czwartek, 12 lipca 2018

Aktywnie i goraco - jak zwykle ;)

Lipiec nadal mija upalnie. W zeszly piatek przyszly burze. Postraszyly tylko troche i na odleglosc, ale za to przyniosly zmiane. Pierwszy raz od tygodnia, wilgotnosc spadla do 30%. Mozna bylo wreszcie otworzyc okna i wpuscic rzeskie powietrze! W piatek w nocy bylo tak chlodno, ze spiac przy uchylonym oknie, nad ranem przykrylam sie koldra. :D Ulga trwala calutkie trzy dni...
Od poniedzialku wilgotnosc powietrza znow wzrosla. Bez szalu, bo do piecdziesieciu kilku %, ale roznica byla odczuwalna. Wieczorem, pomimo otwartych okien, temperatura w domu wyniosla 29 stopni. A ja znow przegralam bitwe o klimatyzacje, bo na dworze byla przyjemna bryza. Tescie stwierdzili, ze w nocy sie schlodzi, wystarczy pootwierac wszystkie okna. Coz, watpilam (i mialam racje), ale tlumaczenie nic nie daje. Ci ludzie musza wszystkiego doswiadczac na wlasnej skorze. ;) We wtorek przeszly lekkie burze i w srode znow sie "ochlodzilo". Pisze w cudzyslowiu, bo wilgotnosc spadla, wiec temperatura odczuwalna jest nizsza (czyli normalna :D), ale i tak dochodzi do 28-29 kresek. Nadal jest wiec to upal. ;)
Co ciekawe, nasza lokalna stacja telewizyjna, w prognozach zaznacza, ze jest goraco, jesli temperatura wzrosnie do 32 stopni, albo wyzej. Takze wiecie, jak jest 31 stopni, to jest tylko cieplo. :D

Ale pogoda to jedno, w koncu lato jakie jest, kazdy widzi. ;) Co u Potwornickich?

Tak jak napisalam poprzednio, w sobote mieli pierwsze zajecia plywania w nowej sesji. Ku mojemu rozczarowaniu, odbyly sie one wewnatrz budynku. Tyle sie nasluchalam, ze latem lekcje plywania sa na zewnatrz, a tu taki klops. Nie po to zapisuje Potworki latem, zeby nawet wtedy wdychaly opary chloru. :/ Moze jednak powodem byla pogoda. Bylo pieknie i slonecznie i po poludniu temperatura wzrosla do 26 stopni, ale po piatkowym ochlodzeniu, noc byla brutalnie zimna i w sobote rano termometr pokazywal raptem 14 stopni. Zobacze gdzie beda kolejne zajecia i jak cos, pojde zlozyc reklamacje do wyzszej instancji. ;)
Poza tym, bardzo mnie zdziwilo, ze malo jest dzieci w grupach. U Kokusia byl jeszcze tylko jeden chlopczyk (mialo byc dwoje dzieci, ale jedno nie dotarlo), a Bi jest w grupie sama. :O Ma wiec lekcje prywatne, w cenie grupowej. ;) Myslalam, ze latem bedzie kupa dzieciakow, bo to jest taka pora kiedy spedza sie czas nad woda. Wtedy wiele osob przypomina sobie, ze plywanie to pozyteczna i fajna umiejetnosc. Tymczasem spotkala mnie niespodzianka. Chociaz tu moze problemem jest dzien tygodnia, bo wiedzac, ze jesli nawet wyjedziemy na kemping (a narazie nawet nie mam nic zarezerwowanego) to Potworki straca raptem jedna lekcje, zapisalam ich na sobote. Nie chcialo mi sie po pracy pedzic jeszcze z wywieszonym jezorem na lekcje plywania... Mysle, ze sporo dzieci moze chodzic na zajecia w tygodniu, bowiem w soboty latem, wiekszosc osob planuje wyjazdy i wycieczki. No trudno, Bi jest wszystko jedno, byle woda byla, a Nik dobrze, ze ma tego chlopczyka, chociaz i tak latwo nie bylo... ;)
Pierwsze zajecia to zawsze dla Kokusia lekki szok. Mimo, ze mial kolege - rowiesnika, po kilku minutach zaczal plakac! Kiedy podeszlam, zeby spytac o co chodzi, oswiadczyl, ze napil sie wody. ;) Pocieszylam, ze to nie trucizna i ze nic mu nie bedzie i polecilam, zeby wskoczyl z powrotem do basenu. Niestety, kilka minut pozniej Nik dalej siedzial na brzegu i zawodzil. :/ Pamietajac tamta sadna sesje, kiedy po pozwoleniu Nikowi na wyjscie, juz do wody nie wrocil, czulam lekka desperacje. Oraz irytacje. ;) Podeszlam jeszcze raz i powiedzialam, ze musi wejsc z powrotem do wody i koniec. Obiecalam, ze bedzie fajnie, na koniec beda na pewno skakac do basenu (tu trenerzy ochoczo przytakneli), a potem pojdzie zagrzac dupke w jacuzzi. Nic nie pomagalo. Nik nadal poplakiwal siedzac na brzegu. W koncu powiedzialam trenerce, ze moze go po prostu wsadzic do wody i jakos to pojdzie. Tak zrobila i Kokus nawet poslusznie poplynal, ale caly czas slyszalam jego zawodzenie. Przezylam prawdziwa walke samej ze soba, bo moje matczyne serce wyrywalo sie, zeby wyjac go z tej "okropnej" wody, zeby juz nie plakal, a rozsadek powtarzal, zeby dac mu jeszcze chwile, bowiem Nik nie ryczal naprawde mocno, histerycznie, tylko bylo to bardziej takie placzliwe marudzenie. W koncu, kiedy zaczynalam sie juz poddawac, Nik... przestal plakac i do konca zajec mial juz usmiech na buzi. Skad ta zmiana? Nie mam pojecia... ;) Chociaz mam swoja teorie, od czego sie zaczelo. Wydaje mi sie bowiem, ze "napicie sie wody" bylo tylko wymowka.
Po pierwsze, zajecia prowadzi para nowych instruktorow, ktorych Nik nie zna i widzialam juz na poczatku niepewnosc na jego buzi. Obcy to nie to, co Kokusie lubia najbardziej, mimo, ze na spacerach sam chetnie do wszystkich mijanych osob wola "Hello!". ;) Potem dolaczyl do niego chlopczyk, ktory chociaz byl jego rownolatkiem, a w dodatku mniejszym i drobniejszym, to plywal bez pomocniczych gabek. A przy tym okazal sie urodzonym plywakiem i zaraz przy pierwszym cwiczeniu szybko zostawil Nika w tyle. ;) Mam podejrzenia, ze wszedl Kokusiowi na ambicje, bo juz do skokow na koniec, Nik zdjal gabki, a pozniej oswiadczyl, ze na nastepnych zajeciach chce plywac w ogole bez pomocy.
Zobaczymy jak mu pojdzie. ;)

Niestety, nasz domowy basen musielismy zlozyc. Tak jak wspomnialam ostatnio, teren wymagal wyrownania, a dodatkowo ta wiszaca galaz... Jeszcze w czwartek ostatnie chlapanie:


W piatek spuscilismy wode, a w sobote, M. z ojcem zabrali sie za robote. To znaczy robote odwalil M., dziadek tylko trzymal drabine. ;) Ja z tesciowa patrzylysmy na ich "wyczyny" ze zgroza w oczach. ;) Mialam juz wizje, ze zostaje mloda (haha) wdowa, bowiem galaz wisiala jakies 10 m nad ziemia. Gdyby M spadl, jak nic zginalby na miejscu, albo zostal warzywem...

Zaznaczylam koleczkiem jasna plame, czyli M. wsrod galezi. Zeby oddac wysokosc, najlepiej jest porownac z sylwetka tescia przy drabinie

Na taka wysokosc, po chybotliwej drabinie, M. nie mogl wziac pily tarczowej, bo ta trzeba operowac obiema rekami. Scinal wiec twardy, debowy konar, grubosci sredniego drzewa, zwykla reczna pilka. :O Ktora rozgrzewala sie niemal do czerwonosci i co chwila utykala. Dwie godziny (z krotka przerwa) sie mordowal, a konar jak wisial tak wisial. :/ W koncu (to byl moj pomysl, ha!) wzial siekierke i najpierw troche te galaz "podrabal", tak, zeby pila mogla wejsc glebiej.
Dopiero kiedy konar w koncu spadl i lupnal o ziemie, przekonalismy sie, dlaczego M. mial taki problem. Mieszkamy w nowym domu niecale 5 miesiecy, wiec nie wiedzielismy kiedy dokladnie ta galaz uschla. Co typowe, to tesciowie narobili paniki, ze ojeju, konar caly jest juz pekniety, pewnie piorun w niego uderzyl (w jedna z najnizszych galezi, hmm...), w kazdej chwili moze na kogos spasc! Kiedy w koncu wyladowal na ziemi, okazalo sie, ze musial uschnac dopiero tej zimy lub wiosny, bowiem peknieta byla tylko kora z wierzchu, natomiast w srodku drewno wygladalo nadal zdrowo i solidnie. Wisialby sobie spokojnie jeszcze ze 2-3 lata...
No, ale juz go nie ma. ;) Po scieciu, M. mogl w koncu wziac pile tarczowa, poodcinac galezie i pociac konar na rowne szczapki do ogniska. Reszta (czyli tesciowa, ja, a nawet Bi) zbierlismy pociete drewno i ukladalismy na kupki, a potem grabilismy trawnik z resztek galazek i wior. Tylko Nik jezdzil wokol nas na rowerze. Sobotnie popoludnie bylo wiec bardzo pracowite i satysfakcjonujace, chociaz nie ukrywam, ze wolalabym je spedzic na lezaku z ksiazka. ;)
Minelo kilka dni, myslalam, ze tesc zacznie wyrownywac teren pod basen, ale ze zabral sie za kompletnie inna robote, wreszcie spytalam kiedy planuje to zrobic. W koncu lato leci i wkrotce nie bedzie sie juz oplacac napelniac basenu. ;) Okazalo sie, ze bez konsultacji ze mna, M. uzgodnil z ojcem, ze wytna jeszcze kilka drzew. :/ A ze beda musieli je kierowac wlasnie na otwarta przestrzen na ogrodzie, czyli tam gdzie bedzie stal basen, wiec narazie nie ma sensu go rozkladac. Cos mi sie wydaje, ze to by bylo na tyle z basenem w tym roku. :(
Wkurza mnie niemilosiernie, ze kiedy sa u nas rodzice M., on po jakims czasie zaczyna sie zachowywac jakby to oni byli tu gospodarzami. Wszystko co robi uzgadnia z nimi, mnie - zone, pomijajac zupelnie, chyba ze sprawa naprawde dotyczy bezposrednio mojej osoby. :/

