piątek, 15 października 2021

Pizdziernik po raz drugi :)

"Pizdziernik" napisalam zartobliwie, bo poki co, dziesiaty miesiac roku byl pod wzgledem pogody po prostu cudowny. Noce, a wiec ranki i wieczory, wiadomo - zimne (choc bez przesady, bo 11-13 stopni na te pore roku to nie jest zle), ale w dzien przewaznie slonce i ponad 20 stopni. Zyc nie umierac! I nie pamietam kiedy spadl porzadny deszcz! Czasem sie chmurzy, czasem pokropi, ale mocniejszej ulewy nie bylo od... nie wiem kiedy. ;) Ogrzewanie, ktore pod koniec wrzesnia zaczelam od czasu do czasu wlaczac bo dom nad ranem zamienial sie w lodowke, ponownie wylaczylam. Znow okna otwarte sa przez caly dzien i nawet rano, po calej nocy (choc na noc je zamykam) temperatura w chalupie nadal jest do zniesienia. :) Niestety, ten okres pieknej, zlotej jesieni dobiega juz konca. Od niedzieli ma przyjsc ochlodzenie. Nie bedzie moze mrozow, ale slupek rteci w dzien ma dochodzic ledwie do 15-16 stopni, a wiec i noce beda odpowiednio chlodniejsze. Przychodzi zimna, smutna jesien...

Poki co jednak, zostal przynajmniej jeden wyjatkowo cieply dzien, a zimnem bede sie martwila od niedzieli. :D

Jak pisalam ostatnio, w sobote 9 pazdziernika, dzieciaki w naszej miejscowosci zaczely 4-dniowy weekend. Rano odczuwalam tylko delikatnie choc upierdliwie cieknacy nos, wiec nie mialam zamiaru rezygnowac z ogniska, ktore zorganizowala dla dzieci Polska Szkola. Zreszta, zalezalo mi na tym, zeby Potworki mialy jakas forme kontaktu z ta szkola pomiedzy rozpoczeciem roku a listopadem, kiedy faktycznie zaczna uczeszczac na lekcje. Przy okazji wyjasnilo sie dlaczego owe ognisko zostalo odwolane tydzien wczesniej. Jesli pamietacie, w wiadomosci szkola oznajmila, ze impreza nie odbedzie sie "z powodu zlej pogody". Jeszcze na lekcji, nauczycielka Kokusia usilowala wmowic mojej kolezance, ktora o to pytala, ze no przeciez mial padac deszcz! Taaa... burze z piorunami po prostu... Najwyrazniej w tej szkole uwazaja rodzicow za idiotow, ktorzy w dodatku nie sprawdzaja tak podstawowej rzeczy jak prognoza pogody... :/ W ten wlasnie sposob, zamiast miec ognisko przy wspanialym sloncu oraz 23 stopniach, dzieciaki mialy je przy zachmurzonym niebie (dobrze, ze chociaz bez deszczu) i stopniach... 15. Idealnie na weekend przyszlo dwudniowe ochlodzenie... Jak zawial wiatr robilo sie w ogole nieprzyjemnie jak cholera... :/ Tymczasem moja znajoma, ktora preznie dziala w zarzadzie owej szkoly, wygadala sie co do prawdziwej przyczyny odwolania. Otoz, w miejscu, gdzie ognisko mialo sie odbyc, akurat zaczeto masowa wycinke drzew. W miniony weekend, jeszcze miejscami lezalo sporo niezabranych klod oraz stosow galezi. R. powiedziala jednak, ze tydzien wczesniej, kiedy ognisko mialo sie planowo odbyc, stosy drewna walaly sie wszedzie i byle jak, do tego staly jeszcze maszyny i bylo tam po prostu niebezpiecznie. Ot i cala tajemnica i nie rozumiem dlaczego nie mozna bylo tego zwyczajnie rodzicom powiedziec... Niewazne jednak... Nik wybawil sie na calego. Latal z kolegami, opchal sie pizza i s'mores'ami "pod korek" (doslownie co na niego spojrzalam, to cos przezuwal! :D) i sam przyznal, ze bylo super.

Znalezli sie z kolega nawet wsrod oficjalnej fotorelacji z imprezy. ;)
 

Bi zachowywala sie jak... dzika. To dziecko czasem zachowaniami "towarzyskimi" przypomina swego rodziciela... ;) Pierwsze wrazenie, jak tylko przyszlismy i staralam sie odgadnac po chaosie co i jak, oznajmila, ze jej sie nie podoba i chce do domu. :O Niestety, ja zglosilam sie do pomocy, Nik rzucil sie do zabawy, powiedzialam wiec pannie, ze jak nie chce, nie musi sie bawic, moze po prostu stac przy mnie, ale do domu wrocimy wedlug planu, czyli za dwie godziny. Kolezanka z klasy na jej widok rzucila sie i usciskala ja. Bi stala sztywno i odmowila dolaczenia do grupki dziewczynek (z ktorymi do polskiej szkoly chodzi czwarty rok!). Potem znalazlysmy moja kolezanke oraz jej corke, z ktora Bi chodzi na gimnastyke. Tu Starsza pobiegla za E. i myslalam, ze w koncu sie rozbawi. Taaa... Po chwili dolaczyla do nich jakas kolezanka tamtej, wiec Bi odlaczyla sie i zaczela snuc samotnie po placu... Nie chciala jesc ani pizzy, ani s'morse'ow i tylko co chwila przychodzila z pytaniem, ktora godzina i ile jeszcze... :/

Jak widac, pomimo mojej prosby, Bi nawet do zdjecia odmowila pokazania chociazby cienia usmiechu. Czasem nalezaloby jej sie porzadne lanie :/
 

A na koniec podniosla mi cisnienie inna kolezanka, ktora probowala sie ze mna skontaktowac od rana, ale cos jej nie wychodzilo. Zadzwonila jak mylam zeby, ale nie zostawila wiadomosci. Oddzwonilam - nie odbiera. Potem juz na imprezie, patrze, mam od niej znow nieodebrane polaczenie. Bylo tam tak glosno, ze nawet nie slyszalam telefonu. Znowu zero wiadomosci. Rozgladalam sie tam zreszta za nia, widzialam jej syna, ktory jest z Nikiem w klasie, ale jej nie bylo. Oddzwaniam - ponownie, bez odbioru. W koncu, za trzecim razem udalo mi sie wylapac dzwiek telefonu, odebralam i... sie wkurzylam, bo kolezanka na dzien dobry pyta czy nie poczekalabym chwile z jej synem, bo ona chyba nie zdazy dojechac na koniec imprezy. Dodam, ze byla wowczas 11:20, a ognisko mialo sie konczyc o 12, wiec czasu bylo dosc, no ale... W kazdym razie nie ma sprawy, rozne rzeczy czlowiekowi czasem wyskakuja, wiec odpowiedzialam, ze jasne, poczekam z jej mlodym. A ona na to, ze o, to fajnie, bo ona najpierw odbierze corke! Hola, hola!!! Musze tu wyjasnic, ze impreza byla dla klas III-VI, zas jej coreczka jest w zerowce, wiec miala normalne lekcje. I tu wlasnie zylka mi zaczela pulsowac, bo impreza miala skonczyc sie w poludnie, zreszta juz zaczynali pomalu zbierac wszystko i sprzatac, zas zwykle lekcje koncza sie o 12:30! Zanim ona by przejechala z jednego konca miasta na drugi, to ja musialabym siedziec z jej mlodym (i moimi, znudzonymi i marudzacymi zapewne) prawie do 13!!! A ze kolezanka jest z tych co to zawsze jakos maja problem, zeby odbierac wlasne dzieci na czas, wiec irytacja byla podwojna, ze tej znooowu cos wypadlo! Przy okazji przeszlo mi przez mysl, ze mozliwe iz ona tak od rana probowala sie do mnie dodzwonic bo juz z gory zakladala, ze sie spozni... Nie wiem czy bylaby az tak perfidna, ale kto wie... :/ Na szczescie kolezanka chyba wyczula panike (i irytacje) w moim glosie, bo zaczela sie tlumaczyc, ze ostatnio nauczycielka u corki skonczyla lekcje juz o 12:10 zeby te maluchy nie musialy przechodzic przez zatloczony korytarz. Dobra, ale to nadal pozniej niz tutaj, wiec jak odbierze mlodego na czas, to najwyzej spozni sie pare minut po mloda. Jesli nauczycielka konczy sobie lekcje wczesniej bo tak, to poczeka chwilke na rodzicow, gdzie ja musialabym sterczec przy aucie prawie godzine! W koncu kolezanka, niezbyt zadowolona, ale oznajmila, ze ok, ale ma cale auto zakupow, wiec najpierw pojedzie je zawiezc do domu, a potem przyjedzie po syna. Wszystko mi opadlo... Czyli mamuska pozbyla sie dzieci, radosnie ruszyla na zakupy i dobre pol godziny przed koncem stwierdzila, ze co bedzie sie spieszyc z powrotem jak ktos moze jej porobic za nianke... Wlasciwie to nastawilam sie od razu na dlugie czekanie, bo z domu kolezanka miala jakies 20 minut do miejsca, gdzie odbywalo sie ognisko (a nie wiem nawet gdzie w tym momencie przebywala), a jak konczylysmy gadac byla juz prawie 11:30. Tymczasem niespodzianka! Kobita pojawila sie jeszcze przed 12. Nie wiem jak to zrobila, chyba przefrunela, bo jeszcze miala cala historyjke, ze wrzucila zakupy do kuchni, papier toaletowy i na wierzch ciastka polozyla na kuchence, w tym czasie pies tanczyl pod drzwiami, wiec jeszcze zdazyla z psem wyjsc na pare minut, a kiedy wrocila, papier toaletowy i ciastka staly w ogniu! :O Podobno ciastka zsunely sie z papieru i spadajac przekrecily kurek... Nie mam pojecia czy cos takiego jest w ogole mozliwe, ale macie mniej wiecej obraz tego, co to za agentka. Nie powiem, fajna, wesola dziewczyna (no, kobieta, w moim wieku), ale zakrecona niemozliwie, wciaz przytrafiaja jej sie jakies niestworzone historie, a jak tylko uda jej sie gdzies "opylic" dzieciaki, rusza na zakupy i co i rusz potem gdzies "utyka" i po te dzieci sie spoznia... :O Najwazniejsze jednak, ze przyjechala i to jeszcze przed czasem konca imprezy, choc gdybym na nia nie czekala, odjechalabym z tamtad dobre 10 minut wczesniej...

