Jeszcze w minionego piatku. Wyszlam sobie wieczorem na taras, patrze, a kot siedzi... na dachu garazu! I patrzy w dol, jakby chciala z niego zeskoczyc. :O Na szczescie poszla po rozum do glowy i przeszla na druga strone, gdzie pod dachem jest rabata z rozami, duzo wyzej niz nasze patio.
W sobote, 29 sierpnia, mozna bylo wreszcie dluzej pospac. Znaczy, moglam ja i Bi, bo M. wlasnie konczyl trzeci tydzien bez dnia wolnego i nadal "napieral". ;) Dla mnie dzien zaczal sie typowym domowym odgruzowywaniem, ale jak to w weekend, na spokojnie i popijajac kawke. Ranek okazal sie rzeski, wiec pomimo protestow Bi, wylaczylam klimatyzacje i pootwieralam okna. Nie ma jak dobrze przewietrzyc domowe smrodki. :) W miedzyczasie co chwila pisal Nik, zdajac raport, ze wlasnie pojechali do sklepu z przynetami, ze kupil sobie nowa, ze dojechali do klubu i ida lowic, itd. :D Cale szczescie, ze wybrali sie wlasnie do klubu, bo mialam 5 minut drogi zeby go odebrac, a nie 15, jakby to bylo z domu kolegi. Po powrocie, a wlasciwie jeszcze w samochodzie, syn pochwalil sie jakiego zlapal "potwora".
Najwieksze rybsko w tym sezonie. Zlapal je jednak na zywa przynete kolegi. Na te plastikowe, ryby nie daja sie az tak nabrac. ;) Na 16 jak zwykle pojechalismy do kosciola, a po powrocie stwierdzilam ze pojade do apteki po ta nieszczesna paste dla Bi. Recepte mialam od czwartku, a nie chcialo mi sie dralowac. Poniewaz u nas apteki to takie mini supermarkety, wiec Bi zabrala sie ze mna. Oficjalnie szukala... tamponow, bo chce ich uzywac w czasie treningow i zawodow. Nieoficjalnie, do koszyka wpadla mi kredka do ust, jakis korektor i cienie do powiek. :D Po powrocie mozna bylo sie troche zrelaksowac. Wieczorem, niespodziewanie, spuchla mi ta uszkodzona kostka. Nie jakos strasznie, ale zauwazalnie. Za to golen M. wygladala duzo lepiej. Przynajmniej nie byla opuchnieta, bo spory krwiak narazie trzyma sie w najlepsze.
W niedziele rano zwloklam sie z lozka, zjadlam na spokojnie sniadanie, umylam sie i uswiadomilam sobie, ze nie mam zadnego ciasta na przyjazd dziadka! Jakies zacmienie mialam dzien wczesniej i zupelnie nie pomyslalam. Szybko zabralam sie za chlebek bananowy, bo niestety znow mialam 3 przejrzale banany. Tym razem dodalam do niego... nutelli. Sloiczek stoi na blacie od nie wiem jakiego czasu, wiec stwierdzilam ze choc czesc wykorzystam. Spodziewalam sie czekoladowej ambrozji, a tymczasem tej nutelli praktycznie nie bylo w ciescie czuc. :/ Kiedy ja szykowalam chlebek bananowy, Nik juz dopytywal czy moze na ryby, ech... Jak wstawilam ciasto do piekarnika, szybko go zawiozlam, po czym napisalam do dziadka zeby wpadal na kawusie. Po drodze okazalo sie, ze cala jestem mokra, bo podskoczyla wilgotnosc powietrza. Kiedy wrocilam do domu, wlaczylam wiec klime, tym bardziej, ze humid mial sie utrzymac wiekszosc tygodnia. Dziadek oczywiscie chetnie skorzystal z zaproszenia na kawe i posiedzial prawie do 15. W ktoryms momencie Nik napisal zeby po niego przyjechac, ale pojechal M. Kiedy dziadzio zabral sie do domu, Bi i ja popedzilysmy na zakupy. Wczesniej corka mowila ze w ostatni weekend wakacji chce sie zrelaksowac i nic nie robic, ale okazuje sie, ze jako dla prawdziwej kobiety, zakupy to dla niej relaks. :D Wybralysmy sie do sklepu z akcesoriami artystycznymi, bo panna chciala kupic wloczke na prezenty urodzinowe dla mnie i M. A jak juz wyruszylysmy, to podjechalysmy tez do innego sklepu, bo chcialam kupic Kokusiowi koc do przyczepy. Dwa, ktore posiada, niestety zrobily sie za krotkie i choc latem wlasciwie sie nie przykrywal bo bylo goraco, z tego co patrze, tam gdzie teraz jedziemy, ma byc troche chlodniej i noce tez zimniejsze. Wzielam mu wiec koc, a panna dla siebie chwycila... smietnik do pokoju, bo dotychczasowy miala z Elsa i od dluzszego czasu dopytywala czy moze dostac nowy. ;) Po powrocie nic sie juz oczywiscie nie chcialo, wiec posiedzialam na ganku pozerajac loda, a pozniej trzeba sie bylo szykowac na kieracik, tym razem juz dla calej rodziny. :)