Z przyjemniejszych tematow, odkrywam nasza miejska biblioteke na nowo. :) Okazuje sie, ze maja sporo zajec dla mlodszych i starszych dzieci. Niestety, wiekszosc odbywa sie RANO. :O Rozumiem, ze sa wakacje, ale przeciez malo kto moze sobie pozwolic na rezygnacje z pracy na dwa miesiace. Wiekszosc dzieci zapisana jest wiec na polkolonie. Kto przychodzi na te zajecia?!
Mala dygresja. Wlasciwie to znajda sie takie szczesliwe jednostki, ktore latem nie pracuja, lub nie pracuja po prostu w ogole.
Bi dostala zaproszenie do kolezanki na urodziny. Niestety, mama urzadza przyjecie w srode o... 13:30! Czyli w porze, kiedy normalni ludzie sa w pracy! :/ Oczywiscie Bi poryczala sie, kiedy powiedzialam, ze nie pojdzie, ale bez zartow! Nie bede brala pol dnia wolnego, zeby moje dziecko pojechalo na urodziny! Jeszcze gdyby to byla godzina 16, czy nawet 15, moze bym sie i urwala, zeby ja zawiezc. Ale w samym srodku dnia?! Mowy nie ma! Znam wazniejsze powody zeby zwolnic sie z pracy... Co jednak ciekawe, zaproszenie wyslane bylo nietypowo, bowiem przez... grupowy sms. Odpowiedzi przychodzily wiec do wszystkich, ktorzy wlaczeni byli w grupe. I okazuje sie, ze wiekszosc ludziskow odpowiedziala tak! :O
Wracajac jednak do biblioteki. Rzucilo mi sie w oko "cos", odbywajacego sie dwa razy w miesiacu i to wieczorem (jaka mila odmiana!), pt. "storytime in Polish". Ha! Pomyslalam, ze Potworkom przyda sie dodatkowa ekspozycja na jezyk przodkow, szczegolnie w miejscu, ktore zdazyli juz poznac i polubic. Grupa wiekowa na stronie internetowej okreslona zostala jako 0 - 5, wiec pomyslalam, ze Nik sie akurat zalapie, a Bi moze jakos specjalnie nie znudzi. O naiwnosci! Srednia wieku dzieci (a bylo ich raptem osmioro) to byly 2 lata! :D Nie liczac Potworkow, najstarsza dziewczynka miala moze 3 latka, a kilkoro to byly niemowlaki. Zajecia okazaly sie przeczytaniem jednej ksiazeczki, zatanczeniem kilku ruchowych piosenek, np. "My jestesmy krasnoludki", czy "Glowa, ramiona, kolana, piety" oraz przyklejeniem papierowego misia do kartki (bo bajka byla o niedzwiadku). Dodatkowo, akurat tego dnia jedno z dzieci swietowalo urodziny, wiec smarkateria otrzymala slodki poczestunek i zaspiewala sto lat.

Widzicie tych "kolegow z klasy" Potworkow? :D

Slowem, zajecia byly dla maluszkow i te 5 lat to bylo mocno naciagane. Dla mnie gorna granica wiekowa powinno byc maksymalnie 3 lata. ;)
Po wyjsciu mruknelam do Potworkow, ze to byl chyba nasz pierwszy i ostatni raz, bo sa za duzi na takie zajecia, a oni w krzyk, ze fajnie bylo i chca jeszcze wrocic! :O
Dowiedzialam sie, ze nasza biblioteka ma tez sekcje z ksiazkami dla dzieci po polsku, ale ta okazala sie bidniutka. ;) Ksiazek moze kilkanascie, a z tego wiekszosc to zbiory basni, ktorych sami mamy kilka egzemplarzy w domu. Cos tam dla siebie jednak Potworki znalazly...

Zapomnialam jeszcze o niedzieli. Po poludniu podlaczylam dzieciakom "zraszacz" (do podlewania dzieci, a nie trawy, haha!). ;) Basenu juz nie mielismy, byl upal, a ze jakis czas temu kupilam Potworkom takie cos tryskajace woda, wiec czemu nie skorzystac? ;) Oczywiscie nie ma latwo, wiec troche sie z podlaczeniem tego cholerstwa umordowalam.
Niby takie proste: podlaczyc weza, odkrecic wode i gotowe. Tylko, ze nasz stary waz przeciekal, wiec M. kupil nowego. Zamiast jednak wziac zwyklego, gumowego weza, wzial cos zwane wezem "magicznym". Na czym ta magia polega? ;) Pod wplywem wody waz sie rozciaga. Robi sie nawet 5 razy dluzszy! Pomysl w sumie niezly, bo zaoszczedza miejsca. Kiedy nie jest w uzyciu, zamiast zwojow i zwooojow tradycyjnego weza, jest tylko krotka, zmarszczona rurka. Nie powiem Wam, co mi caly ten proces przypomina... ;)
Dobra, do brzegu (jak mawia Klarka). W czym wiec byl problem? Ano, tryskajace woda ustrojstwo chcialam ustawic w konkretnym miejscu, mianowicie na trawie i koniecznie na sloncu, bo woda z weza, wiadomo, jest lodowata. "Magiczny" waz, napelniony woda, spokojnie siegal gdzie chcialam. Problem w tym, ze musiala leciec z niego woda. Kiedy tylko ja wylaczalam, kurczyl sie i "uciekal" mi z docelowego miejsca! Przy podlaczaniu zabawki podczas wlaczonej wody, ta pryskala na wszystkie strony, najpierw z przyblokowanego weza, potem ze zraszacza. Kiedy podlaczylam zabawke "na sucho", uciekla mi (razem z kurczacym sie wezem) z trawnika daleko, az na podjazd! :D Szybko odkrecilam kurek, ale ze zabawka ma za zadanie pryskac woda, to zaczela to oczywiscie robic. A zeby waz rozciagnal sie na odpowiednia dlugosc, wode musialam odkrecic na maksa. Skonczylo sie to tak, ze nioslam zraszacz (pryskajacy az milo) na miejsce, pomalu, w miare jak waz sie rozwijal. Wyszlam z tego mokrusienka, mimo, ze staralam sie go odwrocic od siebie! :D
Nie ma latwo, nie ma... :D Ale Potworki mialy frajde, choc Nik po chwili wymiekl.

Tu jeszcze razem

To zadziwiajace, ze dziecko, ktore tak strasznie sie poci (pomyslec wiec mozna, ze mu goraco), jednoczesnie jest niesamowicie wrazliwe na niskie temperatury... Bi jest znacznie wytrzymalsza.

Tu juz Bi zostala sama, Nik przygladal sie tylko z daleka...

We wtorek bylo potwornie goraco i wybieralam sie z Potworkami na basen, ale niespodziewanie przyjechala moja kolezanka ze swoimi blizniakami (o rok starszymi od Bi). Pierwszy raz zobaczyla nasz domek. Dzieciaki nie widzialy sie gdzies od stycznia, wiec na poczatku byly lekko oniesmielone, ale szybko sie dogadali i biegali wokol i wewnatrz domu bawiac sie w chowanego, wdrapywali na nasze glazy oraz malowali muszle przywiezione jeszcze z kempingu. Niestety, nie dala sie namowic na wypad na basen (mimo zapewnien, ze to blisko, a Nik chetnie uzyczy kolegom kapielowek), ale sobie jak zwykle milo pogadalysmy.
Okazuje sie wiec, ze tydzien mija nam calkiem towarzysko, czyli tak jak lubie, a co rzadko sie zdarza. Bedac pracujacymi rodzicami naprawde trudno sie zgadac. Nawet teraz, R. miala przyjechac we wtorek. W poniedzialek napisala, ze nie da rady i czy moze w srode. Odpisalam, ze sroda tez jest ok, ale we wtorek rano dostalam od niej smsa, czy moze przyjechac jednak tego dnia. ;)

Z drobniejszych wydarzen, to pod moja prace przyszla ostatnio mama sarna z dwojka mlodych. Slodkie byly!!!

Niestety drugie mlode ciagle chowalo sie glebiej miedzy drzewami i na zdjeciach widac tylko kawalek jego dupki. ;)

Po trzech latach, w koncu mam nowe patrzalki! :)
Dzieci nie moga sie napatrzec. Bi stwierdzila, ze wcale nie wygladam jak mama. ;) Trzy lata to dla nich wiecznosc. Kiedy wyrobilam stare, Bi miala 4 lata, a Nik 2.5. Wlasciwie to nie pamietaja mnie z zadnymi innymi okularami na nosie, a tu taki szok! ;) Tym bardziej, ze zmiana jest naprawde wyrazna. ;)
Pokaze Wam. Zazwyczaj, chroniac moja tozsamosc, zaslaniam na zdjeciach oczy. Tym razem oczy zostawie, za to zaslonie reszte twarzy, niczym posluszna, muzulmanska zona. :D
Przed:





Po:


Ktore ladniejsze? ;)


A z panem malzonkiem mamy ciche dni... Dawno ich nie bylo i moja poczatkowa furia przeszla poprzez irytacje, a pozniej znudzenie, naszym obecnym "stanem", do ponownego wkurzenia, ze dni mijaja, a malzonek nie ma zamiaru mnie przeprosic. ;) Nie narzekam na brak rozmowcow, bo sa i dzieci i tesciowie, wiec wlasciwie mi to nawet nie ciazy, no ale ile mozna sie dasac... Poza tym chichram sie zlosliwie pod nosem, bo M. obrazony (choc to on zachowal sie jak swirus) zabral posciel i spi na wersalce w piwnicy. Mam nadzieje, ze rano stare kosci niezle daja mu o sobie znac, bo ta wersalka jest naprawde okropnie niewygodna, a przy tym przykrotka. No ale "na zlosc mamie, zlamie sobie reke". Jak chce koniecznie pokazac jak bardzo mnie nie lubi, to niech pokazuje. Rzeczywiscie straaasznie sie przejelam! :D

Dopisek po kilku dniach:
A jednak znow mamy basen! Tesciowa, bo to ja spytalam czy tesc planuje wyrownywac teren, musiala pogadac z naszymi "panami". Jeszcze tego samego dnia, kiedy wrocilam z pracy, miejsce pod basen zostalo przygotowane, a ten napompowany i napelniony. Widocznie dotarlo moje tlumaczenie, ze to teraz jest pora na chlapanie w wodzie. W sierpniu przychodza zazwyczaj zimne noce i woda szybciej sie schladza niz nagrzewa. Tak bylo w zeszlym roku. Pod koniec sierpnia, Potworki juz nawet nie chcialy wchodzic do basenu...
Na szczescie ten przetrwal zimowe przechowanie (to pierwszy, ktoremu udala sie ta "sztuczka"!), podobnie jak pompa, ktora o dziwo zadzialala. Znow zaczyna sie wiec odmierzanie chemikaliow i mierzenie stanu wody papierkiem lakmusowym. ;) Poki co, kolejnego dnia po napelnieniu nadszedl pochmurny dzien i woda nie miala sie jak zagrzac. A pierwszym pytaniem Bi, po moim wejsciu do domu, bylo oczywiscie: "A mozemy do basenu?". :D

To chyba na tyle wiesci. Kolejne trzy dni jest u nas w miasteczku festyn przy szkole dzieci, organizowany przez jedna z remiz strazackich (nasze miasteczko ma ich ze 3). Wybieralam sie z Potworkami, ale troche boje sie brac ich sama w tlum ludzi. Liczylam, ze pojedziemy cala rodzina (nawet tesciow bym wziela, niech znaja moje chamskie serce! :D), ale ze nadal nie odzywamy sie do siebie z M., to nie wiem czy sie odwaze...

