piątek, 20 listopada 2015

Raz, dwa, trzy, proba mikrofonu...

Jak juz zdecydowalam sie cos napisac, okazuje sie, ze blogger sie na mnie obrazil i pokazuje w Waszych listach, ze najnowszy post byl dwa dni temu. ;)

No wiec sprostowanie. Nowy post wrzucilam jakas godzine temu i znajdziecie go pod obecnym komunikatem. :)

Na rozruch - Wasza ulubiona seria: w tym domu sie gada :)

Czas wrocic. Chyba. ;)

Z blogiem jest tak, ze jak sie w nim "siedzi" regularnie, to jest i motywacja i inspiracja. Ale jak juz pojawi sie przerwa, to kaplica. :)

No, ale jestem.

Chyba. :D

Zaczne od powiedzonek Potworkow, ktore zapisywalam przez ostatnie 3 tygodnie. Niewiele tego, bo i zbytniego nastroju do smiechu nie bylo...


***

Na poczatek - angielszczyzna. Tu zawodzi mnie pamiec, bo Bi nagle zaczela do brata gadac glownie w jez. angielskim. Co ciekawe, do mnie oraz M. mowi po polsku, czasem tylko wymsknie sie jej cos po angielsku. A do brata - odwrotnie! Nie wiem czy jakos jej sie z przedszkolem kojarzy, ze inne dzieci nie rozumieja polskiego? :)

W kazdym razie, Nik ma brzydki zwyczaj siadania z nozkami ulozonymi w literke W, z czym walczymy odkad nauczyl sie samodzielnego siedzenia. Kiedy wiec my zdzieramy sobie gardla, raz za razem powtarzajac: "Nik, wyprostuj nogi, albo usiadz po turecku. Nik, wyprostuj nogi! Nik, po turecku!", Bi tez musi wtracic swoje trzy grosze:

"Kokus, zrob criss-cross, apple sauce!"


***

Bi: "A my dzis w przedszkolu gralismy soccer!"
Mama: "O tak? I jak graliscie?"
Bi: "Rzucalismy pilke i lapalismy i kikalismy!" [od kick = kopac :D]


***

Nik tez nie pozostaje dluzny i ostatnio, kiedy z trudem wybronil sie przed upadkiem z jezdzika, na ktorym wyprawial jakies skomplikowane piruety, westchnal z ulga:

"Phew, that was close!"


***

Teraz juz po polsku. ;)


Nik, po skonczeniu dzikiego wycia (nawet juz nie pamietam o co), z pretensja:

"Mamo, mam klopelki na buzi!"

Nie pytajcie mnie dlaczego sam nie mogl sobie lez obetrzec... :)


***

Nik wsadzil sobie od tylu reke w gacie i zawziecie tam grzebie, stekajac ze zloscia.
Mama: "Nik, wyjmij raczke z majtek. Czego ty tam wlasciwie szukasz?"
Nik: "Boli!"
Mama: "Co cie tam boli?"
Nik: "Dupecka..."


***

Przekrecenia beda sie jeszcze dlugo, dlugo pojawiac. W koncu polski jezyk, trudna jezyk. :D

Nik: "Bibi ublaj sie sybciej!"


***

A czasem klania sie kultura osobista. Wszystkich domownikow, a zwlaszcza tych najstarszych, bo Nik nie wzial sobie tego z powietrza:

"Mama cy ty zglupialas?!"


***

Dla odmiany potrafi tez byc slodziutki niczym miodek:

Nik: "Bibuniu, nie mozes jus spic, ja juz stalem i wypilem moje kakauecko!"


***

Wydawalo by sie, ze nasze dzieci, bedac regularnie w kosciele, sa dosc obeznane ze statuetkami i obrazami swietych oraz niebios. Tymczasem w sklepach nastapil wysyp bozonarodzeniowych slodyczy. Oprocz czekoladowych Mikolajow we wszelkich rozmiarach, sa takze aniolki. Ostatnio Bi przyniosla mi takiego aniolka, pytajac:

"Mamo, a kupisz mi ta wrozke?"


***

Tata: "Musimy wlaczyc swiatlo, bo nie bedziesz nic widzial i wpadniesz na sciane."
Nik: "I lospadniem sie na kawalki!"


***

Teraz bedzie o kobiecej fizjologii. Jak ktos sie brzydzi, niech ominie. ;)

Podczas ostatniego okresu nakapalam niechcacy krwia na dywanik w lazience. Zanim zdazylam wyniesc go do prania, zobaczyla to Bi. Poniewaz nie kryje sie specjalnie z miesiaczka przed dziecmi, Bi cos niecos na ten temat wie. Zobaczywszy plamy na dywaniku i matke zakladajaca podpaske, pyta ze wspolczuciem:

"Twoja sisia nie czuje sie najlepiej?"


***

I to by bylo na tyle. Na zakonczenie fota Potworkow ucinajacych sobie popoludniowa drzemke na nowym narozniku. ;)





Chcialabym zyc w swiecie, gdzie wszystkie dzieci maja mozliwosc takiego spokojnego, bezpiecznego snu...


Robi sie rzewnie zamiast smiesznie, wiec czym predzej uciekam. Milego weekendu!

poniedziałek, 16 listopada 2015

Meldunek

Poniewaz niektore z Was sie o mnie martwia (dzieki Asiu i Martusiu :*), postanowilam napisac kilka slow.

Dziekuje Wam wszystkim i kazdej z osobna za komentarze pod poprzednim postem. Wasze wsparcie naprawde bardzo mi pomoglo. Jestem tez w smutnym szoku, jak wiele z Was dzieli moje przykre doswiadczenie. Wiedzialam juz wczesniej, ze poronienia w pierwszym trymestrze zdarzaja sie bardzo czesto, ale chyba do konca nie zdawalam sobie sprawy jak czesto. Nawet w niewielkiej grupce moich "czytaczek" przydarzylo sie to niemal polowie, statystyki sa wiec przygnebiajace...

Jak sie czuje?

Psychicznie - lepiej. Juz nie poplakuje srednio co pol godziny. Owszem, kilka razy dziennie zazwyczaj zdarzy sie cos, co mi przypomni i lzy staja w oczach, ale jest postep. Najbardziej pomaga oczywiscie obecnosc Potworkow, ale fakt, ze zycie plynie dalej i trzeba isc do pracy, ugotowac obiac oraz zrobic pranie, rowniez pozwala zajac umysl i odgonic smutne mysli. Pomalu dochodze tez do etapu, gdzie zaczynam "cieszyc" sie z tego, ze wszystko skonczylo sie tak wczesnie. Gdyby minelo jeszcze kilka tygodni, gdybym zobaczyla bijace serduszko, raczki, fikajace nozki itd., byloby znacznie ciezej. Zaluje, ze zrobilam ten glupi test. Wolalabym zyc w blogiej nieswiadomosci i wmawiac sobie, ze to byl tylko bardzo opozniony okres...

Fizycznie - w porzadku. Okres sie skonczyl i wbrew moim obawom nie byl ani dluzszy, ani duzo bardziej obfity niz normalnie. Zostal mi tylko maly problem natury medycznej, ale mam nadzieje, ze skonczy sie na niepokoju.

Wszystko to jednak sprawia, ze jakos odrzuca mnie od blogowania... Wchodze, czytam, sprawdzam co u Was, ale na pisanie brak checi...


Od piatku duzo mysle tez o Paryzu. Swiat gwaltownie sie kurczy i jest coraz mniej bezpieczny... Chcialabym moc zabrac dzieci i przeniesc sie na bezludna wyspe gdzies na srodku oceanu. Jak najdalej od reszty tej chorej cywilizacji...


Trzymajcie sie. Jestem pewna, ze niedlugo wroce. W koncu w przyszlym tygodniu Indyk, zaraz potem Milolajki, urodziny Nika oraz Boze Narodzenie. Bedzie o czym pisac, a ja napewno zapragne zachowac te wspomnienia...

Do przeczytania!

niedziela, 8 listopada 2015

Bylo sobie zycie...

We wtorek, 3 listopada zobaczylam na tescie dwie kreski.

