sobota, 26 września 2026

Tydzien z daleka

Tak jak w zeszlym tygodniu, zaczne od piatkowego popoludnia, 18 wrzesnia. Po inspekcji dojechalam do domu, przebralam sie i popedzilam na zawody corki. Tym razem przyjechalam juz po rozgrzewce i mialam nadzieje, ze Bi nie plynela w zadnym z poczatkowych wyscigow. ;) Panna miala znow wyscig kraulem na 50m, ale tym razem plynela w pierwszej z trzech grup. To jest wyroznienie, bo grupy dobierane za wedlug czasow, czyli najszybsze dziewczyny plyna w pierwszej grupie, srednie w drugiej, a najwolniejsze oczywiscie w trzeciej. Tydzien wczesniej Bi wygrala swoja grupe, ale plynela w drugiej, teraz wiec trener przydzielil ja do najszybszej. Przyplynela czwarta na 8, wiec tak w polowie stawki. :) To byly dla Bi zawody "kraulowe", bo potem plynela jeszcze na 100m i na 200m. W obu wyscigach przyplynela piata na 7-8 dziewczyn, czyli tak sobie, no ale juz pisalam, ze ona jest raczej sprinterem. Panna jest dopiero w X klasie (tutaj klasy w szkole sredniej liczy sie dalej, nie zaczyna od poczatku), ale juz zastanawia sie czy w najstarszej zostanie kapitanem druzyny. Zawsze bowiem kilka seniorek jest kapitanami. Czasem jest ich wiecej, czasem mniej. Rok temu bylo 5, ale ogolnie seniorki stanowily prawie polowe druzyny. W tym sa to 4 dziewczyny. Z rocznika Bi plywa 5 dziewczyn, ale z nich takie naprawde dobre sa dwie, trzecia calkiem niezla, no i potem sa Bi i jej kolezanka - przecietne. No i panna sobie marzy, ze ich cala piatka zostanie kapitanami. A mnie sie jednak wydaje, ze to bedzie zalezalo od wielkosci druzyny, bo rok temu liczyla ona prawie 30 dziewczyn, a w tym spadla do 20. Dziwnie by bylo gdyby kapitanki stanowily 1/4 druzyny. ;) Tak czy owak, wszystko okaze sie za dwa lata, a poki co, zawody skonczyly sie tuz po 17, czyli o bardziej ludzkiej porze. Wrocilysmy do domu i Potworki i ja cieszylismy weekendem, choc dla mnie mial byc on niestety skrocony...