Poniedzialek to byl wielki dzien dla malolatow z naszej miejscowosci, bowiem zaczal sie rok szkolny! Pozno; zazwyczaj zaczynali w ostatni tydzien sierpnia, ale tez wakacje rozpoczely sie sporo pozniej niz zwykle. W kazdym razie, Bi przezywala jak strasznie jej sie nie chce, za to Nik oznajmil, ze "w sumie fajnie jest wrocic do szkoly, tylko ta presja ocen"... Odezwal sie ten, ktory jakos specjalnie o te oceny nie walczy i przyklada sie tylko tyle o ile! :D
Tego dnia jechalam do biura, ale stwierdzilam, ze moge Potworki, z okazji pierwszego dnia zawiezc. Tyle, ze mieli skrocone lekcje, wiec potem musieliby wrocic piechota. Bi uznala ze nie chce jej sie chodzic, wiec woli jechac rano z kolezanka rowerem, ale Nik chetnie z podwozki skorzystal. Podrzucilam wiec syna do szkoly, a potem pojechalam do pracy. Byla moja kolezanka z wyjazdu, wiec troche sobie pogadalam, choc nie dlugo, bo nadal uzeralam sie z raportem. Oprocz tego byla taka jakby szefowa biura (a tak naprawde to jest tam po prostu najdluzej stazem) i jeszcze jeden facet. I tyle. Kiedys uslyszalam jak ktos mowil, ze w tym biurze "oficjalnie" pracuje 20 osob. Ja nigdy nie widzialam wiecej niz 5 na raz. ;) W kazdym razie, mialam nadzieje ze w biurze, bez rozpraszaczy, uda mi sie lepiej skupic na raporcie. Taaa... Nie wiem co w nim jest, ale kompletnie, no kompletnie mi sie szedl... Cos tam popisalam, ale bez szalu. Jakos przemordowalam sie do konca dnia i wrocilam do domu. Kiedy mnie nie bylo, mlodziez wrocila do domu, a Nik zdazyl nawet pojechac na trening i wrocic. Bi kolejny raz nie miala transportu na basen, bo kiedy koncza wczesniej, musza dojechac na wlasna reke. Pierwsze co, to oczywiscie wypytalam Potworki o wrazenia. Bi podlamana, bo w tym roku wziela AP (advance placement) microeconomics, czyli ekonomie na poziomie college'u, co da jej juz punkty zaliczone na studia. Super, tyle ze nauczyciel sie nie pierdzieli i od razu dostali kupe pracy domowej. Nik, o dziwo, stwierdzil ze bylo fajnie. Zobaczymy co bedzie jak nauczyciele pomalu zaczna zaciskac petle. Narazie tylko uprzedzil, ze z hiszpanskiego moze nie wyciagnac wiecej niz C, bo nauczycielka mowi do nich tylko po hiszpansku i kompletnie jej nie rozumie. :D No rewelacja. Uczy sie hiszpanskiego od zerowki i nic mu w glowie nie zostalo? Niesamowite, ale po szkole oraz biegach przelajowych, Nik nadal mial ochote jechac na plywanie. Pojechal z nim M., zeby pocwiczyc na silowni. Ja w tym czasie zabralam sie za przerabianie cukinii, ktora zebralam z warzywnika juz jakis czas temu. Az balam sie wyciagac jej z czelusci lodowki, spodziewajac sie, ze musiala czesciowo zgnic. A tu niespodzianka; nic jej nie bylo! Jedna mniejsza zostawilam na placuszki, ale reszte skroilam, dorzucilam papryki, podsmazonej kielbasy i leczo wyszlo przepyszne. Wczesniej poszlam do warzywnika zobaczyc czy nie znajde choc paru galazek kopru, a przy okazji ogolnie popatrzylam co tam jeszcze sie trzyma. Zobaczylam przegnilego pomidora, wyciagnelam reke zeby go zerwac i wyrzucic w lasek i... malo nie wrzasnelam! :D Kto dojrzy, co mnie tak wystraszylo?