Okres spoznial mi sie 3 dni, co nie jest u mnie regula, ale tez zdarza sie od czasu do czasu. Nie mniej dziwne klucie w podbrzuszu, niemozliwy bol piersi i metaliczny posmak nasion slonecznika, sprawily, ze czulam, ze cos sie "swieci". Test tylko potwierdzil moje przypuszczenia.

Nie powiem, ze pierwsza reakcja byla radosc. Nazwalabym to raczej szokiem polaczonym z przerazeniem, pt. Jak my to ogarniemy?!

Po pierwszym szoku przyszlo jednak szczescie.

Bo przeciez zawsze myslelismy o trojce.
Bo patrzac na Nika, niewiadomo kiedy urosl w malego chlopczyka. Trzecie tez niepostrzezenie sie odchowa.
Bo owszem, finansowo bedzie jeszcze ciezej, ale jak cos, ruszy sie oszczednosci. Na szczescie je mamy.

Maz zaczal juz planowac wymiane jednego z aut na wieksze, bo zadne z naszych pojazdow nie pomiesci trojki dzieci w fotelikach czy nawet nakladkach. Zaplanowalismy juz przyszle przemeblowanie pokoi dzieciecych. Juz zaplanowalismy urlop M. i logistyke opieki nad Potworkami kiedy bede w szpitalu. Malzonek planowal poprosic swoich rodzicow o przyjazd i opieke nad niemowlakiem po moim powrocie do pracy, zeby nie musiec oddawac malenstwa do zlobka... Juz wyobrazalismy sobie jak w Swieta oglosimy rodzinie radosna wiadomosc...


Nasze szczescie trwalo 3 dni...

Trzy dni po pozytywnym tescie zaczelam plamic. Dzien pozniej po prostu dostalam okres... Na dzien przed moimi urodzinami. Co za ironia!

I wiem, ze to byla po prostu ciaza biochemiczna, ze sie zdarza i to bardzo czesto.

Ze gdyby nie ewidentne objawy oraz test, nawet nie zauwazylabym, ze bylam w ciazy.
Ze pierwsza moja mysla bylo "o ja pitole!" i to bynajmniej nie z radoscia.
Ze przez te kilka dni przesladowalo mnie poczucie, ze krzywdze Potworki. Ze nie pojade z Bi na narty. Latem nie pojedziemy ani na urlop ani na plaze, bo jak? Z noworodkiem?
Ze nie bede mogla poswiecic Nikowi tyle czasu co Bi na poczatku jego przedszkolnej przygody.
Ze nasze w koncu nieco poukladane zycie znow bedzie wywrocone do gory nogami i trzeba je bedzie porzadkowac od nowa...
Ze malenstwo moze byc chore. W koncu ja juz mlodka nie jestem.

I wiele innych, malo optymistycznych mysli...

I teraz czuje sie winna...

Teraz mi zal...

Zal za tym zyciem, ktore zgaslo zanim tak naprawde zdazylo zaistniec...

poniedziałek, 2 listopada 2015

4-i-pol latka czyli tasiemca przedszkolnego cd. :)

Dzisiaj Bi konczy rowno 4 lata i 6 miesiecy. Czas na specjalny post tylko o niej i dla niej. :)

Moja cudowna duza-mala dziewczynka... Duza, bo wysoka jak na swoj wiek oraz jak sie u nas mowilo - "nabita" i nieraz, kiedy biore ja na rece, stekam z wysilku "Bi, ale z ciebie juz baba", wywolujac tym rzecz jasna wielkie oburzenie. Mimo jednak wygladu sporo starszej panienki, zachowanie Bibusi przypomina mi czesto, ze to jednak jeszcze maly 4-latek. ;)

Najwazniejsza (a przynajmniej najbardziej namacalna) zmiana ostatniego polrocza jest brak pieluchy na noc. Szkoda, ze nie byl to swiadomy wybor Bi, tylko inicjatywa rodzicow... Mala Dama co rano wstawala z pampersem niemal po kolana, ale nie wiedzielismy czy sika w nocy nieswiadomie, czy budzi sie i wiedzac, ze ma pieluche na tylku beztrosko sobie w nia posikuje... Liczylam na to, iz z czasem sama oswiadczy, ze jest juz za duza na pieluchomajtki. Niestety, przeliczylam sie. Moja corka jest wygodna. ;) W koncu jednak stwierdzilismy z M., ze jesli nie sprobujemy, to Bi bedzie spac w pampersie do 6 urodzin, jak nie dluzej. Kupilam podklady na lozko, schowalam ostatnie kilka pieluchomajtek i zaczelismy. Przyznaje, ze pierwsze 2 tygodnie byly brutalne. Bi budzila sie zasikana srednio co drugi dzien. Po przebraniu jej, zmianie przescieradla oraz podkladu, wracalam do swojego lozka kompletnie rozbudzona. W rezultacie przewalalam sie z boku na bok nie mogac zasnac, w dodatku zaczynalo mi burczec w brzuchu, co dodatkowo utrudnialo zasniecie i rano czulam sie jak zombie. ;) O dziwo jednak, po 2 tygodniach Bi zalapala o co w tym chodzi i zaczela wstawac na siusianie. Zeby jeszcze chodzila do lazienki sama, byloby idealnie! ;) Nie ma jednak tak dobrze. Bi budzi mnie za kazdym razem, domagajac sie towarzystwa. Przyznaje jednak, ze takie kilkuminutowe pobudki nie robia juz na mnie wiekszego wrazenia. Obawialam sie, ze stress zwiazany z przedszkolem moze nam popsuc dopiero co osiagniety sukces, ale na szczescie nic sie nie dzialo. A od jakiegos miesiaca, coraz czesciej zdarza sie Bi przespac cala noc, bez siusiania! :)

Efektem ubocznym, choc zaskakujacym wstawania na siku, jest przestanie nawiedzania przez Bi naszego malzenskiego loza. Szczerze, to jestem bardzo zaskoczona, bo spodziewalam sie odwrotnosci. Bylam przygotowana, ze rozbudzona Bi, tym bardziej bedzie wpychac sie do nas. Tymczasem zdarzylo sie to raptem dwukrotnie, przy czym za kazdym razem ostro zaprotestowalismy tlumaczac, ze na naszym lozku nie ma podkladu w razie gdyby sie posikala. Pochlipala przez chwilke, po czym pomaszerowala do siebie. I juz nie przychodzi! Wieksze lozko nadal jednak sie przyda, bo w weekendowe poranki przybiegaja do nas oboje z Nikiem i rozpychaja sie niemilosiernie, klocac sie kto lezy kolo mamy, kto kolo taty, a kto osmiela sie trzymac nogi w poprzek. ;)

Podczas ostatniego polrocza, w Bi obudzila sie dziewczynka. No, moze nie do konca, bo Starsza zawsze byla dziewczeca. Lubi sie stroic, nie da sobie przyciac wlosow, godzinami potrafi przegladac sie w lustrze w nowej sukience, itd. Przy podsumowaniu z okazji 4 urodzin, napisalam jednak, ze nie lubi bawic sie lalkami. I rzeczywiscie nigdy jej one nie ciagnely. Juz chetniej podbierala auta bratu, a lalki kurzyly sie na polce. Az odziedziczylismy po corce znajomego M., domek dla lalek. Zastanawialam sie juz wczesniej czy by takowego Bi nie sprezentowac, ale widzac jej niechec do lalek stwierdzilam, ze beda to pieniadze wyrzucone w bloto. Kiedy jednak kolega M. zaproponowal domek, uznalam, ze czemu nie, w razie czego sie go zwyczajnie wyrzuci i juz. No i prosze jaka niespodzianka. Nagle laleczki Bi zyskaly miejsce do spania i do zabawy, a przy tym sa przebierane, wozone samochodem do "przedszkola" oraz na jazde konna, bo Bi ma przeciez cala "stadnine". ;)

No wlasnie, fascynacja konmi nie ustaje. Bi nadal az piszczy kiedy ubiera na siebie bluzeczke z wizerunkiem jakiegos galopujacego mustanga. Zebra zreszta tez sie nada. ;) A ja naprawde powaznie zaczynam zastanawiac sie nad zapisaniem ja na lekcje jazdy konnej. Niech dziewczyna zobaczy czy stanie sie to jej pasja... Ale to na wiosne. Zima, mam nadzieje, ze uda nam sie poszlifowac Bibusiowa jazde na nartach. Jesli uda mi sie malzonka z domu wyciagnac w snieg oraz mroz... ;)

Co tu jeszcze dodac o 4.5-letniej Bi? Nadal jest koszmarnym niejadkiem. Najchetniej przetrwalaby o rosolku z makaronem i nie daj Boze zeby tam plywala jakas marcheweczka! Przedszkolnego jedzenia nie rusza, ale z tego co sama jej pakuje, tez dobra polowe przynosi z powrotem. :/ Do domu przyjezdza wyglodniala jak wilk, ale oczywiscie na wszystko kreci nosem, ryczac, ze chce zelki...