Reszta dnia to byl juz wlasciwie relaks. Aura na zewnatrz byla bardzo ponura, jesienna, ale nie padalo, wybralismy sie wiec na spacer, zas pod wieczor czekala Potworki kolejna atrakcja, tym razem bardzo wyczekiwana przez Bi: karmienie kota sasiadow, o wdziecznym imieniu "Bandyta" [ang. Bandit]! :D Co za frajda! Nooo, dla Potworkow to czysta przyjemnosc, bo to ja nakladalam jedzenie, czyscilam miseczki, itd. Dzieciaki chcialy tylko kotka pomietosic albo sie z nim pobawic. Sasiadka tyle naopowiadala, ze to taki przyjacielski kocurek, spragniony pieszczot i uwagi, a tymczasem kot byl chyba skolowany tym, ze przyszli jakies obce male ludzie i za nim ganiaja. ;) Podszedl, dal sie poglaskac, zjadl, ale potem zaczal sie chowac w katy, a wreszcie uciekl do innego pokoju i schowal za zaslone w oknie. Wyraznie dal znac, ze nie ma ochoty sie bawic. Potworki byly oczywiscie niepocieszone... ;)

Bandyta :D
 

Niedziela byla kolejnym chlodnym, pochmurnym dniem. Na popoludnie zapowiadali nawet przelotne opady deszczu, choc ostatecznie nie spadla ani kropla. ;) Ja za to caly dzien czulam jak rozklada mnie coraz mocniej. Rano jeszcze tylko od czasu do czasu musialam wydmuchac nos, wieczorem juz dmuchalam co chwila, zatoki mialam zawalone, oczy lzawiace a kinol obtarty. Nie mialam przy tym goraczki, ani nawet stanu podgoraczkowego, wiec trafilo mi sie po prostu wyjatkowo zjadliwe przeziebienie, zlapane zreszta zapewne od dzieci... Rano czekala nas kolejna wizyta u kota i tym razem byl znacznie chetniejszy do zabawy. Moze stesknil sie za ludzka uwaga, a moze po prostu byl ranek i mial wiecej energii. ;) W kazdym razie, ku uciesze dzieciakow, ganial za zabawkami, wyskakiwal zza kanapy i ocieral sie o nas, mruczac. Oczywiscie nie obylo sie bez klotni, bo Nik, mniej cierpliwy, nie wytrzymywal dluzszego potrzasania rybka na sznurku zeby zwabic zwierza, a jeszcze Bi, jak zwykle zaborcza, wyskakiwala przed niego z inna zabawka, odwracajac uwage kocura. Do tego doszly krzyki, ze "On/ona juz dluzej sie z nim bawi niz ja!". Wyszlam z tamtad z ulga, ze to bylo juz ostatnie karmienie i zapowiedzia, ze jesli jeszcze kiedys bedziemy karmic czyjegos kota, to rano bede brala jedno, a wieczorem drugie z Potworkow. ;) Poniewaz w miare jak uplywal dzien, coraz czesciej i mocniej kichalam i lecialo mi z nosa, odpuscilismy wiec sobie spacer, choc mowilam M., zeby wzial psa i dzieci. Tiaaa, na co ja licze. Za to wieczorem, z racji nieprzyjemnej aury za oknem, otworzylismy sezon kominkowy! :) Z czego najbardziej ucieszyla sie rzecz jasna Maya, lezaca przy samym kamieniu, z grzbietem rozgrzanym prawie do zaplonu. :D Poki co "sezon" byl jednodniowy, bo juz nastepnego dnia przyszlo ocieplenie i kominek stoi pusty i zimny. :)

Pies nam sie zaraz zapali! :D
 

Poniedzialek byl dla mnie po prostu dniem straconym. Wstalam po 8, a okolo 11:30 pojechalam do pracy. Pozniej, bo i spodziewalam sie tam utknac do wieczora. Nie mniej czas w domu to sniadanie, szykowanie sie, zaladowanie zmywarki i poskladanie prania, ktore lezalo w suszarce od poprzedniego dnia (ups...). Jedynym relaksem bylo kilka minut spedzone na wypiciu kawki. :/ Na szczescie tego dnia laborantom poszlo calkiem sprawnie (drugi pacjent to chudzina, wiec nie potrzebowal duzej dawki, co zredukowalo ilosc flaszek, ktore musielismy wyprodukowac; to tak w sporym skrocie myslowym ;P), a jak oni sie szybciej uwineli, to i ja wczesniej dostalam wszystkie papiery do sprawdzenia i podpisania. W ten sposob "juz" o 19:30 bylam w domu, co nie jest moze moja wymarzona pora wracania z pracy, ale jednak jest duzo lepsze niz zakladana 20-21. ;)

We wtorek za to odbilam sobie "stracony" poniedzialek. ;) Malzonek pojechal do pracy, za to Potworki cieszyly sie juz ostatnim dniem wolnym, a ja z nimi. Przez to ze dzien wczesniej pracowalam, teraz mialam upierdliwe poczucie, ze jest sobota i musialam sobie na sile uswiadamiac, ze nastepnego dnia nie mam wolnego. ;) Ranek uplynal na drobnym ogarnianiu: zmywarka, jakies male pranko, przetarcie blatow, itd. Nic wielkiego, bo uparlam sie ze ten dzien to ma byc reset. Dzieciaki oczywiscie od rana jakis film, jak nie film to tablet, jak nie tablet to konsola i tak w kolko. Ubrali sie dopiero w poludnie... Ci to dopiero mieli reset! :D Po obiedzie stwierdzilam wiec, ze wystarczy tych ekranow! Jedziemy w plener! Nie chcialo mi sie robic zwyczajowego koleczka po osiedlu, ani ruszac na szlak obok naszego osiedla, bo te miejsca dawno sie opatrzyly. Wstyd sie przyznac, ale po 12 latach w naszej miejscowosci, nadal mam kilka miejsc na liscie "do obcykania", ale jakos malo kiedy sklada sie, zeby je sprawdzic. Troche w tym winy naszego wygodnictwa, bo majac pod domem chodnik, najlatwiej jest zapiac smycz psu i ruszyc po prostu na przechadzke po osiedlu. A jesli zapragnie czlowiek swiezszego powietrza i przyrody, zawsze moze pojsc dalej, na szlak. Czego zreszta nie robimy za czesto, bo (pewnie Was to nie zdziwi) M. nie przepada za spacerem wsrod drzew. Woli gapic sie na domy i ogrodki, a jak czasem jednak wybierzemy ten szlak, idzie z nosem na kwinte i marudzac, ze mu sie nudzi. Jak dziecko! :( A ze na spacery zwykle nie mamy zbyt duzo czasu w tygodniu, wiec chodzimy glownie w weekendy, rodzinnie, z malzonkiem. Po osiedlu oczywiscie... Tym razem jednak zapragnelam zmienic scenerie, a ze tatusiek kiblowal w pracy, to moglam poszukac kontaktu z przyroda. Nik sie troche opieral bo chcial wziac rower, ale zostal przeglosowany. ;) Niestety, obydwa miejsca, ktore chcialam sprawdzic, okazaly sie niewypalem. Liczylam na spacer przy rzece, ktora plynie przez nasze miasteczko, a dostalam parking, troche trawiastej przestrzeni z drewnianymi lawkami i stolikami oraz male zejscie do brzegu rzeki.

Niepowtarzalne, jesienne swiatlo przefiltrowane przez zlote liscie...
 

Obydwie miejscowki fajne moze na piknik przy wodzie, w jednym latem nawet ludzie sie podobno kapia, ale nie o to mi chodzilo. W koncu trafilismy wiec do miejsca juz nam troche znanego, ale ze bylo po drodze, a robilo sie pozno, wiec uznalam, ze z braku laku... ;) To park w naszej miejscowosci, ktory w sumie parkiem jako takim byl jakies 100 lat temu. Sa porozstawiane pamiatkowe tabliczki ze zdjeciami dam w wielkich kapeluszach oraz dlugich sukniach, przechadzajacych sie po trawnikach. :) Byla tam niegdys fontanna, byla karuzela (napedzana para wodna!), w pozniejszych latach byl nawet publiczny basen, ktory zlikwidowano niestety jakies 20-30 lat temu. :(

To pozostalosc po fontannie i jedna z pamiatkowych tablic

Potem pozostawiono teren samemu sobie i w tej chwili jest tam niewielki las ze sciezkami oraz ukrytymi pozostalosciami po dawnych czasach. ;) Co dla mnie jest bardzo dziwne, te hamerykanckie lasy, w ogole nie pachna grzybami! Nie znam sie i ich nie zbieram, ale z Polski pamietam, ze jak tylko weszlo sie do lasu, czuc bylo charakterystyczny zapach. Tutaj, grzyby wyrastaja mi w ogrodzie obok domu, ale pojdzie sie do lasu i... nic. Zero grzyba! :O To tak na marginesie, bo naszym celem byl zwykly spacer. ;) Potworki z wlasciwym dzieciom entuzjazmem ganialy po sciezkach i sprawdzaly kazda pamiatkowa tabliczke.

Z gorki na pazurki! Nie widac tego na zdjeciu, ale tam naprawde bylo stromo!
 

Fajnie sie tak szlo i pewnie spacerowalibysmy duzo dluzej, gdyby nie to, ze Nik nagle oznajmil, ze musi... kupe! No ten to ma wyczucie czasu! :D

Kto znajdzie Potworki? ;) Wdrapywali sie wysoko, wysoko w gore, a potem bali schodzic i zjezdzali na tylkach :D

Pozniej M. wrocil do domu, Potworki skonsumowaly podwieczorek, a ze w szkole nie byly i nie mialy lekcji, to mogly dalej oddawac sie grom. ;) Przynajmniej przez jakis czas, bo choc lekcji nie bylo, zajecia pozalekcyjne odbywaly sie jak zwykle. Ponownie rozdzielilismy sie i M. pojechal z Kokusiem na pilke, a ja zabralam Bi na gimnastyke. 

Bi cwiczy opuszczanie sie do pozycji mostka pod bacznym okiem instruktorki
 

Tam jak zwykle mialam kolezanke do pogadania, choc tego dnia jej 3-latka wyjatkowo dala nam w kosc i wymyslala, a to na podworko (a ciemno sie juz zaczynalo robic), a to uparla sie wsiasc do samochodu i na szczescie bylo na tyle cieplo, ze my stalysmy sobie na zewnatrz. Ale co sie nagadalam, to moje! :)

W srode nastapil powrot do brutalnej rzeczywistosci. Ciezko sie wstawalo po czterech dniach dluzszego snu, ojjjj ciezko. Nie moglam uwierzyc jak bylo ciemno. Nie dosc, ze noce sa coraz dluzsze, to jeszcze naszla nad nas gesta mgla i dodatkowo przyciemniala otoczenie. Nawet Bi zeszla na dol ziewajac i narzekajac, ze jest taka zmeczona, ze na pewno zasnie w autobusie. ;) Ostatnio zreszta M. przylapal te nasza panne, ze po pojsciu na gore, zamiast spac, ogladala sobie w lozku filmiki na tablecie. I potem dziwic sie, ze rano nie moze sie dobudzic! :O Mam nadzieje, ze to byl jednorazowy wybryk, choc kto wie... Przylapac ja ciezko, bo schody strasznie skrzypia, wiec nie ma szans zebym niepostrzezenie wkradla sie na gore i sprawdzila czy spi. ;) W kazdym razie w koncu wszyscy obudzili sie, wyszykowali i wyszlismy na autobusy. Nikowy przyjechal az 6 minut przed czasem, Bi spozniony o 15 minut (to juz norma ;P), ale oboje zaraz po 8 rano byli juz w drodze do szkoly. Ja wrocilam jeszcze na chwile do chalupy, wzielam psiura do ogrodu porzucac jej pileczke, potem wstawilam pranie, zmywarke i popedzilam do roboty. O 10 mialam meeting, a lubie przyjechac na tyle wczesniej, zeby sie troche ogarnac i wypic w spokoju kawe, inaczej mam spaczony humor i na spotkaniach odpowiadam na pytania polslowkami. :D Poniewaz wtorek mialam wolny, wiec po szalonym poniedzialku na moim biurku wygladalo jakby po nim przelecial papierowy huragan. Wiekszosc dnia spedzilam doprowadzajac je do stanu pozwalajacego mi ujrzec blat. :D Nie wysililam sie jednak zbytnio, bo mimo srody dla mnie mentalnie byl poniedzialek i checi do pracy mialam zadne. ;) Na szczescie byl to dzien, gdzie dzieciaki nie mialy zadnego sportu, wiec przynajmniej nigdzie nie musialam po poludniu biec. Kiedy dojechalam do domu Nik wlasnie konczyl odrabiac lekcje (trafila mu sie latwizna, wiec nie czekal na matke, grzeczny chlopczyk! :D), Bi okazalo sie, ze nie ma nic zadane, wiec to byl naprawde fajny wieczor. Wiekszosc czasu zreszta Potworki spedzily biegajac znow z sasiadkami miedzy ich ogrodem a naszym. Nie powiem zebym narzekala. :)

Tym razem przeniesli sie za nasza szopke. W sumie tam tez cieniscie i wilgotno, czyli raj dla salamander...
 

