piątek, 2 października 2026

Powroty bez oddechu ;)

Sobote, 26 wrzesnia, zaczelam wczesnie, bo juz o 5:30. Niestety, bylam srednio przytomna, bo w piatek do hotelu przybylo mnostwo nowych gosci, wiec gdzie w tygodniu bylo raczej cicho i spokojnie, teraz zaczal tetnic zyciem. Caly wieczor co chwila ktos przelazil korytarzem glosno gadajac, a nade mna mieli chyba male dziecko, bo slychac bylo szybki tupot stop, jakby ktos biegal po pokoju. Niestety, noc przyniosla niewielka poprawe. Po korytarzu nadal lazily pielgrzymki, ktos lomotal w drzwi, ktos inny poszedl do maszyny z lodem (a to potwornie glosne ustrojstwo), zas wisienka na torcie byla jakas para uprawiajaca milosc. Zaczynam podejrzewac, ze ludzie bzykajacy sie w hotelach robia to najglosniej jak sie da, celowo. Logicznie bowiem jest pomyslec, ze kurcze, mam naokolo kupe ludzi, to moze wypadaloby byc dyskretnym. Dodatkowo, do cholery, ile moze trwac jedna akcja?! To juz zaczynalo byc jak w pornolu, kiedy baba steka i pokrzykuje 15, 20, 30 minut! Nie wiem ile normalnych par tyle czasu wytrzymuje kopulacje bez szczytowania, tymczasem w hotelach zawsze ci ludzie lomocza sie w nieskonczonosc. :/ Byl srodek nocy i naprawde korcilo mnie zeby zadzwonic na recepcje, bo wiedzialam ze przede mna wczesna pobudka i dluga droga w kiepskich warunkach. No ale jakos zacisnelam zeby i przeczekalam harce. Tuz przed budzikiem zbudzilo mnie trzasniecie drzwi, bowiem moja wlasna kolezanka miala Ubera na lotnisko zamowionego juz na 5:30. :O Zwloklam sie z lozka, umylam, dopakowalam reszte rzeczy i zjadlam na sniadanie resztki zarelka z calego tygodnia. W soboty sniadanie zaczynalo sie dopiero o 7, wiec je sobie odpuscilam, bo nie chcialam wyjezdzac przed 8. Zaparzylam sobie jeszcze kawe na droge, wymeldowalam sie z hotelu i jeszcze przed siodma wladowalam walizki do auta i ruszylam. Poczatkowo bylo sucho i miejscami przebijalo nawet wschodzace slonce, ale nie minela nawet godzina, a zaczelo padac. I tak padalo, raz mocniej, raz lzej, z tylko krotkimi przerwami, az do samego domu. Oczywiscie na autostradzie widocznosc byla tragiczna, bo nawet kiedy przestawalo lub troche odpuszczalo, rozbryzg wody spod kol sprawial, ze wycieraczki nie nadazaly. Kiedy padalo mocniej, cala autostrada zwalniala do slimaczego tempa, bo ledwie bylo widac auta przed toba, a pasy "znikaly". Musze jednak przyznac, ze polaczenie paskudnej pogody, wczesnej godziny oraz soboty, sprawilo, ze ruch byl niewielki i zupelnie nie bylo korkow. Obawialam sie, ze przy takiej pogodzie beda poslizgi i wypadki, a tu nic.

Ja jechalam, a Nik wysylal mi zdjecia kiciula owinietego kolderka, bo ten zdecydowal sie przywitac do w lozku ;) 