Odkad poszla do przedszkola, mamy ciagly problem z zachowaniem. Bi zawsze byla charakterna, ale teraz jest po prostu otwarcie nieposluszna i pyskata. Najwiekszy problem zauwazamy jednak w jej relacjach z bratem, bo kiedy Nik odmawia zabawy z nia, Bi potrafi go zlosliwie popchnac lub nawet opluc. Podejrzewam, ze moga to byc zachowania obserwowane w przedszkolu. Tlumaczymy, tlumaczymy i tlumaczymy, ale efekty jak narazie sa mizerne.

No i doszlismy do tematu przedszkola. :) W poprzednim poscie zamierzalam dodac jak Bi sie tam odnajduje po okresie adaptacyjnym, ale juz zabraklo mi czasu (i miejsca). ;)

Okazuje sie, ze Starsza odnajduje sie tam, moze nie swietnie, ale bardzo dobrze! :) Rozpoznaje z imienia inne dzieci, potrafi powiedziec jak nazywa sie ta, czy inna pani (a to nie takie proste, bo posluguja sie nazwiskami), mialam tez okazje sie przekonac, ze sama zagaduje panie i swoja przyjacioleczke. Po angielsku rzecz jasna. Niby oczywista oczywistosc, a matka rozdziawia gebe ze zdziwienia. ;)

Jak pamietacie, pierwsze 3 tygodnie to byl pozegnaniowy hardkor. Wycie, wierzganie i wyszarpywanie sie trzymajacym ja paniom. :O Po tym jednak czasie minelo jak reka odjal, a teraz stwierdzam, ze te 3 tygodnie to jednak nie tak duzo. Oczywiscie, kiedy akurat trwaly, to ciagnely sie jak guma z gaci, ale slyszalam juz historie niczym z horroru, o dzieciach ryczacych kilka miesiecy, a nie tygodni. Z perspektywy czasu oswiadczam wiec, ze adaptacja przeszla relatywnie sprawnie. ;)

Pierwszym czynnikiem, ktory sprawil, ze Bi zaczela sie w przedszkolu odnajdywac bylo znalezienie przyjaciolki.
Kiedy, w czasie tych pierwszych, koszmarnych tygodni wspomnialam z westchnieniem mojej szacownej mamusi, ze Bi tak chciala isc do przedszkola i miec kolezanki, ta zjechala mnie z gory na dol. Oswiadczyla, ze nienawidzi kiedy rodzice tlumacza sie, ze "Ja nie rozumiem dlaczego on(a) tak placze, przeciez tak chcial(a) do dzieci!". Posluchalam sobie, ze to zazwyczaj rodzicom sie wydaje, ze dziecko chce do dzieci, tymczasem przecietny 3-latek wcale nie nawiazuje jeszcze aktywnych kontaktow... No i moze i nieco racji ma, w koncu to ona jest pedagogiem, a nie ja, ale ja za to jestem matka swojej corki. ;) Ktora to corka cale lato dopytywala sie, kiedy idzie do tego przedszkola, bo ona chce miec kolezanki. Nie zapominajmy tez, ze mowa o 4-latce, a dzieci w tym wieku zaczynaja wlasnie pomalu odkrywac zabawy z rowiesnikami. Zreszta, koniec koncow, jak to czesto bywa w "potyczkach" z moja mamusia, wyszlo na moje. Odkad Bi blizej sie zaprzyjaznila z mala Sukri, maszeruje do przedszkola w podskokach. Kiedy pewnego dnia minelysmy mame owej dziewczynki, Bi wiedzac, ze jej kolezanka jest juz w przedszkolu, wyrwala do przodu tak, ze ledwie moglam ja dogonic. :D



Drugim zas czynnikiem, ktory sprawil, ze Bi lubi swoje przedszkole, jest to, ze tam ciagle sie cos dzieje! Jak pisalam ostatnio, ciesze sie, ze nie napisalam podumowania we wrzesniu, bo wrzesien to byl miesiac "na rozruch". Natomiast w pazdzierniku panie porzadnie sie juz rozkrecily z atrakcjami. A wiec w pazdzierniku dzieciaki mialy wycieczke na farme, Jesienny Festiwal oraz Dzien Dyni. W listopadzie ruszyl project zwany "Fun Fridays", gdzie w pierwszy piatek kazdego miesiaca beda organizowane atrakcje w przedszkolu dla calych rodzin. Szkoda, ze przedszkole uparcie nie chce wyjsc naprzeciw pracujacym rodzicom i organizuje je rano. Ja niestety nie moge brac kolejnego ranka wolnego (w listopadzie sa znow dwa "swieta", kiedy przedszkole jest zamkniete, oprocz tego zamykaja wczesniej z okazji Thanksgiving, a dodatkowo Bi ma dentyste, wiec i tak co i rusz bede sie zwalniac i urywac), wiec akurat "Fun Fridays" sobie odpuszcze. Ale zaloze sie, ze dzieciaki beda mialy frajde. Poza tym, z okazji Swieta Dziekczynienia, przedszkole chce zorganizowac dla calych rodzin "Harvest Breakfast" oraz "Harvest Lunch". Tutaj prosza jednak, aby rodzice, ktorzy wezma udzial, wczesniej zadeklarowali czy wybieraja sniadanie czy lunch oraz co ugotuja. :O Ja zamierzam przyjsc na lunch (w ten sposob bede mogla pojsc do pracy na pol dnia) i upiec jakis deser. Ciekawe, ze w liscie z poczatku roku bylo napisane wyraznie, ze na imprezy szkolne nie wolno przynosic domowego jedzenia, a teraz zachecaja do upichcenia jakiejs tradycyjnej potrawy. Ciekawe czy gdybym przyniosla gar bigosu, to ktokolwiek osmielilby sie tego posmakowac? :)
Jesli juz mowa o tradycjach, to z kolei w grudniu wlasnie o nich jest mowa. Kazda rodzina ma sie zadeklarowac, zeby opowiedziec o tradycjach swiatecznych (lub zimowych), kultywowanych w domu. Mozna to zrobic w dowolnej formie. Panie bardzo zachecaja, zeby rodzic, badz ktorys z dziadkow przyszedl i osobiscie opowiedzial o ichnich rodzinnych tradycjach. Ja tam dziekuje, nie mam zamiaru wystepowac przed grupka usmarkanych, zadajacych million pytan przedszkolakow. Mam taka dwojke w domu, wystarczy. :) Zamierzam przygotowac kolaz ze zdjeciami z naszego poprzedniego Bozego Narodzenia (cale szczescie, ze tyle ich pstrykam!).
Jak widzicie w przedszkolu Bi co i rusz cos sie dzieje. To wszystko to plany tylko na najblizsze 2 miesiace, a co bedzie dalej?! Jako rodzic wkurzam sie, bo musze kombinowac z urywaniem sie z pracy, przygotowywaniem wszystkiego, itd. Ale dla dzieciakow musi to byc frajda, kiedy nie dosc, ze ciagle maja jakis wyjatkowy dzien, to jeszcze mama lub tata biora w tym udzial. Ba, nawet cholerne "show and tell" to atrakcja! Wlasnie dzisiejszego ranka Bi zapytala kiedy znow bedzie je miala, bo chciala cos pokazac w klasie. Musialam troche ostudzic jej zapal, bo jakos nadal nie dotarlo do niej, ze nie mozna przyniesc cokolwiek wpadnie nam w rece, tylko zadany jest temat. Swoja droga, ciekawe czy Bi nadal bedzie miala tyle entuzjazmu za kilka lat, kiedy bedzie musiala juz przygotowac sobie przemowe i wystapic przed cala klasa? :)