W sobote moglam odespac tygodniowa inspekcje, choc tez nie moglam kimac niewiadomo do ktorej bo dzien nie byl calkiem wolny. W dodatku, kolejnego dnia wyjezdzalam, wiec musialam sie pakowac, a zeby sie spakowac, trzeba by tez zrobic pranie i to nie jedno. ;) Poza tym, jak porzadna pani domu (hahaha) chcialam tez troche ogarnac gore, bo podlogi wrecz krzyczaly o uwage. Troche wiec odespalam, ale zwloklam sie o porze calkiem przyzwoitej, zjadlam sniadanie i umylam sie, po czym chwycilam za odkurzacz oraz mopa. przy okazji Potwory mialy ogarnac u siebie, z czego byly oczywiscie srednio zadowolone. ;) Za to na 12:30 Nik mial zawody. W teorii mialy one byc dla "zaproszonych", czyli najlepszych, ale w praktyce, poniewaz byly "u siebie" (w klubie, gdzie Mlodszy wiecznie lowi ryby ;P), trenerzy pozwolili wziac udzial wszystkim zawodnikom. Nik byl bardzo zadowolony, bo i tak mial biec, ale z najmlodszego rocznika bylby jedynym, a tak to mial przy sobie wszystkich kumpli. Tyle, ze rano oznajmil, ze... boli go gardlo i czuje sie tak sobie! Spytalam co chce robic, bo przy okazji mielismy bardzo rzeski poranek, a popoludniu mialo byc maksymalnie 18 stopni. Kawaler jednak twardo oznajmil, ze jedzie. Zawody w roznorakich grupach odbywaly sie tam juz od 9 rano, ale nasz zespol zbiorke mial wlasnie o 12:30, zas bieg Mlodszego odbywal sie o 14. Zawiozlam go i sie zalamalam. Nie pomyslalam, ze to wielkie wydarzenie, wiec w klubie byly doslownie tlumy. Na jednym z parkingow stalo chyba ze 20 autobusow szkolnych i wiekszosc miejsc parkingowych byla pozajmowana. Ja akurat tylko odstawialam Kokusia, ale mialam wrocic na jego bieg i az sie balam gdzie znajde miejsce, tym bardziej, ze do wjazdu nadal stal sznureczek aut. Klub niezle zarobil na tej imprezie, bo wszystkie obce auta musialy placic za parking. Mnie, jako czlonka, wpuscili bez dodatkowej oplaty. ;) Tak czy owak, podwiozlam Nika, po czym wrocilam do domu, nadal uzerac sie z praniem i sprzataniem. Przez zatory przy wlezdzie i tak mialam moze 45 minut, bo stwierdzilam, ze chce wyjechac spowrotem o 13:30, w razie gdyby nadal ciezko bylo wjechac i znalezc miejsce parkingowe. Ogarnelam ile dalam rade i pojechalam. Zabrala sie ze mna Bi, ktora stwierdzila, ze chce sie wyrwac z domu, a poza tym bieglo tez kilka jej kolezanek (brat to wiadomo, sie nie liczy ;P), wiec stwierdzila ze im pokibicuje. Pogoda na biegi okazala sie idealna, bo nie bylo goraco i choc w sloncu krotki rekawek byl calkiem przyjemny, to w cieniu juz ciagnelo chlodem. A ze bieg byl glownie przez las, wiec mlodziezy bieglo sie duzo lepiej. Poza tym, wokol ustawilo sie kilka stoisk, sprzedajacy sportowe obuwie, okulary oraz bluzy z logo zawodow. Zadne z Potowkow pamiatkowej bluzy nie chcialo, ale Nik kupil sobie okulary, takie niby specjalne do biegania, choc on stwierdzil sie chce je na ryby. ;) Grupa cheerlead'erek ze szkoly dzieciakow, obslugiwala stacje z jedzeniem, gdzie mozna bylo kupic takie "przysmaki" jak frytki, hamburgera czy hot-doga. Mieli tez kawe, z czego chetnie skorzystalam. ;) Ogolnie, impreza na calego. Mlodszy niestety byl bardzo niezadowolony ze swojego wystepu. Nie dosc, ze nie czul sie do konca dobrze, to jeszcze na samym poczatku wykrecil kostke na jakims korzeniu. Nie na tyle mocno, zeby zrezygnowac, ale wystarczajaco zeby pobolewala go przez reszte biegu. Wieczorem, na oficjalnej stronie wydarzenia pojawily sie wyniki. W grupie Kokusia mialo biec 124 chlopcow. Czesc nie dotarla, a jeszcze kilku sie... zgubilo na trasie (choc oznaczona byla kolkami), zboczyli i zostali zdyskwalifikowani i bieg ukonczylo 88. Nik zajal 56 miejsce, wiec faktycznie sporo slabiej niz ostatnio, ale coz, bywa i tak. Jego koledzy z najmlodszego rocznika i tak dobiegli sporo za nim. ;) Pechowo (dla mnie) obecnosc kumpla Kokusia oznaczala, ze zaraz po biegu chlopaki zaczeli dopytywac czy moga isc na ryby. Pukalam sie w czolo, bo najpozniej o 15:15 chcialam stamtad uciekac zeby zdazyc do kosciola. Chlopaki jednak zakrzykneli, ze 45 minut tez im starczy. A Nikowi przypomnialo sie jeszcze ze jest glodny, podeszlismy zamowic hamburgera i zanim go dostal, to zostalo mu tylko pol godziny. Stwierdzilam wiec ze nie mam co jezdzic w kolko i po prostu pochodze sobie po klubie. Skorzystala z tego Bi, bo akurat zaczynal sie bieg, w ktorym brala udzial jedna z jej kolezanek, mogla jej wiec pokibicowac. Jak tylko jednak wybila wyznaczona pora, zgarnelam obydwa Potwory i popedzilam do domu. I tak wpadlismy do niej praktycznie o 15:30, czyli musielismy pedem przebierac sie i jechac na msze. Kiedy wrocilismy, niestety juz na powaznie musialam sie zaczac pakowac. Jak ja tego nie lubie! :/ W dodatku, akurat na ten tydzien zapowiadali spore ochlodzenie, a ja zupelnie odzwyczailam sie od cieplejszych ciuchow. Stalam wiec i skrobalam sie po glowie. ;) Czesc rzeczy spakowalam, czesc polozylam na szafce w sypialni, czesc kosmetykow zostala na kolejny dzien, bo wiadomo - potrzebowalam ich na rano.