Zrobilam sobie krociutka przerwe na toalete oraz kupienie kawy ponownie w New Jersey, mniej wiecej w polowie drogi, a pozniej stanelam juz prawie na wysokosci mojej miejscowosci, zeby zatankowac. Dopiero tu odczulam zmeczenie. Dystrybutor nie wydrukowal mi rachunku i musialam pojsc po niego do srodka. Idac czulam lekkie zawroty glowy, choc to moze tez przez to, ze poza kawa, wypilam tylko 1/3 butelki wody. Pozniej pojechalam kolejne 15 minut do biura, zeby wreszcie pozbyc sie sluzbowej fury. Oczywiscie namordowalam sie z drzwiami, bo nie chcialy odczytac mojej karty, a w weekendy nie ma straznikow zeby mnie wpuscili. Na szczescie w koncu zalapaly, a juz mialam wizje, ze musze wracac autem spowrotem do domu. ;) Wpisalam w formularz koncowy przebieg, wyladowalam walizki oraz plecak i z ulga pozegnalam auto, przynajmniej na jakis czas. Mialam szczescie, bo M. (ktoremu dalam znac jak bylam na stacji benzynowej) przyjechal doslownie dwie minuty po mnie, wiec nie musialam czekac. Zreszta i tak stalam w srodku, bo caly czas padalo. Do domu dotarlam wiec niemal rowno o 13 i nie moglam uwierzyc, ze jeszcze tego ranka pilam herbatke w hotelu. ;) Rozczarowal mnie pies, bo wiem, ze jest gluchawa i mogla mnie nie slyszec, wiec to ja podeszlam do niej, zeby sie przywitac. A pies machnal ogonem, odwrocil sie i poszedl na poslanie! To juz bardziej sie cieszy jak po poludniu dzieciaki wracaja ze szkoly, albo jak przyjezdza moj tata! Tymczasem nie bylo mnie tydzien, a Maya najwyrazniej miala to w nosie. Zartowalam potem z Kokusiem, ze pewnie mnie znienawidzila za te pieluchy. :D A co do Kokusia, to zbiegl steskniony na dol zeby przywitac sie z mamusia. Bi odwrotnie, musialam pojsc do jej pokoju, a ona stwierdzila, ze nie wiedziala ze przyjechalam, choc jak pisalam w polowie drogi, to odpisala ze widzi gdzie jestem, bo sledzi moja lokalizacje. Kot za to przede mna uciekl, bo pewnie cala bylam przesiaknieta obcymi zapachami. ;) Wreszcie klaplam na wygodnej kanapie, we wlasnej chalupie i popijajac najlepsza na swiecie kawe, czyli ta z wlasnego zaparzacza. ;) Bardzo dlugo nie posiedzialam, bo na 16 jechalismy do kosciola. Po powrocie Nik skonczyl pakowac plecak i pojechal na nocowanko do kolegi. Ponoc chcial jechac juz poprzedniego dnia, ale M. go ochrzanil, ze mama wraca, a on chce sobie jechac. Podobno strzelil focha. :D W sobote, troche niesmialo, spytal mnie czy bedzie mi przykro jak pojedzie, wiec nie mialam serca mu odmowic. Na szczescie odwiozl go M., bo po tylu godzinach jazdy, na mysl o ponowne siadniecie za kolkiem, az mi sie niedobrze robilo. ;) Wieczor spedzilismy na normalnych kanapowych pogaduchach, a Bi zaszyla sie w swoim pokoju.