Tak to wyglada z przedszkolem. Przyjaciolka + ciagle atrakcje = Bi uwielbiajaca swoje "pre-school". :) Codziennie odbieram ja rozesmiana i podekscytowana, ze moze pokazac mi co robili. Najczesciej sa to niezliczone ilosci rysunkow i kolorowanek. ;) Dzieki temu widze tez jak szybko zmienia sie jej styl rysowania. Na przyklad, na tych rysunkach koni:

Znow wgralo sie bokiem... :/


Dzielilo je raptem kilka dni, a roznica jest kolosalna. Na pierwszym, koniki od ludzi rozni wylacznie to, ze konie maja wyraznie 4 nogi z kopytami. Na drugim, postac ma juz bardziej "konski" ksztalt. I nic nie szkodzi, ze tylne nogi wyrastaja mu z ogona. :D Widze tez, ze nauka pisania i literek, na ktora jej rodzona matka tak psioczyla, sprawia jej wielka radosc. ;) Nie tylko pisze swoje imie:

Czasem prawie-poprawnie :)
Innym razem od prawej do lewej i z brakujacym "c" ;)

W czytanych ksiazeczkach rozpoznaje tez litery. Troche zreszta w smieszny sposob. Poniewaz ucza sie ich w przedszkolu glownie na podstawie imion, pokazuje mi np. literke "T" i mowi "O, Thomas!", albo na "S" powie "A tu Sukri!". Powtarzam za kazdym razem, ze "Tak, T jak Thomas, S jak Sukri". Glownie zapamietuje pierwsze litery, ale ostatnio zobaczyla "W" i oswiadczyla, ze tam jest napisane Matthew. ;) Podobnie kiedys zauwazyla literke "i" i potrafila rozpoznac, ze wystepuje ona rowniez w jej imieniu. Takze, dumna jestem, no. ;)

A na koniec bonusik. Obiecalam Wam zdjecie szkolne Bi. Za rada Iwosi, nie bawilam sie w skanowanie, tylko pstryknelam fote zdjeciu, ktore mam w pracy oparte o komputer. ;)



piątek, 30 października 2015

Przedszkole po hamerykancku

Post ten zaczelam pisac duuuzo wczesniej, jakos pod koniec wrzesnia. Zgodnie z wlasnym planem chcialam go bowiem opublikowac po okraglym miesiacu uczeszczania Bi do przedszkola. Po czasie jednak stwierdzam, ze dobrze sie stalo, ze go nie dokonczylam. Wrzesien byl miesiacem adaptacji nie tylko dla Bi, ale tez dla matki oraz dla kadry. Nauczycielki potrzebowaly widocznie tego czasu na otrzasniecie sie z wakacyjnego marazmu i pelne zaangazowanie w organizowane zajecia. A matka po pierszym miesiacu dopiero zaczela wychodzic z solidnego szoku. ;) Gdybym zakonczyla posta we wrzesniu, mysle, ze bylby on pelen jadowitej krytyki i negatywnego nastawienia. Teraz, po praktycznie pelnych 2 miesiacach, bede nieco bardziej obiektywna, chociaz nadal dziwuje sie, oj dziwuje! :D

Wlasnie przeczytalam to co napisalam (zawsze tak robie, a po opublikowaniu nadal znajduje jakies literowki...) I wyszlo mi strasznie sucho i merytorycznie... trudno, jak sie znudzicie, to nie czytajcie do konca. ;)

Na poczatku przyblize Wam nieco tutejszy system, ktory rozni sie dosc sporo od polskiego.

Opieka nad dziecmi dziala w Hameryce bardzo preznie. Chyba nie ma sie co dziwic, skoro jest to kraj powszechnego pracoholizmu, narzuconego zreszta przez system. O tym ostatnim nie bede sie jednak rozwodzic, bo to ma byc post o przedszkolu. ;) W kazdym razie bardzo powszechne sa tutaj prywatne zlobko - przedszkola (tzw. day care), ktore zajmuja sie dziecmi w wieku od 6 tygodni do 5 lat. Dzieciaczki w takich miejscach sa rozdzielane na podstawie rozwoju (np. w osobnej grupie sa dzieci raczkujace, a w osobnej juz chodzace), a od okolo 2 lat, rowniez wieku. Placowki te charakteryzuje ogromna rozpietosc jesli chodzi o proponowane programy rozwoju oraz edukacji dziecka oraz idacej za tym ceny. Ogolnie jednak przyjmuje sie ze kwota poslania dwojki dzieci do takiej instytucji, przekracza miesieczna oplate kredytu za dom. W wiekszych miastach, dla dzieci od 3 lat wzwyz mozna dostac finansowa pomoc na poslanie dziecka do przedszkola, dotyczy to jednak rodzin z ograniczonymi dochodami. Poniewaz ceny "day care" zwalaja z nog, jesli tylko rodzine na to stac, mamy decyduja sie zostac z dzieckiem w domu. Urlop macierzynski trwa tutaj maksymalnie 12-16 tygodni, a wychowawczego nie ma w ogole, wiec w takim wypadku rodzine musi byc stac na przezycie z jednej pensji.

Oprocz wspomnianych zlobko - przedszkoli, sa tu publiczne przedszkola przyjmujace dzieci w wieku 3-4 lat. I to o nich bedzie ten post. Niech Wam sie tylko slowo "publiczne" nie myli z darmowym! :) Takie "publiczne" przedszkole kosztuje tyle samo (albo nieraz i wiecej) niz prywatne "day care". Roznica jest, ze podlega ono juz systemowi szkol w danym miescie. Dlatego tez (nie wiem czy pamietacie), ale zalatwiajac miejsce dla Bi, najezdzilam sie do tutejszego urzedu miasta, a nie placowki przedszkolnej. :)

Z kwestii czysto organizacyjnych. Przedszkole Bi otwarte jest od 7 do 17. Natomiast prywatne zlobko - przedszkola zazwyczaj oferuja opieke w godzinach od 6:30 do 18. Za spoznienia wlepiane sa sowite kary. U nas np. jest to $10 za minute spoznienia! Rozmawialam podczas wycieczki na farme z dwiema innymi mamusiami i okazuje sie, ze ich dzieci, rowniez 4-latki, sa w naszym przedszkolu pierwszy rok. Wczesniej chodzily do prywatnego, wlasnie ze wzgledu na dogodniejsze dla pracujacych rodzicow godziny otwarcia. W tym roku oddaly dzieciaki tutaj z tych samych wzgledow, dla ktorych ja oraz M. zdecydowalismy sie na TO konkretne przedszkole. No wlasnie, czy ja Wam juz kiedys pisalam dlaczego wybralismy to, a nie inne? ;) Chyba nie... Mamy bowiem w odleglosci 10 min od domu jeszcze 2 prywatne przedszkola (day care), zdecydowalismy sie jednak zapisac Bi tutaj. Chodzilo nam bardzo zwyczajnie o to, zeby ulatwic Bi za rok start w szkole. Starsza jest niesmialym "gburkiem" i od obcych dzieci trzyma sie jak najdalej. Chcielismy, zeby w przyszlej klasie miala chociaz kilkoro znajomych "twarzy". Okazuje sie, ze nie tylko my mielismy taki pomysl. ;)
Aha, zarowno w placowkach prywatnych, jak i publicznych, istnieje mozliwosc zapisania dziecka na pol dnia, albo na 2-3 dni w tygodniu. Jest to jednak opcja wylacznie dla rodzicow nie pracujacych, pracujacych z domu, lub zwyczajnie pracujacych w jakims dziwnym systemie. Np. u nas opcja "pol dnia" oznacza 8:30-11:30 rano, albo 12:30-15:30. To tylko 3 godziny! Nie wiem jaki pracujacy, nawet na pol etatu, rodzic ma mozliwosc dostosowania sie do takiego grafiku... :/

No dobrze, zarysowalam Wam z grubsza tutejsza opieke nad dzieciarnia. Jak zas wyglada opieka przedszkolna "od srodka"?