Ta niedziela zaczela sie wczesniej niz moje normalne niedziele, bowiem musialam dokonczyc pakowanie. Oczywiscie moglam pospac choc tyci dluzej, ale nie tyle ile bym sobie zyczyla. ;) Docisnelam walizki, pozegnalam rodzine i o 11 wyruszylam. Nie spieszylam sie jakos strasznie, ale byla paskudna pogoda, od rana padalo, wiec wiedzialam ze to bedzie raczej powolna jazda, obawialam sie wypadkow (bo slisko), a chcialam koniecznie zajechac zanim zacznie sie sciemniac. Kiedy jest ciemno, robie sie zwyczajnie slepa, a oslepiajace auta, plus odbijajace swiatla mokre powierzchnie nie ulatwiaja sprawy. Poza tym, przebicie sie przez Nowy Jork (miasto, nie Stan ;p) oraz Stan New Jersey, bez jakiejs pomylki, zakrawa na cud. I sie nie pomylilam. Poczatkowo nawigacja pokazala troche ponad 5 godzin jazdy. Pozniej zrobilo sie 5 i pol. Ostatecznie jechalam ponad 6. A moglo byc jeszcze gorzej, bo choc wydawalo mi sie, ze jade tak, jak prowadzi mnie nawigacja, w ktoryms momencie gdzies zle zjechalam i nagle pokazalo mi, ze zamiast prawie o 17, zajade prawie o...18! Przerazilam sie, bo nie chcialam tracic godziny na jakas glupia pomylke. Potrzebowalam jej w razie jakichs korkow. Ktorych nie brakowalo. Minelam dwa wypadki oraz dwa zatory spowodowane... zwolnieniem zeby sobie popatrzec, choc wypadek byl na przeciwleglym pasie autostrady! :O W samym Nowym Jorku tez, prowadzilo mnie na jeden most, a nagle znalazlam sie na zupelnie innym i kompletnie nie wiem, gdzie zle skrecilam! A wracajac do tego godzinnego opoznienia, zorientowalam sie, ze choc zle zjechalam, nadal jestem na pasie, ktory prowadzil spowrotem na poprzednia autostrade. Zjechalam i magicznie czas dojazdu wrocil do poprzedniego! :D W New Jersey i pozniej w Pennsylvanii mialam co chwila mini zawaly serca, bo wszedzie byly roboty drogowe, pasy sie rozjezdzaly, nawigacja juz pokazywala ze jade nie tak, a pozniej pasy znow sie laczyly i bylo gucio. No nie na moje to nerwy... :D Mniej wiecej w polowie drogi musialam sie zatrzymac zeby pojsc do lazienki. Kiedy zaparkowalam i do niej doszlam, normalnie mialam zawroty glowy, chyba ze stresu. Przerwa jednak mi sie przydala, bo i chwile odsapnelam od kurczowego trzymania kierwnicy i kupilam sobie kawe i cos do przekaszenia. Oczywiscie pokazalo, ze dojazd na miejsce opoznil sie o 20 minut, ale pozniej nadrobilam w trasie i dojechalam tak jak mialam poczatkowo. Zameldowalam sie i w swoim pokoju znalazlam jeszcze przed 18. Tyle, ze juz na nic nie mialam ochoty i choc moje dwie kolezanki z poprzedniego wyjazdu pojechaly na obiad, mnie juz nie chcialo sie ruszac. Dobrze, ze wzielam dwie mniejsze walizki i do jednej wpakowalam kupe przekasek. ;) Wieczor spedzilam zapoznajac sie z pokojem. Ogolnie, kiedys mam wrazenie, ze Hilton to byla jakosc i luksus. Teraz maja tyle rodzajow tych Hiltonow, ze zalezy ktora to odmiana ich sieci. Ta niestety raczej nie powalala. Pokoj w miare przestronny, owszem, ale lazienka malutka i ze zwykla wanna i zaslona, zamiast porzadna kabina prysznicowa. W dodatku zaparzacz do kawy na kapsulki, ale tylko jedna kapsulka kawy, druga bezkofainowa, a trzecia to byla herbata. Dobrze, ze chociaz mikrofala oraz lodowka w pokoju byly. Tymczasem zawsze przy zameldowaniu pobieraja z karty depozyt i gdzie zwykle placilam $400 - 500 (potem go oddaja), tym razem skasowali ponad... $1000! :O Przyjechalam do miasta Baltimore w Stanie Maryland, bylam juz blisko stolycy, wiec ceny zbijaja z nog. W kazdym razie posiedzialam, powiesilam w szafie bluzki, ktore sie gniota, przygotowalam ciuchy na kolejny dzien i trzeba sie bylo klasc.