W niedziele wreszcie moglam odespac, choc przeszkodzil mi w tym psiur. O 4:40 obudzila mnie, krazac po korytarzu i popiskujac. Pomyslalam, ze moze przycisnelo ja do toalety, wiec niechetnie, ale zwloklam sie z lozka i poczlapalam na dol. Znalazlam odsunieta bramke i pieluche w jadalni, czyli cholerny siersciuch przepchnal sobie przejscie i lazil po calym dole. :/ Faktycznie, kiedy mnie zobaczyla, popedzila pod drzwi. Wypuscilam ja, ale pomimo deszczu, zamiast zrobic co trzeba i wrocic, to ta zolza lazila niewiadomo gdzie. W koncu wrocila, a okazje wykorzystal kiciul i pomaszerowal na dwor. Coz, jak chce sie szlajac w deszcz, to jej wola. ;) Wrocilam do lozka, ale oczywiscie ciezko bylo mi ponownie zasnac, bo zdazylam sie kompletnie rozbudzic. Kiedy w koncu padlam, spalam jak zabita i kiedy o 9 zadzwonil budzik, zupelnie nie wiedzialam co sie dzieje. Wstalam w koncu i ogarnelam sie, ale zanim zaprosilam dziadka na kawe, najpierw wstawilam zmywarke, poskladalam pranie i wlaczylam kolejne. Niestety, podczas mojej nieobecnosci, wszelkie domowe obowiazki staja w miejscu. Nikt nie robi prania, nikt nie sprzata, nooo, czasem ktos (M.) wstawi zmywarke. Wrocilam po tygodniu i nie wiedzialam w co wlozyc rece, a ze w sobote bylam po poludniu kompletnie otumaniona i nie moglam sie za nic zabrac, to wszystko zostalo na niedziele. Wreszcie napisalam do taty, ktory oczywiscie pedem przyjechal, nawet pomimo ulewy. Posiedzielismy z dziadkiem w sumie jak zwykle, tylko trzeba bylo bardziej pilnowac zegarka bowiem na 15 Bi jechala do galerii handlowej. Jedna z jej kolezanek stwierdzila, ze zamiast przyjecia urodzinowego, chce polazic z kolezankami po sklepach. Jestem juz stara i zupelnie nie widze co to za atrakcja, ale coz. ;) Poza tym, dziewczyna zaprosila 16 (!) znajomych pannic, wiec Starsza powiedziala pozniej, ze razem zostaly tylko na wspolnym jedzeniu (za ktore zaplacila solenizantka), a pozniej wszystkie rozeszly sie w grupkach po galerii. I tyle z "przyjecia". :D Wracajac jednak do poczatku. Ja odstawilam corke pod galerie, a M. w tym czasie odebral syna z nocowania. Wrocilam do domu, gdzie Nik czekal juz na mnie niecierpliwie, bowiem powiedzialam ze mozemy pojechac na zakupy ciuchowe. Jak tylko zaczelo sie robic troche chlodniej i Mlodszy zaczal siegac po dlugie spodnie, okazalo sie, ze zostala mu jedna para (z wyszarpana w nogawce dziura) ktora pasuje, oraz dwie, ktore juz sa lekuchno nad kostke. Czyli nie ma w czym chodzic i to doslownie. No to pojechalismy i na szczescie M. przypomnial mi o placu, ktory ma 3 niezle sklepy w jednym miejscu. Obeszlismy wszystkie i choc wybral sobie kilka par, stwierdzam, ze Nik jest gorszy niz Bi. Ona wykupilaby polowe sklepu i musze ja ograniczac z wyborami, za to Kokusiowi nie podoba sie nic. Chodzi, oglada i kreci nosem. :D I to wszystko markowe ciuchy uwielbiane przez nastoletnich chlopcow, czyli Nike, Columbia, The North Face, itd. A on wzdycha, ze beznadziejne. Zaczne go chyba brac do lumpeksow... ;) Wracalismy do domu i na skrzyzowaniu juz w naszej miejscowosci, patrze, a Bi jest do odebrania za 12 minut. Tym razem nie moglo byc przeciagania, bo galerie zamykaja o 18 w niedziele. Zamiast wiec jechac w lewo, skrecilismy w prawo i pojechalismy z Kokusiem po corke/siostre. Ta na szczescie byla juz gotowa do powrotu, choc zzieleniala z zazdrosci na widok toreb z zakupami brata. Od razu zaczela mi wiercic dziure w brzuchu zeby ja tez zabrac na zakupy. Nie bardzo mam ochote, bo jej akurat ubran nie brakuje, ale chyba nie bede miala wyjscia, bo mi nie da zyc. ;) Wreszcie wrocilam do chalupy i moglam spokojnie klapnac na kanape. Pytalam malzonka (retorycznie) jak to jest, ze wrocilam z wyjazdu i nie moge nawet spokojnie posiedziec i nacieszyc sie domkiem...

