piątek, 29 maja 2026

Dlugi weekend i kolejny wyjazdowy tydzien

Piatek, 22 maja, byl niestety tak szalony, jak sie obawialam. ;) W nocy spalam fatalnie, bo po pierwsze, w nowych miejscach ogolnie mam problem ze snem, a po drugie, znow mialam pecha z pokojem. Bylam zaraz obok pomieszczenia z maszynami z napojami oraz przekaskami. Wydawaloby sie, ze to niewielki problem, ale niestety, do tych maszyn ciagnely doslownie pielgrzymki. Zaczelo sie juz wieczorem, co jeszcze mi nie przeszkadzalo, bo nie spalam. Pozniej jednak ludzie lazili do nich o 2 nad ranem, potem o 5... Kurna! Najgorzej, ze maszyny najwyrazaniej byly zepsute lub nie mialy wszystkich pokazanych opcji. Najpierw slychac bylo pipczenie naciskanych guzikow: pip, pip, pip, pip, pip... Pozniej jednak okazywalo sie chyba ze wybranej rzeczy nie ma, bo ponownie: pip, pip, pip... A na koniec, poniewaz ktos chyba rezygnowal, lub maszyna byla zwyczajnie popsuta (zgaduje, bo nie sprawdzalam), slychac bylo: brzdek, brzedek, brzdek, brzdek oddawanych monet! I zeby zdarzylo sie to raz, to ok, ale ci ludzie najwyrazniej nie spali, bo jedna osoba pipczala i brzeczala, a po chwili pojawiala sie kolejna, pytajac co tak dlugo i zabawa zaczynala sie od poczatku! W srodku nocy!!! :O Obudzilam sie wiec o 6 lekko nieprzytomna, ale dospac nie mialam jak. Zwloklam sie, wyszykowalam i poszlam na sniadanie. Bufet okazal sie skromny, ale przynajmniej byl. Ot jajka, kielbaski, jogurty, mozna bylo sobie zrobic gofry z masy z automatu, a do tego soki (z maszyny) oraz kawa. Pozywilam sie niezle i wrocilam do pokoju, jeszcze raz upewnic sie czy niczego nie zapomnialam, chwycilam kawe przy recepcji, wymeldowalam sie z hotelu i pojechalam. Poniewaz tym razem inspekcje mielismy niezapowiedziana, wiec umowilismy sie najpierw w kafejce nieopodal firmy, do ktorej jechalismy. Tam chwile pogadalismy, choc duzo do obgadania nie bylo i podjechalismy na miejsce. Oczywiscie ludzie byli niemozliwie zaskoczeni, bo po pierwsze, inspekcja, a po drugie, dzien przed dlugim weekendem. Musze przyznac jednak, ze nie bylo jakiejs otwartej niecheci, wszyscy byli sympatyczni, choc najwazniejszych managerow oczywiscie nie bylo. Mysle ze poprawilismy im humor, kiedy kolega oswiadczyl, ze planujemy skonczyc na ten dzien juz w poludnie. Okazalo sie, ze zaczynalismy na wariata juz w piatek, bowiem kolega tydzien pozniej mial wylatywac na wakacje. Ucieszylam sie, bo oznaczalo to, ze powinnismy skonczyc w czwartek lub najpozniej w piatek rano. Poki co jednak, krotko po 12 zwinelismy sie, odstawilam auto sluzbowe do pracy, po czym pojechalam do domu. O tej porze na szczescie nie bylo jeszcze wielkich korkow, wiec przejechalam w miare sprawnie. Po czym sie wpienilam, bo okazalo sie, ze beze mnie przyczepa byla praktycznie nie spakowana! Malzonek popakowal to co zwykle sam pakuje, a poza tym wrzucil posciel do przyczepy (bez scielenia lozek) i wsadzil jakies przekaski i drozdzowki, ktore kupil w Polakowie. Zapomnial jednak i o poduszkach i o nakladce na materac Bi, bo panna ma bardzo twardy, wiec w zeszlym roku kupilam jej taki miekki podklad. O kosmetykach czy lekarstwach moglam sobie oczywiscie pomarzyc... Czyli wrocilam z wyjazdu i na dzien dobry musialam sie nabiegac po schodach zeby dopakowac to, co M. olal. W miedzyczasie wrocily ze szkoly Potwory i Nik z miejsca dostal ochrzan, bo okazalo sie, ze nie spakowal swoich ciuchow, a mial to zrobic dzien wczesniej. Pozniej tak sie spieszyl, ze wieczorem okazalo sie iz zapomnial... pizamy. Na szczescie pizama to maly problem, spal po prostu w koszulce i spodenkach. Gorzej byloby gdyby zapomnial czystych gaci. ;) W kazdym razie, spodziewalam sie, ze wskoczymy w auto jak tylko mlodziez wroci, a tymczasem nie dosc ze konczylismy pakowani, to jeszcze Potworki zazyczyly sobie obiad. W ten sposob wyruszylismy dopiero o 16:10, a na miejsce mielismy 2.5 godziny jazdy. O tej porze juz wszedzie byly oczywiscie korki, wiec jechalismy ponad 3. :/ Dojechalismy jednak i troche nas zatkalo. ;) Na tym kempingu bylismy pierwszy raz i choc miejsc kempingowych nie mieli zbyt wielu, to teren byl ogromny! Od budynku rejestracji, jechalismy dobre kilkanascie minut zeby dotrzec do naszej miejscowki. Jest to las stanowy, ktory jest pod ochrona, z racji ze to bardzo rzadki ekosystem - pine barrens, czyli w wolnym tlumaczeniu "sosnowe pustkowie". Podloze piaszczyste, o kwasnym odczynie, rosnie tam bardzo rzadki las sosen oraz karlowatych debow, a calosc usiana jest wieloma niewielkimi polodowcowymi stawami. Tworzy sie tam wiele otwartych przestrzeni, gdzie naturalnie rosnie zurawina. Dojezdzajac na miejsce, mijalismy wiele pol uprawiajacych wlasnie zurawine. W kazdym razie, dojechalismy tak pozno, ze kiedy w koncu ustawilismy i rozlozylismy przyczepe oraz rozpakowalismy niezbedniki, pozostalo juz tylko na tyle czasu zeby rozpalic ognisko. Posiedzielismy przy nim grzejac dupki, choc nie strasznie dlugo, bo bylam padnieta po hotelowej nocy, a M. pracowal bez przerwy 5 (!) tygodni, wiec tez marzyl juz tylko zeby sie w koncu wyspac.