W tym tygodniu juz sie raczej nie odezwe, wiec: milego weekendu! U nas zapowiada sie duszny i goracy, oh yeah! :)

piątek, 6 lipca 2018

Swieto Niepodleglosci w ukropie

Witam w lipcu! :)

Nasz czerwiec zakonczyl sie goracem i tak tez zaczal sie siodmy miesiaczek roku. Upaly rozpoczely sie niesmialo, bo temperatura okolo 28-29 stopni, ale nadal chlodnymi nocami oraz niska wilgotnoscia. Codzien wieczorem toczylam walke o wlaczenie klimatyzacji i codziennie ja przegrywalam, kiedy tesciowa otwierala drzwi na taras i oznajmiala: "Ale po co, zobacz jakie idzie zimne powietrze!". Te "zimne" powietrze mialo okolo 22 stopni. Ale w porownaniu z 27 w chalupie rzeczywiscie wydawalo sie chlodne. ;) Dopiero w sobote, kiedy wilgotnosc skoczyla do 85%, nastapila kapitulacja. Tesciowka, po wyjsciu spod prysznica zaczela narzekac, ze taka mamy wilgoc, ze nie moze wysuszyc wlosow. Suszarka dmucha i dmucha, a one dalej wilgotne. :D Oczywiscie tylko na taki komentarz czekalam i z triumfem polecialam na gore przelaczyc termostat na chlodzenie. ;) Zeby nie bylo, sama jestem zmarzluchem i klime mam nastawiona na 24 stopnie, ale w porownaniu z temperatura na zewnatrz to i tak ogromna ulga. W niedziele, termometr w aucie pokazal, ze jest... 41 stopni! :O

Konkretnie to bylo 106 F. ;) I jak widac, zblizal sie juz wieczor, ale ukrop nie mial zamiaru odpuszczac...

Oprocz chlodzenia, klimatyzacja dodatkowo wysusza powietrze, co jest po prostu nieocenione, bo znika to ohydne uczucie, ze mieszkamy w tropikalnej dzungli i nawet jak siedzi sie i nic nie robi, pot splywa po du... czole. ;)
Nic wiec dziwnego, ze w miniony weekend spedzilam z Potworkami sporo czasu na basenie. ;) Chyba wspominalam juz, ze mamy basen publiczny doslownie 3 min jazdy od naszego domu, w parku, do ktorego kiedys sie wybralismy w poszukiwaniu placu zabaw?

Dac im odrobine wody i jest pelnia szczescia :)

Niestety, basen lezy zaraz poza granica naszego miasteczka i za wstep musimy uiszczac oplate dla nie-rezydentow. :( To nie jakas fortuna, ale $24 za mnie i dzieciaki ($8 od osoby) kazdego dnia, zeby 2 godzinki pochlapac sie w basenie, szybko stalo sie dosc pokazna sumka. :/ Zauwazylam, ze sporo osob, zeby wycisnac z oplaty jak najwiecej, bierze koce, jedzenie i spedza tam wiekszosc dnia, jednak jakos to do mnie nie przemawia. To tylko tak naprawde jeden basen (drugi jest dla maluszkow), zadnych atrakcji w rodzaju zjezdzalni i w dodatku praktycznie zero cienia. Ogolnie baseny ladne, duze i czyste, ale chyba przeniose sie z Potworkami do najblizszego parku stanowego ze stawem z wydzielona plaza. Co prawda to juz 20 min jazdy, ale za to wstep za darmo. ;)

Potworkom oczywiscie wsio ryba gdzie sie chlapia, byle by woda byla. ;) Basen jest fajnie urzadzony, bo od wiekszego i glebszego odchodzi jakby mniejsze kolko , w ktorym woda jest dosc plytka. W najplytszym miejscu siega Nikowi do pach, w najglebszym lekko mu juz zakrywa glowe. Dzieki temu szybko nabral pewnosci w wodzie.

Nie ludzcie sie patrzac na te drzewa i cienie. Zdjecie zrobione bylo o 5:30 po poludniu. W srodku dnia slonce stoi wysoko, a cien jest tylko pod widocznymi pawilonami, mieszczacymi maksymalnie dwa lezaki...

Pierwszego dnia - w piatek zbiegal po schodkach i skakal do wody nasladujac siostre, tyle ze ona natychmiast nurkowala, a on wyciagal szyje jak najwyzej, byle nie zamoczyc glowy. ;) Juz w niedziele zas (czyli 2 dni pozniej), znow biorac przyklad z Bi, skakal do basenu w miejscu gdzie w ogole nie czul nogami dna! Stalam obok i asekurowalam, ale szybko przekonalam sie, ze moj syn zaczyna plywac! Jego styl nazwalabym, hmm... rozpaczliwym (:D), bo gwaltownie wymachuje ramionkami na "pieska", ale to juz poczatek. ;) Wazne, ze przez te kilka sekund jest w stanie utrzymac sie na powierzchni. Od czegos trzeba w koncu zaczac. ;)
A od soboty znow zapisalam Potworki na lekcje plywania. Musze kuc zelazo poki gorace. ;)

W srode tego tygodnia trafilo nam sie Swieto Niepodleglosci i dzien wolny. Szkoda, ze w samym srodku tygodnia, ale jak sie nie ma co sie lubi... Dobry i jeden dzien. ;)
Mimo, ze byl to srodek tygodnia, chcielismy spedzic ten dzien rodzinnie. Gdzies pojechac, zapewnic Potworkom jakies atrakcje... Pierwszym pomyslem bylo zoo, ale ten dosc szybko sobie odpuscilismy. To byl bowiem juz kolejny dzien, kiedy zapowiadano prawie 33 stopnie (a w sloncu jeszcze wiecej) przy 85% wilgotnosci powietrza. Na mysl o lazeniu przez kilka godzin w "dzungli", czulam jak samoistnie sie roztapiam.
Potem uznalam, ze w taki ukrop nie ma jak posiedziec na plazy. Tam zawsze bedzie kilka stopni chlodniej oraz przyjemna bryza. M. troche stawal okoniem, ale w koncu go przekonalam. Juz mialam wyciagac z kempera wszystkie nasze plazowe klamoty, kiedy moje plany popsul... telefon. Cos ostatnio nie mam szczescia do tego sprzetu... ;)
Nie wiem czy pamietacie, ale jakies dwa miesiace temu popsula mi sie komorka. Po prostu pewnego dnia sie nie wlaczyla i juz. Nawet uprzejmym ludziom w sklepie Apple nie udalo sie jej reanimowac i dostalam nowa. Co mnie jednak w tej nowej wkurzalo, to to, ze miala strasznie malo pamieci. Dla mnie, ktora porzucila juz dawno aparat fotograficzny na rzecz telefonu, bo zawsze mam go przy sobie, bylo to niemozliwie irytujace. Co chwila musialam kasowac stare fotki, zeby zrobic miejsce na nowe. Po usunieciu wszystkich kwiatkow i krajobrazow, zostawaly zdjecia dzieci, ktore z bolem serca musialam po kolei wywalac, zeby moc pstryknac kolejne. Dopiero moj malzonek pomyslal i sprawdzil, ze srajfon mial tylko 16 GB pamieci. On wlasnie sprawil sobie najnowszy model, wiec zaproponowal, ze odda mi swoja 8-emke, ktora mial poczatkowo sprzedac. Strasznie nie lubie zmieniac telefonow, bo od nowa musze sobie wszystko ustawiac i wgrywac, nawet jesli jest to nadal srajfon. Problem z tym, ze pamiec na iCloud skonczyla mi sie w lutym, wiec wszystkie dodatkowe zdjecia, notatki i zapiski z kalendarza, musze przenosic recznie. Ale ze wizja wiekszej pamieci byla niezwykle kuszaca, zgodzilam sie. ;) Poprzenosilam wszystko, powkurzalam sie nieraz przy tym nieziemsko (nie pamietalam hasel, wiec musialam szukac karteluszkow, na ktorych mialam je zapisane), pouzywalam telefon przez kilka dni i... okazalo sie, ze nie da sie z tym zlomem funkcjonowac! Nie wiem jak M. wytrzymal ostatnie dwa tygodnie!
Zaczelo sie juz na kempingu, kiedy komorka nalezala jeszcze do M. Probowal on dzwonic do rodzicow, zeby sprawdzic czy wszystko ok i nie mogl sie polaczyc. Wolal "Halo!" w sluchawke, oni odkrzykiwali "Halo, HAAALO!!!" i tak sobie krzyczeli, az w koncu jedna strona poirytowana sie rozlaczala. Albo M. nie slyszal rodzicow, albo oni jego. Dopiero za 3-4 razem mogli pogadac. Poniewaz jednak bylismy na koncu swiata gdzie ledwie byla jedna kreska zasiegu, zwalilismy to na slaba siec. Dziwne tylko, ze z mojego telefonu M. dzwonil bez problemu, hmmm...
Wrocilismy do domu i chociaz przy rozmowach slychac bylo halasy i nieraz pytalam M. gdzie on jest, ze tak piszczy i szumi mi w sluchawce, ale dalo sie wytrzymac. Az kilka dni temu przejelam ten telefon, przekopiowalam wszystkie pliki ze starego, ucieszona zaczelam go uzytkowac i... zonk.
O matko i corko! To byl koszmar! Wszyscy, ktorzy ze mna rozmawiali, pytali, czy jestem na zewnatrz, bo mysleli, ze to wiatr hula mi w sluchawce. Ja ze swojej strony slyszalam delikatne "pykanie". Nie bylo to szczegolnie uciazliwe, ale dodatkowo nie slyszalam wyraznie co ktos do mnie mowi. Dla mnie brzmialo to, jakby ktos zakryl sobie usta dlonia i tak ze mna rozmawial. Rozumialam ogolny sens, ale kazdego slowa juz nie wylapywalam.
Telefon mialam cale 3 dni, kiedy stwierdzilam, ze dalej tak nie pociagne i albo musze wrocic do starego (2-miesiecznego, haha!), albo musze sie przejechac do Apple, zeby zobaczyli co mu dolega. Na szczescie na wizyte mozna umowic sie internetowo. ;) Niestety, najblizszy termin mieli na popoludnie wlasnie swiatecznego dnia. Musielismy pozmieniac wszystkie plany, ale wyszlam (znowu!) z nowym telefonem! :) Okazalo sie, ze w starym - nowym padl dolny mikrofon, usterka jest nie do naprawy i wymienili mi go na nowke niesmigana. Licze, ze ta zostanie ze mna dluzej, bo to przeciez juz moj drugi telefon w ciagu 2 miesiecy i trzeci w troche ponad rok! :D

Moja wizyta w Apple niestety wymusila na nas zmiane planow na wolny dzien. Na plaze nie bylo sensu jechac, bo to na tyle daleko, ze siedzielibysmy jak na szpilkach, co chwila sprawdzajac godzine i stresujac sie, zeby na drodze nie bylo korkow. M. rzucil propozycje pobliskiej farmy, Bi uslyszala i ucieszyla sie, ze przejedzie sie na kucyku i tak klamka zapadla. Pojechalismy i nawet udalo sie wyciagnac babcie i dziadzia na mala wycieczke. Niestety, mimo ze specjalnie wybralismy sie z rana,  bylo tak wilgotno i goraco, ze plulam sobie w brode, iz nie uparlam sie jednak na plaze. Nie dosc, ze splywalismy potem, nie dosc, ze wiekszosc zwierzakow pochowala sie w cieniu z dala od zwiedzajacych, to okazalo sie, ze przejazdzki na kucykach sa tylko w weekendy! Bi zaczela plakac, a ja nie moglam tego pojac: owszem, byla sroda, ale dzien swiateczny! Wiekszosc osob mialo wolne, na pewno mieli duzo wiekszy ruch niz na codzien, juz mogliby urzadzic te przejazdzki! :/ Dodatkowo, farma prowadzi polkolonie (ktore o dziwo byly czynne w swieto) i dla tamtych dzieciakow przejazdzki sie odbyly, co wywolalo kolejna fale rozpaczy (i pretensji) u Bi.
No ale coz. Pochodzilismy, nakarmilismy te zwierzeta, ktore zechcialy do nas wyjsc (na szczescie byl ranek, wiec po nocy byly jeszcze glodne)...