Wieczorem siadlam na komputerze i wszystko mi opadlo. Zaczal sie rok szkolny, wiec lepiej rodzicu lap sie za portfel! Bi musiala przyniesc na plywanie $90 na stroj druzyny oraz "senior night", czyli pozegnanie dziewczyn z najstarszego rocznika. Powiedzialam pannie zeby lepiej plywala wszystkie 4 lata, bo jak place za jakies starsze dziewczyny, to chce zeby za dwa lata ktos zaplacil i za nia. :D Dodatkowo, za kazde z Potworkow musze wybulic $125 za udzial w szkolnych sportach, a wisienka na torcie byl mail, ze za 2 tygodnie beda robic szkolne zdjecia. Czyli kolejne $60 na lepka. Nie zapominajmy tez, ze Nik w tym roku nadal gra w zespole, wiec trzeba mu wypozyczyc trabke. To kolejne $220. Az sie boje jaki mi rachunek za karty kredytowe przyjdzie w nastepnym miesiacu. :D
We wtorek moglam pospac troche dluzej bo pracowalam z domu. Wstalam tylko na tyle wczesnie, zeby zawiezc Potworki (oraz sasiadke) do szkoly. Mialo caly dzien padac, ale rano okazalo sie, ze tylko mzy, a przy tym bylo 18 stopni, wiec od biedy mogli jechac na rowerach, tyle ze nie wiedzialam jaka bedzie pogoda po poludniu. Zawiozlam ich wiec i wrocilam do domu. High School zaczyna wczesnie; pierwszy (ostrzegajacy) dzwonek jest o 7:28, a drugi, rozpoczynajacy juz lekcje, o 7:32, a dojechalismy na miejsce gdzies o 7:22, wiec kiedy dotarlam do domu, mialam spokojnie czas na sniadanie i ogarniecie sie zanim zaczne prace. Tego dnia, w koooncu pisalo mi sie troche lepiej, a przynajmniej bylam w stanie w miare sie skupic. Mimo wszystko, skakanie po wlasnych notatkach oraz dwoch innych raportach (zeby poradzic sie co i jak napisac), zajmuje strasznie duzo czasu. Dzieciaki ponownie mialy skrocone lekcje i konczyly juz o 12:08. Skoro bylam w domu, to po nich pojechalam, a potem ruszylismy po obiecane bubble tea oraz ramen. Juz od jakiegos czasu korcilo nas zeby sprobowac tego drugiego, bo tam gdzie kupujemy "herbatki", mozna kupic autentyczne (albo pseudo-autentyczne ;P) danie, a nie zupke w proszku. Zeby nie tracic czasu, zamowienie zlozylam wczesniej, tylko przeliczylam sie jesli chodzi o czas. Pamietajac wczesniejsze lata, gdzie po dzwonku mijalo kilka minut zanim dzieciaki zaczely sie wylaniac ze szkoly, a pozniej trwalo i trwalo zanim twoj potomek wylazl, zamowilam jedzenie na 13. Tymczasem w high school, ponoc na ostatniej lekcji nauczyciele pozwalaja sie pakowac troche wczesniej, w dodatku z dwoch najstarszych rocznikow wiekszosc mlodziezy ma wlasne samochody, z mlodszych sporo idzie na autobusy i w rezultacie do odbioru przez rodzicow nie ma wcale az tak wielu. Dojezdzalismy praktycznie na miejsce, kiedy stwierdzilam, ze mamy prawie pol godziny, wiec Bi wyskoczyla z pomyslem zeby wejsc do sklepu z ciuchami. Mielismy tak sobie polazic i zabic czas, ale okazalo sie, ze panna dorwala sukienke, a kawaler spodenki. :)
Pozniej podjechalismy juz do kafejki, wzielismy zamowienie i popedzilam do chalupy. Zupki okazaly sie tak ogromne, ze swoja wcisnelam tylko cudem i jedzac bardzo pomalu, jednoczesnie pracujac. Potworki mialy o 15 treningi i nie chcieli sie opychac zeby nie bylo im niedobrze, wiec swoich nie dokonczyli.
