środa, 3 grudnia 2014

Po Indyku!

Post powinien ukazac sie w poniedzialek, ale rocznicowy oczywiscie mial pierwszenstwo waznosci. A co tam, co sie odwlecze, to nie uciecze, prawda? Szczegolnie jesli chodzi o posty na bloga. :) Nooo, oprocz kilku pisanych dawno temu na temat rozwoju Nika. Zanim zdolalam je pokonczyc, on juz przeskoczyl na kolejny poziom i musialam zaczynac od nowa. :)

Ale do brzegu (Marta, ja tez uwielbiam te wyrazenie!, Dzieki Klarko!)!

Dlugi weekend (piec dni to prawie jak urlop!!!) minal mi, oprocz, sprzatania, gotowania, pieczenia, itd., pod znakiem PMSa. I to takiego z przytupem! Serio, juz nie pamietam kiedy ostatnio bylam w takim placzliwym nastroju. Nie pomagalo to, ze zewszad bylam bombardowana przykrymi wiadomosciami. Zadna na wielkie szczescie nie dotyczyla bezposrednio mojej osoby ani rodziny, ale mimo wszystko ciezko jest sluchac i czytac o tym jak kruche jest zdrowie i zycie. I to od osob z ktorymi jest sie w jakikolwiek sposob zwiazanym... Ze tego typu wiadomosci wywolywaly lzy, nie ma sie co dziwic. Ale ryczec ogladajac reklamy?! To nie przydarzylo mi sie chyba od czasu pologu po urodzeniu Nika! Nasuwa sie tylko jedno skojarzenie: hormony. W kazdym razie PMS trwa w najlepsze, wiec dzis rano oczy mi sie "spocily" podczas sluchania koled w radiu! Na szczescie prowadzilam samochod, wiec szybko wzielam sie w garsc... ;)

A Swieto Dziekczynienia, jak to Swieto Dziekczynienia. Bylo ptaszysko. Wyszlo jak zwykle suchawe i niezbyt smaczne (nie jestem fanka indyka). Byly pyszne slodkie ziemniaczki. Byla salatka. Bylo kilka innych rzeczy przygotowanych przez ciotke M. Byly dyniowe muffinki. I tu sie wkurzylam (na siebie), bo o ile te "probne" wyszly mi pyszne, to te na Swieto byly suche i twardawe. Nie mam pojecia jak to sie stalo, ale winie znow cholerny PMS. ;) W ogole moje swiateczne wypieki to byla jakas porazka. Muffinki wyszly beznadziejne. Upieklam wiec szybkie ciasto z jablkami, nieszczesliwie z przepisu, z ktorego korzystalam poraz pierwszy. I nie tylko za bardzo przypieklo sie z wierzchu, ale jeszcze kompletnie mi nie podeszlo. Jakies takie suche mi sie wydalo, stanowczo wole tradycyjna szarlotke. Co jednak dziwne, wszyscy inni sie na nie rzucili i cala blaszka zniknela w ciagu jednego wieczora! Moze wiec tylko ja mam spaczone kubki smakowe, a ciasto tak naprawde nie bylo takie zle? Ciotka M. w ogole sie zachwycila, zjadla trzy spore kawalki i juz jej obiecalam, ze upieke je znow na Boze Narodzenie. Tylko nie wiem kiedy znajde czas pomiedzy sernikiem, makowcem, a ciasteczkami... Ze o innych potrawach juz nie wspomne...