Jak ten piekny kon pociagowy. Nie widac tego na zdjeciu, ale byl naprawde ogromny, a przy tym niezwykle delikatny

Po nakarmieniu wiekszego inwentarza (najbardziej lakome byly kozy, wspinajace sie na ogrodzenia, zeby pierwsze dopchac sie do zarcia), Potworki usilowaly wywabic spod traktora kure. ;)



Ta sie nie dala, ale nieco dalej, przy wejsciu do kurnika dorwali nieco smielszy egzemplarz, ktory za troche ziarna dal sie nawet poglaskac. :D



Nastepnie weszlismy do sklepiku, gdzie maja zazwyczaj balie pelna kurczaczkow.

Jak bylo goraco mozna zobaczyc po buzi Bi - czerwonej i blyszczacej od potu. Podejrzewam, ze ja sama nie wygladalam duzo lepiej :D

Tam to juz byla istna sauna i po kilku minutach zaczelam przekonywac Potworki do wyjscia, ale nie chcieli porzucic puchatych kuleczek. W koncu przekupilam ich lodami, ktore milosiernie sprzedawali w sklepiku. :D

Na farmie maja tez kilka miejsc na tematyczne zdjecia:

Nik nie mogl dosiegnac do otworu na glowe "farmera", ale kiedy zaproponowalam, zeby sie zamienili, oburzyl sie, ze nie chce byc dziewczyna. Maly seksista! :D

Ale z byciem swinka nie mial problemu:



Wracajac, planowalam zajechac nad pobliski staw, zeby Potworki mogly schlodzic sie w wodzie. M. przypomnial mi jednak, ze dwa dni wczesniej rozlozylismy nasz basen. Planowalam wody nalac tylko troche, zeby zobaczyc czy bardzo bedzie splywac na jedna strone. Mimo bowiem, ze wybralam najbardziej plaski kawalek ogrodu, to do idealnego poziomu troche mu brakuje. Lalismy te wode i lalismy, bo wydawalo nam sie, ze powinno byc ok, az w jednym koncu basen sie caly napelnil. Niestety, teren jest tam jednak zbyt pochyly dla basenu wyporowego, czy jak to sie zwie. Pochylosc jest minimalna, ale roznica poziomow sprawia, ze jedno z wejsc do pompy jest ponad powierzchnia wody, a to z kolei nie pozwala na jej wlaczenie. Poczatkowo myslelismy o spuszczeniu wody i przekreceniu basenu, zeby odplyw znalazl sie pod woda, ale niestety, basen tez wyraznie przechyla sie na ta napelniona strone i grozi peknieciem. Poza tym, zauwazylismy, ze idealnie nad basenem sterczy uschniety konar drzewa. Trzeba go sciac zanim spadnie i kogos zabije, tym bardziej, ze juz jest pekniety... Nie mniej, skoro woda chwilowo jest i to nagrzana, pozwolilismy Potworkom na kapiel. ;)

A nie pisalam, ze tam gdzie jest woda, jest radosc? Nawet jesli siega ledwie nad kolana ;)

Woda robila sie juz jednak metna, wiec dzis ja spuscilismy. Teraz trzeba sciac konar, nawiezc ziemi, zeby wyrownac teren i wtedy mozna zrobic kolejne podejscie z basenem. ;)

Co jeszcze z ciekawszych rzeczy...

W zeszla sobote pojechalam z Potworkami do naszej miejskiej biblioteki. Wstyd sie przyznac, ale nie bylam tam od urodzenia dzieci, a moja karta stracila waznosc w 2013 (!) roku. :D Od starego domu mielismy kawalek zeby tam dojechac i zupelnie nie po drodze do nikad, a dodatkowo i lenistwo sprawialo, ze wolalam kupic uzywana ksiazke na Amazon (nawet z kosztami przesylki) niz specjalnie dralowac do biblioteki. Teraz mamy 5 minut autem, wiec mozna tam szybko podjechac, chociazby zeby oddac ksiazki. Potworkom zas nudza sie zbiory, ktore mamy w domu, do tego dodac mnie i na coraz to nowe lektury dla trzech osob, szybko mozna wydac fortune. ;) Dlatego uznalam, ze czas wprowadzic ich w swiat "wypozyczalni". Bi ma swoja karte biblioteczna, ktora zalozyla rok temu na wycieczce szkolnej, teraz i Nik zalozyl swoja. Ja, okazalo sie, ze nie figuruje juz nawet w bibliotecznych rejestrach, wiec tez musialam wyrobic nowa. Ale wstyd... :D
Biblioteka ma piekny dzial dzieciecy, nawet z mini placem zabaw, ktory jednak przeznaczony jest raczej dla maluszkow. Nik znalazl caly stos ksiazek o pojazdach (biblioteka nie ma limitu na ilosc wypozyczanych egzemplarzy), Bi kolejna czesc serii "Ranger in time". Dodatkowo, w bibliotece znajduje sie mechaniczny konik, na ktorym mozna sie przejechac. Mielismy szczescie, bo przejazdzki sa dozwolone tylko przez godzine dziennie. :)

Ten kon to normalnie wspomnienie z dziecinstwa! Kiedy bylam mala, takie koniki byly przy wejsciach do prawie kazdego supermarketu. Zawsze blagalam o przejazdzke! ;)

Zeby przejechac sie na tym koniu na szczescie nie potrzeba drobnych (bo ich nie mialam!). Pani bibliotekarka daje zeton. Ale za to jest limit jednej przejazdzki na wizyte. ;)

We wtorek bylam u okulisty. Rok temu mielismy korowody z ubezpieczeniem i w koncu nie poszlam, nie mialam wiec  badanego wzroku przez 2 lata.
Na szczescie dowiedzialam sie, ze moja wada sie nie zmienila, ani poki co nie potrzebuje okularow do czytania. Co za ulga... :D Moje stare bryle maja juz 3 lata i chociaz jakos sie trzymaja, a i szkla nie sa porysowane, to jednak antyodblaskowa powloczka gdzieniegdzie odchodzi, farba z ramki odprysnela w jednym miejscu, no i po prostu mi sie znudzily. Po chyba polgodzinie przymierzania i krecenia nosem, poszlam na zywiol i wybralam... czerwone oprawki! :O Poza tym kupilam sobie okulary przeciwsloneczne, ktore naklada sie na zwykle okulary. Nie chcialam bowiem placic za druga pare szkiel korekcyjnych. ;)

Za to moi tescie mieli w czwartek "przygode" i obawiam sie, ze teraz juz nie odwaza sie wyjsc na spacer. ;) Mianowicie, zaraz na nastepnej ulicy od naszej, natkneli sie na nic innego, tylko niedzwiedzia! :O Szedl sobie spokojnie wokol czyjegos domu. Najedli sie strachu, ze hej! Tesciowa nie pozwolila potem Potworkom nawet zejsc z tarasu do ogrodu. ;)

Dodam Wam tez ostatnie teksty moich dwujezycznych rozrabiakow:

Nik: "Czy wzielas komary spray?"
Bi: "Daddy is cleaning his szybe."

Ostatnio dosc czesto rozmowy schodza nam na tematy rodziny i malzenstwa. Bi dopytuje sie czy koniecznie trzeba miec meza, zeby miec dziecko. Odpowiadam szczerze, ze nie trzeba, ale fajnie jest miec milego tate dla dzieci. Bi jednak oburza sie, ze ona chce byc weterynarzem, wiec nie moze miec meza (nie wiem dlaczego wg. niej ta profesja kloci sie z posiadaniem malzonka :D) i bedzie miec tylko jedno dziecko, koniecznie dziewczynke. Coz, szybko nauczy sie, ze plany planami, a zycie zyciem, wiec wzruszam ramionami, ze jesli nie zechce to moze nie wychodzic za maz, to nie jest w koncu obowiazkowe. Dodaje jednak, ze niektorzy ludzie chca wziac slub i to tez jest ok. Bi dodaje przejeta:
"Tak i wtedy pan powie dziewczynie: You look beautiful, madam!".

Zadna sie nie oprze takiemu podrywowi. :D

Teraz humor sytuacyjny. Kilka dni temu, Kokus usilowal na migi, przez zamkniete drzwi tarasu (bo w srodku hulala klima) przekazac, ze chce ogladac bajki na tablecie:
Zlozyl raczki w blagalnym gescie, narysowal w powietrzu paluszkiem prostokat, po czym przyblizyl piastki po obu stronach buzi, idealnie odwzorowujac wpatrywanie sie w ekran.
Nadaje sie do kalamburow, agent jeden! :D

A na koniec wrzucam Wam zdjecie mojej rozy, o ktora balam sie, bo byla doslownie pokryta mszycami. Poza tym praktycznie nie miala paczkow i zastanawialam sie, czy zakwitnie. Opryskiwalam ja przez jakis czas regularnie i odwdzieczyla sie w koncu takim widokiem:


Piekna, prawda?

I tu Was juz zostawiam. Trzymajcie sie cieplo, goraco, albo i chlodno, w zaleznosci od pogody i upodobania. ;)

czwartek, 28 czerwca 2018

Tam i z powrotem pod koniec czerwca

Wybylismy na kilka dni i wrocilismy. Spaleni sloncem (rodzice, bo dzieci smarowalam dokladniej :D) i czujacy kazdy miesien (tez rodzice, bo dzieci maja lepsza kondycje :D). Chociaz pogoda dopisala, hmm... srednio, to wycisnelismy z tych 4 dni ile sie da. Tradycyjnie juz, nie chcialo sie wracac. :)

Zanim jednak przejde do naszych wojazy, zapisze "ku pamieci" o innych wydarzeniach minionego 1.5 tygodnia.

Po pierwsze (bo najkrotsze), "nasze" dzikie indyki spod pracy rozmnozyly sie i teraz samica prowadzi za soba dumne stadko 6-ciu indyczatek. Niestety, trzyma sie z daleka, wiec trudno im zrobic dobre zdjecie, tym bardziej, ze maluchy sa upierzone malo spektakularnie. Wlasciwie wygladaja jak mini-dorosli. ;)

Slabo widac... Szkoda...