Poniedzialek byl juz trzecim pod rzad, deszczowym dniem. Jak w sobote nadplynal nad nas Nor'easter, tak nie mial zamiaru odpuscic. Tak przy okazji, owo zjawisko pogodowe zwykle przydarza nam sie zima i przynosi kupe mokrego, ciezkiego sniegu. Tym razem bylo za cieplo na snieg, za to mielismy deszcz, deszcz i jeszcze wiecej deszczu. Taka listopadowa pogoda... Na szczescie pracowalam tego dnia z domu, wiec pogode "podziwialam" glownie zza okna. Malzonek musial wziac jeszcze jeden dzien wolny we wrzesniu, wiec zostal w domu. Poniewaz jego zwykle lekko "nosi", to rano zawiozl dzieciaki (plus sasiadke) do szkoly, potem pojechal na silownie, po powrocie zaproponowal ze moze jechac na zakupy spozywcze (na co przystalam z wielka radoscia), a pozniej jeszcze odebral mlodziez ze szkoly. Dzieki temu moglam sie skupic na pracy i dalszemu nadrabianiu prania. A jeszcze, kiedy odwozil Potworki, przypomnialo mu sie, ze "chyba" zapomnial odebrac roweru Bi spod szkoly w piatek! Byl pod szkola, ale ze tam rano dzieje sie istne wariactwo, wiec nie chcial lawirowac pomiedzy autobusami szkolnymi zeby dostac sie do stojaka na rowery. Zajrzal do schowka pod tarasem, jednoslada tam nie bylo, wiec inne wytlumaczenie nie wchodzilo w gre. Modlilam sie zeby rower nadal stal pod szkola, bo juz pare razy zlapalismy Potwory na tym, ze zapomnieli zamkow, wiec pojazdow nie przypieli. :O Niby stoi tam mnostwo elektrycznych hulajnog oraz rowerow, wiec komu potrzebny taki zwyczajny. No ale troche kosztowal, wiec nam byloby szkoda. Po silowni M. podjechal i na szczescie rower nadal sobie tam stal. Tym razem przypiety, wiec moze dlatego. ;) Tyle ze calutki weekend lalo, wiec teraz nie wiem czy nie bedzie wylazic rdza... Tego dnia Potwory nie zostawaly na treningach, bo na 16 mialy dentyste. Ojciec odebral ich wiec o 14:23 (tak, dokladnie o tej godzinie dzwoni dzwonek :D), mieli okolo godziny na zjedzenie oraz dychniecie i tym razem wzielam ich ja. U dentysty byly niezle tlumy i choc przyjechalismy o czasie, musielismy 15 minut poczekac. Kiedy jednak wzieli Potworki (na szczescie prawie w tym samym czasie), poszlo relatywnie szybko. Wyszlismy, zajechalismy w "nagrode" do Dunkin', a pozniej niestety do supermarketu. Dzieciaki wiedzialy, ze planowalam tego dnia zrobic zakupy, wiec kiedy dowiedzialy sie ze pojechal M. podniosly larum, ze chcieli sobie kupic to czy tamto na przekaski do szkoly. Faktycznie, o niektorych rzeczach nie pomyslalam, wiec stwierdzilam, ze mozemy podjechac przy okazji. Bi kupila tez przy okazji slodycze oraz chipsy na wymianke przy zawodach, mimo ze po to moglysmy w sumie podjechac w tygodniu. Chociaz tak to przynajmniej juz bylo z glowy. Wrocilismy po 18, wzielam szybko prysznic, chwile posiedzielismy i tak zlecial kolejny dzien.

We wtorek rano spotkala mnie bardzo niemila "przygoda", mianowicie moja noga przegrala w walce z pazurami kiciula. I zebym ja jakos sprowokowala! Ja tylko przechodzilam obok! Najwyrazniej, po trzech dniach zamkniecia w domu z powodu deszczu, kotu zaczyna odbijac palma. W dodatku nie chciala sie od tej mojej biednej nogi odczepic! Zabrala pazury dopiero kiedy oberwala kapciem po wlochatym zadzie! :O

Lydka kontra kiciul - 0:1 

Na szczescie nie wbila ich bardzo gleboko, wiec krew wlasciwie nie leciala, ale caly dzien szczypalo jak jasna cholera. Poza tym ranek uplynal migiem, popedzilam odstawic Potworki do szkoly, po czym ruszylam do pracy. I tu niestety niezle sie wpakowalam. Zaraz za granica mojej miejscowosci, zdarzyl sie wypadek i zamkneli autostrade; wszystkie 3 pasy!