W poniedzialek spotkalo mnie rozczarowanie. Zwloklam sie wczesnie, wyszykowalam i zbieglam radosnie na sniadanie. Dzien wczesniej pani poinformowala mnie, ze jest bufet ale sie za niego placi. To kolejna rzecz, ktora mi sie tu nie podoba, bo w poprzednich Hiltonach zawsze sniadanie bylo wliczone. No ale ze mam przydzielona sume, ktora moge wydac na jedzenie, to ok; uznalam, ze zaplace. Tymczasem schodze na dol, a tam... owsianka i pare tostow! Miejsca na owoce czy jogurty puste. Miejsca na cieple rzeczy, jak jajka lub boczek - puste. Co bylo robic. Chwycilam tosty i troche owsianki i zaczepilam dziewczyne tam pracujaca o cene. Odpowiedziala, ze nie skasuje mnie bo mieli szalony poranek i sniadanie nie bylo jeszcze gotowe. No i fajnie, ze nie musialam placic, aaaale... Sniadanie zaczyna sie o 6. Ja zeszlam prawie o 7, a oni wlasciwie nic nie maja gotowe?! Wisienka na torcie bylo kiedy nalalam sobie goracej wody, a z nia wyplynela kupa fusow z kawy! Czyli ktos nie wyplukal nawet porzadnie baniaka... No po prostu porazka. Dobrze, ze kawe chociaz mieli. ;) Wrocilam do pokoju, spakowalam co trzeba i zeszlam do recepcji, mielismy sie bowiem spotkac o 7:30. Czesc osob byla bez aut, wiec szukali kto moze ich zawozic na zajecia i spowrotem. Poza mna i moimi kolezankami, byl tez chlopak z poprzedniego wyjazdu. On lecial az z Kalifornii i wyladowal dopiero o 23 poprzedniego dnia, a zanim dojechal do hotelu i sie zameldowal, byla 24:30. Rano wiec wszyscy stali i dopytywali, gdzie jest B., co z B., itd. Martwilismy sie, bo chlopak ma mocny sen i na poprzednim wyjezdzie potrafil przespac alarm przeciwpozarowy, wiec co to dla niego dzwonek budzika... W koncu sie jednak pojawil, wszyscy wladowali sie do samochodow i pojechalismy. Najlepsze, ze jak juz wiecie, przplyw informacji w tej robocie nie nalezy do najlepszych. Dostalismy adres, gdzie mamy sie udac. Tyle, ze dojezdzamy, a to wielki budynek z roznorakimi firmami i co kilkadziesiat metrow drzwi. Tu firma taka, tu owaka, ale nazwy naszej agencji niet. Objechalam budynek naokolo i w koncu zwolnilam do zolwiego tempa i zaczelysmy patrzec w kazde drzwi. Te zas byly schowane pod zadaszeniem, w glebi i zacienione, wiec ciezko bylo cos odczytac. W koncu - bingo! Jedna z dziewczyn zauwazyla malutki napis na drzwiach! I tu rozumiem, ze moze nie chca sie rzucac w oczy, ale dwie z instruktorek sa z tego biura, spotkaly sie z nami w hotelu i co? Tak trudno bylo wspomniec, ze po wjezdzie na parking skierujcie sie na prawo/lewo/prosto? Pozniej bowiem sie okazalo, ze tamte drzwi nie byly wejsciem i widnial na nich napis, zeby wejsc frontowymi. Tyle ze caly ten kompleks (budynek przypominal domki szeregowe, ale ustawione lekko po ukosie) byl na rogu dwoch sporych ulic i jesli sie nie wiedzialo, to ciezko bylo zgadnac gdzie ten front. Szlismy naokolo jednego jakby "domku", patrzymy  - drzwi, ale ciemne i nieoznaczone. No to idziemy dalej, mijamy rog kolejnego "domku" - znowu nie tu. Dopiero za trzecim razem doszlismy do poprawnego wejscia, przed ktorym parking byl dwupoziomowy, a poziomy oddzielone rabatka z ozdobnymi trawami, wiec nic dziwnego, ze go nie zauwazylismy. Na "dobry" poranek dostalam tez wkurzajacego maila od szefa, z podpisem na formularzu upowazniajacym do wziecia wolnego za godziny spedzone w podrozy na szkolenie. Wiecie, wedlug mnie to powinno isc z automatu - kaza ci jechac gdzies, w ramach pracy, w dzien wolny, to powinna byc za to jakas rekompensata. Ja juz tak przeciez kilka razy jechalam na inspekcje w niedziele, zeby moc zaczac w poniedzialek od samego ranka. Tyle, ze wtedy nie wiedzialam, ze owszem, mamy na to procedure. Procedura jest glupia, bo musisz prosic o ta rekompensate z wyprzedzeniem. Tak samo jest z nadgodzinami na inspekcji. Nie mozna po prostu zostac dluzej i poprosic o wynagrodzenie. Nie, musisz wczesniej zlozyc pismo i uzasadniac. Czyli jak dopiero na inspekcji zauwazysz, ze bedziesz potrzebowac wiecej czasu, to jestes w czarnej doopie. Tak samo jest z podroza, choc tutaj akurat zwykle da sie przewidziec, ze jedziesz gdzies w weekend lub swieto. Tyle, ze musisz najpierw wiedziec, ze masz taka mozliwosc. I tu jestem podwojnie zla na mojego szefa. Po pierwsze, ani sloweczka o tym nie pisnal. Musialam sie dowiadywac przypadkiem od innych inspektorow. A przeciez wiedzial, ze jade w niedziele, a teraz i jechalam i bede wracac w dzien weekendowy i ani mru-mru. Jak tak to sluzbista i przestrzega wszystkich zasad co do joty, ale juz zasady, ktore sa na korzysc pracownika, ma w powazaniu. Pamietacie kilka miesiecy temu, pisalam, ze jestem na inspekcji po 9-10 godzin dziennie? Kiedy go potem spytalam o rekompensate, mialam wrazenie, ze byl wrecz obrazony. :O W kazdym razie, teraz wiedzialam juz, ze za godziny podrozy w dzien, ktory powinien byc wolny, moge dostac rekompensate, wiec nie mialam zamiaru odpuscic. Tym bardziej, ze to nie 2 godzinki pod Boston, tylko 5-6. Spytalam szefa o formularz do wypisania. Odpisal, ze nie ma czasu szukac pustego, ale wysyla mi juz wypelniony. Fajnie, bo moge popatrzec co trzeba wpisac, ale z drugiej strony, kiedy wypelnimy i podpiszemy formularz, automatycznie jest on zablokowany i juz nic nie da sie z nim zrobic. Myslalam, ze szef pare godzin pozniej, lub kolejnego dnia, wysle mi pusty, ale gdzie tam. :/ Sama musialam sie go naszukac, a ze to wielka agancja, z wieloma oddzialami, gdzie kazdy ma swoje przepisy i dokumenty, to troche mi to zajelo. W kazdym razie, w piatek po poludniu wyslalam szefowi wypelniony formularz. I co dostaje w poniedzialek? Ze podpisal, ale na przyszlosc powinnam pamietac, zeby uzasadnic prosbe o rekompensate! Jakby, kurna, nie wiedzial ze jade na szkolenie, ze w zawiadomieniu jasno napisali ze mamy jechac w niedziele i wracac w sobote, bo zajecia sa od poniedzialku do piatku przez caly dzien, jakby nie wiedzial dokad jade, wiec mniej wiecej ile godzin zajmie mi podroz! Mam wrazenie, ze znowu byl obrazony, ze osmielilam sie poprosic o te rekompensate! A ona mi sie nalezy jak psu buda, skoro ktos wymyslil sobie, ze mam marnowac prywatny czas na jazdy, kiedy mogliby zrobic to szkolenie wirtualnie! :( W kazdym razie, pierwszy dzien szkolenia byl ok, bo przynajmniej cala grupa robi te same inspekcje, nie ma tak jak przy kwietniowym wyjezdzie, ze polowa ludzi sprawdza przetwornie zywnosci, wiec wszystko podpiete bylo pod nich. Tyle, ze to troche takie deja vu tamtego wyjazdu, bo np. musielismy przygotowac "plan bezpieczenstwa". Zeby ten plan uzasadnic, prowadzacy podal jakas historyjke, ktora mam wrazenie byla zmyslona, bo raz mowil, ze inspektor nie wiedzial ze jedzie do prywatnego domu, pozniej ze wiedzial, ale to zignorowal, ze powinien byl przeprowadzic inspekcje w pobliskiej kafejce, gdzie musicie wiedziec, ze wszelkie informacje o sprawdzanej firmie oraz pacjentach sa scisle poufne i nikt nie bedzie ich omawial w miejscu publicznym! Cala ta historia nie trzymala sie zupelnie kupy, ale my mielismy rozne scenariusze i na ich podstawie mielismy przygotowac sie do inspekcji tak, zeby bylo milo i bezpiecznie... :/ Siedzialam tam i marzylam zeby byc w domu, szczegolnie, ze Potworki mialy dzien wolny, z okazji swieta Yom Kippur. Malzonek wyszedl wczesniej i przyjechal do domu, z czego szybko skorzystal Nik i poprosil zeby ojciec zawiozl go na ryby. ;) Po zajeciach pojechalismy do hotelu, gdzie z dziewczynami z poprzedniego wyjazdu umowilam sie na kolacje. Pojechalysmy na pyszne jedzenie (taka mieszanka wszystkiego) wywodzace sie z Egiptu, po czym wrocilysmy. Nasz kolega ma jakas prezentacje do przygotowania i sie wylamal. Po powrocie klaplam juz w pokoju hotelowym na fotel i nie chcialo mi sie ruszac nawet zeby przygotowac ciuchy na kolejny dzien. Jakas taka bylam zupelnie padnieta...

