnych pokoi, w akcie desperacji pozwolilam im nawet posiedziec na tabletach... Na nic! Kilkanascie minut zabawy i znowu krzyki, przepychanki, "Jestes glupi/ia!", itd. Wreszcie wyciagnelam zachomikowany na przygotowania swiateczne zestaw do robienia bombek.

Co za szczescie, ze oboje lubia takie kreatywne zabawy!

To pochlonelo ich na dluzej, choc Nik - maruda mial zdecydowanie dzien meczyduszy i jeczal, ze on nie ma dobrych pomyslow i nie wie jak chce te bombki udekorowac i dlaczego w zestawie jest ich tylko 6, dlaczego tylko po jednej tubce kazdego koloru... Wymyslal sobie jeden "problem" za drugim, ale przyznaje, ze zajeli sie tym na dluzej i bez klotni. Niestety, okazalo sie, ze zanim dekoracje mozna przyczepic na bombki, musza wyschnac. Majac nadzieje, ze zajmie to krocej niz cala noc (jak informowala instrukcja), uleglam prosbom, zeby wyjsc na dwor. Potworki caly ranek dopraszaly sie, ze chca na snieg, a ja tlumaczylam, ze to co pada, choc jest bialawe, wcale sniegiem nie jest. ;) Nie dali sie przekonac, wiec w koncu z westchnieniem sie zgodzilam.
Wtedy okazalo sie, ze to co pada, jest na szczescie szorstkie i sie nie slizga. Balam sie bowiem, ze ktores z nas wywali sie i cos zlamie przed samymi Swietami. ;) Niestety, padalo takie mokre i zimne niewiadomo co. Po jednej probie dzieciaki zrezygnowaly ze zjezdzania z gorki, bowiem ich dupki zapierdzielaly jak szalone i grozily wjechaniem w krzaki i pokiereszowaniem twarzy lub wykluciem oka. :O Nik dorwal gruba galaz i zajal sie rozbijaniem lodu, choc duzo to nie dalo. ;)

On rozbijal, ona zajela sie zbieraniem odlamanych kawalkow ;)

Pod wieczor udalo nam sie jeszcze upiec kolejna partie pierniczkow, choc dekorowanie przelozylismy na kolejny dzien. Chyba w koncu udalo mi sie znalezc przepis na pierniczki, ktory mi odpowiada, choc ciekawostka jest, ze ciasto ma zawsze inny odcien. Pierwsza partie pieklam na poczatku miesiaca dla pan z Polskiej Szkoly i wyszly one jasnobrazowe. Partie ze wtorku zwiekszylam o 1.5, bo pamietalam z zeszlego roku, ze ledwo nam piernikow starczylo na obdarowanie wszystkich, ktorych chcielismy. Zgodnie z proporcjami, dalam wiec 1.5 lyzki kakao, zamiast 1. I niespodzianka, bo ciasto bylo ciemnobrazowe, niemal czekoladowe w kolorze. ;)

Taki kolor piernikow lubie najbardziej

A ja oczywiscie musialam dac plame, bo nadzorujac Potworki, uspokajajac klotnie (nic nowego ostatnio) o foremki, rozgniatajac i walkujac kawalki ciasta, itd. w ktoryms momencie zauwazylam, ze nowo wyciagniete z piekarnika ciastka maja jakis niezdrowy, szarawy kolor. Kolejna partia to samo. Uznalam, ze moze wymieszalismy za duzo scinkow zmieszanych z maka ze swiezym ciastem i nie przejelam sie specjalnie. Dopoki nie zauwazylam, ze kolejna partia nie chce sie piec. Dopiero wtedy dotarlo do mnie, ze gdzies pomiedzy partiami, wylaczajac zegarek, musialam niechcacy wylaczyc piekarnik i dwie partie ciastek byly po prostu na wpol surowe! :O Na szczescie po szybkim dopieczeniu nabraly prawidlowego, zloto-brazowego kolorku. ;)

Kolejnego poranka szkoly oczywiscie byly opoznione o 1.5 godziny, a wiadomosc przyszla tradycyjnie - o 5 nad ranem. :D Potwor Mlodszy zas strzelil focha, bowiem przyszedl do mnie rano i pyta, czy nie ma szkoly. Odpowiadam zakopana pod koldra, ze jest, ale opozniona. Na to moj syn pyta, co to znaczy opozniona. Tlumacze na agielski, ze delayed. Niestety, Kokusiowi pomylilo sie z delete, czyli "skasowany" i uznal, ze lekcji nie ma. Niepocieszony byl wiec, kiedy zaczelam poganiac dzieciaki ze sniadaniem, zeby wyrobic sie na czas... :D Poranne opoznienie wykorzystali jednak calkiem niezle, bowiem dekoracje na bombki w koncu byly suche i mogli je do nich przyczepic! :)