W czwartek znow pobudka zdecydowanie za wczesnie. ;) I tego dnia i poprzedniego, w srode, probujac otworzyc oko po wylaczeniu budzika, pocieszalam sie, ze odespie w sobote. Coz, jak zawsze w takich przypadkach, los postanowil sobie zachichotac. ;) Okazuje sie, ze akurat na te sobote zaplanowano sesje zdjeciowe dla druzyn pilkarskich. Pamietam, ze w poprzednich latach widzialam piekne, profesjonalne foty mlodych pilkarzykow wrzucane na Fejsa, ale w zeszlym roku tego nie zrobili, ani na jesien, ani na wiosne. Nie wiem czy ktos nawalil organizacyjnie, czy to kolejna rzecz, ktora zabrala pandemia. Jakikolwiek byl powod, w tym sezonie foty wrocily i super, tylko podejrzewam, ze chcieli zrobic je jeszcze przed meczami zanim dzieciaki beda zgrzane i rozczochrane. A ze Potworki maja mecze na 9 rano (oboje na te sama godzine w tym samym miejscu, choc raz!), wiec zdjecia dla ich druzyn maja byc robione o... 8 rano! No to tyle z dluzszego spania w sobote... ;)

Poza tym, czwartek byl dniem jak codzien. Rano czekanie na autobusy, potem praca, a po pracy chwila w domu, obiad i Potworki ublagaly czy moga pojsc pobawic sie z sasiadkami. Swoja droga, ciekawe kiedy znudzi im sie to szukanie salamander? ;) Ostrzegalam, ze za moment musimy wyjezdzac na sporty i lepiej zeby zaczeli odrabiac lekcje. Odpowiedzieli, ze odrobia jak wroca. Ostrzeglam z kolei, ze wrocimy w porze, kiedy zwykle maja pozwolenie na chwile elektroniki (tablet lub konsole). Odpowiedzieli, ze nic nie szkodzi; Bi nawet mundrze wtracila, ze fajniej jest sie bawic z kolegami niz patrzec w ekran. ;) Bardzo ladnie powiedziane, bardzo, tylko jak zwykle teoria pomylila sie pannie z praktyka. Kiedy wrocilismy, Nik bez szemrania zabral sie za swoje lekcje. Bi wrocila chwile pozniej i wymyslila, ze wlaczy sobie tablet i bedzie odrabiac i jednoczesnie ogladac. Moj ostry protest, gdzie wyjasnilam, ze na lekcjach trzeba sie skupic i ze ostrzegalam, ze jesli nie zrobi pracy domowej wczesniej to bedzie ja odrabiac zamiast czasu na elektronice, skonczyl sie oczywiscie awantura. Bylam doslownie tuz przed okresem, a wtedy lepiej mnie nie denerwowac... :D A! Czwartki poki co sa dniem, gdzie oba Potworki maja sporty - Bi pilke, Nik plywanie. Zwykle to ja biore Starsza na trening, a M. jedzie z Kokusiem, bo moze sobie pocwiczyc w czasie, kiedy Mlodszy plywa. Nik jednak ostatnio bardzo prosil, zeby to mama choc raz wziela go na basen. Nie wiem co to za roznica, ale co tam. Zamienilismy sie z malzonkiem i w ten sposob po raz pierwszy od dluzszego czasu moglam popatrzec jak moj syn plywa, a musze przyznac, ze robi to niesamowicie. Plynnie i lekko niczym uchatka. ;)

Mlodszy juz doplywa...
 

Sama przyjemnosc na niego patrzec i zaluje, ze wyraznie w tym roku nie szykuja znow zadnych zawodow. Ciekawa bylabym jak Mlodszy by sie na nich odnalazl, choc znajac go, na pewno zzeralyby go nerwy. ;)

I cieszy sie do mamuski ;)

Uff... piatek... Mimo ze tydzien mialam nieco luzniejszy z tym wolnym wtorkiem, to jakas padnieta sie czulam... Moze dlatego, ze akurat rano przyszly "moje" dni. Nie dosc, ze na weekend, to jeszcze taki, gdzie w sobote oba Potworki maja mecze, a Bi ma dodatkowo kolejny w niedziele... Nie ma latwo... ;) W kazdym razie, cieszylam sie, ze dobrnelam do konca pracowniczego tygodnia i nie moglam sie doczekac, zeby wyprysnac z biura. A i pogoda byla cudowna, slonce i 24 stopnie. Lato w pazdzierniku! Po pracy pojechalam jeszcze na tygodniowe zakupy spozywcze. Najlepsze, ze obeszlam supermarket wzdluz i wszerz, uzbieralam caly kosz, podjezdzam do kasy, zaczynam wyladowywac produkty na tasme... i nagle pyk! Swiatla zamigotaly i zgasly, a po kilkunastu sekundach manager wyszedl i przepraszajac oznajmil, ze nie maja pradu i prosi wszystkich o opuszczenie sklepu! :O K&(%#%!!! Bylam juz tak blisko!!! :D Co bylo robic, wyszlam, pokrecilam sie pod sklepem pol godziny w nadziei, ze odzyskaja prad i ponownie otworza, po czym pojechalam wkurzona do domu...

Poniewaz to byl taki dzien bez dodatkowych planow i nie ma o czym pisac, pokaze Wam odrobine hamerykanckiej szkoly. Wiem, ze sporo z Was jest zainteresowane tym, jak to tutaj sie odbywa i moze szkoda, ze czesciej nie pisze o czyms takim, ale brak mi zwyczajnie materialu. ;) W piatek jednak nauczycielka Kokusia przyslala kilka zdjec z tego, jak uczyli sie w minionym tygodniu dzielenia. Przypominam, ze to jest IV klasa podstawowki, choc tutejsza szkola podstawowa rzadzi sie nieco innymi prawami niz polska. W czwartej klasie dzieci nadal maja lekcje glownie z jednym nauczycielem (na dobra sprawe tak samo jest w piatej ;P) i to on/ona uklada plan dnia i decyduje kiedy robia sobie przerwe. Oprocz glownej przerwy na lunch oraz reset, ktora razem trwa prawie godzine. Tak wiec, mimo ze dzieciaki sa w szkole 6.5 godziny, to jednak lekcji maja okolo 5 godzin, odliczajac wszystkie przerwy. Nie ma dzwonkow. Glowna nauczycielka uczy zagadnien z jezyka (czytanie, pisanie), matematyki oraz elementow historii i przyrody. Oprocz tego dzieci maja lekcje "dodatkowe" z innymi nauczycielami, na ktore (czasem cala klasa, czasem grupkami) przechodza do innych pomieszczen w szkole. Takimi zajeciami jest plastyka, w-f, jez. hiszpanski, muzyka oraz (osobno) skrzypce. Ciekawostka jest to, ze do takich dodatkowych zajec zalicza sie tez wizyte w bibliotece, gdzie cala klasa maja czas zeby przeszukac polki w celu znalezienia ciekawej lektury. :) Musze dodac tez, ze jestem dinozaurem, ktory podstawowke skonczyl prawie 30 lat temu, wiec pamietam juz od najmlodszych lat podwojne lawki ustawione w rownym szeregu, twarde krzesla i porysowane linoleum na podlodze. ;) Mozliwe, ze obecnie szkola w Polsce wyglada juz inaczej, ale mnie zachwycily zdjecia klasy Kokusia, z lawkami polaczonymi w koleczka, i miejscem na wykladzinie do pracy z pomocami naukowymi.

Tu akurat Nika nie ma, ale chcialam Wam pokazac jak maja poustawiane lawki
 

W dodatku wiem, ze w klasie maja tez specjalne stolki z polokraglymi podstawami, ktore wobec tego kolysza sie na boki. Czasem nauczycielka pozwala dzieciom wymienic krzeselko na taki stolek (kazde dziecko ma swoja kolej), bo wiadomo, ze malolatom lepiej sie mysli, jesli moga krecic dupka. :D

A tu juz Nik (po lewej) usiluje rozgryzc tajniki dzielenia :D
 

Dla mnie (ale jak wspomnialam wyzej, jestem stara ;P) wyglada to troche jak przedszkole, a nie IV klasa! Choc tu trzeba dodac, ze obowiazek szkolny zaczyna sie tu od zerowki w wieku 5 lat, wiec ci czwartoklasisci to rocznikowo dopiero 9-latki (poza tymi, ktorych rodzice przetrzymali o rok, bo mozna). Patrzac jednak i sluchajac opowiesci Potworkow ze szkol, nie dziwie sie, ze oni uwielbiaja swoje placowki! Ja swojej nie lubilam juz od najmlodszych lat. ;)

Na koniec kolejna zagadka. Ostatnio zgadywalyscie, za co przebiera sie Nik. Wygrala Anula! ;) Nik bedzie postacia z ukochanego Minecraft'a, koniecznie w zbroi. Bedzie tez mial miecz, choc pewnie skonczy sie tak, ze to ja bede go taszczyc. ;) A teraz: za co przebiera sie Bi?! Hm?! Tym razem powinno byc prosto! ;) 

Co to za stworzonko? :D

A! Dostalam maila, ze w tym roku znowu ruszaja w szkolach kluby narciarskie! Nik jest oczywiscie caly szczesliwy i oznajmil, ze nie ma znaczenia czy jakis jeszcze kolega sie zapisze, czy nie. Bi (na moje pytanie) odparla, ze w zyciu... :D

sobota, 9 października 2021

Przyszedl pazdziernik

I przyniosl smarki. :) 

Bi dosc szybko otrzasa sie z takich dolegliwosci. Posmarkala w czwartek wieczorem, piatek, sobote, a w niedziele juz zaczelo jej przechodzic. Glos miala nadal "przytkany", ale przestala go caly czas obcierac i twierdzila, ze moze przez niego oddychac. Niestety, wirusy maja to do siebie, ze lubia przechodzic na kolejnych czlonkow rodziny. W poniedzialek Nik obudzil sie i  natychmiast zaczal narzekac na bol gardla, a wieczorem doszedl juz cieknacy nochal. :/ Pomalu mu przechodzi na szczescie, ale z naciskiem na pomaaaaluuu... Kazde dziecko jest inne i choc Bi zawsze otrzasa sie z przeziebien ekspresowo, Mlodszemu ciagnie sie niczym... wlasnie gluty z nosa. ;) W piatek jeszcze Kokusiowi do konca nie przeszlo, a z bolem gardla obudzilam sie ja, wiec nie ominelo takze mojej skromnej osoby...

