Lilypie Kids Birthday tickers
Lilypie Kids Birthday tickers

wtorek, 28 sierpnia 2018

Hej ho, hej ho, do SZKOLY by sie szlo! + dopisek


Szykuje sie rekordowo dlugi post z rekordowa iloscia zdjec, wiec mam nadzieje, ze gotowe jestescie na kolejnego tasiemca! ;)

Jak wspomnialam ostatnio, na zeszly czwartek umowilam Potworki na postrzyzyny. Tak sie cieszylam, ze ida razem, ze nie bede musiala dwa razy jezdzic (to 20 minut w jedna strone, a wiec 40 minut na same przejazdy). Tymczasem skonczylo sie tak, ze przeklinalam (w duchu) na czym swiat stoi.
Najpierw pani Gosia ostrzygla bowiem Nika. Mlodszy siedzial grzecznie i zachowywal sie ogolnie wzorowo.

Przed

Po

Przed

Po

Niestety, okazalo sie, ze na swoje strzyzenie Bi musi chwile zaczekac. W tym czasie Nik, zwolniony z fotela, zaczal odreagowywac 15 minut siedzenia bez ruchu. Wzielam Potworki poza salon (a znajduje sie on wewnatrz wiekszego budynku), a tam jak na zlosc remont. Pelno pylu, jakies deski, gwozdzie, narzedzia... Slowem, srodowisko dosc hazardowe dla dzieci. ;) Zanim pani Wiola zawolala Bi, Mlodszemu wyczerpal sie limit cierpliwosci. Kiedy siostra byla strzyzona, on snul sie (biegac zabronilam) po salonie, wdrapywal na krzesla (po podnozkach, co grozilo ich przewroceniem!), zagladal fryzjerkom do kantorka i zupelnie ignorowal moje upomnienia. Mam nadzieje, ze pani w szkole zyska wiekszy posluch niz matka... :/
W koncu jednak oba Potwory otrzymaly nowe, schludne fryzury, chociaz przyznaje, ze Nik o wiele bardziej podoba mi sie w dluzszych wloskach. :(
Tescie maja jednak zdanie odmienne. Tesciowa stwierdzila, ze w krotkich Nik wyglada na wyzszego, a tesc stwierdzil, ze gore powinien miec jeszcze krotsza.
Niedoczekanie... :/


 
Przed

 
Po

U gory widac, ze Bi miala juz wlosy niczym rusalka. ;) Niestety, czesto rano nie zdazylam jej uczesac, babci sie nie dala dotknac, sama nie dawala rady, a po calym dniu biegania z rozwiana grzywa, robily jej sie takie koltuny, ze kilka musialam zwyczajnie wyciac. :( Fryzjerka nie obciela jej zbyt duzo na dlugosc, fryzure lekko wycieniowala. Liczylam, ze lzejsze wlosy zacznal sie Bi skrecac, ale niestety nie. Najwyrazniej ma wlosy po mnie - ni to proste, ni to krecone, ni to nawet falowane. Robia co chca, a krotsze stercza na wszystkie strony. :D

Termin postrzyzyn trafil sie idealnie, bowiem kolejnego ranka w szkole Potworkow odbywal sie "dzien otwarty" (powinno byc "godzina otwarta" bo dokladnie tyle to trwalo :D), czyli spotkanie, kiedy dzieci moga poznac swoje wychowawczynie na ten rok i sprawdzic, z kim beda w klasie. W piatek o swicie, czyli o 9 rano, stawilam sie wiec z progenitura w szkole. Uznalam, ze lepiej najpierw bedzie "zaliczyc" klase Bi, poki Nik jeszcze sie nie znudzil i nie rozszalal. Wdrapalismy sie wiec na drugie pietro (ufff... szkola ma wysokie sufity, a wiec i wysoookie schody) i odszukalismy klase Starszej. Przedstawilam corke nauczycielce (sympatyczna, gdzies w moim wieku), a ta po krotkiej wymianie grzecznosci pokazala Bi stolik, gdzie gromada dzieciakow podpisywala i dekorowala paski, ktore beda oznaczaly ich biurka. Podchodze tam, obracam sie, a Bi zostala w tyle i patrzy spode lba! :D Oswiadczyla, ze ona tych dzieci nie zna i z nimi nie usiadzie!  Nie pomoglo tlumaczenie, ze tak, narazie ich nie zna, ale to beda przeciez jej nowi koledzy z klasy. Nie i juz. A pechowo, mimo, ze z imion na szafkach dowiedzialysmy sie, ze trafila do klasy z trzema kolezankami z poprzedniego roku, zadna z nich nie przyszla na te zapoznawcze spotkanie...
Postanowilam wiec zejsc do klasy Nika, a potem wrocic do Bi, w nadziei, ze zjawi sie ktos, kogo zna. W klasie Mlodszego przywital nas chaos, halas i tlumy, bowiem pomieszczenie polaczone jest z sasiednim szerokim korytarzem z lazienkami. Zrobil sie niezly tlok. ;) Wychowawczyni Nika jest bardzo... duza. ;) Nie to, ze gruba, o nie! Ale o glowe wyzsza ode mnie (a niska nie jestem) i postawna. Mam nadzieje, ze bedzie wzbudzac respekt, choc jednoczenie sprawila wrazenie przesympatycznej. :) Mlodszy wpadl na swojego ulubionego kumpla oraz jeszcze innego kolege z zerowki. Przy okazji okazalo sie, ze trafil do klasy z coreczka naszych dalszych znajomych, co mnie cieszy i mam nadzieje, ze bedzie pretekst, zeby sie czesciej widywac. ;) Nik mial juz wyznaczone biurko i konkretna liste zadan do wykonania: odnalezc swoj wieszak, wylozyc przybory do koszyka pod lawka (zadne z Potworkow nie ma miec piornika - wszystkie olowki/markery/kleje, itd. zostaja w pulpicie), a rzeczy, ktorymi bedzie sie dzielic cala klasa mialy trafic do odpowiednich kubelkow.

Starsza siostra nadzoruje prace ;)

Dzieci dostaly upominki w postaci notatnikow, rodzice plik dokumentow do przejrzenia oraz wypelnienia i mozna bylo isc. ;)
Wdrapalismy sie ponownie pietro wyzej do klasy Bi, a tam... pusto! ;) Pierwsza fala dzieci poszla, pojawialy sie tylko pojedyncze jednostki. Zadna nie byla jednak kolezanka Bi. ;) Teraz Starsza chetnie siadla do pustego biurka i udekorowala kartke z imieniem.  Przylaczyl sie do niej Nik i tez udekorowal kartke, choc nikt tego od niego nie wymagal. ;)


Nie obylo sie oczywiscie bez malej awantury ze strony Kokusia, bowiem Bi dostala od Pani w upominku (swoja droga to podchodzi pod przekupstwo :D) glow stick. Nie pomogly tlumaczenia , ze on dostal notatnik oraz ze kazda pani wybiera cos innego na prezencik dla swoich uczniow i nic nie da sie na to poradzic.
W sumie to mu sie nie dziwie. Gdzie tam notatnikowi do glow stick'a! :D

Po piatkowej godzince zapoznawczej, odwiozlam Potworki do domu do dziadkow, a sama popedzilam do pracy.
Na ostatni wakacyjny weekend uparlam sie jednak zabrac dzieciaki na jakas fajna wycieczke. Myslalam o oceanarium, o ktorym juz tu wspominalam, tymczasem sasiadka poddala mi lepszy pomysl, przypominajac o swietnym miejscu, w ktorym bylam kiedys tylko przelotem, jeszcze "przed dziecmi".
Jesli pamietacie, do oceanarium chcialam koniecznie jechac w najblizszym czasie, zeby zaliczyc wystawe na temat dinozaurow. Zapomnialam natomiast, ze mamy w naszym stanie caly park im poswiecony! :D Kiedy sasiadka mi o nim wspomniala, prawie pacnelam sie otwarta dlonia w czolo. Jak moglam zapomniec?! :D

Przed wejsciem wita nas taki Tyranozaur, w okularach przeciwslonecznych i z butelka Coca Coli - dla Potworkow bomba! :D

Pojechalismy i nawet M. sie z nami zabral. I potem zrzedzil, ze spodziewal sie czegos innego, lepszego, choc sam nie wiedzial tak naprawde czego. ;) Owszem, dla siebie tez nie wybralabym tego miejsca na rozrywke, ale szukalam atrakcji dla dzieci, nie rodzicow. Im sie podobalo i to bardzo, a to najwazniejsze. :)

To byla najwieksza gadzina w parku ;)






Czasem zamiast "dinusia", trafiala sie kosc odlew cementowy ;)



Takich parkow dinozaurow jest w Polsce, z tego co wiem, kilka. Nasz mial kilkadziesiat "okazow" dinozaurow rozrzuconych po lesie. Dawalo to przyjemny spacer rodem z Parku Jurajskiego. ;)

Przy sciezce w lesie, co jakis czas staly tabliczki proszace aby nie wdrapywac sie na dinozaury. Ten jednak (a raczej jego poza) to byla zbyt wielka pokusa. Chyba wszystkie przechodzace dzieci mialy zdjecia siedzac na jego grzbiecie :)

Jedne dinozaury widac bylo z daleka, inne pochowane byly wsrod roslinnosci i trzeba bylo sie dobrze przyjrzec, zeby je zauwazyc.

Ten akurat widoczny byl jak na dloni ;)

Co jakis czas byly tez male budki, do ktorych mozna bylo wlozyc rece, pomacac i zgadywac co to za przedmiot. Czasem bylo to jajo dinozaura, czasem pileczka golfowa (przyrownana do wielkosci mozgu Stegozaura bodajze), a czasem... szyszka. ;) Z tylu gablotka byla oszklona, mozna wiec bylo zajrzec i zobaczyc, czy sie zgadlo. :)
Jeden z dinozaurow, schowany w jaskini, dzialal na czujnik. Kiedy ktos wchodzil, jaszczur sie stroszyl, ryczal, syczal i psikal woda.

To przeswietlone po lewej to Starsza ;)

Bi wchodzila tam kilka razy "prowokujac" gada, Nik stanal przed wejsciem zatykajac uszy. Potem tlumaczyl, ze nie wszedl, bo bylo tam za glosno. :D

Bi przy swoim ulubionym Pterodaktylu, a w tle Nik stojacy przed jaskinia z ryczacym gadem. Ani razu nie wszedl do srodka! :D

Oprocz posagow dinozaurow, park posiada dino-labirynt, ktory jednak sobie odpuscilismy bo M. nie chcialo sie bladzic (mimo, ze nad labiryntem goruje wieza, z ktorej mozna kogos pokierowac), a ja mam klaustrofobie i na mysl o wejsciu pomiedzy wysokie sciany, zrobilo mi sie goraco. ;) Na terenie calego parku znajduje sie rowniez dmuchany zamek do skakania...

Oprocz nazwy mial w sumie z dinozaurami niewiele wspolnego ;)

Bardzo fajny, duzy plac zabaw...

Tu kawalek placu. Oprocz lukow trzymajacych cala konstrukcje, wszystkie inne czesci byly ruchome - albo na linach, albo sprezynach. Sama mialam ochote sie pobawic ;)

Malpi gaj (chyba tak to sie nazywa?)...


Splash pad, czyli teren z fontannami (matka dala... pupy, bo zapomniala o nim i nie wziela Potworkom strojow :( )...

Na tym zdjeciu ukrywa sie Bi ;)

Oraz budka z niezdrowymi przekaskami i lodami. ;) Ogolnie miejsce spore. Mozna tam spedzic wiekszosc dnia pozwalajac dzieciom bawic sie do woli, ale nie jest az tak wielkie, zeby przytlaczalo.