Bombki sa niestety przezroczyste, wiec slabo je widac ;)

Tego samego dnia, po poludniu, nastapilo wydarzenie historyczne! Otoz tata zabral Potworki na trening, co u nas sie praktycznie nie zdarza. Fenomen po prostu! :D
Spowodowane bylo to tym, ze musialam jechac na poczte odebrac tajemnicza przesylke, a nie naglym zainteresowaniem tatusia dzieciecymi sportami. ;) Z ta przesylka to byla niezla zagwozdka, bo w poniedzialek listonosz zostawil awizo, ze jest paczka z Polski na moje imie. Wiedzialam, ze siostra ma wyslac, ale jeszcze tego nie zrobila. Z matka jestem na wojennej sciezce, wiec raczej niskie szanse, ze paczke by szykowala. Od kogo wiec moze byc przesylka?! M. teoretyzowal, ze moze od tych znajomych co odwiedzili nas w pazdzierniku. Tez przeszlo mi to przez mysl, ale jednak mialam watpliwosci. Pechowo, kolejnego dnia caly dzien padal deszcz lodowy, na drogach bylo paskudnie, wiec na poczte pojechalam dopiero w srode. I okazalo sie, ze paczka przyszla od... mojej kuzynki! Ktora ostatnio przesylke wyslala z gratulacjami, kiedy bylam w ciazy z Bi! Nic dziwnego, ze nawet przez mysl mi nie przeszla! :D
Na mojej wizycie na poczcie, skorzystali wszyscy. Ja nie musialam pedzic z pracy z wywieszonym jezorem zeby zdazyc z Potworkami na trening. Dzieci podniecone, ze choc raz jechaly z tatusiem, pokazywaly mu wszystko na basenie, w przebieralniach oraz calym klubie, zapominajac, ze M. chodzi tam na silownie, wiec wszystko to zna. :) A tata choc raz mogl popatrzec na wlasne oczy jak plywa jego potomstwo, choc przyznal, ze nudzilo mu sie, bo ile mozna siedziec na tym basenie. Dlatego ja zawsze biore ksiazke, ale jak sie nie lubi czytac... ;) Na swoj sposob byl jednak dumny i potwierdzil to, co opowiadam mu ja. Bi jest dobra technicznie i szybka. Nik technicznie... coz, musi sie jeszcze wyrobic, ale ma tyle energii, ze macha ramionami niczym wiatrak i nadrabia szybkoscia.

Zrobienie porzadnego zdjecia jest awykonalne - tutaj wynurzyl sie na chwile, zeby zlapac oddech

Oczywiscie na zawodach, w stylu motylkowym, zabka oraz na plecach liczy sie tez technika i zostalby zdyskwalifikowany, ale kraulem spokojnie moglby startowac. :)

Wieczorem Potworki zaczely dekorowac upieczone dzien wczesniej pierniki. Zaskoczyli mnie, bo kiedy wybila magiczna godzina 19:15, Bi rzucila dekorowanie i popedzila na tablet. Nik natomiast uparl sie, ze skonczy pierniki. I skonczyl, mimo, ze zostalo mu wtedy ledwie 5 minut na ukochanej elektronice. ;) Zazwyczaj to Bi pierwsza byla do takich zadan kosztem tableta i nie wiem co sie stalo, ze role sie kompletnie odwrocily. ;)

Uwiecznilam poczatek "roboty", ale dopiero konczywszy post, uswiadomilam sobie, ze nie zrobilam zdjecia ani udekorowanym piernikom, ani gotowym paczuszkom :(

W czwartek urwalam sie po poludniu do biblioteki szkolnej. Stwierdzam, ze te czwartki sa jeszcze do ogarniecia, bo wychodze praktycznie w porze lunchu, nikt nie powinien wiec az tak krzywo patrzec. Powiedzialam wstepnie bibliotekarce, ze od Nowego Roku wtorki odpadaja, ale w czwartki postaram sie przyjezdzac co tydzien.
Tutaj jedynym "problemem" sa zajecia na lodowisku, bo wracam z biblioteki o 14, a o 15:50 wypadam z pracy jak oparzona, zeby zabrac dzieci na czas na lyzwy. Na szczescie te zajecia sa tylko sezonowe. ;) Wlasciwie to w czwartek byla ostatnia lekcja lyzew i teoretycznie Potworki moglyby wiecej na nie nie chodzic. Kiedy im jednak o tym powiedzialam, podniesli taki protest, ze przyznalam, ze juz ich zapisalam na kolejna sesje. Ta bedzie 6-tygodniowa i skonczy sie w polowie lutego, wiec jakos dobrne do konca i moze nie padne jak kon po westernie. ;)
Poniewaz byly to ostatnie zajecia, Potworki dostaly certyfikaty z osiagnieciami.