Wtorek przywital mnie deszczem i 15 stopniami. Brrr... O dziwo, na sniadaniu mieli jajka oraz boczek, tyle ze na stronie hotelu obiecywali pancake'i, gofry, omlety, itd. Oczywiscie moglam sobie pomarzyc. Wzielam troche jajecznicy i pare plastrow boczku i zaplacilam grzecznie $12. Tyle, ze moj kolega wzial owsianke oraz tosta i nie zaplacil nic, chyba wiec bede robic tak samo... Po sniadaniu wpadlam do pokoju, spakowalam laptoka i reszte pierdol, po czym popedzilam, bo juz cala grupa zebrala sie, czekajac na kierowcow. ;) Szkolenie mijalo tragicznie, bo przy takiej pogodzie wszyscy przysypiali. Zadania grupowe tez nie pomagaly, bo nikomu nie chcialo sie myslec. Pozniej zas mielismy prezentacje, ktora miala sie skonczyc przed lunchem, ale byla tak dluga, a prowadzaca tak flegmatyczna i dodajaca wlasne historie, ze zrobilismy przerwe, wrocilismy, a ona potem gadala kolejna godzine... Tego dnia mielismy zaczac prezentacje kazdego z "kursantow", ale tak im sie przedluzylo, ze nie zdazylismy. Swoja droga, to kiedy wczesniej liczylam imiona w mailach, wydawalo mi sie, ze bedzie nas 14 osob. Spora grupa sie jednak najwyrazniej wylamala i jest nas 9. To kolejny argument zeby zrobic to szkolenie wirtualnie, bo ciagnac szescioro prowadzacych dla dziewieciorga ludzi, jest wg. mnie bez sensu. W kazdym razie, jedna z osob prezentujacych mialam byc ja. :D Z jednej strony ucieszylam sie, ze mi sie "upieklo", ale z drugiej, chcialam juz miec to za soba. W dodatku, mialam przeprowadzic prezentacje po poludniu, a teraz przesunieto ja na ranek, na sam poczatek zajec, kiedy wiem, ze nie bede do konca przytomna... Tego dnia moje kolezanki znow wychodzily na obiad, ale ja mialam nadal reszte dania z poprzedniego dnia, wiec zostalam w hotelu. Zadzwonilam do malzonka, ktory okazalo sie, byl zly niczym szerszen. :D Niestety, komunikacja miedzy ojcem oraz dziecmi, lezy i kwiczy. Troche za to winy ponosze ja sama (choc wcale nie jest mi przykro), bo po prostu interesuje sie i jestem na biezaco w tym, co dzieje sie u Potworkow. W rezultacie, oni nie musza mi o niczym mowic, bo zwykle o wszystkim wiem, czasem lepiej niz oni sami. :D I zeby nie bylo; wiedzac ze wyjezdzam, mowilam M., ze Nik ma luzny tydzien, ale Bi ma zawody wyjazdowe we wtorek, wiec bedzie musial ja pozniej odebrac spod szkoly, zas w piatek ma zawody u nas, czyli bedzie do odebrania z basenu, ale pozniej niz zwykle. I to zebym raz mu powiedziala! Mowilam przynajmniej trzy... Niestety, Nik mial niby luzny tydzien, ale z jakiegos powodu, na trening zabrali jego grupe do naszego klubu, zamiast przeprowadzic go normalnie, spod szkoly. Pozniej wiec zadzwonil do M. zeby go odebral, a ten przypomnial mu, ze ma przeciez pod szkola rower. Nastepnie marudzil cos ojcu, bo mieli jakas zbiorke na druzyne, ale M. oczywiscie, juz bez humoru, powiedzial ze ma to w nosie. A bez humoru byl, bo zapomnial, ze corka ma zawody, pojechal po nia jak zwykle na basen i wsciekl sie, ze jej tam nie ma. :D Oczywiscie pretensje ma do kogo? Do dzieciaka. Bo "ona musi nauczyc sie odpowiedzialnosci i zeby go informowac". Musialam mu przypomniec, ze niestety, to on nawalil, bo mowilam mu przed wyjazdem kilka razy o jej zawodach. Skoro nie potrafi zapamietac, to niech sobie zapisuje. A ze ja zwykle pamietam o takich rzeczach, to Potworki nawet nie mysla zeby mu przypominac... Chociaz, swoja droga, to nad ta odpowiedzialnoscia corka faktycznie powinna popracowac. Nagle bowiem dostalam smsa z obcego numeru, ze pisze z telefonu kolezanki, bo jej padl, zeby przekazac tacie ze bedzie pod szkola okolo 18. Swietnie, bo jestem cztery Stany dalej. A gdybym nie zobaczyla wiadomosci? Panna nie dosc, ze nie pilnuje zeby miec naladowany telefon, albo zeby brac ze soba power bank kiedy wyjezdza na zawody, to jeszcze najwyrazniej nie zna na pamiec numeru ojca! Oszalec z nimi wszystkimi mozna, slowo honoru... :D

W srode rano wisialy nad nami ciemne chmury i spodziewalam sie ponownie deszczu, ale niespodziewanie nie dosc, ze nie padalo, to po poludniu zaczelo przebijac slonce. Rano jak zwykle musialam sie zwlec i poczlapac na sniadanie. Tym razem, tak jak kolega, wzielam tylko tosta i owsianke, tymczasem znow dostalam rachunek! Kolega powiedzial, ze dzien wczesniej facet z recepcji powiedzial mu, ze placi sie tylko za cieply bufet. Poszlam wiec spytac, ale tym razem byla jakas baba i powiedziala, ze tak, mam zaplacic. Kurcze, gdyby nie to, ze rano naprawde musze cos zjesc, nie potrafie zaczac dnia na pusty zoladek, to odpuscilabym sobie. No ale coz... Dzien na szkoleniu uplywal powoli i mozolnie. Poza facetem, ktory prowadzil je w poniedzialek, nikt nie potrafi przechodzic przez slajdy w rozsadnym tempie i bez miliona pobocznych historii. Te opowiastki sa oczywiscie fajne i wprowadzaja luzniejsza atmosfere, bo tak ogolnie to nasi prowadzacy to "grube ryby" departamentu, wiec czasem strach o cos zapytac zeby nie wyjsc na idiote. ;) Tyle, ze kiedy w koncu zorientuja sie, ze dobiegaja konca wyznaczonego czasu, a sa w polowie prezentacji, pra do przodu, nie robiac przerw. Naprawde ciezko jest wysiedziec 2 godziny bez oddechu. Tego dnia w koncu moglam odhaczyc wlasna prezentacje. Poszlo w miare, choc przez chwile zapomnialam jezyka angielskiego i przekrecalam wyrazy. Niestety, mowca to ja nigdy nie bede. :D Poza mna prezentowaly jeszcze 4 inne osoby i widzialam ze wszyscy byli zdenerwowani i mowili lepiej lub gorzej, wiec nie czulam ze poszlo mi jakos tragicznie. Niestety, w drugiej polowie dnia, zaczelo mnie bolec gardlo. Kurcze, Nik juz w weekend narzekal ze cos go bierze i musialam sie od niego zarazic. Pare dni i sie "wyleglo". :( Po poludniu moi znajomi wychodzili na obiad, ale ja czulam sie tak sobie, wiec mi sie nie chcialo. Na parkingu pod hotelem ustawily sie wozy z zarlem i skusilam sie na karaibskiego kurczaka w sosie curry. Bylo pysznie, ale apetyt mialam slaby, wiec tylko go poskubalam. Pod wieczor patrzylam na lake za oknem, gdzie pastwo rzucali pileczke psiakowi. Kawalek dalej widzialam cos ruszajacego sie i myslalam, ze to drugi psiak. Oni jednak nagle psa zapieli i zaczeli odchodzic. Patrze, zwierze porusza sie jakos inaczej niz pies, trzyma blizej linii drzew... Przygladam sie, a to... sarenka! :) Dziwie sie tylko, ze nie uciekla, bo ten pies momentami podbiegal za pilka naprawde blisko.