Poza tym, podczas naszej nieobecnosci, podobno jakis ciekawski indyk zagladal nam do domu przez okienko w pokoiku telewizyjnym (czyli w piwnicy). ;)

W poprzedni wtorek Bi byla na kontroli u dentysty. I po raz pierwszy od kilku wizyt, wszystkie zeby wydaja sie cale, ufff... ;) Moze stosowanie plynu do ust pomoglo? A moze to wynik tego, ze wiekszosc dziur Bi ma miedzy zebami i wychodza na przeswietleniach, kiedy sa juz na tyle duze, ze "cos" tam podejrzanie wyglada na zewnatrz? Oby nie. ;)
W kazdym razie, kiedy choc raz stan uzebienia corki nie doprowadzil mnie do skrajnej rozpaczy, to do frustracji doprowadzil syn. Poniewaz trwaly juz u nas wakacje, wiec pomimo moich protestow, Nik zabral sie z nami. Niestety - stety, dentysta Potworkow jest typowo dzieciecy, czyli podczas wizyt dzieciarnia dostaje po nowej szczoteczce, mini-pascie, po dwie naklejki oraz drobiazg ze "skrzyni skarbow". A Nik strzelil focha, bo jemu, jako ze tym razem nie przyszedl jako pacjent, nic sie nie nalezalo. Tyle (i tak glosno) tam sie namarudzil, ze w koncu sekretarka laskawie pozwolila i jemu cos wybrac. Myslicie, ze byl zadowolony? Tylko czesciowo, bowiem w tym roku gabinet, do skrzyni skarbow dolozyl jeszcze automaty na zetony. Sek w tym, ze zeton otrzymuje pacjent od dentystki po skonczeniu wizyty. Nik go oczywiscie nie dostal i nie mogl tego przezyc. I nic nie pomoglo tlumaczenie, ze za miesiac sam bedzie mial wizyte. W 5-letnim swiecie, miesiac to cale wieki. :)

Tydzien temu Bi miala wiec dentyste, a dzis bilans 7-latka. Przy okazji zaliczylam rekonesans w nowej przychodni. Okazalo sie, ze panuja tu inne zwyczaje i wizyte mielismy z kims w rodzaju pielegniarki srodowiskowej (nie wiem jak przetlumaczyc jej tytul) zamiast pediatry. Z Bi, ktora (odpukac!) nie ma wiekszych problemow zdrowotnych, bylo mi wszystko jedno, ale przy Niku, ktory zmaga sie z nawracajacymi zapaleniami uszu, wolalabym jednak trafic na lekarza... :/ Ogolnie atmosfera przyjemna, cala ekipa sympatyczna, ale jakos zatesknilam za stara przychodnia. Tam budynek byl w miare nowy - 10-letni. Tutaj jest chyba 100-letni, zabytkowy. Z zewnatrz ladny, ale wewnatrz az prosi sie o remont. Obdrapane sciany, obdrapane szafki, popekane siedziska krzesel, skladzik urzadzony na schodach... No i ciasno, widac, ze przychodnia przerobiona ze starego domu i nie wszystko jest urzadzone praktycznie i z sensem. Dodatkowo, w starej przychodni, przy kazdym bilansie dziecko otrzymywalo ksiazke odpowiednia do wieku i plci. Myslalam, ze to jakis standard naszego Stanu, ale najwyrazniej nie, bo tutaj Bi nic nie otrzymala. Drobiazg, ale robi roznice. ;) Gdyby nie odleglosc, rozwazylabym na powaznie powrot do starej przychodni... Bliskosc domu ma jednak znaczenie. Tutaj udalo mi sie podjechac na bilans, wracajac po drodze wskoczyc do urzedu miasta zeby odnowic rejestracje psa (nie wiem czy w Polsce tez praktykuje sie rejestracje psiakow?), wrocic w koncu do domu i wszystko zajelo mi okolo godziny. Z dojazdem do starej przychodni, nie wiem czy zamknelabym sie w dwoch godzinach... Na dobre czy na zle, nowa przychodnia wiec zostaje. ;)
Dane "techniczne" Bi:
waga - 25.4 kg
wzrost - 124.5 cm
Obydwie wartosci to okolo 70 centyl, czyli leciutko powyzej przecietnej. Poza tym Bi miala badany wzrok i ten poki co, ma doskonaly. :)

Napisze Wam tez o moim niedawnym odkryciu. Odkrycie jest dosc, hmm... intymne, wiec jak ktos nie chce czytac, niech ominie nastepny akapit. Ale ze sa tu raczej same baby, to napisze. Moze sie komus przyda. ;)
Bedzie moje drogie o podpaskach. Taki wdzieczny, kobiecy temat. ;)
Aha, to NIE jest post sponsorowany. :D
Jak tylko bylam na tyle dorosla, zeby samej o takich sprawach decydowac, czyli od wielu, wielu lat, stalam sie wierna marce Always. Czasem kupilam inna, najczesciej kiedy nie moglam dostac odpowiedniego rozmiaru albo wersji ze skrzydelkami, ale zawsze do niej wracalam.
Od jakiegos czasu jednak, zaczelo mi byc z nimi niewygodnie. "Podwozie" pocilo sie, szczegolnie latem, odparzalo, czulam po prostu dyskomfort. Probowalam innych marek, w tym bawelnianych, "naturalnych" i organicznych, ale te z kolei zostawialy poczucie wilgoci i obcieraly az do krwi. :O W koncu, kiedys rzucila mi sie w oczy reklama majtek menstruacyjnych! :D Przyznaje, ze najpierw przezylam szok ("ze co to niby jest?!"), ale potem zaczelam czytac i drazyc temat. Nie, na cale "gacie" nie mialam ochoty, ale moze podpaski wielorazowego uzytku? Maja wielorazowe pieluchy, moze sa i podpaski?
I to jest wlasnie moje odkrycie! Podpaski wielorazowego uzytku istnieja i to wielu firm (choc w zasadzie ich budowa jest taka sama)! Kupilam kilka na probe i poza jedna wada (o tym za chwile), sa rewelacyjne! Taka podpaska to material glownie poliestrowy, wiec super przewiewne to nie jest, ale i tak czuje sie z nia duzo lepiej niz z jednorazowym "plastikiem". Czesc "chlonna" to mily w dotyku, cos a'la polarek, wiec nie czuc na nim prawie wilgoci. No i najwazniejsze, ze mimo iz podpaska jest grubsza niz jednorazowka, to jednak jest delikatniejsza dla miejsc intymnych. ;) A przy okazji przyjazna srodowisku, ha!
Teraz o tej wadzie, ktora niestety jest dosc znaczna. :/ Mianowicie, warstwa "zewnetrzna" podpaski jest zrobiona z bardzo sliskiego materialu (wyprobowalam dwie rozne firmy i w obu bylo to samo) i w rezultacie slizga sie po bieliznie i przesuwa. Niestety, poza domem nie zawsze ma sie mozliwosc szybkiego siegniecia do gaci, zeby poprawic to i owo, wiec jestem dosc rozczarowana, ze nie moge zabrac wielorazowek na wyjscia. Co jednak robic? Do pracy nosze nadal jednorazowki, a po przyjsciu do domu szybciutko i z ulga wskakuje w podpaski wielorazowe i jest git. No i czekam na jakies unowoczesnienie "technologii", rzep czy cos, co pomoze wielorazowce pozostac na miejscu. ;)
A! Taka wielorazowke mozna wrzucic po prostu do pralki, ale przedtem trzeba ja przeplukac, co niektorych moze brzydzic. ;)
To tyle o odkryciu roku. :D

No dobrze. Wracam do watku glownego. Jak wspomnialam na poczatku posta, wyjechalismy. Jakos w poprzednim tasiemcu chyba umknela mi wiadomosc, ze mamy zaplanowany kolejny kemping? ;) Ktory zreszta stal pod znakiem zapytania, z dwoch powodow. Po pierwsze, tescie. M. zostawial rodzicow baaardzo opornie. Musze mu oddac sprawiedliwosc, bo zostawienie dwojga starszych ludzi nie mowiacych po angielsku samych, kiedy my bedziemy ponad 2.5 godziny drogi od domu, nawet mi wydalo sie... ryzykowne. Poniewaz nasza przyczepka ma tylko 5 lozek, w tym jedno dla malego dziecka (Bi ledwie sie na nim miesci), wiec rozwazalismy wynajecie wiekszego kempera, zebysmy wszyscy mogli pojechac. Tescie jednak (ku mojej uldze zreszta) stanowczo odmowili. Tesc jest typem, ktory musi miec regularne zajecie i nie nadaje sie na spacery po plazy ani przejazdzki rowerowe. A tesciowa nie przezyje bez wygodnej kuchni i pojemnej lodowki. ;) Przez jakis czas wahalismy sie wiec czy nie odwolac wyjazdu kompletnie. Na szczescie dla mnie, ciotka M. (ktora jest siostra tescia) oznajmila, ze ona i jej przyjciel sa na miejscu, pod telefonem i beda do nich wpadac. Zebysmy sie nie martwili, tylko jechali. A my, poza oczywista checia, zeby pojechac, pomyslelismy, ze tesciom przyda sie oddech po tygodniu sam na sam z Potworkami. Z tego tez powodu rozwazamy czy nie wyjechac jeszcze raz, a moze i dwa razy w te wakacje i nie dac dziadkom odpoczac. ;)

Drugim powodem, przez ktory rozwazalismy odwolanie wyjazdu, byla juz tradycyjnie pogoda. Nosz kurwajapierdolechujbytozlamal, przez ponad tydzien upaly i slonce, to popsuc musiala sie akurat na nasz wyjazd! Moj tata nawet zartowal, ze nie wolno nam juz wyjezdzac, bo nie dosc, ze my nie mamy pogody, to psujemy ja innym. ;)
W kazdym razie, na 4 dni kempingu, jeden byl deszczowy, a drugi pochmurny i mglisty. Bosko, prawda? ;)

Wyjechalismy w piatek po poludniu i klopoty zaczely sie juz w drodze, choc tu akurat chyba z naszej winy. M., probujac zobaczyc w GPSie jak prowadzi trasa, tak naklikal, ze potem nie moglismy juz dojsc do pierwszych ustawien i zostalo nam jechanie tak, jak prowadzi maszyna. A ta poprowadzila nas w kierunku jednej z najwiekszych metropolii w naszych okolicach. Najpierw utknelismy wiec w korku jadac przez stolice naszego Stanu, ale na to bylismy przygotowani. Nieprzygotowani bylismy za to, zeby co pol godziny stawac w korkach na trasie do w/w aglomeracji. GPS dopiero na sam koniec kazal nam odbic na poludnie, w kierunku oceanu. W rezultacie, zamiast jechac 2.5 godziny, jechalismy ponad 3. Ale nic to, w koncu dojechalismy! :)
Na miejscu okazalo sie, ze kemping jest niewielki. Nie ma nawet sklepiku (to dla nas nowosc, bo zazwyczaj pola kempingowe chetnie trzepia kase na turystach), a najblizsze wieksze miasteczko znajduje sie pol godziny drogi z tamtad. Wioska, przy ktorej znajdowalo sie pole kempingowe, miala "az" jedna stacje benzynowa z dwoma dystrybutorami i maciupenkim sklepikiem "ze wszystkim". Na takim zadupiu dawno juz nie wyladowalismy. :D Plac zabaw, ktory byl jednym z "must have" na polu kempingowym (zawsze szukam kempingu, ktory ma jakas "wode" oraz plac zabaw dla Potworkow), okazal sie szescioma hustawkami. ;)

Na zdjeciu 1/3 "placu zabaw" :)

Poza tym, nasze konkretne miejsce na polu kempingowym znajdowalo sie na obrzezu wiekszego, trawiastego obszaru. Zero prywatnosci.

Tak to wygladalo. W pierwszy dzien mielismy jeszcze sasiadow (tam gdzie widac stol piknikowy), potem juz bylo pusto

Drugiego dnia zauwazylismy sporo wolnych miejsc i podeszlismy do biura z zapytaniem czy nie mozemy sie przeniesc. Pani odpowiedziala, ze wszystkie miejsca sa zarezerwowane i jesli akurat jakies jest puste, to ktos ma tam przyjechac. Tere fere, przynajmniej dwa miejsca pozostaly wolne przez wiekszosc czasu, ktory tam spedzilismy, a dziewczynie najwyrazniej nie chcialo sie sprawdzic. :/ Ale coz... Puste pole okazalo sie miec swoje zalety, bo Potworki z zapalem graly na nim w pilke. Dalo sie przezyc.

Gorzej z pogoda...
W piatek bylo jeszcze ladnie, chociaz dalo sie odczuc, ze bedac nad samiutkim oceanem, jest kilka stopni chlodniej i niemilosiernie wieje. Coz, norma. ;)
W sobote jednak obudzil nas deszcz. Ktory padal z krotkimi przerwami caaaly dzien. :( Nik dostawal w przyczepie przyslowiowego kota, Bi jakos znajdowala sobie zajecie. Okazalo sie tez, ze w ferworze pakowania, ani ja, ani M. nie wzielismy dla siebie kurtek przeciwdeszczowych! :/ Na szczescie spakowalam je dla Potworkow (jakie to typowe, ze matka pomysli najpierw o dzieciach, nie o sobie! :D), wiec wreczylam Kokusiowi kurtke oraz kalosze i zezwolilam na jazde na rowerze, deszcz nie deszcz. Od razu wrocil mu humor. ;) A po poludniu mzawka zaczela robic sobie dluzsze przerwy i odwazylismy sie na mala wycieczke po okolicy. Chocby po to, zeby zobaczyc plaze.

Niezbedny sobotni ekwipunek - dlugie spodnie i kalosze. A wiatr przewiewal na wskros, nawet w bluzie :/

Ja - dziecko wychowane nad morzem, po prostu nie moge zniesc lata bez oceanu! Uwielbiam slony wiatr i zapach (smrodek) wodorostow! ;) Zycie wywialo mnie od niego troche dalej (choc bez przesady, bo te 1.5 godzinki to nie jest odleglosc nie do pokonania) i co roku nie moge sie doczekac, zeby stanac na brzegu i wpatrzec sie w fale uderzajace rytmicznie i z hukiem o piasek. Nawet stalowo - szary i ponury, ma dla mnie urok, szczegolnie po calej zimie przerwy. :)

W niedziele przestalo padac i zrobilo sie nieco cieplej, ale cale pole kempingowe skapane bylo w chlodnej mgle idacej od oceanu.

Tak wygladalo to od strony plazy. Jak widac, jeden rzad miejsc kempingowych znajdowal sie nad samym oceanem. My niestety nie nalezelismy do tych szczesciarzy. ;)

M. marudzil, ze to najgorszy kemping w jego zyciu i ze moze powinnismy wracac. Mysle, ze wlaczyla mu sie tesknota za mamusia i tatusiem. :D Jesli o mnie chodzi, wole patrzec na deszcz ze srodka przyczepki, niz przez okno domu, w ktorym utknelabym z tesciami (bylismy na tyle blisko, ze pogoda byla tam tak samo koszmarna). Poza tym, prognozy uparcie twierdzily, ze nastepnego dnia mialo byc duzo lepiej. Mimo wszystko, korzystajac z braku deszczu (choc cala niedziele straszyl), ruszylismy na dalsza przejazdzke. Kemping byl bowiem malutki, ale naookolo bylo mnostwo uroczych tras rowerowo - spacerowych. Wybralismy sie wiec szlakiem wsrod wydm.
 Widoki w czasie przejazdzki

Na wydmy wchodzic nie wolno, sa pod ochrona, ale one same beztrosko zasypywaly trase i czasem ciezko bylo przejechac. :)


Za to tworzyly cudowny klimat, gorujac nad szlakiem i wysylajac odurzajacy aromat dzikich roz. Bi byla zachwycona bialym, morskim piaskiem. Ja zreszta tez. Nie moglam sie powstrzymac, zeby nie sciagnac butow i nie zanurzyc w nim stop. A Potworki szybko poszly w moje slady. :)

 Rozczochraniec (ach ten wiatr!) na wydmach ;)

Gdzieniegdzie na trasie znajdowaly sie wyjscia na male, dzikie plaze.


Cala plaza dla nas! :D

Bylam zachwycona! Trasa biegnie do ogromnej publicznej plazy i potem nieco dalej, konczac sie bramka gdzies w srodku malej, wakacyjnej osady. :) Plaza ogromna, ale w niedziele, przy mgle oraz pochmurnym niebie, nie zrobila wiekszego wrazenia.

Nawet przy takiej aurze znalezli sie jacys amatorzy plazowania :)

Po poludniu zabralam Potworki na nasza przy-kempingowa plaze. Ta z kolei byla niewielka, ale za to baaardzo kamienista. Czytalam o tym jeszcze przed wyjazdem i przezornie zaopatrzylam Potworki w buty do wody, zeby mogli swobodnie poruszac sie po nabrzezu, nie niszczac sandalow ani nie gubiac klapkow w falach. Nie bardzo ufalam prognozom, pozwolilam wiec dzieciakom chociaz zamoczyc w oceanie nogi.

Nik oczywiscie w kasku, bo nawet te 2 minutki z buta musial przejechac na rowerze. ;)

Skonczylo sie oczywiscie zamoczonymi rowniez portkami, ale co tam. ;) Poza tym, plaza w tym miejscu miala jeszcze jedna zalete - cale mnostwo muszelek! Pieknych, ogromnych muszli!

Ta ilosc to efekt moze 10 min. zbierania!

Potwory nazbieraly ich cale wiaderka i na szczescie, bo aura juz do konca dnia byla taka sobie, zabrali sie wiec za przerabianie muszelek na pamiatki dla calej rodziny. Dobrze, ze przypomnialam im o wzieciu na kemping mazakow. ;) A wieczorem, kiedy siedlismy przed ogniskiem, znienacka... lunelo i zaczelo grzmiec oraz blyskac! :O Zmuszeni bylismy spedzic reszte wieczora w przyczepce, co M. skwitowal oczywiscie kolejna dawka zrzedzenia. Naprawde, czasem dochodze do wniosku, ze lepiej mi sie spedza czas z dziecmi niz z mezem... ;)

Poniedzialek w koncu przywital nas sloncem! :) Co za widok, po dwoch dniach ciaglych chmur!!! Ktore zreszta nadal straszyly na horyzoncie, z kazda chwila sie do nas zblizajac. ;) Nie czekalam wiec i jeszcze z rana popedzilam z Potworkami na plaze, zeby mogli posmakowac kapieli w oceanie zanim znow zacznie padac i nie przestanie az do wyjazdu. ;)

Pierwsza kapiel w oceanie w tym roku :)

Potworki byly oczywiscie zachwycone, a ja okazalo sie, martwilam sie na zapas, bo chociaz okolo poludnia przez jakas godzine niebo bylo calkowicie zachmurzone, po poludniu rozchmurzylo sie i zrobilo naprawde pieknie. Pojechalismy wiec na kolejna rowerowa wycieczke, tym razem dluzsza. Okolica kempingu bowiem, czyli caly Park Stanowy, polozona jest na jakby polwyspie, porozrywanym w dodatku przez zatoczki i mokradla.
 Zdjecie fatalne, wybaczcie, bo robione przez okno jadacego auta, ale oddaje troche urok tamtych terenow - widac odkryte przez odplyw lachy i male, skaliste wysepki

Postanowilismy wiec dojechac na koniec polwyspu, na ktorym w oddali majaczyl jakis budynek. Myslelismy, ze to latarnia morska, a okazal sie jakas opuszczona ruina. ;) Ale i tak bylo pieknie. Trasa do latwych nie nalezala, bo byla kamienista, a gdzieniegdzie rowery trzeba bylo przepychac przez gleboki, morski piach. Nik, zaprawiony w rowerowych "bojach", jechal dzielnie i nawet po powrocie, kiedy zaproponowalam dalsza jazde w kierunku wakacyjnej osady, byl chetny. Niestety, Bi znosi jazde rowerowa znacznie gorzej. ;) Przez cala droge, jesli trasa robila sie minimalnie bardziej wymagajaca, czyli piela sie leciutko pod gorke, lub zamieniala sie w piasek, Starsza jeczala i plakala. Kilka razy musialam przejechac przez trudniejszy odcinek, zostawic swoj rower i wracac piechota, zeby pomoc corce. M. zamiast udzielic meskiego ramienia, tylko sie irytowal na corke i chwalil syna za wytrwalosc. :/ Sprawe pogorszyl jeszcze fakt, ze zauwazylam iz zarosla po obu stronach trasy az roja sie od poison ivy. To przelalo czare dla Bi, ktora co prawda nigdy nie miala (nie)przyjemnosci zasmakowac reakcji na te rosline, ale juz opowiadania wystarcza, zeby zupelnie ja odstraszyc. Od tamtej pory Starsza dopytywala juz tylko caly czas, kiedy wracamy. Ale kiedy dotarlismy do celu naszej wycieczki, czyli konca polwyspu, wszyscy z zadowoleniem ustawili sie do pamiatkowych zdjec. ;)

Dzieciaki znowu w kaskach. :D Moja mama pytala dlaczego oni ciagle maja na zdjeciach kaski, ale co ja zrobie skoro my wszedzie jezdzilismy rowerami? ;)

A poniedzialkowy wieczor dostarczyl nam naprawde spektakularnych widokow zachodzacego slonca. :)

Kolejna zaleta miejscowki na otwartym polu - widok na piekne niebo ;)

Wtorek to byl nasz ostatni dzien (a raczej jego pol), wiec oczywiscie pogoda okazala sie najpiekniejsza. :D Od rana swiecilo slonce i chociaz nad samym oceanem temperatura daleka byla od upalu, to bylo calkiem cieplo. Na tyle, ze postanowilam wykorzystac ten ostatni ranek na maksa i zabrac Potworki na wieksza plaze, ktora minelismy rowerami w niedziele. Tak jak podejrzewalam, przy ladnej pogodzie, plaza jest przepiekna! Dodatkowo, poniewaz bylo nadal przed poludniem i w dodatku srodek tygodnia, byla niemal pusta! Potworki najpierw urzadzily wyscigi przy brzegu.


Potem smialo zanurzyly sie w wodzie, ktora jak na ocean okazala sie calkiem przyzwoita. W sensie temperatury. :)

Nie widac tego na zdjeciach, ale fale byly calkiem spore, wiec Potworki mialy zakaz wchodzenia glebiej niz po kolana

Nastepnie usilowali "surfowac" na swoich malych deseczkach. :D

Surfin' USA :D

Kiedy pomyslalam, ze moze i ja sie zanurze i pochlapie, Bi wyskoczyla z wody jak oparzona, krzyczac, ze uszczypnal ja krab! Rzeczywiscie na stopie miala lekko zdarta skorke, ale podejrzewam, ze winowajca byl raczej jakis ostry kamien. Bi jednak do wody juz nie weszla. :D
Po wyjsciu z oceanu, jak na komende Potworki zaczely sie trzasc z zimna, wiec wrocilismy z powrotem na kemping.
Przebrac sie, cos przekasic, zapakowac wszystkie manele, jeszcze pamiatkowe zdjecie i czas byl ruszac do domu. :)

I koniec. Mam nadzieje, ze uda nam sie jeszcze gdzies w tym roku wyruszyc naszym wakacyjnym domkiem. :)

A teraz juz znow jestesmy w domu i pracy, a ja po cichu sprawdzam kempingi, planujac tak za 3-4 tygodnie jakis kolejny wypad. :)
Dzis przechodzi nad nami burza za burza, ale od jutra maja wrocic upaly. Przez tydzien temperatura ma nie spadac ponizej 30 stopni, a przez kilka dni moze nawet dobijac do 40stu, wiec mysle tez o jakims basenie dla ochlody. :)

O rany, ale tasiemiec... :D

poniedziałek, 18 czerwca 2018

Rocznicowo, ogrodowo, wakacyjnie, sasiedzko, urodzinowo i nawet paznokciowo :D


I znowu, poniewaz poprzedni post poswiecilam w calosci Kokusiowi, mam zaleglosci w relacjonowaniu naszej codziennosci. :) Posta (tasiemca) pewnie bede klepac kilka dni, wiec zapisuje, ze zaczynam w srode, 13 czerwca. ;)

To wazny dzien, bowiem akurat dzis mija 6 lat od rozpoczecia przeze mnie blogowej przygody. To nie do wiary, jak ten czas pedzi!