Od razu zaznacze, ze moje spostrzezenia dotycza wylacznie placowki, do ktorej uczeszcza Bi, a ktora porownuje ze wspomnieniami z wlasnych przedszkolnych lat oraz z tym co obserwowalam odwiedzajac we wczesnej mlodosci wlasna matke w pracy. Pare razy, opisujac moje amerykanskie doswiadczenia, spotkalam sie z krytyka i korekta tego o czym pisalam. Zanim zaczne, chce wiec sprostowac, ze opisuje wszystko tak jak JA to widze, w TYM konkretnym miejscu. Dotyczy to tylko i wylacznie publicznego przedszkola w naszym miasteczku i moze sie nie pokrywac (albo byc wrecz sprzeczne) z organizacja zajec przedszkolnych w innych stanach, a nawet innym miasteczku w moim Stanie. Opisuje przedszkole mojej corki, inne mnie nie interesuja. ;)

To co ja nazywam przedszkolem publicznycm [tutaj: pre-school albo pre-K, czyli pre-Kindergarten (Kindergarten = zerowka)], dotyczy grup 3-4-latkow. Mlodsze dzieci nie sa przyjmowane. Dziecko musi miec skonczone 3 lata i byc w pelni odpieluchowane (wyjatkiem sa dzieci specjalnej troski, lub majace zdiagnozowane schorzenia ukladu moczowego). Wiem, ze w wielu placowkach w Polsce, do grup przedszkolnych przyjmowane sa sporo mlodsze maluszki. Warunkiem jest zeby byly odpieluchowane. Nie tutaj. Przepisy scisle reguluja opieke nad dziecmi mlodszymi niz 3 lata (w sensie, ze maja wiecej wymogow oraz ograniczen dla instytucji), dlatego, jak mi to wdziecznie okreslila pani z urzedu miasta, placowki publiczne sie "w to nie bawia". ;) Miedzy innymi dlatego spalil na panewce nasz pomysl, zeby zapisac Potworki do przedszkola razem, w ramach wsparcia psychicznego. Mimo ze we wrzesniu Nik mial 2 lata oraz 9 miesiecy, nie mogl byc przyjety. Musi miec skonczone 3 lata i kropka. Ciekawie odbywa sie to w tutejszych zlobko-przedszkolach (day care). Zaraz po trzecich urodzinach (czesto juz nastepnego dnia), dzieciaki przenoszone sa z grupy 2-latkow, do grupy pre-school, niewazne jaki jest to miesiac w roku.

Co ciekawe, takie scisle granice wiekowe, dotycza tylko i wylacznie przedszkola. Zerowka (kindergarten) zaczyna sie oficjalnie we wrzesniu dla wszystkich dzieci, ktore danego roku koncza, badz juz ukonczyly 5 lat. Zerowka zas podlega juz bez wyjatku systemowi szkol w danej miejscowosci. Nie ma zerowkowych grup przedszkolnych (no prawie, ale o tym nizej). Z ciekawostek, w Stanach (a przynajmniej w Stanie, w ktorym mieszkam) to wlasnie przed zerowka mozna dziecko "odroczyc", nie przed I klasa. Dotyczy to dzieci urodzonych w drugiej polowie roku, ale zarzad kazdej miejscowosci decyduje sam od ktorego miesiaca urodzenia przysluguje dzieciom odroczenie. Czasem jest to lipiec, czasem pazdziernik, czasami grudzien. Jak to jest u nas jeszcze nie wiem, bo rzecz jasna Bi to nie dotyczy. Bede sie za to intensywnie zastanawiac kiedy przyjdzie kolej Nika, bo on, urodzony w grudniu, zaczynalby zerowke majac zaledwie 4 lata, 9 miesiecy... W kazdym razie, dzieci ktorych rodzice uznali, ze nie sa gotowe zeby zaczac Kindergarten, nie moga zostac w przedszkolu (pre-school). Takie dzieciaki ida do tzw. "Early Kindergarten", czyli po prostu "wczesnej zerowki". Moja kolezanka oddala w tym roku do takiej placowki swoich blizniakow, ale mimo wszystko nie wiem dokladnie na czym to zjawisko polega. Z tego co sie orientuje, Early Kindergarten realizuje program zerowki, ale z mniejszym naciskiem? Nie ma tam tez niektorych regul organizacyjnych. Na przyklad, w szkolach popularne jest rozdzielanie blizniat do roznych klas. We "wczesnej zerowce" tego nie ma.
Co zrobie z Nikiem? Jeszcze nie wiem i na szczescie mam prawie 2 lata na dokladne sprawdzenie co i jak oraz podjecie decyzji. ;)

Co uderzylo mnie wiec najbardziej w tutejszym przedszkolu? Po pierwsze, nieco jak dla mnie przesadna dbalosc o bezpieczenstwo dzieciakow, wynikajaca zapewne z uwielbienia tubylcow do pozwow sadowych. ;) O wiekszosci juz chyba wspomnialam. Coz, najwyzej sie powtorze. ;)
Do przedszkola nie mozna przysylac niczego co zawiera chociazby sladowe ilosci orzechow. Domowe wypieki na przedszkolne przyjecia sa zabronione, ale jak dalam Bi muffinke (oczywiscie bez orzechow) na sniadanie to na szczescie nikt sie nie przyczepil. ;) Moj kolega nie mial jednak tyle szczescia. Przyslal synowi batonik z platkow owsianych. Niestety, malutkim druczkiem, pod zalamaniem papierka bylo napisane, ze batonik wyprodukowany zostal w fabryce gdzie przerabiaja rowniez orzechy, ktory to napis kolega przeoczyl. Batonik wyladowal w koszu. ;)
Podobnie, obuwie dziecka ma sie mocno trzymac nogi. Wszelkie klapki badz crocks'y sa zabronione. W razie gdy rodzic sie uprze i jednak dziecku cos takiego zalozy, nie bedzie ono moglo bawic sie na drabinkach oraz zjezdzalniach.
Rowniez prosba o towarzyszenie dziecku na wycieczce miala zapewne na celu zrzucenie odpowiedzialnosci za potomka na barki rodzica. W razie gdybym nie pojechala z Bi, mialam bowiem do podpisania formularz, w ktorym poswiadczam, ze w razie jakiegos wypadku, nie pociagne do odpowiedzialnosci kadry przedszkola. Przyznaje, ze tu sie wkurzylam. Gdyby Bi cos sie na wycieczce stalo, wynikaloby to tylko i wylacznie z niedopilnowania. A w takim wypadku, kto jest odpowiedzialny? Przeciez nie 4-letnia dziewczynka, nie zdajaca sobie jeszcze sprawy z konsekwencji niektorych wybrykow?!

To tyle, jesli chodzi o zabezpieczanie przez przedszkole wlasnego tylka. ;) Poza tym dostaje tygodniowo caly stos formularzy na zgode na to czy na tamto. Przykladowo, w pazdzierniku dostalam pismo, w ktorym wypisane byly typowe, halloweenowe zabawy, jak wycinanie dyni, opowiadanie (niestrasznych) historyjek, przebieranie, itd. Mialam zaznaczyc wszystkie zabawy, na ktore sie zgadzam. Przy tym zaznaczone bylo, ze w razie jesli jedno dziecko nie moze w czyms brac udzialu, zabawy tej nie bedzie w ogole. Tu przypomnialo mi sie, jak kiedys moja mama zostala poinstruowana przez rodzicow - swiatkow Jehowy, ze nie zycza sobie, zeby ich syn kolorowal obrazki z Mikolajem czy choinka. Oczywiscie mama obiecala, ze nie bedzie, ale potem mowila, ze tak jej bylo tego chlopca zal, bo jak wytlumaczyc 3-latkowi, ze nie wolno mu czegos, co robi cala reszta? W koncu maly dostal jednak obrazek do pokolorowania, a rodzice jakos to przelkneli. ;)
Ciekawe jak to bedzie u Bi w grudniu? Zaloze sie, ze bede musiala zaznaczyc jakiego jestesmy wyznania i podpisac pozwolenie, zeby moje dziecko uczylo sie np. o takim Hanukah. :D