Myslalam, ze trening Kokusia moga odwolac, bo caly dzien popadywalo, raz mocniej, raz slabiej, ale gdzieee... Zawiozlam ich, tyle ze zaczynali o tej samej porze, a sie nie rozdwoje, wiec Nik dojechal sporo przed czasem, zas Bi sie troche spoznila, bo basen znajduje sie na drugim koncu miasteczka. Po raz kolejny tego dnia, wrocilam do domu i siadlam do raportu. Przyjechal M. i stwierdzil ze jakos tak dziwnie pusto w domu. Tez mialam takie wrazenie caly ranek. :D Polecilam mu zeby pojechal po corke na basen, ja wybieralam sie bowiem na spotkanie dla rodzicow z trenerami biegow przelajowych. Dojechalam do szkoly kiedy akurat grupa przybiegla spowrotem, mokrusienka, bo chwile biegli przez chyba najwieksza ulewe tego dnia. Cale szczescie, ze bylo 20 stopni, wiec raczej nie zmarzli. No i dobrze, ze przywiozlam Kokusiowi sucha bluzke i spodenki, choc o majtasach zapomnialam i potem na tylku i tak spodnie mu przemokly. ;)
Spotkanie mialo trwac okolo 20 minut, tymczasem trenerzy gledzili o pierdolach 40 minut. Nie powiem, to fajni ludzie, tacy z pasja i widac ze lubia mlodziez. Ogolnie, stwierdzam, ze trenerzy wiekszosci szkolnych sportow (przynajmniej ci, ktorych poznalam) sa tacy pozytywni i entuzjastyczni, ze sie to czlowiekowi udziela. ;) Zawodow maja niewiele, bo tylko 4 dla calego zespolu (ponad 60 dzieciakow) i kilka (chyba 3) dla "wybrancow". Pozniej juz etap stanowy, gdzie rok temu zakwalifikowala sie tylko 1 dziewczyna i 2 chlopakow oraz etap Nowej Anglii, do ktorej nie przeszedl nikt. Oczekiwalam raczej, ze dla Kokusia skonczy sie na tych czterech podstawowych, tymczasem powiedzial ze tego dnia mieli mierzone czasy i byl najszybszy z freshmen, czyli najnowszego "nabytku" zespolu. ;) No to zobaczymy. Po powrocie spytalam Bi czy nie chcialaby dolaczyc, bo trenerzy powiedzieli zeby zachecac dziewczyny, maja ich bowiem tylko 11, na 42 chlopakow. :D W zespole sa az 4 kolezanki panny, ale ona jednak nie chce. Wiekszosc wakacji biegala i twierdzila ze lubi, ale teraz oznajmila ze probowala przekonac sama siebie. Woli jednak sprint, a nie maratony po bezdrozach. :D Kokusia chyba zaczyna doganiac zmeczenie, bo stwierdzil ze nie idzie tego dnia na basen, a ze za oknem nadal byla plucha, to wcale mu sie nie dziwilam. Choc sama chetnie posiedzialam na ganku, pod zadaszeniem, bo nadal bylo calkiem cieplo. Mam taka potrzebe swiezego powietrza, bo wiem ze polowe wrzesnia bede sie snula po hotelach, gdzie czesto nie ma gdzie wyjsc i utyka czlowiek w pokoju na cale popoludnie oraz wieczor... A jeszcze, tego dnia przyszly zamowione przeze mnie polki do szafy Kokusia. Mlodszy, nie dosc ze szafe ma malutka, to w dodatku jest w niej tylko jedna, waska polka. Poki byl maly, to bluzki, bluzy oraz spodnie, jakos sie miescily. Teraz jego garderoba jest wielkosci doroslego, wiec to wszystko jest upchniete i zmietoszone. Nie pomaga, ze Nik od jakiegos czasu sam sie rzadzi swoimi ciuchami. ;) Juz od wiosny marudzil ze nie ma ich jak ulozyc bo brak mu miejsca i juz wtedy powiedzialam, ze kupie mu jakies polki. Na to wyskoczyl jednak M., ze moze kupic takie specjalne wieszaki, do tego pare desek i sam skleci mu poleczki. Znacie ten kawal, ze "jak maz powiedzial, ze cos zrobi, to zrobi i nie trzeba mu co pol roku przypominac"? :D Tak to wlasnie wyglada u nas. Nie wspomne, ze nadal mam dziure w suficie w kuchni i nadal kapie tam z laczenia dwoch rurek. Ojciec obiecal synowi polki, ale potem wybieral sie jak sojka za morze, pozniej wyjechalam, wiec mial wymowke, ze wszystko na jego glowie, przeszla reszta wiosny, wakacje... Teraz zbliza sie jesien i pomyslalam, ze za chwile trzeba bedzie wyciagnac grubsze rzeczy, a Nik ma je upchniete na jednej polce i nawet nie wie co tam jest i czy nadal pasuje. Zamowilam wiec na Amazon takie proste, metalowe "cos" i voila! Mlodszy sam to zlozyl w 10 minut i wreszcie moze normalnie rzeczy poukladac.