Czwartek znow zaczelam wczesnie, zebralam sie i na szkolenie. Tam niestety okazalo sie, ze na ten dzien wyznaczono nam zadanie, gdzie dostalismy pakiet materialow jak z inspekcji, mielismy znalezc wszystkie niedociagniecia i napisac oficjalna uwage. Poniewaz rano mielismy jeszcze koncowke jednego wykladu, na wszystko dostalismy okolo 6 godzin, czyli do konca dnia. Osobiscie mialam ochote plakac, bo przeciez dopiero co wrocilam z inspekcji, a tu musze robic to samo. No ale, wraz z dwiema osobami wyrobilam sie po okolo 4 godzinach, po czym krecilam po budynku zeby nie przeszkadzac tym, ktorzy jeszcze pracowali. Na szczescie i tak wszyscy skonczyli mniej wiecej godzine przed czasem, wiec udalo sie wyjsc wczesniej. Tego dnia, na wieczor cala nasza grupa byla zaproszona na wyjscie do restauracji. Zapowiadalo sie fajnie i w sumie tak tez bylo, wybralismy sie do meksykanskiej restauracji, byla kupa zartow, smiechu, itd. Dopiero na koniec wyszlo tak srednio, bo... okazalo sie, ze dzielimy sie rachunkiem. Pozniej rozmawialam z kolezankami, ze wszystkie zalozylysmy, ze zaplaca organizatorzy. Juz bowiem tydzien wczesniej dostalismy maila od dziewczyny, ktora jest "mozgiem" calego szkolenia (choc sama go nie prowadzi), ze w czwartek wychodzimy wszyscy do restauracji. Skoro wyslano takiego maila, zalozylam, ze to zaproszenie dla nas. Teraz okazalo sie jednak, ze kazdy ma zaplacic za siebie. Niby mamy przydzielony budzet na jedzenie, wiec organizatorzy moga myslec, ze nam wszystko jedno, ale wg. mnie wypadaloby to wczesniej jasno powiedziec. Nie do konca tez wiemy czy to ktos wymyslil, czy wyszlo jakos nagle, bo kelnerka, ktora nas obslugiwala, tez przyniosla jeden rachunek. Kiedy ktos (nie wiem kto, bo bylam zajeta rozmowa, az ktos z drugiego konca stolu przekazal informacje) rzucil, ze dzielimy sie rachunkiem, zaczela cos marudzic, ze ciezko bedzie to teraz podzielic. Pracowalam w restauracji, wiec wiem ze wszystko jest elektroniczne i podzielenie jest moze troszke pracochlonne, ale nie trudne. Podejrzewam, ze kobitka nawet nie patrzyla kto co zamawia, tylko wbijala wszystko hurtem i teraz nie pamietala co komu. W kazdym razie, ktos podzielil rachunek na 13 osob i wyszlo, ze wraz z podatkiem oraz napiwkiem, kazdy ma zaplacic po $39. Troche mi szczeka opadla, bo niektorzy brali niewiadomo jakie dania i przystawki, a do tego napoje alkoholowe. Ja nie wzielam przystawek, bo wiedzialam, ze nawet glownego dania nie dokoncze (i sie nie pomylilam), a ze prowadzilam, to pilam soczek. Moja czesc kosztowala wiec $24 i wraz z podatkiem oraz napiwkiem powinnam zaplacic gdzies $30. Moje dwie kolezanki w ogole obie powiedzialy, ze musialy zaplacic praktycznie drugie tyle... I wiecie, to nawet nie chodzi o kase, bo faktycznie, mamy przydzielony dzienny budzet, tylko o jasny przeplyw informacji. A nie, ze wysylaja maila, ze wszyscy idziemy na obiad, gdzie wyglada to niczym zaproszenie,a potem zostaje taki niesmak... Zupelnie inaczej wygladaloby to, gdyby najpierw wyslali wiadomosc, ze jest propozycja wyjscia i kto chce, ale zaznaczyc, ze kazdy placi za siebie...