Jakos tak, zawsze na pierwszym kempingu zapominamy jak szybko schladza sie przyczepa. W nocy temperatura spadla do 9 stopni i mimo pozamykanych okien, przyczepa mocno sie schlodzila. Obudzilam sie kilka razy bo bylo mi zimno w stopy, a Nik po ciemku szukal skarpet. Swoja droga, to nie wiem jak to bedzie z Kokusiowym spaniem za rok czy dwa. W tej chwili, kiedy glowe ma przy samej scianie, nogi dosiegaja mu konca lozka. Jak jeszcze troche urosnie, beda mu zwisac. ;) Mysle, ze bedzie musial spac na skos, ale nawet tak moze mu zabraknac miejsca... W kazdym razie, sobota na kempingu okazala sie calkiem niezla. Z domu tata donosil, ze pada deszcz, ale u nas bylo sucho. Momentami nawet przebijalo lekko slonce.

Tak, zaraz obok ma dywan. Nie, woli lezec na piachu :D

Temperatura moze nie powalala, bo bylo 17 stopni, ale nie ma co narzekac. ;) Lazilismy na spacery, a Nik uparl sie ze chce jechac nad najblizszy staw na ryby. Pojechal z nim M., bo chcial zobaczyc gdzie to w ogole jest zeby potem syna nie szykac po calym kempingu. 

Nasza miejscowka, na ktorej M. akurat szykuje swoja wedke

Chlopaki wrocili po godzinie bez ryb, ale tez bez splawikow, bo te im... odpadly. :D Humory jednak dopisywaly. ;) Na lunch malzonek zrobil na grillu hamburgery, a jak wszystko ulozylo sie w zoladkach, stwierdzilismy, ze pojedziemy na wycieczke rowerowa. Jak wspomnialam, teren wokol kempingu jest ogromny. Oprocz kilku drog, prowadzacych z jednych miejsc kepingowych, na drugie, mieli cala siec sciezek rowerowych, a takze piaszczystych szlakow, przeznaczonych dla... koni. Dobrze czytacie. Jeden obszar kempingowy byl przeznaczony wylacznie dla ludzi z konmi. Przejechalismy sie tam zeby popatrzec na piekne koniki, ale zdjec nie robilam bo wlasciciele patrzyli. ;) W kazdym razie, wyruszylismy na rowery, ale niestety, ja dosc szybko wymieklam. Niestety, Nowa Anglia to gorki i doliny, wiec caly czas to zjezdzalismy w dol, to trzeba sie bylo wspinac.

Bi tez z nami byla, ale wysforowala sie gdzies do przodu 

Moj rower z naszych jest najstarszy, z najgorszymi przerzutkami i najciezszy, bo pozostala trojka ma leciutkie aluminiowe ramy. Dodac do tego, ze ze wszystkich jestem w najgorszej formie i ledwie zipialam. ;) Przejechalismy sie jeszcze potem po miejscach kempingowych obok (m.in. tych z konmi) i stwierdzilam ze nigdzie sie juz nie ruszam. Pomimo zachmurzonego nieba i niezbyt wysokiej temperatury, Bi zapragnela sie wykapac, pobliski staw mial bowiem wydzielona plaze. Litosciwie, malzonek zabral corke, a ta wrocila zachwycona, twierdzac ze woda byla bardzo przyjemna. Taaa... Kiedy ich nie bylo, Mlodszy wzial mala siekierke ojca i oddal sie z pasja ciosaniu patykow.

Co za zabawa! :D 

Pytal co ma z nich robic, ale ze wprawy nie ma zadnej, wiec byl mocno obrazony kiedy stwierdzilam, ze jego pierwszy twor przypomina koreczek do doopki. :D Wieczorem znow ognisko i trzymalam kciuki zeby pogoda kolejnego dnia nas zakoczyla, bo prognozy byly po prostu tragiczne.

No coz, nie zaskoczyla. :D W niedziele od rana lalo, raz mocniej, raz slabiej. Temperatura byla rownie przygnebiajaca, bo mielismy 13 stopni. Oznaczalo to, ze na praktycznie caly dzien utknelismy w przyczepie. Mlodziez zaszyla sie w swoich "pokojach", Malzonek rozlozyl na lozku, a ja siedzialam patrzac tepo przez okno.

Kemping z nastolatkami 

Przynajmniej udalo mi sie dojrzec ruda wiewiorke, siedzaca na galezi zaraz obok przyczepy! Tutejsze wygladaja prawie jak te europejskie, ale nie maja "fredzelkow" nad uszami. :) Musicie wiedziec, ze rude wiewiorki sa w Hameryce bardzo rzadkie, bo wypierane sa przez szare, ktore sa od nich duzo wieksze.

Fota autorstwa Kokusia 

Poza tym lapalismy okienka pogodowe, kiedy udalo sie wyjsc z przyczepy i pojsc na spacer. Przez wiekszosc dnia sie nie dalo, nie bylo tez mozliwosci zrobienia ogniska wieczorem, ale za to mielismy do dyspozycji niezawodne Uno, wiec zagralismy kilka partyjek.

Skoro nie da sie wyjsc na zewnatrz... 

Normalnie pewnie strasznie narzekalibysmy na taka aure, ale ze to pierwszy kemping, a w dodatku M. byl wykonczony po kilku tygodniach pracy bez wolnego, a ja moim wlasnym grafikiem, wiec cala nasza czworka przyjela taki dzien nicnierobienia raczej z ulga. ;)

Jak to z naszym szczesciem bywa, w poniedzialek pogoda byla duzo lepsza. Co prawda rano jeszcze przelotnie padalo, ale za to bylo duuuzo cieplej. Pomimo deszczu, temperatura podniosla sie do 18 stopni. Dla nas niestety byl to dzien wyjazdu, wiec po sniadaniu byl tylko czas na ostatnia kawke pod drzewami (a raczej zadaszeniem przyczepy :D) i trzeba sie bylo pakowac. Wyruszylismy tuz przed poludniem, ale musielismy jeszcze spuscic scieki, a chwile nam to zajelo, bo kemping nie oznaczyl miejsca "zrzutu", wiec musielismy go szukac i w koncu zapytac. Okazalo sie, ze bylo schowane za glownym biurem kempingu, ale nie bylo tam zadnego znaku, ani przy drodze, ani na mapie, bo po co? Po wyjezdzie musielismy jeszcze zahaczyc o stacje benzynowa, plus sam dojazd i dotarlismy do domu po 15. Nie poznaje moich dzieci, bo po przyjezdzie oboje na wyscigi popedzili pod prysznic. Skonczyly sie czasy gdzie mogli sie nie kapac na kempingu 4-5 dni, a potem i tak musialam ich niemal sila wsadzac do wanny. :D Ja na wyscigi wypakowywalam przyczepe, wstawialam pranie wszystkich brudow, potem sama wskoczylam pod prysznic, a na koniec musialam pakowac walizke, bo kolejnego dnia wracalam na inspekcje, ktora zaczelismy w piatek... Taki "relaksik" po dlugim weekendzie. ;)

Wtorek zaczal sie na wariata, bo rano musialam dopakowac walizke, zajechac do biura wymienic auta, po czym dojechac na inspekcje. Wiedzialam, ze po pokempingowym rozpakowywaniu bede padnieta i nie usmiechalo mi sie zrywac bladym switem, wiec uprzedzilam kolege, ze dojade dopiero okolo 9. Rano jednak zupelnie nie moglam sie zorganizowac. Caly czas przypominaly mi sie dodatkowe rzeczy do spakowania, az w koncu, zamiast tuz po 7, wyjechalam przed 8 rano. Od biura na miejsce mialam okolo godziny, wiec juz mialam dojechac pol godziny spozniona. A pozniej wzielam zly zjazd i... mialam kolejne 20 minut w plecy! :O Dojechalam o 10, kiedy wszyscy byli juz srodku inspekcji i przez dobra godzine nie wiedzialam kompletnie co sie dzieje... Z tym kolega pracowalam juz wczesniej, wiec wiedzialam ze "uwielbia" dlugie godziny w robocie. Tym razem mial dodatkowa motywacje, bo chcial zamknac inspekcje w czwartek, wiec siedzielismy tam do 17:30. Na szczescie do hotelu mialam zawrotne 5 minut jazdy, wiec po chwili moglam klapnac w pokoju. Tym razem, zupelnym przypadkiem, trafilam super. No, ale moglam sie tego spodziewac, rezerwujac Hilton'a. ;)

Wreszcie w miare przyzwoite warunki 

Pokoj mialam nie tylko ogromny, ale tez wlasna mini kuchnie. Nie zebym zapragnela gotowac.

Nie widac, ale za scianka byla normalnej wielkosci lodowka 

Takie male studio. ;) Nawet telewizor mnie przywital. :D

Az parsknelam smiechem ;) 

Po calym dniu siedzenia na tylku, pragnelam odrobiny powietrza. Hotel niestety mial z jednej strony autostrade, a z drugiej ruchliwa ulice, wiec swieze to powietrze nie bylo, ale zawsze to troche ruchu i slonca. Jak przystalo na porzadny hotel, przy recepcji byla caly dzien kawa, wiec chwycilam kubek i wrocilam do pokoju juz na reszte wieczoru.

Spalam srednio, jak to w nowym miejscu. Zreszta, lozko bylo dla mnie za miekkie i zapadalam sie w materac. W srode pobudka byla troche pozniejsza, bo na inspekcje mialam rzut beretem. Wstalam, wyszykowalam sie i zeszlam na sniadanie. Bufet byl wypasiony, ale nie dalabym rady sprobowac wszystkiego, wiec chwycilam troche owsianki, zrobilam sobie gofra i juz. Pozniej wrocilam do pokoju, dopakowalam plecak oraz przekaski na caly dzien i pojechalam na miejsce. Moj kolega juz tam byl, a dojechalam praktycznie punktualnie. No, ale pamietam jak na poprzedniej inspekcji dojezdzal o 6:30 rano. Facet chyba spac nie moze... Tego dnia trzymal nas (czyli mnie oraz biednych pracownikow tamtej firmy) prawie do 18. :O Zalamal mnie tez szef, bo znow zmienil mi grafik. Co prawda wyjazdy zostawil w tych samych tygodniach, ale w czerwcu mialam jechac z kolezanka na podobna inspekcje jak w tym tygodniu (i to niemal obok firmy gdzie jestem teraz! :D), tymczasem jade na inna, pol godziny dalej (prawie do samego Bostonu) i to sama! :/ Zeby bylo smieszniej, to inspekcja, na ktorej mialam wlasnie byc z inna dziewczyna, a z ktorej szef mnie zdjal zebym pojechala tutaj. Myslalam, ze tamta kolezanka pojedzie sama, ale okazalo sie ze zostala wyslana gdzie indziej, a ja mam odhaczyc tamta inspekcje samodzielnie w innym terminie. Serio, dosc mam juz tych ciaglych zmian... No i tyle z mojej nadziei, ze kiedy zaczne byc samodzielna, to skonczy sie ciagle wyjezdzanie. :/ Kiedy dotarlam do hotelu, na nic juz nie mialam ochoty, trzeba sie jednak bylo zmusic do jakiegos ruchu. Hotel mial basen i to ze slona woda, a nie chlorem, wiec stwierdzilam, ze grzechem byloby nie skorzystac. Woda okazala sie dosc chlodna jak na moje upodobania, ale znosna. Basen byl w sumie malutki, ale za to mialam caly dla siebie.

Moj ci on! :D 

Poplywalam w te i we wte przez kilkanascie minut, po czym uznalam ze starczy tego sportu. I tak byla juz 19:30. Tego dnia w hotelu zorganizowali cotygodniowy poczestunek dla gosci, wiec poza kawa chwycilam jeszcze zapiekane ziemniaczki na osto z bekonem oraz zupe brokulowa. Calkiem niezle sie pozywilam. ;)

Niby nic specjalnego, ale milo bylo jeden wieczor nie martwic sie o obiad ;) 

Pogadalam z rodzina, u ktorej tez troche sie dzialo. Malzonek zalatwil fachowca od klimatyzacji, ktory przyjechal i doladowal nam gaz. Mlodszy zas mial pozegnalna wycieczke dla VIII klas, do kompleksu rekreacyjnego, gdzie maja basen, roznorakie pola sportowe, scianki wspinaczkowe oraz park linowy. Nawet przez kamere widzialam ze spalil sobie strasznie buzie, a mowilam zeby wzial krem ochronny, ech...

Malzonek oparl o cos telefon i pokazywal mi jak graja z Kokusiem w kosza ;)

Nie wiem dlaczego, ale w czwartek obudzilam sie o 4:47 nad ranem i klops. Przysypialam po 10 minut, po czym znow sie budzilam. Kiedy wiec przyszedl czas wstawac, czulam sie zupelnie nieprzytomna. Dzien wczesniej kolega poradzil mi zebym sie spakowala i wziela walizke, ale nie wymeldowywala sie jeszcze z hotelu. Wiedzialam ze on bardzo chcial skonczyc tego dnia, ale patrzac na to, jak nam to szlo, mialam powazne watpliwosci. W koncu stwierdzilam, ze nie chce mi sie taszczyc walizy i brac przekasek, z ktorych czesc powinna byc w lodowce, zeby lezaly potem w goracym aucie. Spakowalam sie na wszelki wypadek, ale wszystko zostawilam. Do hotelu mialam 5 minut jazdy, wiec uznalam, ze w razie czego podjade, wezme swoje rzeczy, wymelduje sie i wroce na inspekcje. Moglam jednak sobie odpuscic nawet to pakowanie, bo szybko sie okazalo, ze tego dnia nie ma szans na skonczenie. Siedzielismy znow prawie do 18, a jeszcze resztka zostala na kolejny ranek. Kolega byl troche rozczarowany, ale stwierdzil ze lot ma o 17, wiec powinien zdazyc. :O Osobiscie lekko sie podlamalam, bo myslalam ze w czwartek wyspie sie juz we wlasnym lozku, a tu nieee. :/ A jeszcze dobily mnie wiesci z domu. Kiedy facet od klimy dzien wczesniej doladowal gaz, stwierdzil ze wroci kolejnego dnia zobaczyc ile go ucieklo i znalezc przeciek. Przyjechal i okazalo sie, ze przez jedna dobe zeszla prawie polowa, zas przecieki saw samym kompresorze. Mowi ze w tej chwili przypomina sito i wlasciwie nie ma co ratowac. Trzeba kupic nowy. Problem w tym, ze caly system ma juz 20 lat i nie wszystkie beda pasowac. Ma poszukac i dac znac, a ja juz cierpne na mysl ile to bedzie nas kosztowac. :O A! Jeszcze ponoc facet nie mogl zapamietac ze nasz kot wabi sie Oreo i przezwal ja... Klakier! :D W kazdym razie, nie dosc ze wrocilam pozno, to jeszcze po takich wiesciach odechcialo mi sie juz basenu, silowni czy nawet spaceru. Wzielam prysznic i zaszylam sie w pokoju, marzac juz o powrocie w domowe pielesze...

Wieczorem, po parkingu kical jakis krolik - samobojca ;)

W nocy spalam lepiej, choc tez obudzilam sie o 5:30. Udalo mi sie jednak w miare szybko ponownie zasnac. Wstalam, wyszykowalam sie i pobieglam na sniadanie. Pozniej w pokoju dopakowalam walizke, obejrzalam go trzy razy naokolo zeby upewnic sie, ze niczego nie zostawilam, zataszczylam swoje rzeczy do auta i poszlam sie wymeldowac. Jak to bywa, przed momentem, na sniadaniu, widzialam faceta na recepcji, a jak taraz przyszlam, to ani widu, ani slychu. Maszerowalam tam wzdluz korytarza i juz zaczelam rozgladac sie za jakims dzwonkiem zeby zadzwonic, ale na szczescie wreszcie sie pojawil. Moze w toalecie byl. ;) Samo wymeldowanie zajelo doslownie kilka minut, choc zastanawia mnie, ze rezerwacje zawsze robie przez ta sama strone w pracy, wszystkie moje dane tam sa, a jedne hotele maja juz mojego maila, a inne nie. Tu nie mieli i musialam mozolnie go literowac, modlac sie zeby pan nie przekrecil zadnej literki. Musieli mi bowiem wyslac rachunek, bo bez niego ludzie od podrozy nie zatwierdza mi kosztorysu... Dojechalam wiec na koncowke inspekcji nieco spozniona, ale i tak zadowolona, ze wreszcie skonczylismy. I tak musze dziekowac niebiosom za wyjazd kolegi, bo podejrzewam, ze bez niego, siedzielibysmy tam jeszcze kawalek nastepnego tygodnia... Spotkanie podsumowujace mielismy o 10 i pol godziny pozniej wyruszylismy, kazde w swoja strone. Po drodze musialam jeszcze zatankowac i tu tez sie wkurzylam. Ja to zawsze musze miec jakies problemiki. Pompa najpierw odbila mi zaraz po nacisnieciu, ale nacisnelam jeszcze raz i zaczela pompowac. Po jakims czasie odbila jeszcze raz, a kiedy nacisnelam, odbila kolejny. Wzruszylam ramionami, ze najwidoczniej bak jest juz pelny; w koncu to male autko. No coz, okazalo sie, ze napelnilo z polowy do troche ponad 3/4. :/ Nie chcialo mi sie jednak ponownie wysiadac i zaczynac zabawy, tym bardziej ze wypelnilam juz dokumenty (tak, z tankowania tez musimy sie "spowiadac"). Glupio tylko, bo w nastepnym tygodniu ktos inny ma to auto zarezerwowane, wiec pomysli pewnie, ze wcale go nie tankowalam... Dojechalam do biura i zalamalam sie, bo naprzeciwko mojego miejsca znow stala ta wielka "krowa" i to nawet nie cofnieta porzadnie do scianki. Nie moglam wyjechac moim wlsnym wehikulem, az pan straznik sie zlitowal i poprowadzil mnie, bo czujniki pikaly mi na czerwono, a on sprawdzil i powiedzial ze mam spokojnie miejsce. Glupia elektronika. :/ Przez to, ze ktos ma auto sluzbowe zamowione, musialam pedzic jeszcze na gore zeby odwiesic kluczyki do szafki i w koncu mogla wyruszyc do domu. Dojechalam okolo 12:30, wiec moglam spokojnie odetchnac zanim zjechala sie reszta. Zdazylam sie rozpakowac, wstawic pranie i wladowac naczynia do zmywarki, a takze posiedziec chwile na tarasie w sloncu, zanim przyjechala Bi. Pozniej zajechal malzonek, a po Kokusia musialam jechac, bo mial ostatnie zajecia z lekkoatletyki. Czyli wrocilam na lono rodziny, gdzie ciagle jest cos do zrobienia, odhaczenia, cos do zalatwienia, ktos do odebrania, itd. :D

A przyszly tydzien mam normalny, nie-wyjazdowy i bez inspekcji, juhuuu! ;)

1 komentarz:

  1. Pieknie zaczeliscie letni sezon campingowy wciaz w nowiutkiej, elganckiej przyczepie - widac, ze nawet w deszcz jest tam fajnie spedzac czas. Ruda wiewiorka to duza rzadkosc w Ameryce: gratulacje dla Nika za udana fotke na dowod zaistnienia rudosci. A zajaczek kicajacy na parkingu to nasza codziennosc przy domu i w okolicy. Kica dokola masa zajecy, wiec nasza wilczyca ze szczeniakami maja co upolowac, zeby zjesc.

    OdpowiedzUsuń