Pierwszy weekend pazdziernika minal pod znakiem pilki noznej osmiolatkow, bowiem Nik mial mecz i w sobote i w niedziele. Czesciowo tez i przez to, sobota (2 pazdziernika) byla dosc zalatana. Zaczelismy ja od meczu, na szczescie na 10:15, wiec nie tragicznie. Byl czas zeby troche odespac, a potem na spokojnie sie wyszykowac. Tym razem druzyna Kokusia trafila na inna z naszej miejscowosci, ale niestety lepsza.

Historia jednej akcji. Nik, jak widac, leeeci do pilki...

...ktora pierwszy dopada jego, wyraznie wystraszony, kolega, zas Nik z trudem wyhamowuje :D

A wlasciwie to u "nas" nie ma po prostu dobrego bramkarza. Chlopaki stoja na tej pozycji na zmiane, ale tylko jeden wykazuje choc minimalny talent. Reszta ma dziurawe lapki. Zartuje oczywiscie, wiem, ze to dzieciaki, choc faktycznie na bramce radza sobie kiepsko. Ostatecznie przegrali 4:2, wiec przynajmniej "z honorem". ;) Po meczu jednak nie bylo czasu na dluzszy odpoczynek. Przyjechalismy do domu na doslownie 15 minut, szybkie siusiu, matka zalozyc cos bardziej "wyjsciowego" (bo na mecz pojechalam w dresie i t-shircie) i trzeba bylo jechac do pobliskiego miasta, gdzie na 12 umowiona bylam w wypozyczalni skrzypiec, na wymiane Kokusiowego smyczka. Mialam nadzieje, ze Potworki zostana w domu i pojade sama, ale M. po pracy podjechal jeszcze do Polakowa i nie zdazyl dojechac na czas. Rada nie rada, zmuszona bylam wziac dzieciaki ze soba, choc oni zgodnie zakrzykneli, ze i tak chcieli jechac zobaczyc jak wyglada taki sklep muzyczny. :O Przyznaje, ze wypozyczalnia zrobila niesamowite wrazenie, bo miesci sie w starym, zabytkowym domu, przepieknym i cudownie utrzymanym. Sciany cale w drewnianej boazerii, zakrecone szerokie schody, okna z kolorowymi szkielkami niczym witraze... Nawet zwykla kratka wentylacyjna byla z pieknie rzezbionego metalu. No cudo! Nawet Bi stwierdzila, ze gdyby tam zamieszkala, czulaby sie jak ksiezniczka. ;) Moja wlasna chalupa nagle wydala mi sie zbyt nowoczesna, zbyt "funkcjonalna", zeby nie powiedziec pospolita. ;) Jesli wygram kiedys na loterii (w ktora nawet nie gram, haha!), to nie kupie sobie ultra-nowoczesnej posiadlosci, tylko wlasnie taki piekny dom z historia. :)

Jak to czesto ze mna bywa, po zabieganym poranku, kiedy dojechalam wreszcie do domu, rozbolala mnie glowa i nie mialam sily na zadna konkretna robote. Bylo to podwojnie deprymujace, bo nie tylko lepetyna rypala, ale tez dokuczalo to wewnetrzne poczucie, ze zamiast siedziec, powinnam cos porobic... ;) Na szczescie wyrzuty sumienia udalo mi sie uciszyc, bo z racji, ze kolejnego ranka Mlodszy znow mial miec mecz, jechalismy po poludniu do kosciola. Nie bylo wiec sensu zaczynac zadnej wiekszej roboty, a przynajmniej tak sobie powtarzalam. ;) Dobrze, ze mlodsza sasiadka z naprzeciwka z inna dziewczynka z naszego osiedla przyszly po Potworki zeby zaprosic do wspolnej zabawy. Juz kilka dni popoludniami szukaja w ogrodach naszym oraz sasiadow zab i salamander. Zabawa niemozliwie brudna, paznokcie Bi nie do odszorowania, ale najwazniejsze, ze lataja po swiezym powietrzu zamiast siedziec przed ekranami. Po to wlasnie przeprowadzalismy sie z domku przy ruchliwej ulicy na spokojne osiedle; wlasnie zeby dzieciaki mialy kolegow do wspolnych zabaw. Po mszy zmusilam sie do pojscia z rodzina na spacer i na szczescie po poczulam sie nieco lepiej.

Malzonek chetnie wyprobowuje bajery w aparacie nowego srajfona, wiec ostatnio nawet mi przybylo fotek ;)
 

Poniewaz na kolejny dzien mialam plany, wiec zabralam sie za lekkie ogarnianie ogrodu. Az wstyd sie przyznac, ale po lecie nie mialam jakos czasu ani weny zeby cos tam porobic, teraz wiec zaczelam przycinac uschniete i przywiedle badyle. Uzbieralam trzy spore kupy zielska, tylko co z tego, skoro to naprawde kropla w morzu i na pierwszy rzut oka nie widac nawet roznicy. :/ Nie mowiac juz o tym, ze komary kasaly jak wsciekle i znow jestem cala w bablach. :/

Niedziela rozpoczela sie od kolejnego meczu Kokusia i to juz o 9 rano! Ktokolwiek ukladal ten grafik, nie ma serca normalnie! ;) Dzieci jak dzieci, same obudza sie o 7, ale co z biednymi rodzicami?! :D

Z tego meczu nie mam zadnych "dynamicznych" zdjec. Na wszystkich wyglada jakby Nik chodzil sobie po boisku :D
 

Jakos jednak sie zwleklismy, a co niesamowite, na rozgrywke pojechal z nami M. Pojechal i mnie wkurzyl, bo zamiast kibicowac synowi, ruszyl na przechadzke i wrocil dopiero 10 minut przed koncem. :/ Z racji, ze mecz odbyl sie w niedziele, przyjechal tez moj tata zeby popatrzec tym razem na gre wnuka. Na szczescie dziadek grzecznie zasiadl w krzeselku i obserwowal, a nie szwendal sie po okolicy... ;)

Pamiatkowe zdjecie z dziadziem musialo byc. ;) Widzicie to niebo? Tylko wczesna jesienia mozna zobaczyc taki lazur! :O
 

Nik dawal z siebie wszystko i nawet bedac rezerwowym az podskakiwal w miejscu i biegal wzdluz boiska przezywajac mecz. :) Niestety, w druzynie maja przynajmniej szesciu nadprogramowych zawodnikow, wiec czesto ich wymieniaja. Ponoc trener ma aplikacje w telefonie, gdzie moze sledzic ile gral ktory z chlopcow, zeby kazdy mial szanse byc na boisku mniej wiecej po rowno. Moze pod wplywem obecnosci dziadka (bo ojciec gdzies wzial i znikl :/), Nik wyraznie probowal strzelic gola. Nie udalo sie, choc raz bylo juz bardzo blisko; niestety pilka odbila sie od slupka. ;) Po meczu dzieciarnia miala chetke na plac zabaw, ale z racji, ze dziadek zaproszony byl do nas na poranna kawe, pojechalismy do domu, bo dorosli potrzebowali dawki kofeiny. :D Moj tata chwile posiedzial, pogadalismy, a potem byla pora zeby zjesc szybki lunch, bo o 13 wybywalismy z domu. Klub w naszym miasteczku urzadzil coroczna wystawe "domkow wrozek i krasnali", a ja, jak co roku zakupilam bilety. Wzielam cztery na wszelki wypadek, choc potem zalowalam, bo M. co prawda pojechal, ale umarudzil sie za wszystkie czasy. Wiadomo, te "domki" to nic niesamowitego (szczegolnie dla chlopa bez artystycznej duszy), a w dodatku od zeszlego roku (zapewne z powodu pandemii) jest ich wyraznie mniej. Niektore to jednak male cacka, wykonane przez artystow, lub ludzi, ktorzy maja zwyczajnie dryg do takich spraw.

Ten np. byl niesamowity!
 

Dla mnie to jednak przede wszystkim okazja na spacer w lesie. W Hameryce nie ma wejsc do lasu "na dziko". Wszystkie tereny sa albo prywatnymi posiadlosciami, albo czesciami parkow. Dla nas, najblizszym laskiem jest wlasnie owy klub, ale zeby wejsc, trzeba miec czlonkowstwo, a ja od dwoch lat jestem na liscie oczekujacych i zanim je w koncu dostane, chyba predzej Potworki dorosna i nie bedzie mi ono do niczego potrzebne. :/ Klub zreszta jest rozleglym, pieknym terenem i az milo sie tam poszwedac. Bez czlonkowstwa, jedyna mozliwoscia zeby tam wejsc sa wlasnie takie okazje otwarte dla ogolu, lub wjazd jako gosc.

Tutaj, bardziej niz domki, urzekl Bi wilk w tle :)
 

Tak przyjechalam tam latem nad jezioro z kolezanka. Do brzegu, bo jak zwykle sie rozpisalam. Mimo, ze powiedzialam M., ze jesli chce, moze zostac w domu, zdecydowal sie pojechac, "bo jak juz kupilas bilet, to po co ma sie zmarnowac". Hmm... Bilet kosztowal $6, wiec nie majatek, ale najwyrazniej M. mysli za Sapkowskim, ze "miec 6 dolcow, a nie miec szesciu dolcow, to juz 12 dolcow". :D

Tutaj to byla cala "wrozkowa" farma, eksponowana zreszta chyba trzeci rok z rzedu :D
 

Ucieszylam sie, ze pojechal, ale dosc szybko moja radosc zastapila irytacja, bo malzonek szedl i zrzedzil. Tak pol zartem, ale i tak wkurzajaco, ze och i ech, co on tam w ogole robi. Kiedy oswiadczylam, ze spedza czas z rodzina, odpowiedzial, ze on juz tego dnia spedzil z nami czas! Trzymajcie mnie, bo kiedys tego chlopa zdziele czyms twardym!!! :/ Tak, pojechal z nami na mecz... i polazl gdzies przychodzac na sam koniec! Potem, kiedy przyjechalismy do domu, zostawil nas z moim tata i pojechal na silownie! To tyle z nami wlasnie czasu spedzil, chyba ze liczyl te kilka minut, ktore spedzil odgrzewajac dzieciom zupe przed wyjsciem. :/ Potem zaczal jeczec, ze tam sa same matki z dziecmi i czy ja widze jakichs innych tatusiow. Kiedy, niechybnie, pojawili sie i ojcowie, uslyszalam, ze ten to jakis "pedzio", tamten wyglada na "cipke", itd. No kurna, sami zniewiesciali pantoflarze, tylko on, wielki macho sie znalazl! ;) Mimo wszystko, spacer minal ok, pomimo marudzenia pana M. Na koniec sciezki jest miejsce gdzie dzieci moga zbudowac wlasne domki. Bi jak co roku przystapila do dziela, a ze chwile pozniej dolaczyla do niej przypadkiem kolezanka, to byla cala szczesliwa.

Ukonczone "dzielo", ktorego w sumie za bardzo nie widac :D
 

Kokusia budowanie domkow nigdy specjalnie nie interesowalo, ale za to organizatorzy zafundowali "mu" inna atrakcje, a mianowicie rozpalili nad brzegiem stawu ognisko. Takiej okazji Mlodszy nie mogl przepuscic i zajal sie podpalaniem jednego kija po drugim. ;) Kiedy Starsza w koncu ukonczyla swoja konstrukcje, ruszylismy w droge powrotna, zahaczajac jeszcze po drodze o maszyne do baniek mydlanych.