W piatek rano wstalam zadowolona, ze dobrnelam do ostatniego dnia. W nocy spalam tragicznie, chyba dlatego, ze obzarlam sie przed spaniem. Zwykle obiad jem dosc wczesnie, bo okolo 17, kolacji wlasciwie nie jadam i wieczorami pozywiam sie jakimis lekkimi przekaskami. A tu nagle zjadlam spore danie o 19 i zoladek nie dal rady tego trawic. Nie dosc, ze przewracalam sie z boku na bok, nie dosc, ze bylo mi duszno, bo pokoj jakos sie nie schlodzil, to jeszcze o 2 nad ranem pod hotelem wlaczyl sie alarm samochodowy i kilkanascie minut minelo zanim wlasciciel sie obudzil i zorientowal, ze to jego. :( Rano bylam wiec tak srednio przytomna, ale nie bylo wyjscia; trzeba sie bylo szykowac i ruszac. Tyle, ze odpuscilam sniadanie i zjadlam salatke, ktora mialam w pokoju hotelowym. Na dol zeszlam tylko po goraca wode z miodem (moj poranny napoj) oraz kawe. Na szkoleniu byly jak zwykle wyklady, ale na szczescie zadnych glupich cwiczen. W czasie lunchu podjechalam zatankowac moje sluzbowe autko, zeby bylo gotowe na dluga podroz kolejnego dnia. Niestety, pogoda sie popsula i jak wczesniej myslalam, ze bede wracac przy ladnej pogodzie, teraz wychodzi, ze moze byc gorzej niz jak jechalam w ta strone. :/ Po zajeciach okazalo sie, ze jedna z dziewczyn wylatywala juz tego samego dnia, podobnie jak jedna z prowadzacych. Ona jechala autem, a miala podobnie jak ja, okolo 5 godzin. Przemknelo mi przez mysl, ze moze tez powinnam jechac tego dnia, ale byla juz 16, zanim bym sie spakowala i wymeldowala bylaby pewnie 17 lub pozniej, a potem czekalo mnie 6 godzin jazdy. Obecnie juz o 19 jest wlasciwie ciemno, wiec wiekszosc trasy jechalabym po nocy. Nie, dziekuje. Za to postanowilismy wyjsc na kolacje, tyle ze tym razem juz na wlasnych warunkach, wiedzac ze kazdy zaplaci za siebie. Myslalam ze bedzie to nasza czworka z kwietniowego wyjazdu, ale niespodziewanie dolaczyli do nas dziewcznyna i facet z grupy, ktora na wyjezdzie byla w lipcu. Inna dziewczyna spotykala sie z jakimis swoimi znajomymi, a jeszcze inna sie wylamala (choc ona nie poszla nawet dzien wczesniej na kolacje z szefostwem), wiec bylo nas szescioro. Niestety, nie przyszlo nam do glowy, ze mamy piatkowy wieczor. Umowilismy sie o 18, a potem dojazd, pol godziny czekania na stolik, zamowienie, czekanie z kolei na jedzenie i do hotelu wrocilismy dopiero o 20:30. Dobrze, ze wiekszosc rzeczy spakowalam przed wyjsciem. Zostaly mi tylko kosmetyki, bo czesc potrzebuje na rano oraz przekaski, ktore byly w lodowce.

I tak minelo kolejne szkolenie. Cos mi sie wydaje, ze w tej robocie bede niestety co "chwila" musiala odbywac takie wyjazdy. Co jest do bani, bo przeciez wyjezdzam tez czesto na inspekcje... Jak narazie jest mowa o kolejnym szkoleniu w marcu. To daloby nam maly oddech chociaz od tego, choc z drugiej strony, ktos gdzies slyszal, ze mamy leciec do Stanu Minnesota. Dla niewtajemniczonych, Stan ten slynie ze srogich zim, a marzec tam nadal oznacza snieg oraz mroz... :/ No nie mogliby nas wyslac na Floryde? :D

I na tym skoncze, ale zdjecia to juz wrzuce jutro bo nie mam sily sie z nimi bawic. Czeka mnie dluga i stresujaca podroz…

1 komentarz:

  1. Gratulacje dla Bi, zwłaszcza że nie pływała na swoim dystansie. U nas np. Oliwia lepiej czuje się w długich biegach niż sprintach, za to Jasiu nie przepada za długimi biegami, a uwielbia sprinty. Dlatego tym bardziej gratuluję Bi, że była w połowie stawki, nie płynąc w taki sposób, w jaki najbardziej lubi.

    Brawa również dla Nika, który mimo niedyspozycji podjął się wyzwania. Zastanawia mnie jednak to zgubienie się dzieciaków na trasie, bo skoro zgubiło się ich aż tyle, to może jednak to oznaczenie nie było aż tak czytelne, zwłaszcza w biegu, jak się wydawało?

    Mam wrażenie, że organizacja pracy w Twojej firmie to jakaś masakra, a jeśli jeszcze coś ma być na korzyść pracownika, to już w ogóle tragedia. Też jestem zdania, że wszelkie nadgodziny i konieczność jazdy w wolny dzień powinny być rozliczane z automatu, a nie jeszcze musisz je uzasadniać. Nie mówiąc, że skąd możesz wiedzieć, że inspekcja zajmie Ci więcej czasu? Masakra.

    Ja się nie dziwię, że Bi znała numer tylko do Ciebie. Ja pamiętam tylko numer swój i Krzyśka, on pamięta swój i mój, Oliwia pamięta swój, a chociaż od dawna jej mówimy, że powinna nauczyć się na pamięć numeru chociaż jednego z nas, to nadal żadnego nie pamięta. Za to Jasiu nie pamięta żadnego numeru, nawet swojego :D

    Z tym wyjściem do restauracji przyznaję Ci rację, jak dla mnie powinno być jasno powiedziane, że jest wyjście do restauracji, ale rachunek dzielicie między wszystkie osoby, albo jeszcze lepiej, każdy płaci sam. Jak byliśmy na tej Biesiadzie w Parku, to tam też jasno było powiedziane, że jest za darmo dla wolontariuszy (normalnie kosztuje 150 czy 200 zł), ale jedzenie musimy przynieść swoje i to było w porządku.

    OdpowiedzUsuń