Kiedy zaczynalam moje, poki co w miare regularne zapiski, Bi byla malym berbeciem, ktory niedawno zaczal chodzic, ale kompletnie nie mowil. Nik za to plywal sobie w moim brzuchu i nie wiedzialam nawet czy jest chlopcem, czy dziewczynka. :D A teraz oboje sa juz tacy duzi! Rozgadani, glosni, oboje chodza do szkoly... Ech... Lezka sie w oku kreci, ze tak to zlecialo...

W poprzedni weekend, w koncu zmobilizowalam sie, zeby pojechac do sklepu ogrodniczego po kwiatki do donic kupionych ponad miesiac temu, a ktore staly sobie do tego czasu w garazu. :)

Pomocnica :)

I pewnie by tak dalej (nomen omen) "kwitly" puste, gdyby nie nadchodzacy wielkimi krokami koniec roku szkolnego i zwiazane z nim prezenty dla nauczycieli. Dla wychowawczyn Potworkow wymyslilam bowiem jako czesc prezentu, doniczke (raczej "doniczusie") z kwiatkiem. ;)
Zeby wlaczyc dzieciaki w proces obdarowywania, zabralam do sklepu ogrodniczego rowniez ich i polecilam wybrac po kwiatku dla pan. A po powrocie do domu, zabralismy sie za sadzenie.

Swiezo posadzone zielsko - niebieskie dla pani Kokusia, biale (ledwie widoczne petunie) dla pani Bi

Nik wcisnal swojego kwiatka w doniczke, po czym uciekl do jazdy na rowerze. ;) Bi jednak towarzyszyla mi do konca. Probowala nawet pomoc w skladaniu do "kupy" podwieszanych doniczek na taras, ktore kupilam tanie, ale przez to jakos glupio sie instalujace... :/

Oprocz kwiatkow i drobiazgow dla wychowawczyn, pozostala jednak reszta nauczycieli. Korzystajac z tego, ze Potworki sa w nowej szkole, wykorzystalam pomysl z zeszlego roku, czyli dla kazdego nauczyciela zakupilam notatnik. Prawie wszystkie udalo mi sie dostac z odpowiednim cytatem, np. dla nauczyciela plastyki, muzyki, w-f'u, hiszpanskiego, itd. Niestety, kiedy to pisze zostaly juz rozdane, wiec zdjec brak... Do kazdego notatnika kazalam Potworkom wlasnorecznie dopisac kartke z podziekowaniami. Schodzila mi na tym wiekszosc wieczorow w minionym tygodniu. Zanim przyjezdzalam do domu, zanim sie troche ogarnelam, zagonilam dzieci do biurka, zanim wymyslili co chcieliby ktorej pani napisac, zanim wreszcie nabazgrali co trzeba, robila sie godzina 19 i czas byl pomalu szykowac sie do snu.

Przy okazji konca roku szkolnego, znow jestem w jakims rzewnym nastroju (i jeszcze ten cholerny PMS!). Znowu cos odchodzi... Niby to tylko koniec roku, na ktory wiele lat temu, samej bedac jeszcze uczennica, czekalam jak na zbawienie i po swiadectwo lecialam jak na skrzydlach. Na studiach, po ostatnim egzaminie, czlowiek wydawal z siebie wielkie UFFFF... i nawet nie przejmowal sie tak bardzo wynikiem wiedzac, ze w razie czego, do kolejnego podejscia zostaly 2 miesiace luzu. ;)
Teraz kolejny koniec roku znow oznacza przemijajacy czas, ktory zdaje sie przelatywac coraz szybciej. Moje dzieci w ciagu kilku lat przestaly byc przedszkolakami, potem jedno po drugim zerowkowiczem i teraz jedno idzie juz do II klasy (i nie moze sie doczekac), a drugie do I (i placze, ze nie chce ;P). Kiedy to minelo? Jak? Nie wiem... Co gorsza, czas pedzi, a ja mam wrazenie, ze w codziennym zabieganiu w ogole nie wykorzystuje go na rzeczy naprawde wazne... :(

W kazdym razie, gotowa jestem na to, czy nie, w piatek 15 czerwca skonczyl sie kolejny rok szkolny. Dla Potworkow rozpoczyna sie 2-miesieczna laba, a dla mnie... w zasadzie nic sie nie zmienia. ;) No dobrze, bede mogla wychodzic nieco wczesniej do pracy bo odpadnie mi odstawianie dzieci na autobus. Teoretycznie powinno to oznaczac wczesniejsze wyjscie z roboty po poludniu, ale w praktyce, z tesciami w domu... jakos mi sie nie spieszy. ;)

Wroce jeszcze na moment do poprzedniego weekendu. Niedziela, oprocz sadzenia kwiatow, byla raczej leniwa, sobota dla odmiany dosc "interesujaca".
Dla Potworkow nadeszla historyczna chwila. W sobotni poranek, siadlam, wypisalam formularz oraz czek, zapakowalam Bi do auta (Nik zostal w domu bo mialam tylko 1 fotelik :D) i pojechalam. Nawigacja przeprowadzila mnie na drugi koniec sasiedniego miasta, az do budynku tamtejszego liceum (high school), w ktorym pomieszczenia wynajmuje rowniez... Polska Szkola. ;) Uprzejmy pan poprowadzil nas przez istny labirynt korytarzy az do biura, gdzie zlozylam potrzebne dokumenty. Od wrzesnia Potworki maszeruja wiec w soboty do szkoly, gdzie beda sie uczyc jezyka oraz tradycji "Ojcow". ;)  Narazie jestem do niej nastawiona raczej neutralnie. Zobaczymy jak pojdzie pierwszy rok, a potem zdecydujemy co dalej. Z jednej strony chcialabym, zeby Potworki wladaly biegle polskim. Przyda sie do komunikacji z dalsza rodzina, ale tez zawsze jest to kolejny jezyk obcy, ktory maja szanse poznac. A wiadomo, ze czego sie naucza, tego nikt im nie odbierze.
Z drugiej strony, Polska Szkola to jednak dodatkowy obowiazek. Oznacza poranne wstawanie nawet w soboty. Pol dnia ucieka na lekcje, dodatkowo trzeba odrobic prace domowa... No i odpadaja inne zajecia (np. sportowe) w sobotni ranek...
Tak jak wyzej, zobaczymy jak to wyjdzie "w praniu". Jak po roku okaze sie to bardziej upierdliwe niz warte zachodu, zrezygnujemy. Narazie, zgodnie z przewidywaniami, Bi jest podniecona, a Nik twierdzi, ze do zadnej szkoly nie pojdzie. ;)

Tak minal sobotni ranek. A po poludniu, dostalam smsa od sasiadki, ktorej corka chodzi z Bi do klasy. Okazalo sie, ze rozlozyli basen dla dzieciakow i zapraszaja Potworki do zabawy. Kiedy przyszlismy, okazalo sie, ze to "rozlozyli" to bylo mocno na wyrost. ;) Sasiedzi maja ogrod polozony jeszcze gorzej niz nasz. U nas jest spad, ale u nich to po prostu male gorki i doliny. Maja taki sam basen jak my w zeszlym roku, ktory, zeby sie trzymac kupy, musi byc napelniony woda. Niestety u nich, na pochylej powierzchni, wody nabieralo sie po kostki, po czym sie wylewala. ;) Dziaciaki byly rozczarowane przez kilkanascie sekund, po czym rozpoczely dzika zabawe w chlapanie i psikanie na siebie woda z pistoletow. ;) W sumie dzieciakow bylo siedmioro, ale Kokus byl jedynym rodzynkiem, reszta to same dziewczynki. Ja zas czulam sie dziwnie, bo cale towarzystwo poza mna, to byli... hindusi. Troche tam nie pasowalam, szczegolnie kiedy od czasu do czasu wszyscy przechodzili na hinduski. ;) No a moje dzieciaki, rozebrane do strojow kapielowych, niesamowicie kontrastowaly z kolezankami. :D

Po kilku dniach przerwy, kontynuuje w kolejny weekend, a konkretnie w sobote, 16 czerwca :D

My rowniez nadal nie znalezlismy dobrego miejsca na nasz basen... Jedyny w miare rowny obszar jest na kamieniach pomiedzy ogniskiem a dawnym stawem, ale takie podloze grozi rozerwaniem dna... A szkoda, bo od dzis w koncu przyszly wyczekiwane przeze mnie upaly. W poniedzialek ma byc 36 stopni! Fajnie byloby napelnic basen, zeby do poniedzialku woda nieco sie zagrzala. No, ale sie nie da... Na szczescie, jako inna opcje mamy plastikowa zjezdzalnie z dmuchana poduszka na koncu, do ktorej podlacza sie weza, leje sie na nia woda i dzieciaki zjezdzaja. Rozlozylam ja dzis i nadmuchalam i Bi miala radoche nie z tej ziemi.


Nik akurat zasnal na kanapie i chociaz na wiesc, ze zjezdzalnia jest gotowa, wstal i nawet przebral sie w stroj, to zaraz przy pierwszym zlaniu woda (a zjezdzalnia ma spryskiwacze, wiec nie da sie zjechac "na sucho"), uciekl gdzie pieprz rosnie. :D

 "Dziewiczy" zjazd Kokusia :D

Zrobilysmy sobie z Bi pasujacy "pedicure":

Moje giry zylaste, a Bi brudne i posiniaczone ;)

Musze przyznac, ze fajnie tak miec "babskie" sprawy z corka, chociaz Nik widzac nasze paznokcie, zaczal marudzic, ze on tez chce. :D

Teraz zrobil sie poniedzialek, 18 czerwca. ;)

Niedziela okazala sie baaardzo towarzyska. Poniewaz temperatura dobila znow do 30 stopni, ponownie podlaczylam weza do zjezdzalni. Tym razem Nik dolaczyl od poczatku i swietnie sie bawil.

Nik zupelnie nie umie pozowac, za to Bi sama wymysla figury, im bardziej szalone, tym lepiej ;)

Napisalam tez do mamy kolezanki Bi (tej, ktora miala problem z basenem) ze dzieciaki bawia sie na wodnej zjezdzalni i czy jej dziewczynki mialyby ochote dolaczyc. Odpisala, ze beda za 15 minut. Wylaczylam wiec na chwile wode i polecilam Potworkom, zeby postali w sloncu i sie zagrzali. Woda plynaca z weza jest bowiem tak lodowata, ze nie wiem jak oni daja rade zjezdzac pod tymi spryskiwaczami. Dzieci, wiadomo. Inaczej odczuwaja temperature... ;) W czasie kiedy czekalismy na kolezanki Potworkow, zauwazylismy, ze sasiadki z naprzeciwka wyszly przed dom w strojach kapielowych i probuja podlaczyc zraszacze. ;) Poszlismy wiec zaprosic i je do zabawy. Skonczylo sie tak, ze dzieciarnia zbiegla do nas na zjezdzalnie, po czym poleciala do sasiadow, ktorzy maja wielka pilke pryskajaca woda, po czym, kiedy kolezanka Bi z siostra dotarly, wszyscy wrocili znow na nasza zjezdzalnie, ale przytaszczyly pilke ze soba i po chwili znow biegali wokol niej. :D

Sasiedzka gromada. Brakuje tylko Nika (nie patrzcie na ten burdel na pierwszym planie. Nie wiem jak ja robilam to zdjecie...)