Nie wiem czy bedzie to widac, ale Nik probuje lapac banki... jezykiem! Boszzzz... :O
 

Naprawde, taka prosta atrakcja, Potworki coraz starsze, ale banki sa nieustajacym zrodlem dobrej zabawy. :D

Pomyslalabym, ze taka zabawa nada sie juz tylko dla tego maluszka po prawej... ;)
 

Pozniej niestety M. ciagnal niczym wol do auta, Potworki zas koniecznie chcialy zaliczyc place zabaw.

Kolejna zabawa, na ktora Bi wydaje sie sporo za duza, a jednak... :D
 

Skonczylo sie tym, ze ja poszlam z dziecmi (jakzeby inaczej), a ojciec przesiedzial w samochodzie, tlumaczac, ze nogi go bola po porannym lazeniu podczas meczu Nika i pozniej silowni.

Stare, dobre turlanie sie z gory jest zawsze na czasie ;)
 

Rodzinny wypad, taka jego mac... :/

Jeden z placow zabaw - fajny, caly w drewnie
 

Najlepsze, ze po powrocie do domu, poszlismy jeszcze na spacer z psem, bo i Mai cos sie z weekendu nalezalo. Szanowny malzonek przejsc sie na place zabaw nie mial sily, ale na koleczko po osiedlu i owszem...

Przy parkingu Nik natknal sie na swoja ostatnia milosc i to tandem!!! :D
 

Poniedzialek przywital nas prawdziwie jesienna pogoda. Bylo ponuro i deszczowo, choc w miare cieplo bo 15 stopni. Nie mniej, jako typowa meteopatka, czulam sie senna i zamulona i gdybym miala przy sobie laptoka z pracy, wyslalabym wiadomosc, ze pracuje z domu. ;) Niestety laptok zostal w piatek w pracy, wiec w poniedzialek,  deszcz nie deszcz, musialam jechac do biura... Po pracy zas, jak ostatnio co poniedzialek, odebrac Bi i jej kolezanke ze szkoly, bo konczyly pozniej ze wzgledu na klub gazetki szkolnej. Wieczor to juz tylko lekkie ogarnianie chalupy (to to prawdziwa syzyfowa praca...) i odrabianie lekcji. Naprawde tesknie za zeszlym rokiem kiedy dzieciaki, z powodu korony, nie mialy w ogole zadawanych lekcji, bo te sa zawsze rozdawane na kartkach, a wiecie, te wirusy to najbardziej lubia sie uczepiac papieru i potem tylko czyhaja zeby przeskoczyc na nieswiadomego ludzia. :D Oj, jak mi dobrze bylo bez tego codziennego siedzenia w Kokusiem (bo Bi ogarnia sama i o pomoc pyta tylko jak sie gdzies krytycznie pogubi) nad zadaniami, glownie matematycznymi. Nauczycielka wyslala maila, ze zadawana praca powinna dzieciom zajac okolo pol godziny. Taaa... W poniedzialek siedzialam z Nikiem prawie godzine! Nie to, ze mlody nie kuma zadan... On wie dokladnie co ma robic i jak, ale co z tego, jak wszystko go rozprasza, a jak tylko sie odwroce, to znika w kuchni bo nagle straaasznie mu sie chce pic albo przypomni sobie, ze po obiedzie nie wzial cukierka na deser... Dodatkowo jest niemozliwie roztrzepany, zaczyna mnozyc gdzie ma dodawac (mimo, ze sam wpisuje +), bazgroli, wiec potem w slupkach podlicza niewiadomo co i wychodza cuda na kiju. Na tym duzym tescie pod koniec trzeciej klasy wyszlo mu, ze z matematyki reprezentuje poziom powyzej przecietnej, najwyrazniej wiec kiedy musi, potrafi spiac dupke i sie postarac, ale na codzien to ja sie nieraz za glowe lapie co to dziecko wypisuje! :D Dobrze chociaz, ze to inna osobowosc niz siostra. Kiedy zwroci sie uwage pannie Bi, ze cos zle policzyla, od razu nerwus sie wkurza i albo wzrusza ramionami, ze ma to gdzies i nie bedzie poprawiac, albo uderza w ryk, ze ona nie wie, nie umie i nie zrobi... Nik, kiedy pokaze mu jakiegos byka, tylko sie chichra i grzecznie poprawia, choc czasem z przewrotem patrzalek. ;)

Jak udalo sie Wam przetrwac awarie Fejsbuczka? :D Mnie, szczerze mowiac, malo obeszla. Konta na instagramie nie posiadam, wiec na telefonie czesto nawet mi sie nie chce otworzyc, a na kompie od razu wyskakuje okienko do zalogowania. Komentowac, rzecz jasna i tak nie moge. Na samego Fejsa zagladam, ale sama malo kiedy cos tam wrzucam. Jedynie brak WhatsApp'a uwieral, bo to przez niego glownie sie komunikuje z rodzina w Polsce. Wiedzialam jednak, ze awarie naprawia w ciagu kilku godzin, nic pilnego sie nie dzialo, wiec wzruszylam ramionami i tyle. ;)

Wtorek byl juz suchy, ale przy zachmurzonym niebie, 14 stopniach, 90% wilgotnosci i sporym wietrze, bylo po prostu nieprzyjemnie. Nik smarkal az milo i do poznego popoludnia mialam dylemat czy poslac go na trening pilki, czy nie. Z jednej strony, katar bez goraczki ani innych dolegliwosci nie jest przeciwskazaniem do aktywnosci na swiezym powietrzu. Z drugiej jednak, Mlody na treningach szaleje, zawsze sie spoci i balam sie, ze sie doprawi. Z trzeciej strony (:D), w soboty nie mialo byc meczow, wiec to byla jedyna okazja na kontakt z pilka w tym tygodniu. Wkoncu stwierdzilam, ze basen mu odpuszcze, ale pilke niech sobie pokopie. Kazalam mu tylko zostawic na sobie dlugie spodnie, a pod koszulke dalam bluzke na dlugi rekaw, zeby mial dodatkowa warstwe. Rowniez we wtorek Bi zaczela swoja wyblagana gimnastyke. Do konca nie bylam przekonana czy dobrze robie zapisujac ja zanim skonczyla sie pilka nozna, teraz jednak jestem zadowolona. Nie tylko Starsza jest w grupie z corka mojej kolezanki, ale w dodatku wszystkie grupy maja pelne oblozenie. Gdybym poczekala kolejny miesiac, nie wiadomo czy nie musialaby trafic na liste oczekujacych, a juz dostanie sie do grupki z kims znajomym, graniczyloby z cudem. Fajnie wiec, ze sie udalo zlapac miejsce i to z kolezanka. To byly zalety. Wada rozpoczecia gimnastyki przez Bi jest to, ze zaczyna sie ona o 18, zas tego samego dnia o 17:30 Nik ma trening pilki noznej. Znajac podejscie i zaangazowanie M., planowalam urzadzic sobie jazde krajoznawcza po dwoch miasteczkach, zawozac Nika, potem Bi, nastepnie wracajac po Mlodszego i zabierajac go po Starsza. Mozliwe, ze jeszcze bede musiala wykorzystac ten karkolomny plan, akurat jednak w miniony wtorek, M. pojechal z Kokusiem na trening, wiec ja moglam ze spokojem zabrac Bi. Przy takim ukladzie oczywiscie nie mam pojecia co dzialo sie na pilce, bo z Nika wydusilam tylko, ze "bylo fajnie", a malzonek spedzil wiekszosc jego treningu na przejazdzce do pobliskiego supermarketu. Niespodziewanie skonczyla nam sie smietanka do kawy, kawa bez smietanki jest obrzydliwa, a bez kawy to... wiadomo. ;) No ale przez to, M. wlasciwie treningu nie widzial. Zreszta, nie bede sie oszukiwac, nawet nigdzie nie odjezdzajac, M. raczej spacerowalby po okolicy lub siedzial w aucie, zamiast sie przygladac... :) Ja oczywiscie obserwowalam wyczyny Bi z checia i nieslabnacym entuzjazmem, choc mialam rozpraszacz w postaci kumpelki. ;)

Tu akurat Bi balansuje wysoooko nad ziemia! :D Spokojnie, dziewczyny sie wymienialy i wchodzila tez na te wysokie belki ;)
 

Obydwie: Starsza i cora mojej kolezanki wyszly zachwycone. Serio, nie wiem co te wszystkie dziewczynki widza w gimnastyce... ;) Troche pobalansowaly, poskakaly na trampolinie, powspinaly sie na linie, cwiczyly robienie mostka przez wygiecie sie do tylu i tyle... Ale obie panny juz pytaja czy moglyby chodzic wiecej niz raz w tygodniu. Cale szczescie, ze w zadnej grupie nie ma miejsc, bo z torbami bym poszla. :D Bi w ogole jest cala w skurwonkach, bo wpadla na conajmniej trzy dziewczynki, ktore kojarzy ze szkoly. Z jedna jest nawet w klasie, choc ona akurat jest na wyzszym poziomie. Niestety, poniewaz zajecia sa tak pozno, do domu wpadlysmy dopiero o 19:20, a wiec czasu starczylo tylko na szybka kolacje, prysznic, przygotowanie przekasek do szkoly oraz ubran na kolejny dzien i przyszla pora kladzenia Potworkow spac.

Hmm... Skoro tak pisze "sprawozdanie" z calego tygodnia, to wypadaloby wspomniec o srodzie, tylko, ze nie bardzo jest o czym. ;) Dla dzieci szkola, dla rodzicow praca, a po poludniu "relaks". Dzien wczesniej Nik wyrazil chec jazdy na trening plywacki wlasnie w srode, ze mna. Zwykle jezdzi w czwartki, z M., a ja w tym czasie biore Bi na pilke. Zapragnal jednak towarzystwa mamy, wiec zaproponowalam, ze moge go zabrac w srode. W tym tygodniu jednak, z powodu przeziebienia, postanowilam mu jednak ten basen odpuscic i w ten sposob zyskalismy spokojne popoludnie. Poszlismy tylko na szybki spacer, bo bylo calkiem cieplo (prawie 20 stopni, oho ho!), dzieciaki odrobily lekcje, naszkicowaly mape trasy, ktora chca w tym roku przejsc na Halloween (zachcialo im sie pojsc na sasiednie osiedle, bo ponoc w ktoryms domu rozdaja tam ogromne batony ;P), ja z nudow umylam zlewy w obu gornych lazienkach...