Same Potworki troche ciemne, ale ulubiony sprzet z lodowiska na zdjeciu musial byc! :D

Tu byl maly zgrzyt, bowiem panie wpisaly, zeby Kokusia zapisac na poziom 2, a Bi na poziom 1B. Starsza oczywiscie strzelila focha, ze jakim prawem ona jest gorsza?! :D Niestety, po upadku zaraz na pierwszych zajeciach, Bi jezdzila juz potem bardzo powoli i zachowawczo. Potrafi jednak wykonac kazde cwiczenie, wiec nie bardzo rozumiem skad zalecenie, zeby powtarzala poziom 1. Obserwowalam rozne grupy przez 5 tygodni i nie zauwazylam zadnej roznicy miedzy jedynkami. ;) To ze Nik dostal sie na poziom 2 to za to zadna niespodzianka. Wedlug mnie powinien byc tam przeniesiony juz w polowie sesji. Nawet jego instruktorka byla pod wrazeniem, bo dopisala "amazing" na jego certyfikacie. :)


Wieczorem zas przyszla pora na konczenie dekorowania piernikow i  nie obylo sie bez focha Bi, ze jak to?! Nikowi zostalo juz tylko zapakowanie i wypisanie kartek, a ona ma jeszcze pierniki do dekorowania?! :D No niestety, Mlodszy sie przylozyl dzien wczesniej, ona wolala tablet... Koniec koncow, Bi swoje paczuszki konczyla jeszcze w piatek rano... :O Najwazniejsze jednak, ze wszystkie zostaly zapakowane i zabrane dla ulubionych nauczycielek. :)

Piatkowy ranek zaczal sie od bilansu Kokusia. Byl tez oczywiscie kolejny foch ze strony Bi, ktora oburzyla sie, ze Nik straci zawrotne 45 minut z poczatku lekcji! :D
Bilans odbyl sie rutynowo: badanie osluchowe, zagladanie w gardlo, nos, uszy, wazenie, mierzenie, pogadanka na temat jedzenia warzyw (to do Nika), badanie wzroku i cos, co w Hameryce robia niezwykle rzadko - poziom hemoglobiny. Ostatnie Nik mial robione na bilansie... dwulatka, wiec kiedy lekarka zaproponowala, z radoscia przystalam. ;) Na szczescie wszystko wyszlo ok, a wzrok Nik ma sokoli, wedlug slow samej pielegniarki. ;)
Aktualne rozmiary:

wzrost: 125.7 cm
waga: 25.9 kg

Okolo 70 centyla. Nik zawsze wydaje mi sie taki malutki, nawet pomimo tego, ze ostatnio wyraznie wystrzelil w gore. Ciagle mam wrazenie, ze Bi byla duzo wieksza w tym samym wieku. Tymczasem porownujac rozmiary 7-letnich Potworkow, wychodzi, ze Nik jest nie tylko nieco ciezszy, ale jeszcze jest o caly centymetr wyzszy niz Bi w tym wieku! :D
Ja za to wysłuchałam pogadanki na temat szczepień przeciw grypie. Co roku to samo. Ja odmawiam, a lekarze serwują mi wykład o tym jak niesamowicie wazne i bezpieczne są te szczepienia. Cóż, akurat co do szczepionki na grypę mam swoje zdanie i nikt mnie nie przekona, ze ma ona sens. :)

I na tym, moje Drogie, koncze. Bede sie starac wpasc na Wasze blogi, zeby zlozyc Wam zyczenia swiateczne, ale jesli u wszystkich sie nie wyrobie, skladam je tutaj - grupowo:

Wesolych Swiat Bozego Narodzenia! Zeby choinka wam pachniala (nawet jesli, jak u nas, jest sztuczna i pachna zawieszone pachnidelka :D), zeby swiateczne ciasta nie szly w boczki, Mikolaj przyniosl cos wiecej poza rozga, a rodzina zeby tryskala humorem, nawet tesciowa! :*

Merry Christmas from the Little Monsters! :D