W miedzyczasie przyjechal moj tata, zeby poogladac mecz z moim tesciem, a po chwili dojechala ciotka M. ze swoim przyjacielem, ktorzy wracali z jakiejs farmy i zajechali po drodze. Zrobilo sie wiec tloczno i glosno i M., ktory jest domatorem i ogolnie nietowarzyskim mrukiem (zeby nie powiedziec "gburem") powiedzial pozniej, ze jak dla niego, to bylo za duzo ludu na raz... :D

Dzieciaki w koncu zmarzly w tej lodowatej wodzie na tyle, zeby dobrowolnie przebrac sie w normalne ciuchy i biegac biegac po podworku, glownie ganiajac Maje. ;)
To byl pierwszy raz kiedy zebralo sie wiecej dzieci z sasiedztwa przy wspolnej zabawie i musze przyznac, ze wyszlo to bardzo fajnie. Dla takiego ruchu, wrzasku i ucieszonych piskow, szukalismy wlasnie takiej dzielnicy. Jeszcze tylko trzeba wyszukac dla Nika jakiegos chlopca do zabawy, bo poki co naokolo sa same dziewczyny. ;)

A kiedy wszyscy wreszcie sobie poszli, zostala nam godzina, zeby sie odswiezyc oraz przebrac i czas bylo jechac na urodziny kolegi z klasy Kokusia.
Dziwne to byly urodziny. Jestem przyzwyczajona do przyjec robionych w salach zabaw i dopietych na ostatni guzik. Tutaj przyjecie bylo w domu, ale bez jakiegos konkretnego pomyslu. Po prostu stolik z wyklejankami, mala zjezdzalnia, pizza i soczki w kartonikch na stole oraz piwo dla rodzicow w cooler'ach. Zamiast tortu, babeczki z polewa i to miniaturowe. :D Oprocz tego, kazde dziecko moglo upiec w ognisku wlasna pianke i zrobic z niej s'more.

Dzieciaki niesamowicie grzecznie ustawily sie w kolejce po pianke, kazde ze swoim kijkiem (to cud, ze nikt nikomu nie wylupil oka) ;)

Dla mnie przy 30 stopniach, stanie przy ogniu bylo ostatnia rzecza, na ktora mialam ochote. Ale dzieci wytrzymaja wszystko dla slodkiej przekaski. ;)

Amator pieczonej pianki :D

Bez zorganizowanych zabaw, dzieciaki poganialy same ze soba i... tyle. ;) Nie bylo nawet slynnych favors czy goodie bags rozdawanych zazwyczaj przy takich okazjach malym gosciom. Na szczescie Nik przypomnial sobie o nich (i wyrazil glosno niezadowolenie) dopiero w samochodzie. :D

Po takim dniu, po kapieli, Potworki padly do lozek i zasnely niemal natychmiastowo. I wcale im sie nie dziwie, bo sama bylam wykonczona, a ja nie ganialam nawet w 1/10 tyle co oni. :D

Pokaze Wam jeszcze kilka zdjec mojego zarosnietego ogrodu. A co, jak pisac, to tasiemca! :D

Widac gdzieniegdzie pojedyncze zdzbla trawy, ktora nawet w takiej gestwinie potrafi sie przebic :/

W sobote rano wzielam sie ostro za pielenie, bo nawet w tym gaszczu gdzieniegdzie trafi sie jakis chwast. ;)

Zakwitla roza, szkoda tylko, ze w miejscu gdzie zaslaniaja ja te zolte kwiaty, ktorych nie znam :/

To srebrne i wlochate cos ma malenkie fioletowe kwiatuszki




Nie mam pojecia co to sa te zolte "gwiazdki", ale w wielu miejscach (jak tu) porastaja ladnie grunt


Piwonia miala jeden jedyny kwiat, ale za to JAKI :)

Przy okazji odkrylam mniej pozadany gaszcz, a mianowicie cale skupisko poison ivy. :/ Popsikalam trucizna i mam nadzieje, ze padnie.

Tymczasem dzis, w poniedzialek, temperatury nie osiagnely jednak zapowiadanych 36 stopni, tylko "mizerne" 33 stopnie. :D Nie mniej w sloncu mozna sie bylo rozgotowac.

Ktos pod moja praca mial fantazje iscie ulanska. Zaparkowal nie dosc, ze pod drzewkiem, to jeszcze na trawniku. ;)

Od piatku Potworki maja oficjalnie wakacje, zas dzis zostaly pierwszy raz same z dziadkami na caly dzien. I juz mamy pierwsze, hmm... pokazy sily. Ze strony Bi oczywiscie. Tej samej Bi, ktora wydawala sie byc znacznie szczesliwsza z powodu przylotu dziadkow! Nik bowiem przyjal ich obecnosc jako norme. Nadal po podstawowe potrzeby, typu jedzenie, picie, pomoc w toalecie, itd. wola matke. Babcia i dziadek sa ok, ale z boku. Bi za to, przez pierwszy tydzien co chwila przytulala sie do tesciowej, z duma pokazywala jej gdzie co lezy, gdzie chodzic na spacer, na co uwazac... A teraz pokazuje rozki...
Zaczelo sie od min. Od paru dni bez powodu marszczy na babcie brwi, albo pokazuje jej jezyk. :O Wczoraj w koncu tesciowa lagodnie zwrocila jej uwage, ze tak sie nie robi i rozpetala tym male piekielko. Bi bowiem nie dala sobie nic powiedziec, tylko wrzeszczala, zeby babcia przestala do niej gadac. Im bardziej tesciowa probowala cos wtracic, tym glosniej Starsza sie darla. Co jest zreszta jej typowym zachowaniem w takich sytuacjach... Ja akurat u gory kapalam Nika, wiec nie moglam interweniowac, krzyknelam tylko zeby sie uspokoila, ale oczywiscie bez rezultatu. W koncu M., zwabiony halasem przyszedl z podworka i zaprowadzil porzadek...
Dzis rano zas, Bi ignorowala babcie, kiedy ta prosila, zeby odlozyla tableta. Kiedy M. zadzwonil kontrolnie, tesciowa opowiedziala, ze Starsza oglada caly ranek bajki i nie reaguje na polecenia skonczenia seansu. Maz powiedzial na to, zeby babcia sciagnela jej sluchawki sila i dala ja mu do telefonu. A gdzie tam! Bi podobno wyrwala sluchawki, zacisnela je sobie na uszach i zaczela glosno spiewac, zeby babcie zagluszyc! :O Moja tesciowa jest osoba niezwykle lagodna i nie potrafi ("jeszcze", mysle) zganic Bi porzadnie, bo ja (chodzaca furia) pewnie trzasnelabym tymi sluchawkami o sciane. :D
Wydaje mi sie, a w zasadzie jestem prawie pewna, ze Bi przechodzi kryzys autorytetu. ;) Pierwsze kilka dni to byl taki "miesiac miodowy", kiedy cieszyla sie z przylotu dziadkow, ich uwaga, prezentami, itd. Czula sie wazna, bo mogla pokazac babci co i jak. Teraz dociera do niej jednak, ze dziadkowie to kolejna dwojka doroslych, ktora mowi jej co ma robic, a czego jej nie wolno. Przyzwyczajona, ze zazwyczaj od tego jest tylko mama i tata (i ewentualnie nauczyciele), buntuje sie. Przejdzie jej. Mam nadzieje. ;)

Poza tym, Potworki, ktore nigdy nie przeszly fazy "A dlaczego?" w jakiejs ekstremalnej formie, ostatnio czesto zadaja pytania mocno filozoficzne. Powracajacym jest: skad sie wzieli ludzie. Dzieciaki wiedza, ze mamy rodza dzieci, ale uparcie probuja dojsc do tego, kto "urodzil" tych pierwszych. Rozumieja juz na tyle, ze na logike, skoro ci pierwsi byli pierwsi, to nikt nie mogl ich urodzic, bo wtedy juz nie byliby pierwszymi. Wiem, wyszlo maslo maslane, ale tak mniej wiecej wyglada rozumowanie Potworkow. Problem w tym, ze pytaja mnie. Gdyby spytali M., bez zajakniecia odpowiedzialby im, ze czlowieka stworzyl Bog i po temacie. Ze mna jest gorzej, bo ja mimo, ze isnienia Boga nie odrzucam, to jednak wierze w ewolucje. ;) Zreszta, Bi uczyla sie juz o tym i owym w szkole. Ja dodalam do tego troche swojej wiedzy, wie wiec, ze najpierw na ziemi pojawily sie oceany, potem pomalu kolejne stworzenia w wodzie, pozniej na ladzie i sama dopowiedziala sobie, ze w koncu pojawil sie i czlowiek. Ale Nik nadal drazy. ;)

Innym pytaniem jest dlaczego niektorzy ludzie sa zli. Wzielo sie to stad, ze zamieszkalismy w okolicy, gdzie mnostwo ludzi chodzi piechota, na spacery z psami, uprawia jogging, itd. A Potworki nagle strasznie otworzyly sie na obcych. Do kazdej przechodzacej osoby chetnie machaja, podchodza, zagaduja, itd. Zaczelismy wiec powaznie z nimi rozmawiac, ze nie kazda osoba jest ich przyjacielem, ze nie kazdy kto sie usmiecha jest mily, ze sa ludzie, ktorzy mogliby ich skrzywdzic, ze absolutnie nie wolno im od nikogo obcego nic przyjmowac, ani z nimi isc, itd.
No i zaczely sie pytania! "A dlaczego niektorzy ludzie sa zli? A co by mi zrobili? A jak ktos chce mi cos dac, to dlaczego nie moge tego wziac?".
Gdzies wspomnialam, ze zlych ludzi policja zamyka w wiezieniu, co wywolalo kolejne pytania: "A czemu niektorzy ludzie wychodza z wiezienia? A czemu niektorzy wychodza i dalej sa zli (skad oni to wiedza?!)"...

Najgorzej, ze Potworki zaczynaja takie rozmowy najczesciej wieczorem, przed snem, kiedy jestem juz zmeczona, myslec mi sie nie chce, a wiem, ze jeszcze trzeba sie przyszykowac na kolejny dzien i chce ich tylko utulic do snu i uciec na dol... ;)

A! Bylabym zapomniala! W miniona niedziele byl tutaj Dzien Ojca! Nic specjalnego z tej okazji nie rozbilismy, bo po pierwsze wystarczajaco duzo sie dzialo, a po drugie, skoro M. nie wystapil z jakas inicjatywa na Dzien Matki, to ja nie zamierzalam sie wysilac (wiem, jestem wredna). ;) Dzieciaki przygotowaly jednak w szkole laurki. Nik na swojej musial napisac ile tata ma lat i wpisal... 44. Szkoda, ze nie zrobilam zdjecia miny M., kiedy to zobaczyl, bo naprawde ma o dobrych kilka lat mniej! :D

I tym komicznym akcentem, koncze tego tasiemca. Gratki dla tego, kto przebrnie. :)