Zamkneli w takim niefortunnym miejscu, ze nas kierowali na pobocze, a w tym samym miejscu od prawej ludzie wjezdzali na autostrade, wiec tworzyl sie dodatkowy zator 

Przepuszczali auta pojedynczym sznureczkiem po poboczu, ale wiadomo, trzy linie musialy sie wcisnac na to pobocze, wiec zator zrobil sie taki, ze jak powinnam jechac okolo 20 minut, jechalam... 45. :O Najlepiej, ze dojechalam, zaplacilam za parking, doczlapalam do budynku i wdrapalam sie na pietro, wlaczam kompa jednoczesnie parzac kawe, a tam mail od szefa, ze chcialby o 8:30 odbyc ze mna rozmowe, ktora normalnie mamy w poniedzialki (sam ja dzien wczesniej odwolal). Kiedy zobaczylam wiadomosc, byla 8:27! :D Okazalo sie, ze wpadlo nam jakies nowe zlecenie w mojej okolicy, ktore chcial mi przypisac, tylko nie wiem skad ten pospiech z rozmowa, bo inspekcje wyznaczyl na poczatek grudnia... Dzien uplynal mi w duzej mierze na odhaczaniu szkolen. Mielismy 3, ktore sa obowiazkowe dla wszystkich, a mialy byc zrobione do 30 wrzesnia. Czyli robilam je na ostatnia chwile, chociaz nie z wlasnego wyboru, lecz z natloku obowiazkow. Dwa szkolenia odbebnilam w godzine, ale ostatnie okazalo sie tak dlugie, ze siedzialam kolejna godzine i w koncu go nie skonczylam. A! Jeszcze nastepna idiotyczna sytuacja. Pisalam Wam ostatnio o formularzu do wypelnienia kiedy chce sie otrzymac bonusowe godziny za czas w podrozy w dzien, ktory powinien byc wolnym. Wypelnilam jego druga czesc i odeslalam szefowi. On podpisal i... odeslal, ale bez zadnego wyjasnienia! No to pytam co ja mam teraz z tym zrobic. Bo te godziny przeciez same sie do systemu nie nabija? :/ Na to szef wysyla mi... kolejny formularz, ktory tez musze wypisac (z tymi samymi godzinami i datami) i tym razem laskawie dodal, ze po podpisaniu przeze mnie i niego, musze obydwa odeslac do jakiegos urzednika! Formularz do formularza, rozumiecie?! Rece i cycki razem opadaja! Nie mialam juz nawet sily wsciekac sie na szefa, ze znow musze o wszystko dopytywac, a on nie przekaze mi nawet calej procedury za jednym razem... Z roboty wypryslam nieco wczesniej, bowiem Nik mial kolejne zawody. W miejscowosci graniczacej z nasza, ale na szczescie nawigacja poprowadzila tylko chwile autostrada, a pozniej juz po spokojnych, osiedlowych ulicach. Tyle, ze Nik mial mi dac znac gdzie beda, bowiem to jest rezerwuar wody, wokol ktorego zrobiono dosc popularny park. 

Czterech muszkieterow :D

Myslalam, ze zobacze w ktorym miejscu stoi autobus szkolny, tymczasem zadnego nie dostrzeglam. Objechalam parkingi i w koncu zaparkowalam i musialam zdecydowac ktora sciezka podazyc. Miejsce jest mocno zalesione, wiec ciezko bylo cokolwiek zobaczyc. Gdzies w oddali slyszalam jakby wiecej glosow, ale posrod drzew nie moglam dokladnie zlokalizowac skad dochodzily. Ciesze sie, ze choc bylam ubrana "biurowo", to zwykle nie nosze butow na obcasach, bo tym razem musialam przejsc spory dystans. ;) Wreszcie w oddali dojrzalam bande chlopcow podskakujacych i rozciagajacych nogi. Czyli: rozgrzewka, a wiec jestem na dobrej drodze! :D Idac za chlopakami, trafilam niestety na linie startu, wiec pozniej musialam dalej szukac gdzie jest meta. ;)

Niestety, nie udalo mi sie uchwycic Kokusia na zdjeciu; tu widac tylko czubek blond czupryny 

Zwykle jest ona oznaczona jakims lukiem z napisem "finish". Tym razem byly to dwa marne pacholki. Nie bylo tez elektronicznego pomiaru czasow, tylko pani rozdawala numerki. :D

Strus Pedziwiatr :D 

Co moglo byc dosc kontrowersyjne, bo chlopcy czesto dobiegali w 2-3-osobowych grupach i na sam koniec probowali jeden drugiego przescigac. Obok stal pan, ktory dodatkowo dokladnie sie przygladal, ktory przekroczyl linie pacholkow, w jakiej kolejnosci. Widzialam sytuacje, gdzie chlopak, ktorego inny przescignal przed sama meta, strzelil focha, kiedy musial oddac karteczke z nizszym numerem. :D