Kiedy pierwszy raz przekroczylam prog przedszkolnych salek, najbardziej zaskoczyla mnie niewielka ilosc stolikow przeznaczonych do jedzenia posilkow. W kazdej sali jest doslownie 1-2! Zastanowilo mnie jak te dzieci maja wspolnie zjesc posilek, czy razem brac udzial w zajeciach? Na pytanie co do "wspolnego" jedzenia predziutko dostalam odpowiedz, kiedy przyszlam odebrac Bi w porze posilku. Przy stolikach siedzialo tylko kilkoro dzieci, reszta biegala jak szalona po salce. ;) To tyle z mojej nadziei, ze Bi zacznie jesc przedszkolne posilki, bo zadziala instynkt stadny i bedzie nasladowac reszte dzieci. :/

Z brakiem stolikow wiaze sie kolejna rzecz, ktora ciezko mi bylo przegryzc. Mianowicie ograniczenie grupowych projektow. Mam przed oczami przedszkole mojej mamy, gdzie wszystkie dzieci siedzialy przy stolikach i pieczolowicie wyklejaly kazde swoj obrazek. Coz, tu tego nie uswiadczymy. Tutaj wokol sali ustawione sa tzw. "centers", przystosowane do roznych aktywnosci. I tak mamy kacik z ksiazeczkami, kacik z drewnianymi klockami, kacik do malowania, kacik do rozwoju integracji sensorycznej, z piaskiem, pianka do golenia i tym podobnymi. Pewnie jeszcze kilka takich "centrow" by sie znalazlo, ale pamiec juz mnie zawiodla. ;) Przy okazji wyjasnilo sie, dlaczego w tutejszym przedszkolu potrzeba az 4-5 nauczycielek na grupe. Podejrzewam, ze powodow jest wiecej, ale juz na pierwszy rzut oka widac, ze poniewaz w kazdym kaciku moze sie bawic maksymalnie 3-4 dzieci, potrzeba jest wiecej pan na ogarniecie malolatow rozrzuconych po calej sali. W salce Bi jest dodatkowe utrudnienie w postaci braku lazienki. Kiedy ktores z dzieci musi isc za potrzeba, jedna z pan porzuca swoje zajecia i maszeruje z nim(nia) przez korytarz, do drugiej sali. Sprawa z tymi "centrami" wyglada dla mnie dosc podejrzanie. Mysle, ze w ciagu dnia trwa "rotacja" dzieci miedzy roznymi kacikami, ale jak upewnic sie, ze kazde ma mozliwosc skorzystania z kazdego? Przy kilkunastu malolatach oraz kilku paniach, latwo sie pogubic. Sadzac z ilosci rysunkow przynoszonych przez Bi do domu, moja corka spedza wiekszosc dnia rysujac. :)

Czas, kiedy dzieci maja zajecia jako cala grupa, nazywa sie (niespodzianka!) "group time"! :) Wtedy wszystkie dzieciaki staja razem na dywaniku i spiewaja piosenki z dodana choreografia, siadaja i sluchaja czytanych ksiazek albo ucza sie wierszykow lub prostej matematyki. Z tym dywanikiem to ciekawa sprawa, bo jest on w ksztalty geometryczne. Na szafce obok sa zas karteczki z imionami dzieci, a obok przypisane im ksztalty. Sa one regularnie przestawiane. Na poczatku czasu grupowego kazde dziecko musi znalezc przypisany sobie ksztalt. Calkiem ciekawa metoda, zeby dzieci nauczyly sie wizualnie rozpoznawac i swoje imie i ksztalty geometryczne. :)

Dziwnym dla mnie "tworem" jest cos, nazywane "food exposure". Zamiast normalnie posadzic dzieci przy stolach w tym samym czasie i zaserwowac im zwyczajne zarcie, kombinuja. :/ W kazdy czwartek dzieci mialy miec przedstawiony jakis nowy "smak", ktory potem mial byc wlaczany w tygodniowe menu. Oczywiscie musialam wypisac zaswiadczenie, ze sie zgadzam oraz ze moje dziecko nie ma zadnych alergii pokarmowych. Swoja droga jestem ciekawa czy nadal to kontynuuja, bo podpisalam pozwolenie i zapadla na ten temat cisza w eterze. Ciekawa tez jestem jak Bi reaguje na nowe propozycje kulinarne, bo u nas w domu, to raczej Nik chetniej probuje nowych rzeczy. ;)

Bardzo nie podoba mi sie tez wychodzenie na dwor zaledwie dwa razy dziennie po pol godziny. Tak, dobrze przeczytalyscie! Dwa razy po pol godziny! To wszystko! Pamietam, ze w Polsce (nie wiem co prawda jak jest teraz) przedszkolaki, jesli tylko pogoda pozwalala, spedzaly na swiezym powietrzu cale ranki, a potem jeszcze spora czesc popoludnia! No dobrze, z tego co matka mi opowiadala, to nauczycielki robily to zwyczajnie, zeby sie naplotkowac do woli, ale przymykam na to oko. ;) Dla malych dzieci nie ma nic zdrowszego niz ruch na swiezym powietrzu i nie moge uwierzyc, ze jest on tak drastycznie ograniczany. Nic dziwnego, ze Hameryka zmaga sie z plaga otylosci wsrod dzieci. :(

Najbardziej jednak wkurzajacym dla mnie, osobiscie, zwyczajem jest, tam ta ra ram, "show and tell". Slyszalam juz o tym wczesniej, ale myslalam, ze praktykowane jest dopiero w szkole. Polega ono na przyniesieniu do szkoly zadanego przedmiotu/ rysunku/ ksiazki, itd. i opowiedzeniu o tym na forum klasy. Uwazalam to za swietne cwiczenie smialosci u dziecka, bo wiadomo, ze kiedy regularnie staje sie i przemawia na srodku klasy, z czasem przestaje to byc az tak paralizujace. Wydaje mi sie, ze potem nawet w innych, poza szkolnych sytuacjach, dziecko ma wiecej smialosci, zeby wypowiedziec swoje zdanie. Nadal zreszta tak uwazam, tylko, ze obecnie zostalam brutalnie postawiona twarza w twarz z przedszkolna wersja tego nobliwego zadania.
Na czym ona polega? Poniewaz mowa o 3-4latkach, ktore czesto nie maja jeszcze dobrze rozbudowanego slownictwa, nie ma mowy o publicznej przemowie. Co najwyzej, dzieci moga okreslic co przyniosly. Na tym to bowiem polega w przedszkolu. Na przyniesieniu "czegos". Czasem jest to kolorowy lisc do jesiennej dekoracji, czasem cos w ulubionym kolorze, innym razem cos w ulubionym ksztalcie, lub zaczynajace sie na okreslona literke. No, macie mniej wiecej obraz. :) Pal szesc kolorowy lisc. Tyle ich teraz lezy, ze wystarczylo podniesc pierwszy lepszy. Ale reszta? probuje za kazdym razem angazowac w poszukiwania Bi, ale zapomnij! Po 5 minutach traci zapal... A poza szybko ulatniajacym sie zapalem, mamy inny problem. Ostatnio Bi miala przyniesc cos, co zaczynalo sie na literke "P". Po przewaleniu wielkiego pudla z zabawkami oraz przekopaniu szuflady, wygrzebalam plastikowa gruszke oraz olowek. Okazalo sie jednak, ze Bi nie zna ani slowa "pear" ani "pencil"! Caly wieczor cwiczylysmy wiec dodatkowo nowe slowka... :D
Moze sie juz domyslacie, co doprowadza mnie do szewskiej pasji? A to, ze Bi ma to cholerne "show and tell" w kazda srode, na kazde ma przyniesc cos innego i to oczywiscie JA musze pilnowac listy, szukac po domu czegos co sie nadaje, zapakowac, a potem w przedszkolu wyciagnac i dac paniom (raz zostawilam w plecaku, przykazawszy Bi, zeby potem wyjela, to oczywiscie zapomniala :/). W liscie na poczatku roku panie napisaly, ze to jakby pierwsza praca domowa naszych dzieci. Taaa... To jest praca domowa dla rodzicow! Jakbym malo miala terminow do ogarniecia i zapamietania, mam jeszcze to dziadostwo! :/

Tak jak bylo mowione od poczatku, duzo czasu poswiecane jest nauce przez dzieci literek. Przyznaje jednak, ze jak na poczatku bylam do tego pomyslu nastawiona bardzo negatywnie, teraz widze, ze robione jest to w niezbyt nachalny sposob. Glownie, panie koncentruja sie na imieniu kazdego dziecka. Dzieciaki ucza sie nie tylko je rozpoznawac, ale i pisac.
Jak wyglada to w praktyce?