Tymczasem... malzonek na kamerach zobaczyl Kokusia wyrzucajacego dlugie pudlo i spytal co tam bylo. A kiedy mu powiedzialam... strzelil focha! Bo przeciez on mial mu zrobic polki! :O Mialam na koncu jezyka dosc jadowita riposte, ale sie w niego ugryzlam i westchnelam tylko ciezko, ze odkad wspomnial ze to zrobi, minelo ponad 5 miesiecy, a syn dalej jest bez polek, wiec stwierdzilam, ze szybciej bedzie zamowic cos gotowego... :/
Sroda to ponownie wczesniejsza pobudka bo musialam jechac do biura. Przynajmniej dostalismy pozytywne wiesci, ze w piatek zwalniaja nas 3 godziny wczesniej, z okazji dlugiego weekendu. :) Pogoda byla niepewna, chmurzylo sie i kazda prognoza zapowiadala co innego, wiec zawiozlam Potworki do szkoly. Sasiadka wybrala rower. ;) Z plywaniem Bi jest ten "problem", ze jesli pojedzie rano na rowerze, to pozniej jej pojazd i tak trzeba po poludniu odebrac. Wygodniej jest wiec ja podwiezc. Panna moglaby oczywiscie pojsc piechota, ale ma lenia w tyleczku. :D W robocie, poza mna 3 osoby i niestety nikogo fajnego do pogadania. :( Caly dzien mordowalam sie z raportem i choc w koncu pisanie zaczelo mi isc troche lepiej, to jednak wszystko zajmuje duzo wiecej czasu, niz bym chciala. A jeszcze, w ktoryms momencie na jakis czas rozlaczyl sie internet, co jest dziwne, bo budynek mamy wiekowy i podlaczeni jestesmy kablem, a nie przez wi-fi... Pozniej zas, wylogowalam sie zeby pojsc do lazienki, a kiedy wrocilam nie moglam sie zalogowac. Caly czas pokazywalo ze karta nie ma waznego "chip'a" i koniec. Czasem tak sie robi, ale zwykle wystarczy karte wyjac i ponownie wlozyc i wszystko dziala. Tym razem cudowalam, wygaszalam, wyciagalam i wkladalam karte chyba ze 20 razy i nic. Wreszcie zmuszona bylam zrestartowac kompa, co nie tylko chwile trwalo, ale jeszcze pozamykalo mi wszystkie okienka z materialami potrzebnymi do pisania raportu. :O Przez to wszystko stracilam dobra godzine pisania. Jak na zlosc... :/ Dla rownowagi, kiedy wyszlam zrobic kilka koleczek wokol budynku, kolo mnie przejechalo takie cos:
Pojazd ma maly silniczek, wspomagajacy, ale napedzany jest glownie pedalowaniem. :) Grupy ludzi jezdza sobie od baru do baru, tylko zastanawia mnie, ze byla ledwie godzina 13... :D
Po powrocie do domu, zaczelam pomalu szykowac przyczepe na wyjazd. Sprawdzilam czy mamy mydlo, reczniki papierowe, ile zostalo wody z ostatniego, itd. Przynioslam tez od razu kilka rzeczy. Uswiadomilam sobie niestety, ze musze wstawic pranie, wiec bede musiala poczekac z pakowaniem rzeczy az te poskladam i dzieciaki zobacza co chca spakowac. Zawsze bowiem tlumacze im, ze na kemping powinni pakowac takie gorsze ciuchy, ktorych nie szkoda im zniszczyc. Co prawda teraz juz nie brudza sie az tak jak byli mali, ale nadal Kokusiowi zdarza sie ochlapac blotem przy jezdzie na rowerze, a przy ognisku nieraz strzeli iskra i wypali dziurke w spodniach czy bluzie... Mam pare takich rzeczy, gdzie wiem ze jak gdzies zahacze o galaz i rozerwe, czy kapnie mi cos niespieralnego, to nie bedzie mi szkoda. Ale Potwory, odkad sami sie pakuja, biora ulubione ciuchy, bo jak to okresla Bi, "na kempingu tez chce wygladac ladnie". :D Tak czy siak, reszta wieczoru to juz dla wszystkich prysznice i szykowanie na kolejny dzien kieraciku.