Chlopcy biegnacy przed nim, zaslonili Kokusia jak wbiegal na mete, wiec fota juz przy ogledzinach karteczki z numerkiem

Karteczka Kokusia miala nr. 33, wiec to jakas jego magiczna cyfra, choc zapomnialam go spytac wieczorem czy gdzies zamiescili wyniki i ilu zawodnikow bieglo. Po biegu na szczescie Nik chcial od razu jechac, wiec poszlismy do auta, zajechalismy jeszcze do ublaganego Dunkin' i wreszcie do domu. Po deszczu i nizszych temperaturach, na kilka dni wrocilo do nas lato. Slonca co prawda za bardzo nie bylo, ale zrobilo sie 20 stopni, wiec cala szczesliwa klaplam na ganku z przodu. Wieczor uplynal juz leniwie i spokojnie, jesli nie liczyc prania do poskladania. Tak, nadal odkopywalam sie ze stosu zebranego w czasie mojej nieobecnosci, no i dodatkowego, z niedzielnych zakupow z Kokusiem.

Sroda to pobudka jak w poprzedni dzien. Zebralam sie, podwiozlam Potworki pod szkole, po czym pojechalam do pracy. Przynajmniej tym razem nie bylo zbyt wielkich korkow, choc o tej porze autostrada miejscami posuwa sie noga za noga... Na dzien dobry dokonczylam szkolenie zaczete dzien wczesniej, zeby miec je juz z glowy. Pozniej klepalam oczywiscie raport, ale po jakims czasie stwierdzilam, ze musze w koncu wypisac formularz z godzinami za podroz. Przymierzalam sie do tego jak do jeza, bo kiedy dzien wczesniej tylko na niego spojrzalam, wydal mi sie potwornie zagmatwany. Nie pomylilam sie. Nawet z instrukcja, skrobalam sie po glowie i zajelo mi pol godziny zeby go wypelnic. A kiedy odeslalam, szef przyslal go spowrotem, bo zrobilam blad! :D Na szczescie, za drugim razem juz go podpisal, wyslalam do pana odpowiedzialnego za system nadzorujacy nasz czas pracy, a ten za niecala godzine odpisal, ze zatwierdzil te dodatkowe godziny w systemie. Tyle, ze kiedy sprawdzilam, one sa oznaczone w zupelnie innej tabelce i osobno. Musze spytac szefa czy sa jakies zasady co do ich wykorzystania. U nas panuje taka biurokracja, ze wcale bym sie nie zdziwila... Reszte dnia spedzilam juz nad raportem, choc jak zwykle, idzie mi jak krew z nosa. Pamietam moje poczatki, kiedy myslalam, ze co tam pisanie raportu; inspekcja to koszmar, ale raport to pikus! Coz, teraz nie wiem czy nie wolalabym odhaczyc kolejnej inspekcji. ;) Tak naprawde to wszystko rozbija sie o to, ze poza kilkoma rzeczami, ktore musisz standardowo sprawdzic za kazdym razem, poza tym przeglada sie dokumentacje pacjentow i robi notatki. I pozniej czasem ciezko stwierdzic gdzie te wiadomosci wcisnac i w jaki sposob je opisac. Tak przy okazji, to przepisowo na napisanie raportu ma sie 30 dni. Chociaz, jedna z babek z zeszlego tygodnia, oznajmila, ze ona od inspektorow ze swojej grupy wymaga, ze raport ma byc napisany w polowe czasu spedzonego na inspekcji! Czyli, jak inspekcja trwala np. 4 dni, to raport musza napisac w 2! Nie wiem jak to jest w ogole fizycznie mozliwe... Na to jej stwierdzenie, cala sala rozbrzmiala szeptami i stlumionymi okrzykami, ze jak to, niemozliwe, nie da sie... ;) Ale kobita dalej szla w zaparte, a poparl ja "szef nad szefami", czyli glowny przewodniczacy naszej grupy, ktory powiedzial, ze musimy zglaszac sie do jednej inspekcji po drugiej, nie robic sobie przerw i ze on wlasnie tak pial sie po szczeblach kariery. Mialam ochote powiedziec mu, ze ja za stara jestem na kariere, za to chce utrzymac rownowage miedzy praca z zyciem prywatnym i jak najnizszy poziom stresu... Jedno jednak zauwazylam, mianowicie, kiedy nie zaczelam raportu od razu po przyjezdzie, otwieram teraz zeskanowane dokumenty i przy niektorych musialam naprawde sie naglowic zeby sobie przypomniec po co je wzielam. :D Nie wyobrazam sobie pisac raportu po prawie miesiacu przerwy... :O Kiedy wrocilam do chalupy, M. akurat przywiozl Bi z treningu (Kokusia odebral wczesniej) i mlodziez jadla obiad. Szybko sie przebralam i tez siadlam do stolu. Malzonka naszlo na placuszki serowe i stal przy kuchence, ale chetnie przystal na propozycje spaceru kiedy skonczy. Tyle ze zrobilo sie juz po 18, a dni wyraznie sie skrocily. Pod koniec spaceru dosc nerwowo zerkalam w ciemne zakatki mijanych ogrodow, bo wiadomo - niedzwiedzie! To taka pora roku kiedy sa wyjatkowo aktywne i szukaja zarcia zeby sie najesc przed zima... Wieczorem zas dostalam wiadomosc od trenera Bi, ze w kolejne dwa dni sa skrocone lekcje i dziewczyny musza same zalatwic sobie transport na trening oraz piatkowe zawody. Zdziwiona, sprawdzilam szkolny kalendarz i faktycznie! Jak byk wpisane dwa dni skroconych lekcji... Nie wiem jak to przeoczylam. Napisalam szybko ze niestety, w czwartek musze jechac do biura, wiec Starszej nie bedzie na treningu, bo nie ma nikogo kto zawiozlby ja na 15. Na szczescie, w piatek planowalam prace z domu, wiec moglam zawiezc ja na zawody. Swoja droga, to trener moglby wyslac wiadomosc troche wczesniej niz dzien przed, choc pewnie wychodzi z zalozenia, ze w szkole sredniej mlodziez powinna juz sama pilnowac swoich spraw. ;)