Widok na malpi gaj oraz plac zabaw z drugiej strony jeziora

Dla dzieci super sprawa, tym bardziej, ze ktos pomyslal o dodatkowym nabiciu kabzy i zaraz obok, w osobnych budynkach, znajduje sie stacja archeologiczna dla najmlodszych. Za dodatkowa oplata moga tam przesiewac "zloto", wykopywac z piasku kamienie szlachetne (:D), odkrywac skamienieliny, przeciac kamienie, zeby zobaczyc w srodku jak sie formowaly i... zapomnialam juz co jeszcze. :)
Na pewno bede chciala kiedys wrocic w to miejsce na caly dzien i tym razem bez M., tylko z Potworkami. W sobote dojechalismy tam po poludniu i po zaliczeniu parku dinozaurow, dzieciaki byly juz niezle wymordowane i marudne. Niestety, zmeczony byl rowniez ich szanowny tatus, ktory szosty dzien pod rzad wstal o 4 nad ranem. Sama usiadlabym z Potworkami zeby cos zjedli i odpoczeli, a potem mogliby zaliczyc jeszcze kilka zabaw. Miejsce to znajduje sie od nas prawie godzine jazdy (i to autostrada, wiec mimo, ze jedzie sie szybko, to spora odleglosc), wiec jak juz sie tam dojechalo, to fajnie byloby dobrze wykorzystac ten czas, a nie uciekac po 2 godzinach. Nie mowiac juz o tym, ze za nasza czworke zaplacilismy ponad $100, wiec warto by bylo maksymalnie wykorzystac wydane pieniadze. Ale coz, obaj panowie wymiekali (Bi jest wytrzymalsza), wiec zabralismy sie do domu...

Na niedziele nie planowalam zadnych atrakcji. Nie chcialam przeciazac Potworkow przed pierwszym dniem szkoly. Jakos jednak samo tak wyszlo, ze niedziela okazala sie dosc towarzyska.

Od poczatku wakacji pisala do mnie nowa wlascicielka naszego dawnego domku, zapraszajac na kawe. Podejrzewam, ze chciala sie strasznie pochwalic zmianami. ;) Tak sie jednak pechowo zdarzalo, ze za kazdym razem albo wyjezdzalismy na kemping, albo mielismy juz jakies plany. Az wkoncu na ta niedziele planow zabraklo, pani A. znow przyslala zaproszenie i pojechalismy. :)
Przyznaje, ze nasza stara chalupka przeszla spora metamorfoze. Nowi wlasciciele zmienili caly siding, z tylu nad tarasem dobudowali daszek, dodali barierki do frontowych schodkow, w srodku wycyklinowali podlogi, przemalowali wszystkie sciany i wymienili kuchnie. Nawet zainstalowali klimatyzacje! ;) Zrobil sie sliczny maly domeczek, o ktorym zawsze marzylam mieszkajac tam, ale wiecznie szkoda nam bylo kasy na gruntowne remonty. ;)
Jednak mieszkac bym tam znow nie chciala. :) Po pierwsze, siedzac w jadalni przytlaczal mnie brak przestrzeni. ;) Po drugie, juz po wyjsciu na dwor, stalismy jeszcze chwile przed domem, wypatrzyli nas sasiedzi z naprzeciwka, przyszli sie przywitac i w efekcie stalismy tak chyba jeszcze z godzine. A ulica przejezdzal jeden motor za drugim! :D I jak wzruszona bylam ogladajac "nasz" domek, tak juz po chwili przypomnialam sobie jak bardzo nie znosilam tej ruchliwej ulicy przed nim! ;) Nawet w niedzielny poranek nie mozna bylo zaznac ciszy!

Po poludniu zas, zabralismy tesciow oraz mojego tate na chinszczyzne. Wybralismy chyba najgorsza jej forme, bowiem bufet. ;) Przy Potworkach to jednak najlepszy wybor, bo sami moga wybrac sobie to, co chca zjesc. Przynajmniej obywa sie wiec bez jekow, ze tego nie lubia, tamtego nie rusza, itd. ;)
I musze przyznac, ze bardzo pozytywnie mnie zaskoczyli. Ostatnio w tym miejscu zjedli chyba tylko i wylacznie troche galaretki. Tym razem Nik pojadl troche kurczaka, ale glownie wpierdzielil talerz brokulow, a Bi probowala tego i owego i nawet posmakowaly jej moje krewetki! Malo nie poplakalam sie ze wzruszenia. ;)
Tesciowie dosc mocno sie opierali przed tym wypadem, ale ich przymusilismy. ;) Za tydzien wylatuja, a nigdzie z nami nie byli! Nie chca jezdzic na wycieczki, nie chca wychodzic do restauracji... Tesc najbardziej lubi spacery wokol osiedla, a tesciowa... Coz, ona z nami nie chce, ale kiedy bierze ja gdzies ciotka M., to chetnie. Wychodza z tego nieraz smieszno - idiotyczne dialogi. Kiedy bylismy na kempingu, tesciowa pojechala na sniadanie z ciotka i jej facetem. Opowiadala potem M., ze wow, tyle tego bylo, ze takie ciekawe, nietypowe dania, ze zapakowali sobie reszte na wynos takie wielkie porcje i ze w ogole super miejsce. No to M., ze jak takie porcje, to ciekawe ile kosztowaly. Tesciowa na to (niczym najwieksza znawczyni), ze "E nie, to raczej drogie nie bylo!" M. dodaje, ze skoro takie fajne miejsce i dobre jedzenie, ze skoro jej sie podobalo, to w ktorys weekend pojedziemy wszyscy razem. A tesciowa "Nie, no cos ty, szkoda pieniedzy na cos takiego, co to, nie da sie w domu przygotowac sniadania?".
To w koncu takie dobre jedzenie i fajne miejsce, czy totalnie szkoda kasy? :D

W kazdym razie na chinszczyzne pojechali, pojedli czegos innego niz domowe, tradycyjnie "polskie" zarcie i chyba im sie podobalo. ;)
Najbardziej zachwycone byly jednak Potworki i to wcale nie jedzeniem. Bylam w kilku takich chinskich bufetach i w niemal kazdym maja sadzawke ze zlotymi rybkami. Takimi niezle spasionymi, pokaznymi karasiami. ;) Kiedy wiec wszyscy pojedli, Potworki ublagaly po kilka monet do automatu, zeby kupic po garstce karmy dla zarlocznych rybsk. I zaloze sie, ze dla nich byla to najlepsza czesc wyjscia. Lepsza nawet niz kolorowe lody na deser! :D

Zlote rybki wielkosci sporego karpia :D

A w drodze powrotnej nieopatrznie polozylam torebke na tylnym siedzeniu auta. Nik wyjal cichcem moj telefon i popstrykal kupe filmikow oraz zdjec mojej glowy. ;)


W poniedzialek zas nadeszla TA chwila. Potworki pomaszerowaly do szkoly.

Pamiatkowe zdjecie MUSI byc! ;)

W tym roku rowniez jezdza autobusem, ale pierwszego dnia, poniewaz wszystkie klasy zbieraly sie pod szkola na uroczystosc rozpoczecia roku, zawiozlam ich autem. Po czym okazalo sie, ze klasy 0-1 ustawialy sie po jednej stronie boiska, a klasy 2-4 po drugiej, wiec biegalam od Kokusia do Bi i z powrotem.

Jako, ze dojechal pierwszy ze swojej klasy, Nika kopnal zaszczyt trzymania tabliczki ;)

Potworki byly rzecz jasna podekscytowane, a ja chcialam pokazac, ze dla mnie ich pojscie do kolejnej klasy rowniez jest wazne, wiec staralam sie byc po trochu i z jednym i z drugim. A po drodze witalam sie ze znajomymi mamusiami, ktorych zreszta nie znam za duzo po zaledwie 6 miesiacach uczeszczania dzieci do obecnej szkoly. ;)

Bi z ukochana psiapsolka. Szkoda, ze nie moge jej Wam pokazac, bo to naprawde sliczna dziewczynka

Tak na marginesie, wiadomo ze roznie w zyciu bywa, ale zamierzam z Potworkami jezdzic na te poczatki roku, albo wysylac M. az beda na tyle duzi, ze sami kaza mi przestac. ;) Niby nie trzeba, a takze nie kazdy ma mozliwosc i niektorzy wysylaja dzieci autobusem, po czym zapewne jada do pracy. W ten sposob na boisku pojawilo sie mnostwo samotnych dzieciakow, chodzacych niesmialo w tlumie rodzicow, nauczycieli i innych dzieci, krepujac sie kogos spytac gdzie isc. Niektore plakaly... No serce sie krajalo. Nawet Nik i Bi byli zdenerwowani, a przeciez przyjechalam z nimi i pomoglam znalezc ich wychowawczynie. Juz nowe nauczycielki oraz koledzy to stres, a co dopiero jak wysiada sie z autobusu i trzeba najpierw odnalezc sie w tlumie! Tym bardziej, ze to jeszcze takie maluchy, a nie wszystkie przyszly na piatkowe spotkanie zapoznawcze! Podeszlam z Bi do jej pani, a tam akurat krecil sie chlopczyk z buzia w podkowke. Dobrze, ze panie sa najwyrazniej wyczulone na takie samotne dzieciaki, wiec pyta go:
"Czesc, znalazles swoja klase?"
Chlopiec zaprzecza krecac glowa.
"A wiesz, w ktorej jestes klasie?"
"W drugiej."
"A pamietasz jak sie nazywa twoja nauczycielka?"
"Nie."
"Ok, a jak masz na imie? Moze tak dojdziemy do tego, kto jest Twoja nauczycielka..."

Na szczescie okazalo sie, ze chlopiec przypadkiem trafil na swoja wychowawczynie, ale byl tak zdenerwowany i zdezorientowany, ze zamiast sie ucieszyc, patrzyl na pania zupelnie rozkojarzonym wzrokiem. ;)

Wracajac do poczatku roku, pisalam juz kilkakrotnie, ze w Hameryce nie ma takich uroczystych rozpoczec z apelem, jak w Polsce. W starej szkole bylo tylko krotkie przemowienie dyrektorki, przywitanie uczniow oraz rodzicow i dzieciaki wchodzily do srodka. W tej szkole bylo to troche bardziej rozwleczone, ale i tak skromniutko w porownaniu z Polandia. ;)
Jak na zlosc, po zeszlotygodniowym ochlodzeniu, na sam poczatek roku, lato uderzylo fala goraca. Mamy po 36 stopni (odczuwalne 39 :O), a wilgotnosc dochodzi do 80%. W poniedzialek przed 9 rano temperatura byla jeszcze znosna - 26 stopni, ale przy takiej wilgoci, w sloncu bylo po prostu paskudnie... Jak to pierwszego dnia, panowal chaos. Autobusy sie pospoznialy, a na niektore ulice podobno nie dojechaly wcale. Zbiorka wiec solidnie sie opoznila. Dopiero zas kiedy zebraly sie wszystkie dzieci, rozpoczela sie cala ceremonia. W tym momencie czolo, plecy oraz kark mialam juz mokre... ;) Dyrektorka uprzedzila, ze z powodu warunkow pogodowych skroci przemowienie do minimum, ale i tak chwile gadala, witajac rodzicow, dzieci i kierujac kilka osobnych slow do IV klas, ktore sa ostatnimi w tej szkole. Nastepnie grupa Scout'ow (cos jak nasze Zuchy) wciagnela uroczyscie flage i wszyscy wyrecytowali przysiege.


Od ulicy do wejscia do szkoly prowadzi dlugi, prosty chodnik. Na koniec kazda klasa byla przedstawiana (po nazwisku nauczycielki) i musiala przejsc tym chodnikiem, a stojacy po obu stronach rodzice klaskali i pstrykali zdjecia. Tylko czerwonego dywanu brakowalo. :D

Nik, jako "trzymacz" tabliczki, wprowadzil swoja klase do szkoly

Bi jako gwiazda czuje sie niczym ryba w wodzie ;)

Na tym uroczystosci sie skonczyly, ale po tej godzince w sloncu oraz wilgoci, bylam po prostu zlana potem, pod pachami mialam mokro (a fuj!) i gdyby nie to, ze za pol godziny mialam meeting w pracy, pojechalabym najpierw do domu wziac szybki prysznic! ;)

Po szkole jednak nadal czuc u nas lato... Upaly sa nieziemskie, wiec Potworki co popoludnie plawia sie w basenie. ;)


A ja jestem zalamana, bo juz pierwszego dnia przyniesli prace domowa! Serio! PIERWSZEGO dnia! Niby nic powaznego... Bi miala przeczytac domownikom wierszyk (osoby sluchajace mialy sie podpisac) oraz narysowac obrazek przedstawiajacy jej ulubione przedmioty. Nik zas mial przyniesc trzy rzeczy przypominajace mu o wakacjach (i zapamietac, ktora rzecz o czym mu przypomina, zeby moc o tym potem napisac). Proste. Nie zajelo to zadnemu wiecej niz 15 minut. Ale macie pojecie ile kosztowalo mnie zagonienie ich do tego?!
To byl koszmar! Oboje jeczeli, ze dlaczego musza odrabiac lekcje, a Nik zwyczajnie uciekal nie chcac nawet sluchac polecenia... Oni nadal sa w wakacyjnej rzeczywistosci! Myslalam, ze przynajmniej pierwszy tydzien obedzie sie bez pracy domowej, a tu taki klops! Te panie mocno pogielo! :/
Drugiego dnia Nik pracy domowej nie mial, ale Bi - owszem. :( Dodatkowo wieczorem, kiedy dogonilo ja zmeczenie calym dniem, wlaczyla marudzenie, ze jej partnerem w matematyce jest Elijah (jedno z moich ulubionych imion!), a on nie byl rok temu jej kolega, a teraz jest i ona go nie lubi i nie chce byc w nim z nim w parze, itd.

A jutro lekcje koncza sie wczesniej z powodu... upalu. Jak nie urok to sraczka, jak nie sniezyca, to heat wave... :D Na usprawiedliwienie dodam, ze szkoly nie posiadaja klimatyzacji, wiec temperatury moga sie tam robic naprawde nieznosne. A ze poki co mam jeszcze na miejscu dziadkow, nie musze sie urywac z pracy, zeby wczesniej odebrac dzieci, wiec mi to zwisa i powiewa. Niech nawet zamknal szkoly na caly dzien. Prosze bardzo. ;)

Tak wiec ten tego... Rok szkolny ze wszystkimi wzlotami oraz upadkami, uwazam za oficjalnie otwarty... :D

Przed weekendem juz raczej nic nie opublikuje, wiec juz teraz zycze powodzenia polskim uczniom, ktorzy zaczynaja rok szkolny w poniedzialek! Szczegolnie wielkie kciuki bede trzymac za tych debiutujacych: Lile Martusi, Juniora Ineski, Blanke Brytusi, Oliwke Martusi #2 oraz Malego, synka Ptaka Nakrecacza! Jesli kogos pominelam, przepraszam! Jest po 23 wieczorem, a o tej porze nie mysle juz zbyt wydajnie... ;)

My akurat w poniedzialek mamy swieto i wolne od pracy, ale wieczorem na pewno siade, zeby poczytac co i jak! ;)
Buzka!

DOPISEK:

Wlasnie sobie przypomnielismy z M., ze w sobote minela nam kolejna rocznica slubu koscielnego. Szosta - cukrowa. Coz... Ostatnio az tak slodko miedzy nami nie jest, wiec nic dziwnego, ze wyleciala nam z glow. A poza tym za duzo sie dzieje. Kto by tam myslal o rocznicach! :D

wtorek, 21 sierpnia 2018

Nadszedl ostatni tydzien wakacji...

Fajnie byloby spozytkowac go jakos przyjemniej, ale ze oboje z M. pracujemy, to sie nie da niestety... W dodatku przyszlo chwilowe ochlodzenie, ktore ma potrwac do srody, a w powietrzu czuc nadchodzaca jesien i chyba przez to JA czuje sie jakas taka zamulona i nieszczesliwa (i jednoczesnie zla jak osa!). W poniedzialek rano, w domu byly 24 stopnie, a mi bylo chlodno! :O Szok termiczny normalnie! ;)

W tym tygodniu Potworki czekaja postrzyzyny. Udalo mi sie umowic oboje na niemal te sama godzine, co jest moim malym sukcesem logistycznym. ;) Potworki maja bowiem swoje ulubione fryzjerki (dwie rozne!) i najpierw umowilam Bi, po czym kilka dni pozniej stwierdzilam, ze Nik tez jest zarosniety, grzywka niemal w oczach, wlosy zakrywaja mu uszy i przed szkola fajnie byloby zrobic z tym porzadek. Zadzwonilam do jego fryzjerki i na szczesnie udalo jej sie wcisnac Mlodego tylko 20 minut wczesniej niz siostre. Obie panie pracuja w jednym salonie, wiec najpierw poczekam z Bi, potem z Nikiem, a potem... nie wiem, moze pojedziemy na lody? ;)

W piatek dzieci maja spotkania zapoznawcze w szkole. Przekonamy sie, ktorzy z ulubionych kolegow/kolezanek trafili z Potworkami do klas w tym roku. ;) Z nieoficjalnych zrodel wiem, ze Nik najprawdopodobniej bedzie w klasie ze swoim najukochanszym kolega, co - nie ukrywam - oznacza wielkie ufff dla mnie. Mlodszy przez wakacje przelknal i zaakceptowal fakt, ze idzie do I klasy, ale nadal przezywa, ze oznacza to rozstanie ze znajomymi dziecmi. Wolalabym uniknac lez w oczach i kurczowego trzymania sie moich spodni pierwszego dnia, totez jestem szczesliwa, ze chociaz ten jeden kolega JEST. :D
Bi wyraza pewnosc, ze bedzie z trzema ulubionymi kolezankami, ale jakos nie panikuje na moje delikatne sugestie, ze moga jednak nie trafic razem do klasy, nie rwie wlosow z glowy i nie wpada w bezdenna otchlan rozpaczy. Zobaczymy jednak co bedzie w poniedzialek, kiedy rok szkolny oficjalnie sie zacznie... ;)

No, ale to, co bedzie sie dzialo w tym tygodniu, opisze Wam nastepnym razem. ;) Poki co mam do nadrobienia koncowke minionego tygodnia. ;)

Po pierwsze: w zeszly czwartek, 16 sierpnia, Bi wypadla druga gorna jedynka! Nie wiem ktora z nas (w sensie ja czy Bi) odczula wieksza ulge... ;) Ta cholera bujala sie i bujala przynajmniej pol roku! To szosty mleczak, ktory wypadl Bi w przeciagu 14 miesiecy. O ile pierwsze 5 wylatywalo jeden po drugim, to ten naprawde dal na siebie czekac! Bi sie niecierpliwila, bo wiadomo, Wrozka Zebuszka rozdaje kase, zas ja, bo dosc mialam pytan kiedy, kiedy i jeszcze raz kiedy wypadnie. ;) Bi marudzila, ze nie moze nia gryzc, czesto - gesto jeczala podczas mycia zebow i wiecznie dopytywala ile jeszcze czasu zanim w koncu wyleci. Nie wiem, czy ja wygladam na biuro informacji? ;) Na moje sugestie, zeby ruszala zeba palcem czy jezykiem to szybciej sie go pozbedzie, Starsza przybierala bolesnie - spanikowana mine i piszczala: "Ale to bedzie bolalo!".
Na to pozostawalo mi tylko wzruszyc ramionami. Niech nie rusza jak nie chce. Kiedys uparte zebisko i tak musi wypasc.
"Ale kieeeedy?!". I tak w kolko. ;)

Jestem wielka fanka takich szczerbatych usmiechow! ;)

W koncu jednak jedynka wypadla. Zebowa Wrozka podlozyla kase, dziecko szczesliwe, ale wieczorem zlapalo sie za policzek podczas kolacji! Jak na haslo, obie gorne dwojki, ktore lekko ruszaja sie od pewnego czasu, zaczely sie mocniej kolysac, a wiec C.D.N. :D

Zanim jednak jedynka zdecydowala sie na "wyskoczenie", przyszly listy ze szkoly. Zaadresowane elegancko do Bi oraz Nika. Takie listy to tutaj (a przynajmniej w naszym miasteczku) tradycja. Nauczycielki przedstawiaja sie jako tegoroczne wychowawczynie, pisza pare slow o sobie, czasem zalaczaja zdjecia. Przypominaja o czytaniu w czasie wakacji (rychlo w czas!), o liscie wyprawkowej, itd.


Jak to u nas bywa, nawet cos tak przyziemnego wywolalo zazdrosc oraz sprzeczke. Nika list od nowej wychowawczyni malo obszedl. Przymusilam go w sumie, zeby usiadl i go wysluchal. Ale kiedy dostrzegl, ze list Bi zawiera rowniez naklejke, strzelil focha. "No bo dlaczego on nie ma?! A przeciez tez chce!"
No tragedia, mowie Wam... ;)
Zeby to jeszcze byla jakas super naklejka, nie wiem, np. z postaciami z bajek! Tymczasem ona zawierala az imie Bi. To w ramach przygotowan do pierwszego dnia. Wiadomo, ze zajmie kilka dni zanim nauczycielka zapamieta imiona wszystkich gagatkow w klasie. ;)
Jak widac mozna sie obrazic nawet o taka pierdole. :D

Pod koniec zeszlego tygodnia, zebralam sie tez w koncu zeby urzadzic Potworkom pokazowa lekcje biologii. ;)
Juz od jakiegos czasu obserwuje kaluze przy mojej pracy. Nie mozna owego zbiornika nazwac inaczej, bowiem ma okolo metra na metr i glebokosc maksymalnie 10 cm. Kaluza ta jest jednak niezwykla, bowiem nie wysycha! Wokol budynku musza byc wysokie wody gruntowe. Nie widze innego wyjasnienia dlaczego w czasie upalnego lata takie malenkie bajorko pozostaje napelnione. Po kazdym deszczu takich mini zbiornikow robi sie wokol parkingu wiecej. Wedlug wszelkich praw fizyki, powinny wyschnac w ciagu kilku godzin, a jednak trzymaja sie kilka dni. Dwie zas nie wysychaja w ogole. Ta konkretna zwrocila jednak moja uwage, bowiem kiedy obok niej przechodzilam, katem oka zaobserowalam ruch. Pochylilam sie sprawdzic co takiego moze plywac w zwyklej, wydawaloby sie, kaluzy... Nic nie poradze, ze chociaz moja kariera zawodowa poszla w nieco innym kierunku, to w takich sytuacjach odzywa sie we mnie biolog, ktory chce sprawdzic, poznac, obserwowac... ;)
Kijanki! Jakas zdesperowana (albo szalona) zaba musiala w tym bajorku (a kilkanascie metrow dalej ma autentyczny maly staw!) zlozyc jajeczka! Niesamowite, ze cos sie z nich wyklulo i przetrwalo...
Od tamtego czasu przy kazdym spacerze w czasie lunchu zachodzilam sprawdzic jak sie maja. Niektore padly ofiara jakichs drapieznych podwodnych robali, ktore (az niemozliwe) rowniez zalegly sie w kaluzy. Wygladaja mi na larwy wazek, ale ze mistrzem entomologii nigdy nie bylam, moge sie mylic. ;) Kilka kijanek jednak zylo i mialo sie dobrze. A ja zaczelam zastanawiac sie jak pokazac je Potworkom. Wielokrotnie bowiem podczas spacerow widywalismy kijanki w mijanych jeziorkach i stawach, dzieciaki zawsze jednak zalowaly, ze nie moga im sie przyjrzec z bliska.
W koncu wpadlam na pomysl, zeby pozyczyc Nikowa siateczke oraz plastikowy pojemnik na robaki (niezbednik kazdego chlopca, hihi...) i sprobowac kilka wylowic.
Sporo czasu sie do tego przymierzalam. Na parkingu co chwila ktos idzie do samochodu, ktos przyjezdza, odjezdza... Glupio jakos mi bylo kucac przy kaluzy i lowic kijanki. ;) W koncu jednak zauwazylam, ze niektorym wyrastaja lapki. Wiedzialam wiec, ze to tylko kwestia czasu az wyrosna na zabki i wyniosa sie z kaluzy. W zeszlym tygodniu wybralam sie wiec na lowy! ;)

Oto jest Wojtek! :)

Coz... Przeszlo kolo mnie kilka osob. Podejrzewam, ze wzieli mnie za wariatke, ale co tam. :D Wazne, ze moja misja zakonczyla sie powodzeniem! Co prawda udalo mi sie zlapac tylko jedna kijanke (szybkie sa skubance!), a reszta pochowala sie wsrod trawy zarastajacej czesciowo kaluze, ale lepszy rydz niz nic. Kijanke, ktora nazwalam Wojtkiem (:D) przywiozlam triumfalnie do domu, a Potworki byly oczywiscie zachwycone mogac obejrzec ja z bliska. Kilka razy co prawda Wojtek ladowal na lodowce, bo dzieciarnia klocila sie kto bedzie na niego patrzec i szarpala pojemnikiem tak, ze woda wraz z kijanka chlustala na wszystkie strony. Balam sie, ze stworzenie wyzionie ducha ze stresu. ;) Jakos na szczescie dotrwalo do dnia nastepnego, kiedy to, ku rozczarowaniu potomstwa, odwiozlam Wojtka do znajomej kaluzy i rodzenstwa. ;)

A potem nadszedl weekend. Caly tydzien w napieciu sledzilismy prognozy, ktore jak zwykle tego lata zmienialy sie niczym w kalejdoskopie. Deszcz, czesciowe zachmurzenie, burze rano, burze po poludniu, przelotne burze... Pelen pakiet. Sprawdzalam pogode trzy razy dziennie i trzy razy otrzymywalam inna odpowiedz. ;)
W koncu stwierdzilismy, ze skoro i tak ciezko jest cokolwiek przewidziec, to raz kozie smierc! Wyszlismy w piatek wczesniej z pracy, zapakowalismy wszystko co trzeba i juz o 14:30 wyruszylismy... na kemping! ;)

Tak jak ostatnio, korzystajac z obecnosci tesciow a wiec opieki nad psem, wybralismy kemping w naszym Stanie. Swoja droga nie rozumiem tego. We wszystkich Stanach naokolo albo mozna miec zwierzeta, albo sa wydzielone czesci kempingu, gdzie ich obecnosc jest dozwolona. W naszym Stanie zas, sa zaledwie DWA kempingi, na ktorym mozna miec psa (lub kota)! I to takie w srodku lasu, bez jeziora, rzeki czy nawet placu zabaw, ktore przy dzieciach sa dla mnie niezbedne. :/
Tym razem ponownie wyladowalismy nad oceanem, a raczej nasza zatoczka. Kemping znajdowal sie przy plazy, ktora jest niezaprzeczalnie moja ulubiona w naszym Stanie. Niewielka, ale z pieknym bialym piaskiem i czysta woda. Wiazalam wiec spore nadzieje z polem kempingowym i... niestety troche sie rozczarowalam... ;)
Pole bylo niewielkie, ale to nie problem. Bylo cicho i niemal kameralnie. Miejsca kempingowe byly bardzo zroznicowane. Jedne bardziej przestronne, inne mniej, jedne na trawie, inne na piachu, jedne na lace, inne schowane w lesie. Kiedy rezerowalam wyjazd, chwycilam ostatnie wolne miejsce, zreszta, nigdy tam nie bedac, nie wiedzialam czego szukac. Trafila nam sie miejscowka calkowicie zalesiona, w cieniu i praktycznie bez trawy.

Cienista miejscowka

Na poczatku zupelnie nam to nie przeszkadzalo. Wielokrotnie juz spedzalismy kemping w lesie. Tym razem jednak, ten las okazal sie przeklenstwem. Po pierwsze, komary ciely niemilosiernie, nawet w srodku dnia. Po drugie, mielismy miedzy krzakami przeswit z widokiem na sasiednie miejsca na lace. Wieczorem, tam bylo jeszcze zupelnie jasno, a u nas zapadal juz zmrok i trzeba bylo zapalic lampe. Po trzecie, pierwsze dwa dni bylo goraco i panowala wysoka wilgotnosc. O ile na plazy i w innych czesciach kempingu pojawiala sie lekka bryza, na naszym miejscu powietrze doslownie stalo... Bylo duszno, wlosy lepily sie do czola i wszystko bylo wilgotne.
Podobnie, z soboty na niedziele temperatura gwaltownie spadla. Rano, przy naszej przyczepce las trzymal nieprzyjemne zimno. W dlugich spodniach i bluzach wybralismy sie na spacer po plazy i poczulismy sie jak idioci, bowiem wszedzie poza lasem bylo juz bardzo cieplo! :) Na plazy ludzie siedzieli w strojach i kapali sie w wodzie. A tu zajezdzamy my, w spodniach dresowych (bluzy szybko zdjelismy), a Potworki w dodatku w kaloszach. :D

Za to pogoda, tak jak ostatnio, sprawila nam mila niespodzianke. Pewnie, ze moglo byc lepiej, ale i tak mielismy duzo wiecej slonca i mniej deszczu niz w domu. W sobote po poludniu, moj tata zadzwonil, pekajac ze smiechu i pytajac ironicznie czy siedzimy na plazy. I bardzo sie zdziwil, kiedy mu powiedzialam, ze wtedy akurat nie, ale juz dwa razy tego dnia - owszem, plazowalismy. ;)
W domu burze przechodzily cale piatkowe popoludnie oraz wiekszosc soboty. A na kempingu padalo glownie w nocy. Jedyna ulewa, ktora zlapala nas w dzien i to z zaskoczenia, nadeszla w sobote poznym popoludniem. Wybralismy sie na msze do pobliskiego kosciola. Kiedy wyjezdzalismy, slonce przebijalo sie przez chmury. Za to przed 18, gdy wyszlismy przed kosciol, blyskalo, grzmialo i lalo tak, ze swiata nie bylo widac! Chwile debatowalismy czy przeczekac burze w kosciele, ale ze nie wiedzielismy ile ona potrwa (w koncu raporty z domu donosily, ze padalo tam praktycznie caly dzien...), stwierdzilismy, ze trudno, przebiegniemy do auta. Oczywiscie zadne z nas nie mialo parasola. ;) Pechowo, parking byl pelen i samochod zostawilismy kawalek dalej, przy ulicy. Nie bylo tam chodnikow, czekal nas wiec dziki bieg w ulewie, przez mokra trawe, przez ulice i znow po trawie do auta. Kiedy zdyszana, mokra i trzesaca sie z zimna, dobieglam do auta, pomacalam sie kontrolnie po kieszeni i wpadlam w panike - nie mam telefonu! Podczas biegu trzymalam za reke Nika, wiec nie pilnowalam jednoczesnie kieszeni! :/ Mimo zalewajacego mi oczy deszczu, musialam wrocic i to wolniej ta sama trasa i sprobowac go odnalezc. Znalazlam go w koncu lezacego w rwacym potoku, ktory zrobil sie z brzegu ulicy. Musial mi wypasc, kiedy przeskakiwalam glebsza kaluze.
Przyznaje, ze mialam wiecej szczescia niz rozumu. ;) Po pierwsze, przy takiej pogodzie, moglam tam krazyc pol godziny i go nie znalezc. Po drugie, gdyby wypadl na srodku ulicy, jakies auto na bank by po nim przejechalo i byloby po telefonie. A po trzecie, mimo, ze przelezal pare minut w kilku cm wody, dziala (odpukac!) bez zarzutu! Slyszalam wczesniej, ze iPhone 8 jest wodoodporny i moge to potwierdzic na wlasnym przykladzie! :D
Po powrocie na kemping okazalo sie, ze dalismy... pupy. ;) Kiedy wyjezdzalismy, pogoda byla nadal ladna, wiec ani nie otwieralismy zadaszenia od przyczepy, ani nic nie pochowalismy. Znalezlismy wiec wszystko: lezaki, rowery, stroje oraz reczniki (wywieszone do wysuszenia, haha), mokre i zbryzgane blotem! :/
Po jakiejs godzinie przestalo padac i M. przystapil do rozpalania ogniska. Drewno mielismy na szczescie suche, schowane na pace jego auta, ale w powietrzu bylo tak wilgotno, ze malzonek troche sie nameczyl, zeby je rozpalic. Kiedy w koncu sie udalo, probowalam porozwieszac wokol niego wszystkie nasze mokre rzeczy, ale nic to nie dalo. To, co odwrocone bylo w strone ognia wysychalo, ale kiedy obracalam je, zeby wysuszyc druga strone, tamta schla, a pierwsza nasiakala ponownie wilgocia. ;) Krzesla turystyczne, zrobione z wodoodpornego materialu, przeschly dosc szybko na tyle, ze mozna bylo na nich usiasc, ale ubrania dosuszylam dopiero w domu. :D

Poza ta jedna ulewa, padalo tylko w piatek w nocy i w niedziele nad ranem. Bylo potwornie wilgotno i nic nie schlo, ale przez wiekszosc trzech dni niebo bylo tylko czesciowo zachmurzone, co chwila przebijalo slonce i co najwazniejsze, bylo cieplo! :)

Na plaze wybralismy sie w piatek natychmiast po rozlozeniu naszej bazy. ;) Kemping z przyczepka wydaje sie prosty oraz wygodny i w porownaniu z namiotem taki jest, ale mimo wszystko nie jest to tak, ze stawia sie przyczepe i koniec. Trzeba ja jeszcze wypoziomowac, inaczej moze sie okazac, ze wszystko zsuwa sie ze stolu i polek, a maz turla sie na lozku w twoja strone i nad ranem spi wlasciwie na tobie. ;) Potem odczepic auto, rozlozyc dywan przed wejsciem, zeby nie wnosic syfu do srodka (i tak sie wnosi), powyciagac rowery, krzesla, owinac stol piknikowy i lawki cerata i w koncu mozna cieszyc sie natura. ;)
Jak tylko rozlozylismy wszystkie manele, ruszylismy wiec na plaze. I tutaj chyba spotkalo nas najwieksze rozczarowanie na tym kempingu. Plaza, jak wspominalam, jest moja ulubiona, ale dojazd do niej... Trzeba bylo przejechac kawal przez las, a potem jeszcze przez publiczne parkingi. Poprzednie pole kempingowe mialo prywatna plaze dla pola kempingowego, ale tutaj nie bylo tego luksusu. ;) Na rowerze przejazd zajmowal okolo 10 minut. Wspolczuje ludziom, ktorzy chodzili na piechote. Niby to nie tak strasznie daleko, ale jak wspomnialam na poczatku posta, dopadlo mnie jakies zmeczenie, przesilenie poznoletnie, czy "cus". ;) Przeciez tydzien wczesniej, przejechalismy prawie 14 km w 1.5 godziny, a ja w dodatku mialam okres i nic mi nie dolegalo. A tu, 10 minut i to po plaskim terenie, a nogi nieraz mi dokuczaly... Zreszta, dzieciaki tez czesto marudzily, ze nie maja sil, wiec to nie tylko ja taka zdechla bylam. Moze to cos w nadmorskim powietrzu, chociaz w poniedzialek rano idac przez parking do pracy, tez ledwie powloczylam nogami. No ale tutaj nie ma sie co dziwic, w koncu kto lubi poniedzialki? ;)
W kazdym razie plaza nadal byla piekna, a Potworki z zapalem rzucily sie do prawdziwego wyprobowywania swoich boogie boards. ;)

Pozowanie dla matki ;)

Bi nawet niezle "lapala" fale

Surfujemy szorujemy... po dnie :D

W sobote z rana bylo bardzo cieplo i wilgotno, ale pochmurno. Nawet troche mzylo, wiec zabralam Potworki sprawdzic, co ciekawego funduje "nature center" znajdujace sie na kempingu. Okazalo sie, ze to bardzo przyjemne miejsce. Wszedzie staly akwaria oraz terraria, w ktorych znajdowali sie przedstawiciele lokalnej nadmorskiej fauny. W jednym pokoiku znajdowal sie tez kacik artystyczny, pelen kolorowanek, wycinanek, kredek oraz mazakow. Centrum w sobotni poranek okazalo sie zbawieniem. Zamiast nudzic sie w przyczepce i marudzic, ze chca gdzies isc i cos robic, Nik stworzyl kolorowa rybke (Dory ;P) z wycinanki, a Bi uczyla sie zaplatac bransoletke. A potem nagle zauwazylam, ze slonce przebija sie przez chmury, wiec czym predzej polecielismy, zeby zgarnac po drodze tatusia i wybrac sie na przejazdzke. ;)

Mapa Parku Stanowego wyraznie wskazywala, ze znajduja sie na nim szlaki spacerowe. Myslelismy, ze moze nawet uda sie na nie wjechac rowerami. Obiecywalam sobie przyjemna przejazdzke wsrod mokradel... Niestety, nie bylo u kogo zasiegnac informacji, a sami, mimo szczerych checi, szlakow nie znalezlismy. Chyba ze byly nimi mijane lesne sciezynki, zupelnie nie oznakowane... :/
Pojechalismy za to droga do pawilonu gorujacego nad plaza. droga okazala sie meczaca, bowiem prowadzila niemal caly czas pod gore. Ale za to widoki z niej! Zdjecia zupelnie ich nie oddaja...


Z pawilonu zjechalismy polazic po widocznych na zjeciu skalkach, od ktorych Park ma zreszta swoja nazwe. ;) Pasace sie na lace obok ogromne stada gesi, okazaly sie dla Nika pokusa nie do przezwyciezenia. Jedzil pokrzykujac za nimi niczym kowboy na rowerze zamiast konia. ;)


Na skalkach szukalismy co tez odplyw zostawil po sobie w jeziorkach utworzonych w skalnych zaglebieniach. Tym razem zostwil tylko jedna rybke, ktora sprytnie chowala sie w wodorostach. ;)


Przy okazji, czy Wasze dzieci tez tak puszczaja uwagi mimo uszu? Przed wejsciem na skalki, ostrzeglam Potworki, ze w nocy padalo, a ciemne skaly nad sama woda pokryte sa glonami i pieronsko sliskie. Bi grzecznie trzymala sie mnie i M., natomiast Nik co chwila odchodzil na ciemne glazy. Efekt? Ze dwa razy wywinal takiego orla, ze mamy szczescie iz nie rozwalil lepetyny o jakis kamien!


Powtarzam jeszcze raz: idz z nami, po suchych, jasnych kamieniach. Widze, ze chce zejsc na nizsze glazy nad sama woda, a te pokryte sa zielonym szlamem. Mowie: "Tam nie idz, widzisz, ze te kamienie sa sliskie!". Jeszcze nie dokonczylam zdania, a on juz jest na dole! Oczywiscie dwa kroki i LUP! Lezy! I patrzy wielce zdziwiony, ze jak to sie stalo?! :O

Lubie takie wedrowki, ale odetchnelam z ulga, kiedy wrocilismy na upstrzona gesimi odchodami lake. :D

W sobote po poludniu, zanim nadeszla zupelnie niespodziewana burza z ulewa, pieknie sie rozpogodzilo i wybralismy sie ponownie na plaze. Potworki znow usilowaly "surfowac".

Nie ten kierunek, kolego! :D


Pstryknelam im tez obowiazkowe zdjecie wakacyjnego czytania, o ktore szkola oraz nauczyciele prosili juz przynajmniej 4 razy. ;)



Taaa... Miny i pozy baaardzo naturalne. Ale co poradze, skoro kiedy naprawde cwicza czytanie, Potworki maja miny nie nadajace sie do publikacji. A juz napewno nie do szkolnej galerii, majacej promowac czytanie wsrod najmlodszych. :D

W niedziele, jak wspomnialam wyzej, obudzila nas wilgoc oraz ziab. M. gotow byl spakowac sie i wracac do domu. Bylam gotowa przyznac mu racje. Prawie. Ale, ze szkoda mi bylo wyjezdzac z samego rana, a i Potworki, zimno czy wilgoc, bawily sie przednio, uznalam, ze przejade sie jeszcze raz nad ocean, zeby przejsc sie jego brzegiem. Kto wie czy go jeszcze w tym roku zobacze? ;)
Pojechalismy wiec cala rodzina i odkrylismy, ze poza kempingowym lasem, wszedzie jest cieplo, a nad woda ludzie plazuja na calego. Mimo wiec chmur, wrocilismy do przyczepki, Potworki przebraly sie w stroje i wrocilismy jeszcze ostatni raz nad ocean. Dzieciaki podejrzaly jakiegos chlopca jak rzuca boogie board na nadplywajace na brzeg fale, po czym wskakuje na nia i przejezdza kawalek. Sami zapragneli tak "surfowac" i zabrali sie do cwiczen. Bi dosc szybko porzucila zabawe, ale Nik zlapal bakcyla i tak dlugo cwiczyl, az pod koniec zaczelo mu nawet czesciowo wychodzic. A w kazdym razie nie wykladal sie jak dlugi przy kazdej probie. ;)

Bi jest ciezka i szybko zapadala sie w piach ;)

Iiiiii... CHLUP! :D

Kiedy w koncu wyszlo mu to niemal idealnie, zdjecie mam oczywiscie tylem... :/

Dosc szybko pieknie sie rozpogodzilo i az szkoda mi bylo oglaszac koniec zabawy. Zreszta, Potworki ostro to oprotestowaly... Coz bylo jednak robic. Nastepnego dnia szlismy juz z M. do pracy, wiec chcielismy wrocic do domu na tyle wczesnie, zeby jeszcze sie rozpakowac, wstawic pranie, itd.

A powrot, coz, klasyk: :D








Tak zakonczyl sie, mozliwe, ze ostatni kemping w tym roku. Zadnego kolejnego nie mamy zarezerwowanego, wiec jesli gdzies wyskoczymy, to bedzie zupelny spontan. Poki co jednak, tematem #1 w naszym domu, jest nadchodzacy poczatek szkoly. :)

Do przeczytania! :)

wtorek, 14 sierpnia 2018

Chyba najnudniejszy weekend tego lata...

Jak w tytule...

Nie oznacza on co prawda, ze tak kompletnie NIC nie robilismy, ale planujac weekend, myslalam o jakiejs dalszej, ciekawszej wycieczce, a utknelismy kolo domu, wiec czuje sie rozczarowana i niezaspokojona... ;)

W sobote pogoda zatrzymala nas w domu kompletnie. Oprocz porannych lekcji plywania Potworkow, nie ruszylam sie z chalupy. Caly dzien na zmiane lalo i kropilo, a na dodatek sie ochlodzilo. To znaczy w dzien bylo okolo 22 stopni, ale kiedy ponad miesiac temperatura nie spada ponizej 26ciu, nawet podczas deszczu, to poranne 18, to byla lodowa! ;)

Po jezdzie na basen i z powrotem, nadrabialam zaleglosci sprzataniowe.
Przyznaje, ze tesciowa to zlota kobieta. Nie dosc, ze pilnuje Potworkow, nie dosc, ze gotuje jak dla armii, to jeszcze mi sprzata! ;) A raczej "ogarnia", to chyba wlasciwe okreslenie. Przeciera to i owo i z grubsza odkurza. Strasznie sie wiec przez minione 2 miesiace rozleniwilam, bowiem na pierwszy rzut oka, brudu nie widac. A jak go nie widac, to co niby mam sprzatac, c'nie? ;) No wlasnie... Kiedy sie jednak dobrze przyjrzec, wychodzi to "ogarnianie". Pod meblami koty kurzu, podloga u gory tez zakurzona, zlew w kuchni niedomyty, szafki zachlapane... ;) Dodam tylko, ze absolutnie nie mam do tesciowej pretensji, bo od poczatku mowilam jej, zeby nie sprzatala, bo i tak ma dosyc na glowie. Ona jednak uparcie odkurza i myje podlogi tam gdzie sie najwiecej chodzi oraz przeciera kuchenke i blaty w kuchni.
W kazdym razie w sobote, korzystajac z tego, ze caly dzien lalo, a przy tym bylo chlodniej, wiec pot po doopie nie splywal, sprzatalam lazienki, mylam podlogi na gorze, scieralam kurze oraz zmienialam posciel. ;)

Potworki zaliczyly ostatnia lekcje plywania w tej sesji i chociaz raz nie bylam zla, ze zajecia odbywaly sie w srodku. :) Szkoda tylko, ze nastepna sesja stoi pod znakiem zapytania. W parade wchodzi bowiem sobotnia Polska Szkola, odpadaja wiec weekendowe treningi. Podczas poprzednich kilku sesji, na naszym basenie nie bylo zajec w srodku tygodnia. Klub ten wykupila siec silowni i chyba czeka ich powazna reorganizacja... A w kazdym razie remont, bo budynek jest naprawde w oplakanym stanie. Mam jednak nadzieje, ze to tylko tymczasowe, bo kiedys lekcje plywania odbywaly sie w tygodniu, wiec moze znow pojawia sie na grafiku. Tu jednak problemem moze byc ich czas. Generalnie z zajeciami pozalekcyjnymi jest tak, ze im mlodsza grupa, nizszy poziom zaawansowania, tym wczesniej sie odbywaja. Szukajac zajec dla Potworkow, czesto widzialam wiec treningi zaczynajace sie o 16, albo nawet o 15:30. Zastanawiam sie dla kogo sa te zajecia, skoro dzieci koncza lekcje okolo 15:15 (kazde miasteczko troche inaczej, ale nie wczesniej niz o 15), a autobus zajezdza pod nasz dom przed 16! Nie wyobrazam sobie, ze Potworki wysiadaja z autobusu glodne i zmeczone, a ja upycham je do auta i pedze na basen! :/

Tymczasem... co do Nika mam watpliwosci, ale Bi wode uwielbia i oznajmila ostatnio, ze moge ja zapisywac ciagle na basen, nie musze jej sie nawet pytac (laskawa!). :D No to chce ja zapisac, niech dziewczyna plywa jak lubi, szczegolnie ze to sport idealny dla calego ciala...

Slabo cokolwiek tu widac, wiec musicie uwierzyc mi na slowo, ze to Bi plynie na plecach i calkiem niezle jej to wychodzi ;)

A Nik? Z tym nieco gorzej... Niby lubi wode, niby dumny jest, ze zaczyna plywac samodzielnie, ale z niewiadomych powodow nie znosi byc sam w grupie. W sobote jego kolega spoznil sie kilka minut i Nik zdazyl juz sie rozplakac, ze on nie chce byc sam i plywac nie bedzie. :O Dopiero kiedy powiedzialam, ze to juz ostatnia lekcja, jakos przelknal nerwy i poszedl. A moment pozniej wpadl jego kumpel i reszta zajec to juz byla sama radosc. Nie moge zagwarantowac mu jednak, ze zawsze bedzie mial kolege w grupie, wiec nie wiem jak to z tym jego plywaniem bedzie...

Nik plynie! Trenerka go jeszcze asekurowala, ale w sumie niepotrzebnie, bo Mlody calkiem sprawnie (i rozsadnie) doplywa do scianki kiedy brakuje mu sil :)

O to jednak bede sie martwic jak juz zobacze grafik na kolejne lekcje. Moze sie bowiem okazac, ze przez jakis czas i tak sie nie zalapiemy... Albo bede musiala szukac innego basenu. Chyba bym sie wtedy pochlastala, bo tu mamy 3 minuty autem! Blizej juz sie nie da! :D

W sobote byl wiec basen i sprzatanie. Tego wieczora planowalam tez owinac sie kocem (w ramach ochrony przed krwiopijcami) i zalec na tarasie, zeby poogladac perseidy, ale niestety deszcz nie odpuszczal. :(

A niedziela?

A w niedziele mialo byc oceanarium. To jeden z punktow "do zaliczenia tego lata", ktory sobie postawilam i teraz czuje uklucie paniki, ze nie zdaze. ;) Dlaczego akurat oceanarium i dlaczego akurat teraz? W koncu to nie jest objazdowe wesole miasteczko, ktore za kilka dni odjedzie... Otoz, to oceanarium, oprocz basenow z foczkami i bielugami oraz mnostwa akwariow z kolorowymi rybkami (a takze papugarni oraz zbiornikow, w ktorych mozna dotknac homary, krewetki, kraby lub plaszczki) ma sezonowe wystawy. Obecnie zas, wystawa jest na temat dinozaurow! Pomyslalam wiec, ze to idealny czas, zeby wybrac sie tam z Nikiem. Bi rowniez dinusiem nie pogardzi, wiec nic, tylko jechac! ;) Szkopul w tym, ze nie moge znalezc informacji do kiedy ta wystawa bedzie trwala. Tak sobie jednak mysle, ze jesli ja zmienia, to raczej wraz z rozpoczeciem roku szkolnego, lub zaraz po wrzesniowym dlugim weekendzie. Stad ten upor, zeby jechac jeszcze w sierpniu.
Problem jedynie w tym, ze oceanarium jest 112 km, czyli ponad godzine drogi od nas. Poniewaz na niedziele pogode rowniez zapowiadali taka sobie, wiec pomyslalam, ze to idealny dzien.
No niestety. M. juz tradycyjnie oznajmil, ze mu sie nie chce tak daleko tluc... :/ Ja z kolei nie chcialam sama prowadzic auta taki kawal z klocacymi sie i wrzeszczacymi Potworami na tylnym siedzeniu. Serio, nawet 15 jazdy do kosciola z nimi, to czasem jak droga przez meke! A co dopiero prawie 1.5 godziny! :/
Jestem jednak uparta i kiedy znow przyjdzie weekend z marna pogoda, chyba nie bede patrzec na M. tylko zapakuje Potwory, wrecze im po wielkiej torbie slodyczy i chipsow zeby ich zapchac i pojade. ;)

No dobrze. Do oceanarium wiec nie pojechalismy. Po poludniu jednak, zamiast zapowiadanego deszczu pojawilo sie slonce, wiec postanowilismy sie chociaz przejechac na rowerach. Pisalam juz chyba kiedys, ze zaraz obok naszej dzielnicy znajduje sie jeden z wjazdow na piekny szlak rowerowy. Jadac na polnoc mozna nim przejechac przez kolejne trzy miejscowosci. Po przejechaniu tych trzech miasteczek konczy sie sciezka rowerowa i dalej trzeba juz jechac wzdluz normalnych drog, ale w koncu mozna wjechac az do nastepnego stanu i dotrzec do kolejnego etapu sciezki rowerowej. Wstyd sie przyznac, ale mimo, ze mieszkamy tutaj niemal pol roku, na ten szlak wychodzilismy tylko na spacery. A na nogach wiadomo, daleko nie ujdziemy, szczegolnie w towarzystwie Potworkow...
Tym razem wzielismy rowery i postanowilismy dotrzec dalej. Tyle, ze pojechalismy na poludnie, a nie polnoc. Tu trasa wiedzie przez nasze miasteczko, do sasiedniego. Dalej ponownie trzeba przez jakis czas jechac wzdluz drog, zanim trasa znow wjedzie na osobna sciezke rowerowa. My jednak w tym miejscu zawrocilismy, bo dzieciarnia wymiekala... Rodzice trzymali sie calkiem niezle. Spocilam sie jak mysz, bo slonce przygrzewalo az milo i po powrocie troche czulam nogi chodzac po schodach, najbardziej oberwalo jednak moje doopsko. ;) Mimo, ze zaraz przy kupnie rowera, dokupilam sobie zelowa, wielka nakladke na siodelko, to po 1.5 godzinie jazdy tylek bolal nie do zniesienia. ;)
No wlasnie, nie mielismy zadnego sprzetu mierzacego przejechane kilometry (czy tutejsze mile), ale cala przejazdzka zajela nam niemal rowne 1.5 godziny, czyli jakies 45 minut w jedna strone. Przy tym, w drodze powrotnej Nik tak zawodzil, ze dwa razy stanelismy na kilka minut, zeby dac mu odpoczac.

Odpoczynek :)

Po powrocie odnalazlam w necie mape trasy i kiedy podliczylam przejechany odcinek, malo z krzesla nie spadlam! Wyszlo mi, ze przejechalismy okolo 7 km w jedna strone! Czyli prawie 14 w obie! :O Nic dziwnego, ze dzieciaki marudzily... ;)
Wlasciwie to Bi, ktora na codzien rower ignoruje, zniosla trase calkiem niezle. Jadac w jedna strone, po jakims czasie zaczela jeki, ze a kiedy wracamy, a mowilas, ze zaraz, a ja jestem zmeczona, a jak sie zgubimy, a jak nie dam rady wrocic, itd. Nik za to pedzil jak szalony, a ze ma najmniejszy rower, to musial sie biedak najwiecej napedalowac. Probowalismy go stopowac, ale gdzie tam! Musial byc pierwszy, wiec co chwila przyspieszal i odjezdzal kawalek. I tak do konca trasy. Ale kiedy rzucilismy haslo "powrot", jak na zawolanie rozwyl sie, ze bola go nogi i nie da rady! :O Cala droge ryczal, marudzil, ze nie chce jechac w kasku, ze jest zmeczony, itd. Bylam w szoku, bo na codzien Nik jest doslownie do rowera przyklejony i niemal z niego nie schodzi! Spodziewalam sie, ze to Bi urzadzi awanture, a tymczasem ona, zadowolona, ze wracamy, nawet nie pisnela. M. opowiadal mi kiedys, ze jak wzial ich na przejazdzke sam, to wlasnie Nik po jakims czasie zaczal ryczec. Nie wierzylam mu, bo przeciez Mlodszy zwykle nie rozstaje sie z rowerem, a jednak. Niestety, nie bylo mozliwosci wziecia go na bagaznik (zreszta, co wtedy z jego rowerem?). Musial jechac. I dojechal, choc caly byl zaryczany i usmarkany. ;)
Trasa jest jednak bardzo lagodna, niemal plaska, a za to bardzo malownicza.

Czy to nie rewelacja do jazdy na rowerach lub rolkach?

Mam nadzieje, ze jeszcze ja powtorzymy, a jak nie, to zostala nam jeszcze do zwiedzenia polnoc szlaku. ;)

Jedno z niewielu wzniesien na szlaku

Na zdjeciach wyglada jakby bylo tam pusto, ale tak naprawde, w niedzielne popoludnie i przy pieknej pogodzie, szlak pelen byl ludzi spacerujacych i jezdzacych rowerami. Czasem trafil sie tez ktos na rolkach. Poniewaz jednak jest tam tyle miejsca, wszyscy jakos sie tak rozlaza, ze nikt nikomu nie przeszkadza i nie depcze po pietach. Super!

*
Wakacje sie koncza, lato sie konczy, ale z mysla o kolejnym kempingu (ktory stoi pod znakiem zapytania bowiem pogoda zmienia sie jak w kalejdoskopie i aktualnie jest do... pupy), kupilam Potworkom "boogie boards", o ktore Bi dusi mnie od poczatku lata. Zobaczyla je u dzieci na ktoryms kempingu i zapragnela posiadac wlasna. ;)
Boogie boards to takie wieksze deski do plywania (lub mniejsze surfingowe, zalezy jak na to patrzec :D), na ktorych mozna przeplywac na falach. Za male sa jednak, zeby na nich surfowac na stojaco. Chociaz widywalam dzieciaki rzucajace te deski na fale wplywajace na brzeg, a nastepnie wskakujace na nie nogami. Zazwyczaj konczy sie to wywrotka, ale czasem delikwentowi uda sie "przesurfowac" kilkadziesiat cm. ;)
W kazdym razie, z braku oceanu w poblizu, Potworki cwicza w swojej "kaluzy". ;)

Potwory surfuja! :D

*
Dostalam maile ze szkoly Potworkow (juz kolejne!). Tym razem z oficjalnym przydzialem nauczycieli. Ktos w ktoryms komentarzu stwierdzil, ze przypis nauczycieli klasom to tutaj niczym tajemnica wagi panstwowej. ;) Rzeczywiscie tak jest i nie mam pojecia z czego to wynika. Przy kazdej okazji podkreslaja, ze rodzicom nie wolno prosic o okreslonego nauczyciela dla swoich dzieci. Moze boja sie, ze potem beda mieli kilkaset podan i sie nie opedza od roszczeniowych mamusiek? :D
W kazdym razie przydzial mam i niespodzianka! W tym roku Nika NIE bedzie uczyla nauczycielka Bi z zeszlego! ;) Nie wiem teraz czy ta sama nauczycielka rok temu to byl przypadek, zasady starej szkoly, czy tym razem, poniewaz Potworki chodza tutaj krotko, Nik trafil do innej Pani przypadkowo. Zobaczymy za rok. :D
Dostalam tez informacje o autobusie szkolnym, ale tu zero sensacji - numer ten sam, przyjezdza o tej samej godzinie i nadal pod nasz dom. ;)

Zamowilam tez Potworkom nowe plecaki. Poniewaz, jak pare razy wspomnialam, mam wrazenie, ze Nik ma kiepska posture, tym razem postawilam na cos a'la polskie tornistry, porzadnie usztywnione.

Na zdjeciu tego nie widac, ale monster truck na Nikowym plecaku jest wypukly, taki obrazek 3D.

Ja wybralam modele, ale kolor i styl Potworki wybrale same! Troche musialam tylko "nakierowac" Nika, bo na poczatku uparl sie na plecak z... czolgiem! :O A mnie odrzuca wszystko co przywodzi na mysl wojne i przemoc... Kiedy bedzie starszy i zapala pasja do takich "zolnierskich" rzeczy (moze bedzie sklejal modele?), to moze. Ale dla malego chlopczyka jakos mi to nie pasuje...
Mam teraz tylko nadzieje, ze tornistry sie predko nie rozpadna, bo po otrzymaniu przesylki, okazalo sie, ze wszystkie metki oraz karteczki na plan lekcji, sa w jezyku rosyjskim, mam wiec obawy co do jakosci! :D

*
Wyprawke do hamerykanckiej szkoly mam wiec skonczona. Za to z polskiej szkoly nadal nie dostalam informacji o tym, co trzeba kupic. Na stronie internetowej znalazlam wiadomosc, ze 5 wrzesnia odbedzie sie spotkanie informacyjne dla rodzicow nowych uczniow, ale zadnego maila nie otrzymalam. Dobrze, ze sama sprawdzilam. Dodatkowo, w sekcji "najczesciej zadawane pytania", jest napisane, ze podreczniki mozna kupic na Dozynkach oraz potem w szkole, ale tylko dla klas 0-1 (a Bi idzie do drugiej!). Dodatkowo, ze lista podrecznikow zamieszczona jest na stronie. Coz... Przeszukalam te strone wzdluz, wszerz i po przekatnej, a listy nie znalazlam. :/

Wkurza mnie jeszcze cos. Cena wyprawki hamerykackiej, wraz z plecakami, zamknela sie w $150. I pal licho, ze we wrzesniu bedzie jeszcze masa piknikow, imprez i Bog wie czego, przy ktorych beda ciagnac kase, a nauczyciele poprosza zapewne o kilka drobiazgow do wyposazenia klasy...
Polska szkola kosztuje za dwoje dzieci ponad $600 rocznie. A do tego, okazuje sie, ze bede musiala dokupic podreczniki, ktore prawdopodobnie sprowadzaja z Polski, a wiec tanie nie beda, plus na bank jakies zeszyty, kredki, dlugopisy, itd. Cala wyprawka do szkoly amerykanskiej zostaje bowiem w klasie. Do polskiej bedzie potrzebne wszystko osobno. :/
Dodatkowo, ten durny wymog, ze podreczniki sprzedawane sa na Dozynkach! Tutaj to jest wielka, polonijna impreza, na ktora nigdy nie jezdze, bo to tlumy ludzi, smrod smazonej kielbasy oraz kapuchy z bigosu oraz irytujaca "polka" albo disco polo (bo nie ma przeciez innej muzyki) z glosnikow. Bylam raz, pierwszego roku w Hameryce i wiecej nogi tam nie postawilam. Wyglada jednak, ze po 14 latach, bede musiala sie tam pojawic, bo inaczej nie kupie Bi ksiazek do szkoly! :/ Najbardziej jednak wpienia mnie brak listy podrecznikow. Zaloze sie, ze Polska Szkola chce miec na nie monopol, zeby dodatkowo zarobic pare dolcow. Gdybym miala liste, poszukalabym na internecie, albo nawet zobaczyla, czy taniej nie wyszlaby przesylka z Polski. A tak, jestem skazana na cene, ktora zaspiewa sobie Szkola. :/

Zreszta, zrzedze na zapas jak to ja, a moze okaze sie, ze bedzie calkiem tanio. ;)

*
A na koniec, wiecie po czym poznac mozna, ze idzie jesien?
Nie, nie po tym, ze dzien robi sie wyraznie krotszy...
Rowniez nie po tym, ze slonce pada pod innym katem...
Takze nie po tym, ze z drzew opadaja pierwsze liscie (serio! Szlak rowerowy zasypany byl miejscami brzozowymi listkami!)...

Ale po tym, ze z nieba spadaja cykady! :D

Co roku to samo... Owady zmachane calodziennym brzeczeniem, pod koniec sierpnia po prostu leca na ziemie, gdzie dokonuja zywota.

Tego gagatka znalazlam na chodniku podczas przechadzki na lunchu, przewroconego na grzbiet i machajacego rozpaczliwie nozkami. Przewrocilam go litosciwie na odnoza. Jak i tak ma odejsc do krainy wiecznego bzyczenia, to niech chociaz odejdzie z honorem. ;)

Co roku nadziwic sie nie moge, jakie sa wielkie. Ten egzemplarz mial okolo 3 cm, nie liczac skrzydelek. To chyba samica, z racji ze jest tak skromnie ubarwiona

Kiedy wracalam z przechadzki nie bylo go na chodniku i myslalam, ze znalazl jeszcze troche sil, zeby odleciec. Jednak kiedy wychodzilam z pracy, znow lezal na grzbiecie, niemal w tym samym miejscu. Ponownie postawilam go na nogi, ale tym razem nie ludze sie. Mysle, ze do jutra skonczy jako czyjs obiad. ;)


Do weekendu raczej sie juz nie odezwe, wiec zycze dobrej zabawy! Ja jeszcze nie wiem jak bede sie bawic, ale cos wymysle. W razie desperacji, zawsze moge wskoczyc do potworkowego basenu. :D

środa, 8 sierpnia 2018

I (prawie) po wakacjach! ;)

Sierpien wzial mnie z zaskoczenia. Wkradl sie skubaniec cichcem, znienacka i ani mysli wycofac sie i oddac jeszcze kilku dni starszemu bratu - lipcowi. ;)
A ja, z dwoch letnich miesiecy, zdecydowanie ten lipiec wole. Zostalo mi to z czasow szkolnych, kiedy sierpien oznaczal powolne odliczanie do konca "wolnosci". Chociaz wtedy ten czas zdawal sie plynac duuuzo wolniej i na poczatku miesiaca, myslalam zawsze, ze "Ufff... Jeszcze caaaly sierpien przede mna...". ;) Teraz jakos inaczej to odczuwam i na mysl przychodzi raczej "O kuzwa, juz sierpien! Zaraz rok szkolny!".
Mimo, ze to Potworki wracaja do szkoly, nie ja. ;)

Moich odczuc wzgledem sierpnia nie poprawia to, ze przed dzieciakami w Polsce jeszcze prawie 4 tygodnie laby, a Potworkom zostalo 2.5 tygodnia. Wlasciwie to mam wrazenie, ze duzo mniej, bowiem mimo, ze oficjalny poczatek roku jest 27 sierpnia, to w piatek go poprzedzajacy, czyli 24, szkola ma "drzwi otwarte", kiedy dzieci moga przyjechac, poznac nauczyciela, ktory bedzie ich uczyl w tym roku oraz zobaczyc, z ktorymi kolegami dostali sie do klasy. ;) I mimo, ze to tylko taka godzinka zapoznawcza, to odczuwam to jako nieoficjalne, ale jednak rozpoczecie roku...

Poza tym, wraz z poczatkiem sierpnia, dotarlo do mnie, ze jestem w czarnej doopie z wyprawka! A tak sie cieszylam, ze listy dostalam w tym roku juz w polowie lipca! Jak zwykle gore wziela wrodzona prokrastynacja i prosze, przyszedl sierpien, a ja nie wybralam sie jeszcze na zakupy. ;) Dodatkowo, w tym roku wyprawke mam podzielona na trzy:

1. Szkolne artykuly papiernicze (cale szczescie, ze podreczniki zapewnia placowka oswiatowa), plus plecaki i sniadaniowki.

2. Jakies lekkie i plaskie plecaki na podreczniki i wyposazenie do Polskiej Szkoly (mogliby przekladac zeszyty i ksiazki w piatek do codziennego plecaka, a po zajeciach je wypakowywac, ale to zawsze dodatkowa rzecz do zapamietania i w dodatku latwo mogaca generowac chaos i pomylki...). Do tego Polska Szkola zapewne rowniez przysle swoja liste przyborow. Podreczniki raczej zamowia sami, ale podejrzewam, ze kaza za nie zaplacic...

3. To moze nie do konca "wyprawka", ale musze przejrzec strony internetowe wypozyczalni skrzypiec i zainteresowac sie, z czym to sie je. Szkola zapewnia lekcje muzyki, na ktore to Bi sie ochoczo zglosila, ale to rodzic jest odpowiedzialny za zapewnienie dziecku instrumentu... :/ Ciekawe ile to kosztuje i jak szybko trzeba sie zglaszac... Szkola przyslala liste okolicznych wypozyczalni w czerwcu, ale szmyrgnelam ja do szuflady cieszac sie wakacjami. ;)

Zanim jednak przyszedl sierpien, a wraz z nim wyprawkowa panika, udalo nam (w sensie mi oraz Potworkom) sie zaliczyc spotkanie towarzyskie jeszcze w ostatni dzien lipca. Pojechalam odwiedzic moja kolezanke z blizniakami rok starszymi od Bi. Cala czworka dzieciakow bawila sie przednio, no przynajmniej moje. ;) Nik, jako najmlodszy, trzymal sie troche na uboczu, ale ze chlopaki maja mase pojazdow i innych "chlopczykowych" zabawek, to byl w siodmym niebie. Bi za to szalala z blizniakami i jakos zupelnie nie przeszkadzalo jej, ze to chlopaki. Szczegolnie z jednym z nich caly czas wolali sie nawzajem do zabawy, razem sie hustali i smialysmy sie z kolezanka, ze za jakies 20 lat ich zeswatamy. :D

A potem nadszedl 1 sierpnia, a wraz z nim psychoza. ;) Szczegolnie, ze natychmiast przyszly dwa maile z powitaniem "po wakacjach", jeden od szefa stanowego wydzialu oswiaty, a drugi od dyrektorki szkoly Potworkow. No i wez tu sie czlowieku ciesz resztka wakacji, skoro zewszad przypominaja ci, ze wlasnie dobiegaja one konca! ;)
W kazdym razie, na fali "przypominajkowych" maili, przy okazji zakupow w supermarkecie, kupilam Potworkom po plecaku. Zrobilam to z mysla o Polskiej Szkole, bo takie tanie plecaki masowej produkcji raczej nie podolalyby codziennemu rzucaniu po korytarzach i setnemu otwieraniu i zamykaniu. :) Ale na wyjscie do Polskiej Szkoly raz w tygodniu, mysle, ze wystarcza. Nikowi trafil sie ze Spider Man'em, a Bi z Shopkins'ami, wiec oboje oczywiscie zachwyceni. ;)

W sobote zas zabralam Potworki na zakupy wyprawkowo - papiernicze. I tu stwierdzam, ze za rok albo zamowie wszystko przez internet, albo pojade sama. Ewentualnie bede musiala przymusic M. do zabrania sie z nami, zeby pomogl mi trzymac towarzystwo w ryzach. ;)
Nie dosc, ze Nik jak zwykle szalal z wozkiem i kilka razy byl bliski rozjechania jakiegos przypadkowego klienta, nie dosc, ze Potworki, szczegolnie Mlodszy, mialy problem z wyborem zeszytu (niebieski, czerwony, w paski czy w motylki...?), to jeszcze ich listy roznily sie w kilku punktach. Zaowocowalo to oczywiscie spieciami:
"A dlaczego ja mam tylko 16 kredek, a on 24?!"
"Ja tez chce linijke!"
"A dlaczego ona ma dwie gumki, a ja jedna?!"
"A dlaczego on ma trzy foldery, a ja jeden?!"
"Nie chce zielonego foldera, chce zolty!"
"A ona ma kolorowe markery, a ja tylko czarne!"
"Dlaczego ona ma nozyczki, a ja nie?!"

Najbardziej irytujace byly oczywiscie pytania "dlaczego", bo skad ja niby moge wiedziec jakie pobudki kierowaly nauczycielkami ukladajacymi listy? :/
Zeby dodac mi bolu glowy, niektore rzeczy na listach musialy byc okreslonej firmy, jak mazaki do bialej tablicy, kredki czy... nozyczki. No serio, co za roznica nozyczkami jakiej marki dzieciaki wycinaja obrazki?! :/ Przeszukiwalam wiec pudla i polki w celu znalezienia okreslonego producenta, a tymczasem Nik urzadzal sobie slalomy miedzy ludzmi oraz wycieczki krajoznawcze, co chwila znikajac mi z oczu. :/

Oprocz plecakow, ktore przeznaczone sa do Polskiej Szkoly, reszta to cala wyprawka do szkoly amerykanskiej. Raczej skromnie. ;)

Wisienka na torcie bylo pojscie do kasy i trafienie na ekspedienta, ktory ewidentnie lubil dzieci, chociaz okazywal to w bardzo dziwny sposob. Minowicie draznil sie z nimi zartobliwie, zachecajac zeby przyszly pomoc mu w pracy, proponujac, ze im zaplaci, grozac (z przymrozeniem oka), ze mama nic im nie kupi, czy twierdzac, ze zawlaszczy sobie czesc ich zakupow skoro nie chca mu pomoc. Zamiast kasowac, to stal i gledzil. :/ Pare osob ustawilo sie za nami w kolejce, po czym szybko uciekalo do innych kas. Ja mialam juz podniesione cisnienie po zakupach w towarzystwie Potworow, ale uprzejmie sie usmiechalam i czekalam az czlowiek laskawie skonczy. Bi patrzyla na faceta z szeroko otwartymi oczami, najwyrazniej zastanawiajac sie, z ktorej planety sie urwal, za to Nik wdal sie z nim w zywa dyskusje, ktorej przysluchiwalam sie tylko polowicznie, az w koncu (nie slyszalam dokladnie co facet powiedzial do mojego syna, ale cos we wczesniejszym stylu, zabawno - drazniacego) Nik, ten niebieskooki blondynek o urodzie aniolka, wypalil:

"Then I'm gonna kick you in the face!"

Jesssuuu... Mozecie byc pewne, ze szybko wybilo mnie to z transu! :D Kazalam Nikowi przeprosic, chociaz w sumie facet sam byl sobie winien. No i nie wiedzial, ze to zwyczajowa odzywka Nika na przedluzajace sie dokuczanie. Ale przynajmniej teraz facet szybko skonczyl skanowanie, zaplacilam i czym predzej zabralam dziatwe ze sklepu... :)

To byla sobota. Zakonczyla ona rowniez (przynajmniej tymczasowo), pogodowy trend, ktorego nie moglismy juz dluzej zniesc.
Wiecie, stracilam rachube, ale od dobrych 3 tygodni mielismy Amazonie. Bylo goraco (26-28 stopni), ale burzowo, deszczowo, parno i duszno. Padalo praktycznie codziennie. Nawet jesli trafil sie sloneczny dzien, burze nadchodzily wieczorem lub w nocy. Wilgotnosc powietrza nie spadala ponizej 70%, a wieczorami i w nocy przekraczala 90%. Spanie przy otwartych oknach to byla tortura, przy zamknietych oknach robila sie duchota nie do zniesienia, ale na moje propozycje wlaczenia klimatyzacji, tesciowie zapewniali, ze "przeciez nie jest tak zle". Czesto - gesto nie wytrzymywalam i wlaczalam, szczegolnie po kapieli, bo (jak to zgrabnie ujal ktos na jakims przypadkowym blogu) po wyjsciu spod prysznica (mimo, ze bralam praktycznie zimny!), po minucie nie wiedzialam czy jeszcze nie zdazylam sie wytrzec, czy juz sie spocilam! ;) I tu czesto wpienial mnie maz, komentarzami, ze jemu wcale nie bylo goraco, aaaale, jesli juz koniecznie chceee, no to dobra, niech ta klima idzie... Zamiast stac po mojej stronie, to gdera... :/ A kurka na wacie, czasami mi jest w sam raz, ale jemu pot kapie z czola i nawet slowkiem nie pisne kiedy sam wlacza klimatyzacje!

W sobote rano jeszcze lalo jak z cebra i grzmialo. W deszczu jechalam z Potworkami na plywanie i w deszczu przebiegalismy przez parking, bo zapomnialam parasolek. Tak to jest jak sie wsiada do auta w suchutkim garazu. ;)

To juz przedostatnia lekcja w tej sesji i przedostatnie skoki... :(

Nawet kiedy wczesnym popoludniem zajechalam z Potworkami pod sklep, znienacka zrosil nas deszcz. Ale kiedy po godzinie ze sklepu wyszlismy, przywitalo nas piekne slonce i czyste, lazurowe niebo. Oraz duchota i powietrze, ktore niemal stalo, ale to taki dodatkowy bonusik. ;)
Tymczasem juz na wieczor zrobilo sie rzesko, chociaz absolutnie nie chlodno. Od niedzieli do... wczoraj ;) mielismy solidne upaly. Takie po 33-35 stopni, czyli w sloncu temperatura znow dobijala do 40tki. ;) Wilgotnosc w niedziele byla niska, ale od poniedzialku znow wzrosla. Najwazniejsze jednak, ze w koncu mielismy mala przerwe od burz! :) Juz od dzis jednak znow ciezko jest zaplanowac jakiekolwiek wyjscie na swieze powietrze, bo zupelnie jak w gorach, przy pieknym sloncu, w ciagu 15 minut potrafi sie zachmurzyc, zaczac grzmiec i lunac. ;)

Po zakupowej sobocie, trzeba bylo wyszukac przyjemniejsze (nic nie poradze, ze taka ze mnie baba, ze zakupow nie lubie, zadnych) zajecia na niedziele. Juz od kilku dni mialam taki malutki plan, zeby zabrac dzieciaki do lunaparku. Poniewaz na niedziele zapowiadano bezchmurne niebo oraz 35 stopni, szukalam czegos, gdzie mozna sie schlodzic. Glownie zachecilo mnie to, ze lunapark posiadal aquapark na swiezym powietrzu, bedacy czescia calego kompleksu. Do tego na karuzelach i kolejkach gorskich fajnie by nas owiewalo, a ze Potworkom strasznie spodobal sie festyn w naszym miasteczku, uznalam, ze to strzal w dziesiatke. ;)
Niestety, M. mial zupelnie odmienne zdanie. Lunapark jest okolo 40 minut od nas, wiec dojazdy plus czas tam spedzony oznaczalyby, ze nie byloby nas praktycznie caly dzien w domu. Mnie to absolutnie nie przeszkadzalo, ale moj malzonek zaczal jeczec, ze chce jeden dzien spedzic spokojnie z tylkiem na lezaku (zapomnial chyba, ze ostatnio jakos z ojcem za wiele nie robia i wlasnie tak spedza popoludnia...). No i co bylo robic... Najpierw stwierdzilam, ze jade sama, a co! Potem jednak poczytalam dokladnie o tym lunaparku i okazalo sie, ze na wiele atrakcji Nik musialby isc ze mna, a z kolei wagoniki, jak i pontony na wodnych zjezdzalniach sa najczesciej dwuosobowe. Bi musialaby jechac osobno. Nie usmiechalo mi sie puszczac jej z kims obcym albo sama, szczegolnie w wodzie, wiec zrezygnowalam z wycieczki zupelnie. :(

Co nie oznaczalo, ze skazalam siebie i Potworki na niedziele w chalupie, co to, to nie! ;)
Zaczelam glowkowac gdzie by tu jechac, zeby dzieciaki mialy frajde i jednoczesnie mozna sie bylo schlodzic. W koncu zdecydowalam sie zabrac ich na farme, na ktorej bylismy w Swieto Niepodleglosci. Wtedy byl to srodek tygodnia i nie organizowano przejazdzek konnych, co bardzo rozczarowalo Bi. Obiecalismy jej wowczas, ze wrocimy na przejazdzke w ktorys weekend i mozecie byc pewne, ze co sobote/niedziele pytala czy jedziemy na farme. Postanowilam wiec spelnic w koncu jej prosbe. ;)
Farma nie zalatwiala jednak tematu "ochlody", bo jedyna woda tam jest kacza sadzawka, niewiele wieksza od kaluzy. ;) Mialam jednak tajnego asa w rekawie, bowiem doslownie 4 minuty autem of owej farmy znajduje sie Park Stanowy z jeziorkiem. No, stawem bardziej, ale tym razem ludzkim, a nie kaczym. :D

Jak wymyslilam, tak zrobilam i o dziwo, tym razem Pan Tata laskawie zabral sie z nami, co tutaj zwisalo mi oraz powiewalo, bowiem w tych dwoch miejscach z powodzeniem ogarnelabym Potworki sama... :/ Ale stwierdzil, ze chce nie chce zeby dzieci we wspomnieniach mialy zakodowane, ze wszedzie jezdzily z mama, a tata tylko pracowal. Najwyrazniej dla M. to taka trauma z dziecinstwa. ;) Zreszta potwierdza to tesciowa, ze jej maz poza ciagnieciem synow na wszystkie mozliwe msze w kosciele oraz przymuszaniem do wspolnego, codziennego (!) pucowania auta, niewazne czy to lato, czy srodek mroznej zimy, wlasciwie nie spedzal z synami czasu. Kiedy raz pojechali nad morze na wczasy, tesc po 3 dniach nie wytrzymal i wrocil do domu. :D
M. opowiada, ze chce zeby jego dzieci wspominaly to troche inaczej, ale cos za slabo sie stara. Pojechal bowiem z nami, ale na farmie chodzil znudzony z telefonem w reku i szukal cienia, zas do jeziora z Potworkami rowniez weszlam ja. Tata siedzial na lezaczku, oczywiscie z nieodlacznym srajfonem. Nawet kiedy syn podszedl do niego mowiac, ze chce siusiu, machnal tylko reka i wyslal go w krzaki za lezakiem. Nawet go nie przypilnowal i w rezultacie Nik, zamiast dyskretnie wystawic dyndusia i zrobic co trzeba, sciagnal kapielowki z calego tylka i juz z daleka swiecil bialymi posladkami niczym ksiezyc w pelni! :D
Jakos tak srednio pasuje mi to do wizji "spedzania wspolnego czasu". ;)

Wszystko jednak dla dzieciakow, a oni mieli frajde. To najwazniejsze.
Na farmie, jak na farmie. Nakarmili wszystkie stworzenia Boze i nawet trafil im sie bonusik w postaci gonienia kur.

Bi najchetniej karmi kucyki i konie, a Nik... kury. Pewnie dlatego, ze nie obsliniaja rak ;)

Cale gdakajace stado ucieklo bowiem z zagrody, pracownicy lapali je i wrzucali za ogrodzenie i wszystkie zwiedzajace dzieciaki ochoczo przylaczyly sie do gonitwy! :D O dziwo, Bi udalo sie jedna zlapac, co wywolalo natychmiastowy ryk Kokusia, ze on tez chce! Tiaaa... Powodzenia synu... Kto mial kiedys okazje sprobowac ten wie, ze skubance sa cholernie szybkie i zwrotne. ;)

Byla tez obiecana przejazdzka na koniku.


Bi zachwycona zrobila dwa okrazenia, ale Nik po jednym oswiadczyl, ze sie boi i juz nie chce. Podobno kon byl za wysoki. ;) No fakt, ze ich wierzchowiec nie byl malym kucykiem, tylko czyms posrednim miedzy kucem, a normalnym koniem. :)


Na koniec, kiedy probowalam zagonic Potworki do auta, przypomnieli sobie, ze w sklepiku przeciez zawsze maja kurczaczki! Probowalam przekonac ich, ze jeziorko czeka, ale gdzie tam! Kurczaczki i kurczaczki! W koncu (z przewrotem oczu) poszlam z nimi sprawdzic czy sa pisklaki, a tam... cala balia puchatych, zoltych kuleczek! Takie byly slodkie, ze nie moglam sie oprzec i sama wzielam kilka do reki! :D


Wycieczke na farme, choc udana, zakonczylismy wiec tak szybko jak sie dalo i popedzilismy nad jeziorko, bo gorac byl niesamowity!
A tam... rozczarowanie. Ostatnio bylam w tym Parku Stanowym okolo 10 lat wczesniej. Niestety tak i wtedy, jak i teraz, woda byla metna, mulista i wydawala sie zwyczajnie brudna.

Stad wyglada jeszcze zwyczajnie

Pelno plywalo w niej wodorostow, patykow i innych organicznych "smieci". Niby wiem, ze stan wody jest sprawdzany codziennie i jest zdatny do plywania. Inaczej zamkneliby plaze. Ale i tak jej wyglad odstraszal. Nawet Nik wspomnial, ze nie podoba mu sie tekstura mulistego dna, chociaz Potworkom wyglad wody absolutnie w kapieli nie przeszkadzal. ;)

Ale z bliska... tragedia. Wyglada jak blotna kaluza :/

Sama weszlam na glebokosc do pupy, ale w koncu nie plywalam, bo sie zwyczajnie brzydzilam. "Mientka" sie robie na starosc. Kiedys zaden mul nie przeszkodzilby mi w kapieli. ;)

Po powrocie do domu okazalo sie, ze slonce akurat oswietla nasza przydomowa "kaluze", wiec pozwolilam Potworkom przywdziac stroje jeszcze raz i pomoczyc dupki. Tym razem, ku mojemu zdziwieniu, do Dzidziorow dolaczyl tata. A jak wygladaja zabawy z tatusiem, kazdy wie. Zaczelo sie od grzecznego wozenia na dmuchancu.


Szybko przeszlo to w dzikie zrzucanie do wody, az w koncu Bi walnela sie w nos, rozbeczala i to by bylo na tyle zabawy. ;)

Nie wiem jak ona sie w ten nos walnela, skoro sie za niego trzymala, no ale... ;)

W poniedzialek zas, stuknal najgoretszy dzien w tym tygodniu. Wiekszosc spedzilam w pracy, gdzie przy hulajacej klimatyzacji, siedzialam w polarze i narzekalam na ziab. ;) Kiedy tylko jednak wyszlam po poludniu z budynku, owiala mnie taka fala goraca, ze natychmiast zaczelam zastanawiac sie, gdzie by tu poszukac ochlody. Nad "brudne" jeziorko nie mialam ochoty wracac, wiec padlo na basen niedaleko naszego domu. Tak wiem, mamy basen przy domu, ale to nie to samo. Tym razem ja rowniez chcialam poplywac. ;)
Potworki mialy oczywiscie mnostwo frajdy. Ja troche mniej, bo zostalam potraktowana jako skocznia, deska do trzymania oraz wierzchowiec. Pokopana i wyszczypana, praktycznie nie uraczylam plywania, bo zaraz slyszalam mniej lub bardziej rozpaczliwe: "Mama, zaczekaj! Maaamaaa!!!" ;)


A dla uwienczenia wieczora, stalam 10 minut nad brzegiem basenu nawolujac do Potworkow, ze czas wracac, oni zas bawili sie w najlepsze ignorujac mnie. W koncu krzyknelam, ze nie bedzie bajek na tabletach i wtedy wyskoczyli z wody w trybie natychmiastowym.
Tablety zawsze dzialaja. ;)

A na koniec napisze Wam jakiego smsa dostalam od mojej wspanialej mamuski.

Dla przypomnienia, to kobieta, ktora wiecznie ma pretensje, ze za rzadko dzwonie i pisze, ktora zarzuca mi ciagle, ze jestem zla corka i ktora obraza sie, kiedy osmiele sie zadzwonic do siostry, a nie do niej. Jednoczesnie, przy kazdej komunikacji, potrafi podniesc mi cisnienie. Tym razem nie bylo inaczej.
Dla okreslenia ogolnej sytuacji, musze dodac, ze ostatnio mialysmy kontakt w zeszlym tygodniu, kiedy wyslalam jej zdjecia mojej opuchnietej geby. Wyrazila wtedy niepokoj, ze to raczej nie opalanie, tylko cos z nerkami i wysylala mnie do lekarza. Nie poklocilysmy sie wiec (o cudzie!), nie bylo wzajemnych zali, pretensji, nic.
A w poniedzialek (bez zadnej uprzedniej komunikacji!) dostalam od niej ladne, nastrojowe zdjecie domku nad morzem rodzicow z dolaczona trescia:

"6sierpien2018. Slonce pada juz pod innym katem. Jest inaczej na dzialce. Ach, sorry. To nie do Ciebie mialo byc to zdjecie. Pamietam. Nienawidzisz tego miejsca."

To wszystko to byl jeden sms! To "sorry" i ciag dalszy nie bylo dopisane w kolejnym. Ona celowo tak ulozyla wiadomosc, zeby dokuczyc mi, wbic szpile! I fakt, ze nigdy nie lubilam dzialki rodzicow (duzo by o tym opowiadac), ale tym komentarzem popsula caly nostalgiczny nastroj zdjecia, ktore pieknie oddawalo swiatlo koncowki lata. Czy ten dopisek naprawde byl konieczny? :/

Moja matka. Mistrzyni pasywnej agresji. :/

I tym "optymistycznym" akcentem koncze kolejnego tasiemca. Nie mam planow na kolejny weekend i z lekka mnie to przeraza (bo wakacje, wakacje sie koncza!). ;) W dodatku mam dostac okres, co mocno mnie ogranicza, ale moze cosik wymysle. Musze, bo sie udusze, a w kazdym razie nie wytrzymam calego weekendu z tesciami. :D

Trzymajta sie! :*