W czwartek pobudka o tej samej porze i szykowanie do roboty. Bi nadal chetna zeby ze mna jezdzic, nawet pomimo ze sasiadka wybrala rower. Nik dzien wczesniej stwierdzil, ze pojedzie sam, bo nie spodobalo mu sie, ze kiedy M. go odebral po treningu, pojechali od razu po Bi, a potem musieli na nia jeszcze chwile poczekac. Stwierdzil ze woli jechac na rowerze i pozniej sam wrocic. Rano jednak okazalo sie, ze pada, a mielismy takie ulewy przechodzace po kilka minut gdzie lalo jak z cebra, potem mzylo, a pozniej znow zaczynalo napierdzielac jak glupie. Chlopak wiec zwatpil i stwierdzil, ze pojedzie samochodem i najwyzej po treningu wroci piechota. Zawiozlam wiec potomstwo, a potem ruszylam do roboty. Na szczescie, zanim dojechalam, przestalo padac. W robocie pustki, ale byla moja wyjazdowa kolezanka, J., wiec mialam z kim pogadac. Jak zaczelysmy nawijac, to niewiadomo kiedy minela godzina. ;) A po poludniu, kiedy cieszylam sie, ze w koooncu widze final pisania raportu, przyszla do mojego kacika i jak zaczela gadac, to znow przegadalysmy 45 minut. W ten sposob raportu nie skonczylam. :D A w ogole, jak w koncu pisalo mi sie calkiem niezle, to co chwila ktos zawracal mi gitare jakimis pierdolami. A to nie wyslalam spisu przepracowanych godzin (taka biurokracja, bo pracujemy zawsze 40 godzin...), a to podsumowania inspekcji. Zazwyczaj osoby z centrum, w zleceniu daja liste pytan, na ktore chcieliby dostac odpowiedz. Tym razem nic nie napisali, wiec uznalam, ze podsumowania nie potrzebuja i beda czekac na oficjalny raport. Taaa... okazalo sie, ze chca podsumowanie, ale zamiast poprosic o nie mnie, napisali prosto do mojego szefa. Dranie. :/ W kazdym razie, dowiedzialam sie, ze po kazdej inspekcji mamy wyslac takie podstawowe informacje, jak dni inspekcji, znalezione nieprawidlowosci, itd. Szkoda tylko, ze szef nie przypomnial mi o tym w zeszlym tygodniu (i tak musze go dodac jako adresata), a nie czekal az centrum sie upomni. :/ W kazdym razie, dzien w pracy zlecial, wrocilam do chalupy i trzeba bylo wrzucic kurs na supermarket, bo kolejnego dnia wyjezdzamy, wiec musialam nas zaopatrzyc w prowiant i na wyjazd i na kolejny tydzien. Chcialam jechac jak najszybciej, ale Potworki zakrzyknely, ze tez chca, a przyjechali z treningow tuz przede mna i akurat jedli obiad wiec musialam na nich poczekac. W rezultacie, zanim zrobilismy zakupy i podjechalismy jeszcze do wypozyczalni po trabke Kokusia, do domu wrocilismy tuz przed 19. To by bylo na tyle z pakowania na kemping, a chcialam chociaz wrzucic do przyczepy ciuchy, ech... Posklaadalam jeszcze pranie z poprzedniego dnia i wstawilam zmywarke, ale co do kempinu to tylko powyjmowalam czesc rzeczy z szafek i ustawilam na blacie zeby latwiej bylo mi pamietac o ich zabraniu. Jutro dzieciaki maja zalozyc do koszulki, ktore otrzymali w ramach utrzymania "ducha" szkoly. Taki normalny t-shirt, nic ekstrawaganckiego, ale panna Bi oznajmila, ze zalozy go tylko jesli zdazy wczesniej obciac na dlugosc oraz dekolt, zeby opadala z jednego ramienia. Modnisia sie znalazla...
Przed nami dlugi weekend; takie nieoficjalne pozegnanie lata i ostatni kemping w tym sezonie, wiec uciekam dzien wczesniej. Papatki! :)