Bez irytacji na meza tez sie nie obylo. M., chociaz podczas przygotowan (o cudzie!) nie pisnal ani slowka (pewnie dlatego, ze wiekszosc zwyczajnie przespal, ucinajac sobie popoludniowa drzemke, kiedy ja nie wiedzialam w co rece wlozyc), to juz na poczatku wieczora wyjechal ze swoim, ze co to w ogole za swieto? No tak, bo wg. mojego malzonka obchodzi sie przeciez tylko swieta koscielne... Poza tym znow przypomnial sobie, ze to nie jego swieto, bo on jest Polakiem... Tylko po co w takim razie robil to obywatelstwo?! Tutaj jednak szybko pozbawilam go argumentu, mowiac, ze moze to nie jego Swieto, ale zdecydowanie jest to swieto naszych dzieci i ja dbam o odpowiednia atmosfere glownie dla nich! Ale naprawde, czy my musimy co roku sprzeczac sie dokladnie o to samo??? A na koniec, M. demonstracyjnie przyjal gosci w zwyklej koszulce. Dobrze, ze chociaz portki zalozyl, a nie smigal w gaciach... I zeby jeszcze byla to jedna z tych nowszych. O nie! Musial sobie wybrac (podejrzewam, ze zlosliwie) stara, wyblakla i pokryta mniejszymi i wiekszymi dziurskami od wieloletniego prania... Zupelnie tez zignorowal moja otwarta krytyke (przy gosciach), ze oto wszyscy sa odswietnie ubrani, tylko on wyglada jak lump. Jestem pewna, ze wszystko to moj tato bardzo obrazowo opisze mojej matce i potem nie ma sie co dziwic, ze M. wychodzi przed moja rodzina na buraka. ;)

Co bylo poza tym? Byl wieeelki foch Bi, ktora wszelkimi sposobami staralam sie uspic w poludnie, ale w koncu ponioslam sromotna porazke. Starsza byla wiec zmeczona, marudna, niechetna do zabawy i ogolnie "na nie". Caly wieczor nie schodzila dziadkowi z rak, przez co biedny facet nie mogl nawet normalnie zjesc. Do ciotki i jej faceta robila ponure miny (o burczeniu juz nie wspomne) i nie dala im sie nawet dotknac. Odmowila zrobienia zdjec, albo uciekala, albo sie odwracala, albo zaczynala sie rzucac i wrzeszczec. Szal po prostu. Miejmy nadzieje, ze na Wigilie jakims cudem padnie przy bajkach, bo marnie widze ta odswietna atmosfere...
Niko byl wiec niewatpliwa gwiazda wieczoru. Wyspany i pelen energii, bawil sie z goscmi i usmiechal wesolo do zdjec.

Niko z dziadkiem. Usmiech nie schodzil mu z buzki, nawet kiedy byla pelna indyka i ziemniaczkow. Bo Niko rzucil sie tez z apetytem na zarelko, nawet na surowke z kiszonej kapusty z porazajaca iloscia cebuli. :)



A tu Bi z szacowna autorka tego bloga. To zdjecie to jedyne, na ktore dala sie namowic. Zrobione jeszcze przed przybyciem gosci, juz widac ta "szczesliwa" mine, potem bylo tylko "lepiej". ;)



To tyle o samym Swiecie. Za to dlugi weekend uplynal nam pod znakiem zimy. Dzieciaki przywitaly srodowa sniezyce z ogromnym entuzjazmem. Ja bylam nieco mniej szczesliwa, bo okazalo sie, ze moj plaszcz przemaka! Dluzszy czas spedzilam skulona pod wiata, probujac namowic Potwory na powrot do domu. Oczywiscie oni nie mieli najmniejszego zamiaru, a ja przyplacilam przemokniecie potworna sztywnoscia i bolem w karku. Starosc nie radosc. Dobrze, ze tylko na tym sie skonczylo...

Radosc z pierwszego wiekszego sniegu - bezcenna. Tak ciesza sie tylko dzieci. :)



Byl tez foch, a jakze! Tym razem ze strony Nika, ktoremu bardzo nie spodobal sie zakaz hustania w spodniach dresowych na pokrytej sniegiem hustawce. Ale na powrot do domu w celu przebrania tez nie dal sie namowic...



Pan Obrazalski. Dobrze, ze swoim zwyczajem nie klapnal na ten snieg twarza w dol! ;)

W czwartkowy poranek, musielismy zaliczyc szybkie zakupy, bo jak zwykle zabraklo nam kilku produktow (ja nie wiem jak ja robie te nasze tygodniowe listy...). A dzieci spotkala nie lada gratka:



Takie wozki z autem z przodu sa na wyposazeniu niemal kazdego wiekszego supermarketu. Problem w tym, ze zazwyczaj jest ich raptem 2-3, wiec szybko sa wychwytywane. Zazwyczaj robimy zakupy o najruchliwszej porze dnia i praktycznie nie ma szans, zeby ktorys dorwac. Tym razem jednak, wiekszosc tubylcow juz chyba w najlepsze pichcila, sklep swiecil pustkami i wszystkie "auta" czekaly na mlodocianych kierowcow. ;) Jaka to ulga dla rodzicow, kiedy nie musza wyklocac sie z upartym 2-latkiem o to, w ktorym kierunku sie udac i powtarzac do znudzenia zeby nie wpadal z rozpedu na ludzi i polki! Jedyna wada tych wozkow jest ich dlugosc. Strasznie ciezko jest nimi manewrowac na zakretach. Ale spokojne zakupy w zupelnosci przewyzszaja te drobna niedogodnosc... ;)

Zaraz po swiecie Dziekczynienia, dopada mnie zwykle goraczka przedswiateczna. Czas bylo wiec wyciagnac czesc zimowo - bozonarodzeniowych dekoracji. Zaczelysmy z Bi od okien:



I na tym, poki co, poprzestalysmy... Nie mam praktycznie wyzszych polek, gdzie moglabym ustawic wszystkie moje dekoracje i figurki. A przy niesfornych, nikowych raczkach, te duperelki szybko zostalyby obtluczone, polamane i wyladowaly w koszu. Trudno, moze za rok... Jeszcze tylko lampki na zewnatrz fajnie by bylo zawiesic, ale na to potrzebuje mezowskiej wspolpracy, a on sie z lekka opiera... :)

W niedziele zas odbyla sie dla Bi inauguracja hmmm... kobiecosci? ;) Moje dziecko ujrzalo na jakiejs ulotce pania z bajecznie kolorowymi paznokciami i przypomnialo sobie, ze matka trzyma w lodowce kilka starych jak swiat buteleczek z lakierami do paznokci. Tak dlugo mnie dreczyla, az uleglam w koncu i pomalowalam jej dwa najmniejsze paznokcie, koniecznie na kolor pink. ;)



Jesli dobrze pamietam, kilka miesiecy temu, na blogach rozpetala sie burza w zwiazku z malowaniem paznokci kilkuletnim dziewczynkom. Mozliwe wiec, ze posypia sie za to zdjecie gromy na moja nieszczesna glowe, ale trudno. Ja tam nie widze w tym nic zlego, pod warunkiem zachowania umiaru oczywiscie...

A na koniec, zostawiam Was z kilkoma zdjeciami z piatku. Hustawki sa swietne przy kazdej pogodzie, nawet na mrozie i wietrze. Tylko ortalionowe portki sie z nich zeslizguja. :)





Wyciagnelam tez z piwnicy nasze saneczki.



Patrzac na powyzsze zdjecia, uwierzycie ze to koniec listopada? Gdybym nie wiedziala, powiedzialabym, ze to styczen! ;)

20 komentarzy:

  1. jeśli dziecko może z mamą piec ciasteczka czy odkurzać to dlaczego nie może wraz z mamą pomalować pazurków
    nie widzę problemu, już dwadzieścia lat temu niańcząc siostrzenice bawiłyśmy sie w kosmetyczkę i to były cudowne chwile

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja sama pamietam jak z siostra blagalysmy mame, zeby pozwolila nam pomalowac paznokcie. Nie wiem czemu w dzisiejszych "czasach" kazdej zabawie, albo ogolnie stylowi wychowania, ktory krolowal 20-30 lat temu, przypisuje sie negatywne znaczenie...

      Usuń
  2. Thanksgiving wiem, ze byl/jest, bo nastepnego dnia jest Black Friday , dzieki ktoremu wydalam fortune, bo wiekszosc sklepow miala 30-50%; przecen . A Bi jeszcze spi za dnia? Mlody juz nie sypia od 5 miesiecy, Starszak zakonczyl spanie konczac 2,5 roku, ale kazde dziecko jest inne. A sniegu zazdroszcze... oby zostalo troszke do Swiat!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bi w domu, w weekend nie spi od okolo roku. Ale u opiekunki kladzie sie grzecznie z innymi dziecmi i drzemie. Dlatego nawet w domu zdarza jej sie zasnac przy ogladaniu bajek. Mlodszy narazie na szczescie nie protestuje. Oby to potrwalo jak najdluzej bo jego drzemki daja mi nie tylko sporo wytchnienia, ale i czas na "powazniejsze" zabawy z Bi, jak planszowki czy bardziej skomplikowane puzzle. Przy Niku nie da sie spokojnie pograc czy poukladac... Dlatego ja tam bede ciagnela ta jego drzemke ile sie da. ;)

      Usuń
  3. Hmm, od czego by tu... :)
    Śnieg- u ns dziś ledwie, ledwie sypnęło, a ja miałam ochotę gorzko zapłakać- jak ja nie lubię tej pory roku!!! Za to podnieta u Lilki- jakbym Jej co najmniej czekoladę pokazała :)

    Co do indyka, to pewnie kwestia przyrządzenia, ale to fakt- ma swój specyficzny smak i chyba z drobiu wolę jednak kurczaka. Gdzieś kiedyś czytałam wytyczne, ile powinno się piec mięso, i chyba (nie dam sobie głowy uciąć) to jakoś tak wypada, że godzina na każdy kilogram.
    Z ciastami to zazwyczaj tak mam, kiedy mi szczególnie zależy, żeby się udały :) A muffinek (też podobno!) nie wolno długo mieszać- tylko aby, aby, żeby składniki się połączyły.
    Co do M., to ja już to pewnie rok temu pisałam, że zgadzam się z Tobą w 100procentach- mieszkacie teraz TAM, Wasze dzieci urodziły się w Ameryce- nie rozumiem tej Jego anty-postawy. Ale, ale- też to już pisałam- Marcin pewnie też by pod tym względem mógł stawać okoniem. Katolicy tak już chyba mają :) Oczywiście nikogo nie urażając :)

    A jeśli chodzi o strój M.- mój ojciec robił tak samo przez całe moje dzieciństwo... Było to... przykre po prostu. Nie wiem, co on chciał tym pokazać, ale jak widzisz- do dziś to pamiętam.
    Ściskam Was mocno.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. M. na Swieta, ktore uznaje - Boze Narodzenie oraz Wielkanoc, ubiera sie odpowiednio. Tutaj to byl po prostu kolejny manifest, ze Indyk dla niego nie istnieje. Jak dziecko...

      Tak wiem, co roku pisze post o tym samym, czyli marudzeniu M. na temat tego swieta. Chyba zostanie to stalym cyklem tego bloga. ;)

      Tak mi sie wlasnie wydaje, ze tym razem ciasto na muffinki za dlugo mieszalam. Postanowilam bowiem wrzucic do niego jeszcze rodzynki, wiec dodatkowo zamieszalam. Coz, wiecej tego bledu nie popelnie... :/

      Haha, a ja, pod warunkiem ze nie musze prowadzic auta, na widok sniegu reaguje jak dziecko: mam ochote zatanczyc z radosci! ;) Niestety koniecznosc bycia kierowca skutecznie ta radosc psuje...

      Usuń
  4. Ale cudna zima, ja tez chce :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Juz jej nie ma, zostalo bloto... ;)

      Usuń
  5. Super pazurki! Córcia dorasta jednym słowem :))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ech, dorasta, byle nie za szybko. Nie jestem gotowa na zmagania z nastolatka! ;)

      Usuń
  6. Z przyjemnoscia obejrzalam zdjecia :)
    Lapki Bi- takie fajne, nawet z pomalowanymi pazurkami- nie mam nic przeciw- nie doszukuje sie tu drugiego dna!
    A swoja droga, powiedzial Ci juz ktos, ze masz piekne dlonie? Kurcze, to pierwsze co rzucilo mi sie w oczy :)
    Moze gdybys "wykladala" ubranie dla Meza- to ubieralby sie pasownie do sytuacji??

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. E nie, M. jak chce, to potrafi sie ubrac odpowiednio. Powiedzialam mu jasno, ze powinien sie przebrac, ale w tym wypadku robil mi po prostu na zlosc. ;)

      Kurcze, no dziekuje za komplement, az sie zarumienilam! Kilka razy w zyciu zdarzylo sie, ze ktos pytal czy gram na pianinie bo mam dlugie, szczuple palce. Ale mnie akurat slon na ucho nadepnal! ;) A sama swoich dloni nie lubie, sa takie kosciste i widac kazda zylke...

      Ja tez nie widze nic zlego w pomalowaniu malej dziewczynce od czasu do czasu paznokci. Wiadomo, ze kazda panienka chce miec kolorowe "paluszki". Nie tylko zreszta panienka, jestem pewna, ze gdyby byl przy tym Nik, chcialby zebym i jemu pomalowala. :)

      Usuń
  7. Jak zwykle u Was się dzieje!
    Ja chciałabym by było u nas święto dziękczynienia, by ludzie mogli się skupić na tym co mają, a nie tym za czym gonią.
    U mnie jeszcze zimy nie ma, świeci nawet słonko, ale troszkę mi tęskno do białego puchu ;)
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. E nie, tylko w weekend zdarza sie nieco "ruchu" i akcji... ;) W tygodniu tylko praca, dom, ugotowac, posprzatac, nakarmic, i tak w kolko...
      U nas snieg juz stopnial, ale mam nadzieje, ze na Swieta wroci! :)

      Usuń
  8. Jeju u was prawdziwa zima, sama z chęcią bym poszalała w tym śniegu...a co do paznokci moja mała siostrzyczka na lato zawsze miała malowane w różnych brokatowych odcieniach i udawała, że wróżki jej pyłek na paluszkach zostawiły :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wlasnie. Nie znam dziewczyny, ktora jako dziecko nie miala czasem pomalowanych paznokietkow. Nie wiem dlaczego teraz tyle osob robi z tego wielkie halo.
      Zima trwala u nas cale 3 dni, juz dawno o niej zapomnielismy. ;)

      Usuń
  9. Zapomniałam, że u Was jest święto dziękczynienia ;) Masz rację, mieszkacie tam i wypadałoby je obchodzić ze względu na dzieci i nawet nie wiedzę tutaj innego wyjścia.
    A ciasta nie wyszły przez PMS :) Chociaż mi od tej ciąży nic nie wychodzi z ciast :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie ciasta nie wychodza podczas okresu, teraz wychodzi na to, ze przed okresem tez nie. Trzeba chyba spojrzec prawdzie w oczy, ze piekarz ze mnie jak z koziej d*py trabka. ;)

      Usuń
  10. Ale fajne zdjęcia! I jaka euforia dzieciaczków :)
    Wiesz co... jeżeli indyk musi koniecznie być w całości (a chyba musi, prawda? Na filmach zawsze jest w całości :)) to ja bym spróbowała upiec go na butelce. Czyli do butelki po piwie nalewasz wodę i nadziewasz na nią indyka. Ptaszysko piecze się w pozycji pionowej. Ja tak robię kurczaka i wychodzi przepyszny.
    Ja również uważam, że skoro mieszkacie w USA to wypadałoby obchodzić tamtejsze święta. Przecież w Thanksgiving nie ma nic sprzecznego z chrześcijaństwem, a wręcz przeciwnie - święto promuje cechy, które powinny być bliskie katolikom.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To tez tlumacze M. Na upartego, tutaj maja nawet specjalne, "dziekczynne" msze w kosciele. Ale moj maz to uparciuch jakich malo. :)

      Tradycyjnie indyka piecze sie rzeczywiscie w calosci. My jednak sie wylamujemy i porcjujemy ptaszysko. :) Sposob na butelke niezly, ale moj piekarnik jest na to za maly. :)

      Oj tak, dzieciaki uwielbiaja snieg. Ja tez, jesli ubiore sie wystarczajaco cieplo, co jest nie lada wyzwaniem dla takiego zmarzlucha. :)

      Usuń