Dzieciaki ukladaja "imienne" puzzle. Np. takie:


Nie mam pojecia dlaczego zdjecie "wskoczylo" bokiem... :/

Niemal kazdy rysunek jest rowniez przez dzieci podpisywany. Na poczatku wygladalo to tak, ze panie pisaly jasnym markerem imie (nie wiem czy widac to na ponizszej focie), a dziecko odrysowywalo je po liniach.


Jak widac, moja corka ma na imie "Bianeo". :D

Teraz dzieciaki (a przynajmniej moja) pisza juz imiona samodzielnie.
Oczywiscie w domu mam okazje podziwiac wylacznie efekty cwiczenia pisowni imienia, ale podejrzewam, ze takiego "odpisywania" maja w przedszkolu duzo wiecej. pewnego bowiem dnia, kiedy rozmawialam na Skype z siorka badz rodzicielka, Bi siedziala mi na kolanach i nawet nie zauwazylam co tam smaruje dlugopisem po kartce. A ona w tym czasie odpisala jeden z zaznaczonych przeze mnie klawiszy w klawiaturze!

I znow cholerne zdjecie jest bokiem, a w kompie mam je poziomo! :/

Nieco koslawo, a ostatnia literka wyglada raczej jak "a" zamiast "d", ale wydaje mi sie, ze i tak niezle jak na 4-latka, ktory wczesniej w ogole nie cwiczyl pisania. ;) Szok, szczegolnie, ze to bylo na poczatku pazdziernika, czyli po zaledwie miesiacu chodzenia do przedszkola!

Mialam tez dopisac jak ogolnie Bi odnajduje sie w przedszkolnej rzeczywistosci, ale to juz nastepnym razem, bo znow wyszedl mi tasiemiec i to nudny. ;)

I widzicie? Jednak udalo mi sie opublikowac dwa posty w tym tygodniu, chociaz malo brakowaloby, a bym sie nie wyrobila! :D

Milego weekendu!

wtorek, 27 października 2015

Z serii: w tym domu sie gada + troche gadu-gadu od matki + powrot w wielkim stylu :)

Hej, hej, czesc i czolem!

W tym tygodniu istnieje spora szansa, ze pojawie sie tutaj wiecej niz raz! Co prawda papierzyska nieco strasza swoja iloscia, ale szefunia wywialo na jakas konferencyje, wiec nikt (no, oprocz kolegi z biura, ktory na szczescie jest raczej nieszkodliwy :D) nie patrzy mi na rece. Moze w koncu dokoncze zaczety prawie miesiac temu post na temat hamerykanckiego przedszkola? Troche zmotywowal mnie wczorajszy post Asi (kto ma dostep, ten wie o kim mowa).
Kto wie, kto wie... :)


Po krotkim wstepie, lecimy z tym koksem, eee... postem! Tak, jak instruuje tytul, zacznijmy od mlodszych gadul, czyli Waszej ulubionej serii. :) Czy kogos dziwi, ze jakies 80% tekstow nalezy do Nika? Bo mnie ani troche! :D

***

Na poczatek kilka przekrecen. Jakos nie mam wystarczajaco muzykalnego ucha, zeby ich wiele wylapac, albo po prostu znam jezyk moich dzieci na tyle, ze dla mnie brzmia oni poprawnie? Cos tam wysluchalam, ale musicie mi uwierzyc na slowo, ze jest tego duzo, duzo wiecej:

skaknolem - skoczylem
pisam - pisze
po cisaku - po cichu
materaNc - materac
"Wypierzyly sie moje skalpetki?"

Wszystko powyzsze jest autorstwa Kokusia oczywiscie. :)


***

"Tomek" nadal stanowi dla Nika wazna inspiracje. Po wejsciu do auta, czesto komenderuje:

"Puscaj pale w tloki!"


***

Matka ostatnio dala rodzicielska plame. Kiedys mianowicie obiecywalam sobie, ze bede uwaznie sluchac moich dzieci zawsze, kiedy tego potrzebuja. Gadulstwo Nika czesto mnie jednak przerasta. Nie tylko czasem zwyczajnie przestaje sluchac jego nieustajacego szczebiotu, ale nieraz blagam, zeby choc na chwilke zamkal buzie. ;)
Ostatnio jechalam z nim autem. Nikowi rzecz jasna gebula ani na moment sie nie zamykala. Komentowal kazda mijana osobe, krzak czy dom. Po chwili odruchowo sie "wylaczylam", zaglebilam w myslach, a monolog synka dochodzil do mnie jako "bialy szum" z tylnego siedzenia. Moje rozmyslania nagle zostaly przerwane, pytaniem Kokusia:

"Mamo! Fajna byla ta bajecka?"

Ale wtopa! :D No coz, z "bajeczki" nie uslyszalam ani slowka, ale przeciez sie nie przyznam! Trzeba bylo sciemniac, ze swietna, super i w ogole... :D


***

Jezyk angielski regularnie wkrada sie w kokousiowe slownictwo:

Rozkladajac miarke tatusia: "Higher, higher!"


Potwory bawia sie w chowanego. Po policzeniu do 10, zamiast zawolac cos w stylu "Szukam!", oboje zaadaptowali wyrazenie angielskie, chociaz w dwoch nieco roznych wersjach. :)

Wersja Bi (poprawna): "Ready or not, here I come!"
Wersja Nika (nie-do-konca poprawna): "Here I come, here you go!"


Do niedawna krokodyl byl dla Nika klokodylem. Od jakiegos czasu jednak angielski crocodile zaczal wypierac polskie slowko. Niestety wymowa tego ostatniego, nieco przerasta kokusiowe mozliwosci. Biega wiec za mna po domu, klapiac zlowrogo zebiszczami i wolajac:

"Jestem klokodajder!!!".


Nik: "Nambel uan, nambel uan!" (sorki za ta pokraczna fonetyke...)
Mama: "A kto jest number one???"
Nik: "To taka cyfelka..."


***

Bi nie moze sie doczekac konca mszy. Szarpie mnie za rekaw, glosno szepczac:

Bi: "A kiedy idziemy?"
Mama: "Za chwilke."
Bi: "Zaraz?"
Mama: "Nie, nie zaraz, za CHWILE."
Bi: "Za chwile, a potem zaraz?"

Jak sie przyjrzec, to nawet calkiem logiczne. :)


***

Poludnie. Nik oblal sie zupa.

Mama: "Chodz, przebiore ci bluzeczke."
Nik: "Ale sibko, bo zapadnie noc!"


***

Niko przylatuje z rykiem.

Nik: "Mama, ona mi dokucia!"
Mama: "Bi ci dokucza? Ale jak? Co ona robi?"
Nik: "Ona ucieka i mi dokucia!"
Mama: "Ucieka i co jeszcze robi? Jak jeszcze ci dokucza?"
Nik: "Tak... Sibko! Sibko mi dokucia!"


***

Nik widzi w polskim sklepie wystawke ze zniczami i rzecz jasna ma caly zestaw pytan.

Niektore ze zniczy sa zapalone.
Nik: "Ktos ma ulodziny?"

Niektore znicze maja bialy wosk.
"To jest mleko?"


***

Mama: "Pamietaj, masz ubrane majteczki, a nie pieluche. Jak bedziesz chcial siusiu albo kupe, to wolaj!"
Nik (luzacko): "Dobze mamo, jak sobie chces."