W czwartek moglam pospac 10 minut dluzej bo nie zawozilam Potworkow do szkoly. Powiedzialam im dzien wczesniej, ze moge ich zawiezc, ale konczyli wczesniej (szkolenia nauczycieli), a ja musialam jechac do biura, wiec musieliby albo wrocic piechota, albo czekac az M. wroci z pracy. Wybrali oczywiscie rowery. :) Mialam wiec calkiem spokojne szykowanie sie do wyjscia, bo mlodziez zwykle pospiesza mnie i nerwowo przytupuje odnozami, mimo ze nigdy sie jeszcze nie spoznilismy... W pracy glownie sleczalam nad raportem, choc mialam tez przerywnik, bo dwie osoby z centrum chcialy ze mna porozmawiac na temat tejze inspekcji. Niczego konkretnego w sumie nie chcieli, bardziej chodzilo o wyjasnienie kilku spostrzezen i nie bardzo wiem dlaczego koniecznie chcieli ze mna rozmawiac, zamiast wyslac maila... Poza tym jednak tylko klepalam, klepalam i klepalam w klawiature... Wreszcie, pod koniec dnia, skonczylam czesc pisana. Niestety, to nie koniec. Zaczelam oznaczac w tekscie wszystkie zalaczniki i nie zdolalam tego skonczyc, a to tylko czesc dodatkowej "zabawy". A jeszcze dostalam od znajomej wiadomosc, ze zostalam oznaczona w jednym z artykulow w "gazetce" (wirtualnej) naszego dzialu. To z tej szalonej inspekcji laboratorium w lipcu.