Skoro mowa o Halloween, to przyszedl stroj Kokusia, ktory zamowilam wczesniej, na wypadek gdyby gdzies utknal. Kto zgadnie za co Mlodszy sie przebiera? Fani gier komputerowych nie powinni miec problemu ;)
 

I po srodzie. A! Udalo mi sie spiep**yc skaner w pracy! :O Utknela mi skanowana kartka, a kiedy chcialam ja wyciagnac kawalek sie urwal i zostal w srodku. Pootwieralam i poodchylalam wszystkie mozliwe panele, ale kawalek papieru siedzi gdzies tak gleboko, ze pozostalo zaczac rozkrecac drukarke kawalek po kawalku... na co sie nie odwaze. Nie ufam sobie, ze potem poskladalabym ja w jedna calosc. :D Skaner stanowi tez drukarke, a ta na szczescie dziala, no i mamy drugi. Ten poczeka az szef wroci z Chin i zdecyduje co dalej... ;)

Czwartek... Praca, praca... Zazdroszcze sasiadowi, ktory nie tylko nadal pracuje z domu i jego firma nie ma planow zeby sciagac ludzi z powrotem, ale jeszcze pracuje tylko 3 dni w tygodniu (za to po 12 godzin, zeby byla odrobina sprawiedliwosci)! No zeby tak sie ustawic?! :D Autobusy juz drugi dzien przyjechaly rano praktycznie o tej samej porze, czyli tuz przed 8 rano. Niewazne, ze Bi powinien byc przynajmniej 10 minut wczesniej. ;) Odpukac w niemalowane, po poludniu tez autobusy przyjezdzaja o calkiem rozsadnych porach. Nik najczesciej juz o 15:40 jest w domu i kilka razy sie zdarzylo, ze M. jeszcze nie dojechal. Na szczescie Mlody zna kod do garazu, otwiera go wiec sobie i jezdzi hulajnoga po pustej przestrzeni. :D Z jakiegos powodu nie lubi isc na gore, gdzie czeka na niego steskniony psiur. ;) Bi niestety nadal przyjezdza dopiero okolo 16:30, ale nie za bardzo jest to jak obejsc. Zadne z nas nie da rady codziennie przyjezdzac na 15:15 do szkoly, a placic za swietlice, w ktorej przebywalaby w porywach 20 minut, tez nie nie oplaca...

I w tym miejscu, a jest juz piatek, blogger sprawil, ze wyszlam z siebie i stanelam obok. Wlasnie czytalam moje wypociny, kiedy sie zawiesil, a kiedy laskawie "ruszyl", okazalo sie, ze opis czwartkowego popoludnia, ktory wklepalam poprzedniego wieczora, pufff!!! i wsiakl!!! :((((( 

Dopisze jeszcze raz, choc nie chce mi sie juz wrzucac tylu szczegolow. Moze to i dobrze, znajac moje tasiemce... ;)

W czwartek po poludniu Bi miala jak zwykle trening pilki. Nik mialby normalnie basen, ale ze nadal smarkal, stwierdzilam, ze lepiej niech zostanie w domu. Na basenie wiadomo, po wyjsciu z wody latwo jest zmarznac, zreszta tutaj nawet woda jest (dla mnie) lodowata! :O Pojechalam wiec ze starsza, a Mlodszy zostal i ganial  z sasiedzka gupa, ktora tego dnia uzbierala sobie szesciu czlonkow. ;)

Taki mam widok z okna prawie kazdego dnia - banda mlodziezy ganiajaca po podworku (Nik siedzi na schodkach i w bialej koszulce zlewa sie z drzwiami :D). W sumie to wspolczuje sasiadom, bo to na ich podworku glownie szaleja ;)
 

Bi trafil sie w tym roku jakis strasznie ambitny trener. Nie dosc, ze treningi maja o 15 minut dluzsze niz zawsze, to jeszcze nigdy nie odwoluje ich (np. z powodu pogody), tylko jak juz, przeklada na inny dzien. W minionym tygodniu zas, z racji, ze dziewczyny nie graly w poprzedni weekend, a w nadchodzacy ogolnie nie ma meczow, wiec trener spiknal sie z trenerka innej druzyny z naszego miasteczka i zorganizowali mecz "towarzyski". Dziewczyny zachwycone, bo z jakiegos powodu mecze to najlesza czesc pilki, mimo, ze to na treningach jest najwiecej wesolych wyglupow. ;) W tamtej druzynie znalazl sie nawet jakis chlopiec i przyznaje, ze podziwiam, ze zgodzil sie grac z dziewczynami. Nik w zyciu by na to nie przystal. :)

Wyscig po pilke miedzy Bi a owym chlopcem... Musicie mi uwierzyc na slowo, ze nasza druzyna ma czarne koszulki, a tamta miala brazowo - czerwone. Na zdjeciach, przy marnym swietle, kolor wyglada prawie identycznie ;)

I jednak Bi okazala sie szybsza :D

Mecz zakonczyl sie wygrana "naszych" 2:1, choc bez zadnych uraz, bo dziewczyny (i chlopak) chodza do jednej szkoly, znaja sie chocby z widzenia, wiec duzo bylo zartobliwych nawolywan i przepychanek. :D A po powrocie do domu... wk*rw. Kiedy wyjezdzalam z Bi, krzyknelam do Kokusia (ktory nadal latal po ogrodzie sasiadow) zeby wracal do domu zjesc obiad, ale przed wyjsciem powiedzialam M. (glosno i wyraznie), zeby odrobil z Mlodszym lekcje. Wracam, jest godzina 19, pytam o prace domowa i co slysze?! Obaj zapomnieeeli!!! No kurna! Dobra, Nik ma 8 lat i cierpi na wrodzone roztrzepanie, wiec duzo nie mozna oczekiwac, ale ojciec tez buja w oblokach?! :/ Zaczelam na szybko robic kolacje, szykowac siebie i dzieci na kolejny dzien, a w miedzyczasie jednym okiem pomagalam Kokusiowi w lekcjach. O tej porze jednak Mlodszy juz byl zmeczony, a ja tez rozroszona, robil blad za bledem i kiedy dochodzila 20 stwierdzilam, ze wystarczy. Ile zrobil, tyle zrobil. Nie mniej nerw na malzonka pozostal. :///

Piatek. Poza wspomnianym wyzej buntem Bloggera, wstalam rano z bolem gardla, wiec jestem nastepna "ofiara" wirusa. Ciekawe czy M. chwyci? ;) Poza tym, po wsadzeniu Potworkow w autobusy, podeszlam do sasiadow po instrukcje obslugi kota (;P), ktorego mamy karmic przez weekend. Dodatkowa atrakcja dla dzieciakow. ;)

Przed Potworkami dlugi, 4-dniowy weekend. W poniedzialek mamy Columbus Day, we wtorek szkola sie nauczyciele z naszej miejscowosci. :) Dla mnie niestety weekend bedzie "rozerwany". Wtorek biore wolny, ale w poniedzialek nie dosc, ze musze byc w pracy, to jeszcze bede w niej do wieczora, bo szykujemy dawke dla kolejnego pacjenta. Wolne zmuszony jest wiec wziac M., ale mysle, ze dobrze mu to zrobi. Bedzie mial okazje spedzic z dzieciakami troche czasu i sie wykazac. ;)

piątek, 1 października 2021

Ostatnie dni wrzesnia i ksiega zapominalstwa :D

Za nami zwyczajny tydzien, bez zadnych sensacji, co mozecie zobaczyc po znikomej ilosci zdjec. Wszystkie sa z pilki, jak nie z meczow, to z treningow. Nie dzialo sie nic innego, co warte byloby uwiecznienia... ;)

Pierwszy weekend jesieni byl meczacy, choc pozornie nic takiego sie nie dzialo. Sobota, 25 wrzesnia, zaczela sie dylematem, bo Potworki mialy mecze o idealnie tej samej godzinie, ale Nik w naszej miejscowosci, a Bi dwa miasteczka dalej. Malzonek w pracy, dziadek w pracy, wiec trzeba wybrac gdzie jedziemy. Bardziej sklanialam sie zeby pojechac z Nikiem, skoro jego byl na miejscu, ale z drugiej strony, w kolejny weekend on mial miec az dwa mecze, a Bi zadnego! Stwierdzilam wiec, ze lepiej zeby teraz zagrala sobie Starsza, planujac oczywiscie przy kolejnym takim dylemacie, pojechac z Kokusiem. Niestety, Nik nie rozumie mojego toku rozumowania ani sztuki kompromisu, wiec szykowalam sie na foch i ostra awanture. ;) Niespodziewanie jednak, w sukurs pospieszyl mi... maz. :O Czytacie mnie regularnie, wiec wiecie, ze M. angazuje sie w zajecia dzieci jak najmniej sie da. Wiedzac, ze w sobote pracuje zwykle do 11, nawet nie pytalam czy da rade wziac ktores na mecz, skoro te zaczynaly sie juz o 9. A tu niespodzianka! Kiedy M. uslyszal o dylemacie, sam zaproponowal, ze moze wyjsc z pracy juz o 8, zeby przyjechac na czas i zabrac Mlodszego. No wezcie mnie uszczypnijcie!!! :D Oczywiscie chetnie z oferty skorzystalam, w sobotni poranek wiec rodzielilismy sie na grupe chlopakow i dziewczyn. ;) Dla mnie to zawsze fajna okazja jechac gdzies tylko z jednym Potworkiem. Osobno, kiedy odpada im instynkt rywalizacji, to sa naprawde swietne, bystre dzieciaki. Z drugiej strony, lekko sfrustrowal mnie M., bo kiedy podczas przerwy wyslalam mu sms'a z pytaniem jak radzi sobie druzyna Kokusia, bo u Bi akurat jest 1:1, malzonek odpisal, ze jakies tam gole byly, ale nie bardzo patrzy, wiec nie wie dla kogo. :O Coz, ojciec zabral syna na mecz, ale jesli oczekuje jakiegos dodakowego zaangazowania, to najwyrazniej za duzo wymagam... ;)

Wynikow nie sledzil, ale fote podczas przerwy pstryknal ;)
 

Ostatecznie druzyna Bi wygrala 2:1, a Nika, jak sie okazalo 5:1 (rowniez dla nich). Oba Potworki wrocily wiec do domu zadowolone i z entuzjazmem opowiadaly sobie szczegoly z gry. U Bi np. po rzucie spoza lini, ktos pilke natychmiast odkopnal i to tak mocno, ze przeleciala nad brzegiem boiska, widzami, siatka odgradzajaca teren, odbila sie od drogi biegnacej wzdluz siatki (malo nie uderzajac w przejezdzajacy samochod), po czym wpadla w lasek po drugiej stronie. :D Swoja droga to siatka powinna byc moze troche wyzsza z tej strony, bo siegala mi jakos do piersi, a zaraz po drugiej stronie biegla ruchliwa ulica.

Ja oczywiscie zdjec napstrykalam jak glupia, a potem wiekszosc musialam wywalic, bo byla albo zamazana, albo Bi praktycznie tylem... ;)
 

U Kokusia za to, w przeciwnej druzynie byl jeden z kolegow z jego wiosennej druzyny i w ogole jeden z blizszych kumpli Mlodszego. Tamten chlopiec zwykle gral na pozycji napastnika (i swietnie sobie radzil), ale tym razem poszedl na bramke i biedak wpuscil 3 gole... :D

Po poludniu zabralam sie za niekonczace sie odgruzowywanie chalupy, przy akompaniamencie jeczacych dzieciakow, ktore po chwili odpoczynku po meczach, stwierdzily ze potrzeba im wiekszego towarzystwa i czy moga zaprosic kolegow. Bardzo niepocieszeni byli, kiedy rodzice stwierdzili ze nie maja ochoty na mlodociana bande w chalupie. Bi sie jednak poszczescilo, bo napisala mama jej ukochanej kolezanki czy Starsza chce do niej przyjsc. Tez pytanie! ;) Tu jednak Nik zrobil buzie w podkowke, bo podobno z kumplem caly tydzien umawiali sie na jakas akcje w Minecraft. :D Uznalam, ze jedno obce dziecko moze jakos wytrzymam i napisalam do mamy kolegi. Niesteeety zgodzila sie mlodego przyslac (przyjechal sam, na rowerze). :D Plan byl wiec taki, ze Nik bedzie mial kolege do zabawy, a Bi zaprowadze do kolezanki. Plany planami jednak, a zycie zyciem... W ktoryms momencie mama jej kumpelki napisala, ze pogoda taka piekna, ze chca pojechac na rowery albo pojsc na spacer i czy moga wziac Bi ze soba. Odpisalam, ze jasne, jesli bedzie chciala, niech idzie. Kiedy jednak podeszli pod nasz dom, okazalo sie, ze Bi byla chetna, ale jej kolezanka juz nie bardzo. Zaproponowalam wiec zeby dziewczyny poki co pobawily sie u nas, sasiedzi niech sie jada przejechac, a kiedy beda wracac, zgarna panny do siebie. Nie przewidzialam tylko, ze sasiadow nie bedzie... trzy godziny! :D Jak to jest, ze ja sie zawsze dam wrobic...?! W taki wlasnie sposob, spora czesc popoludnia mielismy czworke dzieci w domu i nie powiem zebym byla zachwycona. Przyznaje, ze przez wiekszosc czasu byli w miare spokojni, tylko co chwila wyciagali cos z szafki z przekaskami. Zaczelam sie az martwic, ze nie bede miala co Potworkom spakowac w tygodniu do szkoly... :/ Kilka razy zaczynaly sie jakies piski, krzyki i bieganie, ale te szybko i ostro ukrocilam. Nie bylam w nastroju do spokojnego mitygowania, bo nie tak wyobrazalam sobie sobotnie popoludnie. Nie dosc, ze z obcymi dziecmi caly czas trzeba uwazac co sie robi i mowi, ani czlowiek spokojnie w majtach nie pochodzi, to jeszcze Bi oraz jej psiapsiolka co chwila zasiadaly w salonie, mimo ze wyganialam je do pokoju Starszej. W salonie jakos bylo im lepiej, szkopul w tym, ze ja tez chcialam sobie tam posiedziec i nie mialam ochoty sluchac dzieciecych (glosnych) dyskusji...

W niedziele rano M. pojechal do roboty. To niespodzianka, co?! :D Ja z dzieciakami dzieki temu mielismy czas zeby spokojnie odespac caly tydzien wczesnego wstawania, a potem bez pospiechu wyszykowac sie do kosciola. Po kosciele jak zwykle po kawe, potem do domu na szybki lunch i wybywalysmy z Bi na zakupy. Starsza byla cala podniecona, bo pierwszy raz jechalysmy razem na taki babski wypad. Ja podchodzilam do tego bardziej sceptycznie, nie mialam jednak wyjscia. ;) Bi rosnie, ma wlasne zdanie i ostatnio nie podoba sie pannie prawie nic z tego co jej kupuje albo co wybieram do ubrania... Poniewaz nadszedl czas na zaopatrzenie dzieciakow w garderobe jesienno - zimowa, Starsza od razu zaznaczyla, ze ona tez chce jechac i wybrac rzeczy dla siebie... :O Co bylo robic... Zabralysmy sie we dwie, ku oburzeniu Kokusia, ktory tez mial chetke jechac, ale sorry, wiem ze Mlodszy w zyciu nie wytrzyma ponad godziny przebierania w ciuchach. Bi, musze jednak przyznac, spisala sie na medal. W sklepie ja ruszylam na dzial chlopiecy, a ona zostala na dziewczecym i tylko co jakis czas przychodzila zameldowac o kolejnych "znaleziskach". Problem? Znalazl sie, a jakze, choc dopiero w domu. ;) Otoz, Potworki nosza podobny rozmiar. Kokusiowi kupuje w tej chwili rzeczy na 10 lat, bo na 8 sa za male lub "na styk", zas rzeczy na 9 praktycznie nie ma. Zreszta, i tak wole mu kupic troche na wyrost. Bi zas jest miedzy rozmiarowkami. Z jednych firm nadal pasuja na nia rzeczy na lat 10, w innych juz na 12. Tu okazalo sie, ze wiekszosc rzeczy wybranych przez Starsza byla w rozmiarze 10, a przy tym ostatnio buntuje sie przeciwko typowo dziewczecym kolorom oraz fasonom. W rezultacie, poza jedna bluzka w kolorze pudrowego rozu i innej z cekinowym pieskiem, wszystkie pozostale wybrala szaro - granatowo - brazowe. Wiecej kolorow to ja wybralam dla Kokusia, bo znalazlam i pomaranczowa bluzke i zielona, ale wiekszosc tez byla z grubsza albo niebieska albo szara. I wieczorem, wkladajac nowe rzeczy do prania, stwierdzilam, ze kurcze, polowa bluzek nie wiem do kogo nalezy! Rozmiar 10, granatowa, szara, albo szaro-granatowa... Nie pamietam czy wybralam ja dla Nika, czy Bi wziela ja dla siebie... Beda awantury jak nic, ze "to moje!!!". :D

Poniedzialek byl dniem niespodzianek, bowiem oba autobusy przyjechaly (prawie) na czas! To ja rozumiem, ze oba Potworki sa o 8:05 w drodze do szkoly, a ja moge spokojnie szykowac sie do pracy! :) Reszta dnia to juz w wiekszosci biuro, a pozniej lekkie okolodomowe ogarnianie. Po drodze musialam jeszcze tylko odebrac Bi i jej kolezanke ze szkoly, bo poniedzialki to teraz gazetka szkolna po lekcjach. Przy okazji przekonalam sie, ze sasiadka mowila prawde o kolejce do odebrania dzieci w tej szkole. W podstawowkach, rodzic musi zaparkowac i podejsc do drzwi, a nauczycielki wypuszczaja dzieci do rodzicow (czasem ich legitymujac, szczegolnie w obecnej dobie maseczek). Swoja droga brawa za zapamietanie tylu twarzy. ;) W obecnej szkole Bi, ktora nie jest juz teoretycznie podstawowka, ale nie jest tez gimbaza, tylko czyms posrednim, to dzieci czekaja na rodzicow na chodniku, ci zas nie wysiadaja nawet z aut, tylko podjezdzaja do kraweznika. Nie powiem, nawet mi sie to podoba, bo pod szkola Kokusia (wtedy tez i Bi) w zeszlym roku nieraz niezle mnie owialo i stalam tam szczekajac zebami. ;) Oznacza to jednak, ze sznurek samochodow ciagnie sie w nieskonczonosc, mimo ze nauczyciele porozstawiani sa przy "trasie" i gestykuluja zeby rodzice podjezdzali dalej. Widzialam co sie dzialo przy odbiorze z klubow, na ktore uczeszcza przeciez tylko czesc dzieci ze szkoly. Strach sie bac jak to wyglada przy odbiorze kilku setek dzieciakow o normalnej porze... Nic dziwnego, ze sasiadka, ktorej starsza corka w zeszlym roku byla jeszcze w tej szkole, zdazyla odstac swoje czekajac az wypuszcza jej mlodsza w podstawowce, po czym przejechac 10 minut do szkoly starszej i jeszcze stala w ogonku zeby ja odebrac. ;) W poniedzialek mialam tez okazje przekonac sie, ze nawet jak ma sie starsze dzieci mozna byc rodzicem "niereformowalnym". Zawsze znajdzie sie jakas nadgorliwa mamusia, ktora zamiast podjechac i pozwolic dziecku wsiasc,  musi wysiasc z auta zeby wziac od synka plecak, bo biedny "Rajanek" nie da rady inaczej wgramolic sie do samochodu. Strasznie jestem cieta na takich rodzicow. :D Podobnie jak na polkoloniach, gdzie zamiast zaparkowac i podejsc z dzieciakiem do stanowiska opiekunow zeby je wpisac na liste obecnosci, niektorzy parkowali pod samym chodnikiem, otwierali mlodziezy drzwi i pomagali wysiasc, bo przeciez biedactwo strasznie sie zmeczy idac te 50m... Najtragiczniejsze, ze to wcale nie byly male dzieci, tylko takie w wieku Potworkow... Kiedy juz dojechalam do chalupy, okazalo sie, ze Nik (o ktorym myslalam, ze juz dobre 45 minut jest w domu) tez dopiero dojechal, bo w jego autobusie... zabraklo benzyny! Rownowaga w przyrodzie musi byc, wiec jak rano przyjechal o czasie, to wiadomo, ze po poludniu zawsze cos pierdyknie... :D A na koniec dnia, ja sama dalam ciala pomagajac Kokusiowi odrobic lekcje. Zrobilismy jedno zadanie bez potkniec, Mlodszy odwraca kartke a tam pozornie takie samo, tylko z innymi cyframi. No to dawaj, robimy z automatu. Niestety, Nik nie przeczytal polecenia (no po co?!), a ja mialam kartke do gory nogami, wiec tez go nie doczytalam. Dopiero jak doszlismy do ostatniego kroku (to bylo takie kilkustopniowe zadanie, na cala strone) cos mi sie zaczelo nie zgadzac. Przekrecilam kartke, przeczytalam polecenie dokladniej i... trzeba bylo wszystko zmazac (cale szczescie, ze Mlodszy uzyl olowka) i zaczynac od poczatku. Brawo matka!!! :D

A! Zgadnijmy kto tego dnia znowuuu zapomnial skrzypiec?! ;)

We wtorek nie dzialo sie praktycznie nic. Autobusy przyjechaly o czasie i rano i po poludniu, juhuu! :) Od rana padalo, wiec trening pilki noznej Kokusia zostal odwolany i utknelismy na cale popoludnie w chalupie. Mlodziez energia wrecz roznosila, wiec cale szczescie, ze mieli prace domowa, ktora przymusila ich do usiadniecia przez chwile spokojnie... Tym razem dokladnie sprawdzilam, co Mlodszy ma do zrobienia. :D Tabliczka mnozenia - luzik. Taaa... Niestety, kiedy po chwili sprawdzilam obliczenia Kokusia, za glowe sie zlapalam! Wszystkie poza jednym zle! :O Kiedy zaczelam jednak sprawdzac gdzie namieszal, okazalo sie, ze Nik same mnozenie zrobil bezblednie, a zle wyniki spowodowane byly tym, co zwykle - niechlujstwem i pospiechem. Otoz, ucza sie mnozenia duzych liczb metoda slupkowa, czyli mnoza kazda cyfre po kolei, a potem dodaja wszystkie wyniki. Tymczasem Mlodszy tak bazgral, ze niewiadomo bylo, ktora cyfra to dziesiatka, ktora setka, ktora tysiac... Nic dziwnego, ze przy dodawaniu wyszedl kogel - mogel. Caly Nik! :D Strzelil lekkiego focha kiedy kazalam mu wszystko schludnie przepisac i podliczyc jeszcze raz, ale potem bardzo byl zadowolony, kiedy na kalkulatorze pokazalam mu dowod, ze dobrze policzyl. ;) Poza tym, przyszla wiadomosc z Polskiej Szkoly, ze ognisko zaplanowane na te sobote odwoluja z powodu "zimnej pogody". Szkoda, bo planowalam przyjechac tam z Potworkami po meczu Kokusia. Z drugiej strony jednak, przynajmniej zyskamy spokojna sobote, bez jezdzenia z jednego miejsca na drugie... Najlepsze, ze (jak napisalam wyzej) ognisko zostalo odwolane z powodu "zimna". Spojrzalam na prognoze. Hmmm... Na sobote zapowiadaja 21 stopni i slonce, co jak na poczatek pazdziernika, jest moim skromnym zdaniem, bardziej niz przyzwoita pogoda. Wstepnie impreze przeniesiono na kolejny weekend, ale im dalej w jesien, tym szansa na cieplejszy dzien jest coraz mniejsza, wiec nie wiem na co oni licza. Podejrzewam, ze odwolanie jest z zupelnie innej przyczyny, a pogoda to tylko wymowka. W kazdym razie troche jestem rozczarowana, bo planowalam pojechac z Potworkami na to ognisko, a w kolejny weekend (kiedy zadne nie ma meczu) zawiezc ich do Polskiej Szkoly na lekcje. W ten sposob mieliby kontakt z ta szkola dwa razy pod rzad. Teraz wychodzi, ze bedzie to tylko raz... :/

Aha! We wtorek rano powiedzialam Kokusiowi, ze nie musi tego dnia przynosic do domu skrzypiec, bo kolejnego - w srode, mial miec lekcje gry, wiec i tak nie byloby wystarczajaco czasu zeby pojechac i wymienic smyczek. Po poludniu zdazylam przyjechac do domu przed Nikiem. Patrze przez okno, a Mlodszy wysiada z autobusu... ze skrzypcami! :D 

Za to zapomnial... bluzy. :/

Poranki zrobily sie nagle brutalnie zimne. Ogrzewania nadal nie wlaczylismy bo w dzien dom ogrzewa sie do znosnych temperatur, choc ja - najwiekszy zmarzluch w rodzinie, chodze w bluzie. ;) Rano jednak w calym domu ciagnie chlodem i nawet Potworki zakladaja puchate szlafroki oraz kapcie, bo kafle sa o tej porze lodowate. Mysle, ze jeszcze pare dni, a skapitulujemy i podkrecimy ustawienia termostatow zeby nad ranem dom sie troche ogrzewal... Dzieciaki z zalem porzucily krotkie spodenki, bo stojac rano i czekajac na autobusy, podrygiwali w miejscu zeby sie zagrzac. ;) Sroda byla pierwszym dniem w dlugich spodniach i radosci bylo co niemiara (jak zawsze przy jakiejs "nowosci"), choc wiem, ze za kilka dni pewnie beda jeczec, ze chca znow spodenki. :D Na gore jednak zakladaja nadal t-shirty (choc rano z bluza na wierzch) bo po poludniu temperatury wspinaja sie do 18-20 stopni. Poza tym sroda nie wyroznila sie niczym specjalnym. Dom, szkola - praca, dom, zadania domowe, to tak w duzym skrocie. ;) Kumpela zadzwonila do mnie, ze chce zapisac swoja core na gimnastyke, a pamietala, ze Bi tez strasznie prosila. Pytanie tylko czy dziewczyny sie gdzies dostana. Moja kolezanka pytala w jednym miejscu i nie maja wolnych miejsc, a ja sprawdzilam w innym, gdzie wszystkie grupy sa pelne, poza dwiema. Niestety, obie maja zajecia we wtorki, a mi te wtorki pasuja tak srednio na jeza, bo Nik jeszcze przez 5 tygodni bedzie mial tego dnia trening pilki noznej. Musialabym zawozic Mlodszego, popatrzec kilka minut, po chwili pedzic z Bi zeby podrzucic ja na gimnastyke, tam chwilke poobserwowac, nastepnie jechac po Kokusia, zabrac Mlodszego i wracac po Bi. Nie widze tego kolorowo, chyba ze M. stanie na wysokosci zadania i przejmie dowozenie jednego z Potworkow. ;) Zobaczymy jednak czy w ogole uda sie Bi zapisac, bo w grupie na godzine 17 zostaly tylko 2 miejsca, a na 18 - piec. Normalnie wybralabym 17, bo zawsze to wczesniej, ale Starsza dojezdza teraz ze szkoly tak pozno (w srode przyjechala o 16:38! :O), ze musialabym ja zgarniac od razu z autobusu, na glodniaka i pedzic z nia na gimnastyke... Tymczasem pisala tez do mnie sasiadka, ze zapisala corke na pilke nozna w klubie w naszej miejscowosci. Kiedys gadalysmy, ze Bi chciala grac ze swoja przyjeciolka, wiec dawala mi znac, "bo fajnie jakby mogly byc razem". Kiedy jednak sprawdzilam na jakie zajecia sasiadka zapisala swoja, okazalo sie, ze zaczynaja sie juz o 16! :O Z rozkladem jazdy autobusow nie ma mowy zeby Bi zdazyla dojechac, a nie moge jej odbierac po szkole, bo musialabym wychodzic juz o 15. Raz na jakis czas moge sie tak urwac, ale nie co tydzien. Odpisalam wiec sasiadce, ze niestety grafik mi nie pasuje, a ona na to, ze no tak, ona tez nie jest pewna jak da rade dowozic corke, ale najwyzej poprosi swoja opiekunke zeby ja odbierala ze szkoly i ona moze odbierac tez Bi. No tak, niektorzy maja oplacone opiekunki, ktore moga tez robic za szofera. ;) Nie wykluczam tez tego, ze sasiadka namawiala mnie do zapisu Bi z nadzieja, ze bede tez odbierac i przywozic jej corke, jak robie juz zreszta w poniedzialki. A takiego! ;) Nie chce tez angazowac w odbior Starszej ich opiekunki, ktora dla nas jest przeciez zupelnie obca osoba. Zreszta, Bi ostatecznie i tak stwierdzila, ze woli gimnastyke, co dla mnie jest szokiem, bo myslalam, ze da sie pokroic za to, zeby na jakies zajecia chodzic z psiapsiolka... ;)

Nik wrocil tego dnia grzecznie ze skrzypcami (musial je wziac rano na lekcje gry). Juhuuu! Przywiozl tez zapomniana bluze oraz inna, zastepcza, ktora dalam mu rano. 

Za to zapomnial... bidonu! :D

W czwartek oba Potworki mialy miec robione szkolne zdjecia, wiec od rana stroily sie niczym dwie sroki. ;) Z  Bi w sumie namieszalam ja, bo uczesala sie w zwykla kitke, wiec zaproponowalam, zeby moze wlosy rozpuscila. Na wszystkich zdjeciach szkolnych zawsze ma kucyka i w rezultacie wlosow jej kompletnie nie widac. W tym roku ma je jeszcze krotkie i fajnie byloby je pokazac, na pamiatke, bo zakladam, ze Starsza jednak znow zapusci kudly. Zaczela wiec kombinowac z opaskami, albo zwiazujac tylko wlosy ze skroni, zaangazowala mnie w czesanie, bo nie wychodzilo jej rowno, potem jeczala, ze tez jej krzywo zwiazalam i skonczylo sie frustracja i moja i jej. ;) Nikowi za to polozylam na glowie troche zelu, zeby wlosy trzymaly sie na jednej stronie, bo inaczej opadaja mu tez na druga i wyglada niczym strach na wroble. ;) Chwile pozniej Mlodszy przychodzi, zeby mu jednak kitke uczesac! Na jednej stronie zaschniety zel, musialam wiec go wyczesywac, zbierac wlosy w kucyka, po czym zelowac przod, ktory nadal jest troche za krotki i wyslizguje sie spod gumki. Nie bylam pewna czy wytrzyma do czasu zdjec, wiec przykazalam Kokusiowi zeby spojrzal w lustro zanim pojdzie na foty i jak cos uklepal wlosy z przodu za pomoca wody. Czy Mlodszy pamietal? Zobaczymy jak przyjda zdjecia... :D Z tego wszystkiego zapomnialam zrobic fote Potworkow odstrojonych niczym stroze na Boze Cialo. ;)

Tego dnia nikt nic nie zapomnial! :D

Zapisalam Bi na gimnastyke (ciekawe jak dlugo przy tym zostanie?), z wypozyczalnia skrzypiec umowilam sie na wymiane smyczka (meh; kolejna rzecz do zalatwienia w sobote), zas Kokusia zapisalam na... szermierke. Szermierke, moi drodzy! :O Mlodszy blaga juz o nia od bodajze dwoch lat, ale najpierw byl za maly, a rok temu juz byl zapisany, juz mial zaczac zajecia i... walnela pandemia, szermierke zawieszono i choc wiekszosc zajec szybko wrocila, to te akurat nie. W srode jednak zupelnie przypadkowo, szukajac czegos innego na stronie miasta, rzucilo mi sie w oczy, ze znow jest! Spytalam Nika czy chce, oczywiscie chcial, wiec czym predzej go zapisalam. :) Czwartkowe popoludnie bylo mocno zalatane, bo Nik mial trening druzyny plywackiej, a Bi pilki noznej. Zalezy mi zeby, ze wzgledu na zla posture, Mlodszy chodzil na plywanie jak najdluzej, ale ostatnio coraz bardziej sie opiera, mimo ze pozwolilam mu ograniczyc treningi do jednego dnia w tygodniu (normalnie sa 4). Poki bylo cieplo i mogl jechac w kapielowkach, a potem wracac bez przebierania, tylko owiniety recznikiem, to nawet chetnie chodzil. Ale teraz, kiedy zrobilo sie chlodniej i niestety nie ma bata - trzeba sie przebrac w suche rzeczy, zaczyna marudzenie. Jeszcze zeby w tym roku zorganizowali zawody, to bylaby jakas motywacja. A tak, plywanie dla samego plywania, szybko sie nudzi... Tak czy owak Nik poki co chodzi, wiec M. zabral go na basen, a ja pojechalam z Bi na boisko.

Trening to dla tych mlodych dam przede wszystkim spotkanie towarzyskie ;)
 

Dziewczyny biegaly, a ja chodzilam w kolko. Pomyslalam, ze wykorzystam ten czas zeby poruszac sie na swiezym powietrzu. Dni sa teraz jednak duzo krotsze, a jeszcze czwartek byl ogolnie pochmurny i chlodny, wiec dosc szybko dostalam trzesiawki, skapitulowalam i wskoczylam do auta. ;) Obecnie treningi Bi sa dlugie - trwaja godzine i 15 minut, ale zastanawiam sie ile to potrwa. Trening konczy sie o 18:45 i ostatnie 10 minut to juz szarowka, bo boisko jest niewielkie, a za to z trzech stron otoczone wysokimi drzewami. Pod koniec malo juz tam widac. Za miesiac bedzie zupelnie ciemno, mimo, ze u nas czas zmieniamy dopiero po zakonczeniu sezonu pilkarskiego. :)

Myslalam, ze to tylko Bi ubrala sie dziwacznie, ale okazalo sie, ze oprocz niej jeszcze pare dziewczynek mialo legginsty, na nie wysokie, pilkarskie skarpety, a pod nimi jeszcze ochraniacze. Rewia mody na boisku ;)
 

A dzis przywitalismy pierwsze przeziebienie w tym sezonie... Bi zaczela smarkac juz w czwartek wieczorem, ale myslalam poczatkowo, ze to zmiana temperatur, bo na treningu na zewnatrz zimno, w domu cieplo... Piatkowy poranek niestety rozwial moje watpliwosci. Starsza ma katar jak ta lala... Dobrze, ze chociaz chwycilo ja na weekend, to do poniedzialku troche sie podkuruje. To znaczy, dobrze dla niej, bo przeziebienie niechybnie przejdzie na Kokusia i na mnie, a nas juz wezmie raczej w srodku tygodnia. :/ Malzonek moze sie wywinie, jak to czesto bywa...

Zegnam wiec typowo jesiennie, ze smarkami w tle. :D