***

Bi opisuje swoj obrazek:

"To mama, to Bibi, a to Kokus."
Mama (ktorej nie zgadza sie rachunek): "A tata?"
Bi: "A tatus jest jeszcze malutki, w brzuszku mamy"

I tak sie dowiedzialam, ze urodzilam wlasnego meza! :)


***

Jedziemy autem. Bi jeczy, ze chce jej sie pic, a matka - sklerotyczka zapomniala wziac niekapkow. Tlumaczymy, ze mama zapomniala, ze za 5 min. bedziemy w domu, to sie napije. Potwor Starszy sie jednak latwo nie poddaje.

Bi (do ojca): "A masz tu jakis kubeczek albo zlewik?"
Ojciec (rozbawiony, podpuszcza dziecko): "Zlewik? Oooo taaak, mam zlew w aucie... Przed toba, przy twoich nogach, widzisz?"
Bi (oburzona): "Tu nie ma zadnego zlewa!"


***

Nik przewrocil sie i jeczy, ze cos go boli. Siostra dopytuje o szczegoly.

"Noga cie boli? Glowa cie boli? A twoja reka? A twoje toes'y?"


***

Dobra, gadulstwo milusinskich zareportowane, teraz pora na starsza gadule. Ale nie martwcie sie, postaram sie nie stworzyc kolejnego tasiemca. Moze mi sie uda. ;)

Tak wlasciwie, to nie za bardzo jest o czym pisac. Nadal czekamy na nowe lozko. Wedlug sprzedawcy, jeszcze nawet go nie wyslali. Ja nie wiem, czy oni zaczynaja je konstruowac dopiero w razie otrzymania zamowienia? Tylko tak moge sobie wytlumaczyc 3-tygodniowy poslizg... ;)

Po niemal miesiacu czekania, przyszly w koncu szkolne zdjecia Bi. Nie wiem jakich fotograf uzyl trikow, bo Starsza wtedy jeszcze przeciez w przedszkolu ryczala, ale fotka wyszla przeslicznie. Musze ja jakos zeskanowac i Wam pokazac. :)
Jedyne zastrzezenie to takie, ze nie dalo sie kupic po prostu, powiedzmy, 3-4 odbitek. Trzeba bylo zamowic caly pakiet. Mam wiec 2 piekne, wieksze zdjecia portretowe. Jedno chce oprawic i powiesic. Drugie sprezentujemy dziadkowi na gwiazdke. Mam tez dwa zdjecia wielkosci standardowych fotek, ale z tych mniejszych (nie pamietam wymiarow). Te poleca do babci z Gdyni oraz dziadkow z Zakopanego. Mam tez 8 zdjec malutkich, troche wiekszych niz paszportowe. Jedno wzielam sobie do pracy i oparlam o ekran kompa. Z reszta nie wiem co robic. Moze rozesle po dalszych krewnych. ;) Mam jednak rowniez 8 zdjec paszportowych i te chyba beda lezec w szafce i sie kurzyc. Jedno wsadzilam sobie do portfela, skoro juz je mam. Reszta jest zupelnie bez sensu moim zdaniem...

Pogode mamy tak w kratke, ze glowa boli (doslownie, bo matka-meteopatka kiepsko to znosi :D). Dzis rano bylo 0 stopni, ubralam Potworkom zimowe kurtki i spedzilam 10 minut szukajac rekawiczek Bi. W przedszkolu wychodza na dwor bardzo wczesnie bo okolo 9 rano i Starsza skarzyla sie, ze marzna jej lapki. Co bylo robic. Wywalilam z szafy wszystkie akcesoria zimowe i dokopalam sie w koncu do rekawiczek. Oczywiscie zobaczywszy to, Nik rozpoczal jeki, ze on tez chce (no jakzeby inaczej!), ale na szczescie przezornie odlozylam je wczesniej na bok. O te cholerne rekawiczki mialam potem awanture, bo Nik zdjal je w aucie, ale dojechawszy do p. Marysi zaczal wyc, ze chce je nalozyc. Poniewaz od auta, do domu opiekunki mamy doslownie 15 krokow, olalam tupiaca - nogami oraz ryczaca marude i poszlam do drzwi. Oczywiscie rozwscieczylam tym Nika nie na zarty. O spokojnym rozebraniu nie bylo mowy, bo prezyl sie i wierzgal odnozami, caly czas donownie wyjac. ;) Reszty szczegolow Wam oszczedze, bo te z Was, ktore maja na stanie trzylatkow, same moga to sobie wyobrazic. A jesli Wasze dzieci to grzeczne, ulozone aniolki, to ja nie chce tego dzisiaj sluchac (czytac). :D

Z tego wszystkiego zapomnialam zostawic u opiekunki lunchbox'y Nika. Zauwazylam to pod przedszkolem Bi (dobrze, ze nie pod moja praca...) i najchetniej ugryzlabym sie w doope ze zlosci! :/

A! Mialo byc o pogodzie... Ze niby taka zmienna. Jutro mamy miec 16 stopni i deszcz, a pojutrze 22 stopnie i burze! Moja glowa na bank tego nie wytrzyma! Pozniej powrot do 13-14 stopni oraz przymrozkow, a w przyszlym tygodniu, mimo kalendarzowego listopada, ponownie 18 stopni! Szkoda, ze w nadchodzacy weekend i my zmieniamy czas. Chetnie pokorzystalabym z Potworami z takiej pieknej aury, ale o 17, kiedy zwykle dojezdzamy do domu, bedzie sie juz niestety sciemniac. :/

Zdrowie (odpukac!) jako tako. Matka i ojciec sie trzymaja, Bi rowniez. I oby tak chwilowo zostalo, bo lada dzien pewnie dostane ponaglenie z przedszkola, zeby Starsza zaszczepic przeciw grypie. Chcialabym juz to zrobic i miec z glowy. Niestety, Nik nadal pokasluje i ma przytkany nos. Chce wiec kilka dni odczekac, zeby sie upewnic, ze Bi nie podlapala wirusa od brata...

Poza tym, intensywnie zastanawiam sie nad zmiana szablonu bloga. Juz zreszta od baaardzo dlugiego czasu. Aktualny mam od samiutkiego poczatku, a lada moment stuknie mi 3.5 roku blogowania. Solidnie mi sie juz opatrzyl... Kochana Noelka (:*) podeslala mi linki do darmowych szablonow i w wolnych chwilach je przegladam, ale Jesssuuu, to idzie w tysiace! Narazie nie moge trafic na nic, co by mnie naprawde zachwycilo, ale przeciez kiedys znajde. Prawda? ;)

To prawie wszystko co mialam do napisania. Jeszcze tylko musze wytlumaczyc o co chodzi z tym powrotem w "wielkim" stylu. Nie chodzi absolutnie o wiecej niz jednego posta na tydzien, bo to sie raczej przez jakis czas nie powtorzy (jesli w ogole dojdzie do skutku). ;)

Otoz, w koncu bede mogla znow zamieszczac zdjecia na blogu, jupijajej! Wiecie, ze mnie jest technologiczna ciota, a przy tym latwo sie zniechecam. Moj laptok wrocil z naprawy juz jakis czas temu, ale "czysciutki" bez jednego pliku. Dotychczas, kiedy wladowywalam na niego foty z telefonu (po aparat siegam niezmiernie rzadko), po prostu go podlaczalam i program robil juz reszte za mnie. Teraz jednak, kiedy podlaczylam komorke, laptok chcial od nowa zaladowac sobie wszystkie foty! Hola, hola! Jakby tak pobral znow ponad 1000 zdjec, zaloze sie, ze ponwnie "zmulil" by sie dokumentnie i bylabym w punkcie sprzed naprawy... Oczywiscie, jak to ja, zniechecilam sie i poddalam bez zglebienia problemu. I tak minelo pare tygodni, a brak fot na blogu gniotl mnie i uwieral jak za male sandaly. ;)
W koncu wczoraj nie wytrzymalam i ponownie podloczylam srajfona do laptoka. Wylaczylam automatyczne pobieranie plikow, za to zaczelam czytac i klikac. Bingo! Da sie! Bede musiala co prawda zgrywac zdjecia recznie, ale naraz nie ma ich zwykle zbyt wiele, dam rade.

Czyli jak zwykle nowoczesna technologia mnie przerosla, ale udalo sie ja obejsc. :D

Zeby nie byc goloslownym. Potworki witaja jesiennie. :)