Honorowa wzmianka :D

Zazwyczaj nawet tych gazetek nie otwieram, chyba ze na pierwszej stronie mignie mi cos wartego uwagi. Ten krotki artykul byl tez daleko, daleko na dole, wiec dziwie sie ze ktokolwiek zjechal az tam. A jednak. :) W miedzyczasie, Potworki skonczyly lekcje juz o 12:08, ale tylko corka wrocila do domu. Nik po lekcjach pojechal z kolega do centrum miasteczka, gdzie zaszli i do Mac'a i do Dunkin' i do supermarketu. :D Myslalam, ze Mlodszy pozniej pojedzie do domu, ale wrocili do szkoly, gdzie zostali juz do treningu i syn wrocil dopiero po nim. Bi za to miala znow pasta party po treningu (na ktorym jej nie bylo), ale ku mojemu zdziwieniu, stwierdzila ze jej sie nie chce. A mogl ja podwiezc M., albo mogla pojsc lub pojechac na rowerze, bo tym razem imprezka byla na sasiednim osiedlu, a wiec rzut beretem. W koncu i dla mnie nadszedl czas jazdy do domu, przy czym czulam sie jakbym zaczynala weekend, bo kolejnego dnia mialam pracowac zdalnie. ;) Przyjechalam, zjadlam obiad przygotowany juz przez niezawodnego M., po czym poszlismy na spacer. Zrobily sie 23 stopnie, ale takie cieplo nie potrwa dlugo, wiec trzeba bylo skorzystac. ;) Pozniej wstawic pranie, bo przeciez bez niego to popoludnie stracone i dzien zlecial.

Piatek zaczelam troche pozniej, bo nie jadac do biura zwykle zwlekam sie tylko chwile przed odwiezieniem mlodziezy, naciagam na pizame spodnie dresowe, sweter na gore i jestem gotowa. ;) Choc zebym byla jakos specjalnie wyspana to nie powiem, bo juz od 6 po osiedlu jezdzila smieciarka, a ta nie dosc ze silnik ma stary i warczacy, to jeszcze hamulce piszczaly jej niemozebnie. A ze musi zahamowac przed kazda chalupa, wiec o glebszym snie nie bylo mowy... Odwiozlam Potworki, ktore byly oczywiscie cale szczesliwe ze znow maja skrocone lekcje. Wrocilam do domu, ogarnelam sie i zasiadlam do roboty. Uparlam sie, ze tego dnia skoncze wszystko z tym cholernym raportem, chocbym miala sie pochlastac. :D Oczywiscie caly czas gapic sie w ekran tez nie moglam, wiec dla "relaksu" wyszorowalam szuflady z air fryer'a, posprzatalam w dolnej lazience i namoczylam, a pozniej wrzucilam do prania poslanie Mayi. Ani sie obejrzalam, a czas byl jechac po mlodziez. Wyjechalam z 20-minutowym wyprzedzeniem i udalo mi sie trafic do pierwszego rzadku, pod sama szkola, choc i tak bylam chyba 8 w kolei. ;) Mlodziez zaczela wychodzic zaraz po dzwonku i w koncu pojawily sie Potworki oraz sasiadka, ktorej zaproponowalam podwiezienie. Odwiozlam panne, wrocilam z potomstwem do domu, szybko podalam im obiad bo skarzyli sie, ze przy skroconych lekcjach jest za malo czasu zeby jesc lunch (:O) i zasiadlam ponownie do roboty. Patrzyc juz nie moglam na ten raport, ale coz... W przerwie wykapalam zasikanego psiura, bo mielismy niespodziewanie 27 stopni i az zal bylo tego nie wykorzystac. Niestety, nawet pielucha do konca nie pomaga. Maya wierci sie i merda ogonem i ta sie obsuwa, albo wrecz zjezdza jej z tylka. Srednio co drugi dzien znajduje rano psa bez pieluchy, za to w kaluzy na poslaniu. :( Tymczasem robi sie coraz zimniej i za chwile nie bedzie opcji zeby wykapac ja za pomoca weza ogrodowego. A do wlasnej wanny jej nie wsadze... Skonczylam i odeslalam w koncu raport okolo 14:30 i cale szczescie, bo Bi miala zawody i choc najpierw mowila ze rozgrzewka zaczyna sie o 15:30, to pozniej dostala wiadomosc, ze to godzina rozpoczecia zawodow, a rozgrzewka jest o 15. Czym predzej sie wiec sie zebralysmy i pojechalysmy. Ale popoludnie opisze juz innym razem bo poza zawodami troche sie dzialo.

Do poczytania!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz